środa, 22 kwietnia 2015

O ułudzie istnienia materii, ciemnej energii i rozszerzającym się kosmosie, czyli o tym, jak wiele można jeszcze zobaczyć za opadającą zasłoną

Jakiż piękny dzień, pełen słońca!- myślę sobie, robiąc po prostu zakupy, kupując sukienkę na piątkowe wesele, idąc przez park i zatrzymując się chwilę, karmiąc kaczki.
Jakie piękne słońce, myślę gdy szukam przepisu na tort dla swojego Męża na imieniny, który to tort właśnie znajdzie jutro po powrocie z pracy w lodówce, gdy ja będę siedzieć w swojej pracy. I obserwować to samo, choć ciągle inne słońce świecące mi prosto w twarz, nie pozwalające znaleźć nic na monitorze.

Ach, jak ciepło, ach, jak pięknie! Wiosna!
I widzimy cud przemiany, ale nawet, opalając się, korzystając z jego promieni nie zdajemy sobie nieraz sprawy, jak wielki cud toczy się na naszych oczach.

Nocą leżymy na łące, zbierająca się rosa sprawia, że nasze plecy stają się mokre. I patrzymy q gwiazdy, miliony wiecznych świetlików, patrzymy na nie czasem jak na dziury w wielkiej płachcie, którą ktoś na kilka godzin zakrył nasze niebo. Wyciągamy ręce, chcemy je złapać, wszystkie przytulić. Złapać, pochłonąć dosłowny cud.

Materia, energia.
Materia to tylko zmagazynowana energia, zapadnia podniebienia wszechświata” jak w jednym z wierszy.

Stałe przemiany. To, co widzimy. Syntezujące jądra wodoru, rozpady powoduję uwalnianie ogromnej ilości energii. Możesz cieszyć się z gwiazd, możesz cieszyć się ze Słońca dzięki najmniejszym jądrom materii. Dzięki najsilniejszym, a zarazem najbardziej pierwotnym oddziaływaniom.
Zderzenia, ruch, zderzenia, ruch...ale ruch w końcu ustaje. Nawet najbardziej wytrwała gwiazda umiera. Jak każdy człowiek, jak każda istota. Każdy kamień w końcu ściera się pył. Kwestia ilości czasu, a ten, jak wiadomo, jest względny, zależny od obserwatora. A może w ogóle nie istnieje.

Tyle widzisz. Dotykasz materii, ciepłej sierści kota, zrywasz zielone liście, zjadasz cudze, zwierzęce ciała. Kochasz się z osobą, do której jak mówisz, coś czujesz. Dotykasz ukochanego ciała.
Materia ożywiona przez ruch.
A co, jeśli powiem ci, mój czytelniku, że 98% tego, czego dotykasz....i tak nie istnieje? Co, jeśli powiem ci, że składamy się z atomów, a każdy atom składa się owszem, z protonów, neutronów, elektronów krążących po orbitach...ale co, jeśli powiem ci, że statystycznie około 98% każdego atomu to nienazwana, nieokreślona przestrzeń? Sfery w których poruszają się elektrony wokół jądra...
Nie nazwiesz tego próżnią, bo coś tam jest. Nie nazwiesz pustką, ale nie nazwiesz i pełnią.
98% tego, którego kochasz i tak składa się z nieokreślonej, nienazwanej ale na swój sposób pełnej i żywej nicości. 98% tego co jesz, co buduje twoje ciało jest dziwaczną pustką. Sferą. 98% ciebie nie istnieje, choć jest tak namacalne. Atom przy atomie, związek przy związku, komórka przy komórce, układ przy układzie. Całość. Ciało. Ciało, które jest, a jakby go nie było. Ciało, które można opisać zmysłami. Ale tylko tyle.
Istnieję czy nie? Jestem? Bogowie, jestem energią, materią? Czym i dlaczego?

Nawet materia jest tak cholernie złudna.
Gdy o tym usłyszałam, trochę przestałam bać się tego, co nieznane. Bo i tak...to co widzę, nie istnieje. Jest coś więcej, ale oko nie sięga za daleko, tak samo jak dłoń. Można tylko zanurzyć się w duszy, o której z kolei niektórzy mówią, że nie istnieje. Ale tylko może wychodząc poza to, czego i tak nie ma, można sięgnąć dalej? Tylko wyzwalając się, otwierając w pustce tamy, pozwalając przenikać światłu, strumieniom, energii bo....

98% mnie to i tak przestrzeń. Przestrzeń, w której jednak...
...jednak jest? Jednak jestem? Jestem w niej czy jestem ponad?
Jestem materią, jestem energią, jestem pustką?
Moje dłonie stają się przezroczyste, moje włosy, moja twarz. Obraz utkany jak pajęcza nic przez prawa, które tak trudno nam zrozumieć. Obraz w lustrze, lustro z nicości, ciało z nicości, a są, tkwią, patrzą na siebie, serce po lewej, serce po prawej...

Materia to tylko zmagazynowana energia.

Żyjemy dzięki jej przemianom, energia może to klucz. Jestem, bo jestem, jestem, jaka jestem, bo jej strumień stale buduje materię albo ją niszczy. Materię tak bardzo nie istniejącą. Każda komórka naszego ciała przemienia jedno w drugie, bez naszej świadomości. W próżni, w 98% nicości i 2 % namacalności tkwi wielki potencjał. Dzięki temu istnieje pojęcie też życia w naszej przestrzeni, w tym, czego możemy dotknąć. Co próbujemy ogarnąć rozumem ( jeśli przyjmiesz że rozum to tylko mózg, to on tez nie istnieje prawie. Rozum to coś o wiele więcej. Zrozum to a może..).

Chcę dotknąć poznania?
Samo słowo, dotknąć. Nie pasuje mi tutaj. Myślisz że to takie oczywiste? Nie, to też nie jest żadną oczywistością. Nic nią nie jest, tylko czasem musisz spojrzeć pod innym kątem.

Dotknąć. Wiesz, że w swojej pustce, nigdy tak naprawdę niczego nie dotykasz? Nawet jej czy jego ciała. Nawet głaszcząc kota czy psa. Nawet stąpając twardo po ziemi. Tak naprawdę, to wszystko tyko oddziaływania elektrostatyczne. Nie siedzisz nigdy na krześle. Nie dotykasz go. Mijacie się na polu elektrostatyki, dając sobie wzajemnie wrażenia. Przestrzeń nie do przebycia. Uciskasz krzesło swoimi pośladkami? To tylko ułuda. Doznanie twoich neuronów, bo i one składają się z protonów, neutronów, przede wszystkim elektronów. I również one, złożone z atomów, składają się przede wszystkim z pustki. Nawet namacalność..jest ułudą. Neurony kłamią. Zmysły kłamią. Ale może tyle nam wystarcza w naszym świecie, świecie gdzie opieramy wszystko na sądach oka. Oka, które tak samo, nie istnieje.
Jedynie ocieramy się o siebie, zawsze zostaje pewna przestrzeń, zawsze brakuje nam ścieżki jak miliony atomów, zawsze przestrzeń, nie kilometrów, a przestrzeń ułudy. Przestrzeń naszego własnego kłamstwa, kłamstwa istnienia. Ciepła lub zimna, twarda lub miękka, przyjemna,czasem bolesna. Jednak nic nie jest dosłowne.

Jak więc możemy tak bardzo przywiązywać się do materialnych ciał? Jak możemy tak bardzo liczyć martwe złoto i przywiązywać się do jednego ciała, które kochamy?
Bo jednak jesteśmy ludźmi. Mamy zmysły. Narodziliśmy się w kłamstwie, które sami sobie opowiadamy i może to kłamstwo jest nam potrzebne.
Bo kochamy właśnie swoje ułudy. Namacalność twardości kamienia, ciepło ludzkiego ciała. Chropowatość wapiennej skały, kory drzewa. Wszystko to siły atomów. Atomów, sił między nimi, sił wiążących, sił elektrostatycznych, sił przyciągania. Ale kochamy je widzieć wprost, takimi, jakie są. Nie takimi, jakie mogłoby widzieć trzecie oko, ale ta para tkwiąca uparcie w czaszce. Czasem wydzielająca dziwny słonawy płyn.
Może żebyśmy mogli płakać, musimy widzieć to, co pokazują oczy, czuć to, czego dotkną dłonie.
Poczuć zapach jego skóry, jej włosów. Może to tajemnica człowieka, słodka ułuda, która daje poczucie spokoju. Twardy ląd, na którym opieramy stopy, choć przecież...
To już nieważne. Niech ten ląd w nas tkwi. Ale jednak czasem chce się widzieć więcej. Czasem niektórzy, choć kiedyś zakrzykiwani, próbują.

To zawsze wiąże się z ryzykiem. Tego, że sięgnie się za daleko. Tego, że przestanie się być człowiekiem takim, jakim człowiek jest tu i teraz. Dlatego zawsze próbowano powstrzymać widzenie dalej, dlatego zawsze ułudą dotyku wpychano niektóre myśli z powrotem za kraty. Ale to jednak fascynuje, ta muzyka niesłyszalna dla ludzkiego ucha. Ten taniec.

Chcemy widzieć cudowny balet atomów, szalony taniec szamanów kwantów energii. Chcemy odczuć i nieraz znajdujemy sposoby, jak można czuć bez czucia. Wychodzimy poza własne ciała i szukamy odpowiedzi w religii, w nauce.

Ale nadal, materia to tylko zmagazynowana energia.

Właśnie jeden z współczesnych naukowców powiedział zresztą, że „materia jest tylko zamrożoną w przestrzeni myślą”. I może na tym nieraz powinniśmy się skupić? Na myśli?
Może afirmacja, może myśl tak naprawdę to podstawa? Może to najczystsza energia, tak samo jak każda nasza emocja? Może dlatego nieraz słyszymy szepty zmarłych? Ich myśli nadal są obecne. Ale tylko ich ciała nie są już zamrożone, uległy przekształceniu. Bo świat ciągle trwa, bo świat ciągle musi się zmieniać. I nasze ciała kiedyś zmienią się również.

Myśl jako podstawa wszechświata. Myśl. Słowo. Dlatego tak wiele początków świata w religiach chyba od słowa zawsze się zaczyna. Od dźwięku, które jest wyrazem myśli.

