środa, 22 lipca 2015

O tym, że miłość najlepiej ogrzewa, miłość w różnym kształcie, czyli nominacja dobrych myśli

Czekając z niecierpliwością na Redcar, aż wyjdzie z chłodnej kamienicy, siedząc w cieniu rachitycznych drzew na ulicy Dąbrowskiego, grzebałam w telefonie. Rzadko używam w nim internetu, bo chodzi jak chodzi, zacina się jak zacina diabelnie, ale nudziłam się już potwornie. Weszłam na blogi, bo czasem można i z telefonu coś poczytać. Zajrzałam do Asika. Oho, znowu „dobre myśli”. I kolejna nominacja.
I o czym ja mam napisać?- przemknęło mi przez głowę- Przecież o najważniejszym już powiedziałam jakiś czas temu.
Przelotna myśl o tamtych wspomnieniach, o tamtym staniu na dachu w środku nocy, o ślubie, o podróży. I nagle, jak fala, zjawiły się kolejne wspomnienia, kolejne myśli. Okazało się, że mam ich wręcz za dużo, bo przecież kto jak kto, ale ja mam cholernie dobre i barwne życie, chociaż przeplatane złym i niedobrym, jak to nazywaliśmy. Co z tego. Wspomnień aż za dużo, nawet na to, by trzymać się Asikowych reguł ( cóż, nigdy nie byłam dobra w ustalanych odgórnie zasadach). Jedno mi ukradziono i będę musiała się powtarzać, że tak to nazwę, choć mogłabym wybrać inne. Ale to też jest istotne. Także, nie przedłużając, zaczynajmy. Powrót do dawnych i odległych, powrót do bliskich i namacalnych jeszcze całkiem. Powrót do martwych i zwrot ku żywym, każdy z uśmiechem i jeszcze większą po latach miłością. Czułością. Dobrą tęsknotą za tym co było.

Nie będzie więc tu żadnego porządku, żadnej chronologii, żadnej konsekwencji, jak to zwykle u mnie. Będą błyski. Jak to w lipcu, błyski pięknego żywiołu, tym razem żywiołu zwanego życiem.
To będą historie znów, pełne miłości. Różnego rodzaju.

Zacznijmy więc od miłości najpełniejszej i od dosłownego błysku burzy. Lipiec 2012.

Upał doskwiera wszystkim stworzeniom. Moim kwiatom w doniczkach nie pomogła nawet reanimacja zimną wodą. W mieszkaniu na 10 piętrze swojego brzydkiego, po PRL-owskiego bloku siedzimy sami, we dwoje. Siedzimy nago, pijąc zimne piwo i robiąc sobie maraton Władcy Pierścieni po raz setny chyba. Oboje mamy wolne, wiemy, że jest piękna pogoda, ale dopadł nas jakiś marazm. Na 10 piętrze, uwięzieni chwilowo w mieście przez nieistotne a jednak tak ważne niuanse szukamy zajęcia. Szukamy siebie, choć nawet się nie dotykamy, nasze ciała lepią się od potu, są dziwnie wymięte upałem i zniechęceniem. Popijamy więc piwo i patrzymy na kolejne wyczyny Aragorna, zachwycamy się bitwą o Śródziemie po raz kolejny w swoim życiu.
I nagle zrywa się wiatr. Wiatr, który sprawia wrażenie, jakby miał rozłamać nasz blok na pół. Wiatr łamiący gałęzie. Niebo z rozpromienionego słońcem w ciągu paru minut zmienia się w granatowoczarne. Ptaki milkną, a mnie przechodzi dreszcz. Ten cudowny dreszcz wzdłuż kręgosłupa, który każe wstać i podejść do szeroko otwartego okna. Dreszcz który zwiastuje rozkosz, dreszcz który niepokoi, mówi o strachu, tym słodkim strachu, w którym kryje się śmiech wariata.
Rozlega się grzmot. Na niebie majaczy blask błyskawicy, który razi moje oczy. Mój Mąż, jeszcze wtedy nie mąż, podchodzi do mnie, stojącej w oknie na 10 piętrze.
Z granatowych chmur spływa ściana deszczu.
Patrzymy sobie porozumiewawczo w oczy. Nic nie trzeba mówić. To zew, to ta burza, zmiana, wzywa nas, wyrywa z naszego środka pragnienie by biec i się nie zatrzymywać. Biec jak dzikie koty, jak swobodne młode konie.
Szybko narzucamy coś na grzbiet, zapominam majtek, biorę pierwszą lepszą sukienkę, on zakłada pierwsze lepsze spodnie. Wybiegamy z mieszkania, zamykamy drzwi w pośpiechu. Nie czekamy na windę, za długo, za długo! Zbiegamy po schodach, z 10 piętra pokonujemy je tak szybko, jak się da. Wybiegamy na deszcz. Wybiegamy na żywioł, który przenika do szpiku kości, dotyka zakończeń wrażliwych nerwów. Wybiegamy na deszcz, który chłodzi rozpalone ciała, choć sam jest ciepły.
Całujemy się pod blokiem, zapamiętale, jakby świat miał się za chwilę skończyć.
Burza trwa w najlepsze. Co dalej? Nie wrócimy do mieszkania. Nie chcemy. Chcemy biec.
Biegniemy więc w deszczu, trzymając się za ręce. Nie mamy celu. Niech nogi nas poniosą, przed siebie. Tak po prostu.
Deszcz zmoczył nas całkowicie. Sukienka oblepia moje ciało, widać, że nie mam bielizny. To nie szkodzi. Biegniemy przed siebie dalej. Śmiejemy się szaleńczo.
Chcemy łapać pioruny srebrne zygzaki, chcemy ściągać na siebie gromy, chcemy czuć deszcz w swoim krwioobiegu, chcemy oddychać ozonem!
Docieramy do jednego z poznańskich parków. Całujemy się co jakiś czas, dotykamy, łapiemy siebie, jakby wiatr mógł oderwać jedno od drugiego.
Wreszcie, gdy jesteśmy już nad jeziorem, przestaje padać. Nagle, tak samo jak zaczęło. Wychodzi ostre znów słońce, liście i woda której jeszcze nie wchłonęła ziemia zmienia się w parę, zmienia się w błyszczącą mgłę. Widzimy tęczę. Podwójną tęczę.
Z zachwytu oniemiejemy. Znów, nie trzeba nic mówić. Znów, on chwyta moją twarz w dłonie i nasze języki splatają się w tym szaleństwie. Prawie płaczemy ze wzruszenia.
Jesteśmy cały mokrzy, stopy mamy ubłocone. Nasze ciała parują w słońcu, krople zmieniają się w suchość skóry. Krople deszcze zmieniają się w pot.
To już. Po burzy. Po tym wyjątkowym dreszczu.
Odwracamy się na pięcie, chwytamy za ręce i wracamy do domu. Idziemy powoli i spokojnie, już nam się nie spieszy. Oddychamy równo, co jakiś czas patrzymy sobie w oczy. Niewiele mówimy, nie musimy.
Wracamy do domu, jedziemy już tym razem windą. Wchodzimy do mieszkania. Zdejmujemy ubrania, które zdążyły na nas wyschnąć. Kładziemy się na łóżku, dotykamy swoich ciał. Nasz oddech przyspiesza. Przyspiesza w poszukiwaniu kolejnego dreszczu.
To miłość intymna, miłość między dwojgiem ludzi, miłość, której nie rozumie się, póki się jej nie doświadczy. Tak po prostu.

Przejdźmy więc teraz do miłości znalezionej niespodziewanie po upadku i blasku w ciemnych oczach. Styczeń 2015.

Już jakiś czas próbowałyśmy się spotkać. Jedno przełożone spotkanie, teraz kolejne...Rzecz, której się bałam, w środku.
Coś drżało i mimo radosnego wyczekiwania z jednej strony, z drugiej zalewało smutkiem i niepokojem. Coś, co mówiło o tym, że wydarzenia powinny układać się inaczej. Coś, co mówiło o cudzych oczekiwaniach wobec mnie, oczekiwaniach z dwóch stron. Bo przecież ja jestem tą, co pamięta, tą, co była bliżej, tą, co wie. Tą, z której zrobiono posłańca. Jaskrawa myśl, czy tylko posłańcem nie powinnam zostać, którą ścierałam uparcie.
Chciałam przecież poznać. Chciałam dotknąć. Porozmawiać, bo miałam wrażenie, że tu się słowa nie zagubią. Szarpałam się więc trochę w środku, czekając na pociąg na peronie w mojej małej mieścinie. Niepokoiłam się, gdy szłam już w tamtym mieście, ważnym dla nas obu z różnych przyczyn przecież.
I wreszcie dotarłam. W zimnie, które wcale nie było zimnem prawdziwego stycznia, w swoim niepokoju, który w pierwszych minutach rozmowy zaczął topnieć jak śnieg, którego było za mało. Jak śnieg topniejący dopiero w marcu. Jak widać, nie było trzeba więcej czasu. Nie trzeba było wyższego słońca. Nieraz pojawia się iskra, iskra, która przeskakuje między spojrzeniami i już wiesz.
Bałam się tego spotkania, bo bałam się miliona pytań o tego trzeciego, który zmarł w listopadzie. Bałam się swojego płaczu albo muru, jaki stawiałam już między mną a innymi ludźmi, do których on mnie posłał. Bałam się, że będę musiała wyrzec parę drobnych kłamstw na pocieszenie, jak już wcześniej komuś innemu. Nic z tego.
Zimowe popołudnie szybko przeszło w wieczór. Okazało się, że nie musimy wcale mówić o jednym, o jednym człowieku który nas połączył i o zdarzeniu, przez które go nie ma. Okazało się, że między nami o wiele więcej słów i o wiele więcej wspólnego, niż mogłam przypuszczać. Ukłucie pod sercem. Wcale nie złe. Ukłucie pod sercem z powodu tych, co między mężczyzną a kobietą powodują motyle w brzuchu- ukłucie tego rodzaju, które między ludźmi buduje po prostu mosty porozumienia. Dziwne ukłucie, po paru piwach, przy pizzy w tandetnej dość knajpie.
W końcu idziemy na pkp, jedziemy do mnie. Otwieramy wino. Słowa płyną wartko, budują się kolejne mosty. Jeszcze tego do końca nie wiemy, ale budują się korzenie, splatają się, sięgają ku sobie w użyźnionej cudzą krwią glebie. Jedno piwo, drugie, wino. Aż za dużo śmiechu, prawie żadnych łez. Wiem, że nie miałam się czego bać. Teraz już wiem. Wyjątkowy, zimowy dzień, który zapoczątkował wszystko to, co potem. Kolejne zacieśnianie więzi. Kolejne rozmowy, o wszystkim po kolei, o tym co boli ale i o tym, co bawi.
Dzień, w którym nie trzeba było mówić że nie tego się spodziewano, wieczór, podczas którego można było tworzyć jak już dawno z nikim. Noc, podczas której spojrzenie ciemnych oczu ogrzewało, chude nadgarstki i zimne dłonie mogły zostać zamknięte w moich dłoniach, poranek, który obudził jedno ciepłe ciało koło drugiego.
Dzień i noc, które zapoczątkowały zupełnie nową miłość na zgliszczach innej. Miłość, której między sobą nie trzeba nawet nazywać i deklarować, bo po prostu jest i czuje się ją nawet w największych przytykach i marudzeniu podczas palenia kolejnych papierosów na balkonie. Tak po prostu.

Teraz rzecz o miłości współdzielonej po prostu między ludźmi pod blaskiem rozgwieżdżonego nieba i przy blasku ognia płonącego do białego rana. Sierpień 2013.

