Słuchać w pełnym słońcu, jak
pulsuje Ziemia
Uspokoić swoje serce, niczego już
nie zmieniać
I uwierzyć w siebie, porzucając
sny
To twój bunt przemija, a nie ty
Melodia zapomniana przed laty, obudzona
w sobotni wieczór przypadkiem. Melodia która znalazła się w
idealnym momencie i miejscu. Melodia zgrana w pełni z moim sercem,
przywołująca zapomniane przez chwilę wspomnienia, a raczej,
zamiast wspomnień w dosłowności, przynosząca te dobrze znane,
potrzebne i kochane uczucia. Ciepło.
Przejść wielką rzekę bez bólu i
wyrzeczeń.
Słońce obudziło nas w sobotę w
południe. Po szalonej piątkowej nocy, w czasie której polało się
jeszcze trochę moich łez. Łez, które były przecież potrzebne,
potrzebne by nakarmić tęsknotę za zmarłymi i ból.
Piątkowa noc oczyściła wszystko,
poprzez radość i wesołość, poprzez znów, alkohol i śpiewanie
wielu piosenek. Tak, nawet ja śpiewałam i dowiedziałam się, że
jednak wcale aż tak nie fałszuję. Piątkowa noc, która skończyła
się namiętnością do 6 nad ranem, za którą przepraszaliśmy
potem współlokatora, kupując mu 4-pak piwa na przeprosiny.
A sobota przyniosła słońce i pełnię
radości. Spokoju.
Obudziłam się po prostu szczęśliwa,
pełna apetytu na życie. Bo ja żyję i chcę się śmiać, chcę
się bawić!
Już wcześniej mieliśmy plany
dotyczące tego, jak spędzimy ten dzień, dzień tylko dla siebie,
dla mnie i mojego Ukochanego.
Ale na co nam plany?
-Po prostu wyjdźmy i zobaczmy, jak
potoczy się ten dzień.- powiedział mój Mąż, gdy po porannej
miłości, namiętności która nas na chwilę dłużej zatrzymała w
łóżku wreszcie pozbieraliśmy się, poszliśmy pod prysznic i
byliśmy gotowi do stawienia czołu temu dniu. A może raczej...
To nie miało być stawianie czoła. A
czysta radość przecież. Nie z każdym dniem trzeba walczyć, a
może w ogóle, walczyć nie trzeba. To tylko coś, co nam wpojono.
Lepiej przyjmować, płynąć.
Cieszyć się prosto, zamiast wiecznie
czuć zagrożenie i zmagać się z życiem
Wyczuć taką chwilę, w której
kocha się życie
I móc być w niej na stałe, na
wieczność, w zachwycie
W pełnym słońcu, dumnie, na
własnych nogach
Może wtedy będzie można ujrzeć
uśmiech Boga.
Tak więc po prostu wyszliśmy, nie
mając już żadnego planu, mając po prostu siebie, młode ciała
pełne energii mimo nieprzespanej nocy, mając serce pełne piosenek
jeszcze nieznanych, mając po prostu nogi, na których idzie się do
przodu.
A nogi chyba odruchowo zaprowadziły
nas do Starego Zoo. Nic nieraz nie działa na mnie bardziej
leczniczo, nic nie powoduje większych wybuchów śmiechu, niż to
miejsce właśnie. Nietypowe, bo nie mieszkają w nim dzikie bestie,
smutno zamknięte w klatkach. Żyją tam śmieszne i butne kozy, żyją
słynne osiołki, które dają się ponieść namiętnościom ku
zgorszeniu ultrakonserwatystów, żyją krowy, kozy, króliki, trochę
gadów, ryb. Miejsce pełne radości.
Jak zwykle musiałam wygłaskać i
wytarmosić wszystkie kozy, podkarmiając je marchewką którą przed
wejściem schowałam w kieszeni. Pobeczeć na głos z owcami, swoimi
koleżankami jak to mówi Wojtek. Musieliśmy porozmawiać chwilę z
osłami.
