wtorek, 22 grudnia 2015

O różnych obliczach świąt, ich pięknie, smutku, radości i samotności człowieka w mroku, czyli najbardziej nieudolne życzenia od kogoś, kto świąt nie obchodzi.

Nastała zima. Na nowo narodziło się słońce.
Przeżyliśmy najdłuższą noc. Blisko siebie. Blisko miłości, choć w oddaleniu. Nie trzeba się dotykać, żeby kochać. Starczy czuć, czuć miłość w przestrzeni. Czuć światło i wiarę w sobie.
Zawsze tak bardzo chciałam w to wierzyć.
Nie, ja w to wierzę.
Tą wiarę staram się przesyłać innym. Moje własne światło. Moje ciepło.

Przeżyliśmy najdłuższą noc, nastała zima. Nowe światło, które może rozświetlić duszę. Nowa iskra, która być może, rozpali płomień, w którym każdy po kolei może się ogrzać.
Przeżyłam swoje święto, przeżyłam najdłuższą noc, aż do świtu, aż do ponownego wschodu w płomiennej czerwieni. Walecznej czerwieni. Czerwieni żywej jak krew w moich żyłach, płynąca korytarzami serca. Bo póki serce bije, wszystko w życiu jest możliwe. Wszystko. Póki serce bije, można być szczęśliwym, można kochać.

Ja przeżyłam najdłuższą noc. Czy największy mrok w swoim sercu przeżyją i inni?
Tej jednej nocy, mrok wzywał mrok. A ja myślałam o tych, co sami, samotni, zostawieni sobie. I myślałam o tym, że czasem chciałabym cały ten świat przytulić. Zaprosić do swojego ognia, oddać części swojego serca, żeby te kawałki zapełniły cudzy głód.
Tej nocy nie mogłam przestać myśleć o tych, co w cudowną noc, kiedy rodzi się ich bóg, nie pan Światła, a pan Miłosierdzia, zostają sami. Zostają pogrążeni jeszcze bardziej w dół, zepchnięci w ciemność własnych myśli. Zepchnięci w samotność.

Widzę ich swoim sercem.
Skazanych na samotną kolację, podczas gdy wszystko dookoła wmawia im, że każdy ma kogoś do kochania, a oni nie mają nic. Skazanych na długi wieczór w obcym kraju, wyobcowanych, z myślą, że do swojego nie ma przecież po co wracać, bo tu tylko ból i kolejne rany od tych, co powinni kochać. Skazanych na ciemną noc z tymi, których nie mogą znieść, z tymi, wobec których udają miłość. Skazanych na myśl, że „przecież moje życie miało wyglądać inaczej”.

Ja w pewien sposób zakończyłam swoje święta. Znów dostrzegłam światło w Yule, przecież zawsze zresztą je dostrzegam. Nie potrzebuję nocy, by witać świt, zawsze witam ten we własnej duszy. Może łatwo mi mówić, bo mam szczęśliwe życie. Mam przy sobie mężczyznę, z którym gramy idealny duet razem ze światem lub przeciwko niemu. Mam przyjaciół, wielu bliskich ludzi. Moja matka, choć starsza, mająca 70 lat, nadal żyje. Mam wiele stołów do wyboru. Rozdaję nieraz swoje ciepło, ale i ciepło dookoła mnie otula moje ramiona, działa jak płaszcz, którego nie przewieje żadne wiatr. Mimo tylu ran w życiu, mimo upadków, strat, strat też w miłości, mam dobre, szczęśliwe życie. Mam ludzi, których kocham i którzy mnie kochają. Nie boję się tego głośno powiedzieć. Może dlatego, że ja kocham świat a on chyba kocha i mnie, bo jestem wobec niego pokorna, już jestem pokorna. Nie oczekuję za wiele.
Łatwo mi więc powiedzieć „musisz uwierzyć”. Łatwo mi powiedzieć „twoja samotność zależy tylko od ciebie”. Łatwo mi powiedzieć o świetle, które każdy nosi w piersi.
Tak, łatwo. Nie przeczę. Może sama to wywalczyłam, może sprzyja mi świat. To nie ma teraz najmniejszego znaczenia.

Widzę po prostu, że jestem szczęśliwa i jednocześnie widzę, jak wielu ludzi jest samotnych. Jak wielu cierpi. Jak wielu walczy...ale przegrywa.

W dzień poprzedzający moją najdłuższą noc telefon zaczął się urywać.
„Zbliżają się święta”, pomyślałam. Nie moje ale...
Jeden sms i cała dyskusja potem. Mężczyzna, który stracił matkę bo umarła w tym roku. Zostawiła go dziewczyna, jedyna osoba, przy której nieśmiały facet poczuł się dobrze. Czeka go samotny opłatek, telewizor, może trochę muzyki i książek. Żałuje, że nie może popracować jak ja. Czuje się samotny, czuje, że niszczy swoje życie, choć nie wie, jak.

Telefon. Kolejny mężczyzna, chce złożyć mi życzenia na Yule, co roku pamięta. Jedzie do matki, z którą się nie znoszą, bo z żoną się rozwiódł, córka będzie u byłej już żony. Myśli o tym, jak spieprzył życie, choć ono po prostu się rozpadło, choć po prostu nie zagrał jeden plan. Teraz, w święta, odczuje to podwójnie, choć próbował się pogodzić z pewnymi rzeczami, z życiem którego nie dzieli w pełni z córką.

Kolejne wiadomości. Rozmowa z kobietą, która nie znosi swojej rodziny i będzie od niej uciekać, od wiecznego wmawiania jej poczucia winy, którego nie chce nosić. Pewnie nie wytrzymam tam dłużej niż pierwszy dzień świąt, mówi.

Sms-y z mężczyzną, z którym nie powinnam się widywać, nie po naszym ostatnim burzliwym rozstaniu i wyznaniach. Jego tęsknota mimo wszystko, nie za mną, a za życiem, o którym marzył, a którego nie ma. Jego ból i strach, czy uda mu się wszystko ułożyć, w całkiem nowym mieście, w nowym kraju.

Maile gdy wróciłam po Yule. Wiadomości, rzeka wiadomości pełna bólu, samotności, pełna strachu.
Czy to właśnie mają wzbudzać wasze święta, pomyślałam?
Czy ma dopadać was mrok, podczas gdy na nowo rodzi się światło?

Miałam ochotę ich wszystkich przytulić. Miałam ochotę ich wszystkich przygarnąć mówiąc chodźcie do mnie. Chciałam, a nie mogłam. Nie mogłam bo przecież ja...w noc wigilii mam swoich samotnych, opuszczonych. Chorych i cierpiących. Tych, których nikt już ostatecznie nie chciał. Tych, którzy umierają na moich rękach. Na tych rękach, które nie potrafią naprawić żadnego życia tak naprawdę. Pracują tylko nad swoim.
W noc wigilii jestem w pracy. W drugi dzień świąt jestem w pracy. Przez to nawet nie odwiedzę w same święta swojej matki. Nie przełamię się z nią opłatkiem, choć to nie mi zależy. Ja wierzę w Słońce, nie zbawiciela...nie ja wierzę w pierniczki. W tradycję, w choinkę.
Mogą mi mówić, że jestem Grinchem. Cóż, nie ulegam presji świątecznej atmosfery. Ale w tym czasie chciałabym podwójnie dać ludziom światło. I podwójnie czuję, jak bywam słaba. Jak niewiele mogę, jak nie umiem pomóc w pewnych kwestiach swojej matce.

Czy to mają sprawić święta?
W radiu, w telewizji, w książkach, stale cudowna atmosfera. Zdarzają się cuda, w które chcemy wierzyć. Mówimy o magii, atmosferze, zabijamy karpie, kupujemy prezenty. Może tego wszystkiego za dużo.
Może wielu z nas, wielu z ludzi, chce się poczuć aż „zbyt świątecznie”?
W moim domu, gdy jeszcze byłam dzieckiem, nigdy nie było idealnych świąt. Święta to nie tylko dobre wspomnienia, to też pijany ojciec i matka pobita w wigilię. Nie szkodzi. Moja matka mimo wszystko pokazała mi, co znaczą święta. Albo może, co znaczy światło, w które ja wierzę. Pokazała mi to, zapraszając smutnych i samotnych. Potrzebujących i zagubionych. Zresztą, ona robiła to nie tylko podczas jednego wieczoru w ciągu roku.

Z roku na rok coraz bardziej odkrywam, jak mimo wszystko, z moim twardym charakterem, przypominam ją, z jej miękkim.
Z roku na rok, coraz bardziej czuję światło, które we mnie wzrasta w Yule. I coraz mocniej odczuwam cudze łzy i w święta.

Dla wielu święta to wspaniały okres, to cudowny czas spotkań rodzinnych, to w końcu moment, gdy wszyscy mają dla siebie czas. Nie przeczę, że nie. To cudowny moment mistycznych uniesień, dla tych, co naprawdę wierzą. Być może, dla niektórych dorosłych to nadal moment, w którym mogą się poczuć jak dzieci. Dla wielu to najukochańszy wręcz okres w roku.
Być może, wielu sobie tą magię wmawia. Lubią dobre jedzenie, wyobrażają sobie piękno i gustowność rodzinnego spotkania. Potem spinają się, gdy coś nie gra. Mimo to spędzają święta w rodzinnym gronie i mimo paru wpadek, wspominają je szczęśliwie. Opowiadają przez lata anegdoty z nadmiarem grzanego wina.

Mimo rosnącej komercji, zagubienia ducha świąt jakim on był kiedyś, mimo nieodczuwania żadnej mistyki, presji spowodowanej poszukiwaniami idealnego prezentu, dla wielu ludzi święta to stresujący, ale dobrze wspominany okres.

Są też tacy, którzy w święta pracują, albo mają swoje zwyczaje i wcale świąt nie obchodzą. I wcale nie jest im z tego powodu przykro, wcale nie żałują. Wierzą w innych bogów, nie wierzą wcale i mają gdzieś całą tradycję. Bywają nawet dumni ze swojego odwrotu wobec wszechobecnej komercji sztucznego zielonego drzewka i cieszą się, że mają święty spokój, nie zadłużą się przez prezenty i suto zastawiony stół. I ci mają się równie świetnie, nawet mają chyba mniej zawałów w święta niż ci co biegają albo przeżywają.
O nich często zapominamy, o tych, co w ogóle nie obchodzą świąt. Składamy im z rozpędu życzenia, a oni śmieją się troszkę ironicznie. Nie szkodzi, bo przecież żadna afirmacja nie szkodzi.

Ale są jeszcze inni. Ci jeszcze mniej widoczni w święta.
Ci, o których tak wielu zapomniało. Ci samotni. Ci, którzy pozornie mają bliskich, ale ich mrok zjada ich od środka. O tych najbardziej zapominamy. Tych nie chcemy widzieć, choć pozornie dobro w święta w nas kwitnie. Choć dajemy więcej monet żebrakowi.

