niedziela, 12 czerwca 2016

O tym, że pod niebem pełnym gwiazd odważyłam się dopuścić do siebie pewne głosy,czyli o tym, że coś się kończy, a coś zaczyna.

Zawsze to przeczucie.
Jesteś przecież Wiedźmą. Tą, co wie. Dziką Kobietą, jak o tobie nieraz mawiali.

Pojawiło się w górach, gdy zniknęły słowa. Gdy w niziny nie docierały żadne sygnały. Gdy zostałaś ze wspaniałymi ludźmi, z tymi, którzy też cię kochają...ale gdy w pewnym sensie zostałaś odcięta.
Gdy nie docierały słowa.
Sygnały z zewnątrz, od których nie umiesz uciec.

To przeczucie, które towarzyszy ci już jakiś czas, do którego nie chcesz się przyznać sama przed sobą.
Nieraz przecież nie chcesz wiedzieć. Nieraz nie chcesz znać prawdy, kłamiesz sama sobie i wszystkim dookoła. Najgorzej, gdy i on, twój mężczyzna, potwierdza sam z siebie, bez twoich pytań, twoje przeczucia.

Jesteś Wiedźmą. Tą, która wie.
Ta, która wie, jak wiele się zmieni, jak będzie nieraz boleć, ale jak i będzie pięknie. Jesteś tą, która wie w swoich i cudzych życiach, ale nie chce nic nieraz mówić.
Kiedy w końcu się nauczysz, że warto słuchać i przygotować się na pewne rzeczy?

Właśnie to robię. Właśnie się przygotowuję, przed wielkim wybuchem, przed wielkim krachem.
Pewne rzeczy kończą się. Pewne rzeczy są naturalne.

Ty wiesz. Ty nie chcesz mówić, że żeby coś się zaczęło, coś musi się skończyć. Nie chcesz mówić komuś, że żeby coś dostał, musi zapłacić. Żeby zyskał, musi coś stracić.
I nawet, jeśli to ty masz być stratą, to dobrze, jeśli to oznacza cudze szczęście.

Pewne rzeczy się kończą, inne zaczynają. Pewne zmieniają się jak w stubłysku. Mimo, że nie chcesz zmieniać ich kształtu, wiesz, że to naturalny rytm życia. Wiesz, że z pewnymi rzeczami musisz się pogodzić, nie ma innej rady. Nawet, jeśli przez to płaczesz.
Nawet, jeśli wiesz, jak będziesz tęsknić. Za tym, za tamtym. Za długimi wieczorami, które wcale się nie dłużyły. To nic.
To nic.

Coś musi się skończyć. Coś, kogoś musisz stracić, gdy staje na własnych nogach. I nie musisz być wcale matką, by rozumieć, co znaczy, że ktoś uczy się latać.
Wcale nie musisz być matką, by rozumieć, że zaczyna się nowy etap i znów trzeba skupić się na swoim życiu. I choć cudza obecność zadała ci tyle ran, tyle, ile nikt ich nie zadał...wiesz, że będziesz tęsknić. Godzisz się z tym. Bo kochać znaczy umieć zrozumieć zmianę. Bo kochać znaczy umieć dać odejść, w jakimś sensie odejść życia.

Bo kochać, znaczy umieć też dać zdruzgotać swoje życie, żeby cudze się ułożyło. Bo wiesz, że tak będzie. Twoja intuicja się nie myli. I mimo że teraz wyszłaś na tak jaskrawe światło wiesz, że pogrążysz się znowu w mroku...
Ale to nic. To nic.

Coś się kończy, coś zaczyna. To zawsze tak działa, mówisz sobie, chociaż nieraz chcesz zatrzymać rzekę losu, bieg czasu, mimo że wiesz, że to niemożliwe. Coś zmieni kształt. Coś się skończy. Wypuścisz ptaka z klatki, wypuścisz swoje serce.
Już teraz wiesz, że za jakiś czas coś się skończy. Zrozumiałaś to też w górze. Wtedy, kiedy zrozumiałaś, jaki kształt ma mieć i twoje życie. Zrozumiałaś, że niezależnie, jak i inne rzeczy się potoczą...pewne sprawy zmienią kształt i nie będzie powrotu.

Dopuściłaś wreszcie do siebie tą myśl

Bo to rozdwojenie i przeczucie trwa już długo. Bo przeczucia, których nie chcesz słuchać...szepczą już tyle czasu.
Od czasu zadanej rany wiesz, że jedne życia nigdy się nie rozejdą, bo splecione są na wieki, ich ciała, ich dusze. Ale wiesz, że mimo że z kimś chciałabyś znów spleść swoje życie, w inny sposób...nie da się. Albo, da się, ale nie w takim kształcie, w jakim początkowo chciałaś. Pewne ścieżki twoim własnym życiu, we własnej historii są owszem, do przebycia...ale mają za wielką cenę.
Po prostu nie da się. I cierpisz będąc, patrząc w te oczy i cierpisz nie mówiąc, nie widząc, nie czując. Ale może to ten moment.
Ten moment, w którym wiatr powoli ucicha. W twojej głowie, w twoim sercu i ktoś je uciszył. Ktoś uciszył też wspomnienia, tego, co było. Zmienił w głowie kształt przeszłości.

Ale i wiesz, że coś zmieni kształt w przyszłości. Wiesz, że coś się skończy. Coś będzie innym zgoła stworzeniem. Mniej puchatym. Wyrośnie temu ostra szczeciniasta sierść i pazury. Ale nie boisz się drapieżników, prawda?
Sama jesteś jednym z najsilniejszych, sama w sobie.
Jesteś niedźwiedziem. Tak symbolicznie, podczas tej wędrówki, pod tymi gwiazdami, jesteś niedźwiedziem.

Teraz, od jakiegoś czasu czujesz, jak wiele zmienia się w tobie. Ty zmieniłaś kształt, ty znajdujesz dawną siłę.
Siłę sprzed kolejnej śmierci, siłę sprzed czułości. Siłę sprzed stania się jej kurwą, kiedy zaczęłaś za bardzo rozdawać siebie i dbać bardziej o cudze dobro, niż o swoje. Znajdujesz dawną siebie, tą sprzed jesiennej rany. Widzisz jej blask, siłę jej sprężystego ciała, którego nie chcesz już karać, Które chcesz kochać.
Wiesz, że wiele umarło, wiesz, że nie ma powrotu do dawnego- ale znajdujesz swoje życie. I wiesz, że pewne rzeczy zmienią kształt. Tam, tamtej nocy pod gwiazdami to one ci to szeptały. Wiesz, że rzeczy zostaną, ale i umrą.
Wiatr szeptał ci to wystarczająco głośno, Wiedźmo. Szeptały koty zaplątane nocą w twoje nogi, szeptały jelenie serca, szeptały migoczące w dolinie gwiazdy z najczystszego nieba.

Zaufaj sobie. Zaufaj intuicji. I żyj. Żyj, nawet gdy przychodzą zmiany.
Żyj jak najmocniej, zanim zmiany przejmą was wszystkich. Żyj ze wszystkim choć...mimo to, już odsuwasz się na boczny tor.
Żyj, gdy czujesz siłę, żeby coś odrzucić a coś przyjąć. Żyj, gdy widzisz, że musisz odciąć pewne rzeczy, żeby i inni stawali na nogi. Stań się osobnym bytem, przestań być matką, którą pożerają własne dzieci, przestań być pelikanem z kościelnej wieży, który rozdziera swoją pierś, żeby nakarmić swoje pisklęta.

