środa, 2 grudnia 2020

O tym, że czasami żyję wiecznie.

 Są momenty, w których czuję, jakbym miała żyć wiecznie. 

Są momenty, które stanowią wieczność. 

Jestem niezniszczalna. Jestem kuloodporna. 

Czuję krew płynącą w każdym naczyniu. W koniszukach palców i tę wielką falę, uderzającą w samo serce. Ocean czerwieni, energii, tlenu, który je wypełnia. Rozpiera mi klatkę z żeber. Życie chce eksplodować, wcale nie chcąc ulecieć. 

Przylepiam się do momentu, jestem momentem. Tu i teraz. Czas nie ma znaczenia. Czas stoi w miejscu. Czas? Dobre sobie. Czy ktokolwiek o nim słyszał? 

Pasma moich włosów ocierają się o siebie. Uda stapiają się w jedno. Słodki ból w dole brzucha, wybuch światła w okolicy skroni. Powietrze opływa mnie jak woda. Woda jest lekka jak powietrze, gdy rozgarniam ją dłońmi, płynąc w górę rzeki i jednocześnie z jej nurtem. 

Zwinięta w kłębek jak w łonie matki. Wyprostowana, postawna i silnie zakorzeniona stopami w ziemi, dłońmi sięgająca chmur. Taka teraz jestem. Bezpieczna. Pomiędzy światami, będąca światem. 

Przeczuwam smutek i radość. Jestem w nich i jestem poza nimi. Spokojna. Euforia i samo dno rozpaczy są takie same, czuję je, ale wcale nie są mną. Wszystko jest jednym, ani jedno, ani drugie nie jest lepsze. Nie jest gorsze. Nie muszę wybierać. Jedna całość, zamknięta w idealnym kształcie mojego ciała. Ciało zamknięte w kształcie świata. Jedność. 

Wszystko jest tak doskonałe. Każda rysa, każda blizna, wszystkie mają znaczenie. Są pięknem. 


Będę żyła wiecznie. 


Są momenty, w których poczucie życia układa we mnie wszystkie atomy w odpowiednią całość. Mój oddech jest wtedy lekki. 

Chciałabym wtedy nabrać powietrza nie tylko do płuc. Chciałabym wypełnić oddechem całe swoje ciało. Zejść do samego dołu brzucha, zatrzymać się tam na moment. Opłynąć tlenem całe pożądanie i jego energię. Całą wolę życia, która tam jest. Chciałabym, by powietrze wracało powoli na górę, przez brzuch, w krórym mam wszystkie emocje, roztopione, płynące wartkim strumieniem, w którym odbija się światło słońca. Wypełnić tym powietrzem wreszcie klatkę piersiową, ogrzać je koło serca. Tam mogłoby być najdłużej, wstrząsane energią mojego bijącego serca. Przepełniane miłością. Bo kocham. Jestem miłoscią. 

Wypełniona tym oddechem przylgnęłabym do ciebie całą sobą. Otuliła dłońmi, stopami, włosami. Włożyłabym cię między uda i piersi. Moje pory skóry zlączyłyby się z twoimi. Pozwoliłabym wnikać ci w siebie. Przyjmowałabym cię niczym sucha ziemia przyjmuje deszcz, sama jednocześnie byłbym dla ciebie ulewą. Przytknęłabym moje usta do twoich, złączyła je szczelnie. By nic nie mogło wyjść poza nas. Wypuściłabym wszystko, żebyś zaczerpnął ze mnie. 

Teraz to wszystko przepełniłoby ciebie. Ogrzało twoje serce. Zerwało ostatecznie tamę emocji. Obudziło wolę życia. 

Mój oddech płynąłby każdą twoją żyłą, tętnicą, dotarłby do opuszków palców, kości ogonowej, najcieńszej warstwy skóry, odrastających uparcie włosów, dotarłaby nawet tam, gdzie istnieje już tylko pustka. 

Wciąż złączona z tobą, oderwałabym moje usta od twoich. Wypuściłbyś wszystko. Aż płuca zapłonęłyby pustką. 

Wierzę, że wtedy sięgnąłbyś po kolejny oddech. Twój własny. 


Czasem czuję, że będę żyła wiecznie.

Ty tak często chcesz odejść, chcesz, by było tak, jakbyś nigdy się nie narodził. 




Wiem, że nieraz tak ciężko ci oddychać. Ale proszę. Zostań ze mną. 

wtorek, 1 grudnia 2020

O tym, dlaczego odeszłam z pracy.

 Minął równy miesiąc, od kiedy nie mam pracy. 

I zapewne zabrzmi to okropnie, ale całkiem nieźle czuję się jako bezrobotna. Zresztą, czy mogłoby być inaczej, skoro sama rzuciłam pracę i zdecydowałam się na chwilowe "siedzenie w domu? Mogłoby. Ale nie żałuję decyzji, którą podjęłam. Pomimo chwil paniki, że pewnie się zasiedzę, zdziczeję i lęków o to, co "będzię potem" mogę zagwizdać przez zęby i zanucić jak Edith Piaf, "non, je ne regrette rien!"


Nie owijając w bawełnę- pracę rzuciłam przez mobbing. I nie dam sobie wmówić, że było inaczej, choć sama łapię się na takich myślach. Przesadziłam. Sama sobie wmówiłam. Byłam nadwrażliwa. Zrobiłam z siebie ofiarę. Nieraz tak myślałam o tym, co się działo dookoła w moim miejscu zatrudnienia. Ale czy właśnie nie tak działa mobbing? Czy jedną z jego cech nie jest, że osoba mobbingowana poddaje w wątpliwość własny osąd, podważa swoje emocje i obserwacje. No właśnie. 


Gdy zaczęłam pracować w hotelu- restauracji rok temu, w październiku, wszystko było cudowne. Obsługiwałam hotelowe śniadania. Zaczynałam zmianę o 6 rano, kończyłam o 15. Miałam wspaniałą ekipę, do której w grudniu wciągęłam przecież i Cienia, którego kocham przecież całym sercem i z któym bawię się jak z mało kim. Dogadywałam się bezproblemowo ze swoją bezpośrednią zwierzchniczką, managerką śniadań, z którą z czasem wchodziłm w coraz bliższą relację- która zresztą trwa do teraz. Nie miałam problemu z "prawdziwymi szefami"- no, może z jednym, z tym, z którym i tak miałam najmniej do czynienia pracując przy obsłudze hotelu z rana. Nieraz więc w pracy śmiałam się w głos i szłam tam z uśmiechem, swoistym entuzjaznem. I choć nie było lekko nieraz, hotelowi goście bywali nieprzyjemni, wszystko potrafiliśmy obrócić w żart. Rozpierała nas pozytywna energia. Robiliśmy sobie wspólne posiłki i byliśmy trochę jak międzynarodowa rodzina z przypadku. Było tak ciepło, czule i zwariowanie momentami. Tak, jak właśnie powinno być. 

Wszystko zmieniło się w marcu, kiedy tak jak i resztę świata, dopadły nas czasy zarazy. Pandemia spowodowała zamknięcie hotelu. Na początku nie było źle, kiedy to powoli wszyscy ze śniadań przestawialiśmy się na pracę kuchcików restauracyjnych, smażących burgery. Praktycznie każdy dzień miałam wolny przez cięcie etatu- za resztę płacił mi urząd dla bezrobotnych, nie musiałam więc martwić się o pensję. Właściwie, od kwietnia do czerwca miałam pełnopłtne wakacje z okazyjnym chodzeniem do pracy. Mogliśmy wędrować z Mężem i znajomymi po Islandii, dobrze się bawić, pomimo problemów z mieszkaniem, które zaczęły się od kwietnia. Ale nie o tym, być może o tym, że musimy być sami w swoim gniazdku opowiem wam innym razem. 

W czerwcu zaczęłam częściej chodzić do pracy. Jeszcze wtedy bawiłam się dobrze. Ale po kolei zaczęły znikać mi z pola widzenia osoby, z którymi na zmianie bawiłam się najlepiej. Cień, zwolniony jako jeden z pierwszych. Włoch, z którym od razu załapałam cudownie miękki i nadzwyczaj po prostu ludzki kontakt. Pewien polski maruda, który swoją pesymistyczną postawą wytwarzał ze mnie anatagonistyczną energię, przez którą razem świetnie się uzupełnialiśmy. Odchodziły lub zostały zwolnione też kolejne osoby z baru. Pewien trochę szalony ale niezwykle mądry artysta malarz, z którym wiele rozmawiałam wcześniej już ,pracując na śniadaniach. Uroczy Czech, z najpiękniejszą na świecie delikatn buzią. Zostali ci ludzie, których lubiłam mniej. Którzy nie powodowali, że chciałam biec do knajpy i spędzić tam 4, 8 a może i 12 godzin. No i...miałam o wiele więcej kontaktu z jednym z szefów. 


Bądźmy uczciwi i dosadni- jeden z szefów był po prostu gnojem. Neidojrzały, niekontrolujący wybuchów złości egocentryk, który potrafił zacząć ubliżać pracownikom, bo miał gorszy dzień. Bo musiał pokazać, "kto tu rządzi". Sama nie miałam z nim wiele do czynienia, nie rozmawiałam z nim nigdy dłużej niż dwie minuty, wymieniając informacje. Niestety, miał ogromne spięcie w Cieniem, któego chciał oszukać na pieniądze za zdjęcia, które ten dla niego wykonał. A wszyscy w pracy wiedzieli, jak jesteśmy blisko. Przez jakiś czas brali nas nawet za parę, bo przecież zawsze wychodziliśmy razem. 

Od tego czasu jednak stałam się osobą nie do końca pożądaną- pomimo tego, że pracowałam świetnie i reszta szefów i pracowników mnie uwielbiała. 

Ani razu nie nakrzyczał na mnie bezpośrednio. Ani razu nie potrafił zbić żadnego z moich argumentów, kiedy zaczynał się niezsadnie czepiać o pierdoły. Ani razu nie przebił mojej fasady pozornego spokoju i słodkiego uśmiechu, kpiącej pokory w którą się przyoblekałam,kiedy zaczął wchodzić na pułap swojego gniewu. Przez to wszystko nie miał o co się przyczepić. Zawsze traktowałam go mentalnie jak jednego ze swoich pacjentów psychatrii- i nie dowierzałam, że w taki sposób muszę podchodzić do zwierzchnika! Racjonalizowałam sobie jego zachowania, wiedząc, że to nie ja jestem winna. Nie potrafił wyprowadzić mnie z równowagi. Ale kosztowało mnie to wiele wysiłku. Za wiele. Podobnie jak patrzenie na to, jak traktuje innych. Jak nimi pomiata. Jak jego niekompetencja powoduje szalony wysiłek pracowników, którzy jeszcze obrywają za jego błędy burą. 


Często szef miał dobry humor. Ale nigdy nie wiedziano, kiedy wybuchnie. Kiedy zacznie się czepiać. Praca z nim, przebywanie z nim w jednym miejscu kojarzyło mi się jak życie w domu z agresywnym alkoholikiem- nigdy nie wiesz, kiedy pijany tatuś wpadnie w szał, więc żyjesz w ciągłym napięciu. 

Miałam tego dosyć. I mimo że logicznie wiedziałam, że to on jest gnojem, a ja jestem w porządku, zaczęłam mieć problem...z sobą. Pogłębiły się moje stany lękowe, które przed laty przecież odeszły do lamusa. Zaczęłam się obwiniać o wiele rzeczy niezwiązanych z pracą. Zaczęłam gdzieś w środku przypominać zastraszone zwierzątko. Powiedziałam dość. Moja racjonalna strona wiedziała, że winna temu jest w dużej mierze praca i ten jeden niedojrzały gnojek, który sam miał porblemy ze sobą. Bo czy można być tak okrutnym, nie będąc zaburzonym? Zawsze wydaje mi się to niemożliwe. I w gruncie rzeczy nieraz robiło mi się go żal- ale ten żal nie tłumaczył tego, co robił. 


Ta praca kosztowała mnie za dużo energii, niewspółmiernie do zarobków, które, nie oszukujmy się, na islandzkie warunki, były śmieszne. Obecnie, będąc na zasiłku dostaję praktycznie taką samą wypłatę. 

I być może byłam za wrażliwa, bo wielu osobom nie przeszkadzało takie traktowanie. Być może mam za dużo wspomnień związanych z przemocą psychiczną. Być może mam za dużo dumy. 

