piątek, 27 lutego 2015

O epidemii i wspólnym chorowaniu część dalsza, czyli o byciu sobie przyjaciółmi i kochankami.

Epidemii spowodowanej Viracella zoster virus ciąg dalszy.

Gdy ktoś wejdzie do naszego mieszkania, ujrzy wielki bałagan, pośród którego walają się niezliczone leki przeciwbólowe, przeciwgorączkowe, przeciwwirusowe. Przeciw-życiowe obecnie, rzekłabym. Przeżyciowe może jeszcze bardziej. Pachnie Octaniseptem, środkiem do odkażania, którym co chwila muszę przemywać swoją bolącą półpaścową wysypkę. Pachnie kodeiną, narkotycznym lekiem na kaszel, który miła lekarka przepisała mojemu Mężowi gdy na początku tygodnia wyszło, że dodatkowo nabawił się powikłanego zapalenia oskrzeli, które grozi zapaleniem płuc. Pachnie potem i zmęczeniem.
Walają się wszędzie kubki po herbatach, zasmarkane do cna chusteczki. Gdzieś na stole leży niesprzątnięty plasterek cytryny wyłowiony z kubka, gdzie indziej na stole wielka, klejąca plama od miodu. Nikt nie ma siły tego posprzątać. Na ziemi leżą grube skarpety zrzucone w nocy przy kolejnym epizodzie pocenia.
W tym wszystkim, całym galimatiasie, można znaleźć nas. Dwie głowy i cztery dłonie wystające spod kołdry, dwa syjamskie buritta chorobowego nieszczęścia. Mogłoby się zdawać, że na twarzach, które ledwo ledwo wystają spod tego schronu kołdrowego powinno kwitnąć samo nieszczęście ( pomijając wykwity czerwonych plamek ospowych/ półpaśca). Jednak na twarzach widać zacięcie i wielkie rozbawienie. Słychać ochrypnięty oburzony, ale i jednocześnie rozbawiony krzyk
-Ty sukinkocie, oszukujesz!

Tym dwóm postaciom, przygniecionym chorobowym bałaganem powinno być źle, powinny wić się i błagać o zmiłowanie, jak ofiary średniowiecznego morowego powietrza. Może i powinno być słychać tylko potępieńcze jęki ( które zdarzają się od czasu do czasu przy kolejnych nerwobólach), ale słychać też śmiech i wesołe rozmowy.
Rozmowy jak dwójki dzieci, które nie poszły do szkoły, bo zaraziły się od siebie ospą na lekcjach rytmiki.
Chorujemy i jest nam źle. Ale chorujemy razem- więc jest nam dobrze. Tak po prostu.

Co prawda nie cały czas jest nam tak do śmiechu. Ktoś z naszego szpitala zakaźnego w sobotę choćby musiał wyjść po zakupy. Z kimkolwiek bowiem nie gadaliśmy, nikt tego dnia nie był w stanie ruszyć tyłka i załatwić nam paru spraw. Synek, nasz współlokator ewakuował się zawczasu, nie pamiętając, czy przebył ospę wietrzną przed czy po chemioterapii będąc dzieckiem ( dla niewtajemniczonych, chemioterapia "zeruje" układ odpornościowy ). Tak więc padło na mnie. W ksero popłakałam się z bólu. Pewnie nigdy więcej się tam nie pokażę, bo pan kserujący zapewne pomyślał, że jestem jakąś histeryczką z PMS-em. W jednym z sieciowych sklepów prawie zemdlałam. Potem do domu odprowadził mnie przystojny pan ochroniarz.
Nie zawsze jest tak wesoło, gdy nie możemy spać po nocach przez kaszel Męża. Ten odgłos zawsze wprawia mnie w wewnętrzną histerię i powoduje, że cała się spinam. Może dlatego, że Mąż jako dziecko prawie dwa razy umarł na zapalenie płuc. Może dlatego, że pamiętam jego dawne ataki teraz zaleczonej astmy, przy których prawie zszedł, nie oddychając przez minutę. Najdłuższa minuta mojego życia. Teraz na każde odkaszlnięcie spinam się i staję się nerwowa. Zwłaszcza w nocy, gdy nie w pełni dobudzona, nie rozumiem, co się dzieje.
Nie zawsze jest nam do śmiechu, nie zawsze radośnie. Ale to nie szkodzi.

Nie przeszkadza nam, że oboje pocimy się niemiłosiernie i ogólnie, nie wyglądamy za dobrze. On jak z krzyża zdjęty i pokancerowany, z podkrążonymi ogromnymi czarnymi oczami, ja jak trędowata żebrząca na ulicy w Bagdadzie, zmęczona życiem. To nie szkodzi. Nadal kombinujemy, jaka jest najlepsza pozycja, żeby uprawiać seks, tak, żeby i mnie półpasiec nie bolał, tak, żeby może nie zaczął za bardzo kaszleć. Nie w2yglądamy imprezowo, nie wyglądamy popisowo. Żadne piękności, ani ze mnie, ani przystojniak z niego, gdy leży owinięty kocem. Ale to nie ma znaczenia. Nadal, najpiękniejszy i najcudowniejszy mężczyzna pod słońce. Ja dla niego, nadal, jestem taką też kobietą.

Słabość i zmęczenie, ból i znużenie nie budzą zniecierpliwienia. Budzą czułość. Budzą herbaty podawane na zmianę, z żartem i z całusem w czoło. W nosek., czego ja nienawidzę. W łysinę na głowie, czego on nie znosi.
Opiekujemy się sobą nawzajem. Pilnujemy godziny podawanych sobie wzajemnie leków. Teraz antybiotyk, teraz leki na neuralgię, żeby nie bolało kochanie. Teraz posmaruję ci pyszczek, żeby nie swędziało i żeby nie drapać, bo zostaną blizny.

Właśnie. Blizny.
Na dniach natknęłam się na cytat Stephena Kinga, jakby stworzony dla nas. Aż musiałam się nim podzielić z Red, bo to my, przecież to my! Kolejne zrządzenia losu. Świat pokazuje wszędzie znaki, albo widzimy to, co chcemy. Nie ma to znaczenia. Ostatnio jestem po prostu na to jeszcze bardziej przeczulona.

"Jeśli jest miłość, blizny po ospie są ładne jak dołki w policzkach".

Stary, dobry Stephen miał rację. Blizny nieważne przecież. Blizna, zawsze najpiękniejszym elementem tego, którego kochamy. Nie martwię się więc ani trochę wielkim, malinowym śladem na piersi, który nie chce schodzić, który strasznie się paskudzi. Zostanie blizna? To nic. Potem on wtopi w nią zęby, smakowicie, wbija przecież we mnie i tak miłosne kły aż do samego szpiku kości. Blizna? Cóż, kolejna pamiątka po tym, co znowu razem przeżyliśmy.

Blizny piękne jak dołki w policzkach. Cała mapa jego pieprzyków, tkwiących na zmęczonym ciele. Pieprzyk który kiedyś w miłosnym szale rozdrapałam a on nie mógł przestać krwawić. Obok blizna. Kolejna pamiątka. Naszego wspólnego czasu. Tego, który wypełnia miłość.

Jeśli zostaną blizny po ospie, będą właśnie pamiątką. Czułości. Wzajemnej opieki, choć to nami po prostu ktoś powinien się zajmować. Ale przecież...właśnie.
Mamy siebie. Mając siebie wszystko potrafimy przetrwać.
Potrafiliśmy przetrwać śmierć jego babci, którą tak bardzo kochał, jej śmierć już w pierwszych miesiącach naszego związku.
Potrafiliśmy przetrwać wojnę z jego rodzicami a moimi teściami o to, że nie jestem odpowiednią kandydatką na żonę. Kwaśne mieszkanie z nimi, kolejne awantury.
Potrafiliśmy przetrwać to, jak mój pijany ojciec wyzywał mnie od dziwek. Kolejne krzyki, bijatyki, potem jego chorobę aż wreszcie śmierć. Śmierć po której nic nie czułam.
Potrafiliśmy przetrwać jego depresję. Moje dziwaczne myśli, ataki paniki i histerii.
Potrafiliśmy przetrwać śmierć przyjaciół. Jednego, kolejnego. Bolesne ciernie, jak żadne inne. Załamania do samej istoty człowieczeństwa.
Potrafiliśmy przetrwać brak pieniędzy, przeżyć razem tydzień za 20 zł ( a za ostatnie 10 zł kupiliśmy wtedy fajki), problemy z mieszkaniami, problemy z odwiecznym "nie stać nas", bo żadne z nas nie jest bogate i nigdy pewnie razem nie będziemy.
Potrafiliśmy przetrwać moje choroby, choroby mojej mamy, wożenie jej do szpitali, śmierć moich pacjentów do których wówczas za bardzo się przywiązałam. Każdą głupią sesję, problemy z dupy, ataki jego astmy, pierwszą kłótnię po pijaku, moje urojone płacze, jego dziwne pretensje. Jedną i wyjątkową zazdrość z mojej strony, jedną i wyjątkową zazdrość z jego strony o innego mężczyznę, bo i ta nam się zdarzyła.

Przetrwaliśmy i za każdym razem kochaliśmy się jeszcze bardziej. Mądrzej. Dojrzalej.
Serio, wirus ospy, zapalenie oskrzeli ma nas załatwić? Niedoczekanie!

Razem dorośliśmy. Ja wreszcie wyrosłam ze skakania po licznych łóżkach i znalazłam tą kobietę, która chce biec na jednej drodze z jednym mężczyzną. On dorósł, właśnie z chłopca stał się mężczyzną, który zrobi wszystko dla swojej kobiety.
Ja, silna kobiecą siłą, czująca ducha, agresywna ale i łagodna i miękka jak kobiece łono, słaba, sprzeczna sama w sobie, ocean emocji.
On, silny jak mężczyzna , dawną brutalną siłą, ostoja spokoju, skała, niewzruszona, a jednak krucha, którą nieraz trzeba zaprowadzić. Skała, na której kobiecie łono zasiewa życie.

Tak. Uzupełniamy się. Tak. Pasujemy do siebie. I widzę to znowu, szczególnie, gdy po prostu z definicji powinno być nam źle.
Zawsze widzę to, jak się uzupełniamy, gdy jesteśmy w górach. To, jak się o siebie troszczymy, gdy zmęczenie bierze górę. Jak on, silniejszy, pilnuje, czy nic mi się nie stanie. Jak bierze cięższy plecak i czeka, gdy zwalniam. Jak ja, jednak potrafiąca być delikatnie kobieca, rozmasowuję potem jego plecy. Jak szykuję herbatę, gdy dotrzemy na wieczorny spoczynek w kolejnym schronisku. Widzę to, gdy jesteśmy po prostu zdani na siebie. Bo czy nie na tym to polega? Na tym, że właśnie to z tą osobą mogło by się być jedynymi ludźmi na świecie...i wiadomo, że nie będziemy się nudzić. I wiadomo, że nic nam się nie stanie.
Póki jesteśmy blisko, nic nam się nie stanie, a twoja stopa nie omsknie się ze skały.
Odpowiedzialność ja za ty. Najsłodsza z możliwych.

Powinno więc być nam źle teraz, a przecież nie jest. Bo właśnie mamy siebie.
Kochanków, wiecznie zakochanych jak szczeniaki ale i marudzących na siebie jak stare małżeństwo Mamy siebie, kochanków właśnie...ale i najlepszych kumpli.
Może to jest klucz. A może klucza nie ma.

Zawsze, od samego początku byliśmy dla siebie po prostu w dużej mierze przyjaciółmi.
Razem piliśmy piwo na dachach i w plenerach. Dawaliśmy sobie nawzajem szlugi i kombinowaliśmy kasę na kolejną paczkę. Od samego początku, mogliśmy po prostu kraść ze sobą konie. Śmiać się z tych samych filmów i głupich żartów. Najbardziej bulwersujących dowcipów. Docinać sobie, tak, że z boku wyglądało to na kłótnię albo chamską wymianę zdań, za którą niejeden człowiek by się obraził.

Pamiętam, że gdy go poznałam,nie mogłam przestać wyobrażać go sobie nago...i nie mogłam przestać się śmiać, gdy zaczęliśmy rozmawiać.
Zawsze potrafił mnie rozbawić. Nawet w momencie, gdy wypłakałam właśnie strumień łez, na koniec jakiś żart, który powodował, że śmiałam się, właśnie nawet przez łzy.
Najlepszy przyjaciel, który porozmawia, obejmie ramieniem i rozśmieszy. Najcudowniejszy kochanek, przy którym odpływam za każdym razem. Czego mogę chcieć więcej?

Dlatego tak dobrze nam się razem choruje. Nie skupiamy się na wszystkich złych aspektach, nie myślimy o podłej niedzieli, w czasie której pewne życiowe plany przeszły nam koło nosa. Nie jemu, a nam, bo wszystko, co dotyczy jego, dotyczy i mnie. I odwrotnie.
Nie skupiamy się na bólu i nie dajemy się zdenerwowaniu. Zamiast tego mówimy sobie z czułością o policzkach spuchniętych jak u chomika, o radości z tego że jedną pierś można mi macać. Zamiast tego gramy w miliony gier, czytamy razem książki, oglądamy niezliczone filmy i seriale. Po prostu cieszymy się, że w tym zabieganym ostatnio życiu los dał nam choć trochę czasu dla siebie. To nic, że czas wypełniają też herbatki i jęki, chociaż chętnie byśmy napili się we dwoje piwa aż do urwanego filmu. To nic, że tak wiele spraw się teraz zawaliło. Mamy siebie i jest nam razem dobrze.

