niedziela, 31 maja 2015

O dwóch szalonych malarzach żyjących w całkiem innych czasach ale mających podobne serca, czyli pełen wzruszenia i dobrej tęsknoty list do rozgwieżdżonego nieba

Zamknęłam książkę tak cicho, jakbym miała tym jednym ruchem obudzić umarłego.
Tak, umarłego.
Zamknęłam ją też z łzami w oczach. Ale spokojnie. To były dobre łzy. Łzy tęsknoty, wzruszenia. Łzy gorące, jednak...już nie tak smutne. On też rozróżniał melancholię czarną i twórczą, prawda?

Listy Vincenta Van Gogha do jego ukochanego brata Theo, jedynego sprzymierzeńca i przyjaciela w cały smutnym życiu.
Czytałam je już kiedyś, gdy byłam nastolatką. Czytałam je i wtedy wzruszały, ale nie poruszały najwrażliwszych, najczulszych strun w mojej duszy. Wtedy jeszcze nie. Bo ty, mój prywatny Vincencie, szalony malarzu, jeszcze wtedy żyłeś. Bo nie znałam cię wtedy aż tak dobrze, choć, ze swoim mistrzem i mentorem kojarzyłeś mi się od razu. Szalony, nieobliczalny. I tak samo kochałeś życie, jednocześnie spadając co chwila na dno rozpaczy, tak bardzo, że chciałeś sobie tą radość życie i je samo w sobie odebrać.

Listy Vana czytałam ponad tydzień. Dawno tak długo nie męczyłam żadnej książki. Ale wiesz, te słowa, te listy...nie składały się dla mnie w powieść. Wiesz, Vince, to było trochę tak, jakby tamten, szalony malarz który uciął sobie ucho, pisał do mnie. Czasem miałam takie wrażenie, że to ja zmieniam się w Theo. Nie mogłam czytać, nie wracając do własnych wspomnień. Do twoich listów,choć ich nie było tak wiele. Nie mogłam wracać do obrazów Vana, nie wracając do twoich Vince. Zanurzyłam się w rzece wspomnień, widząc was jako jedno. Dwóch szalonych malarzy ze złamanym życiem, dwóch widzących kolor jako świętość.

Zawsze kłóciliśmy się o kolor właśnie, pamiętasz? Zawsze to, co dla mnie było za jaskrawe, dla ciebie było idealne. To, co dla mnie było zbyt stonowane, dla ciebie stawało się prawidłowym nasyceniem. Podobnie było z barwami życia. Pływałeś w skrajnościach jego barw. I tak jak pisał o sobie Van, tak samo było was dwóch, w jednym człowieku. Jeden, tak pokorny, łagodny, kochający życie i drugi mroczny, awanturnik, który zjawia się gdy tylko życie zaczyna się układać. Ty byłeś tak podobny. Czuły dla świata, barwy i światła, szukający nieznanych bogów w rozgwieżdżonym niebie. Ale i ciebie męczyły ohydne koszmary. I w tobie budziła się burza, bo przecież, jak pisał Van, człowiek rośnie w burzy.

Ty byłeś właśnie w niej zrodzony. Byłeś jej dzieckiem, grzmiącym i surowym, a potem...potem następował spokój. I światło. I wiesz, jakie to było piękne? Te twoje oczy, gdy na nowo wpadałeś w rytm, gdy na nowo wiedziałeś, czym i dlaczego jesteś, w tym właśnie momencie? Bogowie, nigdy nie widziałam większego światła w oczach. Było takie, jak pisał Van- twoje oczy były wtedy jak oczy niemowląt, które znają całą prawdę o świecie. To w twoich oczach nieraz bywały zamknięte największe tajemnice wszechświata, tajemnice, które potem zabarwiały płótna krwawo i błękitem nieba. To twoje dłonie, wiecznie niedomyte od farby, kształtowały świat, zamykały go w prostokącie płótna. To twoje dłonie prowadziły światło. Pędzel i ten głód malowania.

Tak, ten głód...miałeś taki sam głód tworzenia jak Van. Teraz to widzę, jak w tym byliście podobni. Nawet, jeśli nie mogłeś z tego wyżyć, potrafiłeś dla malowania poświęcić tak wiele. Tak samo i jego i ciebie przy życiu trzymała nieraz praca. Biała plama płótna, która prowokuje, by przeżyć jeszcze jeden dzień. Która prowokuje, by przeżyć i coś przekazać. Pokazać swój punkt widzenia, swoje uwielbienie, swoją duszę.
Czy naprawdę tak łatwo duszę zamknąć na obrazie, Vince? Czy tobie było łatwo, Van gdy mieszkałeś w Arles, gdzie do końca straciłeś ucho i rozum?
Za moje malarstwo płacę ryzykiem życia, ono zabrało mi połowę rozumu” jak pisał przecież Van do brata.

Bo to właśnie białe płótno sprawiało wam takie cierpienie. Nieraz to ty, Vince, łamałeś ramy, nieraz ty nożem ciąłeś to, co powstało. Nieraz miesiącami nie potrafiłeś patrzeć na białą plamę niegotowego obrazu, pytając, po co to wszystko. Tak samo cierpieliście przez swoją sztukę. Ale czy prawdziwa sztuka nie rodzi się właśnie w cierpieniu nieraz? Czy najpiękniejsze barwy nie powstają, gdy najpierw zstąpimy do mroku? Czy najpiękniejsze nuty tego, którego też kochaliśmy, nie wychodziły ze strun bólu poruszanych w duszy, ze strun tęsknot i złamanego serca?
Vince, może tak naprawdę nasza droga musiała się składać z cierpienia? Może twoja musiała, byś malował tak pięknie. Może Vana musiał dotknąć ten ból, pogarda, może trzeba było łamać mu serce, bo inaczej nigdy nie zwróciłby się do rozgwieżdżonego nieba?
Może ja potrzebowałam cierpienia, może potrzebuję tej tęsknoty, za tobą Vince i naszym Gauguinem, żeby odkryć może nie to, czym jest barwa, a czym jest po prostu drobina szczęścia w życiu? Może cierpienie i tęsknota sprawiają, że czarne kruki nad złotym zbożem są tak wyjątkowe?
Vince, może nic nie jest bez przyczyny? Ile razy o tym rozmawialiśmy mój kochany? Ile? Ile razy zastanawialiśmy się, czy trzeba było łamać ci kości jako dziecku, czy twoja głowa musiała być tak szalona?
Czy może tylko po tym wszystkim można dostrzec prawdziwe światło z nieba...i mieć takie światło w oczach? Światło, które opromienia mimo wszystko blaskiem miłości...może miłość musi być szalona, a życie nie może być łatwe.

Bo życie przy tobie Vince nie było łatwe. Nieraz jak Theo miałam ochotę powiedzieć ci wyjedź. Nieraz miałam ochotę trzasnąć twoimi drzwiami i nigdy nie wrócić. Ale nie można cię było zostawić, bo przecież..przy tym wszystkim nie można było cię nie kochać. A teraz, nie można nie tęsknić, tak bardzo, że nieraz to na nowo wraca, na nowo boli. Zwłaszcza i po tym, że straciłam przecież i Gauguina.

Tak bo we dwoje Vince, ty i on, byliście nieraz jak Van i Gauguin. Choć on nie malował, nie był twoim przyjacielem w pędzlu, był nim w sztuce, rozumieniu świata. Ten drugi nie szukał tylko spokoju i miłości, jak ty pośród burzy. On szukał dzikości na plażach Tahiti, szukał pierwotnych kobiet, którym mógłby dedykować muzykę na całym świecie. Mimo to, dogadywaliście się o wiele lepiej. Nie straciłeś przez niego ucha, rozciąłeś tylko rękę, by połączyć nas krwią. Rozciąłeś rękę dla niego, ale i dla mnie.
Kim dla ciebie byłam? Ochrzciłeś mnie Fridą, niepokorną malarką, która miała najdziwniejsze wizje. Dla której dopiero po latach spędzonych w świetle i cieniu zaczął liczyć się kolor. To z tobą piłam tequilę, to przy tobie jeszcze bardziej rozluźniałam gorset w którym niegdyś żyłam. Przy tobie uczyłam się tańczyć na kulawej, ale wyrywającej się do tańca nodze. Choć nie, nie byłeś moim Diego, stałeś się natchnieniem i tragedią życia. Ale czy czasem tragedii nie kochamy najbardziej? To, co nas rani staje się dla nas najważniejsze. Zmienia nas. A czasem staje się i najwyższą czułością.
Tak, kochałam cię Vince, nadal cie kocham. W tym świecie jak brata, ukochanego brata, który mnie rozumiał i kształtował przez nasze zderzenie.

Trójka wariatów. Trójka, która nadmiernie lubiła szukać w przeszłości i nadawać sobie imiona. Dzieci, choć ponoć dorosłe. Ale to nie szkodziło. Być może, było to jedną z najpiękniejszych rzeczy w naszym życiu. W twoim, moim, jego....Ja przynajmniej nie zmieniłabym tego za nic. Nawet jeśli potem przychodzi ból i tęsknota. Nie zmieniłabym tego za nic, bo dowiedziałam się, także dzięki tobie Vince, czym jest rozgwieżdżone nie bo i jak wielką ma wartość. Jakie w gwiazdach kryją się znaczenia. Wiedziałam to dzięki tobie i dlatego tak bardzo uderzyło mnie, gdy Van pisał o niebie...nie pamiętałam tego za nic.
Może staliście się dla mnie jednym. Może jego słowa w mojej pamięci stały się twoimi. Bo to ty byłeś moim Vincentem. Tym, który może i sprzedał parę obrazów, ale tak samo, nie dotarł na piechotę do śmierci.
Za szybko, za mocno, za intensywnie, prowokując los...aż los swoje oddał. Czyż nie tak Vince?

To nasze gwiazdy są szalone, nasze gwiazdy są szalone, te, które piastują nasze życia. Tak mówiłeś. Może to właśnie takie gwiazdy przypadły nam na palecie rozgwieżdżonego nieba. Może sami to wybraliśmy. Czy to ma jakieś znaczenie? Gdy patrzę w niebo podczas bezchmurnych nocy Vince, nie ma żadnego. Może tylko nieraz, gdy przeklina się los w bólu, gdy tęsknota wyrywa serce...może nieraz, wtedy. Ale gdy w sierpniu znów spadają gwiazdy, myślę o tobie jako o jednej z nich i nie ma znaczenia już, czy to przeznaczenie, czy sami wybraliśmy drogi. Uśmiecham się do nieba. Do tej trasy, do której prowadzi śmierć, jak w jednym z listów do Theo pisał Van.

A może to gwiazdy złączyły los twój i Vana, może za bardzo zapatrzyłeś się w jego gwiazdę jako dziecko, nawet o tym nie wiedząc i dał ci swój talent, dał ci swoje szaleństwo? Przekazał ci swoje światło?
Bo wciąż nie mogę zrozumieć, jak mogliście być aż tak podobni. Jak mogliście mieć taką samą słabość do ludzi prostych, brudnych. Ludzi upadłych. Tak jak Van malował wieśniaków jedzących kartofle, tak ty, ponad sto lat później malowałeś żebraków i bezdomnych. Nie zapomnę, jak wziąłeś jednego z nich z ulicy, pozwoliłeś mu zostać parę dni w swoim mieszkaniu, tylko dlatego, by pozwolił się malować. Nie czułeś potrzeby zbawiania ich, jak potem Van. Zbawiać miało ich twoje płótno. Wszystkie szare i zmęczone twarze, pod pociągnięciem pędzla stawały się twarzami świętych. Brudne i śmierdzące ciała to złote ciała cherubinów, cudownych mitycznych stworzeń. Na chwilę zapisane momenty.
Pociągał cię brud i zniszczenie, bieda, które ciebie kosztowały tyle pracy. To nic, że nieraz przez to cię okradziono albo prawie pobito. Ty dalej musiałeś tworzyć. Nieznajomi, bezimienni o pomarszczonych, zniszczonych dłoniach. Twoi prywatni bogowie w momencie, gdy pozują.

A kobiety? Vince, gdy czytałam listy Vana, myślałam, że dostałam w twarz. Tak samo jak on, kochałeś wszystkie nierządnice i kobiety złamane. To one przetaczały się przez twoje życie, ręce i łóżko. Przez twoje obrazy. Niektóre nawet na swój sposób kochałeś. Lulu, striptizerka na tak wielu obrazach. Majka, dziewczyna która obciągała w bramach za 20 zł, na twoim obrazie istna królowa życia.

I doprawdy, Vince, czy musiałeś tak dosłownie powtórzyć historię Vana, zanim cię nawet tak ochrzczono? Tak samo jak on przyjąłeś pod swój dach kobietę w ciąży, tak samo jak on wziąłeś to brzemię. Wychowywanie dziecka które nigdy nie miało mieć ojca, a jednak, dostało go od świata, choć na tak krótko. Zrobiłeś to, choć wszyscy, jak Vanowi mówili ci, że to głupota. Że zniszczysz sobie tak życie jeszcze bardziej, a twój szalony umysł zrobi komuś tylko krzywdę. Ale ty, jak i Van przez jakiś czas, nie słuchałeś tych głosów. Robiłeś swoje, kochałeś, miałeś taki sami głód miłości i posiadania rodziny. Ciepła.
Nie żałowałeś, potem twierdziłeś, że to była najlepsza rzecz jakąś zrobiłeś w życiu. Bo chociaż z nią się rozstałeś, już zawsze miałeś syna, w przeciwieństwie do Vana, który zostawił ich obydwoje.
.Syna, któremu przekazałeś trochę swojego szaleństwa, kochałeś do ostatniego dnia. Jemu zostawiłeś wszystko, co było jakoś cenne w twoim życiu, wszystkie rzeczy, które dostanie, gdy dorośnie na tyle, by zrozumieć. Nie musiałeś go spłodzić, był twój i bez tego. To ty opowiadałeś mu o pachnących mrozem chmurach i uczyłeś jego przewrażliwione stopy tego, że chodzenie po trawie boso wcale nie boli. Uczyłeś go jak kocia sierść może być przyjemna i jak można kochać życie. Przelałeś mu światło prosto w źrenice, to spokojne, ciepłe już światło pełnej miłości.
Vince, może ty wtedy właśnie nauczyłeś się kochać i doceniłeś to słowo, przy tym dziecku, za które wziąłeś odpowiedzialność? Może wtedy tak naprawdę wziąłeś ją po raz pierwszy w życiu i właśnie temu niemowlęciu dałeś się oswoić, jak lis chciał pozwolić głaskać swoją sierść Małemu Księciu?
Byłeś wspaniałym ojcem dla chłopca, który choć nie twój którego chciano ci odebrać, ciebie kochał najbardziej na świecie.
Czasem myślę, że tylko dzięki niemu nie straciłeś ucha. Gdy szaleństwo obrazów i pracy przytłaczało, to on wyciągał cię na powierzchnię najbardziej. Nie pozwalał tonąć.

