czwartek, 29 grudnia 2016

O niepełnosprawności trochę inaczej, czyli o tym, jak zapomniałam o braku jednej nogi.

Nie wiem jakim cudem zeszliśmy na ten temat.
-No ale słuchaj, A., jakby się tak zastanowić, to ja nie znam bliżej nikogo niepełnosprawnego. Może to jakaś hipokryzja?

Jakiś czas temu przez wszystkie blogi przesunęła się fala Liebsterów. I w jednej z serii pytań, znana zapewne szerszemu gronu Anonimowa A. ( cóż za zbieg okoliczności!) zadała pytanie kilku osobom, czy znają bliżej jakąś osobę niepełnosprawną. Albo czy w ogóle znają, jakie są ich doświadczenia...nie pamiętam dokładnie, a jak wiecie, Fridowe lenistwo jest wielkie, nie chce mi się szukać tego teraz.
W każdym razie, czytając poszczególne blogi nieraz natykałam się na to pytanie i na odpowiedzi. Aż w końcu...zasiało to we mnie pewne ziarno. Ziarno może nawet i niepokoju, który wykiełkował i kazał się jakoś nad sobą zastanowić. Nad wizją samego siebie.

Bo przecież jestem Fridą. Znam wiele osób ale...gdy się tak zastanowiłam, odkryłam, że wśród licznych rozmaitości, dziwacznych osobowości, ludzi pochodzących z różnych stron, nie ma zbyt wiele osób niepełnosprawnych.
I zadałam sobie pytanie- czy to moja wina, czy może ci ludzie siedzą gdzieś ukryci w domach? Czy może nie umiem do nich dotrzeć, bo mentalność mamy taką a nie inną, a może sama ich omijam? Czy może właśnie...tak sobie wmówiłam, że człowiek dla mnie zawsze najpierw jest człowiekiem, a dopiero potem rasą, płcią, jakąś tam sprawnością, tak sobie to wmówiłam i jednocześnie podświadomie kogoś omijam?

-Frida...
-Nie no ale weź. Tak właśnie sobie pomyślałam, może ja oszukuję sama siebie, wiesz? Bo patrz, mam bliższe znajomości z ludźmi różnych wyznań, nie wiem, z gejami, lesbijkami, nie ma problemu, a patrz, nikogo niepełnosprawnego obecnie nie znam bliżej. Może ja to jakos wypieram? No bo ludzie chorzy którymi się zajmuję się nie liczą przecież, no nie? To co innego, to praca, to ludzie jakoś tam chorzy, niepełnosprawni, ale łączą nas stosunki profesjonalne. Nie można nazwać tego znajomością, nawet jak ich kocham, no nie?
-Frida...
-Czekaj no. I ok, może kiedyś kumplowałam się z Martą, taką dziewczyną z liceum, mówiłam ci? Ok, była chora, miała guza mózgu nieopracyjnego przez co miała zapaści i napady padaczki, ale powiedz mi, czy to niepełnosprawność? Niby mogła zajmować miejsca w autobusie dla inwalidów, zawsze się z tego śmiała, że „wygląda normalnie” i chcą ją z tego miejsca zgonić. Więc niby była niepełnosprawna, ale jaka to tam wielka niepełnosprawność. No i nikogo bliżej niby niepełnosprawnego nie znam jakoś, wiesz, że wychodzę na piwo z tą osobą. Bo jeny jeny, ta znajomość też nam się urwała jakoś, rozeszło się jak poszłyśmy na studia. Więc ja nie znam bliżej nikogo niepełnosprawnego. Jesoo, A., ja chyba stronię od osób chorych!
-Frida, weź nie pierdol, słuchaj...
-Nie no ale czekaj. W sumie przespałam się z facetem na wózku, no nie? Nie wiem czy może nie z ciekawości, podobał mi się jak cholera, zresztą seks też był świetny. Ale może ja go jakoś podświadomie potraktowałam jak jakiś eksperyment? Chociaż oboje byliśmy raczej zadowoleni no. Ale to i tak o mnie jakoś super może nie świadczy, może to podświadomie tak wiesz, jak małpkę w zoo. Chociaż po prostu mi się podobał i chciałam z nim iść do wyra jak z innymi facetami i...
-Frida....serio, dasz mi dojść do głosu?- zaczął się śmiać.
-Nie no daj mi dokończyć myśl. I ok, dobra, może jako niepełnosprawni liczą się chorzy psychicznie? Bez urazy, A., ale ty jesteś też trochę szurnięty. Ale zobacz, przez lata jak blisko żyłam z chorym Vincentem. Tylko pytanie, czy choroba psychiczna to jakiś rodzaj niepełnosprawności? No bo widzisz, ta osoba też jakoś ma trudniej, nie funkcjonuje zawsze genialnie i też za kimś takim latasz po szpitalach, tylko psychiatrycznych. Więc nie wiem, czy choroba psychiczna to niepełnosprawność? W ogóle co to jest niepełnosprawność? Ale jeśli to wózek, jakieś nie wiem, ubytki to nie kumpluję się bliżej z nikim niepełnosprawnym. I muszę ogarnąć, czy ja serio nie jestem jakąś hipokrytką, czy ja sobie czegoś nie wmówiłam, może wózek mnie odtrąca jakoś...
-FRIDA!
-NO!
-Kurwa, Frida, przecież ja jestem niepełnosprawny debilko!
-....
-No jestem, ja pierdolę, nie udawaj zaskoczonej.
-Gdzie ty niepełnosprawny? Weź nie wymyślaj, zaś sobie coś zmyśliłeś, szurnięty lekko, może przesadziłam z tymi chorymi psychicznie...
-FRIDA JA NIE MAM JEBANEJ NOGI OD KOLANA.
-A, to.
-No, to.
-Zapomniałam.
-Wiem- zaczął się śmiać. - Ty zawsze o tym zapominasz, chyba że akurat się z tego śmiejesz i mi tym dopierdalasz, że nawet kompletny nie umiem być.
-Jeny, ale to że nie masz nogi, nie znaczy, że jesteś niepełnosprawny. Chodzisz normalnie, tylko na schodach kulejesz. Jakbym miała zwracać uwagę na to, że nie masz nogi, no właśnie chyba że w żartach.
-I właśnie tutaj tkwi twój problem.
-Jaki problem?
-Z niepełnosprawnymi.
-Jaki?
-Serio ich nie dostrzegasz.

Bo widzicie, zawsze jest jeden fakt, którym mi jakoś umyka, chyba że to moment na czarny humor i ciśnięcie sobie, co z A. nieraz uwielbiamy. Bo to prawda- A. jest niepełnosprawny, jakby tak obiektywnie spojrzeć.
Nigdy jakoś specjalnie o tym nie pisałam, bo wiem, że swojego czasu strasznie się tego wstydził. Teraz mam jego pozwolenie ( dzięki :D) i świadomość, że chyba do swojego „braku” jakoś dorósł i nie robi mu on już takiej różnicy. Nie wpędza w kompleksy.
Bo widzicie. A. jako nastolatek jeszcze, dzieciak w sumie, stracił połowę jednej nogi w wypadku. Była tak połamana, tak poharatana, że musieli ją amputować. Przez długi czas w ogóle mi o tym nie wspominał, dopiero z czasem dowiedziałam się, że facet, z którym rozmawiam jest nie tylko lekko stuknięty ze swoimi depresjami, ale i jednocześnie...nie ma nogi.
Można więc się pokusić o stwierdzenie, że A. jest niepełnosprawny.

Ale..jak to jest niepełnosprawny? Cóż. Ja jakoś nie godzę się z tym stwierdzeniem.
Bo A. bez problemu z protezą chodzi, zapierdziela wręcz momentami jak mały samochodzik. Rehabilitacja naprawdę dużo dała w jego przypadku, jakieś samozaparcie jeszcze wówczas, zanim i inne sprawy zaczęły rzutować na jego psychikę. Więc chodzi sobie bez problemu taki mój A., nawet po niskich górkach, tylko jak zaczyna chodzić po schodach, to widać, że jakoś dziwnie i sztywno tą jedną nogę stawia. Ale nie dziwniej niż ja, kiedy idę zmęczona po pracy.
Więc jak mogę nazwać go niepełnosprawnym? Niepełnosprawny to był on tylko swojego czasu w swojej głowie, kiedy wmawiał sobie, że przez tą nogę nigdy z nikim się nie zwiąże, jest gorszy, każdy go odrzuci...cóż. Dzisiaj ma żonę. Niedługo otwiera swój bar i w ogóle jakoś ostatnio dobrze mu się żyje, pomijając niektóre stany wkurwienia, w które wpędzam go zazwyczaj ja swoim marudzeniem.

A. jest niepełnosprawny obiektywnie.
A nie jest niepełnosprawny w moich oczach.
Zatem...przyjaźnię się z niepełnosprawnym facetem, który nie ma nogi? Nie przyjaźnię się z nikim niepełnosprawnym? Jak to jest?

Nie dostrzegam niepełnosprawnych. Bo serio, dostrzeganie niepełnosprawnych powinno wyglądać w ten sposób, że zalewam się łzami, wzruszam i bulgoczę przez smarki obficie lecące z nosa: „ojojoj nie masz nóżki, ty biedny wybrakowany człowieku, choć, żal mi cię, wezmę cię na spacer”? Rly?
To ja wolę nie przyjaźnić się z nikim niepełnosprawnym. Tak. Mam problem z niepełnosprawnością. Nie chcę jej widzieć. Gówno mnie niepełnosprawność obchodzi, tak na dobrą sprawę.

Nie chcę widzieć niepełnosprawności ale...to nie tak, że chcę ludzi niepełnosprawnych zamknąć w domu. Chyba nie chcę widzieć niepełnosprawności w człowieku. Tak jak amputowana noga A. jest dla mnie tylko powodem do niewybrednych nieraz żartów na ten temat, bo wiem, że się za nie nie obraża, ba, wręcz wiem, że gdy mnie zna, wie, że są dowodem mojej pełnej akeptacji tego faktu, że nie ma nogi. Tak wielkiej akceptacji, że nawet zapominam nieraz, że on tej nogi nie ma. Że w teorii jest osobą niepełnosprawną.

W sumie tak samo zapominałam, że Marta ma guza mózgu, kiedy chlałyśmy do rana albo kiedy w poniedziałek rano leczyłyśmy kaca. Tak samo zapomniałam w ekstazie, że facet z którym się kocham jeździ na wózku, jest kurde sparaliżowany i nie,pozycja na pieska nie przejdzie a ja śmiesznie wyglądam czekając z wypiętym tyłkiem, aż mi uzmysłowił, że to nie przejdzie i schwycił mnie układając inaczej swoimi silnymi rękami. Cóż.
Zapominam o cudzych niepełnosprawnościach. O tzw. ułomnościach. Przypominam sobie o nich dopiero wtedy, kiedy ktoś zaczyna narzekać, że to przesłania mu życie.

Tak, chyba to jest mój problem. Niepełnosprawnością nie jest dla mnie ucięta noga, guz mózgu, napady padaczki, jeżdżenie na wózku, porażenie mózgowe. Jakakolwiek choroba. Bo można żyć całkiem dobrze pomimo nich.
Niepełnosprawność dla mnie pojawia się dopiero w głowie danego człowieka. I chyba dopiero, kiedy on ją uznaje, zaczyna się nią etykietować, i ja zaczynam ją widzieć. Niepełnosprawność dla mnie to stan umysłu. I szczerze mówiąc...w ten sposób niepełnosprawnych ludzi nie za bardzo lubię.

