niedziela, 29 listopada 2015

O zimowych snach i cieple które spływa wraz z mrozem, o spokoju pomimo zimowej śmierci i pięknie w ciemnych nocach.

Przyszła zima. Może trochę przedwczesna, a może właśnie całkiem na swoim miejscu.
Przyszła, choć jeszcze nie całkiem. Zmroziła poranki, wydłużyła wieczory. Dała kilka płatków śniegu, kilka płatków, jeszcze w listopadzie i przywołała tym samym myśl o tym, który nienawidził listopadowego śniegu, bo spadł przed laty na trumnę jego matki.
Listopad, czas zamierania. Koniec jesieni, niedźwiedzie udają się na spoczynek. Czas śmierci matek. Na samym początku, na samym końcu.

Pierwsza zimowa pełnia, pierwsza mroźna pełnia mówiła o motylach, o transformacji. O spokojnym czekaniu poczwarki, która wiosną wyjdzie na światło dzienne i pokaże skrzydła. Mówiła o przemianie w kokonie.
Pierwsza zimowa pełnia, dla mnie bezsenna noc. Księżyc zaglądał przez okna, podczas gdy ja pilnowałam mieszkańców tego domu, do którego trafiają ci, których nikt nie chce, którymi nie ma się kto zająć. Księżyc zaglądał przez okna, a ja zaglądałam do pokojów, patrząc na spokojne lub urywane oddechy. Pierwszą moją noc na oddziale przeżyli wszyscy. Nie wszyscy przeżyli po prostu listopad.

Pierwsza mroźna pełnia zaglądała mi w oczy. I z tym księżycowym światłem spłynął na mnie wówczas wielki spokój. Przedtem, targana nieznośnymi niepewnościami poczułam, że jest dobrze. Poczułam znów to senne, ciepłe uczucie, które po chwili zmienia się w kulę ognia pod sercem i każe wręcz tańczyć. Wiele jest takich momentów w życiu, niewiele tak wyraźnych.
Poczułam, że mój spokój we mnie to ta wyspa, na którą nic złego nie ma dostępu. Żadne kolejne śmierci, złamane serca, niepokój o każdego po kolei. Moja wyspa, na której stoję spokojnie na ciepłym piasku, a woda liże mi stopy. Miejsce w które mogę uciekać, gdy reszta świata płonie, wali się i cierpi. Miejsce pewności, miejsce spokoju, z którego czerpię siłę na to, by przejmować się tu i teraz. To miejsce w środku, które wszędzie ze sobą noszę i które podlega tym naturalnym cyklom, które ma własne światło, które jednak choć zmienne, nigdy nie gaśnie.

Podczas tej pełni poczułam ten cholerny spokój i poczułam zimę. Czas udać się na spoczynek. Czas na to, by pozwolić sobie zasnąć.
Co roku mój duch w skórze niedźwiedzia usypia w pierwszą mroźną pełnię, budzi się na wiosnę. Co roku, choć w tamtym to było tak bardzo zachwiane, bo za dużo w nim obumarło wraz z inną osobistą śmiercią i nie można było spać, gdy co chwile demony szeptały coś do ucha. Jednak w tym roku poczułam ten spokój i ten moment, moment zasypiania, choć mało kto by go tak nazwał.
Zasnął niepokój we mnie, zaczynam skupiać się na innych rzeczach zimą. Wyciszam się, schodzę w głąb siebie, jak niedźwiedzica schodzi w głąb matki ziemi, do swej podziemnej jaskini. Układa przemyślane legowisko i czeka na wiosnę, śniąc piękne sny. Czując spowolnione, jednak silnie pulsujące serce, swoje i świata.
Moje serce zaczęło bić wolniej, gdy medytowałam, choć potem roznosiła mnie energia i musiałam, musiałam tańczyć po mieszkaniu, musiałam gdzieś wyjść gdy Redcar przyszła po pracy, choć nie tak daleko, jak sądziłam, choć ta energia już opadała.

Zapanował we mnie spokój mimo cudzych łez. Zapanował właśnie ten, który mi pozwala odpocząć i dalej martwić się o cudze sprawy. Bo ja przecież nie mam własnych zmartwień, jak odkryłam niedawno. Odkryłam tak po prostu, siedząc i pijąc piwo. Rzuciłam to pół żartem, pół serio, że gdybym nie przejmowała się całym światem, żyłabym sobie całkiem spokojnie.
Żyję całkiem spokojnie. I znoszę tylko czasem do swojej jaskini cudze łzy, żeby spokojny sen niedźwiedzia albo jego letnie futro trochę je otarły. Moje zanoszę przede wszystkim do jednego mężczyzny, który czasem ma tego dość, tego, że przeze mnie obrywa od świata, bo sam się od niego odcina, od jego problemów.
Nieraz ma dość, żartuje z tego jakby ze złością, ale wie doskonale, że tak było i być musi. Doskonale wie, że gdybym była inna, nie pragnąłby mnie, nie kochał w ten a nie inny sposób, choć kiedyś, gdy oboje byliśmy młodsi, chciał mnie zmienić.
Nie zmienisz jednak pierwotnej natury.

Koniec listopada przyniósł mi więc wielki spokój pod sercem, choć tyle przecież stosów podpalił dookoła. Patrząc dookoła, na ludzi których kocham, ludzi bliższych i dalszych miałam wrażenie, że los, świat próbuje wytrzymałość wszystkich po kolei, w tym moją.
Pełnia dała mi siłę. Pełnia dała mi energię, którą potem czerpało moje ciało, jak zawsze stres ukazując somatycznym rozstrojem kolejnych organów. Mdłościami. Przejmowaniem cudzych chorób. Lecz mimo to czułam spokój. Nadal go czuję.
Nadal mam pewność, że jakkolwiek się nie ułoży, tak po prostu ma być. Jakkolwiek nie będzie, będzie dobrze po swojemu. Nawet nieraz na przekór cudzym pragnieniom.
Będzie dobrze, bo teraz czas na sen, na regenerację. Na pierwszą pieść drozda graną pod sercem.

Cisza i pokój. Wypatrywanie białego puchu, który zakryje złe obrazy i pozwoli oddychać spokojniej, głębiej, choć wolniej przy uparcie bijącym sercu.

Wszystko zawsze znajduje swoje rozwiązanie, mówiło mi znów światło Księżyca. Człowiek ma więcej siły, niż mu się wydaje, mówił mi udający się na sen niedźwiedź.

I sny o śnie. W zamieszaniu śnię o jaskini do której zstąpiłam, o zapachu ziół na sierści. Biała niedźwiedzica z cudzego obrazu i śniąca kobieta w czerwonej sukni. Cisza i spokojne tchnienie, choć świat nie śpi. Czekanie na wiosnę. Czekanie choć na Yule i dłuższe dni. Moje ulubione święto.

Spokój i sen, a dookoła życie. I tyle w tym życiu.
Niespełnione miłości. Miłości spełnione nadmiernie i szarpiące się w wichrach codzienności. Najważniejsza część życia, śmierć.
Jestem spokojna. Oddycham. Księżyc maleje, światło za chmurami. Czuję je jednak w sobie.

Czuję je w sobie, gdy po cudownej sobocie spędzonej na spokojnie. Gdy zasypiamy pijani, ale wtuleni w siebie, bo po końcu dnia zawsze, nawet gdy się kłócimy, droczymy, nie mówimy do siebie za dużo, musimy czuć nawzajem swoje ciała. Musimy czuć przeguby i mięśnie, inaczej tak słabo śpimy.

W niedzielę budzi mnie mrok. Mrok dnia, który przesuwa się po niebie. Niebo jak szara z ołowiu pokrywa. Za nią słońce, niewidoczne. Szarpie to moimi snami. Szarpie to przez moment moim ciałem, boląca głowa.
Zanim chwytam za telefon wiem, że już się stało. Dokonało się. Wypełniła się obietnica śmierci.
Jego matka nie żyje. To naprawdę były ostatnie dni, wydała ostatnie tchnienie w hospicjum, do którego trafiła, bo on nie poradziłby sobie z nią w tym ostatnim miesiącu. Sam cierpiący, nie poradziłby sobie z jej bólem, z zastrzykami z morfiny, z karmieniem, zmienianiem pampersów. Nie poradziłby sobie, bo nie jest do tego stworzony.
Ostatnie miesiące, słyszał przedtem nie chcąc jej widzieć, bo przecież to ona złamała mu życie najbardziej. Ostatnie dni, usłyszał w tym tygodniu, sam zaplątany w całkiem inne sprawy, sam mający tak wiele na głowie. Ostatnie dni, na których się skupił, siedząc przy jej łóżku, przez co łamał mój spokój, nie odzywając się ani słowem. Gdy martwiłam się o niego, o coś całkiem innego. O jego słabość do śmierci.
Tymczasem umierała ona, a on czuwał nad jej ostatnim oddechem. Płakał razem z nią, gdy wiła się z bólu i nie wołała swojej matki, nie wołała męża, tylko swojego syneczka. Umierał w środku gdy w majakach myliła go z jego ojcem, ojcem o wyglądzie czarnego wilka.

