niedziela, 20 grudnia 2015

O niedźwiedziach które zimą marzą o kolejnej wędrówce zamiast spać, pewnej zarazie której nie można pozbyć się z serca i o dzikiej kobiecie i dzikim mężczyźnie słów kilka.

Zimą niedźwiedzie powinny udać się na spoczynek. Zimą niedźwiedzie śpią i śnią o wiośnie.

Niedźwiedzice śpią spokojnie w gawrach, wydając na świat młode. Opowiadają im swoje sny o tym, co było i co być może. O kwitnących na halach krokusach. W spokoju, w ciszy śniegu opowiadają o swojej tęsknocie. O zimnym potoku, który będzie muskał dziecinne łapy. O świeżej krwi złowionej ryby i soczystej jagodzie pod sierpniowym niebem. Mówią o marzeniach o krótkiej nocy. O zewie krwi, walce z krukiem o padlinę jelenia, który nie miał szczęścia przeżyć zimy.

Nie wszystkie niedźwiedzie jednak śpią. Nie wszystkie potrafią dospać wiosny. Ich krew buzuje. Tęsknią za wędrówką, wychodzą z gawry i zostawiają ślady na śniegu, ślady wielkich pazurów. Wcale nie śpią. Przeczekują, a krew się gotuje.
Krew wrze. Krew to nie woda ze stopionego lodu. Ona żyje, nawet, gdy przychodzą długie zimowe noce.
Widziałam takie niedźwiedzie w Bieszczadach. Widziałam ich zew krwi. Wiele z nich nie śpi zimą.

Zima, czas spokoju. Najdłuższe noce. Noce, podczas których można opowieści snuć, ale i tęsknić za tym, gdy tworzy się nowe. Gdy tęskni się za zapachem laski jałowca.
Ale niedługo przebudza się słońce. Niedługo zwycięża walkę ogień w ciemnościach. Bogini rodzi na nowo. Zbliża się Yule, przecież już jutro przesilenie. Zbliża się moja pora. Czuję jej zapach. Czuję obietnicę, na samym początku zimy. Bo kończy się zamieranie. To już oczekiwanie na życie.

Moje ukochane święto. A ja w swoim zimowym spokoju zaczynam tęsknić za wędrówką. Tęsknię za „brzóz kropidłami”, tęsknię za miejscami, którym „wszystko zapisałam”. Tęsknię za miejscem, w którym wcale się nie urodziłam, ale za miejscem, w którym odkryłam siebie.
Wyrywa się moje serce, wyrywa się moja dusza. Moje niedźwiedzie pazury nie chcą czekać w łonie matki ziemi. Chcą stąpać po niej miarowo, krok za krokiem, krok za krokiem, pokonując własne słabości.

Krok za krokiem, ślad za śladem.
Nie potrzebuję wcale trawy. Nie potrzebuję wcale kwitnących krokusów na polanie, nie potrzebuję widoku pluszcza w topniejącym strumieniu. Czuję zew. Potrzebuję wędrówki. W białej ciszy, w zielnym echu tętniącej puszczy. W puszczy, która porasta trudne do zdobycia stoki.
Nie chcę namiastek. Chcę iść. Iść, iść, iść. Kilkadziesiąt kilometrów, Kilkaset. Po stromych zboczach. Po stromych, śliskich szczytach i grzbietach. Chcę chwytać łańcuchy i wspierać się na lasce jałowca.
Przebudzam się. Wiem już co znaczyły lustra, one mówiły o cudzych snach, cudzym przebudzeniu. Teraz moja dusza potrzebuje oddechu. Naładowania baterii po nadmiarze emocji.
Marzę o wędrówce. Chcę być niedźwiedziem stąpającym po śniegu.

Chcę wyjść z jaskini miasta. Bose stopy przyoblec w futro i pazury. Roztapiać nimi lód, gdziekolwiek nie postanie moja noga.
Chcę wyjść z jaskini miasta i usłyszeć ciszę. A raczej miliony dźwięków, które giną w gwarze naszego świata. Chcę zobaczyć światło gwiazd, nawet, jeśli są za chmurami.
Chcę znów oddychać.

Obudziła się we mnie tęsknota, w tym spokojnym zimowym śnie. Karmię swoje młode, jak na niedźwiedzicę zimą przystało. Zostaję nazywana księżniczką, choć wcale nią nie jestem, nie udaję wcale, że noszę tylko niedźwiedzią skórkę a moim bratem jest prawdziwy jeleń a nie chłopiec, który został w niego przemieniony przez magiczne źródło. Karmię swoje młode niedźwiedziątka, uczę ich na nowo życia. Opowiadam im historie, delikatnie mówię o najpiękniejszych snach i dosadnie mówiąc o przewinach losu wobec naszego życia. Czytam książki na głos, przytulam tych, którzy płaczą z niewiadomych powodów. Karmię swoje młode, karmie ludzi swoim spokojem i życiem. Ale sama znów potrzebuję korzenia. Zielonego piekła. Szarego piekła ciemnego szczytu. Jedynego nieba na ziemi.

W górach, z dala od ludzi, dawno temu anioły i demony górskich grzbietów dotknęły mnie swoimi skrzydłami. Stałam się ich siostrą. Zbratałam z nimi.
Muśnięcie skrzydła na szczycie zakaziło mnie na zawsze. Anioły gór zaraziły mnie przestrzenią. Zaraziły mnie chęcią sprawdzenia siebie. Zaraziły piekielną i boską zielenią, która rozrasta się w sercu, zmienia krwiobieg i każe ryzykować. Nawet tak wiele nieraz ryzykować.
Bo jeśli umrzeć to tylko w górach, jak mówi mój Mąż. Jeśli rozpłynąć się w powietrzu jako proch marny, to tylko będąc rozsypanym z ukochanego szczytu.

Jeśli umrzeć to tyko na mokrym granicie i łupkach, gdy stąpa się po anielskich śladach.

Choć umierać nie mam zamiaru. Chcę żyć. Chcę poczuć i to życie, tą dzikość z dala od ludzi wśród burz. A jeszcze tak wiele muszę czekać. Tak długo.
Kumuluję więc siły, jak niedźwiedzica w gawrze, tęskniąc i wspominając. Myśląc o szlakach, których jeszcze nie znam. Myśląc o trasach, z którymi muszę się zmierzyć, z ciężkim plecakiem na plecach, podczas wielu godzin marszu, marszu tak wyczerpującego, że człowiek osuwa się wręcz w przepaść, jak niegdyś mój Mąż. Wyszedł z tego cało. Ale jeśli zginąć, to tylko w górach, w bojaźni przed nimi, w szacunku, ale z pewnym szaleństwem, którym na zawsze zaraziły skrzydła górskich duchów. Anioły czy demony? Nam jest wszystko jedno. Mamy szaleństwo gór w duszy. Ich świętość i piękno. Kto nie był w górach, nie zrozumie, powtarzam do znudzenia.

