wtorek, 5 listopada 2019

O tym, że 5 listopada będzie otwartą raną.


Dzisiaj nie będę dzielna. Myślę, że i tak jestem wystrczająco odważna przez te 5 lat. Na tyle, że odważyłam się żyć bez ciebie. Dokonywać logicznych wyborów, kiedy odszedłeś na zawsze. Tak po prostu umarłeś.
Nie chciałam się wcale skupiać na datach, Króliku. To tylko symbole. Przecież brakuje mi ciebie tak bardzo każdego, każdego, każdego, każdego, każdego kurweskiego dnia. Świadomość, że nie żyjesz towrzyszy mi w każdej godzinie życia. Każdej minucie. Nawet w beztroskim śmiechu, rozkoszy orgazmu, czułości która rodzi się w stosunku do innych ludzi których spotykam na drodze- nawet w nich mam gdzieś tę świadomość z tył
5 listopada.
Dzień w roku, którego nie znoszę najbardziej. Ten dzień i noc spadającyh gwiazd w sierpniu, dw gwoźzie do mojej własnej trumny. Poszarpane na strzępy serce, krwawy ochłap ociekający krwią tęsknoty. Momentami mam wrażenie, że tyle mi z serca zostało po tmtej nocy i tamtym dniu. Symbolach czasu, w którym umarliście. Myślałam, to tylko daty. Bo jednak na co dzień żyję. Cieszę się, ba, jestem wręcz szczęśliwa. Kocham. Nie ma was, ale ja zostałam, boleśnie doświadczona ciepłą jesienią. Jestem.
A jednak 5 listopada wwierca mi się w mózg jak świder, boleśnie, do samego korzenia tęsknoty. Zalewają mnie emocje, któych nie rozumiem. Ból, który przeszywa nagle wraz z piosenką, która poleciała z głośnika w pracy. Chciałam uciec, udawać, że to nic, to tylko kolejny dzień, taki jak inne. Ale nie da się, Króliku. Po prostu się nie da. Pamięć ma swoje prawa, a ból domaga się, by go czuć.


Uciekłam przed ciepłą jesienią. Taką, jaka była w 2014 roku. Uciekłam za ocean, gdzie znalazłam swój dom. Wielka woda oddziela mnie od wszystkich tych miejsc, w których byliśmy razem. Od twojego domu. Twojej rodziny, która została tam, w tamtym mieście, w którym przeżyliśmy razem tak wiele szczęscia i smutku razem.
Ta woda...ona niczego nie zmienia.
Odległości nic nie znaczą, kiedy ktoś mieszka w naszym sercu.
Nie ma znaczenia wieczność i mrok. To, że ja żyję, a ty umarłeś.


Wczoraj padał deszcz. Szarość objęła we władanie cały świat. "Niebo, jak ciemna z ołowiu pokrywa", jak w wierszu pewnego poety wyklętego, który razem nieraz deklamowaliśmy.
Dzisiaj świeciło piękne słońce. To nic, że świt dopiero o 9. Wiedziałam już, gdy postawiłam nogi na podłodze o poranku. Wiedziałam, że tak będzie.
Wzięłam prysznic. Ubrałam się. Mąż zawiózł mnie do pracy, jak zawsze. Bo to nieważne, że mam blisko, on woli mnie zwieźć, żeby spędzić ze mną choć 5 minut o poranku. Nie uważasz, że to piękne? Ale nie mogłam tym razem skupić się na tym pięknie, mimo że dzielimy smutek. Dzisiaj nie mogłam się na tym skupić, żeby o 5 nad ranem współdzielić, rozmawiać. Wolałam udawać, że nic się nie dzieje, to nie ten dzień. Bo już na chwilę przed wyjściem z domu rozproszyła mnie już ta książka, leżąca na stole w kuchni. "O czym można rozmawiać tylko z Królikami". Cień ją przeczytał, oddał, nie komentując. To nie ma znaczenia zresztą, jak znalazł się na stole. Ważne było to, że już o poranku zaczęła do mnie mówić, jako pierwsza rzecz po przebudzeniu. Biały, smutny królik na okładce. Łzy cisnące mi się do oczu, łzy, którym uparcie mówię nie. Bo ja żyję. Idę po prostu do pracy i będę się śmiać, inni będą mówić do mnie "mamo", bo jestem przecież taka nadopiekuńcza. Będę miła, wesoła, a umierać będę w środku. Dzisiaj ja umieram w środku, bo ty umarłeś naprawdę.


Dotarłam do pracy. Dzień jak co dzień.
Chwila przed 6. Telefon.
A.? Czego on chce o tej porze? Przez moment myślałam, że coś się stało, jak to u niego bywa. Po chwili do mnie dostarło.
-Wiem, że jesteś w pracy i nie masz czasu gadać. Ale Frida, ja wiem, że ten dzień jest zawsze dla ciebie ciężki. Chciałem ci tylko powiedzieć...
-Ty go nwet nie znałeś i nie lubiłeś, nie będę...
-Też przecież ci mówię, że mi jednemu chodzi o ciebie, ok? Wiem że ten dzień jest dla ciebie ciężki. I mam wrażenie, że w tym roku, po tym wszystkim co się odpierdalało, przez to że musiałaś się odsłonić emocjonalnie w tym roku daje ci się bardziej we znaki. A może to okrągła rocznica. Vergiss. Po prostu chciałem ci powiedzieć, że jakby co możmy pogadać, nawet jeśli jestem ostatnią osobą do dzielenia się tym i no...trzymaj się po prostu Fridel. To chciałem.
-Dzięki A. Doceniam. A teraz muszę się zabrać do pracy.
Rozmawialiśmy ze sobą cały dzień. Wsparcie czasem przychodzi z mało oczekiwanej strony, Króliku, zwłaszcza, jeśli patrzymy w kierunku kogoś zupełnie innego, tegoż oczekując. Zresztą, jak mówi A., vergiss. Przyniósł mi odrobinę ciepła w tym dniu. Bo tak, ciebie nie ma Króliku a rocznica twojej śmierci toczy mnie jak rak. Ale cudza czułość choć na moment przynosi ukojenie. To, że ktoś pamięta. To, że wspiera. To, że wiesz, że możesz porozmawiać tam, gdzie inni zaczęli stawiać mury.
Trochę tym się nakarmiłam. Nieoczekiwanym ciepłem w tym zimnym dniu. I było dobrze. Coraz lepiej. A potem, znienacka, ten kawałek. I kolejny. I kolejny. Tak wiele muzyki kojarzy mi się z tobą. Króliku. Przez wszystkie te lata, oswojone nuty stają się malutkimi nożykami zacinającymi skórę. Krwawię. Tę krew najtrudniej zatamować.
Muszę po prostu przeżyć ten dzień. Tak, ja muszę przeżyć. Wszyscy musimy.
Bo nie tylko ja czuję ten ból, Króliku.
Wiesz, że nie mogłam się powstrzymać.
Tak, przeglądałam zdjęcia po powrocie z pracy. Tak, czytałam znowu twojego bloga.
Wiem, że nie tylko ja to robię. Owszem, większość ludzi, którzy mieli "wiecznie pamiętać", a nawet cię nie poznali tak naprawdę- oni zapomnieli. Był człowiek, nie ma człowieka, ot, prosta historia.
Ale są ci. których twój brak boli tak jak mnie.
Wiesz, rozmawiam z Nią ostatnio więcej. Minęło 5 lat, a Ona ciągle o tobie pamięta. Ciągle czuje ten niedosyt, bo nie miała okazji poznać cię bardziej, dosadniej, tak jak zrobiłam to ja. Tak, dzisiaj też wymieniłam z Nią kilka wiadomości. O tobie. O tej, która szukała twojego grobu, choć przecież, zostawiłeś tylko jego namiastkę.
Piszę to i trochę parskam śmiechem, bo znałam cię na tyle, Króliku, żeby móc wyobrazić sobie jedno. Twoje zaskoczone, rozszerzające się oczy i łagodny, pełen niedowierzania uśmiech, twarz pytającą "jak to?!" zanim te słowa spłyną z twoich ust. Może wiesz o tym, a może nie, tam gdzie jesteś, jeśli jakoś jesteś. Ale znałam ciebie na tyle, żeby wiedzieć, jak nie dowierzałbyś, że tak, Ona cię pamięta. Ona myśli o tobie. Ona też coś do ciebie czuła.


Przypominam sobie ostatnie miesiące przed twoją śmiercią i to, jaka Ona była dla ciebie ważna, choć nawet jej nie dotknąłeś. To, jak się w niej zakochałeś, bo hej, Króliku, nie ukrywajmy, zakochałeś się , choć tak bardzo chciałeś się pilnować i być rozsądny w tej materii. Straciłeś dla niej głowę i promieniałeś, tak, promienialeś jak cholerne słońce, kiedy o niej mówiłeś. Nawet gdy nie miałeś już siły na nic innego. Czasem myślę, że ta miłość trochę przedłużyła ci życie, właśnie ta, nowa, świeża, ponad wszystkimi innymi czułościami i zobowiązaniami. Ona była dla ciebie światłem w ostatnich miesiącach, tygodniach, dniach. I mimo, że wiem już, jak to dla Niej trudne, ułożyć sobie życie "po tobie"- cieszę się, że ją "miałeś". I mimo bólu, tak, myślę, że ostatecznie Ona myśli jak i ja- dobrze było cię spotkać na drodze. Bardziej lub mniej dosłownie. Bo byłeś magicznym, nbiepowtarzalnym człowiekiem. Z energią tysiąca słońc i cierpliwością stuletniego drzewa.
I wiesz co? Nie dziwię się, że się w Niej zakochałeś. Miałam okazję Ją poznać. Jest taka, jak myślałeś. Jest pięknym człowiekiem. Wrażliwym. Śliczną kobietą. Pod koniec, jakkolwiek to brzmi, dokonałeś najlepszego wyboru. Mówię ci o tym, bo nigdy nie miałeś okazji się przekonwać o tym. Tak. Króliku. Ona jest wyjątkowa.