Bo ja w ogóle nie lubię ludzi, którzy narzekają, albo raczej takich, którzy na wszystko mają jedną odpowiedź, jakieś wytłumaczenie.
Nie układa mi się w życiu, nie dostałem się na studia? Ojej, to dlatego, że mój ojciec był alkoholikiem.
Nie układają mi się związki? To dlatego, że mamusia mnie zostawiła, jak miałem 5 lat, odeszła do innego faceta.
Nie mogę znaleźć pracy? To dlatego że nie mam nogi.

Dobra, może trochę śliskie to porównanie, tym bardziej, że ja mam dwie nogi. Ale nawet po A. widzę, że jak przestał na ten brak nogi narzekać i mieć kompleksy z tego powodu, inne sprawy ogarnął, jak toksyczną mamusię, to sobie życie ogarnął. Jak powiedział sobie dość marudzenia.

Sama mam pewne blizny. Mój tatuś pił i bił i....co z tego?
Wszystkich nas życie rani. Wszyscy jesteśmy szczęściarzami na swój sposób, że przetrwaliśmy dzieciństwo. Niektórzy na świecie wychowują się bez dostępu do wody pitnej i umierają w miastach ogarniętych wojną. Niektórzy nie mają nogi.
I...co z tego?
Ci, którzy chcą, przeżyją. Kolejne rany, kolejne ciosy. I po prostu będą żyli swoim życiem i ...będą sobą. Bo nic innego, jak bycie sobą nie zostaje. I to prawdziwe bycie sobą, poza wszelkimi etykietkami.
Też poza może etykietką niepełnosprawności.

I wiem, że może oberwę za ten tekst ale...myślę nad tym od paru dni. O tym, że zapomniałam, że mój przyjaciel w gruncie rzeczy jest niepełnosprawny, bo nie ma nogi. O tym, że w jakiś sposób nie toleruję niepełnosprawności ale...tej w głowie.
Nie mam problemu z tą,  która jeździ na wózku, ale z tą, która jęczy, że jest DDA, jęczy że nie może iść na studia bo nie ma nogi/ręki/ mózgu chyba. Bo takie jęczenie to moje pojmowanie niepełnosprawności. Jęczenie przesadne, użalanie się, zamiast prosta akceptacja pewnych faktów i proste myślenie "ok, to co możemy zrobić z tym co mamy, z tą jedną nogą która została?" 

I może ktoś mi zarzuci że jestem nietolerancyjna ale...nie toleruję takiej niepełnosprawności, po prostu nie, i chyba nie chodzi tu o jakiś brak współczucia u mnie, a nietolerancję...wobec wygodnictwa. Bo jednak, wymówki są wygodne. A jęczenie że nie mogę bo nie mam sprawnych nóg i powinieneś mnie żałować, to wymówka. I już nie niepełnosprawność, a kalectwo, brzydkie słowo którego nie znoszę, ale którego się nie boję.
Bo sam fakt, że jeździsz na wózku, nie masz nogi, masz guza mózgu, masz jakieś tam swoje choroby, ograniczenia, jak każdy z nas „sprawny” człowiek, który też ma swoje ograniczenia ( serio, no kto ich nie ma?) nie ma dla mnie znaczenia. Nie czyni cię niepełnosprawnym ( ok, może być niepełnosprawny, chodzi o miejsca parkingowe!) a na pewno nie kaleką. Kalectwo czy niepełnosprawność dla mnie to stan umysłu. Mimo że rak nogi jest faktem namacalnym ( dobra, problem w tym, że pomacać nie można).

Nie toleruję niepełnosprawności, a raczej pewnego kalectwa, stanu umysłu, sposobu myślenia. Zmieniam trochę więc definicje wszelkie, nie użalając się z płaczem i smarczanym bulgotem z tekstem: „ojej, jak masz ciężko bez nogi”. Zapominam, że nogi nie masz, bo jesteś dla mnie człowiekiem, jesteś sobą, a ta noga...no chuj z nogą. 

No i jaki jest znowu ze mnie podły człowiek, co? Taki, który znowuż kopnie w dupę i powie ci „bądź sobą, bo to jedyne, co możesz zrobić”. A to, czy masz nogę, czy jeździsz na wózku, nie masz nogi, twój ojciec był alkoholikiem, jesteś gejem, masz jakąkolwiek inną etykietkę...jakie to ma znaczenie? Dla mnie żadne.
Jesteś człowiekiem, jesteś sobą. I jeśli w porządku nam się gada...to wystarczy. 



I nawet jeśli już za wszystko zapłaciłeś
Byłeś skrytykowany lub uzyskałeś wsparcie
Z najmniejszym wspomnieniem dobrych lub złych obliczy losu
Nie trać snu dzisiejszej nocy
Jestem pewien że wszystko skończy się dobrze
Możesz wygrać lub przegrać
I bycie sobą, to jedyne, co możesz zrobić
Bycie sobą, to jedyne, co możesz zrobić.

***

Właściwie, to chyba ostatni post w tym roku. Od jutra zaczynam imprezowanie, ogarnianie zakończenia tego 2016 roku i raczej nie będę mieć czasu pisać. Wysoce wątpliwe, zresztą, nigdy nie miałam parcia na podsumowania minionego roku czy robienie jakichkolwiek postanowień. Ot, symbolicznie zmienia się data.
Jednak w tym roku jakoś dziwnie mam wrażenie, że to będzie ostatni taki sylwester i pewne rzeczy się skończą, a inne zaczną. Jak, w jaki sposób? Sama nie wiem, nie pytajcie. Dziwnie tego sylwestra zresztą i początku roku jakoś się obawiam. Ale...będzie co ma być.
W każdym razie, to ostatni post w tym roku. I chyba na fali pewnych zdarzeń, przemyśleń, chciałabym wam powiedzieć, tak symbolicznie jedno- w tym nowym 2017 nie mówcie nowy rok, nowa ja czy tym podobnych bzdur, bo to są bzdury, data was nie zmienia. Jak bardzo byście chcieli, nie zmienia was i waszego życia na pstrykniecie palcem.

Chciałabym wam powiedzieć, żebyście zgodnie z tekstem Audioslave ( kocham ich na nowo ostatnio) może spojrzeli na siebie łaskawszym okiem i...mimo symbolicznego początku pokochali po prostu siebie, tę osobę, która popełniła już pełno błędów, ma trochę blizn, której może i złamano serce, ale nadal jest piękna. Tę osobę niezależną od daty. Piękną osobę, która ma tyle możliwości, tak po prostu. Zaleczenia dawnych ran czy poznania nowego piękna, bo ten kolejny rok...to po prostu data. A wy dla siebie jesteście zawsze. Warto więc siebie po prostu, z wybiciem północy, może trochę bardziej pokochać.  

sobota, 24 grudnia 2016

O tym, że wcale nie trzeba obchodzić świąt, by poczuć ich magię.

Być może wcale nie trzeba być chrześcijaninem. Być może świąt wcale nie trzeba obchodzić nawet kulturowo, zwyczajowo, jak to wynika z wychowania. Być może nie trzeba całej otoczki, choinek, zapachu pierników w aerozolu i całego tego szumu z kupowaniem prezentów, by poczuć pewną magię.
Być może wystarczy otwarte serce. Bo przecież tylko to się liczy. I może, gdy nie bawimy się w otoczki, przygotowania, to serce widzi nawet więcej?

Jak wszyscy wiecie, nie jestem chrześcijanką. Nie obchodzę świąt i nawet na własne życzenie, żeby mieć wolnego sylwestra i nowy rok, specjalnie „przehandlowałam” z moją kochaną oddziałową swoje dyżury. Tak, że w każde ze świąt miałam być w pracy. Dniówka w wigilię, dniówka w pierwszy dzień świąt, nocka w drugi. Pełna bieganina, tak, że dni świąteczne nie powinny wcale różnić się od tych zwykłych, kiedy biegam po swoim oddziale między staruszkami.

Myślałam, że może być ciężko, w wigilijny dzień, kiedy to biega się z daniami i karmi częściej tych, którzy mieszkają w naszym domu i nie potrafią wcale jeść. Zostawieni sobie staruszkowie. Trochę porzuceni, wyrzutki, tych, których nikt nie wziął do domu. Pani Gosia, która przez kłopoty w domu tak jak ja poprosiła o wszystkie dyżury w święta, żeby nie musieć wracać. Moja Ulubiona Pielęgniarka, której niedawno zmarł brat i którego pewnie jakoś w tym wyjątkowym dniu będzie wspominać.
Trochę może smutne będą te święta w pracy, pomyślałam sobie. Tym bardziej jakoś chciałam uzbroić się w uśmiech, mimo własnych niewesołych myśli. Tym bardziej, jako ta, której na świętach nie zależy, chciałam być tą, która wprowadzi trochę światła, bo jednak zawitało już ono do mnie w Yule.
Trochę otwartego serca i wszystko będzie dobrze.

Parę dni przed świętami czułam już napiętą atmosferę w pracy. Przez remonty, które nie mogą się skończyć, przez zapyloną świetlicę, na której nie mogliśmy postawić nawet choinki. Przez wieczne prośby oddziałowej, która kłóciła się z kierownikiem budowy i naszym panem dyrektorem, żeby dał tym ludziom, starszym, zmęczonym ludziom choć godne święta w spokoju i na chwilę przystopował z pracami.
Dwa dni przed świętami ja sama poczułam wyjątkowy gniew wobec pewnej niesprawiedliwości, kiedy to od swojego ulubionego Ukraińca, Artioma, pomieszkującego w naszym domu na czas remontu dowiedziałam się, że ich szef im nie płaci i paru z nich nie ma nawet za co wrócić na nowy rok i ich święta, 6 stycznia ( większość jest prawosławna) do domu na Ukrainie. Zagotowało się we mnie, że znowu traktowani są jak bydło, znowu są poniewierani, chociaż Polscy robotnicy również nie dostali wypłat. Obudził się we mnie jakiś taki żal i gniew, gdy widziałam zapłakaną Wiki, jedną z uroczych, młodziutkich Ukrainek, której jeszcze parę dni wcześniej musiałam zakładać opatrunki na dłonie, bo dostała uczulenia na jakieś środki myjące, bo ich szef nie dał im nawet rękawiczek do sprzątania. Cały wieczór był pełen goryczy, nawet słuchając buntowniczo RATM ułożyłam z A. pewną filozofię gniewu jako daru. Naprawdę, w głowie rodziły mi się rewolucyjne obrazy.
Tego wieczoru też czułam i inny gniew i jakiś żal, że znowu pewne rzeczy nie wyszły, że znowu zostały odrzucone.
Stale mijałam się z Mężem. Tak naprawdę, przez nasze rozbieżne zmiany w pracy nie widziałam się z nim kilka dni, nie licząc przelotnych dzień dobry i dobry wieczór.
Nastrój na bycie świątecznym elfem nie był najlepszy, doprawdy. Dopiero pewne wspomnienia, obudzone dziwnie przez nominację dobrych myśli jakoś dzień przed wigilią poprawiły mi nastrój, tak, że w głos śpiewałam całkiem nieświąteczne piosenki SDM-u, wspominając wypad w Bieszczady i zaczynając marzyć o kolejnym.

Nie obchodzę świąt, więc nie miało to żadnego znaczenia. Nie obchodzę świąt ale...święta i ich magia jak zawsze przyszły do mnie same.
A może to jak zawsze, przyszło po prostu to, co w życiu najlepsze, pewna magia, którą pomimo gniewu, żalu i goryczy chcę stale dostrzegać?