Jesteście szaleni, stwierdziła Redcar. Stwierdziła, że jesteśmy nienormalni, chcąc się wspinać, ryzykować na szczycie gdzie stopa może się ześlizgnąć. Mamy tam nie iść, we wrześniu, przez góry, które sprawiają, że ludzie płaczą.
Płakałam nieraz i ja przecież, już płakałam. Moje stopy krwawiły.
A potem śmiałam się, a stopy opatrzyłam i szłam dalej, kolejnego dnia.
Jestem szalona? Kto nie był na szczycie, nie zrozumie. Jeśli ginąć, to piękna śmierć. Jeśli to przeżyć, to przeżyć coś, czego nie da się opowiedzieć.

Tęsknię za tym, co niewysłowione, co czuję tylko w górach. Tęsknię i śnię, jak niedźwiedzica w gawrze. Tęskni i mój Mąż. Nawet bardziej niż ja. Jego serce jest zakażone tak bardzo, że nie można go odratować, nie ma ratunku dla tego człowieka, którym zawładnęły góry.
Planuje już nasze trasy. Planuje co musimy kupić. Które buty, które kurtki. Kolejne noclegi.
Jeden tydzień w Bieszczadach. Jeden tydzień w Tatrach, na najwyższych i najtrudniejszych trasach. Orla Perć. Rohacze. Kto był, ten rozumie. Kto nie był i tak nie poczuje zewu. A ja mówię sobie po prostu, że podołam.

Podołam i z tą myślą tęsknię. Przewracam się sennie w swojej gawrze, czekam na roztopy, choć jeszcze nie zaczęła się zima. Czekam, by się wyrwać. Myślę o tygodniach wolnych od pracy. Myślę wtedy chociaż o tych bliskich górach, niskich, w których pohukują sowy. Nie jadę. Nie sama.
Czekam. Czekam, a krew wrze, wrze a nieraz tężeje. W codzienności zbiera siły. Z tęsknoty i prawie-śmierci niegdyś podczas deszczu w górach czerpie inspiracje. Mówi, że przetrwa do czerwca, kiedy to zielonymi skrzydłami dotkną nas skrzydła aniołów Bieszczadzkich.

Anioły są takie ciche
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Gdy spotkasz takiego w górach
Wiele z nim nie pogadasz”

Nucę pod nosem. Nucę i zastanawiam się, czy tak naprawdę anioły Bieszczad zarażą i tą, która ma z nimi jechać. Czy mimo zmęczenia doceni te niskie szczyty, ich dzikość. Śpiew wilka, któy nieraz słychać w nocy. Czy doceni krainę rysia i niedźwiedzia. Narodziny młodych jeleni, które jesienią będą tam śpiewać. Czy doceni nie tylko blask słońca, ale i najrzadziej spotykanego chrząszcza. Nucę pod nosem i tęsknię za aniołami. Czy nie tylko ja je widzę?

Czasem w naszym świecie myślę, że naprawdę jestem szalona. Szalona w ten pradawny sposób. Szalona jak wszystkie nierozumiane wiedźmy, „te co wiedzą”, które płonęły na stosach.
Czasem myślę, że moje tęsknoty i zew natury są nadmierne. Nie przystają do naszych czasów. Dawniej wręcz się tego wstydziłam. Czasem czułam się naprawdę skażona.

W mieście bardzo dobrze wtapiam się w tłum. W mieście nie biegam z naręczem ziół, tylko czasem gdy w sierpniu poczuję ich gorzki zapach, zaczynam prawie płakać z tęsknoty za nimi. Mam ochotę uderzyć w twarz za lekceważenie ich gorzkiej mocy.
W mieście dobrze się kryję. Nie zabieram do domu rannych ptaków, nie wołam wszystkich bezpańskich psów, bo napomniana jak małe dziecko słyszę, że nie wolno. Nie biegam boso po piasku, po szyszkach. Ścieram twardą podeszwę stopy. Nawet nie muszę tego robić. Moje stopy w mieście same tracą twardość. Moje stopy miękną, jak miękną mi nieraz ze zmęczenia kolana wśród asfaltu i betonu.

Mój Mąż twierdzi, że kto mnie nie widział w prawdziwym lesie, nie widział magii. To ładne słowa. Czy prawdziwe? Cóż, on też jest szalony, choć jego szaleństwo płonie trochę inaczej. To ja je podsyciłam, gdy łapałam przy nim zaskrońce i kochałam ropuchy, przytulając do policzków. To ja je w nim trochę obudziłam, gdy kochałam się z nim oparta o pradawny dąb, gdy składałam swoje ciało na ołtarzu namiętności, jak przystoi naturze. Naturze człowieka. Przyrody.
Oboje jesteśmy trochę szaleni i nieraz trochę się z tym kryjemy. W górach widać całe nasze szaleństwo, które nie przystoi do tych czasów betonu i krzemu. W górach widać, że cierpimy na dawną, dawną chorobę. Cierpimy na miłość i zieleń. I oboje, nigdy, przenigdy byśmy się tego nie pozbyli.
Nie mogłabym być z kimś, kogo nie dotknęło podobne szaleństwo. Szaleństwo pasji natury. Nie mogłabym być tak blisko z kimś, kto na owady mówi robaki. Ostatnio mnie olśniło, gdy rozmawiałam o podobnych sprawach z Redcar.
Mój Mąż jest szalony, ma zielonego anioła, demona w duszy. Nosi w sobie duchy gór, dawnych bogów, nosi w sobie dzikość. A ja mogę być przy nim dziką kobietą. Wiedźmą.
Tylko ten, kto jest szalony, zrozumie tą, co wie. Można przeczytać setki książek. Można posiąść wielką mądrość. Znać miliony słów. To nigdy nie będzie tyle warte, co zielone serce. Nigdy nie zastąpi tego porozumienia.
To równo bijące zielenią serca są najważniejsze. To, że znasz imiona drzew i możesz z nimi naprawdę rozmawiać, mówiąc językiem, który nie wymaga słów. To sprawia, że można tak rozmawiać ze sobą.
Nie wiem, czy można to opisać w ludzkim języku. To kolejna rzecz którą trzeba czuć. Trzeba czuć jak rozkosz dwóch splecionych ciał. Być może, pasują one do siebie tak dobrze, bo tak pięknie pasują ze sobą zielone serca.

Dzika kobieta i dziki mężczyzna, którzy kryją się w mieście. Marzą o domku z drewna na odludziu i wilku, który grzeje stopy.
Niedźwiedzica która śpi w gawrze, wiecznie sprytny lis, który prawie nikomu nie ufa. We dwoje mogą zapolować. Zapolować na swoje życie. Na swój los.

