piątek, 2 grudnia 2016

O monetach wyciąganych za ucha, niczyich córkach i tęskniących ojcach.

-Ma pan do mnie ewidentną słabość, co?- zaśmiałam się do swojego ulubionego Malarza (Pokojowego), kiedy znowu przywitał mnie w pracy wielkim uśmiechem i zdaniem, że wróciła jego ulubiona krzykaczka. Oddziałowa śmieszka. No tak, nawet ich Kierownik mi mówi, że słyszał, że się gdzieś tu śmieję, to wiedział, że będę.

Ewidentnie, zostałam ulubienicą naszych robotników, budowlańców, którzy dzielnie walczą z naszym remontem. I tych polskich i tych ukraińskich.

Bo jak ktoś ma coś załatwić z oddziałową, to jeśli mam dyżur, przychodzą do mnie. Jeśli coś zorganizować, ogarnąć, nowe klucze, to jestem to ja. To ja pożyczam im ołówki, czajniki, przemycałam nawet plaster i to nie po to, żeby zrobić im opatrunki, ale po to, żeby mogli...okleić sobie buty. Bo to ja odpowiadam śmiechem na ich zaczepki, to mnie wszędzie pełno, wszędzie słychać i to ja jestem jak mała elektrownia atomowa, która biega po oddziale jakby się coś paliło. I doprawdy, to bieganie widoczne nawet jest na moich butach, które mają całkiem starte podeszwy.

Ewidentnie jestem ich ulubienicą, taką trochę córką dla niektórych, bo ci starsi panowie traktują mnie trochę ja córę- śmieszkę, takie mam wrażenie. To za mną wołają per „lala” ale całkiem bez podtekstu, to mi pan Maruś wkłada do ucha słuchawki które stale nosi i uczy mnie tańczyć jakieś dziwne country.

Owszem, są i ci młodsi. Ci, z którymi dobrze by było iść na piwo. Ale są właśnie i ci tatusiowie, bo są w wieku, że ich dzieckiem mogłabym być nawet i najmłodszym. Ojcowie. Tacy, właśnie tacy tatusiowie, którzy ciężko pracują ale i piwo lubią sobie wypić.
Nie znam się jednak na ojcach. Na byciu córką dla mężczyzny.
Nie wiem jak to jest. Może tylko sobie wyobrażam, że właśnie tak mnie traktują, tak do mnie podchodzą, tak jak te starsze panie z oddziału są dla mnie matkami?
Nie wiem, po prostu nie wiem.
Ale lubię z nimi żartować, a oni ze mną. Ja dla nich jak córka w moim jakimś wyobrażeniu, oni dla mnie ja tatusiowie. Dzisiaj okazało się jak bardzo.

-Ma pan do mnie ewidentną słabość, co? - zaśmiałam się do niego tego dnia.
-Ano mam, lala. Przypominasz mi kogoś.
-Kogo?
-Moją córkę. - powiedział i urwał temat, wracając do pracy, poważniejszy, niż przed chwilą, niż przed paroma minutami, kiedy to znowu pokazywał mi swoje magiczne sztuczki.

No tak. Jestem w wieku, w którym mogłabym być jego córką. Czemu nie, mogę mu ją przypominać, nawet to fajnie brzmi, pomyślałam. Tak po prostu, bez żadnego zastanowienia, jakiejś refleksji. Bo przecież on lubi mnie, a ja lubię jego.
Tego pana bez jednego oka, tego pana z siwymi włosami i siwym wąsem, po którym widać ciężar przebytego życia.
Od początku, kiedy zaczął tu pracę i kiedy mnie spotkał, chyba mnie polubił. Ewidentna słabość, kiedy przechodziłam korytarzem, zanim część oddziału, na której robią remont, została całkiem oddzielona od nas ciężkimi drzwiami. Zagadywał, zaczepiał, żartobliwie, po prostu. Ja zresztą nie byłam lepsza, przecież ja ich wszystkich stale zaczepiam, śmieję się, rozmawiam z nimi. Proponuję obiadek kiedy roznoszę talerze po pacjentach. Ja sama muszę stale pogadać, nie umiem być tym odciętym człowiekiem, podobnie jak w tramwaju czy pociągu, nie mogę przepuścić okazji do rozmowy.

Zawsze łaknę kontaktu, nawet takiego powierzchownego, żartu, interakcji. Taka natura. Wybitnie stadna. Zaczepialska, z nadmiarem energii. Istna bateria wodorowa napędzająca śmiech i kolejne żarty.

Ale z panem Malarzem (Pokojowym) od razu zaskoczyło, żartami, pozdrowieniami na korytarzu, tak jak zaskoczyć może po prostu z drugim człowiekiem. I już drugiego dnia pokazywał mi swoje sztuczki. Wyciągnął mi monetę zza ucha, a ja skakałam z radości, jak małe dziecko, bo przecież naprawdę mnie to tak uradowało. I moja radość chyba dała mu prawdziwy okruch szczęścia, widziałam to w tym śmiechu bez paru zębów i jednym sprawnym oku, bo przecież drugie zakrywa szczelnie bielmo, za którym nie można dostrzec ani kawałeczka duszy.
Innym razem chwytał za nos, nabierał mnie na to, że mam gdzieś dziurę. Tak całkiem sympatycznie. Tak trochę szorstko, po ojcowsku właśnie.
W taki sposób, jakiego za bardzo nie znam.

Bo przecież nie mam ojca. Nigdy tak naprawdę nie miałam. Nie wiem, czym jest ojcowska czułość, znam tylko strach przed mityczną postacią, która w alkoholowym szale demoluje kuchnię.
I nigdy za bardzo się nie zastanawiałam, czy mi tego brakuje. Bo jeśli czegoś nie ma...jak może ci tego brakować? Miałam matkę. Babcię. Siostrę.
Nie brakowało mi ojca, wolałabym się go pozbyć już jako dziecko. Bo lepiej by było, gdyby go nie było. Jego i kolejnego strachu, awantur, bólu zadawanego czasem samym krzykiem, a czasem i pięścią. Drzwi porąbanych tasakiem, moich napadów histerii, płaczu jako dziecko. Może i lepiej, żeby ojca nie było, niż żeby kojarzył się tylko z tym, prawda?

Znałam opowieści o dobrych ojcach, ale wydawały się bajkami. I może przez opowieści powinnam zacząć tęsknić, ale one były mityczne, bo większość ojców w świecie, który mnie otaczał, była taka, jak mój albo w lepszym trochę wypadku, po prostu nieobecna. Tacy byli ojcowie w świecie, który mnie otaczał.
Z czasem poznałam i dobrych ojców, do których jednak zawsze podchodziłam jakoś nieufnie. Z czasem poznawałam normalne rodziny, takie, w którym nie było alkoholu, takie w którym ojciec nie bił, a był. Wychowywał, żartował, był czuły, całkiem inaczej niż matka. Ale byłam już w tym wieku, gdzie niepotrzebny był mi ojciec, potrzebny był mi partner. I może dlatego, przez jakiś czas lubiłam sypiać ze starszymi od siebie facetami, może dlatego do tej pory podoba mi się siwizna...mimo, że nie obsesyjnie. W końcu mój Mąż nie jest wiele starszy ode mnie, tylko 2 lata, tyle co nic.

Miałam więc ojca, ale nigdy nie poznałam, co to znaczy ojca mieć. Być przez niego wychowywanym. Znać nie tylko awantury a potem lata milczenia. Kochać ojca, a nie nosić tylko po nim blizny.
I nigdy mi to nie przeszkadzało, nigdy mnie to nie uwierało. Nigdy nie starałam się patrzeć na to jak na stratę, jak na brak. Bo zawsze wierzyłam, że w pewien sposób jestem i przez to silniejsza, odporniejsza, dzielniejsza. Może i bardziej wyzwolona, jako wychowana przez kobiety, które tak naprawdę radziły sobie same.
Może i nadmiernie dumna wobec mężczyzn i nieufna. Ale przez to ceniąca swoją wolność.
Zawsze starałam się patrzeć na dobre aspekty tego, że odcięłam się od ojca. Że mimo iż pił i bił, nie miał wpływu na moje wychowanie, nie poznałam bezpośrednio co to męski tyran, co to męska władza, bo jednak, rodzice byli w separacji i mama decydowała sama o sobie. Mimo awantur przez mieszkanie we wspólnym domu. Zawsze staram się patrzeć na to, że przez to może moja dzika kobiecość mogła rosnąć bez zahamowań, kto wie, może i przez to moja seksualność, niekontrolowany temperament?
Nigdy nie zastanawiałam się wielce nad tym, czy coś straciłam.
Bo straciłam?
No bo jak to jest mieć ojca? Warto jest mieć ojca? Fajnie jest mieć ojca? Czy to takie ciepło, jak ciepło matki?

Sama nie wiem. Nie mogę wiedzieć, skoro tego nigdy nie było. I nieraz ze zdziwieniem słucham historii choćby Baśki, której ojciec zmarł, gdy była małym dzieckiem, słucham ze zdziwieniem tego, że ojca jej brakowało.
To może go brakować? Ojcowie są nieobecni albo niebezpieczni.
Nie znam miłości do ojca, nie znam miłości jako córka.
Czy coś straciłam?
Sama nie wiem. Nigdy nie wiedziałam. I dopiero ostatnio poczułam takie ukłucie. Delikatne i niewinne, ukłucie pomiędzy kolejnymi żartami i monetami wyciąganymi zza ucha.
Czy tak właśnie byłoby mieć ojca? Fajnie, wesoło, tak właśnie jakoś ciepło i radośnie?

Poznałam wielu mężczyzn którzy by mogli być moimi ojcami. Wielu w tym wieku, niektórych, którzy próbowali mnie jakoś uznać nawet za swoją córkę. Mam przecież teścia, ojca mojego Męża, który jest wspaniałym ojcem. Ale nie umiem mówić do niego tato, nie umiem pomyśleć, że to właśnie ojciec. Nie umiem nawiązać takiej więzi.
Bo nigdy jej nie znałam.
Nigdy jej nie potrzebowałam.

I ta dziwna myśl, myśl o ojcu, którego nie miałam, pojawiła się znienacka. W kolejnym prztyczku w nos, który dał mi ślepy na jedno oko malarz.
Nigdy nie miałam ojca. I dziwna myśl, dziwne uczucie. Bo gdy pierwszy raz wyciągał mi monetę zza ucha poczułam się, jakbym miała 5 lat i jakbym nigdy nic nie straciła. A może właśnie poczułam, co straciłam. Tą dziwną radość, małej dziewczynki, przed którą starszy mężczyzna odkrywa dziwne prawidła tego świata, pokazuje jej jakie czają się w nim sztuczki.
Czy tak właśnie jest mieć ojca? Tego, który uczy razem ze starszą kobietą lekcji o świecie, uzupełniając wiedzę? Czy tak właśnie jest patrzeć na drugi wzorzec, na spracowane ręce i doświadczać radośnie, przez drugi pryzmat płci, przez inne spojrzenie świata?
Czy tak to właśnie jest? Ze śmiechem, a nie ze strachem? Z dziwną czułością?
Czy to się różni?
Czy to w ogóle potrzebne, skoro ja lubię siebie taką, bez ojca wychowaną i czuję się kompletna?