Dzień Wigilii.
Wstałam z trudem, sama nie widząc czemu. Może naprawdę zaczęłam być przemęczona tym pracowniczym maratonem, jaki mam od połowy miesiąca. Może to te nieprzespane, częściowo przepłakane noce zaczęły wychodzić mi bokiem?
Dobrze, że jestem chociaż z fajną ekipą na dyżurze, pomyślałam sobie, gdy stałam pod prysznicem i próbowałam się dobudzić.
Ogarnęłam się jakoś i pobiegłam do pracy. Wpadłam jak burza do pokoju socjalnego, wstawiając wodę na kawę. Cóż, jednak udało się wszystko na tę parę dni posprzątać i postawić jako takie ozdoby na stołach. I nawet ta choinka jest ładna, pomyślałam, z rana z kubkiem kawy, przechadzając się po oddziale.

Wybiła siódma.
No to zaczynamy. Już przed śniadaniem zaczęły się problemy, kiedy to jedna ze staruszek zrzuciła pampersa i przeszła się po korytarzu, cały osrywając. Dosłownie, osrywając. No tak, święta, czas biegunek. Co dalej? Pomyślałam, ale z jakimś uśmiechem. Dzień jak co dzień w pracy ale...niektórym mimo wszystko można to umilić.

Z moją Ulubioną Pielęgniarką, Gośką, resztą ekipy zaczęłyśmy więc mimo pewnych przeciwności powprowadzać trochę nastroju. Zajadałyśmy cukierki z rumem i te same dawałyśmy niektórym paniom, o których wiemy, że lubią sobie wypić.
Zaczęłyśmy się po prostu bawić. Bo co nam szkodzi?
Znowu zaczęłam się przekomarzać z jedną ze stulatek. Wycałowałam się i wyprzytulałam z Czarodziejem. Pośpiewałam z Wróżką. Naprawdę, zaczęło się robić wesoło.

Kolejna przerwa. Kolejna kawa.
Stwierdziłam, że jest zbyt gorąco w naszym pokoju socjalnym, zaczęłam otwierać to stare, trzeszczące okno wychodzące na podwórko i...zobaczyłam na podwórzu Artioma, który stał i palił papierosa. Zmęczonego, przygarbionego. I jak to ja, całkiem spontanicznie wychyliłam się przez to otwarte już okno i wydarłam się na całe podwórze „Atriom!” i zaczęłam mu intensywnie machać.
Uśmiechnął się, odmachał, stał sobie dalej spokojnie paląc papierosa.
-Kogo tam masz?- zapytała Ulubiona Pielęgniarka, siedząc na fotelu i wyciągając sobie nogi przed naszym największym popisem tego dnia, zbierając siły na wydawanie wigilijnych potraw dziadkom.
-Jednego z naszych Ukraińców, tego od kocyków- powiedziałam jej i zaczęłam opowiadać, jak to muszą zostać u nas, że nie wiadomo, czy ich szef im zapłaci, czy pojadą do domu...
Ulubiona nagle zrobiła zaciętą minę i spojrzała na mnie porozumiewawczo.
-Córcia...
-No?
-Myślisz o tym co ja?- zapytała i już wiedziałam o co jej chodzi.

Wychyliłam się znowu przez okno. Jest, jeszcze pali.
-Artiom!
Machnął głową na znak, że słucha.
-Chodź no na chwilę, mamy sprawę.
Zapewne pomyślał że znowu chodzi nam o przestawianie jakichś szaf albo łóżek.
Po chwili był już u nas na oddziale.
-Nu?
-Bo tak sobie pomyślałyśmy z Ulubioną i resztą dziewczyn...ilu was tam jest?
-Troje- powiedział, nie przeczuwając nawet o co chodzi.
-Wiesz, my wiemy, że wy macie święta kiedy indziej, przynajmniej tak zakładamy ale no...tak sobie pomyślałyśmy...chodźcie do nas na wigilię, co? Tam gdzie naje się kilkudziesięciu, naje się i jeszcze trzech, a jak nie to chociaż pierniki mamy, posiedzicie z nami. Co ty na to?

Zdębiał, dosłownie zgłupiał. Gdy do niego to dotarło, wielki uśmiech rozjaśnił jego piękną twarz.
-Jasne!- rzucił i poleciał po resztę.

-Wiesz, że znowu będziemy miały przesrane?- syknęła do mnie jeszcze tylko Ulubiona.
-Ja pierdzielę, wiem, będzie jak z kocami.
-A co wy się przejmujecie, to święta, mamy kurde swoich wędrowców do pustego talerza, niech tylko ktoś coś powie kurde!- zaczęła Gośka, jak to Gośka. No czyż nie miała racji?

Przyszła cała trójka. Artiom, Wiki i Wowa, którego znam najmniej, ale też wydaje się być sympatycznym chłopaczkiem, mimo że nie za bardzo można się z nim jeszcze dogadać.

Zaczęłyśmy wydawać wigilijne potrawy. A we mnie...wstąpił jakiś prawdziwy duch świąt, świąt, w które nie wierzę, świąt, których nie obchodzę. Świąt, w których nie liczą się choinki i przez które nie kupuję żadnych prezentów.

Zaczęłam biegać z opłatkami po całym oddziale. Całować swoje staruszki, ściskać się z nimi. Mówić im, jak bardzo je kocham, lubię, jak chcę, żeby były szczęśliwe.
Mało kiedy człowiek słyszy tyle pięknych słów, w mało którym miejscu, jak w Domu.
Kilka się popłakało. 

Podzieliłam się opłatkiem z każdym, ja, która nie wierzę. Każdemu życzyłam wszystkiego dobrego i pięknego. No, może z prawie każdym, oprócz Pana Natręctwo ale...do tego jeszcze wrócimy.

Wróciłam, cała zasapana aż, prawie zapłakana do naszego pokoju socjalnego. Do stołu, przy którym usadziłyśmy też naszych trzech wędrowców.
-Dobra, karpia nie starczy dla każdego, ale jakoś damy radę.
Nie mieliśmy za dużo czasu na siedzenie, w końcu to praca. Chłopaki i Wiki zdecydowanie to rozumieli. Pomogli nam pozbierać naczynia po pokojach, poogarniać całe sprzątanie po dziadkowym obżarstwie.

Na świetlicy włączyliśmy telewizor, w którym leciały oczywiście kolędy.
-Pani Czesiu, no nie zatańczysz ze mną?- śmiałam się, stojąc koło choinki do jednej z moich ulubionych mieszkanek, z którą stale się przekomarzam. Śmiałam się, podczas gdy ta jak zwykle przede mną uciekała, przed moim istnym żywiołem.
-Ja zatańczę. -usłyszałam za sobą. No tak, Artiom, nasz fan reagge.
All i want for Christmas. Nie ma chyba większego kiczu. Ale...co za różnica? I tak oto zatańczyłam z nim do tej okropnej piosenki, której niby nie znoszę. Śmiejąc się jak wariatka, myląc rytm i gubiąc kroki. Skończyliśmy prawie zataczając się ze śmiechu, wpadając z impetem do pokoju socjalnego.

Trochę kolejnego biegania. Zaczynające się po karpiu biegunki u starszych ludzi, którzy nie mają w zwyczaju aż tyle jeść. Kolejne życzenia, wpadający na nasz oddział zziajany Tomek, który musiał się z nami przecież zobaczyć i podzielić opłatkiem.

Wigilia mijała aż za szybko. W końcu przyszła i pora na naszych wędrowców, żeby szli do siebie.
-Ja...ja dziękuje- zaczęła się z nami żegnać Wiki, przytulając nas wszystkie na zmianę. - Wy piękne ludzie, ja dziękuje za tak miły dzień, jedzenie. Ja dzięki wam wierzę w Polaki- śmiała się i prawie płakała jednocześnie wzruszona Wiki, kalecząc strasznie język.
-Chodź dziewczynko- powiedziała Ulubiona i przytuliła ją na odchodne.

Wsiedli do winy.
-Będziemy miały przesrane- powiedziałam znowu do Ulubionej.
-A co tam, było warto!- rzuciła ze śmiechem.
-No chyba że nikt nikomu nie powie i to będzie tajemnica. Kolejna. 

Wszyscy obcałowani. Wszyscy wytuleni. Kochani. No może oprócz pana z natręctwami...

...bo wiecie, mamy na oddziale jednego pana, który ogólnie jest dość niebezpieczny według niektórych. Psychicznie chory. Kiedyś nawet siedział za pobicie teściowej. I ten pan panicznie boi się zarazków. Myje się po 3 godziny nieraz. I...nikogo nie dotyka.
-To jak, panie B., przełamiesz się ze mną opłatkiem?- rzuciłam parę razy, kiedy biegał w te i z powrotem, z pokoju pod prysznic i w drugą stronę.

Zapomniałam o tym. Zresztą, kto by się przejmował agresywnym momentami ( w końcu raz już unikałam jego ciosów), niemiłym B.?
Już kończyłam dyżur i miałam wychodzić i nagle...
-No, gdzie jest ta co się tak głośno śmieje?- B. stanął w drzwiach naszego pokoju socjalnego. Z opłatkiem w ręku.
-Nie wierzę...-rzuciła Gośka, prawie krztusząc się kawą.
Podeszłam do niego. Podał mi rękę, złożył życzenia. I pozwolił się nawet wycałować. I przytulić. I nie pobiegł od razu pod prysznic.

-No tak, święta. Nawet B. mówi ludzkim głosem. - rzuciła Ulubiona z wielkim zdziwieniem na twarzy.

Święta. Te, których nie obchodzę. Te, które na własne życzenie spędzam w pracy.

Nie mam w swoim domu choinki ani prezentów. Męża wysłałam do teściów żeby i oni nie siedzieli sami i teraz czekam, aż wróci, pisząc te słowa.
Nie mam w domu opłatka. To dla mnie zwyczajny dzień.
A jednak, sama muszę przyznać- wydarzyła się jakaś magia. Nawet w domu pełnym samotnych ludzi. W domu pełnym wyrzutków, tak naprawdę, ludzi spychanych na margines, ludzi niepotrzebnych. A może to właśnie oni są..."błogosławieni" w jakiś dziwny, pokrętny sposób?





Magia świąt?
A może po prostu magia otwartego serca, które szuka ciepło i jakieś ciepło chce dawać?

Wigilia, tak zwyczajny dzień- a dla wielu tak wyjątkowy. I mam nadzieję, że i wy odnaleźliście w nim tak wiele ciepła, jak ja. Ta, która świąt nie obchodzi. Ta, która i jutro będzie może, choć trochę elfem...albo po prostu znowu będzie człowiekiem.

Wesołych raz jeszcze!

piątek, 23 grudnia 2016

O tym, że znów wyciągane są ze mnie wspomnienia, czyli kolejna Nominacja Dobrych Myśli.

Gdy Asik wytrwale oznajmiała mi, że pisze posta, już niedługo go napisze, gdy powiadomiła mnie, że go napisała, czułam, że chodzi tu o coś innego. Przeczucie, jak to zwykle dobre u wiedźmy jaką jestem, wcale mnie nie myliło.
Nominacja dobrych myśli.
No tak, nie mogło być przecież inaczej- pomyślałam sobie z uśmiechem. Idealny okres żeby wspominać i otulać się tym ciepłem. Dla nas wszystkich po kolei. Dla wszystkich razem i z osobna. W końcu wielu z was przeżywa święta. Ja przeżywam swoje najkrótsze noce i swoiste zwycięstwo światła w mroku, bo przecież narodziło się ono na nowo w Yule, dwa dni temu.
Czas na wspomnienia i dobre myśli idealny. A we mnie znów pojawiła się pewna panika. No bo o czym ja mam do cholery napisać? Już dwa razy wspominałam. Aż sama musiałam sobie to przypomnieć, bojąc się, że zacznę się powtarzać. Już dwa razy. I pisałam już wówczas o tak ważnych, pięknych rzeczach, które mnie spotkały.