Wychowała się w dzikości. Wychowała się lecząc ranne dzięcioły ze złamanymi skrzydłami, zbierając nieprzebudzone nietoperze. Podglądając gody jeleni i rozmawiając z ropuchami. Pijąc mleko tylko prosto od krowy. Zabijając młode króliki na wiosnę. Zbierając gorzkie zioła w sierpniu.
On wychował się w mieście, ale zawsze czuł zew. Już jako dziecko poczuł go w górach. Po latach, po tylu latach odkrył, czego mu brakowało. Odkrył w ciele dzikiej kobiety. Odkrył w ponownej wędrówce. Prawie umierając na szczycie.
Nie mogli się nie pokochać.

Nasze serca są zielone. Nasze serca razem tęsknią. Nasze serca biją równo i mogą czekać na kolejne wędrówki. Nasze dusze chcą się splatać, jak nasze palce, choć często tego tak nie widać. Choć to wszystko nie jest wcale oczywiste. Choć niektórzy mówią „bardziej pasowałabyś do innego, tego wrażliwego mężczyzny który jak ty pochłania książki”. „Mógłbyś być z kimś rozsądniejszym i ładniejszym”. Mógłbyś. Mogłabyś.
Ale my mamy swoje serca, nieraz pozornie tak różne. A tak spójne. Pełne namiętności, pełne czułości. Te, które pozwalają nam być takimi, jakimi jesteśmy. W środku, gdzieś za oczami, gdzieś pod skórą- dzikimi.
To coś co się czuje. Coś, czego nie opisuje się słowami. To coś, co jak szaleństwo, w mieście, jest ukryte przed ludzkimi oczami.
To coś, co chowamy przed wieloma. Przed prawie wszystkimi. Nasze skarby.

I ten mężczyzna, do bólu nieraz rozsądny, który chce ochronić przed światem, przed którym nie uchroni, rozumie najlepiej. Rozumie najlepiej, choć ta wiedza sprawia mu nieraz ból. Choć ta miłość, jak każda, nieraz rani. I ten mężczyzna wie najlepiej, że nie jestem księżniczką. Jestem wiedźmą. Jestem pradawną uzdrowicielką i tak wiele mam ze staruchy. Jestem dziką kobietą.
Nie przyoblekam tylko jak zaklęta niedźwiedziej skóry. Ja jestem niedźwiedzicą.

Niejeden mówił mi o tym, ile mam w sobie życia. Niejeden widział tą, która go uratowała albo uratuje, chciał widzieć we mnie Matkę. Niejeden pożądał mojego ciała, chciał widzieć we mnie Ladacznicę. Niejeden mówił o cieple, wrażliwości i o sile. Niejeden mężczyzna, a nawet niejedna kobieta.
Niejeden a nawet niejedna. Ale to nie ma żadnego znaczenia. Liczą się tylko słowa i czułość tego, który tak skrzętnie nieraz stara się ją ukryć. Tego serca, które jest zielone i bije równo z moim. Bije tak samo mocno i tak samo nieraz, w podobnej tęsknocie zamiera.

Czekamy więc oboje tej zimy. Tej zimy tęsknimy i śnimy nasze sny o wiośnie. O kolejnych krokach i ciężkim plecaku. Śnimy i planujemy, gdzie postawimy swoje stopy, gdzie zajdziemy, czego doznamy. Może planujemy, a może bardziej marzymy, bo przecież do planów nie wolno się przywiązywać. Wiemy o tym doskonale, choćby po poprzednim roku, gdy zieleń Bieszczad okazała się dla nas niedostępna, po roku, w którym tak trudno nieraz było uwierzyć w niebo. Wiemy doskonale, że liczy się moment, więc jesteśmy szczęśliwi tu i teraz, tu i teraz, gdy mogę się wtulić nocą w jego ciepłe ciało gdy przychodzi do mnie do łóżka.
Jesteśmy szczęśliwi i wierzymy w swoją bajkę i dążymy do tego, żeby znowu spokojnie oddychać. Nawet, jeśli dla niektórych to staje się nudne, nawet, jeśli zew naszych kroków na górskich grzbietach wydaje się być szalony albo męczący. Opowiadamy sobie wzajemnie te baśnie, leżąc nad ranem i marząc, będąc szczęśliwi momentem, ale podążając za wołaniem duszy. Tym jednym, jedynym, które zrozumie tylko ten, kogo duch gór musnął swoim skrzydłem.

Już jutro oficjalny początek zimy, niedźwiedzie powinny spać i śnić. Śniły więc i mi się dzisiaj góry. Śniły wspomnieniem i przyszłą obietnicą zarazem. Śniły, bo moje serce jest dzikie i czuje, że dzikim może w tym świecie być jeszcze w górach, z dala od ludzi, albo z ludźmi, którzy rozumieją.

Jutro pierwszy dzień zimy, zimy, w której trzeba pięknie żyć, bo wyjątkowo ładna ta zima w moim sercu, mimo że nie ma śniegu, ani trochę, ani płatka w ostatnich dniach. To nic, przywitam ją w lesie, na nizinie, w swoim domu. I będę śnić o wiośnie i górach. Razem z pewnym dzikim mężczyzną, dotrzemy do wiosny i kolejnej wędrówki.
Mam wrażenie, że tak naprawdę, razem, w ten sposób, przejdziemy całe życie. I to jest bardzo piękna myśl.



Anioł są wiecznie ulotne
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Nas też czasami nosi po ich anielskich śladach
One nam przyzwalają i skrzydłem wskazują drogę
I wtedy w nas się zapala wieczny Bieszczadzki ogień.


środa, 16 grudnia 2015

O mówieniu i słuchaniu w wielkim zgiełku naszego świata, czyli kolejna refleksja nad siłą opowieści

Mówiąc ci cokolwiek, przynajmniej wierzę w ciebie, wierzę, że jesteś, powołuję cię do życia mocą swojej wiary. Opowiadając ci te historie, wymuszam twoje istnienie. Mówię, więc jesteś.”
M. Atwood.

Mówię więc jesteś.
Ty mówisz do mnie, więc i ja istnieję. Mówimy do siebie i słuchamy. Tworzymy opowieści swojego życia.