Coś się kończy, coś zaczyna. Jeszcze trochę, ale czuję to. Powiedział mi wiatr, powiedział mi szum traw. Powiedział mi czas bez słów, powiedział mi świat poza światem.
Zaczynają się rozchodzić drogi na różne pomniejsze. Zaczynają inaczej prowadzić trakty, a we mnie tak wiele się zmienia, we mnie gra tak dziwna melodia.

I mimo smutku, czuję wszechogarniające szczęście. Słucham swojego głosu, który przysporzy mi tyle cierpienia, który zawiedzie mnie tam, gdzie nieuchronne....słucham go i czuję się wolna.
Na nowo czuję się wolna.
Wiem, że coś się kończy, coś zmienia kształt. Ale przestaję czuć zimno, cudze zimno, które być może wreszcie sięgnęło wiosny i roztopów. Czuję się wolna, wiedząc, że słońce może sięgnąć w najróżniejsze zakamarki i to nie tylko to słońce, które ja noszę w sobie.
Bo i ono może się wypalić, i to trzeba chronić.

Po śmierci jednak zmartwychwstaję, po zachodzie i nocy znów świt, choć to śmierć i noc najwięcej powiedziały. Najwięcej znów o mnie samej. Najwięcej o najważniejszej miłości. I najwięcej o innych.
Czasem noc właśnie bywa potrzebna, by docenić świt. Czasem to noc otwiera oczy i pokazuje wszystko takim, jakim jest Prawdziwie ciemna noc, która wydobywa na nie zanieczyszczonym nocnym niebie wszystkie gwiazdy, które można zobaczyć.
Prawdziwie ciemna noc bez słów, samotna nocna godzina pod gołym niebem, z zimnym ciałem, która wydobywa na wierzch wszystkie gwiazdy intuicji, jej podszeptów, wszystkie światła, które w mroku to we mnie, właśnie we mnie świecą jeszcze bardziej. Jeszcze jaskrawiej.

I właśnie znów pod czystym niebem, zrozumiałam. Dotarła do mnie ta myśl że wcale ...nie jest źle nieraz odpuścić.
Nie jest źle odpuścić, wypuścić pewne emocje, sprawy, wypuścić i relacje na wolność. Że wcale nie trzeba mieć poczucia winy. Że wcale nie trzeba wracać do zamierzchłej przeszłości, w której winy szukało się tylko i wyłącznie w sobie, tam ,gdzie jej nie było.

Znów czarne niebo pomogło mi, to, bez księżyca, to, które pozwala wejrzeć w siebie. Znów energia ukryta w świecie tak bardzo, że kazała na wierzch wydobyć swoją i zapłakać, udając przed światem, całą resztą, że płacze się przez stłuczone udo. Udając przed światem, ale już nie przed sobą.

Intuicja i wiedza pęcznieją we mnie. Światło dojrzewa i nabiera żółtej, ciepłej barwy, nie jest światłem higienicznej, sterylnej sali operacyjnej, na której rozkładam swoją duszę na czynniki pierwsze. Rosną we mnie zmiany, docieram do źródła i znajduję nowe. Całkiem jakby miała we mnie wezbrać powódź, całkiem jakby moje ciało miało pęknąć, rozerwane, tak, bym z jednego kawałka serca mogła narodzić się na nowo.
On mówił nie daj się zamrozić, masz elastyczne serce,znajdziesz szczęście. Sam je znalazł. Znalazłam je na nowo ja, w tym samym, co kiedyś, co przed laty.
Być może, czas tylko pogodzić się z tym, że stracę pewne rzeczy. Pewne relacje zmienią kształt. Pewni ludzie odejdą.
To naturalna kolej rzeczy. Bo w świecie nie ma nic stałego. Bo nie można niczego oczekiwać. Trzeba słuchać wiatru, który płynie ze świata, wiatr, który płynie przez serce...i nieraz tylko, tym najważniejszym, pozwolić go uspokoić.

Wiem, że wiele się zmieni. W moim życiu, we mnie. W paru relacjach. Wiem, że to już się dzieje.
Ale nadal będę to właśnie ja. Ze swoją siłą. Ze swoją, mimo wszystko, miłością i czułością. Ze swoim szczęściem, cały czas dzielonym przede wszystkim na dwoje. Czy tyle starczy w moim świecie?




Zaśnij teraz pod moją skórą
Upewnij się że spróbujesz zaczarować wiatr
I uspokoić mnie
(...)
Poczekaj tam
Pozbieraj się z tego stanu kochanie
Przyznaj się, że udawałeś
Od teraz możesz dojrzewać


P.S. Jakoś na dniach postaram się konkretniej, całkiem tradycyjnie ( jak na mnie) opisać wyjazd w Bieszczady...tymczasem, to kolejne myśli wieczora niedługo po powrocie, które aż rozpierają i które trzeba przelać, bo inaczej umysł, serce wybuchną. To tyle, niedługo wracam z relacją...i być może, nawet zdjęciami, na które czekam:)

niedziela, 5 czerwca 2016

O tym, że znów wyruszamy na wędrówkę krótko i treściwie.

22.48.
To dzisiaj o tej właśnie godzinie jedziemy w upragnione, tyle czasu planowane Bieszczady. Dzisiaj w nocy rozpoczniemy swoją zieloną wędrówkę.
Z kilkoma dziewczynami, które znamy latami, które w jakiś sposób kochamy. Z jedną, której nie widzieliśmy jeszcze ani razu w życiu. Ale przede wszystkim z sobą, co najważniejsze, bo tylko my tak bardzo potrafimy siebie zrozumieć. Tylko jemu mogę opowiadać o roślinach mijanych na bezdrożach, a on mi o glebach i skałach. Bo tylko jemu tak ufam i przy nim czuję się bezpieczna.

Jedziemy w piękne słońce i zieleń, znów będziemy odczuwać ducha, którego nie rozumie nikt, kto zostaje w dolinach. Znów będą do nas szeptać morza traw i drzew, nasze serca będą bić zgodnie z jelenimi i niedźwiedzimi poukrywanymi w gęstwinie, znów usłyszymy głosy przepływające przez nasze ciała i dusze, a sami szeptać będziemy „chroń nas Boże przed śmiercią w dolinie”.

Bo umierać tylko tam, pośród burz i szumu wiatru. Żyć tylko tam i dla tego miejsca. Tam rozumieć świat, tam zgłębić się we własną dzikość. Choć na parę dni...a może i na całe życie.
Bo jedziemy tam nie tylko po wędrówkę, zmęczenie nóg przebyciem 30 kilometrów dziennie. My jedziemy tam jeszcze spełniać marzenie, zobaczyć je na własne oczy. Sprawdzić, gdzie nasz plan 10 letni może się sprawdzić. Dotknąć tej ziemi. Zobaczyć, którą warto kupić by wieść proste, trudne ale cholernie szczęśliwe życie.

Teraz jedziemy, by odpocząć, oderwać się. Może od paru problemów. Może też, by przełamać złą passę. Złamać złe wspomnienie pakowania i wyruszania na pociąg w łzach, z zaciśniętymi zębami.

Wyjeżdżam więc dzisiaj, by spędzać noce przy ognisku ze śmiechem, by zatopić się w zieleni Bieszczad...
Nie mam chyba nic więcej do dodania. Tym razem nie mam słów, tym razem mam podniecenie i emocje rozrywające mi pierś, takie, których nie można opisać.
Do „przeczytania” po powrocie!



Anioły są wiecznie ulotne
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Nas też czasami nosi
Po ich anielskich śladach
One nam przyzwalają i skrzydłem wskazują drogę
I wtedy w nasz się zapala

Wieczny bieszczadzki ogień

wtorek, 31 maja 2016

O tej, która wydobywa się pierwsza ze spokoju po burzy i której jestem pewna, czyli o pewnym niebezpiecznym uzależnieniu, z którego nie chcę rezygnować.