Zresztą, nie tylko ją postawiłeś na mojej drodze. Ile ścieżynek życia splotłeś ze sobą, swoim życiem, a potem śmiercią? Czasem gdybam. Czy potrafiłabym oddać tych niektórych ludzi, swoje niektóre dobre wybory, tylko za to, że nadal byś żył? Czy zrobiłabym to, bo przecież, tęsknię za tobą, ale kocham swoje życie, tu i teraz? Czy zrobiłabym to, kochając już niektórych, których poznałam przez twoją śmierć?
Nie ma na to odpowiedzi. Jest jak jest. Ty nie żyjesz. A ja tupię nogą, złoszcząc się na logiczny wybór tego, że muszę żyć dalej i na nowo palę, bo kto to widział, rzucać palenie na początku listopada. To nie mogło się udać.


Wszystkie te uczucia przelewają się we mnie. Złość. Ból. Tęsknota. Wszystkie te emocje, które nie mają nazwy. A wiesz co jest najgorsze? Patrzę na twoją twarz zaklętą w tylu zdjęciach, choć tych unikałeś jak ognia. Upajam się twoimi słowami. I ogarnia mnie pewnego rodzaju złość- że mimo wszystko, to jest tak nadziejne. Piękne. Dobre. Bo do cholery. Króliku, wiesz co? Byłeś ostatecznie tym, który sprawiał, że moje życie było piękne i nawet gdy cię zabrakł0- ty dalej je napędzasz. Tęsknota miesza się z wdzięcznością. Nie chcę być logiczna, chcę trochę upaść, chcę płakać - ale ty dalej swoją łagodną czułością i ciepłem mi na to nie pozwalasz. Śmiejesz się głośno w mojej głowie. Znów tarzamy się na trawie nad Rusałką, nie mogąc złapać oddechu w tej hiperradośći. Znowu wirujemy pod niebem pełnym gwiazd. Przytulasz mnie gdy rozpadam się na kawałki. Jest w tym wszystkim twoja magia. Nadal, choć ciebie nie ma. Dzielą nas oceany. Nie ten cholerny Atlantyk, zimny i zabójczy. Oceany czasu. Istnieni i niebytu. Nie możemy ich przebyć, ale ty dalej jesteś. Pargnę cię dotknąć, przytulić. Chcę cię dalej w moim życiu. Ale zostają mi tylko słowa.
Listy wysyłane z krawędź czasu.

obraz autorstwa :https://www.facebook.com/ZobaczycSwiatInaczej/

Kocham cię i tęsknię. Czas bowiem, jak się okazuje, nie leczy ran. Pusto tu bez ciebie Króliku.
Twoja
Frida


Pragnę ciebie 
I zawsze będę
Wydaje się, że dzielą nas oceany
\Ciebie i mnie

niedziela, 27 października 2019

O tym, że to ostatecznie dobra rzecz, czule kochać.


Nastała piękna zima. To zaskakujące, jak sztormy, a potem ich wyciszenie przynoszą mi radość. Prostą i wyciszoną. Jeszcze w czwartek wiał tak silny wiatr, że przewrócił mnie, gdy szłam do pracy. Mróz i śnieg skuły wszystko dookoła. Ocean przelewał się przez falochrony, pokazując jak wiele ma niszczycielskiej siły. Dziś niebo jest błękitne, słońce zrumienia policzki wraz z lekkim, szczypiącym mrozem. Tafla oceanu połyskuje za oknem, stając się jednym z niebiem w ogromie spokoju.
Cudowna zorza pobłyskiwała wczoraj na niebie. Lisie ognie, jak mawiają Finowie przez stare legendy. Lisie płonące ogony, które tańczą, zmieniając barwy. Z zieleni w róż, z rózu po fiolet na krawędzi ogona. Zmysłowo kołyszą, hipnotyzują, powodując ten ciepły uścisk pod sercem.
A może to wcale nie zorza, choć piękna, niezywkła za każdym razem tak samo. Może nie ona cieszy serce, a to, z kim można ją podziwiać. Stojący na balkonie, wpatrzeni w niebo nad oceanem jesteśmy razem. W ciszy, spokojnej obecności i śmiechu. Byłam tam wczoraj nie tylko ze swoim Mężem ale i z tym, który czasem rozpala mi pod żebrami ogień niepokoju naprzemian z ukojeniem. Człowiekiem- Cieniem, który staje się coraz bardziej realny.
"Widziałem już tyle zorzy, że mnie to nie porusza", powiedział Cień, gdy wracaliśmy z podróży na położony niedaleko Reykjaviku półwysep.Wybraliśmy się tam, bo po prostu trzeba było się wyrwać z miasta. Bo była piękna pogoda. Bo wszyscy mieliśmy wolne od jakichkolwiek obowiązków. To był kolejny dobry dzień, pełen obecności ważnych dla mnie ludzi, z którymi mogę dzielić nie tylko rozmowy, żarty, ale i ciszę. Mój Mąż, Śliczna Współlokatorka i Cień. Dzień pełen ośnieżonych szczytów i tego koloru nieba, którego nie ma nigdzie indziej.
"Ciebie nic nie porusza, do wszystkiego podchodzisz sceptycznie", powiedziałam pół żartem, pół serio do Cienia. Czasem mam wrażenie, że w niczym nie znajdzie ukojenia i radości. Tak naprawdę mam wrażenie, że wszystko porusza go aż za boleśnie, do samego korzenia. A jego piękny smutek i zmęczenie to po prostu nadmiar. Tak naprawdę widzę też, że bardzo oszczędnie, jak mało kto potrafi docenić piękno i znaleźć je tam, gdzie inni go nie widzą, nawet, gdy nie do końca sam zdaje sobie z tego sprawę. Tak jak chyba nie do końca dostrzega to, jak pięknym jest człowiekiem.


Znowu bałam się, że go stracę. Tak samo jak w kwietniu.
To dziwne stwierdzenie, zważywszy na to, że przecież nie znamy się długo. Zważywszy na to, że trzeba ponoć o wiele więcej, żeby nazwać kogoś przyjacielem. Ale człowiek może być dla nas ważny bez definiowania.Określani stopnia pokrewieństwa dusz, umysłów, wypunktowania punktów stycznych i dalszych.
Można pragnąć czyjejś obecności w swoim życiu tak bardzo, że to aż boli i zadziwia nas samych. Beż żadnych podtekstów. Można po prostu zakochać się w człowieku bez otoczki erotzymu, dążenia do bycia parą. Można. Niejedno takie zakochanie było przecież w moim życiu.
Vincent.Królik. Redcar. A.
A teraz i Cień.
Można kogoś kochać, nie mówiąc tego wprost, jak człowieka, jak istotę przepełnioną pięknem i kojącą nas rozmowami. Samym byciem. Dającą spokój, nawet w tym, że mamy prawo się martwić, tęsknić, choć nie mamy prawa się wtrącać, bo wszyscy mamy swoje życia. Osobne, ale które jednak zetknęły się jak rzeki, które dążą do oceanu. Bo nie ma innej drogi. Możemy podążać równolegle, czasem mieszając swoją wodę, która ma swoją pamięć, której kształt się zmienia. Nie sposób zapomnieć, nawet gdy nasze drogi się rozejdą.


Znowu więc myślałam, że odejdzie. A gdy zniknie fizycznie, nie będę mogła z nim po prostu być, siedząc naprzeciwko niego w ciszy z kubkiem herbaty, patrząc, jak jego ołówek drażni kartkę, zostawiając pięknie uformowany ślad grafitu, ślad trwały, który moje oczy chcą wydrzeć i zapamiętać. Nie będę mogła poznawać go, powoli i systematycznie, uparcie, bo przecież, nadal nie mogę powiedzieć, że go znam, że coś o nim wiem. Myślałam, że nie będzie tak prosto porozmawiać i pośmiać się we troje, mój Mąż, Cień i ja.