Pomyślałam, że może rzeczywiście, to byłoby dobrze mieć ojca, tak po prostu, może warto byłoby mieć drugiego rodzica ale... pomyślałam, że czasu nie cofnę i nie mogę żałować nagle czegoś, czego wcześniej nie miałam i nigdy mieć nie będę. Ale poczułam tą dziwną falę w sobie, dziwną radość, dziwną energię powodująca kolejne rozbrykanie. I tak bardzo spodobał mi się uśmiech Malarze (Pokojowego). Jego właśnie radość. Taka figlarna ale i ciepła.

I poczułam, że może on, spracowany, palący papierosy bez filtra, starszy pan bez oka, łypiący trochę jak pirat ze starych filmów może mi przypominać ojca, którego nigdy nie miałam.
A ja ponoć przypominam jego córkę. Dobrze się składa.
Radośnie i jakoś czule jak na całkiem obcych sobie ludzi, prawda?

Zajmowałam się dalej swoją pracą.
I znowu musiałam przejść na „ich” stronę, do istnego Mordoru remontowego jak sobie żartuję nieraz. I tym razem spotkałam Marusia, który podskakiwał przy kolejnych kawałkach country, jak podejrzewam.
-Co, Lala, znowu dyżurek?
-Ano, jak widać, panie Marku.
-Nie podrywaj jej!- usłyszeliśmy krzyk z głębi któregoś z pokojów. No tak, Malarz. Słyszał, jak Marek mnie zaczepia i musiał się odezwać, pokazać, że też tu jest i czuwa. Marek tymczasem spojrzał na mnie, poważniej niż zwykle, ten kolejny prosty chłop, który ma w sobie tyle energii, że mógłby konkurować nawet ze mną.
-Lubi cię- powiedział jakoś poważniej.
-Ano, mówi, że przypominam mu jego córkę.- zaśmiałam się, konspiracyjnym szeptem, bo w końcu obgadywaliśmy kogoś, kto stał całkiem niedaleko. Ale Marek wcale się nie zaśmiał.
-Poważnie?
-No tak, a co w tym dziwnego? Pan wie, ja taka stara jak wy to nie jestem- śmiałam się dalej, trochę jednak zdezorientowana.
-Lala, nie no, spoko, tylko wiesz...jego córka nie żyje. Zginęła parę lat temu w wypadku.

Zatkało mnie. Dosłownie, znowu na chwilę odebrało mi mowę. Mi, tej wygadanej i bezczelnej, która zawsze żartobliwie umie się odciąć.
-Ja...ja nie wiedziałam...
-Nie no skąd miałaś wiedzieć Lala. Ale może to dobrze?- powiedział trochę bardziej do siebie nawet niż do mnie pan Marek. I wrócił do swoich zajęć.

Świat jest pełen zaskakujących zwrotów akcji. Świat lubi nas zaskakiwać, tak, że nieraz mówimy, że coś jest całkiem jak w filmie albo jak w książce. Cóż, żadna książka ani film nie powstałyby, gdyby nie rzeczywistość.

Ja nigdy nie miałam ojca. Nie wiedziałam, jak to jest za nim tęsknić. Do tej pory jakoś nie wiem. Ale...może coś we mnie, coś nieuwiadomionego, coś ważniejszego i głębszego, zawsze jakoś tęskniło? I to coś, coś w moim sercu, coś w mojej duszy- może to właśnie, nienazwane, wyczuło cudze wołanie? I może chciało na nie odpowiedzieć?

Ja nie miałam ojca, a raczej miałam nieodpowiedniego. A on miał córkę, którą stracił. Kogoś, za kim zapewne, od wielu kat tęskni. Kogoś, kto pojawia się w jego snach. Bo tak, to znam. Znam tęsknotę za zmarłymi. Za tymi, którzy odeszli przedwcześnie, za tymi, którzy być może, powinni nawet mnie przeżyć. Wiem, jak to poczuć wielką czarną wyrwę zamiast serca, wiem jak to jest włożyć część serca do grobu na zawsze, nawet jeśli nigdy czegoś takiego nie sprawiła śmierć mojego ojca, mimo że ta śmierć sprawiła nawet, że poczułam ulgę.

Ale znam uczucie tęsknoty. Mimo, że nigdy nie tęskniłam za ojcem, bo nawet nie wiem, jak to powinno być, mieć ojca.
I znowu pojawia się myśl, jakie to życie bywa dziwne. I jak nas zderza.

Wyobraziłam to wszystko sobie. To, że on miał swoją ukochaną córkę, do której wracał do domu po ciężkiej pracy. To, że nieraz na pewno się kłócili i nieraz, gdy była nastolatką, mieli dzikie awantury o jej późne powroty do domu. I wyobraziłam sobie, że kiedyś miała 5 lat, a on wyciągał jej monetę zza ucha, a ona śmiała się, śmiała i nie mogła przestać. Bo jej ojciec, jej tata, był dla niej wtedy najważniejszym magikiem. Bo jej tata, być może, potrafił zaczarować wtedy jej świat. Tak jak tego nie potrafił zrobić mój.

Jak to jest mieć ojca? Nadal nie wiem. Nigdy się nie dowiem, tak naprawdę.
I nie będę nad tym przelewać łez.

Mogę za to sobie wyobrazić, ile łez wylał ten szorstki mężczyzna, kiedy stracił swoją córkę. Mogę sobie wyobrazić, jak pił wieczorami, jak płakały jego oczy. Czy to martwe, zakryte bielmem, potrafi płakać?

I wiem, że nikt nigdy nie zastąpi mu jego córki. I wiem, że świat na pewno wie co robi, zrzucając na jego barki taki ból i taką tęsknotę, nawet jeśli on tego nie rozumie, nawet jeśli nie rozumiem tego ja. Nikt z nas zresztą nie zrozumie, póki żyje.

Ale wiem też jeszcze jedno.
Mimo że nie można ukoić cudzej tęsknoty, mimo że jeden człowiek nigdy nie zastąpi innego, istnieją w tym świecie chwilowe cuda. Magiczne chwile.

Ja nigdy nie dowiem się, jak to jest mieć ojca, bo mój po prostu wszystko brawurowo zjebał. On nigdy nie będzie miał na nowo córki, nie ożywi jej, zostały mu tylko wspomnienia. Wspomnienia i monety wyciągane zza ucha. I to one sprawiają, że w tym świecie dalej można się uśmiechać.

Los dziwnie nas zderza. Czasem tak, że wydaje się to całkiem bez znaczenia. Ale w tych zderzeniach, w tych spotkaniach są momenty, w których możemy zapomnieć o tym wszystkim, co złe i niedobre. Możemy zapomnieć o tęsknocie, bólu, stracie. Możemy zapomnieć o strachu i atakach histerii, nieprzespanych nocach.
To momenty, gdy spotykamy się poza czasem. Momenty, w których istnieje tylko radość i dziwne ciepło pod sercem. W nich mam 5 lat i ojciec, którego nie miałam, a może nawet i ten, który pił i bił i krzyczał, uczy mnie magicznych sztuczek zamiast zasiewać w sercu lęk. W nich, tych właśnie momentach, jego córka nigdy nie umarła a on jest dla niej całym światem, tak jak ojciec może być tylko dla ukochanej córki.

Małe codzienne cuda. I je warto dostrzegać i pamiętać o nich nie tylko wtedy, gdy zbliżają się święta i grudniowo za oknem pada śnieg. Bo właśnie, przecież, mamy już grudzień, prawda?

Co więcej, może czasem warto je, dla siebie i dla innych, wręcz prowokować, pozwalając się sobie zderzać i rozdając czasem uśmiech?



Zrozum, przez co przeszłam
Ja tego nie planowałam.
I ludzie zewsząd myślą o mnie, że jestem lepsza.
Ale tęsknię za tobą, tęsknię
Bo lubiłam to, lubiłam, kiedy tam byłam.
Czy wiesz o tym, czy wiesz?


Ona pewnie też lubiła monety wyciągane zza ucha.  

środa, 30 listopada 2016

O tym, jak radzę sobie z kolejnym blogowym wyzwaniem, czyli Liebster Blog Award po raz kolejny.

Bez żadnych wielkich wstępów, rozwlekań, nadszedł po prostu czas, nadszedł dzień, kiedy to pora wypełnić nominację, którą ostatnio dostałam. Nie jest tajemnicą, że miewam z nimi pewien problem, bo nie umiem za bardzo pisać wedle jakiegoś schematu, pytań, mój blog to nigdy nie planowane posty które przychodzą do mnie i tworzą się w ciągu godziny ot tak, w niespodziewanych momentach. Dlatego, nominacje dla mnie to zawsze pewnego rodzaju wyzwania i...cóż. Zobaczymy, jak podołam tym razem.

Liebster Blog Award od Myśli Nieskrywane


1. Co cię przyciągnęło na złą drogę blogosfery?

Tym razem? Śmierć. Wielu z was wie, że na nowo zaczęłam pisać po śmierci mojego przyjaciela, Królika, który przed laty uwielbiał moje posty na poprzednich blogach, przyjaciela, z którym nawet wspólnie napisałam kilka tekstów. Historia wielu znana, wielu z was znało Królika z jego bloga, więc nie będę się wielce tu rozpisywać.
Prawdziwe pytanie pojawia się, co przyciągnęło mnie tu przed laty? I...sama nie wiem. Zawsze kochałam po prostu słowo pisane, a jak wielu też z was wie, jestem typową ekstrawertyczką, która kocha zderzenia z innymi ludźmi, wymianę myśli, emocji, poglądów. Idealnym rozwiązaniem na połączenie tego przed laty chyba po prostu wydał mi się blog i tak powstał pierwszy autoportret odczuwalny. Tak, autoportret, bo zawsze praktycznie pisałam pod tym samym adresem, ale z innymi końcówkami, pod tym samym nickiem. Tu jestem Fridą która tworzy swój autoportret słowem, bo nawet tutaj nie umiem się ukrywać i udawać kogoś, kim nie jestem.

2. Marzenia twarde, marzenia miękkie, marzenia al-dente. Najskrytszymi nikt nie chce się dzielić- to może jakie masz mniejsze, albo większe, bieżące marzenie?