W końcu umarła. Naturalna część życia. Zamieranie pod koniec listopada, gdy przyszła zima.
Chyba jednak wielu umiera o tej porze, nie na przekór cyklom, więcej jest śmierci w moim domu opieki, odkąd przyszła jesień. Ponoć tak jest co roku.
Ciała chcą zamknąć cykl, świat żegna się ze starym rokiem, mawiają.
Ile jeszcze śmierci ja zobaczę?

Wiem już, zanim chwycę za telefon i wiem, co będzie dalej. Wstaję spokojnie, śmieję się jakoś nawet w duchu, że w tym tygodniu gdy oboje z Mężem mamy wolne albo idzie później do pracy, nie jest nam dane zjeść w spokoju razem śniadania, bo tu bieganie do lekarzy, tu załatwianie innych rzeczy...a teraz śmierć. Wstaję spokojnie, idę pod prysznic, myję ciało w gorącej wodzie, żeby obudzić się w szarości. Ubieram się w pierwsze lepsze ubranie.
Ubieram się w swój spokój.

Wychodzę szybko z domu, wiem, że z formy człowieka został pewnie tego dnia cień, cień tak słaby bez słońca. Jestem na to przygotowana, na łzy, na histerię. Jednak tym razem mnie zaskakuje, znów mnie zaskakuje, jak wiele razy w ciągu tego roku. Trzyma się w całości. Ma więcej siły niż sądził. Dojrzał. Dorósł. Mam wrażenie, że właśnie w tym roku z chłopca zmienił się w mężczyznę.
Nie mówimy za dużo, bo co można powiedzieć w obliczu śmierci? On wie doskonale, że jeśli ktoś ma pomagać mu przy załatwieniu pewnych spraw, to ja. On wie doskonale, że myję ciała i organizowałam pogrzeby. On wie, że mnie przyciąga śmierć. A może, ja przyciągam ją.

Śmierć jest czynna całą dobę, 7 dni w tygodniu. Na szczęście, tak samo czynne są zakłady pogrzebowe. Widzę jego rosnący niepokój, jego rosnącą irytację.
-Dlaczego założyłaś czerwone spodnie?- zawsze zwraca uwagę na to, jak ktoś wygląda, co sobą wyraża. Ja na to w ogóle nie patrzę.
-Nie wiem, ubierałam się szybko, nie pomyślałam. Co za różnica?- pytam, bo naprawdę nie rozumiem, jaka to różnica.
On jest cały na czarno, teraz zauważam. Przecież kocha tradycje, kocha wyrażanie wszystkiego barwami, nie używa słów a symboli i znaków. No tak.
-Na pogrzeb przyjdziesz na czarno chyba, czy znowu coś wymyślisz?- atakuje mnie coraz bardziej, atakuje, bo wylewa swój ból i niepokój. Ale ja nie mam na sobie tylko czerwonych spodni. Ja jestem ubrana w swój spokój. Nie mówię, że nie mam pewności, czy przyjdę na pogrzeb, bo nie wiem, czy w razie czego dadzą mi wolne w pracy, nie wiem, ale wolę tego nie mówić w momencie, gdy wzbiera w nim znajoma fala gniewu. Dużo gniewu było ostatnio, gniewu pomieszanego z żalem i rozerwaniem.

Nic nie mówię, pozwalam mu chwilę skakać do moich oczu. Nie denerwuję się. Mam swój spokój i to go chyba uspokaja. Nie działa jak dodatkowa płachta na byka a koi.
Chyba i w nim wzbiera cisza.
Śmierć jest czynna całą dobę, ale nie są czynne urzędy i kościoły, choć wydawałoby się, że te drugie powinny. Załatwiamy co mamy, biorą nas za parę. Nieudolnie tłumaczymy, że nie, że nic z tego. Załatwiamy to co mamy, zresztą będzie musiał sobie poradzić sam, bo jutro idę do pracy. Nie zwolnię się, nie w poniedziałek, gdzie brakuje nam 4 na dyżurze do kompletu, nie w dzień, w którym ma przyjść kontrola ze straży. Wszyscy mamy swoje życia.
Wiem jednak, że sobie poradzi, gdy patrzę na niego.

Znów sprawdza się stare powiedzenie, że najgorsze jest czekanie i wyobrażanie sobie momentu. Gdy przychodzi on, nawet gdy jest śmiercią, czuje się oczywisty ból, ale zna się już granicę, za którą można zacząć nowe życie. Dla niego ta granica jest wyjątkowo wyraźna. Dla niego nowy etap życia jest jaskrawy, jak dla nikogo z nas, kto żegnał, grzebał rodziców. Dla niego ta śmierć jest zakończeniem wreszcie pewnej historii i możliwością pisania całkiem nowej. Z dala od tego miejsca. Z dala od tego miasta. Z dala od nas. Od ludzi, którzy tu mieszkają i go kochają.

Dlatego być może ta śmierć, na którą czekano wiele miesięcy tak nie boli. A może dopiero to do niego dotrze, będzie musiał przeżyć to po swojemu, samotnie. Ale najpierw pogrzeb. Najpierw formalności. Niewielu z nas, póki nie muszą sobie z nimi radzić nie wiedzą, jak pomagają. W ruchomy cel trudniej trafić. Ja to już wiem.

-Co będziesz teraz robił? Chcesz iść do mnie na obiad? Na kawę?
Patrzy na mnie z uśmiechem. Jednak umie się uśmiechać. Jakby to wszystko przed chwilą się nie zdarzyło.
-Wiesz, że wolę teraz podwójnie nie przychodzić do twojej kamienicy, mam teraz dwa powody.
-No tak. Mam iść z tobą do domu?
-Nie, co ty. Poradzę sobie. - i to nie było wcale wrzucone na „odczep się”. To poradzę sobie było przepełnione prawdziwą wiarą. Siłą, która w tym roku jakby się w nim urodziła.

Czasem to śmierć i jej przeczucia rodzą w nas życie.
Czasem to właśnie zamieranie jesieni i śmierć zimy są nam potrzebne, by poczuć życie. Wiem to nie od dziś. Wiedział to i ten, który właśnie jesienią odszedł. Którego też i matka odeszła na początku listopada.
Dwóch mężczyzn, którzy stracili swoje matki w listopadzie. Jeden z nich już sam odszedł. Drugi zapewne nauczy się żyć z tą nową świadomością. Nowym bólem ale i pewnym przeczuciem wolności w jego życiu.
Będzie dobrze. Poradzi sobie. Wszyscy sobie poradzimy. Ale najpierw trochę odpocznijmy.
Pokochajmy zimę.

Śnieg w listopadzie w tym roku. Mroźne poranki i dni. Jeszcze resztki deszczu, jeszcze resztki szarości które zmieniają się w biel. To szare, ołowiane niebo, które ma na sobie smugi mrozu. Niepowtarzalne światło. Mroźny wiatr.

Wracam do domu. Włączam muzykę, włączam najpiękniejszą piosenkę o zimie, która ma miliony skojarzeń. Schodzę do podziemi, widzę swoje sny. Zapalam świeczki o zapachu lodów waniliowych, białe świeczki o słodkim zapachu. Włączam ogrzewanie. Zaparzam kolejną herbatę, rozgrzewam serce.

Muzyka mówi o zmianach, mówi o przeczuciu wiosny. Mówi o wspomnieniach i o tym, co jest teraz. O matkach i ojcach, o odchodzeniu, śmierci. Ale mówi też o wiośnie. O kwiatach, które po zimie zakwitną. O tęsknocie za tym co było, o mrozie, który skuwa na jakiś czas. Jak bardzo ten mróz nam jest potrzebny. Jak potrzebny jest nam odpoczynek. Zejście do podziemi, by doceniać życie.

Ile w tym spokoju. Ile ciepła w zimnie.
Ciemność zimy wcale nie przeraża. Nie przeraża, jeśli nosisz światło w sobie i umiesz sobie rozświetlać mrok. Nie przeraża, gdy wiesz, że rzeczy muszą się zmieniać, wszystkie rzeczy oprócz miłości, która prowadzi ten świat. Która łagodnie przepływa przez każdy cykl, każde zmiany.

Wierzę, że to będzie spokojna zima. Mimo wielu łez, cudzych ale pewnie i moich. To będzie ciepła zima mimo mrozu i wielkich wiatrów. To będzie jasna śniegiem zima w ciemnych nocach.
Ciepło i spokój. Czekanie na dłuższe dni. Zapach słodkich świec i korzennych przypraw.
Wszyscy przeżyjemy zimę, obudzimy się wiosną.
A teraz możemy mieć piękne sny. Teraz możemy odpocząć jak wszystkie nagie drzewa. Jak niedźwiedzie które zeszły do łona matki ziemi. Jak nietoperze na strychach.
Teraz możemy śnić najpiękniejszy sen, w zamieraniu, w śmierci świata i kiełkach wielkich potencjałów, wielkich zmian. Teraz możemy śnić najpiękniejszy sen o prostym życiu. Opowiadać sobie baśnie na dobranoc, bo baśnie pasują tylko do tych długich nocy.
Teraz niedźwiedzica we mnie śpi i oddycha najspokojniej. Ciepłe futro, czerwona suknia jak krew, krew która mimo snu krąży w moich żyłach. Krew, która już nigdy nie przetoczy się przez martwe serca. Takie jest życie. Każde ma swoją zimę.
Każde mimo zimy ma swoją wiosnę w nas.