Długo nie mogliśmy zebrać się w sobie, długo nie mogliśmy się dogadać, kiedy w końcu się spotkać. To było cholernie pracowite i zabiegane lato. Moje dorywcze prace, dziwne godziny dyżurów w pracy Męża i Augiego, kolejne wyjazdy Królika żeby badać co tam rolnicy hodują na swoich polach. Ale w końcu ten weekend, ten dzień. W końcu Augi ma wolną chatę, rodzice wyjechali. Dom położony nad jeziorem, dom przepełniony kotami i jazgotem nie całkiem mądrego psa. Dom, do którego tak blisko do brzegu, by zrobić to wymarzone ognisko.
Nie jedziemy samochodem. W południe wsiadamy w trójkę, Mąż, Królik i ja do pachnącego spalinami autobusu. Jest duszno, jest gorąco. Czuję się, jakbym siedziała w saunie, mdli mnie, gdy jedziemy kolejne kilometry za Poznaniem. To tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Zaczynam marudzić. Mówię, że ta podróż to był zły pomysł. Oni wcale mnie nie słuchają, nie czują się wcale lepiej.
W końcu docieramy i wysiadamy. Augi i jego dziewczyna czekają na nas na przystanku. Nie ma co iść do nich do domu. Nie ma sensu, jezioro czeka przecież. Kupujemy tylko piwo na drogę, zimne, prawie zmrożone, udało nam się dostać ostatnie w małym wiejskim sklepiku.
Trochę odchodzimy do siebie. Opowiadamy sobie anegdoty, dziwne historyjki po drodze, okrążając jezioro, śmiejemy się. Nogi już same nas prowadzą, piwo wypijane na kolejnych przystankach na mostkach trochę szumi w głowie. Boję się po raz pierwszy chyba w życiu, że spalę sobie skórę na ramionach. Ale to nic. Pachnie rozgrzana woda, pachnie igliwie, słychać tylko daleko pojedyncze śmiechy tych, którzy wrzucają się do wody. Rozluźniam się. Jest dobrze. Jestem tu, gdzie powinnam być, mimo swojego marudzenia, mimo fatalnego początku. Jestem tu gdzie powinnam z tymi, z którymi powinnam. Z tymi najbliższymi mi obecnie w życiu i z tymi troszkę tylko dalszymi, ale których uwielbiam. Jest ciepło, jest lato, chce mi się śpiewać. Lekko podpita zaczynam piosenkę, a reszta ją chwyta w przestrzeni. Zwłaszcza te dwa głębokie męskie głosy, ten niższy i trochę wyższy. Śpiewamy Red Hotów, których płyt słuchamy co roku latem. (Których płyt słucham i teraz namiętnie). Bo oni pasują najbardziej do tego klimatu. Drzemy się już, myląc słowa.
Dochodzi wieczór. Wpadamy tylko na chwilę do domu Augusta, jemy szybko obiad zrobiony przez mnie i przez jego dziewczynę. Tańczymy w kuchni popijając piwo, czekając, aż ugotuje się makaron. Zjadamy i pędzimy, bo wieczór czeka, bo obiecany blask ognia ma się przecież odbijać w naszych oczach.
Zbieramy w lesie drewno. Ile przy tym śmiechu, ile zabawy. Ile zabawy, gdy już zapada mrok a głupi Królik chce się zabawić w straszenie i chwyta mnie w lesie za kostkę, po czym obrywa grubą gałęzią przez łeb. Ile zabawy, kolejne piwa, wino otwarte i wylane. Kolejne opowieści, zabawne, słynne hasło „bułki” którego nie zrozumie się, póki nie usłyszy się, jak tą historię opowiada August. Rozmowy o świecie i o niczym ważnym. Śpiew, gdy w końcu Królik uderza w struny gitary. Śpiew, gdy dwóch basistów próbuje swoich sił na klasyku i nawet im to wychodzi. Opowieści z kolejnej podróży, z której wrócił. Nasze sierpniowe wspomnienia, sierpień, miesiąc radości, miłości ale i łez od zeszłego roku.
Przychodzi poranek. Dziewczyna Augusta podsypia mu na kolanach, mi też już kleją się oczy. Jesteśmy pijani, wpatrujemy się ostatkiem sił w gwiazdy, aż w końcu dociera i do nas blady świt. Każe iść do domu, położyć się na chwilę, zamknąć oczy, by uczcić następny wieczór.
Bierzemy szybki prysznic, po kolei, kładziemy się do łóżek. Ja wstaję pierwsza, z lekkim kacem. Schodzę na dół i widzę Królika, w połowie na kanapie, w połowie na ziemi, obłożonego wszystkimi kotami Augusta. Wchodzę do kuchni, sprzątam puszki, przygotowuję nam śniadanie z resztek wczorajszego dnia i myślę o tym, jak cudownie spędzimy ten kolejny dzień. Myślę o tym, choć jeszcze nie wiem, że do końca życia będę się śmiać z komizmu wyprawy chłopaków na rowerach do sklepu i ich kolejnego wypadku ( „No i co z tego że zaplątałem się w łańcuch? Odkażaj!”). Myślę o tym, choć jeszcze nie wiem, że powstaną kolejne historie- legendy opowiadane potem przy kolejnych piwach.
Weekend pełen blasku ognia i porozumienia, prostego, w zabawie i wzruszeniu pod gwiazdami. Weekend sierpniowy, oddający cześć temu, co potrzebne latem najbardziej. Wesoła kompania, wesoła wspólnota. Mrożona kawa, podpalone włosy na rękach i odgazowane piwo na kacu. Zapach jeziora i dymu zostawiony na ubraniu. Wesoła kompania i chwile, które nie wrócą. Chwile, dzięki którym chce się budować inne, kolejne. Przy blasku ognia. Może i jeszcze w tym roku.
To miłość łączona, którą czuje się w sobie i w świecie. Miłość między ludźmi, którzy niekoniecznie mówią sobie jakiekolwiek deklaracje, ale kochają ze sobą być, śmiać się i być razem idiotami. Tak po prostu.

Ostatnia opowieść, o miłości pełnej zrozumiałej tęsknoty, miłości rozumianej przez gwiazdy. Wrzesień 2012.

Siedzimy już we dwójkę, a nie w trójkę nad jeziorem. Popijamy wino. Mimo, że jest słodkie, nie ma takiego smaku. Mimo, że jest ciepło, nam jest zimno. Dominuje cisza, bo o czym mamy mówić? Wino, kobiety, śpiew. To już nie działa. To już nie pomaga. Nic nie pomaga, choć wydaje nam się, że tak wiele już zrobiliśmy. Emocje opadły i dopadły. Zbliża się jesień, czujemy pierwszy chłód, czujemy pierwszy ból odchodzenia. Ten dosłowny, ten dogłębny, co toczy żyły jak robak.
Tęsknimy. Nie pytamy dlaczego, nie pytamy po co. Kto wymyślił taki scenariusz. Wiemy, że nie uzyskamy żadnych odpowiedzi.
To było już miesiąc temu, tyle czasu, a tak mało. Tyle czasu a tak mało, to nie goi ran, ale i nie powoduje już, że czujesz je namacalnie, jakby dopiero rozszarpano ci serce.
Nie mówimy nic, bo nie ma o czym mówić. Gwiazdy spadły, jak w wierszach, jak w opowieściach. Gwiazda spadła i umarła.
Ja też jestem jak martwa. Ja, nikt inny, martwe w środku drzewo.
Siedzimy obok siebie i czuję w pewnym momencie, jak on zaczyna drżeć. Chude ciało drga i to mnie budzi. Wiem, że płacze bezgłośnie, zawsze po winie tak płacze, gdy dzieje się złe i niedobre. Budzę się i nadal nic nie mówię, po prostu go przytulam. Nadal jednak mam w sobie żywe miejsca.
On jednak wyrywa się z moich objęć, wyrywa się, bierze butelkę wina i zaczyna tańczyć. Zaczyna wirować pod niebem, przy jeziorze, aż boję się, że wpadnie do wody.
Emocje opadły, zostały tylko zgniłe, ale on wznieca kurz. Nie pozwala sobie nie czuć. Wskakuje do wody i pociąga mnie za sobą. Woda jest jeszcze ciepła, choć czuć już jesień. Wie, że nie umiem pływać, całe ubranie mam mokre, jestem zła. Ale on wciąga mnie do wody i zaczyna się śmiać. Nigdy nie był normalny, nigdy, zwłaszcza po winie, zwłaszcza, gdy życie znowu daje nam w twarz.
Trzyma mnie w wodzie przez chwilę, szamoczącą się. Jest chudy, ale jest cholernie silny. Ma najmocniejsze dłonie na świecie, dłonie muzyka. Ja szamoczę się, wrzeszczę, parskam...i w końcu płaczę. Płaczemy oboje i czujemy ulgę. Stoimy w wodzie po moje ramiona i łkamy, a woda zmienia się w wodę. Czujemy ulgę i patrzymy w gwiazdy, które zmieniły się od sierpnia, patrzymy w niebo, które już nie płacze blaskiem.
Chwila ciszy, a potem on zaczyna mówić. Właściwie szeptać. Opowiada mi swój sen, sen o wieczności i o spełnieniu. Dobry sen, który uspokaja. Mówi mi o blasku gwiazd, o wierzeniach innych ludów.
Tworzymy inną prawdę. Naszą własną. Tą, która zostanie nawet, gdy jego już nie będzie. Gdy on będzie w gwiazdach.
Patrzymy w gwiazdy, wygrzebujemy się z wody. Nie trzeba już nic mówić. Od dzisiaj niebo zmienia swój kształt. Od dzisiaj to w nim jest zaklęta wieczna miłość i już zawsze będzie. To właśnie miłość, która łączy na wieki. Miłość, która wymaga pamięci i która koi. Miłość która zmienia się w najwyższą czułość. Wtedy i teraz, także tego roku. Tak po prostu.

I to już koniec opowieści, wspomnień. To już koniec mowy o miłości, bo to ona mnie przepełnia.

To już koniec wydobywania wspomnień, choć mogłabym pisać i pisać. To już koniec tych, które może niekoniecznie wydają się wyjątkowe innym, może nawet niekoniecznie z pozoru szczęśliwe dla niektórych. Ale mnie przepełniają właśnie czułością i tym słodkim uczuciem, mi niosą zapach szczęścia, choć wcale nie mdły. Tym, w którym w tętnicach życia miesza się szczęście i łzy, rozkosz i ból. To te, które mają w sobie euforię ale i ulgę po złym i niedobrym. To te, które chcę i wam przekazać. I pokazać tym samym, że we wszystkim, zawsze, najważniejsza jest miłość. Wszędzie się znajdzie. W każdym życiu. I przepełnia je właśnie blaskiem. Tym, którego nie zapominają oczy.


Pozostaje mi tylko przekazać ideę nominacji dalej. Nie będę szaleć. Nominuję po prostu Sówkę, Still Lonely Soul, Anelise, Werę, Introwersję i Czerwoną Filiżankę. Napiszcie po prostu dobre wspomnienia. Chociaż jedno:)
A na koniec niech będą, oczywiście. Red Hoci moi ukochani. 



Nigdy w dobrym miejscu i o dobrym czasie
Profanacja to uśmiech na mojej twarzy
Miłość, którą stworzyłem jest kształtem mojej przestrzeni
Moja twarz. 

wtorek, 21 lipca 2015

O tym że potrzebuję zapachu gorzkich ziół i tętna podziemnie bijących źródeł, czyli o pewnym małym marzeniu i w gruncie rzeczy o miłości

Wonna mięta nad wodą pachniała,
kołysały się kępki sitowia.
Brzask różowiał i woda wiała
wiew sitowie i mięte owiał.

Nie wiedziałem wtedy, że te zioła,
będą w wierszach słowami po latach
i że kwiaty z daleka po imieniu przywołam
zamiast leżeć zwyczajnie nad wodą na kwiatach.