A potem ona. Ta, którą otoczyła cię iście szaloną miłością pod koniec twojego życia. Wiesz, Vince, mimo wszystko cieszę się, że nie byłeś całkiem jak Van. Cieszę się, że zaznałeś o wiele więcej miłości, nauczyłeś się kochać, mówić pod koniec życia jak Van przy pierwszym uczuciu „ta, albo żadna”. I może twoje uczucie nie miało smaku zbieranych z pola, ciepłych od słońca wiosennych truskawek, jak i nie miała takiego smaku jego miłość odrzucona. Ale była piękna, piękna tak, że w tej którą ochrzciłeś kocim imieniem została wyrwa, której nie może do tej pory się pozbyć. Mimo wszystko, miało to swoje piękno.

Twoje życie było ciężkie Vince, tak jak życie Vana. Pełne nędzy, niepokoju i burzy. Pełne nieszczęść, blizn na nadgarstkach. Ale tak samo ja Van, mimo wszystko kochałeś życie. To ono było twoją pasją. Tak naprawdę nie malarstwo, nie białe plamy płócien, które pokrywałeś jaskrawą barwą, żółcienią i błękitem oczu prostytutek. To życie, które doprowadzało cię do skraju. To życie, którego tyle razy chciałeś się pozbyć.
Czasem myślę, że właśnie należałeś do tych, którzy czuli za mocno. Za intensywnie, za mocno docierało przez rozwarte źrenice właśnie to światło. Ale czy życie nieraz nie powinno być dziką podróżą, tak jak mawiał i Gauguin, który chciał porzucić swoje spokojne gniazdo? Może i wolałeś już potem spacerować, gdy wiedziałeś co to miłość...ale niektórzy do gwiazd muszą wręcz biec. Bo jak pisał Van w jednym z listów do Theo:
Udając się do Taraskonu czy Rouen wsiadamy do pociągu; kiedy wybieramy się do gwiazd, śmierć jest naszym środkiem lokomocji. Jedno jest niewątpliwe w tym rozumowaniu: żywi nie możemy pojechać na gwiazdę, tak samo jak nie możemy wsiąść do pociągu umarli. I w końcu wydaje mi się niemożliwe, żeby cholera, piasek w nerkach, suchoty, rak, nie mogły być środkami komunikacji niebieskiej, tak samo jak statek parowy, omnibus i pociąg są środkami komunikacji ziemskiej. Umrzeć spokojnie ze starości znaczyłoby pójść do nieba pieszo.”

Nie poszedłeś do nieba pieszo. Zresztą, nigdy nie wierzyłam, że to zrobisz. Prędzej czy później..każdy, ale nie ty. Choć może i o tym marzyłeś w pewnym momencie Vince. Marzyłeś, prawda? Ale życie to nie instytucja zajmująca się naszymi marzeniami.

I tak dopadł cię właśnie rak, gdy marzyłeś dopadł cię nawet jeden z tych, o których pisał Van. I wiesz, to, że skończyłeś ze sobą wcześniej, spokojnie podcinając żyły, zanim dopadł cię ból było właśnie wyrazem twojej miłości do życia. Wielu na pewno mnie wyśmieje Vince, gdy to mówię ale....życie było twoje. Chciałeś, by było w twoich rękach. By rozgwieżdżone niebo nie decydowało, ale było świadkiem. Chciałeś odejść po swojemu, wśród swoich obrazów, płócien, zostawiając listy, słowa pełne miłości ale i żalu. Chciałeś tego, a nie w szpitalu, zwijając się z bólu, gdy morfina już nie działa.
Niektórzy mówią, że to świadczyło o tym, jak byłeś szalony. Dla mnie nie byłeś wtedy szalony ani trochę. Choć w całym życiu podróżowałeś między dwoma biegunami, między barwą jaskrawej żółci i soczystej zieleni a barwą najsroższej czerni, wtedy twój umysł był jasny i spokojny, gdy podejmowałeś tą decyzję, gdy nocą przyszedłeś się żegnać. Ze mną pić ostatnie piwo, z Gauguinem jeść ostatni posiłek, z nią ostatni raz się kochając. I wiesz, Vince...nigdy nie było w tobie więcej światła. Vince...tamtej nocy byłeś już gwiazdą, prawda?

Umarłeś sierpniowej nocy, gdy właśnie spadały Perseidy. Van strzelił sobie w brzuch gdy niebo było jeszcze spokojne, w lipcu, ty wybrałeś noc spadających gwiazd. Ty podciąłeś sobie spokojnie żyły w swoim mieszkaniu o 4 nad ranem. Wtedy, gdy jak mówiliśmy, świat umiera. Ty właśnie umarłeś razem z nim, ale więcej nie powstałeś, nie było dla ciebie kolejnego świtu.
Gdy zobaczyłam twoje rozwarte szeroko oczy, w których żadnego światła już nie było, myślałam, że świtu nie będzie już żadnego i dla mnie. Ani dla nikogo, kto cię tak kochał, szalony malarzu.

Szeroko rozwarte oczy zmarłych pozbawione są światła. Ale może Van miał rację, pisząc do brata. Może śmierć jest tylko podróżą na gwiazdę, a całe nasze światło tylko przenosi się w inne miejsce. Może niektórzy idą na piechotę, a inni wręcz biegną, spalają, by sięgnąć nieba.
Wiesz, Vince, lekturze jego listów chcę wierzyć Vanowi. Temu, że gdy postrzelił się w brzuch może nie tylko był na dnie rozpaczy, ale może wzywała go podróż. Niektórych przecież zew woła wcześniej. Jak ciebie, Gauguina, zanim dotarł na swoje Tahiti, którym dla niego były Hawaje. Niektórzy muszą szybciej spakować swoje walizki, a my...my dotrzemy może później.

I Vince, przecież...to tylko podróż. Jesteście, ale jesteście dalej. I jestem szczęśliwa, że zostało mi rozgwieżdżone niebo, wiesz? Bo właśnie w nie mogę spoglądać.
Każdej nocy widzę to światło, to, które Gauguin przyrównywał do miłości płynącej po prostu z oddali, nawet, gdy gwiazda się już wypali. Sięgnęliście gwiazd, a ja mogę stać pod nimi, pod nimi śmiać się i płakać.
A tej jednej sierpniowej nocy, gdy spadają gwiazdy najbardziej, mogę stać pod nimi, płakać jednocześnie i się śmiać, pić dla ciebie wino i śpiewać. Jak tamtego roku w górach z naszym Gauguinem. Teraz będę robić to sama. Sama z naszej trójki.
Bo może wielu nie słuchało, gdy chciałeś im przekazać tak wiele. Ale ja słuchałam uważnie, widziałam i kochałam cię jak mocno tylko można było. Przyjmowałam twoją burzę i nawet za nią tęsknię. Doceniam to, że byłeś w moim życiu i że nadal mam rozgwieżdżone niebo.

Kocham cię, Vince, bracie i dzięki tobie jeszcze bardziej kocham gwiazdy. Rozgwieżdżone niebo to nie tylko kule spalanego gazu. To miłość, jak mówił i ten drugi, która dociera do nas od tych, którzy wyruszyli w podróż.

Mam nadzieję, że w gwiazdach się spotkaliście, w jakiś sposób, w miłości, świetle, spotkaliście się tam, prawda Vince? Mam nadzieję, że nie ma piękniejszej i bardziej ekscytującej podróży.

Ja na razie mam pociągi i statki, ale dołączę do was, nie martw się. I może, znów pociągniemy gwiezdnym pędzlem po cudzych twarzach. Ale, to już będzie inna historia.  


Wiem, że ta piosenka już pojawiła się na tym blogu..ale czy byłaby jakakolwiek właściwsza? Nie sądzę. 
Do tego, ta przywołuje jeszcze jedno pragnienie. Chęć odwiedzenia razem z Cat muzeum Van Gogha w Amsterdamie, gdzie Starry starry night jest grana jako tło do obrazów. Podróż daleka, która jest przed nami, planowana od jakiegoś czasu.. Podróż jak każda inna. Jak życie, pełne przeszłości i jej wzruszeń ale i przyszłości. Aż dotrzemy do gwiazd. 

sobota, 23 maja 2015

O związkach znów słów parę, czyli o tym, że wierzę nada, iż mężczyźnie z przeszłością i kobiecie po przejściach też może się udać wbrew słowom pewnej piosenki.

Po kolejnej ciężkiej, tym razem nadmiernie płaczliwej nocy przyszedł poranek.
Po nocy pełnej przytulania przez Męża, mojego ymkania i dziwnych reakcji na miasta w filmach. Płakać bo widzi się Los Angeles? O nie, tym razem moja psychika przegięła.
Obudziłam się już o 5, nie mogąc ani trochę spać. Żaden stres przed egzaminem, żadne niedobre sny. Kto wie, może tym razem świt sam wołał, żeby rozjaśnić moje myśli, tak mroczne i niedobre, uzbierane ostatecznie w bezsensowną fontannę łez?
Ale nastał nowy dzień. Czas wstawać i pędzić do szkoły na egzamin. Ten zdałam oczywiście, na 6.

Pod szkołą czekał na mnie A.. Umówiliśmy się wczoraj zanim zasnęłam, na szybko odpowiedziałam na jego smsa, że w sumie możemy, tak, możemy się spotkać po moich zajęciach, dostanie ode mnie dwie książki, które bardzo chciał przeczytać, a nie mógł ich nigdzie dostać. On zaspokoi swój popęd czytelniczy, a ja pozbędę się paru tomów, które walają się po domu, bo jakoś nadal nie możemy dorobić się nowego regału.

.A. czekał na ławce przed szkołą,trochę nieobecny na pierwszy rzut oka, jak to on. Wstał, uśmiechnął się gdy mnie zobaczył.
-Mówiłam że mam głos paryskiej dziwki po ciężko przepracowanej nocy?- zaśmiałam się na wstępie, skrzecząc tą swoją chorą krtanią.
-Nie da się zaprzeczyć!- przytulił mnie, przez chwilę staliśmy patrząc na siebie może trochę dziwnie. Oboje jeszcze musimy przywyknąć do takich spotkań, oboje musimy się jeszcze trochę oswajać z pewnymi rzeczami. Ale przypadek tamtego piwa w marcu zdaje się być błogosławieństwem. Bo z dnia na dzień robiło się coraz luźniej, coraz szczerzej nawet. Kto wie, może za jakiś czas będę mogła powiedzieć właśnie, że zyskałam przyjaciela? Bo do kogo nieraz biegnę, jak Męża nie ma w domu a innym nie chcę truć głowy, bo mają podobny problem jak ja? Do kogo on biegnie jak ma kolejny napad złych myśli?
Tak, tamto piwo w marcu wyszło nam zdecydowanie na dobre.