Teraz możemy najbardziej pamiętać o rzeczach, które się zmieniają i sile miłości, która nie przemija, mimo śmierci, mimo zmian wśród żywych.
Teraz można chłonąć spokój i czerpać światło ze swojego serca, a nie szukać go na niebie. Choć, gwiazdy najbardziej świecą wśród mrozów.

To będzie dobra zima. Mimo wszystko. Pomimo. To po prostu dobre życie, bo jest życiem.

Piszę do niego mimo wszystko, bo jednak się martwię, bo nie wiesz nigdy, kiedy ból uderzy. Wiem, że sobie z nim poradzi, ale chcę być przy nim. Chociaż on musi radzić sobie sam. Jest dorosły. Jest silny, choć tego nie widzi. Nie widzi, bo jeszcze nie umie siebie kochać. Może teraz się nauczy?
Może nauczy się już teraz, podczas tej zimy. Gdy pewien kamień spadł mu z serca, tak jak spadł i mi, mimo wszystko, gdy zmarł mój ojciec. Choć wtedy była wiosna i nie było miejsca na sen. Na długie opowieści wieczorami.


Ale teraz mamy już zimę, przenika naszą skórę aż do szpiku kości, zsyła nam sny i spokój. Mamy zimę i to będzie dobra zima. Czujecie?


wtorek, 24 listopada 2015

O tym, że trudno być bezstronnym obserwatorem gdy kocha się obie strony małych miłosnych zbrodniarzy, czyli krótka opowieść o pewnym papierosie palonym pod drzwiami mojej kamienicy.

Nie przejmuję żadnej ze stron.
Staram się nie doradzać, nie zabierać stron, nie uczestniczyć w cudzym chaosie, który jest moją winą. Staram się nie mówić za wiele. Staram się być dla każdego po kolei.
Nie jestem sędzią. Nie jestem oskarżycielem. Nie jestem obrońcą. Jestem nimi wszystkimi po kolei.

To wcale nie jest takie łatwe. Nie tak łatwe, gdy wiesz, że jeśli powiesz jedno, ulżysz jej, ale jemu zaszkodzisz. Jeśli powiesz drugie, może jemu ulży, ale ona będzie zdradzona. Nie jest takie łatwe, gdy widzisz i chcesz naprawić, naprostować. Gdy wydaje ci się, że możesz i tylko ostatni głos rozsądku podpowiada ci, że ta sprawa nie należy do ciebie, choć ty poczuwasz się do odpowiedzialności.
Może ci się wydawać, że zbawisz świat. Może ci się wydawać, że gdybyś powiedziała coś wcześniej, to może wszystko ułożyłoby się inaczej. Gdybyś zatrzymała pewne ruchy, gdyby pewne zdarzenia nie prowadzone przez ciebie za rękę nie dokonały się jak samospełniające się przepowiednie.

Wiedziałaś? Wiedziałaś. Ale nie mogłaś nic zrobić. I choć nikt tak naprawdę nie zstąpił do piekieł ani na ziemię, bo nikt nie był w niebie- nic nie będzie takie samo.
Nie chciałaś się wtrącać od samego początku, ale to robiłaś, gdy za dużo wypiłaś, padało za dużo słów. Widziałaś potencjał, widziałaś możliwości, widziałaś coś, co się może narodzić, jak lekarz pod usg badałaś ten płód. Nawet ten na pierwszy rzut oka bywa poroniony. Ten chyba od samego początku nie miał szans na przeżycie. I na pewno nie ty mogłaś go uratować. To rodzące się uczucie, rodzące na zgliszczach poprzednich, złamanych serc. Rosnące na zrastających się kościach złamanych przez pewne rzeczy ludzi.
Przypadki niewyleczalne, nie w ten sposób?
Widziałaś, że mogło być inaczej. Nie było.

Nie chciałaś się wtrącać, od początku. Gdy słyszałaś zachwyty i jej i jego, gdy tylko się poznali, gdy widziałaś to zachłyśnięcie się drugim człowiekiem i rodzącym się jakby-uczuciem, jednak trudno było powstrzymać słowa. Nie chciałaś się wtrącać, ale zaczęłaś sama snuć pewne plany. Dałaś się ponieść jej ciekawości i jego dziwacznej euforii, że może w końcu dogada się jeszcze z kimś... Może pójdziemy najpierw w trójkę na Cytadelę, będzie wam łatwiej. Może powinnam być buforem i się wtrącić. A może w ogóle nie powinno mnie być. Może idź sam, masz adres. Może po prostu poczekaj na klatce, wpuszczę cię domofonem i tam sobie posiedzisz, zapalisz papierosa i poczekasz, że niby przypadkiem. Może tak po prostu napisz mu, żeby iść na kawę, on lubi kawę.
Za dużo pomysłów.

Nie chciałaś się wtrącać, gdy słyszałaś pierwszy gniew i rozdrażnienie. Ich wzajemną irytację, gdy poznawali się bardziej i wychodziły na wierzch jeszcze bardziej ich rysy, blizny, zranienia na charakterze i duszy. Nie chciałaś, ale gdy ona piła wino wolałaś go tłumaczyć. Mówiłaś o tym, że on przecież jest taki a nie inny i to nie jego wina. W godzinnej ponad rozmowie tłumaczyłaś mu, że może nie wolno się tak nieelegancko wycofywać, że nie przystoi mężczyźnie. Nie chciałaś się wtrącać, gdy umierała pewna niewinność wyobrażeń, gdy zmieniała się rzeczywistość, gdy wszystko stawało się tak realne, że on chciał uciec a ona czuła, że on się wymyka. Bo taki jest. Złożony z lęków ale i piękna. Nie chciałaś się wtrącać a jednak tłumaczyłaś jak małym dzieciom, że jedno nie powinno tak denerwować się na drugie, bo każde z nich ma coś dziwnego pod skórą, coś jak okruchy dawno połamanych kości, jak wrząca lawa, która niszczy normalne ludzkie relacje. Tłumaczyłaś, czasem przyjmowałaś ciosy, które przeznaczali dla siebie, ale to to byłaś buforem i udawałaś, że nie szkodzi. Nie szkodzi, że to na tobie ona wyładowywała się tygodniami, że on obrażał się na ciebie zamiast na nią i milczał całymi dniami również, gdy to ty chciałaś z nim rozmawiać, nie tylko ona.

Idealizowanie zniknęło już dawno, ale nadal nie było rzeczywistości. Chciałaś się, zirytowana już gdy nastąpiły oczywiste wyznania, wtrącić, zamykać na balkonie podczas zimnych nocy. Powstrzymałaś się z trudem, żeby tego nie zrobić, żeby nie zmusić ich do tego, żeby sobie pewne rzeczy wyjaśnili w cztery oczy, pod twoim delikatnym nadzorem strażnika zimnej nocy.

I niby nic się nie stało. Nic się nie stało, a ty nadal nie obierałaś żadnej ze stron, nie zrobiłaś niczego, czasem tylko palnęłaś głupotę. Nic się nie działo, coś wisiało w powietrzu ale wcale nie obumierało. Ty żyłaś między nimi, swoimi przyjaciółmi przecież, lawirując tak nieudolnie, że powinno to wywołać aż śmiech. Niechcący zdradzając oczywiste sekrety. Podpowiadając niechcący ruchy, które nie należą do ciebie.
Nie przejmując żadnej ze stron. Obie kochając. Kochając obie tak, że czasem wywoływało to zazdrość. Zazdrość, która była przedziwna. Bo dotyczyła obu stron. Każde zazdrosne o każde i ty w tym galimatiasie. Powód do zazdrości i jego rozwiązanie.

Wreszcie jedno zdarzenie, jedno, w którym to tobie złamano serce. Ale to nic, bo ty się pozbierałaś, zawsze szybko się zbierasz, choć czasami czujesz nadal drgawki i wymioty pod sercem, gdy zostawiasz samych w pokoju...to nic. Nic, bo życie toczy się dalej.

Ale wtedy złamano tobie serce. A i ona złamała w kolejny sposób swoje. I złamała jemu. Ty prawie też to zrobiłaś. Chory trójkąt, w którym nikt nie jest zadowolony. Chory trójkąt, w którym każdy ruch mógł prowadzić do tragedii. Chory trójkąt, w którym padły różne dziwne wyznania, których nikt nie chciał usłyszeć. W którym padły słowa pełne gniewu i pożądania, słowa pełne zawiści i goryczy. Upadły ostatnie wyidealizowane obrazy. Od pioruna tej burzy spłonął prawie cały las.