Odejdzie. Wyjedzie i to wszystko się rozpadnie. Powoli, po malutku będzie usychać, choć, przecież przedtem do tego nie dopuściliśmy. Ale wiem, jak ciężko pracować nad relacjami na odległość, zwłaszcz, jeśli są młode, podatne na zranienie. Relacja, nawet ładna dla obu stron i ważna, umiera przez zimę odległości, jeśli nie obrosła grubą skórą wyznań , razem spędzonego czasu, szaleństw i spokoju.
Pojawiła się we mnie dziwna złość, egoistyczna i troskliwa zarazem, że po co i dlaczego, po co ma mnie, MNIE zostawić, skoro tam nic nie ma. Jego dziewczyna w zupełnie innym miejscu niż to do którego zmierzał ( a może przecież właśnie na Wyspę wróci!). Żadna kariera, żadne znane miejsce, które koi. Po co, myślałam od razu ze łzami w oczach, kiedy tylko mi powiedział o tym, że chce zostawić Wyspę. Bo nie czuje się na niej dobrze. Ale czy gdziekolwiek poczuje się dobrze?
Dom nosi się w sercu. Spokój i radość. Nie są zależne od miejsca. Czasem może zależeć od ludzi. Ale dom i spokój to nie położenie geograficzne. Wiem, bo wszędzie czuję się w domu. Tam , gdzie chcesz odejść, ich nie znajdziesz. Pomyślałam, z paniką, że być może, gdzieś tam, daleko, jeszcze bardziej się pogubi. Irrcjonalnie myśląc, że w jakiś głupi sposób moim myślom będzie trudniej nad nim czuwać w takiej ogromnej odległości, bo tak, moje myśli kierują się ku niemu. Trudno, żeby było inaczej.
W moim umyśle tupało nóżką nieznośnie dziecko, nadąsane wobec tego, co przynosi los, całkiem nielogicznie. Bo ten dorosły, mądry we mnie człek wiedział, że moje myśli które nieraz mu ślę magicznie wierząc, naiwnie, nic nie zmienią. Myślenie życzeniowe, afirmacja, to mrzonki, choć uparcie w nich tkwię.
Moja bliskość lub dalekość nie ma dla niego znaczenia, tłumczyłam nadąsanemu dzieciątku. Czasem zrobiony obiad, spędzony czas nie ułoży mu życia.
"Ale przecież czasem ludzka obecność", " Nie jesteś istotną obecnością" - dywagowałam sama z sobą.
Cichaj. Będzie co ma być.


Ale i tak zaczęłam walczyć. Choć, czy to moja walka, czy po prostu przypadki, które podrzuca mi los? Czy mogę to nazwać moją wojną? Czy powinnam wreszcie spuścić z tonu i zrzucić z piedestału egocentryzm i egoizm, bo JA SIĘ MARTWIĘ, bo JA CHCĘ, bo JA KOCHAM?
A może jedno drugiemu nie przeszkadza?
Jednak wszystko idzie do przodu. Trochę zbiegów okoliczności. Moja nowa praca, w której robi się miejsce, bo inni, nieważni dla mnie ludzie wracając do Polski, żeby tam żyć, studiować, budować domy.
"Może gdybym znalazł pracę".
Dobrze, to znajdę ci pracę. A raczej tylko skojarzę fakty i podam na tacy jeden adres. Nic wielkiego, nic idealnego. Ale chcę to zrobić. Nie tylko przez swój egoizm. Bo chcę ci pomóc, mówię sobie, choć wiem, że ty wcale, Cieniu mojej pomocy nie potrzebujesz, bo jesteś jednym z najdzielniejszych i zardniejszych ludzi, chociaż w ogóle tak siebie nie postrzegasz.


Pytam więc w swojej restauracji czy nie chcieliby zajrzeć do CV znajomego, z którym pracowałam i zaskakuje mnie, jak wszystko toczy się gładko.
Miałabym z nim pracować?
Rozpiera mnie lęk, że może jeśli się nie uda, coś nie wyjdzie, coś się złamie, będę odpowiedzialna, bo przecież zawsze biorę na siebie więcej odpowiedzialności, niż trzeba. W swojej głowie, ale nie w ostatecznym rozrachunku. Lęki, obawy, że może zmieniam coś, czego nie powinnam, choć wszyscy jesteśmy dorośli. Może nie powinnaś przenosić żuka na trawę, gdy pełznie po ulicy, powiedział mi kiedyś dobry znajomy. Może on wie, gdzie ma iść, a może ma umrzeć pod kołami, a ty mu przeszkodziłaś, zaburzyłaś równowagę. Lęk, pcham się tam, gdzie nie powinnam.
Ale roznosi mnie w środku przede wszystkim radość. Że będzie. Gdzieś w zasięgu ręki od czasu do czasu, nawet jeśli daleki myślami albo daleki jak człowiek, bo przecież nie mogę określić, kim dla mnie jest. Lubię z nim pracować. Lubię z nim spędzać czas, z nim, takim jaki jest.
Więc może zostanie. Może się udać. Jeszcze parę formalności, parę kamieni milowych w kwestii formalnej, jeszcze parę kamieni milowych chyba w nim samym, pokonnie autosabotażu, który nieraz u niego podejrzewam. Ale to tylko tyle i może się udać. Zostanie. Będzie obecny. Nadal może nie do końca świadomy, jak bardzo jest dla mnie ważny. A może wiedzący to aż za dobrze. Gdzieś tam podskórnie mimo wszystko czując. Bo takie rzeczy się wyczuwa, prawda?
Może czuje to mimo wszystko, wie, że nasz dom jest trochę i jego domem i zawsze będzie miał w nim miejsce. Nie tylko na kanapie czy przy drewnianym stole. Ale w tym domu, który nie składa się ze ścian. Tym ważniejszym. Bo przecież to nie tylko mój dom. Mój Mąż też lubi jego obecność, nawet jeśli ciężko wchodzi w relacje i nie zakochuje się w ludziach tak łatwo jak ja. Ale widzę to i czuję, nawet jeśli się nie przyzna. Teraz już wiem, że o ich relcję nie muszę się bać, tak jak bałam się na pocztku- bo przecież to dwoje w gruncie rzeczy trudnych, skomplikowanych facetów.


Wczorajszy dzień był więc tak prosty, niepozorny. Szybkie wspólne śniadanie z Śliczną, radość pakowania jedzenia na drogę, szykowania kanapek. Przejżdżka w piękne miejsca, już w czwórkę. Dużo milczenia. Muzyka w tle. Zjedzona z kolei już w trójkę a nie w czwórkę kolacja. bo Śliczna zniknęła gdzieś ze swoim Cypryjczykiem, za któym zdążyłam się trochę stęknić przez to jego nadmierne zapracowanie.
Obejrzny głupi film, trochę śmiechu. I zapatrzenie w zorzę na balkonie.
"Może zorza cię nie porusza, sama w sobie, jak porusza mnie. Ale może mimo wszystko lubisz tą dzieloną obecność", pomyślałam sobie. Musi j lubić. Inaczej nie byłby szczery. Inaczej nie słyszałabym jego śmiechu tak często.
To mnie aż zastanawia i zadziwia, jak takiego człowieka jak Cień, mimo wszystko nie drażnię.
Jakim cudem w ogóle nie drażnię ludzi. Dlaczego mi nieraz ufają. Zwierzają się. Chcą spędzać ze mną czas i przeskakiwać ze znużenia moim gadulstwem w ciszę. Jakim cudem? Może jednak można mnie lubić. Może można mnie kochać- bo nieraz w to wątpię, absurdalnie,bo od tylu ludzi to czułam. Od ponad 11 lat czuję to przecież przede wszystkim od mojego Męża.
Człowiek jednak zawsze wątpi, że może być dla kogoś wystarczający. Dobry, jeśli chodzi o niego samego.
Wątpię. Ale dzisiaj, w spokojnej niedzieli spędzanej już tylko z moim Mężem, ja sama nie wątpię w inną rzecz. Pomimo strachu przed utratą, zranieniem, to cudowna rzecz kochać. Tych wszystkich ludzi, dla których mam po prostu dużo czułości. Tak po prostu kochać tę jedną najważniejszą osobę i trochę inczej, ale jednak, wszystkie dookoła. Tych dalej, w innych krajach i tych tu blisko. Nawet jeśli tego nie nazwiemy.

Będzie co ma być. Być może wody naszych rzek pewnego dnia zmienią swój bieg. Ale może jeszcze nie teraz. A ja będę miała jeszcze wiele rzeczy do zapamiętania. Czułego, ciepłego zapamiętania.
To cudownie móc po prostu czasem być. Na różne sposoby. I to wcale nie kosztuje. W byciu...przede wszystkim się dostaje. Nawet jeśli od innych słyszysz, że to tak nie działa. 
Dostałam coś, co mnie ubogaca. Od człowieka do człowieka. 
I trzeba być za to wdzięcznym. 






Piję zbyt dużo kawy i często o tobie myślę
W mieście w którym rzeczywistość znikła i została zapomniana
Boisz się? Bo ja jestem przerażona.
Ale ty przypominasz mi, jak wspaniale jest kochać.




To taka cudown rzecz kochać.

poniedziałek, 21 października 2019

O tym, że jestem w domu.


Na północy spadł śnieg. Ponoć jutro ma spaść w moim mieście.
Tak naprawdę, nowym przecież jeszcze mieście. Którego uliczki uczę się przemierzać. W którym uczę stawiać się kroki, niepewnie jeszcze jak dziecko. W którym dobrze już znany mi islandzki wiatr bawi się moimi coraz dłuższymi włosami, wciska mi się pod kurtkę, zapiera nieraz dech w piersi.
Reykjavik. To tutaj zaczęliśmy na nowo po powrocie z krótkich wakcji w Polsce. Po półtora roku w Keflviku, w którym, mówiąc szczerze, trochę się zasiedzieliśmy. Rzuciliśmy pracę na lotnisku, która zaczynała nas męczyć. Pozstawliśmy wszystko znów, na jedną kartę. Nadszedł czas na zmiany, które pachną jak świeżo wyciągięte z pieca ciasto drożdżowe. Obietnica słodkości.
Bo tak, to wszystko tak dobrze smakuje.


