piątek, 30 stycznia 2015

O tym, że jesteśmy urodzenie by umrzeć, ale jesteśmy też urodzeni, by kochać.

Jestem zmęczona.
Gdy za Bardem zamknęły się drzwi, gdy dopiłam drinka pomyślałam tylko o tym, że chcę następnego. Jestem, po prostu kurwa ,zmęczona.
Jestem smutna, tak, dzisiaj ja jestem smutna, dzisiaj ja umieram w środku.
Wyprałam się z każdej emocji już. Albo przyjęłam ich za dużo naraz.

Od listopada stałam się krucha wobec tego, kim byłam przedtem. Zresztą, kruszeję tak od 3 lat już. Każda kolejna śmierć powoduje rany, których nie można uznać za wyleczone każdego dnia. Czasem po prostu nachodzi znowu, moja kruchość, moja bezsilność, moje zmęczenie.
Od listopada za łatwo płaczę, przecież kiedyś nie płakałam wcale.
Od listopada nawet cudze emocje sprawiają większy ból, choć kiedyś przecież ledwo muskały i zostawało moje logiczne myślenie.
Od listopada jestem słaba, a może po prostu bardziej wrażliwa?
Wrażliwość, nawet umiejętność płakania z kimś ma swoje plusy. Ale...
Ale od listopada wszystko, co się dzieje, widzę przez jego śmierć. Śmierć, nie zmartwychwstanie. To nie jest historia z happy endem. Czasem wątpię, że takie mogą się jeszcze w ogóle zdarzyć.

Usiadłam więc na podłodze obok kota, by niżej nie upaść jak to mówię, odpisałam na zaległe smsy z paru godzin, bo tak trzeba, bo wypada, sięgnęłam po kolejne malibu, mój ukochany drink. Po winach i rozmowach o śmierci i to nie zaszkodzi. Włączyłam muzykę, usiadłam i zaczęłam po prostu płakać. Znów tak, żeby nikt nie widział, znów tak, żeby ci co nie powinni nie poznali.
Niedźwiedzice nie płaczą, kiedyś nie płakały, to pierwotna siła, niedźwiedzie nie płaczą, gdy żądlą pszczoły. Nigdy. Od tego mają futro, powiedzieli mi kiedyś.
Usiadłam i zapłakałam, cicho, zakrywając usta rękami, żeby nie obudzić współlokatora, który wstaje przecież o 5 rano. Musi być wyspany do pracy.

Płakałam cicho i modliłam się tylko bezgłośnie, żebyś już wrócił do mnie i zęby moje głosy w głowie ustały.
Głosy mówiące o śmierci zaległej i przyszłej.
Ręce szarpiące brzegi ran które mają się zrastać.
Pazury rozdrapujące świeżo zagojone strupy, aż nie poleje się krew.
Każda rozmowa o trwonionym życiu jak kolejna rana.
Łzy, wcale a wcale nie czyste. Łzy pełne ropy, zniszczenia, tęsknoty. To nie są czyste łzy.
Łzy zmęczenia.

A ty już wróć i znowu je przyjmij.
Tylko ty wiesz, tylko ty pozwalasz zapomnieć, choć dzielimy przecież ten sam ból, choć każdy nosi swój. Mam wrażenie że nieraz zatrzymujesz słowa, wspomnienia, żeby mnie mniej bolało. Ale przecież...przecież tylko przy tobie mogę być tak słaba,jak teraz jestem, prawda?
Pozwalasz zapomnieć mój Kochany, gdy po prostu siedzę przy tobie i czytam, pozwalasz zapomnieć gdy się kochamy, pozwalasz zapomnieć gdy do 5 nad ranem oglądamy seriale albo rozmawiamy o bogu. Pozwalasz zapomnieć gdy wspólnie medytujemy, gdy wspólnie żyjemy.
Ale i ciebie nie mogę traktować jako lekarstwo na wszystko. To nie byłoby w porządku. Tylko dzisiaj. Tylko dzisiaj, po prostu.

Myślę o tym i płaczę.
Za dużo emocji, wszystkiego naraz.
Za dużo emocji mówiących o wszystkim co było i czego się boję, mówiących milionem głosów bez żadnych słów. Dziura pod sercem, bo wiesz, Kochany, chciałabym nie tylko tobie móc mówić. Ale wiesz, że nie płaczę przy każdym i teraz tylko ty....

Za dużo emocji w tym tygodniu, po prostu. Za dużo cudzych i moich. Odeszłam z jednego miejsca gdzie poczułam więź z ludźmi, z moimi Ptaszynami i wspaniale się wzruszyłam...a potem znów zaczęłam spadać. Jak to ja, wiesz przecież. Przeżywam wspaniałe emocje i zaraz potem spadam, a ty musisz mnie łapać naszą codziennością. Nauczyłeś się tego przez wszystkie lata i czasem się zastanawiam, jak ty to znosisz. Zwłaszcza że wiesz, że do spadania daję się nieraz po prostu popchnąć. Nieraz rzucam się w przepaść. A ty stoisz spokojnie i mi łapiesz, nic nawet nie mówiąc.
Czy tak właśnie wygląda miłość?