Prawie cały las, bo jednak tak wiele przeżyło. I to ty wszystko uładziłaś. Przytulałaś ją i jego, jednocześnie w swoim i ich bałaganie, który nastąpił, leczyłaś swoje serce. Nadal leczysz.
Wybiłaś mu z głowy chory pomysł, że powinnaś wybrać, że on cię rani samym tym, że jest,
Wybiłaś jej z głowy chory pomysł, że powinna się przeprowadzić, że nie będziesz mogła na nią spojrzeć. Życie potoczyło się dalej, choć umarła cała niewinność. Choć rajski ogród Edenu musiałaś na nowo budować na dobrze znanej sobie ziemi.

Umarła jednak ostatnia resztka niewinności, umarł jakikolwiek możliwy obraz.

Po powodzi z wody wypływa tak wiele trupów. Nabrzmiałe brzuchy gnijących koni. Resztki wyniesionych przez fale dorobków cudzego życia. Po powodzi zostaje wiele historii, wychodzą wreszcie na światło dzienne.

Gdy wody opadły, gdy opadły emocje te niszczące, te toksyczne wreszcie przyszło zrozumienie. U niego i u niej. Ona szuka go w każdym mężczyźnie. On stoi nocami pod drzwiami gdy kamienicy paląc papierosa i nie myśli wcale o pierwszej miłości, niezaznanej, a o drugiej, w ogóle nierozpoczętej. Ona chodzi na randki i nie myśli że to niemożliwe nie dlatego, że kto inny zmarł, ale dlatego, że ten uciekł w lęku i gniewie. On w końcu zaznaje cielesności ale wcale nie myśli o tym, z kim to robi, myśli o wyjeździe na stałe z tego miasta i niedługiej śmierci matki i grzebie wszelkie szanse na wspólne szczęście.

Oboje wędrują po mieście w poszukiwaniu czegoś, co utracili, nawet nie mając, oboje chodzą po tym mieście, powtarzają swoje kroki, ale nie spotkają się nigdy. On uznał, że tak będzie lepiej. Z wiosną być może oboje zaczną nowe życie, on w mieście swojego dzieciństwa, ona po prostu. On twierdzi, że tak będzie lepiej, mówi ci o tym godzinami, d znudzenia, jakby sam się w tym upewniał. Ale ty się nie wtrącasz. Nie możesz. Samym tym, że jesteś, za dużo już namieszałaś. Samym tym, że jesteś namieszałaś bo inaczej, być może powtarzane w tym mieście kroki wcale by ich nie obchodziły.

Ty się nie wtrącasz. I tak za dużo już namieszałaś. Nie bierzesz żadnej ze stron. Czujesz, że tak nikogo nie zdradzisz. Czujesz, jakbyś zdradzała ich oboje, nic nie mówiąc, nie uprzedzając o planach, choć serce ci się łamie. Masz świadomość jej łez, masz świadomość jego kolejnej paranoi. Nie możesz nic poradzić, choć myślisz sobie, że może gdybyś jednak zamknęła ich na tym balkonie...tylko do czego by to miało doprowadzić? Do happy endu? Masz wrażenie, że jakikolwiek happy end nie byłby możliwy. Za dużo napięć. Zbyt dziwny trójkąt, w którym tylko ty umykasz do innej miłości, do ramion innego mężczyzny. Masz wrażenie, że to wszystko było z góry skazane na porażkę. Więc jaki w ogóle był w tym cel? Czy jakiś w ogóle był? Okaże się pewnie po latach, wzdychasz ciężko.

-Teraz nas boli, wylejemy bezsensowne morze łez, bo tak naprawdę nic się nie stało. Nic nie było, a było za dużo. I teraz nas boli, ale za parę lat nie będziemy prawie o tym pamiętać. Albo po prostu się czegoś nauczymy.- mówi on, siedząc obok mnie na kanapie z zamkniętymi oczami. W tle leci ta piosenka, ta, która pewnie i jej kojarzy się z nim. Mówi, bo co ma powiedzieć?
Wiesz, że ma cholerną ochotę na papierosa, a u ciebie już nie wolno palić. Ale nie wyjdzie na korytarz. Bo boi się, że wpadnie na nią, jeśli będzie wracać z pracy, ze akurat tym razem później tramwaj, akurat wtedy. Bo może wcześniej wyjdzie z pracy?

Babe, there's something tragic about you.

Jest w tym wszystkim coś tragicznego, ale coś pięknego. Nadchodzi zima, myślisz sobie i nadal postarasz się nie wtrącać.
Będziesz i przy nim, gdy umrze jego matka. Będziesz przy jego kolejnych paranojach. Będziesz przy nim, gdy będzie się pakował przed wyprowadzką i panikował, jak to on. Będziesz przy nim, gdy poczuje się osamotniony w nowym mieście, w innym kraju. Byłaś przy nim gdy raz postarał się pożegnać jak mężczyzna, zamknąć rozdział, choć cholernie nieudolnie jeszcze.
Będziesz przy niej, gdy będzie nadal walczyć z codziennością. Będziesz znosić jej zmienne nastroje, jej płacz. Będziesz przy niej, gdy będzie walczyć z pracą, a może o pracę. Byłaś przy niej choć za mało, tak jakbyś ją zdradzała, gdy on się pożegnał, choć nie umiałaś jej uprzedzić, nie mogłaś, że wreszcie to zrobi. Że zamknie ten rozdział, on o tym zdecyduje nie pytając nikogo o zdanie.

Będziesz, jeśli oni nadal będą chcieli, jeśli w ogóle będą chcieli przez to wszystko, a w powietrzu zawsze będzie się snuć zapach choroby, która dotknęła troje ludzi. W powietrzu zawsze będzie wyczuwalne napięcie, małe igły wbijające się w ciało, gdy przy niej powiesz jego imię. Gdy przy nim powiesz jej imię. Wspomnisz nieroztropnie.

Nie chcesz zdradzić żadnego z nich. Zdradzasz oboje. Miłość to tak ciężka sprawa, gdy nie rodzi się między kimś, chociaż mogła, gdy rodzi się tam, gdzie nie powinna i kładzie się długim cieniem na cudzej przyszłości, gdy istnieje między jednymi ludźmi którzy są blisko i bywa zawadą dla innych ludzi, którzy blisko już nigdy być nie mogą.
Nie chcesz wybierać. Wobec każdego coś tracisz. Nie chcesz się wtrącać. Wiesz, że mogłabyś powiedzieć więcej i to pomogłoby na chwilę, ale nie możesz powiedzieć, bo popsujesz wszystko inne, na dłuższą metę.

Ciężko być między młotem a kowadłem. Ciężko być mniej sprytnym podwójnym agentem, który nie zdradzając nikogo, zdradza oboje. Który kochając oboje musi nieraz milczeć w najważniejszej dla cudzego serca sprawie.
Czujesz się więc brudna. Czujesz się nie fair, w stosunku do nikogo nie byłaś fair tylko dlatego, że próbowałaś być wobec każdego z nich. Czujesz się tym zmęczona. Czujesz się zmęczona, swoim nieudolnym lawirowaniem i ich, nieporuszaniem tego tematu, choć trzeba. Czujesz gorycz w ciemnych oczach i widzisz ten bezbrzeżny smutek w tych szarosrebrnych.
Widzisz to ciężkie spojrzenie srebrnych oczu, tak podobne spojrzenie do tego z teledysku, ciężkie spojrzenie gdy pada jej imię w rozmowie, gdy ucicha muzyka.
Jeszcze nie wiesz, jak porozmawiasz z nią o tym wszystkim. Jakoś musisz. A może to będzie kolejny trup w szafie. Sama nie wiesz. Jakoś to się potoczy. Jakoś to się ułoży.

Nie stajesz po żadnej ze stron ale jesteś tym bardziej zmęczona, niż gdybyś walczyła w każdej z wojen, która się toczyła pod stopami.
Nie jesteś po żadnej ze stron, ale kochasz oboje. I dlatego tak zostanie. A z czasem...z czasem wszystko się ułoży. Uspokoi. I żadne imię być może nie będzie powodować łez, gdy już stopy nie będą chodzić po tym samym mieście.
Każde z nich ułoży swoje życie po swojemu. Z inną kobietą, z innym mężczyzną. W tym lub innym mieście. Mniej lub bardziej szczęśliwie. Z pisakiem na plaży które on kocha, z koszami piknikowymi które są dla niej. I ze sznurem dla przeszłych miłości.

Koniec i początek. Sieć powiązań, której oczka być może się rozplotą, choć rany w sercach zostaną na zawsze. Ale ty się nie wtrącasz. Starasz się nie wtrącać. Co innego możesz zrobić?
Nie bierzesz żadnej ze stron.
Pozwalasz sobie tylko kochać.

-Zapomniałem książki. Jestem jeszcze pod kamienicą. Podrzucisz?:>- dostaję smsa. Tak jakbym uwierzyła, nadal chciał podtrzymać kłamstwo, że przyszedł pilnie po książkę zamiast porozmawiać o tym, co zrobił, zaraz natychmiast, chociaż miał przyjść jutro.
-Już schodzę.
Wychodzę przed kamienicę, a on pali papierosa. Daję mu książkę.
-Czemu tu stoisz? Na korytarz bałeś się wyjść.
Wzrusza ramionami. Nie musi mówić. Ja wiem. Ja rozumiem. Jednak czeka. Jednak chce być przyparty do muru, zdaje się na los, choć sam postanowił inaczej. Jednak stoi i pali papierosa.
Pewnie to nie ostatni spalony szlug pod moimi drzwiami.
Nie, nie pod moimi. Pod jej drzwiami.