Sami patrzyliśmy na siebie dziwnie, a co dopiero niektóre kobiety z mojej szkoły, wychodząc z zajęć. Te, których nie lubię, te, które dołączyły do nas w drugim semestrze. Wiedzą jak wygląda mój Mąż a przecież no tak, zapomniałam! Zamężnej kobiecie nie wolno mieć kumpli! Nie wolno im się z nimi spotykać samodzielnie, bo to już jak zdrada! No tak, zapomniałam jak to działa w niektórych umysłach.
-Chodźmy stąd- powiedział więc mi teatralnym szeptem do ucha.
Wczesna godzina, 10, miasto dopiero budzi się po piątku. Mimo chorego gardła można iść do parku i zjeść razem śniadanie, to na pewno nie zaszkodzi. Poszliśmy więc do piekarni po jakieś drożdżówki i usiedliśmy w parku przed operą, ciesząc się z pogody. Śmialiśmy się trochę z tych pań z mojej grupy, z tych, których nie lubię.
-Uważaj, bo jak będziesz miał taką dziewczynę, to zabroni ci się ze mną spotykać. Ze mną na pewno!
-Ja i dziewczyna obecnie? Zapomnij!
Nic dziwnego że zeszło na ten temat Ostatnio jakoś wokół niego zdarzało nam się krążyć. Jako że A. zasadniczo wyleczył się ze mnie po wielkim rozczarowaniu sprzed paru lat, wyleczył się tak naprawdę ponownym wejściem w tą relację w sposób ostrożny i powolni oswajany, jakoś tak wychodzi, że czasem schodzimy na temat potencjalnego związku. Choć ten jak zwykł czynić, zapiera się w tym temacie, a oczy w kolorze rtęci, gdy o tym mówi, jakoś przesączone są jadem zwątpienia. Jak zwykle ma swoje bariery.
-Czemu? Może cię poznam z jakąś moją koleżanką...-zaśmiałam się by złagodzić temat, bo przecież doskonale wie, że kto jak kto, ale ja w swatkę bawić się mu nie będę.
-Mam za dużo defektów moja droga na obecne związki.
-Hm?
-Choćby widzisz, mam tyle lat, a seksu nie uprawiałem.
Trochę zatkało, ale ja przecież zawsze znajduję odpowiedź, tym bardziej, że ostatnio na ten temat też nam zeszło.
-No to można zawsze szybko zmienić. Zresztą, niejedna kobieta byłaby dumna...albo jakaś cierpliwa. Każdy kiedyś zaczynał, no nie?
-Frida, weź. Bycie prawiczkiem w moim wieku, w naszych czasach to wstyd. Od mężczyzny raczej oczekuje się zawodowstwa w łóżku a la Łysy z Brazzers.
Rozwalił mnie tym tekstem, prawie potoczyłam się po trawie ze śmiechu i straciłam drożdżówkę.
-Ty się nie śmiej, bo ja mówię serio.- kontynuował, a jego oczy błyszczały z jakąś pasją.- Zresztą, to nie o sam seks przecież chodzi, chociaż ok, ważna sprawa, wiem. Ale w naszych czasach żeby wejść w jakiś poważniejszy związek w moim wieku, trzeba spełniać oczekiwania. Trzeba zarabiać najlepiej kilka tysięcy miesięcznie, mieć już własne mieszkanie wykupione za ciułany kredyt, być seks maszyną na każde skinienie, chcieć gromadkę dzieci, być jednocześnie pasjonatem i serio, lepiej nie mieć stanów depresyjnych jakie ja miewam albo ataków paniki. Dobra, z tego spełniam chyba tylko zarobki. Najlepiej byłoby jeszcze nie mieć toksycznej matki. Chociaż, mi też byłoby z tym lepiej- zaśmiał się ostatecznie po swoim wywodzie o kobiecych oczekiwaniach, z jakimi się spotyka.
-Chyba przesadzasz.
-Nie przesadzam Frida. Nawet młodsze dziewczyny już chcą mieć stabilizację, chcą się ustawić. Nie żebym był jakimś ekspertem od kobiet, ale serio...wy mieliście szczęście. A ja wolę już chyba życie z psem, serio. - stwierdził, patrząc na mnie trochę boleśnie jednak, ale z tą bolesnością zmęczonego pewnymi rzeczami człowieka.
-Wiesz, dobrze jednak mieć w związku oczekiwania...każdy je chyba ma, co nie?
-Jasne, ja nie przeczę, ale wiesz. Najpierw chcesz poznać człowieka, a nie że idziesz na randkę jak ja ostatnio, chcesz normalnie pogadać, a ta ci wywala pytanie ile zarabiam. Jezu, najważniejsze jest ile zarabiam czy jakie mam poglądy?
-Jedna randka, trzy drzewa wielki las, szybko się zniechęcasz i tyle.
-Może. Zresztą, ja do związku chyba i tak się nie nadaję, wiesz, potrzebuję przestrzeni, długo się oswajam...nie ma sensu, nie w naszych czasach.
-Nasze czasy, nasze czasy. Zacięta płyta- wyciągnęłam aż język krzywiąc się.
-Dobra, może nie nadaję się do żadnych. W ogóle jako człowiek się nie nadaję.
Zeszliśmy na ciężki temat, kolejny, z jednego do drugiego, jeden z drugiego wynika. Jakoś wykaraskaliśmy się z najgorszych stwierdzeń, wszystko na chwilę się uładziło.
Posiedzieliśmy jeszcze chwilę, pośmialiśmy się z paru spraw, A. ogarnął jeszcze moje nocne problemy, mocno dopytując, czy na pewno wszystko w porządku. Tak, w porządku. Jest jedną z niewielu osób, którym jakoś nie umiem kłamać. I chyba vice versa.

Wróciłam do domu, pomogłam trochę uprzątnąć Mężowi mieszkanie przed jego męską imprezą. Telefon od koleżanki z pracy. Musi się komuś wygadać, bo znowu kolejne piekło z facetami. Ten chce na siłę, a ten chce tylko jednego. Problemy, kolejne, które się piętrzą. Martwię się, jak zawsze, ale co mogę zrobić? Może jej piwo, a mi kawa pomoże. Znowu tekst, że mieliśmy szczęście gdy siedzimy w parku.

Wracam do pokoju po jej wizycie, Mąż gra z kolegami, słyszę stale ty kurwo i ty suko mówione do siebie. Wyrośnięci chłopcy. Zabawni niesamowicie, gdy mają te swoje lan party i piwo leje się strumieniami. Lubię te ich wieczory, choć jestem całkiem obok, a w jednym pomieszczeniu. Gdy tylko czasem upijam się z nimi, spędzając po swojemu czas, gdy oni mogą mieć znowu 10 lat i pograć, postrzelać do siebie w oparach testosteronu. Współczesne wyrażanie pragnienia polowania na mamuta. Nie wchodzę w to, tylko wchodzę do pokoju, siadam na swojej kanapie, biorę komputer i przyglądam się im dzisiaj po dzisiejszych rozmowach.

My mieliśmy szczęście? Może na tym to polega.
Może niektórzy z nich też szczęście mieli. August w związku dłużej niż my, szczęśliwy z Adą. Mateusz z Kaśką od 3 ponad lat, razem mieszkają i chyba w końcu zaniesie się na ślub. Ale reszta? Też, samotna. Też jakoś nie trafiająca kochana koleżanka z pracy z różnymi przebojami...albo samotna jak A., choć, ten ze swoim zamknięciem na świat i ludzi, ze swoją kruchością dosłowną i w kontaktach jest raczej trudny do przebicia w tej kwestii.

Znów zastanawiam się, dlaczego to wszystko nieraz się udaje, a nieraz nie. Jakim cudem niektórzy trafiają na kogoś, z kim chcą dzielić życie, całą intymność, ciało, z nim i tylko z nim...a inni szukają, stale przybijając do innego portu? Dlaczego jeszcze inni nawet do portu nie mogą dotrzeć?
Czy trudność drugiego człowieka jest czasem wyznacznikiem?
Chyba nie. Vincent też chorował psychicznie, miał swoje depresje i manie i jednak poradził sobie, był w związku z kobietą, którą pokochał a ona pokochała jego. Przedtem żył z kobietą, z którą miał nawet syna. Znam osoby chore, można rzec jakoś społecznie „wybrakowane” ( nie znoszę tego określenia, ale chyba sami rozumiecie, o co mi chodzi) a jednak szybciej znajdujące drugie połówki.
Może to szczęście. Ślepy traf. Odpowiednie miejsce i odpowiedni czas. Ale znam też osoby świetne, 30 letnie dziewice wcale bez takich problemów jakie miał A. ze swoją fobią społeczną czy depresją, ludzie, którym się po prostu nie trafiło. Ludzie, którzy nie trafili może na czas i miejsce. Zresztą, o tym już pisałam, że to szczęście i tyle. I że ktoś nam wmówił, że nieraz do szczęścia potrzeba drugiej osoby. Można żyć samemu i fajnie...jednak wielu z nas na wielki głód miłości, bliskości drugiej osoby. Bo mimo wszystko cholernie fajnie się zakochać i cholernie dobrze z kimś fajnym żyć. Człowiek czuje się bezpieczniej i jakby...życie miewa nieraz więcej sensu. Może to chemia. Ale kto poczuł ten haj choć raz, wie, o co mi chodzi.

Jednak, jeśli się zastanowić, mam wrażenie, że tego szczęścia nie jest za dużo właśnie. Tego fajnego haju, bez komplikacji, bez problemów, bez dziwnych akcji, zdrad, toksycznych wpływów i ograniczeń. Gdy się rozejrzę dookoła...większość ludzi, których znam, bywa w przelotnych znajomościach albo jest samotnych. Część jest w związkach typowo toksycznych, są razem z kimś, ale samotni. Mała część, jak August i Ada czy Kaśka i Mateusz są naprawdę fajną parą. Może to stygmat naszych czasów? Pewna przypisana nam samotność?

Może samotność jest ceną za postęp i swoistą wolność, rozluźnienie obyczajów?
Niedawno wymieniałam się na ten temat myślami z Redcar. Wcześniej, dzisiaj. Może to faktycznie problem tego, że żyjemy inaczej. Szybciej, intensywniej....jak w barze szybkiej obsługi.
Nie na darmo mówi się o problemie społecznej fast-foodyzacji czy też macdonaldyzacji. Żyjemy jak jemy, większość z nas. Tak, żeby prawie nie czuć smaku, szybko się nasycić czymś, co tak naprawdę nas nie zadowala. I nie odżywia do końca.
Tak jak przypadkowy seks. Fantastyczna sprawa, fantastyczna zabawa, jeśli obie strony są świadome tego, co robią, jeśli to jasny układ. Co innego, gdy ktoś ściemnia, udaje...trzeba się bawić. Szybki seks, udany orgazm zaspokaja na chwilę i nieraz tego potrzebujemy. Czasem przez dłuższy okres życia, tak jak czasem potrzebujemy właśnie tłustego hamburgera czy kebaba z budki na rogu. Ale nie można żywić się tym cały czas. Nasycamy się...i co dalej? Pustka. A człowiek chyba do końca nie jest stworzony żyć w próżni. Przez jakiś czas jest świetnie, ale potem zaczynamy tęsknić. Jednak przywykliśmy do natychmiastowego nasycenia...i może nie potrafimy jeść wolniej, rozkoszować się każdym etapem. Ktoś nie chce iść do łóżka, nie wyczynia od razu wygibasów z popkulturowej Kamasutry? Przegrał wszystko, dosłownie. Spada na margines. Choć, pewna seksualizacja społeczna to jeszcze inny, szeroki temat, o którym pewnie i tak jeszcze napiszę.

W każdym razie, seks jest tu tylko przykładem, bo tak naprawdę nie o niego chodzi i niego, choć jest ważny. Tak samo jest po prostu ze wszystkimi innymi naszymi potrzebami. Jesteśmy pokoleniem szybkiego korzystania z informacji, nie musimy zapamiętywać, zawsze mamy do nich dostęp. Jesteśmy pokoleniem konsumpcji, szybkiego zaspokajania potrzeb, szybkiego dostępu do WSZYSTKIEGO. A gdy coś się zepsuje, przywykliśmy brać zamienniki. Trwałość nie jest naszą specjalnością, naszą specjalnością jest szybkość i przepływ. Jednak to już nie spokojny przepływ rzeki, jak przed laty.
Niestety, uczucia nie są czymś, co da się szybko zaspokoić, co da się zapchać każdym szmelcem. To coś pierwotnego, nie do końca zależnego od tego, jak zostaliśmy wychowani. Tkwi w nas głęboko i często jest głodne...ale nie hamburgera. Potrzebujemy tutaj szykownej, starannie przygotowanej pieczeni, pożywnego domowego chleba i najdziwniejszych słodkich owoców. Uczucia nie dają się tak łatwo oszukiwać, jak nam się wydaje. Zakładamy maski i jesteśmy na początku na haju, oddajemy się namiętności, chcemy się szybko zaspokoić dzikimi randkami a la romantyzm z telewizyjnych seriali, całujemy się na deszczu i mówimy wielkie słowa...a potem przychodzi pustka. Bo uczucia i związki to coś, co buduje się mozolnie. Cierpliwie, coś, czego nie odpuszcza się, gdy przychodzi pierwsze załamanie.
A my nie do końca jesteśmy jednak tego nauczeni.

Dlatego mamy masę oczekiwań. Jasne, oczekiwania są konieczne. Nie wejdziemy w związek z kimś, kto nam nie odpowiada. Kto nie ma czasem takiego samego celu życiowego jak my, podobnych zapatrywań czy nie zapewni nam poczucia bezpieczeństwa. To naturalne, chcemy przecież z kimś spędzić całe życie. Ale w tym świecie nie ma ideałów, nie da się zrobić wszystkiego szybko. Związek to rzecz, którą trzeba budować. To, że ktoś poprawnie odpowie na pytania z naszej listy, pasuje do naszej ankiety, nie znaczy, że będzie nam się z nim słodko żyło. Jak w książce czy filmie. To, że ktoś nie pasuje do jakiegoś naszego wymyślonego, wymarzonego aspektu nie znaczy, że nie będzie nam z nim dobrze. Że to nie ktoś, kto będzie naszym najlepszym przyjacielem i kochankiem. Tylko czasem trzeba dać sobie szansę. Pozwolić sobie budować, ryzykować w tej kwestii, zainwestować swoje serce. Choć, właśnie uczucia to nie inwestycja i na tym to przede wszystkim chyba polega. Uczucia są. Związki są. To nie transakcje.
Może za dużo w nas właśnie konsumpcji, oczekiwania coś za coś? Oczywiste, że chcemy coś otrzymać. Ale sami musimy coś dać. Sami nieraz musimy przeczekać czyjś gorszy okres. A nie zmieniać wszystkich jak rękawiczki, bo nagle coś nie zgrywa z listą.

Z drugiej strony, czasem nadmiernie boimy się pustki samotności. Więc tkwimy w tym, co nas rani. Przechodzimy ze skrajności w skrajność. Albo nie wytrzymujemy gdy nam się tylko coś nie podoba- przyznaję, sama byłam taka jako nastolatka, coś mi się nie podoba i robię do widzenia. Albo czasem, nawet gdy ktoś nas niszczy, w tym oceanie ludzkim, w pewnych nadmiarach topimy się i boimy się zostawić to, co nas rani. Pływamy za bardzo, szalejemy w spokojnym oceanie albo kurczowo trzymamy się tratwy nie dając sobie szansy na pływanie.

Zastanawiam się tylko, czy to jednak stygmat naszych czasów? Słynne jest powiedzenie, że zawsze tęsknimy za czasami, w których nigdy naprawdę nie żyliśmy. Czy kiedyś ludzie byli naprawdę szczęśliwsi? Żyli bardziej spętani innym konwenansem. Nie pachnącym szybkim życiem i hamburgerem z Maca, a spętani wstydem. Bo co ludzie powiedzą? Co powiedzą, jeśli weźmiemy rozwód? Przecież nie wypada. Jeszcze więcej małżeństw z rozsądku, udających tylko szczęśliwe. Tak samo pytania o to, czy jest przydział na mieszkanie, jak w czasach PRL-u. Małżeństwa dla książeczki mieszkaniowej. Idąc dalej? Wszystkie wcześniejsze wydawanie panny za właściciela ziemskiego.
W tym wszystkim zawsze zdarzały się przypadki, gdy ludzie naprawdę się kochali i byli szczęśliwi. Nie umawiali się na randkę przez portal czy czat, nie umawiali się na przypadkowy seks przez erotyczne kamerki w necie. Tylko czekali na siebie, pisali dla siebie wiersze i byli cierpliwi. Czasem ponosiła ich namiętność i z nich rodziła się prawdziwa historia długiego uczucia.
Mam wrażenie, że po prostu zawsze różnie bywało, tylko pewne rzeczy były mniej widoczne niż teraz. Ludzkie popędy i ludzkie nieszczęścia. Teraz nie wstydzimy się o nich mówić lub wstydzimy się innych rzeczy. Jak dziewictwa w wieku 20 czy 30 lat.