Zastanowiłam się jak zawsze, czy jest możliwe, żeby człowiek w życiu, w tej prozie codzienności, miał tak wiele dobrych wspomnień? Czy może zdarza się ich kilka na całe nasze życie i...na tym koniec? Wiedziemy jałową egzystencję? Chyba wszystko zależy od nas. Od tego, co widzimy. Od tego, co chcemy pamiętać. Bo przecież życie przynosi nam rzeczy, które nie są ani dobre, ani złe. Przynosi nam zdarzenia, które nie krzywdzą same z siebie ani nie przynoszą radości. To kwestia naszych emocji, tego, co chcemy dostrzegać.
Jestem trochę dziwnym człowiekiem, który często piękno widzi w przerażających pozornie rzeczach. Albo w pozornie smutnych. Moje wspomnienia często więc nie są oczywiste ani jednoznaczne. Moje dobre myśli nie są często tylko słodyczą i ciepłem. Gdzieś tam powiewa zimny wiatr, gdzieś tam pod językiem czai się posmak goryczy. Ale dla mnie są tym cenniejsze. Są jak moje życie- piękne w niejednoznaczności, szczęśliwe w równowadze.

Czy mam więc o czym jeszcze napisać?- zadałam sobie jak już wcześniej to pytanie.
Owszem, mam. Mogłabym pisać aż za dużo. Bo znów napłynęły do mnie wspomnienia, całym stadem, te całkiem słodkie i te trochę gorzkawe, ale po prostu te, które sprawiają, że do oczu napływają łzy wzruszenia. Jak zwykle nie ma tu reguły, chronologii, jedno nie wynika z drugiego. To błyski, błyski pełne miłości w której często dominuje czułość, błyski które wprawiają serce w drżenie.

Zaczynamy więc?

2016. Bieszczadzkie anioły

-Od tej zieleni aż bolą oczy! Nigdy nie widziałam żeby była taka czysta, tak intensywna!- zakrzyknęłam w zachwycie. I to była prawda. Bo nigdy, przenigdy, nie utonęłam w tak zielonym morzu, jak na Połoninie.
Wyjazd w Bieszczady planowaliśmy dość długo. Kilka razy przesuwaliśmy termin, pojawiały się różne komplikacje. I tak, w końcu na początku czerwca tego roku udało nam się zebać kilka osób i pojechać razem w to niesamowite miejsce.
Kilka osób a może powinnam powiedzieć...kilka dziewczyn. Bo tak naprawdę mój Mąż wybrał się w góry z 5 kobietami. Sam jak samiec alfa, każda z nas trochę inna- i powodowało to szereg zabawnych sytuacji. Od zdziwionych pytań w schronisku ( ale jak...pan...pan i 5 kobiet, jeden pokój?) po mało cenzuralne żarty przypadkowych ludzi spotykanych na szlaku. I po mało wyrafinowane żarty nas samych.
Staliśmy zmęczeni na przystanku, czekając na busa, który po 30 kilometrach marszu miał nas zawieźć w miejsce w którym mieliśmy wyruszyć do schroniska. Nie mieliśmy już siły, no, przynajmniej my nie miałyśmy. Mój Mąż bowiem jeszcze dla żartu, z 15 kilogramowym plecakiem zarzuconym na plecy robił jeszcze na przystanku pompki.
Siedzieliśmy, czekaliśmy, jedząc lody, będąc obserwowanymi przez miejski folklor żulerski.
-To o której on jedzie?
-17.20.
-Ok.
Siedzimy, czekamy. Niczym w filmie Rejs, rozmawiamy o wszystkim i o niczym. Rozmasowujemy stopy, pijemy litry coli, wody mineralnej, żeby uzupełnić elektrolity.
17.20- nic. 17.25. 17.35. Nadal nic.
-Jesteście pewne, że on jedzie?- mój Mąż zaniepokoił się, nagle niepewny, czy może nam zaufać w kwestii logistycznej. Bo w końcu on sam ogarnął cały wyjazd, to on znał mapy, kierunki, robił rezerwacje. My miałyśmy sprawdzić tylko busa...
...pewne siebie nie przejęłyśmy się jego niepokojem. Siedząc dalej na krawężniku w Ustrzykach, rozmawiałyśmy jak zmęczeni bohaterowie Rejsu.
-Wy głupie dupy! On przecież dzisiaj kurwa nie jedzie!- rozległ się gromki okrzyk mojego Męża.
Jak to nie jedzie? Ano tak to. Autobus jeździł od lipca, w sezonie wakacyjnym. Cóż...
Jak to powiedziała Wera, tyle fakultetów, tyle lat feminizmu, a tu pojedziesz z takim samcem alfa w Bieszczady i zawsze wyjdzie, że jesteś głupią dupą.
Tego typu sytuacji było wiele. Aż trudno wszystkie spisać, opowiedzieć. Cały wyjazd pełen był śmiechu, radości, swobody i pewnego poczucia wspólnoty. Bo z nikim tak się nie poznasz, jak w górach, kiedy w marszu wychodzą wszystkie twoje słabości. Kiedy słaniasz się ze zmęczenia. Kiedy po prostu śmierdzisz i się tym nie przejmujesz. Kiedy wszystkie bariery i kanony puszczają, bo jesteś w górach. W dziczy.
Jesteś w morzu zieleni. I wreszcie, w Bieszczadach, zaznajesz innego życia. Powietrza tak czystego, że płuca czyszczą ci się po latach mieszkania w mieście, z pyłu i smogu. Zaznajesz pewnej ciszy, spokoju, zieleni. Przestajesz się spieszyć. I w końcu widzisz prawdziwe niebo, bo przecież w tej części Europy, ba, w ogóle w Europie zachodniej tylko w Bieszczadach masz tzw. obszar nieba chronionego, nie zanieczyszczonego światłem miejskim.
Zawsze myślałam, że piosenka o bieszczadzkich aniołach to tylko taki romantyczny mit, że to góry jak każde inne, piękne, dzikie, ale po prostu góry. Nie myślałam, że tak bardzo można się mylić.

Szliśmy granicą polsko- ukraińską, przez dzikie Bieszczadzkie ostępy i śpiewaliśmy głośno, żeby odstraszyć niedźwiedzie, bo to obszar, gdzie jest ich na szlakach najwięcej. Ale jeśli hałasujesz, w porę uciekną i nie staną się dla ciebie groźne.
-To co, Bieszczadzkie Anioły?
-Może być. Nigdy nie lubiłam SDM-u, ale tu pasują jak nigdzie.
Zaśpiewaliśmy więc, maszerując dziarsko, jeszcze nie wiedząc, że tego dnia przeżyjemy istny horror wspinaczki i prawie dosłownie zemdlejemy ze zmęczenia wszyscy po kolei.
Anioły są takie ciche
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Gdy spotkasz takiego w górach
Wiele z nim nie pogadasz
Najwyżej na ucho ci powie
Gdy będzie w dobrym humorze
Że krzydła nosi w plecaku
Nawet przy dobrej pogodzie.
Bieszczadzkie,bieszczadzkie anioły
Dużo w was radości i dobrej pogody!
Bieszczadzkie anioły, anioły bieszczadzkie
Gdy skrzydłem cię musną, już jesteś ich bratem!
-Ej, może to dziwne, ale wiesz, serio czuję tutaj takie....opiekuńcze duchy gór. - powiedziała Wera, gdy skończyliśmy śpiewać.
-Serio? To nie zwariowałam? Stale mam wrażenie że ktoś z nami jest!
-To ten siódmy, mówię wam, w chacie łazi za mną czwarty, a tu siódmy, znowu coś przywlekłam.
-Albo naprawdę to bieszczadzkie anioły. Pasterze drzew, duchy gór. W Karkonoszach zawsze czujemy Liczyrzepę, ale tutaj to jest cholernie silne. Czujesz spojrzenia, ciekawskie, spomiędzy drzew, czujesz tą energię. Drzewa śpiewają, góry śpiewają, szepczą ci do ucha- zaczął mówić mój Mąż. No tak, on najlepiej z nas wszystkich czuje i rozumie duchy gór.
-Tak...może i tak. Cóż, bieszczadzkie anioły musnęły nas skrzydłami- zaśmiała się Anka.
-Dlatego będzie tu trzeba wrócić. Bo tutaj tylko raz się jedzie, a potem już się zawsze wraca...jak do domu.
I w 2017 roku znów chcemy jechać w Bieszczady. Razem z ekipą głupich dup, bo, dziwnie to zabrzmi może, ale naprawdę był to najlepszy wyjazd w moim życiu. Z tymi dziewczynami. W to miejsce. Tam, gdzie patrzą na ciebie bieszczadzkie anioły, dotykają cię skrzydłami, mimo że są tak płochliwe i sprawiają, że czujesz się jak w domu.
I...wyjątkowo, jak na siebie, pokażę wam, dlaczego warto.










2013. Angel of small death.

-Podjadę po ciebie, czekaj pod domem.
-Ale jeny, nie chce mi się nigdzie jechać. Jest za gorąco!
-Nie marudź, co będziesz robić, siedzieć na dupie i ją płaszczyć? Niedoczekanie!
Mój mąż był nieugięty. Skończył wcześniej pracę i jak to często z nim bywa, wolna chwila natchnęła go do poszukiwania małej wielkiej przygody.
W tamtym okresie dość często się gdzieś wyprawialiśmy, kiedy mieliśmy pod ręką jego firmowy samochód. Zdezelowany kwasowóz, który nie skończył dobrze. A to nocna wyprawa do lasu pełnego stawów po upadku meteorytu, żeby tylko po prostu usiąść i zapalić papierosa w lesie , a to niespodziewana przejażdżka po południu do parku narodowego który przecież jest tuż pod Poznaniem, a to wyjazd do Rogalina, gdzie pod cudownymi dębami w parku czuje się wielką moc i siłę drzew. Gdy tylko miał wolną chwilę, pędził do mnie, wówczas niepracującej, mającej prawdziwe wakacje i wymyślał kolejne rozrywki. Zresztą, tak naprawdę, to on do tej pory z nas dwojga ma nieraz więcej inicjatywy.
Nie mogłam się, jak zwykle, nie zgodzić.
Wyszłam przed dom, już czekał na mnie w aucie. Pamiętam, że słuchał wtedy głośno RHCP. No tak, to przecież nasza muzyka lata.
-To gdzie chcesz jechać?
-W sumie nie wiem, masz jakiś pomysł, ochotę na coś?
-Nie no, to był twój pomysł.
Sami nie wiedzieliśmy, gdzie się wybrać, Gdzie podążyć. Wybraliśmy najbardziej znany kierunek świata-ot, prosto przed siebie. Nie spiesząc się, nie wybierając. I tak po prostu jechaliśmy i jechaliśmy, słuchając muzyki, czasem rozmawiając, rzucając zdawkowe uwagi. Paląc kolejne papierosy przy szeroko otwartym oknie.
Nieważne dokąd, ważne że razem. Pamiętam tą jasną myśl, podobną do lipcowego słońca. Od kiedy go znam, tak jest. Nieważne dokąd, nieważne jak. Ważne, że razem. Od pierwszej wspólnej podróży, po podróż ostateczną, tą, którą jest życie.
Nieważne gdzie, ważne że razem. I wtedy, w tym aucie, zalała mnie niesamowita fala miłości. Miłości, ale i pożądania.
-Możesz znaleźć ładne miejsce i się zatrzymać.
-Po co?
Spojrzałam mu głęboko w oczy i się roześmiałam. Nie musiałam nic więcej dodawać.
Skręcaliśmy w przypadkowe drogi, coraz bardziej odjeżdżając od ludzkich spojrzeń i oddechów.
Las, polana, kolejny las, pole pełne dojrzewającego zboża. Zaparkował samochód. Wysiedliśmy i trzymając się za ręce, szliśmy szybko w głąb pola, w wysokie łany złotych już kłosów jęczmienia. A może to było żyto? Sama już nie wiem. I chyba nie ma to znaczenia.
Coraz bardziej przyspieszaliśmy, szukając odpowiedniego miejsca. Niecierpliwi, głodni. Kochający się i chcący się tą miłością nasycić.
W końcu znaleźliśmy odpowiednie miejsce. Tam, gdzie mniej kłosów, a więcej czerwonych maków, które jeszcze ostały się po czerwcu. Błękitne chabry. Ich gorzki, otulający nasze ciała zapach. Rzucił na ziemię swoją kurtkę, położył mnie na niej.
Zapach ziemi, zapach białego soku maków, łamanych pod naszymi ciałami, pędzącymi coraz szybciej i szybciej w głąb rozkoszy. Wspólnym rytmem, wspólnym oddechem. Wspólnym przyciszonym jękiem.
Zapach maków, które ponoć prowadzą do krainy śmierci. Tak, nas ten zapach zaprowadził do tej małej śmierci, przeżywanej w słodkiej rozkoszy, tak podobnej do cierpienia. La petit morte. Small death.