A może właśnie, mam dumę na odpowiednim miejscu i potrafię szanować samą siebie. Swoje zdrowie psychiczne. Swój komfort. Może właśnie to ja, a nie kilka innych osób z tamtego miejsca, kocham siebie na tyle wystarczająco, że nie pozwolę sobą pomiatać. Niszczyć się. Być może kocham siebie na tyle mocno, że potrafię powiedzieć nie i postawić tę najzdrowszą granicę. 


Tak więc gdy tylko zawodowa sytuacja mojego męża ustabilizowała się do końca, zwolniłam się. Zresztą, to Mąż pomógł mi najwięcej. On i Cień, znający to miejsce i utwierdzający mnie w tej decyzji. Bez wsparcia byłoby mi o wiele trudniej. Bez zapewień Męża, że finanosowo poradzimy sobie. Bez jego przekonania, głębokiego, wenwętrznego i silnego, że powinnam zadbać przecież też o siebie. 

Przepracowałam ostatni miesiąć. Odeszłam bez najmniejszego żalu i sentymentu. Bez wielkich pożegnań, zwłaszcza, że gnojek szef w ostatnim dniu dobitnie swoją niekompetencją przypomniał mi, dlaczego odchodzę. 


To pierwsze miejsce w którym czułam się tak podle. I nie chcę tak się czuć nigdy więcej. Nie w pierwszej lepszej pracy, która daje mi marne grosze. Jestem po prostu warta więcej- na nowo buduję w sobie to wewnętrzne przekonanie. 


Od miesiąca jestem więc bezrobotna. I jest mi z tym dobrze. 

Dałam sobie czs, by odpocząć. By wrócić do równowagi. Spokojny, stały rytm dnia. Godzina jogi dziennie. Medytacje. Spokojne gotowanie i pieczenie. Rozmowy z tymi, którzy są daleko, ale nadal są najlepszym wsparciem. Randki na skypie z Red. Kawa pita przed monitorem z A. Powolnie rozkręcające się, ale trwające i godzinami rozmowy z Cieniem, który uciekł z powrotem do Polski. Częstsze telefony do mamy. 

Zregenerowałam się, nabrałam sił. Czas płynie spokojnie. Jest jak jest. Ale będzie lepiej.


Nie marnuję energii- i chyba w końcu znalazłam jej więcej, tak naprawdę, dla siebie. 

Dzisiaj zapisałam się do szkoły językowej, którą zacznę w styczniu. Bo przecież muszę wreszcie opanować isladznki. Skoro chcę pracować w szpitalu. Skoro chciłabym przyjąć za parę lat obywatelstwo tego pięknego kraju to chyba....nie ma innego wyjścia. Nauka języka jako najlepsza inwestycja w siebie, do której od dłuższego czasu zabierałam się jak pies do jeża. Nie mając na to siły. 

Usiadłam też  po raz pierwszy za kierownicą, po raz pierwszy w życiu. Poporowadziłam auto po parkingu pod czujnym okiem Męża. Chcę się nauczyć prowadzić. Zacznę szkołę jeszcze w tym roku, no bo- dlaczego nie? Prawo jazdy to na Islandii rzecz niezbędna. To coś, co daje niezależność. Poczucie wolności. I choć strasznie boję się prowadzić, w końcu mam czas i energię na to, żeby przełamać lęki. Żeby uwierzyć, że mogę. 

To najwyższa pora, żeby zająć się sobą i dać sobie szansę. Na powrót do pracy w zawodzie, który kochałam. To czas, w którym mogę dogadać się z sobą, zapytać się szczerze, czego potrzebuję. 

Oddychać lżej. Bez wysiłku. Tak głęboko, ile miejsca w płucach. 

Czasem mam wrażenie, że w piersi mam ogromną kulkę energii, której nie muszę nigdzie wysyłać. W końcu ogrzewa mnie- i zagrzewa do walki. 

Są dni, jak dzisiaj, gdy jest mi ciężko. Dopada mnie smutek i rutyna. Samotność tych wielu godzin, gdy nie ma przy mnie Męza, a przyjaciele są daleko. Poczucie, że siedzę w klatce, bo na dworze szaleje sztorm, a moje życie nie ma sensu. Nie ma celu. Zasiadam na kanapie z herbatą, po porannym rozciąganiu i nie bardzo wiem, co dalej. Przylepiam się do stołu, komputera i ciężko mi przeniknąć ten zimowy, islandzki mrok. Słucham wycia wiatru za oknem, Czuję, jak bardzo nic się nie dzieje. Zaczynam roztapiać się, marnieć. 


Biorę jednak kilka głębokich wdechów, zaglądam wtedy do środka. Do siebie. Och. Tak. To tylko pozory. 

Jest jak jest- ale tylko na razie. 

Bo tylko pozornie stoję w miejscu- tak naprawdę wytrwale idę, mając przed sobą cel, któym jest nareszcie, moje własne szczęście i spełnienie. To całkiem niezależne od tych, któych kocham. Mój spokój. 




( Ten kawałek to mój swoisty hymn od paru dni, taki, który niezawodnie, trochę melancholijnie uspokaja w mroku listopada...och. już grudnia. Jak ten czas leci! )



środa, 11 listopada 2020

O kawie, którą pijemy czasem w środku tygodnia w deszczowe popołudnia.

 -Lubię to, że jesteś bezrobotna. Możemy się w spokoju napić kawy. 

-Też mi się to podoba. Ja mam bezrobocie, ty zamknięty bar i ogólnie raczej lockdown, spokój, nigdzie się nie śpieszy...- czegoś jednak zabrakło mi w tym obrazie. - Ej, właściwie gdzie jest L.?- L., jego dziewczyna, ani razu nie zjawiła się na ekranie, gdy piliśmy razem kawę przez Skype'a. 

-L.? A, nie mieszkamy razem, pomieszkujemy. Za bardzo wchodzimy sobie w osobistą przestrzeń.

-I nic nie powiedziałeś?

-Nie uznałem tego za wybitnie istotne. O, czekaj, woda się gotuje, zaraz będę z kawą!- zwinnym jak na niego susem wstał z kanapy i pokuśtykał do kuchni. A ja zostałam przez moment sama z myślą, że istotny fakt jemu zdaje się być nieistonym szczegółem. Cóż, to nie pierwszy raz. Nie chciałam psuć naszej popołudniowej kawy. Nie chciałam spędzać tych 30 minut w ciągu dnia na kolejnej kłótni.  


***

To chyba tak już z nami będzie. Oddalamy się od siebie i wracamy. Nazywam to przyjaźnią, bo nie znajduję innego, lepszego słowa na to, co nas łączy. 

Kto to A.? Przyjaciel. 

Tak jest najprościej. Ale to nie jest łatwe. Zrywamy kontakt, kłócimy się, żeby przeprosić po czasie, gdy zaleczymy rany. Urządzamy dramat, ja, po cichu, łagodnie, udając, że jestem tą sprawiedliwą i mądrą. On z krzykami i złością, z cynicznym zaciśnięciem zębów na przegubach zazdrości, której nie umie wypuścić. Wytykając mi słabe punkty. Ja tworzę w nim punkt najsłabszy. 

Nie uczestniczymy w swoich życiach. Nie spotykamy się dosłownie od lat. Nie widziałam jego domu, baru, tylko tyle, co na zdjęciach. On nie chce słuchać o moim Mężu i go bliżej poznawać. Chce znać moich przyjaciól tylko przez pryzmat tego, co ja przez nich odczuwam. Nie interesują go jako ludzie. Ja często myślę, że chciałabym wiedzieć co u jego dziewczyny ( narzeczonej? chyba nikt nie ma pewności jak to między nimi jest, nawet oni sami) jego chorego przyjaciela, ale ostatecznie i tak przecież w tym wszystkim interesuje mnie on. Jego przeżycia. Książki, które przeczytał, grafiki które naszkicował, wszystkie nocne filozoficzne przemyślenia. To, jaką wybrał dziś kawę. 

Teraz oboje już kochamy kawę. 


***

-Moj terapeuta powiedział, że powinienem cię rzucić. 

-Rzucić? To brzmi, jakbym była twoją dziewczyną. -Zaśmiałam się. Nic nie odpowiedział, w słuchawce telefonu zapadła cisza. -...ale wiem doskonale o co mu chodzi. A., ja już ci mówiłam, że puszczam cię wolno. Jeśli tak będzie lepiej. 

-rA możemy po prostu po raz kolejny to sprawdzić? 

Westchnęłam. 

-Chyba możemy. 


***

Raczej powinien mnie rzucić jak osobliwy nałóg. Ja jego zresztą też. 

Zaczęliśmy rozmawiać na nowo parę miesięcy temu. Jak zwykle ostrożnie, neutralnie na początku, po wielkim dramacie. Po tym, jak okropnie, okropnie skrzywdził kogoś, kogo kocham całym sercem. Po tym, jak robił mi awantury zazdrości o Cienia, nową, ważną osobę w moim życiu. Po tym jak wylądował na psychiatii, poszedł znowu na terapię, uspokoił się. Który to już raz jak fale, rozbijamy się o swoje brzegi podczas sztormu, rozpryskując z niszczycielską siłą, by uspokoić się i wrócić w spokojnym przypływie?


***

- Przecież ciebie nigdy bym nie skrzywdził.- rozmawialiśmy wreszcie, kilka tygodni temu o tym, co zaszło. Po oswojeniu się ze sobą na nowo. 

- Nie rozumiesz, że jeśli krzywdzisz tych, któych kocham, to krzywdzisz mnie? - nie wytrzymałam już. Wkurwiłam się. 

-To nie to samo.

-To zdecydowanie to samo.

-Nie, ciebie bym nie skrzywdził. 

Zapierał się znów jak małe dziecko. Upierał się, że można oddzielić jednego człowiek od reszty ludzi. Tego nie da się zrobić. 


***

Potrafimy dawać sobie tak wiele. Wsparcie. Zawsze, gdy nasz ocean był spokojny, gdy nie zrywał się sztorm, czułam jak bardzo chciałby mnie chronić. Przy nim umiem płakać, choć przez większość naszej relacji, głównie do słuchawki. Tak naprawdę to on sprawił, że mam odwagę płakać i tego się nie wstydzę. Otwiera mnie na tak wiele rzeczy. Umiemy rozmawiać ze sobą wprost, choć nieraz pdoszyte jest to czarnym cynizmem i kłapnięciem jego zębów. 

On twierdzi, że uratowałam mu życie. Nie raz, nie dwa. Wyciągnęłam go do świata- i to prawda, zrobiłam to dosłownie. Słucham jego wynurzeń. Mówię mu, jaki jest piękny, mówię mu, że nie musi wstydzić sie blizn. Bo tak. Jest w tym wszystkim jednym z najpiękniejszych ludzi jakich znam. 

Jest też jednym z najtrudniejszych. 

Jesteśmy dla siebie dobrzy. A jednocześnie zadajemy sobie momentami straszliwy ból. Za pomocą innych ludzi. Bezpośrednio. Za pomocą uczuć, które z jego strony zawsze chyba będą w nim tkwić. Za pomocą mojej nadmiernej czułości, którą jednak mam dla niego. 

***

- 12 lat. Tyle jesteśmy razem. I nadal jestem zaskoczona, że nam tak dobrze ze sobą- mówiłam o sobie i swoim Męzu w jednej z rozmów. 

-Taa, a ja zapewniam ci dodatkowe emocje i rozrywkę. Taki pieprz w waniliowym kremiku.

-Co?

-Och, nic takiego. Masz swoje bezpieczne gniazdko, kochasz swojego cudownego Męża, a od czasu do czasu ja zapewniam ci jakiś dramat, kiedy łamiesz mi serce. Taki teatrzyk.

-Przestań. Wiesz że tak nie jest. Znowu po pijaku wymyślasz.

- Tak, wypiłem trochę za dużo. Mam zły dzień. 

***

Nieraz płaczemy przez siebie. Wbijamy w siebie kły i pazury. Ale w jakiś dziwny sposób należymy też do siebie. Zależy nam na sobie, troszczymy się o siebie- i jednocześnie tak bardzo chcemy nieraz zadać sobie ból. Bo ja też to robię. Widzę to z czasem. 

Ufam mu i nie mam do niego zaufania. Kocham go i go nienawidzę. Wierzę w to, że znowu doprowadzimy którąś z okręźnych dróg do dramatu, ale znów się po nim pozbieramy. Dzielą nas oceany, więc sami możemy być dla siebie jak ocean. Codziennie inny, a jednak wieczny. Stały i zmienny. Pełen różnorodności życia i pustki. Dający życie i niszczycielski. 