Nie wiedziałem, że będę się tak męczył
słowa szukając dla żywego świata
nie wiedziałem, że gdy się tak nad wodą klęczy
to potem trzeba cierpieć długie lata

Wiedziałem tylko, że w sitowiu
są prężne, długie i wiotkie włókienka
że z nich splotę siatkę leciutką i cienką,
którą nic nie będę łowił.

Boże dobry moich lat chłopięcych
moich jasnych świtów, Boże święty!
Czy już w życiu nie będzie więcej
pachnącej stawem mięty?

Czy to już tak zawsze ze wszystkiego
będę słowa wyrywał w rozpaczy
i sitowia, sitowia zwyczajnego
nigdy już zwyczajnie nie zobaczę?

Ten wiersz Tuwima pojawił się w mojej głowie, gdy wsiadałam do pociągu, wracając wczoraj wieczorem do swojego „domu”. Do Poznania. Był w tym momencie tak bardzo mój.

Na jeden dzień tylko z Mężem pojechaliśmy na moje „bagna”. Do miasteczka, którego nie znoszę. Do mamy, którą kocham. Do lasów, w których odżywam. Do stawów i jezior, w których gubię buty. W których, jak się nieraz okazuje, zgubiłam i duszę. Dorastając tam, zbierając gorzkie zioła. Zbierając pachnącą miętę.

Mogę powiedzieć, że tęsknię za domem. A raczej, tęsknie za lasami, pachnącą zielenią i bieganiem boso po igliwiu. Tęsknię za zbieraniem ziół, wyprawą o wschodzie słońca wśród drzew, wyprawą nocną, gdy można patrzeć w nieskażone łuną miasta niebo i obserwować gwiazdy. Tęsknię za naszą wspólną rozkoszą, moją i Męża na posłaniu z mchów, za świetlikami, które przecież właśnie u mnie zawsze były. Tęsknię za obserwowaniem dzików z tak bliska i dzikimi, niewyleniałymi lisami, które jak w mieście podchodzą do domów wypatrując okazji do upolowania myszy lub królika. Tęsknię za zapachem gorzkich ziół, które już teraz właśnie są w pełni rozkwitu. Redcar nawet była świadkiem mojej pijackiej tęsknoty, gdy w środku miasta, robiąc po prostu siku w krzakach znalazłam jedno z nich. Gdy z zachwytem urwałam gałązkę i prawie płakałam z zachwytu i wzruszenia. Tak, to ten zapach, zapach, który dosłownie wręcz chciałam wetrzeć w swoją skórę. Ten, który w mieście tak szybko uleciał.
Tęsknię za zapachem wody, ropuchami na progu, choćby i one miały zwiastować śmierć.

Potrzebuję tego, potrzebuję pachnącej mięty, potrzebuję wyprawy do prawdziwego lasu, gdzie patrzy się w oczy dzikim zwierzętom i człowiek czuje się jednym z nich. Bo takim zwierzęciem jest.

Tkwi we mnie dzika kobieta, dzikie zwierzę, które musi widzieć w pełni świecące gwiazdy i zwierzę, które w zachwycie słucha o świcie śpiewu innych. Zwierzę, które w mieście usypia, które w mieście jest jak w klatce, o czym już nieraz mówiłam. Zwierzę, które boi się, że zapomni, jak pachnie mięta. I tylko na starość w odorze spalin będzie z trudem z pamięci wyrywać smak naleśników z akacją, zapach zbieranego w sierpniu krwawnika i suszonej nadwodnej mięty, która przecież zimą jest tak potrzebna. Jestem dzikim zwierzęciem, zawsze byłam. A od jakiegoś czasu o tym zapominam i tylko gdy wyjeżdżamy, na moje bagna lub w góry, gdy zdobywamy najdziksze szczyty przypominam sobie o tym i przepełnia mnie niesamowita energia. Energia, która zamiera kąpana tylko wodą wodociągową i siarkowym deszczem. Energia, która karmi się żyłami wodnymi i musi karmić się śledzeniem ruchów nocnych zwierząt.

Ten jeden dzień, w którym pojechaliśmy do mojego domu, dał mi więcej energii po wszystkich obecnych stresach niż każdy wypad ze znajomymi nad Wartę czy spacer po parku. Jak to śmieje się mój Mąż, jestem jego rusałką, jego nimfą, którą wyrwał z bagien. Jestem dziwnym stworzeniem, którego skóra zawsze pięknie pachnie, gdy położy się na igliwiu albo na polu ze świeżo ściętym sianem. Kiedyś byłam dzika i ta dzikość zawsze będzie we mnie tkwić. Ta, która nie przejmuje się żadnym konwenansem i przyciąga bezpańskie koty. Ta, która kazała rozmawiać z ropuchami, ta, która każe czcić drzewa. Bo przecież to lasy są moją świątynią, to do nieba i drzew się modlę i opowiadam im rozliczne historie. A one szepczą mi. Kiedyś słuchałam ich co dzień. Dziś, muszę nieraz się wsłuchać wytężyć swój słuch, wytężyć wzrok, by zobaczyć niedostrzegalne.

Pamiętam, przecież to ja uczyłam tylu „mieszczuchów” jak słuchać. Swojego Męża, nigdy nie zapomnę jego zdziwienia, gdy zgubiliśmy się w lesie i byliśmy głodni, a ja pokazywałam mu, którymi ziołami napełnić brzuch. Pokazywałam najpłochliwsze ptaki i uczyłam, co najlepiej rośnie w której ziemi, chociaż to przecież on powinien być ekspertem. Nie zapomnę zdziwienia Królika, gdy nakrzyczałam na niego mówiąc, że pewne miejsca w lasach są święte i ma zdjąć buty. Są święte dla korzeni tkwiących w ziemi. Gdy mówiłam mu jak ma rozmawiać z siostrami ropuchami i nigdy nie podchodzić do jelenia, gdy zrzuca poroże. Gdy uczyłam nawet własną siostrę, bo ona, choć wychowana w tym samym miejscu, nigdy nie czuła aż takiego pędu, zewu natury i nie uciekała o 5 rano do lasu, żeby zobaczyć ptasie gody.
Kiedyś to ja uczyłam innych, tak wsiąknięta własnymi żyłam i tętnicami w obieg wody pod ziemią. Teraz ja sama nieraz się gubię, odcięta przez większość czasu od prawdziwej zieleni, a nie miejskiej imitacji. Teraz ja zamieram. Widzę to po swojej duszy, a co gorsza, widzę to po ciele, które kiedyś, pełne energii biegało po lasach, dziś ledwo spaceruje szukając dawnych stóp i nóg, śladów sarniej swobody. Potrzebuję czasu by to odzyskać. Potrzebuję też swojej ziemi.
Nie chodzi bowiem o powrót. Chodzi o zieleń i bliskość bogów, tak naprawdę, o nich, bo przecież i oni zamierają w betonowej dżungli. Budynki, budynki choć piękne, to szare. W nich tętni inne życie, niezgodne z moim sercem, które przywykło do szumu strumienia i zapachu mięty nad wodą. Serce, które kazało stopom brodzić w bagnie nieraz.

Rozmawiałam o tym z Mężem podczas naszego porannego spaceru po lesie. On także potrzebuje tej dzikości. Potrzebuje zieleni i szumu strumieni, on potrzebuje też gór, medytacji na szczytach i wysiłku, by wznieść się ponad chmury, tak jak najdosłowniej człowiek może. Aż boli mnie fizycznie, gdy widzę ból jego świadomości, że w tym roku żadnego szczytu nie będzie, bo nie przeskoczymy pewnych rzeczy. Ale w tym roku nie przeskoczymy pewnych rzeczy...ale mamy wspólne marzenie, które chcemy ziścić. Swoją wspólną drogę, drogę powrotu. Powrotu do pachnącej nad stawem mięty i sitowia na wyciągnięcie ręki.

Być może jesteśmy dziećmi cywilizacji. Korzystamy z prądu i mamy ciepłą bieżącą wodę. Karmimy się mądrościami filozofów i oglądamy głupoty w internecie. Ale nie chcemy płacić za to wielkiej ceny, tak wielkiej, jak większość ludzi. Bo cywilizacja jako taka, choć ułatwia nam życie, sprawia, że nasze ciała żyją dłużej...sprawia, że zanika nam dusza. Zielona dusza o dzikich oczach kota. My nie chcemy jej stracić, za nic. To nas wspaniale łączy, to sprawia, że w drodze stajemy się jednym jeszcze bardziej, niż kiedy stajemy się jednym ciałem w sypialni świątyni drzew. Wiecie, tam najbardziej i najprawdziwiej czuć rozkosz. Ale może nie powinnam o tym.

Jesteśmy dziećmi cywilizacji i płacimy za to ogromną cenę. Mam wrażenie, że kobiety jeszcze większą niż mężczyźni, bo to nasze dusze i nasze ciała przywykły do słuchania naturalnego rytmu, który w labiryncie betonu jest zagłuszony. To my tracimy swoją duszę, płodną i żywą, tracimy blask oczu wpatrujących się w księżyc. To my, piastunki opowieści i dawne wiedźmy, tracimy najwięcej. A wraz z nami tracą mężczyźni. Wszyscy razem gubimy się w hałasie i nie pamiętamy ciszy, która ma w sobie tylko szum gałęzi na wietrze i dźwięk opadających na suchą ziemię kropel. Stajemy się nienasyconą ziemią, schnącą, jałową. Ziemią, na której nic nie może urosnąć. I tylko od czasu do czasu wyrywamy się, mówimy, jak było pięknie i wracamy. Wracamy przed ekrany komputerów, nawet nie wiedząc, co widzieliśmy.
Często nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, co tracimy. Jak wielki brak odczuwamy. A nasza dusza usycha, a wraz z nią dawni bogowie pełni zieleni uśmiechu i niebezpieczeństwa ostrych kłów. Dawni bogowie, którzy kiedyś tak bardzo tkwili w nas. Często nie wiemy, co w nas obumiera.
Czasem mam wrażenie, że pokolenie wiecznej depresji, tak wiele bólu i tak wiele smutku bierze się właśnie stąd. Człowiek został oderwany od własnych korzeni, wyrwał się sam betonem i spalinami boleśnie z ziemi a teraz schnie, porzucony, sam przez siebie porzucony, schnie jak zioło wyrwane z korzeniami, ale nikomu niepotrzebne. Spalane słońcem tak, że nie przyda się na żaden lek ( tak tak, ziół nie suszy się na słońcu, kolejny banał, którego kiedyś uczyłam). Czasem mam wrażenie, że to właśnie ta cena, za coś, co nazywamy „postępem”. Głos, którego zew boli,a którego nie potrafimy zrozumieć. Głos, który słabo, cicho podszeptuje naszemu sercu ten wielki brak. Brak, który przecież tak łatwo zaspokoić. Tak łatwo zbratać się ze starymi bogami w naszym sercu ( jeśli ktoś nie zrozumiał, bogowie to tym razem swoista metafora, nie dosłowność).
Choć...może wcale nie jest tak łatwo, bo świat ma takie oblicze, jakie ma. Świat to beton i postęp. Świat to ścinane duchy drzew. Świat łaknie może i nawet zrównoważonego rozwoju, posadzi drzewko w mieście. A ja chcę więcej. Ja znałam więcej i więcej potrzebuję. Ja chcę swojej ziemi. Jestem kobietą, która musi sadzić i ścinać. Jestem tą, która musi chodzić boso.

Ja nie chcę tak żyć, usychając. Nie chcę namiastek

.Ja chcę mieć swój kawałek ziemi. Ja chcę czuć zapach mięty, dosłownie, zamiast słowa i wspomnienia tylko wyrywać w rozpaczy. Ja chcę mieć duszę, o którą stale walczę. Chcę, by osiągnęła spokój pośród drzew i pól. Pośród zapachu gorzkich, sierpniowych ziół z których najlepiej robi się maść na bolące stawy, maść na zwierzęcym łoju. Chcę obserwować narodziny młodych myszołowów i wędrować. Chcę mieć swój kawałek ziemi, której nie pokrywa asfalt i okno, z którego widać drzewa. Może i górskie szczyty. Co więcej właśnie, chcemy tego oboje.