Zapach maków, zboża, chabrów...zawsze, zawsze będzie kojarzy mi się z tym i podobnym temu wspomnieniom. A uświadomił mi to w tym roku mój Mąż. Pewnego dnia powiedział, że ma dla mnie prezent. Nic materialnego, ale coś miłego.
I pamiętam, jak staliśmy w swojej kuchni, trochę pijani, bo wróciliśmy z piwa, które piliśmy z Red i z jej mamą.
-Zamknij teraz oczy.
Posłusznie zamknęłam, lekko się śmiejąc, bo ja zawsze się śmieję, trochę nerwowo,gdy nie wiem o co chodzi.
I wtedy czułam, jak otworzył jakieś pudełko. I czułam ten zapach.
Mój Mąż zaczął mi opowiadać, przypominać, a ja stałam z zamkniętymi oczami, z zasłoniętymi powiekami, pod którymi już zbierały się łzy wzruszenia.
-A pamiętasz, jak się poznaliśmy? Było wtedy lato i czas żniw. Pamiętasz naszą pierwszą wspólną wyprawę do lasu i to, jak tam nie wytrzymaliśmy i kochaliśmy się na polanie? A pamiętasz...
Opowiadał mi i pozwalał wdychać zapach trochę już przywiędłych maków, chabrów, sosnowych igieł i zbóż, które zebrał tego dnia, gdy pojechał do rodziców. Żeby przypomnieć. Wspominać. Żeby zawsze zapamiętać, że zapach łamanych gałązek maków, chabrów i zbóż to zapach naszej miłości i namiętności.
Zapach maków, zapach rozkoszy, małej śmierci, w której dolinę podążam wraz z nim i nie chcę przestawać.
Jeden z wielu zapachów, jaki ma nasza miłość.

2010. Upadły anioł

Jesień i zima były tak ciężkie w tamtym roku.
Zimno, ciemne dni. I w tym wszystkim pojawiło się jego szaleństwo. Nigdy aż takie, jak wtedy. Bo przecież walczył o syna, przecież próbował nad sobą panować. Może aż za bardzo.
-Mówił, że mamy dać mu spokój. Sam nie wiem.
-Cholera, a jak mówił, że się zabije, to też mu powiedziałeś, że tak, skoro chcesz, to idź się zabij?!- puściły mi nerwy, kiedy staliśmy przed domem Królika i ja paliłam kolejnego papierosa.
-Nie no nie porównuj tego..-spokorniał trochę Królik.
Sami nie wiedzieliśmy co mamy robić i zaczynaliśmy wyżywać się na sobie. Ja zaczynałam wyżywać się na swoim Mężu, Królik jeszcze wtedy na swojej dziewczynie.
Vincent, nasz przyjaciel, ciężko przeżywał tamtą zimę. W końcu, po tym, jak w napadzie szału zdemolował mieszkanie, zrobił sobie krzywdę, pociął ręce, wylądował w szpitalu psychiatrycznym w obcym mieście.
I tkwił tam. Wyciszony lekami, spinany pasami, jak sądziliśmy. Nieraz naprawdę wpadał w ciężkie stany, ale pierwszy raz tak mocno....tak, że nawet my nie mogliśmy mu pomóc. Tak, że sami nie wiedzieliśmy, jak się za to zabrać. Może zostawić go w spokoju? Tak jak nam wykrzyczał. Może nie kłamał, kiedy mówił, że mamy spierdalać, że nas nienawidzi, że mamy dać mu, kurwa, wreszcie zdechnąć.
Wiedzieliśmy oboje, że na pewno go nie zostawimy. Nawet jeśli Królik miałby na nowo dostać po mordzie, tak, że krew leciałaby z rozbitego nosa. Nie chcieliśmy tylko jeszcze pogorszyć tego, co i tak było już przewrócone do góry nogami. Dodatkowo drażnić.
-Mam dosyć tego czekania- powiedział w końcu pewnego dnia Królik, kiedy stanął pod moimi drzwiami. - Jedziemy do niego?
-Jedziemy. - to stało się oczywiste. Nie mogliśmy go po prostu zostawić.
W milczeniu pokonaliśmy drogę. Auto wypełniło się chyba aż nadmiernie naszym nerwowym oczekiwaniem, narastającym gdzieś w trzewiach napięciem. Sami nie wiedzieliśmy, co zastaniemy. Nie mieliśmy o nim żadnych wieści, my, obcy w sumie ludzie. Nie wiedzieliśmy nawet, czy nas do niego wpuszczą.
Nigdy nie lubiłam tego szpitala. Zawsze mnie przerażał, jak mało który. Mnie, która jakoś przywykła do zwykłych szpitali i do tych psychiatrycznych. Ale cóż...ten zawsze był, jest i mam wrażenie będzie jednym z mniej sympatycznych.
-Państwo do kogo?- zapytała całkiem przyjemna pielęgniarka wychylająca się z dyżurki, kiedy w końcu trafiliśmy na odpowiedni oddział.
-Do Wiktora S.- powiedział Królik, uważnie przy okazji, jak to on, obserwując jej reakcję.
-Już myślałam, że i tego pana nikt przed świętami nie odwiedzi. Dużo tu samotnych ludzi, zostawionych samym sobie. Dobrze, że ktoś wpadł- uśmiechnęła się wtedy do nas.
Trochę kamień spadł mi z serca.
Miła pielęgniarka wskazała nam salę. Stukot naszych butów odbijał się echem na korytarz. To nieprawda, że w szpitalu psychiatrycznym przerażają jęki. Mnie zawsze przerażała tam wszechobecna, dominująca cisza. I w tym strachu aż chwyciłam Królika za rękę.
Lekko zapukał w uchylone drzwi.
Leżał na łóżku. Wyraźnie schudł, ale był gładko ogolony, ostrzyżony, całkiem nie jak on, przypominający zawsze raczej zdziczałego wojownika. Oczy miał puste.
Po chwili nas zauważył, podniósł się na tyle gwałtownie, na ile pozwalał mu lit. Chyba lit. Przynajmniej to po nim zawsze był tak spowolniony.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie bez słowa. My z niepokojem, jak na nas zareaguje. On z niedowierzaniem, jakby sam nie wiedział, czy wybudził się ze snu, sam nie wiedział, czy jego mózg znowu go nie oszukuje.
-Frida...Królik?...- zapytał cicho.
-No tak, brachu, a kto jak nie my?- powiedział dziarsko Królik ze swoim wielkim, zaraźliwym uśmiechem. A ja tylko podbiegłam aż do łóżka, usiadłam na nim i go przytuliłam. Znowu wychudłego, pogubionego. Złamanego. Upadłego.
W końcu dotarło do niego, że to nie sen. Wczepił się mocno w moje ciało, wzruszony. Przerażony. Znowu był tym małym bitym chłopcem, który sam nie wie, gdzie jest jego dom.
-Ja...ja was przepraszam...ja już myślałem...- mówił powoli, cicho, próbując się nie rozpłakać. Widzieliśmy, jak z tym walczy. -ja myślałem...że was też straciłem.
-Nas nigdy nie stracisz. Vince. - powiedział równie cicho, w jakimś zamyśleniu Królik.
Rozmawialiśmy jeszcze jakiś czas. O niczym ważnym, o wszystkim co ważne. O tym, jak boi się, że po swoim wyskoku, napadach szału naprawdę straci na dobre swojego syna.O wszystkim i o niczym.
-Zostaniesz tu na święta?
-Myślę, że tak, zresztą co za różnica, jak ich nie obchodzę.
-Niby żadna. Ale i tak przywiozę ci pierniki- zapewnił gorąco Królik.
Vincent w szpitalu został troszkę dłużej nawet, niż przez święta. Nigdy wcześniej, ani później nie widziałam tak wielkiego padku tego wpaniałego człowieka...ale nigdy więcej nie widziałam też tak wielkiej siły nadziei. Takiej wiary. I rzadko kiedy czułam, tak jak wtedy, gdy odwiedziliśmy go w szpitalu, rzadko kiedy czułam i nadal czuję to, jak wielką siłę ma miłość. Jak może na nowo obudzić w człowieku ogień to, że nie jest sam. I w tym gorzkim wspomnieniu znów wracam do mysli o tej wielkiej miłości i swojej pewnej tęsknocie do tych wspaniałych ludzi, z którymi pzetrwałam niejedno lato i niejedną zimę, zanim odeszli. I w tym wspomnieniu upadłego anioła znowu odnajduję to co najważniejsze- wdzięczność za tą miłość i tą więź, która w jakiś sposób trwa dalej po śmierci. I kto wie, może i upadły anioł jakoś nade mną czuwa? Jego energia?

Bo może też i każdy człowiek, którego spotykamy, ma w sobie coś z anioła. Upadłego, świętego zarazem. Dobrego i złego.

I...to chyba na tyle, jeśli idzie o wspomnienia.

Mam jeszcze wiele, wiel dobrych wspomnień. I mogłabym o nich pisa, nie przestawać. Wiele już znalazało się na tym blogu. Przebudzenie Księcia rok temu. Liczne motywy mojej miłości, która wypełnia mi każdy dzień. Liczne spotkania, które budują serce. Może jednak, mimo wiecznej równowagi, w życiu więcej jest piękna, niż bólu? Ale, to koniec tym razem. I cóż, też i tym razem miało być trochę chaosu, ale jak zawsze, przy wspominaniu, znalazł mi się w duszy jakiś motyw przewodni. Anioły? Przyszły same, chociaż sama w nie nie wierzętak dosłownie. Przyszły same, jako metafora, dobra energia. Tak jak przyszła do mnie jakoś ta nominacja, od osóbki, od której przecież i aniołka dostałam. Tego, koło którego stoi świeczka, którą paliłam, pisząc ten tekst.
I może teraz was zaskoczę, ale jakoś w tej zimie, słabnącym mroku, tą energię i ja mam ochotę przesłać dalej. Kogo nominuję?
Lizzy Mad Hatter
Wera
Vill
Zasady, jeśli ktoś nie załapał, są proste. Wystarczy przypomnieć 3 dobre wspomnienia ( można więcej, jak i mi się zdarzało), takie, które ogrzewają jakoś serce. Są ważnie. Stanowią dobre myśli i nieraz przypominają, dlaczego warto żyć. Kochać. Czuć.
Rzecz jasna, to żaden przymus. To takie...zaproszenie do współdzielenia dobrą energią, o :)




A wam wszystkim, którzy tu jeszcze wpadną, chciałabym życzyć udanych świąt, jeśli je obchodzicie. A jeśli nie...to po prostu, spędźcie dobrze ten czas, odpocznijcie od codziennej rutyny, chyba, że tak jak ja, pracujecie przez całe święta. Wtedy cóż...trzeba sobie radzić inaczej z tym czasem cudów ponoć:)


poniedziałek, 19 grudnia 2016

O nocnym myśli dryfowaniu, rozczarowaniu i dziwnej rozsypce po jednej ranie na sercu słów po pijaku kilka.