Nie oczekuję. Nie chcę niczego. A jednak zawsze otwieram mu drzwi, a on wraca. 


Jest tu i teraz, w którym rozdzieleni kilometrami, oceanem i morzem, lubimy czasem wypić razem kawę w środku tygodnia. 

Ja z mlekiem. 

On czarną. 

Oboje pijemy bez słodzenia.  



środa, 4 listopada 2020

O małej islandzkiej utopii, wsparciu tych które walczą i wierze, że wszędzie można zrobić sobie raj.

 Jednym z tematów rezolucji Parlamentu w Islandii jest propozycja, by kobiety, które nie mogą dokonać legalnej aborcji w swoim kraju, mogły to zrobić w Islandii. - propozycja wynika z obecnej sytuacji w Polsce i decyzji polskiego Trybunału Konstytucyjnego, która jest szokiem dla praw kobiet w Europie- mówi Rosa Bjork Brynjolfsdottir, któa jest autorką propozycji. 

Popiera ją 18 posłów (...). Informację podał dziś jeden z głownych islandzkich portali informacyjnych, visir.is. 

Zgodnie z wnioskiem, dokonanie aborcji miałoby być bezpłatne i dostępne dla posiadaczek europejskiej karty ubezpieczenia zdrowotnego ( Islandia nie jest członkiem Unii Europejskiej, jest jednak członkiem Współnoty Gospodarczej, jest w strefie Schengen etc. ).

- Są tylko dwa kraje w Europie, które objęłaby ta rezolucja parlamentarna. To Polska i Malta, gdzie prawa kobiet do aborcji są dużo mniejsze niż w innych krajach- mówi Rosa Bjork. - Nie byłaby wieć to droga propozycja dla islandzkiego rządu. 

We wniosku określono warunek, które kobiety muszą spełnić. Jest to niemożność dokonania aborcji przez kobietę z powodu przeszkód prawnych w kraju ojczystym. 

Według Rosy, Islandczycy okazują Polakom poparcie z powodu silnych związków między państwami.

-Mimo presji na system ochrony zdrowia wywołanej epidemią, to właśnie czas na ochronę praw człowieka- mói islandzka parlamentarzystka. - Niestety, wiele rządów używa pandemii COVID- 19 jako narzędzia do naruszania praw człowieka-dodała. 

Rosa Bjork wyraża nadzieję, że propozycja zostanie przyjęta przez parlament, a minister zdrowia zapewni kobietom możliwość ubiegania się o wyjazd do Islandii.

-Możemy pokazać, że opowiadamy się za prawami kobiet i opieramy się ich łamaniu- dodała parlmentarzystka. 

-Kaśka Paluch, post opublikowany na stronie facebookowej inicjatywy "Dziewuchy Islandia". 


Wczoraj była to jedna z pierwszych informacji, które przeczytałam podczas swojej obowiązkowej, memiczno- artykułowej prasówki, uskutecznianej każdego poranka w łazience. No bo kto w kiblu nie czyta wiadomości, niech pierwszy rzuci kamieniem. W każdym razie, ta wiadomość o poranku, w islandzkim mroku sprawiła, że na moją twarz wypłynęła ulga, a serce zabiło jakoś żywiej. 

Od razu pomyślałam, że nie będę musiała "w razie czego" sponsorować aborcji dziewczynom,swoim przyjaciółkom,  którym ją proponowałam w moim nowym kraju, gdyby po prostu wpadły. Być może, zrobi to za mnie rząd.

 Ten rząd, za który się nie wstydzę i którego nie muszę obalać. Ten, który się mną opiekuje- bo naprawdę, od kiedy tu mieszkam, mam wrażenie pewnego "zaopiekowania" i spokoju. Państwo jest po to, żeby mi pomagać.Wiem, na co idą moje podatki- tak serio, wiem.  A nasza śliczna premierka biega nad oceanem po tej samej trasie, po której ja spaceruję nieraz w ładne dni, zamiast rozbijać się limuzynami. Rząd jest częscią ludu- nie jest odcięty. A przez to, pomimo tego, że nie jest idealnie, często mówi tym samym głosem, co obywatele. Można? Można. 

Islandia to taka mała utopia. Tak naprawdę to nie jest kraj, który wybrała- gdzieś już pisałam, że razem z Mężem znaleźliśmy się tu przypadkiem. Wystarczyło się upić i wysłać przez pomyłkę CV do islandzkiej firmy. Proste? Proste. Ale może to przypadki nieraz prowadzą nasze nogi na odpowiednie ścieżki. Tak czy siak, przypadek czy nie- jest nam tu dobrze. I ten kraj sprawił, że uwierzyłam, że można sprawić, by ludzie żyli w zgodzie. 

Bo w Islandii możliwych jest wiele rzeczy, które w Polsce wydają się oburzające albo nieprawdopodobne. Takie skandynwskie science fiction. Każda kobieta ma prawo dokonać aborcji do 22 tygodnia ciąży bez podania przyczyny. Mimo to dzietność wśród Islandek wcale nie spada. Od wielu lat to około 2 urodzenia na kobietę- przy czym wiele z nich nie ma w ogóle dzieci- a inne mają ich po 5, 6. To kwestia wyboru, Wielu osobom nie podobała się liberalizacja prawa aborcyjnego na początku. Dziś wszyscy Islandczycy, z któymi o tym rozmwiałam mówią wprost: to indywidualny wybór każdego człowieka. Każda kobieta ma prawo do tej decyzji. 

Na pocztku wątpliwości budziły też pewnie prawa osoób LGBTQ+. Ale od wielu lat osoby nieheteronormatywne mogą wziąć ślub cywilny- od 2015 roku mogą wziąć też ślub kościelny w kościele islandzkim, będącym uznawanym za oficjalną religię kraju. Bo większość osób jest tu wierzących w obrządku luterańskim. Chrześcijaństwo nie przeszkadza, żeby osoby nieheteronormatywne mogły adoptować dzieci. Pary lesbijskie ponadto mają dostęp do dawców nasienia, a pary gejowskie do tzw matek zastępczych. Jedna z głównych ulic reykjawickiego downtown jest pomalowana w tęcze. Islandia nie przeżywa kryzysu rodziny, dzietność nie spadła, ilość rozwodów nie zwiększyła się, od kiedy osoby nieheteronormatywne mają te same prawa. Jest na tym samym poziomie. Islandczycy zawsze zmieniali partnerów co najmniej raz w życiu.  Szybko zaczynają, potem przeżywaj drugą młodość. Taki naród. 

Oprócz tego jest wielu bardzo tradycyjnych Islandczyków. Co niedzielę chodzą do kościoła. Mają liczne rodziny. Żyją tu muzułmanie mający swój skromny meczet. Przybyło wielu imigrantów, których asymilacja nie idzie jak krew w nosa, która wsiąka w piach, Wręcz przeciwnie. Są powoli, powoli wchłaniani w społeczność - nie są zsyłani do gett. Od wielu lat Islandczycy wracają do wierzeń pogańskich. I to też jest w porządku. Jest sporo ktolików- przez licznych emigrantów z Polski. I mają oni prawo odprawiać sobie mszę 1 listopada na głównym, zabytkowym cmentarzu w Reykjaviku, chociaż jest on cmentarzem luterańskim. Swoją drogą, na tym cmentarzu stoi też pogański menhir wikingów, pod którym ktoś uparcie kłdzie ciasteczka i inne "dary dla bogów". No i nie ma problemu. Nikt nikomu nie wtrąca się do wiary. A kościół islandzki, który jest uznany za ofijcalny, wypowiada się stale, że trzeba iść z duchem czasu, wszyscy znajdziemy dla siebie miejsce w domu, którym jest Islandia, jeśli będziemy szanować się nawzajem. Zresztą, islandzki kościół pokazał dobitnie, że prawa wszystkich mniejszości są ważne. Prawda kobiet także- jest w nim wiele patorek. 

Kobiety i mężczyźni traktowani są jednakowo. Tak nie było zawsze. Słyszeliście o Czarnym Piątku, najdłuższym i najstraszniejszym piątku w życiu islandzkich mężczyzn? Zapewne obiło się wam to o uszy. 24 października 1975 roku 90% Islandek wzięło sobie wolne. Od pracy zwodowej, obowiązków domowych. Wszelakich. Spotykały się na wiecach- największy odbył się w Reykjaviku, zjawiło się tu około 25 tysięcy kobiet. Inne po prostu odmówiły podjęcia jakichkolwiek codziennych działań. 

Dlaczego do strajku doszło? W latach 70-tych płaca kobiety wynosiła około 60% wartości płący mężczyzny za tę samą pracę. Wiele kobiet nie mogło podjąć aktywności zawodowej, bo zostały usadzone w domu przez mężczyzn. Aborcja nie była legalna. Kobieta była pod-obywatelem. Oczywiście, wszystkiego tego nie zmienił jeden dzień. Ale paraliż kraju, który spowodował czarny piątek pokazał islandzkim mężczyznom, że z kobietą trzeba się liczyć. Jest ona tak samo ważna. Ma te same prawa. Już 5 lat później, w 1980 roku prezydentem Islandii została kobieta. 

Obecnie Islandia jest uznawana na świecie istnym "rajem dla kobiet". Około 78% kobiet jest czynnych zawodowo. Jako jedyny kraj Islandia ustawowo nakazuje równość płac. Kobiety w wyścigu pt wykształcenie wyższye wręcz przewyższają panów. Do tego, urlop rodzicielski przysługuje obu rodzicom- i nie może zostać "przepisany" z ojca na matkę, przez to kobieta i mężczyzna są równi na rynku pracy w kwestii rodzicielstwa oraz ojcowie o wiele bardziej angażują się w wychowanie dzieci i prace domowe- to widać na ulicach. Serio. Tak samo nauczyłam się, że kobieta zdecydowanie ma prawo zwrócić mężczyźnie uwagę, że jego zachowanie było seksistowskie, jak wszelkie teksty o okresie. I...to działa też w drugą stronę. Na Islandii nie oczekuj, że mężczyzna otworzy ci drzwi. I wiecie co? Mi to cholernie odpowiada!

Owszem, nie jest tu idealnie. Do 2019 roku osoby niueheteronormatywne nie mogły oddawać krwi, co zmieniono. Trochę późno. Nadal osoby nieheteronormatywne bywają dyskryminowane w miejscu pracy. Kobiety w niektórych, głownie zagranicznych firmach dostają nadal, pomimo ustawy, niższe pensje. Wielkim islandzkim problemem jest przemoc domowa, szczególnie na islandzkich północnych i wschodnich odludziach, tocząca się odosobnieniu. Ale to, jak pięknie działa system pomocy rodzinie to wręcz temat na osobny post. 


Islandia to piękny przykład. Ten, który pokazuje, że można. Od jakiegoś czasu śmiejemy się z moim Mężem, że przez przypadek zamieszkaliśmy w "bezpiecznej banieczce szczęśliwości". W swoistej wyspiarskiej utopii. I ta Islandia, ta właśnie mała wyspa walczy o prawa człowieka tam, gdzie ludzie potrzebują wsparcia. 

Nigdy nie będziesz szła sama. Jestem jakoś dumna z tego, że miejsce, w którym żyje, też wyznaje tę zasadę. 

Siostry nie zostawiają się sam. W ten czy inny sposób. 

Utopijnie ładne.

Z tym, że doskonale wiemy, że utopie nie istnieją. Ale ta mała społeczność pokazuje, że można tak żyć. W zgodzie. W miejscu, gdzie jeden szanuje cudzy kawałek podłogi i nie wpierdala się na niego z krzykiem "moje jest mojsze". W miejscu, gdzie można się czuć bezpiecznie i w pewnych kwestiach ufa się politykom- nawet będąc emigrantem. Bo nie jestem jeszcze obywatelem tego kraju- choć zamierzam nim zostać. I to, że znalazłam raj nie przeszkadza mi jednak marzyć o tym, że kraj, z którego pochodzę też może się pięknie zmienić. Na taki, w którym każdy będzie mógł czuć się bezpiecznie. Będzie mógł podejmować własne decyzje. I nie bać się o przyszłość. Bo mimo tego, że żadna ze mnie patriotka, nadal mi zależy. Nadal wierzę w ludzi. W zmiany. To, że w każdym miejscu na świecie, po kawałku, można pozbyć się toksyn. 