Za dużo emocji, bo nasiąkam słowami jak pampers moczem, mam dużą pojemność, dużą wytrzymałość, aż się nie wyleje. Tak po prostu. Przerzyguje się. Ulewa.

A na dworze, po dzisiejszym pięknym słońcu szaleje śnieżna zamieć. Ze śniegu nic nie zostanie. Tylko wiatr samobójców wyje, tylko uderzaj mróz w twarz, gdy cudem wstaję i płacząc zapalam papierosa i stoję w tym oknie, marniejąc i marznąć.
Niech tak będzie, oczy od mrozu się podpalą. Niech tak będzie.
Nie obchodzi mnie to.
Zamarznę jak szalona dziewczynka z zapałkami.
Dam zmrozić sobie serce jak Kaj pozwolił wpuścić okruch lodu Królowej Śniegu.
Czy znajdzie się moja Gerda?

Wróć już, wróć. Chcę przestać płakać leżąc na podłodze, chcę przestać palić papierosa od papierosa szlochając jak rozdziewiczona bólem dziewczyna, chcę przestać płakać rozlewając mleko z drinka. Wróć. Może to coś pomoże.
A nawet jeśli nie...to będziesz. Dosłownie już będziesz. Namacalnie, fizycznie.

Wiem, że powinnam sobie radzić sama. Cała moja siła tkwi we mnie. Ale gdy ocean własnej i cudzej goryczy zalewa całą duszę i obezwładnia ciało, gdy tsunami topi i nie pozwala złapać tchu, chcę znaleźć rękę, która mnie przytrzyma. Wypłynąć na powierzchnię mogę tylko sama, wiem to kochanie. Ale chcę czuć twoją dłoń w mojej.
Sama sobie poradzę. Ale z tobą jest piękniej. Z tobą jest możliwiej. Z tobą jest nadziejniej.
Ty rozpalasz wiarę.

Myślę czy nie wziąć może czegoś na uspokojenie, jak poprzedniej nocy, żeby zasnąć. To nigdy nie jest mądre, wiem, wszystkie tabletki, pigułki, nawet połówka valium po nadmiarach emocji potem wyrzygiwanych, żeby móc rano wstać. Staram się być rozsądna, ale nie zawsze wychodzi. Nie zawsze mogę. Jestem tylko człowiekiem, człowiekiem który tak często uciekał się do autodestrukcji, zanim ty stanąłeś na mojej drodze.

Proszę. Potrzebuję. Ciebie potrzebuję.

Bo czasem jest za dużo, wszystko naraz.
Moje własne lęki o to, co będzie i czy nam się uda. Bo przecież żyjemy na grząskim gruncie, żyjemy na minie, o czym wolę przecież nie rozpowiadać.
Moje lęki o zdrowiu własnym z dzisiejszego poranka. Moje lęki mówiące o guzach, o nowotworach o powikłaniu. Moje hipochondrie i wyobrażanie sobie za dużo.
Moje lęki krzyczące na płótnach i krzyczące kolejnymi ziołami na uspokojenie.
Moje lęki nie tylko o przyszłość, ale i z przeszłości. Rzeczy mówiące o złamanych życiach.
Myśli o śmierci, kolejne. Myśli o stratach. Myśli o tym, że już nie wróci się do tej samej rzeki.
Myśli o tym, że też mogę umrzeć. Tak, jestem śmiertelna, mówili tego poranka, tak, pani jest śmiertelna.

Moje lęki i zaprzeszłości.
W "Przerwanej lekcji muzyki" mówiono, że gdy raz w życiu przyjdzie ci na myśl śmierć i samobójstwo, nigdy się tego nie pozbędziesz, będzie wracało jak bumerang. Dopadają te mówiące o podniesieniu na siebie ręki, mówiące o tym że mogę umrzeć, gdy tego nie zrobię. Mówiące o możliwościach, opcjach.

Nie myśl, nie chcę się zabić. Jest mi mimo wszystko za dobrze. Ale gdy słyszę, jak ktoś mówi o tym wprost, ktoś mówi mi o tym że ma myśli o podniesionej ręce właśnie, wszystko też zaczyna odżywać, połykać dobre lata i przypominać. Zaczyna wszystko w przestrzeni mówić o tym, że przecież każdy kogo kochasz, odejdzie.

Cause you and I, we were born to die.

Zaczynam myśleć o każdej kruchej istocie, która może i żyje fizycznie, ale przez ból umiera. I zaczynam myśleć o tym, kiedy my umrzemy. Że umieramy i teraz.
Żyję od śmierci do śmierci, napisałam wczoraj w nocy komuś.
Od śmierci do śmierci, od życia do życia.
Czasem i życie musi boleć.
Czasem musisz myśleć o tym, że możesz umrzeć dosłownie, niedługo.
Od śmierci do śmierci. Niespodziewanie, jak ci , których kochałaś. Jak ci, którym przepowiedziałam przecież, jak to Wiedźma.
Prawie nikomu tego nie powiedziałam.