Kochanie, wyglądasz znajomo,
jak moje odbicie w lustrze sprzed lat
Idealizm siedział w więzieniu
Rycerskość zginęła na ostrzu noża.

Niewinność umarła krzycząc
Kochanie, spytaj mnie, powinienem wiedzieć
Przypełznąłem tu z Edenu

Tylko żeby usiąść pod twoimi drzwiami. 

poniedziałek, 23 listopada 2015

O roku który minął tutaj jak mgnienie oka, czyli o strumieniu świadomości i iluzji, w której wspólnie się zatapiamy

Listopad prawie przeminął niezauważenie.
Dni, których wyczekiwałam z niepokojem w październiku, dni których szarości, deszczu i wiatru tak się bałam, przemknęły zamknięte w milionie emocji. Lecz nie emocji szarych i pełnych łez. A emocji ciepłych, pachnących ożywieniem płynącym z deszczem, a nie oszustem słoności, oszustem które udaje, że twarz wcale nie mokra, że tylko przez bieg do domu w strugach łączących niebo i ziemię.
Listopad nadszedł i wcale nie okazał się katastrofą. Wcale nie okazał się smutkiem, szarpaniem serca. Okazał się spokojnym przygotowaniem do zimy. Okazał się być ciepłą jamą, w którą mogło wpełznąć moje szukające schronienia serce.
Okazało się znów, że to serce nie ma się przed czym chronić, bo wszelkie tęsknoty mają w sobie piękno, a i melancholia spadających liści ma w sobie niepowtarzalną magię. Krótkie dni w czasie których oddycha się intensywnie, długie noce w których oddech jest spokojny i tylko czasem w moje sny wlatują nietoperze.

Te mnie prześladowały. Nietoperze w snach, dla jednych symbol śmierci, dla innych symbol pożądania. Dwa przeciwstawne pierwiastki, byłbyś zadowolony doktorze Freud. Wlatujące do mojego domu, w którym się chronią przed zimą. Wlatujące raz za razem do domu, w którym raz jedna kobieta, raz inna. To jak uczyłam każdą z nich żyć z nietoperzami.
Wędrując rano do pracy po przebudzeniu, nie widziałam już jeży. Czasem właśnie spotykałam nietoperze, które jeszcze nie uciekły przed zimą, łowiły ostatnie owady. Dziwne nie-ptaki nocy. Dziwne, wspaniałe i wcale nie przerażające. Chciałabym je złapać i podziwiać ich kruche skrzydła, ich rozczapierzone między kruchymi paliczkami błony, które pozwalają im wzbić się ponad ziemie. Które pozwalają im żyć i latać między kroplami listopadowego deszczu, zanim przyjdzie śnieg.

Listopad prawie minął niespodziewanie, jak niespodziewanie minął rok. Rok od śmierci, rok od kolejnego nowego życia. Rok zakończeń, rok początków. Rok tęsknoty ale i wspaniałej miłości. Przeminął jak pstryknięcie palcem i tylko w ostatnim momencie, na skraju pozwolił obejrzeć się za siebie i zapytać, im byłam, kim jestem.
Zapytać, czy jest się iluzją?
Ale ten rok pozwolił obejrzeć się za siebie i zrozumieć wiele spraw. Ułożyć w sobie. Odzyskać znów pewien spokój, spokój pewności, że przeżyje się wszystko. Po raz kolejny.
Koniec świata i apokalipsa, narodziny nowego świata stopione w jedno. Jak naturalnie. Jak nieprzerwanie. Materia i energia, wąż który zjada własny ogon. A ty jesteś na jednej z wielu łusek i nie widzisz całego obrazu. Masz tylko przebłyski.

Listopad prawie przeminął.
Gdy chodziłam do pracy, gdy leżałam skulona pod kocem, z herbatą w ręce, czytając kolejne książki. Cudze opowieści, jakby były najprawdziwszymi, jakby były opowieściami przyjaciół. Ponoć, w każdej opowieści jest tyle prawdy, ile sami chcemy dostrzec.

Spokój i trochę odcięcia. Od tego miejsca, od ludzi, których tu poznałam. Chęć, łaknienie poznania nowych całkiem. Zderzanie się innych wszechświatów, zderzanie się z planetami, które niekoniecznie wiedzą o zeszłorocznej tragedii i nie mają powodów by pytać, jak się z tym czuję.
Kocham poznawać ludzi. Być może, kocham im nieraz pokazywać wygodne dla mnie w danym momencie twarze. Wygodne na tyle, że nie muszę się z niczego tłumaczyć, póki nie poznają mnie na wskroś.

Kocham poznawać nowych ludzi, zderzać się z cudzymi atomami, rozniecać iskry w neuronach gdy nawet nie znają mojej twarzy tylko te literki na ekranie, literki przed oczami. Kocham w jakiś sposób przedstawiać im swoje imię i początki historii, zanim złożą wszystko w całość. Ale w głowie zawsze roi się pytanie, jak wiele z całości drugi człowiek tak naprawdę może pojąć? Jaką część mnie tak naprawdę, a ile sam sobie dopowie?

Poznałam w listopadzie wielu ciekawych ludzi, którzy nawet nie widzą mojej twarzy. Poznałam ich wcześniej, ale w listopadzie zacieśniłam więzy. Trochę odeszłam od tych, do których przyszłam tu przed rokiem. Od tych, którzy poznali mnie przede wszystkim przez pryzmat jednej z najintymniejszych historii i wcale nie przez moje imię.

W weekend, w sobotę 21 listopada minął rok, od kiedy, przez cudze namowy i własne postanowienia napisałam tutaj pierwszego posta.
Rok, od kiedy po malutkiej tragedii dla całego świata, niezauważalnej, a po wielkiej apokalipsie dla intymnego świata niektórych ludzi wróciłam w wirtualne świat, światy blogów. Światy, których w sumie nigdy do końca nie opuściłam.
Minął rok od kiedy on umarł, od kiedy dostałam list przez który postanowiłam tu przyjść. Minął ponad rok od kiedy zasiadłam przed wirtualną kartką i po prostu zaczęłam pisać, choć tak wiele się we mnie blokowało, blokowało wielkim strachem.
Bo kim byłam dla was przed rokiem?
Tym, który przyszedł jak bezpański pies w mrozie, skomląc pod drzwiami? Kimś osamotnionym, z wielką dziurą pod sercem? Kimś, kto dalej walczy?
Dla kogo z was moje przyjście było niesmaczne? Ilu chciało widzieć we mnie zastępstwo słów tamtego człowieka, choć od samego początku mówiłam, że nie, nie jestem nim nigdy nie będę? Ilu z was wchodziło na ten adres, tylko dlatego, że czasem o nim wspominałam? Tylko dlatego, że czasem grzebałam w swoich wspomnieniach i się nimi dzieliłam?
Ilu z was chciało ukoić swój ból, traktując mnie jak plaster, jak potem usłyszałam? Dla ilu z was moje imię było po prostu moim imieniem?
Te wątpliwości szarpały mną od samego początku. Te wątpliwości sprawiały, że byłam zła, zła, że on zmusił mnie do pisania, jakby właśnie wymyślił sobie, że trochę takim zajęciem załata mi dziurę pod sercem i może trochę w sieci zatka dziurę po sobie, bo zawsze mówili, że słowa miewamy podobne, jak miałam i podobne pociągnięcia pędzla z Vincentem.
Ale nic z tego.

Przyszłam i zostałam. Ja jako ja. Tak po prostu. Kobieta, obdarta z początkowej tajemnicy, kim jest i dlaczego tu jest. Ta kobieta, której jednak nikt zupełnie nie znał. Czasem mógł sobie tylko wyobrażać.
Przyszłam tu i zostałam, wcale nie jak bezpański pies, choć parę osób chciało mi takie jarzmo narzucić. Wcale nie jak orędownik wielkiej żałoby, choć nieraz o jej brak słyszałam pretensje. Znalazłam własne miejsce, nie tylko do wylewania żalu,choć tak często jego rzeki rozbijały się o skaliste brzegi cudzych spojrzeń.
Znalazłam własne miejsce i wielu wspaniałych ludzi. Nie tylko tych, którzy znali jego. Nie tylko tych, których, jak się śmiałam potem z Redcar, zostawił mi w spadku. Wielu innych, którzy chcieli poznać moje imię i moją historię od całkiem innej strony. Moje wspomnienia, a nie cudze, naginane przez podobną do mojej tęsknotę.