Nowe mieszkanie, które jest naprawdę piękne, przestronne i jasne. Umiejscowione tuż naprzeciwko oceanu, szalejcego podczas sztormu po drugiej stronie ulicy. Dzielone z dobrymi, wesołymi ludźmi, którzych poznaliśmy tuż po przyjeździe tutaj, z którymi czujemy się jak w małej komunie. Śliczna współlokatorka, która pomogła mi od razu znaleźć pracę w knajpce, w której sama pracuje i zabawny Cypryjczyk, dzięki któremu poznałam, czym jest smak słusznej fety i haloumi.


No właśnie. Nowa praca, w której nie czuję się jeszcze za pewnie, pomimo tego, że wszystko dość szybko łapię. "Przecież to nie operacja serca", powtarzam sobie. To kolejna restauracja,owszem. Tych mam trochę dość, ale to przecież miła knajpka pełna seksulnych aluzji w menu. Nowi ludzie, w dużej ilości. Z tym mam zawsze problem, ale przecież, mimo to szybko załapuję kontakty i każdy jest tam tak bardzo miły, pomocny i wyrozumiały. Wdrożysz się.Frido, mówię, wstając o 5 nad ranem, żeby zdążyć na 6. Nie jesteś tam też właśnie sama, bo pracuje tam ktoś bliski, ta sama śliczna, kochana współloktorka, którą znasz z lotniska, z którą pomieszkiwałaś w pseudoakademiku, który był twoim pierwszym domem na islandzkiej ziemi.
Powoli. Spokojnie. Coraz częściej ze śmiechem. Mimo coraz dłużej zapadającego mroku, coraz bardziej nadziejnie. Ten mrok kryje w sobie magię. Zorzę pojawiającą się nad oceanem. Cudowne wschody księżyca nad ośnieżonym lodowcem, widocznym po drugiej stronie zatoki w pogodne dni. Śnieżne sowy, nieśmiałe polrne lisy i orki, które przecież zjawiają się nierzadko w tym miejscu, w którym jesteś.
Zmiany, zmiany, zmiany.
Te, których potrzebowaliśmy. Kolejny etap na drodze do pewnego celu, etap, który też sam w sobie jest celem, bo jest częścią życia. Bo mamy cel. Mmy pomysły na przyszłość, tkwiąc w teraźniejszym szczęściu. Bo też trzeba po prostu być tu i teraz, trzeba po prostu oddychać.


Oddycham więc, pełną piersią. Zapatrzona w żółte światło gasnącego słońca nad ocenem, który widać brezpośrednio z mojego okna. Oddycham, zachwycona, wpatrując się w mgły przetaczające się nad masywem Esji, który góruje nad Reykjavikiem. Oddycham, zasypiając, słysząc łoskot rozbijających się o kamienny brzeg fal. Wycisza jak nic. To najcudowniejsza kołysanka, którą śpiewa mi świat. Bo tak, świat nadal mi śpiewa. I utwierdza mnie tą melodią coraz bardziej, że podejmujemy dobrą decyzję, mieszkając tu. Po prostu żyjąc. Odnajdując spokój.


Koniec września i początek października przyniósł wizytę w Polsce, po której wszystko miało się właśnie zmienić. I ta wizyta utwierdziła nas tylko w naszych wyobrach.
Bo nie była udana. Mimo tych cudonych chwil spotkań z tymi, któych kochamy. Mimo zobaczenia Redcar, za którą tęsknię najbardziej, głupich dup, nawet spotkania z A, bo przecież łatwiej mu przyjechać do Poznania z Niemiec, niż do Reykjaviku- wiem, że nie chcę tam wracać. Owszem, nadal marzy mi się pewna utopia, przeniesienia ich wszyskich do mojej islandzkiej bańki, ale wiem, że to niemożliwe. Muszę coś wybrać.
Wybieram więc świadomie swoją odizolowaną wyspę i rzadsze spotkania z nimi. Z tymi, których nie chcę stracić.
Choroby, pośpiech, załatwianie tłumaczenia dyplomów. To wszystko sprawiło, że nie odpoczęliśmy wcale. I z ulgą wsiadaliśmy do samolotu, myśląc- "oto wracmy do domu". Mając w myśli nie tyle konkretne mieszkanie, ale konkretny kraj. Ten, w którym jednak chcemy zostać, mimo kombinowania, myślenia, rozważania. Mimo wielu innych opcji.


Surowy klimat? Owszem. Trudny do opanowania język? Jak najbrdziej. Ale też ten brak pośpiechu. Poczucie bezpieczeństwa. Finanse, które tutaj mają się lepiej niż gdziekolwiek indziej. Pustkowia, na których otula nas cisza. Ocean i góry. Piękno. Niewzruszone, surowe piękno, przeszywające duszę bardziej niż krzyki wodnego ptactwa, sprawiające, że każdy włosek na ciele staje dęba. Tak. Chcemy tu zostać, zwłaszcza, że mamy siebie.
Nigdy nie mów nigdy. Oczywiście. Ale tu i teraz podejmujemy wybór "na zawsze", które też nie ma racji bytu.
Jestem. Wracam do siebie. Na moment przestaję się szarpać z sobą i światem, którym chcę się z wami podzielić na kiepskim zdjęciu, zrobionym telefonem, przeze mnie, która nie umie łapać dobrego światła.




Taki jest oto teraz mój świat, gdy stukam w klawisze, słuchając szumu oceanu i muzyki, która do niego pasuje. Mój świat bywa trudny i surowy, ale jest też piękny.Uspokoiłam się. Przetrwaiłam pewne sprawy. Porozmawiałam sama z sobą. 
Jestem w domu, w swoim sercu i swoim miejscu. 


choć kawałek polskiego artysty, ma wiele z Islandii w tle. Polecam. 

sobota, 14 września 2019

O nadchodzącej zimie i niepewności w sercu.


Tutaj nie ma jesieni.
Tylko zima i lato. Niewiele jest pomiędzy.
To drugie wybucha niespodziewanie, ostrym słońcem i za długim dniem, przez który nie można spać w nocy. Tak jakby 20 godzin dnia miało wszystko wynagrodzić.Wysotrzają się zmysły, czuje się pobudzenie. Chce się wszystkiego. Jakby w tym czasie, gdy wszystko ożywa, miało się nadrobić to, co straciło się zimą.


Bo zima też przychodzi znienacka. W połowie sierpnia można cieszyć się jeszcze promienimi słońca i lekkim wiatrem, bo przecież tutaj zawsze wieje. Możesz położyć się na czarnej plaży pomiędzy wydmami przy 15 stopnich i grzać się, ale nie za długo, bo za czyste powietrze sprawia, że łatwo się poparzyć. Jest zielono, jest lekko. I nagle przychodzi pierwszy sztorm.
Nie jest mocny, ale już wiesz. Wiatr przenika cię do szpiku kości, wciska się pod ubranie, do domu, wyje jak płaczące dziecko na korytarzach nawet, jeśli pozamykasz wszystkie okna. Deszcz, grad, pędzące chmury, które przynoszą wszystko, co możesz sobie wyobrazić. Znowu kilka słonecznych dni, choć już nie tak ciepłych i sielskich. Każdy dzień o 6, 7 minut krótszy. Aż do absolutnego prawie mroku w grudniu.


Kolejny wiatr. Deszcz. Zamykane drogi. Każdy kolejny sztorm silnieszy. Mocniejszy.
Czekacie na kalendarzową jesień? U mnie już przeminęła. Liście spadają z nielicznych drzew. Ptaki odleciły w ciągu paru ostatnich dni sierpnia. Były- i nie ma. Nie zostawiły nic po sobie. Nieliczne mewy, szpaki, gęsi i łabędzie. Kruki, nagle głośniejsze i bardziej pobudzone. Przecuwają, że niedługo wtopią się w wszechobecny mrok i tylko one posiądą Pamięć i Myśl, bo cała reszta stworzenia odejdzie od zmysłów. No, chyba że sowy śnieżne. Tym bardziej to będzie ich świat, świat nocy. Te jaśnieją. Ale przedziwnie, nie są jak światło w mroku. Też stapiają się ze wszystkim dookoła, niczym doskonałe drapieżniki. Kto wie, może i one pewnego poranka zaatakują znienacka i wydziobią mi oko? Może to one uczynią mnie ślepą, ale ja nie dostanę w zamian za to żadnej wiedzy, niczym Wszechojciec Odyn.
Mam wrażenie, że nie jest pisana mi żadna mądrość. Ostatnio czuję się najgłupszą istotą na ziemi. Pokraczną. Paradoskalnie, nie sprawia tego brak wiedzy, bo tej mam dużo. I nawet nie chodzi o tę książkową, bo ta nie ma wielkiej wartości. Mam sporo wiedzy życiowej. Przeszłam sporo. Przetrwałam wiele. I pradoskalnie, to to właśnie czyni mnie w moich oczach głupią i naiwną.
Gorszą. Tak, to chyba to słowo, które idealnie oddaje moje odczucia.