Każdy kiedyś odejdzie. Odejdzie, bo wszyscy w końcu odchodzą. Ten którego kochałam i o którym nie mogę przestać myśleć, ten o którym myślę co noc przed snem mówił "każde spotkanie oznacza pożegnanie". Za dużo ostatnio mi się to przypomina Skarbie. Za dużo razy podczas tej i innych rozmów. Za dużo w tym tygodniu podczas każdego ukłucia, łez, których byłeś już świadkiem gdy płakałam ponoć przez sen.

Każdy umrze Kochanie.
A jeśli umrzesz wracając do mnie? A jeśli uderzy cię samochód? A jeśli zaatakują cię znowu z nożami, a ty nie będziesz mógł się obronić? A jeśli po prostu i twoje krwawiące serce nie wytrzyma?

Łzy lecą same.
Łzy mówiące o własnym bólu.
Łzy które mówią o tych co odeszli z tego świata, te, które mówią o tych, którzy chcą odejść albo po prostu czują ból i nawet nie widzą widma śmierci nad swoją głową. A ja się martwię, że dostrzegą, że sięgną jak ja kiedyś...
Boję się. Boję się cudzymi emocjami. Boję się odrzuceniem Przyjaciółki, boję się tęsknotami cudzymi, boję się po prostu lękiem życia kolejnego człowieka, na którym mi zależy.
Do tego boję się lękiem własnym i tęsknię, krwawię raną własnej tęsknoty.
Jak to spiąć w jedną całość?
Łzy kolejne.
To nie moje, to nie moje przecież mówię sobie.
Nic nie pomaga. Cicha muzyka w tle, alkohol.
Kogo chcesz oszukać. Nigdy przecież nie pomagały, jedynie zagłuszały.

Twoje oczy patrzące w moje. Twój zapach. Wróć.

Czekam patrząc na śnieg za oknem.

Nagle obejmują mnie szerokie, choć chude przecież ramiona.
Nie muszę nic mówić.
-Za dużo?
-Za dużo. - przytakuję, a ty wiesz, wiesz po tym wszystkim,wiesz przez to co napisałam ci w smsie po wyjściu od lekarza a potem odwoływałam, wiesz co mówiłam nocami, wiesz po tym, jak wkurwiałam się nad telefonem krzycząc do smsa od Przyjaciółki ogarnij się kurwa bo nie mam siły już, wiesz po tym jak puszczają mi właśnie nerwy tylko przy tobie, wiesz po tym, jak mówiłam ci, że martwię się tą dzisiejszą rozmową w oparach prozacu i innych leków na depresję Barda.
Wiesz, rozumiesz bez słów, patrzysz na niedopałki na parapecie, na szklankę po drinku, słyszysz muzykę.

Come and take me on wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain
You like your girls insane

Wiesz.
Nie musimy rozmawiać, znasz każde drgnienie tej duszy. Dzielisz tęsknoty serca i żałoby, ale wiesz, że to ja Ciebie dzisiaj potrzebuję.
Wiesz, że tylko ty mi zostałeś z ludzi, przy których płaczę bez alkoholu, wiesz, że tylko mi zostałeś z tych, których naprawdę kocham, kocham bardziej niż wszystkich niż innych.
Wiesz, że minie dużo czasu zanim zacznę się dzielić z tymi, z którymi dzielę wiele emocji i tęsknot i lęków, ale nie umiem jeszcze bezpośrednio.
Wiesz, że mam ciebie. Dzisiaj mam ciebie.
Zawsze, mam ciebie. Tu i teraz, ale ten moment starcza. I tak urodziliśmy się by umrzeć. Więc tu i teraz to wszystko, co mamy.

I nie musisz nic mówić. Twój wzrok podąża za kurtką którą rzuciłeś na łóżko.
Tak, wyjdźmy stąd, bo się uduszę.
Ocierasz mi łzy przed wyjściem z brzucha kamienicy, boisz się, że znowu zawieje mi oczy, że będzie sączyć się z nich ropa, jak parę lat temu.

Wychodzimy i twarz smaga lodowaty wiatr. Kupujemy w Żabce pod domem czetropak piwa i papierosy dla mnie, te, które można klikać, żeby były mentolowe. Bo chociaż ty już nie palisz, nadal kupuję takie, gdybyś zechciał...ty wolisz normalny smak tytoniu, ja kobiecy mentol przecież. Cały czas wiem, pamiętam, myślę o tym kupując kolejne paczki.