Przyszłam tu przed rokiem, może z nie do końca dobrych jednak powodów. Ale zostałam i zadomowiłam się. I mogę dalej tworzyć swoją iluzję.
Dlaczego iluzję?
Już jakiś czas zastanawiam się, ile w nas nieraz na blogach prawdy. I to nie dlatego wcale, że chcemy kłamać. Nie oburzajcie się, nie zarzucam nikomu na blogach kłamstwa czy aktorstwa, w każdym razie, nie zamierzonego.
Ale dlatego, że gdy spotykają się dwa różne światy, dwojga różnych, odrębnych istot, zaczyna się przedziwna gra. Nie tylko na blogach, nie tylko w świecie wirtualnym- choć, tu, w tej przestrzeni bez dosłownego dotyku rąk ten spektakl jest najbarwniejszy i pełen najjaskrawszych strojów.

Widziałam, jak wielu ludzi pisze, że tutaj, na blogach poznajemy przede wszystkim swoje dusze, bez żadnej otoczki. Z jednej strony nie sposób się z tym nie zgodzić. Z drugiej strony,mam wrażenie, że tu nieraz poznajemy je najmniej przez wyobrażenia, jakie miewamy w stosunku do drugiej strony.
Wystarczy przecież pięknie nieraz dobrać słowa. Wystarczy ładnie napisać o wyjątkowym dniu, nie mówiąc o codziennych trudach, o tym, co zjadło się na śniadanie, o tym, że miało się biegunkę, o tym, że miało się mordercze myśli wobec kolegi z pracy. Wystarczy ładnie napisać i bać się nieraz zepsuć swój „image” nie chcąc innym smęcić. W prawdziwej rzeczywistości nieraz, w codziennej bieganinie i zmarszczonym czole ten ból byłby być może jeszcze bardziej widoczny.

Być może, to po prostu różne płaszczyzny. Wcale żadna z nich nie jest oszustwem, nie zrozumcie mnie źle. Ale znów, nie poznajemy całej duszy, tu, w wirtualnych domach. Poznajemy jej fragmenty na tyle, ile ktoś chce nam pokazać. Czasem te znajomości okażą się pełnią i dotyk okaże się idealnym uzupełnieniem tego, co widzimy w słowach. Czasem po spojrzeniu w oczy przychodzi ogromne rozczarowanie, rozczarowanie wobec własnych wyobrażeń i, być może, pragnień widzenia czegoś w drugim człowieku. I wcale nie szkodzi. Tak po prostu jest w życiu.

W rzeczywistości, tej namacalnej, w rzeczywistości wirtualnej, na blogach, w wielu innych miejscach, w kawiarniach i pociągach, w pracy i szkole tworzymy własną iluzję. I wcale nie kłamiemy. Może po prostu całość nas składa się z wielu twarzy, wielu masek. Może nasza rzeczywistość składa się z wielu rzeczywistości, a żadnej nie można degradować wobec drugiej, jak kochają to robić niektórzy.

Bywamy w różnych miejscach, w różnych miejscach mamy różne twarze. Mamy tylko jedną pewność, to, jak sami odczuwamy siebie. Jak widzą nas inni? Co o nas myślą? To nieraz chyba już po prostu nie nasza rzecz. Nie nasza, choć tak bardzo sami chcemy zanurzyć głowę w strumieniu cudzej świadomości, jak napisała Nosowska w tekście jednej z piosenek Hey.

Mam tylko pewność dla siebie kim jestem, kim bywam w różnych miejscach. W każdym tak samo ja, ale w każdym trochę inaczej odbierana. „Mam cudownie pojebaną i skomplikowaną osobowość”, napisano mi ostatnio. Mam wiele twarzy, być może.
Wiem, kim jestem dla siebie i w domu i w pracy i pisząc tutaj. Wiem, że kocham każdą tą rzeczywistość, każdą tą najprawdziwszą iluzję. Kim jestem dla was? Tylko wy sami wiecie. Jak mnie widzicie, co o mnie sądzicie. Jaka zjawiam się przed waszymi oczami, gdy czytacie moje słowa. Jednak tu wracacie, jednak rozmawiamy. Czy widzicie mnie bardziej mną, czy mniej. Może nie ma to znaczenia.

Jestem tu od roku, dziwne wypadki pokierowały moimi krokami, a raczej palcami, które już ponad rok piszą tutaj najprzeróżniejsze słowa, składające się w jakąś całość w wszej wyobraźni. Składające się nieraz w coraz to bardziej zacieśniające się więzy i relacje, które przechodzą na kolejne płaszczyzny życia. Na telefony, smsy, spotkania. Na usłyszenie tembru głosu, na uściśnięcie dłoni, wypite razem piwo. Na prawdziwe kumpelstwo albo przyjaźnie. Na obojętność niektórych.

Jestem tu już rok, który minął niespodziewanie, jestem tu cały listopad, choć mnie nie było, bo przeminął jak krótki przebłysk słońca między kolejnymi deszczami.
Rok całkowitej iluzji i prawdy. Rok wielu znajomości w spadku, które przerodziły się w moje, rok nowych spotkań, zderzeń z ludźmi, którzy byli ciekawi po prostu mojego imienia. Rok ważnych doznań i poznań, zacieśniania więzi. Prawdziwych chęci poznania drugiej istoty, zrozumienia jej świadomości, zamartwiania się o cudze problemy nieraz tutaj opisywane, prawdziwego zamartwiania i troski. Rok prawdziwie zawartych tu jednak przyjaźni, rok wielu padających słów, od których się wszystko zaczyna. Rok pokazywania kim jestem w środku i cudzych nieraz przejaskrawionych wyobrażeń, ale i rok prawdziwego nieraz zrozumienia tych właśnie słów i tych spraw, o których mówię piszę. Rok zrozumienia mnie prawdziwej w tej przestrzeni.
Rok całkowitej prawdy i iluzji, jakimi zawsze są blogi.

Jestem tu już rok, choć w połowie zamierzałam się poddać. Ale nic z tego. Zadomowiłam się na dobre i zostanę na dłużej. Jeśli chcesz dalej poznawać, kto jest w środku....cóż. Wiesz, gdzie mnie szukać. Nigdzie się nie wybieram.
I mam nadzieję, że i ja będę mogła poznawać przez kolejny rok ciebie. Twoje troski, twoje radości. Pozwolisz mi się prawdziwie martwić, pozwolisz mi dzielić słowa, słowa, słowa, te szklane wieże budowane na fundamentach z piasku. Pozwolisz mi ze sobą dyskutować, rozmawiać, wymieniać poglądy. Zderzać się. Pozwolisz mi poznać swoją prawdę i iluzję, te, które zechcesz mi pokazać.
A może, kiedyś wszyscy spojrzymy sobie w oczy.
Bo ja, w przeciwieństwie do niektórych, kocham się zderzać naprawdę.



Chciałabym móc zanurzyć swoją głowę
W strumieniu twojej świadomości bezpowrotnie
Chciałabym przez judasze oczu
Twoich łagodnych spojrzeć
Kto tam?

Kto jest w środku?

wtorek, 3 listopada 2015

O dojrzewaniu do spokoju w muzyce Tracy Chapman i znajdowaniu w dojrzałości w ogóle sporej ilości piękna.

Ta piosenka chodziła za mną od paru dni. Wzięła się z przypadku, z zimna listopadowych poranków, z pełnego słońca południa krótkich dni. Wzięła się znikąd, przypomniała mi się, wychyliła nieśmiało z zakamarków umysłu. Nie uzyskała prawa głosu, kiedy pewnego wieczoru Redcar robiła za naszego dj-a w mieszkaniu, nie mogła wybrzmieć, gdy wczoraj szłam tak wcześnie spać.
Ale przyśniła mi się. Przyśniła, choć wcale w tym śnie nie jechałam szybkim autem donikąd. Nie czułam się pijana prędkością. Ale w tym śnie czułam, że dokądś nalezę. I że jestem kimś. Już jestem.
Fast Car Tracy Chapman włączyłam od razu po przebudzeniu, po porannym rozciąganiu kręgosłupa w pierwszych promieniach słońca. Włączyłam i ...wzruszyłam się jak nigdy. Tyle razy słyszałam tą piosenkę, tyle razy A. wysyłał mi skromną, niewidowiskową Tracy Chapman. Tak prawdziwą ze swoją gitarą na scenie, tak prostą a pełną znaczeń. Piękną.
To piękno odkryłam dopiero dzisiejszego poranka. Ten spokojny, bujający głos. To brzmienie, które w najprostszy sposób trafia do serca i wypełnia je. Dziwną czułością, nostalgią ale i żądzą marzeń. Dziwnym wzruszeniem.

Dojrzałam do Tracy Chapman, pomyślałam, przypominając sobie słowa A. Kiedyś, gdy dyskutowaliśmy jak milion razy na temat muzyki, gdy stwierdziłam, że owszem, jest w porządku, ale jej głos, teksty, kompozycje mnie „nie ruszają” powiedział mi, że do jej muzyki muszę dojrzeć. I kto to mi mówił, on? Starszy o parę lat, ale w pewnych kwestiach zachowujący się jak dziecko. Jeśli ktoś tu jest bardziej dojrzały to...

