poniedziałek, 16 stycznia 2017

O tym, że w piekle można odnaleźć pasję życia, czyli trochę o ruchu pro -ana słów kogoś, kto stoi całkiem z boku

Musiałam trochę zebrać myśli, zanim zasiadłam do pisania tego postu. Bo właściwie o czym bym miała pisać? Jestem chyba ostatnią osobą, która mogłaby zabrać tu głos. Ja, ze swoim hedonizmem, miłością do jedzenia i przede wszystkim miłością do życia. Ja ze swoją nadwagą i jednoczesnym brakiem kompleksów, ja z miłością do swojego ciała, do całej siebie.
Ja szczęśliwa, nie taplająca się już za bardzo w destrukcji, tylko od czasu do czasu, bo destrukcja od czasu do czasu jest po prostu przyrodzona każdemu z ludzi.
Co ja mogę o tym wiedzieć? O niszczeniu siebie, o głodówkach, ja- olewus, co ja mogę powiedzieć o dążeniu do perfekcji, która jest perfekcyjnym gonieniem za śmiercią, nicością?

Co ja mogę na ten temat powiedzieć? Nic. Ale mimo to cały czas nie mogło mi to wyjść z głowy. Cały czas jakieś myśli, słowa, tłukły się po klatce mojego umysłu, który nic na ten temat nie wie.

Dlatego jednak piszę. Dlatego mówię, mimo że nie mam nic do powiedzenia w tej kwestii. Bo tego nie przeżyłam. Bo nigdy nie było to moim udziałem, tylko działo się gdzieś obok. W zasłyszanych z daleka opowieściach, w jednej bliskiej mi tragedii kogoś, kogo kocham, ale w kogo butach nigdy tak naprawdę nie chodziłam, kiedy się głodził i niszczył też na inne sposoby. Zawsze gdzieś obok, nie we mnie.

Bo widzicie, rozgościłam się ostatnio na blogach pro-ana. A może też i przede wszystkich w miejscach, które już raczej można nazwać anty-ana po latach walki z chorobą?

I nie, nie myślcie, że chciałam schudnąć, aż to zaprowadziło mnie do skrajnej myśli, że może powinnam zostać jednym z motylków. W żadnym wypadku. Moja nadmiernie olewacka natura, wyrosła z byłego punka, kochająca nadmiernie hedonizm co wiecznie powtarzam chyba wręcz....nie nadawałaby się, by wkroczyć na dobre, albo chociaż na chwilę do tego „królestwa perfekcji”. Wręcz moja natura zaprzecza nieraz nurtowi pro-ana. W całości mojego życia.
Tak, moje życie to odwrotność.
Ale po prostu tam trafiłam. Czytałam w kilku miejscach przerażające mnie ogromem smutku i desperacji posty, czytałam też i te, które mówią o zwycięstwie życia nad śmiercią, mimo wszystko. O podnoszeniu się z kolan, tym cholernie bolesnym i długi wstawaniu i uczeniu się chodzić na nowo. I właśnie to wydało mi się piękne.
Podnoszenie z kolan.
Nauka nowego życia.
I właśnie to wydało mi się czymś, o czym warto mówić. Że można. Po spojrzeniu śmierci w oczy, po zniszczeniu siebie prawie do szczętu, można wrócić do świata. Odnaleźć spokój w swoim sercu. Odnaleźć miłość, do siebie i do świata.

Nie mogłam przejść obok tego obojętnie. Obok tej pochwały życia. Bo przecież kto, jak nie ja, doskonale zdaje się rozumieć, że życie możemy w pełni docenić jedynie w zetknięciu ze śmiercią? Ja, dziewczyna, która doznała już śmierci tych, których kochała najbardziej. Ja, dziewczyna, a może już kobieta, bo mam przecież prawie 30 lat, ta, która obmywa zwłoki, trzyma umierających za rękę. Ta, która docenia życie.

Ta, która wie, że życie jest na tyle kruche, tyle ulotne, że trzeba je pokochać z całej siły. I nie można go trwonić.
Ale są różne drogi do zrozumienia tego, pomyślałam, czytając blogi tych dziewczyn, które chcą być perfekcyjnie chude, aż może, tak naprawdę, po prostu chcą zniknąć? Są różne drogi. Każdy z nas ma swoje piekło przez które musi przejść. Swój ogień, przez którym musi przebrnąć, żeby nieraz ocalić życie.
Ale ocalić życie jest tu kluczem.

Życie, które jest piękne. Które jest cenne. To, które ma się jedno w bezpośrednim znaczeniu i to, które zawsze jest potencjałem wielkiego piękna. Piękna pojętego przez zrozumienie, że światło i cień się uzupełniają.
Moje zrozumienie życia przyszło w cierpieniu zadawanym z zewnątrz. Zbudowało moją destrukcję, która była inna, niż dziewczyn, które dążą do perfekcji. Bo ja ćpałam, piłam, znajdowałam śmierć na inne sposoby, jako nastolatka. Śmierć by docenić życie.
Ale zawsze to był hedonizm i gdzieś w tej destrukcji naprawdę prześwitywała pasja życia. Chęć poznania zniszczenia tylko po to, by poznać tworzenie. 

Dlatego być może nigdy nie zrozumiem piekła tych dziewczyn. Teraz, gdy przeszłam swoje piekiełko jako nastolatka i potem gdy przeszłam piekiełko straty i tęsknoty i zrozumiałam, że to wszystko było mi potrzebne. Całkiem inne. Teraz, gdy lubię swoje pojedyncze wyskoki destrukcji, bo rozumiem, że i ona bywa potrzebna w życiu jako przeciwieństwo mojej pasji życia. 

Zresztą, przecież...nigdy tak naprawdę nie rozumiemy cudzego piekła. Jakie by ono nie było. Jakimi objawami nie wylewało by się na zewnątrz naszej jaźni. Nie zrozumiemy...ale możemy być. I gdy już dorośniemy, zrozumiemy parę rzeczy, możemy powiedzieć jedno: można przeżyć. I można potem pięknie żyć. Dlatego nie warto się zabijać, nie warto rezygnować ze swojego życia.

Może to banał, który wydaje się być totalną bzdurą komuś, kto właśnie przez swoje piekło przechodzi. Może zdaje się to być fałszem.
Ale może te słowa dotrą do kogoś. Do czyjegoś serca. I nie mówię że właśnie te moje, napisane tutaj, w miejscu, które po prostu jest, w którym bywam. Te słowa powielone też przez ludzi, którzy przeszli podobne piekło. Którzy może rozumieją więcej, choć nigdy nie zrozumieją do końca.

Nie jestem jedną z tych, która dążyła do perfekcji. Jestem kolejnym spokojnie szczęśliwym człowiekiem, który mówi nieraz banałami. Ale w tym świecie, jest wielu ludzi, którzy mogą zrozumieć choć część. Ci, których pejzaż może nałożyć się z cudzym widzeniem świata. Bo przeszli przez piekło o podobnej barwie, podobnym nasyceniu chłodu, który prowadzi ku ostatniemu, zimnemu pocałunkowi śmierci. Są ci, którzy zatrzymali się w porę, zrozumieli, że warto walczyć o życie. Ci, którzy nie doszli w destrukcji za daleko, tak jak ja nie zabrnęłam za daleko ze swoim ćpaniem, mimo że byłam blisko krawędzi kilka razy.
Tacy, jak kilka mądrych dziewczyn, a zwłaszcza ta:


Do której słów odsyłam kogoś, kto przechodzi przez to piekło zwane zaburzeniami odżywiania. Anoreksją. Może już bulimią. Do której słów odsyłam dziewczyny, które na blogi tzw. motylków nie trafiły przez przypadek, jak ja, błądząca sobie w różnych miejscach w sieci, a które trafiły na nie celowo.
Kto wie, może któraś przez przypadek i z tego miejsca trafi do tej mądrej dziewczyny, która pokazała, że można przejść przez ogień, zanim całkiem on człowieka spali...i jeszcze go umocni, bo pokaże, że najważniejsze w życiu jest...życie?
Nigdy nie wiadomo.

Bo ja wiele o tego rodzaju cierpieniu nie powiem. Nigdy nie cierpiałam na zaburzenia odżywiania, jak mówię, jestem wręcz tego zaprzeczeniem. Moje życie, a nawet moje destrukcje nigdy nie były dążeniem do perfekcji, a były skrajnymi odmianami pochwały hedonizmu i pewnego chaosu, któremu do perfekcji daleko.
Nie wyobrażam sobie nawet tak wielkiego bólu, który każe rezygnować z życia. Z jego największych zmysłowych przyjemności. Nie wiem tak naprawdę, co człowieka może do tego zaprowadzić. Bo przecież, tak jak kiedyś pisał Królik, ten który już nie żyje, ale życie kochał jak mało kto, jedzenie pokazuje, jak żyjemy:

W jedzeniu wyrażamy też nieraz pasję życia. I naprawdę, nie umiem zrozumieć. Co nie znaczy, że część mnie nie chce, albo jakoś ocenia. Może jestem na to za głupia a może...powinnam podziękować losowi za to, że nigdy nie doszłam na taki skraj. Że nie poznałam takiej destrukcji. 
Ale mimo to nie umiem jakoś przejść obok tego obojętnie. Obok tego, jak setki wręcz dziewczyn i chłopaków zabijają się po cichu, nie wiedząc, jak sobie pomóc, przez to trafiają w ślepe uliczki, z których, jak się zdaje, nie ma ucieczki.Nie umiem przejść obojętnie wobec tej wrażliwości, która spycha nieraz do głębokiego mroku. I nie umiem przejść jakoś obojętnie wobec ludzi, którzy wciągają w to wszystko siebie nawzajem. 
A przecież jakieś drogi zawsze jakieś inne wyjścia są. Wcale nie zatapianie się w destrukcji, w śmierci, w bólu, w nienawiści do samego siebie. Zawsze jest jakaś pomoc. Bo skoro innym udało się znaleźć szczęście, pokochać siebie...to chyba dla każdego jest szansa.