W zdrowiu i w chorobie, jak przysięgają katolicy. Nawet w tak błahej.
Póki wystarczy miłości, póki miłość jest- jak sobie przysięgaliśmy. Bo tak długo wszystkie blizny po ospie będą najpiękniejsze. Te jego, te moje. Blizny, pieprzyki, krzywe palce, dodatkowe kilogramy, wystające żebra. Kolejne zmarszczki w upływającym czasie. Nadmiary i niedobory włosów. Aż do końca, póki starczy miłości- najcudowniejsze.

Oczywiście, nie ma idealnych związków. Nie idealnych w dosłownym znaczeniu tego słowa. W każdym zdarzają się nieporozumienia, kłótnie, ciche dni, wątpliwości, karczemne awantury. Ale związek może być idealny dla nas.

Kiedyś nie wierzyłam w przeznaczenie ludzi dla siebie. W idealne połówki. Nie wierzyłam, bo kojarzyło mi się to z mdłymi bajkami o księżniczkach w wieży i księciu na rumaku. Nie wierzyłam i wiecznie mówiłam, że przecież ja nigdy za Mąż nie wyjdę. Nigdy nie dam się spętać, bo myślałam, że to niszczy wolność. Okazuje się, że prawdziwa miłość wolność daje. Odpowiednia osoba.

Nigdy nie czekałam na księcia- i też wcale go nie znalazłam.
Znalazłam najlepszego przyjaciela. Zgrywusa z wieloma wadami. Momentami mruka. Takiego, który ma swoje ponure dni w których siedzi w swojej jaskini. Takiego, który nie zawsze pomyśli o tym, że może chciałabym dostać kwiaty, a za to na dzień kobiet kupuje mi kwiat kalafiora, jak w jednej z powieści, bo przecież to też kwiat i tak bardzo do mnie pasuje.

Znalazłam jednak też kogoś, kto zawsze chwyci mnie, gdy upadam i z kim po prostu dobrze mi się żyje.
Znalazłam kogoś, kto mnie rozumie, akceptuje moje wady, złe dni, marudzenie, paranoje i histerie. Kto rozumie moją wiarę, moje dziwne stany, potrzeby odchodzenia i wracania.
Znalazłam kogoś, całkiem przypadkiem, ale znalazłam kogoś, kto akceptuje i kocha mnie jako kobietę i jako człowieka. Obejmuje wszystko czule, jakby ktoś powiedział. Znalazłam kogoś, przy kim nigdy niczego nie muszę udawać. Nigdy. Kogoś, do kogo przychodzę z każdym problemem, nawet, jeśli ten problem dotyczy jego, bo wiem, że nikt poza nim tego nie rozwiążę przecież. Tylko on, tylko my sami.
Kogoś, przy kim nauczyłam się płakać i przy kim często nie mogę przestać się śmiać nawet z największych głupot. Kogoś, przy kim odczuwam miliony razy la petit mort, słynną rozkosz, przy której właśnie omdlewa się jak podczas śmierci...i schodzi do własnego raju.
Kogoś, kto dotrzymuje mi kroku. I wcale nie musi mieć rumaka. I na żadnego księcia bym go nie zamieniła. Książę jest zdecydowanie przereklamowany.

Znalazłam swojego przyjaciela i kochanka. I nic więcej nie potrzebuję w tej kwestii.



Jeśli trzeba, zrobiłbym to
Pożarłbym do ostatniej okruszyny
Wszystkie te rzeczy, które odgradzają nas od miejsca
Do którego należymy

To, co jest nie tak z tobą
Jest w porządku
Tak jak to, co nie jest ze mną
I tak myślę sobie, że może powinniśmy trzymać się ze sobą?

Bo w ostatecznym rozrachunku
Jesteśmy przyjaciółmi

I kochankami. 

niedziela, 22 lutego 2015

O tym, że wszyscy urodziliśmy się chorzy, ale żadna miłość chorobą nie jest.

-Wiesz co mnie najbardziej śmieszy?- zapytał mnie Mąż, gdy przy śniadaniu w tle z radia poleciała pewna ograna już do porzygu wręcz piosenka Hoziera "Take Me To Church".
-No co?
-Że moja koleżanka z pracy kocha ten kawałek.
-No i co z tego? Ja też go uwielbiam.
-Taa...tylko ona jest ortodoksyjnym katolikiem.
-To jak to?
-Ona rozumie z tekstu tylko "Amen"! Nie rozmie za bardzo angielskiego i myśli, że to piosenka pewnie na chwałę Pana.
-I ty nie zamierzasz jej uświadomić?
-A gdzie tam, nie będę krzywdził dziewczyny- powiedział z ogromnym przekąsem Mąż. Z ogromną ironią. Kto jak kto, ale on nie znosi bezmyślności. Zwłaszcza bezmyślności ortodoksyjnych katolików czy innych fanatyków religijnych. Bezmyślności wykrzykiwanych haseł. W nim nie ma absolutnie żadnej wyrozumiałości. Czasem zastanawiam się czy to dobrze, czy nie przesadza w drugą stronę. Ale z jego perspektywy patrząc cóż. Bardzo go zrażono, chcą ukorzyć go na siłę przed wartościami, których absolutnie nie uznawał nigdy za swoje. Akcja rodzi reakcję. Często tą pozornie przeciwną - Chociaż, pewnie w końcu gdzieś dopadnie teledysk i zacznie rozumieć że to wcale nie na chwałę wspaniałego Boga. Nawet chyba ona zrozumie. Albo porzyga się jak zobaczy całujących się facetów.
-A co jest w teledysku?
-Nie widziałaś?
-No jakoś nie.
-To sobie obejrzyj.

Tak więc zasiadłam do swojego laptopa obok Męża, jak to mamy nieraz w zwyczaju ( stale nie można siedzieć razem, odwieczna prawda, i kota zagłaszczesz na śmierć, czyż nie?), założyłam słuchawki i włączyłam ów kawałek z oprawą teledysku właśnie.
Minimalistyczny. Czarno-biały, bez żadnych specjalnych efektów, gołych dup latających na ekranie, bez pozowania na gwiazdorski skandal a la Manson pomimo tekstu. Jednak, zapewne skandalizujący paroma scenami. Scenami, które nie powinny w moim pojmowaniu nikogo oburzać. Bo scenami mówiącymi o miłości. Tak po prostu. Prostej czułości między dwojgiem ludzi. Najpiękniejszej rzeczy, jakiej można doznać.
Historia toczy się przez parę minut, a ja zostaję pogrążona w myślach po wybrzmieniu ostatniej nuty. Znów, poruszona i przerażona. Znów, na nowo obdarta ze złudzeń, obdarta ze swojej wizji utopii. Znów, mniej rozumiem, a może rozumiem więcej, niż powinnam.

Zdruzgotana, bo przypominam sobie, że tak, takie rzeczy dalej się dzieją. Nawet takie dosadne, drastyczne, wcale nie tak daleko. Nawet na naszym podwórku, choć nieraz woli się o nich nie mówić. Toczą się brutalnie, toczą się metaforycznie całkiem, gdy znów jeden człowiek uzurpuje sobie prawo do wyrokowania o cudzym życiu. Gdy pewne grono znów ocenia, zakazuje lub nakazuje. Gdy pewne grono mówi o tym, czego nie wolno, a na co łaskawie pozwoli.
Takie rzeczy się dzieją, gdy zakłada się miłości kajdany i publicznie maltretuje się ją na naszych oczach. Właśnie ją.

Wszystkie zbrodnie przeciw miłości są cały czas prawdziwe.
Wszystkie małe i dosłowne morderstwa sztylety obelg i te które naprawdę dosięgają serc bijących trwożnie w klatce żeber nadal obecne.
Wszystkie potoki jadu i śliny tych zaślepionych nienawiścią zamiast miłości płyną nieprzerwanie, tak samo jak płynie nadal rozlewana dosłownie krew. Krew z rozbitych nosów, krew z zdartych pięści, krew z rozszarpanych gardeł.

A mi zostaje znów naiwne pytanie w głowie- dlaczego? Dlaczego? Po co?

Nie będę rzucać kolejnymi naiwnymi hasłami o tolerancji. Bo nawet nie o nią tu chodzi. Tolerancja to tak naprawdę często bardzo brzydkie słowo. Mówiące o tym, że czegoś nienawidzimy, nie znosimy, a jednak pozwalamy temu żyć. To jak koegzystencja róży i dmuchawca. A w tym przypadku...nie mogę zrozumieć, jak coś ma być różą, a coś ma być dmuchawcem. Jak można porównywać po prostu piękno różnych kwiatów.
Dla mnie zawsze najpiękniejsze były dzikie ogrody, takie trochę zaniedbane, jak ten mojej mamy. Takie, w których znalazło się miejsce dla każdego kwiatu. Ogrody, w których gama kolorów i zapachów oszałamiała, a każdy odwiedzający owad znalazł coś dla siebie. Brakowało mi w takich ogrodach tylko barwnych kolibrów latem, ale wiedziałam, że te żyją wspaniale gdzie indziej. Dzikie ogrody, gdzie znajduje się miejsce dla każdego. Takie były jak najbardziej naturalne, a nie te tworzone od linijki. Te sztywne, w których dominowała jedna gama barw. Te zawsze nudziły, wręcz przerażały monotonią. Te sztywne ogrody tworzone od linijki, do których zlatywały tylko pszczoły, a nie ciężkie trzmiele, które nie mogły z nich zaczerpnąć już nektaru, który zaniosłyby do swoich podziemnych królestw. Sztywne ogrody od linijek, które same dla siebie są zawsze zagrożeniem. Monokultury bardzo szybko słabną i wymierają. Nie tylko w przyrodzie.

Ale chyba za dużo ludzi o tym zapomniało. Chyba za dużo ludzi chce być świętymi architektami.
Świętymi, właśnie, dobre słowo. Bo co w ogóle święty ma oznaczać? Lepszy? Nawet w tej religii która tak często ocenia, która mówi o piekle i potępieniu, mówiono, kto jest bez grzechu, niechaj pierwszy rzuci kamieniem. Czyżby ktoś tu sam sobie zaprzeczał? Cóż. Czasem mam wrażenie, że w pewnych słowach, pewnych ludziach, instytucjach i złoconych pałacach które dominują na moim światem choć nie są moje, sama miłość chce zaprzeczyć miłości. Która jest fałszywa?

Może nie mi to rozstrzygać. Ja widzę innym jej strumieniem. Ale kto pierwszy jest bez grzechu, niechaj pierwszy rzuci kamieniem. Jedno z niewielu zdań z ich świętej księgi, które kocham. Bo kto jest bez grzechu?

We were born sick..

Czy można powiedzieć, że ktoś jest bardziej chory? Wszyscy nosimy jakieś piętna. Nie jesteśmy idealni. Nawet w oczach tamtego Boga ponoć i wielu innych, niedoskonałość człowieka nie jest zmazą. Bywa po prostu ludzka. Czy po prostu miłość może sprawiać, że jest się grzesznym? Że jest się chorym?
Nie potrafię zrozumieć. Nie potrafię i pewnie dlatego, moi bogowie mają inne imiona. Mają imiona rozkoszy i wolności.

Pamiętam dawną rozmowę z Cat, sprzed 3 lat, po kolejnym winie. Po tym, jak jedna z jej przyjaciółek, głęboko wierząca katoliczka powiedziała jej, wierzącej jeszcze wówczas w chrześcijańskiego Boga , jak jej przyjaciółka po śmierci człowieka, którego kochała, rzekła że ten na pewno "smaży się w piekle".
Jak ona strasznie przez to płakała, jak wielki ból czuła. Jak wielka rzeka jadu przetoczyła się przez to serce, zostawiając zatruty umysł i takąż dusze.
Jej ukochany smaży się w piekle. Ten, który otworzył jej świat na czułość, ten, który pokochał ją jak wariat, ten, który malował dla niej najpiękniejsze obrazy, ten który umarł zanim dopadł go ból. Smaży się w piekle. Bo nie był dobrym człowiekiem. Dlaczego nie był? Bo zaprowadził ją do grzechu, bo bez sakramentu oddali sobie swoje ciała. Bo tak wyrazili miłość, swoje oddanie, bo dali sobie rozkosz i zaznali całkiem innej komunii niż ta, która spływa symboliczną krwią, niż ta która otumania winem. Bo wierzył w innych Bogów. A wreszcie, przede wszystkim, sypiał na zmianę wcześniej iz kobietami i z mężczyznami, bo nie widział granic miłości czy tez rozkoszy. Bo żył w wielkim oceanie miłości i nie zakładał jej kajdan.
Ten kogo kochałaś moja droga, smaży się w piekle.
Druzgocące, a dla tamtej tak prawdziwe.
Inny jej bliski człowiek, przyjaciel, który zmarł w listopadzie,który wierzył w innych bogów, który uprawiał miłość i o wielkiej miłości mówił bez imienia, konkretnego imienia Chrystus też smaży się w piekle. Bo pławił się w wielkim strumieniu, którego również nie chciał więzić.
Ja, bliska jej obecnie osoba, też będę smażyć się w piekle. Bo moi bogowie mają zielone włosy i oczy. Bo biegam nago pod księżycem. Bo kochałam się z kobietami i też inaczej nazywam miłość, jest dla mnie wielkim oceanem w którym każdy ma miejsce dla siebie. Bo kocham się z Mężem i nie potrzebowałam tego, który zszedł z krzyża, by pozwalał mi na miłość i rozkosz. Bo szczycę się swoimi szczytami rozkoszy.
Jestem złym człowiekiem? Też przez swoją miłość? Też przez to, że też nie zakładam jej kajdan, nie zakuwam w dyby? Skazana na piekło?
Cóż. Wolę piekło. I nie zakładam z hipokryzją jak Pascal, co bardziej mi się opłaca. Wolę piekło w które i tak nie wierzę, a wiarę w ten sposób jaki czuję i nieskrępowaną miłość. Wolę wolność i rozkosz.