Teraz tak samo zdarzają się wspaniałe związki. I zdarzają się ludzie, którzy muszą mieć więcej cierpliwości. Są pary, które się zdradzają. Kiedyś zdradzali się podobnie, tylko o tym nie mówiono aż tak głośno. Są pary, które nie wytrzymują ze sobą i biorą rozwody. Kiedyś po prostu żyli pod jednym dachem, ale całkiem osobno.

Czasem zdarzają się wielkie, wspaniałe historie miłosne. Ponoć najpiękniejsze są te niespełnione, bo nie zderzają się z rzeczywistością. A te pełne prozy..nikogo już nie kręcą. Chyba że tych, co wiedzą, jaka proza może być piękna. Nawet porozrzucane skarpetki i kwiaty kalafiora zamiast róż mają w niej swoją wartość.
Trochę czasem za bardzo wpojono nam historie z bajek, filmów. Wychowano nas na ideale księcia na rumaku i księżniczki w wieży. Powiedziano nam, że każda randka jest szalona a każdy seks kończy się spektakularnym orgazmem fajerwerkami. Wpojono nam ideały, które nigdy nie istniały. W życiu ideałów, powtórzę się.
Za to jest cierpliwość, praca...i łut szczęścia. I oczy, które nie kłamią. Oczy ciemne mojego Męża, srebrne rtęcią oczy A. które tęsknią za czymś więcej. Są długie nogi które tańczą wytrwale aż w końcu może tanecznym krokiem wejdą w coś piękniejszego.

Nie ma gotowych rozwiązań. Nie ma hamburgerów które nas idealnie odżywią. Nikt nigdy nie przyrzeknie, że farsa nie zmieni się w dramat, nie złamie się nasze szczęście. Ale znów, trzeba nieraz zaryzykować, być cierpliwym....i pozwolić sobie na haj, zamiast pisać ankiety. A kto wie, może los wtedy dopomoże i stworzy historię wcale nie taką, w której jednak oczy kłamią...a taką, w której na starość będzie się bujać razem w fotelu przy kominku, pijąc kolejne piwo i marudząc...że kiedyś to były inne czasy i było lepiej.
Ja wierzę, że każdemu może się udać. Prędzej, czy później. A nawet jeśli nie...życie jest piękne samo w sobie, czyż nie? 

Ważne, że marudząc jednak razem czasem się udaje, nawet po latach w dziurawych skarpetach. Czasem dobrze razem, bo się po prostu tak trafiło, ważne, że szczęśliwie. Czasem, bo wiele się nad tym pracowało, ważne, że z uśmiechem. Bo nadal, cholernie dobrze się zakochać.



A gdy się zejdą raz i drugi
Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością
Bardzo się męczą, męczą przez czas długi
Co zrobić, co zrobić z tą miłością.
On już je zna, już zna te dziewczyny
z poszarpanymi nerwami
Co wracają nad ranem nie same
On już słyszał o życiu złamanym.
Ona już wie, już zna tę historię
że żona go nie rozumie, że wcale ze sobą nie śpią
ona na pamięć to umie.
A gdy przyjdzie zapomnieć i w pamięci to zatrzeć
Lepiej milczeć przytomnie i patrzeć.

A gdy czasem w życiu się uda
Kobiecie z przeszłością, mężczyźnie po przejściach
Kąt wynajmują gdzieś u ludzi
I łapią, i łapią trochę szczęścia
On zapomina na rok te dziewczyny
Z bardzo długimi nogami co wracają nad ranem nie same
Woli ciszę z radziecki szampanem.
Ona już ma, już ma taką pewność
O którą wszystkim wam chodzi
Zasypia bez żadnych proszków
wino w lodówce się chłodzi.
A gdy przyjdzie zapomnieć i w pamięci to zatrzeć

Lepiej milczeć przytomnie i patrzeć.

czwartek, 21 maja 2015

O milczeniu które nie jest złotem, czyli pewne nadmiary wieczornych myśli

Nie mogę mówić.
Mogę za to pisać. Paskudne nadwyrężenie strun głosowych nie pozwala iść do pracy. Paskudny syndrom bycia niemową zamyka w domu, każe siedzieć pod kołdrą.
Kaszel, leki, niemoc gardła.

Na początku się nawet jakoś...cieszyłam. Mimo całkowitej prawie utraty głosu, ucieszyłam się, że chociaż jeden, może dwa dni zwolnię. Będę miała czas na nadrobienie książek, których stos czeka od początku maja. Będę miała czas na posiedzenie, pogadanie z ludźmi. Nadrobienie maili.

O, naiwności!
Nie od dzisiaj przecież wiadomo, że siedzenie w domu, bezczynnie mi nie służy. Odwykłam.
Może gdybym nie była sama. Ale Mąż siedzi do 23 w pracy. Tylko ja i koty, tulące się dzisiaj w dwójnasób. Cisza. Zabałaganiony dom, który obiecuję sobie jutro wreszcie posprzątać.
Ja to pęd, ja to ruch, zabieganie. Czytanie na szybko przed pracą, zamiast rozkoszowanie się książką pod kocem. Ile czasu już tego nie robiłam?

Przeczytałam Fromma. Zabrałam się za Doris Lessing.
Monolog wariata przed zstąpieniem do piekieł.
Nie mogę się skupić. To odkładam książki, to biorę do ręki. To odpisuję na smsy, to na maile. Kolejne wiadomości od A., kolejne martwienie się już o inny płacz.
Zamknięta w domu, nie mogę wyjść, nie mogę iść do parku, usiąść na ławce i zapalić.
Bo jakże ja bym znowu zapaliła! Na chwilę, wdech i wydech, wdech i wydech. Powrót do domu, cichy, nikt nie zauważy, bo nikogo nie ma.
Chwila małej destrukcji.
Kusi, kusi niesamowicie. Niech dym przysłoni to, co widać już z oddali. Chcę zapalić.

Ale krtań aż krwawi, od nadmiaru, nadmiaru dymów, nadmiaru słów. Krtań aż krwawi od tego ścisku przy niektórych kwestiach, które mówi się z aktorskim wystudiowaniem, zamiast słów, które się powinno.
Przychodzi mi więc wreszcie pomilczeć, zamknąć, zasznurować usta. Przychodzi mi odpowiadać skinieniem i bawić się w dłoni długopisem, bo nie mam czym zająć palców. Nie mam czym przydusić gardła. Mowa jest srebrem, milczenie złotem, więc dużo u nas dzisiaj złota.

Ściska w krtani dosłowny ból, kaszel z krwawymi strupami. Ból dosłowny, tak inny od tego który pojawia się przy płaczu.
Nie, dzisiaj łez nie będzie, ani trochę. Dzisiaj nie ma słów, nie ma więc i łez. Nawet nie zbiera się na nie. Jestem jałowa. Jałowa jak setki zdań, których nie wypowiem.
Krtań wygląda jak cipa, przypominam sobie jego słowa. Tak, pod endoskopem wyglądała jak cipa. Ta też nieraz krwawi.

Za dużo u mnie rozkoszy w jednej, za dużo słów w drugiej. Za dużo nadmiarów. Niech będzie cisza. Raz, niech będzie wreszcie cisza, nie jak płacze kociaków, ani nie jak darcie się kotek w rui.

Może to kara. Kara za nieprzemyślane, kara za niepotrzebne, kara za te, co odmieniają stany świadomości. Teraz nie powiem nic.
Teraz mogę ci napisać, teraz mogę ci zamigać, bo przecież śmieszny żart, los bywa zabawny, w sobotę egzamin ustny, z języka migowego. Tylko to mi zostaje. Gesty, litery, a nie słowa.
Tymi można tak samo oszukiwać, nie można oszukać tylko samego siebie, jak bardzo by się nie chciało.

O Bogowie wszelcy, jakbym zapaliła! Wyglądam przez okno, zasłaniając je nad doniczkami z wybujałą już maciejką, maciejką która ma być darem, amuletem zapachu tego lata. Czekam aż obudzi lipiec, aż obudzi wspomnienia, aż...

Szare, ołowiane niebo jak w wierszu Baudelaire'a, ale wiem, chmury nie zapowiadają deszczu, już nie dzisiaj. Są jałowe jak moje oczy.
Patrzę na gołębia skubiącego świeże pąki akacji, te, co jeszcze nie rozkwitły.
Przypomina mi się rwanie całych jej białych kiści, słodki, otulający nas zapach przed laty, jeszcze przed rokiem. Rwanie jej kiści pod miastem, żeby potem ususzyć, na kolejne leki, na naleśniki, na najlepsze jedzenie prosto z lasu.
Tęsknię za tym, otula mnie nostalgia, ale tego też nie powiem. Tęsknię za lasem, za zapachem, za atakami dzikich pszczół, które konkurują z nami o nektar. W tym roku nie rwaliśmy aż tylu fiołków na syrop, zmarniały w lesie. Choć nie, tam nic nie marnieje.
W tym roku nie rwaliśmy kiści liliowego bzu, nie rwaliśmy we dwoje, nie rwaliśmy rytualnie w kilkoro roześmianych osób. Tylko te trzy gałęzie, które przyniósł mi mój ukochany, gdy czekał na mnie pod pracą. 3, które zmarniały, bo zapomniałam włożyć je do wody. Cały czas gdzieś są, nie mam serca ich wyrzucić, nie mam serca, jak zmarnowanych okazji, zmarnowanego czasu, jego pędu.
Mieszkanie nie pachniało bzem, nie pachniało konwaliami, których tak pełno u mnie, na starym, niemieckim cmentarzu. Nie usiadłam na nagrobkach, nie tam, gdzie kiedyś zamknęli mnie w trumnie, gdzie jako dziecko w rozkopanej ziemi znajdowałam czaszki i przypatrywałam się im z lubością.
Śmierć od zawsze. Czaszki czule w dłoniach zamknięte.
Tylko jej zapach w domu. Zapach dymu w nozdrzach tego maja, zapach alkoholu, zapach destrukcji.
A kiedyś zmienię twoją czaszkę w popielniczkę, jak umrzesz pierwsza.
Na razie umarły we mnie słowa. Są jak ptaki w klatce, więc obumierają. Kanarki bez śpiewu, orły bez nieba. Kawki bez niebieskich oczu.

Patrzę przez okno i czuję się jak w pułapce, ale nie powiem nic. Słowa nie są dzisiaj dla mnie.
Czuję się jak niedźwiedź zatrzaśnięty w swojej jaskini, czuję się więźniem miasta. Koń, który w kopalni zaprzęgnięty jest do wózków. Chwilę odpocznij, gdy złamane kości się zrosną, wrócisz. I znów żadnego światła.
To na co czekałam nie nadejdzie, dzikość Bieszczad, planowana od stycznia, od stycznia, żeby się wyrwać z tego miasta które jest pułapką. Nie, nie możemy jechać, nie zobaczymy zielonych wzgórz, nie pojedziemy konno na przełaj, nie teraz. Nie będzie wędrówki i wody ze strumienia, nie będzie zapachu prawdziwie dzikiego lasu. Trzeba czekać, bo życie znów z nas drwi.
Nie możemy, bo tyle zawirowań, praca którą on stracił, moja praca w której muszę teraz zarobić, bo pieniędzy coraz mniej, bo plany się sypią. I ja się sypię.
Nie złapię jeszcze oddechu. Nie teraz.
A kiedy?
Nie mogę oddychać nawet tu normalnie, krwawy kaszel łapię co chwilę za gardło, kaszel jak nadmiar zmartwień i emocji, które zabierają nieraz słowa.

-Chcesz coś powiedzieć?- pyta A. tam, gdzie słowa zmieniają się w literki.
-A co więcej mogę powiedzieć? To chyba nie mój dzień.
-Tutaj dziwnie milczeć.
-Nieraz nam wychodzi.

Wychodzi, gdy nie mam słów. Milczenie jest złotem, więc jest dużo złota, nie srebra, jak w dawnym wierszu jeszcze kogoś innego.
Sięgam więc po te wiersze, szukam bo przecież z komputera usunęłam, szukam na mailu. Są. Nie przepadam za poezją, ale tą kocham. Tą kocham, bo dla mnie tam całe historie, które się nie powtórzą.

Stracony czas. Zmarnowany czas. W pędzie tego nie odczuwam, stanęłam na chwilę, pozbawiona słów, stanęłam niespowita dymem, stanęłam krwawiąca i widzę za wyraźnie.
Nie ma słów, ale są myśli, w głowie biegnące jak dzikie stada koni, tętniące jak pulsująca, wypływająca z tętnic krew.
Za dużo prozy, za mało poezji? Przecież to prozę ukochałam, poezję zarzuciłam dawno temu. Ale czasem miłość do szarych chmur zmienia się w pragnienie tęczy.
Kochanie, wyjdźmy na burzę, a potem chowajmy się przed nią.
Burzy nie będzie.

Dzisiaj wszystko zmieniło oblicze.
Odliczam godziny do jego powrotu, już nawet nie godziny, a minuty. Nie chcę być sama, z kotami, chcę być przytulona nie przez miękkie futro, a przez silne choć szczupłe ręce, nawet nie mówiąc nic.
Bo co jest do powiedzenia? Trochę sypie nam się życie, ale przetrwamy. Wiem to, przetrwamy, za każdym razem, wymyślimy coś przecież. Tylko tyle słów, dzisiaj nie o nie chodzi, brzmią jak banał. Potem coś wymyślimy, potem wyrwiemy się choć na tydzień albo dwa z klatki miasta i poczujemy wiatr od najwyższego szczytu na twarzy, potem znów będziemy się uśmiechać i potem przeżyjemy, kiedyś, kolejny maj a nie listopad.
Ale teraz jest teraz i ten maj płacze trochę, trochę dziwny.
Mało słońca, szare burze, nie takie, po których świeci jaskrawo słońce. Burze, przy których chcę przywołać Peruna i wybiegać na okrągłe ogromne krople, ale mi nie wychodzi.
Nie wychodzi mi dzisiaj jak słowa.
Nie wychodzi mi nawet jak słowa pisanie, słowa które może mają pocieszać, a może same nie wiedzą co robić.