A potem zachwyt nad majestatycznym
pływaniem skrzydlicy w akwarium i lekkie przerażenie Męża przy
gadach, dokładniej przy wężach, których on się boi, a które ja
kocham i na punkcie których mam wręcz obsesję.
Śniadanie zjedzone podczas patrzenia
waranowi z Komodo w oczy i cieszenie się, że dzieli nas szyba.
Rozmowa o smokach i wszystkich starych legendach, podczas gdy
prawdziwy smok tak naprawdę był przed nami. Respekt wobec ogromnego
kajmana i zastanawianie się zabawnie, czy z nich też robi się buty
i torebki. Chyba tak.
Wychodzimy szczęśliwi, całując się
nieznacznie na mrozie, całusy, zaczepki, kuksańce, pociskanie sobie
z czułością. Gdzie dalej? Po prostu przed siebie.
Stary Rynek. Dawno nas tam nie było!
Znany na pamięć, ale jakby widziany
pierwszy raz, w blasku słońca zimowego, słońca, które zapowiada
przecież wiosnę.
Wszystkie barwne kamienice, kręcenie
się na płycie rynku aż w głowie wiruje tak, że nie można ustać
na własnych nogach. Wędrówka przy wzgórzu Przemysła i kolejne
historie, kolejne rozmowy, o niczym, o wszystkim. Tak kocham z nim,
właśnie z nim iść i rozmawiać.
Wata cukrowa lepiąca palce i
powodująca, że człowiek staje się jeszcze bardziej głodny.
Kupiona Mężowi książka, przypadkiem
zauważona na wystawie.
Więc gdzie teraz?
Zaryzykujmy, restauracja w której
jeszcze nie byliśmy. Instynkt nas nie zawiódł.
Śmiech w półmroku, że Mąż ma
odstawić tą cholerną książkę, bo nie jesteśmy jeszcze tak
starym małżeństwem, żeby w restauracji on czytał, przecież to
randka. Kolejne zabawne teksty w moją stronę, niby krytyczne, a tak
naprawdę mówiące o tym, kim jesteśmy dla siebie. Jak ważni. I
jak nam ze sobą po prostu, zwyczajnie, dobrze.
Stare małżeństwo. Kumple na dobre i
na złe.
Gdy kelner podał dwie ogromne porcje,
aż zamarliśmy. Z ledwością skończyliśmy posiłek.
Wyszliśmy przejedzeni, jednak nadal
pełni zapału i energii. Więc co dalej?
A pójdźmy klasycznie, do kina!
Nasza ukochana Muza, ponad stuletnie
kino, przypadkowy film który też nas nie zawiódł. Zapach sali,
ciemność, ciepło, wygodne fotele. Dwie ręce złączone na jego
kolanach i ukradkowe, zjadliwe komentarze. Głośny śmiech bez
skrępowania na absurdalnych scenach, ukradkowe spojrzenia, jakbyśmy
byli na pierwszej randce.
Ale chyba każda nasza randka jest
pierwsza.
Wychodzimy z kina, już wieczór.
Kupujemy gorącą czekoladę w budce, oblewam się cała, Mąż
zlizuje z mojej twarzy słodki napój na mrozie.
Zza chmur, które nadeszły, ukradkowo
spogląda księżyc. Moja Pani, łaskawa swym światłam w mroku.
Patrzy na nas, na całe miasto, rosnąc i dojrzewając. Niedługo
zaświeci w znaku Lwa, znaku dodającym nową energię. Nie mogę się
doczekać tej nocy, nocy świątecznej, następującej po prawdziwym
wielkim święcie, po Imbolc.
Podryguję na ulicy. Trafiamy jeszcze
do sklepu zoologicznego, zobaczyć, czy może coś dla kotów, coś
dla rybek, niech też mają dobry dzień. Stoimy pół godziny nad
klatką z jeżem pigmejskim i zastanawiamy się na poważnie, czy nie
wziąć go do domu. Kolejne wspaniałe życie, o które można się
troszczyć.
Rozsądek jednak wygrywa, mimo to nie
trafiamy do domu sami.