Idziemy do jednego z pobliskich parków.
Siadamy, mimo że mokro, mimo że zimno, mimo że wiatr samobójczo świszczy pod kapturami. Mimo że drogę przecinają nam nieznajomi, rzucają niedopałki pod nogi.
Nie trzeba nic mówić. Starczy obejmujące mnie ramię, starczy zapach męskiego ciała.
Starczy pocałunek.
Szalony, nie w strugach przyjemnego deszczu, a w siekących twarz jak drobne sztylety płatkach złożonych z lodu.
-Nie pozwól, żeby moje serce...
Nie pozwalasz mi dokończyć. Nie pozwolisz. Obejmujesz krwawiącą ranę moich ust, usta to przecież najdziwniejsza ludzka rana przez którą sączy się cała ropa i jad, obejmujesz oddechem moje płuca, obejmujesz moje serce, przekazując całą miłość.

Znam twój mrok mówisz tym pocałunkiem. Znam twoje słabości. Ale zostaję. Znów, zostaję.
Zostaję, bo kocham.

Wiem to, nie musisz mówić tym razem na głos choć nieraz mi to krzyczałeś w momentach moich kryzysów, nieraz mi to szeptałeś po wspólnie dzielonych ciałach. Starczy teraz, że wszytko czuję, starczy że gesty miłości dotykają moje ciało, starczy że słowa rozbrzmiewają w mojej głowie, starczy że serca grają w jednym rytmie.

Nie dopijamy piwa. Nie dopalam papierosa, kiedy sięgam dłonią głębiej, kochając. Gdy sięgam i wydobywam na wierzch narzędzie rozkoszy, gdy sama poddaje się twoim dłoniom.
Chcę poczuć że żyję, na tej zimnej ławce, w tym ciemnym parku. Tam, gdzie każdy może przejść.
Niech widzą, nie przeszkadza mi to. Mam jedno życie, mam jedną miłość.
Chcę poczuć z tobą wszystko. Tu, teraz. Narodziny, śmierć i zmartwychwstanie w jednym akcie. Chcę poczuć ciebie, tego, który wypełnia strumienie mojego trwania w tym życiu.
Chcę kochać tego, którego znam od wieków, chcę łączyć naszą duszę, podzieloną przed wiekami, chcę, by znów była jednym.

Urodziłam się by umrzeć? Owszem. Ale urodziłam się też by kochać. Tego nie mogę zapominać w największym nawet mroku. Kochać Ciebie. Kochać tak po prostu, największą namiętnością i czułością.

Więc kochamy się, śnieg rani nasze częściowo odkryte ciała. Ale to nam nie przeszkadza. Nie czujemy zimna, nie ma wcale mrozu. Jest ogień, który płonie na nowo choć prawie dzisiaj gasł. Płonie ogień, bo wcale nie umieram, niech nawet małe prawdopdobieństwa lekarskie się sprawdzają, nie umieram, jestem tu i teraz i kocham.

Obudź moją dzikość, obudź moją kobietę, bo jesteś jedynym mężczyzną, który potrafi to zrobić. Objąć cały ból i przemienić w rozkosz. Objąć cierpienie i zmienić w radość. Wiesz o mnie wszystko, znasz mnie bardziej niż ja sama. Wiesz to.

Więc jestem tu i teraz, z tobą, i nie ma innych, nie ma innych których kochałam całkiem inną miłością. Ale jesteś ty, ten, który pozwala mi żyć. Pozwala mi płakać i śmiać się jak nikt inny. Rozśmiesza mnie w najmniej spodziewanym momencie. Zaskakuje. Pachnie życiem nawet w obliczu śmierci i innych tęsknot.
Pachnie życiem, gdy w nikim innym nie chce się albo nie można szukać.
Pachnie życiem jak dzikie konie na równinach i kosodrzewina w górach.

Doznajemy jak zawsze wspólnej rozkoszy, mój krzyk nie budzi ptaków, bo tym razem ich tu nie ma. Tym razem śpią gdzie indziej, a może nie żyją, może zima je pokonała.

Zima taka jak w moim sercu?
Zima to odpoczynek.
Zima to preludium zmartwychwstania.
Ptaki powrócą, szczebiocząc.

Doznajemy wspólnej rozkoszy, ubieramy się jak możemy, sięgamy po kolejne piwo. Śmiejemy się jak dzieci. Ja tańczę i nucę, przy tobie się nie wstydzę się śpiewać, nucę dawne piosenki kołysząc się na śniegu który od razu się topi, potem tańcząc.
Ja żyję.
-Kurwa, jak dobrze! - drę się na cały park, a ty się śmiejesz, nie martwisz się policją, mandatami. Pozwalasz mi właśnie żyć, mimo, że kiedyś umrzemy.

Kocham swoich zmarłych, ale nie pozwolę im wyciągnąć po siebie rąk. Jeszcze nie. Zgodnie z przepowiedniami mam czas i mam zamiar go wykorzystać.
Kocham tych, co żyją i martwię się o nich, ale kocham ich i jestem dla nich, jak dla ludzi, ale nieraz potrzebuję i swojego płaczu. Potrzebuję zatopienia się ale i śmiechu. Potrzebuję odejść od zmysłów, żeby nie zwariować jak śpiewała Edyta B.