Nic dziwnego, że Cat zwątpiła już trzy lata temu, choć zaczęła wątpić wcześniej, ale ostatecznie się odcięła. Że nagle poczuła, że grzech, nie był grzechem. Kochała kogoś, a ktoś inny mówi, że nie był dobrym człowiekiem. Także przez miłość.
Ale może patrzę ze złej strony na to. Może patrzę źle, bo już zapomniałam, jak to jest czuć zakazy, nakazy i piekielny płomienie liżące stopy. Bo zapomniałam, że przez to wszystko można nienawidzić drugiego człowieka.

Czy miłość może to sprawić? Miłość i nienawiść to dwie strony tego samego medalu?
Czy ktokolwiek ma prawo ją ocenić? Bóg? Nakazy i zakazy?
Nie będę wdawać się w teologiczne spory. Jak pisałam, może patrzę na to ze złej strony, bo mam zupełnie inny świat. Już dawno przestałam wierzyć w to, że ktoś oddał swoje życie za mnie na krzyżu. Zresztą, nie tego chciałam. A mam przecież wolną wolę. Nie jestem bezwolną marionetką. Mogłam to zrobić nawet według tamtych bogów?

Nie wierzę po prostu w Boga, który ocenia. Więc tym bardziej nie mogę wierzyć, że prawo mają do tego ludzie.
Że mogą to robić grzmiąc z ambon wielkich złotych domów, w których ponoć zamknęli monopol na miłość, jej zakazy i nakazy. Nie wierzę, że mogą robić to ludzie na ulicach, ludzie odpalający race, podpici ludzie w bramach których pięści pracują na cudzych twarzach ze zdwojoną siłą. Nie wierzę, że mogą to robić ludzie którzy już swoje przeżyli i mogą wycierać sobie twarz imionami przedwiecznych ojców i matek. Kto wie, czego chciałby tak naprawdę ich Bóg?
Ktoś jest współczesnym prorokiem? Ktoś jest znów, bez grzechu? Czy grzech w ogóle istnieje?
Nie uwierzę, że może oceniać Bóg, jakikolwiek, tym bardziej że jest miłością. Miłość nie ocenia. Miłość kocha.
Jak więc i jego prorocy mogą jedną miłość oceniać drugą? Jedno wyklucza drugie.
Ale niech będzie, nie chodzi tu o bogów, jakiekolwiek ich imię, choć wielu właśnie imionami wyciera sobie gęby. Jak wycierało paląc stosy, jak wycierało rozrywając na kołach klatki piersiowe i stawy niewiernych. Jak wycierało tratując końmi dziesiątki dzieci niewiernych.

Chodzi znowu o ludzi. O nas samych. Wszystkich i każdego z osobna.
O tych, którzy po prostu wypaczają miłość, bo ta jest niezgłębiona. Bo ta ma swoje prawa. Bo ta jest nieśmiertelna, wieczna i niepokonana. Niepokonana, niezależnie, ile razy chce się ją zabijać.
Jej imię to rozkosz, jej imię to pożądanie, jej imię to czułość, jej imię to wspólnota, jej imię to wolność i szacunek, jej imię to milion innych imion.
Jej świątynia to posłania z trawy, jej świątynia to każda sypialnia, każda ulica, jej świątynia to każdy las, jej świątynia to każde z miejsc.
Nie ma granic. A tak wielu próbuje je wyznaczyć. Jak? Dlaczego?

Można mówić, nie słuchaj ich i rób swoje. Och...to byłoby za proste. Bo gdy robisz swoje, ktoś zaczyna się tym interesować. Zadawać rany. Ktoś chce zabraniać szerzyć miłość, mówiąc, że nie można przekazywać czułości dalej, mając dzieci. Gdy ktoś mówi, że mimo, że całe życie dzielisz z kimś swoje istnienie, to nie masz prawa do tego, co razem zbudowaliście. Gdy ktoś mówi, że nie możesz odwiedzić tego, kogo kochasz w szpitalu, bo nie jesteś rodziną. Gdy wpychają ci na siłę do gardła leki na choroby, których nie ma. Gdy wyrzucają cię z domu i każą wybierać jakąś część życia. Gdy powodują kolejne wybroczyny i siniaki pod oczami, atakując znienacka, gdy po prostu chcesz trzymać cudzą rękę, swojej miłości na ulicy. Gdy chcesz żyć po swojemu, a nie pozwalają ci. Gdy wchodzą z butami i pięściami pod twój dach.
Kto im dał prawo? W czym oni są lepsi? Mają ze sobą sztandary, które w twoim życiu nic nie znaczą, mają ze sobą sztandary, które mówią słonecznikom, że mają przybrać czerwień róż. Mówią, że twoje barwy są nienaturalne. Jak mogą być, skoro z nimi się urodziłeś?

Nie potrafię zrozumieć, gdzie zaczyna się nienawiść. Gdzie rodzi się pogarda i agresja. Wobec cudzej miłości. Cudzej, nie innej. Bo każda miłość, jak i każdy człowiek jest inny. Ma swój kawałek podłogi. I ma prawo do łapania oddechu w taki sposób, jaki pragnie. Ma właśnie prawo do oddechu i wcale nie zatruwa powietrza. Komu o tym decydować?

Dlaczego ktokolwiek chce tym sterować? Czy krzywdzi cię cudzy czuły pocałunek na ulicy? Cudze objęcia? Chyba tylko wtedy, gdy czujesz ukłucia zazdrości. To dla mnie jedyne logiczne wyjaśnienie, ale wcale nie usprawiedliwiające. Bo twoja samotność nie zależy od ich wspólnoty, więc trochę się opanuj.
Nie zazdroszczę dwóm kobietom, dwóm mężczyznom, że się całują. Więc o co chodzi?
Przypominają mi się komentarze na pewnym portalu. Jak inna piosenka, w której teledysku całują się kobiety, że to obrzydliwe, że to chore.
Jak miłość, ona po prostu może być obrzydliwa? Tak samo, jak chory może być inny kolor skóry? Inne poglądy? Czyjś sposób życia? Inne śpiewy do innych bogów kierowane?
Jak może być chore coś, co nie krzywdzi nikogo naokoło? Bo naprawdę, jaka jest twoja krzywda z cudzej radości? Z tego, że ktoś żyje inaczej niż ty? Chyba po prostu boisz się, że twoje kruche podstawy świata całkiem się zwalą. Chyba po prostu boisz się, że jeśli można żyć inaczej, to może nie wybrałeś dobrze i dlatego niszczysz wszystko, co ci o tym przypomina. Chyba po prostu jesteś małym, smutnym człowiekiem, który zapomniał o tym, że niczego w życiu nie można porównywać i nie ma oczywistych prawd.


Jak można wybrać najpiękniejsze kwiaty? Możesz mieć swoje ulubione, te z którymi sam podążasz do ołtarza. Ale nie możesz przez to chcieć zniszczyć wszystkich innych. Niech sobie rosną i karmią inne owady. Pszczoły, trzmiele, kolibry. Niech różnobarwne ogrody cieszą oczy.
Jeśli nie zrozumiesz, że każdy kwiat ma swoje miejsce, szybko twoja ziemia stanie się pustynią. A od tej nie ma odwrotu.

***

Z góry mówię, iż powyższy tekst nie ma na celu obrażania żadnej religii. Nie jestem wielkim antyklerykałem, byłam nim niegdyś. Jednym z powodów dla którego swojego czasu wręcz tępiłam kościół katolicki i lżyłam w dyskusjach jego wyznawców był mój przyjaciel, Paweł. Paweł, który jest świetnym malarzem, niesamowicie inteligentnym człowiekiem. Oprócz tego, że najpierw jest człowiekiem, jest również homoseksualistą. Obecnie mieszka ze swoim partnerem już dobre 5 lat w Szkocji. Nieraz oberwał, mieszkając jeszcze w Poznaniu, za to, że jest gejem. Oberwał dosłownie. Kilka miesięcy, będąc nastolatką, udawałam jego dziewczynę przed jego rodzicami. W końcu przyznał się do swojej orientacji, w jednej z kłótni. Gdy skończył 18 lat, jego niesamowicie mocno wierzący rodzice, pozornie dobrzy ludzie zbierający datki na Caritas, wyrzucili go z domu. Bez niczego.
Ubodło mnie to jak mało co. Pewna hipokryzja ludzi, dla mnie wówczas jednocześnie wiary.

Potem złagodniałam, jak w wielu sprawach zresztą. Uważam, pomimo niektórych absurdów rozumianych przez osobisty pryzmat, że każda wiara ma prawo bytu. W pewien sposób uważam, że religie są jednym, wpływającym do tego samego strumienia. Dla mnie sama wiara jest sprawą intymną i piękną, każdy ma prawo do swojej, to cudowne, wierzyć, niezależnie, jak nazywasz bogów, czy w ogóle ich nie nazywasz. I tak wszystko sprowadza się do miłości i energii. Ale to moje poglądy.

Nie da się zaprzeczyć, że pewne wiary- niezaprzeczalnie, przez instytucjonalizm i po prostu ludzi ( choć nie wdaję się tu w teologiczne spory, że po prostu ludzie bezpośrednio głoszą to co mówi ich Bóg, nie mówię tak, nie, nie moja działka, nie jestem prorokiem, prawdziwym ani fałszywym) są bardziej opresyjne w wielu kwestiach, przez co wyrządziły wiele szkód. Wiele można mówić o zaprzeszłościach, o tym co było, choć nieraz, nie ma to sensu. Nie da się zaprzeczyć, że obecnie, prawie każda instytucja związana z religią, jej przedstawiciele, mają nieraz wrażenie, że mają monopol na prawdę i często dążą do pewnego rodzaju władzy, władzy nad wiarą, która przecież jest jak żywa rzeka. Rwąca rzeka po roztopach.
Niektóre instytucje, zwłaszcza w naszym kraju, bardzo wpływają na politykę, życie społeczne i na to, jak krzywdzeni są niektórzy ludzie. Nie mówię tu tylko z kolei o kwestii orientacji seksualnych, a ogólnie pojętej wolności. Sama oberwałam już parę razy za swoje "innowierstwo", choćby w sprawie...poszukiwania pracy. Są miejsca, gdzie nie-katolika się nie przyjmie, choć to placówki państwowe. I na taką dyskryminację również przymyka się oko.

Nie będę się wdawać też w dyskusję na temat tego, czym jest homoseksualizm, czy to norma, czy nie, czy to inność, czy to grzech i trzeba rozpalać stosy, czy to choroba, czy mają prawo mieć dzieci, czy nie, czy to związki tak samo wartościowe jak heteroseksualne. Za dużo dyskusji już przetrawiłam tego typu i wiem, że wiele one nie wnoszą w wielu przypadkach. Każdy z nas miewa swój mały świat.

Dla mnie miłość to po prostu miłość. A miłości, jakiejkolwiek, się nie osądza. Czy przez to, że nie ma sakramentu, czy przez to, że należy do osób tej samej płci, czy przez to, że oddycha i po prostu istnieje. Jako najwspanialsze uczucie świata.

Nie będę więc raczej wielce dyskutować, bo wiem, że w sprawach poglądów nie ma to sensu. Powyżej chciałam tylko, po raz kolejny w życiu, w pewien sposób wyrazić swój ból i żal wobec ludzkiej ślepoty, swoje zdruzgotanie, rozczarowanie człowiekiem. Niezrozumienie wobec nienawiści, której po prostu nie umiem ogarnąć rozumiem. Chciałam, być może, pokazać swój tok myślenia i być może, zmusić do zadania paru pytań przypadkowego przechodnia. Bo pytania nieraz warto zadać. Tak samo, jak warto po prostu kochać. 




Urodziliśmy się chorzy-słyszysz jak to mówią
Mój kościół nie oferuje rozgrzeszenia
Ona mówi wielb mnie w sypialni
Jedyne niebo do którego będę wysłany
To czas, gdy jestem sam z tobą
Urodziłem się chory, ale uwielbiam to
Rozkaż mi być zdrowym.
Amen. Amen. Amen.
(...)
Nie ma żadnych panów, królów, gdy zaczyna się rytuał
Nie ma słodszej niewinności niż nasze delikatne grzechy
W szaleństwie i brudzie tej ziemskiej sceny
Tylko wtedy jestem czysty.
Tylko wtedy jestem człowiekiem.

Amen.

Weź mnie do kościoła
Będę oddawać cześć jak pies w świątyni twoich kłamstw
Wyznam ci grzechy, byś mogła naostrzyć swój nóż
Ofiaruj mi tę nieśmiertelną śmierć
Dobry Boże, pozwól że oddam ci moje życie.

