piątek, 30 stycznia 2015

O tym, że jesteśmy urodzenie by umrzeć, ale jesteśmy też urodzeni, by kochać.

Jestem zmęczona.
Gdy za Bardem zamknęły się drzwi, gdy dopiłam drinka pomyślałam tylko o tym, że chcę następnego. Jestem, po prostu kurwa ,zmęczona.
Jestem smutna, tak, dzisiaj ja jestem smutna, dzisiaj ja umieram w środku.
Wyprałam się z każdej emocji już. Albo przyjęłam ich za dużo naraz.

Od listopada stałam się krucha wobec tego, kim byłam przedtem. Zresztą, kruszeję tak od 3 lat już. Każda kolejna śmierć powoduje rany, których nie można uznać za wyleczone każdego dnia. Czasem po prostu nachodzi znowu, moja kruchość, moja bezsilność, moje zmęczenie.
Od listopada za łatwo płaczę, przecież kiedyś nie płakałam wcale.
Od listopada nawet cudze emocje sprawiają większy ból, choć kiedyś przecież ledwo muskały i zostawało moje logiczne myślenie.
Od listopada jestem słaba, a może po prostu bardziej wrażliwa?
Wrażliwość, nawet umiejętność płakania z kimś ma swoje plusy. Ale...
Ale od listopada wszystko, co się dzieje, widzę przez jego śmierć. Śmierć, nie zmartwychwstanie. To nie jest historia z happy endem. Czasem wątpię, że takie mogą się jeszcze w ogóle zdarzyć.

Usiadłam więc na podłodze obok kota, by niżej nie upaść jak to mówię, odpisałam na zaległe smsy z paru godzin, bo tak trzeba, bo wypada, sięgnęłam po kolejne malibu, mój ukochany drink. Po winach i rozmowach o śmierci i to nie zaszkodzi. Włączyłam muzykę, usiadłam i zaczęłam po prostu płakać. Znów tak, żeby nikt nie widział, znów tak, żeby ci co nie powinni nie poznali.
Niedźwiedzice nie płaczą, kiedyś nie płakały, to pierwotna siła, niedźwiedzie nie płaczą, gdy żądlą pszczoły. Nigdy. Od tego mają futro, powiedzieli mi kiedyś.
Usiadłam i zapłakałam, cicho, zakrywając usta rękami, żeby nie obudzić współlokatora, który wstaje przecież o 5 rano. Musi być wyspany do pracy.

Płakałam cicho i modliłam się tylko bezgłośnie, żebyś już wrócił do mnie i zęby moje głosy w głowie ustały.
Głosy mówiące o śmierci zaległej i przyszłej.
Ręce szarpiące brzegi ran które mają się zrastać.
Pazury rozdrapujące świeżo zagojone strupy, aż nie poleje się krew.
Każda rozmowa o trwonionym życiu jak kolejna rana.
Łzy, wcale a wcale nie czyste. Łzy pełne ropy, zniszczenia, tęsknoty. To nie są czyste łzy.
Łzy zmęczenia.

A ty już wróć i znowu je przyjmij.
Tylko ty wiesz, tylko ty pozwalasz zapomnieć, choć dzielimy przecież ten sam ból, choć każdy nosi swój. Mam wrażenie że nieraz zatrzymujesz słowa, wspomnienia, żeby mnie mniej bolało. Ale przecież...przecież tylko przy tobie mogę być tak słaba,jak teraz jestem, prawda?
Pozwalasz zapomnieć mój Kochany, gdy po prostu siedzę przy tobie i czytam, pozwalasz zapomnieć gdy się kochamy, pozwalasz zapomnieć gdy do 5 nad ranem oglądamy seriale albo rozmawiamy o bogu. Pozwalasz zapomnieć gdy wspólnie medytujemy, gdy wspólnie żyjemy.
Ale i ciebie nie mogę traktować jako lekarstwo na wszystko. To nie byłoby w porządku. Tylko dzisiaj. Tylko dzisiaj, po prostu.

Myślę o tym i płaczę.
Za dużo emocji, wszystkiego naraz.
Za dużo emocji mówiących o wszystkim co było i czego się boję, mówiących milionem głosów bez żadnych słów. Dziura pod sercem, bo wiesz, Kochany, chciałabym nie tylko tobie móc mówić. Ale wiesz, że nie płaczę przy każdym i teraz tylko ty....

Za dużo emocji w tym tygodniu, po prostu. Za dużo cudzych i moich. Odeszłam z jednego miejsca gdzie poczułam więź z ludźmi, z moimi Ptaszynami i wspaniale się wzruszyłam...a potem znów zaczęłam spadać. Jak to ja, wiesz przecież. Przeżywam wspaniałe emocje i zaraz potem spadam, a ty musisz mnie łapać naszą codziennością. Nauczyłeś się tego przez wszystkie lata i czasem się zastanawiam, jak ty to znosisz. Zwłaszcza że wiesz, że do spadania daję się nieraz po prostu popchnąć. Nieraz rzucam się w przepaść. A ty stoisz spokojnie i mi łapiesz, nic nawet nie mówiąc.
Czy tak właśnie wygląda miłość?

Za dużo emocji, bo nasiąkam słowami jak pampers moczem, mam dużą pojemność, dużą wytrzymałość, aż się nie wyleje. Tak po prostu. Przerzyguje się. Ulewa.

A na dworze, po dzisiejszym pięknym słońcu szaleje śnieżna zamieć. Ze śniegu nic nie zostanie. Tylko wiatr samobójców wyje, tylko uderzaj mróz w twarz, gdy cudem wstaję i płacząc zapalam papierosa i stoję w tym oknie, marniejąc i marznąć.
Niech tak będzie, oczy od mrozu się podpalą. Niech tak będzie.
Nie obchodzi mnie to.
Zamarznę jak szalona dziewczynka z zapałkami.
Dam zmrozić sobie serce jak Kaj pozwolił wpuścić okruch lodu Królowej Śniegu.
Czy znajdzie się moja Gerda?

Wróć już, wróć. Chcę przestać płakać leżąc na podłodze, chcę przestać palić papierosa od papierosa szlochając jak rozdziewiczona bólem dziewczyna, chcę przestać płakać rozlewając mleko z drinka. Wróć. Może to coś pomoże.
A nawet jeśli nie...to będziesz. Dosłownie już będziesz. Namacalnie, fizycznie.

Wiem, że powinnam sobie radzić sama. Cała moja siła tkwi we mnie. Ale gdy ocean własnej i cudzej goryczy zalewa całą duszę i obezwładnia ciało, gdy tsunami topi i nie pozwala złapać tchu, chcę znaleźć rękę, która mnie przytrzyma. Wypłynąć na powierzchnię mogę tylko sama, wiem to kochanie. Ale chcę czuć twoją dłoń w mojej.
Sama sobie poradzę. Ale z tobą jest piękniej. Z tobą jest możliwiej. Z tobą jest nadziejniej.
Ty rozpalasz wiarę.

Myślę czy nie wziąć może czegoś na uspokojenie, jak poprzedniej nocy, żeby zasnąć. To nigdy nie jest mądre, wiem, wszystkie tabletki, pigułki, nawet połówka valium po nadmiarach emocji potem wyrzygiwanych, żeby móc rano wstać. Staram się być rozsądna, ale nie zawsze wychodzi. Nie zawsze mogę. Jestem tylko człowiekiem, człowiekiem który tak często uciekał się do autodestrukcji, zanim ty stanąłeś na mojej drodze.

Proszę. Potrzebuję. Ciebie potrzebuję.

Bo czasem jest za dużo, wszystko naraz.
Moje własne lęki o to, co będzie i czy nam się uda. Bo przecież żyjemy na grząskim gruncie, żyjemy na minie, o czym wolę przecież nie rozpowiadać.
Moje lęki o zdrowiu własnym z dzisiejszego poranka. Moje lęki mówiące o guzach, o nowotworach o powikłaniu. Moje hipochondrie i wyobrażanie sobie za dużo.
Moje lęki krzyczące na płótnach i krzyczące kolejnymi ziołami na uspokojenie.
Moje lęki nie tylko o przyszłość, ale i z przeszłości. Rzeczy mówiące o złamanych życiach.
Myśli o śmierci, kolejne. Myśli o stratach. Myśli o tym, że już nie wróci się do tej samej rzeki.
Myśli o tym, że też mogę umrzeć. Tak, jestem śmiertelna, mówili tego poranka, tak, pani jest śmiertelna.

Moje lęki i zaprzeszłości.
W "Przerwanej lekcji muzyki" mówiono, że gdy raz w życiu przyjdzie ci na myśl śmierć i samobójstwo, nigdy się tego nie pozbędziesz, będzie wracało jak bumerang. Dopadają te mówiące o podniesieniu na siebie ręki, mówiące o tym że mogę umrzeć, gdy tego nie zrobię. Mówiące o możliwościach, opcjach.

Nie myśl, nie chcę się zabić. Jest mi mimo wszystko za dobrze. Ale gdy słyszę, jak ktoś mówi o tym wprost, ktoś mówi mi o tym że ma myśli o podniesionej ręce właśnie, wszystko też zaczyna odżywać, połykać dobre lata i przypominać. Zaczyna wszystko w przestrzeni mówić o tym, że przecież każdy kogo kochasz, odejdzie.

Cause you and I, we were born to die.

Zaczynam myśleć o każdej kruchej istocie, która może i żyje fizycznie, ale przez ból umiera. I zaczynam myśleć o tym, kiedy my umrzemy. Że umieramy i teraz.
Żyję od śmierci do śmierci, napisałam wczoraj w nocy komuś.
Od śmierci do śmierci, od życia do życia.
Czasem i życie musi boleć.
Czasem musisz myśleć o tym, że możesz umrzeć dosłownie, niedługo.
Od śmierci do śmierci. Niespodziewanie, jak ci , których kochałaś. Jak ci, którym przepowiedziałam przecież, jak to Wiedźma.
Prawie nikomu tego nie powiedziałam.

Każdy kiedyś odejdzie. Odejdzie, bo wszyscy w końcu odchodzą. Ten którego kochałam i o którym nie mogę przestać myśleć, ten o którym myślę co noc przed snem mówił "każde spotkanie oznacza pożegnanie". Za dużo ostatnio mi się to przypomina Skarbie. Za dużo razy podczas tej i innych rozmów. Za dużo w tym tygodniu podczas każdego ukłucia, łez, których byłeś już świadkiem gdy płakałam ponoć przez sen.

Każdy umrze Kochanie.
A jeśli umrzesz wracając do mnie? A jeśli uderzy cię samochód? A jeśli zaatakują cię znowu z nożami, a ty nie będziesz mógł się obronić? A jeśli po prostu i twoje krwawiące serce nie wytrzyma?

Łzy lecą same.
Łzy mówiące o własnym bólu.
Łzy które mówią o tych co odeszli z tego świata, te, które mówią o tych, którzy chcą odejść albo po prostu czują ból i nawet nie widzą widma śmierci nad swoją głową. A ja się martwię, że dostrzegą, że sięgną jak ja kiedyś...
Boję się. Boję się cudzymi emocjami. Boję się odrzuceniem Przyjaciółki, boję się tęsknotami cudzymi, boję się po prostu lękiem życia kolejnego człowieka, na którym mi zależy.
Do tego boję się lękiem własnym i tęsknię, krwawię raną własnej tęsknoty.
Jak to spiąć w jedną całość?
Łzy kolejne.
To nie moje, to nie moje przecież mówię sobie.
Nic nie pomaga. Cicha muzyka w tle, alkohol.
Kogo chcesz oszukać. Nigdy przecież nie pomagały, jedynie zagłuszały.

Twoje oczy patrzące w moje. Twój zapach. Wróć.

Czekam patrząc na śnieg za oknem.

Nagle obejmują mnie szerokie, choć chude przecież ramiona.
Nie muszę nic mówić.
-Za dużo?
-Za dużo. - przytakuję, a ty wiesz, wiesz po tym wszystkim,wiesz przez to co napisałam ci w smsie po wyjściu od lekarza a potem odwoływałam, wiesz co mówiłam nocami, wiesz po tym, jak wkurwiałam się nad telefonem krzycząc do smsa od Przyjaciółki ogarnij się kurwa bo nie mam siły już, wiesz po tym jak puszczają mi właśnie nerwy tylko przy tobie, wiesz po tym, jak mówiłam ci, że martwię się tą dzisiejszą rozmową w oparach prozacu i innych leków na depresję Barda.
Wiesz, rozumiesz bez słów, patrzysz na niedopałki na parapecie, na szklankę po drinku, słyszysz muzykę.