Czuję się gorsza przez swoje pozytywne myślenie. Swoją jakąś siłę, bo do cholery, postrzega się to przecież jako siłę. Energię. Czuję się głupwą gąską przez stale hamowane odruchy, które mówią mi ze środka, że przecież, wiele z banałów jest prawdą. To, że trzeba nieraz przejść przez piekło, żeby móc naprawdę odetchnąć świeżym, zmrożonym powietrzem, które rozbudza zmysły. Bo tak, wierzę w to. Wierzę w to nieprzerwanie, a boję się nawet o tym szeptać.
Co się z tobą stało Frido?
Nie, to nie tak, że przestałam się śmiać. To nie tak, że czuję się nieszczęśliwa. Niezadowolona z życia. W pracy, z której niedługo odchodzę, jestem w tych ostatnich dniach jak żywy reaktor atomowy. Ludzie mnie uwielbiają i dosłownie, stają im łzy w oczach na myśl, że niedługo mnie zabraknie. Jestem pełna optymizmu, jeśli chodzi o zmiany które mają nadejść. Co z tego, że zima. Sztorm przynosi ekscytację, którą pachnę, nawet, jeśli pakowanie rzeczy przed przeprowadzką doprowadza mnie do szeweskiej pasji. Myśl o nowym mieście, nowych możliwościach, ale nadal z jedną, najważniejszą osobą przy boku dodaje mi energii. Bo pomimo humorków, które zdarzają się każdemu, moja miłość kwitnie. Każdego dnia kocham bardziej. Jestem zdrowa. Nawet mój cykl menstruacyjny działa jak w zegarku. Jest wszystko tak, jak być powinno.


Ale zdarzają się noce, podczas których nie mogę spać. Kiedy wymiotuję z przerażenia. I nie chodzi już nwet tylko o lęk o tych, których kocham, choć może po prostu czasem dopada mnie panika i z tego powodu. To ostatnio za dużo myśli przychodzących z wielu kierunków. Za dużo weryfikacji w głowie własnego myślenia, podejścia. Weryfikacji relacji. Choć kto wie, może to właśnie te wszystkie lęki to spowodowały. A może to dzieje się po prostu.
Przed 30 robię istny rachunek sumienia, jak mówi mój Mąż? Możliwe.
Jest w porządku, ale są momenty.
Bo momentami jestem zahukana. To chyba dobre słowo.


Może właśnie, w pewnych momentach jestem zapędzana do kąta przez to co dzieje się dookoła, przez cudze myśli o śmierci, w których zaczynam myśleć o własnej. Ile w tym prawdy, ile moich wyobrażeń? Ile zwykłego zmęczenia? Jestem zapędzona do kąta, bo nie mogę powiedzieć tego, co powiedziałbym sobie. Jestem za głupia, za banalna.
Trywialna stara baba, która zjadła wszystkie rozumy.
Tym właśnie jestem? Tym zaczynam być dla siebie. I nagle, ta energia która wygrywała we mnie tyle lat, wygrywała ze wszystkimi moimi traumami, która pozwalała trzymać umierjących za rękę bez bólu zastyga jak lawa stykająca się z lodowatym oceanem Arktyki. Tworzy we mnie ostre kształty, o które ranię się od środka. Zdałam sobie z tego sprawę w ciągu paru dni.


A może to lęk, który wkroczy znieniacka w niewinnej tak z pozoru rozmowie. Może to otwarcie starych, choć przecież zaleczonych ran. Przypomnienie o utracie, która zaczęła się dziać. Lęk przed tym, co stać się może, choć to tak absurdalne i niewiarygodne.


Zimno i wiatr nasilają się od paru dni. Gdyby było więcej drzew, w szarości poranka widziałabym pewnie w wyobraźni dydndające ciała wisielców.
Tu można wieszać tylko na skałach.


Od wtroku nie mogę spać.Pękła tama, która spowodowała galop myśli. Te tętnią, biegną niczym dzikie konie. Nie są spokojne jak te islandzkie, które zaczyn porastać już długa sierść, przez które wyglądają jak pluszowe koniki. Zabierają mi odpoczynek gdy kładę się do kłóżka. A gdy uda mi się zasnąć i przychodzą sny, są absuralnymi koszmrami z przemieszanymi twarzmi, postaciami i stałym soundtrackiem w tle.


( Well i can easily understand,
How you can easily take my man
But you don't know,what he means to me, Joelene)


( I am to conectend to you
To slip away, fade away
Days away and i still feel you
Touching me and changing me)


Jeśli nie możesz czegoś wyrazić, powiedz to piosenką. To zawsze wychodziło mi świetnie.
Chodzę zmęczona i półprzytomna i zrzucam to na nadchodzący okres. Na pełnię i pogodę. Na roztrzepanie związane z życiowymi zmianami.


Mąż staje się moim lustrem, dostraja się do mnie niczym radio. Trzeszczymy w tym samym rytmie, gdy robi się ponury a ja znowu, martwię się, czy nie będzie chciał odejść z tego świata, jak poprzedniej zimy. Jest ponury. W końcu, wracając z Reykjaviku od Cienia, rozmawiamy.
(Jesteś moją siłą ze swoim światłem, żyję, bo mam ciebie. Co się dzieje?)
Rozmawiam z nim. Na początku się jąkam, ale słowa zaczynają płynąć potokiem. Nie mogę przestać mówić o drzazdze wbitej w serce, wracając do rzeczy, które, jak się obawiam, go zranią. Dlatego nie chciałam z nim o tym mówić, ale z kim, jak nie z nim? Kogo jeszcze mam?
Kończę, płacząc w aucie, kiedy on prowadzi. Jednocześnie udając przed ludzmi, z którymi rozmwiam tekstem, że nic się nie dzieje.
Jest moim wsparciem. Ale chciałabym żeby powiedział coś innego. Żeby zaprzeczył, zakończył moj wędrówkę myśli. Ale jest szczery. Jest moim przyjacielem. Nie będzie kłamał, gdy wie, że sam siebie mogę próbować oszukać. Chce mojego szczęścia.
( Nie, nie myślisz absurdalnie. Też mi to przeszło przez myśl. I to też powoduje miłość, toksyczna, ale nadal miłość. Ale musisz się nd tym zastanowić. Musicie porozmwiać.)
Tak, wiem, że chce, żebym była szczęśliwa. I nigdy nie będzie mi odbierał samej siebie. Tej silnej mimo wszystko kobiety, która nie pozwoli się powalić na kolana. Zstygnięta w wzory o ostrej krawędzi, nadal przecież tam jest. Nadal pędzi wraz z wiatrem. Nadal, niesie życie. Nie można pozwolić go unicestwić.
Mam mętlik w głowie.


Jestem, ale spowita w dziwne półżycie. Energia, która zamiera, gdy zostaję sama w sobie. Sama z sobą.


Wczoraj wieczorem próbowałam wcześniej położyć się spać. Ciężkie chmury, lejący deszcz. Wzmagający się wiatr. Kule lodu siekające nasze twarze, gdy paliliśmy przed domem ostatniego papierosa. To nie ułatwia wyciszenia.
Ułożona w łóżku nie wyciszyłam telefonu. I tym razem dobrze się stało. Bo odebrałąm gdy dzwonił.
Mój A.
Ostatnio przecież tylko zdawkowe wiadomości. Dystans. Odcięcie. Myśl, że nasze drogi rozejdą się ostatecznie.
Choć, czy nie wracaliśmy już do siebie? Czy nie chciał już odchodzić po pierwszym razie, kiedy kazał mi wybierać?
Znam cię, mój drogi. Odsuwasz się i uciekasz, zraniony, zawstydzony rzeczami, którez zrobiłeś. Ale nadal kochasz. Nadal jest między nami bliskość.
Jeśli jest miłość, to można walczyć, prawda? Wtedy właśnie można dzwonić z oddalenia, przez tysiące kilometrów pozwalać wybirzmiewać napuchniętemu od łez głosowi. I wtedy można uwierzyć, że jeśli się zawalczy, to nic nas nie musi rodzielać. Nikt nas nie musi rozdzielać. Nawet jeśli to tylko w głowie. W mojej. Jego.
Było już tyle przeprosin, choć czy to mnie powinien przepraszać? Ale interesuje mnie to, co między nami. To, co może nigdy nie było czyste, ale jakoś było idealne w swojej nieidealności.
Jego płacz, mój płacz w ciągu deszczowej, okropnej nocy. Zmieszane emocje.
Myślałem że chcesz żebym się usunął. Myślałem, że chcesz, żebym odszedł
Nigdy nie chciałabym cię stracić.
Czuję się tak winny i nie chodzi mi o to, co zrobiłem jej, to już między nami, ale o to, co zrobiłem tobie.
Czuję się tak winna, za to, że chyba nie byłam przy tobie tak, jak powinnam. Tak mi przykro, że myślałeś, że wybieram.
Nie rzecz czy wybierasz, ale o to, że w takich sprawach zawsze w jakiś sposób, chociaż na jakiś czas musisz to zrobić. Nie chcesz, ale musisz, bo to zawsze tak działa.