 

piątek, 20 lutego 2015

O prywatnej epidemii, chorobach chwilowych i tych, które stygmatyzują na całe życie, o niezrozumieniu i wytykaniu palcami, czyli parę słów o autyzmie

Dopadła więc nas prawdziwa epidemia.

Moje parę dni zwijania się z bólu ujawniło w środę na wizycie u lekarza półpasiec. Zawsze śmiałam się z nazwy tej choroby, jeszcze na studiach. Dziś wiem, że nie ma się z czego śmiać. Wysypka na 1/4 ( lewą górną jakby kogoś interesowało) połowę ciała, przeszywające nerwobóle. Kilka zastrzyków i wielkie piguły leków antywirusowych. Jakieś 2-3 tygodnie leczenia przede mną, jak dobrze pójdzie, bo dodatkowo, jakimś cudem, załatwiłam sobie też zapalenie mięśni międzyżebrowych. Tak też boli mnie każdy oddech. Po raz pierwszy od długiego czasu przypomniałam sobie, co to znaczy płakać i wyć wręcz z bólu. Upiorne momentami.

Lekarz, gdy przyszłam do niego z objawami zdziwił się wielce, bo przecież półpasiec ujawnia się tylko w momentach wielkiego osłabienia organizmu albo po 50 roku życia. Zaczął więc wypytywać czy nie leczę się czasem na onkologii, o HIV, wszystko po kolei. Nic z tych rzeczy.

Jedna odpowiedź padła mi w końcu w głowie. Stres. Od 5 listopada żyję w stałym stresie, walcząc o każdy chociaż cień uśmiechu, o normalność. Po śmierci Vincenta moje ciało, 3 lata temu, rozpadło się całkiem jeśli idzie o hormony. Moja tarczyca została po tym w strzępach, tak samo jak jajniki. Tym razem padło na prawie zerową odporność i wyjście utajonego, niegdyś przechorowanego wirusa z nerwów obwodowych.
Rozsypałam na małe kawałki, porozbijałam całkiem swoje ciało i nawet mnie to nie dziwi. Muszę teraz odchorować swoje, może zwolnić. Dostałam kolejny znak, że jestem na krańcu i naprawdę muszę się pozbierać, bo przecież ciało i dusza to jedno. Nie ma co rozdrabniać. I gdy ta cierpi, ciało obrywa wręcz w dwójnasób.
Także zwijam się z bólu od paru dni, a 1/4 mojego ciała wygląda jak ciało kogoś, kim powinna zająć się Matka Teresa w swoim leprozorium.
Oczywiście, moje leczenie nie może się odbyć bez komplikacji. Chorować sobie spokojnie nie można.

Jeśli ktoś nie wie, półpasiec to już tłumaczę- to utajony wirus ospy wietrznej, który po przechorowaniu wciska się w nerwy obwodowe. Chory na półpasiec więc nie zaraża półpaścem, a ospą. Tak tez się złożyło, że mój Mąż ospy, jako dziecko sterylnie chowane, nie przechodził. Od wczoraj leży w wyrze w gorszym stanie niż ja i tylko czekamy na wykwit małych, uporczywie swędzących krostek.

Jeśli ktoś musi się tu pozbierać, to obolała ja. Jakby nie patrzeć, jemu w tym wieku podczas przechodzenia ospy grożą większe komplikacje niż mi gdy przechodzę pólpasiec, rozumując logicznie. A i męskich zwłok, gdy chorują, nie sposób ruszyć. Naprawdę, to zadanie niewykonalne.
Tak więc zwlekłam się ze swego łoża boleści, zastanawiając się czy jednak zaryzykować blizny i zacząć może drapać swędząco-boląco-piękącą wysypkę i ruszyłam do kuchni robić śniadanie. No ktoś musi. Inaczej umrzemy jak bohaterowie starych opowieści, na jednym przepoconym sienniku w dżungli, gdy dopada dżuma. Cóż, za harda ze mnie baba, żeby i dżumie nawet się poddawać, gdy zajdzie potrzeba.

Ruszyłam więc do kuchni i zaczęłam robić dzielnie śniadanie, cudnych kanapek z chleba, który kupił Mąż wracając od lekarza ( jednak ma swój udział w zdobywaniu pokarmu, ha!).

Włączyłam radio, żeby było mi choć trochę raźniej i, żeby cokolwiek pobudziło moje ruchy. Iggy Pop ze swoim Passenger, Stoensi z Angie, trochę Kazika. Oczywiście wszystko poprzeplatane Happysadem i Luxtorpedą, za którą nie przepadam osobiście. Wiem wiem, zrobili furrorę, doceniam ich teksty, po jakimś czasie zaczynają mnie drażnić. Nie wiem czemu. Ale niech sobie leci, radio ma to do siebie, że nie wszystko musi mi się w nim podobać i wywoływać wielkie dreszcze. Starczą malutkie. Zapatrzyłam się w okn w kuchni smarując kromkę chleba dżemem ( chyba tylko dżem da się nieraz w chorobie przełknąć) i jak zawsze, mimowolnie- wsłuchałam się w tekst. Przebój zespołu z początku ich kariery- "Autystyczny".
Zawiesiłam" się, jak to ja, na owych słowach:
Krzyczysz, że chowam się przed tobą i jestem skryty
Lub chcąc być blisko ze mną solidarnie milczysz
Kochając i się złoszcząc znosisz to cierpliwie
Ja też cię bardzo kocham, tylko trochę autystycznie

Znamy to chyba już wszyscy. Autystycznie...właśnie.
Obolała, jednak nie z gorączką, uruchomiłam swoją lawinę myślową, jak to ja. Chora, więc myśląca i o innych chorych. Tych, którym w sumie nie pomogą żadne leki zawierające groźne substancje przeciw wirusom i stos leków przeciwbólowych.

Od razu przyszło mi do głowy- ilu z osób śpiewających ta piosenkę, wie, czym naprawdę jest autyzm? Mówimy często "ty autystyku!" do kogoś, kto kiwa się do przodu i do tyłu podążając za własnymi myślami. Słowo autyzm stało się słowem- wytrychem. Z jednej strony dobrze, z drugiej-trochę mnie to martwi. Dlaczego? Bo pomimo tego, że temat autyzmu jest coraz częściej poruszany- tak naprawdę nie zgłębiamy go. I nadal tkwimy w pewnym bagnie. Nie rozumiemy czym jest, tak samo jak wielu nie wie czym jest kretynizm czy debilizm- a są to nazwy stricte medyczne, jak dowiedziałam się dopiero w liceum, a potem zrozumiałam w pełni na studiach. Czasem pomocne są definicje.
Wiem, to długi tekst, wiem, wielu z was nie będzie chciało się tego czytać- ale jak dla mnie-warto. Zawsze warto poznawać, prawda, jeśli się jeszcze nie zna?


Autyzm to całościowe zaburzenie rozwoju objawiające się najczęściej przed ukończeniem 3 roku życia dziecka (autyzm dziecięcy) lub, zdecydowanie rzadziej, po ukończeniu 3 roku życia (autyzm atypowy). Zgodnie z obowiązującą od 1996 roku w Polsce Międzynarodową Klasyfikacją Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10, opracowaną przez Światową Organizację Zdrowia (WHO), aby zdiagnozować u dziecka autyzm, muszą wystąpić nieprawidłowości (nieprawidłowy rozwój, opóźnienie rozwoju, zahamowanie rozwoju lub regres – cofnięcie w rozwoju) w następujących obszarach:
- interakcji społecznych
- komunikacji
- zachowań
Istotny jest tu jednak fakt, że nie ma dwójki identycznych dzieci z autyzmem– nasilenie objawów i cech autystycznych jest różne u każdego z nich. Także moment pojawienia się różnych nieprawidłowości jest kwestią indywidualną – u części dzieci występują one bowiem od urodzenia, a u innych pojawiają się niespodziewanie, po wcześniejszym względnie prawidłowym rozwoju. Rodzice opisując ten moment, często wspominają, że dziecko nagle zaczęło się wycofywać z kontaktu, skupiać raczej na przedmiotach niż osobach w otoczeniu, przestało się nimi interesować, a także wypowiadać słowa czy reagować na mowę.
Opis przykładowych zaburzeń z wymienionych powyżej obszarów:
Interakcje społeczne. Autyzm charakteryzuje jakościowe upośledzenie zdolności do uczestnictwa w naprzemiennych kontaktach społecznych, zarówno w kontakcie z dorosłymi, jak i z innymi dziećmi.
W pierwszym przypadku już kilkumiesięczne dzieci mogą nie reagować na próby inicjowania kontaktu przez matki, nie uśmiechać się na widok rodziców, nie uspokajać się, gdy są brane na ręce, a czasem wręcz sztywnieć i odsuwać się od trzymającej je osoby. Starsze dzieci mogą nie wykazywać oznak emocjonalnego przywiązania do najbliższych, nie różnicować swojego zachowania w stosunku do znanych i obcych im osób. Dzieci te często unikają kontaktu wzrokowego i fizycznego, zdają się nie zauważać dorosłych, pozostawione bez opieki nie reagują, nie poszukują wzrokiem bliskich. Słabo lub w ogóle nie odpowiadają na emocje innych, nie odwzajemniają uśmiechu, nie interesują się, kiedy ktoś płacze, nie reagują na sytuacje powszechnie uznane za zagrażające. Inna grupa dzieci zdaje się traktować dorosłych przedmiotowo – potrafią używać ich ręki, by po coś sięgnąć, wciskać się w nich, niemal „przyklejać” do opiekuna. Wymagają także nieustającej uwagi i zainteresowania, jednak ich nie odwzajemniają.
Zaburzenia w interakcjach społecznych w autyzmie są szczególnie widoczne w relacjach z rówieśnikami – dzieci zdają się niezainteresowane kontaktem, nie biorą udziału we wspólnej zabawie, nie inicjują kontaktu z innymi dziećmi lub nie utrzymują go po uzyskaniu odpowiedzi. Bawią się jakby obok, równolegle, ale nie razem. Nie dzielą pola uwagi i zainteresowań rówieśników. Szczególnie widoczne staje się to między 3 a 5 rokiem życia, kiedy to nawiązywanie relacji rówieśniczych jest podstawowym celem prawidłowo rozwijających się dzieci, a naśladowanie zachowań społecznych podstawą ich aktywności. W tym czasie u dzieci z autyzmem nie obserwujemy zainteresowania zabawami w dorosłych, chęci ich naśladowania, upodabniania się do idoli czy posiadania ubrań i zabawek, którymi są zachwyceni ich rówieśnicy. Dzieci te nie podzielają i nie przejmują obszarów ich zainteresowań, nie zależy im na imponowaniu innym i odnoszeniu sukcesów.
Dodatkowo, u znacznej części dzieci występują wyraźne trudności z nawiązywaniem i utrzymywaniem kontaktu wzrokowego; zdają się go unikać, omiatają osobę wzrokiem lub zdają się patrzeć „przez ludzi”. Stale wyglądają na zamyślone lub zajęte „swoimi sprawami”. Jest jednak grupa dzieci, u których kontakt wzrokowy jest wręcz nadmiernie nasilony. Dzieci te wpatrują się w drugą osobę nachalnie; często towarzyszy temu rodzaj „wiernego i intensywnego” naśladowania zachowań obserwowanej osoby i duże trudności z rozumieniem mowy.
Komunikacja. U osób z autyzmem występują zaburzenia zarówno w komunikacji werbalnej, jak i niewerbalnej. Deficyty w komunikacji niewerbalnej są często bardzo duże i obejmują nie tylko brak umiejętności nadawania adekwatnych do sytuacji komunikatów, lecz także nieumiejętność ich odbierania i interpretowania. Osoby dotknięte autyzmem często nie potrafią odczytywać mimiki oraz gestów innych ludzi; są one dla nich nic nieznaczącymi ruchami. Podobnie, gdy osoby z autyzmem próbują się komunikować, spontaniczne gesty, postawa ciała czy mimika twarzy, nie kompensują w naturalny sposób ich braku mowy. Dodatkowo, niezrozumiałe komunikaty niewerbalne mogą wywoływać u nich lęk i, w konsekwencji, powodować jeszcze większe wycofanie ze społecznych interakcji.
Nie mniej istotne są deficyty w komunikacji werbalnej. Większość dzieci z autyzmem ma duże problemy z uaktywnieniem mowy. Jest to najczęściej zgłaszana przyczyna niepokoju rodziców we wczesnym etapie rozwoju dziecka. Nawet u dzieci mówiących, mowa często nie służy do komunikowania się z otoczeniem, wyrażania swoich potrzeb i stanów emocjonalnych, zdobywania wiedzy o świecie czy podejmowania dialogu z innymi ludźmi. Odpowiedzi na zadawane pytania są często krótkie i lakoniczne, nie prowadzą od jednego tematu do drugiego. Najbardziej charakterystycznym dla autyzmu zaburzeniem mowy jest echolalia. Jest to powtarzanie słów, zdań, a czasem całych usłyszanych wypowiedzi, zazwyczaj pozbawione zrozumienia. Możemy mieć do czynienia z jej dwoma rodzajami: echolalią bezpośrednią, czyli natychmiastowym powtórzeniem słów rozmówcy (przy zachowaniu struktury gramatycznej, np. „Chcesz pić?” – odpowiedź – „Chcesz pić”) lub echolalią odroczoną, polegającą na przytaczaniu przez dziecko usłyszanych wcześniej zdań, fragmentów tekstów (np. bajek, programów telewizyjnych, zasłyszanych fraz, zwrotów). Bardzo charakterystyczne dla dzieci z autyzmem jest również zamienianie zaimków. Zazwyczaj polega ono na używaniu zaimków „ty” lub „on/ona/imię dziecka”, gdy dziecko mówi o sobie, np. „Franek idzie na spacer”, „Chcesz sok”, „Klaudia bawi się misiem”. Ponadto osoby z autyzmem mają trudności ze rozumieniem metaforycznego znaczenia słów i sytuacji, żartów czy ironii. Usłyszane wypowiedzi rozumieją bardzo dosłownie bez uwzględnienia przenośni i kontekstu.
Kolejną cechą wyróżniającą mowę osób z autyzmem są pojawiające się (np. w sytuacji stresowej, nudy lub nadmiernego napięcia) stereotypie językowe, perseweracje oraz zadawanie wciąż tych samych pytań.
Zachowanie. Za jedną z charakterystycznych cech zachowania osób z autyzmem uważa się stereotypowe, rytmiczne manieryzmy ruchowe. Mogą one dotyczyć powtarzania ruchów własnego ciała (np. kołysanie się, kręcenie się wokół własnej osi, trzepotanie palcami) lub poruszania w ten sposób przedmiotami (np. stukanie zabawką w podłogę czy kręcenie sznurkiem). Zachowania te są wywołane zaburzeniami równowagi organizmu w zakresie odbioru bodźców ze świata zewnętrznego (nadwrażliwości, niedoboru bodźców lub tzw. białego szumu). Dzieci nadwrażliwe sensorycznie odbierają docierające do nich bodźce zbyt silnie: zatykają uszy przy najmniejszym hałasie, denerwują się przy najlżejszym zapachu, dotknięciu; nawet muśnięcie może spowodować ból. Często nie chcą jeść wielu potraw, a ich oczy są bardzo wrażliwe. Z kolei zbyt mała wrażliwość dróg sensorycznych powoduje, że do mózgu nie dociera wystarczająca ilość informacji i dziecko domaga się bardzo silnych bodźców (lubi głośne dźwięki, ostre zapachy i smaki, bardzo mocny ucisk i dotyk, ostre światło). Ostatnia grupa to dzieci, u których części mózgu odpowiedzialne za odbiór i integrację bodźców sensorycznych funkcjonują nieprawidłowo, przez co same wytwarzają szum i zakłócenia (wewnętrzny hałas, który zaburza prawidłowe odbieranie bodźców ze świata zewnętrznego). Dzieci te mogą słyszeć odgłosy dochodzące z ich organizmu (krążenie krwi, proces trawienia), mieć w ustach ciągle mieć jakiś smak czy odnosić wrażenie, że ciągle coś je dotyka.
Często zachowanie i zainteresowania osób dotkniętych autyzmem określa się jako „sztywne”. Sztywność w zachowaniu przejawia się między innymi w braku elastyczności, nieumiejętności dostosowania się do zaistniałych zmian, przywiązaniu do rytuałów i schematów. Dokładnie usystematyzowany porządek dnia, ściśle określone reguły i zasady, brak „niespodzianek” powoduje, że sytuacja jest dla nich jasna i przewidywalna, a dzięki temu – bezpieczna.
Wspomniana „sztywność” może przejawiać się także w zainteresowaniach. Dzieci cierpiące na autyzm mogą być silnie zaabsorbowane pewnymi przedmiotami. Mogą je kolekcjonować, bawić się wyłącznie nimi i nie pozwalać na ich zabranie nawet na chwilę. Próba rozłączenia z „ukochanym” obiektem kończy się często głośnym protestem (płacz, krzyk).
Przedstawiony powyżej opis triady symptomów nie wyczerpuje pełnej charakterystyki osób dotkniętych autyzmem. Różnice indywidualne pomiędzy poszczególnymi dziećmi w przypadku tego zaburzenia są ogromne i nie sposób, w krótkim opisie, zawrzeć wszystkich zachowań, stanów i sposobów funkcjonowania wszystkich osób z autyzmem. Niemniej pozwala dostrzec szerokie spektrum problemów, z jakimi borykają się osoby dotknięte autyzmem oraz ich rodziny.- źródło http://www.sotis.pl/