Gdy idziemy przez centrum handlowe,
które skraca nam drogę do domu, mój Mąż nagle znika, jak pocisk
wystrzelony z procy nagle wyrywa swoją rękę z mojej i gdzieś
biegnie. Nie zdążę się zorientować, co się dzieje, gdy wraca z
kaktusem z dumnie sterczącymi kolcami.
-Przecież mówiłaś, że śniło ci
się że przesadzasz kaktusy na pustyni. Wiem, że chcesz. Zajmiesz
się nim?- mówi, patrząc mi w oczy z rozbrajającym, ufnym
uśmiechem.
Zaczynam piszczeć jak mała
dziewczynka, zaskoczona takim obrotem sprawy. Rzucam mu się na
szyję, pamiętając, żeby jednak nie uszkodzić delikatnej mimo
wszystko rośliny.
Zielony kaktus w białej doniczce
wrócił więc z nami do domu.
Wracam do domu i zaszywamy się tak po
prostu przed komputerem i oglądamy kolejne filmy. Planowałam wielką
kolację przy świecach i całą noc długiego, namiętnego seksu.
Cóż. Mąż miał rację, po co nam
plany?
Jednym okiem oglądamy film, ale więcej
rozmawiamy. Baraszkujemy jak dzieci na łóżku, łaskocząc się i
robiąc sobie psikusy. Może znowu mamy po 15 lat.
Mamy 15 lat, gdy Mąż włącza ten
kawałek.
-Bogowie...Wojtek, ja tego tak długo
nie słyszałam!- zapomniałam o niej.
I nagle przenoszę się w czasie. A
może w przestrzeni. Otulają mnie same dobre wspomnienia dzikości
na squacie, czasy bycia idealistką i wegetarianką, czasy koralików,
czasy ognisk. Otulają mnie wspomnienia, ale i coś wydobywa się
jeszcze bardziej ze środka.
Prosty uśmiech.
Dano nieczytane książki. Pocałunki w
deszczu.
Prostota życia, tak zwyczajnie.
Chyba znów zaczynam rozumieć, po tych
paru złych dniach, zaczynam znów rozumieć.
Wybrać to co dobre z mądrych
starych ksiąg
Uszanować swoją godność
doceniając ją
A gdy wreszcie uda się własne zło
pokonać
Zawsze mieć przy sobie czyjeś
ramiona.
Słuchamy jej na okrągło. Tańczymy
po pokoju, choć mój Mąż zawsze mówi, że nie tańczy.
Jest noc, ale świeci słońce.
Mamy 15 lat i odkrywamy na nowo świat.
Uśmiechamy się ufnie, mając 5 lat.
Po prostu słyszymy jak pulsuje ziemia,
jak oddycha świat.
Oddychamy razem z nim
Oddychamy razem ze światem, wyłączając
w końcu muzykę i rozumiejąc, gdy medytujemy razem przed snem.
Oddychamy razem ze światem, gdy kochamy się czule, bez zbędnych
krzyków, w ciszy, powoli, dochodząc do cudownego blasku, nie tylko
rozkoszy, ale i blasku jedności. Z sobą, ze światem.
Budzimy się rano znów w słońcu,
kaktus na parapecie lśni swoją zielenią. Jakby się uśmiechał.
Budzimy się znów miłością,
wstajemy na śniadanie, jemy razem robiąc sobie tak po prostu
nawzajem kanapki, podjadając to i owco z cudzego talerza nad
parującymi kubkami takiej samej herbaty.
Mąż wychodzi do pracy, ja trochę
sprzątam mieszkanie, nucąc, że nie wiem, nie rozumiem nic.
Może nie wiem, ale znów, po złych
dniach zaczynam się budzić.
Przebudzenie z kolejnej ciemności,
pokonane zło i ramiona, które chronią nieraz przed najgorszym.
Uśmiech nie schodzi mi z twarzy.
Jestem gotowa na jutro, na nasze
kolejne święto. Imbolc, nazywane przez Celtów budzenie drzew. Dziś
wieczorem upiekę tradycyjne ciasto, jutro przed południem spotkam
się z Cat, gotowa na jej łzy, bo przepełniona dobrą energią,
którą chcę się podzielić.