Są ci, którzy cały rok czują się opuszczeni, a w święta odczuwają to w dwójnasób. Dopada ich jeszcze bardziej stres i presja radości współdzielonej z rodziną. Radości w ogóle.
Czasem przez cały rok jest im cholernie dobrze. Sprawdzają się w pracy, podróżują po świecie, cieszą się życiem, jego torem, uprawiają wspaniały seks, mają przyjaciół. Ale w święta nikt nie ma dla nich czasu.

Nagle czują pustkę. Bo istnieje ona naprawdę? Bo ktoś im ją wmówił? Trudno tak naprawdę powiedzieć.
Czują samotność. Mrok ich pochłania, choć najdłuższa noc już za nami. Choć sami powinni mieć w sobie światło. Szukają kontaktu, jakiegokolwiek kontaktu z ciepłem, z miłością, z drugim człowiekiem. Czują się opuszczeni, zdradzeni przez własne życia. Czasem naprawdę je zdradzili. Czasem po prostu wyszło tak a nie inaczej.

Bo w życiu każdego z nas może wyjść tak a nie inaczej.
Może wyjść jak w życiu wielu moich podopiecznych. Mimo, że masz narzeczonego, możesz nigdy nie wyjść na mąż, twoi rodzice umrą i zostaniesz sama. Mimo, że masz troje dzieci spędzasz święta w domu opieki społecznej, bo jesteś pewnym ciężarem. Większość ludzi w domu pomocy społecznej ma dzieci, nie ukrywajmy. Możesz być profesorem, odnosić sukcesy, zachorować na Alzheimera i być jak niemowlę, które trzeba przewijać.
W życiu wychodzi różnie.

Nie znamy scenariuszy jakie szykuje dla nas życie. W końcu rodzice nas wszystkich umrą. Być może, nasze dzieci nie będą się do nas przyznawać. Może pogonimy za karierą.
W końcu wszyscy możemy być samotni w jakiś sposób w święta.
Tak często o tym zapominamy, że właśnie w święta nie tylko pewną radość odczuwa się podwójnie. Odczuwa się też wielki smutek, żal wobec przeszłości, strach przed przyszłością. Myślę, że tej nocy najbardziej przychodzą wszyscy nasi zmarli. Myślę, że to nie zwierzęta mówią w końcu ludzkim głosem a nasze dusze i wszystko, co w nich tkwi. Czasem tylko zagłuszymy to radością, prawdziwą czy udawaną z prezentów, grzanym winem, obżartym brzuchem.

Jest tak wiele ludzi samotnych. Tak wiele ludzi nieszczęśliwych.
Porzuceni starsi, młodsi którzy po prostu nie układają sobie życia tak jak chcieli rodzice i dopada ich pewna presja świąt, która naprawdę potrafi zabić. Nic dziwnego, że tak wiele samobójstw w święta.

Wiele jest osób nieszczęśliwych. Wiele jest mroku w świecie, w ludzkich sercach. Wiele bólu, cierpienia, strachu.
To nie szkodzi. To nie szkodzi, bo żeby dostrzec światło, trzeba czasem się w tym mroku pogrążyć.

Chciałabym ich wszystkich przytulić. Tych smutnych, tych z którymi rozmawiałam, pisałam smsy. Tych, którym przecież tak niewiele mogę dać. Tylko okruchy mojego własnego światła, mojej siły, mojego ciepła. To tak niewiele.
Może to już coś, że mogą się zwrócić?

Nie urządzę im świąt. W tym roku idę do pracy, choć tak naprawdę...trochę idę rozgrzać zziębnięte serca chorych, starych, tych, których nikt z rodziny nie chciał na swojej wigilii, bo sprawiają za dużo problemu. Nie szkodzi. Ja ich jakoś kocham.

Tak wiele samotnych, tak wiele bólu. Nie szkodzi, nie naprawi się całego świata. W świecie jest miejsce na wszystko, wszystko jest równie potrzebne.
Jest też miejsce na wiarę w magię. Przecież w tym roku stał się już jeden cud.
Przecież mój Książę, w mojej pracy, ten, wobec którego moja czułość aż się wylewała, przemówił. I mówi dalej. Nawet ze mnie żartuje.
-Dobranoc, Książę.
-Dobranoc, Księżniczko.
Cudowne słowa, w które rok temu nikt by nie uwierzył. Ironia w tych cudownie nakrapianych złotem oczach. Cud, w który wszyscy chcą wierzyć.

Potrzebujemy magii. Potrzebujemy cudów, zwłaszcza może w tym okresie, gdy presja ich odczuwania jest tak wielka. Potrzebujemy namacalnych dowodów, że można żyć. I że warto walczyć o przegrane sprawy.
Nie walczyłam o przegrane sprawy. Nie.
Ja walczyłam zawsze o przegranego człowieka.
Żaden nie przegrał, nawet, gdy umierał. Nawet śmierć nie jest przegraną.

Święta nie dla wszystkich są wspaniałe. Te nie są wcale dla mnie, ja już swoje duchowe święto przeżyłam, gdy rodziło się słońce.
Mam w sobie tak wiele światła, które chciałabym rozdać. Nie zgaśnie, gdy odbije się w świetle cudzych oczu. Wiem, że święta nie są dla wszystkich wspaniałe i dlatego chcę sprawić, że jeśli mogą choć trochę...to zrobię wszystko, by tak było.
Szykuję więc książki dla mojego Księcia, w końcu to wigilijna noc, nie mogę czytać mu byle czego. Biorę domowe pieniki ze stuletniego przepisu po prababci ze sobą do pracy. Rozdam tym, którzy mogą je jeść.
Kilka gałązek jemioły i jak świąteczny chochlik będę biegać wieczorem i całować wszystkich po policzkach. Żeby spełniły się ich marzenia.
Może podrzucę pani B. kilka gałązek świerku i będzie się śmiała, że jestem nieznośna, bo kuły ją w łóżku. Porozmawiam z panem M. o jego ateizmie i o tym, dlaczego święta ma gdzieś. Poplączę się w lampki. Znowu wywalę choinkę i wzbudzę tym salwę śmiechu.
Śmiech. Tak, ten się liczy o każdej porze roku. Nie tylko w święta. Ten sprawia, że magia działa.
To jak wiara we wróżki. Żadna z nich nie umrze, póki dzieci się śmieją.
Być może, póki śmiejemy się my.
Być może, będzie to jedna z najlepszych nocy wigilijnych, jakie przeżyję. Bo będę rozdawała znów siebie. Swoją siłę, swoje ciepło, swoją radość. Tylko tyle i aż tyle. 

Dla wielu te święta będą smutne, będą samotne.
Wrócę z pracy, odeśpię nockę. Wtulę się w swojego Męża, może będę mogła mu opowiedzieć, co znowu wywinął mój Książę i o czym rozmawiałam z byłą laborantką o wylewie o 4 nad ranem.
Drugiego dnia świąt znów popędzę do ludzi, którym wcale nie naprawiłam świąt.
Bo nie sprawię, że przestaną myśleć o tych, którzy już nie żyją, o tych, za którymi tęsknią. Nie sprawię, że nie będą mniej samotni. Samotność mieszka w naszych sercach, jest nam przyrodzona.
To nie szkodzi.
Bo tak samo przyrodzona jest nam magia i wiara w cuda. Czasem trzeba krzyknąć, a czasem cicho szepnąć. 



Dla wielu te święta będą smutne i samotne.
Mam nadzieję, że wasze takie nie będą. Wielu z was zasiądzie do stołu z rodziną, wierząc w Boga, czy nie, wierząc w innych. Grunt, że będziecie razem. Dostaniecie wspaniałe prezenty, zapalicie lampki na choince Podpijecie się trochę grzanym winem. Podzielicie opłatkiem.
Być może, spełnią się wszystkie życzenia w kolejnym roku. Obym mogła powiedzieć oby.
Mam nadzieję, że właśnie takie będą wasze święta. Wasz prawdziwy początek zimy. Być może nie idealny, gdy biały obrus będzie zachlapany barszczem, być może nawet i z łzami wzruszeń albo wkurzenia. Mm nadzieję, że te święta będą radosne, być może spełnią oczekiwania, a może potoczą się własnym torem, ale wzbudzą dużo śmiechu.
Życzę, by wasze święta były wspaniałe po swojemu. Ale życzę wam też jeszcze czegoś. Nie tylko w święta, choć, w te ponoć wszystko jest „otwarte bardziej”.
Bo chciałam wam też życzyć właśnie otwartych serc. Na czułość i na miłość. A także, chciałam wam życzyć magii. Nie tylko od święta, choć, może wielu z was właśnie w ten dzień magię zacznie dopiero odczuwać i wierzyć w cuda?
Życzę wam szeroko otwartych oczu i serc, na cudzą samotność, na cudzy smutek. Nie wiemy, jak życie się potoczy. Kto wie, może w przestrzeni wszystko się zwraca i gdy wy będziecie potrzebowali czułości, ktoś otworzy oczy na wasz ból? Bo ten w życiu zawsze się zdarza.
Życzę wam wiary i nadziei. Życzę wam światła, które w sobie a nawet i w innych odnajdziecie podczas najdłuższej, najbardziej pochmurnej nawet nocy.
Wszystkiego dobrego. Święta to okazja...ale życzę wam wszystkiego dobrego nie tylko w nie.

Niech cały nowy rok słońca i wam błogosławi.  
A wy uwierzcie w cuda. Trochę wiary przecież nie zaszkodzi?


niedziela, 20 grudnia 2015

O niedźwiedziach które zimą marzą o kolejnej wędrówce zamiast spać, pewnej zarazie której nie można pozbyć się z serca i o dzikiej kobiecie i dzikim mężczyźnie słów kilka.

Zimą niedźwiedzie powinny udać się na spoczynek. Zimą niedźwiedzie śpią i śnią o wiośnie.

Niedźwiedzice śpią spokojnie w gawrach, wydając na świat młode. Opowiadają im swoje sny o tym, co było i co być może. O kwitnących na halach krokusach. W spokoju, w ciszy śniegu opowiadają o swojej tęsknocie. O zimnym potoku, który będzie muskał dziecinne łapy. O świeżej krwi złowionej ryby i soczystej jagodzie pod sierpniowym niebem. Mówią o marzeniach o krótkiej nocy. O zewie krwi, walce z krukiem o padlinę jelenia, który nie miał szczęścia przeżyć zimy.

Nie wszystkie niedźwiedzie jednak śpią. Nie wszystkie potrafią dospać wiosny. Ich krew buzuje. Tęsknią za wędrówką, wychodzą z gawry i zostawiają ślady na śniegu, ślady wielkich pazurów. Wcale nie śpią. Przeczekują, a krew się gotuje.
Krew wrze. Krew to nie woda ze stopionego lodu. Ona żyje, nawet, gdy przychodzą długie zimowe noce.
Widziałam takie niedźwiedzie w Bieszczadach. Widziałam ich zew krwi. Wiele z nich nie śpi zimą.