Utopie nie istnieją. Ale nadal możemy się szanować. I nie być dla siebie dupkami. Ponoć, to najważniejsza zasada wszechświata. Święcie w nią wierzę. 



My instinct has been shouting at me for years

Saying " Let's get out from here!"

Huge toxic tumor bulging underneath the ground here

Purify, purify, purify purify toxicity


poniedziałek, 2 listopada 2020

O tym, że niedziele są święte, czyli o pięknie zwyczajności i wspólnego picia kawy.

 Niedziele są święte. Dlatego, że są nasze. 

To twój jedyny dzień wolny od pracy. Dlatego jest dniem, który chcemy celebrować. 

W niedzielę zamykamy się przed światem i istniejemy tylko dla siebie. Wpuszczamy tu tylko parę osób, które kochamy, które są naszą rodziną z wyboru. Ale przede wszystkim jesteśmy we dwoje. 

Wyłączamy wiadomości. Nie czytamy gazet. Odpoczywamy. W chaosie świata łapiemy ten moment. I choć tyle się dzieje dookoła, próbujemy nie dać się porwaćtej fali. Będziemy ją ujeżdżać następnego dnia. Ale dzisiaj łapiemy głęboki oddech. Jesteśmy tu i teraz, we dwoje. 

Budzimy się leniwie, we własnym tempie. Tym razem bez alarmu, każącego zrywać się na nogi o 7 rano. Nie chce nam się wychodzić z łóżka. Jest jeszcze tak ciemno. W końcu to już listopad. Niedługo noce bedą trwały prawie do południa. Ale to nic. Ta ciemność nas otula, a my w jej kokonie wtulamy się w siebie. Jakby świat poza naszą sypialnią nie istniał. 

Ale to nasz dzień. Nie chcemy go zmarnować, leżąc w łóżku. Choć, czy jakkolwiek marnujemy czas, jeśli jesteśmy razem? Nieważne gdzie. Nieważne jak. Ważne, że we dwoje. 


W końcu jednak wstajemy. Ty robisz kawę, bo  to jedna z niewielu rzeczy w kuchni, które robisz lepiej ode mnie. Ja celebruję parzenie zielonej herbaty i jak opętana wypróbowuję kolejne gatunki senchy. Ty robisz po prostu, najlepszą kawę o poranku. Z nutą kardamonu. Z mlekiem z orzechów. I zawsze pamiętasz, że ta ogromna, biała filiżanka z niebieskiem wzorem jest moją ulubioną. Codziennie, ale w niedzielę wyjmujesz ją ze zmywarki, gdy nie doczekała jeszcze mycia i myjesz ją dla mnie, zanim kawa się zaparzy. 

Ja, jeszcze półśpiąca robię nam naleśniki. Te z bananów, bez mąki. Bo przecież staram się gotować dla nas zdrowo i szukam różnych kompromisów. Pamiętam, że obaj twoi dziadkowie i ojciec mają problemy z sercem. Nieraz o tym myślę, dlatego staram się za dużo nie solić. Chcę, żeby twoje serce było zdrowe. Żeby biło jak najdłużej. Żebyś mógł mi parzyć kawę o poranku przez kolejny rok. I kolejny. Kolejne 12 lat. 20. 40. 




Gdy jemy, wreszcie półmrok mieszkania zalewa czerwone światło. Od kilki dni o wschodzie słońca niebo gorzeje. Pożoga bez ognia zalewa nasze mieszkanie. To słońce, ten świt nas wzywa. Dopijamy kawę, bierzemy szybki prysznic i ruszamy przed siebie. Gdzie? Nie ma znaczenia. To ty jesteś zawsze naszym przewodnikiem. Ja potrafię zgubić się w swoim rodzinnym mieście. Nie poznaję ulic, na których byłam niezliczoną ilość razy. Drogi, choć były odkryte, nadal są tajemnicą. Jadę więc tam, gdzie mnie zaprowadzisz. Zresztą, cel nie ma znaczenia. Kochamy te chwile w samochodzie. Ja wybieram muzykę, ty pewną ręką, ze spokojem, kierujesz.Rozmawiamy o codzienności. O polityce. O geologii. Topnieniu lodowców. Palnach na przyszłość. Opowiadam ci książki, które przeczytałam, ty mówisz mi o trajektorii lotu rakiet, które wysyłasz w przestrzeń kosmiczną w symultorze. Często jednak milczymy i podziwiamy piękno tej krainy. Zachwycamy się światłem. Jeździmy tak parę godzin, zatrzymując się w paru miejscach i spacerując.


Wczoraj zaprowadziłeś mnie na krater, z którego przed tysiącami lat wylała lawa. Mróz, silny wiatr nie był nam straszny. Podejście było strome. Ślizgałam się na żwirze. I gdy wracaliśmy, czekałeś na mnie, choć mogłeś zbiec, jak to ty, jak górska kozica, skacząc po skałach. Ale czekałeś na mnie i podawałeś mi rękę, wiedząc, jakie mam problemy z równowagą. Nie bałam się, bo wiedziałam, że kiedy się potknę, to mnie złapiesz. Pomyślałam, że to ty w dużej mierze nauczyłeś zdobywać mnie większe i mniejsze szczyty. I nauczyleś mnie z nich schodzić. 


Wracamy do domu. Gotujemy szybki, niewyszukany obiad. Kiedy jesteś w domu, nie chce nam się marnować czasu na gotowanie. Niedziela to czas na zamawianie jedzenia, restauracje, proste kanapki. Potrafię siedzieć godzinami w kuchni, kocham to, wiesz zresztą. Kocham cię karmić, bo kocha się to robić dla tych, któych się kocha. Ale w niedzielę wolę położyć się z tobą na kanapie i wtulić w ciebie. I kochać cię inaczej. Raz, za razem. Bez pośpiechu. Bo ta kanapa, na której kładziemy się zmęczeni po wycieczce, oglądając banalne filmy, ta kanapa jest właśnie teraz centrum całego wszechświata. I nic poza nią nie istnieje. 


Za oknami zaczyna zmierzchać. Ciemność, ona też wyciąga nas w domu, w przerwie pomiędzy kolejnymi filmami i miłością. W przerwie od herbat, które teraz parzę ja. 

Idziemy do pobliskiego parku. Znajdujemy moment, w którym wschodzi księżyć. Błękitna pełnia, pierwsza od 84 lat taka. Patrzymy zachwyceni na niebo, słuchając trąbiących arktycznych łabędzi w tle. Nagle niebo zielenieje. Błękitne, jaskrawe światło księzyca spotyka delikatną zorzę, łącząc się przez moment. Czyste piękno. Właśnie na naszych oczach. Trzymamy się mocno za ręce. Nic nie musimy mówić. Próbuję zrobić zdjęcie, by pokazać to tym, którzy są daleko, innym których kocham, ale nic z tego nie wychodzi. Ta chwila jest dla mnie i dla ciebie. W końcu niebo zasnuwają napływające od południa chmury. Kurtyna. Wracamy do domu. 


Oto przyszła noc. Pora spać. Kładziemy się w łóżku, z którego tak trudno było nam wstać. Jutro poniedziałek. Wtulamy się w siebie, łapiąc ostatnie momenty naszego święta codzienności. Jutro poniedziałek i będziemy w świecie i dla świata. Ty w pracy, ja próbująca sobie ułożyć na nowo codzienność po tym, jak rzuciłam swoją. Nowy tydzień. Kolejne kawy pite w pośpiechu, budziki wyjące o 7 rano, samotne zakupy z plecakiem. Aż do następnej niedzieli. Do następnej świętości zwyczajnego, nieśpiesznego wspólnego dnia. 




Sunday morning i wake up.

You'r beside me, breathing so loud.

The wall is empty and so flat

The world around me is to large


And i know that I'm slow in the morning

As i fall into a hole without the end

Until, suddenly I look at you

And all the mirrors vanish from my mind. 

czwartek, 29 października 2020

O tym, że nie mam za co być wdzięczna, a o resztę muismy zwalczyć same.

 Byłam w liceum, kiedy zostałam zgwałcona. Nie jest to rzecz, o której mówię często, mimo że głoszę zasadę totalnej jawności swojego życia. To nie tak, że się tego wstydzę. Po prostu nie chcę o tym za często sobie przypominać, zwłaszcza, że przez lata tak naprawdę docierało do mnie, co się wtedy stało. 

Pomógł mi w tym, kiedy byłam jeszcze nastolatką, inny mężczyzna. Tuż po fakcie. Mój przyjaciel Vincent, który malował moje akty, będące moją terapią, tak naprawdę. On jeden tylko przez długi czas wiedział, co się stało. To z nim też sypiałam, ufając mu całkowicie, co pomogło mi odzyskać moją seksualność. Nie pozwoliłam jej sobie zabrać przemocą, wynikającą z faktu, że nastoletni chłopak, który mnie skrzywdził, tak naprawdę całe życie słyszał, że kiedy kobieta mówi "nie", to zapewne sobie tylko jaja robi i chce. Bo przecież nie może nie chcieć! 

Z pomocą Vincenta dałam chłopakowi dosadną nauczkę. Sama w jakiś sposób wymierzyłam karę. Nie wierzyłam bowiem nigdy w sprawiedliwość wymierzaną przez państwo. Nauczyłam się tego już jako małe dziecko. 


Wychowałam się w domu z brutalnym alkoholikiem. Jednym z moich pierwszych wspomnień jest to, jak matka wyrzuca mnie przez okno na parterze na dwór, mówiąc, żebym uciekała do sąsiadki ze swoją siostrą i zadzwoniła od niej na policję. Moj ojciec, pijany, w szale, forsował już barykadę z szafy ustawionej pod drzwiami w pokoju, w którym się ukryłyśmy. To jedna z wielu awantur. Normą było, że siedziało się po kilka godzin w pokojach, nie wychodząc do łazienki i sikając do miski, czekając, aż jego szał się uspokoi. Normą było, że ze starszą siostrą biegłyśmy do drzwi, żeby je zablokować, gdy mamie udało się wyrwać z jego górniczych łap i dostać się do pokoju, ratując swoje życie. Kiedyś ojciec porąbał drzwi tasakiem. Moja matka nieraz wzywała policję, która przyjeżdżała, patrzyła na rozpierdol zrobiony w części dom,uspokajała ojca i...jechała z powrotem. A awantura się nasilała. Mama nieraz wzywała policję, która zabierała ojca na izbę wytrzeźwień, za którą płaciła ona, bo przecież to ona zmusiła służby porządkowe do zabrania go na dołek. Często policja przyjeżdżała i wzruszała ramionami, mówiąc matce, dosłownie "widziały gały co brały". Do dzisiaj nie znoszę tego powiedzenia. Przyjeżdżali, znudzeni i zmęczeni tym, że im się głowę zawraca  i mówili "nie trzeba było męża prowokować". Kiedyś zażartowali, rechocząc, że pewnie zupa była za słona. Nauczyłam się więc, jako mała dziewczynka, że systemowi nie wolno ufać. Sprawiedliwości nie ma. Dopiero z wiekiem zrozumiałam, że nie trzeba działać na własną rękę, tylko trzeba próbować ozdrowić system. I wsparcie, ono zawsze się znajdzie. 


W wieku nastoletnim zaczęłam w jakiś sposób, absurdalnie, wyżywać się na matce za to, że mam takiego ojca. Nie pamiętałam, a może jeszcze do mnie nie docierało, jaką moja matka była silną osobą. Bo ona walczyła z systemem. Walczyła o alimenty, których sąd nie chciał jej przyznać- bo przecież ojciec był w porządku. Nic dziwnego, że taką miał opinię u kuratorów- najpierw u pani, która twierdziła, że wszystkie kobiety niszczą mężczyzn i sypiała z moim ojcem. Później u kuratora- mężczyzny, który mówił że heh, wszystkie te baby świrują. 

W jednej z awantur, które urządziłam matce, dowiedziałam się, że jestem dzieckiem z gwałtu. Takiego, którego pojęcie w Polsce nie funkcjonuje za dobrze, do tej pory. Jestem dzieckiem z gwałtu małżeńskiego. I tylko cudem nie zostałam poroniona, biorąc pod uwagę wiek matki- 45 lat i to, że ojciec w czasie ciąży parę razy ją pobił. Bo według niego matka była kurwą i od czasu do czasu poddawał w wątpliwość moje pochodzenie. 