Come and take me on wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain
You like your girls insane

Wiesz.
Nie musimy rozmawiać, znasz każde drgnienie tej duszy. Dzielisz tęsknoty serca i żałoby, ale wiesz, że to ja Ciebie dzisiaj potrzebuję.
Wiesz, że tylko ty mi zostałeś z ludzi, przy których płaczę bez alkoholu, wiesz, że tylko mi zostałeś z tych, których naprawdę kocham, kocham bardziej niż wszystkich niż innych.
Wiesz, że minie dużo czasu zanim zacznę się dzielić z tymi, z którymi dzielę wiele emocji i tęsknot i lęków, ale nie umiem jeszcze bezpośrednio.
Wiesz, że mam ciebie. Dzisiaj mam ciebie.
Zawsze, mam ciebie. Tu i teraz, ale ten moment starcza. I tak urodziliśmy się by umrzeć. Więc tu i teraz to wszystko, co mamy.

I nie musisz nic mówić. Twój wzrok podąża za kurtką którą rzuciłeś na łóżko.
Tak, wyjdźmy stąd, bo się uduszę.
Ocierasz mi łzy przed wyjściem z brzucha kamienicy, boisz się, że znowu zawieje mi oczy, że będzie sączyć się z nich ropa, jak parę lat temu.

Wychodzimy i twarz smaga lodowaty wiatr. Kupujemy w Żabce pod domem czetropak piwa i papierosy dla mnie, te, które można klikać, żeby były mentolowe. Bo chociaż ty już nie palisz, nadal kupuję takie, gdybyś zechciał...ty wolisz normalny smak tytoniu, ja kobiecy mentol przecież. Cały czas wiem, pamiętam, myślę o tym kupując kolejne paczki.

Idziemy do jednego z pobliskich parków.
Siadamy, mimo że mokro, mimo że zimno, mimo że wiatr samobójczo świszczy pod kapturami. Mimo że drogę przecinają nam nieznajomi, rzucają niedopałki pod nogi.
Nie trzeba nic mówić. Starczy obejmujące mnie ramię, starczy zapach męskiego ciała.
Starczy pocałunek.
Szalony, nie w strugach przyjemnego deszczu, a w siekących twarz jak drobne sztylety płatkach złożonych z lodu.
-Nie pozwól, żeby moje serce...
Nie pozwalasz mi dokończyć. Nie pozwolisz. Obejmujesz krwawiącą ranę moich ust, usta to przecież najdziwniejsza ludzka rana przez którą sączy się cała ropa i jad, obejmujesz oddechem moje płuca, obejmujesz moje serce, przekazując całą miłość.

Znam twój mrok mówisz tym pocałunkiem. Znam twoje słabości. Ale zostaję. Znów, zostaję.
Zostaję, bo kocham.

Wiem to, nie musisz mówić tym razem na głos choć nieraz mi to krzyczałeś w momentach moich kryzysów, nieraz mi to szeptałeś po wspólnie dzielonych ciałach. Starczy teraz, że wszytko czuję, starczy że gesty miłości dotykają moje ciało, starczy że słowa rozbrzmiewają w mojej głowie, starczy że serca grają w jednym rytmie.

Nie dopijamy piwa. Nie dopalam papierosa, kiedy sięgam dłonią głębiej, kochając. Gdy sięgam i wydobywam na wierzch narzędzie rozkoszy, gdy sama poddaje się twoim dłoniom.
Chcę poczuć że żyję, na tej zimnej ławce, w tym ciemnym parku. Tam, gdzie każdy może przejść.
Niech widzą, nie przeszkadza mi to. Mam jedno życie, mam jedną miłość.
Chcę poczuć z tobą wszystko. Tu, teraz. Narodziny, śmierć i zmartwychwstanie w jednym akcie. Chcę poczuć ciebie, tego, który wypełnia strumienie mojego trwania w tym życiu.
Chcę kochać tego, którego znam od wieków, chcę łączyć naszą duszę, podzieloną przed wiekami, chcę, by znów była jednym.

Urodziłam się by umrzeć? Owszem. Ale urodziłam się też by kochać. Tego nie mogę zapominać w największym nawet mroku. Kochać Ciebie. Kochać tak po prostu, największą namiętnością i czułością.

Więc kochamy się, śnieg rani nasze częściowo odkryte ciała. Ale to nam nie przeszkadza. Nie czujemy zimna, nie ma wcale mrozu. Jest ogień, który płonie na nowo choć prawie dzisiaj gasł. Płonie ogień, bo wcale nie umieram, niech nawet małe prawdopdobieństwa lekarskie się sprawdzają, nie umieram, jestem tu i teraz i kocham.

Obudź moją dzikość, obudź moją kobietę, bo jesteś jedynym mężczyzną, który potrafi to zrobić. Objąć cały ból i przemienić w rozkosz. Objąć cierpienie i zmienić w radość. Wiesz o mnie wszystko, znasz mnie bardziej niż ja sama. Wiesz to.

Więc jestem tu i teraz, z tobą, i nie ma innych, nie ma innych których kochałam całkiem inną miłością. Ale jesteś ty, ten, który pozwala mi żyć. Pozwala mi płakać i śmiać się jak nikt inny. Rozśmiesza mnie w najmniej spodziewanym momencie. Zaskakuje. Pachnie życiem nawet w obliczu śmierci i innych tęsknot.
Pachnie życiem, gdy w nikim innym nie chce się albo nie można szukać.
Pachnie życiem jak dzikie konie na równinach i kosodrzewina w górach.

Doznajemy jak zawsze wspólnej rozkoszy, mój krzyk nie budzi ptaków, bo tym razem ich tu nie ma. Tym razem śpią gdzie indziej, a może nie żyją, może zima je pokonała.

Zima taka jak w moim sercu?
Zima to odpoczynek.
Zima to preludium zmartwychwstania.
Ptaki powrócą, szczebiocząc.

Doznajemy wspólnej rozkoszy, ubieramy się jak możemy, sięgamy po kolejne piwo. Śmiejemy się jak dzieci. Ja tańczę i nucę, przy tobie się nie wstydzę się śpiewać, nucę dawne piosenki kołysząc się na śniegu który od razu się topi, potem tańcząc.
Ja żyję.
-Kurwa, jak dobrze! - drę się na cały park, a ty się śmiejesz, nie martwisz się policją, mandatami. Pozwalasz mi właśnie żyć, mimo, że kiedyś umrzemy.

Kocham swoich zmarłych, ale nie pozwolę im wyciągnąć po siebie rąk. Jeszcze nie. Zgodnie z przepowiedniami mam czas i mam zamiar go wykorzystać.
Kocham tych, co żyją i martwię się o nich, ale kocham ich i jestem dla nich, jak dla ludzi, ale nieraz potrzebuję i swojego płaczu. Potrzebuję zatopienia się ale i śmiechu. Potrzebuję odejść od zmysłów, żeby nie zwariować jak śpiewała Edyta B.

Kocham tego co jest tu ze mną i patrzy na mnie z zachwytem. Kocham Ciebie.

Ciebie, jedynego,który zna moje łzy, zna mój mrok, mój ból i kocha je tak samo. Tak jak ja kocham twoje, bo i ty je w sobie nosisz, i ty jesteś brudem, jesteś cierpieniem, bólem, lękiem i tęsknota. Ale to nic.. I będę dla ciebie, gdy ty zapłaczesz
Będziemy dla siebie, gdy będziemy znów płakać razem. Będziemy dla siebie, gdy będziemy się śmiać. Bo takie też jest życie. A my idziemy przez nie razem i przyjmujemy to, co daje. Choć nieraz chciałoby się rzucić po prostu wszystko w kąt.
Twoja siła i moja kruchość. Twoja kruchość i moja siła. Przeciwne pierwiastki zlewające się w jedno.

Teraz śpisz jeszcze, ja jak zwykle wcześniej wstaję, zastanawiając się, czy już cię nie obudzić, czy nie zacząć naszego wspólnego dnia, nie uszczknąć z niego jeszcze więcej. Myślę o dniu jutrzejszym, o sobocie, dniu randki na którą się umówiliśmy, bo potrzebujemy nieraz siebie i tylko siebie, z dala od wszystkich, od telefonów, maili i rozmów. Siebie w swoim świecie.

Czasem to pomaga i to wystarcza, choć nie ma uniwersalnych lekarstw. Miłość to nie wszystko, ale to już dużo. 



Nie zasmucaj mnie, nie doprowadzaj do łez
Czasem miłość to nie wszystko 
Droga staje się trudna i kręta i nie wiem, czemu jest
Rozśmieszaj mnie dalej, odpłyńmy razem
Droga jest długa, idźmy nią dalej
Próbując dobrze bawić się w międzyczasie

Chodźmy
Wejdźmy w dziki świat
Pocałuję cię mocno w strugach deszczu
Jesteś szalony jak twoje dziewczyny
Wypowiedz ostatnie słowo, to ostatni raz
Bo ty i i ja urodziliśmy się, by umrzeć. 

  

wtorek, 27 stycznia 2015

O najpiękniejszych łzach, których nie można zbyt długo powstrzymać, pewnym końcu i pewnej wdzięczności, czyli rzecz o mnożeniu serca

 Nie sądziłam, że tak to się skończy. Nic przecież tego nie zapowiadało, gdy dzień wcześniej wstałam jak zawsze rano, popędziłam na parking na którym umawiałam się z Aśką i pojechałam na praktyki. Nic nie zapowiadało tego dzień wcześniej, gdy po prostu przygotowywałam śniadania, karmiłam, przewijałam, rozmawiałam i słuchałam dawnych historii. Gdy śmiałam się przy kawie z innymi opiekunkami z tego, jak dopadł nas w domu opieki istny armagedon z powodu grypy żołądkowej, którą ja sama załapałam przecież tydzień wcześniej.

Nic tego nie zapowiadało, tych łez. Ani pieczenie ciasta na pożegnanie dla moich Ptaszyn, ani kupowanie kawy dla chwilowych współpracownic. Ani gdy szłam spać, ani gdy obudziłam się o 5 rano, zwlokłam się z łóżka i jak lunatyk udałam się pod prysznic.
Ani podróż, ostatnia z Aśką w tym miesiącu, w tym właśnie celu. By ostatni raz pojechać na praktyki.

Ot, przyszłam, poszłam, tak po prostu. Nic nie znaczący epizod w czyimś życiu, dziewczyna od sprzątania, przewijania, karmienia i uczenia się, jak naprawdę się opiekować. Jak zmieniać opatrunki, jak zakładać cewniki, jak zmieniać worki stomijne czy karmić przez wgłębnik. Zwykłe medyczne czynności, przecież przywykłam do szpitali, kocham to robić. Nie przeszkadza mi żadna fizjologia, nie przeszkadza mi śmierć, którą się karmię, całkiem egoistycznie przecież.

Nawet gdy przyszłam rano, przebrałam się w szatni w szpitalne ubranie i wparowałam do kuchni z ciastem pieczonym dzień wcześniej i tą cholerną, tradycyjną w Polsce kawą. Później w śmiechu i łzach usłyszałam, że lepsza byłaby flaszka.

Robienie śniadania, poranna toaleta, zmienianie pampersów, kolejne kąpiele i wsadzanie do wanny, delikatne mycie pani Marii, jednej z wielu, która w ogóle nie kontaktuje, zmienianie opatrunków, przeczyszczanie delikatnie odleżyn, podnoszenie na łóżku. Największa intymność której już się nie odczuwa w ten sposób, jako coś niezwykłego, a całkiem naturalnego. Codzienność. Od 9 grudnia po prostu codzienność. Czy człowiek tak szybko przywyka? Czy człowiek tak szybko się przywiązuje? Czy człowiek tak szybko...w jakiś sposób może pokochać, sposób trudny nieraz do zrozumienia? Może. Okazuje się, że może. Każdy po kolei.

Od rana to samo.

Podczas obiadu karmię panią Kazię. Leżącą od dziecka, trochę niepełnosprawną umysłowo i całkiem fizycznie. Mówię pani Kazi, że ostatni raz ją karmię w sumie na obiad, bo od jutra mnie nie ma. Pani Kazia zaczyna szlochać jak małe dziecko. Nie wiem co mam zrobić w pierwszym odruchu, ale śmieję się, że nie ma co płakać, ktoś inny ją przecież nakarmi.