Zima, czas spokoju. Najdłuższe noce. Noce, podczas których można opowieści snuć, ale i tęsknić za tym, gdy tworzy się nowe. Gdy tęskni się za zapachem laski jałowca.
Ale niedługo przebudza się słońce. Niedługo zwycięża walkę ogień w ciemnościach. Bogini rodzi na nowo. Zbliża się Yule, przecież już jutro przesilenie. Zbliża się moja pora. Czuję jej zapach. Czuję obietnicę, na samym początku zimy. Bo kończy się zamieranie. To już oczekiwanie na życie.

Moje ukochane święto. A ja w swoim zimowym spokoju zaczynam tęsknić za wędrówką. Tęsknię za „brzóz kropidłami”, tęsknię za miejscami, którym „wszystko zapisałam”. Tęsknię za miejscem, w którym wcale się nie urodziłam, ale za miejscem, w którym odkryłam siebie.
Wyrywa się moje serce, wyrywa się moja dusza. Moje niedźwiedzie pazury nie chcą czekać w łonie matki ziemi. Chcą stąpać po niej miarowo, krok za krokiem, krok za krokiem, pokonując własne słabości.

Krok za krokiem, ślad za śladem.
Nie potrzebuję wcale trawy. Nie potrzebuję wcale kwitnących krokusów na polanie, nie potrzebuję widoku pluszcza w topniejącym strumieniu. Czuję zew. Potrzebuję wędrówki. W białej ciszy, w zielnym echu tętniącej puszczy. W puszczy, która porasta trudne do zdobycia stoki.
Nie chcę namiastek. Chcę iść. Iść, iść, iść. Kilkadziesiąt kilometrów, Kilkaset. Po stromych zboczach. Po stromych, śliskich szczytach i grzbietach. Chcę chwytać łańcuchy i wspierać się na lasce jałowca.
Przebudzam się. Wiem już co znaczyły lustra, one mówiły o cudzych snach, cudzym przebudzeniu. Teraz moja dusza potrzebuje oddechu. Naładowania baterii po nadmiarze emocji.
Marzę o wędrówce. Chcę być niedźwiedziem stąpającym po śniegu.

Chcę wyjść z jaskini miasta. Bose stopy przyoblec w futro i pazury. Roztapiać nimi lód, gdziekolwiek nie postanie moja noga.
Chcę wyjść z jaskini miasta i usłyszeć ciszę. A raczej miliony dźwięków, które giną w gwarze naszego świata. Chcę zobaczyć światło gwiazd, nawet, jeśli są za chmurami.
Chcę znów oddychać.

Obudziła się we mnie tęsknota, w tym spokojnym zimowym śnie. Karmię swoje młode, jak na niedźwiedzicę zimą przystało. Zostaję nazywana księżniczką, choć wcale nią nie jestem, nie udaję wcale, że noszę tylko niedźwiedzią skórkę a moim bratem jest prawdziwy jeleń a nie chłopiec, który został w niego przemieniony przez magiczne źródło. Karmię swoje młode niedźwiedziątka, uczę ich na nowo życia. Opowiadam im historie, delikatnie mówię o najpiękniejszych snach i dosadnie mówiąc o przewinach losu wobec naszego życia. Czytam książki na głos, przytulam tych, którzy płaczą z niewiadomych powodów. Karmię swoje młode, karmie ludzi swoim spokojem i życiem. Ale sama znów potrzebuję korzenia. Zielonego piekła. Szarego piekła ciemnego szczytu. Jedynego nieba na ziemi.

W górach, z dala od ludzi, dawno temu anioły i demony górskich grzbietów dotknęły mnie swoimi skrzydłami. Stałam się ich siostrą. Zbratałam z nimi.
Muśnięcie skrzydła na szczycie zakaziło mnie na zawsze. Anioły gór zaraziły mnie przestrzenią. Zaraziły mnie chęcią sprawdzenia siebie. Zaraziły piekielną i boską zielenią, która rozrasta się w sercu, zmienia krwiobieg i każe ryzykować. Nawet tak wiele nieraz ryzykować.
Bo jeśli umrzeć to tylko w górach, jak mówi mój Mąż. Jeśli rozpłynąć się w powietrzu jako proch marny, to tylko będąc rozsypanym z ukochanego szczytu.

Jeśli umrzeć to tyko na mokrym granicie i łupkach, gdy stąpa się po anielskich śladach.

Choć umierać nie mam zamiaru. Chcę żyć. Chcę poczuć i to życie, tą dzikość z dala od ludzi wśród burz. A jeszcze tak wiele muszę czekać. Tak długo.
Kumuluję więc siły, jak niedźwiedzica w gawrze, tęskniąc i wspominając. Myśląc o szlakach, których jeszcze nie znam. Myśląc o trasach, z którymi muszę się zmierzyć, z ciężkim plecakiem na plecach, podczas wielu godzin marszu, marszu tak wyczerpującego, że człowiek osuwa się wręcz w przepaść, jak niegdyś mój Mąż. Wyszedł z tego cało. Ale jeśli zginąć, to tylko w górach, w bojaźni przed nimi, w szacunku, ale z pewnym szaleństwem, którym na zawsze zaraziły skrzydła górskich duchów. Anioły czy demony? Nam jest wszystko jedno. Mamy szaleństwo gór w duszy. Ich świętość i piękno. Kto nie był w górach, nie zrozumie, powtarzam do znudzenia.

Jesteście szaleni, stwierdziła Redcar. Stwierdziła, że jesteśmy nienormalni, chcąc się wspinać, ryzykować na szczycie gdzie stopa może się ześlizgnąć. Mamy tam nie iść, we wrześniu, przez góry, które sprawiają, że ludzie płaczą.
Płakałam nieraz i ja przecież, już płakałam. Moje stopy krwawiły.
A potem śmiałam się, a stopy opatrzyłam i szłam dalej, kolejnego dnia.
Jestem szalona? Kto nie był na szczycie, nie zrozumie. Jeśli ginąć, to piękna śmierć. Jeśli to przeżyć, to przeżyć coś, czego nie da się opowiedzieć.

Tęsknię za tym, co niewysłowione, co czuję tylko w górach. Tęsknię i śnię, jak niedźwiedzica w gawrze. Tęskni i mój Mąż. Nawet bardziej niż ja. Jego serce jest zakażone tak bardzo, że nie można go odratować, nie ma ratunku dla tego człowieka, którym zawładnęły góry.
Planuje już nasze trasy. Planuje co musimy kupić. Które buty, które kurtki. Kolejne noclegi.
Jeden tydzień w Bieszczadach. Jeden tydzień w Tatrach, na najwyższych i najtrudniejszych trasach. Orla Perć. Rohacze. Kto był, ten rozumie. Kto nie był i tak nie poczuje zewu. A ja mówię sobie po prostu, że podołam.

Podołam i z tą myślą tęsknię. Przewracam się sennie w swojej gawrze, czekam na roztopy, choć jeszcze nie zaczęła się zima. Czekam, by się wyrwać. Myślę o tygodniach wolnych od pracy. Myślę wtedy chociaż o tych bliskich górach, niskich, w których pohukują sowy. Nie jadę. Nie sama.
Czekam. Czekam, a krew wrze, wrze a nieraz tężeje. W codzienności zbiera siły. Z tęsknoty i prawie-śmierci niegdyś podczas deszczu w górach czerpie inspiracje. Mówi, że przetrwa do czerwca, kiedy to zielonymi skrzydłami dotkną nas skrzydła aniołów Bieszczadzkich.

Anioły są takie ciche
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Gdy spotkasz takiego w górach
Wiele z nim nie pogadasz”

Nucę pod nosem. Nucę i zastanawiam się, czy tak naprawdę anioły Bieszczad zarażą i tą, która ma z nimi jechać. Czy mimo zmęczenia doceni te niskie szczyty, ich dzikość. Śpiew wilka, któy nieraz słychać w nocy. Czy doceni krainę rysia i niedźwiedzia. Narodziny młodych jeleni, które jesienią będą tam śpiewać. Czy doceni nie tylko blask słońca, ale i najrzadziej spotykanego chrząszcza. Nucę pod nosem i tęsknię za aniołami. Czy nie tylko ja je widzę?

Czasem w naszym świecie myślę, że naprawdę jestem szalona. Szalona w ten pradawny sposób. Szalona jak wszystkie nierozumiane wiedźmy, „te co wiedzą”, które płonęły na stosach.
Czasem myślę, że moje tęsknoty i zew natury są nadmierne. Nie przystają do naszych czasów. Dawniej wręcz się tego wstydziłam. Czasem czułam się naprawdę skażona.

W mieście bardzo dobrze wtapiam się w tłum. W mieście nie biegam z naręczem ziół, tylko czasem gdy w sierpniu poczuję ich gorzki zapach, zaczynam prawie płakać z tęsknoty za nimi. Mam ochotę uderzyć w twarz za lekceważenie ich gorzkiej mocy.
W mieście dobrze się kryję. Nie zabieram do domu rannych ptaków, nie wołam wszystkich bezpańskich psów, bo napomniana jak małe dziecko słyszę, że nie wolno. Nie biegam boso po piasku, po szyszkach. Ścieram twardą podeszwę stopy. Nawet nie muszę tego robić. Moje stopy w mieście same tracą twardość. Moje stopy miękną, jak miękną mi nieraz ze zmęczenia kolana wśród asfaltu i betonu.

Mój Mąż twierdzi, że kto mnie nie widział w prawdziwym lesie, nie widział magii. To ładne słowa. Czy prawdziwe? Cóż, on też jest szalony, choć jego szaleństwo płonie trochę inaczej. To ja je podsyciłam, gdy łapałam przy nim zaskrońce i kochałam ropuchy, przytulając do policzków. To ja je w nim trochę obudziłam, gdy kochałam się z nim oparta o pradawny dąb, gdy składałam swoje ciało na ołtarzu namiętności, jak przystoi naturze. Naturze człowieka. Przyrody.
Oboje jesteśmy trochę szaleni i nieraz trochę się z tym kryjemy. W górach widać całe nasze szaleństwo, które nie przystoi do tych czasów betonu i krzemu. W górach widać, że cierpimy na dawną, dawną chorobę. Cierpimy na miłość i zieleń. I oboje, nigdy, przenigdy byśmy się tego nie pozbyli.
Nie mogłabym być z kimś, kogo nie dotknęło podobne szaleństwo. Szaleństwo pasji natury. Nie mogłabym być tak blisko z kimś, kto na owady mówi robaki. Ostatnio mnie olśniło, gdy rozmawiałam o podobnych sprawach z Redcar.
Mój Mąż jest szalony, ma zielonego anioła, demona w duszy. Nosi w sobie duchy gór, dawnych bogów, nosi w sobie dzikość. A ja mogę być przy nim dziką kobietą. Wiedźmą.
Tylko ten, kto jest szalony, zrozumie tą, co wie. Można przeczytać setki książek. Można posiąść wielką mądrość. Znać miliony słów. To nigdy nie będzie tyle warte, co zielone serce. Nigdy nie zastąpi tego porozumienia.
To równo bijące zielenią serca są najważniejsze. To, że znasz imiona drzew i możesz z nimi naprawdę rozmawiać, mówiąc językiem, który nie wymaga słów. To sprawia, że można tak rozmawiać ze sobą.
Nie wiem, czy można to opisać w ludzkim języku. To kolejna rzecz którą trzeba czuć. Trzeba czuć jak rozkosz dwóch splecionych ciał. Być może, pasują one do siebie tak dobrze, bo tak pięknie pasują ze sobą zielone serca.