Miasto było dla nas dobre przez parę lat. Przez parę lat, w ciągu których się dojrzewa, przez parę lat, w ciągu których się szaleje, poznaje ludzi. Ale dorośliśmy oboje. I coraz bardziej odczuwamy brak, coraz bardziej odczuwamy ten głos, zew, którego ja słuchałam zawsze, a którego i on przy mnie nauczył się słuchać, wędrując po lesie i kochając się ze mną przy blasku świetlików i skrzeku żab. Coraz bardziej odczuwamy potrzebę powrotu. Do miejsca, z którego pochodzimy i gdzie przynależymy. A raczej nie powrotu. A stworzenia takiego miejsca.

Mamy więc swój plan, o którym rozmawialiśmy tyle razy i o którym mówiliśmy teraz, wracając pociągiem do betonowej dżungli swojego miasta, swojego miasta które cenię, ale w którym nie widać gwiazd.
Mamy swój plan, który nie ma sztywnych ram.
Przez parę jeszcze lat stajemy na nogi. Zbieramy środki, bo przecież to też jest potrzebne w tym świecie. Nie tylko marzenie. Przez parę lat jeszcze tylko wyrywamy się góry, na tydzień, dwa, wędrujemy, czasem siedzimy nad jeziorem, a ja okazyjnie zbieram zioła. Przez parę lat, tyle starczy. Tyle oboje wytrzymamy. Mamy już plan mniej więcej opracowany, na te parę lat, na to, żeby potem przetrwać, choć jak mówiłam, nie ma on sztywnych ram, bynajmniej.

Parę lat, bo są konieczne jeszcze. A potem budujemy dom. Nie mamy wymyślonego konkretnego miejsca, kraju nawet. Gdzieś na świecie, tam, gdzie jest zielono i pachnie igliwiem. Tam, gdzie można wyruszyć w góry, albo nad jezioro. Budujemy swój dom, z drewna, bo taki wbrew pozorom jest najtańszy. Nie musi przetrwać wieków, bo nie będziemy przecież mieć dzieci. Nie budujemy nic dla przyszłych pokoleń. Jeśli o nie idzie, modlę się tylko, by starczyło dla nich lasów. By nie zgubiły się jeszcze bardziej, niż my, w szumie i cybernetycznej miłości.

Ja mam swój kawałek ziemi. Mamy swoją pracę, którą lubimy. Może swój interes bo i na to właśnie nasz luźny plan jest. Na razie szukamy rozwiązań, nie mamy żadnego scenariusza tylko jego zarys, który, jak sądzimy się uda. I nie nie zdradzę szczegółów.

Ale mamy swój dom ,a ja mam swój kawałek ziemi. Ziemi, w której sadzę niektóre rośliny, te, co leczą małe dzieci z kolki i dorosłym leczą ból zębów. Szałwia, może i szałwia bogów, która nieraz pozwoli jeszcze bardziej, w medytacji się z nimi skontaktować. Mam swój kawałek ziemi, a do lasu wcale nie jest daleko. Do lasu i do pól, na którym inni ludzie uprawiają wysokie po pas zboże.
Mamy gromadę kotów i swojego psa, wilka, który wędruje z nami co roku w góry. Półdzikiego psa, którego rozumiemy, bo sami jesteśmy półdzicy. W środku, zawsze półdzicy, jak dawni, jak nasi przodkowie. Jak wszystkie wiedźmy i szeptuchy w mojej duszy, jak wszyscy wojownicy w jego.
Mamy swój kawałek ziemi i leśne świątynie. Może nieopodal górskie szczyty, w które wybieramy się, gdy tylko mamy chwilę czasu, gdy tylko odpoczywamy od pracy. Czasem wędrujemy po świecie, ale nie do innych miast. A do innych dzikich miejsc, w których składamy pokłon dawnym bogom.

Niedaleko gdzieś musi być woda, bo tej potrzebują przecież Rusałki.
I tyle starczy. Widok gwiazd i prawdziwych zachodów słońca, których nie zasłania tak wiele budynków. Zapach mięty. Wyrwanie się z miasta i pozwolenie dżungli oddychać. Nic więcej, nic mniej. On, ja, pies i koty. Las i zieleń. Zbierane jak przed laty przez cały rok zioła i grzyby jesienią.. Gorzki zapach krwawnika i modlitwy w każde ze świąt, modlitwy, dla których miejsca z takim trudem trzeba szukać w mieście.
Wieść i pędzone drogą krowy, domy na skraju lasu. Są jeszcze takie miejsca. Te, w których dusza oddycha i mleko jest prawdziwe. A smaki nie są tekturowe. Tak. Tego nam potrzeba. Do tego dążymy.
Nasz własny kawałek ziemi, prawdziwej ziemi, nie zalanej betonem.


Czasem tylko martwimy się, co zrobimy z tym, że po piwo byłoby daleko. Czasem tylko żartujemy, że musimy nauczyć się go robić od jednego ze znajomych. I wszystko będzie dopięte na ostatni guzik. Czasem tylko mamy nadzieję, odwiedzać nas będą pewne osoby.Znajomi. Ludzie, bo i o nich w życiu chodzi, ludzi kochamy. Mamy nadzieję, że będą wpadać.  I nawet pewnie zostawać na dłużej. Bo gdzie, jeśli nie tam, gdzie słychać dawne szepty, które grają w każdej ludzkiej duszy? A ja już się o to postaram, by słychać je było! I gdzie, jeśli nie tam, gdzie czuć miłość? Bo ta zawsze będzie. Wierzę w to już, już nie mam wątpliwości. Nawet, jeśli kiedyś wszystko obróci się w pył i przeminie. 
A raczej, nie zmieni się w pył. A zieleń, która będzie miłosne echo powtarzać. Tak, to ładna myśl. 



Na zewnątrz w ogrodzie, tam, gdzie zasialiśmy nasiona
Jest drzewo, tak stare jak ja
Gałęzie były uszyte z zieleni
Z ziemi powstały i przeminęły
Po spękanej korze wspiąłem się na szczyt
Wspiąłem się na szczyt, by ujrzeć świat
Kiedy wokół mnie zerwał się wiatr
Aby mnie zdmuchnąć w dół
Chwyciłem się tak mocno, jak ty mnie
Bo zbudowałem dom
Dla ciebie
Dla mnie

niedziela, 19 lipca 2015

O tym, że możesz iść ze mną na piwo.

Chodź ze mną na piwo.
Tak po prostu, wyjdźmy stąd i chodźmy na piwo. Wiem, że tak naprawdę się nie znamy, mijamy się, a być może niedługo miniemy się całkowicie. Wiem, że nie mam znaczenia w twoim życiu, ty nie masz w moim. Nie ma więc się czego bać. Chodź ze mną na piwo.

To taki piękny wieczór. Po upalnym dniu wreszcie łapiemy trochę oddechu. Przydałoby się zimne piwo. Wiem, że je lubisz, tak samo jak ja. Możemy więc iść nad rzekę, usiąść przy innych ludziach, którzy przyszli tu w różnym celu. Czasem po prostu porozmawiać, czasem wypocząć, pośmiać się. Niektórzy może przyszli nawet się zakochać, a niektórzy nie mogli znieść dusznych ścian własnego pokoju, gdy zachodzi purpurowiejąc na horyzoncie słońce. Przyszli na piwo, przyszli tak po prostu. Więc i ty, chodź ze mną na piwo.

Rany, co za dobry dzień na spacer
Chciałbym trochę lepiej cię poznać kochanie
Bóg wie, że naprawdę się starałem- Wet Sand, RHCP

To żadne wyznanie, żadne zobowiązanie. Ja mam swoje życie, ty masz swoje. Żyjemy na archipelagach jak w jednym z wierszy, które ktoś kochał i nie szkodzi, bo woda, bo słowa mogą nieraz więcej, niż się zdaje. Żyjemy na archipelagach, każde z nas na swoim. Na odrębnych wyspach, które mijają się w oceanach zdarzeń. To nie ma więc żadnego znaczenia, czy usiądziemy razem na brzegu. Nie ma znaczenia, czy będziemy milczeć, czy będziemy rozmawiać. Nie ma czego się bać, to nie zmieni naszego życia, wód w których pływamy, nie zmieni w jedną ani dobrą stronę. To nie ma dobrego ani złego oblicza. To nie jest ważne, nie jest też obojętne. Gdy zderzymy się ze sobą bliżej, świat wcale się nie zapadnie. Wręcz przeciwnie, być może zacznie wirować odrobinę szybciej od zdarzeń, ale nie na tyle, by zaczęło kręcić nam się w głowie. To akurat niemożliwe. Więc chodź ze mną na piwo.

Moja słoneczna strona powstała i zmarła
Założę się, że kiedy się zderzymy, wszechświat całkiem się zapadnie.

Spotkajmy się tak po prostu, nawet to może nie będzie zderzenie, spotkajmy się, jak ludzie, mijający się na ulicy, teraz, przez chwilę, podążający w tym samym kierunku. Co masz lepszego do roboty tej nocy? Własną samotność, inne spotkania? Możesz spotkać się ze mną. Pierwszy, może i ostatni raz. Wiesz, że nie jetem mądra, choć nie jestem też głupia. Wiesz, że mam wielką wiedzę w wielu sprawach, wiesz, ze zachowuję się nieraz jak idiotka. Jestem tak samo człowiekiem, z krwi i kości, człowiekiem z wiecznie przyklejonym uśmiechem i entuzjazmem w głosie. Człowiekiem biegającym boso, człowiekiem ze swoimi sekretami i bólami, ze swoimi radościami. Takim samym człowiekiem, jak i ty. Człowiekiem, który widzi barwne pióra tam, gdzie ty ich nie dostrzegasz, człowiekiem, który nie widzi skarbu tam, gdzie szukają go twoje oczy. Jesteś człowiekiem, ten zawsze ma w sobie coś wyjątkowego, kolibry zaplątane we włosy, których nawet nie dostrzega. Może pozwolisz mi to zobaczyć, odkryć, choć, ja już wiem, że jesteś wyjątkowy. Może jednak się rozczaruję, może z bliska kolibry wydadzą mi się tandetną imitacją. Może po prostu przyjdzie szarość kolejnego spotkania. Ale to nie szkodzi. Tak po prostu, chodź ze mną na piwo.

Zauważyłem cię tam, nieświadomą kolibrów zaplątanych w twoje włosy
Elementarny syn, a jednak taki...

Chodź ze mną nad rzekę, możemy rozmawiać albo milczeć. Choć już pewnie wiesz, że trudni sprawić, bym milczała. Wiesz, jak wielką gadułą jestem. Mówię za dużo, zwłaszcza, gdy trochę się krępuje. Bo może tego nie widzisz, ale czasem przenika mnie pewna nieśmiałość. Walczę z nią gadulstwem, pewną butą, którą niektórzy biorą za głupotę. Walczę z nią, pokrywam maskami, to mój stały repertuar. Dlatego najczęściej musiałam coś palnąć, dlatego najczęściej, zanim mnie poznasz, nie powiem nic mądrego, nic wartościowego. Dlatego możesz uważać mnie za kretynkę, dlatego ja stale uważam, że mnie za taką weźmiesz. Jestem taka pewna siebie, a jednak, bywam tak zawstydzona samą sobą, póki się na dobre nie oswoję. Czasem więc i milczę. Więc oswój mnie, przy zimnej butelce się otwieram jeszcze bardziej. No chodź ze mną na piwo.