A wieczorem, jutrzejszego dnia, po
pracy Męża, będziemy we dwoje budzić drzewa, tak samo jak
obudziłam się ja na nowo. Czując powoli zapowiedź kolejnej
wiosny, widząc przedwcześnie kwitnące przebiśniegi. Myślę o
tym, jak pięknie będą niedługo wyglądać krokusy na górskich
halach, wszystko samoistnie przeskakuje przed oczami.
Jutro sabat spełniający marzenia.
Sabat mówiący o odrodzeniu, oczekiwaniu na pełnię wiosny, bo
przecież jej półmetek. Mówiąc nie o zamieraniu, a o ponownym
rodzeniu Matki, tej, która w Yule rodziła samo słońce, lecz szła
spać.
To wszystko czuć w drzewach. Słychać,
jak powoli, pod ich korą toczą się przygotowania, by znów krążyły
soki. Krążyły, jak krew w moich żyłach, teraz rozbudzonych. W
sercu, które chce żyć i po prostu...
Sabat spełniający marzenia.
Dzień Brigid, w którym pije się
mleko białej matki, pije się mleko brzemiennej wilczycy.
Sama czuję się jak na nowo budząca
się po kolejnej zimie kolejna wiosna. Sama czuję się pełna mleka,
mleka, które pozwolę pić tym, których kocham. Bo żyję może od
śmierci do śmierci...ale to tylko cykl życia, który trudno
zrozumieć nam, małym, ale trzeba w nim pływać. Pływać, a nie
tonąć.
Nie wiem, nie rozumiem nic. Być może,
ale dziś właśnie o to chodzi. Nie o to, by rozumieć. Ale żyć,
słysząc pulsowanie ziemi w pełnym słońcu. Słysząc budzenie się
drzew, widząc ogień i życie, także w śmierci. Pozornej śmierci,
bo nic nie umiera na zawsze.
Zapalając znów święty ogień i
stawiając go w oknach.
Może nie można przejść wielkiej
rzeki, jaką jest życie bez bólu i wyrzeczeń.
A może po prostu trzeba pozwolić
sobie nie rozumieć i nie wiedzieć, znów, tak zwyczajnie, żyć.
I nawet sam teledysk uspokaja i ogrzewa
Kurde, jak coś tu czytam to albo ryczę albo się uśmiecham :D Tak, teraz się uśmiechałam :) Bo po tych ciężkich dniach ten uśmiech jest jeszcze przyjemniejszy, prawda? :) Takie głupie porównanie może, ale tak samo jak zawsze mnie brzuch napieprza jak mam okres, a gdy przestaje boleć jest tak cudownie po prostu :D I tu tak samo przecież... Najpierw cholernie boli, tak nie do zniesienia, a potem cudowna ulga i uśmiech, szczery uśmiech :)
OdpowiedzUsuńPod moją ręką nawet kaktusy zdychają :< W ogóle jak się wyprowadzę to będę musiała sobie jakiegoś zwierzaczka ogarnąć, o.
Przez Ciebie ciągle nucę ten kawałek xD Ale może to dobrze :)
To ja się cieszę, że się uśmiechasz jednak, wolę, jak się śmiejesz, niż jak masz płakać:)
UsuńI owszem. Smakuje całkiem inaczej, jest bardziej jaskrawy. Jak wyjście z jaskini na słońce, o:) I wcale nie głupie porównanie, bo to też ból, tyle, że fizyczny. Ale właśnie...leczy się i o to chodzi:)
Bo je pewnie za często podlewasz:D To może jeża?:D Juz sprawdziłam w necie jak dostać taniej:D
Wcale nie stale, już to wiem :D
Czasem to dobre łzy, bo przecież ja się szybko wzruszam :D Dokładnie, aż takie wow, ale fajnie, przynajmniej ja tak mam :D A teraz to mi w ogóle fajnie po paćkaniu xD No dobra, mogłam przyrównać do bólu zęba czy głowy xD Ale no, wiadomo o co chodzi.