Pamiętacie może sprzed paru lat pewną słynną akcję z udziałem polskiego aktora, Bartłomieja Topy? Nie? To już służę przypomnieniem:




Wszyscy krzyczeli , gdy pojawił się "oszołomiony" w polskiej tv, pomstowali-on jest naćpany, nienormalny! Wielka afera, wielka prowokacja- gdy wszystko się wyjaśniło, wielu osobom musiało być wstyd. Ten pan po prostu perfekcyjnie zagrał osobę chorą na głęboki autyzm, zaczął od szoku w tv i innych mediach, później wypuścił razem z fundacją "Synapsis" wiele filmików informujących o tym, jak zachowują się właśnie osoby z autyzmem. Jak funkcjonują. Zrobił na mnie wówczas wielkie wrażenie. Dzięki temu zaczęto mówić o tym, jak osobom chorym trudno odnaleźć się w społeczeństwie.O tym, jak są wyśmiewane, upokarzane, wytykane palcami. Po prostu nierozumiane. 

Wiecie- jak najbardziej rozumiem to, że jeśli jakiś problem nas nie dotyczy, nie myślimy o nim, nie zgłębiamy go. Jest wiele schorzeń, na które cierpią osoby dookoła nas. Nie musimy znać ich podstaw medycznych, przyczyn, skutków. Nie musimy nawet wyczuwać pewnego cierpienia. Ale nadal przeraża mnie fakt, że skoro nazywamy się kimś więcej niż zwierzętami (dobre sobie!), wykształciliśmy "genialne" społeczeństwo, wycieramy sobie gębę moralnością czy empatią- nie umiemy czasem wykazać się swoistą wrażliwością i na chwilę zdusić swojego ego.

Pamiętam, jak pewnego dnia miałam praktyki w szpitalu na urazówce. W poczekalni czekała młoda mama z synem. Nic poważnego, przewrócił się i złamał rękę w miejscu typowym, jak się potem okazało. Ale dzieciak był niesamowicie niespokojny. W pewnym momencie zaczął krzyczeć. Mama nie mogła dać sobie z nim rady. Akurat wtedy wyszłam na korytarz wydać innemu pacjentowi jego zdjęcia, gdy usłyszałam, jak starsza pani, istna dama z filoetowymi włosami zwraca uwagę matce chłopca. Niech coś pani z nim zrobi, co za rozwydrzony dzieciak!-wrzeszczała.
Mama chłopca spojrzała na nią spokojnie i powiedziała- Bardzo przerpraszam, ale mój syn ma autyzm. Nie uspokoi się tak łatwo. Przepraszam za hałas, ale jeśli pani przestanie krzyczeć, szybciej się uspokoi.
Dama nie dawała za wygraną. Mówiła coś o nieodpowiedzialnych matkach, rozpuszczonych bachorach. Nie wytrzymałam, podeszłam. Zwróciłam jej uwagę, że mogła by się opanować. Dziecko jest chore. Oczywiście obraziła się na mnie także i nie pozwoliła mi potem zdjęcia swoich płuc. Nie przejęłam się zbytnio. Wzięłam od razu z korytarza matkę z synem bez kolejki do zdjęcia. Tak, wiem, inni ludzie też byli po wypadkach, cierpieli-ale nasza wspaniała ,szumna ludzkość powinna zrozumieć, że na innych czasem pewne traumy odbijają się głębiej. Matka była niewymownie wdzięczna- nie widziałam powodu aż tak wielkiego. Podczas badania zaczęła się żalić, straszliwie zmęczona- że przywykła do takich sytuacji. Stale słyszy jakie to ma okropne dziecko i starsze panie wcale nie są łaskawe, gdy prosi, by nie dotykały jej ślicznego synka. Nikt nie chce jej pomóc. Nie ściszy nawet głosu, gdy poprosi, gdy powie, że za głośno się rozmawia. Dziwne? Dla mnie tak, tym bardziej, że nie żąda, tylko prosi, wszystko cierpliwie tłumaczy. Mało kto reaguje na tłumaczenia.

Sprawa autyzmu jest mi o tyle bliska, że znam ludzi chorujących na zespól Aspergera- jedną z odmian autyzmu, bardziej łagodną teoretycznie. I tu zawsze też widziałam pewną nietolerancję. Nikt nie potrafił zrozumieć Pauliny, że jej się nie dotyka. Kiedyś po "akcji łaskotania" jej w barze- a wszyscy wiedzą, że choruje na zespół Aspergera- musiałam ją uspokajać godzinę na dworze z odległości metra od niej.
Mój nieżyjący już przyjaciel, Vincent miał (ma?) synka chorego także na zespól Aspergera. Tak samo, starsze panie nie mogą zrozumieć, że Adaś czasem krzyczy i nie przejdzie boso po trawie. Bo go to wręcz fizycznie boli. Oszukują go właśnie zmysły.

Jesteśmy przerażający ze swoimi odtrąceniami tego, co inne. Jasne, ja rozumiem instynkty porzucenia tego, co się różni, pewne pierwotne przystosowania- ale jednak mamy się nieraz za coś więcej. Problemem nie jest często sama choroba, bo już nią jest ciężko funkcjonować, ale świat dookoła. Ludzie którzy nas otaczają.
A może przykład "idzie z góry"? Wiadomo nie od dziś, że ryba psuje się od głowy. A w naszym pastwie sprawy osób chorych na autyzm traktowane są nadal przerażająco marginalnie. Oglądałam kiedyś program pani Elżbiety Jaworowicz (uwielbiam ją!) na TVP!, o autyzmie właśnie. Jeśli kogoś to interesuje- reportaż, niestety znalazłam tylko wersję płatną:

Genialnie ukazanie tego, jak osoby chore spychane są na margines przez samo państwo. Problem ze szkołami- wiem, jaki Vincent miał problem z przedszkolem i opiekunkami dla syna. Problem, gdy dorosły mężczyzna leży przypięty pasami do łóżka przez 2,5 roku bo jest agresywny. Dlaczego? Jest sfrustrowany. Nic dziwnego. Każdy staje się agresywny, gdy świat dookoła go nie rozumie, wyrzuca, wręcz atakuje. I nie ma pomocy. Znikąd nie nadchodzi. Masz niesamowity intelekt nierzadko, a nikt cię nie rozumie. Nie możesz przekazać swoich potrzeb. Nawet tzw. specjaliści tworzą paranoję, bo to autyzm, bo to dożywotnie, bo nie ma sensu się starać, bo NFZ nie zwróci. Bo już za późno? Nigdy nie jest za późno, do cholery jasnej! Agresja mnie nie dziwi i można z nią walczyć w przypadku owego pana przypiętego pasami do łóżka przez ponad 2 lata w szpitalu psychiatrycznym, tylko trzeba chcieć. A nasz system nie chce. My nie chcemy, bo nie umiemy czasem nawet zrobić komuś miejsca w autobusie, gdy drażni go dotyk. Gdy dotyk go wręcz boli.

Może gdybyśmy zwrócili większą uwagę na osoby z autyzmem, gdybyśmy byli bardziej empatyczni, gdybyśmy umieli nie być obojętni albo- użyję małego słowa- nie byli nieprzyjaźni wręcz- może dałoby to przykład i górze i owa zgniła ryba cudem by ożyła? Cuda cudami. Możemy pomóc tym, którzy są wokół nas. Nie brać ich za naćpanych, nie wyśmiewać się, czasem wykazać się cierpliwością, gdy to dziecko obok nas krzyczy i wcale nie jest wychowywane bezstresowo-wręcz przeciwnie, ma więcej stresu i traum niż ty czy ja.

Zresztą, nie chodzi tu tylko o osoby z autyzmem. A wszystkie jakoś "odbiegające" od normy. W ostatnim czasie przeraził mnie wręcz popularny w internecie film, który pokazywał, jak brutalnie z autobusu miejskiego wyrzucono chorą psychicznie starszą panią, która nie była agresywna, ale krzyczała. Zawadzała innym w ich uporządkowanym, sterylnym świecie. Czy inność pewnego rodzaju, nieprzystosowanie do szablonu daje tym "normalnym i praworządnym" prawo, by kogoś oceniać, krzywdzić? By komuś utrudniać i tak już utrudniony dziwnym odbiorem świat? Kto jest z nas całkiem normalny, niech podniesie rękę. Kto jest bez grzechu, niechaj rzuci kamieniem. 

Nie jesteś pępkiem świata człowieku, ani ty, ani ja, ani nikt inny- mówię to ja, wielka egoistka-hedonistka. Masz swój świat, a ktoś ma swój, może trochę bardziej hermetyczny-ale tyle samo wart. Zrozum to i się przesuń. Ja, chodząca wulgarność i sprzeczność już to potrafię, nauczyłam się z czasem. Czemu ty się nie nauczysz nieraz, wspaniały człowieku? A co jeśli to twoje dziecko zachoruje? A co jeśli ty będziesz schizofrenikiem albo utnie ci nogi? Co wtedy? Pomyślisz o tym, jak śmiałeś się z "autystyka" na ulicy? Jak nie ściszyłeś głosu gdy tamten chłopiec krzyczał? Nigdy nie wiesz też, co cię w życiu spotka i czy ktoś po prostu nie pominie twojego świata Egoistycznie, czasem warto pomyśleć i w ten sposób. Bo jak ty czynisz światu, tako i świat czyni tobie.