Moja pozorna buta ustąpi przy pierwszych łykach, gdy po chwili ciszy, przy pierwszym piwie zacznę opowiadać ci o głupotach, jednak już bardziej stonowanych. Moja głupota ustąpi, gdy być może, zacznę cię słuchać. Ty zawsze mało mówisz, prawda? Dlatego nieraz mnie krępujesz. Zawsze, zawsze trochę jakby krępują mnie ludzie, którzy mówią mniej ode mnie. Przez to ja mówię jeszcze więcej. To dziwne, wiem. Ale mam wrażenie, że to ja muszę przejąć pałeczkę i oswoić słowa. Czasem mi to wychodzi. Czasem wręcz przeciwnie. Przy piwie trochę się uspokajam. Albo gdy zostajemy sam na sam. Mówię nadal wiele, ale prowokuję do tego, byś i ty zaczął, drugi człowieku. Więc chodź ze mną na piwo. Może wreszcie naprawdę porozmawiamy?

Więc mówmy. Nie martw się, nie będę cię pytać, dlaczego mieszkasz z rodzicami, dlaczego nie masz dziewczyny albo dlaczego nie kochasz swojego chłopaka, a nadal z nim jesteś. Nie martw się, nie zapytam od razu o to, co skrywane głęboko. O to, kto pierwszy pobił cię w dzieciństwie i kiedy zrozumiałeś, że jesteś śmiertelny. Nie będę grzebać w twoich trzewiach, będę uważać na swoje ostre pazury, nie martw się o to. Wiem, że to może przyjdzie z czasem, wiem, że to w ogóle nie musi przyjść. Wiem, że możemy się rozstać i bez tego. Wiem, że i bez tego możemy będąc ze sobą pić po prostu piwo. Zresztą, nie jest ważne dla mnie, ile masz lat, ile masz wzrostu i ile ważysz. Wszelkie etykietki, wszelkie hasła i zakładki w szufladach to i tak nie ty, tak naprawdę. To mnie nie interesuje, to, być może nawet mnie nieraz nudzi. Widzisz, nie chcę rozmawiać o banałach, ale nie będę też uparcie wpływać na twoje głębokie wody, póki sam nie będziesz chciał. Nie ma się czego obawiać, nie spróbuję wziąć twojego serca w dłonie i nie będę mu się przyglądać z chirurgiczną precyzją. Nie o to w tym wszystkim chodzi. Więc po prostu, chodź ze mną na piwo.

Usiądziemy nad rzeką.

Rany, co za dobry dzień, żeby to wszystko zniszczyć
Chciałbym powiedzieć, że ta zmiana wyszła nam na lepsze.

Pierwsze piwo. Będziemy mówić niezobowiązująco o książkach i muzyce, będziemy wymieniać opinie, dzielić się zachwytem albo odrazą. Opowiem ci dlaczego zakochałam się w Gaimanie i dlaczego boję się popkulturowej papki. Może pomówimy o anime, powiem ci, dlaczego Elfen Lied ściska mnie za serce. Poznam twój ulubiony film, twoją ukochaną powieść. Dowiem się, dlaczego ta, a nie inna. Może zahaczymy o wspomnienia w muzyce. Wyznamy sobie, który koncert w życiu najbardziej przeżywaliśmy, albo który jeszcze chcemy przeżyć. Nie powiem być może o tym, dlaczego przy tym jednym właśnie, konkretnym kawałku łzy cisną się do oczu. Nie szkodzi. Jeszcze nie pora. Może ta nie nastanie nigdy. I też nie ma w tym nic złego.

Drugie piwo. Już lekko od wpływem, ale ciągle trzeźwi być może pójdziemy dalej. Powiem ci o tym, dlaczego pokochałam Fromma i dlaczego socjologia ma takie znaczenie. Być może porozmawiamy o genach albo o poezji, jeśli ją lubisz. Możesz mi zacytować swój ulubiony wiersz, zapalę papierosa, jeśli za bardzo się wzruszę i dalej nie będę chciała płakać. Nadal nie będę chciała zdjąć maski tej twardej i głupawej dziewczyny, którą znasz. Będziemy teoretyzować i zachwycać się tym, co nienamacalne. Powiem ci, co znaczy ewolucja w moim świecie. Zacznę filozofować, jeśli ci to nie przeszkadza. Powiem ci moje najgłupsze teorie, z których pozwolę ci się śmiać.

Trzecie piwo. Być może, wtedy powiem ci, w co wierzę, dlaczego w ten a nie inny sposób. Opowiem ci o gwiaździstym niebie, choć, jeszcze nie oswojona na tyle, by mówić o znaczeniu spadających gwiazd. Być może, zaczniemy je wypatrywać, choć mamy dopiero lipiec. Pierwsze już się zjawiają, ale kiepsko widać je na tym oświetlonym łuną miasta niebie. Być może, powiem ci o tęsknocie za dzikością i miłości do natury. O moich związkach z magią i dlaczego jestem wiedźmą. Może to wyśmiejesz. Może zrobisz wielkie oczy. Może sam wreszcie opowiesz mi, co gości w twoim sercu i jak podróżuje twoja dusza. Wiesz, chciałabym to wiedzieć, to akurat chciałabym wiedzieć, ale nie będę naciskać. Chciałabym poznać to, co najważniejsze dla ducha. Interesuje mnie ludzka dusza, wiesz?

Przemyślałem to i znalazłem w sobie odwagę
Czuję motywację wynikającą z braku wątpliwości
Jestem konsekrowany, ale nie pobożny

Czwarte piwo. Pijani, rozmawiamy dalej. Jestem już strasznie głośna, jeszcze bardziej krzyczę niż zwykle, głuchnę na oboje uszu. Przechodzimy płynnie z religii do tego, o czym kocham mówić. Mówię ci o czarnych dziurach i o tym, że materia nie istnieje. Wyśmiewasz mnie albo dzielisz moją fascynację. Stajesz w opozycji. Nie kręcą cię moje teorie, albo wręcz przeciwnie, pochłaniają aż za bardzo. Ty dzielisz się swoimi. Tym razem nie mówimy o człowieku, tym razem płaczemy nad wszechświatem. Stajemy się małymi dziećmi, wciąż stojąc pod nagim niebem. Może pojawia się myśl, że sami stajemy się zbyt bardzo obnażeni. Ale to nic. Tak powinno być.

Jestem na krawędzi, wystarczy jedna dawka
Podróżuję od wybrzeża do wybrzeża
Moja teoria nie jest idealna, ale jestem blisko

Piąte piwo. Już jestem bardzo pijana, ty także. Może lekko plączą się nam języki, ale to nie szkodzi. Znów, nic nie szkodzi. Może już puszczają nam hamulce i bariery. Być może, zaczniemy mówić o tym, o czym na początku nie potrafiliśmy. Serce boli, kiedy się je otwiera, ale to dobry ból. Alkohol go tłumi. Być może, poznamy się wtedy naprawdę. Zrozumiemy, jakimi ludźmi jesteśmy.

Kiedy tylko się dzielę, natychmiast zaczyna boleć mnie serce
Niech ktoś się otworzy i to objawi

Szóste piwo. Być może już nie bardzo wiemy, o czym mówimy. Bełkoczemy, myśląc, że właśnie odgadnęliśmy wszystkie rebusy, jakie dawał nam świat. Być może już powoli zasypiam, jak mam w zwyczaju, gdy za dużo wypiję. Ty nawet pewnie tego nie dostrzegasz.
Może mnie odprowadzasz do domu, a może wracam tam sama. Może wchodzisz na górę i pozwalasz mi spać, nic więcej.
Tak jest dobrze. Zmęczyłam się. Lepiłam dzisiaj w mokrym piasku.


Jedno piwo, kilka piw. Widzisz, nie ma się czego bać. Nie rzucę się na ciebie z ustami ani z pięściami. Nie będę szarpać twojego serca i twoich sekretów. Chcę po prostu usiąść nad rzeką i być może, bardziej cię poznać. Zawsze możemy pójść w swoją stronę, już po wszystkim, jak ci, co nigdy nie mieli zostać kochankami, choć tak bardzo chcieli. Być może, jeśli pójdziesz na piwo z kimś innym, tak będzie. Nie rozstaniesz się. Nigdy nie wiesz, co się stanie. Nigdy nie znasz konsekwencji. A te nieraz warto ponosić. Konsekwencje bywają też piękne, zwłaszcza te dotyczące drugiego człowieka. Piękne bywają zderzenia jednego wszechświata z drugim. Poszerzanie horyzontu myśli, poznawanie, wymiana myśli. Piękne jak gwiazdy w oddali, ale bardziej namacalne. Wszystkie nieprzespane noce spędzone nad rzeką, wszystkie rozmowy do białego rana. Nawet nieuporządkowany bełkot, o którym się potem zapomina.
Jest piękny czas. Jest lato. Pachnie już gorzkimi ziołami i grillem zewsząd. Pachnie skóra od słońca i zmatowiała trawa. Jest pięknie. Nic więc nie szkodzi po prostu się zderzać.
Chodź po prostu na piwo.
Usiądź nieraz nad rzeką z kimś jeszcze obcym, kimś, kto może stać ci się bliski albo zupełnie, jeszcze bardziej daleki. Usiądź nad rzeką, ze mną bądź z kimkolwiek chcesz, znajdź ten właściwy moment, zaspokój swoje pragnienie zimnym piwem, zaspokój swoje pragnienie po prostu rozmowy z drugim człowiekiem. Otwórz się.

Formuj w mokrym piasku zdarzeń. Formuj w mokrym piasku zderzeń z drugim człowiekiem.
Nie formujesz w mokrym piasku. A ja tak.


Więc chodź ze mną na piwo.


Ten niby-list nie ma tak naprawdę konkretnego adresata, choć, ma go trochę w mojej głowie. Ten luźny tekst mówi o wszystkich, choć trochę o jednym. A za inspirację pewną dziękuję Sówce:)

poniedziałek, 13 lipca 2015

O wychodzeniu z klatki i swobodnym locie słów kilka.

Po ciężkim tygodniu, pełnym skrajnych emocji, pełnym złych i niedobrych ale i wspaniałych uniesień, gdy zmazały się już z twarzy ślady łez, przyszedł w końcu wolny dzień.
Po upałach przyszedł w końcu deszcz przemieszany ze słońcem, zmył kurz z ulic, zmieniając się w żółty strumień, niosący pyłki lip ulicami Poznania. Po straszliwym upale nadszedł prawdziwy monsun podczas jednej z nocy, nocy cudownej po ciężkich rozmowach, kolejnych i kolejnych.

Ten tydzień przyniósł wspomnienia. Cudzy wiersz, który sprawił, że w oczach stanęły łzy. Przypadkowo znalezione japońskie święto ulubionej gwiazdy tego, którego miłość z oddali sama jest jak światło gwiazdy już. Dociera, ale nie można go dotknąć. Żeby dotknąć, samemu trzeba spłonąć. Jeden film, który przywołał wspomnienia sprzed lat, z czasu spędzanego w barze, kiedy to pewna piosenka była zawsze gwoździem wieczoru, co opowiadaliśmy ze śmiechem Redcar. Inny włączony film, który chciałam obejrzeć od dawna, ale nie mogłam bo stale coś przeszkadzało. W końcu seans rozpoczęty...a ja zapomniałam, że zaczyna się słowami „remember, remeber, the 5 of november”. Nie tylko ja tak na niego zareagowałam. Z Redcar, która wtedy u nas także siedziała ( w końcu żyjemy w pewnej komunie, prawda?) od razu spojrzałyśmy po sobie. Mój Mąż, nigdy nie pamiętający dat ( ma problem nieraz nawet z moimi urodzinami) , zorientował się dopiero, gdy szliśmy już spać.
Drobnostki, które wołają z oddali, drobnostki, których nie zmyje deszcz. Drobnostki, które składają się w całość i wołają. Ale o dziwo nie wołają całkiem bólem. Nie wołają całkiem łzawo. Nie mnie. Powodują łzy, czułe, ale nawet dobre. Przywołują wspomnienia, ciepłe, dają trochę nostalgii i melancholii, ale nie zabraniają żyć. Nie zamykają w klatce. To wspomnienia, które powodują uczucia, wiele uczuć, całe lawiny. Ale nie podcinają skrzydeł. Już nie w ten sposób. Nie druzgocą na kawałki.