Słyszeliście może o eksperymencie Emoto? O naukowcu, który udowodnił, że to, jak krystalizuje woda z tego samego źródła zależy od tego, czy mówimy do niej w sposób miły, czy złośliwy? Czy mówimy jesteś głupia, brzydka czy kocham cię?
Może warto nieraz popracować nad myślami. Bo w 75% składamy się z wody. A woda w 98% składa się z nicości, nienazwanego, nieistniejącego...

Szalony balet energii, szalony balet materii, która nas otacza. A to nie wszystko. To dopiero początek.

Bo co się stanie z twoim poznaniem, mój drogi czytelniku, jeśli powiem więcej? Jeśli powiem, że tak naprawdę, tylko niewielka ilość wszechświata składa się z tej materii i energii, którą znamy? Co, jeśli powiem, że większość ma zupełnie inny kształt, nigdy nie wejdzie w skład naszych ciał, w nasze kości, nie przeniknie naszej krwi.

Ciemna energia i ciemna materia.
Wszystkie galaktyki, wszystkie układy, ciała, to jedynie 5 % tego, co człowiek, jako składający się z tej właśnie nie-istniejącej materii może obserwować. Materia i energia taka jak on.
Niewidzialna większość to ciemna energia, która stanowi 27% i ciemna energia, szacowana na 68%.
To tworzy świat, w którym żyjemy. A jednocześnie, nigdy tej materii i energii dosłownie nie dotkniemy. Nie dotkniemy, bo jeden świat nie przystaje do drugiego. Nie dotkniemy, bo czasem jedna energia musiałaby zniszczyć drugą.

Do niedawna istnienie ciemnej materii i ciemnej energii było tylko wyśmiewaną, karkołomną wręcz hipotezą. Ale jak wypełnić niewypełnialne? Tylko ciemna energia. Tylko ciemna materia.

Licząc inaczej, materia naszego ciała, naszej planety, znanych nam gwiazd wraz z ciemną materią to tylko 28% tego, co wypełnia wszechświat.

Czym jest owa ciemna materia? Nikt tak naprawdę nie wie. Według wielu naukowców obecnie odpowiada za rzeźbienie płaszczyzn i serpentyn galaktyk, które tworzą wielkoskalową strukturę wszechświata. Jest rusztowaniem, jak rusztowania zawieszane na firmamencie przez bogów. Tylko chyba większość naszych bogów byłaby dla tej energii za mała.
Ciemna energia jest jeszcze większą tajemnicą. Tak naprawdę, pojęcie to stworzono, by opisać to, czego nie potrafimy jeszcze zrozumieć. To wszystko to, co przyspiesza tempo rozszerzania się wszechświata, bo przecież wszechświat, tak w naszych oczach stabilny, stale się zmienia. Rozpada się, rozciąga, zmienia kształt i swój czas. Tak naprawdę ciemna energia to wszystko to, o czym nie wiemy jeśli chodzi o właściwości wszechświata. Nie wiemy więc prawie niczego o większości wszechświata.

Nie wiemy, a jednak żyjemy. Chodzimy. Jemy, oddychamy. Zakochujemy się, czujemy.
A może...może nas nie ma? Może to tyko pozór? Jesteśmy tym co niepoznane dla ciemnej energii i materii, jesteśmy tym, co tak naprawdę jest nienamacalne? Spojrzeliście na to kiedyś w ten sposób?

A wszechświat stale się rozszerza. Coraz szybciej i szybciej.
Wybuchają kolejne gwiazdy, które są dość jasne, by było je widać z daleka. Mówią o galaktykach, o ich odległościach.
I kiedyś sądzono, że wzajemne przyciąganie grawitacyjne pomiędzy galaktykami będzie działało na ekspansję rozszerzania się wszechświata jak hamulec. Z czasem okazało się, że jest przeciwnie. Diagramy, wykresy, tabele. Zapisane dane miliardów lat.
Wszechświat rozszerza się coraz szybciej i szybciej. A my w nim On coraz szybciej i szybciej i będzie tak robił przez 5-6 mld lat. Ciemna energia powoduje, że ucieka nam wszechświat. Ciemna energia, jak okazuje się, coraz bardziej nasz wszechświat pochłania i zdobywa w nim absolutną władze. Z każdą minutą, z każdą godziną, z każdym miliardem lat. Ostatecznie, za kilka miliardów lat, większość galaktyk zniknie z naszego pola widzenia. Cud przemiany gwiazd ucieknie z naszego nieba, choć, nie w dosłowności przecież. Leżąc na łące nadal będziemy widzieć gwiazdy..ale dalej, dalej, dalej...a może, będzie widać tylko czerń przestrzeni kosmicznej.
Choć, my tego nie dożyjemy.

Ale może do tego czasu powstaną nowe teorie. Wypalona teoria Einsteina nie starcza, pomogła dużo, ale nie jest w stanie ujarzmić ciemnej energii i materii. Nie prowadzi do zrozumienia, już nie. Potrzebujemy więcej, by rozumieć, by widzieć poza oczami...ale czy to w ogóle możliwe? Czy to możliwe, skoro na co dzień nawet nie widzimy, jak bardzo składamy się z tego, co nienamacalne?

Czasem tak trudno jest zrzucić zasłonę, zsunąć się po spirali i zrozumieć. Czasem chciałabym zrozumieć. A czasem pozachwycać się po prostu słońcem pięknego dnia i ciałem tego, którego kocham. Tak zwyczajnie, uwierzyć w kłamstwa i ułudy. Bo przecież...jak się okazuje i na nich, namacalnie, w świecie fizyki, można tak wiele zbudować.

A dalsze zagadki? Cóż. Żyjmy nadzieją, że kiedyś zrozumiemy. Może, pomoże nam własna wolna myśl, wcale nie zamrożona w ciało.
Więcej dobrej myśli w przestrzeń. Może, ta energia łączy się z tą ciemną? Może potrafi więcej, niż sądzimy? Ale...o tym może się dowiemy. Kiedyś.
Tymczasem, korzystajmy z wiosny!


Czerń i biel, to wszystko, co widziałem, zanim dojrzałem, 
Wtedy czerwień i żółć nadchodzą, by pozostać
Sięgają po mnie
Pozwalają mi dostrzec, że jest o wiele więcej
Namawiają, bym wyjrzał ku nieskończonym możliwościom
Jak i pod, tak i poza i ponad
W wyobraźni kreślę granicę rozsądku
Zrzuć zasłonę. Spójrz, jak spada. 


piątek, 17 kwietnia 2015

O tym, że nie umiem się żegnać, a moje serce nie potrafi śpiewać słyszalnie dla każdego z ludzi.

Nie potrafię się żegnać.

Nigdy przy żadnych pożegnaniach nie umiałam wylewać łez. Przytulenie, pomachanie na do widzenia. Może można więcej. Ja nie potrafię. Czasem aż jest mi niezręcznie. Czasem wiem, że może czegoś się oczekuje, innego ruchu z mojej strony...ale nie umiem.
Mam za grube futro.
Nawet gdy się do kogoś przywiążę. Nawet, gdy mi na kimś zależy. Nawet, gdy pokocham.
Nawet, gdy to ostatnie pożegnanie. Łzy, tęsknota przychodzą z czasem.

Eleganckie wychodzenie po angielsku, pomachanie na do widzenia, wrócenie do swoich spraw. Czasem może się wydawać, że nie mam serca.
Nie mam serca, ale nieraz umiem kochać. Może jednak nie istnieje, a może w innym kształcie.
Może jest ono za twarde. Albo porośnięte zbyt grubym futrem właśnie. Zanim wszystko dojdzie do siebie, musi upłynąć w rzekach wiele wody. Znów, musi to być woda stopionego lodowca.
Nie umiem płakać na zawołanie, gdy oddala się ktoś na długi czas. Może nawet nie umiem odpowiednio nieraz tęsknić, bo zazwyczaj tęsknota to uderzenia, uderzenia słonych oceanów łez, uderzenia płonących w australijskim buszu drzew.

Sam moment mówienia żegnaj nie ma znaczenia.
Nie umiem pożegnać z klasą. Nie żegnam z obietnicami których może ktoś by oczekiwał. Pewnie było to widać wczoraj. Pewnie było to widać już nieraz.

Nie umiem się żegnać, ale chcę więcej. Nie umiem tęsknić pokazowo, popisowo, zalewając się łzami, gdy opowiadam każdemu o swoim bólu. Nie umiem cierpieć milionami słów i zwrotów. Czasem może to komuś przeszkadza.
Nie umiem tęsknić, choć to stale tkwi pod skórą, czasem atakuje. I wtedy pojawiają się słowa, dla tych, którzy je zrozumieją albo wysyłane w ogólną przestrzeń, bo tak łatwiej. Spisywane choćby tutaj. Czasem malowane na obrazach, rozdawanych potem, jakby były bez znaczenia. Albo dawane tym wyjątkowym.

Ale może dzięki temu umiem też nadal żyć. I chcieć od życia więcej. Umiem nadal zamiast w mroku tkwić, żyć w słońcu, żyć z dnia na dzień, planując kolejne kroki. Podnosić, sprawiać, że zmiażdżona i przewrócona na drugą stronę, chcę więcej. I idę. Naprawiam kości, grzebię zmarłych i szukam żyznych ziem. Bo ziemia, ona zostaje. Ziemia, pamiętająca i łagodząca. Czarna i wchodząca pod paznokcie. W niej kości, z niej pochodzimy, do niej zmierzamy.

Niewielu opowiadam, jeśli to już się zdarzy, jeśli przyjdzie złe i niedobre. I od niewielu żądam pocieszeń. Bo właśnie to moje nogi muszą dosięgać tej żyznej ziemi i po niej stąpać. Czasem potrzebuję drugiej ręki, która poprowadzi mnie przez błota i bagna. Ale na bagnach się wychowałam. Tak naprawdę chodzę sama, choć nauka chodzenia tak wiele kosztuje.
To nic, płacę tą cenę. I idę dalej. I chcę więcej od życia. Ale nie oczekuję tak wiele od jednego człowieka, jak oczekiwali by ode mnie niektórzy.
A może po prostu, oczekiwaniom nie nadaję kształtu. Nie chcę idealnych obrazów. Chcę wszystkiego wprost, w tym momencie. I żadnego później. Albo żadnego wcześniej.