Po wczesnym obiedzie, bo przecież w domu opieki obiady je się o 12, kolej na to, żeby pomóc kolejnej pani Marii w łazience. Pomóc jej usiąść na toalecie, zmienić pieluchomajtki, bo jednak trochę popuściła.
Pani Maria po wylewie nie może mówić, czasem pojedyncze słowa są trafione. Lecz dotknęła ją prawie całkowita afazja, to to spowodowało głównie niedokrwienie. Długa rehabilitacja po udarze pozwoliła chodzić, jeść samodzielnie, czasem nawet zrobić herbatę. Wiek jednak ma swoje prawa i choć leczenie pomaga, działa jak przeciwwaga.
Poszłyśmy więc do łazienki, znów opowiadałam jej jakieś anegdoty podczas gdy robiła po prostu siusiu. Całkowita norma, dla kogoś nie do wyobrażenia. Pani Maria nawet woli jak ktoś jest z nią w łazience, bo gdy skończy nie musi czekać, tylko od razu ktoś pomoże wstać, ubrać się i pójść do pokoju. Porozumienie na migi, jest już całkiem ubrana, myjemy ręce.
I nagły wybuch płaczu. Widzę jak do okolonych zmarszczkami mądrych szarych oczu napływają łzy, oczy stają się czerwone, usta wyginają się w podkówkę. Pani Maria wie, że nie wrócę. Nie pójdę z nią do łazienki i nie pośmiejemy się, gdy puści soczystego bąka.
-Kochanie- pada niespodziewanie z jej ust i przytula mnie. Nie sądziłam, że ta starsza kobieta może tak mocno przytulić, tak, że aż traci się oddech. Choć może to nie przytulenie, może to pierwsze emocje? Ocieram te łzy, wiem, o co jej chodzi. Mówię, jak to ja, wzruszona troszkę, ale nic nie okazująca, żeby się uśmiechnęła, że przecież to nic takiego, są tu inni mili ludzie. Pani Maria wykonuje parę gestów, to żaden język ustalony, tylko jej. Rozumiem go. Rozumiem język zapowiadający rozstania. Ostatnie spojrzenia.

Wychodzimy z łazienki.
Po drodze mijam pokój leżącej pani Oli, która nie chodzi, ma chorobę Parkinsona, cała się trzęsie, ale umysł ma całkiem sprawny. Nieraz rozmawiałyśmy, to istna dystyngowana dama. Gdy dowiedziała się, że jej poruszająca się na wózku, nie widziana od 30 lat siostra mająca też na imię Barbara, ma przyjechać z USA, szukałam jej w internecie wszystkich okolicznych hoteli, żeby jakoś pomóc. Pani Ola, która słucha Radia Maryja i czyta Nasz Dziennik i ostrzegała mnie przez kupowaniem jogurtów z Niemiec. Pani Ola, z którą po prostu się nie kłóciłam, tylko słuchałam, potakiwałam, bo o słuchanie chodziło przecież.
Pani Ola woła mnie, gdy widzi jak zapierdalam po korytarzu z koszem prania. Mówię, że zaraz przyjdę. Podchodzę do jej łóżka, zatrzymana w tym szalonym biegu, jakim jest ta praca.
Pani Ola też płacze. Mówi te wszystkie miłe rzeczy, błogosławi mi zgodnie ze swoją religią, a ja to przyjmuję. Mówi jak wspaniały mam uśmiech, zaraźliwy. Jak strasznie będzie tęsknić, jak się cieszy, że chociaż przez ten czas tu byłam. Będzie się za mnie modlić.
Nie, nie płaczę, choć widzę kolejne zaczerwienione oczy.

Idę do oddziałowej, żeby wypełniła mi papiery do szkoły, bo przecież muszę mieć podpisane wszystko, dostać ocenę. Formalności. Ta jak zawsze oschła, śpieszy się. Harda sztuka, zarządzająca całym oddziałem.
Mówi, że mam podskoczyć do dyrekcji, bo chcieli mi coś powiedzieć.
Oho, przypał- myślę w pierwszym momencie, sądząc, że dostanę burę za ukradkowe wymykanie się na ćmika z innymi opiekunkami. Palenie przecież zakazane.

Nic takiego się nie dzieje jednak. Od dyrekcji dostaję witaminy dla zdrowia, słodycze dla przyjemności, dziękują mi, że tu przyszłam i im pomagałam.
-Przecież ja nic nie robiłam.- wyrywa mi się w całkowitym zbaranieniu. Spodziewałam się opierdolu a tu podziękowania? To ja zaczynam dziękować. Że mogłam się czegoś nauczyć, pozwolili mi. To przecież oni zrobili coś dla mnie, nie ja dla nich. Musiałam gdzieś zrobić praktyki, no nie? Sucha logika.

Wracam na oddział, wysyłają mnie do kuchni. W biegu po korytarzu z pokoju woła mnie pani Danka, z którą różnie żyłyśmy przez ten miesiąc.
Pani Danka jest młoda, ma 40 lat. W wieku 32 zachorowała na nowotwór mózgu, naciekający na pień, na rdzeń. Żyje, ale jest przykuta do łóżka. Nie może nawet sama obrócić się na bok. Jest strasznie sfrustrowana. Przecież miała takie wspaniałe życie. Męża, dzieci. Podróżowała. Pokazywała mi zdjęcia z Florydy, zdjęcia z innych wypraw. Zdjęcia z bankietów z milionerami.
Teraz leży przykuta do łóżka w domu opieki. Mąż wziął z nią rozwód, rodzina nie ma siły się nią zajmować, zwłaszcza, że ma nieraz napady szału i nieraz choćby mnie wyzwała od głupich kurew. Potrafi wydzwaniać dzwonkiem który krzyczy o zagrożeniu życia, gdy przez 10 minut nikt z jej pokoju nie wyniósł brudnego po kawie kubka.
Pani Danka woła mnie jednak i też chce się pożegnać, sam na sam. Ona nie płacze, ale mówi tak cholernie dużo, nieprawdziwych przecież rzeczy. Raz w myślach przecież ją sklęłam. Nie jestem żadnym aniołem. Ze swoją posturą i naturą niedźwiedzia, ze swoim rubasznym śmiechem i kurwa na ustach. Nie jestem. Jest mi głupio. Nie, nie płacze. Jeszcze nie.

Idę do kuchni z panią Agatą, jedną z opiekunek zatrudnionych w domu opieki. Jestem rozedrgana mimo wszystko, emocje grają podskórnie, łudzę się że nie widać, żartuję. Nie spodziewałam się tylu miłych słów. Przychodzę, odchodzę, prosta sprawa.

Pani Renata wlatuje do kuchni i mówi, że trzeba przewinąć panią Agnieszkę.
Pani Agnieszka ma 94 lata, miała urodziny dwa tygodnie temu. Nie kontaktuje wcale, tylko śpi i budzi się na jedzenie, czasem woła swoją mamę. Gdy się ją kąpie, woła mamę na ratunek, bo ktoś chwycił ją brutalnie i wyniósł z bezpiecznego gniazda, jakim jest jej łóżko. Moja kochana Ptaszyna, drobniutka, bardziej przypomina płód, niż dorosłe ciało. Powykręcane łapki, którymi jakimś cudem potrafi jeszcze sama chwycić kubek.
Zakładam więc rękawiczki, zmieniam pampersa jak zawsze, mówiąc do niej, nucąc czasem piosenki.
Gdy odchodzę powoli od łóżka, pani Agnieszka patrzy na mnie ogromnymi, ciemnobrązowymi oczami zajmującymi pół jej drobnej twarzy.
-Mamo, gdzie idziesz?- pyta mnie z ciekawością.
Nie powinno mnie to ruszać, przywykłam że parę razy byłam dla niej mamą. Ale tym razem wychodzę po raz ostatni. Coś chwyta mnie za gardło, wielka gula przesuwa się ku górze, oczy zaczynają się szklić.
-Niedługo wrócę.- mówię spokojnie jednak, a ona kiwa głową i zamyka oczy, znów udając się w krainę swojego snu.

Wynoszę śmieci, wracam na górę, na oddział, chuchając w ręce, bo zmarzły mi, gdy wrzucałam kolejne worki z pampersami do kontenera.

Wbiegam na piętro, przy drzwiach czeka pani Renata i zgrabnie zagarnia mnie na świetlicę.
Wszystkie panie, które mogą chodzić, nie leżą w łóżkach, które są na wózkach, czekają tam. Jak podczas śniadań, podczas obiadów, koncertów, spotkań z dziećmi, które są tam organizowane.
Chwiejnie podchodzi do mnie pani Teresa.
Cyniczna często farmaceutka, która choruje na SM, ale może jeszcze chodzić w miarę, mówić, chyba że ma gorszy dzień. Pani, z którą rozmawiałam otwarcie o eutanazji, choć przeraziła mnie tym pytaniem w łazience, co o niej sądzę, pewnego dnia, gdy pomagałam jej robić siku, bo miała gorszy dzień, kolejny rzut. Pani, która nieraz opowiada o swoim mężu, przystojnym wojskowym, który już nie żyje, zmarł w wypadku przed nią.
-Chciałyśmy panią pożegnać- podchodzi i przytula mnie, chwyta za rękę i podchodzi prowadzi ogłupiałą całkiem do stołu, na którym jest wielki, kokosowy tort.
Śmiałam się z nią w grudniu, że dałabym się zabić za kokosowe słodycze.
Tego jest za dużo.
Tego jest za dużo nawet mi, tej, o której nieraz śmieją się, że jest "gruboskórna jak hipopotamica".

Chowam twarz w dłoniach, bo więcej tego dnia nie dam rady się śmiać i udawać, że nie będę płakać. Zaczynam wyć jak bóbr, opanowuję się po chwili i po prostu płaczę. Lekko, z uśmiechem ale i niedowierzaniem. Nie wiem po prostu co powiedzieć, bo co mam mówić?
Przecież miałam tylko przyjść i pójść.
Panie też nic nie mówią, nie muszą. Te, które mogą podchodzą i mnie przytulają, dziękując ze te parę tygodni.
Same zamówiły tort, mówią potem, same, ze swoich skromnych rent, oszczędności, te, które potrafią nimi gospodarować w ogóle. Te, które mówią, rozumieją. Ale to od wszystkich, zapewnia mnie znowu moja ukochana pani Tereska.

W końcu podjeżdża pani Adela, mówiąc, że mają dla mnie coś jeszcze.
Uwielbiałam słuchać pani Adeli, która tak wiele w życiu przeszła. 96 lat bólu. Lata spędzone w obozie sowieckim. Ból jałowego łona i niemożności posiadania dzieci, po tym, co jej tam robili jako młodej dziewczynie. Opowieści o kochającym Dyziu, jej mężu, mężu którego tak jej brakuje u boku, że nieraz przez sen mówi do poduszki "posuń się wielkoludzie, posuń się Dyziu". Uwielbiam słuchać jej opowieści, krwawych, bolesnych, a często tak szczęśliwych i ufnych nadal, pomimo nadchodzącej śmierci, pomimo skóry jak pergamin która odchodzi płatami. Pomimo jej uporczywego "tak, siostro", nawet gdy żartobliwie mówi się jej, że nie jest się jej siostrą.
Dostaję różaniec.
W pierwszym odruchu chcę powiedzieć, że to przecież nie dla mnie, jestem innego wyznania, jestem Wiedźmą, ale...gryzę się w język. O ile parę pań to zrozumie, to tyle większość...
A to dla nich najcenniejsza, najważniejsza rzecz. Wszystko, co niektóre z nich mają. Ich wiara, którą się ze mną dzielą. Ich modlitwy, którymi będą mi sprzyjać. Ich...pewna miłość. Czułość. Wsparcie, największe, jakie mogą mi dać.

Nie mogę przestać płakać, wzruszać się, dopóki dziarska pani Renata nie mówi, że w sumie to burczy jej w brzuchu i może byśmy pokroili ten tort. Na świetlicę wjeżdża pani Agada i Lidka z kawą, siadamy, śmiejemy się.

Wreszcie wpada oddziałowa, harda sztuka miotająca mną przecież tak bardzo przez te dni po kątach. Zazwyczaj oschła tym razem też mnie przytula i mówi, że fajna babka jestem i też ma coś dla mnie. Kolejne słodycze. Żartuję, jak to ja, że zadek to mi jeszcze bardziej urośnie.
Od pani Walentynki z tyłu słyszę powtarzane zad, zad, zad, dziecięcy śmiech kogoś, kto już się cofa do prawieków. Słyszę żart pani Ireny, że zadek to mam fajny, więc nie mam się przejmować.