Sama nie wiem, czy to marzenie, czy to już cel, skoro powoli plan jest w realizacji?
Mam wiele marzeń szalonych, dotyczących pewnych podróży, zdobycia swoich 4 tysięcy metrów nad poziomem morza w Armenii ( skromnie, 4 tys, jak mi się uda, to może pomyślę nad wyższym szczytem), marzy mi się poznanie smaku i zapachu wielu miejsc. Marzy mi się wiele rzeczy dotyczących mojej natury, marzy mi się...
Ale to długa lista. I jak właśnie wiadomo, może nie o wszystkim powinnam pisać. Dlatego może powiem wam o tym najbardziej konkretnym obecnie. O tym, o którym sama już nie wiem, czy to cel, czy marzenie?
Mamy wspólny cel z moim Mężem. Najpierw, może nawet w przyszłym roku przenosimy się do Przemyśla a potem, w przeciągu paru lat w Bieszczady. W Karpaty, ogólnie rzecz biorąc, jakieś dzikie tereny. I tam zakładamy swoje schronisko, w stylu wszystkich obskórnych schronisk PTTK. I mieszkamy tam, żyjemy, w tej dziczy pewnej, z dala od miasta, gdzie pięknie widać niebo. I wpadają do nas obcy ludzie, którymi się zajmujemy. I od czasu do czasu wpadają do nas znajomi, na trochę dłużej, odpocząć od zgiełku miasta.
Co najlepsze, ostatnio zauważyłam, że wiele rzeczy sprzyja naszemu marzeniu. Choćby to, że niedaleko Przemyśla planuje się otwarcie nowego parku narodowego. I choć na razie to inicjatywa obywatelska ( zresztą, mam zamiar o niej niedługo napisać) , istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że on powstanie. A na terenie, gdzie ma powstać nie ma jeszcze nic. Szlaków, całej tej infrastruktury, które mają wszystkie górskie parki, nie ma...schronisk. Tak, właśnie schronisk. Nowa nisza? A i owszem.
Więc tak, marzy mi się życie w górach, w drewnianym domu, w którym nie mam za wiele miejsca dla siebie, przez który przewija się setka nieznanych ludzi. Ale w którym mieszka i ten, którego najbardziej kocham. Do którego z radością wpadają inni, wobec których mam tyle czułości. I tyle ludzi, którym mogę coś dać od siebie w tej dziczy. I widzę nas w tym domu, zakochanych w późniejszym wieku, widzę nas w domu- schronisku, pomiędzy porannymi mgłami i wyciem wilków, bo tamte tereny to przecież ostoja wilków. I widzę naszego psa, może wilczura, o którego grzeję swoje bose stopy zima. I te długie wieczory przy grzanym piwie i prawdziwe, rozgwieżdżone niebo. Tak, tak właśnie wygląda moje marzenie.

3. Boże Narodzenie śnieżne po pas czy...bure i mokre?

Proszę o inny zestaw pytań, nie obchodzę tych świąt. Nie jestem chrześcijanką. I...zauważam, że z wiekiem coraz mniej mi na nich zależy, coraz mniej we mnie śladów pewnych tradycji wyniesionych z domu, które może i z wiarą nie mają nic wspólnego. Ale lubię śnieg w Yule, swoje święto, kiedy to światło zwycięża mrok. Ale...nie jest to dla mnie konieczne. Bo zgodnie z moją tradycją, to przede wszystkim ja noszę światło które wygrywa w sercu i cała otoczka ma naprawdę coraz mniejsze znaczenie :)

4. Na randce grać pozory czy być sobą?

Bogowie, od lat nie chodziłam na randki. Chyba że z własnym Mężem, ale to się chyba nie liczy, skoro potrafimy robić przy sobie kupę, prawda?
W każdym razie...tak teoretycznie, zdaję sobie sprawę z istnienia pewnej damsko- męskiej gry. Zawsze, ale to zawsze, po prostu poznając drugiego człowieka troszkę gramy. Chociaż z wiekiem zauważam że...u mnie tego coraz mniej. Ale ja w ogóle mam problem z udawaniem, graniem, śmieję się głośno kiedy chcę i chyba tylko smutek jakiś umiem maskować, ale to tylko po to, żeby nie robić komuś przykrości. Mimo to jest naturalnym, że idąc na randkę wchodzimy w pewną rolę. Chcemy się pokazać po prost z jak najlepszej strony, jeśli nam zależy. Ale niedopuszczalnym jest dla mnie świadome kłamanie, oszukiwanie, że jest się kimś, kim się nie jest. Mówienie kocham czyta chociaż przez 3 lata nie sięgnąłem po żadną książkę. Mówienie kocham poezję chociaż od szkolnych czasów kucia Mickiewicza dostaję spazmów na samo słowo strofa czy metafora i nie umiem tego wyleczyć. Mówienie kocham coś tam, a nienawidzenie tego. To mija się z celem. Wszystko z czasem wyjdzie. Tak samo jak to, jak bardzo śmierdzące bąki puszczamy. Nikt nie jest w stanie wstrzymywać całe życie.

5. Twój sposób na stres?

Ja w ogóle chyba mało się stresuję- przynajmniej jeśli chodzi o mnie. Raczej to, co odczuwam, to zwykle zamartwianie się i to o kogoś. Nie stresuję się w swoich sprawach. Nie stresowałam się wielce przed egzaminami na studiach ( poza paroma wyjątkami), przed ślubem ( może trochę przez teściów), przed rozmowami kwalifikacyjnymi. A raczej może...stres był dla mnie zawsze mobilizatorem. Nigdy mnie nie paraliżował. I nawet przy tym moim zamartwianiu się o innych ten stres pobudza mnie do działania.
W każdym razie, mimo pewnych wyjątków ogólnie mało się stresuję a jeśli już, to na pewno nie tak, że musiałabym szukać jakiegoś ujścia. Ale załóżmy, że się zdarza i...powiem szczerze, nic nie rozładowuje tak napięcia jak seks. Bo nawet zestresowana mam ochotę na seks i naprawdę, nic nie pomaga jak dobry orgazm. Ale ja w ogóle jestem trochę przesadnie rozerotyzowana więc...
Może taniec, muzyka, śpiew? Chwile medytacji? Łażenie po parku w ciemności i wyłączenie myślenia? Alkohol?
Tak naprawdę też wszystko zależy od tego, czego ów stres dotyczy. Bo jeśli to stres, który np. pojawia się, gdy umiera ci ktoś bliski, to wiesz, że nic nie pomoże. Musisz po prostu przeczekać.

6. Sposób na jesienną chandrę oprócz picia?

Hm...dobra, masz mnie, piję sporo. Ale to nie tylko z powodu chandry, w ogóle, staram się za często z powodu chandry właśnie nie pić.
I może to zabrzmi dziwnie ale sposób na chandrę to...poddanie się smutkowi. Może dlatego, że ogólnie mam pozytywną, optymistyczną naturę i wiem, że swoim wewnętrznym systemem automobilizacji doprowadzę się do stanu używalności i wręcz przesadzonego tryskania energią, jak teraz. Tak, jestem totalną optymistką, umiem kopnąć się automatycznie w dupę i wracam sama do szczęśliwości, bez specjalnych metod po tym, jak poddam się smutkowi.
Bo tak naprawdę...czy ze smutkiem trzeba walczyć? Nie mówię o smutku chorobliwym, już prawdziwej depresji. Ale chandry, czy to jesienne, czy to zdarzające się i podczas innych pór roku, są po prostu czymś naturalnym. Tylko nasza kultura jakoś napiętnowała ten smutek jako coś nienaturalnego, coś, z czym na siłę się walczy. A to po prostu tylko drugi, naturalny biegun szczęścia i wręcz musimy go odczuwać. Bo kim byłby człowiek bez smutku? Więc gdy mnie dopada, ostatnimi czasy...po prostu sobie na niego pozwalam. Słucham dołującej muzyki, piszę smutne teksty na blogu, płaczę Mężowi w ramionach, chociaż to już zdarza się naprawdę rzadko. Ale pozwalam sobie na smutek też jesienią, jak na coś naturalnego, bo tym jest i wracam sama do równowagi. Bez specjalnych sposobów, tą drogą, która sama mnie najdzie.

7. Obecnie promuje się sporty ekstremalne, do tego stopnia, że jeśli ich nie uprawiasz to nie istniejesz. Naprawdę każdy musi zaistnieć żeby uznać, że żyje?

Dobra, to, co robię w górach dla niektórych brzmi jak zajęcie ekstremalne. Bo to, że spadłam prawie w przepaść, ale zdążyłam się chwycić kosodrzewiny...to jest ekstremalne czy nie? Albo pokonywanie 30 kilometrów w pełnym słońcu? I wycieńczanie totalne organizmu?
Dla jednego ekstremalne, dla innego nie. Dla jednego przyjemność, dla drugiego piekło. I nie ma tu reguły. Bo też i właśnie...nikt nic nie musi.
Katowanie się w górach sprawia mi przyjemność, totalne wycieńczenie powoduje potem istny endorfinowy haj. To naprawdę uzależnia. Ale jeśli nie ma to dawać takiej radochy, to, albo inne dziwne sposoby spędzania czasu to...po jaką cholerę? Zresztą, ja w ogóle jestem z daleka od jakiegokolwiek parcia na „zaistnienie”. Robię co lubię. Co daje mi przyjemność. I chyba każdy właśnie powinien w ten sposób oglądać się na siebie, a nie na innych i ich ewentualny podziw.

8. Twoja znienawidzona piosenka to...?

Kurczę, ostatnio pisałam Anonimowej, że chyba nie mam takiej piosenki, którą by mnie katowano, męczono, męczą to mnie tylko w pracy słuchaniem disco polo, ale pytanie jest o piosenkę a nie cały gatunek, którego szczerze nienawidzę ale...
...parę dni temu sobie przypomniałam. Jest piosenka, której nienawidzę. I nie zalicza się do słynnego kanonu disco polo ( bo t możecie zaliczyć wszystkie piosenki). Chodzi o „Baśkę” zespołu Wilki. Dla niewtajemniczonych ( są tacy?)- Baśka mi na imię, miło mi. I ostatnio przypomniało mi się, jak to pewien Jakub w gimnazjum śpiewał mi ten kawałek nieustannie i podchwycili to inni chłopacy. Jakub był we mnie śmiertelnie zakochany i myślał, że to romantyczne, a zrobiła się z tego jakaś jedna wielka parodia. A wówczas nie miałam fajnego biustu. Zdecydowanie go po prostu nie miałam. Nawet nie miałam po co nosić stanika.