Nie umiem się żegnać. Kiedyś ten, którego już pożegnałam na zawsze mówił, że przecież każde spotkanie oznacza pożegnanie. Widujemy się i rozstajemy. Gdzieś, w czasoprzestrzeni, jeśli ta będzie łaskawa, dane nam będzie znów ujrzeć swoje twarze, dotknąć swoich rąk.

Każde spotkanie oznacza pożegnanie i on z kolei żegnał się z wieloma słowami. Jemu przychodziły łatwiej pożegnania niż powroty. W nich znajdował więcej słów, odprawiał cały rytuał. Wysyłał miliony listów, zostawiał spadki, jakby każde było tak samo umieraniem z tym światem wespół, dotykał setek rąk. Nawet przy ostatnim, gdzie tym razem się nie pomylił.
Ja wolałam powroty i opowieści z nich. Nigdy nie dałam się popłakać przy żegnaniu, pocieszałam raczej uśmiechem, choć przecież pocieszać nie umiem. A może pocieszać umiem tylko tych, którzy rozumieją, o co mi chodzi. Bardziej znają. I tu nie trzeba wielu lat, jak się ostatnio okazuje.

Ale nigdy nie przywiązywałam się do pożegnań. Samego momentu. Wolałam wracać do życia, wracać z podróży i po prostu siadać na swoim miejscu. A pożegnania nie miały dla mnie znaczenia. Może późniejsza tęsknota ale... Wolałam śmiech niż łzy i powiedzenie, że jeszcze gdzieś tam się zobaczymy. Tak po prostu. Bo nic więcej nie trzeba.

Na co miliony słów właśnie? Tego nie mogłam zrozumieć. Pożegnanie, normalna część życia. Mojego zwłaszcza życia. Nawet to, poprzednie ostatnie i dłuższe niż wieczność ludzkiego życia. Nie musisz tulić ciał, widzieć martwych źrenic, znać zapachu słów żeby potem móc żyć. Nie musisz dostawać spadków, nie musisz, starczy, że widzisz horyzont, wiesz, jak bardzo to naturalne i wierzysz, że jeszcze gdzieś tam się spotkamy. Nikt nie musi obiecywać kiedy, dawać konkretnych terminów.
Żegnać można się na wiele sposobów. To nie musi być żaden rytuał. Ja przynajmniej go nigdy nie miałam, więc wygląda na to, że żegnać w perspektywie wielu po prostu nie umiem.

Każde spotkanie oznacza pożegnanie jak mówił i tak naprawdę to jedno, właśnie to jedno zrozumieć w pełni daje wolność. Bo nie oczekujemy deklaracji. Nie oczekujemy żadnego zawsze, nie mówimy czuwaj nade mną, nie żądamy w każdej godzinie i w każdym momencie. Tak w ludzkim życiu się nie da. A może i w życiu po życiu. Bo jak można wiecznie czuwać nad każdym? Istnieje pewna energia, miłość nam zostawiona. Ale nikt nie leży na chmurce i nie macha z odległości, mówiąc do każdego trzymam za ciebie kciuki. To byłoby jak cierpienie za miliony. Jak można życzyć tego komuś, kogo się kochało? Raczej ma się swoje sprawy, a nam zostaje to co było, znaki, zakrzywiona czasoprzestrzeń energetyczna, która nam sprzyja. Czy można żądać więcej?
Czy można żądać tych obrazów, w pewien sposób przez własny egoizm? Coraz bardziej dociera do mnie, że nie. Tak samo jak nie można sobie wycierać czasem tym, co zostawione gęby, słowami, ciałami w przestrzeni. Szeptami z daleka. Nie wszystko umiemy przecież zrozumieć do końca.
Trzeba umieć się pożegnać bez ceregieli. To potrafię. Dać wolność sobie. I komuś. A tym, których się najbardziej kocha, daje się wolność największą. Złote klatki to egoizm, który powoduje cierpienie.

Nieuchronność pożegnania więc oznacza wolność i może dlatego nie zalewam się łzami. Tylko czasem mam wrażenie, że można oczekiwać więcej. Tak samo jak więcej oczekiwać ktoś może od moich tęsknot i kopalni pamięci. Ale ja nie umiem wydobywać wszystkiego, nieprzerwanie, potokami łez. Wolę śmiech. Wolę wypić, może czasem zaszaleć, przez chwilę jeno otrzeć łzy...i iść dalej. Nawet jeśli grunt zmienił się po roztopach w zdradziecką glinę.

Jestem niedźwiedziem, mam grube futro i ciężkie łapy. Czasem zapadam w sen i marzę o lecie, czasem przeczekuję i nie mówię każdemu o swoich snach. Nie mówię o przeszłości, hibernuję ją w sobie i nie zmieniam jej kształtu w idealny, choć przecież, sny i pamięć nieraz płatają figla.
Hibernuję nieraz, a nie można żądać od lodowca, by od razu zaczął topnieć. I to wymaga czasu. Odpowiedniego podejścia. Idealnego kąta padania promieni. Czasem jestem zaskoczona, jak po krótkim czasie choćby jedna osoba to znalazła.
Może sprawiają to ogromne, ciemne oczy. Do tych zawsze miałam słabość. Mój Mąż ma takie. Mój przyjaciel miał takie. Moja młodsza siostra ma ciemne, z odrobiną zieleni. I jak widać, te zawsze działają.

Może to te oczy. Wiem jedno, że deklaracje mówiące o przywiązaniu, mówiące o więzach nie uczynią tego. Tylko długo budowane mosty porozumienia. Albo nagłe iskry, które powodują pożary już przy pierwszym pitym piwie.
Czasem wiesz od razu, czy się uda. Jak pisał Jose Carlos Somoza:

Przyjaźń nie jest tak trudnym i wymagającym wysiłku przedsięwzięciem, jak się wielu osobom wydaje. Jesteśmy skłonni myśleć, że najważniejsze rzeczy potrzebują czasu, żeby się narodzić, ale czasami przyjaźń albo miłość pojawiają się jak słońce w pochmurny dzień: jeszcze przed sekundą wszystko było szare, sekundę później oślepia nas światło.

Więc i dobrze mi z moją hibernacją i z tym, że niektórzy potrafią stopić lodowce. Ci, którzy pokazują słońca w pochmurne dni, albo zgrywają się z deszczem. Z tym właśnie dobrze, że przy niektórych rozwiązuje mi się język, gdy mówię o trudnych rzeczach. W pełni, a nie tak zdawkowo.

Nie umiem więc się żegnać, choć nieraz bym chciała. Nie umiem zawsze głośno śpiewać, choć wiem, że pieśń właśnie powinna wybrzmieć pełnym, głębokim głosem. Może gdybym miała inne serce. Ale mam, jakie mam.

I cieszę się, że to, które noszę, jest wystarczające jednak dla wielu. Inny brak barier. Śmiech. Pewna dzikość i rubaszność. Cieszę się, że nawet, gdy nie umiem się żegnać, ktoś potrafi to pominąć i zrozumieć. Czasem nie umie się żegnać tak samo jak ja.
Tak, wiem, że ostatnio wielu rozumiało. W ciągu ostatniego czasu i za to mogę dziękować.
Tak jak wielu potrafiło zrozumieć mój sen, tak jak niektórzy potrafią zrozumieć sen i hibernację tego, którego kocham najbardziej. Bo on śpi jeszcze dłużej, on zapada w sny, które trwają prawie tyle co wieczność. Jego lodowce topnieją tylko przy słońcu, którym mogę być ja.
Niektórzy potrafią to zrozumieć, nie naruszać wiecznej zmarzliny, nie rozbijać na siłę murów. Wiedzą, że tak nie można. Nawet jeśli się o tym nie mówi, wiedzą.

Nie umiem się żegnać, traktuję to jako naturalną część życia. Daję wolność i mówię jeśli chcesz, możesz do mnie wrócić. Jeśli chcesz, znów przekrocz moje progi, a może tym razem lodowiec stopi się jeszcze bardziej. Mój, jego. Może na następną wiosnę zdziałasz więcej i może razem będziemy pic krew z otwartych ran. Jeśli rany sobie pokażemy.
Niektórzy widzą je bez problemu, ale zranione zwierzęta kąsają się i bronią. Czyż to nie naturalne? Owszem, jak najbardziej. Ale wielu obwinia psa o zraniony palec, zapominając czasem, że wykonało się ruch nadmierny i wina jest po obu stronach. I o wiele łatwiej zabija się spłoszone jelenie.

Nie umiem się żegnać, nawet jeśli to właśnie ostatnie pożegnanie. W pierwszym momencie nie płaczę. To przychodzi potem. Gdy dowiedziałam się raz, drugi...nie, nie płakałam od razu.
Niektórzy mówią, że moje łzy są cenne. Cenniejsze nieraz niż te wylewane hektolitrami. Ten, kto nie umie płakać na zawołanie, zrozumie nieraz o co chodzi. Cenne, bo radzą sobie z bólem w całkiem innym kształcie. Cenniejsze dla tego który płacze. Czy dla tego, którego się opłakuje? To chyba już nie ma znaczenia.

Można oczekiwać więcej łez. Ale ja wolę dać więcej czegoś innego. Jeśli to nie odpowiada, zawsze można odejść. Szukać w innych miejscach. Świat jest ogromny i piękny i każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Najważniejsze, by nic nigdy nie było na siłę.

Nie umiem się żegnać rytualnie i nie umiem przekrzywiać obrazów ze swoich snów, wydobywać ich wprost na światło dzienne i nie mam sobie tego za złe. Nie oczekuję też, że w lustrze cudzych oczu będę ideałem. Że spełnię oczekiwania i nakarmię, zaspokoję cały głód.
Tak naprawdę każdy musi karmić się sam. Ja mogę od czasu do czasu wyłowić rybę z lodowatej rzeki, zapobiec temu, że w momencie słabości słaniając się na nogach padniesz i już nie wstaniesz, rozbijając głowę o ostre ranty kamieni. Raz, drugi. Ale nie mogę robić tego stale. Nikt nie może.
Oddając wszystkie swoje ryby, głodzi się samemu, do tego pozbawiając czucia w palcach, bo woda tej rzeki potrafi zmrozić najwytrwalszych.
To niesamowicie wymagający nurt. I ja potrafię jemu podołać.