Kocham tego co jest tu ze mną i patrzy na mnie z zachwytem. Kocham Ciebie.

Ciebie, jedynego,który zna moje łzy, zna mój mrok, mój ból i kocha je tak samo. Tak jak ja kocham twoje, bo i ty je w sobie nosisz, i ty jesteś brudem, jesteś cierpieniem, bólem, lękiem i tęsknota. Ale to nic.. I będę dla ciebie, gdy ty zapłaczesz
Będziemy dla siebie, gdy będziemy znów płakać razem. Będziemy dla siebie, gdy będziemy się śmiać. Bo takie też jest życie. A my idziemy przez nie razem i przyjmujemy to, co daje. Choć nieraz chciałoby się rzucić po prostu wszystko w kąt.
Twoja siła i moja kruchość. Twoja kruchość i moja siła. Przeciwne pierwiastki zlewające się w jedno.

Teraz śpisz jeszcze, ja jak zwykle wcześniej wstaję, zastanawiając się, czy już cię nie obudzić, czy nie zacząć naszego wspólnego dnia, nie uszczknąć z niego jeszcze więcej. Myślę o dniu jutrzejszym, o sobocie, dniu randki na którą się umówiliśmy, bo potrzebujemy nieraz siebie i tylko siebie, z dala od wszystkich, od telefonów, maili i rozmów. Siebie w swoim świecie.

Czasem to pomaga i to wystarcza, choć nie ma uniwersalnych lekarstw. Miłość to nie wszystko, ale to już dużo. 



Nie zasmucaj mnie, nie doprowadzaj do łez
Czasem miłość to nie wszystko 
Droga staje się trudna i kręta i nie wiem, czemu jest
Rozśmieszaj mnie dalej, odpłyńmy razem
Droga jest długa, idźmy nią dalej
Próbując dobrze bawić się w międzyczasie

Chodźmy
Wejdźmy w dziki świat
Pocałuję cię mocno w strugach deszczu
Jesteś szalony jak twoje dziewczyny
Wypowiedz ostatnie słowo, to ostatni raz
Bo ty i i ja urodziliśmy się, by umrzeć. 

  

50 komentarzy:

  1. Każdemu z nas czasem potrzebna jest taka chwila słabości.
    Łzy często pomagają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego sobie na nią pozwoliłam po dłuższym już czasie:) I owszem, już lepiej, łzy pomogły:)

      Usuń
    2. Mi też zawsze pomagają :) Kiedyś dużo płakałam, prawie co wieczór. Całe szczęście, że ten okres już za mną :) Łzy i płacz wtedy pomagały, pozwalały wreszcie uwolnić się od myśli i usnąć.

      Usuń
    3. No na pewno ten okres nie należał do najprzyjemniejszych....ja zawsze wychodziłam z założenia że w "ruchomy cel trudniej trafić", więc jak cokolwiek złego się działo, to robiłam jak najwięcej, żeby się w tym zatracić, tak samo jak po śmierci Kordiana tak od razu, miałam dużo zajęć do ogarnięcia, bo i jego sprawy, obrona mgr i tak dalej...ale w końcu każdego dopada i przepłakuje całe noce. Ale w końcu i to pomaga i jest lepiej:)

      Usuń
    4. Racja: to pomaga i to dobrze, że miałaś dużo rzeczy do zrobienia wtedy. Takie rzeczy uświadamiają, że życie toczy się dalej.

      Usuń
    5. Dokładnie. I też po prostu każdy sobie inaczej radzi z bólem:)

      Usuń
  2. Żadnych emocji nie można w sobie tłumić, czasem po prostu trzeba dać im upust.
    Podobno sen i łzy są najlepszym lekarstwem na wszystko.
    Przytulam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego też jak odpowiednio się uzbierało, to sobie na to pozwoliłam że tak to ujmę:)
      I przytulenie. Zdecydowanie, pomaga przytulenie właśnie!:D Nawet wirtualne:)