Co wysyłasz w przestrzeń, wróci do ciebie po trzykroć.  



Myślisz, że jesteś pięknym, normalnym człowiekiem. A tak naprawdę, sam jesteś zawsze wierzą niedoskonałości. 

piątek, 13 lutego 2015

O Pająku Anansim i Bracie Króliku, Amerykańskich Bogach i kruczych piórach zaklętych w powieści, czyli o tym, że wszyscy stanowimy tylko opowieść, która nadal może być żywa.

"Łączą się z tajemnicą nocy, jakby celowo zmiękczając rytm narracji i przenosząc opowiadane wydarzenia do nadprzyrodzonego wymiaru. To, w tak jasne noce, kiedy Królik czuwa ( jak mówi się na przejrzyste niebo usiane gwiazdami) w takiej właśnie chwili dumny opowiadacz rzuca czar na słuchaczy. "

Brat Królik czuwa nad nocami, zwłaszcza nad opowieściami. To zdanie, pochodzące z opisu kultury afroamerykańskiej uderzyło mnie jak żadne inne. Królik czuwa nad nocami, w których toczą się opowieści, Królik czuwa nad nocami, jest opiekunek odprowadzającym w krainę snów, łagodzącym ataki złych duchów. Jest spryciarzem, który, gdy nie zalezie mu się za skórę, potrafi obronić przez najgorszą harpią czającą się pod sercem.

Czytałam dalej.

"Historie stanowią także reakcję na śmierć zbierającą swoje żniwo w społeczności, ich najbardziej wyzwolone i szokujące wersje opowiadane są na stypach, przy pochówku (...). Podobnie jak przyśpiewki i tańce, opowieści stanowią część życia rozświetlonego duchem pewnego ludu. To duch skrzący się śmiechem".

Czytam w końcu same opowieści, pochodzące z dalekiego Haiti, Jamajki, południa Stanów Zjednoczonych. Czytam o pająku Anansim i Bracie Króliku, którymi te baśnie, ludowe mądrości, są wręcz przepełnione.
Przypomina mi się pająk Anansi w świecie Gaimana i ten cytat z "Chłopaków Anansiego", z opowieści mówiącej o jego synach. Jego ukochany cytat, ostatni, który zostawił :

"Istnieją trzy rzeczy i tylko trzy, które mogą złagodzić ból śmiertelności i zaleczyć rany zadane przez życie- odparł Spider. Te rzeczy to wino, kobiety i śpiew"

Wino, kobiety i śpiew. To już było. To nadal łagodzi. Ale są i opowieści. Teraz o tym tym bardziej sobie przypominam.

Czytam we wtorek wieczorem, patrząc na niebo które przesłaniają chmury. Dzisiaj być może nie jest noc na opowieści jedna, zamykam książkę i oglądam z Mężem filmy. Ale nadal myślę, trawię połowę historii ,które przebrnęłam. Myślę o tym, jak te książki, cała seria Baśni Etnicznych by mu się spodobała. Zakochałby się jak ja, jak ja, która lekko pijana, w środku nocy zamawiałam w jednej z internetowych księgarni resztę cyklu.

Cat na urodziny kupiłam właśnie jedne z baśni z cyklu, "Baśnie Afrykańskie". Tam też żyje Anansi, wielki Spryciarz, kpiarz, Bóg-Pająk który potrafił pokonać lwa. Tam też żyje Brat Królik, kolejny ze Spryciarzy, który potrafił wykonać zadania niemożliwe zadane mu przez Boga. Królik który gra na skrzypcach jak nikt inny, tak, że wszystkim nogi podrywają się do tańca.
Ożywiam bogów, dawnych bogów i postacie baśni, gdy moje oczy niecierpliwie podążają za kolejnymi słowami, kolejnymi zdaniami.

"Wszyscy jesteśmy tylko opowieścią", mówiłeś.
Znów,nie wiadomo skąd, z którego miejsca umysłu, przychodzi mi do głowy twój ukochany Gaiman, którym i mnie zaraziłeś, którego pokochałam tak samo, twój ukochany mistrz opowieści, który stał się i moim mistrzem. Ten, który właśnie wskrzeszał dawnych i zapomnianych. Ten, który w "Amerykańskich Bogach" pisał:

"Posłuchaj: Bogowie umierają, gdy zostają zapomniani. Ludzie także. Ale ziemia, ona zostaje. Dobre i złe miejsca. Ziemia nigdy nie odejdzie".

Czytamy więc we dwie opowieści dawnych ludów znów, kolejnego dnia, opowieści z początków wieku. Wymieniamy się z Cat skojarzeniami, wymieniamy się ze śmiechem kolejnymi opowieściami na facebooku, smsami. Czekamy na kolejny dzień, kiedy to wybierzemy się na baśnie w starym stylu. Baśnie opowiadane przed publicznością, baśnie w oprawie cytry, harfy, może słowiańskiego chóru. Baśnie należące do wielkich sal, ale i do ognisk.

W nocy zastanawiam się nad bogami, o których zapomniano. Wszyscy jesteśmy swoimi bogami...i wszyscy zostaniemy zapomniani. Jesteśmy tylko opowieściami, prawda? Póki żyją ci, co mogą mówić, o nas, o naszych czynach, póki istnieje miłość którą kochaliśmy tych, którzy odeszli, póki istnieją słowa o Anansim i Bracie Króliku- wszyscy żyjemy. Wszystko się toczy. Ale świat ma swoje prawa. Świat kruszeje. Słowa mogą istnieć setki lat, tysiące...ale ostatecznie wszystko przeminie. Każda opowieść. Brat Królik nie zagra już na skrzypcach, żeby wybić zęby aligatora na własny użytek jak w jednej z baśni. Wszystko zatrze czas.

Ale i twój ukochany Gaiman pisał:

"Nie ma czegoś takiego jak koniec. Nigdy".

Ziemia zostaje. Ziemia, do której wszyscy należymy, do której wracamy. Z której powstaliśmy. Wszystko wraca do jednego źródła. Każda opowieść. Każde słowo. Nic przecież nie może przeminąć. Przemija pamięć, zacierają się słowa. Zaciera się nawet dosłowna, chwilowa miłość. Ale przecież ta prawdziwa, wielka miłość wraca do źródła. Zostaje ziemia. Bo nie istnieje coś takiego jak koniec. Wszystko krąży, jak materia. Wszystko przepływa, jako i energia. Kości Brata Królika zmieniają się w miękkie odnóża Pająka Anansiego. Krew z arterii rozdartych boleśnie przepływa teraz w roślinnych sokach, krążących po budzących się drzewach.
Kiedyś zapomniane będą słowa. Kiedyś zapomniane będą twarze i imiona i wszyscy bogowie odejdą w niepamięć.

"Miłość to dwa rodzaje snu
(...)
Jestem drzewem które rośnie pod sercami
Jedyne dla każdego, które bierzesz
Jesteś ręką intruzów
Jestem gałęzią, którą łamiesz" jak śpiewała Bjork.

Imiona przeminą, choć, my, mali, gubimy się, gdy je zapominamy. Ale nie zapomina ich świat. Przemijają nasze życia, ale soki drzew dalej krążą. I szepczą dawne modlitwy, językiem, którego my nie potrafimy zrozumieć. Skarabeusze toczą długie dyskusje, żywiąc się martwymi ciałami. Zjadając wnętrzności, zapewniają nieśmiertelność. Nieśmiertelność tkwi w ziemi. Także nieśmiertelność opowieści.

My zapominamy imiona gdy sami odchodzimy. Nie zapomina ich świat. Ziemia, matka i starucha, koniec i początek wszystkiego. Jedność, pełnia. Sierp księżyca koszący łany zbóż, napęczniały brzuch pełni mówiący o płodności.

Wstaję wcześnie rano. Mój wzrok pada na półkę z książkami. Skończyłam afroamerykańskie opowieści, wieczorem poprzedniego dnia. Patrzę z uwagą na kruka na okładce, gdy sięgam po ten ciężki tom.
Kruki. Hugin i Munin. Myśl i Pamięć. Co mówiłeś zawsze gdy pytano cię o to co masz na rękach, co napisano w Grimnismal?

"Każdego ranka dwa kruki, Hugin i Munin są wypuszczane i lecą nad Midgardem
Zawsze boję się, że Myśl może nie dolecieć z powrotem do domu
Ale jeszcze bardziej obawiam się o powrót Pamięci"

To po lekturze tej książki przeczytałeś właśnie Grimnismal. Chciałeś poznać swojego własnego Kruka, tego, który wypełniał duszę. Myśl i Pamięć, dwa pióra na przedramionach wytatuowane tak niedawno. Runy nazw, Hugin i Munin. Ale to sam Gaiman częściowo cię zainspirował,prawda? Opowieścią o umierających, zapomnianych Bogach. Opowieścią o zmierzchu wiary, więc i opowieści.

Już wiem, dlaczego jeszcze bardziej obawiałeś się powrotu Pamięci tego, że zaginie. Bo świat to opowieści. Te, które padają za pomocą słów, ale i te, które trafiają do serca z szeptem drzew. Myśl pozwala wypatrywać tego, co nadejdzie. Pamięć pozwala zjednoczyć się z korzeniem świata, czyż nie?

Zaszywam się więc pod kołdrą i czytam "Amerykańskich Bogów".
Tym razem mam własną książkę, czystą, dziewiczą wręcz. Nikt przede mną nie spijał jej słów.
Gdy czytałam pierwszy raz pożyczyłam ją od ciebie. Właściwie, wcisnąłeś mi ją te parę lat temu wręcz siłą, mówiąc z entuzjazmem, robiąc te swoje wielkie oczy pełne zachwytu małego dziecka "ale Frida, MUSISZ to przeczytać!".
Zachwyciłam się już wtedy, tak samo jak ty. Choć może nie do końca rozumiałam. Podejrzewam, że ty wtedy też nie. Dopiero po jednej śmierci, po lęku przed zapomnieniem. "A co, jeśli po paru latach zapomnę jak wyglądała jej twarz?" mówiłeś wręcz z płaczem jednej nocy. Bałeś się utraty pamięci. Pamięci o tych, o których kochasz. Ale to właśnie Kruki miały zawsze doskonałą pamięć w legendach. Pamięć i mądrość. I były władcami wszystkich historii.
Teraz została właśnie historia. I ulotna pamięć, ulotna w naszym życiu, w naszym wymiarze czasu.

Ziemia zatrzyma kości. Ziemia zatrzyma słowa, których nie zrozumiemy my, ludzie. Nie wprost, póki nie spojrzymy sercem.

Wracałam więc do tej książki wiele razy, mówiącej o zapomnianych imionach, o walce, by nie przeminąć. Zawsze pożyczałam od ciebie. Zaczytaliśmy ten egzemplarz na śmierć wręcz. Na śmierć papieru, bo historia dzięki nam właśnie stawała się żywa.

Nie wiem dlaczego, ale w styczniu zapragnęłam mieć własną. Tak po prostu, naszła mnie taka myśl, że i tą książę muszę mieć, choć znam ją prawie na pamięć. Chciałam móc wrócić do niesamowitej historii Cienia, pośmiać się znów z Anansiego, nauczyć się obcować ze śmiercią w zakładzie pogrzebowym Ibisa. Chciałam wrócić, kupiłam ją więc w styczniu, jakoś na początku. I czekała, wiernie czekała. Jak każda opowieść, musiała znać swój moment przecież. Musiała się przypomnieć, sama w sobie. W żywej myśli, musiała i do domu wrócić pamięć.

Pochłaniałam kolejne strony. Widziałam Cienia w więzieniu, słyszałam trzask dawnych kości, szepty zmarłych, widziałam oburzenie bogini płodności. Oaster.
Wieczorem musiałam wygrzebać się ze swojej samotni. Umówiona z Cat, pędziłam na wieczór opowieści.

Baśnie, opowiadane przez współczesnych gawędziarzy w różnych miejscach Poznania do częste miejsce spotkań moje i Cat. Razem chodzimy i słuchamy. Czasem siedzące na twardych krzesełkach, czasem rozwalone na podłodze na poduszkach i owinięte w koce. Przy blasku świec, przy oprawie muzycznej, słuchamy poszczególnych bajarzy, którzy wprowadzają w świat swoich opowieści.
Czasem jest poważnie. Czasem frywolnie i wesoło, jak wczoraj właśnie. Czasem serce przepełnia radość. Na tym polegają opowieści. Są skarbnicami wiedzy, od nich możemy nauczyć się najwięcej o życiu- ale i bawią. Zdecydowanie, po prostu bawią, prostą melodią. Proste modlitwy najłatwiej trafiają do bogów, proste modlitwy najłatwiej szepczą serca.
Mądrość przez zabawę, też coś, o czym zapomnieliśmy w naszych czasach. Coś, o czym przypominają mi kolejne spotkania przy baśniach i słowa czytane w książkach. Słowa, przy których aż słyszę śmiech starej Murzynki, łuskającej fasolę na kolację na zapadłej wsi na Florydzie.
Mądrość, która też przemija w naszych sercach.
Wielu z nas zabija opowieści. Nie te czytane. A te opowiadane przy ogniskach.