9. Czy wydarzyło się w twoim życiu coś, co dla większości osób jest nieistotne, a tobie sprawiło wielką radość?

O rety. Aż za dużo tego! Pewnie dlatego, że zwykłam cieszyć się rzeczami małymi i potrafię prawie płakać ze wzruszenia gdy widzę cudowny wschód słońca, padający śnieg, tęczę. Ostatnio w pracy nawet biegałam po korytarzu śmiejąc się jak dziecko i prawie właśnie płacząc ze wzruszenia, kiedy to jednocześnie świeciło słońce, padał śnieg z deszczem i pojawiła się tęcza. Tak, takie rzeczy sprawiają mi wielką radość. Można tu zaliczyć więc i wschody i zachody słońca, zwłaszcza w górach. Dobrze zaparzoną herbatę. Pojedyncze wiadomości, kiedy ktoś mi pisze, że jestem jego „ulubionym człowiekiem”. Cudowne wzruszenia nad książkami. Takie momenty tęczy, zachwytów nad kolorem liści jesienią i grą światła. Serio, ja naprawdę wtedy prawie płaczę ze wzruszenia i czuję, jak coś dobrego, ciepłego od środka rozpiera mi pierś. To takie małe cuda codzienności. I mam wrażenie, że tylko je doceniając...możemy być szczęśliwymi ludźmi.
Ale pomyślałam też o innej rzeczy. A jest związana z moją pracą. To wszystkie piękna słowa, które też niesamowicie mnie cieszą i wzruszają. To piękne słowa, dziękuję rzucone od kogoś, kto prawie już nie mówi, albo śmiech z tymi samotnymi staruszkami, które rozśmieszam i łaskoczę na korytarzach. W w końcu to jedna z moich podopiecznych, która powiedziała mi najpiękniejsze słowa jakie słyszałam w życiu, dziwne, ale piękne, kiedy zmęczona pod koniec dyżur przewijałam ją, bo cóż, pokazowo się zesrała. I ta pani, tak, trochę nienormalna, nie słysząca, leżąca od 7 lat powiedziała mi, że ja, taka spocona, zmęczona już, pachnę dobrem i miłością.
Czy coś można ładniejszego usłyszeć?

10. Postęp technologiczny strasznie gna. A ty powiedziałaś sobie dość, wiedząc, że więcej ci nie potrzeba?

Zasadniczo, niedawno swoje „dość” złamałam bo...do tej pory żyłam bez smartfona. Serio. Cały czas używałam jakiejś starej Nokii, ale cóż, musiałam i tu się złamać, bo moja Nokia zaczęła się psuć ( kolejna!) i wzięłam stary telefon od kumpeli. Smartfon, tyle wam powiem. Nadal nie wiem jaka marka i nadal nie używam w nim internetu. Nadal tylko piszę smsy, dzwonię i słucham muzyki nieraz.
Bo powiem wam szczerze to...mam takie wrażenie momentami, że postęp technologiczny swoje,a ja swoje. Ok, korzystam z internetu, ale mam tygodnie wręcz, gdzie on mógłby nie istnieć. I wręcz postęp trochę mnie przeraża i...może dlatego chcę uciec przed nim w te swoje Bieszczady. Tam, gdzie liczy się bardziej, czy dobrze rąbię drewno a nie to, czy wrzucam ładne zdjęcia na insta. Serio, nawet żyjąc w mieście nie wiem, jak to się obsługuje.
Yup, postęp po prostu nie jest dla mnie.

11. Donald Trump przekazuje ci cały swój majątek. Co z nim zrobisz? Pomnażasz, sprzedajesz, rozdajesz wszystko...?

Kupuję sporo ziemi w Bieszczadach. Kupuję może i nawet jakiś lat, żeby stworzyć prywatny park narodowy. Wydaję wiele na ochronę wilka, niedźwiedzia, rysia. Buduję to cholerne schronisko, jakoś część sobie odkładam, na wszelki wypadek i wydaję trochę na podróże po górach. A...resztę rozdaję. Nigdy nie chciałam być bogata. I wątpię żebym kiedykolwiek chciała. Więc jakby co obędzie się i bez jego majątku:)

To tyle. Wiem doskonale, że mam jeszcze do spełnienia zadanie od Shadow, ale...chyba tyle na dzisiaj starczy. Co za dużo to niezdrowo, nigdy byście przez to nie przebrnęli.

I swoim zwyczajem, nie nominuję nikogo. Jednak, w przeciwieństwie do Anonimowej, ten zwyczaj zachowam:)

A na koniec coś, co po prostu od paru dni gra z moją duszą. Mimo że kiedyś nie lubiłam takiej muzyki teraz to dla mnie istny majstersztyk. Zwłaszcza, gdy dodatkowo ogląda się tą specyficzną, ale piękną Norweżkę.
A może tu i trochę o moim marzeniu? I o moich ucieczkach?



piątek, 25 listopada 2016

O złamanej dziewczynie której cudza śmierć wsączyła do serca szaloną krew

Czy masz do mnie żal, Vince?
Nie wiem, jak mam z tobą o tym porozmawiać. Nie wiem, jak to się wszystko stało. Wiem za to, jak bardzo ją kochałeś. I, mimo wszystko, ja też zawsze ją kochałam, od kiedy ją poznałam, niewinną czarodziejkę, aktoreczkę, którą znalazłeś jakimś cudem przed swoją śmiercią. Trochę roztrzepaną, trochę egzaltowaną, neurotyczną, ale taką twoją.
Ale już nie umiem jej kochać. Mam dla niej nie serce, a wysuszony, wymęczony, przeżuty przez czas i jej, jak i naszą wzajemną szarpaninę strzęp mięśnia, który przez jakiś czas jeszcze po prostu pokryty był bliznami ale bił, dawał sobie radę. Teraz...to jak wyżęta szmata, rzucona pod cudze nogi. Nie mam już dla niej miłości. Nie mam już siły, chociaż chciałam, tak bardzo chciałam, Vince!
Czy jednak możesz mieć mi to za złe?

Pamiętam waszą miłość, Vincent.
To, jak zakochałeś się w niej pod koniec życia, jak ją znalazłeś, pisałeś z nią maile i bałeś się z nią spotkać. Ty, facet, który miałeś momenty, że nie przepuściłeś żadnej. Przecież nawet ja wylądowałam z tobą w łóżku jako nastolatka.
Ale ty nie chciałeś po prostu się z nią przespać, ty się w niej zakochałeś, tak boleśnie, że aż nas to bolało wszystkich, tak gorąco, że aż nas to spalało. Zakochałeś się, a potem dowiedziałeś się, że na tą miłość nie starczy ci życia. Rak. Wyrok. Skąpodrzewiak. Los był złośliwy, prawda? Tyle razy chciałeś się zabić a teraz...teraz, gdy w końcu ją znalazłeś, musiałeś umrzeć. To okrutne, to okropne.

Ale teraz, ja jestem okrutna. Bo tak sobie myślę, czy nie stało się lepiej. Czasem zastanawiam się, czym by była ta miłość, gdyby nie musiała być taka łapczywa, gdyby przetrwała, gdybyś ty przeżył i przerodziła się we wspólne duszne mieszkanie, jej histerie i twoje napady depresji i opiekowanie się twoim synem, który był przecież najważniejszy. Kto wie, czy ona z czasem nie stałaby się o niego zazdrosna, patrząc przez pryzmat tego, co zobaczyłam potem. Bo ona przecież zawsze musi być w centrum uwagi.
I może jestem okrutna, bo wiem, jak bardzo ją kochałeś, jak to ty właśnie odarłeś ją z jej niewinności i to nie tylko dosłownej, jak odebrałeś jej wiarę w boga, może jestem okrutna, znając tą historię, ale teraz, gdy na to wszystko patrzę, po tych 4 latach, myślę sobie, że tej, którą znam teraz...tej byś nie kochał.

Jak mogę tak mówić?
Najchętniej dałbyś mi za to twarz albo wyszedł z mojego mieszkania trzaskając drzwiami i nie pokazywał się mi na oczy przez miesiąc. Tak, znam ja tą twoją gwałtowność i zapalczywość. Wiem, jak byś się gniewał. Ale posłuchaj mnie przez chwilę.

To już ktoś inny.
I może tak, może sprawiła to twoja śmierć. Może po niej ona właśnie zwariowała, jej aktorstwo i egocentryzm rozlał się nadmiernie po wszystkim, co ją otacza, jak niezmywalna farba. Cierpienie poprzestawiało jej w głowie i wpędziła się z tęsknoty za tobą prawie w twoją chorobę. Kto wie, może gdyby nie twoja śmierć, nie stałaby się tym, kim teraz jest. Gdyby nie twoje odejście, pierwsza prawdziwa miłość naznaczona śmiercią, tragedią, być może byłaby twoją wspaniałą kochanką, może żoną, może matką dla twojego syna. Może dalej byłaby na swój dziwaczny sposób niewinna i magiczna, jak wtedy, gdy ją poznałam. Krucha i silna, wiedząca mimo wszystko, czego chce.
Bo ona się zmieniła, Vince.

Tak straszliwie się zmieniła, że brak mi słów. Czasem myślę, że może zawsze taka była, grała tylko kolejną rolę, grała tak doskonale, ze nikt z nas się nie zorientował. Ale nie, nie chcę wierzyć, że pod koniec życia tak boleśnie pokochałeś ułudę. Że to, tu i teraz, to jej prawdziwa natura. Nie chcę. To jest byt okrutne nawet jak na mnie, wiesz?
Więc mówię ci, po prostu, że się zmieniła.
Tak boleśnie, że rozszarpała mi serce. Tak mocno, że w końcu przyznaję, że nie umiem jej kochać.
Zmęczyła mnie. Wyryła we mnie dziurę tak bolesną, przestrzeliła mnie pociskiem tak bardzo na wylot, że nie umiem już nawet nad tym płakać.
Nie wiem, czy to nie gorsze niż twoja śmierć Vincent. Może to brzmi jak żart, ale tak właśnie czasem myślę.

Bo zmieniła się, może zwariowała. Nie pamięta, a może nie chce pamiętać.
I wiesz, widziałam się z nią ostatnio. I przez chwilę myślałam, że jest jak dawniej. Jak po twojej śmierci, kiedy mimo wszystko przezywałyśmy piękne rzeczy. Kiedy dzieliłyśmy smutki, paląc papierosy i pijąc wino na moim oknie na 10 piętrze, kiedy wymiotowałyśmy potem razem na przystanku. I wiesz, nieraz się tak łudzę, mam nadzieję, że jednak może być jak dawniej, jak na początku ale...to pryska, pryska jak rozbite o podłogę szkło.

I wiesz, słuchałam znowu ostatnio tego jak się miota. Jej wywodów na temat tego, jak za tobą tęskni, a zaraz potem monologów na temat tego, jaki powinien być jej potencjalny facet, którego wiecznie szuka.
Cały czas myślałam że szuka w innych ciebie teraz...teraz zauważyłam, że tworzy całkiem inną bajkę Vince.
Mówiła o tych mężczyznach, zarabiających grube tysiące, o zaradnych, mających firmy, odpowiedzialnych i tak pomyślałam...bogowie, pomyślałam, że teraz nie miałbyś szans z nią na taką miłość. Ty, szalony malarz, kucharz, który nie skończył żadnej szkoły, ale rozwodził się godzinami nad poezją Wojaczka. Ty, szalony, niestabilny, po dziwnych związkach.
Zresztą, mam wrażenie, że i ty byś jej nie kochał. Mam wrażenie, że ona zmieniła się w kobiety, którymi kiedyś gardziłeś.
Kim byłbyś teraz dla niej? Czy ty straciłbyś dla niej zmysły?
Naprawdę chcę wierzyć, że to zmiana, że tak nie było...
Nie, nie było.