      Usuń
  3. Już w trakcie czytania, właściwie to już po tytule postu wiedziałam, jaki utwór zagości pod notką tym razem :)
    W sumie... to nie wiem, co powiedzieć. Płakałam czytając poprzednią notkę (tak, czytałam zaraz po opublikowaniu), teraz tylko mnie szczypią oczy, ale się uśmiecham. Bo w pewnym sensie rozumiem, to całe kruszenie się, które u mnie to trwa w sumie 5 lat niecałe, zbudowane z trzech niespodziewanych śmierci. Może to przez szok trudniej się z tym oswoić, sama nie wiem. Rozumiem tą wrażliwość na zwierzenia innych, zwierzenia o pragnieniach podniesienia ręki na własne życie. Może dlatego, że jedna z tych trzech śmierci wydarzyła się właśnie w taki sposób... chociaż tamta osoba, on mi nigdy nie dał nawet najmniejszej sugestii, bym się czegokolwiek domysliła, za co nadal jestem trochę na niego wkurwiona. Wkurw zmieszany z cholerną tęsknotą - ciekawa mieszanka, ale nikomu nie polecam.
    Jedyna rzecz, której nie rozumiem, to ta więź między Tobą i Twoim Mężem. Ale tylko dlatego tego nie rozumiem, bo nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Dla mnie wciąż jest to niczym historia piękna, ale dziejąca się nie w moim życiu. I cholernie się cieszę, że masz Jego, że nie jesteś w tym wszystkim sama. Że możesz z nim o tym wszystkim porozmawiać, a czasami nawet obejść się bez tych słów. Napewno to coś pięknego - kochać i wiedzieć, że jest się kochanym.
    Trzymaj się, Kochana, mam nadzieję, że te cholernie smutne chwile nawiedzać Cię będą jak najrzadziej, mimo wszystko :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie mogło być innego:)
      Hm...nie wiem czy to dobrze, że płakałaś chociaż...wiem, łzy bywają i dobre:) I tak dochodzę do wniosku...to kruszenie się nie jest łatwe, ale czasem bywa potrzebne. Człowiek uzyskuje nowy kształt, który wcale być może nie jest gorszy. Ba, na pewno nie jest. Jest inny. Tylko cały ten proces i cała tęsknota...są cholernie bolesne. Ale i to musimy przecież przełknąć, no nie?:)
      I też bym była wkurwiona. Ale...nie zawsze można wiedzieć, ba, nie zawsze można się domyślić, choć wielu wmawia np.że zawsze są jakieś sygnały..ale to bzdura. Jak ktoś chce, potrafi bardzo dobrze się ukryć.
      Ja często tęsknie z wielkim wkurwem, także...:)
      No tak, ja mogę o tym mówić, ale to jest nasze, moje i Wojtka i zresztą...każda więź między ludźmi wygląda inaczej, tylko są pewne "typy". I wiem, że ten typ jeszcze przed tobą i ci go życzę po prostu bo...mimo całej samodzielności, niezależności duszy- dobrze się nieraz swoją duszą z kimś tak dzielić:)
      I trzymam się, ja szybko dochodzę do siebie:)

      Usuń
  4. Łzy nie są niczym złym. Po prostu kiedy z czymś sobie nie dajemy rady lepiej to wyrzucić z siebie poprzez łzy, niż np. robić sobie krzywdę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że nie są. Jednak po prostu czasem o tym nadal zapominam, ale..potrafię sobie na nie chociaż pozwolić już:) I wyrzuciłam co miałam i jest lepiej:)

      Usuń
  5. Kochać zmarłych... zauważyłam że często o zmarłych mówi sie o nich lepiej niż jak żyli...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tego nie robię, nie znoszę zasady że o zmarłych mówi się tylko dobrze. Inaczej musiałabym choćby przestać nazywać swojego ojca skurwielem :P

      Usuń
  6. Mam nadzieję, że sobota sprawi, że poczujesz się spokojniejsza... Powtórzę się pewnie, ale ... macie ogromne szczęście, że macie siebie... Gdy piszesz o Waszym związku wydaje się to wręcz magiczne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sprawiła:) Szczęśliwa i spokojna, rzekłabym;) Zresztą, nie mogło być inaczej:)
      I wiem, że mamy szczęście i dlatego staram się to doceniać:) I cóż...miłość to zawsze współdzielona magia, no nie?:)

      Usuń
  7. Też lubię tę piosenkę. Dobrze,że masz kogoś na kogo zawsze możesz liczyć i się wyżalić.I nie płacz już :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno jej nie lubić:) I wiem, dlatego staram się to doceniać i też być dla niego, kiedy to on mnie potrzebuje. I nie płaczę, swoje wypłakałam i mi lepiej:)

      Usuń
  8. Dopada wszystkich po kolei, co? Albo przechodzi z jednej na drugą... Kolejny gwóźdź po prostu. I Wojtkiem nie jestem, ale tulę mocno :* :) Nie będę sypać banałami, bo po co. Trzymaj się, bejb :* Jak coś to wiesz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Przepełza z jednego człowieka na drugiego. Albo mówię, to ta magiczna trójka, zbliża się 3 miesiąc...a to zmienia emocje. A każda przebudowa ma swoje koszty. Wiem, może dziwna teoria ale jednak...
      I właśnie, kolejny gwóźdź. Zabijamy mocno wieko:)
      I wiem, wiem :* Do ciebie akurat bym jeszcze napisała,wyflaczając się totalnie, wiesz? Gdyby nie miał wrócić tak szybko. Serio. I tak, potraktuj to jako komplement. Także, wiem:*

      Usuń
    2. Możliwe, że to też, ten upływający czas właśnie.
      Powoli, ale mocno, nie? :)
      Bez mówienia mi o tym, potraktowałabym to jako komplement :) Ale w takim razie się cieszę, że wiesz, o :) I to nie tylko takie gadanie "tak, wiem, ale mam to w dupie" xD tylko właśnie tak serio.
      Cieszę się, że już lepiej :*