Dziwny maj, a dzisiaj jest dzisiaj, szare chmury i brak słów.

Gdyby ci kropla deszczu otworzyła serce,
Mógłbyś się w niej dopatrzeć setek oceanów.

Dzisiaj kropla nie otworzy mojego serca, bo nie spadnie na nie. Dzisiaj nie ma słów, nie ma więc oczu, które widzą więcej, widzą wyraźniej, widząc czulej. Nie ma.
Są za to myśli, tak nieukierunkowane, jest ból tak bardzo fizyczny i inny, nieokreślony.
Czy to tęsknoty za tym co było, czy to obawy przed tym co będzie? Nie ma znaczenia, wszystko naraz, wszystko naraz przybyło w jednej krótkiej chwili, gdy bez słów jestem, jak rozbitek na tratwie na środku oceanu.
Jak Odyseusz, który chce wrócić do Itaki, co napił się słonej wody i nie może nic wyrzec, skręcając się w mdłościach. Jak Penelopa, czekająca na niego wiernie i nie wierząca w żaden sens sprutego szybko pod osłoną nocy całunu.

Całun, kolejny kir wleczony po bruku. Kir żałoby po czym? Po czym dzisiaj pytam się?
Żałoba przed nadchodzącą nocą bez słów.
Ale potem przecież niczego nie będzie żal. Niczego, jak w piosence pogrzebowej, którą ktoś sobie przed listopadem zażyczył. Nie będzie żal. Żądnych grzechów, bo niewinność dawno temu umarła. Umarła w śmierci, umarła w wrzasku dzikiego aksamitnego kota, umarła jak ćma pod żarówką.
Ale jeśli czegoś w życiu najmniej żal, to niewinności. To też tylko kolejna ułuda, którą trzeba stracić, rozbić brutalnie o życie.
Trzeba ją rozbić, by stać się naprawdę człowiekiem i powstać na nowo.

Nie będzie żal tej nocy, nie będzie żal słów, które potem będą musiały paść, bo teraz obumarły jak niepodlewane kwiaty bzu. Może jeszcze dziś je ułożę, przewidzę, zaczaruję, jako wiedźma, wiedźma która schnie z dala od swoich bagien. Może jeszcze dziś wymruczę, leżąc cicho na twoich dłoniach i myśląc, jak zmienić pewne rzeczy. Jak zmienić też siebie. Jak przebić mury.

Ale na razie nie mam słów, na razie mam krwawiące gardło, szepty myśli w głowie i pełne miasto. Na razie mam oczekiwanie na ciebie, bladą żarówkę dookoła której tańczy ćma, którą chcą zamordować nasze wspólne koty. Koty które kochają puszystą miłością i chcą ogrzewać lepiej, niż niejeden człowiek.
Na razie mam chęć na papierosa i milczenie, milczenie wśród ścian, które miały pomóc mi odpocząć a obudziły nieznane uczucia.

One znikną. Znikną, znów odnajdę usta, gdy o poranku ożyję. Przepłuczę usta solą emską, tak jak wszystkim swoim zmarłym w rytuałach myśli, by obudzić się na nowo. Znów ożyję.
Umieramy o 4 nad ranem, świat do życia budzi nas o 5. Godzina czwarta, godzina niczyja, godzina pustych pól, szarości. Godzina należąca do tych co odeszli. Ani Matka Księżyc, ani Ojciec Słońce nie mają tu władzy. Tylko śmierć i jego bliźniaczy brat, sen. Ten, co obcina pukiel włosów i ten, co wlewa wody ze Styksu do gardła, aż się zadławisz.
Ale potem znów, światło. Wstać ze świtem, kolejne zadanie. Obudzić się, wziąć leki. Otrząsnąć się ze snu. Ożyć. Jutro będzie dobrze.
Jutro może znów pomaluję swój świat na kawałku bristolu, nie mogąc mówić. Przemówię kolorem, choć, nie dziś. Dziś nie mam siły.
Gdyby tylko poranek przyniósł zapach igliwia i ciszę zamiast gwarnych ulic. Jeszcze teraz to niemożliwe. Jeszcze nie, jeszcze nie.

Dzisiaj więc zostaje mi nosić żałobę i ciszę w sobie. Żałobę za tym co było i przed tym, czego jeszcze nie będzie. Żałobę bliżej nie określoną, żałobę za słowami które się nie powtórzą i za tymi, których martwe usta nie wypowiedzą, żałobę za drogami których nie posmakują nasze zmęczone stopy wspólnie, żałobę za kruchymi kośćmi ptaków i za ciemnymi oczami dzikich psów błyskających w ciemności, blasku księżyca, który nigdy nie wzejdzie.

Rankiem pozostaje mi tylko przebudzić znów nadzieję. Nadzieję obudzić choćby jednym, wyszeptanym słowem. Nadzieja, że nie będę musiała krzyczeć na środku gwarnej ulicy wtedy, kiedy nie mogę.

Milczenie jest złotem skarbie. Dzisiaj to tombak.



Leżę tu, jedząc śnieg
Moje futro jest gorące, ale język zimny
Na łóżku z pajęczej nici
Zastanawiam się, jak się zmienić

Wiele nadziei w jednoosobowym namiocie
Nie ma tu miejsca na niewinność
Zabierz mnie do domu przed nadejściem burzy
Aksamitne ćmy nas grzeją

Szepczą
Poranku, zatrzymaj dla mnie puste ulice

Poranku, zatrzymaj dla mnie puste ulice

poniedziałek, 18 maja 2015

O korzeniach zagrzebanych głęboko w ziemi i ich wspieraniu się nawzajem, czyli opowieść o wiązach

Kiedyś, będąc na spacerze w jednym z poznańskich parków zachwycaliśmy się tymi drzewami.
Wiązy. Inaczej zwane limakami.
Nie wiem czemu, tego dnia, parę lat temu tak bardzo zwróciły moją uwagę. Zaczęłam mówić o tym, jak dawni Słowianie leczyli się, czerpiąc energię z tego drzewa. Bo jak mało które sprzyja intuicji i pomaga zwyciężyć uczucie frustracji i bezsilności.
-To tak jak pewni ludzie.- powiedział wtedy. Luźne skojarzenie. Jak okazało się, najbardziej trafne, powiedziałam wtedy, gdy słońce powoli zachodziło i biło cudowną łuną, widzianą najpiękniej spomiędzy gałęzi z ledwo co pękającymi liściowymi pąkami.
Jest wiele historii o wiązach. Ale jedna chyba jest najważniejsza.

Jakiś czas później on przyrównał ludzi do ogrodów, które mogą a nawet powinny opiekować się sobą nawzajem. O ogrodach, krzewach innych ludzi, które czasem trzeba chronić przed mrozami.
Ja w głowie wówczas znów miałam wiązy i lasy.
Może dlatego, że z lasu i bagien pochodzę, a nie z miasta dosłownie. Wychowałam się w pobliżu różanych ogrodów jak i on, ale jednocześnie widziałam, jak drzewa nieraz muszą mieć mocne korzenie, by pozostać w ziemi. Ziemi wspólnej dla wszystkich, która karmi i obdziela dobrobytem. Ziemi nieraz jałowej, a jednak dającej życie.

Wszyscy pochodzimy z ziemi i do ziemi wrócimy. Ale przedtem w niej wzrastamy. Jak wiązy.
One są w tym wyjątkowe. Wyjątkowe są ich korzenie. Czasem zastanawiam się, ile w tym prawdy, a ile legend, jak potrafią się ze sobą związać. Naprawdę, czy stąd ich nazwa? Nigdy z ciekawości nie odsłaniałam ich, nie wygrzebywałam dziur, by zobaczyć...bo to ich. Drzew właśnie, ich własne, intymne.
Raz widziałam za to wykrot. Jeśli ktoś nie wie, wykrot to wyłamane drzewo, przewrócone przez wiatr.
Wiązy mają silny, głęboki korzeń, który sięga w głąb matki. Ten, który trzyma najbardziej, ten własny, samotny. Ale obok niego wyrastają rosnące w boki. I te boczne łączą się. Mówi się, że po to, by drzewa razem opierały się wichrom. Po to, by mogły razem rosnąć na najdzikszych skałach, razem mogły tkwić w jałowej ziemi. Razem wiązy są silne. Łączą się ze sobą, tworząc podziemne miasta korzeni.
Na zewnątrz tego nie widać. Nie są zrośnięte pniami jak pewne moje ukochane brzozy, będące jak kochankowie, na wieki pogrążeni w namiętnym uścisku.
Tego, jak mocno połączone są ze sobą wiązy, nie widać. To o wiele głębsze, nie na pokaz. Każde z nich jest silnym samotnym drzewem, z swoim własnym korzeniem. A jednak trzyma za rękę swojego brata, swoją siostrę.
I kiedyś widziałam właśnie wykrot w lesie pełnym wiązów.
Jeden, przewrócony przez wiatr po straszliwej burzy. Wyrwany z czułych objęć swoich braci i sióstr.
Chodziłam je obserwować jakiś czas. 3 lata temu, kiedy mi kogoś zabrano. Te, które były najbliżej niego, nie miały się wcale dobrze. Marniały, ale nie pozwoliły sobie przecież uschnąć. Marniały, ale z miesiąca na miesiąc radziły sobie coraz lepiej. Otwarta, czarna dziura ziejąca w ziemi jak otwarta rana ich serca.
Nie poddały się. A tak naprawdę...nawet w ranie czaiło się życie.
Jakiś czas potem znów odwiedziłam miejsce wiązów w swoim lesie. W ranie po obumarłym, przewróconym drzewie, rosło nowe życie. Nowe drzewo, krucha siewka, która wreszcie mogła dojrzeć słońce.
Na razie jeszcze młoda, ale już otaczana braćmi i siostrami. Jej korzenie, rosnąc, splatały się z innymi.
Tymi dawnymi. I kto wie, może gdy dorośnie, to tej siewce, nowemu drzewu, wyrosłemu na zgliszczach, uda się przetrwać razem kolejne wichry. To drzewo będzie szumieć z tymi, które zostały, to drzewo będzie śpiewać tą samą pieśń.

Dla mnie ludzie nie byli ogrodami, nie byli ogrodnikami. Ludzie też, są jak wiązy. Jedni bliżej, jedni dalej. Niektórzy połączeni tak mocno korzeniami, że gdy wicher pokona jedno, inne też cierpi. Czasem ich krew bywa tak samo zanieczyszczona tym samym bólem, tym samym cierpieniem.
Ale i nieraz razem śpiewają tą samą pieśń. Cieszą się tak samo z odwiedzin i narodzin nowych ptaków.
Czasem, swoimi emocjami tworzą największe podziemne miasta, największe miasta o których może nieraz wcale nie trzeba za dużo mówić.
Czasem cierpią, gdy widzą pioruny uderzające w korę brata lub siostry, czasem boli ich, że nie mogą nic poradzić na wichry trzaskające gałęzie. Łamiące pod naporem zła i bólu.
Ale mimo wszystko są korzenie. Korzenie jak jedna ręką w drugiej, podtrzymujące jakoś na duchu. Albo chociaż starające się.
Może czasem to nie wystarczy. Czasem to za mało. Ale....może można to wybaczyć.
Z niektórymi ludźmi żyjemy jak w wielkim lesie po prostu obok, jak dąb szumiący koło wielkiego potężnego jesionu, który marzy o zostaniu mitycznym Ygdrasillem. Z niektórymi stajemy się wiązami. Nasze korzenie przejmują ich ból, nasz ból tak bardzo działa na nich. Ale mimo wszystko, gdy jest się razem, jest lepiej. Nawet jak pewne rzeczy mają boleć, dobrze, że bolą razem. I nadal łatwiej znieść wichry, nie runąć ponad ziemią, z której się wywodzimy. Łatwiej dostrzegać po prostu życie w życiu.

Ta myśl naszła mnie niespodziewanie, gdy wracaliśmy przez park z Mężem, po tym, jak odprowadziliśmy Redcar na pociąg. Zobaczyłam wiąż i po tych kolejnych, spontanicznie spędzonych ze sobą dniach naszła mnie ta myśl.

Ludzie są jak wiązy. Z jednymi korzenie zaczynają zrastać się niespodziewanie szybko. Może wtedy, gdy pewne emocje rosną na zgliszczach innych? Gdy upada jedno drzewo i inne mogą się zobaczyć i przez to połączyć w podziemnym mieście, a liśćmi szumieć nową opowieść? Może tak właśnie musi nieraz być.
Natura nie znosi próżni. W naturze nic naprawdę nie umiera, nie zostaje pustka. Ona tkwi tylko w naszych sercach, ale jak się okazuje, czasem jedną pustkę łagodzą cudze ręce. Choć może nie można tego tak porównywać. W żaden sposób, nie obarczać przeznaczenia.
Wyszło jak wyszło i można się tylko cieszyć, nawet, jak chce się płakać.
Nawet, jak na cudze łzy nie można nic poradzić, wiedząc, że w tych łzach ma się swój cholerny udział.

Jebło to jebło, musiało w końcu jebnąć.
Też prawda. Może nawet lepiej, że w tym dniu, w tym momencie, po innych ciężkich dniach? Innych, potrzebnych jednak przemyśleniach? Czasem łzy bywają potrzebne. Trudno patrzy się tylko na cudze, ale może to też ma jakieś plusy. Czasem lepiej ci, jak ktoś popłacze się przy tobie nawet nie mówiąc nic, niż gdy płacze, jak jesteś daleko. Nadal nie umiesz nic na to poradzić, nic z tym zrobić. Ale czujesz się bliżej.
Bo zawsze dobrze być na wyciągnięcie ręki i dobrze mieć świadomość, że cholerne łzy są potrzebne. Choć, świadomość i racjonalność nie zawsze pomaga.