Przeszłość krzyczy nieraz. Tęsknota woła. Za tym, za tamtymi. Za ogniskami w lipcu, które więcej się nie powtórzą. Za burzami przeżywanymi wspólnie w górach. Za marudzeniem na upał i piciem wspólnie zimnego piwa nad Wartą.
Ale piwo można pić dalej. Z kim innym, inaczej. Tak jak wczoraj. Można iść nocą na kebaba na Teatralce, co było tradycją nie tylko moją i Męża, a też tych, co już brakuje. Ale można zacząć nową tradycję. Nie przejmować się. Iść dalej, żyć dalej, z małymi skojarzeniami, szarpnięciami serca, które wywołują chwilowe skurcze ale i fale ciepła w te lepsze dni. W te gorsze dają nieraz posmak załamania, ale nie pachną już ostateczną klęską.
Może dlatego, że mimo wszystko ma się silne serce. Które kochało i które kocha dalej. W całym galimatiasie, w całym oceanie życia, o którym on nawet mówił, że trzeba przecież pływać. Wystarczy nauczyć się pływać, tak samo jak wystarczy nauczyć się latać. Choć, to nie zawsze jest takie łatwe.

Najtrudniej chyba wyjść z klatki.
Wracamy do domu po moim pierwszym od tygodnia wolnym dniu, a tam czekają wiadomości. Tam czekają skojarzenia. Mimo zmęczenia odpisuję, mimo zmęczenia dzwonię, bo oni nie odpisują, a ja się martwię. Dwie naraz, dwoje ludzi w klatkach. Rudowłosa młoda dziewczyna, która wydaje się tak silna i bezczelna nieraz, a jest najkruchszą porcelaną, jakby powiedział o niej jej brat. Czarnowłosy już nie tak młody przecież mężczyzna, którego kiedyś zamknięto w klatce na siłę, a on stworzył ją w swoim sercu. Któremu życie połamało skrzydła i zabrało nogi, by mógł uciec na dobre. Dwoje, którzy mają silne serca, ale zamknięte w klatkach. Tak dosłownych klatkach w tym momencie.

Rozmawiam chwilę z Rudą. Z nią już w porządku, to tylko chwila załamania, przeprasza, że nie przyszła do nas nad Wartę chociaż jej o tym pisałam, ale jej skojarzenia były za silne, jej życie rozpieprzyło się inaczej chwilowo i nie miał kto jej pocieszyć, choć było dużo ludzi, ale nie mogła jej pocieszyć ta jedna osoba, której pocieszenia by pragnęła, której słów i przytulenia potrzebowało. I to kopało po żebrach leżącą po ziemi, ale już w porządku. Słyszę po jej głosie, wiedziałabym kiedy kłamie, bo tak samo nie potrafi kłamać jak nie potrafił jej brat. Ten sam ton kpiarza, który wskazuje na jedno. Nie, już burza ucichła, jest w porządku. Nie, ona nie zamknie się w klatce, choć nieraz jest tego tak blisko. Ma tych, których kocha i klatka wspomnień, bólu i tęsknoty choć nieraz już, już zatrzaskuje się prawie na dobre, nigdy nie jest zamykana na kłódkę. Ma siłę swojego brata, chociaż jest tak krucha. Wiem to doskonale, więc już się nie martwię.

Krótka rozmowa, krótkie dobranoc z telefonem przy uchu, telefonem którego zapomniałam naładować raz a porządnie a z którym zawsze mam problemy.

Bateria mi pada, klnę pod nosem, bo czeka mnie chyba dłuższa rozmowa. Włączam chwilę fejsa, włączam chwilę muzykę, oczywiste skojarzenie, no tak. Pijana jeszcze trochę czekam, aż bateria na dobre ożyje.
Nie odbiera telefonu, gdy w końcu udało mi się go reanimować. Pisze tylko smsa, że pogadamy jutro, teraz nie da rady.
Czytam jeszcze raz jego poprzednie wiadomości na mailu, wyobrażam sobie, że robi to co zawsze, zamyka się w swoim mieszkaniu, zamyka się w tej ogromnej szafie, bo czuje się jak zamknięty w skorupce orzecha, przez chwilę bezpieczniejszy.
Zamyka się w klatce, bo ją zna w życiu najbardziej. Od zawsze, od dziecka, na postronku, od zawsze za kratami, które chciałby złamać, ale wszystkie lęki, złe i niedobre tak bardzo to utrudniają.
Zamyka się w klatce, choć już prawie wyhodował swoje piękne skrzydła, piękne barwne już pióra i może latać, nie musi wcale pełzać ani biegać, bo tego mu też zakazano. Może latać, ale nie wie, boi się, zamyka się w klatce.
Znowu to też jemu podcinają skrzydła.
Zamyka się w klatce, choć, to jego znowu tak naprawdę chcą zamknąć. Przeszłość wyciąga ręce na równo ze szponami teraźniejszości, z którą nie wie co zrobić. Martwię się, boję się, żeby przez to wszystko nie zrobił sobie krzywdy, martwię się, ale daję spokój. I tak nie odbierze.

Kładę się do łóżka, rozmawiamy jeszcze chwilę, kochamy się czule mimo wszystko, zasypiamy, choć sądziłam, że nie zasnę już w ogóle. Dobre dni wyczerpują bardziej niż złe, dobre dni mimo złych i niepokojących zakończeń pozwalają zasnąć.

Mam dziwne sny, pełne morskich stworzeń, których szczęki obgryzają moje nogi i ręce do kości. Pełne upadku piskląt z klifów i żałosnego wycia porzuconych psów.
Budzę się więc niespokojnie, choć zasnęłam całkiem bez problemu.

Wstaję o 8 rano, zaczynam swój drugi wolny dzień, zanim jeszcze obudzę Męża sprawdzam telefon wracając z łazienki. Tylko jedna wiadomość, jedna ta sama, o niedługo mającej nadejść śmierci, nie jego, a tej, co go zniewoliła. O panice, o wyrzutach sumienia.
Spokojnie piszę do niego, starając się nie popadać w panikę. Rozważam scenariusze. Czy śmierć pana niewolnika go wyzwala, czy spycha w jeszcze straszniejsze odmęty, czy spycha do rynsztoka żalu i żółci, czy spycha jeszcze głębiej, w zimnie tonie oceanów, które niewolnik tak kocha i które są dla niego tak ważne? Rozważam i martwię się, ale wolę wziąć na wstrzymanie, wolę nie gdybać. Jest jeszcze czas. Co ma być, to będzie.
Modlę się tylko, żeby on nie wchodził z powrotem do klatki. Tkwił w niej całe życie. Teraz zaznał wolności. Piękny mężczyzna o niesamowitym umyśle w klatce jak ptak, który po jednym locie złamał skrzydło. Jak mawiał mój przyjaciel, ptak ze złamanym skrzydłem, okulawiony koń.
Koń, który kuleje też może jeszcze biec, myślę z mieszaniną czułości i złości, myślę z ironią dosłowności tego zdania.
Martwię się, ale nic nie zrobię. To nie moja klatka. I nawet, gdybym chciała z klatek wyrwać wszystkie stworzenia, które potrzebują nawet wieloletniej podróży albatrosa, to nie moje dzieło. To nie moje zdanie. Ja mam też swoje klatki, swoje skrzydła i wiem już, że nikt za mnie tego nie zrobi. Ale ja mam silne serce. Mam serce, którego nie można złamać, nie tak łatwo. Mam niedźwiedzie pazury i swój zew krwi. Myślę o tym, co ja mam. Ja. Nie złamię jednak jego krat. Zawsze musi robić to sam. Jak przed laty.

Budzę Męża, odpisuję na listy, trochę czytam, a trochę myśli mi uciekają. Zjadamy śniadanie, leniwy poranek, kiedy to ja nie idę do pracy, a on idzie na popołudniową zmianę.
Deszcz za oknem leje i zabija trzmiele.
Trzmiele też powinny tkwić w klatkach, mówił ten, co stał się gwiazdą. Trzmiele nie powinny latać, ale tego nie wiedzą.
Może ty myślisz, że nie powinieneś latać, że nie umiesz, boisz się, a robisz to doskonale?- przychodzi mi znów, z mieszaniną złości i pewnej czułości w myślach.

Piszę do niego, czy może mam przyjść. Przyjść wieczorem i wyciągnąć go z tej cholernej szafy chociaż, bo przecież nie z jego klatki. Przyjść, zaparzyć herbatę i znów przytulić skulonego. Widzę go przecież, wiem, jak to wygląda, widzę, nie musząc patrzeć.
To nie jest dobry pomysł”- odpisuje mi po chwili.
Więc zamykasz się nawet przede mną- myślę. -Nawet przede mną, choć parę lat temu to do mnie wyszedłeś właśnie po latach dosłownego więzienia. To wtedy zacząłeś łamać pręty klatki. Teraz nie chcesz mnie widzieć.
Nie szkodzi. Ja znowu poczekam.
Nie szkodzi, ja znowu poczekam, jak parę lat temu. Choć tym razem jest całkiem inaczej. Jesteśmy więźniami całkiem innych rzeczy, mogącymi czuć wolność. Znamy się inaczej, bardziej dosłownie, nie obwąchujemy się nieufnie jak dzikie psy. Dlatego nie szkodzi, ja poczekam.
I wiem, że ty o tym wiesz.

Ale to nie o mnie chodzi. To nie o moje czekanie. A o jego klatkę.
Mogę czuwać nad nim, stojąc dosłownie, prosząc. Przychodzić na siłę. Ale nie upilnuję jego snów. Nie w takiej sytuacji. Nie w tym momencie, nie w tym bagnie teraźniejszości które wciąga, które wcale nie jest kolejnymi fanaberiami. Mogę tylko podać rękę, ale nie poprowadzić.
Nie wypielęgnuję cudzych lotek, choć tak bardzo bym nieraz chciała.
Poczekam. Będę obok. Będę trwale, sama dbająca o swoje skrzydła.

Będę, bo też wierzę. W niego w tym momencie przede wszystkim. Bo już nie jest tym, kim był kilka lat temu. Bo jest tym, co po kolejnej porażce, po kolejnym ciosie od życia, którym musiałam być też ja, odłożył żyletki, odłożył swoje lęki na bok i zaczął inaczej. Bo jest tym, którego prześladuje strach, ale on ciągle, na nowo go pokonuje. Tym, co planuje i ma cele. Tym, co może i nieraz leżał na ziemi, bał się wyjść zza kart, ale ciągle, bez ustanku to pokonuje.
Jest tym, w którego wierzę cholernie mocno. Bo widziałam już, że mimo że ma strzaskane serce na miliony małych kawałeczków, miliony zagubione w eonach czasu, nadal ma serce silne. I wierzę, że zniesie ten cios i nie pozwoli się na nowo skrzywdzić.
Wierzę, że nie podkuli wcale ogona i nie otworzy szeroko ramion przed plutonem egzekucyjnym toksycznej miłości, której czas tak naprawdę dobiega końca.
Wierzę, że ten koniec będzie mógł być dla niego nowym początkiem. Może nawet z dala od tego miasta, od tego miejsca, jak śnił nieraz.
Wierzę w niego.