Patrzę na tych wszystkich ludzi i nie umiem wyrazić swoich emocji.
Jak to się stało, kiedy? Jakim cudem potrzeba tak niewiele, by stało się tak wiele?

Po wszystkim schodzę do szatni, przebieram się i po prostu wychodzę. Obładowana słodyczami, kawą, witaminkami na zdrowie i własnym plecakiem. Bo przecież wracam do domu.
Miliony myśli, emocji które nie mogą się uspokoić. Idę przez miasto jak w amoku, docieram do pkp, zapalam papierosa, czekam na pociąg. Dzielę się z ludźmi emocjami, rozmawiając przez telefon, pisząc smsy, bo za dużo tego, nawet jak na mnie, to kurwa, po prostu, za dużo.
Chce mi się płakać i śmiać zarazem. Serce drży.

Trochę ponad miesiąc. Wstawanie o 5, mycie, przewijanie, karmienie. Nic więcej.
-Nic? - kochany głos w głowie, ten miękki, ciepły, którego brakuje, głos w głowie gdy jadę pociągiem, gdy trochę ochłonęłam i próbuję skupić się na książce, ale wgapiam się tak naprawdę w okno i zaczynam podsypiać.
Sen, mara?
-O co ci chodzi?
-O serce Fridel.
-Och...
-Wiesz doskonale. Możesz myć, przewijać, karmić. Ale wtedy nie byłoby łez. Zawsze udajesz, że nie rozdajesz swojego serca, hipopotamico. A robisz to cały czas. Gdyby nie to, to nikt by nie tęsknił, nie żegnał...
-Już dzisiaj mówiłam paru osobom, nie psuj mojego nimbu suki, czemu zawsze musisz to robić?
-Bo nią nie jesteś, Fridel, skarbie mój.
Słyszę miękki głos, otula mnie w tych wszystkich emocjach.
Zawsze masz rację Króliku i zawsze mnie znałeś, tak jak ja ciebie. Nawet jeśli jesteś w mojej głowie, cóż, musiałeś w takim momencie przyjść, prawda? Zawsze wszystko, co nosisz w sobie wychodzi na wierzch. Zawsze widać wzruszenie pod rubasznym śmiechem, czyż nie?

Myślę tylko, Królik, że troszkę nie masz racji, serca się nie rozdaje. To nie jak dzielenie tego cholernego kokosowego tortu, dawanie, a potem, och, nie ma ani trochę, ani okruszka, bo ktoś wylizał wręcz talerz. To nie tak. Serca się nie rozdaje, choć, u ciebie nieraz tak to wyglądało. Ale ja jestem za wielką egoistką.

Tylko, widzisz, serce po prostu rośnie, gdy je dzielisz. To znów, nie rozdawanie, a pomnażanie. Dodawanie liczb ujemnych na plus. Najprostsze reguły matematyczne.

I czasem wszyscy cierpimy. I ja ostatnio cierpię, choć się nie przyznaję, gdy tęsknie za głosami których już nie ma, I ja cierpię nocami, razem z ciężkimi snami, choć ciężko o tym mi mówić.
I inni cierpią.
I wszyscy bywamy samotni. Umieramy, starzejemy się, nasze ciała się łamią.
Łamią się kości i dusze. Łamią biodra i zacierają umysły.
Czasem ranimy się słowami, czynami, bo jesteśmy ludźmi.
I co z tego, jeśli nie jesteśmy sami? Czasem ktoś nawet przemknie i da nam uśmiech?
I co z ran, jeśli damy trochę serca. Jeśli je pomnożymy.
Znów, ta sama lekcja, ta sama, jednak tym razem dotknęła samego rdzenia duszy. Rozedrgała do końca. Moje kochane Ptaszyny, tak wiele im zawdzięczam, dziś, gdy wróciłam do domu i to piszę.

Może i coś dałam...ale znów, otrzymałam o wiele, wiele więcej. Na długi czas.
Dostałam najpiękniejszy rodzaj łez i wzruszeń. Jeden z najpiękniejszych dni, jakie można pozwolić sobie przeżyć.


I może się wydawać że nie...ale dzisiaj mi pasuje jak żadna inna.  



niedziela, 25 stycznia 2015

O schabowym wpychanym na siłę do gardła, grze pozorów i ludzkiej nieświadomości, czyli o tym, że Frida nie lubi niedziel i nieraz bywa straszną marudą.

Ugh. Nie znoszę niedziel. Pomyślałam, gdy tylko otworzyłam oczy. Myśl przyszła sama z siebie, absurdalnie. Bo przecież gdy zasypiałam wczoraj, z dziwną lekkością, wszystko było w porządku.

Otworzyłam oczy, przyjemny szum wody w akwarium podziałał na mnie znacząco. Tak, cholernie zachciało mi się siku. Wstałam więc pośpiesznie, jak zwykle wyplątując się z nagich i długich kończyn Męża, który spał w najlepsze.

Nienawidzę niedziel.
Pomyślałam, gdy tylko dowlokłam się do łazienki.
No tak, pamiątka soboty, popsute drzwi, które chłopaki musieli wyłamać oczywiście niczym antyterroryści SWAT-u, zamiast normalnie naprawić zamek, gdy to znajoma zatrzasnęła się po prostu w łazience.
Wczoraj było to całkiem, całkiem zabawne, choć, nie chodziło o alkohol, bo nie piliśmy akurat. Ale dzisiaj dopadła mnie już w pełni niedzielna wizja, kolejnej naprawy, a może, o zgrozo, kupna nowych drzwi. Jeszcze czego.

Usiadłam na tronie niczym śpiąca królewna która wcale nie obudziła się z wdziękiem, a zapuchniętymi oczami. Usiadłam, sikając przy otwartych przecież drzwiach. Oczywiście, musiały zjawić się koty, miauczące i dopominające się o swoje śniadanie. Wgapiające się we mnie dwie pary zielonych oczu.
Wstałam, słyszę kocie jęki.
"daj żreć, daj żreć kurwa"
Zaglądam do szafki. Nie ma kupionego jedzenia. No tak, zapomnieliśmy. Sklep zoologiczny na dole zamknięty...Na szczęście, istnieje alternatywa podania im tuńczyka, 8 zł za puszkę, żeby tylko nie nadzierały już tak przeraźliwie sowich mordek (Na szczęście my tego oto tuńczyka dostaliśmy za darmo i mamy żelazne zapasy, więc nie jest żal )
Otwieram pancerną puszkę, jak zawsze, leworęcznym otwieranie idzie gorzej. Oblewam cały blat a koty patrzą na mnie jak na idiotkę.
Mówiłam, że nie znoszę niedziel?

Nienawidzę niedzieli. Ten poświęcony rosołkiem zaduch. Ludzie wyłażący na spacery ze swoją bezmyślnością. Usprawiedliwieni infantylnością bełkotu, podgrzanego rodzinnym ciepełkiem.”

Tak pisała pani Manuela Gretkowska.
Cholera...ma rację. Też nie lubię niedziel. Garfield narzekał na poniedziałki, ale ja wybieram niedziele, jeśli jakiegokolwiek dnia tygodnia mam nie lubić. Jeśli zdarzają mi się dni, w których wylewa się ze mnie jad, są to właśnie niedziele.

Za oknem pogoda pod psem, ale nawet, gdy jest piękna, aż chce się biegać i skakać z radości. Zażywać słońca- nie ma to miejsca często w niedzielę. W sobotę czy w piątek to zupełnie co innego.

Ja nie chcę w niedziele wychodzić, chyba że do lasu, z dala od ludzi. Z dala od tego właśnie niedzielnego ciepłego infantylnego bełkotu. Nie lubię niedziel o każdej porze roku, ale najbardziej wiosną i latem. Zimą nie widać aż tak bardzo, ale tej niedzieli też nie lubię, bo wiem, co się skrywa w domach.
Czego więc nie widać, zapytacie? Sama nie wiem, dobra, przyznaję się. Po prostu może spływam dzisiaj nieznanym jadem ( nie, nie mam PMS-a) ... ale w głębi duszy czuję się całkiem nie-niedzielna. Nieadekwatna wobec tego dnia, dla wielu niby świętego, jego aury. Zwłaszcza latem i wiosną, gdy całe rodziny idą grzecznie do kościółka, spacerują między blokami i w parkach, gdy w tygodniu nie mają na to czasu.

Może lubię niedzieli dlatego, że następnym dniem jest poniedziałek? Wielu może się tak zdawać, ale ja zawsze czekam na koniec niedzielnego wieczoru. Nie lubię niedziel spędzanych w barze gdy mogę sobie na to pozwolić, bo w poniedziałek mam wolne, jak nieraz się zdarzało na studiach przecież, nie lubię niedziel spędzanych na spacerach, niedziel przekarmionych, niedziel leniwych. Za dużo ludzi? Może. Chociaż przecież na co dzień ludzi lubię. Co mi się we łbie przestawia? Czemu w niedziele tak często spływam jadem i dostaję łatkę mizantropa, którym na co dzień nie jestem?
Nie lubię więc niedziel nawet, gdy mam wolne poniedziałki. Nie lubię ich powolności i lenistwa, tego wpajanego nam od dziecka marazmu tego dnia.

Tak, nie jestem dzieckiem niedzieli (Ciekawe, że urodziłam się w poniedziałek, wiosenny poniedziałkowe południe. Tak, samo południe. Jak w westernie). W niedziele czuję, jak bardzo nie pasuję czasem do schematu. W niedzielę czuję szufladki, które czyhają, by przytrzasnąć mi palce, choć to tak absurdalne przecież!

W inne dni nigdy mi to nie przeszkadza. Frida nie lubi przecież być wpasowana, nie lubi być oczywistym elementem układanki. Zresztą, nikt nigdy Fridzie nie powiedział, że jest ale...Frida lubi być poza stadem. Głosi tą swoją wolność myśli, sprzecza się jak markiz De Sade w wielu utarczkach słownych, nie przejmuje się moralnością i wyżej ceni intelekt zgodnie z panem Somozą. Ale w niedziele Fridę stadnie instynkty otoczenia przytłaczają. Choć tak bardzo twierdzi, że bywa ponad i...to powoduje, że czuje smród własnej hipokryzji. Albo absurdalnego lęku.
Bo Frido, wcale nie jesteś wyjątkowa. No bo jak, gdzie?

Wiecie, zdaję sobie sprawę, że nie ma w tym nic złego. W zachowaniu niedzielnego porządku, w tym, jak wielu powiela pewien niedzielny schemat. Te schematy zapewne są miłe i pomagają odpocząć, te schematy zapewne dla wielu są prawdziwym cotygodniowym świętem, czasem, który mogą spędzić z rodziną, bo w zabieganym tygodniu nie ma czasu. Ja to w pełni rozumiem.

Ale Frida w schemat wpasować się nie umie. Nie, nie jest z tego powodu nieszczęśliwa, nie jest sama poza schematem, co więcej na co dzień Frida przecież genialnie w stadzie się porusza razem ze swoim nonkonformizmem nieraz przesadnym w wielu kwestiach polityczno-społecznych, nie ma żadnych problemów z kontaktami międzyludzkimi, ze swoimi poglądami, choć nieraz groziło jej za to pobicie ( nigdy nie wmawiajcie antysemicie że jest się Żydówką, nigdy!) i nadal nie może przeboleć humorystycznie sytuacji kiedy pewien ksiądz naprawdę groził jej stosem.

Fridzie dobrze, że paradoksalnie, pomimo swojego nazwiska panieńskiego i znaku zodiaku nie czuje się stadnym baranem. Jest wilkiem z własnym stadem zaufanych wielkich wilków i wilczyc i wilczątek, wilkiem, który nieraz genialnie się kamufluje i manipuluje nieraz, nosząc owczą skórę, choćby wtedy, gdy musiała Frida pracować...w zakonie. Manipuluje z pewna dozą hipokryzji której się brzydzi. Ale jakoś jej źle tej niedzieli.