Dzika kobieta i dziki mężczyzna, którzy kryją się w mieście. Marzą o domku z drewna na odludziu i wilku, który grzeje stopy.
Niedźwiedzica która śpi w gawrze, wiecznie sprytny lis, który prawie nikomu nie ufa. We dwoje mogą zapolować. Zapolować na swoje życie. Na swój los.

Wychowała się w dzikości. Wychowała się lecząc ranne dzięcioły ze złamanymi skrzydłami, zbierając nieprzebudzone nietoperze. Podglądając gody jeleni i rozmawiając z ropuchami. Pijąc mleko tylko prosto od krowy. Zabijając młode króliki na wiosnę. Zbierając gorzkie zioła w sierpniu.
On wychował się w mieście, ale zawsze czuł zew. Już jako dziecko poczuł go w górach. Po latach, po tylu latach odkrył, czego mu brakowało. Odkrył w ciele dzikiej kobiety. Odkrył w ponownej wędrówce. Prawie umierając na szczycie.
Nie mogli się nie pokochać.

Nasze serca są zielone. Nasze serca razem tęsknią. Nasze serca biją równo i mogą czekać na kolejne wędrówki. Nasze dusze chcą się splatać, jak nasze palce, choć często tego tak nie widać. Choć to wszystko nie jest wcale oczywiste. Choć niektórzy mówią „bardziej pasowałabyś do innego, tego wrażliwego mężczyzny który jak ty pochłania książki”. „Mógłbyś być z kimś rozsądniejszym i ładniejszym”. Mógłbyś. Mogłabyś.
Ale my mamy swoje serca, nieraz pozornie tak różne. A tak spójne. Pełne namiętności, pełne czułości. Te, które pozwalają nam być takimi, jakimi jesteśmy. W środku, gdzieś za oczami, gdzieś pod skórą- dzikimi.
To coś co się czuje. Coś, czego nie opisuje się słowami. To coś, co jak szaleństwo, w mieście, jest ukryte przed ludzkimi oczami.
To coś, co chowamy przed wieloma. Przed prawie wszystkimi. Nasze skarby.

I ten mężczyzna, do bólu nieraz rozsądny, który chce ochronić przed światem, przed którym nie uchroni, rozumie najlepiej. Rozumie najlepiej, choć ta wiedza sprawia mu nieraz ból. Choć ta miłość, jak każda, nieraz rani. I ten mężczyzna wie najlepiej, że nie jestem księżniczką. Jestem wiedźmą. Jestem pradawną uzdrowicielką i tak wiele mam ze staruchy. Jestem dziką kobietą.
Nie przyoblekam tylko jak zaklęta niedźwiedziej skóry. Ja jestem niedźwiedzicą.

Niejeden mówił mi o tym, ile mam w sobie życia. Niejeden widział tą, która go uratowała albo uratuje, chciał widzieć we mnie Matkę. Niejeden pożądał mojego ciała, chciał widzieć we mnie Ladacznicę. Niejeden mówił o cieple, wrażliwości i o sile. Niejeden mężczyzna, a nawet niejedna kobieta.
Niejeden a nawet niejedna. Ale to nie ma żadnego znaczenia. Liczą się tylko słowa i czułość tego, który tak skrzętnie nieraz stara się ją ukryć. Tego serca, które jest zielone i bije równo z moim. Bije tak samo mocno i tak samo nieraz, w podobnej tęsknocie zamiera.

Czekamy więc oboje tej zimy. Tej zimy tęsknimy i śnimy nasze sny o wiośnie. O kolejnych krokach i ciężkim plecaku. Śnimy i planujemy, gdzie postawimy swoje stopy, gdzie zajdziemy, czego doznamy. Może planujemy, a może bardziej marzymy, bo przecież do planów nie wolno się przywiązywać. Wiemy o tym doskonale, choćby po poprzednim roku, gdy zieleń Bieszczad okazała się dla nas niedostępna, po roku, w którym tak trudno nieraz było uwierzyć w niebo. Wiemy doskonale, że liczy się moment, więc jesteśmy szczęśliwi tu i teraz, tu i teraz, gdy mogę się wtulić nocą w jego ciepłe ciało gdy przychodzi do mnie do łóżka.
Jesteśmy szczęśliwi i wierzymy w swoją bajkę i dążymy do tego, żeby znowu spokojnie oddychać. Nawet, jeśli dla niektórych to staje się nudne, nawet, jeśli zew naszych kroków na górskich grzbietach wydaje się być szalony albo męczący. Opowiadamy sobie wzajemnie te baśnie, leżąc nad ranem i marząc, będąc szczęśliwi momentem, ale podążając za wołaniem duszy. Tym jednym, jedynym, które zrozumie tylko ten, kogo duch gór musnął swoim skrzydłem.

Już jutro oficjalny początek zimy, niedźwiedzie powinny spać i śnić. Śniły więc i mi się dzisiaj góry. Śniły wspomnieniem i przyszłą obietnicą zarazem. Śniły, bo moje serce jest dzikie i czuje, że dzikim może w tym świecie być jeszcze w górach, z dala od ludzi, albo z ludźmi, którzy rozumieją.

Jutro pierwszy dzień zimy, zimy, w której trzeba pięknie żyć, bo wyjątkowo ładna ta zima w moim sercu, mimo że nie ma śniegu, ani trochę, ani płatka w ostatnich dniach. To nic, przywitam ją w lesie, na nizinie, w swoim domu. I będę śnić o wiośnie i górach. Razem z pewnym dzikim mężczyzną, dotrzemy do wiosny i kolejnej wędrówki.
Mam wrażenie, że tak naprawdę, razem, w ten sposób, przejdziemy całe życie. I to jest bardzo piękna myśl.



Anioł są wiecznie ulotne
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Nas też czasami nosi po ich anielskich śladach
One nam przyzwalają i skrzydłem wskazują drogę
I wtedy w nas się zapala wieczny Bieszczadzki ogień.


środa, 16 grudnia 2015

O mówieniu i słuchaniu w wielkim zgiełku naszego świata, czyli kolejna refleksja nad siłą opowieści

Mówiąc ci cokolwiek, przynajmniej wierzę w ciebie, wierzę, że jesteś, powołuję cię do życia mocą swojej wiary. Opowiadając ci te historie, wymuszam twoje istnienie. Mówię, więc jesteś.”
M. Atwood.

Mówię więc jesteś.
Ty mówisz do mnie, więc i ja istnieję. Mówimy do siebie i słuchamy. Tworzymy opowieści swojego życia.

I on powiedział mi kiedyś, „jest w tobie tak wiele życia, bo jest go tak wiele w twoich słowach. Prawdziwego życia, bo to prawdziwa opowieść. Poniesie ją kiedyś wiatr”. I jego opowieści są niesione przez wiatr, przez zimowe wichry, jego życie pomnażane przez słowa które mówiły kiedyś o jego istnieniu. Jego słowa, jego opowieść, jego ścieżka w naszych sercach. Szept, krzyk, szept.
Tak wiele kiedyś mówiliśmy. Tak wiele rozmawialiśmy. Mówiliśmy i słuchaliśmy, nie gadaliśmy tak po prostu, ot tak sobie. Snuliśmy opowieści, swoim życiem, snuliśmy opowieści, a potem potwierdzały je słowa.
Swoim życiem tworzyliśmy opowieść, była jak orzeźwiający deszcz, skraplający się w rozmowach. Mówienie i słuchanie, mówienie i słuchanie.
Czasem brakuje mi słuchania. Czasem mówię aż za dużo. Mam w głowie i w sercu za dużo opowieści, czasem aż boję się słuchać kolejnych. Jakby nie pomieściły się już w głowie. Jakby nie mogły pomieścić się w sercu.
Ale ja serce mam przecież tak pojemne! Jak niezgłębiony ocean, niech deszcze cudzych żyć dolewają wody. Znów muszę uczyć się słuchać. Nie tylko mówić.

Sądzisz, że to potrafię? Czy potrafię cię słuchać tak, że czujesz to całym sobą? Że cały zmieniasz się w mowę, mówisz mi o swoich troskach, snujesz swoją opowieść a ja otwieram tylko szeroko oczy i otwieram serce i przyjmuję twoją opowieść w całości?

Bo tak często to ja mówię tak wiele. Jak powiedział, mam w sobie tyle życia. To życie chce tworzyć opowieść, chce mówić. Może dlatego we mnie tak dużo słów. Choć i ci, co milczą, czasem żyją najbardziej. Może dlatego, że im już słów nie potrzeba, starcza im sama droga opowieści, nie muszą jej przelewać słowami w cudze serca.

Ale ja uwielbiam mówić. Uwielbiałam z nim rozmawiać. Uwielbiałam rozmawiać z każdym po kolei człowiekiem. Kocham mówić, czasem nie zauważam, że mówię za dużo. Mówię, mówię, mówię. Jakbym miała do przekazania cały świat.
Czasem mam wrażenie, że i tobie chcę przekazać cały świat w słowach. Potem łapię się na tym, że to przecież niemożliwe. Nie można opisać wszystkiego słowem. To wychodzi poza nasze pojęcie.
Mówimy słowami. Słuchać możemy nie tylko ich.
Słuchać. O wiele ważniejsze niż mówić. Słuchać opowieści w cudzych słowach. Zawartych w mruczeniu kota. W płytkim oddechu umierającego człowieka. Słuchać, słuchać dźwięku rozbijającej się o blaszany dach kropli deszczu. Słuchać ciszy.
Słuchać opowieści wszechświata, to ważniejsze, niż o niej mówić.
Choć nieraz tak bardzo chcemy, by nasze słowa splotły się z całością opowieści. Z początkiem i końcem. Z nieuchronnym, narodzinami i śmiercią.
Chcemy, by nasze słowa zniknęły w ciszy. By coś znaczyły.
Najpierw, najpierw musimy nauczyć się słuchać. Z cudzych opowieści bowiem pochodzą nasze. Pradawne opowieści, które stworzyły nasze dusze. Kości przodków, które nosimy w naszych kościach. Ich ocieranie się o siebie, suche grzechotanie. Słuchaj tego, słuchaj. Słuchaj świata. Słuchaj drugiego człowieka. Tylko to ma nieraz znaczenie.
Słuchaj dźwięku ciszy, a znajdziesz dźwięk własnego serca. Słuchaj, słuchaj, słuchaj. Naucz się tego. Naucz się cały być słuchem.