I czasem mam serce i śpiewam. I czasem woda staje się gorąca i tęskni, starożytne runy rzucane przez przedwiecznych pozwalają powiedzieć więcej słów. I czasem śpiewam strasznie fałszując, ale ten śpiew jest dla kogoś piękny. Cenny jak rzadkie łzy.
I czasem chcę więcej. I czasem przy pożegnaniu mam ukłucie, że trudno. Ale przecież....życie toczy się dalej. Nie trzeba słów marnować. Nie trzeba marnować kolejnej chwili.

Czasem też myślę, że im szybciej się pożegnamy, tym szybciej nastąpi przywitanie. Im szybciej pozbędziemy się żalu i potoków łez, tym szybciej z uśmiechem można szykować się na kolejne przygody.
I to wcale nie miażdży.
I to wcale nie wciąga, ja ruchome piaski.
Może czasem musimy sobie na to pozwolić. Czekać, bez zbędnych słów i deklaracji. Bez wielkich podziękowań, przeprosin czy wyznań. Bo kto powinien i tak zrozumie. I sprawi, że zaśpiewam.



To się nigdy nie skończy, bo chcę więcej
Więcej, daj mi więcej, daj mi więcej
Gdybym miał serce mógłbym cię kochać
Gdybym miał serce, mógłbym śpiewać
Po nocy, gdy się obudzę
Zobaczę, co niesie jutro.

Nogi zwisają z framugi okna
Czy kiedykolwiek dosięgnę podłogi?
Więcej, daj mi więcej!
Zmiażdżona i wypełniona tylko tym co znalazłam pod i w środku
Tylko po to, by się przekonać
Daj mi więcej


Gdybym miał głos, mógłbym śpiewać. 

niedziela, 12 kwietnia 2015

O opowieściach znów parę słów, o sprycie Brata Królika i pięknie rozgwieżdżonego nieba.

Piękny dzień, pełen słońca. Idealny dzień wiosenny, idealny dzień na spacer, na to, by wreszcie załapać trochę witaminy D3, tak pogubionej w czasie mrocznej jesieni i dziwnej zimy.
Ulice Poznania zaroiły się tłumem ludzi. Sobota, dzień wolny.

Dzień wolny, choć przecież nie dla mnie. Gdy nie biegam do pracy, w weekendy biegam do szkoły. Tak naprawdę pierwsze wolne dni uświadczę w czasie majówki, na które i tak mam już intensywne zapewne plany. Ale to nic. Dziarski krok, spacer przez park koło domu. Idziemy do przodu.

Podczas przerwy w zajęciach wychodzimy z Gośką przed budynek na papierosa.
Gośka nie jest pierwszej młodości, niedawno świętowaliśmy jej 52 urodziny. Nie najmłodsza, ale z niesamowitą werwą i pasją. Inteligentna, oczytana, wiele w życiu przeszła, ale stale próbuje coś zmienić na lepsze. Istny wojownik.
Ale i ten wojownik w ostatnich tygodniach aż marniał w oczach. Stale blada, zmęczona. Dużo pracy, może to dlatego. Może na wiosnę każdemu ciału jest trudniej, gdy po długiej zimie zaczyna się przestawiać i regenerować. Może to to.
Jednak Gośka opowiada mi, co ostatnio się stało. Zemdlała na ulicy. Wylądowała na szpitalnym oddziale ratunkowym z trzepoczącymi przedsionkami. Zaawansowana miażdżyca, jak się okazało. Wypuścili ją wreszcie z OIOM-u, na którym siłą wręcz położył ją dyżurny lekarz, ale we wtorek tam wraca. Ablacja.

Trzepoczące przedsionki. Ablacja.
Na dźwięk tych haseł padających z ust Gośki przez chwilę mi słabo. Staram się nie pokazać, ale mam odruch paniki. To mi serce zaczyna trzepotać, a może na chwilę staje.
W tym pięknie świecącym, kwietniowym słońcu czuję na sobie oddech listopada.
Są chwile, które trwają wiecznie. Są chwile, w których na nowo umieramy, zamieramy i czujemy rozpacz. Spadamy na samo dno własnych przepaści, nasze demony szarpią nami aż za mocno, ściskają serce, wyrywają włosy.

Ale te chwile mijają. Przebłyski. Nie daję po sobie nic poznać, nie mówię nic Gośce, bo przecież jej nawet o tym nie mówiłam, za krótko się znamy, za mało i...
Nie chcę jej przestraszyć. Teraz ona potrzebuje pocieszenia, powiedzenia, że wszystko będzie dobrze.
Zaciągam się papierosem, takim samym, który pewnie i ją wykańcza tak naprawdę. Zaciągam się, łapiąc chwilę, w której mogę nic nie mówić. Wypuszczam śmiercionośny dym ( och, kto jak nie ty wiesz, jak bardzo to zabija?) i racjonalizuję, w tej jednej właśnie chwili.
Masz zamiar, cholera, pracować w szpitalu. Nie możesz na nowo umierać, gdy za każdym razem słyszysz przedsionek. Migotanie. Trzepotanie. Blizna na sercu. Ablacja. Stent. Echo serca. Ekg. Zator. Uszkodzenie aorty. Chore serce.
Nie możesz. Nie na tym polega tez życie, żeby ulegać terrorowi własnych skojarzeń. Nie teraz, nie na tym słońcu. Nie przed wieczorem, na który tak długo czekałaś.

Rozmawiamy więc dalej na spokojnie, wracamy na zajęcia. Skupiam się na tym, co mówią mi po raz setny w moim życiu o aseptyce i gronkowcach. Rozmawiam z innymi, piszę smsy na co nudniejszej części.
( Serio, ktoś jeszcze chce mi wmówić, że na zakażenie HIV najbardziej zagrożeni są obecnie homoseksualiści? A figę! Bo heteroseksualne kobiety statystycznie zapadają na zachorowania obecnie najczęściej!)

Czekam do końca zajęć. Czekam na wieczór.

Po zajęciach odbiera mnie Mąż. Idziemy zjeść coś na szybko, a potem pędzimy do Zamku. Tam, gdzie czeka nas dzisiaj noc pełna opowieści. Tam, gdzie i ja mam przedstawić swoją.

Rozsiadamy się, razem z moimi przyjaciółmi, pewnymi znajomymi bliższymi i dalszymi. To aż deprymuje, że aż tylu ich tego wieczoru się zjawia.

Tak dawno nie mówiłam nic publicznie. Tak dawno przestałam grać w teatrze, tak wiele czasu temu to zamarło. Usnęło. A teraz musi obudzić się na nowo.
Dopada mnie stres, ale nie jest nieprzyjemny. Tym bardziej, że pod sercem coś cichutko gra.
Nie robię przecież tego tylko dla siebie, choć w dużej mierze, owszem. Chcę pamiętać, chcę coś właśnie obudzić. Chcę zmienić zimno listopada, które i dzisiaj mnie dopadło i nieraz wraca, nieraz ze zdwojoną siłą, chcę zmienić w spokojne ciepło opowieści.
Bo jak mówił ten, o którym myślę także i tego wieczora, nie jesteśmy niczym więcej, albo może jesteśmy aż, opowieścią. Tą, którą sami piszemy swoimi czynami.
Pamiętam twoją opowieść, Bracie. A i dzięki tobie poznałam inne. Poznałam też wiele sama, wiele takich, które i tobie by się spodobały. Więc jedną dzisiaj opowiem głośno, niech idzie w świat.

Słucham nieraz ze wzruszeniem, a nieraz rozbawiona cudzych słów i biorę je sobie mocno do serca. Opowieść o miłości, która musi być cierpliwa. Opowieść o ranach, które potrzebują czasu na wygojenie. Opowieść o złości, opowieść o krzywdzie która wynagrodzona zostaje wielkim dobrem.

To prawda, że opowieści, mówione a nie czytane, te przekazywane głównie w kręgu ludzi, kiedyś przy ogniskach wspólnot, teraz nawet rozdawane w salach zamów i w pubach są pewnym rodzajem społecznej psychoterapii. Mają uczyć przez zabawę. Mają pokazywać inną perspektywę. Czasem pozwalają powiedzieć o tym, co niesprawiedliwe i o tym, co boli.
My trochę w naszym szybkim świecie, gdzie nie ma czasu na ukryte mądrości, gdzie podane muszą być wprost na złotej, zimnej tacy, zapominamy o tym. A ja, jak już pisałam całkiem niedawno, zapomnieć nie chcę. Chcę nadal uczestniczyć w wymienianiu mądrości przy ogniskach. Chcę słuchać historii prawdziwych ludzi, historii, które się zdarzyły, chcę słuchać bajek, zmyślonych prawd, które ubrane są w postacie zwierzą i księżniczek. I chyba coraz bardziej sama chcę mówić. Coraz bardziej sama chcę się...leczyć.

Bo opowieści to społeczna psychoterapia. Ale i osobista, w tym jednym przynajmniej przypadku. Osobista nie tylko dla mnie. Ale też dla wielu ludzi, którzy przyszli dzisiaj, by posłuchać. Oni zrozumieją w dwójnasób. Oni odczują to, co i ja czuję.

Po drugiej przerwie trochę zdenerwowana czekam na swoją kolej. Baśnie nie są długie, a moment, kiedy mam wyjść przed całą publikę, dłuży się niemiłosiernie.
Obok mnie stoi inna dziewczyna. Dziewczyna z psem przewodnikiem, niewidoma od paru lat, która pięknie opowiada, zawsze mądrze, zawsze rozczulająco. Dzisiaj również już mówiła, właśnie o miłości, która potrzebuje cierpliwości, o miłości, która pozwala dostrzec pod tym, co brzydkie to, co piękne. Odwieczne prawdy skryte za imieniem chińskiej starożytnej księżniczki i za bezimiennym starym rybakiem o cudownym głosie.

-Teraz ty?
-Tak...- mówię, najwyraźniej słychać moje pewne zdenerwowanie.
-Pierwszy raz?
-Tak.
-Daj czadu.

Wychodzę więc przed ludzi, przed siedzących na podłodze i popijających wino. Reflektory trochę oślepiają, za oknem nie widać księżyca, nie widać gwiazd. Świecie być może, pozapalane w całej sali a także na parapetach chyba wszystko psują.