Miałam być też usunięta. Lekarze proponowali matce późną aborcję ( o ciąży dowiedziała się dużo później, niż powinna, myśląc, że zanik okresu to menopauza). Namawiali ją wręcz, gdyż istniało duże ryzyko, że będę dzieckiem z syndromem Downa bądź innymi wadami genetycznymi. Nie było wtedy badań prenatalnych. Do tego lekarz mojej matki znał sytuację. Wiedział, jaki jest mój ojciec. 
Moja matka nie zdecydowała się na skrobankę, nie przez religię, kanon. Po prostu tego nie chciała. I doceniam to. Ale jednocześnie lekarz, który proponował jej aborcję, jest moim bohaterem. Bo ten sam lekarz nielegalnie ( już wtedy było to uznane za zabieg okaleczający), w czasie cesarskiego cięcia podwiązał mojej matce jajniki tak, żeby już więcej, w przypadku gwałtu, nie zaszła w ciążę. Moja matka sama tego chciała. Poprosiła go o to, a on wszystko załatwił w czasie jednej operacji. 

Ten lekarz, którego imienia nie pamiętam, a o którym wiem, że już nie żyje, jest lekarzem- symbolem w mojej głowie. Człowiekiem, który w rzeczywistości w jakiej się znajdował, pełnej agresywnych alkoholików, pomagał. Tej pobitej, zgwałconej kobiecie. I wspierał ją w jej decyzji. Jakakolwiek ona nie była. Bo urodzenie mnie było decyzją tylko i wyłącznie należącą do mojej matki. 

O tym wszystkim rozmawiałam z moją matką też wtedy, kiedy myślałam, że jestem w ciąży. Moja matka wiedziała już wtedy, że nie chcę mieć dzieci. Nigdy. I rozmowa o tym, co zrobię z ciążą, była prosta. 

-Chcesz tego dziecka, jeśli jesteś w ciąży?

-Nie. Kurwa, nie. 

-Powiedz mi po prostu, ile potrzebujesz na skrobankę. 


Bo te parę lat temu nie można było usunąć ciąży. A raczej, można było- ale pytanie, za ile. Mama wiedziała, że mnie i mojego męża nie stać na aborcję. A ona zawsze miała jakieś skromne oszczędności, "na trumnę", jak mawia. Sama nie była w stanie usunąć ciąży, wyskrobać mnie. Ale całkowicie w porządku było dla niej to, że my nie chcieliśmy, nadal nie chcemy dzieci. 

W domu mama nauczyła mnie myślenia. Wolności wyboru. Tego, że nie można oceniać. Miałam sporo szczęścia, też w sytuacji właśnie domniemanej ciąży. Myślałam, że "zaliczyłam" wpadkę z Mężem, który mnie kocha, ma te same poglądy, jak ja, z tym, który jest partnerem- a nie "panem i władcą". Miałam sporo szczęścia, mają matkę, która jest otwarta. Która zawsze uznawała, uznaje do tej pory, że "moje życie jest moje". I mam prawo do własnych decyzji i ich konsekwencji. 

Miałam więc w życiu sporo pecha, ale miałam i szczęście. Ale poznałam dziewczyny, które tyle szczęścia, wsparcia w trudnym momencie nie miały. Nie mogły powiedziać partnerowi i rodzicom, że wpadły i potrzebują na skrobankę.

-Jesteś pewna, że chcesz usunąć tą ciążę?

-Tak. 

- No to ci pomogę. 


Bo mimo wszystko, w kraju, w którym aborcja była nielegalna, dalej była dokonywana. Pokątnie, w milczeniu. W tajemnicy siostrzeństwa, przy wsparciu mężczyzn, którzy mają otwarte głowy. Jestem tego świadkiem. W jakiś sposób, jestem uczestnikiem. 

Wiele lat temu dowiedziałam się, że moja babcia, urodzona w 1909 roku, będąca "miejscową zielarką" też pomagała dziewczynom, które wpadły. W małej miejscowości, w której nie można było liczyć na ginekologa tuż po wojnie i w jej trakcie. Moja babcia jest dla mnie zresztą postacią mityczną. Wychowała 4 dzieci po śmierci męża. Dumna, niezależna. Nie pozwoliła wydać się za mąż "z rozsądku" za bogatego gospodarza, tylko uciekła z moim, później przedwcześnie zmarłym, dziadkiem. 

Myślę, że moja mama po niej odziedziczyła tę siłę, która pozwoliła jej przetrwać z moim ojcem. Myślę, że ja po mojej matce odziedziczyłam tę siłę, która pozwoliła mi przetrwać gwałt, podnieść się z kolan, stworzyć cudowny związek z moim mężem i korzystać ze swobodnej, nieskrępowanej seksualności. 


Może mam to we krwi. A może wszystkie mamy. 

Bite. Poniżane. Uciskane. Ignorowane i infantylizowane.  A jednak walczące o siebie. Od wieków. 

Od lat wmawiano nam, że mamy być grzeczne. Że nie mamy histeryzować. Że przesadzamy. A my, mimo wszystkio znajdowałyśmy siłę. Po kolei. Małymi kroczkami, które były opłacone ogromnym wysiłkiem. Jakbyśmy kroczyły po innej, nieprzyjaznej planecie. 

I dalej jesteśmy walczące- o siebie, nie walczące przeciw męskości, wcale nie. Walczące z władzą. Ze strukturą społeczną pełną ucisku, katującą grupy, które od lat uważane były za "słabe". Ciekawe, że te "słabe" grupy potrafią przetrwać. I powstać. Na nowo i na nowo. 

"Słabe", ale mające też wsparcie tych "silnych". 

W moim życiu wielu jest wspaniałych Panów. Mój mąż. Nieżyjący już Vincent. Królik. Mój A., który mimo wszystko przychodzi i odchodzi, jak plywy morskie. Człowiek Cień, którego mogę nazwać przyjacielem. Znam wielu wspaniałch facetów i nie jest to walka z nimi. Oni stają z nami ramię w ramię. 


Teraz wszystko wybuchło. Jesteśmy wkurwione. Wkurwieni. 

To nie jest wkurwienie, które mówi o wojnie płci. To jest wkurwienie, które krzyczy- traktuj drugiego człowieka jako wolną isototę. Samoświadomą. Mogącą samostanowić. Traktuj tak też kobietę, traktuj ją jak człowieka. Bo mimo wszystko  to kobiety, przez kulturę, z której wszyscy się wywodzimy- są uznawane za głupie, infantylne kurewki. 

Zakaz aborcji jest wierzchołkiem góry lodowej. To moment, w którym po wielu latach karmienia nas hasłami o tym "bądźcie wdzięczni, inni mają gorzej" jak Nosowska wiele lat temu w swojej Antibie możemy wykrzyczeć że nie, nie mamy za co być wdzięczne. Za co być wdzięczni. 

Chcemy fundmentalnych praw człowieka. I mówię to ja, która żyje w kraju, który te prawa gwarantuje. 


Od prawie 3 lat mieszkam na Islandii. W rzeczywistości, w której aborcja jest w pełni legalna. W kraju, w którym od 1975 roku po Czarnym Proteście islandzkich kobiet zagwarantowano równość płci. W miejscu, w którym osoby LGBTQ+ mogą żyć swobodnie, adoptować dzieci bądź mieć swoje, całować partnera na ulicy. W kraju, który nie decyduje już, czy imię ma należeć do kobiety czy do mężczyzny. 

I jakoś nic tu nie wybuchło, oprócz wulkanów. Żądna wojna, ludzie się nie pozabijali z przyczyn ideologicznych. Dzieci mają normalną edukację seksualną w szkołach i zdecydownie, jako nastolatki pięknie unikają chorób wenwrycznych. Aborcja jest legalna, antykoncepcja wypisaywana bez problemu, a dzietność jakoś nie spadła- Islandczycy są jednym z najbardziej mnożących się krajów w Europie.  Wszyscy żyją obok siebie- ludzie bardzo religijni, ateiści, ludzie różnnego kolur skóry, płci .Rozmwiają ze sobą. Szanują sie, choć oczywiście, zdarzają się smutne, pojedyńcze wyjątki. A ja jestem pośrodku tego  i...czuję się tu bezpiecznie. Czuję się zaopiekowana. Nie oceniana. 


Nie mieszkam w Polsce i nie mam zamiaru do niej wracać. Ale sprawa Polska nadal jest moją sprawą. Mieszkają tam ludzie, których kocham. 

W Polsce mieszka moja siostra, która boi się urodzić 4 dziecko, które sobie zaplanowała razem z mężem, bo jest po 35 roku życia. Co, jeśli to 4 dziecko będzie chore? Co, jeśli będzie musiała dokonać urodzenia letalnego? Nie umie sobie tego wyobrazić. Póki co zakończy na trójce. 

W Polsce mieszkają moje przyjaciółki, które też planują dzieci- ale boją się teraz zajść w ciążę, podobnie jak moja siostra. W Polsce mieszkają kobiety które kocham, które mogą być zgwałcone i nie otrzymają wsparcia systemu. Które mogą zajść w ciąże z gwałtu, która nie będzie mogła być usunięta- bo to przecież kolejny planowany krok rządu i organizacji pro-life. Dziewczyny, którym utrudnia się coraz bardziej dostęp do antykoncepcji. 

W Polsce mieszkają moi kumple, należący do mniejszości seksualnej, którzy boją się o swoje życie na ulicy. Dostają pogróżki. 

W Polsce mieszka nadal moja mama, 75 letnia kobieta, która jest przerażona tym, co się dzieje. Która od lat mówi, że obecna władza doprowadzi do wojny. Moja matka zawsze była mądra i umiałą przewidywać. 


Wszystkich ich zawodzi system od chyba zawsze. Wszystkich ich od lat tłamsi patriarchalna kultura, która po prostu teraz wzbiła się na wyżyny absurdu. O nich wszystkich się martwię. Ale to już za dużo. Lęk nie może zamykać nam ust.  

Ostatnie wydarzenia przelały czarę goryczy, która napełniała się latami. Dekadami. I to chyba ostatni moment, kiedy można powiedzieć nie- zatwardziałej, brutalnej kulturze, w której kobieta i każdy "inny" jest tym, którego należy się pozbyć, przepędzić. 

Kultury nie zmienia się łatwo, świadome,  tolerancyjne, nieseksistowskie społeczeństwo buduje się latami. Wiem o tym, Ale od czegoś trzeba zacząć. Podobnie jak raka leczy się systemowo, latami, zacząć trzeba od brutalnego wycięcia guza. 


Skalpel, siostro!

Boję się tej operacji i tego, że ci, których kocham, mogą zostać okaleczeni. Ale to niezbędny zabieg. 

Czasem marzę, żeby wszystkich przenieść do kraju,w którym ja mieszkam. Do kraju spokojnego mimo trzęsień ziemi. Ale wiem, że to niemożliwe. 


Dlatego walczę na tyle, ile mogę. I idąc do pracy maluję czerwony piorun na twarzy. I uśmiecham się, kiedy nieznana mi dziewczyna, widząc mój nowy rodzaj make-upu w pracy pod nosem, stojąc w kolejce do kasy mówi "jebać PiS". Głośniej i głośniej, śmiejąc się radośnie, mimo wszystko. Nawet daleko, poza granicami, jesteśmy z tymi, którzy tam ciągle są. I nie cieszą się taką wolnością, jak my. 

Jesteśmy razem. 


Nugdy nie będziesz szła sama. 



Mam być wdzięczna? Za co, pytam się?

Za niepokój? Za nieprzespane noce?

Za zwątpienia? Za obiecany raj

Na który pewnie nie zasłużę. 



środa, 28 października 2020

O tym, że wróciłam i jestem wkurwiona.

 Znacie to uczucie w swojej głowie, kiedy czujecie się jak bohaterka teledysku do piosenki, którą bardzo lubicie?

Przez miniony rok przez większość czasu czułam się jak Florence Welch w piosence "Ship to wreck". Nie, nie przesz wszystkie kataklizmy, nad którymi tak załamujemy ręce w 2020 roku. Choć może i one miały swój udział. Pandemie, galopujące zmiany klimatyczne, wszystkie kolejne wojny, sytuacja polityczna w Polsce. Stałe, natarczywe trzęsienia ziemi, z największym, sprzed tygodnia na czele, które nawiedzają kraj, w którym mieszkam. Nie, to nie one tylko spowodowały, że biegałam w szale po domu mojego umysłu, jak Florence, zadając sobie fundamentalne pytanie:

"Did i drink to much

Am i losing touch

Did i build this ship to wreck?"