W Indiach dowiedziałem się, dlaczego ludzie mają jeden język a dwoje uszu. Bo powinni słuchać dwa razy tyle, ile mówią.”.

Tak mi powiedziałeś jednego wieczoru, gdy sam mówiłeś, mówiłeś i nie mogłeś przestać. Chciałeś przekazać mi opowieści z innego świata. Wtedy to ja słuchałam. Ciebie, twoich słów. Wszechświata ubranego w twoje słowa. Widziałam barwy twoimi oczami. Czułam zapach przypraw, kardamon i morska sól. Zapach gnijącego mango pod poduszką. Opowiadałeś mi świat, opowiadałeś mi siebie. Miałam wtedy dwoje uszu. Dwoje oczu wpatrzonych w ciebie. Opowieść była żywa.
Dziś ty jesteś martwy, ale opowieść żyje. Nie każda. Niektóre zniknęły w ciemności i tylko wszechświat przekazuje je w ciszy, nie są już dostępne dla ludzkich uszu.

Czasem mam wrażenie, że nie starczy świata na opowieści. Potem przypominam sobie, jak jest ich mało. Jak nawet mi ich mało.
Chcę usłyszeć opowieść mężczyzny, który pewnie nie odezwie się już do mnie nigdy tak jak przedtem, ale chcę usłyszeć jego opowieść z portowego miasta. Chcę usłyszeć opowieść mężczyzny, który spał tyle lat, a teraz wypowiedział swoje pierwsze słowa. Chcę przeczytać opowieści dawnych mistrzów, kolejne baśnie i mity.
Chcę poczuć znów magię opowieści.
Być może, czasem mam cichą nadzieję, że sama bywam ich mistrzem.
Mistrz jednak musi umieć mówić w ciszy samym swoim życiem. Czy mojego życia wystarczy? Mam go ponoć tak wiele. Choć tchnie ze mnie spokój, nie jestem pustym kościołem, tak mi powiedział ten, którego twarzy już nie ujrzę, na pewno nie zobaczę jej przez wiele lat. Mam w sobie spokój, ale i ciepło.
Jestem kazaniem bez przewiny. Byłam już Szeherezadą. Byłam Czarownicą. Wiem wiele, jak to Wiedźma. Snuję opowieść, tkam jak swoją pajęczynę.
Mówię, mówię. Ale i słucham.
Straciłam swoje postrzeganie barw. Nie umiem przelać tego, co widzą moje oczy na płótna. Nie potrafię już.
Moją mocą stały się słowa. I może, tak jak przedtem umiałam patrzeć, tak teraz być może już dojrzałam na tyle, bo posiąść sztukę słuchania?
Nie słyszę wołania. Słucham go. Słucham jak krwi tętniącej w moich żyłach. Kolejna opowieść przetacza się przez serce.

Bo tak naprawdę nie jest sztuką słyszeć. Sztuką jest słuchać.
Umiejętność słuchania to dar. Dar, który nie koncentruje się bynajmniej w uszach, to soki wszechświata wypełniające nasze kapilary. Słuchać trzeba całym sobą, nie uszami. Chłoniemy też oczami, widząc mówiącego, dotykiem, smakiem powietrza wtedy, gdy ten ktoś mówi. Słuchać powinno się duszą, współodczuwać bóle i radości przekazywanej nam historii. Słuchać tak, by ten, kto mówił, czuł się wysłuchany, tak naprawdę wysłuchany.
Słuchać trzeba umieć też historii świata. Miękkiego światła padającego na cichy las. Słuchać tam, gdzie nawet słowa są martwe. Gdzie z róż opadają płatki i żadne symbole nie są oczywiste.

Czasem by słuchać, musisz zapomnieć o swojej własnej opowieści. Wtopić się w drugi świat. Stać się nim, tak, by ten poczuł, że w pełni może się otworzyć. Czy kiedykolwiek tak się czuliśmy? Czy wiele z naszego świata potrafi słuchać, a nie tylko słyszeć?
Słuchać świata.
Czasem jeszcze trudniej słuchać drugiego człowieka, najtrudniejsza część wszechświatów. Zderzeń.
Między sobą czasem zapominamy słów, a czasem jest ich za wiele. I gdy ich za dużo, wtedy dopiero są martwe. Wtedy nie mają znaczenia żadne opowieści. Gubią się w nadmiarze, nasze życia topią się w tej wielkiej fali.
Kiedy ostatnio naprawdę rozmawiałeś? Kiedy naprawdę słuchałeś dosłownej opowieści, której ci powierzono?

Rozmowa jest rzeczą bardzo intymną, osobistą, jeśli rozmawiamy we dwoje. Rozmowa w grupie to pewnego rodzaju orgia i jak to z orgiami bywa, nie każdy, czasem człowiek bardziej nieśmiały, nie musi ją lubić.

Czasem tak bardzo się boję, że pomimo mojej miłości do opowieści, nie umiem słuchać. Nie umiem nawet prawdziwie mówić, snuć słów, które trafią prawdziwie do serc. Wiem, że to trudny dar, nie do wyuczenia. Czasem mam wrażenie, że nie umiem mówić. Umiem tylko gadać.

My w naszym Zachodnim świecie bowiem nie rozmawiamy. My gadamy.
Nie rozmawiamy, nie opowiadamy też pozornie nieważnych historii- przez co przestajemy widzieć jasno. Grzęźniemy w pewnym bagnie samych siebie.

Nie umiejąc słuchać, gadamy. I ja gadam, tak często, gdy jestem zmęczona, gdy nie dostrzegam, że ktoś potrzebuje prawdziwej rozmowy.
Gadamy, gadamy, gadamy pleciemy non stop, aż przestajemy umieć żyć w ciszy. Cisza nas przygniata i nie słyszymy piękna jej dźwięku, tego, którego nie słyszą nasze oczy.
Zgubiliśmy się w tej strasznej paplaninie naszego świata, zachodniego stylu hałasu, tak, że nawet siedząc we dwoje czy więcej osób nie umiemy milczeć. Zapomnieliśmy, że cisza we dwoje zwłaszcza, jest też pewnym rodzajem rozmowy. Także- bardzo intymnym. Nie umiemy z niej w ogóle czytać, gubimy się, cisza między dwojgiem ludzi jest synonimem czegoś krępującego, czerwieniejemy i szukamy jakiegoś pretekstu, by znów gadać i gadać i gadać. Nawet nie mówić.

Pleść, znów pleść słowa, które są logiczne mniej niż słowa człowieka z afazją . W Europie mawiamy, że milczeć można tylko z najlepszym przyjacielem, że po tym go poznamy, ze cisza nas nie krępuje. Czy do cholery, tak było zawsze? Czy zagubiliśmy się w nadmiarze fast-foodowych słów, w tym zgiełku? W opowieściach, które wcale nie są opowieściami życia, tylko są marną imitacją ? Czy słowa stały się naszym przekleństwem?
Czy to, że nauczyliśmy się ich, sprawiło, że zapomnieliśmy, czym jest opowieść?
Czy i ja zapominam?

Uczyniliśmy z ciszy wroga, zapominając, że jest ona jednym z niewielu sposobów na porozumienie się ze światem. Z tym, który nas otacza. Z sobą. Zagłuszamy ją wiecznie muzyką. Zagłuszamy grającym w kącie telewizorem. Zagłuszamy telefonem. Skrobaniem emocji na zamarzniętych szybach. Nie widzimy przez nie.

Nie chcesz słuchać swoich emocji, włączasz te, które z tobą owszem, współgrają, ale stworzył je ktoś inny w tekście i melodii. Sztuczne emocje, żeby nie dotknąć swoich w ciszy?
Takie po prostu mam ostatnio wrażenie. Cisza stała się wrogiem. Czy dookoła nas, po prostu, czy w rozmowie.
Gadamy, gadamy, gadamy.
Nie słuchamy. Nieraz nawet już nie słyszymy. Opowieści przelewają się przez nasze nieświadome serca. Nie umiemy odczytać znaków. Nie widzimy w zimie spokoju, tylko podłą śmierć, jakby ta historia już na zawsze się zapomniała, zatrzymała i nie miała dalszego końca. Choć ten koniec woła, woła nas z oddali. Nie słyszymy nawet trawy rosnącej pod śniegiem.
Jesteśmy przeklęci hałasem. Własną opowieścią, która zgubiła wszystkie inne.

Woła nas świat, ale nie słyszymy, bo nie znamy dźwięku ciszy. Tak samo gubimy i własne słowa. Nie mają żadnej wagi. Tak, są one tylko wyrazami, jak pisał Różewicz w swoim wierszu „Ocalony”, ale to dzięki tym wyrazom, nazwom pustym i jednoznacznym odbieramy i określamy świat. Jednak, mimo wszystko, gdy już nie umiemy odczuwać świata inaczej, niż słowami, potrzebujemy ich, a nawet je gubimy, w naszym pędzie. W hałasie. W nadmiarze są bowiem martwe.
Mało kto umie czynić to obrazem, bo nawet obraz nazywa kolorami. Smakiem, słuchem, czynić po prostu zmysłami, ale to już inny temat, też w pewien sposób, drażniący jak drzazga pod paznokciem. W każdym razie nasz umysł w dużej, przeważającej mierze składa się słów, w nich składają się nasze myśli. Słowa są ważne- a tak ich nie doceniamy.

Nie doceniamy słów, bo wychodzą z nas za łatwo, bez znaczeń, wychodzą z nas za łatwo, gadamy, gadamy, a co gorsza- często rzucamy owe słowa na wiatr. Te najważniejsze. Jakże łatwo teraz napisać w okienku komunikatora „kocham cię”. Cała opowieść o miłości sprowadzona do migającego obrazka na ekranie.
Zauważyłam, jak wielu ludzi lekceważy to, co kryje się za tym słowem, jaka moc. Jaka obietnica.
Kiedyś wierzyliśmy, że każde słowo ma magiczną moc. Każde słowo to afirmacja. Słowa były zaklęciami, zaklęciami, których nauczyliśmy się z ciszy. Dziś zapomnieliśmy o zaklęciach, lekceważymy je.
Widzę, jak lekceważy się samo słowo „obiecuję”. Może przez nasze podejście do słów, przez ich lekceważenie i nadużywanie widać nasz stosunek do świata? Im więcej mówimy, tym mniej słuchamy, tym mniej naprawdę rozmawiamy? Może to, że lekceważymy słowa, pokazuje, że lekceważymy drugiego człowieka? To, że gadamy i gadamy, nie mając w tym żadnej historii do opowiedzenia pokazuje być może, jak panicznie boimy się my sami lekceważenia? I boimy się jednocześnie samych siebie, bojąc się tej piekielnej ciszy?
Może to, że nie umiemy już słuchać, chcemy tylko gadać, bla bla bla, pokazuje, że staczamy się na pewne dno?