Nie widzę gwiazd, ale wiem, że tam są. Płoną, czasem martwe, z oddali jednak nada świecą.
Płoną, jak miłość zmarłych. Nie możemy spojrzeć im w oczy, ale nadal ją czujemy.

Mówię cicho na początku. Z czasem coraz głośniej.

A więc zaczynam.

Wiecie, istniał, nadal trochę istnieje, pewien lud, lud zniewolonych ludzi, przywieziony w kajdanach do pracy na polach bawełny. Mimo, że zabrano im wszystko, biczowano ich plecy, nie zabrano im jednego. Ich opowieści. Pełnych tzw. Spryciarzy, którzy potrafili ograbić i wykiwać silniejszego, pod którego panowaniem się znajdowali. Opowieści pełnych radości ale i nauki o tym, czego nie powinno się robić.
Ludzie ci mawiali, że jasne noce, pełne gwiazd, są najlepsze, by zasiąść przy ognisku i opowiadać. Opowiadać w metaforach to, czego nie mogli powiedzieć tak naprawdę głośno. W takie noce mawiało się, że Brat Królik czuwa. Nad nimi, jako jeden ze Spryciarzy. Nad opowieściami, bo i on dzięki nim nieraz potrafił przetrwać. Ja wierzę, że Brat Królik czuwa dzisiaj i nad nami.

Urywam na chwilę. Zacinam się, dziwne uczucie w sercu i na chwilę mam wrażenie, że nie mam głosu. Podnoszę wyżej głowę, reflektor już tak nie oślepia. Podnoszę wzrok, widzę kilka par oczu. Widzę i inne oczy, które czekają niemo na dalszy ciąg. Miałam mówić o czymś innym, o Króliku i Pająku Anansim jak u Gaimana, ale w ostatnim momencie....

Brat Królik czuwa, więc i o nim dziś opowiem.
Wiecie, a może nie, Brat Królik to znakomity muzyk, który swoim śpiewem, graniem albo stepowaniem potrafił wydobyć się z każdej opresji, a nie było też melodii, której nie umiałby zatańczyć, właśnie stepując.
Czasem doprowadzał tym do szału, bo kiedy tańczył ktoś inny, Brat Królik potrafił wskoczyć na scenę, ot tak, przejąć całą uwagę i sprawić, że wszystkim dookoła opadały szczęki. Nie kiwał się przy tym, ani nie ślizgał, jak to nowomodni tancerze mają w zwyczaju, ale podskakiwał wysoko i uderzał z gracją obcasami o ziemię. Nikt nie potrafił skakać z taką gracją jak Brat Królik.
Jednak czasy się zmieniły i Brat Królik trochę zmądrzał. Rozmyślał nad różnymi rzeczami i pojął, że zamiast tak dokazywać na oczach całej wioski, powinien trochę czasem posiedzieć w domu i zająć się interesami własnej rodziny. Myślał, myślał, aż w końcu wymyślił, jak mógłby zarobić na swoje utrzymanie i swoich dzieci.
Zawsze kochał ziemię, więc oczyścił jej kawałek i zaczął uprawiać ziemniaki.
Brat Lis, który zawsze pilnie obserwował co się dzieje i miał z Bratem Królikiem na pieńku, sądził, że nagła zmiana u Królika wynika ze strachu. Pomyślał, pomyślał, jak to on, czasem zawistny i postanowił odpłacić mu się pięknym za nadobne, za wszystkie wcześniejsze czyny i upokorzenia na zabawach. Zaczął więc wyrządzać szkody na polu Brata Królika.
A to powyrywał sztachety z płotu, a to posypał ziemię solą, tak, żeby nic nie urosło. I tak na okrągło, aż biedny Brat Królik nie wiedział, co począć.
Kiedy Brat Lis zauważył, że jednak Brat Królik nie reaguje na jego zaczepki ani trochę, uznał, że na pewno jest już na tyle przerażony i zastraszony, że można go pożreć. Zawołał więc go i zapytał, czy ma może ochotę na spacer.
-Gdzie?-zapytał Brat Królik?
-Ano tam, hen przed siebie
-A gdzie jest to hen przed siebie?-zapytał Brat Królik.
-To tam, gdzie rosną znakomite brzoskwinie- odparł Brat Lis. -Będziesz mi potrzebny, żeby wleźć na drzewo i trochę ich postrącać.
Wyruszyli więc w drogę i po pewnym czasie dotarli do sadu. Brat Królik wybrał odpowiednie drzewo i wspiął się na nie, a Brat Lis usiadł pod drzewem w dogodnym miejscu, gdzie, jak miał nadzieję, gdy tylko Brat Królik będzie schodził z drzewa, będzie mógł go niepostrzeżenie schwycić i pożreć.
Jednak, Brat Królik, łagodny i miły, nie był tak naiwny, jak wielu sądziło i przejrzał plan Lisa. Kiedy zrywał brzoskwinie i Lis rzekł, by rzucił mu owoce, Brat Królik odkrzyknął:
-Jeśli je rzucę tam gdzie teraz stoisz, Bracie Lisie, a ty ich nie złapiesz, poodbijają się. Rzucę je tam dalej, na trawę.
Brat Królik rzucił więc brzoskwinie na trawę, a kiedy Brat Lis zaczął je zbierać, oddalił się nieco. Kiedy był już dość daleko, rzucił do Brata Lisa, że ma dla niego zagadkę.
Lis zdziwił się nieco, nie lubił zagadek, a Królik był ich mistrzem, tak jak wszystkich gier, w których trzeba myśleć. I zanim Lis zdążył zaprotestować, ten już mówił:

Ptak mały śpiewa, duży tylko dziobie
Mała pszczoła żądli, duża bzyczy sobie.
Człowieka konie słuchają, choć duże
Jaki pożytek jest z głowy w dziurze?

Brat Lis, gdy już ją usłyszał, podrapał się po głowie, myślał, myślał, ale nic nie wymyślił. Nie wiedział o co chodzi w zagadce i choć bardzo się wysilał, w końcu przyznał się Królikowi, że nic nie rozumie.
-Chodź ze mną, a pomogę ci ją odgadnąć. To jedna z tych zagadek, które zrozumiesz, jak zjesz trochę miodu. Od miodu się mądrzeje- mówił Brat Królik, mając już plan. -Widzisz, Lisie, ja mam ponadto na oku jedno miejsce, gdzie można miód zdobyć!
Okazało się, że ów miejsce znajduje się na polu bawełny Brata Niedźwiedzia. Kiedyś buszując tam trafił na wielki plaster miodu. Lis nie był zbyt łasy na słodycze, ale chciał poznać rozwiązanie, więc zgodził się pójść.
Ruszyli więc w drogę i po krótkim czasie dotarli do uli Brata Niedźwiedzia. Brat Królik zaczął stukać w nie kijem, tak, jak sprawdza się arbuza, czy już dojrzał. Stukał i pukał, aż w końcu znalazł taki, który brzmiał naprawdę obiecująco.
-Bracie Lisie, musimy go sprawdzić! Ja teraz kijem uniosę ścianki w górę, a ty włóż tam głowę i sprawdź, czy spadające krople odpowiednio smakują, pozlizuj je trochę!
Jak powiedział Brat Królik, tak zrobili. Lis wetknął tam głowę, a nagle Brat Królik wyciągnął kij i ścianki ula spadły na jego głowę, przygniatając ją.
Brak Lis wierzgał, kopał, piszczał...ale nic z tego! Zaklinał i złorzeczył, ale na nic to! Utknął na dobre.
Teraz Brat Lis zrozumiał wreszcie, o co chodziło Bratu Królikowi w jego zagadce! Jak mógł być tak naiwny? Zezłościł się jeszcze bardziej, a jego pyszczek cały oblepiony miodem zaczynały coraz zacieklej kąsać pszczoły.
Brat Królik oddalił się nieco, a kiedy odwrócił się i zobaczył, jak Brat Lis wyje i podryguje, krzyknął z radości jak za starych czasów i uciekł do domu ile sił w skocznych nogach. Już nigdy więcej Brat Lis nie wyrządzał szkód na jego polu i mógł w spokoju zarabiać na swoją rodzinę.

Jaki stąd wniosek? Mimo, iż niektórzy są niepozorni, nie należy ich nigdy lekceważyć. Zapamiętajcie sobie łagodnego, ale sprytnego Brata Królika, który cudze zło potrafił obrócić na słuszne, choć bolesne lekcje życia.

Skończyłam. Dopiero teraz poczułam, że jednak trochę drżą mi nogi. Gdy ukłoniłam się, zeszłam ze sceny, sprzed oślepiających reflektorów.

Dopiero gdy skończyłam...bo przecież opowieść płynęła sama. Brat Królik przecież czuwa. Przecież czuwa zawsze, nawet wtedy, gdy gwiazd nie widać. Bo ich światło, choć mocne, jest słabsze nawet od siły pewnych więzi. Choć przebywa miliardy, miliardy kilometrów pustek przestrzeni i udowadnia istnienie czwartego wymiaru, mam wrażenie,że światło gwiazd i tak jest niczym wobec poczucia tego, że ktoś nadal czuwa. Że nadal jest przy nas ta miłość, ta czułość. Spokojna obecność. Światło udowadnia istnienie czwartego wymiaru, a pewne więzi przenikają wszystkie wymiary, udowadniając, w naszej pamięci i świadomości, że nie ma niemożliwego.

Schodzę ze sceny, wracam „do swoich” i słucham dalej opowieści. Zachwycam się, raduję dalej i wzruszam, a moje serce śpiewa. Śpiewa podwójną pieśń, pieśń zarówno szczęścia, jak i bólu. Jak każda z opowieści, ta pieśń ma w sobie mądrość. Ta pieśń to życie.

Pieśń życia gra w sercach, a noc jeszcze młoda. Mamy trochę czasu, choć on nie istnieje ( a może i udowadnia fizycznie, w teorii strun 5 wymiar?). Mamy trochę czasu choć nie młodniejemy z żadną sekundą i zawsze już będziemy bliżej śmierci niż narodzin, nie odwróci się tego biegu. Ale noc młoda, więc czas jeszcze na wino, jedna butelka, da każdego po łyku. Symbolicznie, w parku, pod niebem na którym...