Ale dzisiaj wzruszyłam się przy Tracy Chapman. Przy prostej, ale tak chwytającej za serce kompozycji Fast Car. I jak się okazało, przy kolejnych. Jej For my lover czy Thinking of you sprawiały po kolei kolejne wzruszenia. Znałam je wszystkie, przecież znałam ale...całkiem, jakbym odkrywała na nowo.
Dojrzałam do Tracy Chapman. Musiałam podzielić się tym z A., który odpisał mi „a nie mówiłem? Tyko nie wiem, czy powinienem się cieszyć...czy smucić”.
Cieszyć czy smucić.

Dojrzałam.
Ostatnio często o tym myślę. W ciągu ostatnich 4 lat przeszłam tyle zmian, widzę je już z perspektywy czasu. W ciągu mijającego roku, zmieniłam się tak bardzo i odkryłam wiele prawd, powiązań. W tych zmianach stale nieśmiało przebijało się to słowo. Słowo mające tyle znaczeń. Bez żadnej konkretnej definicji, choć przecież tak oczywiste. Przywodzące na myśl owoce w sadach.
Dojrzałam. Czy na pewno?

Nieraz mówimy, że w życiu musimy dojrzeć do pewnych rzeczy. Do muzyki, do smaków, do książek. Musimy dojrzeć do życia. I często mówimy to z wielkim smutkiem. Tak, jakby dojrzewanie wiązało się ze smakiem goryczy, ze smakiem przychodzenia pewnych oczywistości, które zabijają jaskrawy kolor świata, ten, który znaliśmy, gdy byliśmy dziećmi. Nieraz słyszałam, że dojrzewanie jest jak umieranie.
I może coś w tym jest. Coś...pewne półprawdy. A tych boimy się najbardziej, bo skrywające się w nich mądrości są o wiele trudniejsze do odkrycia, niż lęki, które wzbudzają. Dlatego tak wielu boi się dojrzewania. Dlatego tak wielu chce zostać Piotrusiem Panem. Też kiedyś chciałam.
Tez kiedyś nie kochałam smaku wytrawnego wina, wolałam pić słodkie.
Nadal kocham słodkie wina ale...nie mogę pić ich stale.

Teraz dopiero rozumiem, że słodkie wino z czasem mdli. Teraz dopiero doceniam wymieszane smaki na podniebieniu. Cierpkość na języku, która daje taką samą, a może i większą rozkosz, jaką daje słodycz. Mniej oczywistą, bardziej złożoną. Ale i tego z czasem musiał nauczyć się mój język. Tak jak moje życie musiało się nauczyć, że szczęścia nie odkrywamy tylko w oczywistym blasku słońca. Tak jak moje życie musiało się nauczyć, że słodycz bez żadnych innym posmaków nie ma żadnego znaczenia, jest pusta i jałowa.

Kiedyś kochałam tylko wielkie uniesienia w muzyce. Ostre gitary, dźwięki, które nie mieściły się na żadnej skali. Skandale i prowokacje. Nadal je uwielbiam. Ale doceniam też spokój i prostotę w skakaniu po dźwiękach. Od paru lat mój gust muzyczny zmienia się, uspokaja, normuje. Doceniam piękno nie tylko w groźnym pomruku mocnej gitary basowej, ale zakochuję się też i w cichych dźwiękach gitary akustycznej, która szarpie, szarpie niestrudzenie najczulsze struny rozciągnięte w sercu. Pozostaję wierna Mansonowi i psychodeli Toola. Ale otulam się też dźwiękiem głosu Cat Power. Dziś wzruszam się przy ciepłej barwie Tracy Chapman i jej delikatnej gitarze.
Od wielu lat łagodnieję w muzyce. Nie potrzebuję tylko mocnych doznań. Tak samo łagodnieję w życiu. Rozumiem, że doznania są rozmaite. Mają różne barwy. Nie zawsze trzeba pędzić szybkim samochodem. Czasem można stanąć na poboczu. Pójść na spacer na własnych nogach.
Dojrzałam do innej muzyki, jak przepowiedział mi A. Tak jak dojrzałam do tego, by stwierdzić, że najważniejsze emocje i zdarzenia w życiu człowieka nie potrzebują wybuchających nad głową fajerwerków. Jak dojrzałam do tego, by wiedzieć, że te najważniejsze mówią do nas cicho i łagodnie. Opatulają jak koc w chłodnym mieszkaniu, nie zawsze muszą strzelać iskrami pożaru. Dojrzałam do tego, by wiedzieć, że jestem kimś. Kimś, o kim nie trzeba śpiewać piosenek. Jestem kimś, bo tak mówi mi moja dusza.*

Mam dopiero 25 lat.
25 lat, nieraz nawet tutaj wielu mówiło mi, że wydawało im się, że mam więcej, gdy czytają to, co piszę. Nieraz mówią, że w pewnych sprawach jestem nad wiek dojrzała. Mądra. Nieraz mówią mi, że jestem całkowitym dzieckiem. Jestem bowiem, nieraz nieodpowiedzialnym bachorem, który zapomina płacić rachunki. Ale stale dojrzewam. I mm dopiero 25 lat.

25, tak niewiele w perspektywie całego, długiego życia, jeśli takie się zdarzy. I wiem, jak cholernie dużo jeszcze...nie wiem. Nie rozumiem. Mam tego świadomość, ale ponoć to też świadczy o dojrzałości.
Nieraz wyobrażam sobie siebie jako 40 letnią czy 60 letnia kobietę. Jaka wtedy będę? Każdy ma jakieś scenariusze. Ja widzę tylko swój stale otwarty dom. Widzę wiele, wiele ciepła. A kiedyś nie widziałam żadnego domu, widziałam wielkie koncerty nadal i widowiska. Ktoś inny powiedziałby mi, że wreszcie dojrzałam do swojego kobiecego ciepła. Do swojej czułości. Tak wiele w tym prawdy.

Mam dopiero 25 lat i wiem, że wielu mi powie, jak młodziutka jestem. Nieraz o tym słyszę w swojej pracy. Jestem mężatką ale tak krótko, że według wielu nie wiem, jak naprawdę wygląda małżeństwo. Cóż, nie mogę na pewno porównywać się do tych z 20 letnim stażem. Ale wiem już jak wygląda nasze wspólne życie. I wiem, że przeżyliśmy razem już więcej, niż niejedna para będąca ze sobą 20 lat.
Mam dopiero 25 lat i jestem taka młoda. Choć nieraz mam wrażenie, że lat mam 4000, idąc za Staffem. Nieraz mam takie wrażenie, bo mam 25 lat, a przeżyłam już wiele. I wiem już, że wieku nie liczy się wcale latami, kolejnymi wiosnami, podczas których rodzą się młode jagnięta, jak i ja urodziłam się prawie już 26 lat temu dnia 2 kwietnia 1990 roku.
Czas nie ma znaczenia. Liczy się to, co przeżyliśmy. Kolejne własne śmierci. Liczy się to, czego się nauczyliśmy podczas kolejnych końców świata. Czy staliśmy się silniejsi.
Nie potrafimy liczyć wieku doświadczeniem, bo każdy z nas odczuwa tak różnie, bo każdy z nas uczy się w swoim tempie. Nie da się tego porównać.

Dojrzewanie to przede wszystkim nauka. To umieranie i zmartwychwstawanie. Być może, dlatego tak wielu z nas się go boi. Być może, dlatego niektórzy gorzknieją, zamiast dojrzewać, gdy na linii życia spotykają to, co los dla nich przygotował. I wraz z czasem i zdarzeniami ich serca się kurczą.

Moje serce rośnie. I już nie boję się dojrzewania, nie tak jak wtedy, gdy byłam głupią nastolatką. Czasem, gdy patrzę wstecz zastanawiam się, jak mogłam być tak głupia. Ja mogłam być tak nieraz chłodna i mylić wszelkie pojęcia siły. Ja mogłam być tak zapalczywa nieraz w dyskusjach, nie zaglądać najpierw w cudze oczy, chcąc zrozumieć. Jak mogłam być tak porywcza, bo przecież teraz jestem o wiele mniej. Gdy patrzę te parę lat wstecz, zastanawiam się, jak mogłam być nieraz taka, niemądra, nierozsądna, pogubiona...jak mogłam być po prostu tak niedojrzała, choć wcale tego nie żałuję. Bo wiem, że musiałam taka być, wszyscy dorastamy...a nie rodzimy się z mądrością. Dziwnie urządzony świat. Jedni mówią, że głupio...a mi się zdaje, że najmądrzej.
Jaka ja byłam głupia, wzdycham czasem nieraz, ze śmiechem. Wiem, że gdy spojrzę na siebie z teraz za kilkanaście, kilkadziesiąt lat, pomyślę to samo. Wiem to doskonale, bo już do tego dojrzałam.
Dojrzałam do wiedzy o nauce życia. I wcale, a wcale nie gorzknieję. Kiedyś miałam w sobie więcej goryczy. Dziś mam więcej wzruszeń. Wrażliwości. Ciepła.