Nic wam nie powiem więc od siebie o zaburzeniach odżywiania. Tylko tyle, że mnie przerażają, że nie umiem tego pojąć. Nie znam tego problemu od środka więc odsyłam do mądrzejszych.
O tym sama nic nie powiem. Nie przeżyłam tego. Ani, tym bardziej, nie umarłam w tym ani razu. 

Ja mogę wam powiedzieć coś tylko...o życiu. O tym, jak ja je widzę. O tym, co często powtarzam, o jego pięknie i miłości świata, bo tak, świat nas kocha. Warto więc i kochać samego siebie.
Mogę wam opowiedzieć o elastycznych sercach, o tym, że serce każdego z nas przetrzyma więcej, niż nieraz sądzimy. O tym, że w każdym mroku czai się ogromna ilość światła.
Mogę wam powiedzieć o tym, że warto nieraz przetrwać najgorsze, żeby je zrozumieć. Żeby je w pełni docenić. Bo każdy z nas ma swoje doświadczenia, swoje blizny, przez które się uczy. Czasem to śmierć najbliższych. Czasem brak akceptacji. Czasem brak porozumienia z rodzicami. Czasem zwykła blizna fizyczna, której się wstydzimy. Choroby. To wszystko nas spotyka i to wszystko jest częścią życia, które mimo wszystko jest piękne. A może właśnie dlatego.
I nie wolno tego życia marnować.
Bo jeszcze zawsze może być pięknie i mądrze. Z uczuciami miłości i spokoju pod sercem. Bo zawsze można pokochać siebie i świat. Oddać mu tą miłość, którą mimo wszystko promieniuje.

I może gdy zatrzymamy się w odpowiednim momencie, gdy wjedziemy nieraz boso, z pokrwawionymi stopami na upragniony szczyt i dostrzeżemy pewną całość, będziemy mogli złapać prawdziwy oddech. I zrozumiemy, że wiele nie potrzeba. Tylko żyć i oddychać

I może wtedy, zdarzy się nam ten cudowny poranek, przepełniony słońcem. Dzień, kiedy nie będzie cierpieniem wyjście z łóżka, kiedy podniesiemy się z oczekiwaniem na kolejne wyzwania, kolejne przygody. Kiedy staniemy przed lustrem i powiem do siebie jesteś pięknym człowiekiem, kocham cię. A potem z czystym i radosnym sercem wyruszymy znów przed siebie.
Nawet jeśli wiemy, że umrzemy a może...przede wszystkim dlatego. Bo warto korzystać z każdego smaku, zapachu i widoku w życiu, póki tu jesteśmy. 
I dla takich poranków warto chyba o to życie walczyć. Dla takich warto żyć.

Po prostu, warto spróbować nawet gdy nie wie się jak, spróbować której z innych dróg, zamiast rezygnować z życia.  

A na koniec cudowny Edward Sharpe a może raczej...Alex Ebert. Ten, który sam upadł i się podniósł i napełnia nadzieją i radością cudze serca. 



I wszystkie te słowa
Które wyplułem z siebie
nic świętego, nic prawdziwego
Do wszystkich tych duchów, zmieniłem się
Cóż, teraz jestem gotów, aby spłonąć.

Ponieważ ja już cierpiałem
Chcę, żebyś wiedział
Płynę na gorących płomieniach piekła
Wschodząc z tego, co poniżej

Daleko od tego, co poniżej
Jak wysoko możemy dotrzeć? 



poniedziałek, 9 stycznia 2017

O tym, że wszystko jest, jak powinno być i o poezji znajdowanej znienacka.

Już wczoraj to uczucie przyszło samo z siebie.
Po gniewie, rozdrażnieniu, które przerodziło się w rozbawienie, pojawił się ten dziwny spokój i jakieś wzruszenie, niewytłumaczalne, płynące z głębi serca. Ten dziwny stan, który znam aż za dobrze.

Zawsze zjawia się, gdy pewne rzeczy w moim sercu wskakują w odpowiednie miejsca, leczą się jak wybite stawy, które puchną i niszczą się, póki przez jeden moment bolesnego szarpnięcia nie wstawimy główki kości do panewki. A potem czuje się ulgę, pomimo bólu czuje się ulgę, gdy czuje się, jak ścięgna skracają się do odpowiedniej długości, a i kość w końcu leży bezpiecznie obok drugiej kości. Podobnie jest z rzeczami w mojej duszy. Z relacjami, z troskami, z lękami.
Ciało i dusza to jedno. Czasem i zaniepokojoną nawet pozorną błahostką duszę trzeba nastawić, jak dziwnie pękniętą kość, która od niewielkiego nawet uderzenia przemieściła się, jak zwichnięty staw, który rozciąga ścięgna, te, które ostatkiem sił walczą, żeby nie pęknąć.
I w duszy wszystko może tak po prostu, za jednym szarpnięciem, wszystko wskoczyć w swoje miejsce. Gdy dodamy do tego trochę gniewu, ale i wiele miłości, staje się to najlepszym lekarstwem dla jej zwichnięć.
I to uczucie przychodzi nagle.
Gdy ostatecznie godzę się z żalem, gdy opuszcza mnie strach, nawet jeszcze przed konfrontacją z tym, co dopiero powinno mnie przerażać.

Opanowuje mnie spokój.
Dziwaczny spokój i wzruszenie. I jeśli go nie zaznałeś, drogi czytelniku, nie będę umiała ci tego wyjaśnić.

Kocham to uczucie.
Poczucie, że wszystko jest takie, jak być powinno. Czasem zastanawiam się, ilu ludzi choć raz doznało tego uczucia?
Bo mnie ono spotyka często. Spokój, wszystko jest takie jak być powinno, tak bardzo, aż powoduje to wzruszenie. I chęć wylania łez, które nie są ani słodkie, ani słone. Są takie jak życie. Takie jak być powinny.
Wszystko jest na swoim miejscu. W świecie i we mnie. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Świat mówi do mnie mniej lub bardziej wyraźnymi znakami, a ja jestem tu i teraz, całą sobą jestem w świecie, jestem wszechświatem, jestem tu i teraz i kocham. Bo nagle, po wszystkim, po tym wszystkim co ludzkie, po gniewie, niechęci, żalu, przychodzi właśnie spokój i miłość. I jakieś dziwne zrozumienie, którego nie da się wyjaśnić słowami. Słowa tego nie oddadzą, co czuje serce.
Bo ono bije, bije swoim silnym, spokojnym rytmem. Jestem tu i teraz. Żyję. Kocham. Czy jest coś ważniejszego?

Moje stopy stoją tam, gdzie powinny stać i silne, choć nieraz zmęczone, przejdą drogi, które mają przejść. Moje serce bije, wyznacza rytm mojego życia. I wszystko w świecie, w całym wszechświecie, ma swoje miejsce i czas. Nic nie dzieje się bez przyczyny.
Chcę aż śpiewać, chcę aż tańczyć, ale coś we mnie, silnego każe mi sięgnąć w innym kierunku. No tak. Coś, co współgra. Coś, co jakby rozumie.

Muzyka, o której mój Mąż mówi, że gdy się jej słucha przed snem, ma się właśnie wrażenie, że wszystko układa się w głowie, w sercu do odpowiednich szuflad. Starczy tylko zamknąć oczy, wsłuchać się.
Tak jak nieraz wystarczy wsłuchać się we własne serce. W siebie. W swoje światło, w swoją ciemność. Nic więcej nie potrzeba.
Bo w świetle, w ciemności, znajduje się miłość.
Słucham więc przed wyjściem do pracy. W pokoju, w którym coraz bardziej zapada zmrok. Zapalam tylko świeczki. Słucham i układam w sobie do końca to, co już i tak samo z siebie przestawiło się na dobry tor. Mam czas dla siebie Wyciszam się. Sięgam do swojej miłości, sięgam do swojej siły. Mrok w pokoju. Zimno mrożące dłonie i serca ludziom na zewnątrz. A we mnie tyle światła, tyle ciepła.
Jestem kontrastem dla świata. Jestem z nim jednym.

Wszystko jest na swoim miejscu. Wszystko jest takie jak powinno być.