….pod niebem, na którym widać jednak gwiazdy. Osłabione łuną miasta, przesłaniane przez sporadyczne chmury. Ale jednak świecą, jednak są. Udowadniając, że nie ma niemożliwego, udowadniając, że istnieją inne światy, istnieją światy, w których one nadal żyją, choć w swoich prywatnych ponoć są martwe.
Dla nas nie ma to znaczenia. Światło przenika wszystkie granice. Opowieści toczą się dalej, pod każdym niebem, nawet, jeśli nie zdążymy ich dostrzec, zapisać, wypowiedzieć. Gdzieś zapisały się jednak w tym świecie, na skrajach atomów, na skrajach pustki z których się składają.
A mi niektóre opowieści nadal, być może, będzie udawało się uchwycić. Niektóre być może, będzie udawało się przekazywać. '

A co najważniejsze, może napiszę jeszcze do końca swoją opowieść. Którą jestem i którą będę. I może kiedyś i ktoś wspomni o mnie w rozgwieżdżoną, wiosenną noc.  



czwartek, 9 kwietnia 2015

O uwikłaniu w historię, cierpiętnictwie i sztuce wybaczania, czyli o tym, że każdy z nas jest Ormianinem

-System?- zapytała Młoda, kiedy staliśmy z moim kumplem z pracy ( którego tak naprawdę znałam wcześniej, okazało się, że pracuję z 3 innymi osobami, które znam z innych miejsc. Świat jest mały ) pod budynkiem, w którym pracuje. Wpadła na chwilę, oddać mi książkę, którą miałam przekazać dalej. Krążąca biblioteka wymian.
-Mhm- powiedział Kuba, zaciągając się papierosem, mając przewieszone przez bluzę słuchawki. Oczywiście, jak zawsze, nie wyłączył odtwarzacza.
-Nawet ich lubię.
-Nawet jak to Ormianie?
Ja przewróciłam oczami, bo już wiedziałam, o co mu chodzi. Już raz mieli pewną dyskusję, gdy się poznali, bo Kuba to historyk i pewnych rzeczy się czepia. Młoda tez przewróciła oczami. No tak.
Turcy. Ormianie. Znowu.
-Tak, nawet jak to Ormianie. Nawet jakby to byli Grecy. Gorzej, że to oni nie lubiliby mnie.- odcięła się i ucięła dyskusję. Bo takiej dyskusji chyba nie byłoby sensu ciągnąc, zresztą, nam kończyła się przerwa.

Nie wiem czy tak jak Kuba, znacie historię i pewnie niesnaski na linii Turcy- Ormianie. W większościach szkół, na lekcji historii skrupulatnie się to pomija, bo nie ma czasu. Nie ma przecież jak to nasz idealny, kochany system edukacji.
W każdym razie, był rok 1915.
Wiele, wiele lat wcześniej, bo około 300 roku Armenia była jednym z pierwszych państw, które wprowadziły chrześcijaństwo. Była też jednym z bardziej agresywnych, a może muszących się bronić państw chrześcijańskich, bo już w 451 roku stoczyła pierwszą bitwę w obronie chrześcijaństwa. Można więc powiedzieć, że od zarania dziejów, Ormianie byli wierni swojej wierze, i od zawsze byli bardzo niepokorni.
Jednak w 1915 roku nie chodziło tak naprawdę o religię. Nie wiem czy wiecie, ale istniała wttedy już Turcja, którą rządził tzw. triumwirat, Enwer Pasza, Talaat Pasza i Dżemal Pasza. W Turcji żyło wtedy około 2,1 mln Ormian, również w stolicy, Stambule.
Całe państwo było dość młode, a raczej idee w nim panujące. Do władzy doszli właśnie tzw. młodoturkowie, którzy nieśli ze sobą kaganek idei oświecenia. A każda zmiana, jak wiadomo, niesie ze sobą chaos. Za chaos obwinia się mniejszości. Tak obwiniano Żydów w średniowiecznej Europie o każdą epidemię i tak obwinia się obecnie Muzułmanów w Europie o chaos gospodarczy. Wiadoma sprawa, mniejszości oskarża się najłatwiej.
Panowie Paszowie wydali więc dekret. 24 kwietnia 1915 roku Talaat Pasza będący ministrem spraw wewnętrznych napisał: „Rząd zdecydował się na totalną eksterminację Ormian.”

To zapoczątkowało również szeroko zakrojoną akcję deportacyjną. Tak rzeź Ormian opisuje jeden z historyków, pan Lang: „Niemowlęta zabierano do sierocińców, które okazały się jamami wykopanymi w ziemi: wrzucano tam dzieci żywcem i grzebano pod stosem kamieni. Z kobiet i starców formowano karawany i zmuszano ich pieszo do wielokilometrowego marszu w kierunku Aleppo i innych punktów zbiorczych na terenie Syrii. Po drodze napadały ich bandy, którym władze pozwalały na morderstwa i grabież dobytku. Deportowanym nie dawano pożywienia ani wody, wielu rychło utraciło zmysły i zmarło z pragnienia.”

Szacuje się, że podczas Rzezi Ormian zmarło około 1,5 mln ludzi. To drugie po Holocauście, największe ludobójstwo w historii ludzkości, pierwsze, które zostało zaplanowane na taką skalę i udokumentowane. Cały świat nie zwracał na nie uwagi, gdyż oczy były zwrócone na fronty pierwszej wojny światowej. Zresztą, nie wczoraj a także i dziś przecież Europa nie bardzo przejmuje się Bliskim (czy Dalszym) Wschodem.
Plan władzy tureckiej powiódł się. Z około 2 mln ludności ormiańskiej w Turcji pozostało ok. 150 tys. Z dumą oznajmiano, że „krew ormiańska przestała istnieć”.

Do dzisiaj Turcja nie przyznała się do Rzezi Ormian. A raczej- rząd Turecki. Choć Francja swojego czasu wymagała, by przyznanie się do Rzezi Ormian było warunkiem do przystąpienia Turcji do Unii Europejskiej, Turcja nadal pozostaje głucha na pewne wołania. Na jęki i demony przeszłości.

Ormianie do dziś żyją rozproszeni w diasporach na całym świecie, do dziś w pewien sposób nienawidzą Turków. Nie można im się dziwić, jednak....

Ja tą historię znam i po pytaniach Kuby o Ormian, jak Turczynka może lubić Ormian właśnie, uaktywniło mi się moje wredne, przyspieszone myślenie. Nadal po spotkaniu z Dżibrilem, mająca trochę przemyśleń, do tego myśląca o pewnym wyjeździe na stałe, dołożyłam nowe myśli.
Wszyscy jesteśmy ofiarami historii...a nieraz chcemy nimi być. Ale niczego się nie uczymy.

Weszliśmy do windy.
-Kubuś?
-No?
-Z czym kojarzy ci się język niemiecki?
-No jak to z czym? Wszystko brzmi jak rozkaz rozstrzelania!
-Dobra...to ja się nie dziwię, że się jej czepiałeś o Ormian...
-Ale o co ci chodzi?
-O nic. Pomyśl.
-Czujesz się Ormianinem.
-Że hę?
-Kurwa, nie mam czasu ci tego tłumaczyć- zaśmiałam się i usiadłam na swoim stanowisku w pracy.

Wróciłam do domu i znowu myślałam. Każdy Polak czuje się trochę Ormianinem. Każdy Ukrainiec czuje się teraz pewnie Ormianinem. Każdy Żyd jest Ormianinem. Każdy Wietnamczyk po inwazji USA czuje się Ormianinem. Wszyscy jesteśmy Ormianami ale...przez to jesteśmy więźniami historii.
Historia ma to do siebie, że może nas zarówno czegoś nauczyć i wyzwolić, ale może tak samo nas całkiem ogłupić i zniewolić. Założyć nam kajdany nie naszych wspomnień i nie naszej nienawiści.

Niedawno czytałam bardzo ciekawą i mądrą książkę mojej ukochanej pisarki, Elif Safak, „Bękart ze Stambułu”. Opowiada ona właśnie w lekki i genialny sposób, trochę zabawnie momentami a momentami bardzo poważnie m.in. o wzajemnych antagonizmach między Turkami i Ormianami. O wpajanej od dziecka nienawiści do oprawców we współczesnym świecie...gdzie już oprawców nie ma. Nie ma wśród narodu, choć sam rząd, samo państwo bywają w tej kwestii niezbyt mili. Mówi o niemądrym pławieniu się w cierpieniu, cierpiętnictwie, podczas gdy zapomina się, że z pewnymi rzeczami można się pogodzić, nadal pamiętając. Że można pogodzić się z tym co było...i uzyskać pokój w sercu. I uzyskać pokój na świecie. Między pojedynczymi ludźmi...a kto wie? Może i między narodami? Bo te z ludzi przecież się składają.
A nagle okazuje się, że narody mogą się nienawidzić, a ludzie być ponad to- i mogą się kochać. Mogą tworzyć wielkie rodziny, połączone więzami krwi, ale i przyjaźni.
Ale jednak często wolimy być pamiętliwi...i wolimy też cierpietnictwo.

Och...a kto jest specjalistą w cierpiętnictwie jak nie my, Polacy? Ze swoją wieczną martyrologią, ze swoim rozdrapywaniem ran i nienawiścią do potomków tych, którzy nas skrzywdzili? Właśnie czytając książkę Elif Safak, miałam momentami wrażenie, że pewne zachowania Ormian są bardzo podobne do zachowań wielu Polaków. Choć, może też każdego narodu po kolei...ale nasz znam najlepiej ( nawet nie będąc patriotką- bo nie, nie jestem nią. )

Wszyscy jesteśmy więźniami historii.
Choćby te żarty. O tym, że każde niemieckie słowo brzmi jak rozkaz rozstrzelania. O tym, że każda Niemka brzydula i to kara za wojnę. W żartach kryje się wiele prawdziwych ludzkich przekonań. O tym, że Niemca trzeba okradać bo inaczej to kolaboracja. My po prostu nadal mamy żal. Tak samo jak diaspory Ormiańskie nadal mają żal do Turków za 1915 rok. Tak samo jak Żydzi mają pretensję i żal o Holocaust. Palestyńczycy mają pretensję do Ludu Izraela za to co robił i robi teraz, Gwatemala ma pretensję do amerykańskich agentów CIA a Kazachstan ma pretensje do Związku Radzieckiego. Chwila, do Rosji. Do tej też i my stale mamy pretensje. (mówię o tych historycznych, nie o tym, co teraz się dzieje...Rosja przegina. Ale nie Rosjanie. To różnica.).