A po burzy zawsze wychodzi słońce.
Czasem mam wrażenie, że w moim przypadku, w przypadku moich prywatnych burz, może nawet za szybko. Czasem myślę, że zbyt szybko powstaję z kolan, już wtedy, gdy są one jeszcze trochę chwiejne i nie pozwalam im się do końca zaleczyć. Dlatego pewne rzeczy wracają.
Ale ja jestem zbyt zachłanna na życie. Zbyt wiele widzę piękna, żeby marnować je w miesiącach umartwiania. I co najważniejsze, zbyt mocno kocham człowieka, z którym chcę przeżyć całe życie. Zbyt mocno on kocha mnie. I wiem, że nawet jeśli to on nieraz rani, również on podnosi mnie z kolan.

Po burzy nachodzi mnie więc ten swoisty spokój, w którym jeszcze trochę przestraszone ptaki na drzewach czyszczą swoje pióra, w których martwe trzmiele znikają pod upadłymi liśćmi, ale to wszystko jest w porządku, to wszystko nie ma znaczenia, bo przecież tak pięknie pachnie ozonem. Bo nie ma drugiego takiego światła.
Nie ma zatem drugiego takiego spokoju, jak w sercu człowieka po bólu. Po nieprzespanych nocach, po spazmach cierpienia, po płaczu i wymiotach. Nawet jeśli to spokój niepewny, nawet jeśli wiem, że może go zakłócić najmniejsze obcowanie z kimś innym niż mój Mąż, jest on jaskrawy, bo na nowo odnaleziony.
Dlatego wiem, jak ważny w życiu jest ból i cierpienie. Bez niego nie byłoby szczęścia.
Jak ważne jest rozgoryczenie, żal. Bez niego, być może, nie odczuwałabym nieraz tak mocno, tak dosadnie uderzeń miłości. A ona przecież zawsze wypływa na wierzch, jeśli jest dość silna. Jeśli jest prawdziwa.

Kiedyś myślałam, że tak silna miłość między dwojgiem ludzi to jakiś żart. Kiedyś myślałam, że nie od samej miłości zależy to, czy jesteśmy z kimś.
Kiedyś nie wierzyłam w bajki. Uwierzyłam, gdy dostrzegłam, poznałam własną.

Teraz w swoim życiu wiem, że to ona bywa najważniejsza, właśnie miłość. Owszem, nad związkiem, relacją, musimy pracować, musimy się ścierać w awanturach, ważne jest samo zwierzęce pożądanie, ważna jest troka, czasem nawet otoczenia...ale wczoraj, przez pewne wymiany myśli, które uderzyły mnie jak nie mój własny huragan, wczoraj przez kolejne rozmowy, bukiet dzikich kwiatków który zwiądł po drodze na spacerze i nowy wybuch trochę nieśmiałej jeszcze po burzy namiętności, uświadomiłam sobie, że te wszystkie, te wszystkie powyższe znów, wynikają z miłości.

Chce nam się pracować nad związkiem, bo kochamy.
Chce nam się troszczyć, bo kochamy.
Czujemy do siebie pożądanie, inne niż to zwykłe, niż chuć, bo kochamy.

Może bycie z moim Mężem mnie spaczyło, może naprawdę, nie pamiętam jak to jest być z kimś, kogo się tak bardzo nie kocha, być po prostu w łóżku i przy obiedzie, jak bywa u innych par, bo zapomniałam już.
Tak wiele zapomniałam, zamknięta w swojej bajce?

Może nie pamiętam, że niektóre związki mają nieśmiałe początki, bo jestem spaczona, bo u nas poszło to błyskawicznie, bo to była miłość od pierwszego wejrzenia tylko taka, do której żadne z nas nie chciało się przyznać, bo był ktoś trzeci a ja nawet nie chciałam być z nikim w związku....ktoś, o kim oboje zapomnieliśmy już przy drugim spotkaniu tak naprawdę, ja sama już przy drugim zapomniałam, że nie chcę nikogo. W szalony sposób doszliśmy do siebie, dotknęliśmy się, wtedy tak szczeniacko i po jednym dniu wątpliwości już oboje wiedzieliśmy, mieliśmy jakąś dziwną pewność, że to my, że nie będzie już ja i ty, że będziemy już zawsze my.
Po prostu to się wiedziało. To było oczywiste. Teraz, już zawsze, od tego dnia w sierpniu, zostaliśmy jakąś całością. Niepodważalną, nierozerwalną.

Nigdy nie mieliśmy podzielonych pieniędzy, nawet gdy jako nastolatki mieliśmy swoje grosze, ja swoje stypendium, nigdy nie wyliczaliśmy. Wszystko od początku było wspólne. Nawet to, o co zwykle głównie kłócą się pary.
Od zawsze wyczuwaliśmy się doskonale, rozumieliśmy swoje żarty, rozumieliśmy się bez słów.
Nikt nie panikował, nie oszczędzał się z mówieniem „kocham cię”. To wyszło, samo, naturalnie, prawie natychmiast. Bez żadnej przesady, koloryzowania. Bo po prostu oboje oto czuliśmy. Jeszcze na początku bardziej pożądliwie, szalenie, z czasem coraz spokojniej.

Seks był od samego początku najwspanialszy w życiu. Chociaż dość szybko nauczyłam się własnego orgazmu, nie miałam z nim problemu, to z nim przez prawie 2 lata po każdej fizycznej miłości drgały mi nogi, drgały mi uda nieprzerwanie przez dobre 2-3 godziny nieraz, tak, że nie mogłam chodzić. To z nim zobaczyłam pierwsze jaskrawe światło mając wrażenie, że umieram i stwierdziłam, że poprzednia rozkosz nigdy nie była rozkoszą. Dopiero po jakichś 2 latach przywykłam do tak mocnego orgazmu, do takiej siły rozkoszy, że moje nogi nie zaczynały żyć własnym życiem, nie drżały i nie wierzgały tak, że potrafiły go mocno uderzyć. Czasem zastanawiam się, czy nauczyłam się swojego ciała, przed którym niegdyś nie miałam wstydu, czy to właśnie tylko z nim? Bo to cholerny znak, jak w jakiejś pierdolonej baśni porno, że to właśnie ten?

To wszystko spaczyło moje myślenie. To, że poczułam w życiu że z tym właśnie mężczyzną chcę być. To sprawiło, że uwierzyłam w wielką miłość, która ma prawo do istnienia w prozie życia. I zapomniałam już, jak jest bez niej. Zapomniałam, że człowiek nieraz jest samotny i po prostu „chce z kimś być”. Chce pójść z kimś do łóżka, chce zjeść ten cholerny obiad i wierzyć, że z czasem się zakocha. Zapomniałam, że tak też może być.

Szanuję, ale nadal mnie to dziwi. Bo w moim życiu od tylu lat nie istnieje bycie z kimś bez miłości. To mnie spaczyło. To mnie zmieniło. Nie narzekam jednak na tą zmianę. Bo nie chcę widzieć w życiu inaczej, nie chcę niczego innego doznawać.