W końcu muszę się spotkać ze światem. Wychodzę ze swojej medytacji, wychodzę ze swojego, mniej dosłownego świata, do tego bardziej oczywistego.
Biegnę do pracy.
Nocne rozmowy.
Sms, który mnie ucieszył. Ja doznawałam spokoju, a ktoś inny naprawiał swoje życie. Swoją miłość. Czy może być coś piękniejszego, niż dwoje ludzi, którzy pomimo swojego cienia, którym nieraz bywają, znajdują na nowo swoje światło?
Miłość. Spokój. Wszystko jest takie, jak powinno być.

Rozmawiam w środku nocy przez telefon. Na początku słyszę, jak boi się, po tym, co zrobił, przez to, że narozrabiał. Na początku się boi, ale słyszy mój spokój. Setki kilometrów stąd, to ja daję mu swój spokój. Swoją dziwną miłość, niedosłowną, ale taką, którą mogę dać. Wiem, że po tej rozmowie spokojnie już zaśnie.

Wszystko jest takie, jak powinno być. Jak kiedykolwiek możemy się z tym spierać? Jak możemy sądzić, że jest inaczej, mówić, że świat jest podły, niesprawiedliwy, rzuca nam kłody pod nogi? Świat to my i to, co nosimy w sobie. Nasze światło i nasz mrok, te dwie części, które musimy zaakceptować, a może i pokochać. Z którymi nie możemy walczyć. Bo wszystko jest takie jak powinno być. I każdy nasz błąd, każda złość, każde cierpienie ma swoje znaczenie. Nie dzieje się po nic. Jest nauką.

Wracam do domu, trochę dłużej niż zamierzałam. Poranny spacer w ciemności, z której wyłania się słońce. Naturalny cykl, dzień, noc, dzień. Tak oczywisty, a tak wieloznaczny. Oczywisty cykl w nas, ten, który gubimy, o którym zapominamy.
A wszystko jest takie, jak powinno być.

W końcu docieram do miejsca, gdzie mieszka moja dosłowna miłość. Wtulam się w jego rozgrzane plecy, zasypiam spokojnie. A gdy się budzę, po godzinie snu, wcale nie jestem zmęczona. Spędzamy zwykły poranek, wzruszam się jego wzruszeniami.
Kocham go. Jego w tym świecie kocham najczyściej, najoczywiściej. Ale kocham i świat.

Oglądamy po prostu filmy, słuchamy razem muzyki. Ręka w rękę wychodzimy z domu. Odprowadzam go kawałek, całuję na do widzenia. Pocałunki już nie bolą, moje ciało leczy się szybciej, niż wszyscy zakładają.
Zawsze dochodzę do siebie wcześniej, niż inni naprawdę zdążą się zmartwić. Może dlatego, że czuję ten świat. Może dlatego, że jestem tu i teraz i wiem, że pewne rzeczy muszą się zdarzyć, jasne i ciemne.
I wszystko jest takie, jak powinno być.

Chce się śmiać. Na ulicy, gdy wracam do domu, zaczepia mnie chłopak. Sama nie wiem, to chłopak czy mężczyzna? Pyta, czy mam papierosa.
Nie wiem, kim jest. Może jest trochę młodszy ode mnie, a może trochę starszy. Nie wygląda na bezdomnego, ale i nie wygląda na „porządnego obywatela”. Niechlujny, zarośnięty, ale ładnie pachnący. Z wypchanym, nieforemnym plecakiem.
Zagubiony podróżny? Autostopowicz autostrady życia, którego w tej chwili nikt nie chce wziąć ze sobą?
Chcę mu odruchowo powiedzieć, że nie palę, ale skłamałabym. Bo popalam. I tak, mam papierosy, kilka sztuk, bo zostały mi po dyżurze z Chłopcem, którego nie chcę opalać.
Pyta więc, czy mam papierosa, a ja sięgam do plecaka i po sekundzie zastanowienia daję mu nie tylko papierosa, ale całą paczkę do ręki, paczkę, w której jest po prostu kilka sztuk. Uśmiecham się i mówię mu, że mi niepotrzebne te papierosy, nie będę ich palić.
Jest zdziwiony, patrzy na mnie uważnie i jakby coś sobie przypomina.
Teraz on sięga do swojego plecaka, chwilę w nim grzebie, a ja stoję i czekam, trochę marznę, ale nie spieszy mi się przecież. I nic nie mówi, ale ja widzę, że czegoś szuka. Mam wrażenie, jakby powiedział mi to w sercu, gdy tak na mnie spojrzał.
W końcu wyciąga dość grubą, czarną książkę. Widać, że to żaden bestseller. Wyciąga ją z wypchanego plecaka i wciska mi, silnie, do moich dłoni, które same jakby czekały na podarunek.
-Tobie już trucizna niepotrzebna, a mi już niepotrzebna poezja.
Mówi szybko i odwraca się na pięcie, a ja stoję oniemiała trochę takim obrotem sprawy. Chłopak, a może mężczyzna odchodzi, jakby go ktoś gonił a ja stoję z grubym tomem nieznanej mi poezji w ręku. Jerzy Jarniewicz. Nigdy nie słyszałam takiego nazwiska.

Wszystko jest takie jak być powinno. Nic nie dzieje się bez przyczyny.
Może po czasie prozy moje życie potrzebuje też trochę poezji, którą czasem się gubi?

Słucham muzyki, która układa mentalne atomy duszy i serca w odpowiedniej koniunkcji. W swoich atomach czuję porządek wszechświata, czuję porządek planet. I czytam poezję. Karmię się nią, ani wyjątkowo urzekającą, ani wyjątkowo piękną, dość ascetyczną poezją, którą dostałam do ręki na środku głośnej, zadymionej ulicy.

Mi dano poezję w zamian za truciznę. Kiedyś znów dostanę truciznę na swoje rany, a odbiorą mi poezję. Ale wszystko jest takie, jak być powinno. Szczęście i cierpienie, ciało i dusza, światło i mrok, ciepło i mróz.
Jestem tu i teraz. I rozumiem swoim czuciem, rozumiem, choć nie umiem tego opisać.Spokój i miłość.
Czego mi więcej trzeba od życia...jak życia?



Zatem...niech będzie i trochę poezji, którą dziś dostałam.

wiersz w noc
kroki których nie słychać
gorący czajnik
z zimną jak śmierć wodą
która wypełni ci kiedyś usta

w milczeniu
z samym sobą
rozmowa będzie możliwa

***

mój oddech
zakłóca

powagę
przedmiotów

których jestem gościem
na czas określony

szafa kamień
nóż muszla

za mądre
by łykać powietrze

moje anachroniczne tchnienie
prowadzi donikąd

później czy prędzej
zakończy się ciszą

szafy kamienia
noża czy muszli

przygodny kamyk
kaleczy piętę

to co jest
nie oddycha

***

ten promień
wszystko widzi
przenika cię
na wskroś
to światło
cię zabija
prześwietla cię
na wylot
i gnieździ się
w białych komórkach
tylko w ciemności
usłyszysz jak żyje
twoja krew

***
dzień ciągle się wahał jak to w listopadzie
o piątej nad ranem kiedy szafa przypomina
pusty konfesjonał obnoszący się
z bezgrzeszną jak na razie nagością a ja
wciąż zasypywałem cię jak to się mówi słowami
jednym oknem celując w dogorywającą noc
a drugim w to miejsce na którym powinnaś
jak mi się zdaje wciąż siedzieć
i chyba jak mi się zdaje zasiedziałaś
bo nagle cień się poruszył po raz drugi
a potem raz drugi raz jeszcze
jakbyś chciała zabić lub tylko przytulić

zapominając że noc i życie dosłownie już za nami

niedziela, 8 stycznia 2017

O tym, że przypomniałam sobie, skąd bierze się moja głupia duma, czyli o rzece, która i tak wedrze się do życia.

Śniło mi się, że nie umiem kłamać.

Nie umiem kłamać za bardzo i w życiu, bo częściej nawet coś powiem niż pomyślę, że może skłamać powinnam. Prawdą po oczach. Czasem staram się coś ukryć, ale gdy tylko wypiję parę piw nie ma możliwości, żebym nie powiedziała, jak to jest naprawdę.
Ale w tym śnie nie umiałam kłamać całkowicie. Byłam naga w prawdach i wszyscy znali moją myśl, moje uczucia, zanim ja jeszcze nawet zdążyłam się z nimi oswoić.

Bo prawda jest taka, że nieraz nie kłamiemy- ale sami jeszcze nie wiemy, co czujemy. Czego i kogo potrzebujemy. Co o tym wszystkim myślimy, co nam się przytrafia. Czasem po pierwszym szoku potrzebujemy godzin albo i lat, żeby przywyknąć do jakiejś myśli i żeby wiedzieć, co czujemy. Bo emocje nam się plączą. Czy jestem zła, czy rozczarowana? Czy tak na dobrą sprawę to mnie nie dotknęło, czy jakiś delikatny niesmak przerodzi się w dyskomfort, a z niego w ból? Czy nie mam już na to siły, czy mam na te sprawy wielkie jej pokłady?
Czego naprawdę potrzebuję?