Nie mówię, że ten żal nie ma uzasadnienia. Nie mówię, że co się stało to się odstanie ale...czasem trzeba odpuścić. Pamiętając, można odpuścić.

Historia była. Pewne rzeczy, godne potępienia się zdarzyły i trzeba, koniecznie trzeba o nich właśnie pamiętać, jeszcze lepiej, wyciągać z nich wnioski ( czego ludzkość moim zdaniem wybitnie nie umie robić). Ale trzeba umieć też wybaczać i iść dalej. Tak jak w swoim codziennym życiu. A i w tym, mamy przecież z tym wielki problem.

Zawsze na myśl przychodzi mi biedna w pewnych momentach Kaśka, która studiowała pilnie przez lata na germanistyce, teraz robi nawet doktorat. Przez wszystkie lata gdy mówiła, jak kocha język niemiecki, gdy opowiadała z fascynacją o jego gramatyce czy pewnej twardej świętości, gdy zachwycała się jak zespół Rammstein wymawia „r” w jednym z kawałów, spotykała się od czasu do czasu, ba, nawet częściej, z tekstami że „brata się z wrogiem”, że to przecież „naziści”. Jakim wrogiem? Przepraszam, czy ktoś widzi tu wroga z karabinem, tuż za Odrą? Bo ja nie.

Zawsze na myśl, gdy zahaczam o uwikłanie w historię, na myśl przychodzi mi też Marlise. Poznaliśmy ją właśnie dzięki Kaśce. Niesamowicie piękna dziewczyna, rodowita Niemka, której dziadek był żołnierzem Wehrmachtu. Dziewczyna, która kocha Polskę tak bardzo, że u siebie w Berlinie studiuje filologię polską i pięknie, płynnie mówi po niemiecku. Kocha nasz kraj, fascynuje ją. Ale nauczyła się już jednego. W Polsce, pełnej nienawiści, nie mówić, że jej dziadek też był żołnierzem w czasie wojny. Zwykłym, regularnym żołnierzem. Bo nie wypada. Bo za to zostaje się oplutym przez pijanych ludzi w barze, jak miało to miejsce. On był zwykłym żołnierzem, który wykonywał swoje rozkazy a ona jego wnuczką. W oczach wielu jest potępiona. Zresztą, jej dziadek mógłby być zwykłym chłopem w czasie wojny, a ona i tak pewnie nieraz oberwałaby za to, że jest „niemrą”. Tak tylko minimalizuje straty.
A nawet jakby jej dziadek był w gestapo? Co z tego? Ona jest już kimś innym. Ja jestem córką alkoholika, nie znaczy, że alkoholiczką będę, prawda? Czy ona, młoda dziewczyna, rocznik 1990, urodzona po wojnie, po upadku muru Berlińskiego, ma płacić znoszeniem cierpliwie cudzej nienawiści, bo ktoś, kto był jej przodkiem, był w wojsku? Dlaczego ktoś, kto nie ma z tym nic wspólnego, ma płacić i kajać się za błędy przeszłości?

Przypomina mi się też pewne miejsce. Pewnie miejsce, w którym przed laty byłam z przyjacielem. Ośrodek który mieścił się pod Berlinem, który był miejscem, w którym przeszłość ma ożywać i zabliźniać rany.
W tym miejscu przywoływano demony i egzorcyzmowano je, aż do szpiku naszych kości.
Za pomocą różnego rodzaju sztuki- malarstwa, muzyki, dramy- radzono sobie z nowymi problemami. W miejscu tym bowiem spotykały się trzy narody- Niemcy, Polacy i Izraelici. W tym miejscu na nowo mówiono o zaprzeszłym, choć przecież wpajanym nam, bo nie przeżywanym przez nas naprawdę bólu. Mówiono o wadze tożsamości narodowej, o wadze historii i o tym, że trzeba się na niej uczyć. Ale mówiono też o stereotypach, stale zadawanych ranach przez młodych ludzi i o wybaczeniu. Bo to jest najważniejsze.
Przypomina mi się to momentami „narodowe zmęczenie”, które przebijało przez niektóre twarze. Zmęczenie młodych Niemców, którzy mówili „tak, 2 Wojna się zdarzyła, tak, Holocaust się wydarzył. Ale to nie nasza wina. A ciągle nam się mówi, jakbyśmy to my biegali z karabinami”.

Nieraz trzeba wybaczyć nawet to, co nie przyszło z naszym udziałem i czego nie my doświadczyliśmy. Nieraz musimy rozgrzeszać w imieniu tych, którzy rozgrzeszyć już nie mogą. Musimy zakopać topór, którego wcale nie wykopaliśmy. Może właśnie tak osiągniemy spokój- i pokój?
Wybaczenie jest kluczem. Nie zapomnienie, a właśnie ono. Tego mnie tam uczono, choć już to wiedziałam i zamiast uważać na zajęciach wolałam przespać się z kumplem mojego przyjaciela, instruktorem na warsztatach malarstwa ( co miał mi jakiś czas za złe.). Wtedy aż tak mnie to nie interesowało, ale teraz jestem starsza i o tyle mądrzejsza być może. Dojrzalsza.

Sama poznałam sztukę wybaczania, choć nie zapominania w swoim życiu. Dlatego mogę ją chyba zrozumieć i w szerszej perspektywie. Choć każdy z nas jest Ormianinem. Bo każdy ma też w sobie tak samo czerwoną krew.

Teraz wiem, że takich miejsc, jak to pod Berlinem, przydałoby się o wiele więcej. Bo wszyscy mamy z tym problemy. Wszyscy owijamy się szczelnie w kokon historii i nie umiemy z niego wyjść, przepoczwarzyć się w piękne, swobodne motyle. Piękne i lekkie. Wolne.

Wszyscy mamy tendencję do użalania się nad sobą. I nie mówcie, że tak nie jest. Każdy z nas ma choćby dni, w których chce udowodnić, że ma gorzej i to jego trzeba pogłaskać właśnie po główce. Jego powinno być żal. Bo cierpienie miewa też wielu przyjaciół. Bo cierpienie, pomimo tego wszystkiego, tego, jak jest okropne samo w sobie ma też coś, co magicznie przyciąga. Ogień, który działa nie na motyle, a na wszelkie ćmy. Te kochają płonąć. Tak jak my w zatapianiu się w swoim cierpieniu.
To, co robimy jako ludzie często przekłada się na całe społeczności. Na całe narody.
Każdy, tak jak pojedynczy człowiek ma swój bagaż. Każdy coś wycierpiał. Jeden więcej, drugi mniej. Ale całe to krzyczenie nieraz, „oni są winni, przez nich mamy taką gospodarkę, przez nich umarło tyle moich przodków” przypomina mi nieraz licytację staruszek w poczekalni. Kto ma gorzej. Coś, czego nie znoszę.

Nie myślcie, że tym porównaniem jakoś pokazuję swój brak szacunku wobec historii. Wobec cierpień milionów osób. Wobec prawdy o tym, co się stało. Że w ten sposób chcę coś pogrzebać czy przemilczeć. Nic bardziej mylnego. Nadal szanuję i pochylam głowy nad przelaną krwią. Mam wiele szacunku wobec tych wszystkich ludzi. Ormian zabijanych przez Turków, Żydów i Cyganów eksterminowanych w obozach zagłady. Że w ten sposób nie szanuję pamięci ofiar wszelkich wojen, próbuję wymazać czerwoną posokę, którą spływały ulice, też te ulice, po których nieraz chodzę. To nie tak, w żadnym wypadku. Chodzi mi o coś całkiem przeciwnego.

Czasem mam wrażenie, że umartwiamy się, mówiąc o historii całkiem, jakbyśmy chcieli w niej zostać. Czasem robimy to ze swoim własnym życiem, a czasem robią to całe narody.
Ci, którzy nie przeżyli drugiej wojny światowej w Polsce są agresywni wobec Niemców, którzy wcale nie walczyli na froncie, bo są w tym samym wieku. Mają po 20 lat, plany na przyszłość i bardzo podobną kulturę.

I mi się teraz pewnie niedługo oberwie. Bo ja żadnej nienawiści nie czuję. Bo dla mnie historia jest historią. I czasem nawet mówię, że Berlin mi bliższy niż Warszawa. Tam przynajmniej, wśród moich licznych wyjazdów do tego miasta, nie spotkała mnie żadna przykrość. A nawet i posiedziałam sobie na obradach parlamentu.
Nie uznaję granic. Czasem marzy mi się, jak Lennonowi, że nie ma żadnych granic, państw Czasem mam wrażenie, że wtedy byłoby o wiele mniej wojen, o wiele mniej cierpienia. Ale wiem, to kolejna utopia. Tak samo jak to, że niektórzy zapomną, nauczą się wybaczać. I przestaną mówić stale o swojej krzywdzie, choć, krzywda nawet nieraz do nich nie należy.
Utopią jest, że każdy człowiek, niezależnie od rasy, wyznania czy właśnie narodowości, każdy jeden zdejmie pewne klapki z oczu. I zapanuje pokój. Wiem to doskonale.

Ale ja sama klapek nie chcę mieć i nie chcę wyznaczać sobie granic. W sensie metaforycznym i w sensie dosłownym. I dlatego, pomimo zawiłości historii, nie mam zamiaru być w nią uwikłana. I dlatego od wczoraj coraz bardziej myślimy z Mężem o wyjeździe do Berlina na stałe, gdzie obecnie czeka na mnie praca. Jak tylko skończę szkołę. Jeśli nic się nie zmieni.
I nieraz pewnie usłyszę, że jadę do kraju wroga. I będę miała to gdzieś. Ja nie mam wrogów.

Nie ulegam historycznej paranoi,z jaką nieraz się spotykałam. Ja chcę odbierać świat takim, jaki jest, wprost. Z tym, co było, ale nieprzesłoniętymi przez to oczami. Może i też jestem Ormianką, bo Ormianinem bywa każdy z nas. Nosi piętna i cudowność przodków. Słucha śpiewu ich kości.
Ale kości ma się też własne. I ma się tak samo własne skrzydła, własne myśli. A przede wszystkim własne serce. I może jego czuciu należałoby nieraz wszystko powierzyć. Bo ono, tak naprawdę, w głębi, nie potrafi nienawidzić. Ono narodziło się, by wybaczać i łagodnieć.