I on powiedział mi kiedyś, „jest w tobie tak wiele życia, bo jest go tak wiele w twoich słowach. Prawdziwego życia, bo to prawdziwa opowieść. Poniesie ją kiedyś wiatr”. I jego opowieści są niesione przez wiatr, przez zimowe wichry, jego życie pomnażane przez słowa które mówiły kiedyś o jego istnieniu. Jego słowa, jego opowieść, jego ścieżka w naszych sercach. Szept, krzyk, szept.
Tak wiele kiedyś mówiliśmy. Tak wiele rozmawialiśmy. Mówiliśmy i słuchaliśmy, nie gadaliśmy tak po prostu, ot tak sobie. Snuliśmy opowieści, swoim życiem, snuliśmy opowieści, a potem potwierdzały je słowa.
Swoim życiem tworzyliśmy opowieść, była jak orzeźwiający deszcz, skraplający się w rozmowach. Mówienie i słuchanie, mówienie i słuchanie.
Czasem brakuje mi słuchania. Czasem mówię aż za dużo. Mam w głowie i w sercu za dużo opowieści, czasem aż boję się słuchać kolejnych. Jakby nie pomieściły się już w głowie. Jakby nie mogły pomieścić się w sercu.
Ale ja serce mam przecież tak pojemne! Jak niezgłębiony ocean, niech deszcze cudzych żyć dolewają wody. Znów muszę uczyć się słuchać. Nie tylko mówić.

Sądzisz, że to potrafię? Czy potrafię cię słuchać tak, że czujesz to całym sobą? Że cały zmieniasz się w mowę, mówisz mi o swoich troskach, snujesz swoją opowieść a ja otwieram tylko szeroko oczy i otwieram serce i przyjmuję twoją opowieść w całości?

Bo tak często to ja mówię tak wiele. Jak powiedział, mam w sobie tyle życia. To życie chce tworzyć opowieść, chce mówić. Może dlatego we mnie tak dużo słów. Choć i ci, co milczą, czasem żyją najbardziej. Może dlatego, że im już słów nie potrzeba, starcza im sama droga opowieści, nie muszą jej przelewać słowami w cudze serca.

Ale ja uwielbiam mówić. Uwielbiałam z nim rozmawiać. Uwielbiałam rozmawiać z każdym po kolei człowiekiem. Kocham mówić, czasem nie zauważam, że mówię za dużo. Mówię, mówię, mówię. Jakbym miała do przekazania cały świat.
Czasem mam wrażenie, że i tobie chcę przekazać cały świat w słowach. Potem łapię się na tym, że to przecież niemożliwe. Nie można opisać wszystkiego słowem. To wychodzi poza nasze pojęcie.
Mówimy słowami. Słuchać możemy nie tylko ich.
Słuchać. O wiele ważniejsze niż mówić. Słuchać opowieści w cudzych słowach. Zawartych w mruczeniu kota. W płytkim oddechu umierającego człowieka. Słuchać, słuchać dźwięku rozbijającej się o blaszany dach kropli deszczu. Słuchać ciszy.
Słuchać opowieści wszechświata, to ważniejsze, niż o niej mówić.
Choć nieraz tak bardzo chcemy, by nasze słowa splotły się z całością opowieści. Z początkiem i końcem. Z nieuchronnym, narodzinami i śmiercią.
Chcemy, by nasze słowa zniknęły w ciszy. By coś znaczyły.
Najpierw, najpierw musimy nauczyć się słuchać. Z cudzych opowieści bowiem pochodzą nasze. Pradawne opowieści, które stworzyły nasze dusze. Kości przodków, które nosimy w naszych kościach. Ich ocieranie się o siebie, suche grzechotanie. Słuchaj tego, słuchaj. Słuchaj świata. Słuchaj drugiego człowieka. Tylko to ma nieraz znaczenie.
Słuchaj dźwięku ciszy, a znajdziesz dźwięk własnego serca. Słuchaj, słuchaj, słuchaj. Naucz się tego. Naucz się cały być słuchem.

W Indiach dowiedziałem się, dlaczego ludzie mają jeden język a dwoje uszu. Bo powinni słuchać dwa razy tyle, ile mówią.”.

Tak mi powiedziałeś jednego wieczoru, gdy sam mówiłeś, mówiłeś i nie mogłeś przestać. Chciałeś przekazać mi opowieści z innego świata. Wtedy to ja słuchałam. Ciebie, twoich słów. Wszechświata ubranego w twoje słowa. Widziałam barwy twoimi oczami. Czułam zapach przypraw, kardamon i morska sól. Zapach gnijącego mango pod poduszką. Opowiadałeś mi świat, opowiadałeś mi siebie. Miałam wtedy dwoje uszu. Dwoje oczu wpatrzonych w ciebie. Opowieść była żywa.
Dziś ty jesteś martwy, ale opowieść żyje. Nie każda. Niektóre zniknęły w ciemności i tylko wszechświat przekazuje je w ciszy, nie są już dostępne dla ludzkich uszu.

Czasem mam wrażenie, że nie starczy świata na opowieści. Potem przypominam sobie, jak jest ich mało. Jak nawet mi ich mało.
Chcę usłyszeć opowieść mężczyzny, który pewnie nie odezwie się już do mnie nigdy tak jak przedtem, ale chcę usłyszeć jego opowieść z portowego miasta. Chcę usłyszeć opowieść mężczyzny, który spał tyle lat, a teraz wypowiedział swoje pierwsze słowa. Chcę przeczytać opowieści dawnych mistrzów, kolejne baśnie i mity.
Chcę poczuć znów magię opowieści.
Być może, czasem mam cichą nadzieję, że sama bywam ich mistrzem.
Mistrz jednak musi umieć mówić w ciszy samym swoim życiem. Czy mojego życia wystarczy? Mam go ponoć tak wiele. Choć tchnie ze mnie spokój, nie jestem pustym kościołem, tak mi powiedział ten, którego twarzy już nie ujrzę, na pewno nie zobaczę jej przez wiele lat. Mam w sobie spokój, ale i ciepło.
Jestem kazaniem bez przewiny. Byłam już Szeherezadą. Byłam Czarownicą. Wiem wiele, jak to Wiedźma. Snuję opowieść, tkam jak swoją pajęczynę.
Mówię, mówię. Ale i słucham.
Straciłam swoje postrzeganie barw. Nie umiem przelać tego, co widzą moje oczy na płótna. Nie potrafię już.
Moją mocą stały się słowa. I może, tak jak przedtem umiałam patrzeć, tak teraz być może już dojrzałam na tyle, bo posiąść sztukę słuchania?
Nie słyszę wołania. Słucham go. Słucham jak krwi tętniącej w moich żyłach. Kolejna opowieść przetacza się przez serce.

Bo tak naprawdę nie jest sztuką słyszeć. Sztuką jest słuchać.
Umiejętność słuchania to dar. Dar, który nie koncentruje się bynajmniej w uszach, to soki wszechświata wypełniające nasze kapilary. Słuchać trzeba całym sobą, nie uszami. Chłoniemy też oczami, widząc mówiącego, dotykiem, smakiem powietrza wtedy, gdy ten ktoś mówi. Słuchać powinno się duszą, współodczuwać bóle i radości przekazywanej nam historii. Słuchać tak, by ten, kto mówił, czuł się wysłuchany, tak naprawdę wysłuchany.
Słuchać trzeba umieć też historii świata. Miękkiego światła padającego na cichy las. Słuchać tam, gdzie nawet słowa są martwe. Gdzie z róż opadają płatki i żadne symbole nie są oczywiste.