Bo czy zbudowałam ten okręt swojego życia, żeby w końcu zatonął? Żeby rozbił się na skałach?

Już w grudniu zeszłego roku prawie, pijana, zrobiłam sobie krzywdę. Prawię, bo jak zwykle był ktoś, kto mnie pilnował. Mam wiele siły wewnętrznej i potrafię przetrwać, wytrzymć dużo, ale kiedy spadam...wtedy, wtedy lecę na samo dno. Pikując jak sokół któy dopadł ofiarę. To bardzo słaba metafora, banalna, ale jednak najbardziej trafna. Przecież to banał dlatego jest banałem, bo jest właśnie najlepiej trafiającym w punkt u większości z nas. 


Chyba już wtedy wszystko zaczęło pękać. Przeciekać. Przyeszedł pierwszy poważny sztorm. Ale znalazłam jeszcze deski, żeby zatkać dziury w kadłubie mojego statku. I tak przez rok. Sztormy i naprawianie. Obojętność. Ataki paniki. Gubienie słów. 

Mieszkanie z ludźmi, którzy nie szanowali mojej prywatność. Wyprowadzka na wariackich papierach. Problem w pracy, w środowisku, gdzie stosowano mobbing ( o tym, dlaczego rzuciłam pracę i "co dalej" być może napiszę później). Nawarstwienie spraw z wielu lat. Śmierć bliskich. Troska o tych, których kocham, ale sobie nie radzą. Szarpanie, wieczne szarpanie. 

Zaczęłam mieć dość. Ale nie na tyle, by przestać walczyć o siebie. Zgubiłam słowa, choć tyle razy chciałam coś napisać. Ale się nie poddałam. Mam wielką siłę, choć ją gubię, choć w tym roku prawie o niej zapomniałam. 

Nie było ze mną dobrze. Czy jest lepiej? Dalej zastanawiam się, czy potrzebuję pomocy specjalisty. To otwarta kwesti. Czy muszę przepracować pewne rzeczy jednak z terapeutą. Czy potrzebuję leków. Ale jest lepiej, bo zaczęłam na nowo walczyć o siebie. Wróciłam do jogi, ćwiczeń. Choć nadal od czasu do czasu popalam. Mam kogoś, kto o mnie dba. Staram się rozmawiać z ludźmi, na których mi zależy, choć nieraz przez miesiąc nie potrafię odpisać na wiadomość. 

Na tle tego, że świat, cywilizacja się wali zgubiłam siebie- i próbuję na nowo się odnaleźć. 

Ale chyba na nowo znalazłam słowa- bo wróciłam i jestem wkurwiona. I o tym też chcę napisać. Być może jeszcze nie dziś, nie jutro. Ale w najbliższych dniach. 

Jestem wkurwiona i nie jestem jedyna, mimo że żyję w kraju, w którym nie muszę walczyć o  fundamentalne prawa człowieka. Tam zostawiłam wiele osób, które kocham. Wiele, o które się martwię. Nie od dziś wiecie, że nie jestem patriotką. Nie od dziś wiecie, że wiele wybaczam. Ale tego już za dużo- i to nie tylko moje zdanie. 

Bo to jest wojna. A ja, mimo że nadal łatam swój statek, nie chcę się poddać bez walkii dołożyć tyle, ile mogę. I chyba nic więcej nie muszę dodawać. 

A zamiast Florence, która szarpie się w mojej głowie, niech będzie pewna Zwykła Polka. Ta, która chyba przemówiła w imieniu już nie tysięcy, a milionów swoim delikatnym głosem. 




wtorek, 5 listopada 2019

O tym, że 5 listopada będzie otwartą raną.


Dzisiaj nie będę dzielna. Myślę, że i tak jestem wystrczająco odważna przez te 5 lat. Na tyle, że odważyłam się żyć bez ciebie. Dokonywać logicznych wyborów, kiedy odszedłeś na zawsze. Tak po prostu umarłeś.
Nie chciałam się wcale skupiać na datach, Króliku. To tylko symbole. Przecież brakuje mi ciebie tak bardzo każdego, każdego, każdego, każdego, każdego kurweskiego dnia. Świadomość, że nie żyjesz towrzyszy mi w każdej godzinie życia. Każdej minucie. Nawet w beztroskim śmiechu, rozkoszy orgazmu, czułości która rodzi się w stosunku do innych ludzi których spotykam na drodze- nawet w nich mam gdzieś tę świadomość z tył
5 listopada.
Dzień w roku, którego nie znoszę najbardziej. Ten dzień i noc spadającyh gwiazd w sierpniu, dw gwoźzie do mojej własnej trumny. Poszarpane na strzępy serce, krwawy ochłap ociekający krwią tęsknoty. Momentami mam wrażenie, że tyle mi z serca zostało po tmtej nocy i tamtym dniu. Symbolach czasu, w którym umarliście. Myślałam, to tylko daty. Bo jednak na co dzień żyję. Cieszę się, ba, jestem wręcz szczęśliwa. Kocham. Nie ma was, ale ja zostałam, boleśnie doświadczona ciepłą jesienią. Jestem.
A jednak 5 listopada wwierca mi się w mózg jak świder, boleśnie, do samego korzenia tęsknoty. Zalewają mnie emocje, któych nie rozumiem. Ból, który przeszywa nagle wraz z piosenką, która poleciała z głośnika w pracy. Chciałam uciec, udawać, że to nic, to tylko kolejny dzień, taki jak inne. Ale nie da się, Króliku. Po prostu się nie da. Pamięć ma swoje prawa, a ból domaga się, by go czuć.


Uciekłam przed ciepłą jesienią. Taką, jaka była w 2014 roku. Uciekłam za ocean, gdzie znalazłam swój dom. Wielka woda oddziela mnie od wszystkich tych miejsc, w których byliśmy razem. Od twojego domu. Twojej rodziny, która została tam, w tamtym mieście, w którym przeżyliśmy razem tak wiele szczęscia i smutku razem.
Ta woda...ona niczego nie zmienia.
Odległości nic nie znaczą, kiedy ktoś mieszka w naszym sercu.
Nie ma znaczenia wieczność i mrok. To, że ja żyję, a ty umarłeś.


Wczoraj padał deszcz. Szarość objęła we władanie cały świat. "Niebo, jak ciemna z ołowiu pokrywa", jak w wierszu pewnego poety wyklętego, który razem nieraz deklamowaliśmy.
Dzisiaj świeciło piękne słońce. To nic, że świt dopiero o 9. Wiedziałam już, gdy postawiłam nogi na podłodze o poranku. Wiedziałam, że tak będzie.
Wzięłam prysznic. Ubrałam się. Mąż zawiózł mnie do pracy, jak zawsze. Bo to nieważne, że mam blisko, on woli mnie zwieźć, żeby spędzić ze mną choć 5 minut o poranku. Nie uważasz, że to piękne? Ale nie mogłam tym razem skupić się na tym pięknie, mimo że dzielimy smutek. Dzisiaj nie mogłam się na tym skupić, żeby o 5 nad ranem współdzielić, rozmawiać. Wolałam udawać, że nic się nie dzieje, to nie ten dzień. Bo już na chwilę przed wyjściem z domu rozproszyła mnie już ta książka, leżąca na stole w kuchni. "O czym można rozmawiać tylko z Królikami". Cień ją przeczytał, oddał, nie komentując. To nie ma znaczenia zresztą, jak znalazł się na stole. Ważne było to, że już o poranku zaczęła do mnie mówić, jako pierwsza rzecz po przebudzeniu. Biały, smutny królik na okładce. Łzy cisnące mi się do oczu, łzy, którym uparcie mówię nie. Bo ja żyję. Idę po prostu do pracy i będę się śmiać, inni będą mówić do mnie "mamo", bo jestem przecież taka nadopiekuńcza. Będę miła, wesoła, a umierać będę w środku. Dzisiaj ja umieram w środku, bo ty umarłeś naprawdę.


Dotarłam do pracy. Dzień jak co dzień.
Chwila przed 6. Telefon.
A.? Czego on chce o tej porze? Przez moment myślałam, że coś się stało, jak to u niego bywa. Po chwili do mnie dostarło.
-Wiem, że jesteś w pracy i nie masz czasu gadać. Ale Frida, ja wiem, że ten dzień jest zawsze dla ciebie ciężki. Chciałem ci tylko powiedzieć...
-Ty go nwet nie znałeś i nie lubiłeś, nie będę...
-Też przecież ci mówię, że mi jednemu chodzi o ciebie, ok? Wiem że ten dzień jest dla ciebie ciężki. I mam wrażenie, że w tym roku, po tym wszystkim co się odpierdalało, przez to że musiałaś się odsłonić emocjonalnie w tym roku daje ci się bardziej we znaki. A może to okrągła rocznica. Vergiss. Po prostu chciałem ci powiedzieć, że jakby co możmy pogadać, nawet jeśli jestem ostatnią osobą do dzielenia się tym i no...trzymaj się po prostu Fridel. To chciałem.
-Dzięki A. Doceniam. A teraz muszę się zabrać do pracy.
Rozmawialiśmy ze sobą cały dzień. Wsparcie czasem przychodzi z mało oczekiwanej strony, Króliku, zwłaszcza, jeśli patrzymy w kierunku kogoś zupełnie innego, tegoż oczekując. Zresztą, jak mówi A., vergiss. Przyniósł mi odrobinę ciepła w tym dniu. Bo tak, ciebie nie ma Króliku a rocznica twojej śmierci toczy mnie jak rak. Ale cudza czułość choć na moment przynosi ukojenie. To, że ktoś pamięta. To, że wspiera. To, że wiesz, że możesz porozmawiać tam, gdzie inni zaczęli stawiać mury.
Trochę tym się nakarmiłam. Nieoczekiwanym ciepłem w tym zimnym dniu. I było dobrze. Coraz lepiej. A potem, znienacka, ten kawałek. I kolejny. I kolejny. Tak wiele muzyki kojarzy mi się z tobą. Króliku. Przez wszystkie te lata, oswojone nuty stają się malutkimi nożykami zacinającymi skórę. Krwawię. Tę krew najtrudniej zatamować.
Muszę po prostu przeżyć ten dzień. Tak, ja muszę przeżyć. Wszyscy musimy.
Bo nie tylko ja czuję ten ból, Króliku.
Wiesz, że nie mogłam się powstrzymać.
Tak, przeglądałam zdjęcia po powrocie z pracy. Tak, czytałam znowu twojego bloga.
Wiem, że nie tylko ja to robię. Owszem, większość ludzi, którzy mieli "wiecznie pamiętać", a nawet cię nie poznali tak naprawdę- oni zapomnieli. Był człowiek, nie ma człowieka, ot, prosta historia.
Ale są ci. których twój brak boli tak jak mnie.
Wiesz, rozmawiam z Nią ostatnio więcej. Minęło 5 lat, a Ona ciągle o tobie pamięta. Ciągle czuje ten niedosyt, bo nie miała okazji poznać cię bardziej, dosadniej, tak jak zrobiłam to ja. Tak, dzisiaj też wymieniłam z Nią kilka wiadomości. O tobie. O tej, która szukała twojego grobu, choć przecież, zostawiłeś tylko jego namiastkę.
Piszę to i trochę parskam śmiechem, bo znałam cię na tyle, Króliku, żeby móc wyobrazić sobie jedno. Twoje zaskoczone, rozszerzające się oczy i łagodny, pełen niedowierzania uśmiech, twarz pytającą "jak to?!" zanim te słowa spłyną z twoich ust. Może wiesz o tym, a może nie, tam gdzie jesteś, jeśli jakoś jesteś. Ale znałam ciebie na tyle, żeby wiedzieć, jak nie dowierzałbyś, że tak, Ona cię pamięta. Ona myśli o tobie. Ona też coś do ciebie czuła.