Przypomniały mi się znów te wszystkie jasne noce. Strzelające w powietrze iskry. Noce, w których Barat Królik czuwał, bo jaśniały gwiazdy, noce. w których mój brat Królik opowiadał. A ja wraz z nim nieraz, mówiąc znane mi historie czarownic. Noce z muzyką, z zaśpiewem, z winem i innymi kobietami. Wszystko co łagodziło ból śmiertelności. Wszystko, co sprawiało, że życie jest życiem.
Śmiech i mądrość pod gwiazdami.
Zatęskniłam za tymi nocami. Za opowieściami Włóczykija, tymi, którymi chciał się dzielić, choć często miał opowieści tylko dla jednej osoby. Pomyślałam o tym, ile z nich pamiętam. Sporo. Naprawdę, sporo.
Znów naszła mnie ta myśl. Uporczywa, wijąca się w gardle jak przełykany żywy owad. Drapiąca, świerzbiąca jak włochate nogi pająka Anansiego na gołej skórze. Myśl, która przyszła już wcześniej.

-Wiesz, ja chyba się jednak zgłoszę.
-Co?
-Wiesz, do opowiadania. Może nie jeszcze następnym razem, nie wiem jaka będzie tematyka ale...
-Jasne, świetna sprawa, jednak się zdecydowałaś?
-Wiesz, że tak? Niektóre opowieści Cat...niektóre muszą być żywe.

Niektóre opowieści powinny zostać żywe. Miałeś rację. Króliku, świat to nic więcej, jak opowieść. My, nasze życie, to opowieść, którą piszemy wraz z losem. I wszystko przeminie...ale teraz to ja obawiam się o utratę Pamięci. I nie pozwolę zniknąć imionom zanim znajdą spoczynek w ziemi, póki żyję. Bo zgubię się w tym świecie. Muszę mieć swoje korzenie. Korzenie w opowieści, jaką jest i moje życie właśnie.
A kto wie...może i twoja opowieść właśnie toczy się dalej, przez przekazywanie z ust do ust, jesteś żywy, w słowach, choć, wszystko przeminie? Zostanie Ziemia. Ziemia, jako i Miłość.
Temu, co umarło musimy pozwolić nieraz umrzeć.
Temu, co jest żywe musimy nieraz pomóc żyć.

Jak w opowieści o lisie i wilku, prawda? Tej, którą Gaiman umieścił i w "Amerykańskich Bogach".

"Lis był tu pierwszy. Miał Brata Wilka. Lis oznajmił, że ludzie będą żyć wiecznie. Jeśli umrą, to na krótko. Wilk odparł: Nie, ludzie będą umierać, ludzie muszą umierać. Wszystko co żyje, musi umierać. W przeciwnym razie rozmnożą się, zajmą cały świat, zjedzą wszystkie karibu i bizony, wszystkie dynie i całą kukurydzę.
Pewnego dnia Wilk umarł i powiedział do Bata Lisa: Szybko, ożyw mnie!
A Lis na to : Martwi muszą pozostać martwi. Przekonałeś mnie.
Płakał, gdy to mówił, ale powiedział tak i zrobił. Teraz Wilk włada światem umarłych, a Lis żyje na wieki pod słońcem i księżycem i opłakuje swojego brata".

To co umarłe musi odejść. Ale imiona, opowieści...te są żywe, nawet, gdy śmierć dosięga ciało. I tym trzeba pomóc przeżyć, bo, "Istnieje wiele różnych odmian szczęścia, tak samo jak istnieje wiele różnych odmian śmierci".

I choć "Istnieją historie, które, jeśli otworzymy przed nimi serce, ranią zbyt mocno", to mimo wszystko historiom i miłości, tej właśnie, bo przez historie przychodzi, trzeba pomóc żyć. Zranienie to tylko chwila, część życia. Życia właśnie, nie śmierci.

Niejedną noc, bo noce są od opowieści i baśni, niejedną, gdy tylko zrobi się ciepło, spędzimy z moim Mężem, z Cat i innymi ludźmi przy ognisku. Opowiadając sobie historie prawdziwe i zmyślone, historie dawnych ludów i historie o ludziach. Nie będzie tego, kto mówił ich najwięcej. To umarło, choć i dla niego i tylko dla niego chcemy spędzić jedną noc przy tym ciepłym żywiole, ogrzewając ciała i dusze, pijąc w jego imię, świętując i żegnając, jak już się umówiliśmy.

Ale to musi umrzeć, trzeba oddać ziemi to, co należy do niej. Powierzyć jej ból i tęsknotę. Lecz zostały nam jeszcze słowa, historie, szepty świata i tym właśnie trzeba pomóc żyć. Nawet przekazując je dalej, tak, jak należy, słowami mówionymi, nie pisanymi. Nawet występując publicznie, jeśli naprawdę zdobędę się znów na odwagę.
Mówiąc, gawędząc, opowiadając. Podczas niejednej jasnej nocy.

Pożegnałam się z Cat gdy wsiadała do tramwaju i sama poszłam do domu. Niebo, całkiem czyste, rozjarzyło się tysiącem gwiazd, które towarzyszyły mi w drodze do domu z kolejnego wieczoru pełnego opowieści. Brat Królik czuwa.

zdecydowanie, polecam obejrzeć


Jestem fontanną krwi o kształcie dziewczyny
Ty jesteś ptakiem na krawędzi
Zahipnotyzowanym przez wir

Pij mnie- spraw bym poczuła się prawdziwa
Zamocz swój dziób w strumieniu
Gra, w którą gramy to życie
Są dwa rodzaje miłości
(..)
Jestem szeptem w wodzie
Sekretem dla ciebie do usłyszenia
Jesteś jedynym, który się oddala
Gdy przywołuję cię blisko

Zostaw mnie teraz- wróć dzisiejszej nocy
Przypływ pokaże ci drogę
Jeśli zapomnisz moje imię
Zagubisz się

Jak orka złowiona w zatoce

środa, 11 lutego 2015

O fenomenie "50 twarzy Greya" i zmianach w społecznym tabu wobec odwiecznego głodu rozkoszy.

Poranek, po dziwnych snach nie należał do najprzyjemniejszych.
Zdecydowanie, od samego przebudzenia Frida nie mogła znaleźć sobie miejsca. Odpalanie papierosa w oknie, słuchanie jednej z piosenek Bjork i zatapianie się...nie, zdecydowanie, to nie metoda.
Wyszłam więc na spacer, na zakupy, odetchnąć świeżym powietrzem, świeżym choć miejskim. Pozór oderwania, które było potrzebne.
Nagle sms
"Hej, Baśka, chcesz iść z nami na premierę Greya? Mamy wolne bilety!"
Że co? Że jak? Że ja?!
Szok ustąpił miejsca rozbawieniu. Dobra, wiem że Grey to fenomen wręcz kulturow, a ja mam dużo czasu ...ale do cholery. I tak zmarnowałam go już za dużo, czytając ową powieść, o której znów jest głośno. Co to to nie! Tak też zresztą odpisałam i Ali.

Tak, przeczytałam to, zwłaszcza po tym, jak znajoma z roku powiedziała, że to na pewno książka dla mnie. Przeczytałam ze zwykłej ciekawości, co też może być fascynującego w literaturze porno, trochę ponoć ostrzejszej od zwykłych, tandetnych harlequinów. Chciałam wiedzieć, chciałam znać, chciałam móc się wypowiedzieć. Przez tydzień mentalne wymiotowałam, dzieląc się jeszcze tymi mentalnymi rzygami z Królikiem, którego do przeczytania zmusiło słynne wyzwanie książkowe.
Napisałam potem na jednej ze stron strasznie długi hejt na ten temat, bo musiałam to gdzieś wylać. A teraz pewnie się powtórzę. Cóż, mam dzień na czepianie się. Ale jakoś ten Grey i te 3 lata temu nie mógł mi z głowy wyjść, ani nie może teraz, jak już się zaczepił.

50 twarzy Greya” i dalsze części cyklu powieści słynnej już autorki piszącej pod pseudonimem E.L. James stały się światowym bestsellerem. Jakim cudem?-to pytanie zadałam sobie po pierwszych stronach tego „epokowego dzieła” i zdaję sobie owo pytanie teraz, jakim cudem ekranizacja zapowiada się na istny bestseller kinowy?. Toż to totalna grafomania! O filmie się nie wypowiem bo jeszcze go nie widziałam ( i nie wiem czy obejrzę jakimś cudem, przypadkiem, z kimś). Ale książka...dalej akcja rozwija się…w kiepski podręcznik do bdsm.. Naprawdę, kiepskim. A znam się trochę na tym, serio, bo kiedyś naprawdę tego typu klimaty mnie wciągnęły.

( aż zawsze nasuwa mi się głośne "zachwycacie się Greyem i myślicie że to bdsm? poczytajcie Goodgirl! )

Nie jest dziwne, że powieść tą nazwano „zmierzchem bez wampirów”, gdyż sama autorka potwierdziła, że pomysł na powieść zrodził się w jej głowie po obejrzeniu filmu i przeczytaniu wszystkich 4 tomów owej sagi dla nastolatek. E.J. James nie ukrywała także, że pisała z myślą o kobietach i…wypisywała po prostu znane kobiece fantazje erotyczne, które rodzą się w głowie wielu sfrustrowanych kur domowych czy studenteczek, które jeszcze nie przeżyły swojego pierwszego razu. Książka w każdym razie stała się popularna na całym świecie- na naszym podwórku, w USA, Japonii...Gdziekolwiek człowiek się nie obróci, słyszy, że „50 twarzy Greya” to bestseller -do tej pory, jakieś 3 lata po premierze. Co więcej, teraz oczywiście przy okazji ekranizacji nakład dodruków wzrósł horrendalnie.

O tym mówią i myślą wszyscy!” grzmiały kiedyś złowieszczo billboardy, a teraz to ponawiają. A ja się pytam-jakim cudem?

Mówi się, że książka jest nietypowa, odważna. To samo mówi się o filmie przed premierą. Mówi się, że zmieni spojrzenie na świat. Mówi się, że to lekkie i przyjemne. Mówi się, ze to wulgarne porno. Zostałam rozczarowana gdy czytałam. Nie mam zamiaru zostać rozczarowana jeszcze filmem

Fenomen "50 twarzy Greya" to chyba połączenie wielu czynników - potrzeby przeżywania bajki o Kopciuszku (Anastazja jest naiwną, niezamożną panienką, którą nagle interesuje się przystojny, młody multimiliarder), mrocznych sekretów (przeszłość bohatera, całość związana z relacjami BDSM) i kobiecego przekonania, że można "uratować" kogoś, naprawić z pomocą prawdziwej miłości (główny bohater miał trudne dzieciństwo, które pozostawiło go z wieloma problemami emocjonalnymi). Schemat jest identyczny jak w Zmierzchu - niewinna dziewczyna, której nikt nie zauważa dociera do posępnego młodego mężczyzny targanego strasznymi emocjami.”

Po pierwsze, sama historia jest tandentna. Po drugie- język. Po trzecie- opisy seksu staja się po prostu …nudne. Mnie porno nudzi, nie podnieca, tym bardziej-tak żenujące opisy seksu. Jeśli takie powieści mają być bestsellerami- to ja się po prostu obawiam naszej społecznej kondycji intelektualnej nawet na polu literatury.

Zdaję sobie pytanie, czy tak wyglądają współczesne bestsellery? Mówi się, że ta książka jest odważna, nietypowa. Owszem, ale tylko dlatego, że nie boi się opisywać seksualnych marzeń niektórych z nas, a poza tym? Rysy psychologiczne bohaterów marne, jedynie sama postać Christiana Greya wydaje się w miarę ciekawa ze względu na jego przeszłość. Autorka wyraźnie nie może powstrzymać niekończącej się elegii na temat jego urody. Czy chcemy poznawać takich bohaterów powieści? Wystarczy, że portrety dzisiejszych celebrytów łudzą nas iluzją piękna, w rzeczywistości tak dalekie od prawdy. Idźmy dalej. Historia prosta i niewyobrażalnie bajkowa. Podczas lektury nieraz wznosiłam oczy do nieba, kiedy Christian Grey raczył swoją wybrankę najdroższymi prezentami świata, stało się to najzwyczajniej w świecie nudne. Oczekiwałam wyrafinowanej, poruszającej i mrocznej historii o dwojgu ludzi. Donoszę ze smutkiem, że nic z tego.

"Pięćdziesiąt twarzy Greya" to idealny przykład kultury masowej pociągniętej do samych granic. Nie obalajmy kulturowy masowej, ale chrońmy ją przed kolejnymi, coraz drastyczniejszymi zmianami, które zamieniają ją w bezmyślną papkę, w zimny, pusty w środku produkt opakowany w wymyślne ozdoby. Zastanawiam się czy nie nadszedł czas, byśmy zaczęli świadomie przeciwstawiać się takiej literaturze. Ta powieść może i ma jakieś walory, ale odciąga naszą uwagę od zbyt wielu wartościowych pozycji, które czekają, by po nie sięgnąć. Chcemy czytać opowieści, które nam nigdy się nie przydarzą, chcemy zagłębić się w wartki nurt pulsujących doznań i wyobraźni. Nie trzeba długo szukać, żeby je odnaleźć, ale obawiam się, że w tej książce ich zabrakło.”-fragment listu do Wysokich Obcasów.

Ale nie chciałam pisać tu recenzji książki, bo już kiedyś to zrobiłam i otrzymałam za to po równi wiadro pomyj wylanych na łeb i burzę oklasków. Rzadko piszę o tym, co czytam, bo byłoby tego chyba za dużo. Przeczytałam dawno temu, stwierdziłam, że to totalny gniot, jestem zdziwiona jak można w ogóle się tym zachwycać. Tyle na temat samej książki. Tyle samo powiedziałabym pewnie na temat filmu, choć, nigdy z góry nie można zakładać.