Dziwaczne uczucia.
Sama nie wiem, kim teraz jestem. Pogubiłam się trochę. Pogubiłam się sama w sobie i tak bardzo przypomina mi się koniec i początek tamtego roku. Czas pożegnań, czas łez, czas najgłupszych myśli z możliwych. Czas udawania przed samą sobą.

Nie chcę udawać, tym razem nie chcę udawać. Ale sama nie wiem, kim jestem w pewnych sprawach. Gdzie jestem. Zastanawiam się, próbuję odczarować dawno temu rzucone zaklęcia, odcyfrować wszelkie międzyludzkie zamazane napisy i niedopowiedzenia. Nie potrafię. Coraz bardziej się oddalam, sama w sobie, dryfuję, oddalam się od siebie i od tego, co chciałam kochać.

Bo tak naprawdę nie mam na co narzekać. Wszystko jest w porządku. Wszystko się układa i to nie tylko pozornie.
Mam cudownego Męża, przyjaciela i kochanka, tego, który pociesza, wysłuchuje i próbuje zrozumieć, dlaczego śmieję się, a w pewnym momencie nagle, niespodziewanie zaczynam się zapadać w sobie. Tego, który nagle zaczął zasypiać przede mną, choć to on zawsze miał problemy ze snem.
Mam cudowną pracę, w której świetnie się bawię. Taką, do której idę z wielkim uśmiechem, pracę, w której się spełniam i dobrze się czuję. Pracę, w której poznałam wspaniałych ludzi, w której świetnie się bawię pomimo jej trudu i z której nieraz wychodzę z bolącym ze śmiechu, tak, właśnie ze śmiechu brzuchem. W której jestem doceniana i kochana.
Mam przy sobie paru dobrych ludzi, z którymi mogę porozmawiać. Mam przyjaciela, który mimo że mieszka w innym kraju, potrafi rzucić wszystko i przegadać ze mną godzinę przez telefon. Parę dobrych znajomych, którzy biegliby do mnie z chusteczkami i lekami, gdybym tylko dostała katar, parę fajnych dziewczyn, z którymi mogę rozmawiać godzinami. Paru świetnych znajomych od piwa, wieczornych szaleństw. Wielu przypadkowych ludzi, z którymi po prostu mogę porozmawiać. Nawet ostatnimi czasy udało mi się odnowić parę kontaktów, parę znajomości, ożywić, chociaż myślałam, że nie mają już szans na jakikolwiek rozwój. Życie nawet i tu mnie zaskoczyło.

Naprawdę nie mam na co narzekać. Naprawdę, część mnie jest szczęśliwa. Zachwyca się poranną mgłą, śmieje się w głos tak, że nie można tego opanować. Część mnie jest wdzięczna, docenia to co ma. Kocha się namiętnie dniami i nocami z tym, którego kocha, spotyka ze znajomymi na piwie, czyta książki z kolejną parującą herbatą.
Część mnie ma w sobie zaskakujący spokój. Pewne przekonanie, że wszystko jest możliwe, część mnie widzi ogrom światła, mimo że to najgłębsza noc.

Jestem zdrowa. Kocham i jestem kochana przez wielu ludzi. Doceniam wspaniałość świata.

Ale coś we mnie nie gra. Ale coś we mnie jest niespokojnego.
Coś sprawia, że się rozsypuję.
Czy naprawdę, jeden człowiek, jedno rozczarowanie ze zbioru setek takich samych, ciągnących się miesiącami, może sprawić, że nie można spać po nocach? Jedna osoba, czy aż tak bardzo może złamać serce? Nawet jeśli to nie ktoś, z kim budujemy życie. Nawet jeśli to nie ktoś, na kogo nawet świadomie liczyliśmy- gdy jedna błahostka przeleje jakąś czarę goryczy, czy to może aż tak zatruwać nasze serce?
Bałahoskta z setek innych. A jednak.

Cały czas zastanawiam się jak to możliwe. Cały czas pytam siebie,racjonalizuję, mówię, jak bardzo to nielogiczne.
Część mnie rozumie i stara się nie przejmować, cieszy się swoim codziennym szczęściem. Część dalej cierpi, dryfuje po morzu zalewających moją duszę emocji i głupich myśli.

Jak to możliwe? Wdawałoby się, że to nie ma prawa się dziać. A jednak, być może, wszystko złożone w całość rozrywa serce bardziej, niż człowiek mógł przypuszczać.

Bo na co dzień wszystko jest w porządku.
Spędzam cudowny wolny dzień z Mężem, podczas którego, zdawałoby się, ładuję do pełna bak. Idę do pracy i działam na pełnych obrotach, jestem jak mała bateria wodorowa, której nie może skończyć się energia, wieczna energia, która rozsadza cały oddział. Mam tyle miłości, tyle czułości, zarażam uśmiechem. Martwię się o innych, piszę smsy, nie mam siły i czasu na telefony w pracy, ale gdzieś tam wysyłam dobrą energię do tych, o których wiem, że mnie potrzebują, jakoś dziwacznie, w przestrzeni właśnie mnie.
Na co dzień jest dobrze, dzień jak dziś, pełen śmiechu, pełen wyzwań. Wibrujący dobrą energią mimo zdenerwowania o cudzy los.

A potem wychodzę z pracy , zostaję sama. Wracam do pustego domu, bo on przecież pracuje dłużej niż ja, jestem sama, ja, koty, muzyka. I przychodzi noc. I przychodzą myśli, niczym ogary spuszczone ze smyczy, przychodzą do mnie i są nie do opanowania. Polują na wszystkie przykre emocje. Łzy cisną mi się do oczu.

Jedna sprawa. Błahostka, która urosła do rangi głupoty nagle, bo to nagle stało się o raz za dużo. Mur, którego głową nie przebiję, bo ta jedna cholerna cegła stale jest dokładana, gdy tylko uda mi się wybić maleńki otwór. Cierń wbity w serce, dziura, przez którą wysącza się krew.
Jestem szczęśliwa, pełna energii. Nocą przychodzi ta myśl i smutne piosenki. Dryfuję po oceanie, opuszczam swoją spokojną wyspę.

Męczą mnie nocne myśli, męczą mnie sny. Bo i te zaczynają do mnie mówić, przekonują, że może powinnam znaleźć rozwiązania...
Ale jak? Tu nie ma rozwiązania. Jest jak jest. Po prostu coś przestało grać i zdałam sobie z tego sprawę, mimo że nadal chcę to ratować, mimo że szukam sposobu. Ale nie znajduję go po prostu w sobie.

Mam cholerne wyrzuty sumienia. Dziwaczne poczucie winy. Kolejne pytanie, czemu to ja siebie obwiniam? Dlaczego to ja mam do siebie pretensje, dlaczego wyrzucam sobie, że to ja muszę odpocząć, że muszę się odciąć, może złapać trochę oddechu może? Dlaczego to ja mam do siebie pretensje, że może się rozczarowałam? Wobec siebie, nie wobec tego, kto rozczarował.

Dlaczego to ja mam poczucie winy, że nie łaszę się do stóp, nie zabiegam, dlaczego to ja mam poczucie winy, że to ja nie przyjdę porozmawiać? Że nie powiem chuj, chodź na piwo, MUSIMY pogadać?
Parę smsów, z przeprosinami jakimiś takimi, z których wynika że i tak trzeba rozmawiać wprost ale nie ma tu żadnej inicjatywy, nic, jeden obrazek z dedykacją. Och.

I dlaczego to ja mam wyrzuty sumienia, że z jednej strony szukam kontaktu, okazji, żeby umówić się na piwo, kakao, cholera, cokolwiek, porozmawiać, a potem zatrzymuję się w pół ruchu i nie ciągnę tematu? Bo chciałabym a boję się? Bo chciałabym żeby było jak przedtem, ale boję się, że znowu to ja, ja będę musiała coś wymyślić i znowu się rozczaruję, bo nawet tym brakiem słowa na ten temat się rozczarowuję?
Disappointed, but not suprised.

Jeśli czujesz, wiesz, że coś jest nie tak, coś się zjebało, próbujesz to naprawić. I jedna część mnie chce, do cholery chce, pyta o wolny czas, o okazję. A druga część mnie nie chce. Bo druga część mnie tupie nogą, nie odpowiada, gdy okazuje się, że pewne możliwości miałyby szansę na zaistnienie. Druga część mnie chce, żeby to o nią choć raz zabiegano, załomotano do drzwi i nie dano wyboru, tak jak ja nieraz nie dawałam wyboru wielu ludziom. Druga część mnie jest rozczarowana. Druga część mnie czuje się wręcz poniżona. Każe mi zostać w mojej jaskini i lekceważąco wzruszać ramionami, udawać że wszystko w porządku między innymi ludźmi.

Tak, poniżona. To dziwne uczucie, nie być w życiu poniżonym, nie czuć się tak ( dobra udało się mojemu ojcu) i potem czuć się tak dwukrotnie przez jedną osobę.
Bo jakoś dziwacznie znowu czuję się poniżona jakoś tą obojętnością. Bo obojętność, gdy oddało się swoje serce, ten cholerny cierń wbijany tak mocno w duszę właśnie poniża. Powoduje, że się wstydzisz. Czujesz się nic nie wart.
To kolejna myśl która dryfuje nocą w mojej bezsenności. Bo ja dryfuję i już nie wiem, czy śnię, czy oddycham realnym powietrzem.

Wyrzuty sumienia i poniżenie, jakieś poczucie, że jest się nieważnym, obdartym z własnego poczucia wartości. I to nic, że setki wręcz innych ludzi mogą ci mówić, jaka jesteś wspaniała, mądra, wartościowa. To nic, że masz kochającego męża, przyjaciela, znajomych, tych od rozmów i od piwa. Kobiety, które chciałyby być twoimi matkami i zazdroszczą tej twojej prawdziwej wręcz. To nic.
Gdy w jednym życiu, tak swojego czasu ważnym dla ciebie masz poczucie tak wielkiej nieistotności mimo jakichś zapewnień....cóż. Czujesz się nikim. Śmieciem wyrzucanym poza margines.
Zresztą, co ci po zapewnieniach, pyta się ta druga. Liczą się czyny, mówi kpiąco.

Wyrzuty sumienia i dziwne uczucie poniżenia. Rozczarowanie, które rozkłada na zimnym stole sekcyjnym tą miłość na czynniki pierwsze.
Całkiem jak rok temu, pomyślałam w nocy, kiedy przewracałam się z boku na bok i nie mogłam zasnąć, kiedy kolejny raz nie mogłam zmrużyć oka. Całkiem jak rok temu, myślę, mimo że nie chcę tak myśleć, ale nie potrafię, nocą nie potrafię inaczej, mimo że to nie ma logicznego sensu, ładu i składu. A może właśnie ma?