Wtedy naprawdę była inna. Piękna w tej swojej naiwności, marzeniach, artystka o połamanym mocno sercu ale...pięknym sercu. I nawet, jak wtedy uważała się za bardziej pogubioną...była bardziej odnaleziona niż teraz.
Ona oszalała Vince. Mówię ci, oszalała, tak jak ty nigdy szalony nie byłeś. Gna za setką ideii, ma setki mrzonek, coraz bardziej nierealnych. Mówi że wierzy w siebie, potem wpada w ataki histerii. Wypiera się dawnych miłości, znajomości i wierzy, że one nigdy nie miały miejsca. Może ucieka tak przed bólem. Wierzę, że tak jest i...

Vince, uwierz mi, próbowałam. Naprawdę próbowałam. Przez te 4 lata od twojej śmierci stale byłam przy niej, gdy tylko mnie potrzebowała, chociaż ona nigdy nie była dla mnie. Sądzisz, że było inaczej?
Nigdy nie była dla mnie, ale ja zawsze przy niej trwałam. Zarywałam dla niej noce, kiedy płakała nad kiblem, wymiotując, sama nie wiem, czy przez alkohol, tęsknotę czy strach. Pożyczałam jej pieniądze, karmiłam, leczyłam kiedy była chora. Zresztą nie tylko ja.
A wyobraź sobie, ona nigdy nie była dla mnie. I dla Królika też nie. A ostateczny cios zadała udając, że go nawet nie znała. Jak mi to wyjaśnisz do cholery? Jak?
I naprawdę, powiedz mi, jak ja mogę to znieść?
Próbowałam. Kochałam ją. Ale wybacz Vince, nie mam już siły. Zresztą nie mam jej od dłuższego czasu, zwłaszcza od śmierci Królika.

Wiesz, zawsze traktowałam to jak jakiś spadek. To, żeby o nią dbać, jak część pamięci o tobie, bo przecież też prosiłeś, żebyśmy się nią zajęli. Ale, Vincent, nie mogę przez to spalać siebie, swojego życia.
Bo nie chodzi o to, że jest szalona. Ty byłeś, ile razy ty się chciałeś zabić, ile razy jeździłam do ciebie do szpitala psychiatrycznego. Cholera, Vincent, mam niejednego znajomego chorego psychicznie! I nikt mi nie powie, że nie mam na to siły, że odtrącam przez to. Ale naprawdę, ja nie wiem już, co mam robić. Bo wszystko, co robię, jest z góry przegraną walką. Taka jest prawda Vince. Nie można też pomóc komuś kto...po prostu nie chce naszej pomocy. No bo jak? Co, na siłę wsadzę ją do szpitala, chociaż nie mam podstaw? Będę jej jeszcze bardziej matkować? Nie mam na to siły, mówię ci po raz kolejny.

I tak, mam do siebie żal. Ty już nawet nie musisz mieć, mam do siebie żal, że nie umiem jej uratować, mimo że nie mam sobie nic do zarzucenia. Bo nie mam. Serio, nie mam, zawsze, kiedy byłam potrzebą, byłam. Zawsze jej słuchałam i nadal słucham, mimo że tak nie to boli. Zawsze odpowiadałam na telefony, wysyłałam nawet cholerną kasę, o której wiem, że nigdy jej nie odzyskam i do czego nigdy nie przyznam się Mężowi. Bo nie umiałam jej odmówić, nie umiałam jej zostawić. Zresztą, ja nadal nie umiem Vince.
To jak wielki wyrzut sumienia i nie umiem jej do końca zostawić.

I nadal się z nią spotykam, widuję. Mimo, że nie sprawia mi to żadnej radości, wręcz przeciwnie, to zadaje mi wielki ból. Nawet nie wiesz, jak wielki, nie masz pojęcia, nie możesz wiedzieć. Ty po prostu nie żyjesz. Mi zostali ludzie, którymi sobie nie radzę.
Ale tak, umawiam się z nią, piszę kontrolne smsy, czy żyje. Ale nigdy sama nie próbuję się zwierzać, nie mówię prawie nic o sobie, bo wiem, że to nie ma najmniejszego sensu. Nie rozmawiam z nią nawet o tobie czy Króliku, bo uwierz, dopiero wtedy krwawi mi serce. A ja nie chcę go całkiem stracić, nie chcę zabić przez nią swojego serca.
Ale spotykam się z nią, mimo że nie mam siły. I za każdym razem widzę, jak i ona coraz bardziej wikła się w swoje szaleństwo, jak się zmienia, jak chudnie, marnieje, spala się. I wiem, że nic nie mogę z tym zrobić. Próbowałam. Nie wyszło mi.
Ale ty doskonale wiesz, prawda?

Wiesz, że nie jesteśmy w stanie uratować innego człowieka wtedy, kiedy on tego nie chce. Nie poniesiemy cudzego krzyża. Nie zasiejemy ziarna szczęścia, radości, jasnego rozum, nie przejdziemy za niego jego ścieżki.
I tak, jestem bezsilna. I tak, jestem już bez siły.
Czy mi to wybaczysz Vince?
Jan nadal próbuję, ale to resztki. Wiem że za jakiś czas całkiem ją stracę, to, co o niej pamiętam. To, co pamiętam o waszej miłości.

Ale nieraz tak sobie myślę...
Myślę, że ona spłonie jak i ty. I może o to jej chodzi. Mimo, że ponoć nie chce się już zabijać wiem....wiem że to zrobi. Wiem że wpoiła sobie twoją chorobę, zresztą i ona nigdy nie była do końca normalna. Inaczej byście...inaczej aż tak byś jej nie pokochał, prawda?
I czasem tak to widzę, tak, że ona po prostu wpędziła się w twoją chorobę, mimo że nie zdaje sobie z tego sprawy i nie pozwoli sobie nigdy na szczęście, mimo że tyle o nim mówi. Ale nie pozwoli sobie na szczęście, bo miała za kruche serce, za miękkie, zbyt niewinne i niedoświadczone, kiedy cię poznała, a potem zabrała cię śmierć. Kiedy pożerał cię rak ,a ty się zabiłeś. Kiedy wiedziała, tej nocy, że umierasz...i ona umarła. Coś w niej umarło może na zawsze.

Tak to czasem sobie wyobrażam. Ty wykrwawiasz się w swoim mieszkaniu na podłodze, z podciętymi żyłami, a ta krew przepływa do niej ulicami miasta. I wsącza się w jej serce. Zaraża ją chorobą. Zaraża ją śmiercią, mimo że ona o tym nie wie.
I ona przeżywa, ale umarło w niej coś na zawsze. Nie ma dla niej nadziei, może dlatego, że to zaszło za daleko. Ty wykrwawiasz się na swoim dywanie, a twoja krew zaczyna krążyć w jej żyłach. I zatrzymuje coś w sercu, psuje jego mechanizm. Ale ona jeszcze nie wie, że już marła.
Tylko z czasem coraz bardziej to widać. I ten ból, twoja krew, zjada ją od środka. Wypala w niej niezmywalne piętno.
I ona z czasem, z roku na rok coraz bardziej szaleje. I mimo że chcieliśmy, by miała piękne, szczęśliwe życie, mimo że sama próbuje w to wierzyć, miota się, ona też powoli umiera. Spala się, jak i ty się spalałeś.
Z roku na rok jest coraz gorzej. I mimo że ja wierzyłam, że jest dla niej nadzieja, dla jej życia...twoja krew w jej złamanym przez twoją śmierć sercu krąży za mocno, za szybko, za gwałtownie.

Vince, wiesz, że ja wiem, prawda? Wiesz, że ja wiem, co się stanie i wiesz, że nawet jak próbuję walczyć...
Wiedziałam, jak to będzie z tobą.
Wiedziałam, jak to będzie z Królikiem.
Widzę to, jak ona...

Widzę, jak ona spłonie. I nie mam siły, bo mimo że widziałam to wcześniej, nie chciałam w to wierzyć.
Ale już powoli muszę odpuścić. Nie uratuję jej. Nikogo z was nie uratowałam.
Zbawić mogę tylko siebie, co, Vince?

Ale twoja krew z tych podciętych żył w jej sercu. Bo ona tak cię kochała...
Czy znałam inną tak wielką miłość?
Nie wiem. Doprawdy nie wiem, mimo że mam wrażenie, że widzę jej echo w kimś innym ale...nie chcę zapeszać.

I ona spłonie. Nic nie poradzę na jej szaleństwo, na twoją krew w jej sercu Vince.
Ale widzę to inaczej, wiesz?
Wierzę, że w pewnym momencie spotkacie się w spadającym deszczu. Deszczu, w którym całowaliście się przed twoją kamienicą. Dotkniecie swoich twarzy.

Może to długa droga. I można jechać całą noc. I całe życie. Aż do śmierci. I wiesz...mi się wydaje, że ona tak naprawdę, może tak naprawdę, mimo że tak się pozornie zmieniła...
W środku nadal jest ona, dawna. I ta dawna, która tak bardzo cię kochała, po prostu jedzie do ciebie w spadającym deszczu.
A ty na nią czekasz, prawda, Vince?

Więc nie miej do mnie żalu, że ja przestaję walczyć. Ja nie mam na to siły. Dobrze, Vince?
Myślę, że teraz ty musisz na nią po prostu poczekać.
I mam nadzieję, że u ciebie pada. Właśnie na ten scenariusz czekasz, prawda? Bo tu już nie ma pytań.
Vince...bo ty jesteś odpowiedzią.


(i w tym teledysku widzę tak bardzo ją. a może was. i nie mogę nie płakać. )

Możesz jechać całą noc
Szukając odpowiedzi w spadającym deszczu
Chcesz znaleźć sens
Szukając odpowiedzi
Moglibyśmy znaleźć powód, powód żeby się zmienić
Szukając odpowiedzi
Moglibyśmy znaleźć powód, powód żeby zostać

Stojąc w spadającym deszczu. 

środa, 23 listopada 2016

O aferze kocykowej i małej lampce pod sercem.

-Serio, dzisiaj w końcu wywlekli temat tych koców? - rozmawiałam przez telefon z jedną z moich współpracownic.
-No, serio. Ale w sumie oddziałowa nie będzie się czepiać, ona nic nie mówiła, ale wiesz, pani D, pani K, one zaczęły jazgotać, że jakim prawem, nie swoim się rządziłyście i w ogóle, oni sami mają sobie radzić.
-Kurwa, koca pożałować. Przecież ich nie zjedli, to jest śmieszne wszystko- aż się zdenerwowałam.

Afera kocykowa, doprawdy. Trochę absurdalne, trochę irytujące. Bo kto by się czepiał o wydanie 6 starych koców ludziom, którzy nie mieli się nocą czym przykryć, koców, które i tak wróciły na oddział? Okazuje się, że można się i czepiać. Tak dla zasady. Tak po prostu, nawet, jeśli główna zainteresowana, sama szefowa, nie ma nic przeciwko temu.