UsuńNo właśnie nie, podlewam jak trzeba xD Kiedyś podlewałam niby za często i żył, a potem jak już przeczytałam, że trzeba rzadziej to podlewałam rzadziej to usechł xD A o niektórych zapominałam i chciałam im to wynagrodzić i lałam za dużo i gniły xD Haha najlepiej! :D Z jeżem pewnie mniejszy problem niż kotem... xD I po ile chodzą? :D
No tak, fakt, tobie dużo nie potrzeba:) Ale to też dobra cecha, tak serio, to ja ją nieraz podziwiam. I nie dziwię się, zawsze po malowaniu lepiej:D A mi po pieczeniu,o, to też jakiś artyzm, tym bardziej, że na święto i nie ma zakalca :D
UsuńAle to też fizyczny, już bez znaczenia:D
To może miałaś jakiś sukulent, a nie kaktusa? Wielu ludzi nie rozróżnia :D A tak serio, to trzeba było podlewać jak podlewałaś, wiesz, to też kwestia jak masz ciepło w pokoju, jakie nasłonecznienie...a nie sztywne reguły podlewania:D
Po 200. To już nie 500 no nie?:D
No nieraz to aż wkurwia :D Ale bez przesady z tym podziwianiem xD Dokładnie, pieczenie/gotowanie też tak działa! :D To pogratulować :D
UsuńMa kolce to kaktus, proste xD Więc cóż, możliwe... :D Wszystkie (tak, był więcej niż jeden) dostawałam, więc jak coś to nie moja wina, że mi powiedzieli, że to kaktus :D No wiem, ale mój były mi kazał (bo dostałam od kolegi, o którego był zazdrosny, więc to pewnie był sabotaż xD).
No raczej! To taki jeden bilecik na Brandona :D
A jednak można podziwiać. Bo wiesz, jak patrzysz inaczej i nie masz czegoś, co ma ktoś, nawet jak mu to utrudnia życie...to jakoś się podziwia przecież:) I pewnie, to sztuka. Chyba że z paczki :D ( musiałam:D)
UsuńNo...a rozróżniasz kolce i ciernie?:D Bo tu podstawowy problem jest nieraz :D To nie słuchaj facetów nigdy więcej w kwestii kwiatów. Chyba, że będą po botanice albo ogrodnictwie:D
W sumie...fakt. Jeden bilecik :D
no cóż gratuluję udanego dnia i nocy, też czasami spędzamy tak dnie, tyle, że u nas w mieście nie ma zoo, nawet współlokatorkę miała Natalia ale mimo oszczędności to jednak jest trochę krępujące. Teraz jesteśmy sami i możemy robić co chcemy. Trochę współczuję Twojemu lokatorowi. Nie ma nic gorszego niż patrzyć na miłość innych, nie móc samemu jej doświadczyć.
OdpowiedzUsuńBo od czasu do czasu w każdym związku są właśnie takie dni i noce potrzebne, poświęcone na całkowite oderwanie:)
UsuńJemu to akurat wielce nie przeszkadza, raczej z tym 4-pakiem to tez trochę żart;) Sam ma dziewczynę, więc nie jest tak źle :D
Jeżjeżjeżjeżjeżjeżjeżjeżjeżjeżjeżjeż!!!
OdpowiedzUsuńAaaaaaaaaaaaaaaa!!