Nieraz sami nie wiemy, nieraz musimy się zastanowić.
A w tym śnie wszyscy nagle wiedzieli lepiej ode mnie, wyprzedzali mój ruch. I czułam się niewolnicą cudzych osądów, cudzej znajomości mnie.
Czułam się maleńka. Nieporadna. Czułam się wręcz kaleką duchową.

Czasem tak czuję się w życiu.
Czasem w złości, gdy ktoś knuje za moimi plecami dla mojego dobra zaczynam sobie zadawać pytanie, to tu wie, co jest dla mnie najlepsze.
Kiedy ktoś stara się zakładać, co czuję. Czego potrzebuję, gdy ja sama tak naprawdę nie wiem i może chcę, by wszystko po prostu potoczyło się swoim rytmem. Nie wiem, czy chcę, by ktokolwiek trzymał mnie za rękę, bo być może, gdy będę musiała być sama, pewne rzeczy będą dla mnie łatwiejsze do zniesienia, bo wiem, że będę musiała polegać sama na sobie i wcale nie mogę się rozsypać. Nie wiem, czy za rękę trzeba mnie po prostu trzymać i robić niepotrzebny dramat tam, gdzie go nie ma i gdzie być może, nigdy nie będzie musiało go być.
Nie chcę, żeby ktoś panikował za mnie, bo i ja zacznę panikować tam, gdzie jestem spokojna.
Nie chcę, żeby ktoś zakładał czarne scenariusze tam, gdzie ja ich nie zakładam.
Nie chcę, żeby ktoś robił coś na siłę tam, gdzie to po prostu nie jest potrzebne.
Nie chcę, żeby w ogóle ktoś robił coś na siłę.

Często dowiaduję się, jak boli brak ludzi, kiedy ich potrzebuję. Aż za często w tamtym roku dowiadywałam się właśnie, jak boli rana zadawana przez to, że kogoś potrzebujesz, a ten ktoś zostawia cię w mroku. I silnie to przeżyłam. I mocno to przebolałam.
Ale teraz, gdy wszyscy popadają w drugą skrajność, być może właśnie nie tam, gdzie potrzeba, rozumiem, dlaczego tak często się nie dzielę swoim bólem, lękiem i dumnie unoszę głowę, mówiąc, że poradzę sobie sama i odpycham ludzi.

Bo nie chcę, żeby ktoś za mnie decydował. Nigdy tego nie lubiłam, zawsze, gdy miałam wrażenie, że ktoś zaczyna się mną rządzić, traktować mnie jak swoją własność, decydować za mnie, pokazywałam rogi. Czasem robiłam specjalnie na przekór, żeby udowodnić, że ktoś nie miał racji, nawet, jeśli te jego próby decydowania prowadziły w dobre miejsca i wynikały z troski. Ale ja nigdy nie chciałam troski nadmiernej. Roztkliwiania się. Litości. Ograniczania mojej wolności. A tak mi się to kojarzy, zwłaszcza, gdy ktoś robi coś za moimi plecami. Jedna osoba prosi, druga się na to godzi, a ja sądzę, że wszystko wyszło samo z siebie naturalnie, bez jednej dziwnej zapewne, krótkiej rozmowy.
No i po co to wszystko?

Odpycham więc ludzi, bo chcę sobie radzić sama, bo nie chcę, żeby ktoś przejmował moje życie, decydował za mnie, nawet jeśli chce dobrze. Nawet jeśli rozpaczliwie wręcz w nocy mówi mi, że to wszystko z miłości, troski, czułości. Nie lubię takiej miłości, uwiera mnie.
I co ważniejsze, tak często unoszę dumnie głowę do góry, bo nie chcę zaczynać się martwić znowu o to, że ktoś się o mnie zamartwia, troszczy, zamiast skupiać się na sobie. Bo czy nie na sobie powinnam, skoro to ja mam problem ( nawet nie będący jeszcze problemem, a potencjałem problemu), zamiast rozmieniać się na cudze antagonizmy w tym jednym przypadku, zamiast rozmieniać się na cudzy lęk, niechęć do wykorzystywania cudzej energii?

Dlatego udaję, może nie do końca udając. Dlatego mówię, że wszystko jest w porządku, nawet jeśli nie jest, bo nie chcę nadmiernej ilości pytań.
Dlatego chciałabym mieć swoje kłamstwa albo i swoje prawdy, bez cudzego zakładania, czego potrzebuję. Kogo potrzebuję. Że w ogóle potrzebuję. Bo kiedy nagle wszyscy nadmiernie się starają tam, gdzie wcale nie trzeba, być może przez przeszłe winy, wyrzuty sumienia dotyczące nieobecności dosłownej albo niedosłownej...wtedy wszystko robi się nadmierne. Nieprzyjemne. I może właśnie cudze działania, stają się kłamstwem.
Patosem tam, gdzie nie powinno go być.
Dramatem tam, gdzie wcale się on nie toczy.

Niech wszystko toczy się naturalnym rytmem, chciałoby się powiedzieć. Tylko gdzie jest ten naturalny rytm? Jaki on jest?

Czy możemy się zachowywać, jakby zupełnie nic się nie stało? Czy prawdą będzie, jeśli powiem że tak? Czy prawdą będzie, jeśli powiem że nie? Bo część we mnie naprawdę wie, że nic się nie stało, nie przejmuje się, ani całą sprawą, ani problemem, o którym wiem, że go przetrwam, przerobię, nawet, jeśli to coś gorszego, niż zakładam. A część we mnie, malutką, ale jednak część, coś uwiera, czuje niesmak, jakąś wręcz złość, że znowu zaczyna się być może cyrk, którego będę musiała zostać konferansjerem. I to nie dlatego, że dzieje się on przy mnie. Ale dlatego, że dzieje się on znów przeze mnie I niby z troski i miłości o mnie.

Ja się o to nie prosiłam, a czuję, że znowu ja będę musiała sprzątać porozrzucane zabawki. A może i ja nieraz bywam cudzą zabawką, zabawką ego, które wcale nie chce się rozczarować i próbuje sobie coś udowodnić. I może to wcale nie z miłości do mnie a z miłości własnej?
Zresztą, czy wiele rzeczy z miłości własnej nie wynika przede wszystkim? Czy stale nie udajemy i...czy nie kłamiemy?

I czasem w tym wszystkim pojawia się myśl, czy nie byłoby lepiej nieraz, gdybyśmy nigdy się nie spotkali.
Albo inaczej.
Wiem, że gdyby nie pewne spotkania, pewne życia by już nie istniały, a inne nie układały się tak jak układają, szczęśliwie. Więc dobrze, spotkaliśmy się i to co było, to było. Z każdej ze stron.

Pojawia się myśl, czy nie byłoby lepiej, gdybym teraz już, gdy wszyscy mają swój happy ending, zniknęła, usuwała się w cień. Bo gdy moje problemy, a może nawet sama ja staję się cierniem w cudzych życiach, to przestaje mnie bawić. Przestaje mnie bawić szarpanina między jednym a drugim człowiekiem na nowo, nawet, jeśli to nie chodzi już o ich uczucia, a o mnie. Czuję się jak szmaciana laleczka, której ramiona są liną, którą się po prostu przeciąga.
A laleczką nie jestem. Jestem żywym człowiekiem. Osobnym, silnym bytem. Dorosłą kobieta, która i tak sobie poradzi. Ze wszystkim. Sama czy z ludźmi.

I nie chodzi już o to, co się dzieje. Głupie badanie, które jest bardziej jak kontrola, jak to sobie mówię. Nie chodzi o to, że czasem może i są sprawy, o których bym chciała pogadać nocami i nieraz jestem z nimi sama już z własnego już bardziej wyboru. Nie chodzi wcale o to.
Chodzi o powielanie schematu, który mnie już męczy. Chodzi o dramaty, które są niepotrzebne i które ja sama nieraz robię...ale tu przychodzi zastanowienie- czy ja robiłam dramaty wcześniej?
Nie, nie robiłaś Frida.
Nie robiłaś, więc radź sobie dalej po swojemu. Bez żadnego trzymania za rączkę. Bo jeśli każda błahostka ma się kończyć patetycznym robieniem dramatów i to nie tam, gdzie sądzisz, że by powstały, ale wykwitłych w mało spodziewanych miejscach...to jestem ciekawa, jak kończyły by się prawdziwe dramaty. Za to serdecznie podziękuję.
Tym bardziej, że wiesz, że to wszystko wynika z przeszłości. Z konfliktów, złamanych serc, ran zadanych tak głęboko, że nie da się od tego odejść. I przy każdym napięciu one będą na nowo wypływać na wierzch.

Po ciemnym listopadzie i grudniu, kiedy czułam się odtrącona przez kogoś, a kiedy może za mocno weszłam w relację z kimś innym, tak, że zaburzyłam pewną delikatną równowagę, już rozumiem, czemu zawsze byłam dzielna.
Już rozumiem na nowo, czemu zawsze wpuszczałam rzekę zdarzeń do swojego życia bez tamowania jej cudzą pomocą. Bo...mam wrażenie, że sama radzę sobie lepiej. A może i racze, z odpowiednimi ludźmi, kiedyś.
Może niektórzy angażują się w cudze problemy aż za bardzo, i zamiast widzieć człowieka, którego kochają, widzą własne ego. Widzą siebie pomagającego, zamiast pomagania. I karmią się tym, jacy są dobrze, uspokajają własne wyrzuty sumienia, że pomogli. Może momentami za bardzo chcą być potrzebni, ci niektórzy, nadal gdzieś tam zagubieni we własnym życiu.