O co chodzi z aferą kocykową?
Remont na naszym oddziale nadal trwa, jak wszyscy wiedzą. Chaos coraz większy, coraz większa bieganina, bo termin oddania już przekroczony, panowie majstrowie płacą już kary i ogólnie, mało śmieszne i coraz bardziej męczące już to wszystko jest.
Nadal pracują przy tym remoncie u nas Ukraińcy, cudnie zbudowany i cudnie mądry Artiom, jego koledzy i koleżanki, w tym pulchna, niska Natalia z Lwowa, z którą od razu załapałam świetny kontakt rozlewając wiadra z wodą i śmiejąc się z naszej wspólnej niezgrabności, kiedy na nocce dziewczyny sprzątały u nas, a ja chciałam im pomóc, robiąc jak widać więcej szkody, niż przynosząc pożytku.
Nadal jest Jamnik, chamski burak który biega za mną jak oszalały, bo typowo się na mnie uparł, zakochał. Nadal jest Mareczek, starszy kolega Jamnika, który wygląda jak przepity Elvis, ale ogólnie jest w porządku i lubię z nim pożartować.
I jest też wiecznie zmęczony Pan Kierownik, który nieraz ze mną lubi sobie pogadać, chociaż jak widzę to taki nieśmiały typ, z wiecznym cierpiętniczym wręcz spokojem w środku, cichym głosem i jakąś taką aurą, że chciałoby się go przytulić, jak widzi się, że wszyscy coś od niego chcą i na niego krzyczą.
Takie więc to postacie przewijają się dodatkowo na naszym oddziale, wśród pyłu i chaosu, wśród przenoszenia pacjentów z pokoju do pokoju i ogólnego rozgardiaszu.

A ja, w tym wszystkim, razem z moją Ulubioną Pielęgniarką, której na imię tak jak i mnie, w której widzę siebie za 20 lat ( też jest leworęczna, też jak była młoda wiecznie robiła u siebie imprezy, jeździła na koncerty rockowe i wiecznie miała coś złamane) i razem z panią M. miałyśmy nocny dyżur.
Z reguły na nockach panuje spokój, ot, przewiniesz sobie oddział i potem już głównie czuwasz, żeby nikt się nie zgubił, nie wypadł z łóżka, nieraz żeby nie umarł.

Tym razem chaos dał nam się we znaki. Poprzenosili nam na dniówce pacjentów tak, że same nie mogłyśmy się ogarnąć. Ulubiona wykrakała nam, że będziemy przewijać góra pół godziny- zastałyśmy oddział w takim stanie ( nie wina dniówki, nigdy nie wiadomo, ile razy ktoś zrobi kupę, no nie?)że robiłyśmy to półtora. Spocona, zmęczona, poszłam się myć pod prysznic który dzielimy z Chłopcem ( słynne jest już nasze zanoszenie sobie ręczników jak mamy razem dyżur i propozycje mycia pleców), myśląc, że to koniec przygód- ale nie, to był dopiero początek.

Już przedtem Ulubiona, widząc sprzątające Ukrainki, Natalię i Julię, widząc, że to już 21, wiedząc, że mieszkają pod Poznaniem i nie wiadomo o której się położą spać, a wiedząc dodatkowo, że o 6 rano mają do nas wrócić, zaproponowała im, że się nimi zajmie. Po prostu w której pustej sali zorganizuje im nocleg. W końcu to dom, mamy prysznic, mamy kuchnię, mamy niezliczoną ilość kocyków, kołderek, poduszek, żyć nie umierać!
Cały czas przewijając oddział zastanawiałyśmy się, czy te młode dziewczyny, umęczone tego dnia jak my, przyjdą do nas. Bo i w międzyczasie wpadł Artiom z herbatką już jakoś się wpraszając, bo wiedział, że ja mam dyżur i liczył na nocne nauki języków przy dyskusjach o filozofii czy filologii ( dopiero niedawno ogarnęłam, że to w końcu pan magister filologii z fakultetem z filozofii, cały czas myślałam, że jest na odwrót).
No ale jakoś się nie zjawiały, pomyślałyśmy więc, że pojechały pod Poznań, do tych hoteli robotniczych w których śpią, że zawiózł je ten fajny kierownik, bo widziałyśmy, że rozwozi ludzi z tym swoim stoickim spokojem nawet po nocy.

Skończyłam prysznic i miałam iść na chwilę do portierni, żeby pan, który tam siedzi, mógł zrobić obchód po korytarzach całego domu, zawsze zmieniam go na te 20 minut po nockach. Wyszłam na korytarz z książką, kierując się już do windy i prawie zderzyłam się z panem kierownikiem. Sprawdzał coś tam jeszcze na oddziale, jak poszedł remont tego dnia, zmęczony i cały w pyle, który dusi każdego z nas. Weszłam z nim do windy i tak od słowa do słowa wyszło, że...potrzebuje materace. Albo koce. Albo cokolwiek, bo jednak 7 osób ma zostać u nas na noc.
Co mogła zrobić Frida? Oczywiście, zaproponować pomoc. Bo jak to tak, ci biedni ludzie, pracujący do 2 w nocy nieraz, mają spać ot tak, na podłodze? Od razu powiedziałam Kierownikowi, że Ulubiona jakby co może przyjąć do nas 2 dziewczyny na noc, ale dziewczyny, bo z facetami nigdy nic nie wiadomo i się ich boi troszkę, zażartowałam nawet, że dba o moją nieistniejącą już cnotę, jako moja zastępcza tutaj w pracy, matka. Od razu pomyślałam, że może mamy gdzieś w piwnicach materace, zjechałam z nim na dół, ale zapomniałam, że przecież potrzebny tam jest klucz!
Musiałam już iść do portierni, powiedziałam więc panu Kierownikowi, że wie jakby co, gdzie nas szukać. I przyszedł, gdy tylko kończyłam tam siedzieć, z nadzieją, że pomogę tym 7 ludziom, a nawet może raczej i jemu, bo będzie miał problem z głowy.

Przyszliśmy na oddział. I Ulubiona, jak to ja, od razu też rzuciła się na pomoc. Tylko...pan i M. ostudziła nasz zapał. Najpierw nakrzyczała na mnie, że chcę z obcym facetem jeździć po piwnicach i szukać Bóg wie czego, ( bo chciałam wziąć klucz i jeszcze raz z nim do tej piwnicy jechać), że nie wiadomo, co on mi tam zrobi i tak dalej, potem wyjaśniła, że koce czy materace dajemy na własną odpowiedzialność, bo jak znikną to...
Nie mogłyśmy mu nie dać tych koców. 6 starych trochę koców, które potem po prostu się wypierze, bo tego wymagają nas przepisy, żeby wyprać nawet raz używany, wiadoma sprawa. Wzięłyśmy więc z Ulubioną klucze do magazynku, Kierownik poleciał za nami, ucieszony, że chociaż te koce jakoś dostanie, pomny przestrogi, żeby przynieśli nam je przed 7 rano, zanim pójdziemy do domu, żeby może się nie wydało, że dałyśmy, bo jeszcze my będziemy miały problemy.

Jeszcze o 1 w nocy, mając obchód, znalazłam dwa nieużywane na oddziale materace. Czy wy wiecie, jak mi się zrobiło głupio, tak samo i Ulubionej, jak jej o tym powiedziałam, że jednak miałyśmy i materace?
-Muszę przeprosić Kierownika- zażartowałam, a może i jakoś powiedziałam to całkiem serio, bo naprawdę, zrobiło mi się głupio.
Przez jakiś czas myślałyśmy z Ulubioną czy nawet nie zrobić Ukraińcom, którzy tam gdzieś w budynku spali śniadania, bo miałyśmy oddziałowy nadmiar chleba, który i tak się wyrzuci. Przez jakiś czas chciałyśmy lecieć z tymi materacami, ale w środku nocy naprawdę nie miało to sensu. I przez całą noc myślałyśmy, czy przyniosą nam te koce, bo pani M. nakręciła nas, że będziemy miały problemy.

O 6.30 punktualnie jeden z Ukraińców, zaspany, przyniósł całe naręcze koców, dziękując jakoś łamanym polsko- rosyjskim, mówiąc, że było ciepło i że jakoś się wyspali. Rzecz i tak się wydała, bo część osób z dziennej zmiany już przyszła.

I tak zaczęła się taka trochę afera kocykowa jak ja to nazywam. 
Dawać czy nie dawać?
Pomagać czy nie pomagać?
Serio, taki problem o głupie koce?
Bo, jak dzisiaj się dowiedziałam przez telefon jednej z koleżanek, na oddziale został poruszony temat kocyków. Po tym, jak Ruda wydała polskich pijanych robotników, że śpią jej za ścianą bez pozwolenia dyrekcji, poruszony został i ten temat, ludzi, którzy pozwolenie mieli, ale...kocyki dostali trochę nielegalnie, samowolnie. I co z tego, że je zwrócili, nie zjedli, nie poszarpali, nie poplamili. Co z tego. Okazuje się, że niektórzy mają z tym problem. Klasyczny ból dupy, o którym pewnie nikt mi w twarz nie powie gdy w piątek pójdę do pracy. Marudzenie, że jakim prawem oni mają tak za darmo coś dostać.
No bez jaj. Absurd jakiś. Ale...brzmi znajomo, prawda?
Przypomnijcie sobie całe dyskusje o imigrantach, bezdomnych, całą szerszą perspektywę i to zapalczywe „nie należy im się bo...”.
A może nie chodzi o żadne należy się- nie należy?

Nie wiem, może po prostu niektórzy są praktyczni i logiczni z tym należy się- nie należy, nawet jeśli chodzi o takie drobiazgi jak koce pożyczane na noc. Może oni lepiej na tym wychodzą, może nie mają takiej spaczonej natury jak ja i pielęgniarka z którą miałam nocny dyżur.

Bo tak naprawdę, akurat ja i Ulubiona jesteśmy naprawdę podobne. Mamy taką samą naturę. Oddałybyśmy ostatnie nawet koce, swoje jedzenie, nawet, jakby ktoś miał to zniszczyć, wyrzucić to...wiemy, że to jest w porządku. Jest w porządku, bo jeśli ktoś po prostu potrzebuje, a my mamy, to nie ma problemu.
Może właśnie w tym rzecz- nie widzimy problemu. I tym razem go nie widziałyśmy, raczej wyglądało to dla nas jak garstka przepracowanych ( potem naprawdę pracowali do 2 w nocy, widziałam przez okno), zziębniętych w nocy ludzi ułożonych na niewygodnej podłodze.

Niektórzy mogą mówić, że jesteśmy głupie i naiwne. Cóż, pewnie nieraz nietrudno się z tym zgodzić. Obie, ona starsza o prawie 30 lat i ja mówimy tak o sobie. Głupie i naiwne, nigdy się nie nauczą. Gdyby nie nasi mężowie ( też chyba jakoś podobni) to rozdałybyśmy pół swojego domu ona swojego, ja swojego. Nic byśmy z tego nie miały, nic, oprócz poczucia...że było się w porządku. Oprócz czystego sumienia.