Zawsze chciałam jeża, ale mama zabrania, bo mówi, że jeże tuptają w nocy :D
Fakt, że mają nocny tryb życia i tupią i fukają :D W sumie, jako dziecko miałam..prawdziwego, dzikiego jeża a nie pigmejskiego. Bo obudził się w środku zimy jakimś cudem i znaleźliśmy zmarzniętego biedaka. I fukał nocami, a jak smutno było, jak nas na wiosnę opuszczał :D Nawet z moim psem, który już niestety nie żyje, się polubili i spali razem :D
Usuńtakie dni są naprawdę piękne, niby takie zwyczajne, ale bardzo magiczne :) bo pełne uczucia, śmiechu, radości, cieszenia się każdą chwilą, pozornie nudną, a tak naprawdę wyjątkową :) w takich dniach zapominamy o troskach, smutku i łzach, co daje nam kopa na kolejne dni :)
OdpowiedzUsuńW zwyczajności, codzienności tkwi najwięcej magii, a w prozie poezji przecież:) I takie właśnie dni, całkowitego oderwania a mimo to takie normalne, są po prostu potrzebne, zwłaszcza po wszelkich emocjonalnych burzach. Chce się żyć:)
Usuńdokładnie, chodzi mi o to, że nie każdy potrafi się tym cieszyc, tak zwyczajnie, o :) a po tych burzach takie dni są zbawienne nieraz ;)
UsuńTo też prawda. Czasem niektórym potrzeba za dużo, bo widzą za mało:)
UsuńHmm... ja znam ten utwór, choć za cholerę nie wiem skąd!
OdpowiedzUsuńBo to właśnie tego typu kawałek, wszyscy znają, ale niekoniecznie pamiętają, skąd :D
UsuńCudowną miałaś sobotę. :) Ja podobnie dziś spędziłam dzień z moim B. - stary rynek, kino i duuuużo małych przyjemności. Też czuję się naładowana pozytywną energią. <3 No i to słońce, które w końcu się pokazało i tak miło, chociaż nieco złośliwie, świeciło prosto w oczy ograniczając widoczność. :P
OdpowiedzUsuńKto wie, może gdzieś tam się minęliśmy nawet nie wiedząc?:D Bo właśnie w taki sposób wręcz trzeba sobie nieraz te akumulatory doładować:)
UsuńA ja nie mama tego problemu, o my wszędzie pieszo, a nie autem ( bo o to chodzi przy widoczności?:D), a nawet jak nie o to idzie to...mam prawie niewrażliwe oczy na światło tak samo jak dłonie na gorąco:) Chwytam gorące garnki bez rękawicy, nie noszę nigdy okularów przeciwsłonecznych:D
Może i tak. :)
UsuńNawet nie wiesz, jak mi to było potrzebne po tych dwóch tygodniach sesji. Wreszcie poczułam, że żyję - nie musiałam się niczym przejmować, o nic martwić - liczyło się tylko tu i teraz. Dla takich chwil warto żyć. :)
Ja uwielbiam okulary przeciwsłoneczne i zakładam je gdy tylko nadarzy się okazja. xD
Łoooo matko, aż mi się przypomniał taki program na polsacie, gdzie bili rekordy Guinessa i tam jeden facet wyciągał coś gołymi rękami z gorącego oleju. :P
O, to na pewno :)Pamiętam czasy zwiększonej ilości egzaminów, choć miałam sesję ciągłą niby...ale i tak wszystko zwalało się na parę miesięcy, na miesiąc, parę tygodni. I to wspaniałe uczucie właśnie, pewnej swobody...nie do podorbienia:)
UsuńNo to pod tym względem jesteś moim przeciwieństwem:D
No to aż tak ostro nie działam, bez przesady :D Tylko czasem wyciągam gorące pyzy ręką, te robione na parze znaczy:D Bo jak się je nakłuje to padają:D
O proszę: zoo, galeria, kino, nie dajecie się niskiemu ciśnieniu :D
OdpowiedzUsuńJak widać, to na nas w ogóle nie działa :D
UsuńCieszę się, bo myślałam że już coś ze mną nie tak ;p Może to przez zieloną herbatę, którą ostatnio odkryłam :D
UsuńBogowie, a to jakaś niezwykła zielona herbata?:D
UsuńBardzo miło spędzony dzień, czasami też chciałabym tak wyjść z domu, bez planów, iść tam gdzie mnie nogi poniosą i robić to co przyjdzie mi akurat do głowy ;) Tak spędzony czas potrafi naładować pozytywną energią jak nic innego! Oby jak najwięcej takich dni (chociaż może nie jak najwięcej...bo w końcu też mogłyby się znudzić, a jak są taką odskocznią co jakiś czas tylko, to wtedy chyba najlepiej) ;)
OdpowiedzUsuńBo czasami warto po prostu wstać i iść:)To chyba marzenie każdego człowieka nieraz. po prostu wstać i iść, bez żadnych zobowiązań...a takie dni są tego namiastkami, dobrymi namiastkami:)
UsuńAle to też prawda, co za dużo, to i niezdrowo:)
Czasem warto zaryzykować, żeby coś zyskać. Ale ludzie boją się ryzykować.