A ja nie chcę karmić cudzego ego. Nie chcę przemieniać zwykłej błahostki w prawdziwy cyrk i robienie dramatów. Mówię temu stop. Poradzę sobie sama, albo z tym jednym, który dramatów nie robi i mówi z przekąsem „no wziąłem to wolne w pracy, żeby iść z tobą na to usg, chociaż nic ci nie będzie, ale żebyś mi potem nie wypominała”. I z takim podejściem sobie poradzę, nie z robieniem z siebie bohatera, z tym wyśmianiem tragizmu, za którym kryje się prawdziwa czułość.
Nie chcę bohaterstwa. 

Ja nie chcę karmić cudzego ego ani być arbitrem. W odwiecznej walce kogo kocham bardziej, na kim mi bardziej zależy. W odwiecznej walce „ja ją kocham mocniej, prawda, że ci to pokazałem”? Nie chcę.

Ja po prostu będę sobą i poradzę sobie. Wpuszczę do swojego życia kolejny nurt wydarzeń, który być może po prostu zamarznie w tym mrozie, scali się zresztą rzeki mojego życia i nie będzie miał żadnego znaczenia wiosną, kiedy wszystko stopnieje i obudzi się nowe życie. Wpuszczę rzekę, której i tak żadne słowa i cudze starania nie zatrzymają, bo rzeka jest rzeką, woda zawsze się przedrze, jeśli ma biec odpowiednim korytem.

Ja zadecyduję o swoim życiu, ja i los, którego nie zmienię, ale do którego mogę się uśmiechać nawet tam, gdzie uśmiech zaskakuje. Ja zadecyduję, jak nauczę się pływać w rzece. Ja, nie nikt inny.
I ja przeżyję swoje życie, wszystkie jego piękne i złe strony- nikt inny za mnie tego nie zrobi. Nikt inny za mnie nie zdecyduje. Nie weźmie mojego bólu, lęku, rozczarowania.
Ja sama. I nikt nie zrobi tego lepiej niż ja. Nikt nie zorbi tego...piękniej.

Bo życie jest piękne. Moje własne życie jest piękne, wszystko, co wyciągam z rzeki, co przynosi mi ona z sobą, ze swoim naturalnym nurtem. Sypki złoty piasek, czarny, żyzny muł, pozornie zbyt ciężki ale właśnie taki, na którym wyrastają najcudowniejsze owoce i dorosne zielone wiosną kłosy zbóż.
I ja, znów ja, nieraz może nadmiernie dumna, a nieraz zbyt krucha, ale jednak silna, poradzę sobie ze wszystkim, co rzeka mi przyniesie. Co da mi los z biegmiem czasu. I będę za to wdzięczna. I zrobię z tego użytek. I poczuję orzeźwienie przy kazej kolejnej fali. I poczuję że żyję. Niezależnie, czy ktoś będzie trzymał mnie przy tym za rękę. Chociaż....może. Tylko niech robi to umiejętnie. Tylko niech nie przesłania mi samej mnie w chaosie, jaki tworzy.

Bo wiecie...nieraz dmuchając na płomień, chcąc go zagasić, tylko się go roznieca. I wtedy dopiero zostają zgliszcza, tam, gdzie tak wiele mogło być uratowane. W lesie nad rzeką, która musi wiele mułu nanieść jeszcze, by na nowo, wiosną, wyrosło życie.

I czasem po prostu nie ma o co walczyć. Czasem trzeba wpuścić rzekę do swojego życia. Czasem trzeba wpuścić samo życie i jego naturalny nurt. Będzie co ma być. Nic na siłę.A ja sobie poradzę. Sama albo mądrze i z innymi, w swoim wspaniałym lesie, w którym nie ma już lęku.
Bo jak można bać się rzeki?



Trzymasz się moich dłoni jak imadło
Obracając śrubą, zmieniasz je w biel
Jest jednak moment, w którym się złamiemy
Nie mogąc znaleźć, czy to jest najszybsza droga

Och,wpuść rzekę,
niech rzeka przedrze się i zacznie od nowa
Wpuść rzekę, wola ludzi nie może jej zatrzymać
Wpuść rzekę, jak krew pod moją skórą

Wpuść rzekę, natura gra. Natura wygra. 

środa, 4 stycznia 2017

O dobrych facetach, którzy chcą bronić kobiet, czyli też o tym, że nigdy nie możemy powiedzieć nigdy i zawsze powinniśmy być czujni, a wszelkie ocenianie możemy sobie wsadzić...no, wiadomo gdzie.

W końcu zaczęłam wyglądać jak prawdziwy szop. Bo może opuchlizna koło złamanej nasady nosa i nad okiem nie była duża, siniaki aż tak mocno nie wyszły ( ale kolorków zaczynam nabierać), to jednak było widać – coś mi się stało. Szczególnie w oczy rzuca się zdarta skóra na łuku brwiowym i na nasadzie nosa . I chyba moja twarz przez ból zrobiła się mało ekspresyjna, bo jak tu się śmiać, jak to boli po prostu jak cholera?
Ewidentnie, widać, że coś mi się stało z twarzą. I kto mnie zna bliżej, wielce się nie dziwi. Bo ja stale mam jakieś wypadki, głównie przez włąsną głupotę. W swoim życiu miałam tyle złamań, że mogłabym obdzielić tym kilka osób. No bo pęknięta czaszka, połamane żebra, złamana kość przedramienia w miejscu typowym, złamana kość piszczelowa w stawie skokowym, złamana kość ramienna ( w sumie pierwsze moje złamanie), złamany już wcześniej nos, złamany mały palec u nogi... Skręceń, zwichnięć, wybitych stawów nie ma nawet co liczyć. Kto mnie bliżej zna, wie, że jestem po prostu ZDOLNA i że na pewno umrę jakąś głupią śmiercią, w jakimś śmiesznym wypadku.
No ale na twarzy najbardziej widać, nawet, jeśli to mało spektakularne limo.

-Wyglądasz, jakby cię mąż pobił. - no tak, żartowałam tak z dziewczynami w pracy jak tylko wróciłam na pierwszy w tym roku dyżur.
W ogóle, to wydawało mi się zabawne. Wyglądasz, jakby cię mąż pobił. No tak, takie śmieszne, takie zabawne. Pewnie dlatego, że jeśli ktoś zna mnie i mojego Męża, to wie, jakie to absurdalne. A może tylko absurdalne się wydaje bo przecież...każda z nas zawsze może oberwać? I może...wcale nie powinniśmy z tego żartować?

Ale to nadal wydawało się zabawne. Cała sytuacja, mój spuchnięty i obdarty łuk brwiowy i złamany nos. Nadal zabawne. Tylko bolesne.

W trakcie dyżuru, gdy jechałam windą, spotkałam też Tomka, pierwszy raz w tym roku. Rozmawialiśmy chwilę i odgarnęłam włosy.
-Co..co ty tu masz?- zapytał i aż odruchowo wyciągnął rękę do mojej twarzy.
-Jesoo, nie dotykaj, bo boli jak cholera!- pisnęłam i zdążyłam go trzepnąć w rękę. I zaczęłam mu tłumaczyć, ze śmiechem, trochę takim może wstydem, jak to ja, zdolna jak zwykle, wywaliłam się na balkonie u Redcar, będąc po prostu pijaną, jakby mi ktoś wyłączył grawitację. Stałam i śmiałam się, opowiadając, że dawno się tak nie upiłam. A on stał, patrzył poważnie...i wcale go to nie bawiło.
No cóż, pewnie nagle z grzecznej młodszej siostrzyczki w jego głowie wyewoluowałam w jakąś patologię- pomyślałam sobie, gdy wysiadł piętro niżej niż ja z windy. No trudno, jeny, każdemu się zdarza przecież zaszaleć.
Do końca dyżuru zapomniałam całkowicie o Tomku. Bo przecież to nie był lekki dzień, zwłaszcza, gdy nie było mnie blisko 10 dni i jakoś musiałam na nowo wejśc w tryb pracy.