Nasza cywilizacja, nasz świat, nasze serca. Od zarania dziejów, nasza historia oparta była na opowiadaniu historii. Na ustnym ich przekazywaniu przy ogniskach, pod rozgwieżdżonym niebem. Milionów legend o powstaniu człowieka i historii o przodkach. Każdy człowiek jest opowieścią. A może my go po prostu nie umiemy już w tym zachodnim pędzie życia wysłuchać? Może zgubiliśmy się w tym gadaniu, rozdwoiliśmy języki i odcięliśmy uszy ale- do czego nas to doprowadzi?
Nie wiem. Boję się pomyśleć nieraz.

A ja? Ja w każdym razie, nadal uczę się ciszy i słuchania. Słuchania także bicia serca drugiego człowieka.. Słuchania tętniącego życia. Czasem to cholernie trudne. Ale kocham opowieści. Chcę w nie wierzyć. Opowieści cudzych serc. Tych, które biją i tych, które już przestały.
Mówię, więc jesteś.
Ale i nadal, nieprzerwanie, słucham. Nawet z oddali. Słucham, więc i jestem ja.



(a głos tej pani jest tu dlatego, bo od wczoraj zakochałam się w jej muzycznych opowieściach. tylko tyle)


Kiedy słuchałem tych historii, dotarło do mnie, że właściwszą nazwą dla naszego gatunku niż homo sapiens mogło by być homo narrans, czyli człowiek opowiadający. Od zwierząt różni nas to, że potrafimy wysłuchać innych, kiedy mówią o swoich marzeniach, lękach, radościach, smutkach, pragnieniach i porażkach. I że oni z kolei potrafią nas wysłuchać w zamian. Wielu myli informację z wiedzą. To nie to samo. Wiedza wymaga interpretowania informacji. Wiedza wymaga słuchania.
Jeśli więc mam rację, że jesteśmy istotami opowiadającymi historie, póki pozwalamy sobie od czasu do czasu zamilknąć, narracja nie zostanie przerwana.
Wiele słów padnie na wiatr albo skończy w jakiejś cyfrowej dziurze. Ale opowiadanie historii nie ustanie, dopóki znajdzie się choć jeden człowiek, który ich słucha. Potem możemy wysłać wielką kronikę ludzkości w kosmos.

Kto wie? Może ktoś tam jest i będzie chciał słuchać…” - H. Mankell

sobota, 12 grudnia 2015

O Księciu uwięzionym w warownej twierdzy nieprzebytych snów i jego nocnej Szeherezadzie.

Mówi się, że rodzice kochają po równo każde ze swoich dzieci.
To nieprawda.
Można kochać każde ze swoich dzieci, ale jednak, do każdego z nich podchodzi się inaczej. Do jednych z większą surowością. Do innych z większą czułością. Tak jak między nami a naszymi różnymi kochankami iskrzy całkiem inaczej. Nie ma w tym może miłości lepszej i gorszej, większej i mniejszej. Ale zawsze jest inna.
Zawsze wiedziałam, że moja matka kocha inaczej mnie niż moją siostrę. Na początku, gdy się zorientowałam, przeszkadzało mi to. Potem się z tym pogodziłam. Nie ma gorzej i lepszej miłości, czułości, troski. Jest inna.

Nie, nie jestem matką. Nigdy nią nie będę. Co mogę o tym wiedzieć? Kocham różnie różnych ludzi. Niektórzy chcą mieć mnie na własność. Na wyłączność w zimnych kościołach, tak, że każą mi wyłączać telefon pod pretekstem ciszy.
Nie jestem matką i nigdy nie będę, ale wiem, co znaczy kochać. Każdego inaczej. Wiem, co znaczy być czułym, troszczyć się, dbać. I nawet, gdy każdego chcesz traktować jutro, wobec każdego inaczej okazujesz ową troskę. Jednemu burkniesz żeby wreszcie znalazł czapkę i ją założysz. Innemu wsadzisz płaszcz na ramiona i utulisz czule przed wyjściem. I nie ma w tym nic złego. Nie ma w tym nic nienaturalnego.

W pewien sposób, mimo że nie mam dzieci, jednak je posiadam. Mam mieszkańców swojego domu, domu dla tych, których nikt nie chciał, tych, z którymi inni nie mogli sobie poradzić. Mam tam wielu podopiecznych. Mam tam wiele swoich chwilowych, dwunastogodzinnych dzieci podczas dyżurów.
Są tam ci, których lubię bardziej i mniej. Są ci, którym przybijam piątki idąc przez świetlicę i ci, do których się po prostu uśmiecham. Są ci, z którymi tak dobrze mi się współpracuje, gdy zmieniam im pieluchy. Ci, z którymi pożartuję i pośmieję się nawet podczas tego. Są też ci, z którymi trudno mi zamienić choćby słowo, nie dlatego wcale, że nie mówią. Ale dlatego, że nie chcą rozmawiać.
Mieszkają tam różni ludzie. Z jednymi układa mi się lepiej, gdy roznoszę obiady, z innymi gorzej. Dla wszystkich staram się mieć pewną czułość i zawsze ciepły uśmiech w zanadrzu, odrobinę dotyku przesuwającego się dłonią na pomarszczonej skórze twarzy.
W moim domu mam różne dzieci, choć nigdy nie moje.
W moim domu mieszkają różni ludzie.

Wśród nich wszystkich mieszkasz też ty, mój Książę.

Mój Książę nie pasuje do tego miejsca. Jest za młody. Jest inny, niż cała reszta. Jest nieznośny i niezrozumiany. Nieznośny, bo nierozumiany.
Mój Książę nie pasuje do tego miejsca, bo jest tylko chłopcem, z którym nikt nie mógł sobie poradzić. Chłopcem, który nie mógł znaleźć swojego miejsca i z którym nie wiedziano co zrobić. Jest zagubionym w resztkach sprawnych neuronów chłopcem który kwili nocami, tak, że słychać go na wyciszonym korytarzu i tylko ciepła dłoń przyłożona do czoła pomaga jak najlepszy plaster z morfiną na największy ból. Jest muchą zaplątaną w pajęczej sieci swoich neuronów, muchą na którą czyha ostateczny pająk śmierci. Opleciony lepką liną, w samym centrum pajęczyny, szarpie się i jęczy, niszcząc swoje ciało, to, które powinno być sprawne i nosi tyle blizn. Śpi wiecznym snem, snem, z którego jak mówią, nie ma ucieczki. Śpi snem gorszym od śmierci, balansując na jej granicy, nawet nie przeżywszy swojego życia.
Mój chłopiec.
Mój chłopiec, wśród starczych oddechów i oparów Alzheimera.
Mój chłopiec, słodkie Książątko, które pokochałam od razu. Całkiem inną miłością. Całkiem inną czułością niż resztę. Jakby był mój, mi przeznaczony, jako dziecko, przyjaciel. Jakbym poczuła od razu dziwną więź z tym, który podobno nic nie czuje i nic nie rozumie.

Gdy przyszłam do pracy w październiku, poznałam go już pierwszego dnia. I już pierwszego dnia poddano mnie próbie.
Miałam nakarmić swojego Księcia. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, dlaczego jest sam w dużym pokoju. Wtedy już się zdziwiłam, co tak młody chłopiec robi w domu opieki.
Przetarta zawiesina w kubeczku z dzióbkiem. Nie miałam jeszcze wprawy, nie wiedziałam, gdzie ma wybity ząb, żeby przy jego szczękościskach móc go nakarmić nawet rurką.

Pierwszego dnia mnie opluł. Wszyscy wiedzieli, że tak będzie. Bo przecież mimo uszkodzenia mózgu jest tak agresywny. Bo nic nie rozumie i jest tylko jak roślina z odruchami gniewu i frustracji. Jest ciałem, przede wszystkim ciałem i częściowo śpiącym umysłem.
To ciało i mi przyłożyło prawie z pięści, gdybym nie odskoczyła. I mój fartuch został całkiem zapluty zupką, której nie chciał połykać.
Dziewczyny z pracy oczywiście śmiały się, bo to taki chrzest, każdy przechodził karmienie Księcia, którego trzeba nauczyć się karmić, wprawnie i mocno trzymając go za brodę, usztywniając szczękę i przyciskając bijące i drapiące ręce.
Warzywo z wielką siłą. Istny tryflid, jak pewnie zażartowałby niejeden fan science-fiction.
Nie pójdziesz go pewnie karmić drugi raz?
A właśnie że pójdę. Powiedziałam i wzięłam z kuchni tylko zupki dla niego.

W kuchni już powiedziały mi o wybitym zębie. Przez niego idzie mu wlać jedzenie do gardła, tak, że nawet się nie spostrzeże.
Wybity ząb. Brutalność lekarzy. Nie. Ja nie tego potrzebowałam.

Weszłam z kubeczkami na które mówimy „dzióbki” do pokoju. Weszłam, usiadłam przy stoliku, podczas gdy reszta szykowała kolację i byłam na tyle daleko od nich, by nikt nie słyszał mojej tyrady.
-Słuchaj, facet- zaczęłam mówić bez przepisowego pan- jestem tu nowa. Wiem, że cię to wszystko wkurwia, wiem, że może wolisz pluć i wkurzać innych, ale jestem tu nowa. Pierwszy dzień. I nie chcę zostać popychadłem. Może być mi pomógł, co?- zawiesiłam tu znacząco głos i popatrzyłam w jego ponoć puste oczy. W jedne z najpiękniejszych oczu jakie było mi dane widzieć w swoim życiu. - Wiem że te zupki to totalne świństwo, ale może być mi pomógł i jakoś się dogadamy. Ja ci dam jeść i utrzemy reszcie nosa, co?
Gadałam tak do niego kilka minut. W końcu westchnęłam, wzięłam dzióbki, przyłożyłam do jego ust...a on zaczął pić. Powolutku, powolutku, ale jednak. Pić powoli, bo on woli jeść wolno. Nie krztusi się. Już tego wieczora nie opluł mnie ani razu.
Jak dokonałaś tego cudu?- pytały się dziewczyny z pracy. Nijak. Pogadaliśmy sobie, śmiałam się.