Może dlatego Frida nie lubi niedziel, bo czuje, że pomimo tego, że schematu niedzielnego w jej życiu się nie uznaje, schemat wchodzi z butami w jej życie. Stado próbuje się w nią wlać, próbuje się w nią wlać niedzielnego schabowego choć na obiad zje samą marchewkę. Z groszkiem, a co! Ale niedziela próbuje wepchnąć tego schabowego do gardła bardziej, niż próbowało się ją zmuszać do schematu niejedzenia mięsa w piątek. Schemat spadku religii, którą mało kto rozumie już chyba, także w niedziele, gdy w kościele patrzy się kto co włożył, zamiast skupiać się na wlewaniu w duszę miłości.

Może dlatego niedziela uwiera, bo nie można przed nią uciec. Nie można uciec od zbiorowego meczenia, zaczyna się krzyczeć i dusić mocniej, meczenie brzęczy w uszach coraz głośniej i wypruwa flaki, mózg eksploduje brawurowo na ścianie. (umiecie to sobie wyobrazić?)

Dlatego pewnie Frida w wiele niedziel zaszywa się w domu lub w lesie gdy jest u siebie. Bo w niedziele pewne spojrzenia bardziej Fridzie ciążą. Absurdalne, wiem. Ale to spadek nieakceptowanej na wsi przez niektórych nastolatki, która nie chodziła do kościoła. Nastolatki, której glany były drugie w mieście, bo pierwsze były jej siostry.
To wewnętrzne poczucie które nie umie zamrzeć, którego nie zracjonalizuję. W niedzielę ogolona niegdyś głowa Fridy (zanim to było modne!) jest bardziej wyraźna, jej czarownicą bycie jest bardziej łatwopalne. W niektóre niedziele, niech będzie. Bo ten dzień nie jest skazany na porażkę, przeżywam niedziele piękne, w których rozwijam skrzydła i się nie przejmuję, tylko...czasem wszystko się odzywa.

A może Frida nie lubi w niedzielach zapachu fałszu, a nie ostracyzmu?

Fałszu, zapytacie? Ano tak. Fałszu, który obserwowała w dzieciństwie właśnie i jako nastolatka. Bo w niedzielę alkoholik bijący i molestujący moją przyjaciółkę z lat szczenięcych, „kochany tatuś” zawsze szedł do komunii grzecznie, żeby się pokazać. Bo zabraniano nosić postrzępionych spodni i być brudnym, choć na co dzień nikogo to nie obchodziło. Bo w niedzielę w małym miasteczku z jakiego jestem, wszystkie rodziny chodziły razem na spacery o parku, w którym na co dzień nikogo nie było i w którym biegałam, ten park był mi odebrany. Bo w niedzielę te rodziny których awantury i bicie widziałam od poniedziałku do soboty nagle były uśmiechnięte i wszyscy chodzili za rączkę.
I ja widziałam rozdarcie, sprzeczności, a wtedy tego nie rozumiałam. Dlatego może niedzielne spacery mi się brzydziły, bo moja mama miała odwagę na wychodzenie bez ojca Ale mimo to niedziela kojarzyła mi się z zapachem jego wody do golenia, bo w niedzielę się zawsze pięknie szykował, wychodził sam, wracał pijany i robił największe awantury. Zapach przetrawionego alkoholu i tandetnej wody kolońskiej na zawsze będzie mi się kojarzył z pijackimi niedzielnymi awanturami właśnie To w niedzielę zawsze było wzywane pogotowie. I tzw. Wielki Piątek przed Wielkanocą, bo zawsze w te dni chlał najwięcej i miał zapaść.

Niedziela dla mnie jako dziecka była zawsze oszustwem, wyczuwałam to podskórnie. Była wielkim teatrem, przez który zbierało mi się na mdłości.

Ja w niedziele nie oszukuję. Nie będę tego robić w ten sposób, jaki oglądałam jako dziecko i może dlatego z niedzielami się nie lubimy. Może dlatego rodziny spacerujące z dziećmi nieraz tak mi się przyglądają. Bo nie mam uśmiechu w niedziele takie jak ta gdy nachodzi cały jad, który na nowo wypluć z siebie trzeba. Bo w niedziele jestem zgorzkniała. Wina traumy, małych miasteczek, mojego podejścia.
Nic więcej i tego jestem świadoma. Głupoty z dorosłej przecież głowy, która nieraz wraca do korzeni, od których odcinać się nie można. A trzeba akceptować.

Bo nie ma nic złego w niedzielnym spacerze i tym tradycyjnym rosołku i potem schabowym. Nie ma. To genialne wręcz, jest dzień oderwania od rutyny. Ale mnie to nieraz brzydzi. ( jad, jątrzenie, jątrzenie).

Niedziela i wszystkie rodzinki w kościele powodują zastanowienie po prostu. Bo jak tak jako "niewierna" przechodzę przypadkiem koło jakiegoś kościoła, czy słyszę dzwony napierdalające w całym mieście, zastanawiam się, ilu z tych ludzi, którzy tam śpieszą są świadomi swojego życia. Ilu z nich wierzy naprawdę a nie idzie tam z przyzwyczajenia. Wiem, że wielu takich, mam wspaniale wierzących przyjaciół- chrześcijan także. Ale nie o wiarę dosłowną już chodzi, bo cudza wiara to nie moja rzecz, żadna religia nie jest zła przecież a i chrześcijańskie założenia uwielbiam.

Chodzi mi o samoświadomość. Nie religijną. A po prostu ludzką, której religia bywa wyrazem.

Zastanawiam się, ilu z tych ludzi udaje się tam wbrew sobie więc. Ilu z nich przychodzi do kościoła i ocenia ubranie innych, ilu z nich udaje że wierzy w sakrament.
Zastanawiam się ilu z nich robi naprawdę to, czego chce, wierzy w to co wierzy prawdziwą wiarą i nie chodzi mi tu o religię, ale o wszystko, w co można w życiu wierzyć. Ilu z nich robi coś, bo robią inni. Bo patrzą im na ręce. I nasuwa mi się często odpowiedź- niewielu. Przynajmniej w takich miejscach jak to, z którego pochodzę i do którego dzisiaj wrócę, wrócę i trochę pojątrzę dalej stare rany, by w poniedziałek znów swoje małe miasteczko kochać.

Ten niedzielny dzień jest piękny, jeśli ten spacer i ten obiad po kościele jest tym, co naprawdę chcesz. Jeśli ten dzień spędzasz tak jak chcesz a nie tak, jak oczekują tego od ciebie postronne osoby. Albo te bliskie. Rodzice.
Moi teściowie próbowali nas też do takich niedziel zmuszać, bo oni je kochali. My kochamy niedziele inne, taka jak przed wyjściem Męża do pracy, naszą modlitwą był poranny długi seks a naszym obiadem są czasem kanapki bo nie chce się gotować ani jeść gotowanego, ani jemu, ani mi. I jedząc te kanapki z rzeżuchą którą sobie hoduję na parapecie wbrew zimie i surową marchewkę na którą mam nieraz diabelną ochotę, znów myślę czasem, ile osób przełyka schabowego, na którego tak naprawdę nie ma ochoty.
I ilu nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. To mnie dopiero przeraziło. Nieświadomość.

Oczywistość myśli, że wielu z ludzi nawet nie wie, że często postępuje wbrew sobie. Zakłada rodziny, chociaż chce podróżować albo po prostu, chce robić jakąś karierę. Ilu rodzi dziecko, chociaż go nie chce, ale teściowie i cała otoczka społeczna wywiera presję archetypu Matki Polki.

Mieszka tu czy tam, chcąc mieszkać gdzie indziej. Uprawia seks po ciemku chociaż marzy się zobaczyć żonę nago w pełnej krasie na pełnym słońcu. Je się to, co wmuszali rodzice. Mało przyprawione, po prostu mdłe.

Czasem boję się, że sama wpadam w schemat, sama nie wiem, czego pragnę, mimo że staram się do tego dążyć. Cały czas boję się w tym wszystkim, że zabiję swoją dziką naturę, że dam się ugłaskać, zasznurować sobie gorset. A nie chcę, do cholery!

Dotarło do mnie, jak bardzo jesteśmy słabi. I jak wiele jeszcze przede mną, jak wiele do pokonania.

Pokonania w sobie, przede wszystkim. Odkrycia, czego naprawdę chcę, odkrywania tego każdego dnia, bo moja dusza przecież to rwący potok, który zawsze może przynieść coś nowego. Ile słyszanych z oddali głosów, za którymi będzie trzeba podążyć? Ile razy człowiek zdobędzie się na odwagę, ile razy zrozumie, że tak, ma do tego prawo, wbrew niedzielnym dusznym rosołkom?

Jestem, gdzie jestem. I pomimo marudzenia, jestem szczęśliwa. Czy w swojej własnej szufladce? W swoim świecie, ze swoim ukochanym mężczyzną, ze swoją niedzielną chandrą i swoimi wolnymi myślami. Ze swoim gdybaniem i swoimi szalonymi, dla wielu za dziwnymi pomysłami, pomysłami rodem "pomalujmy nasze nagie ciała i biegajmy po lesie, oddając się bogom". Ze swoją religią, swoją mocą, ze swoimi przyjaciółmi i swoim wiecznym "nie boję się co o mnie myślisz". To czasem nieprawda, bo czasem mnie to zakuje. Każdy się boi. Ale kwestia to pokonywać strach, przede wszystkim strach o wyklęcie i cudzy żal.

Szukam cały czas więcej swojego świata, na nowo, za dnia i w nocy, też w sobie i poza sobą. Całe życie jest szukaniem, czyż nie? I mi się to szukanie podoba, ale niedziel póki co nie polubię. A przynajmniej jakoś nie polubię tej, bo od samego rana prowokuje.


Nazwijcie mnie dzieckiem poniedziałkowego czynu, nie niedzielnego lenistwa, po prostu. Choć często bardziej pasowałoby mi piątkowe szaleństwo.


Jedna z niewielu rzeczy jakie lubiłam kiedyś w niedzielach, będąc dziewczynką, był niedzielny chill w radiowej trójce. To tam poznałam Gloomy Sunday w wielu wykonaniach. Pasuje idealnie. 

piątek, 23 stycznia 2015

O kobietach z którymi pije się pierwsze i tysięczne razy wina, o ogrzewanych dłoniach i najprostszym szczęściu bycia człowiekiem.

Gdy dwie kobiety spotykają się i piją, bardziej kobiece z zasady wino, mniej przystające do oblewania sobie dekoltu piwo, gdy piją bardzo dużo, nic, czego potem się nie pamięta, tak naprawdę się nie zdarzyło. Nie istnieje w żadnym czasie i przestrzeni, skoro nie zapisała tego pamięć. Niepisana zasada pomiędzy dwojgiem osób, bardziej pasująca kobietom. Czasem, zresztą, lepiej nawet przecież nie wiedzieć.

Gdy piją dwie kobiety, zawsze w pewnym momencie pojawi się głośne wrzeszczenie, śmiech nie do opanowania, przed którym często uciekają mężczyźni. Zapewne dlatego telefon od Męża był taki krótki. Kobietom, które piją się nie przeszkadza. Chyba, że same tego chcą.
W ogóle, kobietom się nie przeszkadza, gdy dzielą między sobą sekrety, opowieści, kobietom się nie przeszkadza gdy padają co rusz rubaszne żarty, na które zapewne wiele innych kobiety (och, sporo wyjątków, ale jednak) nie pozwoliłoby sobie przy rodzaju męskim.

Takie to oto noce są niezapomniane, choć właśnie dużo w nich zapomnienia. Bo takie właśnie noce są cenne. Gdy czekasz na kogoś długi czas, chcesz poznać naprawdę, zobaczyć, usłyszeć. Noce, w których dużo śmiechu i pada się wreszcie nad ranem. Noce iście właśnie kobiece, bo jest wiele rodzajów szaleństwa ale...

Można imprezować z wieloma osobami. Biegać po barach całym stadem. Można pić z Ukochanym i to całkiem inny rodzaj picia, też bezcenny. Można zaszaleć z kimś całkiem, całkiem obcym. Ale można też i dzielić się po kobiecemu piciem, choć tyle lat i tyle razy wmawiano, że nie wypada.
Ale zresztą, nie chodzi o alkohol. Ten jest dodatkiem, wydobywa i rozluźnia, nic więcej. Czasem gdy spotykasz się pierwszy raz z kimś, musisz wręcz wypić, bo to pozwala otworzyć czasem rzeczy które się skrywa, stworzyć teorie, których się nie chce pamiętać, pozwala wyzbyć się barier. Bo tez zawsze między ludźmi są, na początku, gdy poznają się nieznacznie dotykając. Potem mogą dotknąć coraz więcej i więcej, nieraz w zbytniej dosłowności.