O 19 jak zwykle zeszłam z oddziału, poszłam do szatni, przebrałam się i wyszłam z pracy. I o mało nie padłam na zawał.
Ciemna ulica, słuchawki w uszach, bo tego dnia wracałam sama, nikt nie szedł w moim kierunku. I nagle jak mnie jakaś silna łapa nie chwyci za ramię.
-Co jest kurwa?!
Odwracam się. Tomek, wyskoczył z bramy jak jakiś duch i łapnął mnie, zanim uciekłam do domu.
-Ja pierdolę, co mnie straszysz?
-Czekałem na ciebie, chciałem pogadać na osobności
-Co się stało?- zaniepokoiłam się. I już przed oczami pojawiła mi się wizja jakiejś totalnej katastrofy, Tomek może potrzebuje pomocy a nie ma kto mu pomóc, wywalili go z mieszkania, kurator się przyczepił, cokolwiek..
-To ja się chciałem zapytać, co się naprawdę stało.
-Hę?- zdębiałam totalnie. Jak to co się stało? Że o co chodzi?
-Nie udawaj...naprawdę się wywaliłaś po pijaku?
-Co?! - zgłupiałam do reszty.- No tak, wywaliłam się, jak to ja, przecież ci mówiłam.
-Wiesz, to wygląda inaczej. I te twoje wieczne siniaki, na rękach, na nogach, ramionach....- zaczął wyliczać. No tak. Moje siniaki. Bo widzicie, ja chodzę też wiecznie posiniaczona...bo mam słabą krzepliwość krwi i każde naciśnięcie skóry potrafi mi wyjść jako niezły krwiak.
-Tomek, co ty z siniakami? Tomek, czy ty myślisz...?
-Powiedz szczerze...czy twój mąż cię bije?
Zaczęłam się śmiać. Zaczęłam się totalnie śmiać, bo jeśli ktoś zna mojego męża, to wie, że nigdy by mnie nie skrzywdził. Jeśli ktoś zna mnie dobrze, to wie, że nigdy nie pozwoliłabym się pobić, gdyby facet podniósł na mnie rękę to sam straciłby chyba zęby i tego dnia byłby wniesiony pozew rozwód bo po przygodach mojej matki z moim ojcem jestem na to przewrażliwiona ale...czy na pewno?
Opanowałam się z trudem. A Tomek stał i patrzył na mnie uważnie. Z niesamowitą troską w oczach. Z niepokojem, szukając w moim śmiechu fałszu.
-Nie, serio. - zaczęłam mówić gdy się uspokoiłam- Nie, mój mąż uderzył mnie raz, przyznaję ale...to w momencie, kiedy prawie wypadłam z 10 piętra. Na otrzeźwienie. Mój mąż mnie nie bije.
-Bo jeśli on cię skrzywdził...to ja zabiję skurwysyna, naprawdę.- cały napiął swoje ciało, jak gotowy od razu do walki. A bałabym się, gdyby Tomek miał z kimś walczyć. Nawet z moim mężem.
-Nie, Tomek, opanuj się.
-Ja wiem, że wy często kryjecie facetów, jak was biją. Ja wiem co robiła moja matka. I wiem, że często te najbardziej roześmiane z was to te, które mają w domu piekło. Wiem co ja przechodziłem, co moja matka, zresztą...
-Tomek, spokojnie, wiem. Ja sama miałam ojca który bił. Wiesz zresztą. Ale mój mąż mnie nie bije. Ja naprawdę mam dwie lewe nogi i siniaki mam przez problemy z krzepliwością. Naprawdę. I ok, to może tak wyglądać, ale mam z 10 świadków na to, że wywaliłam się na balkonie.
Tomek milczał chwilę, zapalił papierosa.
-Dobra, wierzę ci. A przynajmniej chcę ci wierzyć. Ale wiesz, gdyby coś...ja wiem, że wy się wstydzicie nieraz. I kryjecie takich skurwieli, w sensie no nie mówię, ty, ale ogólnie, wam kobietom się zdarza.
-I wiem, jesteś na tym punkcie wrażliwy w sumie jak ja, bo broniłeś matkę .
-No.
-Ale u mnie naprawdę jest w porządku. Ale to miłe, że pytasz, to miłe, że się martwisz i wiesz...w sumie tylko ty zapytałeś.
-Jak to?
-No tak to, tak sobie teraz pomyślałam. Każdy mi wierzy w balkon i nie wiem, czy to dlatego, że wiedzą, że ja potrafię sobie zrobić krzywdę, czy im Natala mówiła czy co. Ale w sumie...-zastanowiłam się przez chwilę.
-Co?
-Tak naprawdę to teraz sobie pomyślałam, co znaczyły te wszystkie spojrzenia na ulicy. I tylko ty zapytałeś i tylko ty nie miałeś takiej miny „sama sobie winna”.
-A, o to ci chodzi.
-O to. Ale w sumie, to mi zaimponowałeś jakoś jako facet teraz.
-Serio? Nie wiem, czy jest tu czym, skoro jeden facet musi się martwić, czy inny nie bije jakiejś kobiety.
-Ale i tak plus dla ciebie.
-No dzięki. Odprowadzić cię?
-No jak już czekałeś pod tą pracą to chodź.

No tak. Tomek rozumie. Tomek przez lata patrzył, jak maltretowano jego matkę, sam był bity przez swojego ojca. Tomek jest przewrażliwiony jak ja.
Chociaż, czy przewrażliwienie to dobre słowo. Bo przewrażliwienie tak źle się kojarzy.
Tomek jest czujny.
I ta czujność cholernie mnie zaskoczyła. Ale...czy właśnie powinna mnie zaskakiwać? Czy nie powinna być rzeczą normalną?

Bo ja naprawdę przypomniałam sobie te niektóre spojrzenia, którymi mnie częstowano przez parę dni. Te uciekające i te zaciekawione, te oceniające, złośliwe. I przypomniały mi się wszystkie te spojrzenia ze szkoły, kiedy było głośno w naszym małym miasteczku o kolejnej awanturze, jaką urządzil mój ojciec.
Spojrzenia, ocenianie.
Głupia jest, po co jest z damskim bokserem.
Widziały gały co brały. Sama sobie winna.
Sama nie wiem, gdzie mam podziać oczy, głupio tak zapytać, najlepiej, jak nic nie zrobię.
Takie spojrzenia. A ja tylko wywaliłam się na balkonie i złamałam nos.
A co, jeśli naprawdę mój mąż by mnie bił?

Bo naprawdę, jesteśmy udanym małżeństwem. I wiem, doskonale wiem, że mój Mąz nigdy nie podniesie na mnie ręki, ja wiem, że bym odeszła, gdyby coś takiego się stało, jestem na tym punkcie przecież przewrażliwiona...ale czy na pewno?
Tak szczerze, czy kiedykolwiek możemy powiedzieć, co by się stało?
Czy jakikolwiek damski bokser pomyślał, że jest damskim bokserem, zanim po raz pierwszy nie uderzył kobiety z którą jest? Czy jakakolwiek kobieta, tkwiąca latami w toksycznym związku a czasem i całe życie, kiedykolwiek sądziła, że pozwoli się bić, maltretować i poniżać? Czy którakolwiek z nas kochając, będąc uderzoną po raz pierwszy nie pomyśli „każdy popełnia błąd, to pierwszy raz, zmieni się”? Czy którakolwiek z nas nie tłumaczy tak pierwszych symptomów, które nieraz owszem, nie przerodzą się w maltretowanie, ale zawsze mogą? Kłótni w krzyku, zatrzymanego ruchu ręki, rzucania przedmiotami?
Nigdy, przenigdy nie możemy być pewni, że nie zostaniemy z damskim bokserem lub się nim nie staniemy, jeśli jesteśmy facetami Wpadnięcie w nałóg, brak pracy, frustracje przez wymagania stawiane facetom- granica jest bardzo cienka.

Nigdy nie mów nigdy jest tu jak najprawdziwszym zwrotem. Stety albo niestety Czy ja mogę być pewna, że mój mąż nigdy mnie nie uderzy, czy ja mogę być pewna, że od razu bym odeszła?
Nikt z nas nie może.
Ale kochamy oceniać kobiety, które są bite i zostają ze swoimi facetami. I...mimo, że nie zostałam uderzona przez swojego męża ( tego jednego razu nie liczę, bo naprawdę, otrzeźwiałam dzięki temu) poczułam troszkę...jak to jest być bitą kobietą w społeczeństwie.
I wiecie co? Piekło w domu jest straszne. Doświadczyłam go jako dziecko w swoim domu. Ale piekło społeczne, którego jako dziecko nie rozumiałam...jest jeszcze gorsze.
Zwróciłam uwagę na spojrzenia. Na to co mówią.
I w pewien sposób przestałam się dziwić zakłamaniu maltretowanych kobiet. Temu, że nie chcą się przyznać, że ludzie na ulicy z tym swoim potępieńczym „jaka ona głupia” mają rację.
Sama uniosłabym się dziwną dumą i bym miała problem, żeby się przyznać. I żeby prosić o pomoc.

I pomyślałam, ile kobiet być może byłoby uratowanych, gdyby spotkały na swojej drodze takiego Tomka.
Takiego przewrażliwionego według społeczeństwa kogoś, kto nie wierzy żeby po prostu uspokoić sumienie, bo tak wygodniej. Takiego kogoś, kto naprawdę zapyta, kto drąży temat, bo coś mu nie pasuje. Takiego który nie wierzy w idealny obraz jakiegoś związku.
Bo wiecie, ja też często jestem przewrażliwiona i staram się być czujna. Bo wiem, że nawet najlepsze pozornie związki..mogą kryć koszmar.
Wiecie, że mąż mojej siostry złamał jej rękę? Są razem, a jak. Ale pod warunkiem ukończenia przez niego terapii panowania nad gniewem, chodzenia do psychologa. Są razem i póki co wszystko w porządku. Ale ja nadal mu nie ufam.
Wiecie, że do tej pory mam problem z facetem swojej przyjaciółki, bo kiedyś miałam wrażenie, że był agresywny wobec dziewczyn z którymi był, bo miałam wrażenie, że je skrzywdził i byłam świadkiem jego napadu agresji? Do dzisiaj nie lubię z tym facetem zostawać w jednym pomieszczeniu póki nie ma przy mnie mojego męża ( chociaż dziwne, dzisiaj pomyślałam, że i przy Tomku czulabym się bezpiecznie, ha!) i do dzisiaj jakoś mam problem z zaufaniem mu, że jej nie skrzywdzi, chociaż wiem że się kochają, on się zmienił, ogarnął....ale nadal coś mi nie gra.