Może to niebezpieczne, że nie pamiętam innego życia. Może jestem uzależniona od niego, od rozmów z nim, od seksu z nim, od oparcia na jego ramieniu. Może nieraz mam głupią myśl, że bez niego byłoby lepiej, że nasz związek nie ma sensu, gdy wszystko się wali, gdy przypominają się niektóre rany- ale zawsze potem jeszcze bardziej rozumiem, że jesteśmy my, a nie ty i ja. Że stanowimy w tym zimnym, okrutnym świecie jakąś całość, której sama jeszcze w pełni nie pojmuję, bo to całość tak abstrakcyjna, tak mityczna i mistyczna, że trudno ją wyjaśnić.
Może na co dzień tego nie widać, w tej prozie, gdy się kłócimy, gdy nie pokazujemy ludziom, jak bardzo jesteśmy związani, gdy staramy się przy innych pociskać a nie mówić czułe słówka. Gdy staramy się światu nie pokazywać naszej miłości, bo nieraz tak, boimy się tą miłość światu pokazać, a czasem może, zazdrośnie, chcemy jej strzec, mieć ją tylko dla siebie. Mimo to mówią, że jesteśmy dobrani, że jesteśmy fajną kumpelską parą. Bo jesteśmy i kumplami, ale przez to wszystko przebija miłość. I ona wszystko splata.

Nie jesteśmy idealnie, mamy różne zainteresowania, on ma swoje gry, ja mam swoje książki. Ale się kochamy i to przecież jest najważniejsze.
Mamy swoje małe sekrety i swoje małe, śmieszne tajemnice, jakieś osobne miejsca które szanujemy, ale w najważniejszych sprawach zawsze powiemy sobie wszystko. To sobie najpierw się zwierzymy, bo istnieje ta miłość, bo zostaliśmy przez te lata też najlepszymi przyjaciółmi.
I tak, nie mam nikogo bliższego niż on.
Nie ma osoby, która zna mnie bardziej niż on i której mimo wszystko tak bardzo ufam.
Bo to on z moich wad potrafi ułożyć zalety. To właśnie on dla mnie jest wsparciem, tak wielkim, że dopiero przy nim, już jedynej osobie w moim życiu pozwalam sobie na słabość. Może, to przez niego odkryłam swoje słabości, swoje łzy, swoje ciemne strony. To bycie z nim je ze mnie wydobyło, bo nie musiałam już polegać sama na sobie, to bycie z nim sprawiło, że je zrozumiałam i nauczyłam się z pewnymi żyć, a nie zamiatać pod dywan.
To on nadal pozwala mi zrozumieć moje wady, to on nadal zmusza mnie do bycia słabą, to on zmusza mnie do zrozumienia, że mimo tego on ze mną będzie. To on zmusza mnie do akceptowania siebie. On zmusza mnie do miłość do siebie, przez to, że go kocham, mimo że teraz w tą miłość wątpię.
Czy jest coś ważniejszego? Ta miłość każe mi kochać samą siebie, bo on mnie kocha. Zrozumiałam, że można mnie kochać.

To przy nim czuję się tak bezpiecznie. To jego ramiona są moim schronem. To w nich mogę się schować i odpocząć, żeby na nowo móc zacząć walkę. Z całym światem. Z sobą.

To jego kocham, a on kocha mnie.
To właśnie sprawia miłość i znów, tak bardzo czuję ją po burzy, znów, gdy tak bardzo w siebie, w nas wątpiłam. To ta miłość w tym wszystkim, w całym bólu wychodzi pierwsza na wierzch i staje się deską ratunkową dla mojej duszy. Ta, która choć trochę przez nasze czyny okaleczona, jednak jest.
Jest, do cholery jasnej i nie da się w nią wątpić. W jej kształt, formę- nieraz tak. Ale nigdy w jej obecność.

Może to niebezpieczne być tak bardzo z sobą w życiu i dla siebie, może to nie jest zdrowe, bo co, jeśli jednak nasze światy się rozsypią?pomimo miłości i jej walki? Co, jeśli po prostu któremuś z nas coś się stanie, zachoruje i umrze, potrąci do samochód? Zdaję sobie z tego sprawę, że to niebezpieczne, że miłość tak scaliła nasze światy w jedno, mimo że to światy niezależne, mimo że dajemy sobie tak wielką wolność w swoich różnicach i pozwalamy zachować sobie swoją dzikość, jego męską i moją żeńską, mimo że jedno nie „wychowuje”, nie tresuje drugiego.
To niebezpieczne, bo życie lubi płatać różne figle i nic nigdy nie jest na zawsze. Ale nad tym można się zastanawiać, gdy coś się skończyć. Póki trwa, warto po prostu doceniać tego piękno, prawda?

Doceniam więc, mimo burz, mimo ran. To jemu w pełni łatwiej wybaczam, bo on wybacza też mi. I to on zajmie się gdy moja krucha porcelana się rozsypie, to mimo wszystko on, powoli, swoją miłością, będzie składał na nowo moje serce, zlepiał, nawet jeśli to on nieostrożnym ruchem zrzucił moje naczynie na twardą posadzkę.

Z nim jest łatwiej, to miłość, której jestem pewna, to miłość, o którą chcę walczyć i która jednocześnie walczy ramię w ramię ze mną o moje życie. O moje szczęście.
Nie, przepraszam. O nasze szczęście.

Nasza miłość walczy więc, walczymy swoją miłością o siebie, w moich burzach, przy bliznach mojego i jego serca. Cały czas zastanawiam się, czy nie powinniśmy uciec. Na jakiś czas. Może miesiąc, może rok? Może odpocząć od innych ludzi. Od pewnych relacji.
Bo oboje musimy sobie wszystko ułożyć. Jego wyrzuty sumienia, moje cierpienie, moja niegojąca się rana. Musimy to pokładać w całość. Ale wiem, że damy sobie z tym radę, bo przecież, składamy siebie nawzajem. On składa moje serce do kupy...a ja jego. Też swoim wybaczeniem. Tym, że cały czas chcę z nim być.
W końcu to nasza bajka. To dziwaczna, pozornie prozaiczna, a tak pełna powieści opowieść, w której jest przyjaźń, troska, czułość. Trochę gniewu, trochę żalu. Ale przede wszystkim pełna, całkowita miłość.
Tak naprawdę z nich tworzymy swoją historię. A może i szczęście?
Może i ja zacznę składać żurawie origami, japoński symbol szczęścia i spokoju, może ja zacznę wieszać je w oknach?

Niedługo wyjeżdżamy w Bieszczady. Znów, może góry pomogą, mimo że nie jedziemy w nie sami. Może odpocznę od pewnych relacji, od tego, że nie umiem rozmawiać na pewne tematy z niektórymi, nie umiem płakać. Może znów potrzebuję dzikości, tego zmęczenia ciała, rześkiego powietrza. Może znów potrzebuję zobaczyć jego szczęście na twarzy, gdy zdobywa szczyt, znów muszę poczuć, jak bardzo się o mnie troszczy i widzieć, że potrafi oddać mi swoją wodę, gdy ja już nie mam nic do picia.

Może góry znów pomogą mi podjąć pewne decyzje albo w nich się utwierdzić?Może znów wyleczą, jak rok temu wyleczyły pierwszą ranę, a raczej zasklepiły ją, zatamowały krwawienie? Choć, nie oszukujmy się. Zrobiły to nie tylko góry. Zrobiła to jaskrawsza w nich miłość.

Myślę, czy nie rzucić pewnych rzeczy. Jak się zmienić, jak wyleczyć. Jak przestać się zabijać i udawać. Trochę pogubiłam się przecież w życiu, wiem to już jednak bez płaczu, na spokojnie, logicznie. Dopuszczam do siebie słabość, ale dopuszczam i spokój, wiarę, znów tą cholerną wiarę, że po każdej śmierci przychodzi życie. Nie mam pewności co robić, nie mam pewności, kiedy odzyskam siebie albo raczej, kiedy pokocham tą trochę zmienioną, tą nową.
Może muszę też po prostu trochę odpocząć. Tylko tyle. Znaleźć siebie, z dala od pewnych myśli, miejsc, ludzi. Często ten odpoczynek pomaga. Często to on jest rozwiązaniem. Cóż, zostaje tylko czekać, zobaczyć, co podpowie czas.
Nic nie jest w tym względzie pewne.