Czasem by słuchać, musisz zapomnieć o swojej własnej opowieści. Wtopić się w drugi świat. Stać się nim, tak, by ten poczuł, że w pełni może się otworzyć. Czy kiedykolwiek tak się czuliśmy? Czy wiele z naszego świata potrafi słuchać, a nie tylko słyszeć?
Słuchać świata.
Czasem jeszcze trudniej słuchać drugiego człowieka, najtrudniejsza część wszechświatów. Zderzeń.
Między sobą czasem zapominamy słów, a czasem jest ich za wiele. I gdy ich za dużo, wtedy dopiero są martwe. Wtedy nie mają znaczenia żadne opowieści. Gubią się w nadmiarze, nasze życia topią się w tej wielkiej fali.
Kiedy ostatnio naprawdę rozmawiałeś? Kiedy naprawdę słuchałeś dosłownej opowieści, której ci powierzono?

Rozmowa jest rzeczą bardzo intymną, osobistą, jeśli rozmawiamy we dwoje. Rozmowa w grupie to pewnego rodzaju orgia i jak to z orgiami bywa, nie każdy, czasem człowiek bardziej nieśmiały, nie musi ją lubić.

Czasem tak bardzo się boję, że pomimo mojej miłości do opowieści, nie umiem słuchać. Nie umiem nawet prawdziwie mówić, snuć słów, które trafią prawdziwie do serc. Wiem, że to trudny dar, nie do wyuczenia. Czasem mam wrażenie, że nie umiem mówić. Umiem tylko gadać.

My w naszym Zachodnim świecie bowiem nie rozmawiamy. My gadamy.
Nie rozmawiamy, nie opowiadamy też pozornie nieważnych historii- przez co przestajemy widzieć jasno. Grzęźniemy w pewnym bagnie samych siebie.

Nie umiejąc słuchać, gadamy. I ja gadam, tak często, gdy jestem zmęczona, gdy nie dostrzegam, że ktoś potrzebuje prawdziwej rozmowy.
Gadamy, gadamy, gadamy pleciemy non stop, aż przestajemy umieć żyć w ciszy. Cisza nas przygniata i nie słyszymy piękna jej dźwięku, tego, którego nie słyszą nasze oczy.
Zgubiliśmy się w tej strasznej paplaninie naszego świata, zachodniego stylu hałasu, tak, że nawet siedząc we dwoje czy więcej osób nie umiemy milczeć. Zapomnieliśmy, że cisza we dwoje zwłaszcza, jest też pewnym rodzajem rozmowy. Także- bardzo intymnym. Nie umiemy z niej w ogóle czytać, gubimy się, cisza między dwojgiem ludzi jest synonimem czegoś krępującego, czerwieniejemy i szukamy jakiegoś pretekstu, by znów gadać i gadać i gadać. Nawet nie mówić.

Pleść, znów pleść słowa, które są logiczne mniej niż słowa człowieka z afazją . W Europie mawiamy, że milczeć można tylko z najlepszym przyjacielem, że po tym go poznamy, ze cisza nas nie krępuje. Czy do cholery, tak było zawsze? Czy zagubiliśmy się w nadmiarze fast-foodowych słów, w tym zgiełku? W opowieściach, które wcale nie są opowieściami życia, tylko są marną imitacją ? Czy słowa stały się naszym przekleństwem?
Czy to, że nauczyliśmy się ich, sprawiło, że zapomnieliśmy, czym jest opowieść?
Czy i ja zapominam?

Uczyniliśmy z ciszy wroga, zapominając, że jest ona jednym z niewielu sposobów na porozumienie się ze światem. Z tym, który nas otacza. Z sobą. Zagłuszamy ją wiecznie muzyką. Zagłuszamy grającym w kącie telewizorem. Zagłuszamy telefonem. Skrobaniem emocji na zamarzniętych szybach. Nie widzimy przez nie.

Nie chcesz słuchać swoich emocji, włączasz te, które z tobą owszem, współgrają, ale stworzył je ktoś inny w tekście i melodii. Sztuczne emocje, żeby nie dotknąć swoich w ciszy?
Takie po prostu mam ostatnio wrażenie. Cisza stała się wrogiem. Czy dookoła nas, po prostu, czy w rozmowie.
Gadamy, gadamy, gadamy.
Nie słuchamy. Nieraz nawet już nie słyszymy. Opowieści przelewają się przez nasze nieświadome serca. Nie umiemy odczytać znaków. Nie widzimy w zimie spokoju, tylko podłą śmierć, jakby ta historia już na zawsze się zapomniała, zatrzymała i nie miała dalszego końca. Choć ten koniec woła, woła nas z oddali. Nie słyszymy nawet trawy rosnącej pod śniegiem.
Jesteśmy przeklęci hałasem. Własną opowieścią, która zgubiła wszystkie inne.

Woła nas świat, ale nie słyszymy, bo nie znamy dźwięku ciszy. Tak samo gubimy i własne słowa. Nie mają żadnej wagi. Tak, są one tylko wyrazami, jak pisał Różewicz w swoim wierszu „Ocalony”, ale to dzięki tym wyrazom, nazwom pustym i jednoznacznym odbieramy i określamy świat. Jednak, mimo wszystko, gdy już nie umiemy odczuwać świata inaczej, niż słowami, potrzebujemy ich, a nawet je gubimy, w naszym pędzie. W hałasie. W nadmiarze są bowiem martwe.
Mało kto umie czynić to obrazem, bo nawet obraz nazywa kolorami. Smakiem, słuchem, czynić po prostu zmysłami, ale to już inny temat, też w pewien sposób, drażniący jak drzazga pod paznokciem. W każdym razie nasz umysł w dużej, przeważającej mierze składa się słów, w nich składają się nasze myśli. Słowa są ważne- a tak ich nie doceniamy.

Nie doceniamy słów, bo wychodzą z nas za łatwo, bez znaczeń, wychodzą z nas za łatwo, gadamy, gadamy, a co gorsza- często rzucamy owe słowa na wiatr. Te najważniejsze. Jakże łatwo teraz napisać w okienku komunikatora „kocham cię”. Cała opowieść o miłości sprowadzona do migającego obrazka na ekranie.
Zauważyłam, jak wielu ludzi lekceważy to, co kryje się za tym słowem, jaka moc. Jaka obietnica.
Kiedyś wierzyliśmy, że każde słowo ma magiczną moc. Każde słowo to afirmacja. Słowa były zaklęciami, zaklęciami, których nauczyliśmy się z ciszy. Dziś zapomnieliśmy o zaklęciach, lekceważymy je.
Widzę, jak lekceważy się samo słowo „obiecuję”. Może przez nasze podejście do słów, przez ich lekceważenie i nadużywanie widać nasz stosunek do świata? Im więcej mówimy, tym mniej słuchamy, tym mniej naprawdę rozmawiamy? Może to, że lekceważymy słowa, pokazuje, że lekceważymy drugiego człowieka? To, że gadamy i gadamy, nie mając w tym żadnej historii do opowiedzenia pokazuje być może, jak panicznie boimy się my sami lekceważenia? I boimy się jednocześnie samych siebie, bojąc się tej piekielnej ciszy?
Może to, że nie umiemy już słuchać, chcemy tylko gadać, bla bla bla, pokazuje, że staczamy się na pewne dno?