OdpowiedzUsuńOch, inaczej to nie byłoby ryzykiem przecież, gdyby nie ten lęk:) Jedno wynika z drugiego:)
UsuńCudownie się to czyta, piękny dzień, niesamowita historia! :)))
OdpowiedzUsuńWiesz, mój chłopak zabrał mnie wczoraj na taki właśnie spacer bez celu, potem do planetarium na pokaz o historii naszego miasta, a potem do kawiarni. Więc rzeczywiście takie włóczenie się po mieście, ciesząc się po prostu z bycia razem jest cudowną rzeczą! Tylko że my jesteśmy razem od niedawna, a Wy, po tylu latach... to naprawdę piękne Frido! To jest miłość.
I czasem nie wiedzieć i nie rozumieć jest nawet lepiej. Z zamian można bardzo dużo poczuć. A Ty przecież czujesz nieraz dużo więcej i bardziej niż przeciętny człowiek. Jesteś w końcu kobietą z niesamowitą intuicją :)
I tak sobie myślę, że piękne są te Wasze święta, wplecione w rytm przyrody. Choć ja to nie do końca rozumiem, to jednak wyczuwam, że one w jakiś sposób porządkują Ci świat. Czy z okazji tego święta można Ci życzyć wszystkiego najlepszego? ;) Bardzo Ci tego życzę!! :)
To się cieszę, że dobrze się czytało:)
UsuńI właśnie o takie proste rzeczy, spotkania we dwoje chodzi...a do planetarium sama bym się przeszła niestety, w Poznaniu nie mamy. Ale za to jest pod Środą Wielkopolską chyba...muszę się zorientować gdzie jest najbliższe:)
I lata nie powinny po prostu w miłości nic zmieniać, jak już to ją ulepszać, czyż nie?:)
Dokładnie. Czasem wręcz trzeba odciąć się od myśli, pozwolić sobie czuć, zdać się na tą intuicję właśnie:)
Dla mnie są piękne, ale trudno, żeby nie były, prawda?:)Bo to też jedna z rzeczy, które się często czuje, a nie rozumie:) I dziękuję:)
Cóż , nie wiem co napisać :) Chyba tylko tyle,że tak powinno być :)
OdpowiedzUsuńI może nie zostawiam śladu po sobie, ale chcę przypomnieć się,że czytam ostatnie notki :)
Dokładnie:)
UsuńAle przecież nie musisz czytać ani komentować:D Ale to miłe:)
Czytam, bo lubię, ale też.... Nie zawsze wiem co powiedzieć, a nie o to chodzi by pisać byle co. Ale chciałam zaznaczyć,że jestem :)
UsuńBo nie zawsze jest co powiedzieć,dlatego i ja nie zawsze komentuję, u ciebie czy u innych:)
UsuńAch jak pięknie :) Twój post jest dziś balsamem dla mojej rozżalonej duszy.