Jednego jestem jednak pewna. Gdzie, kiedy, jak- wiem, że z nim. Z naszą wspólną miłością. Nawet, jeśli reszta miałaby się walić i palić. I może, uda nam się razem zestarzeć. Myślę, że to moje największe marzenie.
Bo kto inny uratuje mnie, gdy wpadnę w szał i będę rozbijać głowę o własne mury?



Chętnie zniknęłabym na miesiąc lub na rok
Rozdałabym to co mam, no powiedz, co z tego mienia mam?
Nie pamiętam jak to jest mieć na cokolwiek czas
Mieć czas
Chcę wyhamować
(...)
Pamiętam że u ciebie zawsze tak jest bezpiecznie
U ciebie nie czuć żadnych, żadnych ruchów tektonicznych

Z moich wad
Z moich wad składasz origami
Dajesz mi odpocząć
Nie muszę walić głową w mur
Rozchmurzasz mnie, gdy wpadam w szał
Wyrywam własne kartki

Zbierasz je- i składasz z nich żurawie origami

niedziela, 29 maja 2016

O tym, że tym razem tytułu nie będzie, to tylko brud wylany z głowy, żeby móc spać.

Trwa sezon na burze.
I może to sprawiło, że i dla mnie musiała nastać kolejna. Całkiem niespodziewana, powietrze było gorące i pełne pożądania.
Kilka trafnych pytań, zadał swoim spokojnym głosem. Wpadłam w panikę, wpadłam w histerię.
Zauważył, jednak widzi, jednak moja maska nie jest tak szczelna.
Kilka pozornie nieszkodliwych pytań. Przeraziłam się. Pewnie dlatego, że nie chciałam ich słyszeć. Pewnie dlatego, że sama nie chciałam znać odpowiedzi, bo wolę udawać, sama przed sobą.

Zamknęłam to za murem. Myślałam, że uda mi się zamknąć za murem własną śmierć.
Zakopać głęboko.
Ale on widzi, choć nie widzą inni. On widzi, bo jest najbliżej, zawsze on najbliżej. I znów, jeśli będę musiała wybierać, wybieram jego. Bo z nim mam żyć. Bo taką podjęłam decyzję.
Choć może udaję, a jednak łudzę się, chcę, żeby ktoś zauważył, chcę, żeby ktoś czasem posprzątał to za mnie? We mnie?
Jestem słaba. Krucha ze mnie porcelana, rozsypuję się, jak mówił mój przyjaciel.

Nie chciałam słyszeć kilku pytań, bo sama nie chciałam na nie odpowiadać. Chciałam już uciec od tego wszystkiego, ale tak się nie da.
Przestaję się łudzić, że to kiedykolwiek minie. Przestaję się łudzić, że kiedykolwiek będę mogła żyć jak przedtem. Nie ma powrotu do „kiedyś”. Jak bardzo on by chciał, jak bardzo chciałabym ja.
Coś we mnie umarło bezpowrotnie. Te części mojej duszy nigdy nie wstaną z grobu.
Może dlatego, że to grób anonimowy. Anonimowy grób w którym zamknięte jest niewinne dziecko.
Nigdy nie będę niewinna.
Nigdy nie będę naiwna. I choć kocham, nigdy nie będę kochać tak bardzo, jak przedtem.
To umarło. Ktoś miał rację, życie to powolne umieranie. A ja zrozumiałam to dopiero po tamtej nocy, zrozumiałam to mając dopiero 25 lat. Nie da się zaprzeczać.

Chciałam uciec od pytań, chciałam uciec od odpowiedzi.
Tak, jest między nami mur, tak potworny mur.
Nie umiem kochać jak przedtem. Nie umiem się kochać. Zostałam w tej kwestii kaleką. Już nie mam, już nigdy nie będę mieć w sobie lekkości tamtej nagiej dziewczyny tańczącej po lesie. Kochającej się przy drogach, kochającej się w parkach, pod osłoną nocy.
Nigdy już nie będę tamtą, tamta umarła. Zabito ją. Zostało naczynie, został okruch.
Tak, poczułam co to wstyd. Co to rozczarowanie.
Poczułam co to obrzydzenie do samej siebie. Brzydzę się sobą, właśnie sobą, choć sobą nie powinnam. Swoim ciałem.

I tak, miał rację. Krzywdzę się. Siebie samą, cały czas krzywdzę, bo przywiązałam się do krzywdy, skoro raz zadani mi tak celną. Skoro boli w środku to czemu by nie...
To tak, jakbyś się cięła, tak?
Tak, tak to możesz rozumieć. Robię to specjalnie. Niszczę swoje ciało. Nie mogę go zmobilizować. Robię wszystko, żeby było jak najbardziej obrzydliwe. Przestałam się malować. Robię wszystko, żeby mnie bolało bez widocznych śladów. Rozdrapuję uda, gdzie nie widać. Nie leczę strupów, nie leczę opatrunków. Zasypiam bez opamiętania, przypominając sobie, jaka jestem beznadziejna. Wstydzę się zmęczenia, wstydzę się snu. Upijam się jednak, żeby zasnąć.
Chcę udowodnić sobie, że jestem beznadziejna, bo przecież nic nie stało się bez powodu. Udowadniam sobie, że jestem brzydka, obrzydliwa, nic nie warta, bo inaczej nic takiego by się nie stało. Przestałam wierzyć, że kiedykolwiek mogło być inaczej. Zawsze żyłam w ułudzie, gdy wierzyłam w pewne słowa i spojrzenia.
Płaczę, gdy nikt nie widzi. Płaczę cicho, gdy was nie ma w domu.
To ze mną zostanie.
Taka już będę.
Mam momenty opamiętania. Mam codzienność, o której mówię, że jestem w niej szczęśliwa.
Ale tak, zabijam się, powoli się zabijam, bo nie mam odwagi na więcej.
Nie chciałam się do tego przyznawać. Do tego, do wszystkiego innego.
Tak jak wtedy nie chciałam przyznawać się jej. Bo co by to zmieniło?

Może tak już musi być, że na co dzień jestem szczęśliwa, jestem uśmiechnięta. A potem znów wrzód nabrzmiewa, pęka niezaleczona rana, wycieka ropa i leczę ją w jednych ramionach, w jedynych których umiem. Mimo, że jesteśmy współzbrodniarzami. Mimo, że jest moim katem.
Jednak, jemy łatwiej wybaczać każdą ranę.
Z kim innym jest trudniej.

Nieodpowiednie pytania.
Ale on je chociaż zadaje. Nie muszę wyciągać ich od kogoś innego. Nie muszę sama ich stawiać. Może dlatego tak celne. Może dlatego tak bolą. Może dlatego są moim skalpelem, przez który do oczu napływają łzy, które leczą ranę.
Może powinnam była inaczej wybrać.
Może jeszcze mam na to czas?

Czasem myślę, że powinniśmy to wszystko zostawić. Coraz poważniej myślę nad tym, że powinniśmy wyjechać, a może po prostu się przeprowadzić. Zostawić te mury, bo pomimo tego, że tyle w nich dobrych chwil, o wszystkim przypominają.
Czasem myślę, że powinniśmy może zostawić wszystko inne. Zmienić nie tylko adres, ale numer telefonu, ksywę na fejsie. Zostawić wszystkich, mimo że ich kochamy. Nie rozmieniać tej miłości. Zostać tylko we dwoje, zacząć od nowa.
Może muszę poważniej z nim o tym porozmawiać. Zadać własne pytania.