Bo może jestem i przewrażliwiona, przez mojego ojca, który pił i bił. I może przez inne przykłady, wielu domów, w których pozornie wszystko było w porządku....a jednak była przemoc. Agresja. Obrazy, których nie wyprze się z pamięci i które zakorzeniają się w sercu.

Bo mój złamany nos zrośnie się prędko, będzie kolejnym dziwacznym, głównie śmiesznym wspomnieniem tego, jak przesadziłam z piciem. Ale jakim wspomnieniem byłby mój nos, gdyby złamał mi go mój mąż?

Ilu z nas o tym pomyśli? Ilu z nas potrafi być takim Tomkiem, który nie boi się, że się zbłaźni, że wejdzie za bardzo z butami w cudze życie, ale zapyta, nawet, jeśli liczy się z tym, że w odpowiedzi otrzyma kłamstwo, tak oczywiste tu kłamstwo, bo przecież chronimy swoich oprawców?
A ilu z nas spojrzy na kobietę ze złamanym nosem, z podbitym okiem i powie głupia, sama sobie winna? Ilu z nas będzie oceniać i dowartościowywać swoje ego jak jacyś mentalni masturbatorzy cudzym nieszczęściem i zagubieniem? Ilu z nas tak naprawdę wpędzi ofiarę w matnię społecznych kłamstw?

Bo nikt nie jest tu głupi. Ani przewrażliwiony. Przeraża mnie po prostu spychanie maltretowanych kobiet na margines, kiedy one żyją już w piekle. Zresztą, nie tylko kobiet bo..ilu mężczyzn przyzna się, że biją ich żony? Albo że są maltretowani psychicznie? A to też się zdarza. Częściej niż sądzimy.
Bo złe przytrafia się częściej, niż chcemy sądzić i często tam, gdzie po prostu nie chcemy tego widzieć.
I wiecie, w pewien sposób mam nadzieję, że niejedna taka kobieta trafi na takiego Tomka, który zapyta ją wprost- czy mogę ci jakoś pomóc, czy dzieje się coś złego? Niestety wiem, że niewiele z kobiet ma to szczęście, które ja miałam....nie przeżywając w domu piekła. Mając kochającego męża, który też jakoś wyśmiał podejrzenie padające na niego ale...po chwili się zastanowił i stwierdził, że taki Tomek to w sumie fajny facet. I ma kolejnego plusa.

A ja nigdy chyba już nie będę się śmiała z tego, że wyglądam, jakby mnie pobił mąż. Bo co jeśli...i mi się to przytrafi? Albo zacznę się z tego śmiać przy kimś, kto żyje w prawdziwym piekle?
Wszystkie żarty są śmieszne ale do czasu. Bo wszystkie kości w końcu się zrastają...ale nie maltretowane dusze. I warto o tym pamiętać.

A na koniec cóż, znów Hozier który...daje zdecydowanie do myślenia swoim teledyskiem do kawałka Cherry Wine ( teledyskiem, który przez prawa autorskie w naszym kraju nie mogę tu umieścić, ale jak ktoś chce, to znajdzie na yb). Zresztą, teledysk jest częścią właśnie kampanii dotyczącej przeciwdziałaniu przemocy domowej- działającej w dwie strony. Tekst w wersji męskiej, teledysk w kobiecej. Warto obejrzeć, posłuchać i...może przez chwilę się zastanowić, czy gdzieś może nie warto zapytać o to, czy krew nie smakuje jak wiśniowe wino .



Sposób w jaki ona mówi, że jestem tylko jej.
I ona tylko moja
Otwarta dłoń i zaciśnięta pięść będą odpowiednie

Krew jest wyjątkowa i słodka niczym wiśniowe wino. 

wtorek, 3 stycznia 2017

O tym, że łatwo jest umrzeć, ale dzięki temu można zapłonąć.

Nowy Rok zaczęty złamanym nosem.
No bo przecież nie byłabym sobą, gdybym tak bardzo pijana nie zrobiła sobie jakiejś krzywdy. I czasem myślę, że naprawdę umrę w jakiś totalnie głupi sposób, właśnie upadając na twarz po pijaku, rozbijając sobie nos, wybijając zęby, skręcając kark.
Ale żyję. I znów czuję, jak czas upływa nieubłaganie.

Boli mnie całe ciało. Boli mnie jeszcze cała twarz. Ale to nic, pęknięta kość się zrośnie. Kolejna głupia blizna w ciele. Ale na mnie przecież goi się jak na psie. I nawet jeśli teraz boli, jeśli ciężko mi się oddycha, nawet za bardzo się tym nie przejmuję. Śmieję się z tego. Tak, ja śmieję się z bólu, wtedy jest o wiele łatwiejszy do zniesienia.
Zrosną się moje kości, tak jak zawsze ostatecznie zrasta się moje serce.
Zostaną mi blizny, na zawsze, do końca życia, zostaną mi blizny. Te na kościach i te na sercu. Mowy rok ich nie wymazuje. Nawet, jeśli pijana tańczysz i mówisz, że kochasz, wyznajesz tak wiele, gdy wytrzeźwiejesz boli cię twarz i czujesz, że dalej boli cię serce, chociaż się zrasta.
Tak to działa.

A może, po prostu, w gruncie rzeczy ludzie potrafią przeżyć najgorsze i odbić się od dna. Przecież gdyby tak nie było, większość z nas umierałaby w dzieciństwie albo w młodości i po pierwszych ciosach od życia. Dostosowujesz się i żyjesz z bliznami. One nigdy do końca się nie goją, ale żyjesz.- te słowa 24 letniego uchodźcy z Syrii przeczytałam jeszcze w starym rokuAle chyba jakoś zaczynają dla mnie nowy. Słowa pełne dosłowności, prawdy. Nigdy nie pozbędziesz się blizn, dziwnych spraw, które sprawiają, że serce ci krwawi. Żyjesz do końca z tym niezagojonym, albo zagojonym tak, że zostaje ślad, bo przecież to co złamane nigdy nie jest tak sprawne jak było na początku. Nigdy nie jest takie samo. Mój złamany nos będzie miał ślady, moje złamane w zeszłym roku serce będzie miało ślady...ale co z tego?

Żyjesz. Żyjesz i to kolejny rok. I wiesz, że przeżyjesz wszystko, dopóki nie zrobisz kolejnej kolosalnej głupoty, której twój kark, silny jak u wołu, tym razem nie udźwignie. Albo póki nie stanie twoje serce.
Ale żyjesz, z bliznami, ale i z wspomnieniami tylu radości. Blizny na sercu mieszają się z uczuciem miłości i szczęścia, blizny na kościach to najczęściej przecież wynik jakiegoś szaleństwa, radosneg szaleństwa, bez którego nie umiesz żyć ale...
...gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała. Ale gdyby nie skakała, to by smutne życie miała.

Bo nie wszyscy przeżyli. I nie chodzi o żadne sławy, nad którymi płakał świat. Nie odczułaś przecież ich braku. Nie przyszła ci do głowy myśl „był człowiek, nie ma człowieka”. Zmarło wielu, choć, dzięki bogom, w tym roku nikt tak bliski, by połamało ci to serce tak, że zostawiło bliznę.
To inne, cichsze śmierci. Tych mieszkańców w Domu, w którym pracujesz, tych, którzy naprawdę mieli już dośc. Jedna dziwna śmierć faceta, który próbował umówić się z tobą na kawę, ale ty mu wiecznie odmawiałaś, aż cię irytował. Tak, ostatniego dnia roku dowiadujesz się, że zmarł Jamnik. Był człowiek, nie ma człowieka. I aż sama nie wiesz, co z tą myślą zrobić.

Tyle śmierci na świeczniku w tamtym roku, tyle cichych. Tych, o których nikt nie mówi, bo tak się nie składa. Jakby jedna śmierć była lepsza od drugiej, jedno życie mniej wartościowe od innego. Bo nie było sławne, nazwiska nie świeciły na bilbordach.
A dla mnie w życiu tyle było śmierci ważniejszych. Tyle śmierci też w tamtym roku. Nie godzę się z tym.
I ktoś nazywa poprzedni rok najgorszym, bo umarł ktoś, kogo nawet nie znał. Ja nazywam poprzedni rok jednym z lepszych, mimo złamanego serca i mimo tylu śmierci tylu ludzi, których znałam. Których na swój sposób kochałam, samą dziwną czułością, której nauczyły mnie jeszcze inne śmierci.
Czy to nie paradoks?