Przypominam sobie ostatnie miesiące przed twoją śmiercią i to, jaka Ona była dla ciebie ważna, choć nawet jej nie dotknąłeś. To, jak się w niej zakochałeś, bo hej, Króliku, nie ukrywajmy, zakochałeś się , choć tak bardzo chciałeś się pilnować i być rozsądny w tej materii. Straciłeś dla niej głowę i promieniałeś, tak, promienialeś jak cholerne słońce, kiedy o niej mówiłeś. Nawet gdy nie miałeś już siły na nic innego. Czasem myślę, że ta miłość trochę przedłużyła ci życie, właśnie ta, nowa, świeża, ponad wszystkimi innymi czułościami i zobowiązaniami. Ona była dla ciebie światłem w ostatnich miesiącach, tygodniach, dniach. I mimo, że wiem już, jak to dla Niej trudne, ułożyć sobie życie "po tobie"- cieszę się, że ją "miałeś". I mimo bólu, tak, myślę, że ostatecznie Ona myśli jak i ja- dobrze było cię spotkać na drodze. Bardziej lub mniej dosłownie. Bo byłeś magicznym, nbiepowtarzalnym człowiekiem. Z energią tysiąca słońc i cierpliwością stuletniego drzewa.
I wiesz co? Nie dziwię się, że się w Niej zakochałeś. Miałam okazję Ją poznać. Jest taka, jak myślałeś. Jest pięknym człowiekiem. Wrażliwym. Śliczną kobietą. Pod koniec, jakkolwiek to brzmi, dokonałeś najlepszego wyboru. Mówię ci o tym, bo nigdy nie miałeś okazji się przekonwać o tym. Tak. Króliku. Ona jest wyjątkowa.


Zresztą, nie tylko ją postawiłeś na mojej drodze. Ile ścieżynek życia splotłeś ze sobą, swoim życiem, a potem śmiercią? Czasem gdybam. Czy potrafiłabym oddać tych niektórych ludzi, swoje niektóre dobre wybory, tylko za to, że nadal byś żył? Czy zrobiłabym to, bo przecież, tęsknię za tobą, ale kocham swoje życie, tu i teraz? Czy zrobiłabym to, kochając już niektórych, których poznałam przez twoją śmierć?
Nie ma na to odpowiedzi. Jest jak jest. Ty nie żyjesz. A ja tupię nogą, złoszcząc się na logiczny wybór tego, że muszę żyć dalej i na nowo palę, bo kto to widział, rzucać palenie na początku listopada. To nie mogło się udać.


Wszystkie te uczucia przelewają się we mnie. Złość. Ból. Tęsknota. Wszystkie te emocje, które nie mają nazwy. A wiesz co jest najgorsze? Patrzę na twoją twarz zaklętą w tylu zdjęciach, choć tych unikałeś jak ognia. Upajam się twoimi słowami. I ogarnia mnie pewnego rodzaju złość- że mimo wszystko, to jest tak nadziejne. Piękne. Dobre. Bo do cholery. Króliku, wiesz co? Byłeś ostatecznie tym, który sprawiał, że moje życie było piękne i nawet gdy cię zabrakł0- ty dalej je napędzasz. Tęsknota miesza się z wdzięcznością. Nie chcę być logiczna, chcę trochę upaść, chcę płakać - ale ty dalej swoją łagodną czułością i ciepłem mi na to nie pozwalasz. Śmiejesz się głośno w mojej głowie. Znów tarzamy się na trawie nad Rusałką, nie mogąc złapać oddechu w tej hiperradośći. Znowu wirujemy pod niebem pełnym gwiazd. Przytulasz mnie gdy rozpadam się na kawałki. Jest w tym wszystkim twoja magia. Nadal, choć ciebie nie ma. Dzielą nas oceany. Nie ten cholerny Atlantyk, zimny i zabójczy. Oceany czasu. Istnieni i niebytu. Nie możemy ich przebyć, ale ty dalej jesteś. Pargnę cię dotknąć, przytulić. Chcę cię dalej w moim życiu. Ale zostają mi tylko słowa.
Listy wysyłane z krawędź czasu.

obraz autorstwa :https://www.facebook.com/ZobaczycSwiatInaczej/

Kocham cię i tęsknię. Czas bowiem, jak się okazuje, nie leczy ran. Pusto tu bez ciebie Króliku.
Twoja
Frida


Pragnę ciebie 
I zawsze będę
Wydaje się, że dzielą nas oceany
\Ciebie i mnie

niedziela, 27 października 2019

O tym, że to ostatecznie dobra rzecz, czule kochać.


Nastała piękna zima. To zaskakujące, jak sztormy, a potem ich wyciszenie przynoszą mi radość. Prostą i wyciszoną. Jeszcze w czwartek wiał tak silny wiatr, że przewrócił mnie, gdy szłam do pracy. Mróz i śnieg skuły wszystko dookoła. Ocean przelewał się przez falochrony, pokazując jak wiele ma niszczycielskiej siły. Dziś niebo jest błękitne, słońce zrumienia policzki wraz z lekkim, szczypiącym mrozem. Tafla oceanu połyskuje za oknem, stając się jednym z niebiem w ogromie spokoju.
Cudowna zorza pobłyskiwała wczoraj na niebie. Lisie ognie, jak mawiają Finowie przez stare legendy. Lisie płonące ogony, które tańczą, zmieniając barwy. Z zieleni w róż, z rózu po fiolet na krawędzi ogona. Zmysłowo kołyszą, hipnotyzują, powodując ten ciepły uścisk pod sercem.
A może to wcale nie zorza, choć piękna, niezywkła za każdym razem tak samo. Może nie ona cieszy serce, a to, z kim można ją podziwiać. Stojący na balkonie, wpatrzeni w niebo nad oceanem jesteśmy razem. W ciszy, spokojnej obecności i śmiechu. Byłam tam wczoraj nie tylko ze swoim Mężem ale i z tym, który czasem rozpala mi pod żebrami ogień niepokoju naprzemian z ukojeniem. Człowiekiem- Cieniem, który staje się coraz bardziej realny.
"Widziałem już tyle zorzy, że mnie to nie porusza", powiedział Cień, gdy wracaliśmy z podróży na położony niedaleko Reykjaviku półwysep.Wybraliśmy się tam, bo po prostu trzeba było się wyrwać z miasta. Bo była piękna pogoda. Bo wszyscy mieliśmy wolne od jakichkolwiek obowiązków. To był kolejny dobry dzień, pełen obecności ważnych dla mnie ludzi, z którymi mogę dzielić nie tylko rozmowy, żarty, ale i ciszę. Mój Mąż, Śliczna Współlokatorka i Cień. Dzień pełen ośnieżonych szczytów i tego koloru nieba, którego nie ma nigdzie indziej.
"Ciebie nic nie porusza, do wszystkiego podchodzisz sceptycznie", powiedziałam pół żartem, pół serio do Cienia. Czasem mam wrażenie, że w niczym nie znajdzie ukojenia i radości. Tak naprawdę mam wrażenie, że wszystko porusza go aż za boleśnie, do samego korzenia. A jego piękny smutek i zmęczenie to po prostu nadmiar. Tak naprawdę widzę też, że bardzo oszczędnie, jak mało kto potrafi docenić piękno i znaleźć je tam, gdzie inni go nie widzą, nawet, gdy nie do końca sam zdaje sobie z tego sprawę. Tak jak chyba nie do końca dostrzega to, jak pięknym jest człowiekiem.


Znowu bałam się, że go stracę. Tak samo jak w kwietniu.
To dziwne stwierdzenie, zważywszy na to, że przecież nie znamy się długo. Zważywszy na to, że trzeba ponoć o wiele więcej, żeby nazwać kogoś przyjacielem. Ale człowiek może być dla nas ważny bez definiowania.Określani stopnia pokrewieństwa dusz, umysłów, wypunktowania punktów stycznych i dalszych.
Można pragnąć czyjejś obecności w swoim życiu tak bardzo, że to aż boli i zadziwia nas samych. Beż żadnych podtekstów. Można po prostu zakochać się w człowieku bez otoczki erotzymu, dążenia do bycia parą. Można. Niejedno takie zakochanie było przecież w moim życiu.
Vincent.Królik. Redcar. A.
A teraz i Cień.
Można kogoś kochać, nie mówiąc tego wprost, jak człowieka, jak istotę przepełnioną pięknem i kojącą nas rozmowami. Samym byciem. Dającą spokój, nawet w tym, że mamy prawo się martwić, tęsknić, choć nie mamy prawa się wtrącać, bo wszyscy mamy swoje życia. Osobne, ale które jednak zetknęły się jak rzeki, które dążą do oceanu. Bo nie ma innej drogi. Możemy podążać równolegle, czasem mieszając swoją wodę, która ma swoją pamięć, której kształt się zmienia. Nie sposób zapomnieć, nawet gdy nasze drogi się rozejdą.


Znowu więc myślałam, że odejdzie. A gdy zniknie fizycznie, nie będę mogła z nim po prostu być, siedząc naprzeciwko niego w ciszy z kubkiem herbaty, patrząc, jak jego ołówek drażni kartkę, zostawiając pięknie uformowany ślad grafitu, ślad trwały, który moje oczy chcą wydrzeć i zapamiętać. Nie będę mogła poznawać go, powoli i systematycznie, uparcie, bo przecież, nadal nie mogę powiedzieć, że go znam, że coś o nim wiem. Myślałam, że nie będzie tak prosto porozmawiać i pośmiać się we troje, mój Mąż, Cień i ja.


Odejdzie. Wyjedzie i to wszystko się rozpadnie. Powoli, po malutku będzie usychać, choć, przecież przedtem do tego nie dopuściliśmy. Ale wiem, jak ciężko pracować nad relacjami na odległość, zwłaszcz, jeśli są młode, podatne na zranienie. Relacja, nawet ładna dla obu stron i ważna, umiera przez zimę odległości, jeśli nie obrosła grubą skórą wyznań , razem spędzonego czasu, szaleństw i spokoju.
Pojawiła się we mnie dziwna złość, egoistyczna i troskliwa zarazem, że po co i dlaczego, po co ma mnie, MNIE zostawić, skoro tam nic nie ma. Jego dziewczyna w zupełnie innym miejscu niż to do którego zmierzał ( a może przecież właśnie na Wyspę wróci!). Żadna kariera, żadne znane miejsce, które koi. Po co, myślałam od razu ze łzami w oczach, kiedy tylko mi powiedział o tym, że chce zostawić Wyspę. Bo nie czuje się na niej dobrze. Ale czy gdziekolwiek poczuje się dobrze?
Dom nosi się w sercu. Spokój i radość. Nie są zależne od miejsca. Czasem może zależeć od ludzi. Ale dom i spokój to nie położenie geograficzne. Wiem, bo wszędzie czuję się w domu. Tam , gdzie chcesz odejść, ich nie znajdziesz. Pomyślałam, z paniką, że być może, gdzieś tam, daleko, jeszcze bardziej się pogubi. Irrcjonalnie myśląc, że w jakiś głupi sposób moim myślom będzie trudniej nad nim czuwać w takiej ogromnej odległości, bo tak, moje myśli kierują się ku niemu. Trudno, żeby było inaczej.
W moim umyśle tupało nóżką nieznośnie dziecko, nadąsane wobec tego, co przynosi los, całkiem nielogicznie. Bo ten dorosły, mądry we mnie człek wiedział, że moje myśli które nieraz mu ślę magicznie wierząc, naiwnie, nic nie zmienią. Myślenie życzeniowe, afirmacja, to mrzonki, choć uparcie w nich tkwię.
Moja bliskość lub dalekość nie ma dla niego znaczenia, tłumczyłam nadąsanemu dzieciątku. Czasem zrobiony obiad, spędzony czas nie ułoży mu życia.
"Ale przecież czasem ludzka obecność", " Nie jesteś istotną obecnością" - dywagowałam sama z sobą.
Cichaj. Będzie co ma być.


Ale i tak zaczęłam walczyć. Choć, czy to moja walka, czy po prostu przypadki, które podrzuca mi los? Czy mogę to nazwać moją wojną? Czy powinnam wreszcie spuścić z tonu i zrzucić z piedestału egocentryzm i egoizm, bo JA SIĘ MARTWIĘ, bo JA CHCĘ, bo JA KOCHAM?
A może jedno drugiemu nie przeszkadza?
Jednak wszystko idzie do przodu. Trochę zbiegów okoliczności. Moja nowa praca, w której robi się miejsce, bo inni, nieważni dla mnie ludzie wracając do Polski, żeby tam żyć, studiować, budować domy.
"Może gdybym znalazł pracę".
Dobrze, to znajdę ci pracę. A raczej tylko skojarzę fakty i podam na tacy jeden adres. Nic wielkiego, nic idealnego. Ale chcę to zrobić. Nie tylko przez swój egoizm. Bo chcę ci pomóc, mówię sobie, choć wiem, że ty wcale, Cieniu mojej pomocy nie potrzebujesz, bo jesteś jednym z najdzielniejszych i zardniejszych ludzi, chociaż w ogóle tak siebie nie postrzegasz.