Od pierwszych dni to ja zawsze karmię Księcia, gdy jestem na dyżurze.
Jak robisz to, że na ciebie nie pluje? Że nie bije?
On woli jeść powoli. Więc czekam. Ja mam czas- śmiałam się w odpowiedzi.

Ja mam czas. Zawsze, gdy jestem na dyżurze, to ja go karmię. Czasem cały personel już je obiad czy śniadanie, a ja stoję i go karmię. Nie tylko zupkami. Gdy na obiad jest coś co łatwo pogryźć, daję mu obiad. Nie muszę szukać wybitego zęba na rurkę. Sam otwiera usta.
Ponoć gdy mnie nie widzi rano, gdy kto inny zaczyna dawać mu śniadanie, pluje i bije jeszcze bardziej. Przez kilkanaście dni w miesiącu je 3 posiłku spokojnie. Gdy ja jestem i gdy ja daję mu jeść.
On lubi wolno jeść.
To jedna ze współpracownic zaśmiała się, że jest jak francuski piesek, jak jakiś książę. Tak. Mój Królewicz, powiedziałam wtedy trochę gorzko, bo jednak nie podobał mi się ten żart, gdzieś w środku mnie zapiekł. Mój Królewicz, który nienawidzi może swojego wybitego zęba i to, jak wlewa się w niego jedzenie, jak w tuczoną gęś. Mój Książę, któremu zaczęłam opowiadać w czasie posiłków swoje życie.

Nie umiałam stać nad nim i nic nie mówić, wlewać jedzenie i patrzeć na tarczę telefonu. Zresztą, ze mnie przecież jest straszliwa gaduła. Więc gdy nikt nie słyszał, gdy inne dziewczyny karmiły resztę oddziału, to do niego zaczęłam mówić. Na początku o banałach. O tym, kim jestem, ile mam lat, żebyśmy się bardziej poznali. Potem o rzeczach, o których nie powinien słyszeć być może nikt. O żalu który nieraz czuję, o gniewie który wzbierał czasem przez tych, którzy złamali mi serce. Tylko jemu o tym powiedziałam, bo komuś musiałam, a on...słuchał. Nigdy nie patrzył nigdzie poza skaj moich tęczówek. Nigdy dalej, niż moje źrenice. Zawsze oko w oko. Zawsze z czułością. Zawsze godzina sam na sam podczas karmienia w czasie każdego dyżuru, niezależnie, jakie pokoje do opieki danego dnia dostałam.

Dziewczyny przywykły, że to zawsze ja idę go karmić. Na początku wywoływało to śmiech, że poświęcam nawet swoje przerwy dla chłopca który nic nie rozumie. Potem przeszło do normalności.

Z czasem poznałam jego historię. To, jak niespełna 30 letni mężczyzna znalazł się w domu opieki, takim jak ten. Jak on, jedyny, który ma poniżej 50 lat tu trafił.
Straszliwy wypadek, w którym zginęli jego rodzice. Jedyny syn, który wyszedł z życiem...ale nie wyszedł z tego cało. Zaczynałam rozumieć wszystkie blizny pokrywające jego chude ciało. Tą na krtani po tracheotomii. Tą na lewym podudziu po otwartym złamaniu. Wszystkie na twarzy. Te na żebrach, które uparcie smaruję maściami, które zawsze są nie takie, jak powinny.
Straszliwy wypadek, niedotlenienie mózgu. Zniszczona kora mózgowa.
Śpiączka? Nie do końca. Częściowa śpiączką. Wybudził się ze stanu wegetatywnego, otworzył oczy. Zaczął się poruszać. Ale mimo intensywnej rehabilitacji, pewne rzeczy w jego mózgu nie mogły się odtworzyć. Nie mówi. Ponoć nie rozumie. Trochę jak ruchoma roślina. Zwierzątko. Obudziła się jedna część jego mózgu, jego instynkty, jego częściowa motoryka. Mimo lat ćwiczeń nie zaczął mówić. Chodzić. Czy rozumieć?

W ogóle, jeśli wyobrażacie sobie śpiączkę jako słodki sen, po którym otwiera się oczy i wstaje, jesteście w błędzie. Człowiek w śpiączce, po niedotlenieniu mózgu, wybudza się powoli. Najpierw otwiera oczy, ale to początek możliwej drogi. Czasem pluje i bije. Bywa agresywny. Żądza nim odruchy i instynkty nieraz.
Nie mówi, może słyszy. Potem zaczyna mówić, słyszeć, dochodzić do siebie. Ale nie zawsze mu się udaje. Czasem ratuje się tylko część mózgu. Druga daje za wygraną. Pewne obszary być może dalej śpią. Są zniszczone tak, że nie da się ich naprawić.
Mózg to niezbadane pole możliwości.

Czy ty śnisz, mój Książę? Czy w jakimś świecie żyjesz?

Takim stał się mój Książę w wieku 21 lat, jeśli dobrze pamiętam jego kartotekę Podły wypadek, chwila i stracił wszystko. Wtedy, gdy studiował, miał dziewczynę, był świetnie zapowiadającym się in inżynierem. W jeden deszczowy wieczór uległ wypadkowi. Z młodego, przystojnego mężczyzny, trochę rock'and'rollowca stał się warzywem a może trochę zwierzęciem. Ciałem. Zginęli jego rodzice, a jemu na zawsze ścięto włosy. Jego uratowano po to, by w końcu dziadkowie, którzy chcieli być blisko i po latach rehabilitacji, która nie dawała efektów i na którą nie było ich już stać, załatwili miejsce w jednym z domów opieki w Poznaniu, bo sami starzy i schorowani, nie mogli się nim zająć.
Tak trafił tu mój Książę. Mężczyzna który zamiast dorastać, zaczął wyglądać jak 15 latek. Atleta na zdjęciach, z gęstym zarostem, któremu zaniknęły mięśnie. Którego umysł też ponoć zaginął, część umysłu. Obudzony ze śpiączki, ale niepełnosprawny. Dla mnie nadal żyjący gdzieś w połowie w swoich snach.

Tak się poznaliśmy. On spędzał tu kolejny rok, ja zaczęłam pracę, w której powinnam się dystansować, do śmierci, do chorób, do cierpienia. Pracę, w którą musiałam włożyć nadmiary swojej czułości. Swojego ciepła. Dotyku miękkiej dłoni podczas największego cierpienia.

Poznawaliśmy się powoli. Ja mówiłam mu o swoim życiu, goląc jego wychudłą twarz i marząc o tym, by zostawić mu zarost, z którym było mu tak dobrze. Albo jego długie włosy, gdy obcinałam je tępymi nożyczkami, gdy mieliśmy problem z wszami. Poznawaliśmy się, ja mówiłam, a on słuchał. On wlepiał we mnie swoje ogromne oczy, a ja słuchałam jego dziadków albo czytałam jego kartotekę. Dzień zawsze zaczynałam od zajrzenia do jego pokoju. Czy śpi. Czy patrzy w sufit.

Potem przyszła moja pierwsza noc w pracy, pod koniec listopada. Pełnia.
Czy światło księżycowej pełni oświetla twoje sny mój Książę?

Wzięłam ze sobą książkę, bo co można robić w nocy, gdy trzeba po prostu czuwać nad wszystkimi mieszkańcami? Opowiadania Vonneguta. Te, które ponoć i on lubił.
W środku nocy jednej z pielęgniarek zachciało się spać w naszym pokoju socjalnym. Nie miałam co ze sobą zrobić. Wzięłam książkę, gasząc światło pani M., wychodząc cicho i chcąc iść dyżurki.
Po drodze zajrzałam do jego pokoju. Nie spał. Oczy miał szeroko otwarte, choć, to, jak żyje, wielu nazywa wiecznym snem. Śpiączką.
Z książką w ręku, zmęczona mimo pełni, zawahałam się. Iść do dyżurki czy zapalić światło i...
Zostałam. Usiadłam na krześle, a on tak ruszył głową, żeby mnie widzieć. Żeby nieruchomo, bez mrugania, wlepiać we mnie swoje wielkie oczy.
Usiadłam na krześle i zaczęłam czytać. Wielkie oczy patrzyły się na mnie.
Mój chłopiec, mój Książę, który kochał sam kiedyś czytać.
Sama nie wiem, kiedy zaczęłam czytać na głos. Wysychało mi w gardle, chodziłam do dyżurki po kolejne herbaty, aż wybiła 5 nad ranem a my przeczytaliśmy połowę książki. Cały czas wlepiał we mnie swoje spojrzenie. Cały czas czytałam. Byłam Szeherezadą jednej, ale nie tysiąca i jednej nocy. Byłam tylko Szeherezadą jednej nocy opiekunki, która też nie miała co ze sobą zrobić. Bo to całkiem inna bajka.

Słowa przelatują przez moje usta, moje palce, zaplątują się w twoje włosy, słowa z tego, realnego dla mnie świata. Czy przenikają do twego snu, mój chłopcze?Czy splatają się z twoimi sennymi marami?

To całkiem inna bajka, w której nie pomoże stłuczenie lustra, w której nie można odczarować tak po prostu jednym magicznym słowem warownej wieży z ciała, w której zamknięty jest mój Książę.

Wróciłam do domu, nie przejmowałam się.
Nie przejmowałam się, nawet gdy ci, którzy powinni zrozumieć najbardziej, śmiali się. Śmiałam się z nimi dla niepoznaki. Z tą, której rodzeństwo też nazywają warzywami. Z tą, której wszystko mówię. Ale było mi przykro. Nie rozumieją. Nikt nie rozumie.
W duchu więc myślałam sobie tylko, co będziemy czytać na naszej następnej nocce. Kiedy nikt nie będzie nam przeszkadzał. Kiedy nikt nie będzie się z nas śmiał.

Na początku grudnia mój Książę zachorował. Nie mógł jeść nawet wtedy, gdy ja go karmiłam. Nie chciał połykać, a może nie mógł i patrzył tylko błagalnie, żebym przestała. Przestawałam. Nigdy nie chciałam wykorzystać luki po wybitym zębie. Dawałam mu tylko więcej picia, nie każąc jeść. Dosładzałam każdą gorzką herbatę, wtedy, kiedy ja powinnam pić kawę. Głaskałam po głowie.

Książę chorował. Zaczął gorączkować, bałam się iść na moje wolne dni, kilka dni, ale przecież sama byłam chora. Zasmarkana i zmęczona, i na tym się skupiłam, żeby wyzdrowieć. Mimo to, w tych dniach raz czy dwa przemknęła mi ta myśl... A co będzie, jeśli nie zdążę, jeśli wrócę...a jego nie będzie? W końcu to mój Królewicz. Mój chłopiec z bliznami, piękny mężczyzna we własnych snach.
Nie powinnam się przejmować, nie powinnam, bo skończy się jak z Tezeuszem, który zmarł na raka płuc. Odcięłam się.