Jeden człowiek zawsze ostatecznie przecież dotyka drugiego i zostawia w nim ślady. Ja mogę mieć tylko nadzieję, że bez tej dosłowności ślady moich łap nie zostawią żadnej niepożądanej krzywdy, ja mogę powiedzieć, że cudze łapy podczas tej nocy będą doskonałą pamiątką. I, co więcej, ma się głód kolejnych zetknięć, spotkań, upojeń, nawet już nie alkoholem, a może z czasem, spokojnie, herbatą, gdy nastanie czas.
Kolejna noc wpisana na listę niezapomnianych, kolejna osoba zapisana w sercu jako dobry, wspaniały człowiek, taki człowiek, jakich z czasem można naprawdę, naprawdę głęboko pokochać i nie ma tu żadnej przesady.

Noc śmiechu, wariactwa, twórczego malowania i czasu przepierdolonego na głupoty, głupoty pozorne, bo ważne i istotne. Nadmiary słów, które nie muszą mieć wcale kształtu. Nie słowa nieraz zresztą są ważne, a inny rodzaj porozumienia. Mówienie oczami, mówienie przepływem. Tak zawsze było i tak będzie. Za słowami może kryć się wiele, ważne, co widzisz i jak widzisz.

Dobra noc. Zdawałoby się pełnia, doskonała całość nocna, aż do poranku z trzaskającym kacem, kacem, który dopadł mimo tego, że cały alkohol nie wyszedł z krwi i powoduje zawroty głowy i wywrotki. Mdłości poranne i pytanie jak to kurwa wino niedopite. Skąd pomarańcze? Wszystkie odpowiedzi jakoś się znajdują, te co się nie znajdą nie mają znaczenia. I kolejny śmiech wykopywania z łóżka. Tak, właśnie tak jest dobrze.
Jedna z kolejnych cennych nocy w kolekcji, noc dwóch kobiet połączonych przypadkiem, czarnym losem, a jednak w jakiś sposób- szczęśliwych. Bo tylko gdy człowiek gdzieś w sobie ma te pokłady szczęścia, można się tak śmiać.
Nadmiary endorfin buzują gdzieś z tyłu głowy mimo kaca. Zimno i sennie, ale to nie szkodzi.
Gdy odjeżdża autobusem uśmiechasz się pod nosem, już jakoś tęsknisz, bo wiesz, że powtórka nie będzie aż tak szybko. Ale i nad tym czasem trzeba popracować, żeby go skrócić. Uśmiechasz się i liczysz na więcej, kto wie, może jednak prawdziwie długą, dobrą znajomość, jak los pozwoli, bogowie pozwolą, jak ludzie pozwolą sobie nawzajem po prostu. Jak my sobie pozwolimy.
Tak, świetna noc. Mimo bólu następnego dnia, bólu głowy, bólu skręconej rano kostki, warta tego wszystkiego. Endorfiny, cicha euforia pod sercem rośnie. Bo właśnie może jest tak, jak powinno być. Jedne ręce na drugich to tak, jak powinno być.
Żeby być nieraz prawdziwie radosnym i prawdziwie szalonym, potrzeba drugiego człowieka, drugiej kobiety. Takiej właśnie kobiety jak Redcar.
Senność jednak pokonuje ciało, trzeba się zregenerować przed kolejną podróżą.
Zasypiasz gdy wracasz do domu.

****

Po wspaniałej, pięknej nocy bez snu potrzebny sen w dzień.
I dopadają cię mroczne majaki. Zawsze, gdy było dobrze, musi być gorzej. Popijacki weltschmerz jak to mawia Mąż? Możliwe. Zawsze dopada całkowite zwątpienie, obniża się lot po uniesieniu, nic dziwnego.
Zasypiasz gdy wracasz do domu, z uśmiechem po wspaniałej nocy, budzisz się w ciemnym pokoju, z ciemnością pod sercem. Kolejny sms "możesz zadzwonić?", taki sam jak poprzedniego wieczoru, ale nie pijesz już, nie dzielisz wspaniałości z inną wspaniałą kobietą, więc ogarniają cię złe przeczucia. Zresztą, przypominasz sobie porannego smsa przeczytanego gdy jesteś jeszcze pijana, smsa o wizji śmierci, przemijaniu.
Dopada cię złe przeczucie i jakiś rodzaj żalu, że to zignorowałaś. Całkiem, kurwa, uciekło w dochodzeniu do siebie, uciekło gdy skupiłaś się na kimś innym.
Dzwonisz. Zapłakany, zasmarkany głos przyjaciółki znanej te kilka lat. Już przyjaciółki.

Migają ci przed nosem wizje imprez właśnie z nią, z nią też zaczęło się od wspólnego picia, wspólne piciem opłakiwałyście kochanych zmarłych, dzielony podobny los. Z nią rzygałaś prawie przez okno i trzymałaś jej włosy gdy ona wymiotowała na przystanku. To gdy z nią piłaś uciekali właśnie mężczyźni, dzieliłyście podobne noce.

Zasmarkany głos, masz ochotę przytulić a nie możesz, słuchawką nie wyjdą ręce, ramiona co oswoją zimny wieczór.
-Wiesz, moja babcia zmarła- nic nie mówisz, pozwalasz jej powiedzieć. -Do tego On...On mnie olał, rozumiesz? Gdy dowiedziałam się w nocy, pojechałam do niego, chciałam się przytulić, potrzebowałam drugiego człowieka. A on mnie olał, nie odebrał, stałam pod drzwiami i pukałam, a wiem, że wiedział że jestem i go potrzebuję, bo słyszałam go w środku. I to on ma do mnie pretensje, że chodzi i płacze przeze mnie w swojej depresji. A ja jestem z tym sama, rozumiesz?

Nie chodzi o śmierć. Chodzi o samotność w śmierci, tak często, tak bardzo.
-Nie jesteś sama Cat.
Pozwalasz jej płakać przez słuchawkę, musi skończyć, bo to tylko przerwa w pracy.
Jadąc pociągiem już piszesz smsa, że jakby chciała, niech wpada pogadać, pomilczeć, bo pierwotny plan się zawalił, tak, będę w Poznaniu. Wymieniacie wiadomości, nie, w sumie to nie będę miała czasu.
"Ale czy pójdziesz ze mną na pogrzeb? Wiem że może to głupie, bo będą rodzice, ale potrzebuję kogoś z zewnątrz, rozumiesz? A na niego nie mogę liczyć."

Potrzebuje człowieka. Jak nie silnego męskiego ramienia, bo to okazało się słabe, to potrzebuje kobiety. Przyjaciółki. Bo kobiety muszą trzymać się razem w takich momentach. Pijąc, bawiąc się i płacząc. Potrzebuje się drugiego człowieka. Tak po prostu.

***

Jadę w pociągu, wymieniam smsy z Redcar z którą spędziłam poprzednią noc, z Cat, której będę potrzebna od następnego poranka. Dostaję jeszcze jednego, padam mi bateria cały czas, boję się że nie będę mogła odpisać.
"Jutro jednak z rana mam oprację. Będą mi kroić pierś i potem się upewnią, co to. Dostanę do łba na tej chirurgii onkologicznej".
Kaśka, kolejna z moich Katarzyn. Znana od lat przecież, od liceum, bawiąca się ze mną na wszystkich imprezach po parkach, pijąca ze mną tanie wina na Końcu Świata. Z nią też najpierw piłam i rozprawiałam potem o gramatyce niemieckiej. To z nią jeździłam zawsze na koncerty i nas dwóch nie mógł słuchać mój Mąż, potem i jej facet, z którym się zeszła w sumie przez nasze wspólne imprezy właśnie.
"A Solid?"
"Od 13 musi iść do pracy"
No tak, przecież jej facet też pracuje. Nie dostanie wolnego.
"Dobra, postaram się być na 13, mogę być trochę później bo będę wracać z pogrzebu"
"Super! Potrzymasz mi miskę jak będę rzygać po znieczuleniu albo mi poczytasz!"

Nie musiała mówić o co chodzi, że mam przyjść, potrzymać za rękę. To aż oczywiste, nie trzeba próśb, mówienia potrzebuję ciebie. W strachu, chorobie, bólu, zawsze potrzebuje się drugiego człowieka. Czy najbliższych, czy drugiej kobiety, z którą wypiło się morze wina.

****

Rano nie mogę się dobudzić, to jeszcze spadek nocy, w której sen nastał o 5 nad ranem po absurdalne walce o podusię, urojenia sprawnych Szopów zawsze robią swoje.
Wstaję z trudem, piątek, myślę niejasno, nie idę na praktyki, przecież powinnam była wyłączyć budzik. "Cat...pogrzeb..." dociera do mnie, gdy patrzę na telefon i ostatniego smsa od niej z wątpliwym dobranoc. Wygrzebuję się z pościeli i ramion nagiego, rozgrzanego Męża, ubieram się szybko jak na mnie, wybieram pierwsze lepsze czarne ciuchy, jakąś spódnicę, czarną bluzkę, czarne rajstopy. Nie przesadnie elegancko, nie przesadnie losowo.
Zimnym porankiem biegnę do Cat, siadam z nią jeszcze w mieszkaniu i czekam aż się przygotuje. Siedzę na jej kompie i scrolluję obrazki, cały czas patrząc w stronę łazienki, czy jednak nie usłyszę wycia, płaczu, spazmów. Ale odpowiada przerażająca cisza. Gdy słyszę płacz, wiem co robić. Gdy widzę jej pustkę w oczach, nie mam pojęcia, co powiedzieć. Najpierw listopad i śmierć najbliższego przyjaciela, jej, mojego, śmierć którą się dzieli jednak. potem jej euforia bo się zakochała, portem kolejne problemy w domu, problemy z nim, bo okazuje się że wcale nie jest tak łatwo, że to chyba nie to. Choroba siostry, śmierć ukochanej babci która walczyła z nowotworem. Czasem boję się, że ona nigdy się nie pozbiera, bo za każdym razem, gdy dzieje się pięknie, coś rzuca znów pod nogi. Taka piękna, mądra i młoda dziewczyna. Taka gorzka tego poranka.
Brniemy jednak na pks, łapiemy autobus.
Czuję się dziwnie bo pogrzeb kościelny, a ja już nawet nie pamiętam tego całego rytuału mszy, kiedy się wstaje, kiedy klęka, nie robię więc nic, to nie moja wiara. Jestem tu dla niej, więc trzymam ją za rękę, zmarznięta dłoń w zmarzniętej dłoni.
Nie żegnam osoby, bo to obca dla mnie śmierć. Ale chcę koić ból kogoś, na kim mi zależy.
Wiem, że ta pustka to jeszcze nic, najgorsze przed nami, wiem to, gdy patrzę na jej odbicie w szybie autobusu, bo nie można zostać na stypie, nie dostała przecież wolnego w pracy.

Odprowadzam ją więc do samych drzwi, gdzie czymś się zajmie i mówię, że jeśli chce, niech przyjdzie na noc, spać u nas, nie będzie sama.
Zastanowi się. Tyle mi wystarcza.

****

Czekam na wlekący się tramwaj, który zawiezie mnie prosto pod szpital. Wymieniam na mrozie smsy, marznąc mi palce ale wolę to. Wolę drugiego człowieka niż zimne ręce.

Gubię się w ogromnym szpitalu, wreszcie docieram na onkologię, na 8 piętro, wchodzę do sali i nawet w pierwszym momencie jej nie poznaję. Blada, bez okularów, jakaś sztywna. Sztywna, bo cała klatka piersiowa obandażowana, założone opatrunki, ból.

Gdy wchodzę a Kaśka mnie dostrzega słyszę, że miałaby ochotę na smażoną kiełbasę i murzynka swojej babci, a nie może jeść. Bawi mnie to niezmiernie. Skoro marudzi i ma apetyty, wszystko musi być dobrze. Przemyka mi zła myśl, tak, parę razy też tak już myślałaś, gdy siedziałaś we wrześniu, w październiku przy kim innym, też w szpitalu i słuchałaś, czego by to nie zjadł.