Nasza cywilizacja, nasz świat, nasze serca. Od zarania dziejów, nasza historia oparta była na opowiadaniu historii. Na ustnym ich przekazywaniu przy ogniskach, pod rozgwieżdżonym niebem. Milionów legend o powstaniu człowieka i historii o przodkach. Każdy człowiek jest opowieścią. A może my go po prostu nie umiemy już w tym zachodnim pędzie życia wysłuchać? Może zgubiliśmy się w tym gadaniu, rozdwoiliśmy języki i odcięliśmy uszy ale- do czego nas to doprowadzi?
Nie wiem. Boję się pomyśleć nieraz.

A ja? Ja w każdym razie, nadal uczę się ciszy i słuchania. Słuchania także bicia serca drugiego człowieka.. Słuchania tętniącego życia. Czasem to cholernie trudne. Ale kocham opowieści. Chcę w nie wierzyć. Opowieści cudzych serc. Tych, które biją i tych, które już przestały.
Mówię, więc jesteś.
Ale i nadal, nieprzerwanie, słucham. Nawet z oddali. Słucham, więc i jestem ja.



(a głos tej pani jest tu dlatego, bo od wczoraj zakochałam się w jej muzycznych opowieściach. tylko tyle)


Kiedy słuchałem tych historii, dotarło do mnie, że właściwszą nazwą dla naszego gatunku niż homo sapiens mogło by być homo narrans, czyli człowiek opowiadający. Od zwierząt różni nas to, że potrafimy wysłuchać innych, kiedy mówią o swoich marzeniach, lękach, radościach, smutkach, pragnieniach i porażkach. I że oni z kolei potrafią nas wysłuchać w zamian. Wielu myli informację z wiedzą. To nie to samo. Wiedza wymaga interpretowania informacji. Wiedza wymaga słuchania.
Jeśli więc mam rację, że jesteśmy istotami opowiadającymi historie, póki pozwalamy sobie od czasu do czasu zamilknąć, narracja nie zostanie przerwana.
Wiele słów padnie na wiatr albo skończy w jakiejś cyfrowej dziurze. Ale opowiadanie historii nie ustanie, dopóki znajdzie się choć jeden człowiek, który ich słucha. Potem możemy wysłać wielką kronikę ludzkości w kosmos.

Kto wie? Może ktoś tam jest i będzie chciał słuchać…” - H. Mankell

poniedziałek, 7 grudnia 2015

O dzikich kotach tkwiących w przeszłości i przyszłości, które rozszarpują szczęście, czyli o docenianiu chwili parę słów.

Gdy dzisiaj wstałam, pomyślałam o cudzie. Obudziłam się bowiem bez zatkanego nosa, co było dość niezwykłe. Chyba w końcu zaczęłam zdrowieć.
Z początkiem grudnia dopadło mnie podłe choróbsko, które chyba każdy z nas musi przejść chociaż raz w sezonie. Zatkane zatoki, obolałe gardło. Jesienno-zimowy klasyk, którym najprawdopodobniej zaraziłam się od moich podopiecznych z Domu, do którego trafiają ci wszyscy, którzy nie mają się gdzie podziać. Albo zaraziła mnie Redcar, z którą w zeszłym tygodniu biegałam do lekarza. Nie miało to jednak większego znaczenia, skąd to się wzięło. Rozchorowałam się i to był fakt.

Fakt, który trzeba było po prostu przyjąć, choć pokrzyżował nam pewne plany. Który, mimo wszystko, zdarzył się w dobrym momencie. Choć, czy w życiu są dobre momenty na cokolwiek? To chyba szersze pytanie, które wiecznie pozostaje bez odpowiedzi. Czasem odpowiedzi przecież lepiej nie znać.

Zachorowałam akurat, gdy w grafiku miałam, jak się śmiałam, „mini- urlop”. Gdy akurat dostałam 5 dni wolnego, bo tak po prostu ułożono mi dni pracujące. Już od listopada planowaliśmy z Mężem, co wówczas zrobimy. Sam poprosił o wolne dni w grafiku, tak, że potem będzie biegał do pracy cały grudzień. Tak, by te dni moglibyśmy spędzić razem.
Randka w teatrze w moje imieniny.
Sushi ze znajomymi w sobotę.
Mały wypad. Może do Wrocławia, do mojej siostry? Może w góry Sowie?

Wszystko wzięło w łeb. Gdy 3 grudnia, w ostatni dzień pracy przed naszym „mini-urlopem” słaniałam się na nogach ścieląc łóżka i łykałam niezliczone ilości paracetamolu żeby przetrwać do końca dyżuru wiedziałam, że następny dzień spędzę w wyrku, a nie w teatrze, ubrana w śliczną sukienkę.
Może ktoś by się zdenerwował. Ja pocieszałam się myślą, że nie muszę brać L4, przez co pewnie w styczniu dostałabym mniejszą premię. Zawsze coś. Zawsze jasna myśl.
Do tego ostatniego dnia pracy wezwano mnie do kadr. Okazało się, że dostanę kolejną umowę na rok, nie na zastępstwo, bo tak, w swojej pracy jestem świetna i chcą mnie tam. Radosna nowina, którą trzeba by było opić. Opić, chociaż nie ma się siły.

Może ktoś by się zdenerwował, ale ja wróciłam do domu i wypiłam z Redcar grzane wino, czekając na Męża, łudząc się, że ono pomoże. Trochę półprzytomna, ale jednak nadal...szczęśliwa, gdzieś tam w środku, po tych wszystkich zdarzeniach, niepewnościach, które mną targały też na dniach.
Wieczny spokój mnie nie opuszcza. Nie opuszcza mnie światło w środku. Może to aż nudne. Ale jednak...

Fakt to fakt. Rozchorowałam się, wielkie rzeczy. Szybko napisałam do Męża i zmieniliśmy plany. Bo do tych nie można się chorobliwie przywiązywać. Życie jest płynne. Życie trwa tylko w momencie.
Chorobliwe przywiązywanie się do przyszłości i przeszłości czyni nas nieszczęśliwymi.