Może muszę się ze wszystkim pogodzić. Z własną śmiercią. Z obrzydzeniem. Ze wstydem.

Nieodpowiednie pytania. A może wreszcie właśnie trafione. 
Żal i histeria, spazmy.
Rzucone okrutnie wam łatwiej żyć. Zaczynać na nowo, bo macie tylko wyrzuty sumienia. Ja mam wyrzuty sumienia i umarłam.
Ja tego nie przeżyłam, ja to umarłam.  Czasem brzydzę się, że udaję, że żyję dalej. Czasem brzydzę się tego, że i wy to robicie. Na co dzień. Śmiejecie się. Kochacie. 
Czasem coś tupie we mnie nogą jak małe dziecko. Chce zadać pytanie, jak macie prawo do szczęścia, skoro ja umarłam?
Jak?

A mimo to żyje się dalej.
Udaje albo naprawdę żyje. Znajduje się szczęście.
Wybacza się i wymazuje własne winy. Cudze winy. 
Jak?

Mawiają, że wybaczenie to nie kwestia uczuć, a kwestia decyzji.
Ja pewną decyzję podjęłam i muszę z nią żyć. Mówili też, że nikt nie powiedział, że dobre decyzje nie będą cię ranić. Może to prawda. Może dobre decyzje wcale nie sprawiają, że jest się szczęśliwym. Może to one mają tak naprawdę doprowadzić nas do śmierci.
Powoli. Dzień za dniem.
Rana za raną.
Wspomnienie za wspomnieniem.

Może to też i miłość ma mnie zabić.

Kilka nieodpowiednich pytań, które każe mi znowu spojrzeć prawdzie w oczy. Kilka nieodpowiednich pytań. Wymioty z obrzydzenia i nerwów, łzy przez całą noc.
Teraz być może kolejne.


Potrzebuję snu. Potrzebuję czasu. Potrzebuję wiary, że mogę jeszcze kochać naiwnie.
Nie, przepraszam. Ta ostatnia umarła na zawsze. Zamordowana z zimną krwią zwierzęcia.

                                                    ****
Proszę się do tekstu nie przywiązywać, proszę nie interpretować nadmiernie, przesadnie. Proszę się nie martwić, bo nic się nie dzieje. Mam dzisiaj po nieprzespanej nocy nadmierny ból istnienia. A może to i stres przed wyjazdem, stres paru innych spraw, które przypominają wcześniejsze. To myśli wylane z głowy, bo właśnie tu, w tym miejscu tego potrzebowałam. Po ciężkim dniu, wylać myśli z głowy, żeby wreszcie móc położyć się spać.  
Od tego jest blog, prawda?




Wspominasz swoje czyny
Jakby to były czyjeś okropne opowieści
Teraz stoisz przede mną odrodzony
Jak dobrze widzieć cię zdrowego
I nie zamierzasz zdjąć swojej aureoli
Oplatającej szyję i ściągającą się w dół

Lecz ja jestem tylko ciekaw
Jak zamierzasz naprawić swe występki
Wobec tych, którzy już nie żyją
Wobec tych, którzy już nie żyją

niedziela, 22 maja 2016

O cywilizacji wygody w której tak łatwo się zgubić, czyli o współczesnym człowiekiem który mimo wszystko jeszcze może wybrać swój upadek

Nasza cywilizacja jest cywilizacją wygody.
Jesteśmy rozpieszczeni, nigdy nie znający prawdziwego głodu, nie znający strachu innego niż brak pieniędzy na koncie i odcięcia od sieci. Nie muszący walczyć o przetrwanie, prawdziwe przetrwanie naszego życia, a nie tylko wyobrażenia o nim w dżungli społecznych niuansów.
Walczymy z prądem rzeki życia, życia, które sami tworzymy, zamiast nauczyć się w nim pływać.
Trochę mnie to przeraża.
Tak naprawdę, nie chcę być takim człowiekiem. Nie chcę być człowiekiem wygody, człowiekiem, który zadowala się tym, co świat uparcie podtyka mu pod nos, a nieraz i wciska na siłę, mówiąc, że tego potrzebuję.
Chcę sama znać i spełniać swoje potrzeby. Nie chcę oczekiwać tego od świata.

Wybraliśmy się na spacer w piękny niedzielny poranek. Słońce grzało nasze ciała, maszerowaliśmy spokojnie w całym oceanie ludzi, którzy wpadli na ten sam pomysł, co my.
Namiastka zieleni. Namiastka tego, na co czekamy. Bo niedługo przecież, już na początku czerwca choć na parę dni wyrwiemy się z tej betonowej dżungli, choć przez parę dni będziemy wędrować po swoich górach, po dzikich Połoninach Bieszczad. Rozmawialiśmy o tym, jak dobrze będzie wstawać jeszcze przed świtem o 4 rano, jak cudownie będzie nieprzerwanie iść przez 30 kilometrów, polegając tylko na własnych nogach. Jak cudownie będzie uciec od telefonów, ułatwień, tłumu. Jak cudownie będzie znów męczyć się tak, że nie można ruszyć nogą ani ręką, męczyć cię, jednocześnie przeżywając iście mistyczny cud, gdy jastrzębie i sokoły kołują nad głowami, jakby miały spaść na nie, wyczuwając najmniejszy przejaw słabości.

Płynęliśmy w swojej tęsknocie przez tłum, płynęliśmy, znów wyobrażając sobie kształt swojego marzenia. Proste życie, dom na odludziu i pracę własnych rąk, własnych rąk, które nas wyżywią. Bo przecież po to mamy dwie zdrowie ręce, dwie zdrowe nogi, żeby z nich korzystać. Żeby żyły i stawały się coraz mocniejsze.
Płynęliśmy w słoneczny dzień w mieście przez tłum ludzi zapatrzonych w telefony i marzyliśmy o życiu bez wygód. Spojrzeliśmy na morze ludzi. Rodziny z dziećmi, pary zajadające się lodami. W pięknych butach, w których nie przeszliby nawet 10 kilometrów. Z pięknymi fryzurami, jak to w niedzielne poranki wypada przecież.
Spojrzeliśmy na ludzi, którzy tak jak ja, mają wszystko podane na tacy. Spojrzeliśmy na nich, na siebie. Znów poczuliśmy, jak we dwoje razem dobrze się dobraliśmy.

My, ja i mój Mąż, nie chcemy wygody. Nie chcemy ułatwień na wielu polach. Bo może właśnie przez to, że człowiek musi się nieraz wysilić, czuje, że żyje?
Może w wysiłku, własnych rąk, własnych nóg, człowiek żyje naprawdę? Wtedy, gdy wie, że może polegać na sobie- a nie na tym, co go otacza.

Bo coraz więcej z nas polega właśnie na tym, co ma w dłoni- a nie na samych dłoniach. Wszyscy się strasznie rozleniwiliśmy. Ale czy możemy winić za to samych siebie, jednostkowo? Skoro stworzyliśmy cywilizację, która daje, nic dziwnego, że bierzemy. I nic dziwnego, że tracimy w tym umiar, tak bardzo, że zatracamy samych siebie. Zatracamy człowieka w sobie.
Zatraca się nie tylko ludzie ciało. Zatraca się umysł i dusza. Zatracają się emocje. Wszystko zbyt łatwe, wszystko zbyt dostępne.
Wygoda na każdym polu.

A przecież nie od dzisiaj powtarzano nam, że łatwa droga wcale nie jest lepsza.
Tym ułatwianiem w społeczeństwie, tym dążeniem cywilizacji do wygody naszych 4 liter w skali jednostkowej i skali globalnej zrobiliśmy sobie też wielką krzywdę. Zgubiliśmy nieraz to co ważne.
Zgubiliśmy wysiłek życia. Po co więc mamy nieraz żyć?