OdpowiedzUsuńMiło się czyta takie optymistyczne teksty w dodatku wizualizując sobie słowo po słowie :) Niby nic, a tak wiele :)
Marzy mi się takie oderwanie od szarej codzienności, może w końcu i nam się uda tak po prostu zaszaleć w swoim własnym towarzystwie :)
A piosenkę pamiętam, baaa nawet znam na pamięć :D
Ale skąd ją znam i kiedy się jej nauczyłam to już wyższa szkoła jazdy, nie pamiętam :P
Ściskam! :*
To chyba dobrze, cieszę się:)
UsuńBo takie niby nic wnosi nieraz najwięcej do życia przecież:)
I oby, trzymam kciuki, by i wam się udało:)
No to wszyscy ją pamiętają, ale nikt nie wie, skąd, to taki typ piosenki :D
Właśnie jest po sesji i chcę zrobić sobie taki dzień bez planowania. Co będzie, to będzie. Jeśli gdzieś się udam, to w takie miejsce, które przyjdzie mi na myśl samo. Trzeba się czasem wyluzować i zerwać z łańcuchów wszelkich planów ;)
OdpowiedzUsuńBo od czasu do czasu taki dzień jest po prostu potrzebny:) Taki bez wielkich planów:) Człowiek jakby się nerwowo reseutje nieraz:)
UsuńAż uśmiech sam na twarz wchodzi. Właśnie cieszyć się życiem i pieprzyć plany. Żyć trochę bardziej spontanicznie,trochę bardziej niż mniej...No żyć po prostu!
OdpowiedzUsuńJa to tak myślę pojechać gdzieś po maturze,koncert,trawa,FINLANDIA!Kraj marzeń...Się zobaczy.Fundusze przede wszystkim trzeba mieć...
Dokładnie, czasem takie dni muszą zaistnieć, być namiastką tego "życia po prostu":)
UsuńI zawsze można przecież zarobić, no nie?:)
Takim postem normalnie przywracasz mi wiarę w to, że miłość istnieje :)
OdpowiedzUsuńBo istnieje:) Cały czas, nieprzerwanie, w różnych formach. Także w takiej:)
UsuńCzemu Twoje notki zawsze tak wzruszają?
OdpowiedzUsuńChciałoby się powiedzieć, Frido, że jesteś matką naturą, która przygarnia całą faunę i florę do swojego domu, która wie, jak zadbać nie tylko o zwierzęta i rośliny, ale też ludzkie dusze, które, chcąc nie chcąc, wymagają najwięcej opieki.
Nie mam zielonego pojęcia :D
UsuńMatką Naturą? Ależ nie. Ja jej po prostu staram się słuchać:) Ale fakt faktem, że zawsze wszystkie ezdomne zwierzaki przygarniałam i znosiłam pełno roślin. Dobrze się z nimi żyje...tak samo jak przecież dobrze żyje się z ludźmi:)
Czasem trzeba się obudzić z letargu - znów zakochać, zaszaleć, być spontanicznym.
OdpowiedzUsuńTylko dlaczego coraz trudniej to zrobić, gdy człowiek robi się coraz starszy....?
Ciekawa jestem, czy znużenie dopadnie kiedyś i Ciebie...
Albo po prostu postarać się w ten letarg nie zapaść, choć jasne, to nie jest wcale łatwe. Ale takie dni właśnie przed tym podtrzymują.
UsuńI..nie wiem. Nie mam pojęcia. Mam nadzieję, że nas czas aż tak bardzo nie zmieni.
No i pięknie, jesteście cudowni. :)
OdpowiedzUsuńOpiekuj się kaktusem!
Dziękujemy:)
UsuńI tak robię :D
O tylu przyjemnych czynnościach wspomniałaś.. że aż mi się ciepło na sercu zrobiło :)
OdpowiedzUsuńTo dobrze:)
UsuńEnergetycznie, zmysłowo i pięknie opisałaś swoje odczucia Frido :)
OdpowiedzUsuńUznam to za komplement:)
UsuńJak Ty pięknie wiążesz słowa! Czuć ciepło, które od nich bije i mądrość. To musiał być wspaniały dzień :)
OdpowiedzUsuńKocham tę piosenkę, chociaż nie podoba mi się w oryginale ;) Wolę ją grać i śpiewać trochę bardziej po swojemu. Kojarzy mi się z najpiękniejszymi chwilami przeżytymi w harcerstwie.
Dziękuję za miłe słowa;) I był:) Zdecydowanie, jeden z lepszych ostatnio:)
UsuńBo każdy ma jak widać jakąś swoją wersję. Ja jednak na nowo odkryłam właśnie oryginał i...zakochałam się znowu:)