Tyle wymienionych, pomieszanych zdań. Podsumowanie. Reminescencje, powtarzanie.
Nowy rozdział albo ostatni oddech umierającego. Bo nie chcemy być dla siebie tylko kimś, kogo kiedyś znaliśmy. W tej relacji nie ma miejsca na płaskie, sztuczne emocje. Lepiej wtedy dla siebie nie być.
Brak nienawiści. Tylko szczerość. I troska, ta jego troska, która w tym chorym eogocetryźmie czai się zawsze mimo wszystko w tle, troska, jeśli kogoś po prostu się kocha. Szanuje. Jeśli nie jest się dla niego zabawką.
Czyste przepraszam, chociaż padło już przedtem wiele innych. Ale czasem to słowo nic nie znaczy. Czasem czuje się, że spada z czyichś ust na twoje serce tylko jak pasterek.
Nie trzeba przepraszać.
Trzeba. Ty zawsze musisz grać hardą sztukę i bagatelizować? Trzeba. Zostałaś zniszczona i zraniona. Chcę cię przeprosić.
Nie znoszę takich słów. Ale tak bardzo ich potrzebuję. Bywają tak ważne. To, że ktoś rozumie moje uczucia. Ktoś widzi we mnie też słabośc, kruchość i chce to naprawić. Szczerze naprawić. Unieść się poza swój egoizm i zobaczyć mnie.
Jestem silna, jestem energią. Ale potrzebuję tego, żeby ktoś mnie przytulił. Potrzebuję bliskości, szczerzej rozmowy i wsparcia nawet, jeśli to ból, który jest jakoś dzielony.
To w nim uwielbiam. To, że zmusza mnie do rozmawiania i wywleka moje słabości, tuląc je słowami. Tak samo jak mój Mąż. Tak samo, jak minimalnie zrobił już Cień.
(ktoś by się zaśmiał, wszystkie twoje relacje z mężczyznami, które są ważne )
Rozmawialiśmy długo. Od łez przechodząc do płaczu. Mówiąc w końcu o codzienności i błahostkach. O wątpliwościach bez podawania szczegółów, bo to przecież nie jest temat, który koniecznie z nim mogę poruszać. Ale jestem mistrzem lawirownia.
(jestem?)
Rozmawialiśmy,niczego nie obiecując. Jednak ja poczułam, że możę nigdy nie będzie już tak samo, ale możemy to naprawić, zbudować pewne rzeczy na nowo.
Przecież można. Podnosiłam już zgliszcza, podnosiłam się z kolan, renimowałam trupy relacji.
Jeśli się chce, to można.


Ale czy są pęknięcia, rysy, które nie dodadzą wartości, tylko pogrzebią nas żywcem? Rany śmiertelne.
Można je zadać raz a dobrze. Można uśmiercać po kawałku.
Kiedy ostatnio zajęłaś się tylko sobą? - zapytał mnie w nocy A.


Dobre pytanie. Kiedy zajęłam się tylko sobą, poza sesjami jogi, kąpielami, chwilami czytania książek? Chwilami, które urywam na pisanie?
Kiedy poświęciłam sobie cały dzień, nie myśląc, że ktoś obok ma zły humor, ktoś dalej robi sobie krzywdę, ktoś może się zabić?
Kiedy spędziłam dzień nie myśląc, że muszę to, muszę tamto...dla kogoś? Kiedy potrafiłam wyłączyć telefon i zostać sama dla siebie?
Kiedy potrafiłam porozmawiać z samą sobą, ze swoim źródłem energii?
Nie ma takich dni. Nie ma takich godzin. Nie ma takiej możliwości.
Trzeba czuwać, ale nie nad sobą.
Po prostu, się kurwa, nie da.


A być może o siebie trzeba walczyć jak o relację z ukochaną osobą.
( czarny humor pojawia się znienacka, kiedy myślisz, że może musisz walczyć o siebie i o relacje z mężczyznami, sabotowne po kolei, bo sama jesteś babo-chłopem, więc wychodzi na zero, walcz o wszystko naraz, va banque).
Może powinno się być zazdrosnym o siebie. Skupić się na tym, co w środku, na tym, co silne i dobre i piękne. Nawet jeśli kusi cię inne piękno. Mroczne. Niedoścignione. To przy którym czujesz się głupią krową, nawiną, trywialną istotą. To, które szepcze ci do ucha dawno zapomniane słowa.
Nawet jeśli w snach mówisz też tylko o innych, zamiast o sobie. A potem, zamroczona, umierasz, bo pęka ci serce, gdy wszyscy inni których kochałaś, odchodzą, otumanieni tym, co pociąga i ciebie.


(And i had to have this talk with you
My happines depends on you
And whtever you dicide to do, Jolene. )


Wyszliśmy na ostatniego przed snem papierosa. Zobaczyłam pierwszy w tym roku śnieg przywiany przez kolejny sztorm.
Boję się tej zimy i tego, co się ze mną stanie. Mam wciąż żywy obraz tego, co zima zrobiła z moim Mężem. Widzę tym razem siebie.
Boję się, że tym razem to ja nie przetrwam.
Zaczęłam wierzyć, że i mnie może to spotkać.
Przecież możemy odejść w każdej chwili. Ja mogę.
Nie mam dzisiaj siły.


Potrzebuję snu.
Potrzebuję odpoczynku.
Potrzebuję samej siebie, jaką znam, tej, która jest niezniszczalna.
Gdzie odeszłaś? Kto cię złamał?
Wiruję boso wraz z płatkami śniegu przed oczami.

To tylko w mojej głowie. 


Please don't take him (me?), even know,  you can. 

środa, 11 września 2019

O tym można rozmawiać tylko z Królikami, czyli kolejny list do zaświatów.


O tym można rozmawiać tylko z Królikami.
To prawda, są takie rzeczy, o którym mogłam rozmawiać tylko z tobą. W jakiś sposób nadal mogę. Z tobą w sobie, bo po twojej śmierci tylko to mi przecież zostało.


Widzisz, mój drogi Króliku, przeczytałam w końcu książkę, na którą tak długo czekałam. Która sama do mnie przyszła, mignęła gdzieś w internetowej przestrzeni. Gdy tylko ją dostrzegłm, na chwilę zatrzymało mi się serce. Najlepsze rzeczy zjawiają się znienacka. I tak jak sądziłam,ta krótka książeczka, jest druzgocąca, jednocześnie będąc piękną. Jest smutna, mroczna, a mimo wszystko jakaś ostatecznie "nadziejna". Chociaż może mi wydała się taka, bo od razu skojarzyłam ją z Tobą, a ty dawałeś mi tak dużo nadziei. Wiary. Miłości. Dodawałeś mi po prostu siły, w każdym momencie mojego życia. Nawet w najpaskudniejszym mroku, mogłam znaleźć dzięki tobie światło, bo wiele blasku nosiłeś w swoim życiu. Przecież nigdzie nie czułam się tak dobrze i bezpiecznie, jak w twoim domu, w kuchni, która zawsze była wypełniona smakowitymi zapachami i śmiechem.
Teraz mam wspomnienia. Książki i skojarzenia.

Nie płakałam, czytając. Ale możliwe, że zrobię to przy którymś kolejnym razie.
Teraz, przede wszystkim, dzielę się tą książką z całym światem, który się dla mnie liczy.

Pierwsza była Recar, która przeczytała książkę jeszcze przede mną, mimo że to ja ją znalazłam. Ona zresztą przywiozła mi mój egzemplarz tydzień temu, kiedy przyleciała do nas na wakacje. Domyślam się, ile łze musiało się wylać podczas lektury. Może nieraz moja wyobraźnia przejaskrawia pewne rzeczy, ale chyba nie tym razem. Wiedziałam już zanim zaczęłam czytać, że wyszło tak a nie inaczej, że powstał zachwyt przemieszany ze smutkiem. Dlatego moja podróż z książką nie była już taka dziewicza. Została minimalnie naznaczona, ale może miało to też i swoje dobre strony. Nic nie jest czarne ani białe.

Potem, rzecz jasna musiałam podzielić się tym z Mężem. Nawet nie przez skojrzenia z tobą, chociaż te oczywiście, były ważne, bo byłeś też dl niego kimś bliskim. Ale w tym momencie to nie było najistotniejsze. Ważniejsze było to, że on sam był, a może i nadal trochę jest Królikiem z książki. Nie takim jak ty, a literackim. Zagubionym. Tak, jego też zmiżdzyła ta proza, ilisutracje. Mocna rzecz, powiedział po prostu w pierwszym momencie, po przeczytaniu. Tylko tyle, więcej nie trzeba było mówić. W jego przypadku wiele rzeczy nie wymaga słów, wiesz przecież, Króliku, jak to między nami jest. Znam każdego rodzaju przytulenie i wiem, dlaczego niektórych nocy chwyta się mnie jak tonący. On wie, dlaczego ja też nieraz tak robię.

Zaraz po Mężu był A.. Tak, nasze światy trochę się rozsunęły, widzę to coraz bardziej. To, co się stało, całe zamieszanie cudzej relacji,sprawiło, że w naszej pojawiło się pęknięcie, które trudno już przeoczyć. Takie, o którym myślę, że jest nie do naprawienia. Tracę go Króliku, czy ty wiesz? Zaczęłam go tracić, bo chyba jednak minimalnie trochę wybrałam wspieranie kogoś innego. Ten wybór, choć go nie żałuję, boli mnie straszliwie. Też nie jest czarny ani biały. Ale pewnych rzeczy się nie cofnie. Mimo tego, że na samą myśl chce się płakać. Wiesz, że nie znoszę tracić ludzi. Przywiązuję się na dobre i niedobre, na amen się upieram i nie znajduję potem litości boskiej, która nie istnieje, ani ludzkiej, na którą nie mogę liczyć od nikogo,odkąd ciebie nie ma. Ale pomimo tego, po raz kolejny, wysłałam mu wiadomość, że musi przeczytać tą książkę. I nawet nie chodzi o ciebie, wiesz przecież, że nie darzył cię zbytnią sympatią. Był zazdrosny o to bijące z ciebie ciepło. Ale ta książka może być ważna dla niego samego. On też jest tym literackim królikiem, innym jeszcze bardziej, niż książeczkowy bohater. W tym wypadku on jest brdziej królikiem, niż ty.