Pytam więc w swojej restauracji czy nie chcieliby zajrzeć do CV znajomego, z którym pracowałam i zaskakuje mnie, jak wszystko toczy się gładko.
Miałabym z nim pracować?
Rozpiera mnie lęk, że może jeśli się nie uda, coś nie wyjdzie, coś się złamie, będę odpowiedzialna, bo przecież zawsze biorę na siebie więcej odpowiedzialności, niż trzeba. W swojej głowie, ale nie w ostatecznym rozrachunku. Lęki, obawy, że może zmieniam coś, czego nie powinnam, choć wszyscy jesteśmy dorośli. Może nie powinnaś przenosić żuka na trawę, gdy pełznie po ulicy, powiedział mi kiedyś dobry znajomy. Może on wie, gdzie ma iść, a może ma umrzeć pod kołami, a ty mu przeszkodziłaś, zaburzyłaś równowagę. Lęk, pcham się tam, gdzie nie powinnam.
Ale roznosi mnie w środku przede wszystkim radość. Że będzie. Gdzieś w zasięgu ręki od czasu do czasu, nawet jeśli daleki myślami albo daleki jak człowiek, bo przecież nie mogę określić, kim dla mnie jest. Lubię z nim pracować. Lubię z nim spędzać czas, z nim, takim jaki jest.
Więc może zostanie. Może się udać. Jeszcze parę formalności, parę kamieni milowych w kwestii formalnej, jeszcze parę kamieni milowych chyba w nim samym, pokonnie autosabotażu, który nieraz u niego podejrzewam. Ale to tylko tyle i może się udać. Zostanie. Będzie obecny. Nadal może nie do końca świadomy, jak bardzo jest dla mnie ważny. A może wiedzący to aż za dobrze. Gdzieś tam podskórnie mimo wszystko czując. Bo takie rzeczy się wyczuwa, prawda?
Może czuje to mimo wszystko, wie, że nasz dom jest trochę i jego domem i zawsze będzie miał w nim miejsce. Nie tylko na kanapie czy przy drewnianym stole. Ale w tym domu, który nie składa się ze ścian. Tym ważniejszym. Bo przecież to nie tylko mój dom. Mój Mąż też lubi jego obecność, nawet jeśli ciężko wchodzi w relacje i nie zakochuje się w ludziach tak łatwo jak ja. Ale widzę to i czuję, nawet jeśli się nie przyzna. Teraz już wiem, że o ich relcję nie muszę się bać, tak jak bałam się na pocztku- bo przecież to dwoje w gruncie rzeczy trudnych, skomplikowanych facetów.


Wczorajszy dzień był więc tak prosty, niepozorny. Szybkie wspólne śniadanie z Śliczną, radość pakowania jedzenia na drogę, szykowania kanapek. Przejżdżka w piękne miejsca, już w czwórkę. Dużo milczenia. Muzyka w tle. Zjedzona z kolei już w trójkę a nie w czwórkę kolacja. bo Śliczna zniknęła gdzieś ze swoim Cypryjczykiem, za któym zdążyłam się trochę stęknić przez to jego nadmierne zapracowanie.
Obejrzny głupi film, trochę śmiechu. I zapatrzenie w zorzę na balkonie.
"Może zorza cię nie porusza, sama w sobie, jak porusza mnie. Ale może mimo wszystko lubisz tą dzieloną obecność", pomyślałam sobie. Musi j lubić. Inaczej nie byłby szczery. Inaczej nie słyszałabym jego śmiechu tak często.
To mnie aż zastanawia i zadziwia, jak takiego człowieka jak Cień, mimo wszystko nie drażnię.
Jakim cudem w ogóle nie drażnię ludzi. Dlaczego mi nieraz ufają. Zwierzają się. Chcą spędzać ze mną czas i przeskakiwać ze znużenia moim gadulstwem w ciszę. Jakim cudem? Może jednak można mnie lubić. Może można mnie kochać- bo nieraz w to wątpię, absurdalnie,bo od tylu ludzi to czułam. Od ponad 11 lat czuję to przecież przede wszystkim od mojego Męża.
Człowiek jednak zawsze wątpi, że może być dla kogoś wystarczający. Dobry, jeśli chodzi o niego samego.
Wątpię. Ale dzisiaj, w spokojnej niedzieli spędzanej już tylko z moim Mężem, ja sama nie wątpię w inną rzecz. Pomimo strachu przed utratą, zranieniem, to cudowna rzecz kochać. Tych wszystkich ludzi, dla których mam po prostu dużo czułości. Tak po prostu kochać tę jedną najważniejszą osobę i trochę inczej, ale jednak, wszystkie dookoła. Tych dalej, w innych krajach i tych tu blisko. Nawet jeśli tego nie nazwiemy.

Będzie co ma być. Być może wody naszych rzek pewnego dnia zmienią swój bieg. Ale może jeszcze nie teraz. A ja będę miała jeszcze wiele rzeczy do zapamiętania. Czułego, ciepłego zapamiętania.
To cudownie móc po prostu czasem być. Na różne sposoby. I to wcale nie kosztuje. W byciu...przede wszystkim się dostaje. Nawet jeśli od innych słyszysz, że to tak nie działa. 
Dostałam coś, co mnie ubogaca. Od człowieka do człowieka. 
I trzeba być za to wdzięcznym. 






Piję zbyt dużo kawy i często o tobie myślę
W mieście w którym rzeczywistość znikła i została zapomniana
Boisz się? Bo ja jestem przerażona.
Ale ty przypominasz mi, jak wspaniale jest kochać.




To taka cudown rzecz kochać.

poniedziałek, 21 października 2019

O tym, że jestem w domu.


Na północy spadł śnieg. Ponoć jutro ma spaść w moim mieście.
Tak naprawdę, nowym przecież jeszcze mieście. Którego uliczki uczę się przemierzać. W którym uczę stawiać się kroki, niepewnie jeszcze jak dziecko. W którym dobrze już znany mi islandzki wiatr bawi się moimi coraz dłuższymi włosami, wciska mi się pod kurtkę, zapiera nieraz dech w piersi.
Reykjavik. To tutaj zaczęliśmy na nowo po powrocie z krótkich wakcji w Polsce. Po półtora roku w Keflviku, w którym, mówiąc szczerze, trochę się zasiedzieliśmy. Rzuciliśmy pracę na lotnisku, która zaczynała nas męczyć. Pozstawliśmy wszystko znów, na jedną kartę. Nadszedł czas na zmiany, które pachną jak świeżo wyciągięte z pieca ciasto drożdżowe. Obietnica słodkości.
Bo tak, to wszystko tak dobrze smakuje.


Nowe mieszkanie, które jest naprawdę piękne, przestronne i jasne. Umiejscowione tuż naprzeciwko oceanu, szalejcego podczas sztormu po drugiej stronie ulicy. Dzielone z dobrymi, wesołymi ludźmi, którzych poznaliśmy tuż po przyjeździe tutaj, z którymi czujemy się jak w małej komunie. Śliczna współlokatorka, która pomogła mi od razu znaleźć pracę w knajpce, w której sama pracuje i zabawny Cypryjczyk, dzięki któremu poznałam, czym jest smak słusznej fety i haloumi.


No właśnie. Nowa praca, w której nie czuję się jeszcze za pewnie, pomimo tego, że wszystko dość szybko łapię. "Przecież to nie operacja serca", powtarzam sobie. To kolejna restauracja,owszem. Tych mam trochę dość, ale to przecież miła knajpka pełna seksulnych aluzji w menu. Nowi ludzie, w dużej ilości. Z tym mam zawsze problem, ale przecież, mimo to szybko załapuję kontakty i każdy jest tam tak bardzo miły, pomocny i wyrozumiały. Wdrożysz się.Frido, mówię, wstając o 5 nad ranem, żeby zdążyć na 6. Nie jesteś tam też właśnie sama, bo pracuje tam ktoś bliski, ta sama śliczna, kochana współloktorka, którą znasz z lotniska, z którą pomieszkiwałaś w pseudoakademiku, który był twoim pierwszym domem na islandzkiej ziemi.
Powoli. Spokojnie. Coraz częściej ze śmiechem. Mimo coraz dłużej zapadającego mroku, coraz bardziej nadziejnie. Ten mrok kryje w sobie magię. Zorzę pojawiającą się nad oceanem. Cudowne wschody księżyca nad ośnieżonym lodowcem, widocznym po drugiej stronie zatoki w pogodne dni. Śnieżne sowy, nieśmiałe polrne lisy i orki, które przecież zjawiają się nierzadko w tym miejscu, w którym jesteś.
Zmiany, zmiany, zmiany.
Te, których potrzebowaliśmy. Kolejny etap na drodze do pewnego celu, etap, który też sam w sobie jest celem, bo jest częścią życia. Bo mamy cel. Mmy pomysły na przyszłość, tkwiąc w teraźniejszym szczęściu. Bo też trzeba po prostu być tu i teraz, trzeba po prostu oddychać.


Oddycham więc, pełną piersią. Zapatrzona w żółte światło gasnącego słońca nad ocenem, który widać brezpośrednio z mojego okna. Oddycham, zachwycona, wpatrując się w mgły przetaczające się nad masywem Esji, który góruje nad Reykjavikiem. Oddycham, zasypiając, słysząc łoskot rozbijających się o kamienny brzeg fal. Wycisza jak nic. To najcudowniejsza kołysanka, którą śpiewa mi świat. Bo tak, świat nadal mi śpiewa. I utwierdza mnie tą melodią coraz bardziej, że podejmujemy dobrą decyzję, mieszkając tu. Po prostu żyjąc. Odnajdując spokój.


Koniec września i początek października przyniósł wizytę w Polsce, po której wszystko miało się właśnie zmienić. I ta wizyta utwierdziła nas tylko w naszych wyobrach.
Bo nie była udana. Mimo tych cudonych chwil spotkań z tymi, któych kochamy. Mimo zobaczenia Redcar, za którą tęsknię najbardziej, głupich dup, nawet spotkania z A, bo przecież łatwiej mu przyjechać do Poznania z Niemiec, niż do Reykjaviku- wiem, że nie chcę tam wracać. Owszem, nadal marzy mi się pewna utopia, przeniesienia ich wszyskich do mojej islandzkiej bańki, ale wiem, że to niemożliwe. Muszę coś wybrać.
Wybieram więc świadomie swoją odizolowaną wyspę i rzadsze spotkania z nimi. Z tymi, których nie chcę stracić.
Choroby, pośpiech, załatwianie tłumaczenia dyplomów. To wszystko sprawiło, że nie odpoczęliśmy wcale. I z ulgą wsiadaliśmy do samolotu, myśląc- "oto wracmy do domu". Mając w myśli nie tyle konkretne mieszkanie, ale konkretny kraj. Ten, w którym jednak chcemy zostać, mimo kombinowania, myślenia, rozważania. Mimo wielu innych opcji.


Surowy klimat? Owszem. Trudny do opanowania język? Jak najbrdziej. Ale też ten brak pośpiechu. Poczucie bezpieczeństwa. Finanse, które tutaj mają się lepiej niż gdziekolwiek indziej. Pustkowia, na których otula nas cisza. Ocean i góry. Piękno. Niewzruszone, surowe piękno, przeszywające duszę bardziej niż krzyki wodnego ptactwa, sprawiające, że każdy włosek na ciele staje dęba. Tak. Chcemy tu zostać, zwłaszcza, że mamy siebie.
Nigdy nie mów nigdy. Oczywiście. Ale tu i teraz podejmujemy wybór "na zawsze", które też nie ma racji bytu.
Jestem. Wracam do siebie. Na moment przestaję się szarpać z sobą i światem, którym chcę się z wami podzielić na kiepskim zdjęciu, zrobionym telefonem, przeze mnie, która nie umie łapać dobrego światła.




Taki jest oto teraz mój świat, gdy stukam w klawisze, słuchając szumu oceanu i muzyki, która do niego pasuje. Mój świat bywa trudny i surowy, ale jest też piękny.Uspokoiłam się. Przetrwaiłam pewne sprawy. Porozmawiałam sama z sobą. 
Jestem w domu, w swoim sercu i swoim miejscu. 


choć kawałek polskiego artysty, ma wiele z Islandii w tle. Polecam. 

O tym, że czasami żyję wiecznie.

 Są momenty, w których czuję, jakbym miała żyć wiecznie.  Są momenty, które stanowią wieczność.  Jestem niezniszczalna. Jestem kuloodporna. ...