Bo tak łatwo jest umrzeć.
Rozmawiamy w nocy w łóżku, po namiętnym seksie, po tym, który bolał, bo przecież i ciało mnie tak bardzo boli, po kolejnym upadku. Ale to nic, rozkosz ma w sobie zawsze posmak bólu. Ta prawdziwa, która szarpie za trzewia i rozrywa duszę na milion świetlnych kawałków, jakbyś na nowo wracała do gwiazdy.
-Tak łatwo jest umrzeć.
-Wiem, chciałbym kiedyś, po śmierci, może dowiedzieć się, ile razy uniknąłem śmierci i nawet o tym nie wiedziałem.
-Ja wiem już że sporo razy uniknęłam śmierci a jak do tego dodać to wszystko, o czym nie wiem, te wszystkie samochody, które przejechały minutę po tym po ulicy, zanim je zauważyłam a nawet ich nie widziałam to...
-My i tak sami to prowokujemy.
-Wiem.
Cisza. Nagle zimna, śmiertelna cisza.
-Kochanie?
-No?
-Nie umrzesz mi w tym śniegu, w tych górach?Boję się, jak jedziesz zimą, sam...
-Nie no co ty, nic mi się nie stanie...
-Mam złe przeczucia, sama nie wiem czemu.
-Tak bardzo boisz się życia beze mnie?
-Wiesz, wszyscy i tak mówią, że ty umrzesz przede mną. A ja drugi raz wyjdę za mąż, przez te głupie kreski na ramionach...ale ja ostatnio pomyślałam, że to nie tak. Dwa razy już przecież wyszłam za mąż, za ciebie, no nie? I na przekór weźmiemy jeszcze jeden ślub. Bo wszyscy mówią, że ty byś nie przeżył beze mnie, a ja bym bez ciebie sobie poradziła...jakbym cię mniej kochała.
-Nie kochasz mnie mniej. Jesteś silniejsza. Ja na pewno bym bez ciebie umarł. Ale ty potrafisz przetrwać. To tylko tyle. Któreś z nas będzie musiało umrzeć wcześniej.
-A nie pomyślałeś, że moglibyśmy umrzeć razem?
-Nie chciałbym, żebyś umierała, bo ja odszedłem. I nie bój się. Skoro tak bardzo chcesz pokonać los, przeznaczenie, swoje przeczucia to dobrze, weźmiemy i jeszcze jeden ślub. Na przekór, na złość. Żebyś nie przywiązała się też do tej myśli bo...
-...bo ja zawsze wszystko po prostu przywołuję?
-Tak. I nie umrę ci w tych górach.
-Obiecujesz?
-Obiecuję.

Ale ja wiem, że nie można obiecać. Śmierć ma swoje prawda. Tak samo jak życie.

Bo my żyjemy. Kolejny rok, tylko symbol, ale żyjemy. Przetrwaliśmy.
Na świecie tylu umarło. Tyle miast spłonęło, tylu ludzi umarło. Całkiem jak w tekście Brodskiego. 

W chwili, gdy strzepujesz pyłek,
jesz posiłek, sadzasz tyłek na kanapie,
łykasz wino- ludzie giną.

W miastach o dziwacznych nazwach
grad ołowiu, grzmot żelaza
nieświadomi, co ich winą
ludzie giną.

Na tym świecie zawsze jest jakaś Bośnia. Czy nazywa się Sudanem, Darfurem czy Syrią. Ludzie giną, ci anonimowi, ci, których nazwiska nie były powiązane z filmem ani poezją. Ci, których życie było proste. Ci, których nikt nie opłakuje, nie mówi, że przez ich śmierć miniony rok był najgorszy.
Tylu zginęło. Tylu na dalekich ulicach, nieświadomi co ich winą. Tylu na ulicach bliskich. W szpitalach, na zimnej, sterylnej onkologii, na metalowych stołach operacyjnych, gdy nie wytrzymywało serce. Tylu załamanych zadyndało na sznurze. Tylu wpadło pod samochód, skręciło kark.
Tak łatwo jest umrzeć.

Ale my przetrwaliśmy. I nawet nie doceniamy, jak wielkie to szczęście.
Mój ból mi o tym dzisiaj przypomina. Kolejna fala krwi pędząca ze skrzepami z nosa. Obolałe zęby, które zmusza się do żucia, bo przecież trzeba jeść. Bo trzeba przetrwać. Przypomina mi o tym moja własna głupota.
My przetrwaliśmy. W spokojnych miastach, bez większych tragedii. Mogliśmy sadzać tyłek na kanapie, pić wino. Mogliśmy zarażać się popkulturowym wirusem, który każe płakać nad nazwiskami na afiszach, a nie zastanawiać się, kto właśnie wyzionął ducha za ścianą.
My przetrwaliśmy.
Z momentami smutku i łamanym sercem, z kolejnymi tworzącymi się bliznami. Ale i z momentami nieokiełznanej radości, euforii wręcz nieraz. Ze spokojem pod sercem, z poczuciem, że znowu coś się w nas zmieniło. Coś dojrzało i coś dorosło. Z poczuciem, że pewne rzeczy nie zmienią się nigdy.

Tak łatwo jest odejść. Tak łatwo jest przez głupotę umrzeć.
I to właśnie każe doceniać życie. To każe dziękować za kolejny podarowany rok, pole możliwości, upływającego czasu.
Już jakiś czas temu odczuwałam, jak łatwo jest umrzeć, kiedy prawie wpadłam pod pędzący samochód. I wtedy myślałam o tym, że nie warto marnować życia na brak wybaczenia, na zatapianie się w bólu. Tamto obudziło we mnie czułość, obudziło we mnie miłość.

Teraz myślę o tym jak łatwo umrzeć przez własną głupotę. Skręcić kark po pijaku, stłuc czaszkę na dobre, tak, że miękki mózg wypływa na jasne płytki, zalewając je nieprzeliczoną ilością krwi, tak dziwną, tak wielką, że aż nie można zrozumieć, że mieści się w jednym ciele.
Łatwo jest umrzeć, łatwo samemu sprawić sobie ból.
I ten ból i myśli które przywiodły mnie do końca tamtego roku nie budzą tym razem we mnie czułości. To wszystko budzi we mnie ogień.

Czyżbym w 2017 miała zapłonąć, wreszcie dojrzale zapłonąć, tam, gdzie zgasło moje serce przed laty, połamane niepotrzebnymi, przedwczesnymi śmierciami?
Czuję ból który wyśmiewam, czuję, jak łatwo jest umrzeć. I coś we mnie płonie. Coś, co każe w końcu postawić na siebie, swój własny ogień. W nim się ogrzewać. Coś, co każe w końcu pozwolić demonom w środku być dzikim. Dopuścić je nieraz do głosu.

Coś we mnie płonie.
Ból i płytki oddech powodują jeszcze większy apetyt na życie. Ból który znowu się znosi, wspomnienie każdej złamanej kości, każdego łamanego na nowo fragmentu serca. Ból, który każe się śmiać.
Coś we mnie płonie, coś uświadamia sobie własną siłę. Wyjątkowość. I to nie tą, o której byłam przeświadczona jako dziewczynka. Nie.
Coś we mnie płonie, bo tą siłę sprawdziło na każdym możliwym froncie. Ta siła przetrwała wszystkie poprzednie lata. Lata pełne śmierci bliskich, tęsknot, zdrad, łamanych kości. Lata pełne niepokojów.
Ja przetrwałam. Ja nie umarłam. Nie zabiłam się ani nie pozwoliłam się zabić, w tym swoim spokojnym świecie zachodniej Europy, w której mowa o naszym bólu i cierpieniu wydaje się być śmieszna tym, którzy żyją w spalonych miastach.

Ale coś we mnie się obudziło. Ćmienie pod czaszką ból całej głowy, śmiech z tego, z możliwości śmierci. Budzi ogień.

Ten,, który każe też mówić głośno o swojej dumie. Który nie pozwoli prosić się o cokolwiek jeszcze bardziej, niż do tej pory. Ten, który mówi o własnej wartości mimo wcześniejszego poczucia poniżenia.

Płonę. Czuję ból i czuję rozkosz życia zarazem. Płonę.

-Kochanie?
-Hm?
-Ty tu zawsze tak miałaś?
-Ale o co ci chodzi? Jeny, jakiś czas tam mnie bolało ale..o
-No...masz tu jakiś...guzek- powiedział, trzymając moją pierś.

Płonę. Przeżyłam, przetrwałam tamte wszystkie lata, blizny i złamane kości. Umrę, gdy nadejdzie moja pora.
Płonę. Śmieję się z bólu, wiem, że co mam przetrwać, zawsze przetrwam. Nawet sama. Nawet we dwoje, bo to przecież tak wiele. Wiem, że tyle razy unikamy śmierci, tak łatwo jest umrzeć...i wszyscy umrzemy, gdy po prostu przyjdzie pora.
Płonę. I wiem, że mam kolejną rzecz do przetrwania. Albo do...odejścia.

Witajcie w 2017.



Wszystko co masz to twój ogień
I miejsce, które musisz osiągnąć
Nie waż się nigdy oswajać swoich demonów.

Zawsze trzymaj je na smyczy.