Ale nie można tak myśleć. Teraz będzie wszystko dobrze. Siedzimy przez dwie godziny i gadamy o pierdołach, nie muszę pomagać jej wymiotować tak jak wtedy, gdy miała wycinane migdałki, nie czytam jej książek tak jak ona mi, jak leżałam ze złamaniem. Tym razem jest prosto, jest wesoło, babskie plotki o tym, jak Solid będzie się cieszył słomianym wdowieństwem jak ona wyjedzie na stypendium na miesiąc do Niemiec, bo wyjedzie przecież, nasza kochana doktorantka, pasjonatka gramatyczna.
-Dzięki że przyszłaś.- słyszę nieznaczne stwierdzenie, ale oczy znowu przecież mówią więcej.
-Nie ma za co. Jak jutro zostajesz to też wpadnę, razem z Wojtkiem.

***

Wracam do domu w mrozie, spadające rajstopy wkurwiają niezmiernie, spódnica podwiewana wiatrem. Kolejne smsy, chwytam w tramwaju kamyczek zawieszony na szyi.
Tak, to sam w sobie dobry amulet, choć nie powinien może być mój ale...

To może nie ma znaczenia.
Myślę o wszystkich dobrych kobietach, ładnych i mądrych, z którymi wypiłam pierwsze wino, z którymi wypiłam i morze wina i piwa. Myślę o nich wszystkich, o tym, jak dziwnie plączą się losy.
Myślę o tym, jak mimo zmęczenia, mimo tego, że nie jest łatwo, jeśli tylko się chce prosto jest być dla siebie.
Wszyscy potrzebujemy drugiego człowieka. Zderzamy się ze sobą, nasze życia plączą się jak nurty wielu rzek wpadające ostatecznie do jednego oceanu. Łączą nas radość i smutek, tragedie i triumfy. To takie proste, cholera, to takie proste. Być po prostu nieraz.
Dlaczego więc czynimy to tak często trudnym?
Czasem ciężko mi pojąć jad między ludźmi, gdy nie ma takie potrzeby. Obojętność, gdy łatwiej ogrzewać sobie nawzajem ręce.

Dzwonię więc jeszcze do siostry, która ma dzisiaj 30 urodziny. Siostry, którą kocham całym sercem choć różnie między nami bywa. Siostry, z którą zapaliłam pierwszego papierosa, wypiłam pierwsze wino w życiu. W tą 30 stkę aż trudno mi uwierzyć, więc śmieję się z nią z tego, śmieję się mówiąc, że dla mnie zawsze będzie nastolatką z dreadami i koralikami na szyi, którą podziwiałam.

Po telefonie dostaję smsa
"Jednak wypisują mnie ze szpitala w poniedziałek. Jutro widzę cię z kiełbaską:)"
Mimo że Kaśka zostaje w szpitalu, poprawia mi to niezmiernie humor.

Może istnieje jad i obojętność. Między kobietami, które piją ze sobą wina, między ludźmi, tak po prostu.

Kolejny sms
"Dzisiaj nie przyjdę na noc, Paula ze mną będzie, ale dziękuję" 

Nie ma to jednak dzisiaj znaczenia żaden jad, mówienie, że inni ludzie to piekło. Bo tak nigdy nie było. Zaszywam się pod kołdrą gdy wracam i piszę, myślę o wszystkich dobrych, ładnych pięknych kobietach z ostatnich dni. Myślę o wszystkich dobrych, mądrych ludziach, tych, którzy są dla siebie. O tym, że nawet jak boli gdy odchodzą, trzeba się trochę przywiązać. O tym, że warto się zderzać i nieraz nastawić wcześniej budzik. O tym, że nieraz warto zapracować na wspólnego kaca. O tym, że warto nieraz po prostu zmarznąć idąc gdzieś dalej z zakupów i wpaść na kawę.
Myślę o tym, że nieraz warto posmakować może złego losu, może i stracić, by zyskać. Zanieść nawet ostatnie listy i udawać, że się nie płacze. Warto nieraz siedzieć na sterylnych szpitalnych korytarzach i potem żyć. Poznawać, kolejne dłonie, ciepłe, zimne. Te, które ogrzewa się i które ogrzewają. 
Myślę o tym, że wszystko toczy się swoim rytmem. Nie istnieje czas, ale ludzie i zdarzenia.
I istnieje miłość. Zawsze. Ktoś miał rację. Wiele rodzajów miłości. Splatanych nią właśnie losów. 
Warto powędrować dalej,bo nie toczymy żadnej wojny choć nieraz w to wierzymy, warto iść dalej w mrozie, zanim wejdzie się w ciemny brzuch kamienicy i zostanie samemu, już w pewnym spokoju. 


Tak można zostać zmęczonym człowiekiem. Ale i bardzo szczęśliwym.


Tak silny jak byłeś
Tak kruchy jak się stałeś
Patrzę jak oddychasz ostatni raz
Piosenka z twojego serca
Ale gdy cichnie
Wiem, co to znaczy
I zabiorę cię do domu. 

niedziela, 18 stycznia 2015

O odbiciu dzikich oczu bogini w lustrze, o wilgotnych kwiatach które nie powinny ociekać wstydem, czyli o kobiecym autoerotyzmie i miłości do ciała słów parę

-Chyba powinnam cię przeprosić- powiedziałam do swojego dobicia w lustrze. Wyszeptałam do swojego ciała, patrząc na nie w pełnej krasie, stojąc sama przed sobą nago. Widząc piersi, brzuch i rosłe uda. Żer dla robaków, jak pisał Gaiman ciało to nic więcej, a jednak...

Przepraszam cię. Przepraszam siebie. Za to co wczoraj, gdy dotarły do mnie kolejne nocne spazmy po stracie tych, których kocham, mówiące wcale nie jak echo. Przepraszam za otwieranie ran i nerwowe drapanie się do krwi. . Przepraszam i za te lata, gdy zaczynałam cię nienawidzić.

Patrzę na swoje odbicie, widzę to, kim jestem, kształt, w jaki mnie obleczono na tym świecie. Widzę materię, która przeminie. Widzę energię, która materię posiadła. To tylko atomy, łączące się w komórki, to tylko kolejne wiązania chemiczne, organy, to tylko....to coś znacznie więcej. To atomy, które żyją i składają się na mnie, na mój kształt, który mówi o tym, kim jestem. Materia i energia. Masz ciało, więc żyjesz dosłownie, nie tylko jako echo w przestrzeni Frido. Masz ciało, jak możesz nieraz myśleć o tym, żeby je odrzucić i dołączyć do....

Nie wolno ci. Przeproś. Po prostu przeproś, materię którą jesteś, materię, którą dopiero w późnych latach życia nauczyłaś się nienawidzić. Bo przecież przedtem nieskrępowanie swoje ciało zawsze kochałaś. Co ci się stało? Co się stało z ciałem?

Czasem mam wrażenie, że moje ciało nie należy do mnie. Zmieniło się straszliwie w ciągu 3 lat, kiedy to zachorowałam. Z ciała smukłego jak młoda brzoza, ciała kościstego, z długimi nogami i wystającymi kośćmi, które mówią o tym, co najdłużej po nas zostanie, zaczęło być ciałem miękkim. Czasem gdy patrzę w lustro dziwię się, że to ja, że tak zmieniła mnie choroba. Moje piersi stały się wielkie i nabrzmiałe, choć te 3 lata temu jeszcze czasem uparcie nie nosiłam stanika, bo nie miałam po co, chciałam by te piersi dziewczynki były jak najdłużej nieskrępowane. Moje uda, z chudych zapałek stały się mocnymi udami pokrytymi za dużą ilością ciała, tłuszczu. Moje uda pokryte płaszczem celulitu, który tak chętnie produkują chore hormony. Moja twarz wypełniła się, policzki zrobiły się jeszcze bardziej okrągłe, błyszczące małe oczy jeszcze bardziej zniknęły w obliczu. Czy zniknęły, bo ich nie widać, czy zniknęły, bo po prostu w tym wszystkim przestały błyszczeć? Moje pośladki stały się zadem potężnej kobyły. Moje kości zostały ukryte.

Nic nie mówi w moim ciele o szkielecie, do którego przywykłam lata temu. Które nauczyłam się kochać. Moje ciało zmieniło się ekspresowo, a ja go nie poznaję. Jakby było obce.

Stoję więc przed wielkim lustrem w swojej łazience, stoję o poranku i patrzę na siebie. Patrzę, jakbym widziała po raz pierwszy. Patrzę w oczy, które od niedawna zaczęły odzyskiwać blask po latach, kiedy w moim sercu zagościła dosłowna, ciemna śmierć. Jedna śmierć zepchnęła na dno, inna z niego wydobyła? Bolesny absurd, a jednak...

Patrzę na swoje ciało dokładnie, uważnie, na każdy detal. Za duży nos, który uwielbia mój Mąż. Pełne policzki, wąskie usta, które jednak ponoć tak ładnie się uśmiechają, tak wesoło i czule zarazem, jak powiedziała mi pani Ola, jedna z moich podopiecznych.
Pełne ciało, nie kościste jak u podlotka. Pełne ciało.
Ciało dawnych matek.
Słyszę dawny głos w głowie i przypatruję się sobie jeszcze uważniej.
Czy nie sądzisz, że po prostu dojrzałaś na tyle, by dostać ciało bogini?
Głos nie daje mi spokoju. Zamknij się Sahib!- mówię do swojej głowy.

Myśli jednak biegną już swoim torem, spuszczone ze smyczy przez wspomnienie o kobiecie, której nie widziałam i nie słyszałam przecież już latami.
Ciało bogini. Ciało, które wcale nie karmi się sztucznymi, idealnymi proporcjami, jak dzisiaj o boginiach się myśli. Ciało pradawnej matki, miękkiej i wilgotnej jak kobiece łono. Ciało o szerokich biodrach mówiących o płodności, ciało o wielkich piersiach, mówiących o dostatku. Ciało Wenus z jaskiń naszych przodków, ciało pierwotnych karmicielek,do których ufnie albo z trwogą się zwracano. Ciało matki ziemi, do której należymy.

Ciało takie, jakie miała Sahib. Ciało, którym się chwaliła i którym uczyła rozkoszy choć tylko w teorii, a jednak. Ciało, które kochała i tą miłością uczyła własnej.
Poznałam ją mając 16 lat, na jednej z imprez na którą trafiłam w Poznaniu krótko po tym jak zerwałam ze swoim ówczesnym facetem, Dymitrem, tym, z którym straciłam dziewictwo trochę przedwcześnie, ciekawa swojego ciała i tego, jak seks będzie smakował. Seks, który dla mnie nigdy nie był żadnym tabu. Poznałam ją jako kolejną przedstawicielkę szalonego malarskiego świata, bohemy, która z biegiem czasu jest wyblakła i napuszona, ale wtedy zdawała się być idealnym sposobem na życie.
-To jest Sahib- przedstawił mnie Paweł tej starszej ode mnie o wiele lat kobiecie.
-Naprawdę masz tak na imię?- wypaliłam, gdy rozmawiałyśmy po wypiciu razem kolejnego kieliszka tequili.
-Nie, to tylko przezwisko. Sahib oznacza "Panią" w Indiach. Tytuł którym zwracają się ludzie z szacunkiem.
Pasowało to do niej, do jej egzotycznej urody, wielkich czarnych oczu, do każdej z jej krągłości ciała, ciała, którym poruszała dumnie i płynnie. Ciała, które hipnotyzowało i zahipnotyzowało i mnie.
Jedna impreza, druga, trzecia...wreszcie stałyśmy się sobie bliskie. Jak przyjaciółki, sądziłam, nie znając wtedy jeszcze reakcji swojego ciała i swojej duszy, nie wiedząc nawet, jak i czym mogę się fascynować. Odkrywając dopiero, co mnie podnieca i co powodować może rozkosz. Ucząc się swojego ciała jako nieopierzona nastolatka.

Kolejne rozmowy o tym, że w sumie to jeszcze nie miałam orgazmu, bo niedawno straciłam dziewictwo, ale jestem ciekawa jak on smakuje, tak naprawdę, tak dosadnie, to wielkie "bum", o którym się tyle mówi. Wielkie bum, które przecież nie jest tak doniosłe jak w przypadku, gdy rozkosz sprowadza się na siebie samą.
-Jak mało wiesz o życiu dziewczyno!- zaśmiała się wtedy Sahib i porwała mnie do tańca.
Nie wiem czy to tequila, czy nasze dzikie dusze, młodej dziewczynki i dorosłej już kobiety, ale ta noc była szalona. Tańczenie na stołach i...pocałunki.