Cholerne sumienie. Czy też musi być ono tak rozbudowane? Czym tak właściwie jest i czy w ogóle można o nim tutaj mówić? Czy to ono właśnie kazało mi jednak naprawdę przeprosić następnego dnia Kierownika gdy przyszłam pod pracę po Rudą i go spotkałam, przeprosić za te głupie materace, których nie zauważyłam? Był naprawdę zaskoczony, śmiał się, że nie ma sprawy, że przecież i tak jakoś pomogłyśmy chociaż nie musiałyśmy.
Ale czy to właśnie sumienie sprawia, że chcę być w porządku i to jedna z niewielu rzeczy, które spędzają mi sen z powiek? Bo właśnie tylko przez to albo przez martwienie się po nocach o kogoś nie sypiam nieraz. Chociaż, to pewnie też naczynia połączone.

Bo czy chodzi o to, żeby być po prostu dobrym człowiekiem?
Nie ma dobrych i złych ludzi, prawda od wieków znana. Cholerny relatywizm postrzegania. Ktoś kiedyś mówił, nie ma złych i dobrych ludzi, są złe i dobre uczynki. Ale i te są przecież względne, nawet te cholerne koce, wydane nocą, jak widać, mogą być sprawą względną. Bo może nie powinno się dawać, bo się tych cholernych robotników „przyzwyczai” że mogą sobie brać, bo nie mamy obowiązku za nich potem zawozić kocyków do pralni...

Dobre czy złe? Każdy kij ma dwa końce. Tak między bogiem a prawdą, nie ma też dobrego ani złego uczynku.
Co więc sprawia, że nieraz coś co zrobimy, a nawet częściej coś czego nie zrobimy, spędza nam sen z powiek? Co sprawia, że jedni mogą spać snem sprawiedliwych, chociaż już dawno nie świeci w nich żadne światło, a inni wśród pewnego nawet blasku gryzą palce do krwi martwiąc się, czy postąpili dobrze, chociaż wiedzą, że dobrze wcale nie istnieje?
Odwieczny moralny problem, moralny, choć moralności też nie ma. To bzdura wymyślona przez filozofów, żeby jakoś utrzymać pewne społeczne prawidła, które przecież i tak są płynne, które zmieniają się z czasem. Także, wszyscy obrońcy moralności wiecznie mogą tak naprawdę mi naskoczyć, mi i wszystkim innym, broniąc największej iluzji w reszcie iluzorycznego świata.

I znów mogę siebie po prost pytać- dlaczego i ja i Ulubiona dałyśmy te koce, dlaczego gotowa byłam biegać po piwnicy z obcym facetem w poszukiwaniu materacy i zawracać sobie głowę, lekkomyślnie, z jakąś oczywistością pod sercem, że tak właśnie trzeba? Z oczywistością, która, jak się okazuje, pomimo mojego pierwszego odruchu, wcale taka oczywista nie jest?

Powinno mi się nie chcieć, a może powinnam się zbuntować. Ileż razy w życiu zresztą powinno mi się nie chcieć, ile razy powinnam się buntować, że nie, nie wyświadczę ci przysługi, nie wstanę do ciebie w środku nocy bo mam atak paniki, nie zrobię ci tych cholernych zakupów, bo mi ciężko. Ile razy powinnam się buntować i mówić „nie”, zwłaszcza mówić to ludziom, o których wiem, że gdy im się nie chce, to po prostu się nie chce. Ich nie dręczą wyrzuty sumienia. Ile razy powinnam powiedzieć „nie” po prostu tym, których nie znam, o których nie wiem, czy nie będę miała przez nich problemów, jak choćby przez te cholerne koce, które mogły po prostu zniknąć, a ja bym musiała się tłumaczyć gęsto przez oddziałową, która ma je na stanie?
Ile razy powinnam nie robić komuś zakupów i obiadów, bo nie ma pieniędzy, a potem mi nie wystarcza do końca miesiąca i jem serki topione i czerstwe bułki?
Ile razy.

Dlaczego więc tak nie potrafię? Powiedzieć nieraz nie, dlaczego ten kocyk dany nocą jest dla mnie oczywisty?
Wpływ matki, wychowanie, geny?
Jestem po prostu głupia i naiwna, jak to mówimy z Ulubioną? Być może. Bo łatwo mnie wykorzystać. Łatwo mnie nabrać. Łatwo mnie, w końcu, przez to skrzywdzić i wiem, nieraz byłam skrzywdzona, ale to i tak po mnie spływa.
Bo wolę przyjąć nieraz krzywdę niż brzydzić się siebie...choć nadal nie mogę zrozumieć, skąd to obrzydzenie by się wzięło. Bo w tylu ludziach by ono nie zagościło, w sercach wielu ludzi pojawiłaby się tylko logika, opłaca się nie opłaca i...
...a może się mylę?

Może wielu ludzi by chciało dać ten koc, zaproponować ciepłą herbatę, ale ważniejszy jest jakiś pierwotny strach? Dam koc, a oni zniszczą i będę musiał płacić. Dam herbatę, a oni przywykną i będą chcieli dostawać cały obiad. Przyjadą do nas i im pomożemy, ale oni wezmą nasze miejsca pracy, zajmą nasze domy, zmienią nasze życie. Nakarmię psa, a on będzie potem za mną łaził i stanę się odpowiedzialny.
Tak, odpowiedzialny. Może to właśnie tego nieraz się boimy.
Mimo że nie ma dobra i zła, może to właśnie polega na przyjmowaniu odpowiedzialności. Za swój ruch, albo za jego brak, choć, ten pozornie jest łatwiejszy. Pozornie duszy i sercu łatwiej wytłumaczyć, że po prostu się nic nie robiło, niż że się coś zrobiło. I być może dlatego tak często zostajemy obojętnymi.

Ja nie umiem być obojętna. Głupia i naiwna, ktoś powie że dobra, choć dobro nie istnieje, tak samo jak zło. Istnieją czyny, równie ambiwalentne i....jeśli to wiem, nie wiem jak wybieram. Nie pytajcie.
Nie wiem co dobre a co złe, co więcej, wiem, że te pojęcia są bezsensowne, głupie i nie mają uzasadnienia. Wiem, że nie ma świętych, a nawet jeśli istnieją mali bohaterowie codzienności, to i ich czyny zawsze mają dwa oblicza, tylko jedni bywa jaskrawsze,
Nie ma dobra, nie ma zła, są dziwaczne czyny, które jakoś wybieramy. W jaki sposób? Nie wiem. Jakby się zastanowić, może nie powinno się robić nic. Nie proponować głupich koców, herbat, zakupów, obiadów.
Ale mam w środku, w sercu, małą lampkę, taką co daje trochę światła i bardzo dużo, dużo ciepła, taką lampkę, która po prostu nieraz przygasa gdy martwię się o kogoś, gdy mam wrażenie, że poczyniłam krzywdę ruchem lub jego brakiem. Mam małą lampkę, grzejniczek, domowe palenisko- ognisko, lampkę która rozpala się, gdy widzę czyjś uśmiech, radość z ciepłej herbaty wsadzonej nieraz nawet na siłę w dłonie.
Może i ona z czasem się zmęczy, zestarzeje, wypali. Może ona, jak i spora część świata uzna, że nie warto się tlić, grzać, bo po prostu nie ma sensu, bo tyle krzywdy, nieporozumień przez nią, tyle kłopotów. Może ja zgorzknieję i stracę ciepło swoje, tak, że przestanę czuć ciepło też i świata, bo jakby nie patrzeć...może ta lampka to właśnie jego okruch? Żadne dobro, zło a część świata, która dyktuje....
Nie, nie ma co znaczenia.
Teraz, w tym momencie życia, mam małą lampkę co oświetla i rozgrzewa. Ona pewnie też jest głupia, nieraz wpędza mnie w kłopoty, po prostu sobie jest, świeci bez uzasadnienia...ale jakoś to działa. Skąd ona wie?
Tego już wam na pewno nie powiem. Ja jestem w tym wszystkim za mała.



Więc nie pozwól, by świat cię zniszczył
Nie wszyscy są tacy pojebani i zimni
Pamiętaj po co tu jesteś i dopóki żyjesz

Doświadczaj ciepła, zanim się zestarzejesz. 

piątek, 18 listopada 2016

O tym, że tytułu dla listopadowej melancholii, dziwnej tego poranka, nie będzie.

Niedawno śmiałam się, że najważniejsze jest te 7 lat. Bo jak mówi pewien znany przesąd, jeśli przeżyjesz z kimś 7 lat i nie utracisz kontaktu, to jest szansa, że będziecie znać się przez całe życie. Bo 7 lat to więcej, niż niektóre etapy.
To przemijający etap znajomości z liceum i studiów, to czas, kiedy przekształcasz jedno życie w drugie. Musicie znać się 7 lat, żeby móc znać się całe życie. Żeby zawsze być razem.
Tyleż prawdziwe, co naiwne.
Jeśli w ciągu 7 lat nieraz do siebie wrócimy...tak, może zostaniemy ze sobą na zawsze. Jako przyjaciele, znajomi, po protu kumple. Nawet jeśli w tym czasie inne relacje są intensywniejsze, nawet jeśli pachną mocniej. Nawet jeśli przez jedne relacje chce porzucić się albo zaniedbuje te stare, sprawdzone. Te, które trwają 7 lat i dłużej.
I z wiekiem paradoksalnie, choć o to łatwiej, to też i o to trudniej.

Tyle śmiechu w ostatnich dniach. Ale po śmiechu zawsze muszą pojawić się łzy. Kolejne zrozumienie, że wszystko przeminie. My przeminiemy.
Widzę zmiany w relacjach.
Widzę zmiany w moim ciele, te coraz wyraźniejsze zmarszczki, coraz wrażliwszą skórę, łagodność a nie zaciętość na obliczu, które odbija się lustrze. Coraz większe pole przeorane doświadczeniem, które powoduje zmęczenie, ale w zamian oferuje i mądrość, jeśli tylko chce się z niej skorzystać.

Poddaję się temu, poddaję się kolejom życia, jego etapom, nie przebłagam bowiem czasu, nie zatrzymam wszystkiego, poddaję się temu i nawet uczę się czerpać z tego dziwaczną satysfakcję, dziwaczną radość, że wszystko przeminie, vanitas vanitatum et omnia vanitas, że może nie ma się co przejmować, tylko hedonistycznie zatrzymywać moment. Poddaję się czasowi, który nie istnieje i staram się cieszyć chwilą, ale coraz bardziej panicznie, krwiożerczo, aż do przesady, jakbym podświadomie chciała zostawić po sobie ślady tak trwałe jak blizny w duszach, jakbym chciała wyryć się krwawo imieniem na skórze. Jakbym bała się, że proch przeminie, a to może ma jakieś znaczenie, ilu i jak pamięta. A nie ma. Proch to proch, musi wrócić do ziemi. I tylko to ma znaczenie.
Rozsypcie mnie więc za życia, nie szkodzi. Bo za mało nam, za mało nam do 7 lat, tylko od nas zależy, ile ich zbudujemy, czy przetrwamy więcej niż 7 ale...jak mogę w to wierzyć?
Że jeszcze jakoś?
Że jeszcze z kimś?
Że z tobą, mimo że mi zależy?