Ale tak samo potrzebne bywa dużo śmiechu i może to jest główne lekarstwo? Po burzy jak drzewa schniemy, ciesząc się kolejnym słońcem.
Ciesząc się mimo wszystko dobrym żarciem na ogromnym kacu, leżeniem na trawie i nawet wygłupami z balonem napełnionym helem. Może to wszystko oswaja, życie toczy się dalej. A korzenie jeszcze bardziej, ciągle i ciągle się zrastają. I w tym momencie chyba nie ma lepszego uczucia, nawet nie trzeba o nim mówić, trochę czułości a trochę szorstkości.
Mam twardą korę i miękkie drewno pod nią. Chyba coraz więcej osób to zauważa.

Kolejny magiczny, choć też i trochę smutny weekend. Ale taki był może nam potrzebny, nie czekanie do czerwca, a całkiem spontaniczna myśl- wpadnij na weekend, na imprezę.
Nikt nie przypuszczał że tak to się potoczy. Że i ona się zgodzi, że potem wyjdę wcześniej z pracy, śpiesząc się jak głupia na ten dworzec. Że jakimś cudem pójdziemy do baru zamiast zostać w domu.
Bo musisz zobaczyć trochę Poznania, powiesz mamie co widziałaś, a nie tylko w chacie siedzieć z nami i chlać”.

Ciemna i głośna barowa piwnica. Dym papierosów, śmiech z obserwacji a tego a tamtego, podróże do łazienki i poważne rozmowy z panią W. zakończone pocałunkiem, parę dyskusji, dużo żartów. Złe myśli przy paru piosenkach. Cudzy taniec na parkiecie i niespodziewane hasła.
Bo kto jest czyją dziwką?
A potem nocne podróże po nadmiarze alkoholu i w deszczu, darowanie kwiatków znalezionych przy sikaniu w krzakach, niespodziewana ucieczka reszcie stada, wyznania, za dużo pewnych wyznań i słów które przybijają. Ale nie z każdym ucieka się od trudnych tematów, niektórym się je powierza. Wyszło jak wyszło- i może właśnie dobrze? Może nie. Jest jak jest.
Tworzymy korzenie, trzeba przebić może i to, co zostało po wykrocie.
Trzeba odkopać może czasem to, co głęboko w niej ukryte. Czasem przesadnie. Za mocno, nie po takiej ilości piwa, szlugów które nie wiadomo kiedy się kończą...
Ale docieramy, stoimy pod kamienicą, palimy. A raczej ja palę i gadam, ona słucha. Za dużo? Może za dużo. Czasem język się rozwiąże, zapomina się, kim się było wcześniej, kim się było wczoraj.
Nocne wariacje już w domu, szalony striptiz innej czarnowłosej dziewczyny, pijanej i zazdrosnej o cudzy rozmiar biustu. A potem za dużo przygnębiającej muzyki.
Możemy palić, pić, możemy szaleć. Więc możemy i płakać. Nieraz tak wychodzi. Może musi.
Korzenie nie biorą tylko z żyznej ziemi. Czasem same muszą coś dać. Korzenie nie biorą się od słońca. One przede wszystkim tworzą się w ciemności. W bólu przebijania i wyrywania innych. Te potem są najpotężniejsze i najsilniejsze. Takie odnoszę po tym wszystkim i po innych rzeczach wrażenie.
Moja bezradność i jej smutek. Też da się jakoś przeżyć, też da się ogarnąć. Aż ogarnie się wszystko do końca.
Tak naprawdę, może niż zwykłe wymioty nieraz potrzebne są bardziej te mentalne. Po alkoholu łatwiej o jedne i o drugie. Ale zatruta dusza też musi się nieraz oczyszczać. Czasem wychodzi, czasem nie. Czasem jest potem lepiej, czasem tylko gorzej. Ale chyba nieraz trzeba próbować.
Czasem brakuje słów. Ale nie szkodzi. Bo drzewa, wiązy tez żyją czasem bardziej w podziemnych miastach. Śpiewają razem piękną pieśń szumiąc koroną i rosną ku słońcu. A wszystko co najważniejsze tkwi w ziemi. To tam się wspierają. Tak powinny trzymać się mocno razem, nie dając się wichrom, które nieraz przerywają wesołe pieśni.

Nieraz może do korzeni trzeba się dokopać. Przebić się przez wszystkie warstwy żyznej albo jałowej ziemi, żeby dotknąć. To nie wychodzi nigdy, gdy tylko jedna strona tego chce. To nie wychodzi, wtedy jedno oplata drugie jak bluszcz. Wtedy nie widać prawdziwej twarzy, ani trochę. A śpiew koron jest jednym wielkim, fałszywym tonem.
A tego nikt chyba nie chce. Nikt nie chce być fałszerzem. Nie w tym świecie.
Nikt nie chce maski wiecznego uśmiechu. Bo tak się nie da. Nikt nie wytrzyma maski wiecznego rozchichotania, wiecznego szaleństwa tylko, choć one tak bardzo pomagają.
Czasem trzeba odkopać korzenie, czasem, z dwóch stron, czasem z jednej.
Nikt nie lubi być odkopywanym. Na pewno nie na siłę. Ale jeśli coś ma być prawdziwe...nie zawsze można siedzieć skrytym w matce ziemi. Ona bowiem przyjmuje wiele, ale czasem już nie wystarcza.
Dlatego u mnie tak dużo słów, gdy alkohol rozplącze język, zwłaszcza wtedy.
Dlatego może i łzy tego weekendu.
Dobrze czy źle? Chyba nie można mówić o tym w ten sposób.

Po prostu, tak się zdarza. Nikt nie lubi, gdy odsłania się właśnie jego korzenie, gdy dociera się do sedna. Nikt chyba nie lubi pokazywać łez. Ale czasem w życiu przydaje się ktoś, kto odkopuje w nas pewne rzeczy. I ja mam nadzieję, że mimo wszystko będę mogła robić to nadal. Nieraz odkopywać, otulać tak jak umiem, nieudolnie całkiem. Nieraz zaśpiewać razem tą pieśń i mówić, że mamy siebie nawzajem, wracając do dobrych dni, gdy wszystko zmieni się w nocy w złe i niedobre. Bo złe i niedobre, nadal łatwiej nieraz znieść, gdy jest się razem.
Ja przynajmniej tak do odczuwam. Sama ulga, że mogę mówić. Egoistyczna radość, że jednak można dzielić ten ból, w inny sposób, niż z każdą kolejną osobą. Z niektórymi czuje się bardzo podobnie, mimo oczywistych różnic. Różnic zdarzeń, emocji i przeszłych historii.
Bo przeszłość nie ma nieraz znaczenia. Jest tu i teraz, obecne emocje. I tworzone wspólnie korzenie. Przynajmniej moje chcą przebijać nieraz żyzne i życiodajne, a nieraz trujące ziemie. Stale i stale. Może do pewnej całości, zdarzeń tych i przyszłych.

Może jestem dziwna, ale czasem mam wrażenie, że trzeba stracić przy sobie kontrolę. W ten, czy inny sposób. Wtedy można powiedzieć, że zna się człowieka. Czasem można dopiero wtedy powiedzieć, gdy widzi się złe i niedobre, czy można kochać. Tylko to naprawdę budzi pewne instynkty, tylko to nieraz buduje więź. Z każdym człowiekiem którego kocham lub kochałam, przeżywałam najgorsze. Czasem niedoskonałości i bóle powodują, że jest się ze sobą bardziej. Prawdziwym człowiekiem ze skóry i kości, nie z pomnikiem czy ideałem. To nie jest łatwe, ale miewa swoje prawdziwe piękno.
I może nie potrzeba nigdy żadnych deklaracji, nie trzeba nazywać tego. Przyjaźnią, miłością. Jakkolwiek. Czasem tylko może, gdy czuje się taką potrzebę. Gdy chce się powiedzieć, że się martwiło. Że zależało i zależy naraz, choć, może trudno to wyjaśnić.
Może jestem dziwnym człowiekiem, ale czasem muszę podejść z kimś pod ścianę. A pod tą ścianę podchodzimy przecież cały czas, na różne sposoby. Od paru miesięcy, od długiego już czasu, mniej lub bardziej swobodnie, mniej lub bardziej niebezpiecznie.

I też, nie lubię dużych słów. Więc powiem po prostu, że kocham lasy pełne wiązów i ich splatanie się korzeniami. I nadal, chce się nimi splatać. By wytrzymywać wiele wichrów, jeśli moje korzenie w czymś pomogą. Bo tamte dają mi też tak wiele. Odkopywane z całą nieraz wręcz lubością, bo potrzebują też tlenu i słońca, choć to dla nich niełatwe.

Tak, te lasy są piękne. Jak i drzewa, które, z osobna je tworzą. Zwłaszcza, że to ma wyjątkowo silne własne korzenie, nawet nieraz o tym nie wiedząc. Kwestia tylko, czy wytrzyma nieraz z moimi.




Wszyscy mamy słabości, lecz niektórzy
Mają słabości łatwiejsze do rozpoznania
Spójrz mi w oczy i proś o przebaczenie
Zawrzemy pakt by już nigdy nie mówić tych słów
Tak, jesteś moim przyjacielem
Wszyscy mamy coś, co nas zakopuje
Jednak na szczęście odkopujemy siebie wzajemnie

Więc gdy słabość włącza moje ego
Wiem, że liczysz na mnie z wczorajszego dnia

Gdy zmienię się w kogoś innego
Odkop mnie z tego, co przykrywa lepszą część mnie
Śpiewaj tą piosenkę
Przypomnij mi, że zawsze mamy siebie wzajemnie

Gdy wszystko inne zniknie

piątek, 15 maja 2015

O tym, dlaczego tak szybko wracam, czyli o tym że nie tak łatwo upadam i własnym rozgrzeszeniu słów parę.

Wróciłam.
Zapewne wcześniej, niż wszyscy sądzili, co widzę po tym, jak mnie żegnali. Ale jak pisałam poprzednio, sama nie wiedziałam, jak długo to potrwa. Sama nie wiedziałam, że powinnam uciec, czy po prostu zmienić miejsce...czy tylko ochłonąć, ochłonąć po pewnych rozmowach, wiadomościach. Przemyśleć.

Ale oto jestem.
I remember feeling the opposite to falling.

Ciągle pamiętam. Ciągle pamiętam swoją przekorną naturę. I to, że nie zadowolę przecież wszystkich. A uciekać...nie sposób. Nawet nie godzi się, odkładać tarczy, usiąść na krześle i tylko czuwać. Zamiast być. A może nieraz i walczyć, walczyć po prostu, jak to w życiu, o samego siebie.

Pisać zawsze lubiłam. Pisanie było jednym ze środków wyrazu, jednym z wielu w moim życiu. Pisanie pomagało wylać pewne emocje, tak, by nabrały pełnego ,dojrzałego kształtu, tak, by mi samej było łatwiej siebie zrozumieć.
Zawsze lubiłam też pewne interakcje, zawsze dodawały mi swojego rodzaju skrzydeł. A po raz pierwszy przekonałam się, jak skrzydła mogą podcinać. Zwłaszcza, gdy w swoim życiu po prostu stale wisi się nad przepaścią, stoi na krawędzi, gdy w życiu zawsze grozi spadanie.
Ciężko jest być powiernikiem przeszłości, która zatrzasnęła się trumiennym wiekiem. Ciężko nieraz nosić w sobie cudze wręcz tajemnice, niektóre kłamstwa i uniki. Czasem można być za to złym, mieć żal, że nam to zostawiono. Wir przeszłości chce wciągnąć, chce, by się w nim zostało. Ściągają w dól niedopowiedzenia, w których ja nie mam nic do powiedzenia, chociaż ktoś by tego oczekiwał. Ciężko jest być posłańcem złych wieści, kiedyś ścinano za to głowę.
Można się zmęczyć. Można dać wciągnąć się temu wirowi, który utworzył się, całkiem świeży, choć czas jest jedną linią. Można zmęczyć się świeżymi ranami, lizanymi gorącymi językami. Jeszcze bardziej męczy sypanie na rany soli. Wcale a wcale to nie pomaga.
Można.
Ale ja ciągle pamiętam uczucie przeciwne do spadania. Także dzięki temu, jak kiedyś, przed laty, wspólnie nawet z kimś mi się pisało. I może o to w tym wszystkim chodzi.

Pisanie może dodawać skrzydeł, być obok zwykłego, codziennego życia czymś ważnym. Może skrzydła podcinać, jak mi ostatnimi czasy. Ale, jak to powiedziała pewna wredna, ruda jak marchewka obecnie dziewczyna, gdy ostatnio piłyśmy- podcinają ci skrzydła, to pozwól im odrosnąć. Wyskubują ci nie tylko piórka, ale i puch, który miał chronić przed zimnem? Cóż, poczekaj. Ale się nie dawaj. Twarda bądź jak jesteś. Miej jaja i nie zwiewaj. Chociaż przedtem doradzała, żebym nie zaczynała tej „przygody” z blogiem- tym razem i w niej obudziła się przekora. Nie pozwól odebrać sobie tarczy. Nie pozwól przebić swojego boku włócznią. Nie jesteś cierpiętnicą, wobec nikogo.
Bardziej bojowa niż moja postawa. Ja po prostu czasem zlać w pewne miejsce słowa, jak do studni w której dudni echo, zamiast do ciemnej, mrocznej pieczary, w której żaden strumyk nie szemrze. Ale jej bojowa postawa, jej złość, jej też ból czasem dają mi sił, żeby pewne rzeczy robić. Albo dokańczać. Na pewno nie uciekać, choć, w pierwszym odruchu chciałam uciec przecież i od niej i od wielu sytuacji. Nigdy już nie przyjść do tamtego domu na herbatę, bo nie mam siły.

Siła jest. Zawsze się znajduje. Zwłaszcza w skopanych przez los istotach, zwłaszcza w tych, których serce czasem przepełnione bywa gniewem albo żalem. To wszystko można wykorzystać na własną korzyść. W tej sprawie jestem z paroma osobami cholernie podobna. Czasem trzeba nawet obudzić gniew, żeby się nie poddać. Płacz i żal nie pomagają. Niech płonie ogień, można rzec. Ogień jak rude włosy.