Tak jak wierzę i w wielu innych ludzi. Może też, w każdego z was, po kolei. W każdego mi bliskiego w moim życiu.
Myślę o dziewczynie o rudych włosach, która nie da się bólowi tęsknoty. Myślę o całej jej rodzinie, która mimo ostatecznego braku, braku po śmierci, idzie dalej.
Myślę o pewnej poetce, której wiersze mnie wzruszają, choć nie jestem wielką fanką poezji. Wierzę, że też nauczy się latać.
Myślę o pewnej cholernie bliskiej mi dziewczynie,wierzę, że nie zamknie się jak inna po stracie w klatce jednego uczucia, którego nie można powtórzyć.
Myślę o tej, która nie umie przejść nad dawnym do porządku dziennego i szarpie się w swoim życiu tak bardzo, że uderza złamanymi skrzydłami we wszystkich dookoła, zadając im nieraz rany. Ale nadal pokładam w niej nadzieję. W to, że po tylu latach może w końcu ułoży sobie życie, znajdzie to, jak chce, by wyglądało.
Myślę o innej, która straciła uczucie w całkiem inny sposób, toksyczną relację, po której trzeba zrobić generalny remont w domu swojej duszy. 
Myślę o dziewczynie w dalekim kraju, która przez nadmiar demonów niszczy swoje oczy płaczem i resztę ciała, jakby chciała je ukarać, jakby chciała wpędzić do jeszcze innej klatki. Klatka za klatką. 
Myślę o wielu ludziach w wielu klatkach. Klatkach bólu i tęsknoty,klatkach własnych myśli, klatkach które ranią jak ostrza, klatkach lęku, wpajanych słabości i o graniczeń, myślę dziś przede wszystkim o nim, o tym, co klatki zna najbardziej i w dosłowności. I wierzę. 
Wierzę w każdego po kolei, razem i z osobna. Wierzę też w siebie, bo mimo wszystko, mimo tego, co nieraz mnie spotyka i niektórych ciosów, dalej idę przed siebie. Wytrwale. Idę, bo nie podobna robić co innego. Idę, a nieraz wręcz latam. I to jest wspaniałe uczucie. 

Bardzo łatwo jest dawać zamknąć się własnym demonom. Pozamykać okna w swoim domu, nie wpuszczać świeżego powietrza ani światła. Bardzo łatwo jest się odciąć od ludzi i cierpieć w swoim dobrowolnym więzieniu. Dać się zamknąć cudzym decyzjom, cudzej nieobecności czy toksycznym uczuciom w klatce. Odciąć się od tego co dobre i nie dawać więcej szansy.
Cholernie łatwo jest stracić wszelką nadzieję, próbować zapomnieć, że ona gdzieś na dnie zawsze się czai. Bo mimo wszystko, mimo ciemności i chłodu, ona zawsze się znajdzie- jeśli tego pragniemy. Tak samo jak i siła.
Nikt nie strzaska naszego serca i nie odbierze nam naszej siły, jeśli na to nie pozwolimy sami w sobie. Jeśli uwierzymy, ze każdy ból, każdą stratę czy cios, nawet prosto w to cholerne serce można przetrwać.

Każdy z nas może być ptakiem, co wzbija się w powietrze i nic i nikt nie ma nam prawa tego odebrać. Tylko my sami. Tylko my sami decydujemy o tym, kim naprawdę jesteśmy i czy przetrwamy. Każdy z nas ma w sobie siłę i tylko sam może z niej zrezygnować, skulić się w kłębek i nie szukać dalej. Ja wierzę, że nawet po czasie, po ciężkich ranach, każda z nich się zabliźnia, jeśli na to pozwalamy, a nie rozdrapujemy bez końca. Każde uderzenie w splot słoneczny może i odbiera oddech, ale w końcu on wraca. I można dalej próbować. Wyjść z klatki. Latać.

Bo nie warto żyć w klatce, choć nieraz to długa walka, by z niej wyjść i bardziej bolesna, niż wszystkie ciosy. Nieraz bardziej wyczerpująca i powodująca jeszcze mocniej, że nie chce się już trwać i biec i biec bez ustanku, gubiąc oddech.
Ale na końcu czeka nieraz nagroda. Swobodne niebo i duma z siebie samego. Sądzę, że dla tego warto walczyć i z klatki wyjść, już ostatecznie. Nigdy więcej nie wracać, gdy raz zaznało się choć trochę smaku wolności.
Ale może to tylko moje wrażenie.




I nie będę spać w nocy
Bądźmy szczery, nie zamknę oczu
Wiem, że mogę przetrwać
Przejdę przez ogień, aby ocalić swe życie.
I chcę tego, pragnę swojego życia tak bardzo
Robię wszystko, co w mojej mocy
(…)
Nie złamałeś mnie
Nie złamałeś mnie, nie
Ciągle walczę o pokój

Jestem silna i mam elastyczne serce
Choć twoje ostrze może być zbyt ostre
Jestem jak gumka, póki nie pociągniesz zbyt mocno
Mogę pęknąć i szybko się ruszam
Lecz nie zobaczysz mnie w kawałkach


Bo mam elastyczne serce

poniedziałek, 6 lipca 2015

O nierządzie, córach Koryntu i legalizacji prostytucji słów parę.


Upał, a raczej jego resztki w naszym mieszkaniu i niewyspanie nie pozwalają mi myśleć. Choć wczoraj poszliśmy spać tak wcześnie, po szalonym na swój sposób weekendzie moje ciało potrzebuje więcej czasu na regenerację. Do tego duszne powietrze którego nie wyleczył u nas jeszcze deszcz, upał i duchota nie pozwalają głęboko zanurzyć się w oceanie snów, na dobre przytulić się do Morfeusza. Zasadniczo, do nikogo nie chce się człowiek przytulać, bo lepi się od potu.
Jutro znów ma być 30 stopni. Zapowiada się ciekawie, zwłaszcza, gdy dzisiejsze deszcze wyparują i sprawią, że klimat będzie iście tropikalny.
Mój mózg zmienia się w galaretę. Kiedyś znacznie lepiej znosiłam taką pogodę, teraz wyprawa do Biedronki po zakupy na obiad jest wielkim wyzwaniem, którego jeszcze nie podjęłam i raczej jest zadaniem, którym obarczę Męża. Cóż, skręcona kostka jest dobrą wymówką. Trzeba by zrobić coś na obiad ale...zresztą, jaki obiad. Czy komukolwiek chce się jeść w takiej pogodzie? Zastanawiam się, jak jutro wytrzymam w pracy. 40 osób w pokoju, włączone komputery i brak jakiegokolwiek ruchu powietrza. Popsuta klimatyzacja. Genialnie.
Zdecydowanie, najbardziej Frida nadaje się do deszczowego klimatu Wielkiej Brytanii czy chłodnego klimatu Szwecji. Zdecydowanie Frida modli się wręcz o kolejny deszcz, porządny, a nie parę kropel.

Dobra dobra, już nie narzekam. Pogoda jak pogoda, a my musimy jej sprostać. Przedtem marudziliśmy że zimno i pada, jak w piosence Kazika, dzisiaj marudzimy, że gorąco. My, Polacy, kochamy narzekać na wszystko, co się nam przydarza. Dlatego staram się naprawić mój mózg i moje rozumowanie, postaram się zmusić do działania. Choćby do czytania. Choć, jedną książkę już połknęłam. Ta, która zrodziła dziwne myśli i aż kazała napisać maila do A., zapytać go, co sądzi o tym i o tamtym.
Niby gorąco nadal w mieszkaniu i pootwierane okna nie pomagają, a myśleć się nie chce, a jednak, myśleć trzeba. Samo się robi. Może nie u wszystkich...

Tak w ogóle, w naszym świecie istnieje problem z myśleniem, mam wrażenie, że to swobodne coraz bardziej zanika ale nie będę znowu na ten temat się rozwodzić. Co za dużo, to niezdrowo. Staje się to nudną papką, którą nawet swojego umysłu nie chcę już karmić. A o niemyśleniu już sporo pisałam w aluzjach, o niemyśleniu samym w sobie, o braku swobody myśli powiem jeszcze nieraz.
Teraz na to za gorąco, cholera.

Nawet na seks mi za gorąco. To niezwykłe, ale zrezygnowałam dzisiaj rano z niego gdy Mąż się sennie do mnie dobierał, bo czuję, jak się gotuję. Choć śniło mi się, że jestem prostytutką a Mąż był moim klientem( sny w upale, zawsze spoko., sny po dziwnych książkach i dyskusjach właśnie). Jakiś czas temu śniło mi się, że zamawiamy sobie prostytutkę do trójkąta. Coś dużo tej prostytucji. Tabu, które mnie jakoś specjalnie nie porusza. Aż dziwne? Przecież kobietę powinno to oburzać, mierzić, straszyć....nie nie, co to to nie.

Nie, nie jest moją skrytą fantazją seksualną udawanie prostytutki czy korzystanie z niej, choć zastanawiałam się nad tym i jedyna „dziwka”, jaką bym chciała wynająć to shemale, aczkolwiek to odległa fantazja o hermafrodytyzmie, który mnie fascynuje i pociąga jako inny całkiem aspekt ludzkiej seksualności, to fantazja, do której trudno mi będzie przekonać mojego męża. Ale mniejsza o moje fantazje już, bo znowu za bardzo się o nich rozpiszę i rozgadam, jak ostatnio o szelkach. Teraz wszyscy w naszej komunie, w naszej kamienicy śmieją się z mojej fantazji o ...ogrodniczkach i szelkach. Także, ten temat muszę ukrócić. Wróćmy do czego innego, choć w tym upale o wiele łatwiej idą mi chyba dygresje...

W każdym bądź razie, zaczęłam się zastanawiać nad samą prostytucją. Wielu ją potępia, stosuje wobec Cór Koryntu pewien ostracyzm. A ja wam powiem, że dla mnie prostytucja jest porządku. I to jak najbardziej w porządku. Każdy rodzaj usług seksualnych. Znaczy- jest w porządku- jeśli to świadomy wybór kobiety ( bądź mężczyzny, choć będę pisać o kobietach, bo po prostu męska prostytucja zdarza się o wiele rzadziej) a nie handel żywym towarem, współczesne seksualne niewolnictwo.

Niewolnictwu mówimy zdecydowane nie, jak każdej innej krzywdzie. Wiadomo, to zupełnie inny temat, który mnie przeraża i przygniata. Problem, z którym nie umiemy walczyć. Ale wróćmy do szacownej prostytucji, a nie niewolnictwa i gwałtu. Dla mnie to dwie różne sprawy, choć, niestety w naszym świecie stale boleśnie się to łączy.

Zasadniczo, prostytutka jest chyba najstarszym zawodem świata. Moje panie, nie przesadzam. I nie mówię o ślicznych hurysach Mówię o jeszcze dawniejszych czasach. Pierwotnie dawałyśmy dupy za opiekę i mięso w jaskini. Handel wymienny, bardzo popularny u neandertalczyków i homo sapiens. Prostytucja jako taka zawsze była rzeczą wrodzoną w nasz klimat, zanim jeszcze zaczęliśmy budować cywilizację. Samice zawsze wykorzystywały samczy, większy niż nasz popęd ( a może nie tyle większy, co bardziej oczywisty) by pozałatwiać sobie pewne sprawy. By poczuć się bezpiecznie i zapewnić to samo swojemu potomstwu. To coś, co zostało w nas głęboko zakorzenione. Transakcje wiązane, coś, co stanowi wręcz dla nas instynkt.