To zawsze istniało przecież w naszej naturze. Potrzeba przecież matką wynalazku. Człowiek inteligentny będzie wspinał się, człowiek jako istota myśląca nie będzie rzucać sobie kłód pod nogi, żeby zmęczyć bardziej swoje nogi.
To naturalny tok ewolucji, która stawia na coraz lepsze, sprytniejsze rozwiązania. Wszyscy podlegamy jej prawom. Jednak..czy lepsze zawsze znaczy lepsze?
Postęp, jaki uzyskaliśmy to obosieczny miecz. Cywilizacja, którą stworzyliśmy, od kiedy zaczęliśmy krzesać ogień zaczęła rządzić się swoimi prawami. Nie chodzi w niej już o jednostkę, zresztą, w żadnej ewolucji nigdy o nią nie chodziło. Może cała sztuka polega na tym, żeby ewolucja mogła pewne rzeczy jednostce wmówić. Ale cywilizacja, tworzona ludzkim umysłem, ludzką ręką, ma własne prawa. I jak każda rewolucja, ewolucja pożera własne dzieci.

Wszystko ma dobre i złe strony.
Ułatwiliśmy sobie życie. Nie przymieramy głodem. Zwalczyliśmy tyle chorób, jednocześnie tworząc tyle nowych. Nadciśnienie i rak, dzieci cywilizacji, oczywista cena, którą płacimy za postęp. Depresja, paranoja i fobie. Cena mniej oczywista, ale coraz bardziej widoczna w świecie, gdzie rada i opieka plemienia już nie istnieje, bo plemię stało się zbyt wielkie i zbyt wiele stawia na indywidualność.
Wiele pięknych rzeczy daje nam ponoć cywilizacja. Wiele ułatwia, za co jesteśmy wdzięczni.
Mam wrażenie, że naszą cywilizację toczy jednak inny rak, inna choroba. Wygoda. Rozleniwienie.
Mam wrażenie, że nasz świat, odcięty ręką betonu i prądu od natury i zieleni jałowieje. Umiera od środka.
Mam wrażenie, że przez wygodę nasz świat często jest po prostu skorupą bez wnętrza. Piękną muszą ślimaka, postawioną w gablocie. Piękną, błyszczącą, rozpadającą się bez życia w niej.

Żyjemy dłużej. Możemy poznać swojego partnera bez wychodzenia z domu. Możemy zwiedzić cały świat przez monitor, nie męcząc swoich nóg. Możemy zjeść szybko i nawet smacznie, wcale nie włączając kuchenki. Możemy zastąpić pracę naszych rąk pracą dowolnej turbiny. Możemy lecieć w kosmos, możemy się uczyć, możemy odkrywać tajemnice wszechświata. Możemy tak wiele.
Możemy tak wiele i...zarazem nic.
Przywykliśmy do wygody. Możemy, mamy możliwości, ale wolimy siedzieć przed monitorem i oglądać śmieszne obrazki, zamiast się uczyć, poznawać. Wolimy nawet poznawać, zamiast ruszyć się z miejsca.
Mamy tyle ułatwień- możemy tak wiele. Ale jednocześnie przestaliśmy żyć.

Najłatwiejsza droga wcale nie jest dla nas najlepsza. Najłatwiejsza, wygodna droga niczego nas nie nauczy. Wręcz przeciwnie, ta łatwa, wygodna droga sprawi, że jałowiejemy. Sprawi, że nasze życie przestanie mieć znaczenie dla nas samych. Ta wygodna droga sprawi, że nie nauczymy się niczego o sobie, nie poznamy swoich granic.
Wygoda sprawi, że staniemy się jeszcze głupsi, niż ktokolwiek mógł założyć.
My jako jednostki. My, jako społeczeństwo.

Cywilizacja wytworzyła tyle pozornych wspaniałości- jednocześnie tyle nam odbierając.
Czasem, gdy wędruję po ulicach patrzę i zastanawiam się- ilu z ludzi przetrwałoby gdyby odebrać im prąd, wygodne ubrania, ich smartfony, które myślą za nich? Ilu z nich potrafiłoby ze sobą porozmawiać, tak naprawdę porozmawiać bez klikania w ikony? Ilu z nich umiałoby zasadzić roślinę i sprawić, żeby rosła, sprawić, że y ich wyżywiła, gdy zabrakłoby sklepu? Ile z nich dostaje paranoi, gdy nie ma dostępu do wi-fi? Ilu z nich potrafiłoby stworzyć jedzenie, przetrwać przy wielkiej zagładzie, jakimś totalnie odrealnionym, pozornie pochodzącym z science- fiction krachu cywilizacji? Ilu z nich potrafiłoby przemieścić się z miasta do miasta, nie jeżdżąc samochodem, a polegając na własnych nogach?

Wielu pewnie by poległo, wielu rozpieszczonych, nie myślących na co dzień o czymkolwiek innym, niż prestiż społeczny, niż problemy z dziewczyną, problemy z własną depresją.
Jasne, także wielu, gdyby musiało, zrobiłoby to. Wielu by przetrwało.
Jednak nie o to mi chodzi. Czasem we własnej głowie zakładam kataklizm albo wojnę, zastanawiam się, jak my byśmy przetrwali. Ale nie o to chodzi. Wojna, krach cywilizacji, którą znamy, może zdarzyć się zawsze, może nie zdarzyć się nigdy. Nie o to mi chodzi.

Chodzi mi o nasze rozpieszczenie. O wygodę.
Jeśli nie muszę, nie zrobię.
Nie przejdę pieszo drogi do domu z pracy czy z uczelni, skoro mogę jechać tramwajem. Nie spotkam się z przyjacielem, jeśli mogę z nim porozmawiać przez swojego smartfona czy na fejsie, nie wychodząc z domu.
Nie muszę więc...
Rozleniwienie. A w życiu nie chodzi o „muszę”. W życiu chodzi o „chcę”.
I tego chcenia nam coraz bardziej brakuje przez wygodę.

Nie chcemy wkładać w życie pierwotnego trudu. Rozbestwiamy się, mając wszystko podane na tacy. Wszystko.
Całe nasze życie zaczynamy nieraz przez to sprowadzać do restauracji typu fast food.
Nasze związki z innymi ludźmi nawet są jak połykanie szybkiego hamburgera w sieciówce ze znanym logo. Poznajemy się przez internet, nie twarzą w twarz, wypisując listę wymagań i możliwości, zamiast poznać człowieka. Rozmawiamy ograniczając się do słów na monitorze, zamiast spojrzeć w oczy, zrozumieć gest, grymas. Gdy mamy się wysilić dla kogoś, gdy zaczynają się problemy, uciekamy.
Nie przywykliśmy do wysiłku. Społecznie, nie przywykliśmy do wysiłku, tylko do wygody. Szybkie jedzenie, szybki seks, szybka emocja, która nasyci od razu- ale nie starcza na długo. Emocja wygodna i prosta. Emocja dostępna wszędzie, nie ta to inna.
Wygoda i lenistwo.

Nie wysilimy się żeby poznać drugiego człowieka, żeby się w niego wsłuchać. Gdzieś zgubiliśmy wysiłek, żeby wsłuchać się w świat, skoro nasza cywilizacja zalewa nas zewsząd szumem informacji, zalewa nas propozycjami, podtyka tyle pod nos. Stale hałas. Ale gdzie w tym prawdziwy dźwięk? Gdzie w tym wsłuchanie się w świat?
Trzeba się wysilić. A nam się nie chce. Szum wielu dobrze to zastępuje.