Przecież wiesz, że od tego momentu, kiedy to się stało, kiedy jedna rzecz się wydarzyła, wszystko pękło nieodwołalnie i tyle. Ty reanimowałaś trupa. Tego nie da się uratować, nigdy się nie dało. A teraz tak się szarpiesz bo się łudziłaś i chyba sobie plujesz w brodę.

Może i mój mąż miał rację. Może od początku się łudziłam? Nie wiem dlaczego do tego wróciłam. Do tego, co jak sądziłam pogrzebałam, do tego, co wydarzyło się wcześniej, już pon ad rok temu. Samo przyszło.
Cholerne bezsenne noce. Cholerne sploty myśli.

Kolejna dziwna myśl, to jego pytanie, zanim wszystko się stało. Jestem ciekaw, kiedy się znienawidzicie. Niby żart. Ale te poważnie oczy, bo może on już wie, mimo że ja jestem wiedźmą. A może wie, bo mnie zna, wie, że za szybko oddaję serce, wiedział, że może za bardzo wpuściłam kogoś do swojego życia. Bardziej niż kiedykolwiek przedtem pod wieloma względami.
Hej, był ci ktoś bliższy i dalszy jednocześnie? Nie znałaś wcześniej takiego paradoksu, prawda, Frido?
No i jak, znienawidzimy się? Ja nie umiem nienawidzić, nie umiem. Tym bardziej to boli, bo może już wtedy trzeba było wziąć dupę w troki i po prostu znienawidzić.

O 4 nad rano ostatnimi czasy myśli galopują tak głośno, tak szybko, że sen ucieka spłoszony, a tego tabun nie da się zatrzymać. I nagle przybiega nie tylko żal, wyrzuty sumienia, ale i bolesne wspomnienia.
Nie da się. Po prostu się nie da.
Jednak blizny, mimo iż czynią nas silniejszymi, sprawiają, że pewne miejsca zawsze będą niczym martwe.
Reanimowałaś trupa. Może miał rację. Reanimowałam trupa i teraz dopiero rozumiem, że w serce wsączył mi się jad, który niesamowicie trudno wypłukać. Może i nawet podobny do nienawiści, b przecież na zawsze zmienił mi konstrukcję serca.

Ale już nie chodzi o to. Choć może od tego się zaczęło i może on ma rację, tylko się łudziłam. I to może nie dlatego, że stało się, co się stało, bo przecież z nim nie miałam problemu. Z tymi myślami potrafiłam się pogodzić, jeśli chodzi o niego, nawet nie boli wspomnienie.
Boli, gdy wspominam ją tam bo...

...bo może pomimo słów, nigdy nie zdarzyło się nic, co by mi pokazało, że było warto tak cholernie ryzykować, bo wiem, że było, ale...to właśnie próbują mi wmówić moje myśli z bezsennych nocy. Bo zawsze warto walczyć, o człowieka, którego kocha, którego się kurwa, mimo wszystko kocha, mimo że cię zniszczył, prawie zabił, prawie rozwalił ci życie, bo ty po prostu go do siebie wpuściłaś.
Może to boli, bo oprócz przepraszam, przelania łez, gestów, wielkich gestów prawie nic nigdy innego nie było, oprócz jednego razu, kiedy chorowałam no ale...ale wtedy i tak, mój dom cudzym domem, w tym domu nie czekało życie, które może trzeba było dzielić. I nie, nie bagatelizuję, wtedy naprawdę coś w środku mi płakało z ulgi, ze szczęścia, że warto było dłużej leczyć rany i dalej kochać. A potem wiele się zmieniło. I już nie poczułam wsparcia, nigdy nie poczułam że...że chce się razem coś na nowo budować?

Bo kiedy? Bo jak? Przez ten czas, kiedy to przestałam być potrzebna, bo przestałam być jedyną bliską osobą w tym mieście, a każda próba kontaktu, umówienia się na piwo wynikała z mojej głównie inicjatywy? Kiedy tak się cieszyłam na jakiś wspólny wieczór, o którym kilka razy zapominano a ja nawet słowem o tym nie wspomniałam, bo po co? Bo co za różnica, czy się ze mną umawiano, czy nie, skoro ktoś buduje swoje życie, zawsze do tego tak podchodziłam, ale dziwnie, nigdy nie czułam się tak odsunięta, tak pominięta. Tylko za ostatnim razem nie wytrzymałam i powiedziałam, że byłyśmy przecież umówione, na obiad, na film, a tu idziecie nagle na miasto? Ale może niepotrzebnie. Bo co za różnica. Żadna, święto nieistotności. Każda wizyta u mnie to święto nieistotności. A ja jestem jego kozłem ofiarnym.

A może wtedy, kiedy ktoś inny zdradził moje najgłupsze myśli o których i tak nie umiałam mówić, i, śmieszne, to ja musiałam zaczynać tą jedną, dziwaczna rozmowę na ulicy i zaczęłam ją bo to ja nie mogłam wytrzymać, rozmowę, w której i tak udawałam że wcale nie było tak źle, nie, nie zabijałam się, bo bolało, że to właśnie ja, ja znowu musiałam mówić? I gdy widziałam to przyjmowanie mojej gry, żeby tylko się oczyścić, żeby poczuć ulgę...śmieszne.
I co miałam powiedzieć? Ja miałam mówić, że coś chciałabym usłyszeć? I jak mogłam się nie zamknąć, nie uciec jeszcze bardziej? Złamało się coś we mnie po raz kolejny. Pękło.

Ale to ja mam wyrzuty sumienia. Bo mówię sobie, że przecież tak, to ja monologowałam, mówiłam po pijaku rzeczy, których nawet nie pamiętam, to ja byłam zawsze wymagająca, to ja zawsze udająca przecież, że nie warto się przejmować, grająca. Ja, egocentryczna ja, bo tak, jestem egocentryczką, zwłaszcza, kiedy bliżej się mnie pozna.
Ja, trochę stuknięta, radosna, wesoła, czuła nieraz ja. Egocentryczna nieraz, ponoć aż za silna. Ja.

A w środku umierająca. Naprawdę umierająca.
I umieram przez jedną myśl. I umieram przez jedno rozczarowanie i jego następstwa. Może i przez własną głupotę, bo może nie powinnam wtedy pić i pisać tego smsa po pijaku. Konsekwencja kolejnych pęknięć.
I może nie powinnam wcale pisać tych słów, po paru piwach, kilku za dużo słów, które i tak przejdą bez echa. Ale jak to ja, nadmiernie ekshibicjonistyczna, może muszę po prostu je gdzieś wylać, kiedy jednak nie mogę spać. Nie mogę zaznać snu, bo moje myśli dryfują, ból dryfuje po spokojnym oceanie reszty mojego życia, a ja sama nie wiem, czy to jawa czy sen, sama nie wiem, czy powinnam odejść czy zostać i coraz bardziej jakoś boję się ostatniego dnia roku. Czy starczy mi siły na udawanie.
Ale przecież zawsze jeśli chodzi o mój własny ból, byłam doskonałą aktorką. Uczyłam się od najlepszych...a może sama byłam najlepsza?
Jawa czy sen? To i tak nie ma znaczenia.



Starałem się trzymać, starałem się utrzymać między wierszami
I zdecydowałem.
I wtedy zawróciłem się w stronę w której powinnaś być, zacząłem dryfować
Próbowałem wpatrywać się w twoje oczy i zorientowałem się, że czegoś brakuje

I gdybym pozostał mógłbym tylko leżeć na jawie
Bo to nie ty, to tylko sen
To nie jest prawdziwe
Ja po prostu muszę odejść
Muszę się stąd wydostać

Miałem sen, kiedy się obudziłem, w końcu tu byłaś.

Kiedy się obudziłem, w końcu tu byłaś. 

Edit:
Gdy dzisiaj się obudziłam, tak naprawdę obudziłam po nocy pełnej dziwnych snów, jedną z pierwszych myśli ( choć nie najważniejszą) był przebłysk, iż może powinnam usunąć tego posta. To taki odruch, może obronny, może broniący mnie, ale i innych. Ale po chwili...zdecydowałam się go zostawić.
Kiedyś obiecałam sobie, że nie będę kasować postów. Już raz tą obietnicę złamałam, usuwając wrzucony tutaj teledysk i tekst do piosenki Bjork. Niby nic ważnego a jednak. Stwierdziłam jakiś czas temu, że usuwanie postów w moim wykonaniu to byłoby pewnego rodzaju tchórzostwo i zaprzeczanie sobie. Bo jeśli jakiś tekst powstał, nawet w ciężkim momencie, momencie słabości, którego jakoś może i się wstydzę, nie znaczy to, że ten moment nie istniał. I miał prawo się wylać, także w formie słów. Nie będę więc i tutaj uciekać przed swoimi emocjami. Bo mimo że cały powyższy tekst jest też pewną hiperbolizacją w smutku, nie znaczy, że pewne rzeczy nie istnieją. Mimo że przesadzone może jakoś.
Emocje nie są logiczne i mają prawo zaistnieć w sercu, nawet te bolesne. Przez nie mają prawo zaistnieć nawet i głupie posty na blogu, bo nawet ich hiperbolizacja musi mieć ujście. A ja nie będę przed tym uciekać i temu zaprzeczać. Słowa zostają. Emocje zostają tak samo. A ja, w obliczu światła dnia, jakoś i z nimi będę żyć. 

sobota, 17 grudnia 2016

O cudach mniejszych i większych, o których powinno się pamiętać nie tylko podczas najkrótszych nocy.

Mówią, że najkrótsze noce to pora cudów.

Ja sama nieraz mam takie wrażenie. Może to wzruszenia radości i pewna melancholia przemieszane ze sobą, radość i melancholia, które się i we mnie się budzą, również w ciemności, również w zimnie. Może to wszystkie oblicza zimowej miłości, czułości, wspomnienia niektórych rozstań i przeczucie tych rychłych. Wszystko w aurze ciepłych ramion spokoju, które przychodzą do mnie jak co roku, tylko o tej porze. W czasie, kiedy światło umiera, i kiedy rodzi się na nowo.

Nowe wiary, nowe nadzieje. Dobrze ktoś powiedział, że życie nie znosi próżni. Na miejscu poległych uczuć wyrastają nowe. Tam, gdzie przez chwilę zjawiła się ciemność, spadają płatki śniegu z coraz bardziej rozgwieżdżonego nieba. Pozornie puste drogi w rodzinnym mieście przebiegają dzikie zwierzęta, wdzięczne sarny i rude lisy przystające na chwilę i patrzące głęboko w oczy. Pozornie pusty czas i serce wypełniają nowe czułości.
To też swojego rodzaju cud.

Dla wielu ludzi to pora cudów, bo to pora świąt. Ja ich przecież nie obchodzę, ja mam tylko swoje światło. To, które umiera i rodzi się na nowo w Yule. Coraz mniej przejmują mnie daty, obrzędy. Wszystko coraz bardziej odczuwam w środku, jakby to wszystko, cała otoczka, nie miały znaczenia. Coraz bardziej czuję po prostu energię przepływającą przez duszę.

Nie potrzebuję więc śniegu, śnieg opada lekko pod moimi stopami w moich snach, mrozi zwykle gorącą głowę. Nie potrzebuję nachalnie wesołych piosenek, które nawet ateista mówią o nowej nadziei w Chrystusie. Nie potrzebuję pierniczków, zapachu korzennych przypraw. Wszystko przychodzi mi naturalnie. A może po prostu... to ja, ja sama i moje serce, wierzymy w cuda przez cały rok, a nie tylko wtedy, kiedy wszyscy próbują to sobie wmówić?