      Usuń
    3. No właśnie, a ja wierzę też w zasadę trójki.
      No dokładnie.
      No i słusznie. Cieszysz się, póki nie przyjdzie dzień, że naprawdę na ciebie moje marudzenie trafi :D Takie.do końca, tylko na ciebie :D Przesrane:D
      No ja też, wyobraź sobie:D

      Usuń
  9. Każdy czasem potrzebuje siasc i sie zresetowac umyslowo i emocjionalnie, łzy przy tym bardzo pomagają.. tulę ciepło.. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie:) Dlatego ja się zresetowałam jako tako płaczem i wyciem:) I jest o wiele lepiej. I dzięki :*

      Usuń
  10. I jakoś nie potrafię skomentować wpisu. Nie wiem czy to dlatego, że jest piątek i jest 21:30, a ja zmęczona, jakbym nie spała od wieków, czy dlatego, że ta notka jest znowu smutna.
    "Przeżywam wspaniałe emocje i zaraz potem spadam" - powiem Ci, że nie tylko Ty tak masz, bo sama dzisiaj spadłam na dno rozpaczy, chociaż teoretycznie powinnam być szczęśliwa. Może ta myśl Cię pocieszy. BTW Teoretycznie i powinnam - te dwa słowa nie współgrają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz...ale to jak w życiu, czasem i notki muszą być smutne. Nie da się inaczej. Ale obstawiam piątkowe zmęczenie:)
      Bo jakby...jak dzieje się coś dobrego, intensywnego do tego, to człowiek się jakby wypalał, czasem mam właśnie takie wrażenie. Jakby skończyło się paliwo i dlatego skrzydła opadają...ale to życiowa sinusoida jak ja to mówię.
      I nie pociesza mnie nigdy myśl, że komuś też jest zjebanie, wiesz.

      Usuń
  11. Trzeba przyjąć to, co jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że tak. Tylko w pierwszym odruchu trudno się z tym pogodzić. Bo nawet jak musisz godzić się ze stratą, nie znaczy, że unikniesz jej bólu.

      Usuń
  12. Ostatnio zasłuchana jestem w Grabaża, co widać u mnie na fejsiku, wiec i tym razem zostawię po sobie ślad: https://www.youtube.com/watch?v=5G0UU7I-2LY

    Upadamy, aby się podnosić i podnosimy się, by upadać... Ach, znów obwinię pogodę, bo wydaje mi się, że gdy trochę słońca by się wkradło, od razu byłoby choć troszeńkę lepiej :) Trzymaj się :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za kawałek:) I w sumie teraz dopiero zwróciłam na to uwagę:) Ale nie mam zwyczaju obsesyjnego zwracania uwagi na fejsa kogokolwiek, więc nie łączę faktów:D

      Dokładnie. Błędne koło, sinusoda życia...od czasu do czasu musi znowu boleć. Bardziej, dogłębniej, być może, by coś dalej mogło iść, zmienić się.
      I u mnie jest sporo słońca właśnie i czuć wiosnę, nie licząc chwilowych przelotnych śnieżyc. Więc może to nie to do końca, tym bardziej, że jutro "budzę drzewa":D Ale może to słońce mi już pomogło:)

      Usuń
  13. Strach zawsze będzie wracać. Będziemy płakać, drżeć i upadać, raz po raz, ale to nie ważne... bo zawsze wstaniemy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Strach, ból wracają i co więcej..są ważne. Kto wie, czy nie ważniejsze niż szczęście, do którego wiecznie dążymy wręcz?

      Usuń
  14. Ja w tym tygodniu też chodziłam jakaś struta.. było mi smutno, było mi źle i momentami sama nie wiedziałam czego chciałam.. i o co mi właściwie chodzi..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zawsze mam wrażenie, że koniec stycznia źle wpływa na ludzi....

      Usuń
  15. Pro po zmarłych... W czwartek spotkałam na swej drodze skrzypka i pomimo rozbawionego towarzystwa, śmiechów i ogólnej radości (bo tożto ostatni egzamin za nami) zamarłam i po raz kolejny uświadomiłam sobie, że GO już nie ma i znów zaczęłam żałować, że nie zdążyłam go poznać, znów ogarnął mnie wielki żal i zaduma - mimo, że przed chwilą się śmiałam.
    Wiesz, ja ostatnio przeczytałam coś takiego "Zostałeś zrodzony by być prawdziwy - nie idealny" . :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo czasem zdarzają się takie momenty, skojarzenia które boleśnie docierają, trafiają jak strzała w samo serce i nieraz tylko na moment, a nieraz zaczynają całą lawinę...
      Ładne słowa:) I wiele w nich jest:)