Zmieniliśmy szybko plany. To nic, że w swoje imieniny prawie zwymiotowałam i zemdlałam w samochodzie Augusta. Ważne, że wieczorem siedzieliśmy przytuleni na naszej kanapie oglądając filmy. Ważne, że następnego dnia jednak przyszli do nas znajomi na doskonałe sushi robione przez Męża, że zobaczyłam te dawno mijane twarze.
Szkoda, że niektóre z nich były tak zmęczone. Szkoda, że widziałam w nich smutek.
Nic nie piłam, a parę razy wyrwało mi się tak dziecinne może zdanie.
Porozmawiajmy o czymś dobrym. Przestańmy marudzić.

Ludzkie myśli biegną za często tym torem, goryczy i bólu. Do tęsknot przeszłości i do strachu o przyszłość. A co z tym momentem?

W jednej z nich widziałam gorycz wobec przeszłości, bo jej mąż obiecywał, że będzie inaczej. Zabrania o niego pytać. Wspomina.
W innej strach o przyszłość. Ta martwi się o to, co będzie z jej rodzicami, wiem to, gdy nawet o tym nie mówimy głośno, gdy rozmawia z matką przez telefon. Tamta martwi się, co w ogóle ma zrobić ze swoim życiem, bo po raz pierwszy nie ma jasno określonego celu. Kryzys, który wielu z nas miało po studiach, w jakimś momencie życia, gdy zobaczyliśmy szerszą perspektywę. Kryzys, z którym niektórzy radzą sobie lepiej- inni gorzej.

Ludzie których uwielbiam.
Doganiają ich lwy przeszłości i tygrysy przyszłości i rozszarpują moment.
A moment, ten nigdy się nie powtórzy. Ten musi nieraz grać w naszym sercu.

I nie chodzi mi tylko o chwile szczęścia. Radosnych spotkań z przyjaciółmi. Chwile pierwszych pocałunków czy najwspanialszych orgazmów. Momenty zachwytu gdy stoimy na górskim szczycie.
Każdy moment jest raz i trzeba go przyjmować w pełni. Też moment bólu. Ten w którym nagle rozumiemy swoją śmiertelność. Ten, w którym dostajemy pierwszy cios od tego, którego kochamy.
Żyjemy tu i teraz. W szczęściu i cierpieniu, euforii i bólu, w oceanie doznań, pływamy po prostu, zaznajemy ochłody wody w upał albo mrozi nam ona serce.
Jednak za często myślimy o wyspie, którą opuściliśmy. Albo o tej, na którą chcemy dotrzeć, choć wcale nie ma pewności. Nie mamy pewności dokąd nas prowadzi to, co już się zdarzyło ani nie wiemy nic o tym, co się wydarzy.

Życie jest twoim przyjacielem. Przeżywaj je więc.

Ludzie potrzebują pewności, widzę to w ich oczach. Potrzebują pewności, która jest ułudą i która po prostu często pieprzy im życie. Pieprzy ich samych.
Chcą wierzyć, kurczowo czepiają się wiary.
Tej wiary , że on zostanie ze mną do końca życia, bo przecież obiecał mi to na ślubnym kobiercu. Czy coś takiego można w ogóle obiecać? Skąd będziemy wiedzieć, czy miłości starczy na kolejne 40 lat? 50? 60? Możemy tego chcieć, nie możemy być pewni. Czujemy presję, spalamy się w niej. Kochaj mnie całe życie, krzyczymy rozpaczliwie o tą pewność. Ja mówię kochaj mnie tu i teraz. Będę z tobą aż miłości wystarczy.
Tej wiary, że jeśli zbudują dom, wydadzą na świat potomstwo, ich życie będzie spełnione. Zawsze będą coś mieli. Budzą się potem w wieku 50 lat z poczuciem pustki, że to za mało. Że zawsze pracowali na przyszłość, zapominając że mają swoje najlepsze lata i nieraz powinni po prostu wyjechać i zanurzyć się w oceanie. Budzą się z myślą, że już za późno. Znów, myślą o przeszłości, zamiast wierzyć w moment.
Czepiają się kurczowo tej wiary, że jeśli poznają ważnego człowieka, będzie on w całym ich życiu. Nie potrafią rozumieć, że każde spotkanie to też pożegnanie, każda więź to moment, która tylko czasami trwa dłużej niż całe życie. Nie potrafią przyjąć do wiadomości, że nic nie jest pewne, nic nie jest na zawsze, dlatego tak często chcą mieć ludzi na własność, zamykają ich w złotych klatkach, łamią im skrzydła. A ci i tak odlatują, sterowani silniejszym powiewem wiatru.

Ludzie chcą mieć pewność, zaczepiają haki jej okrętów w przeszłości, szukają skał, na których mogą osiąść w przyszłości. Wielkie okręty, którym pierwsza życiowa burza łamie żagle. Szukają pewności dookoła siebie, jak żyznych raf pełnych ryb, strzaskane potem są ich burty o wystające skały.
Pewność w zdarzeniach na zewnątrz nie istnieje.
Jedyna pewność to ta, którą nosi się w sobie. W sercu.

Ja taką mam. Odkryłam ją po tym, gdy moje życie po raz kolejny zawaliło się w jakiś sposób. Gdy złamano mi kolejny fragment serca.
To nic.
Bo mam pewność. Trwam w momencie. I wiem, że ten pełen bólu i ten pełen szczęścia jest tak samo składnikiem całości. Bo wiem, że z każdym sobie poradzę, posklejam kolejne momenty. Dojdę dalej na własnych nogach.
Nie potrzebuję okrętu, który tragany burzami rozbija się o skały. Nie muszę stawiać kolejnych żagli. Pływam za pomocą moich własnych rąk i nóg. Moje stopy liżą fale, moje stopy przyzwyczajone do wędrówek. Te, które czują pod sobą, jak splatają się drogi.
Kocham ludzi w moim życiu, ale nie chcę ich mieć na własność. Doceniam ich wsparcie, miłość. Kocham ich i właśnie dzięki tej miłości pozwalam im na wolność. Wiem, że nie przywiążę ich na siłę. Niektórzy umrą zanim poznam ich tak bardzo, jak chciałam. Inni po prostu przestaną kochać i odejdą. Staniemy na rozwidleniu ścieżek i pożegnamy się. To nic. Ważne były spędzone razem momenty. I zawsze, zawsze w życiu tyle pięknych ludzi do poznania. Do splecenia z nimi umysłów i rąk.

Nie skupiam się na przeszłości. Nie skupiam się na przyszłości.
Nie dogonią mnie lwy i tygrysy. A może dogoniły mnie dawno. A ja je oswoiłam. Nauczyłam się drapać je za uszami, głaskać ich ciepłe futro. Bo to koty jak każde inne.