Po raz pierwszy wtedy całowałam się z kobietą, piękną, dostojną Sahib. Po raz pierwszy odczułam co znaczy dotknięcie moich warg kobiecymi. Pocałunek, który miał zupełnie inny smak, który sprawiał, że przez ciało przechodziły zupełnie inne dreszcze.
-Bo tak oto łączą się boginie- jak powiedziała mi potem Sahib, gdy paliłyśmy pijane kolejnego papierosa na balkonie wielkiej kamienicy.

Nie powiem, że w jakikolwiek sposób zakochałam się, a raczej zauroczyłam w Sahib w takim sensie, w jakim zakochiwałam się w mężczyznach. Jednak fascynowała mnie, pociągała. Była jak brama, która może otworzyć drzwi do innego świata, była jak woda, która orzeźwia i przemywa zmęczone oczy tak, że widać o wiele, wiele więcej.
Zahipnotyzowała mnie swoim ciałem i swoją duszą. A wtedy, poszukująca różnych dróg dziewczyna nie potrzebowała więcej.

Nigdy nie zostałyśmy dosłownymi kochankami. Została raczej chwilowa przyjaźń oparta na erotyzmie. Więź, dzięki której nauczyłam się tak wiele. Nauczyłam się kochać swoje wychudłe, dziewczęce ciało. Tamten dawny kształt materii.

-Frido, żeby odczuwać rozkosz, musisz się nauczyć najpierw swojego ciała i kochać siebie. Nie pobieżnie, nocami, w łóżku pod kołderką jak robi wiele kobiet. A całkowicie się sobie oddać. Złożyć swojemu ciału hołd z rozkoszy.

Posłuchałam jej wtedy. A dzisiaj przypomniałam sobie te słowa, stojąc przed ogromnym lustrem w swojej łazience.

Ciało kobiety to świątynia. A my pozwalamy je krępować, pozwalamy narzucać sobie to, jaki ma mieć kształt, jaki ma mieć wygląd, proporcje. Wpadamy w pułapki kanonów i szufladek, mówiących nam która kość ma wystawać i którą część trzeba zakryć. Zapominamy o pierwotnym pięknie, które tkwi w ciele każdej kobiety. Zapominamy o lesie, którym jesteśmy i który się w nas rozrasta, lesie zmiennym w czasie. Widzimy piękno w kształtnej piersi, zapominając, że każdy jej kształt ma swoje piękno. Zapominając, że każde ciało jest piękne, ze swoimi skazami, brudami i bliznami. Zapominamy o tym, że możemy oddawać mu hołd.
Zapominamy też o tym, że jednym z tych sposobów jest autoerotyzm.

Tak, dobrze przeczytaliście. Zadawanie swojemu ciału rozkoszy przez kobietę ( nie będę mówić o mężczyznach, bo nie noszę męskiego kształtu przecież na tym świecie) to swoisty hołd i sposób na dotarcie do samej siebie. Na pokochanie. Na poczucie kim naprawdę jesteśmy i zrozumienie, jak jest to piękne, skoro może powodować nieskrępowane fale otwierające całkiem inne oczy, te, które widzą dalej.

Wielu krępuje dziką seksualność, zarówno kobiet jak i mężczyzn. Lecz o ile męski fallus, symbol dosłownej siły jest jeszcze w wielu kulturach zrozumiały przez swoją prostotę, a tyle kobiece łono stało się symbolem siedliska wszelkiego zła.
Mówimy, że żyjemy w oświeconych czasach, czasach w których epatuje się seksem. Ale epatuje się w całkiem inny sposób. Nadal zniewolony, mający granice społecznej akceptacji, akceptacji w mediach, a nie na co dzień.

Kobieca seksualność i ciało nadal są uciskane. I od czasu do czasu odczuwa to każda z nas. Większość z nas przeszła przez piekło, dorastając. Większości z nas mówiono, że to co mamy między nogami jest brzydkie i trzeba to chronić przed światem. A może i świat przed tym, co nosimy w sobie. Przed wilgocią i nieskrępowaniem naszego łona. Przed sposobem na bycie po prostu, kobietą w pełni.

Póki kobieta nie zrozumie swego ciała, jak może też kochać inne ciała? To kiedyś powiedziała mi Sahib i miała rację.
Wmawiano nam że nasza kobiecość, czerwona i wilgotna, piękna jak kwiaty jest nieładna, jest powodem do wstydu. Jak wiele kobiet, którym się to wmawia, może czerpać potem radość z najwspanialszej z funkcji ciała?
Miałam to szczęście, że w moim domu nie było barier w rozmowach, jeśli chodzi o seksualność. Nie wmawiano mi, że coś jest złe albo wstydliwe i moja seksualność, dzięki mojej mamie, mogła rozwijać się swobodnie i nieskrępowanie. Już od dziecka nie mówiono mi a fe, gdy oglądałam swoje narządy rodne. Bo te przecież ciekawią każde dziecko, swoje narządy i cudze. I dają już jakąś przyjemność.
Dopiero gdy poszłam do szkoły, zrozumiałam, że dla wielu autoerotyzm to grzech. Ciało jest siedliskiem plugastwa, zwłaszcza kobiece ciało. Usłyszałam przesądy o tym, że "od tego to ręka gnije" albo że porasta zwierzęcym włosiem. Dowiedziałam się o grzechu Onana i o tym, że seks to zło.
Nawet gdy byłam nastolatką, której dopiero rosną piersi i pierwsze włosy na łonie, coś mi się już nie zgadzało. Dałam jednak częściowo skrępować swoją seksualność i swoje ciało. Dorastałam w cieniu, łamiąc po cichu kolejne bariery zadawanej sobie nocami rozkoszy, łamiąc bariery w związkach z mężczyznami.

Aż poznałam Sahib, która przypomniała mi to, co w głębi siebie wiedziałam, pozując przecież nago i czując się wtedy piękną, w tajemnicy biegając nago po lesie i tam nieraz nawet dostarczając sobie przyjemności.
Poznałam ją i przypomniałam sobie, że to nie ja mam się czego wstydzić. A los tych, którzy się ukrywają, często bywa bardzo smutny. I pokochałam całkiem inaczej swoje ciało, czując "wielkie bum", naprawdę potężne, stojąc przed lustrem i po raz pierwszy, patrząc sobie w oczy czując wielką rozkosz.

Nigdy potem nie miałam problemu z orgazmem z partnerem czy partnerką. Bo wiedziałam już, do czego zdolne jest ciało, gdy odda się mu hołd, gdy się je kocha.

Jednak pomimo tej wiedzy widzę nadal, jak wielkie to tabu. Ile kobiet przyzna się, że choćby po ciemku nieraz, ma pragnienia i stara się im sprostać? Ile kobiet w lustrze potrafi spojrzeć na siebie w pełnej krasie, zajrzeć do środka, z wielką ciekawością rozchylając płatki kwiatu, o którym mówiono, że jest obrzydliwy- a naprawdę jest piękny?
Kiedyś, ciekawa sprawa, asystowałam jednemu profesorowi przy robieniu badań, ankiet. Pytania były podchwytliwie skonstruowane. Gdy pytano wprost o masturbację kobietę, która była anonimowa, ok 85 % nie przyznało się, że to robią. Gdy zapytano co odczuwają po masturbacji, ciekawe, że ok 50% odpowiedziała, co czuje, jakie uczucia temu towarzyszą. To jak, onanizują się czy nie? Oczywiście że tak! Tylko towarzyszy temu tak wielki wstyd, wpojony społecznie opresyjną dla kobiet kulturą chrześcijańską w naszym kraju, że nawet gdy anonimowe, nie przyznają się ani trochę. I jak te kobiety mają cieszyć się ze swojego ciała i seksualności, skoro wstydzą się pragnień ciała? Skoro wstydzą się odczuwania rozkoszy i potrzeby takiego rodzaju?A właśnie seks jest jego częścią.

Sama być może i nie wstydzę się masturbacji, przyznaję się głośno do tego, że gdy jestem w rozjeździe z Mężem, nieraz zaspokajam swoje potrzeby, które są ponoć ogromne. Tak samo jak robi on. Kiedy jesteśmy razem nie ma takiej potrzeby, dzielimy komunię ciała radośnie, z żartem albo wielce celebrując ale...

Właśnie. Zapomniałam.
Zapomniałam o tym, że dzielenie ciała jest w miłości jedną z najważniejszych rzeczy. Ale być może nieraz trzeba przypomnieć sobie o pierwotnym hołdzie, hołdzie o którym powiedziała mi Sahib i którego mnie nauczyła.
Nieraz trzeba stanąć przed lustrem i w ten sposób być może, pokochać swoje ciało. Siebie samą. Przynajmniej i ja muszę. Zagłębić się palcami w swój sekret który nie powinien być wstydem, patrząc sobie zuchwale w oczy. Widzieć tego, którego powinno się pokochać jako pierwszego by móc kochać innych- samą siebie. Pokochać też dosłownie, fizycznie, by ciało poznać i móc się nim dzielić radośnie.
By móc ciało odczuć, poczuć, oto ja. Poczuć, jakie mam w sobie piękno.

Stoję więc przed wielkim lustrem, sama w domu, naga, ciężko dysząc, patrząc sobie zuchwale w oczy. Widząc, jak reaguję, wiedząc, co lubię. Ruch, delikatny czy mocny. Chwilowe doznanie, które nie sprowadza wcale wstydu czy uczucia upokorzenia, bo nie skrępowano mnie żadnym grzechem, nie wierzę w grzechy, nie wyznaję ich. Chwilowe uniesienie którym moje ciało obejmuje mnie czule. Chwilowe uniesienie i błysk w oczach pierwotnej bogini, która przecież we mnie tkwi i nieraz potrzebuje tego, by cieleśnie ją czcić.

Widzę swoje ciało, miękkie i łagodne, kilka kilogramów za dużo, może kilka kilogramów, których potrzebowałam, by zrozumieć, by dorosnąć. By na nowo przypomnieć sobie o tym, że jestem boginią i żaden kanon nie jest w stanie mi tego odebrać.
Poczułam, po raz pierwszy od długiego czasu, ta dosadnie, tak po prostu swoje ciało. Kochane ciało z pięcioma szramami rozstępów na prawym biodrze, które wyglądają jakby stara niedźwiedzica szarpnęła moje ciało pazurami, swoją wielką łapą. Dzisiaj wyjątkowo je kocham. Może mają być stałym symbolem, może są ważniejsze niż myślałam. Znak który pojawił się trzy lata temu, niespodziewanie, który na moim ciele odkrył mój Mąż.

Przyglądam się im i innym niedoskonałością swojego ciała. Swojego. Jedynego, niepowtarzalnego.
Tańczę potem lekko, nago po mieszkaniu, moje koty wpatrują się we mnie ze zdziwieniem. Tańczę jak dawne kobiety, moje siostry w lasach, te, które wiedziały, że nie można sobie dać niczego odebrać. I trzeba kochać. Lasy w których się biega i te, które rosną w twoim wnętrzu.

Trzeba kochać siebie, by też móc kochać i zaznawać całkiem innej rozkoszy. Doznałam więc dzisiaj o poranku i znów chcę więcej, żarłocznie. Jestem lasem, który potrzebuje czułego objęcia słońca, by wzrastać w całkiem innej rozkoszy. Stale głodna, głodna ciałem, głodna duszą, czekam na swojego kochanka, by zatopić się w całkiem innym doznaniu. Doznaniu, do którego kiedyś musiałam dojrzeć, zanim spotkałam ukochanego, doznania, które dzisiaj będzie smakować jeszcze lepiej, bo sobie przypomniałam. Bo znów, w inny sposób dorosłam.
Kwiat dojrzał, obumarł, może wydać owoce.

Dzisiaj o poranku znów dorosłam, zasadziłam więc nowe drzewo doznaniem. Oddałam kolejny hołd, bez skrępowania, przypominając sobie rozkoszą dawne prawdy zaklęte w moim ciele i mojej duszy. Materia i energia, które się przenikają. Nic więcej nie trzeba. Zupełnie nic. Aż zderzasz się z inną materią i odczuwasz jeszcze piękniej jedność świata.

Jedność świata tego w środku może to zapewnić.

Teraz muszę tylko o tym pamiętać. Każdego z dni i każdej nocy.

A czy ty, czy pamiętasz?  


Dobrze sobie radzę z roślinami
Gdy moi przyjaciele są daleko
Pozwalają mi utrzymać ziemię wilgotną
Siódmego dnia odpoczywam
Przez minutę lub dwie
Potem wstaję na nogi i płaczę za Tobą.