Dojrzałam. Dojrzałam w bólu, jakże by inaczej. Nieraz mam wrażenie, że tylko ból i cierpienie mogą nas czegoś nauczyć, choć wiem, że one uczą nas po prostu jaskrawiej niż dobre rzeczy w życiu, także te uśmiechy na ulicy, które spotykamy na co dzień i zderzenia z tymi, których pokochamy.
Dojrzałam więc też i najjaskrawiej przez ból i stratę. Stratę, która potem okazała się też zyskiem. Która nauczyła mnie, że w życiu nic nie dzieje się po nic. Która nauczyła mnie, co to bilans zerowy.
Jednak tak to już było, wiele razy już umierałam i zmartwychwstawałam. Zaznałam wielu ran.
Rany zadane przez odejście bliskich. Przez śmierć. Rany zadane przez próby zrozumienia swojego dzieciństwa. Wszystkie rozbite szkła idealizowanej rzeczywistości, po których nieraz stąpałam, lekko krwawiąc. Wszystkie złe i niedobre w zwyczajnej prozie życia, o które się otarłam. Tragedie, 3 lata temu śmierć przyjaciela, rok temu śmierć kolejnego. Własne ocieranie się o śmierć i prowokowanie jej.
Wszystko to przeżyłam. Nieraz miałam lekko pokaleczone stopy. Nieraz upadałam z wielkim impetem i płaczem na kolana. Nieraz jeszcze upadnę, wiem to doskonale, tak jak wiem, że sobie doskonale poradzę. Nieraz zakrwawię, zapłacze. Ale wiem, że dzięki temu wiele się nauczę. Wiem, że coś stracę, ale i coś zyskam po bólu. Dojrzałam na tyle, by to tez odkryć, by to wiedzieć.

Przeżyłam przez te 25 lat wiele wspaniałych chwil, radości i zachwytów. Przeżyłam przez te 25 lat wielkie i małe tragedie. Tak wiele przeżyłam ich w ostatnich 4 latach. Wtedy to zmieniłam się najbardziej. Najbardziej dojrzałam.
Zmieniła się moja dusza, zmieniło się moje ciało.

Kiedyś gibkie i żylaste, chude i kościste, zwinne, pasowało do mojej chłodnej duszy, która bała się miłości. Dziś moje ciało, duże i miękkie, stale ciepłe, silne jak niedźwiedzie łapy, pasuje do mojego serca, które zaczyna się coraz bardziej otwierać. Do tego, które ma coraz więcej troski o najbliższych, tak wiele wzruszeń. Do tego serca, które jest o wiele silniejsze niż chłodna dusza.
Dojrzałam do tego, by wiedzieć, że to miłość jest siłą, nawet jeśli rani. Dojrzałam do tego, by wiedzieć, że zranienia nie unikniemy w życiu żadnym sposobem i warto wpuścić każdego do domu, choć tak wielu, nawet ci najbliżsi, wcale się ze mną nie zgodzą.
W ciągu ostatniego roku zwłaszcza, moje serce musiało się otworzyć, choć mogło się przecież zamknąć po tym, jak straciłam tego, którego też kochałam, tak bardzo kochałam.
Wybrałam tą ścieżkę. Nie uśmierciłam czułości. Dojrzałam.

Dojrzałam na tyle, by wiedzieć, czym jest dojrzewanie.
Tak często słyszę nie chcę dorosnąć. Tak często słyszę nie chcę się wyzbyć tego, tamtego. Boję się zgorzknieć. Tak naprawdę tylko ten strach prowadzi do zgorzknienia. Bo życie to płynąca rzeka, nie da się go zatrzymać. Zmiany są nieuniknione. I albo sobie na nie pozwolimy, pozwolimy rzeźbić nas strumieniowi życia, jak strumień rzeźbi kamienie. Albo zgorzkniejemy właśnie, zatracamy radość życia, goniąc za ułudami przeszłości, ułudami nastolatka, który nie umie mierzyć się z życiem, dopiero się tego uczy;
Mamy wybór, oczywiście, zawsze mamy wybór. Możemy się zmienić, albo zostać, kurczowo trzymając się obrazu nastolatki sprzed lat, możemy zostać- powoli umierając. I nie uratuje nas żaden pędzący samochód.

Tak boimy się dojrzewania. Całkiem niepotrzebnie. Sama odkryłam, jak może być wspaniałe, sama w sobie, choć tak wiele za to zapłaciłam. Ale może to konieczna cena. Warto jednak doceniać zmiany zachodzące w duszy, w sercu a nawet ciele. Nie możemy być stale tacy sami. Nie możemy wiecznie rozbijać się pędzącymi samochodami, szaleć do utraty tchu. Czasem musimy zmięknąć. Czasem ta miękkość staje się po prostu prawdziwą siłą.

Bo właśnie dojrzewanie nie oznacza tracenia. To ciągłe zyskiwanie, mimo strat na polu życia. To wcale nie gorzknienie i nie umieranie. Umieramy, gdy nie pozwalamy sobie na zmiany. Umieramy, gdy uczepimy się kurczowo jednej wizji życia i nie poddajemy się temu silnemu prądowi, który tak czy prędzej nas porwie. A w nim możemy nauczyć się pływać, albo będziemy tonąć.
Musimy nieraz cierpieć, umierać i rodzić się na nowo. Pozwalać sobie na łzy i uczenie się na błędach. A wtedy dojrzejemy. Wtedy nas wysiłek wyda owoc. Ten czerwieniejący albo żółknący w sadzie, jak na jesień. W jesieni życia. Musimy się uczyć życia i otwierać szeroko oczy, chcąc je zrozumieć.

Dojrzewanie to nie tracenie. To stawanie się coraz silniejszym, rozumienie, czym jest prawdziwa siła i co ona daje. To pewna miękkość, której nabywamy z wiekiem, miękkość, która otwiera nam oczy. To siła w wrażliwości, w pozwoleniu sobie, by ją czuć. To płaszcz z miękkiej skóry, który chroni nas przed zimnem kolejnych zdarzeń, chroni, jak pewność, że cokolwiek nas nie dotknie, to i tak sobie z tym poradzimy. Bo przecież poradziliśmy już nieraz.
Dojrzewanie to wspaniała rzecz. Szerokie rozwieranie oczu na prawdy, które docierają do nas po czasie, po wszystkich zdarzeniach, które w czasie coraz bardziej splatają się ze sobą, tworząc pajęczynę tkaną dla nas przez los. Ciepło dążenia dokądś, podczas gdy i za nami coraz więcej drogi. To duma, że wreszcie ją się przeszło.
Dojrzewanie to coraz nowe oblicza miłości. To zrozumienie jej ciepła.
To spokojne miejsce w środku, na które zawsze można wracać, z którego można czerpać.
To niezachwiana siła we własnej duszy.
Budowanie domu bez ścian, domu, w którym chronimy się sami podczas wichrów i w którym chronimy każdego, którego kochamy.

Mimo ceny, jaką płacę, kocham dojrzewać. A może to wcale nie cena za naukę. Może to po prostu życie, a uczę się ja sama. Nabywając mądrości, mądrości, która daje wszystkie powyższe. Nabywając siły. Ucząc się, jak mocne powinny być nogi, by dźwigać mnie przez resztę życia. Ucząc się, jak szeroko trzeba rozwierać ramiona, by wpuścić jak najwięcej miłości. By samemu rozdać jak najwięcej serca. Bo dojrzewanie sprawia, że rozumie się, że nim właśnie powinniśmy się dzielić.

Mam 25 lat. Mam 25 lat i nieraz mam lat 4 a nieraz 4000 i wiem, że to całkiem naturalne, dojrzałam na tyle, by rozumieć, dlaczego tak jest. Słucham swojej duszy. Nieraz tańczę w deszczu, nieraz chcę wziąć odpowiedzialność za cały świat. Mam 25 lat i nieraz upijam się do nieprzytomności i szaleję na koncertach, nieraz spędzam cały dzień w kuchni, gotując dla tych, których kocham. Nieraz wolę słodkie wino, kiedy indziej wytrawne. Nieraz wolę pędzący, szybki samochód a nieraz powolny spacer. Mam 25 lat i dojrzałam na tyle, by wiedzieć, że wcale nie muszę nieraz wybierać między jednym a drugim. Mam 25 lat i mogę powiedzieć, że dojrzałam, a wiek nie ma znaczenia. Wiem, że zmienię się jeszcze, dojrzeję i pomyślę nieraz, jak mając 25 lat byłam niemądra.


Mam 25 lat, ćwierć wieku, choć to nie ma żadnego znaczenia. Jestem kobietą, pełną ciepła i czułości. Mam siłę i wzruszenia, do których nie zawsze się przyznaję. Zmieniam się z dnia na dzień, jak pędzący w górach po kamieniach strumień. Zmieniam się jak kamień, który rzeźbi strumień czasu. Dziś dojrzałam, by wzruszyć się przy Tracy Chapman. Dziś dojrzałam, by ze łzami w oczach śpiewać o pędzącym samochodzie, o koniecznych zmianach i myśleć o tym, że ja wiem, że jestem kimś. I mam marzenia o kolejnym dojrzewaniu.




*aluzja do innego utworu Tracy Chapman, All that you hae is your soul