Następnego dnia po przeczytaniu jest też oczywiście Cień. W końcu stał się dla mnie też tak jakoś ważny, namacalny ostatnimi czasy. Uczę się z nim dzielić wieloma rzeczami, które mi się podobają. Cytatami z książek, które mu wysyłam. Wierszami. Śmiesznymi obrazkami, których być może jest aż w nadmiarze. Widzę, że to zaczyna działać w dwie strony. Nie mogłę mu nie zaiweźć też tej książki przy okazji zawożenia do niego zbędnych nam tuż przed przeprowadzką rzeczy. Bo jako dobry człowiek to on nam je przechowa. Wiem, że i on czuje się często tym książkowym królikiem, tym przerażonym zwierzątkiem na obrazkch, które ucieka od ludzi. W tym przypadku nie będę czekać jednak na to, że powie mi o swoim zachwycie albo o tym, jak historia i ilustracje go zmiażdżą, jeśli to uczynią. W jego przypadku niczego nie oczekuję. Jest jak jest i doceniam to, mimo pewnych obaw.


Jak widzisz, Króliku, dzielę się zachwytmi. Tak samo jak robiłeś to ty. Doskonale mnie rozumiesz, prawda? Dlatego mogę porozmwiać o tym z tobą i chyba z nikim innym.
Nikt inny bowiem w moim życiu nie był do mnie tak podobny w tej kwestii.
Oboje chorujący na nieuleczalną euforię. To chyba zawsze nas najbardziej łączyło. Płaszczyzna, na której rozumieliśmy się doskonale. Choć, gdy się zastanowię, było ich więcej. Naprawdę momentami byłeś jak mój bliźniak, urodzony w tym samym dniu, choć w innym roku.

Wiara, nadzieja. Nadmiar czułości. Niepohamowany zachwyt nad światem. Njpierw robi, potem myśli. Wzrusza się do płaczu, ale udaje dzielnego. Załamuje się, ale sam kopie się w głowę, bo nikt inny przecież tego nie może zrobić za ciebie.
Przy tobie nie czułam się naiwną, prostą krową, bez cienia refleksji. Tak, to były rzeczy, o których można rozmwiać tylko z Królikami nieraz. Bo choć były oczywiste, proste i właściwie, choć mówiło się o nich też z innymi ludźmi, współdzieliło, to gdy dochodziły one do tej niebezpiecznej granicy nadmiarowości, chyba tylko ty to rozumiałeś. Sam byłeś nadmiarowy. Znałeś to uczucie niemieszczenia się dobrych emocji w klatce piersiowej, tak, że ma się wrażenie, że popękają żebra. Wiem, wiem, inni ludzie też tego doznają. Ale mam wrażenie, że jakoś inaczej. Są z innej gliny. Pięknej, przecież że pięknej. Tylko innej. Inne nie znaczy gorsze, czasem mam wrażenie, że znaczy wręcz lepsze.
Moja prostacka twarz z niejakimi oczami wpatrzona w twój uśmiech z za dużymi zębmi, w twarz twoją z kolei szlachetną, szczupła, z ogromnymi źrenicami. W twarz, która przyjmowała wszystko, jakim jest. Kochałam tonąć w tej przepastnej czerni i w tym za szerokim łuku warg wygiętym z naiwnością dziecka. Kochałam to i tęsknię za tym.
Są rzeczy, o których można rozmawiać tylko z Królikami.
Podzieliłam się więc książką, która skojarzyła mi się z tobą z tymi, których kocham. Na których mi zależy. I widzisz, Króliku, wczoraj przyszła mi straszliwa myśl, że zawsze kochałam się dzielić.

Zawsze, tak samo jak ty miałam wrażenie, że tylko współdzielenie się emocjami, zachwytem, szczęściem sprawia, że te rzeczy stają się pardoksalnie większe. Rzecz dzielona rośnie. Wczoraj po raz pierwszy chyba pomyślałam, że może niekoniecznie to działa w ten sposób. Może nieraz, dzieląc się, tracimy?
Zaśmiejesz się, ale pomyślałam nawet o tobie. Ale nie o tobie jako o człowieku. Tylko o tym, co mi po tobie zostało. Czy raczej może o tym, co powinnam przeżyć.

Okrutnie pomyślałam, odebrano mi żałobę po tobie.
Jak to? Zwyczajnie. Ty to pewnie zrozumiesz. Zamiast skupić się na swoim bólu, zajmowałam się cudzym. Koiłam cudze łzy. A co z moimi? Egoizm. Tak, cholerny egoizm, na który mnie nie stać. Dałeś mi zadanie. Listy do rozdzielenia i byłam w sumie wdzięczna. Mogłam się czymś zająć, być posłańcem. Tak, w ruchomy cel trudniej trafić, znałeś mnie na tyle, że wiedziałeś, że ta zasada mnie obowiązuje. Tak samo znałeś i siebie. Pod tym względem też byliśmy identyczni. I to było w porządku, ale chyba do czasu. Potem zrobiłam się zła. Bo to trwało za długo. Ale wiesz co zrozumiałam? Że to nie była twoja wina, tylko moja. Bo przygarnęłam cały ten twój spadek, ten świat, zamiast tylko przekazać wieści. Nie zrozum mnie źle, nie żałuję. Ale przykro mi z powodu zmrnowanego momentu, kiedy powinnam to skupić się na sobie. I złoszczą mnie chwile, w których oddawałam innym palmę pierwszeństwa, bo może stracili więcej, absurdalnie więcej, nie będąc z tobą tak długo i intensywnie jak ja. Bo ja mam wspomnienia. Znałam twój głos, dotyk, śmiech. Byłam obdarzona łaską pewnego poznania a oni...mieli tylko literki, zdjęcia. Tak, oni mieli prawo do żalu. Ja powinnam się skupić na dobrych latach, dotykach, wieczorach spędzanych nad parującym kubkiem herbaty. Nieraz tak o tym myślałam. Nieraz nadal tak o tym myślę, zwłaszcza gdy nadchodzi jesień, listopad i... co ja mam powiedzieć? Nie mówię więc nic o tym, jak to boli, bo odebrano mi część życia, część serca, część duszy. Rozcięto pępowinę, wyrzucono obumarły płód. Czy ja mogę cokolwiek powiedzieć? Podzieliłam więc te uczucia na innych ludzi. Wspominałam o swoich, ale oddawałam prawo pierwszeństwa, a może równałam je z cudzymi.

Nie, nie odebrałeś mi żałoby. Nie oni. Ja sama jestem tak głupia. Prosta krowa, która nie myśli. Ja sama to zrobiłam, aż zaleczyłam ranę naokoło, inną drogą, zamiast wprost. słuchają tu i ówdzie, rok po roku, o łzach nad twoimi listami, czytając różne teksty rozmaitych ludzi o tobie. Sama je pisałam, niektóre publikowałam. Nie wychywalając się za bardzo poza ramę, żeby nikt nie pomyślał, że gram w te słynne "kto ma gorzej". Czasem płakałam sama albo tylko przy Mężu. I brzegi, poszarpane brzegi rany przy na piersi zsrosły się, jest blizna, choć niewidoczna. Już nic nie ropieje, nie sączy się, czuję tylko ból fantomowy po wyrwanym kawałku serca. Ale z nim można żyć. Wiem to doskonle, będąc mimo wszystko kompletną. Z tym można żyć. To było. Czasu nie cofnę. Zostaje tęsknota i wspomnienia. Ukryta żałoba. Nic to.

Dzielona, ukrywana strata stała się większa. Nie umniejszyła się, tylko chowała się po kątach. Choć "złe" rzeczy, gdy się dzieli, są mniejsze. Powinny powiększać się tylko te dobre, prawda?

Zachwyt nad światłem i książkami. Nad pięknem widoków.
O, tym też bym chciała się z tobą podzielić! Z tobą i Vincentem. Od kiedy przeprowadziłam się na Wyspę myślę o tym nieustannie, w każdym pięknym miejscu. Że wam chciałabym to pokazać. Pomyśl sobie, co poczułam, gdy po raz pierwszy zobaczyłam humbaka! Przecież tak ukochałeś te zwierzęta. Z pierwszym razem, ale i za każdym kolejnym. To słodycz wymieszana z goryczą, ale nadal, więcej tu światła, niż mroku. To rośnie, mimo że nie żyjesz. Napędza.
Tymi samymi widokami chciałam podzielić się też z wieloma żyjącymi. I wreszcie przyleciała też Redcar, na której spojrzeniu na to miejsce zależało mi najbardziej. Nie udało mi się pokazać jej tych najważniejszych, ale wierzę, że jeszcze będzie okazja.
Widzisz, ja pokazuję jej Wyspę. Ty kiedyś mówiłeś, że chciałbyś, żeby mnie poznała. I oto jesteśmy.


Króliku, to znowu kolejna dolegliwość, która nas łączyła.
Oboje chcieliśmy poznawać ze sob ludzi, którzy stawali się dla nas ważni. Tak jakby nasza miłość do nich mogła zjednoczyć poszczególne osoby w jedną, wielką rodzinę. I sam doskonale wiesz, że często to się udawało. I potem mogłeś, tak jak ja, radować się widokiem, że ktoś się ze sobą dogaduje. Że doprowadza do śmiechu innych, tak jak ciebie.
Poznałam więc ze sobą znów ludzi, na których mi zależy. I zaśmiejesz się może, a może właśnie zrozumiesz. Po raz pierwszy do tego wkradł się niepohamowany lęk. Panika i łzy przez błahe wyobrażenie, że wszystko kolejny raz się rozpada. Wyobrażenie, że kolejna relacja jest zatruta zwykłymi zdarzeniami, które po prostu dorośli ludzie mają prawo wybrać.