Nie wsłuchamy się w świat. Zamienimy wysiłek własnych nóg i tyleż pięknych widoków w głębokim lesie na prostą wędrówkę samochodem.
Co zrobiliśmy ze swoim życiem?
Gdzie zgubiliśmy swój wysiłek?
Gdzie zgubiliśmy siebie?

Wszystko jest wygodne.
Nie cierpimy głodu, nie musimy wychodzić z domu, żeby kogoś poznać, nie musimy polegać na sobie, starczy, że póki cywilizacja nie runie, polegamy na rzeczach.
Unikamy bólu, nawet borując ząb żądamy znieczulenia, ułatwiając sobie, tak, że nasze ciało nie poznaje bólu. Nie umie sobie z nim radzić. Bez bólu jest wygodniej. Unikamy bólu duszy, ciała, bo pozwala nam na to świat. Bez tego jest wygodniej, ale i bez bólu niczego się nie nauczymy.

Wszystko proste, ułatwione, wygodne. Rozmowy, emocje w emotikonach, mleko prosto z kartonu, obrane pomarańcze w sklepach, bo nawet ich nie chce się nam obierać ze skórki i zamiast tego pakujemy je w plastik, zatruwając znów planetę, swoje miejsce życia smrodem produkcji polipropylenu.
Zatruwamy planetę swoją wygodą.
Zatruliśmy też siebie i siebie w tym zgubiliśmy.

Bo gdzieś tam, zamknięci w mrowiskach miast, gdzieś tam w spalinie i raku, który jest oczywistą ceną za nasze wygodnictwo, tęsknimy za prostą życia. Gdzieś tam w środku jesteśmy głodni tego, czego nie potrafi dać nam współczesny świat. Gdzieś tam w środku czujemy, że w naszej wygodzie czegoś nam cholernie zabrakło. Że w tym pędzie coś się zgubiło, gdzieś w betonowej dżungli czuć nie tylko zapach najnowszych perfum, ale i zapach rozkładu. Rozkładu nas samych.
Gdzieś tam w środku tęsknimy za zmęczeniem nóg. Gdzieś tam w środku tęsknimy za trudem bycia razem z drugim człowiekiem, bycia całkowicie i dosadnie. Gdzieś w tam w środku tęsknimy za wysiłkiem.
Świat był kiedyś lepszy, mówimy,marząc o innym życiu. Być może, marząc o zieleni. Marząc o patrzeniu, jak w ogrodzie wzrasta praca naszych własnych rąk. Być może, gdzieś tam tęskniąc za światem, którego nie znamy, ale który mamy zapisany w duszy, mamy zapisany w kodzie naszego serca.
Bo po coś mamy ręce i nogi. Po coś istniejemy.
Czasem mam wrażenie, że cywilizacja, stały dostęp wszędzie i zawsze, stały dostęp do sztucznej żywności, stale podsuwanie nam wszystkiego pod nos nam te nogi i ręce odebrała. Jakbyśmy zapomnieli, że one w ogóle istnieją.

Nasza cywilizacja, nasze społeczeństwo to społeczeństwo wygody. To społeczeństwo leniwe i znudzone.
A czy można być szczęśliwym, nudząc się? Za dużo wtedy myślimy. Mamy zdrowie ciało ( chyba że na nas trafiła cena otyłości, raka albo nadciśnienia za wygodę), zapewniają nam to apteki, mamy zastępniki na wszystko, szybkie kontakty, szybkie jedzenie, wszystko podane pod nos. Nudzimy się. Zaczynamy, być może wtedy za dużo myśleć. Zaczynamy szaleć.
Człowiek bez wysiłku jest człowiekiem szalonym. Nasze społeczeństwo to społeczeństwo smutku i szaleństwa. Nasze społeczeństwo, nasza cywilizacja to szalone miejsce, w którym wymyśla się setki idei z wygody, z nudy, przez które walczymy ze sobą, ćwicząc pierwotne instynkty, wobec których kłamiemy, że całkiem się ich wyzbyliśmy.

Gdy jest nam za wygodnie, gdy się nudzimy, wariujemy. Wymyślamy setki chorób duszy. Wymyślamy zagubienie. Wymyślamy kolejne fobie. Wymyślamy zaburzenia odżywiania, gdy mamy za dużo jedzenia. Cywilizacja wygody wymyśliła nam zagubienie, które wyśliło choroby, które stały się faktem.
Rak, anoreksja, depresja, nadciśnienie. Cena za wygodę.
Samotność, głód emocji, wymuskane ciała, które nie przeżyłyby tygodnia, gdyby miały polegać na samych sobie.
Idee wielu bogów którzy walczą ze sobą, wegetarianizm, moda, moralność która wielu żyjącym kiedyś zdawałaby się być luksusem.
Zgubiliśmy się w tym wszyscy. Ciekawe, kiedy w tej naszej cywilizacji upadniemy, całkiem upadniemy na kolana?

Nie wierzę, że jest ratunek dla naszej cywilizacji.
Ba, mam nawet pewność, dziwną pewność, że w końcu musi się załamać. Nie ma ratunku dla tego, co czyni ze światem i z nami wygoda społeczna.
Ale być może, jest ratunek dla jednego człowieka. Dla mnie, dla ciebie.
Jesteśmy w tym wszyscy malutcy. Nie uciekniemy od tego, co stworzyło społeczeństwo z którego się wywodzimy. Nie zmienimy go. Nie zmienia się toku ewolucji. Nie cofa się jej.
Nie cofniemy tego co w nas. Nie wyciągniemy z siebie wtyczki prądu, nie zmniejszymy swojego uzależnienia. Każdy z nas nie kupi ziemi, nie założy zwierzęcej skóry.
Nie zmienimy tego, gdzie żyjemy.
Ale możemy zmienić coś w sobie.
Możemy zacząć chcieć. Możemy zacząć się wysilać. Możemy odrzucić wygodę. W każdym sensie.
Możemy odrzucić wygodę, nudę, lenistwo.
Możemy czasem przewędrować świat na swoich nogach. Możemy znaleźc cel. Możemy wstać o poranku i nie przywykać do świeżej kawy. Możemy poszukać prostoty.
Możemy po prostu się bronić, zachować resztki siebie i swoich prawdziwych pragnień w obliczu milionów rzeczy, które podaje nam ułatwiony świat i które chce nam wmusić.
Możemy zachować swoją hardość i umiar, możemy twardnieć zamiast mięknąć jak ciepły wosk, który topi się przy natłoku informacji i rzeczy.
Możemy umniejszyć i tak odkryć wielkość, gdy staniemy na górze, którą nazwiemy domem.

Nie chcę być wygodnickim człowiekiem w cywilizacji, która daje tyle wygód.
Nie chcę się w tym zgubić.
A ty?




Wiadomym dla mnie jest, że wielu z nas trudzi się cholernie w życiu. Wiadomym jest, że wielu z nas ma wspaniałe, dobre związki, fajne życie i przerzuca gnój na polu albo pracuje w sadzie. Wiadomym jest, że wielu jest wcale nie pogubionych i szczęśliwych. Gdyby ktoś nie zrozumiał, chodzi mi o szeroko pojęte zjawiska społeczne, które dotyczą nas wszystkich po kolei i przed którymi nie uciekniemy, nawet jeśli mamy chatę w lesie, nie mamy dostępu do internetu i żyjemy w świetnym związku z kimś, przy kim nieraz dostajemy kurwicy i musimy się wysilać. To gdyby ktoś miał wątpliwości i chciał się zaraz bronić „ale przecież ja ...” XD ( uderz w stół?). To takie wyjaśnienie, jeśli ktoś nie załapał XD