Gdy wróciłam, mój chłopiec miał na plecach odleżynę, w którą można było wsadzić palec. Mój chłopiec cierpiał, chociaż wszyscy próbowali zrobić jak najwięcej dla niego. Mój chłopiec miał podłączone wenflony, przez które go nawadniano. Mój chłopiec oddychał ciężko.

Dwa dni, kiedy spędzałam przy jego łóżku o wiele więcej czasu, niż powinnam. Gdy prosiłam, prawie płakałam, żeby pił herbatę. Dwa dni zmieniania co chwilę sączących się ropą opatrunków, zakładania hydrofilmów, przemywania oczu, buzi i czyszczenia tego, co zostawia czyszczące się przed śmiercią ciało.
Chłopiec umiera, rzuciła jedna z pielęgniarek właśnie, ta, której nie lubię, ale która najbardziej zna się na rzeczy. Zna się....ale inaczej nie mogła pomyśleć. Ja sama to czułam, ja sama wiedziałam. Tak jak czułam, że umiera jeszcze jeden z moich podopiecznych.

Najwięcej umiera was pod koniec roku, jakby nie chcąc zaczynać kolejnego roku cierpienia, mój Książę. Wtedy zza szaf wychodzą pająki, czy słyszysz ich szepty w swoich snach? Czy widzisz czarne oczy kruków, czekających na parapetach?

To mnie zabolało. Mój chłopiec? Mój Książę, zamknięty w twierdzy własnego ciała? Niejeden powiedziałby, że żadna szkoda. Że tylko się męczy. Może i ja powinnam.

Ale nastał mój nocny dyżur w piątkową noc, kiedy wszyscy zaczynają weekend, kiedy wszyscy się bawią. Noc bez księżyca, noc ciemna. Nów w Koziorożcu. Najpierw pełnia, potem nów. Dyżuruję w wyjątkowe noce, można rzec.
Wzięłam książkę, opowieści o Stambule, ale opowieści tak wspaniale napisane, że zapierają dech w piersiach. Wspomnienia małego chłopca, wspomnienia dorosłego mężczyzny, który opisuje tak, że czujesz, jakbyś się tam znalazł.
Ja nigdy nie byłam w Stambule. Nie wiem jak Książę, ale podejrzewam, że tam nie zawędrował mimo wszystko. Chyba że w snach, a było to trochę miasto jak ze snu.

Kolejna pielęgniarka chciała spać. Ja nie miałam co z sobą robić. Już nie zastanawiałam się, czy iść do dyżurki, czy zakłócić noc chłopca...
Cześć, Książę- rzuciłam, wchodząc do pokoju kolejny raz, wreszcie sama i o prostu w środku nocy usiadłam na krześle w jego pokoju.
Siedziałam i czytałam. Jedno wspomnienie Pamuka, drugie. Zasypane śniegiem ulice, przez które przebiega głos muezina z meczetów. Byłam Szeherezadą, która opowiada nie o swoim mieście, bardziej magicznym i wyśnionym.

Podążaj za moimi słowami Książę, niech wnikną w twoje sny. Niech wnikną zamiast szeptów pająków, niech otworzą twoje oczy. Podążaj za moim szeptem, moim słowem, moją opowieścią.
Co ci się śni, cóż sprawia, że nie chcesz wrócić?

W końcu mój głos się zmęczył. Spojrzałam na niego. Jego spocone, pokryte bliznami ciało, pełne przykurczy. Jego rozszerzone, wlepione we mnie źrenice. Popatrzyłam na kroplówkę biegnącą do jego ręki.
Książę, nie rób sobie jaj- powiedziałam między jedną a drugą bajką. - Serio, nie rób sobie jaj. Co ty sobie wyobrażasz, tak po prostu się poddać? Nie na moim dyżurze!- mówiłam do niego półszeptem, moje słowa płynęły same. - Zasadniczo, powinnam ci dać w mordę i kazać ci się ogarnąć, serio. Bo jak tak można? Leżysz sobie i co, zapalenie płuc, odleżyny i mówię sajonara? Chcesz mnie zostawić tu samą?!
Mówiłam tak do niego jakiś czas, jak to ja, szorstko a czule, a on po prostu patrzył.
Głaskałam jego głowę, pozwalałam chwytać się skurczami wręcz za dłonie. Mówiłam, a potem, zauważyłam jego spierzchnięte wargi.
Poszłam do kuchni nalać mu herbaty do dzióbka. Nie było. Wstawiłam wodę, poczekałam chwilę. Zalałam pół na pół, gorąca z zimną, przynajmniej tak mi się wydawało.
-To co Książę, napijemy się trochę? - nie skinął głową ani nie odwrócił wzroku. Roślina. Tryflid.
Herbata przelatuje przez zęby. Nie trzeba szukać tego wybitego.
Podniosłam wezgłowie łóżka. Podniosłam kubek do jego ust. Wydawała mi się letnia o 4 nad ranem. Ale sama piję za gorące herbaty.
Pierwszy łyk a jego twarz wykrzywił grymas.
-Weź się nie buntuj, nie wiem gdzie zostawili cukier, co z tego, że gorzka...-zaczęłam jak zawsze swoją przemowę.
G O R Ą C A.
Co kurwa?
Myślałam, że się przesłyszałam.
G O R Ą C A.
Herbata jest za gorąca.
Mój chłopiec przemówił.

Mój chłopiec przemówił, patrząc mi głęboko w oczy. Mój chłopiec...
Przesłyszałam się. Nie wierzę. Odłożyłam dzióbek na stolik obok jego łóżka. Zakryłam usta dłońmi. Patrzyłam na niego.
A on spokojnie patrzył na mnie, jakby nic się nie stało. Tak po prostu patrzył, po czym zamknął oczy. I zasnął w swoich snach, zasnął snem oczywistym po kolejnej nocy pełnej mojego głosu. Tak bardzo zmęczony. Jedną nocą. Jednym słowem. Chorobą. Swoim ciałem. Swoim snem życiowym. Moim słowem.
Zasnął, ale jego sny wydawały się spokojne. Jego gorączka spadała. Gdy kończyłam dyżur nie miał jej wcale.

Gdy pielęgniarka wstała, powiedziałam jej o wszystkim. Stwierdziła, że musiałam się przesłyszeć, chociaż, pojedyncze słowo...czemu miałoby być niemożliwe? Ale co by oznaczało?
Pojedyncze słowo gdy kończyła się noc. Jedno wśród tak wielu moich. Trzeba się tym zająć, ale to nie nasza sprawa.
Mój Książę się obudził. Ta druga część, mroczna połowa jego umysłu, która do tej pory spała...Wiem, że się obudził. Pani E. wpisała to w swój pielęgniarki raport. Co dalej? Zdecyduje jak zawsze lekarz. Zdecyduje rodzina, ich znajomy neurolog. Ja nie mam nic do powiedzenia. Ja mam słowa nocy. Ja bywam Szeherezadą.
Czy ten cud się powtórzy? Nikt nic nie wie. Nikt nie wie, czy się przejmować. Czy to jego sny nie przeniknęły do mojej głowy? Czy tylko mi się wydawało?
Nie. To żadna mara. To przebudzenie. Choć czasem mam wrażenie, że nasz świat jest jednym ze światem snów. To tylko odbicia w lustrach.
Lustra. Wreszcie wiem, co znaczą. Czyje oczy za nimi tkwią. Czyje oczy nimi są. Jakie to ich okruchy wpadły do serc, czyniąc życie niemożliwym.

Czy obudziłeś się mój Książę? Czy przestały wystarczać ci twoje sny? Czy ty...czy ty usłyszałeś, jak cię wołam?
Czy to ty. Książę, w moich snach...wołałeś mnie?

Nastał świt. Przyszła moja pora. Czas do domu.
Przebierałam się powoli w szatni. Spacerem podążyłam do swojego gniazda, bezpiecznego domu, gdzie zrzucam niedźwiedzią skórę, gdzie zrzucam stroje bajarza. Jestem po prostu sobą, nie bajką, której nikt nie rozumie. Ja to ja. Barbara. Frida. Nie Szeherezada.

Mój Książę, gdy miałeś do wyboru, zatańczyć ze Śmiercią, zatańczyć z nią w snach, a pójść za głosem nocnej Szeherezady, obudzić się, otworzyć oczy naprawdę, zanim zrozumiesz wszystko o świecie, czym jest początek i koniec....czy wybrałeś przebudzenie? Czy wybrałeś życie, jego wielką wolę?
Czy kiedyś mi odpowiesz, mój Książę?

Wróciłam do domu i nie mogłam spać. Kręciłam się z boku na bok, światło słońca wpadało przez okna. W końcu udało i mi się pogrążyć w snach.
Spękane lustra.
Już je rozumiem. Ja już rozumiem swoje sny. Czy dane mi będzie zrozumieć kiedyś cudze?
Czy kiedyś opowiesz mi swoje sny, mój Książę?



video

Wszystkie pająki nasłuchują
Wieczór księżyca
Sny powstają wiejąc przez moją głowę

Zanim się dowiesz
Obudzisz się 

Edit:
Historia ma swój dalszy ciąg. I możliwe, że ten ciąg będzie szczęśliwy. Dzisiaj, po jako-takim odespaniu nocki zjawiłam się w pracy i powitały mnie dobre wieści. Książę broi. Książę się rozgadał. Książę uderzył przy przewijaniu inną opiekunkę i wrzasnął jej niezaprzeczalnie "Nie". Nic mi się nie przewidziało. Nic mi się nie przyśniło, jak sugerowali niektórzy. 
Reszta należy do lekarzy, reszta należy też do jego rodziny, która przede wszystkim tu decyduje. Jednak dla wszystkich w moim miejscu pracy, w domu, do którego trafiają ci, którzy nie mają co z sobą zrobić, to taki mały świąteczny cud. Może nie cud, bo to zawsze, zawsze mogło się zdarzyć. Może nie tyle świąteczny, bo czas nie ma nic do rzeczy. Ale ludzie kochają małe cuda, zwłaszcza w tym okresie, zwłaszcza, gdy brakuje śniegu. Więc niech to będzie taki mały cud. Na pewno jest to cud dla jego dziadków, którzy dzisiaj przychodząc w odwiedziny płakali. Myślę, że to jedne z najcudowniejszych łez w ich życiu. 
Dla mnie najpiękniejsze było, gdy dzisiaj po kolacji powiedział "Dziękuję". Nie ma co, rozgadał się mój chłopiec. I oby tak zostało. Oby mógł kiedyś powiedzieć komuś całą swoją historię. Wszystko, o czym śnił. 
Mi wystarczy to dziękuję. Tylko tyle. Bo zawsze wierzyłam w cuda i magię. Nie tylko w grudniu. 
Wszyscy nosimy magię w sercu. Zawsze jest nadzieja. Zawsze trzeba mieć wiarę. Myślę, że warto, żebyście i wy o tym pamiętali.