Z czasem to się zmieniło, choć…czy nadal nieraz tak nie jest? Z tym że mięśnie zamieniono na pieniądze, wszystkie żony milionerów dające dupy za kasę na kosmetyczne i prawdziwe torby od Gucciego ( nie wiem czy Gucci robi torby, nie obchodzi mnie to, to tylko taki przykład). To dla mnie też mentalna prostytucja, prześpię się z tobą, bo masz fajne BMW i zapraszasz mnie na kolację. Z tym, że prostytucja nienazwana, nieoczywista, więc mniej potępiana. Hipokryzja. Rzucaj pomidorami w dziwkę na ulicy a sama dawaj dupy za kasę, tylko kasę nie w banknotach a w prezentach, poczuciu bezpieczeństwa. Prostytucja jest prostym biologicznym schematem, który społecznie zmieniliśmy. Który przemienił się przez wieki średnie, kiedy to stada kobiet podążały za armiami i zarabiały na życie.
Tak naprawdę zresztą, to nie tylko to oczywiste, pełne hipokryzji, lecenie na kasę. Tak naprawdę każdy związek ma w sobie schemat „coś za coś”. Ja daję ci bezpieczeństwo i oparcie, ty musisz dać mi to samo. Ja zarabiam na dom, ty opiekujesz się moimi dziećmi, ci, co przedłużają mój geotyp ( tu kłania się samolubny gen pana Dawkinsa). Ty dajesz mi rozkosz w łóżku i ja oczekuję od ciebie tego samego. Coś za coś i nie można nikogo za to winić. Nie można dawać, nie otrzymując, święty by tego nie wytrzymał.
W pewien sposób wszyscy dokonujemy transakcji wiązanych w relacjach. Nic więc dziwnego, że powstała prostytucja u samego zarania naszych dziejów. Jesteśmy ludźmi, a więc i zwierzętami. One też kochają transakcje.

Sama historia prostytucji jest ciekawa. Polecam zresztą książkę pana Marka Karpińskiego na ten temat. Ja nad historią nie będę się rozwodzić, ale… daje ona dużo do myślenia. Jest w niej wiele hipokryzji, choćby kościoła czy nas samych. Jest wiele szlachetnych kart, jak sukces i swoboda pań do towarzystwa. Jak to, że panie do towarzystwa były jedynymi wolnymi kobietami tak naprawdę, mogącymi posiadać majątek. Czy choćby to, że w niektórych religiach miłość z kapłankami, będącymi teraz choćby w Indiach prostytutkami, była świętym aktem. Jak to, że kapłanki będące córami Koryntu były nieraz czczone i zostawały najlepszymi partiami dla przyszłych mężów. Wręcz bito się o nie, bo były błogosławione...i ceniono ich wysokie umiejętności seksualne. No serio, kto nie ceni tego, że ktoś jest dobry w łóżku? Zwłaszcza w naszych czasach.

Ale my nadal jesteśmy hipokrytami. Jak wielu panów, którzy z prostytutek korzystają, ale ogólnie rzecz biorąc je potępiają. Mówią o nich wulgarnie, nie mają szacunku, choć korzystają z ich ciał. Tak, szacunku. Osobiście mam szacunek dla prostytutki taki, jak dla każdego innego człowieka.

Jak już pisałam, rozróżniam coś takiego jak prostytucja i handel żywym towarem. Bo jeśli kobieta jest prostytutką ze świadomego wyboru, co w tym złego? Sama bym nie potrafiła tak pewnie, choć kocham seks, ale każda z nas ma do tego prawo. I każdy z panów też, ostatnio coraz popularniejsza staje się funkcja pana do towarzystwa, choć jak pisałam wyżej, nadal to margines. Jeśli ktoś chce, czemu nie ma mieć prawa do takiego wyboru, zwłaszcza w naszych czasach, gdzie seks naprawdę staje się towarem? Zwłaszcza, że tak naprawdę seks zawsze był towarem. Nawet w głupich żartach wielu par czy wymuszaniu czegoś na mężach przez „post łóżkowy”. Nie powiecie, wiele kobiet tak robi. Robi tak też wielu mężczyzn. Nie dam ci dupy póki czegoś nie zrobisz. Wielu z nas robi to instynktownie wręcz.

Będąc szczerą, wolę prostytucję niż tak zwany sponsoring. Bo czym to się różni? Tylko nazwą, a Frida nigdy nie lubiła lukrowanych nazw. Prostytutka jest świadomą prostytutką, a nie mówi, że ma kilku przyjaciół którzy kupują jej prezenty. Nie uznaję tzw. sponsoringu, jako coś „czystszego” czy „lepszego”. To jedno i to samo, tak samo dupą czy ustami czasem zarabiasz na życie. Tu masz więcej klientów, tu masz mniej. Tu masz mieszkanie, tu stoisz pod latarnią. Już większy szacunek, znowuż, mam dla tych, co swoich zachowań są w pełni świadomi.

Fakt faktem- prostytucja ma swoje ciemne strony. Nie musiałabym o nich wspominać, ale zaraz pomyślicie, że jestem gorącą zwolenniczka prostytucji. Nie jest tak do końca. Mam tylko świadomość, że ona zawsze będzie istnieć i nic tego nie zatrzyma. Nawet, jeśli wszystkie gimnazjalistki dają dupy na prawo i lewo i tak nie zaspokoi to potrzeb rynku. Nadal seks będzie towarem, nadal będzie istniało coś za coś. Zawsze tak było i zawsze będzie, racz tylko czy, zależnie od czasów, stawia się to na piedestał, czy potępia rynsztokowo wręcz.

Zawsze niestety jednak będą istniały kobiety ze złamaną psychiką, złamanym życiem, nawet, jeśli to był ich wybór ( mówię, handel żywym towarem i zmuszanie do prostytucji przez alfonsów to dla mnie zupełnie co innego i będę o tym mówić do znudzenia). Zawsze będą pobite kobiety, miliony skrobanek, choroby przenoszone droga płciową. Ale prostytucja będzie istnieć i prostytutki trzeba szanować w jakimś sensie, a nie mieć do nich pretensje. W końcu ich zawód ma bogatą tradycję i nie, nie mówię tego z ironia. W końcu seks to coś, czego każdy z nas potrzebuje, a co nie każdy tak prosto zdobywa. Pomyślmy chociaż o pewnej pani, która świadczy usługi seksualne osobom z upośledzeniem umysłowym. Jest...terapeutką, wie o wszystkim jej partner. Bo każdy z nas, nawet jeśli jego umysł słabuje, ma potrzebę fizyczną. Chce zaznać chwili rozkoszy czy bliskości, nawet nie będąc do końca świadomym, że tego potrzebuje. Seks jest potrzebą, często pogubioną w naszym świecie, jest popyt, jest więc i podaż. Czy można tak wprost to potępiać, patrząc kolejnym schematem i ze świętością mówić o tym, że cielesność, przyrodzona nam przecież, jest grzechem? Czy jakakolwiek cielesność to grzech, skoro nikomu nie dzieje się krzywda?

Krzywda jednak niejedno ma imię. Krzywda bezpośrednia, ale i krzywda spychania na margines przez społeczeństwo, które nie zawsze myśli dość jasno i klarownie.

Dlatego też- Frida jest za całkowitą legalizacją prostytucji. I wilk będzie syty i owca cała. Niech chmary obrońców moralności teraz mnie skrzyczą, jaką to ja bezbożnicą jestem ( no jestem w ich mniemaniu, przecież przez swoją wiarę już miałam lądować na stosie!). Ale legalna prostytucja wydaje mi się być w porządku. Ma to też i swoje obwarowania, rzeczy, które mogą być nadużywane choć...czy rzecz, która rośnie legalnie, nieraz nie powoduje mniej nadużyć niż to, co rośnie dziko, nie pilnowane przez nikogo?

To tak jak z aborcją. Jeśli coś kwitnie w podziemiu, rośnie właśnie na marginesie, poza nawiasem regulacji prawnej, staje się niebezpieczne. Wielu ludzi ma w tym interes, swój, egoistyczny i nie musi się martwić, że go capną za tą krzywdę. Coś nielegalnego rozwija się dziko, nie można tego kontrolować. Można owszem usunąć nielegalny burdel, ale istnieje za dużo kruczków prawnych które tym burdelom pozwolą funkcjonować. Sanepid nie zrobi najazdu i nie sprawdzi, czy prostytutki są zdrowe, nie mają syfilisu i rzeżączki. Nikt nie sprawdzi czy te panie mają pozwolenie na pracę, bo przecież nie pracują, takiego zawodu nie ma! Taki zawód jest fu, be i nikt nie mówi wprost, że istnieje. Mimo że prostytucja u nas w kraju jest legalna, tylko już nie stręczycielstwo. Ale serio, czy na niepilnowanym rynku istnieje możliwość, żeby stręczycielstwo się nie rozwijało jak Hydra? Chyba nie bardzo.

Legalizacja prostytucji moim skromnym zdaniem pozwoliłaby nam na większą walkę z handlem żywym towarem. Skoro każda z pań odprowadzałaby podatki ze swojej wesołej działalności łatwo znaleźć tą, którą ktoś przywiózł sobie zza granicy i nie zarejestrował. Jak psa, brzydko porównując. Moim zdaniem nad czymś legalnym łatwiej trzymać pieczę, skoro i tak istnieje na taką skalę. Ja sama potrafię wymienić kilka burdeli w Poznaniu. Każdy o nich wie, o agencjach, jak zamówić sobie jakąś panię do łóżka z dowozem do domu. Ale to nielegalne, tss. Dobre sobie. Na pewno nikt oprócz tej pani nie czerpie z tego zysku...oczywiście. Mhm. Święta prawda.

Gdyby prostytucja była legalna moim zdaniem nie tylko łatwiej było by walczyć z ta niechcianą gałęzią interesu. Same prostytutki byłby bardziej chronione. Przecież w innych krajach istnieją związki zawodowe prostytutek broniące ich praw. Może cały proceder nie byłby tak wykańczający dla pracownic, skoro miałyby możliwość powiedzenia- nie, dzisiaj biorę chorobowe albo nie, taka ilość godzin jest przewidziana w ustawie. Nie musiałyby się bronić same. Bo obrona byłaby legalna. I nikt by się już może nie śmiał „jak to, jak można zgwałcić prostytutkę?” Ano można, o czym mówi też między innymi historia Aileen Wuornos skazanej na śmierć. Historia kobiety, która moim zdaniem była skrzywdzona i przez to niebezpieczna. Ale to już trochę inny temat.

Może te panie miałyby zapewnione wreszcie regularne badania lekarskie, edukację dotyczącą antykoncepcji- bo czasem nawet u tych pań kuleje- i wsparcie psychologa. Może ciemne oblicze prostytucji wreszcie by się odwróciło i prostytutka nie kojarzyła by się nam pejoratywnie, tylko normalnie. Jak każda kobieta pracująca, z tym, że pracująca w specyficzny sposób. Może wreszcie nie byłby nazywane tylko szmatami z głębokim połykiem, jak zwykli mówić o nich klienci, co słyszałam pewnego razu w barze.

I jeśli ktokolwiek nie jest godny nieraz szacunku, to właśnie klienci. Ci, co biją i chcą upokarzać, bo żona w domu im nie daje. To bywa żałosne. Nie mówię o zwykłym panu, który płaci za usługę, korzysta i wraca do siebie, ale o tych wszystkich mentalnych pokrakach, które przychodzą poczuć władzę, bo są małymi Pol Potkami niewyżytymi w garniturach i swoich biurach. Mówię o tych, co przekraczają granice. Tak, wobec prostytutki też się ją przekracza! Tak, można ją zgwałcić. Tak, jej też można odebrać, jak każdej kobiecie przez nadużycie szacunek do samej siebie. Bo póki robi pewne rzeczy z dumnie uniesioną głową, jest tego szacunku godna.

Każdy chce zaspokojenia swoich pragnie. Niektórzy marzą o nowym dywanie a niektórzy o fantazyjnym seksie z dominą- protytutką, którą potem rżnie ich na takowym dywanie w burdelu. I ani w tym pragnieniu nie ma nic złego, jest popyt, jest podaż. Nic złego, jeśli się nie przesadza. We wszystkim trzeba zachować umiar i pewne rzeczy ujarzmić, zalegalizować, pokazać ich inne oblicze, zdjąć maskę demonizacji i zająć się przy okazji prawdziwym demonem, jakim jest krzywda drugiej istoty.


A teraz wracam do swojego świata- wymyśliłam wreszcie, pisząc, co zrobię na obiad! Na koniec tylko pan Sting o tym, że prostytutce też można się zakochać.