Ważniejsze jest chyba, co fantazje spod pióra E.L.James uczyniły z naszym społeczeństwem. Bo pomimo tego, że książka jest gniotem- ma to swoje dobre strony. Ale także i złe.

Sadmomasochizm i mówienie o seksie zaczęło być…popularne. Chociaż nadal wielu nie umie mówić o nim dorośle, grunt, że w ogóle uczy się mówić. Kobiety, przede wszystkim, pobudzone przy czytaniu tego fanfiction (uch, okropne!), zaczęły zastanawiać się nad tym, co naprawdę lubią i przestały wstydzić się przyznawać do tego choćby przed sobą i swoimi partnerami. Tak przynajmniej pokazują statystyki, choćby firm produkujący gadżety erotyczne:

Lelo - producent łóżkowych zabawek - jeden z beneficjentów tego efektu, postanowił sprawę potraktować z należytym jej zainteresowaniem i przeprowadził trwające rok badania, w których udział wzięło 10 tysięcy respondentek. Ankieta dotyczyła wyborów klientek marki, ich upodobań i zmian, jakie wprowadził w ich przestrzeń erotyczną "Grey". Czy kobiety odważyły się powiedzieć czego chcą dzięki lekturze książki, czy może dlatego, że zdały sobie sprawę, co im jest potrzebne do erotycznego spełnienia? To pytanie, na które wyniki badań nie odpowiadają. Bo być może panie nie wiedziały, że istnieją specjalne "żabki" do zaciskania na brodawkach albo kulki gejszy do wsuwania do pochwy, a może dopiero sugestywne opisanie ich użycia, wywołało falę podniecenia. (…).Według badań Lelo, rok 2012 (czyli rok wydania Greya) był rokiem przełomów w seksie. 76% kobiet szczerze wyznało swoim partnerom, czego od nich oczekuje, prawie połowa sięgnęła po dominację, elementy krępowania oraz pejcze. Ankietowane twierdzą, że ich seksualna sesja (gra wstępna i akt seksualny) trwa teraz 15 minut dłużej, niż dotychczas. Okazało się, że nową normą stał się stosunek trzy razy w tygodniu, a elementy odgrywania w seksie ról wcielają w życie trzy na cztery pytane osoby.

Dobra, serio, jedna książka i takie statystyki? Ale to chyba wynik i innych przemian...ale o tym za chwilę.

"Zmieniły się także miejsca uprawiania seksu. Kochankowie chętniej ulegają namiętności w przestrzeni publicznej. Nie wiadomo co prawda, jak ankietowane kobiety urozmaicały sobie życie do czasów tego badania. Wymierną i konkretną zmianę można natomiast odnotować w zakresie struktury zakupów. Sprzedaż wibratorów dla par skoczyła o 200%, zaś kulek gejszy o 400%. Pejczy sprzedaje się o połowę więcej, niż w 2011 roku, a opasek na oczy 80% więcej.”

To badania jednej firmy, która mówi o sukcesie, żeby też sukces nakręcić. Statystyka to kochane narzędzie, którym można się posługiwać wedle celów, jeśli się potrafi.

Jednak, według badań tej firmy, ale też wielu innych, a także badań prowadzonych przez seksuologów- „50 twarzy Greya”, które stało się jakimś cudem fenomenem kulturowym, zmieniło spojrzenie na sprawy seksu- zwłaszcza przez kobiety. Jednak panowie z reguły bardziej, od wieków, skłonni byli do eksperymentowania bo jednak chuć działa u nich troszkę inaczej nawet fizjologicznie. To dobre, że kobiety, którym narzucano wieczną uległość i skromność w sypialni nauczyły się wreszcie, choćby przez takie, przepraszam za wyrażenie, literackie gówno i pomyje ( tak, tak to widzę), spróbować, czy podoba im się coś więcej niż pozycja na misjonarza.

Wieki panowania kultury judeochrześcijańskiej na ziemiach Europy i nie tylko zniewoliły seks i uczyniły z niego reprodukcyjne minimum, każąc zapomnieć, że w gruncie rzeczy- jest to też świetna zabawa, która pozwala na dotarcie do samego siebie. Zabawa, która może umacniać więzi albo po prostu dać niesamowitą przyjemność. Od rewolucji seksualnej powoli znów do tego dojrzewamy- zwłaszcza panie, które zawsze krępował gorset wartości cnoty i rozkoszy jako zła ostatecznego, bo przecież w pochwie naszej diabeł mieszka! Być może, mamy teraz okres drugiej, mniejszej o wiele seksualnej rewolucji, takiej trochę kulturowo- językowej- co jest bardzo dobre.
Choć wątpię, że tą rewolucję zapoczątkował Grey. On stał się po prostu jakimś jej symbolem i wynikiem bardziej.

Może wreszcie przestaniemy udawać „cnotliwe Zuzanny, co nie wiedzą, o co chodzi, ale wiedzą, jak się to robi”. Może wreszcie i filie, które nie krzywdzą drugich istot zostaną wyzwolone a wiele osób nie będzie wstydziło się powiedzieć „ hej, też lubię klapsy!”. Seks może w kulturze też przestanie być tabu, służącym tylko do rozmnażania jak króliczki pod pierzynką, po ciemku w 5 minut. Fajnie, ze chociaż to gniot, to sprawił, że może i literatura upada, ale chociaż chce nam się seksu, prawdziwego seksu a tabu coraz bardziej maleje albo, przez dyskusję w świecie kultury zaczynamy mówić o własnej sypialni. Bo to też modne.

Jak dla mnie tabu seksualne nie istnieje, chyba, że jest to krzywda drugiej istoty ( i nie idzie mi o krzywdę typu BDSM, bo dorosła osoba świadomie godzi się na ból który jest rozkoszą, chodzi mi o krzywdę zoofilii czy gwałtu, ale o tym chyba gdzieś już wspominałam)

Jednak, jest druga strona medalu- mówienie o seksie i rewolucja seksualna której Gry jest prawdopodobnie trochę wynikiem a trochę zaczynem, to jedno, umiejętność dojrzałego spojrzenia na te sprawy to drugie.

Bo niektóre rzeczy, jak to zawsze bywa, zeszły na złe tory. Moim skromny zdaniem, nie powinno być mody na upodobania erotyczne. A „50 twarzy Greya” taką modę wprowadziło już jakiś czas temu. Jeśli tyle kobiet w ogóle nie pomyślało o sadomasochizmie, nagle zaczyna sobie wmawiać, ze warto to robić bo to jest na fali…coś zaczyna dziać się nie tak. W sypialni nie można się do niczego zmuszać. A mam wrażenie, że ów entuzjazm wobec BDSM jest dość…sztuczny u wielu pań. Poza tym- owa powieść wykrzywia wiele aspektów seksu, tworząc nieprawdziwe fantazje i wyobrażenia w głowie wielu kobiet.

Gdy zbierałam informacje na temat "50 twarzy Greya" miałam okazję porozmawiać z kilkoma osobami, które żyją w związkach BDSM i wszystkie były oburzone książką, twierdząc, że tylko ugruntowuje ona błędne myślenie o sado-maso. BDSM to rodzaj seksualności, tak jak homoseksualizm, a równocześnie styl życia. Pociągu do BDSM się nie wybiera - albo ktoś ma potrzebę bycia uległym/dominującym w związku, albo jej nie ma. "50 twarzy Greya" opisuje wiele rzeczy w krzywym zwierciadle, a najwięcej kontrowersji wzbudza fakt podpisania przez Anastazję "kontraktu" bez wiedzy, w co tak naprawdę się "pakuje".- Wysokie Obcasy

Samo BDSM, czy opis pierwszego razu głównej bohaterki, zwieńczonego rozkoszą wypacza obraz tego, co prawdziwe. Kobieta doświadczona seksualnie wie o tym, ale wiele pań…ma potem wrażenie, że coś je omija. Coś, co formalnie...nie istnieje. Kolejne mity wkładane nam do głowy, kolejne żyli długo i szczęśliwie z pejczem w dłoni tym razem. Ale nadal bez skarpetek rozrzucanych po podłodze i okazyjnych kłótni, które nie zawsze kończą się namiętnym seksem.

To tak jak z każdą pornografią- fajnie, gdy rozładowuje napięcie, jeśli się ją lubi, ogląda samemu czy wspólnie, fajnie, gdy istnieje w świadomości, jako przekolorowane obrazki. Gorzej, gdy na jej podstawie, zwłaszcza w młodym wieku, tworzymy sobie wyobrażenie, czym jest seks. Gorzej, gdy na podstawie tego typu książek tworzymy sobie wyobrażenie o partnerze czy naszym pierwszym razie.

Całe porno opiera się na idealizowaniu i robienia z człowieka kawałka mięsa. Jesteśmy momentami mięsem, fizjologią, ale do cholery- nie powinno stanowić to wzorca.

Co ciekawe, przez Greya ucierpieli w ostatnich latach ponoć...panowie. Genialny artykuł w Wysokich Obcasach (znów) "Pan Grey ma kłopoty w łóżku" genialnie pokazuje fenomen męskich problemów z erekcją jako odpowiedź na nadmierne oczekiwania pań także...po przeczytaniu ów książki. Mówi o mężczyznach, którzy są sfrustrowani, bo boją się sprostać oczekiwaniom pań, którym włożono często do głowy bajki. Boją się także rozwiniętej kobiecej seksualności, co nie jest już winą literatury czy filmów akurat ale...jest wart przeczytania i gorąco go polecam, nie będę się teraz jednak tutaj na ten temat rozpisywać.

W każdym razie, seks to dobra zabawa, rozkosz, wycie jak zarzynana kotka- ale do cholery, pamiętajmy, że życie weryfikuje pewne sprawy. Nie zawsze ma się orgazm- ja mam to szczęście, że mam ich nieraz aż w nadmiarze. Ale jednak kobieta nie zawsze ma orgazm, pierwszy raz często boli choć nie musi, facetowi opada do cholery po 5-6 wytryskach a niektórym po pierwszym i ponownie od razu się nie wzniesie, nie zawsze szczytuje się symultanicznie i czasem po prostu ochoty na seks się nie ma. „50 twarzy Greya” to bajka, nieudolna, ale bajka dla dorosłych, którą niektórzy ( powtarzam, niektórzy, bo w bajkach nic złego nie ma, nawet takich, jak ma się do nich dystans) traktują zbyt serio.

Może w tym wszystkim trzeba umieć wypośrodkować. Jak ze wszystkim. Seks powinien przestać być społecznie tematem tabu. Powinniśmy przestać bać się udziwnień, które większość z nas ma w głowie, ale i nie powinniśmy chyba przesadzać z entuzjazmem wykrzywiania tej świetnej zabawy dla dwojga na wielką światową modłę.

To zawsze jest trudne- seks jest bowiem tematem intymnym, który dotyk całkowicie naszej duszy i naszego ciała. Potrafi zostawić, źle „użyty”, największe i najgłębsze blizny-ale jednocześnie stanowi wyraz największego zaufania, miłości, jest, powtórzę się pewnie z milionowy raz, genialną zabawą. Rozumiem, że nieraz się przed nim bronimy, przechodzimy z pewnej skrajności- w inną. Seks bowiem łatwo w nie się przeobraża, to często balansowanie na krawędzi, póki nie dojrzejemy- a często, niestety dojrzewa się przez zbieranie doświadczeń i swoiste kolce, które na zawsze zostawiają małe ranki. Ale które dojrzewanie było proste?

Potrzebujemy go, tak samo, jak nieraz się go boimy. Mimo wszystko, musimy się go uczyć w swoim tempie, mądrze, a nie za pomocą tandetnej literatury. Tak, by w odpowiednim momencie, wtedy, gdy naprawdę tego chcemy, możemy powiedzieć „rżnij mnie”. Tak, by też można było z pełnym zaufaniem powiedzieć obok tego "kocham cię"- choć życie weryfikuje, że miłość nie jest warunkiem seksu i coraz więcej osób umie te dziedziny oddzielić, co także ma swoje dobre i złe strony. Ja osobiście nawet widzę właśnie wiele dobrych.


Ważne jest jedno- byśmy w tym wszystkim, tak naprawdę, umieli znaleźć siebie i swoje potrzeby. Czy to sado-maso czy tkliwe mizdrzenie się przy winie i kominku, a czasem owe rzeczy na zmianę. Czasem długa droga przed nami-ale warto, by móc doznać takiego spełnienia, jakiego ja aż nazbyt często doznaję o tak, jestem z tego dumna i tak, nie wstydzę się tego. Ważne, żeby w tym wszystkim była prawda o nas- czy to miłość, czy tylko fizjologia. Nie nam oceniać, co lepsze. W tej dziedzinie, jak w żadnej innej- róbmy swoje i żądajmy tego, co nam się należy. By nikt nie chodził głodny, bo człowiek głodny to człowiek ...nadmiernie rozdrażniony.


A ten teledysk i piosenkę serdecznie polecam na...coś więcej. Polecam, w przeciwieństwie do Greya

Chcę cię pieprzyć jak zwierzę
Chcę cię poczuć od środka
Chcę cię pieprzyć jak zwierzę
Moja cała egzystencja jest wadliwa
Ale ty przybliżasz mnie do Boga