Nie dawaj się niektórym ludziom. Zgorzknieniu w smaku ich słów. I nie dawaj się własnym demonom. Rób swoje. Żyj. Uciekając z jakiejś części życia, nie żyjesz naprawdę. Wszystko trzeba opuszczać z własnej woli, nawet na tarczy jak Spartanie, a nie z podkulonym ogonem i smutkiem. Dumnie uniesiona głowa.
Nie chcę stawiać murów, nie chcę stawiać barier, ale nieraz po prostu chyba będę musiała postawić choćby płot. Żeby chronić siebie. Swój świat...a może też trochę i cudzy.

Wracam więc, po króciutkiej, jak się okazało, przerwie. Wracam do tego miejsca, nie żadnego innego. Bo jak pisała Martyna, zmiana chyba nic by nie pomogła. Bo nadal wszędzie będę to ja. Taka sama, z tymi samymi przeżyciami, podobnymi słowami. A ten świat jest mały. To nie ma znaczenia więc, czy zmienię miano, którym się tu określam, czy zmienię adres, parę domów dalej, na tej samej ulicy. Bez różnicy. Wracam więc tutaj, chcąc po prostu pisać, czasem rozmawiać z niektórymi ludźmi. Bo wielu z nich uwielbiam, uwielbiam czytać to co oni piszą, dyskutować. A że przez paru zaciskałam zęby, przez paru wyłam jak złapany w pułapkę lew...cóż. Trzeba opuścić klatkę. Nigdy nikogo się nie zadowoli, nie każdy zadowoli i mnie. Działa to w dwie strony. Przez paru ludzi nie mam co rezygnować, zaszywać się, uciekać. To mały świat, ale również wielki. Jak pisała Nemezis, która zna mnie całe lata, zna jak mało kto chyba niektóre moje zachowania, umie przewidzieć, co zrobię, bo sama ma ogromną mądrość, wrócę. To mały świat ale i wielki i przecież są tu nie tylko ludzie, przez których dostałam szału i którzy tak bardzo mnie dotknęli niektórymi zachowaniami.

To wielki świat, choć mały. Czasem coś trafi w serce, jak zagubiony pocisk. Ale przecież...tak, Ruda przypomniała mi, że pociski przecież wydrapuje się z serca pazurami, przeżuwa i wypluwa za siebie. Pociski, które trafiają, ale okazują się nieistotne, rozpływają się jak skrzepnięta krew w ustach. Tym razem to ona przypomniało mi o paru sprawach, gdy piłyśmy nad Wartą. Godna siostra swojego brata. Teraz ona dała mi kopa, gdy pijane prawie wpadłyśmy do Warty. Gdy prawie skręciłam kark ( i skąd te siniaki na nogach?).
Było warto zapracować na kolejnego kaca, było warto popłakać się jak dziecko i odprowadzać się do 3 nad ranem do domu wzajemnie. I nawet, tym razem odważyć się i o tym napisać.
Warto, by ktoś ponownie zapalił w nas ogień. Wypalam się przez to wszystko, ale niektórzy dorzucają, podsycają, rozdmuchują żar.
Nie pozwalają upaść.

Wróciłam do małego wielkiego świata, który jest dodatkiem do mojego życia.
Bo nie jest całym moim życiem. Jest dodatkiem i nie gloryfikuję go w żaden sposób. Jest ważny, bo daje oderwanie, ale nie na tyle, by przesłaniać mi cały obraz. Tego, co było i tego, co jest. A może i tego co będzie.

Wracam i nie szukam tu już, jak miałam nadzieję, jakiegoś wsparcia. Prawdziwe i dosłowne wsparcie zawsze miałam i tak przy sobie. Ci, których znam od lat. Ci najważniejsi, których przecież w większości nie poznawałam tutaj. Nie powinnam być naiwna i szukać gdzie indziej, mając już tak wiele przy sobie, a przedtem chyba tak zrobiłam podświadomie, gdy dostałam swoje zadanie. I to był błąd. Bo nie o to tutaj chodzi, przecież nie o to. Nie z mojego punktu widzenia.
Mimo że poznałam w tym blogowym świecie jedną osobę, do której zawsze dzwonię pijana i piszę w panice odruchowo, gdy coś się zdarzy, nie uznaję tego za znajomości stąd. Bo przecież poznałyśmy się przez sploty bolesnych losów, my same, właśnie tak, inaczej, przez los...dla mnie to co innego.
Nie neguję wspaniałości ludzi tutaj, zdarzają się wspaniałe osoby, które uwielbiam, niektóre, z którymi rozmawiam od lat i nawet się przyjaźnię. Niektóre z które potrafią podnieść mnie i tu na duchu nieraz, za co dziękuję. Dziękować mogę nawet teraz, za smsy od Eule, za pewne rozmowy, wymianę myśli nawet na fejsie, za maile Solitary i Shadow i to, że wybaczają tak wspaniałomyślnie moje milczenie i stany zawieszenia. Kocham tutaj wiele dyskusji, z Anelise, Małą Czarną, Werą, wieloma innymi osobami. Cenię wiele słów. Ale nie przychodzę tu tak naprawdę tylko po wsparcie i pocieszenie. Pewne znajomości wychodzą same, gdy po prostu piszę. Nawet, gdy wylewam łzy, to moja studnia, w której układam słowa, nie przychodzę już szukać ratunku, gdy tak bardzo mi źle. Komentarz, mail daje czasem wiele. Nawet mi przecież. Ale nie daje czasem tyle, co obecność, nie daje tyle, co telefon w środku nocy, tyle, co świadomość, że ludzie są. Są, pochodzą z różnych miejsc. A żadne miejsce nie jest bardziej wyjątkowe od innego. Najważniejszych ludzi poznałam pijąc. Śmieszne? Jednak tak było, najważniejszych ludzi w moim życiu poznałam w większości na dzikich imprezach, pijana w sztok. A nie mówię, że każdy z kim piję, ma mnie właśnie wspierać i stawać się moim przyjacielem. Wszędzie musi trafiać swój na swego. Jak bardzo naturalne. Jak różnorodnie. Nic na siłę.
Znajomości na siłę zresztą nigdy sensu nie miały, czyż nie?
Dlatego się nie spinam. Dlatego już nie.

Porządkuję więc tutaj własne myśli po prostu piszę, wlewam do studni słowa, czasem z niej czerpię. Ale ta jest moja. I na jakość wody w tej studni można narzekać, można się o nią burzyć. Dowolnie. Nie znaczy to, że cokolwiek zmienię. Że dostosuję się tak bardzo. Że odpowiem na maila pełnego pretensji, jak mogę się tak zachowywać. Jak mogłam nie napisać o słynnej 5, zarzut, że nie pamiętałam. Dlaczego nie podejmuję cudzych blogowych inicjatyw z tym związanych. Pamiętałam. Pamiętam każdego miesiąca. Ja pamiętam każdego dnia. Każdej sekundy, pamiętam w większej dosłowności i namacalności, niż samych słów. Ale mogłam nic nie mówić, bo to moje, w środku. Moje życie, moje słowa. A ja pamiętam nie tylko uczucie spadania, ale i przeciwne niemu. Staram się pamiętać o wznoszeniu. Czy trzeba ściągać mnie w dół? To chyba głupota.
Staram się pamiętać o wznoszeniu, dlatego być może, moja upartość i sztywność w pewnych tematach tak przeszkadza i innym. Tak rozczarowuje. Ja rozczarowuję, tym, kim jestem i tym, kim nigdy nie byłam. Tym, kogo się spodziewano, a kogo zastano. Obdarty żebrak zamiast księcia na rumaku.
Cóż. Nigdy nie mówiłam, że łatwo się przy mnie ogrzewa. Że można to robić w ogóle. Tutaj. Ja po prostu piszę.

Staram się pamiętać o uczuciu przeciwnym do upadania.
Bo mam nie tylko przeszłość i nie o niej muszę mówić stale. O ”nie-swojej” do tego przeszłości. Mam tu i teraz, mam przyszłość. Mam plany i to w nie chcę patrzeć. Nawet w te najbliższe, plany dotyczące koncertu, którego tak się bałam (trochę boję nadal) , bo przecież ten zespół jak mało który też przyzywa pewne skojarzenia. Bo poznałam go przez kogoś, kogo już nie ma. Ale i oni wydali nową płytę, a ja cały czas idę też do przodu. Mogę więc myśleć o przyszłości, o tej bliskiej i tej dalekiej. Próbować przezwyciężać kolejne ale. Pokonywać trudne skojarzenia, pokonywać sama siebie. Innych nie zamierzam.
Mogę żyć tu i teraz z uśmiechem i o tym mówić. Pisać. O tym tworzyć. Modlić się nie o dusze martwe, a o żywe. Bo tylko te potrzebują przecież pomocy.

Modlić się nieraz o swoją duszę i pozwolić sobie na rozgrzeszenie siebie samej. Odpuszczam w imię jedynej, która odpuścić pewne sprawy może. W imię mnie samej, wcale nie wisząc na żadnym drewnianym krzyżu. Lekceważącej kolejne policzki i pociski. Może kiedyś stanę się kuloodporna. Nie jak idee. Ale jak człowiek.

Tak, rozgrzeszenie. Kac moralny, wyrzuty sumienia tam, gdzie ich nie powinno być zaczynam zagrzebywać, porzucać. Biorę na nowo swoją tarczę i włócznię, nie czuwam, a piszę opowieść. Opowieść o sobie, o kobiecie która pamięta nadal, jak się lata i zna smak i wagę słów, po prostu też i tutaj pisząc.
Rozgrzeszenie wzywa. Tak samo jak życie.




Pamiętam uczucie przeciwne do upadku
(W tym miejscu, gdzie rozwiązują się wszystkie węzły)
Wir przeszłości, rozgrzeszenie wzywa.

Jesteś tam, czy nie? 

niedziela, 10 maja 2015

O tym, dlaczego odchodzę na urlop, a może odchodzę na zawsze

Może nie powinnam była pisać tego listu. Może to, że napisałam go tutaj, pokazałam światu, wielu osobom się nie spodoba, Króliku. Ale umarłabym, gdybym nie była sobą. Ty to wiesz przecież, wiedziałeś zawsze, jako jeden z nielicznych. I znałeś też to, czego wielu nie pozwalam dotknąć.

Ciężko mi znowu, wiesz? I jestem też zmęczona. Na jakiś czas chyba muszę zawiesić obietnicę, którą na mnie wymusiłeś. Na jakiś czas muszę stąd zniknąć, z tego miejsca, z bloga. Bo zamiast dawać mi ulgę, ostatnimi czasy zaczął boleśnie kłuć. Nie mówię, że znikam na zawsze, nie mówię, że znikam na długie miesiące. Może przemyślę parę rzeczy, na nowo ułożę już dzisiaj w nocy i za parę dni znowu będę tu pisać. Nie wiem, nie mam pojęcia Króliku. Ale musisz mi wybaczyć, że znów znikam, że może będę wracać. A może znajdę całkiem inne miejsce.

Od samego początku nie byłam do tego przekonana. Gdy napisałam w listopadzie pierwszą notkę, bo ty tak chciałeś. Od początku czułam, że to nie moje miejsce, mając nadzieję, że się po prostu zadomowię. Od początku czułam, że zostawiłeś mnie z pewnymi obowiązkami. Jakby to ja miała być potrzebna. Właśnie ze wszystkich ja. Ale chyba nie jestem. Od samego początku nie byłam, bo to nie mój świat tu przystawał. Nie nasz. To nie zgrywało.
Zostawiłeś mnie z wieloma obowiązkami. I mam wrażenie, że to miał być jeden z nich. Próbowałam pisać jak dawniej i to sprawiało mi radość. Zaczynało. Bo poznałam kolejnych ludzi, zaczęłam wpadać w różne miejsca, całkiem obcych ludzi, których ty nawet nie znałeś. Zrobiłam sobie ścieżki, odnowiłam niektóre stare znajomości w tym świecie, zaczynałam budować własne gniazdo. Wszystko fajnie. Wesoło. Swobodnie.
Trach!
Znów odniosłam wrażenie, że nie podołam. Jestem zmęczona tym, że ubzdurałam sobie, że się ode mnie wymaga. A może czasem wymagają właśnie, dają znać. Parę wiadomości, parę spraw o których dowiedziałam się przypadkiem, od osób trzecich. To chyba nie jest mój świat.

To miało być moje miejsce, tak miało być. Nie jestem tobą. Jestem kimś kto cię znał i może nie powinnam się z tym tutaj wcale wychylać. Chyba zrobiłam źle, po prostu. Zaczynają mi ciążyć wizje z mojej głowy. Zaczynają mi ciążyć niektóre litery. W tym właśnie miejscu.

Najgorzej było, gdy zapytano się mnie, dlaczego jestem taka szorstka. Taka...zimna. Jestem? Króliku, czy ty kiedykolwiek nazwałbyś mnie zimną? Zawsze mówiłeś, że mam najgorętsze serce.

Króliku, zmieniłam się. Najpierw te trzy lata temu, gdy Vincent...teraz ty....
To powoduję, że jestem zimna. Takie można odnieść wrażenie. Bo z tobą nie można na TEN temat porozmawiać. Bo zbywasz ludzi, gdy mówimy o TYM.
Nawet w głowie zaczęłam używać słowa TO. Kurwa, jebane ogólniki. TO? Nie, po prostu twoja śmierć. Rozszerzone źrenice, poszarpana, posiniaczona klatka piersiowa. Chude wystające żebra. Mówię TO, by pamiętać nasze wyprawy,nocne rozmowy, twoje koncerty, herbatki i skręcane przed laty ćmiki. Casablanca wiśniowo-waniliowa, nasz ulubiony tytoń. Nie wiem, czy go dalej produkują. Zmieniłam się znowu w człowieka popielniczkę, tak na marginesie, choć do sierpnia zeszłego roku nie paliłam. Do sierpnia, kiedy zaczęłam się martwić o ciebie. I znów, szlug za szlugiem. Wypalanie żalu. Czarna zasłona dymu zamiast czarnych ubrań w żałobie.