Tak, to prawda. Ja wierzę w światło nie tylko gdy ono jest, nie tylko w największym mroku gdy szukamy go na siłę. Noszę światło w sercu.
I też wierzę w cuda cały rok. W te większe i te najważniejsze, małe cuda codzienności, na które składają się cudze uśmiechy. W tej porze po prostu inni wierzą bardziej i dlatego chyba i ja to bardziej odczuwam. Czuję też zgrzyt wśród tych, którzy wierzą dla mnie jakoś na siłę. Wśród tych, którzy cały rok negują każde otwarte serce, a teraz, śpiewając o białych świętach, nagle czują miłość do świata.
I nie mówię tylko, że to nieszczere. Mówię tylko, że mnie to uwiera i pytam się, dlaczego nie można tak zawsze? I przed tym cierniem powinnam uciekać. Tylko też nie zawsze potrafię.

Ale nastała pora cudów. Może i w moim sercu gorętsza, a może i dla całego świata. I wszyscy jakoś mimo że bardziej nerwowi jeszcze, zabiegani, to jakoś radośniejsi.

I ja o tej porze, przez żarty, głupią aspirynę i robienie za mediatora w sprawach zapalnych między panami budowlańcami w moim miejscu pracy a resztą ekipy zostałam cudotwórczynią.

-To jak to było Lala? Sprawy niemożliwe załatwiasz nam od ręki, na cuda trzeba poczekać tydzień?
-Dokładnie tak!
Zartujemy tak już od dłuższego czasu. W momencie kiedy nasza szefowa krzyczy na ich szefa, w momencie, kiedy potrzeba im czegoś do odkażania przeciętego palca, w momencie, kiedy rozdaję każdemu krówki które dostałam od innej pani, a rozdaję je wszystkim, bo nikt nie może być pominięty. I widzę kolejne uśmiechy, dziwie czuję radość i światło tam, gdzie nie spodziewałam się go ujrzeć.

Bo światło, jak i miłość przychodzą z najmniej spodziewanej strony, jak kiedyś usłyszałam.

-O, nasza cudotwórczyni idzie!
-A wiecie, że ta dziewczyna naprawdę sprawia cuda? - powiedziała moja Ulubiona Pielęgniarka, do której ostatnio coraz częściej mówię Mamo, powiedziała tak do panów na rusztowaniach, kiedy szłyśmy razem korytarzem, a panowie budowlańcy dzielnie wiercili coś w suficie.
-Jak to? - zainteresował się pan Maruś.
-Ano tak to..- i moja Ulubiona Pielęgniarka zaczęła opowieść.

Nie wiem, czy ją znacie, czy nie. Czy ktoś pamięta mojego Księcia?

Bo ja o nim pamiętam. I ostatnio coraz częściej o nim myślę.
Tą grudniową porą, coraz częściej o nim myślę. Coraz cżęściej mi się śni.
Widzę nieraz w snach, jak po prostu idziemy na piwo do jakiegoś baru przy rynku, on trochę kuleje, trochę ma jeszcze problemy, mówi nieraz powoli, ale to nic, radzi sobie coraz lepiej. Przecież i tak miał nie chodzić, i tak miał nie mówić, i tak miał być rośliną, miał być tryflidem. A w tych snach jest prawie całkiem sprawny, młody, przystojny facet. I chociaż nie jest już tak wychudzony, jak w czasie, kiedy się nim zajmowałam, to nadal jego oczy odznaczają się w tej twarzy o ostrych rysach. I w snach i w nim widzę światło, w tym, jak przepływa między mną a nim, w rozmowie, błahej rozmowie przy piwie.
Może właśnie wtedy przepłynęło trochę światła? I to nie tylko ode mnie do niego, wraz ze słowami, które wyczytywałam na nockach z książek. Ale też przecież...tyle światła i ja od niego dostałam.

Kiedy w zeszłym roku, zdruzgotana, prawie martwa w środku, mając w sercu ranę, która dopiero co się zabliźniała, poznałam właśnie jego. I wiem już teraz, z perspektywy czasu, że sama ta praca, kiedy w ogóle zaczynałam przygodę z opiekowaniem się kimkolwiek, tak samo jak i właśnie on, w tym momencie, mi pomogli.
To, że mogłam znaleźć inną czułość. To że mogłam obudzić w sobie miłość. To, że podczas ciemnych, długich nocy, kiedy czytałam książki nad jego uchem, obudziło się i światło. Znalazło się w największym mroku.

Grudniowy cud.
Mały, wielki cud. I może ja go jakoś sprawiłam, poruszyłam świat swóim ówczesnym cierpieniem przemieszanym z miłością. Może to on sam go sprawił, kiedy on poruszył mnie.

Ale co było to było.
I moje rany się zagoiły. I może i jego życie jakoś się zrosło?

Ulubiona Pielęgniarka opowiedziała tą historię panom, tę, którą ja opowiadałam jej tkwiąc z nią na nockach, Maruś aż zagwizdał z podziwem.
-No, Lala, może nie jest z ciebie taka czarownica tylko czarodziejka?

A ja coraz bardziej zastanawiałam się co z Księciem. Czy naprawdę chciałabym wiedzieć?
Bo co było to było. I coś we mnie się blokuje. Coś we mnie nie chce zakłócać mu spokoju. I nawet gdy Pielęgniarka wpadła na pomysł, że może by zadzwoniła do jego dziadków, żeby zapytać, jak im się wiedzie, bo przecież numer do nich ciągle gdzieś tammam, to jakbym...zaczęła się bać. I może całe szczęście, że nie wprowadziła tego pomysłu w życie, że nie było czasu wczoraj, że wyleciało jej to z głowy.

Bo tak, tęsknię za nim, tą dziwną tęsknotą, bo przecież, w moim życiu był tylko przez chwilę i to był tak dziwacznie, że nieraz mam wrażenie, że to jakby się nie wydarzyło. Ale tęsknię za nim i chciałabym wiedzieć, jak sobie radzi.
Ale nie mam żadnych wieści. I może brak wieści nieraz to najlepsze wieści?

Bo coś we mnie nie chce wiedzieć. A może i zakłócać spokoju.
To oczywiste jakoś tęskni. To jasne i radosne uśmiecha się już na wspomnienie tamtych dziwnych nocy, To delikatne i kruche wzrusza się, gdy słyszy jedną, banalną piosenkę, która już dziwnie będzie kojarzyć się z nim.
Ale i coś niejasnego mówi, żeby to zostawić. Nie zakłócać spokoju. Coś we mnie mówi, że jeśli na nowo mamy się znaleźć, pójść kiedyś na piwo, to nie można naciskać. Jeśli pewne rzeczy mają się zdarzyć, zdarzą się same.

Bo może i jemu byłoby dziwnie. Może i jemu byłoby głupio. Bo ja tak to sobie wyobrażam właśnie. Że gdy staje się na powrót silnym mężczyzną, z rośliny, z kruchego, wychudzonego ciała, staje się tez i umysłem i duszą, może musi mieć w tym spokój. I wcale nie chce wracąc teraz do momentów, w którym karmiono go na siłę przetartą papką. Wlewano zupki przez wybity ząb, kiedy zaciskał szczęki. Przewijano pampersy. Smarowano tyłek maściami na odleżyny.
I gdy staje się, być może, na powrót silnym, samodzielnym mężczyzną, niekoniecznie chce oglądać kogoś, kto mył mu krocze, kto go karmił, przewijał, nawet jeśli ten ktoś czytał mu nocami książki. Nawet jeśli ten ktoś oblał go gorącą herbatą.
Nawet jeśli ten ktoś powiedział mu o swojej najgłębszej ranie i prawie się przy nim popłakał.
Myślę, że młodemu facetowi może być zwyczajnie wstyd. Zastanawiam się, czy mi by nie było.
Myślę, że czasem chce mieć się spokój, zanim człowiek zderzy się z pewną przeszłością. Jeśli w ogóle się z nią zderzy. Jeśli będzie chciał do niej wrócić.

Więc może i tęsknię. Może i śni mi się, że idę z nim na piwo.
Ale sądzę, że lepiej dać temu spokój.
Bo przecież...jeśli by chciał mnie znaleźć, będąc w tym samym mieście przecież...to wie gdzie mnie szukać. Znają mój numer telefonu. 

Myślę, że są rzeczy, którym trzeba dać po prostu spokój.
Jest też i światło, które po prostu dwa razy nie świeci. A jego jednokrotny blask starcza na długo. Ja cała miłość i energia wysyłana w kosmos.
Myślę też, że wcale nie są nam potrzebne żadne spektakularne cuda. Ważniejsze są te małe, codzienne. Codzienna opieka i troska. Codzienne uśmiechy, głupie żarty i jakieś ciepło, które na mrozie rozchodzi się w kościach. Jakieś ciepło pod sercem, mimo że inne straty i cierpienia próbują je zamrozić.

Małe cuda.
Codzienny sms od Męża, w którym wyznaje mi miłość, a ja jemu.
To, że ktoś odzyskuje energię.Codzienne przytulenie, cmok w czoło dawany każdej ze staruszek po kolei. Zdziwienie jednej z Pań, że ja te wszystkie tak kocham. Że mam w sobie tyle miłości i tyle czułości.
Cud, że po tym wszystkim, po każdej kolejnej ranie i rozczarowaniu znajduję tej miłości, tej czułości coraz więcej. I coraz bardziej rozumiem to, co mówił mój zmarły przyjaciel.

Małe cuda.
Wiem, że ci kiepsko coś ostatnio, a raczej jakaś rozdarta jesteś. Wpadnę na kawę jakiegoś dnia, tylko musimy się zgadać porządnie, bo nie będę robił tylu kilometrów, żeby to nie wypaliło.”

Tyle wokół czułości, przemieszanej ostatnio z dziwnym bólem, ze smutkiem. Może to właśnie równowaga?
Tyle ostatnio wzruszen. I wariackich wręcz śmiechów, wariackich żartów i godzin ze smutną muzyką, która aż wyciska łzy.
Tyle ciemności. Tyle światła. Tyle prostych odruchów, takich ciepłych, takich ludzkich, we wszechogarniającym mrozie, we wszechogarniającej nocy, która niedługo zostanie przecież zwyciężona.

Tyle miłości która sprawia, że koniec roku staje się porą cudów. Może mniej spektakularnych niż kiedyś, te wiele czasu temu. Ale jednak...

-Masz, panie Marku, cały dzień pracujesz a nic nie jadłeś- powiedziałam, podchodząc do drabiny, na której stał nasz Maruś i dając mu po prostu najzwyklejszą bułkę z serem, bo przecież zostało tyle jedzenia, a szkoda wyrzucić.
-Nie no co ty, Lala!
-Nie przyjmuję odmowy. Złaź panie Marku i jedz!- zaśmiałam się.
Zszedł. Zaczął jeść.
-Pani Basiu...- usłyszałam za sobą nieśmiałe, pytające...no tak. Tego pana też znamy.
-Co, Panu też zrobić bułkę z serem?
-A znalazłaby się?
-Znajdzie się, zawsze się znajdzie u mnie!
-Widzisz, Kierowniku? Mówiłem, Cudotwórczyni! - zaśmiał się z pełną buzią Maruś.

Bo i zwykła bułka z serem może być jakiegoś dnia, dla kogoś głodnego największym cudem. I myślę, że warto walczyć o to, żeby pamiętać o tym nie tylko w porze najdłuższych nocy czy zbliżających się świąt.



Pod zaciemnionym niebem
Widać światło
Wciąż żywe

Niech miłość podbije twoje serce
Wojwoniku, wojowniku
Sięgnij w stronę światła
Płaczę,

Wojowniku, wojowniku miłości.