Wczoraj podczas słonecznego poranka leżeliśmy długo w łóżku.
-Wiesz, chyba jesteśmy w tym momencie życia, gdzie powinniśmy się zastanowić, czy chcemy kupić mieszkanie, czy wybudować się...
-Kochanie, my pewnie zbudujemy dom, jak twoi rodzice umrą- zaśmiałam się, wijąc w pościeli, nasz stary domowy żart- w którym jest cholernie dużo prawdy.
-Masz rację. Ale może powinniśmy zaplanować...
-A śpieszy ci się gdzieś? Powiedz, czy naprawdę ci się gdzieś śpieszy? Jesteśmy teraz w łóżu, słońce pięknie grzeje, mamy wolne. Zaraz zrobię dobre śniadanie. Możemy pomarzyć, na razie nie mamy co planować. Gdybyśmy może mieli mieć dzieci ale...czy nie żyje się nam obecnie po prostu dobrze, czy nie możemy planować po prostu kolejnych wędrówek? I tak nasze „plany” się zmienią.
-Dobrze. Masz rację- mówi i śmieje się. Docenia moment.

Ten, którego kocham, kocha też planować. To ja żyję w chmurach. To nas scala. Ale i czyni szczęśliwymi. On pokazuje mi plany, do których i tak się nie przywiązujemy. Ja pokazuję mu momenty.
Mamy dobre życie. Życie tu i teraz.
Życie tu i teraz zawsze jest dobre. Zawsze, dopóki nie zaczniesz myśleć.

Są ludzie, którzy gonią za przyszłością. Planują jaki dom wybudują, zarabiają na niego, poświęcając zdrowie i czas z teraźniejszości. Stale myślą o tym, jaki mają mieć kolor ściany i na jakie lekcje poślą swoje dzieci. Kolejne kroki podczas robieniu doktoratu, kolejne pieniądza inwestowane w przyszłość. W to, co ma być kiedyś. Kiedyś, które odsuwa się w czasie. Czasem spotyka ich wielka burza. Umiera ich partner. Ich dziecko rodzi się chore. Ich dom płonie. Oni nie potrafią sobie z tym poradzić, bo wszystko co robili w życiu, to żyli dla przyszłości.
Czasem nie dzieje się nic, ale ich przyszłości jest coraz mniej. Budzą się gdy tak mało czasu przed nimi, nie ma już co planować. I ci nie wiedzą jak przetrwać, jak sobie poradzić, bo nie potrafią żyć chwilą.
Nie mówię, że nie można planować. Że nie trzeba mieć celu zakotwiczonego w przyszłości. Wyspy z marzeń, do której chce się dopłynąć.
Nie można przywiązywać się do przyszłości i planów w niej chorobliwie. Nie można zakładać pewności. Bo przyszłość nie należy do nas. Do nas należy moment. Trzeba obrać cel, cel w danym momencie, cel który jakoś nas poprowadzi- ale nie myśleć tylko o nim.

Są też ludzie, którzy wiecznie obracają głową, patrzą za siebie i wyciągają ręce do przeszłości. Ci ludzie leżą nocami w łóżku i rozpamiętują to, co powiedzieli kilka lat temu. Stale przywołują ból i tęsknotę za straconym miłościami. Wyliczają na palcach obu rąk swoje krzywdy, których doznali jako dzieci. Mówią o bólu którego doznali albo wspominają stale szczęście, twierdząc, że ono się nie powtórzy. Typy retrospektywne, typy, które nieraz mają problem z tym, by ruszyć do przodu po kolejnej burzy. Nie radzą sobie, ich okręty nierzadko osiadają na mieliźnie, kapitanowie ich statków nie widzą, że starczy napiąć żagle, by ruszyć dalej. Oni często gdzieś w środku nie chcą ruszyć dalej.
Ci są nieszczęśliwi, bo nie potrafią często objąć żadnego celu, nie mówiąc już o przywiązaniu się do niego. Często nie widzą, co chcą robić w ogóle w życiu, nawet w tym momencie, bo wspominają, kim chcieli być kiedyś. A obecnie to już niemożliwe.
Ci są też nieszczęśliwi, bo wspomnienia przesłaniają im moment. Gdy mogą się śmiać myślą i gdybają „ach, gdyby ona to była”. „Ach, gdybym zobaczyła go wcześniej”. Nie doceniają tego, co tu i teraz bo tworzą scenariusze, wracając do przeszłości, która się nie powtórzy. Bo nic dwa razy się nie zdarza. Nie posiadamy też przeszłości, ona, minione momenty, również już nie należą do nas.

Różnie postrzegamy więc czas.
Wszystko ma swoje plusy i minusy. Ten kto myśli o przyszłości wiele osiągnie. Ten, kto o przeszłości, wiele zrozumie w swej wrażliwości. Ten, kto żyje tu i teraz...czy nie będzie lekkoduchem?
Jednak nie posiadamy przyszłości i przeszłości. Wszystko ma swoje plusy i minusy. A w tym oceanie, cóż, musimy po prostu nauczyć się pływać. Ja wybieram moment. Tu i teraz. Dorzucam kilka marzeń i parę celów, do których się nie przywiążę przesadnie. Dorzucam sporą garść wspomnień, która ogrzewa serce i tych, w których w bólu się wiele nauczyłam. Wyciągam z nich wnioski ale nie myślę o nich za dużo.

Widzisz to z mojej perspektywy?

Nie posiadamy ani przeszłości, ani przyszłości. Obie są mirażem.
Jest moment, jest tu i teraz. Ten, który naginasz do faktów, nie płacząc za straconymi marzeniami. Nie płacząc za tym, co minęło i chorobliwie panikując na myśl o tym, co będzie.
Jest tu i teraz, tu i teraz, które, nawet najmniejsze, będzie miało echo w dalszym świecie.
Przeszłość ukształtowała moment, w którym tkwisz. Ten sam moment kształtuje przyszłość. Wszystko składa się w całość, nieodzowną dla ciebie w tym życiu całość. Masz ją w swoich rękach, nie posiadasz jej wcale. Ten słodki paradoks powoduje, że możemy nauczyć się żyć. Uczynić z życia swojego przyjaciela.

Nie, życie zawsze jest naszym przyjacielem. Tak jak lwy i tygrysy.
Każdy lew i tygrys jest przecież tobą. Ich oswajanie nie jest wcale trudne.
Życie przepływa przez twoje żyły, wypełnia twoją duszę.
Stań się swoim przyjacielem. W tym właśnie momencie.
W tej sekundzie. Jedynym, co naprawdę masz na własność.



Wypłacz mi przyszłość
Gdzie rewelacje tracą panowanie nad sobą
Panie i Panowie
Lwy i tygrysy przybywają tu biegiem

Tylko po to, żeby ukraść twoje szczęście.