Ale mówię TO zamiast umarłeś, bo wolę tamto dawne pamiętać, niż ostatnie tygodnie, twoje rozgoryczenie, zażenowanie, strach. I cholerne przeczucie. Trzymanie cię za rękę, gdy się popłakałeś, ale wolałeś nikomu o tym nie mówić. Gdy wolałeś po prostu nie mówić o paru sprawach. Może tylko tej, którą pokochałeś jeszcze, paru prawdziwym, namacalnym ludziom przy tobie.
Buduję mur, zasłaniam się. To też strach. Nie krzycz na mnie. Boję się. Że znowu się pogrążę, albo tak naprawdę, dopiero teraz to zrobię.

Wolę skupiać się na życiu. Sam byś mi tak doradził, sam mówiłeś o tym, gdy zmarł Vincent. A może ja pierwsza rzuciłam ten pomysł, że znowu idziemy do przodu, choć, tobie tamtego roku było o wiele trudniej. Bo przecież i twoja matka...
Teraz nie ma znaczenia co było. Jest jak jest.
Żyję. Ale zaczynam stale się bać, gdy ktoś zapyta mnie o śmierć. I to nie boję się pytań tych, których znaliśmy razem, a pytań tych, których jakoś zostawiłeś mi w spadku, wpychają mnie tu, przekazując pewne obowiązki.
Na obowiązki nie mam siły. Dostarczyłam listy, muszę jeszcze dostarczyć paru osobom rzeczy. Przerosło mnie to? Brak czasu, brak siły.
I boję się pytań, znów.
Czego nie zrobię i tak będzie źle, wiesz, Królik? Momentami jestem za to na ciebie zła. Umarłeś i zostawiłeś mnie z burdelem. Pewnego rodzaju burdelem. Na początku byłam wdzięczna że mam się tym zająć, bo mogłam coś zrobić ale jednak, ja też się wypalam. Też się wyczerpuję. Tak jak chyba wypala się ten blog. Przynajmniej chwilowo.
Może ogniska nie dogasają. Muszę znaleźć tylko drewno na opał ale...
...nie pasuję tu. Nie jako ktoś, kto cię znał.

Wzorem mojego Męża trochę, zbudowałam więc wielki mur, mur, za który mało kto może przejść. Tylko ci, którzy znali ciebie latami jak i ja. Za który przeszła tylko jedna kochana osoba, która znała cię wirtualnie. Z resztą nie umiem pomówić wiesz Królik...nie wiem jak.
Po prostu nie wiem jak.
Dlaczego, pytasz? Co mi sprawia taką trudność?
Zaśmiejesz się teraz. Czasem mam wrażenie, że takie rozmowy, tutaj choćby, nie miałyby sensu. Bo mam wrażenie, że ci ludzie, oprócz tej jednej, z którą rozmawiam, którą skrzywdziłeś, znali pomnik, nie człowieka. Okropne to co mówię? Może. Ale przez to się usztywniam. Bo byłeś wspaniałym człowiekiem ( tak tak, z tego też się śmiej) ale przecież, to tylko jedno z twoich obliczy. Pamiętasz, nawet póki żyłeś, mówiłeś, że wkurwia cię takie idealizowanie. I spodobała ci się tak bardzo moja metafora „Królik, bo ty masz zajebiste pióro, ale w necie twojego krzywego ryja nie widać”. Idealnie oddane na tamten moment. Czy teraz tak samo?

Mam wrażenie, że takiego idealnego, twojego obrazu niektórzy ode mnie oczekują. Oczekują też obrazu, a nie mnie. A obraz ma być tój, od tego tu jestem, dlatego zniosłam tu swoje rzeczy, tu się wprowadziłam. Bo nie tak miało być?
Ale mam wrażenie nieraz, że chodzi o idealny pomnik. Wiem, że to moja chora głowa ostatnio ma takie problemy, więc widzę rzeczy może których nie ma...ale oczekuje się pomnika. Przedstawiania go. Ale ideałem nie byłeś przecież. Pamiętam naszą awanturę, jak raz nazwałeś mnie na poważnie głupią kurwą. Bo jako jedna z nielicznych umiałam cię wyprowadzić z równowagi. Pamiętam twoje nerwice, dni marudzenia. Człowieka z krwi i kości. I to trochę nie przystaje, prawda? Nie w tym miejscu. Dlatego czuję się obco, bo napisałam w listopadzie. Może powinnam poczekać.
Czasem mam wrażenie, że jestem jak ci twoi ulubieni, no, z jaskini Platona. Wyszłam i widziałam słońce. Kochałam cię, ale poznałam większą część człowieka niż oni. Zważam więc na słowa. Sztywnieję.
Gdy piszemy to zawsze jakaś kreacja przecież, prawda? Ja sama pewnie tworzę obraz, który wielu nie przystawałby w głowie do mojej prawdziwej osoby. I nie szkodzi. Ale boli mnie stawianie pomników. Boli tylko dlatego, że wiem, jak bardzo byś tego nie lubił. Boję się, że ludzie zaczną wycierać sobie tobą kiedyś gębę. Bo Królik powiedziałby to, pomyślałby tak. Tylko ty mogłeś wiedzieć, co byś powiedział, no nie? Nie byłeś bogiem, a omylnym człowiekiem z kwi i kości.

Wiesz, nie odzywam się na ten temat. Mam wrażenie, że nie mam prawa. Bo każdy znał jakąś inną część. Ale męczy mnie, gdy ktoś mówi, że jestem zimna. Bo nie piszę tylko o tobie? Bo nie robię dramatu, nie wlokę stale kiru po bruku, bo nie jestem płaczką z dawnego pogrzebu? Tylko dlatego?Serio?
Ja próbuję dalej żyć. I boję się rozmawiać na twój temat z kimś, kto nie poznał więcej twoich obliczy. Zresztą, ja to ja, mówię i piszę o sobie.

Może nie jestem już dobrym człowiekiem, Króliku. Może nie. Nie jestem gorąca, a zimna i cyniczna. Wczoraj rozmawiałam o tym z Mężem. Że stałam się bardziej szorstka, może widzę świat przez maskę ironii. Wcale nie, jak stwierdził. Nie dla tych, którzy mnie oswoją. Wbrew pozorom nie mam tak dużo siły. I właśnie ja zbywam, nie rozmawiam, nie pocieszam..bo nie mam już siły. Jak ja mam pocieszać kogoś kto...? Ja? Nie nadaję się.

Nie mam prawa negować cudzych odczuć, to na pewno. Każdy miał swoją miłość i ma swoją tęsknotę. Wiesz, powstrzymałam nawet twoją siostrę. W grudniu, gdy dostała szału. Gdy weszła na twojego bloga, prześledziła te wszystkie komentarze, wszystkie żałobne wpisy.
Nie mówiłam o tym prawie nikomu, tylko może wspomniałam dwóm osobom, jednej opowiedziałam całość. Jednej osobie, która znała cię stąd, ale znała cię całkiem inaczej.
Gdy weszła na bloga i zaczęła wyć wręcz, co oni sobie wyobrażają. Oni kogoś stracili?! Oni?! Nawet go nie znali. Nie biegali do niego do szpitala. Oni? Pamiętam jej szał i płacz. Zawsze była nerwowa przecież. Chciała napisać złośliwie paru osobom parę rzeczy...ale po co?
Chciała chyba odreagować wtedy. Kogoś może skrzywdzić. Komuś pokazać, że jej świat się zawalił. Jej.
Tłumaczyłam wtedy, to trochę inny świat właśnie, Iduś. Każdy ma prawo do swojej żałoby, każdemu jakoś brakuje. Jakiegoś obszaru, jakiegoś oblicza. I ma do tego prawo. Wręcz powinnaś się cieszyć, że twój brat był tak kochany, że tak wielu osób o nim myśli, tęskni...to piękne.
Jakoś się uspokoiła. Tak jak w wielu innych sytuacjach, jakoś.
Nigdy nie chcę poznać nikogo stamtąd, powiedziała. Nienawiść wobec niewinnych jako próba radzenia sobie z własnym bólem. Można tylko ukoić, przytulić i uszanować. Bo co więcej?
Dlatego widzisz nie piszę o twojej rodzinie, o twojej siostrze, chociaż przecież się widujemy. Wiem, że już teraz by sobie tego nie życzyła. Tylko teraz. Teraz, gdy sama jakoś się żegnam i muszę parę rzeczy przemyśleć. ( wiem, że mi wybaczysz w tym momencie). Dlatego pewnie nikomu nie pokazuję, gdzie mieszkałeś, nawet, gdy przechodzimy niedaleko. Boję się, że zrobią sobie pomnik. A Ida dostanie znowu szału.
Ciężko ogarnąć taki burdel, serio. Jestem aż zła, że mi go zostawiłeś jakby. Bo nawet jak ktoś nie oczekuje tutaj, to wiem, że ty oczekiwałeś ode mnie paru spraw, choćby zostawiając listy, zostawiając ostatniego posta...ale ja nie ogarniam. Nie byłam odpowiednia.
Ale kto miał to zrobić, twoja siostra? Mój Mąż? Cat która nie ogarnia własnego życia znowu? Śmieszne rzeczy. Stałam się najmniejszym złem, może i najmniejszym złem jestem tutaj.

To okropne, ale Ida zasiała we mnie pewne ziarno, które ostatnio zaczęło kiełkować przez parę wydarzeń. Przez parę słów o których się dowiedziałam przypadkiem.
I sama siebie za to ziarno, za ten zielony, złośliwy kiełek nienawidzę.

Sama nie znoszę takich licytacji. Bo ja mam gorzej. Bo ja straciłem więcej, bo ja...
Nie ma gorzej, lepiej, wiem Króliczku. Nieraz to sobie powtarzaliśmy. Każde emocje są inne. Ale zaczynam się męczyć.
Męczę się, gdy ktoś mi pisze, że tak tęskni, bo stracił tu przyjaciela.
Nie neguję wielu obliczy przyjaźni, ale pojawia mi się myśl „straciłaś przyjaciela, serio?a co ja mam powiedzieć?”
Straszna, złośliwa myśl, którą próbuję zaraz storpedować, jak tylko się da. Ale ostatnio mi się nie udaje, bo jestem zmęczona. I to kwitnie, zielony robak jakiegoś żalu pełznie żyłami, którymi powinna płynąć ciepła krew, która powinna otulić, pocieszyć...ostatnio nie umiem. Zresztą, nigdy nie byłam dobra w pocieszaniu. Mogę mieć gorące serce, ale jest trudne do rozumienia.
Ty je rozumiałeś i och...jak mi tego brakuje nieraz!
Czasem mam ochotę zapytać waśnie tak cholernie egoistycznie a co ja mam powiedzieć? Czemu nie zapytasz jak ja się z tym czuję? Czasem ma ochotę zapytać, czemu rozdrapujesz mi rany wręcz?
Zamiast ulgi, odczuwam nieraz wymagania. Wymagania, które pewnie sama sobie wmówiłam...choć nic nie bierze się z próżni.
Jestem zmęczona. Sfrustrowana jakoś przez parę zdarzeń, właśnie stąd się wywodzących.

To chyba nowy etap radzenia sobie ze wszystkim po prostu, Króliku. Ale narasta we mnie pewna frustracja. Od paru tygodni, rośnie i rośnie i dlatego muszę chyba stąd wyjść. Odetchnąć. Wziąć urlop, nazwijmy to, jak się chce.
Chcę żyć.
Nie chcę budować murów. Zresztą, ja mam dla wielu otwarte bramy. Jedna osoba nawet stąd zobaczyła, jak bardzo. Jak mocno rozwarte zostały wrota i jak bardzo można się w cudzym życiu zagnieździć. I wcale nie trzeba słodzić. I wcale nie trzeba wylewać wielu łez razem. Tylko trzymać się razem.
Może mury tworzą się same?

Ale nie zawsze. Ona w moim, ja w jej, można było. Gniazda u innych ludzi. Ale nie wiem, czy chwilowo mogę wić tutaj gniazdo właśnie. Więc chwilowo, Króliku, wbrew temu, o co mnie prosiłeś, znikam.
Zresztą, teraz rozumiem twoją prośbę o wiele lepiej. Miała działać dla dwóch stron. Dla jednej przestała na pewno, przez jakiś czas na pewno nie działa, od jakiegoś...więc...czy jestem wolna?
Czy jestem wolna, skoro nie znalazłam do końca tego, co miałam tutaj znaleźć? Co jak sądziłeś, mi pomoże?

Kocham cię i tęsknię cały czas. Ale chcę żyć. Rozmawiać z tobą stojąc w oknie mojej kamienicy i paląc papierosa, a nie pokazywać moich łez każdemu, bo ktoś ich ode mnie oczekuje. Nie stawiać pomników, na pewno nie w pewnych miejscach. Chcę rozmawiać z żywym w mojej głowie człowiekiem a nie obrazem. Zapamiętać zapach skóry, ten debilny śmiech i ciepłe spojrzenie. Wiem, że rozumiesz. Wiem, że znasz moje serce jak ja znałam twoje wadliwe. Chociaż...moje chyba jest wadliwe jeszcze bardziej. Po tym wszystkim jest niesamowicie wadliwe. Tylko w całkiem innym znaczeniu. Nie wiem, czy byś je teraz rozpoznał, w tym momencie, pod koniec tego tygodnia, gdy wszystko wali mi się na głowę i dodatkowo frustruje.

Kocham cię i uczę się ciebie żegnać.
A chwilowo i żegnam się z tym miejscem. Na tydzień, dwa, może miesiąc. A może na zawsze. Może poukładam pewne sprawy w swojej głowie, a może potrzebuję całkowitej zmiany. Miejsca, w którym nikt nie będzie wiedział, że ja to ja. W którym nie będę kimś, kto kogoś znał, a będę sobą. W którym nie spełnią się moje obawy z listopada. Czas pokaże.



Widzę brak życia
Wyczuwam ciemność pod tobą
Widzę, co jest za mną
Mogę próbować to ukryć, ale bez woli, by widzieć prawdę
Czuję, jak rytm serca spowalnia, by w końcu ustać

Dlaczego nie odejdę, kiedy wiem, że nie powinnam nic stąd chcieć?
Dlaczego zostaję, gdy wiem, że nie ma nic co powinnam powiedzieć?

Dlaczego zostaję, gdy wiem, że nic tu dla mnie nie ma?