      Usuń
  16. cóż piszesz o swoim smutku, którego źródła nie znam, lęk, że kiedyś możesz zostać sama? lęk, że każdy kiedyś umrze? to prawda ale taki już nas urok, muszę skomentować końcówkę Twojego tekstu, przyznam się, że to jedna z moich fantazji, ale myślę, też, że wolałbym, żeby jednak tylko fantazją pozostała, za mało szalony jestem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie nie. Smutek pochodzi stąd, że w jakiejś mierze...już zostałam sama. W ciągu 3 lat straciłam dwóch najbliższych mi przyjaciół, w listopadzie zmarł Kordian i...nieraz nie radzę sobie z tym na nowo, to wraca. A przy okazji powiduje i inne lęki. Ale wszytko na szczęście szybko się uspokaja i wraca do normy, takiej, że można iść dalej i cieszyć się tym, co tu i teraz:)
      E tam za mało szalony:)

      Usuń
    2. Ten Kordian to naprawdę musiał być mądry gość, piszesz o nim, zresztą nie tylko Ty jakby to był jakiś mędrzec, ta strata widzę bardzo Cię dotknęła. Oj za mało szalony jestem na takie coś, chociaż w głowie różne sceny już mi się roiły. Nie zdecydowałbym się na takie coś z obawy, że Policja by nas zgarnęła, zobaczyłaby mnie babcia w moherowym berecie dziecko, matka albo, że ktoś by nas nagrał i wrzucił film do neta.

      Usuń
  17. A dla mnie płacz jest przejawem szczerości. Też jest potrzebny, jest ludzki, czyż nie? ;)
    Mam nadzieję, że już czujesz się lepiej! Płacz oczyszcza, będzie lepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mój przyjaciel nawet mówił, że to przejaw siły. I wiem, że jest potrzebny ale..ja nadal się z nim oswajam, mimo wszystko:)
      I owszem, o wiele, wiele lepiej:)

      Usuń
  18. Frida... tulę mocno. Nie potrafię wiele dodać.
    Nie wiem, jaki masz stosunek do niemieckiego, ale Oomph! ma taką jedną piosenkę... https://www.youtube.com/watch?v=cezaTZAjuwI

    Chciałam odnieść się jeszcze do postu o niedzieli. Wszyscy znamy, niezależnie od wyznania, przykazanie: "Pamiętaj, aby dzień święty święcić". Problem w tym, że odczytuje się te słowa jako "idź w niedzielę do kościoła" i nic więcej. A przecież niedziela jest wciąż takim samym dniem jak poniedziałek, środa, sobota, ze swoim wschodem i zachodem słońca. I każdy dzień jest jak niedziela. Kiedy "święcisz" tylko niedzielę, to męczą Cię schaboszczaki i rosołek w drętwej pseudorodzinnej atmosferze. A chodzi o to, by święcić każdy dzień...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I nic więcej nie trzeba, poza tym, już jest dobrze:)
      I uwielbiam niemiecki i ten zespół także znam, także dziękuję za kawałek:)

      Owszem. Poza tym, z tymi niedzielami chodziło mi głównie o ten społeczny fałsz i bezmyślność, który w niedziele tak częśto wylewa się aż wręcz i przelewa jak dla mnie...
      Ale to prawda, każdy dzień jest swojego rodzaju świętem. Ale my niekoniecznie chcemy to widzieć.

      Usuń
    2. To dobrze :)
      Ach, to wzruszona piąteczka, łączmy się, folksdojcze :D

      Ja wiem. Ale ta bezmyślność wynika ze złego podejścia do wiary. Ja niedziel też nienawidziłam, wkurzało mnie wymarłe miasto oprócz wreszcie nawiedzanej głównej ulicy wypełnionej megauśmiechniętymi superrodzinkami, och, ach. A potem zrozumiałam, że trzeba się skupić na sobie (co za egoizm! Ale najlepszy w tej sytuacji) i nikt mnie nie może wsadzić do tego schematu. Jeśli ludzie żyją bezmyślnie, mogą - to ich życie w końcu i możemy nad tym załamywać ręce, ale koniec końców nic nam do tego :) Wyciągamy wnioski i idziemy dalej.
      Oczywiście, bo często ciężko. Ale jakoś tak łatwiej przez to życie brnąć :)

      Usuń
    3. Kocham słowo folksdojcz :D

      Kulturowo, to i owszem. Właśnie no...ja nie neguję religii, ale pewien kulturowy spadek to i owszem. Jasne, że nie każdy go otrzymał, ale wiele ludzi robi co robi.
      I ja się staram, tylko nieraz mnie nachodzi takie marudzenie, które muszę gdzieś wylać i trafiam na bloga z tym :D

      Usuń
  19. Czasami trzeba się wypłakać, Niedźwiedzico! :)
    http://and-for-me.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego sobie na to pozowliłam:)

      Usuń
  20. Chciałam tylko napisać, że mam ochotę Cię przytulić. Ale na szczęście masz Kogoś, kto zrobi to skuteczniej :) :*

    OdpowiedzUsuń