Wiem, że ludzie potrafią być o siebie zazdrośni. Tak naprawdę rzdko kiedy towarzyszyło mi to uczucie. Ale może to właśnie lęk do niej prowadzi? Czy byłeś zazdrosny Króliku? Czy byłeś zazdrosny kiedykolwiek o mnie? Nie sądzę. Nie musieliśmy, bo byliśmy siebie pewni. Byliśmy dla siebie ważni w takim kształcie i koniec kropka. I chyba nigdy tak naprawdę się nie zraniliśmy, nie skrzywdziliśmy. Z Vincentem to inna bajka, ale z tobą? Czasem mnie ugryzłeś, czasem udrapnąłeś. Tak samo jak ja ciebie. Ale troszczyliśmy się o siebie. Dbaliśmy. To było cholernie równoważne. Nie rozbiłeś mi serca na kawałki nie patrzyłeś, jak je sklejam, czekając, aż wrócę nowa, odmieniona, znów pełna sił.

Czy więc to kwestia ważności? Czy lęki mogą mieć inne podstawy właśnie?

Czy wystrczą do tego złe wspomnienia? Zdarzenia z przeszłości, które właśnie roztrzaskały serce tak, że miało się nigdy nie zrosnąć? Być może otworzyłam wrota przeszłości i obecnych niedawnych zdarzeń, które nie powinny mieć miejsca. Ale stały się. Może dotarło do mnie, że tak, gdy prawie rozpadło się moje małżeństwo też zajmowałam się w dużej mierze cudzym bólem tak samo, jak swoim. Jej, jego, jeszcze tego trzeciego. Wybaczeniem, decydowaniem, manewrowaniem. Łączeniem nie tylko swoich relacji, ale też jego i jej. Nie umiemy w egocentryzm, choć tak bardzo to sobie wmawiamy, Króliku. To jakiś nowy rodzaj upośledzenia. Taki, który pozwala przetrwać, ale taki, który fragmentami zabija. Ale co nas nie zabija?

Miłość to cierpienie. Owszem, miłość, czułość to najpiękniejsza, najwżażniejsza sprawa w życiu. Ale zawsze, gdy ludzie są blisko ciebie, ranią cię. I być może, gdy łączysz ze sobą tych, których kochasz, obrywasz jeszcze głębiej. Jeszcze mocniej. Pytanie tylko, gdzie jest punkt w nas, za którym nie ma odwrotu? Z którym skończy się czułość, tłumczenie błędów swoich i cudzych i pojawi się nicość?

Nie doszedłeś do tego momentu. W pewien sposób ci zazdroszczę. Chociaż, może i ja do niego nie dojdę. Ja po prostu strasznie się przestraszyłam. Króliku. Gdy wyobraziłam sobie, jak znów ktoś ważny odchodzi, nie przeze mnie samą, a przez to, że splotłam nitki cudzych losów. Tak ważny jak A., który tak bardzo wyślizguje mi się z rąk. Przeraziłam się w duchu, gdy zobczyłam, jak wielki czeka mnie wysiłek, jeśli coś się spieprzy, a ja będę próbowała to naprawić, tak jak naprawiłam swoje małżeństwo i wszystko dookoła. Swoje serce na którym nadal jest blizna. Nie ratowałam tego sama, bo przecież, nie moja tylko w tym zasługa, a chęci wszystkich po kolei. Nie jestem herosem, tak jak i ty nim nie byłeś, choć tak wielu ludzi chciało mieć taki właśnie twój obraz przed oczami. Niemniej, wiem, ile mnie to kosztowało. Nie chcę znowu płacić takiej ceny. Ale Króliku, czy to nie jest po prostu cena każdej relacji? Czy to nie jest cena życia?

Sam taką ponosiłeś, prawda? Niejedokrotnie widziałam twoje szarpanie się tak, by wszyscy byli zadowoleni. Nieraz widziałam, jak zapominałeś o sobie. Miałeś może ułomne, ale ogromne serce. I być może to doprowadziło cię na skraj, nad przepaść, w którą spadłeś. Bo pod koniec też zapomniałeś o sobie. Nie walczyłeś już dla siebie, gdzieś tam w środku, ale dla nas. I bałeś się, że to nie ma sensu, bo przecież istnieniem swoim zadawałeś nie tylko szczęście, ale i cierpienie, mimo że tak bardzo się starałeś. Nawet na finiszu.

Byłeś niewinny, wiesz?

Tak cholernie niewinny. Nie, ja nie jestem taka i taka nie będę. Czysta. Ja mam w sobie więcej brudu, ale mimo wszystko- czuję to. Czuję chyba choć w ułamku to, co ty czułeś.
Może byłeś mimo wszystko zmęczony, choć chciałeś żyć jak każda istota. Ale w którymś momencie się poddałeś, gdy sam widziałeś siebie jako ostrze zadające rany. Nam wszystkim po kolei. A potem już ciszej, cichutko. Do samego końca, który nie powiniem mieć miejsca.

Odszedłeś, a ja nie mam z kim porozmwiać o tym, jak bardzo się boję. Nie tylko tego co się stanie. Ale głupiej myśli o tym, co już się stało, wydarzyło, co mnie zbrukało i zabiło właśnie odorobinę mojej niewinności.
Nie mam komu powiedzieć o tym, że boję się, że nie tylko będę ostrzem, ale że znowu zostanie mi coś odebrane. Nie przez cudze zachowania. Błędy. Przez moje własne. Głupotę, która gdyby mogła latać, sprawiłaby, że byłabym istną gołębicą.
Podzieliłam się tym co mam w życiu najcenniejsze. Wszyscy jesteśmy dorośli i podejmujemy własne decyzje. Nie decyduję za nikogo, ale zawsze czuję, że to ja pociągnęłam za sznurki. Zaplątałam nóżki w pajęczynę, choć sama tkwię w kokonie i jestem zżerana, sparaliżowana jadem ukąszeń losu. Ale mimo wszystko odpowiedzialna. Obarczona wyrzutami sumienia.

Podzieliłam się i mogę stracić. I ta radość wspólnoty, która tak doskonle znałeś, kochany, nagle ustepuje miejsca przerażeniu. Myśli, że podzieliłam się być może za łatwo wszystkimi swoimi mężczyznami, wymieszałam cudze słowa, wiersze, ciała, śliny i ledwo uszłam z życiem, tak jak cała reszta. Wymieszałam, chociaż nie maczałam w tym palca. Doprowadziłam do tego, chociaż nie podjęłam żadnej pieporznej decydującej decyzji. Nie wykonałam ruchu.

Mimo to czuję się winna. Martwię się o wszystkich uczestników tego teleturnieju, który oglądam z zapartym tchem i przez który wymiotuję, stresując się jak dziecko.
Nie chcę tego powtrzać. Cichutko błagam los, żeby nie komplikował znowu. Żeby już dał mi spokój. Ale jak może to zrobić, kiedy ja go po prostu głupio, bezmyślnie, prowokuję? Jak może mi odpuścić, skoro swoją niepohamowaną euforią i nadmiarem czułości wszystkich zbliżam, jak na filmowym planie, tuż przed pocałunkiem?

Stop! Cięcie!

Rzeźnia myśli. Nieprzespana noc z majaczeniami. Wizje, w których widzę wszystkich których straciłam przez śmierć. Wizje, w których widzę tych, którzy ode mnie odchodzą. Wizje, w których zostaje sama, nie przez los, a przez to, że jestem inną plnetą i wypadłam z konstelacji. Wizje cudzych błędów, ran, których nie będę umiała zalizać jako bezpński pies.


O tym można rozmawiać tylko z Królikami. Bo tylko ty zrozumiesz, jak to jest wiecznie tracić obwiniając się o to, co się stało. Bojąc się tego, co nadejdzie. Zagubić się w rozpędzonym rollercosterze wesołego życia z urwanym hamulcem, kiedy to wszystko wymyka się z rąk.
Wiesz co jest jednak najlepsze i najgorsze zarazem?
Wiem, że przede wszystkim zrozumiesz jedno. I gdybyś żył, pewnie nie wysiadłbyś z tego rozpędzonego wagonika, tak jak i ja nie wysiądę. Przerażona, obolała, zapłakana, nie wysiądę. Przepełniona lękiem i wyrzutami sumienia, będę jechać dalej. I też mimo wszystko cieszyć się z podróży. Śmiać się, rozdawać czułość. Nawet jeśli będę miała stracić.
I o tym mogłam porozmawiać tylko z tobą, próbując nie zadawać ran innym. O tym mogłabym porozmwiać tylko z tobą, cicho krwawiąc i zlizując sól z warg nocą.


Tak bardzo chciałabym spojrzeć w twoje ciemne oczy, Króliku, zwłaszcza, kiedy moje zmieniły kolor i są bardziej zielone. Bo nadal łączyłby się w tym momencie w jedno. Nwet, jeśli czas dla naszych spojrzeń już nie ma racji bytu. 


Twoja
Frida








Daj mi jedną więcej leczniczą chwilę spokoju
I ja nie chcę czuć tej przytłaczającej wrogości