Podejmuję decyzje, które spalą mosty. Bo nawinie mogę mówić, że przecież obecność fizyczna niewiele zmienia. Wiem, że zmienia wszystko. Wiem, że wszystko może być stracone, ale mówię uparcie, że taka jest kolej życia, że nieraz nie można walczyć, nieraz trzeba się z tym godzić. Trzeba wszystko stracić, zatańczyć nadmiernie intensywnie, tupiąc i śmiejąc się za głośno, aż tafla lodu pęknie i zmrozi serce, zabije to, co między nami. Czasem trzeba.

I nie mogę spać. Budzę się nocami, zwalam to na księżyc, na jego intensywną, bliską mojej twarzy tarczę. Zwalam to na zaprzeszłości i niedokończone sprawy, na alkohol i przemęczenie.
A gdy zasnę, pojawiają się sny.

Ciężkie, lepkie. Śnią się twarze, które nigdy nie powinny, nie powinny się przypominać. Gwałty w dusznych, pełnych szczurów piwnicach. Aż wreszcie małpy, które powinny być ogniście rude, a są czarne i giną w trakcie burzy w ogrodzie mojej matki.
Małpa, zręczny imitator, błazeński, nie jest ani wierny, ani szczególnie inteligentny. Kolejny symbol mnie, mnie śmiejącej się, mnie udającej, naśladującej tylko to, co ją otacza. Cudzy dobry humor. Cudzą wiarę w ostatnie dni, że jeszcze się uda, spotkać, zapamiętać na zawsze zapach który już powoduje skojrzanie, że jeszcze się uda wypić to piwo, jeszcze się uda...
Ginie w trakcie pory zmian. Ginie w pełnej świadomości, w swoim doświadczeniu, w miejsc tyle tajemniczym, co znanym od dziecka, bezpiecznym, co kryjącym wszystko co w głowie. Ginący w ogrodzie mojej matki, miejscu, które mówi o mojej nauce, kolejnych naiwnych wiarach, ale zmienianych przez doświadczenie.
Znów, wszystko jasne. Nawet gdy ja nie chcę o tym myśleć, wszystko pojawia się samo, nieproszone. Nie mogę odpocząć, muszę działać.
Chciałabym kiedyś mieć spokój. A nie umiem nawet uciekać w sny, bo ta druga ja, mądrzejsza...

Mówi mi, co być może powinnam zrobić. Albo jak bardzo nie działać. Kim nie być.

Mówi mi, że może warto się odsłonić. Może jakoś przed sobą samą.
Powiedzieć, że na kimś zależy. W środku zależy, może znów za bardzo, niż powinno, trochę dziwacznie, trochę za czule. Przyznać się, że żal do kogoś innego, żal, że w ostatnich miesiącach ktoś, dla kogoś poświęcało się wszystko przez długi, długi czas, ma tylko i wyłącznie swój świat w którym nie ma dla ciebie miejsca, a to ostatnie miesiące, bo wiesz, że gdy wyjedziesz, wszystko się rozpierdoli. Upadnie jak wieża w starej wschodniej grze, w której zabrakło klocków, bo wiesz, że to mniej niż 7 lat i pewne rzeczy, te starzejące się a nie rosnące już kości. nie wytrzymają tej zdrady. Może warto się przyznać, że innych źle osądzałaś i niepotrzebnie miałaś bariery, a jeden wieczór z piwem może zmienić wszystko, może warto się przyznać, że czasem trzeba było więcej się postarać i może warto się przyznać, że to ktoś miał na ciebie nieraz ten zimny, mroczny wpływ, którego tak naprawdę nie nosisz w swoim sercu.

Trzeba się odsłonić i powiedzieć sobie głośno, na co się godzimy, z czego rezygnujemy. A także, kogo kochamy. Jak silnie- i która miłość nas zabija, a która otula bezpiecznie.
Choć, to nie sama miłość. Ta zawsze jest piękna, tylko okoliczności bywają za ciężkie i przekrzywiają jej obraz. Ona jest niewinna, jej nie można skazać na rozstrzelanie. Ją trzeba rozgrzeszyć, a potem nieraz amputować, poddać eutanazji, bo ona, choć niewinna, nie ma racji bytu nie ma prawda istnienia.
Nie teraz.
Nie w tym świecie.

Jak zwykle może po prostu narozrabiał księżyc i przez niego widzę za dużo. Za dużo w sobie, za dużo w kimś.
Z jednymi spędzam za dużo czasu, co zacieśnia pętlę, która zamiast po prostu związać ludzi, zaciska się na szyi. Z innymi nie widzę się w ogóle, co sprawia, że sznur się przeciera, rozplata, aż wszystkie bezwolne, konopne nitki pałętają się po świecie, targane listopadowym wiatrem.
A może to właśnie listopad, wreszcie odbija się czkawką, zmęczeniem, bo za dużo było pracy i za dużo emocji. Tych dobrych i tych złych, tych wiążących się za stratą ale i z nowym powitaniem.

Listopad znowu nas zbliżył z jednymi, z innymi oddalił. Może dzięki niemu wyjechałam na jedną noc z domu tak, że wreszcie dało się porozmawiać, co z tego, że nie do końca pamięta się o czym? Ale można było odkryć, że może, póki się tu było, też coś się zmarnowało. Bo teraz mosty zaczną się palić i jak wierzyć naiwnie, że jeszcze się uda wszystko zbudować, istną twierdzę, zanim tamto spłonie?

Jak to się dzieje w tym listopadzie? Dlaczego na to pozwalam, dlaczego z jednego mogę się ciszyć, za innym płakać?
W śmiechu, cudownym błaznowaniu, radości odzyskanego dziwacznie mimo pory uśmiechu, w zarwanych przez alkohol nocach pojawiło się zmęczenie. A przede mną kolejne dwie noce, noce w pracy. Jedna bez znaczenia i jedna, na którą czekałam, ale trochę się boję. Bo w śmiechu dnia zjawia się nieopatrznie rzucone „może za bardzo się tęskniło” i wiemy, że nocą mówi się za dużo. Nocą łatwiej, nawet jeśli nie towarzyszy temu wino, piwo i na nie wszystko można zrzucić.
4 nad ranem ma swoje prawa, płynące z innego zmęczenia i magii. A my musimy tą magię przetrwać, wiedząc, że ruch zatrzymuje się tak, żeby więcej nie prowokować. Bo po co? Ta droga nic nie zmieni, ta tylko może kogoś skrzywdzić. I to nie ja będę tym gorzej złamanym, nie ja, chociaż ….coraz bardziej i mnie to dotyka. Wszystkie nieporozumienia, wszystkie nie chcę, mimo że gdyby nie...

I z tym muszę się zmierzyć w tym ostatnim, być może, w tym mieście być może ostatnim listopadzie. I nie będę w to nikogo wciągać. Tego też już za dużo.

Bo o tym przypominają słowa z innego kraju, czyjś smutek wlany w moje serce. Kolejne słowa mówiące o pragnieniach, gdy ktoś upija się samotnie w hotelu pokojowym, mówiąc, że to wszystko chyba nie wypali, całe życie nie wypali beze mnie. Tylko pijackie słowa, ale drażnią, frustrują, bo i ja w pewien sposób go kocham, nie tak, jakby chciał, ale kocham i nie umiem przejść obojętnie, wiedząc, że ratowałam to życie ale i popisowo je komuś spierdoliłam. Dziwaczna, absurdalna równowaga, którą wyśmiewa co jakiś czas los, którą co jakiś czas, może sam z siebie, a może na wyraźne życzenie któregoś z nas, musi przewrócić.

Niepokój, gdy wszystko się układa, pomimo założeń czynionych przy piwie, ze słuchawką w ręku, bo tak daleko od siebie jesteśmy.
I ta myśl, znamy się też dłużej, niż 7 lat, pomimo tej przerwy, tylu lat, wróciliśmy do siebie. Zawsze będziemy się zderzać? Do końca życia? Jak te atomy w powietrzu, których nie da się rozłączyć?

I gdy on to mówi, ja nie mówię nic.
Wiem więcej, niż mogę powiedzieć. Jak zawsze. A w listopadzie, to tez podwójnie mimo wszystko, uwiera.

7 lat albo i więcej.
Rok, a nawet i mniej.
2 lata.
Nic nie znaczące cyfry, nawet śmieszne wspominki na facebookowej tablicy, znasz kogoś 2 lata. Ha, znam go o wiele dłużej, ale niech wam będzie, skoro życie, świat lubią tak oficjalnie.
10 lat, 8 lat, 7 lat, 2 lata, rok a może i mniej. A może poznajemy się tak naprawdę w ciągu jednej nocy, w czasie której potrafimy odsłonić wszystko, zapłakać, a cała reszta nie ma znaczenia. 10 lat i ani jednej łzy, 2 lata i ani jednej, jedynej, mimo tylu chęci. Niecały rok i cała przepłakana noc na jednym ramieniu.
Jak długo się znamy? Jak bardzo się znamy?
Jak szybko przeminiemy dla siebie, jak bardzo powinniśmy to zrobić, zanim dojdzie do jakiejś kolejnej tragedii? A co będzie, jeśli znikniemy i przez to któryś statek zatonie, tragedia dopiero się rozegra, wygra gorycz, którą już gdzieś tam czuć pod językiem, zamkniętą w zakażonym światem migdałku, który próbował to wszystko zatrzymać, ale sam poległ?

A może to nie ma znaczenia. Bo jesteśmy ostatecznie sami w przestrzeni, sami w swojej głowie, sami, wydani jak włóczędzy zimną nocą, bez dach nad głową, na pastwę swoich snów, jakby były kąsającymi psami.

Czasem tylko gdy wzywam mayday w listopadzie, ktoś odpowie. Do mojej próżni, do mojego pustego, własnego wszechświata wyśle flarę, bo głos nie dotrze, nie rozejdzie się. Ale korpuskularno falowa natura światła może zawsze przyśle nadzieję.

Może nawet dotrze i ciepło?
Tylko które mi pomoże? To które zwykle daje największe opacie, najszersze dla mnie serce, nie daje dziwnie ukojenia. Być może dlatego, że targa nami dziwny niepokój.
To, którego potrzebuję jest wiecznie nieobecne i samo siebie musi rozgrzać.
To, które by potrafiło, jest niebezpieczne samo dla siebie.

A tak naprawdę, to tylko zmęczenie. Za dużo myśli i snów. Listopad czkawką odbity.
Potrzebuję snu, biegu nad jeziorem wśród drzew, chrupiącego jabłka i ciepłej herbaty, zamiast kolejnego piwa. Trochę światła, które znajdę sama w swoim wszechświecie.

Chociaż, mówili, nigdy nie zaszkodzi w przestrzeń wysłać mayday. Może gdzieś się odbije.

Byle nie czkawką.  



Czy mnie słyszysz, mayday?
Astronauta do bazy
Wyznaję, jestem w rozsypce
Nie mogę wysiąść
Gdy unoszę się w kosmosie

Gdziekolwiek jesteś, wyślij flarę
To próba nawiązania kontaktu