A na koniec niech zagrają najbardziej znani Ormianie świata. Jeden z moich ukochanych zespołów, na którym się praktycznie wychowałam. A Chop Suey jest kawałkiem, który można interpretować na wiele sposobów. Niektórzy twierdzą, że tekst jest rozmową Jezusa z Ojcem podczas męki, a inni z kolei...twierdzą, że w tekście Chop Suey są właśnie odniesienia do rzezi Ormian z 1915 roku, kiedy to Ormianie musieli wybrać swoją tożsamość w zamian za "samowolne samobójstwo", tak jak Jezus musiał wybierać "samobójstwo" na krzyżu w zamian za ludzkość. Bóg zapomniał o Ormianach jak o Chrystusie na krzyżu, gdy ten wołał "eli, eli lama sabachthani". Anioły które zasłużyły na śmierć to wierne dzieci Boga. Ale, jakby powiedział sam Serji, każdy znaduje w tekstach piosenek i nazwach zespołów to, co sam chce znaleźć. Jak w każdej muzyce. Bo ona mówi o sprawach ważnych....ale i jest ponad podziałami. 

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

O mężczyźnie któremu trzęsą się ciemne dłonie, o odwadze i walce z pokojem w sercu, czyli o pewnym spotkaniu, które daje aż z dużo do myślenia

Więc oto Dżibril, powiedziałam sama do siebie, gdy otworzyłam im drzwi w drugi dzień świąt.

Nie jest to jego prawdziwe imię. To jego pseudonim literacki, pseudonim polityczny? Tak chyba można to nazwać.

Dżibril, imię Archanioła, którego chrześcijanie nazywają Gabrielem. W Islamie imię cztero-skrzydłego anioła, anioła zniszczenia.

Więc oto i on, ten, o którym się tyle nasłuchałam od mojej przyszywanej młodszej siostry, od Deniz.
Tak, jedna z niewielu wizyt, przed którymi się stresowałam, ja, taka swobodna w kontaktach, ale znając cała historię, całe tło...czasem nachodzą myśli, jak się właściwie zachować?

Do mieszkania wchodzi ostrożnie, uważając, żeby nie uciekły nam koty. Sam kocha koty. Bardziej niż psy. Dżibril czasem zastanawia się, czy to nie kwestia kraju, w którym się wychował, kultury, gdzie psy są przeklęte i poniewierane, a koty są wręcz święte.
Jest niższy niż się spodziewałam, niższy ode mnie, mającej 176 cm wzrostu, niższy nawet od Deniz, która wyrosła imponująco wręcz jak na Turczynkę, ma te swoje 172 cm. Trochę krępy, ale drobny, zwarty bardzo w sobie, nawet jak na mieszkańca Bliskiego Wschodu. Orli nos i te ogromne czarne oczy. Niesamowicie spokojne, poważne i mądre. Ale jednocześnie niesamowicie smutne. Te oczy, które za dużo widziały, te oczy, które aż dziw, że nie stały się czerwone od barwy krwi, którą przesiąknięte były widoki, które chłonęły.
Oczy nie chłoną krwi jak gąbka, krew pije nasza dusza. Nasze serce, które krew pompuje...ale i obcą nieraz się żywi.

Trochę sztywne przywitanie, przecież tyle barier. Nie znamy się. I nawet nie wiemy, jak mówić.
Bariera językowa, bo ja przecież wolę słuchać po angielsku niż mówić z tym moim okropnym akcentem który stale poprawia Mąż, a w innym języku się nie porozumiemy. Chyba że w niemieckim, którego trochę zapominam, ale który w tym mieszkaniu, w tym momencie znaliśmy tylko my, ja i Dżibril.
Mój rodowity polski odpada. Jego perski, arabski? Czasem Deniz uczy mnie słów po arabsku, a ja zapominam je tak szybko. Wiem co znaczy inszallach, wiem co znaczy że coś jest haalal albo haram, wiem jak pozdrowić kogoś kłaniając się i mówiąc Salam Alejkum, wiem jak skląć kogoś wyzywając od świń ale co znaczy te parę słów? Nic.
Słowa ponoć kształtują nasz świat. Dlatego tak trudno tłumaczy się poezję. Bo zawsze kontekst jest inny, rzeczywistość spleciona ze słów, w innym języku traci sens. Ja nie znam jego języka, on nie zna mojego. Musimy wejść na neutralny grunt, w tym momencie ziemię niczyją. Nie wiem, czy można kiedykolwiek powiedzieć, że ona sprzyja. Mimo to podajemy sobie ręce, witamy się.

Wchodzimy do pokoju. Na stole dwie butelki po czerwonym winie, jeszcze po wczorajszym wieczorze który zaczął się od namaszczenia reiki przez mamę jednego z kumpli. Przecież my i wielu naszych przyjaciół nie obchodziło tych świąt, ale wolne, okazja żeby się spotkać, trochę wypić...
Było dużo śmiechu wczoraj, herbata prosto z Chin, rozdawane przeze mnie, zasiane w czasie pełni kwiaty w doniczkach, które mają dopiero rozkwitnąć.
Święta dla innych tradycyjne, dla nas zabawne, dla nas etniczne, dla nas jeden stół i ludzie wielu wyznań i języków. Czasem zastanowienia, ale w całkiem innym kształcie.

Zastanawiam się, czy mu to przeszkadza, te butelki, resztki wina, których po prostu nie zdążyliśmy posprzątać. Wiem, że dla Deniz to żaden problem, sama pije, tak samo jak nie nosi chusty, bo tak samo ta religia jak i każda ma wiele obliczy.

Nagle zwracam uwagę na jego trzęsące się ręce. Nie trzęsą się z powodu alkoholu, bo właśnie Dżibril jako muzułmanin, nie pije. Jest trochę bardziej wierny temu co haalal, a co haram, niż Deniz. Ale ani trochę nie przeszkadza mu picie kogoś innego. Nie przeszkadza mu pewna swoboda. Nie przeszkadza mu żadne imię Boga czy Bogów, żadne z obliczy miłości, bo i tak, wszystko jest właśnie miłością i poezją

Jednak jego ręce się trzęsą. A ja patrzę na nie z nabożnym szacunkiem. Może tak sztywno jest przez pewien mój dystans, bo nigdy nie znałam jeszcze kogoś, kto...
Wiem że nie trzęsą się od alkoholu.
Wiem, że nie drżą ze zmęczenia ani stresu, niepokoju.

Wiem już teraz, bo słyszałam część jego historii, wiem, że Dżibril ma uszkodzone nerwy. Uszkodzone po tym, jak wiele razy przez jego ciało przepuszczano prąd podczas przesłuchań, podczas tortur. Niby nic( nic? Jak Dżibril możesz mówić nic?), a został ślad. Te trzęsące się ręce, nie jak inne trzęsące się ręce, znajomego mojego Męża, który wsadził palce do gniazdka i z głupoty mu tak zostało. To trzęsienie to znak poprzedniego strachu, wielkiego bólu i odwagi. To znak przeżycia, to znak niesamowitej woli walki o piękno i miłość.

Siadamy, robię herbatę. Dżibril pije mocną, gorzką, ale za to z mlekiem. Mój Mąż zawsze wzdryga się z obrzydzenia, gdy ktoś pije herbatę z mlekiem. Ja uwielbiam od czasu do czasu jej smak.
Mruczę pod nosem „bawarka”.
Deniz tłumaczy, śmieszne, mówi Dżibril, że nazwali ją od imienia niemieckiego regionu, skoro to Hindusi i Arabowie pierwsi tak pili.
Chwila refleksji nad próżnością Białego Człowieka z Europy. Można o niej zapomnieć?

Mniejsza o nią.
Dżibril i Deniz poznali się na pewnym forum, czacie, gdzie ludzie doskonalą swoje umiejętności językowe. Zaczęli rozmawiać, on uczył ją perskiego, ona go tureckiego. Dwaj zapaleńcy otwierający drzwi do zrozumienia świata jednym z wielu skutecznych kluczy- językiem. To było wiele lat temu.
Starszy od niej o ponad 10 lat. Nomada, wygnaniec, koczownik. Tak o sobie mówił.
Skazany na wędrówkę. Czy to może być przekleństwem?
Gdy się poznali mieszkał jeszcze we Włoszech, a moja młodsza była nastolatką i trochę się nim zauroczyła. Wtedy, gdy cytował jej z odległości kilkuset kilometrów perską poezję, gdy mówił językiem Rumiego i wyśpiewywał wręcz kolejne sury Koranu. Nie z musu, a miłości do ich piękna.

Ale potem ich znajomość dojrzała. Dżibril wędrował, mieszkał we Francji, teraz mieszka w Niemczech, całkiem niedaleko, w Berlinie. Berlin Mekką uciekinierów. Rzecz niezmienna od wielu lat, od kiedy mur nie istnieje.

Skazany na wędrówkę, odwiedził ją już przed rokiem, gdy wreszcie mieszkała w Poznaniu, teraz odwiedził ją ponownie, bo wolne, bo święta, bo można wziąć urlop. A żadne tych chrześcijańskich świąt nie obchodzi. Tak jak my. Można zrobić misz-masz kulturowy, nieprawdaż?
-Tak chcę, żebyś go poznała!- mówiła moja młodsza siostra. Bo czasem tak jest. Chce się kogoś przedstawić. Pokazać, kto tak bardzo ubogaca nasz świat.

Tak więc przyprowadziła go na herbatę, na wciskanie w siebie ciasta, na chwilową rozmowę.
A i ja, wreszcie gdy poznałam go bezpośrednio, a nie tylko jego historię, opowiadaną ustami mojej siostry, zachłysnęłam się nim.

Wielki spokój i te ogromne czarne oczy. Przypominały mi kogoś, kogoś kto chciał być Nomadą z wyboru.
Ten tęskni za swoim domem, domem, do którego nie wolno mu wrócić, bo zginie.
Dżibril jest z Iranu. Dżibril był więźniem politycznym przez 3 lata. Pochodzący z bogate, inteligenckiej rodziny, będący pacyfistą z przekonania, istnym sufim z całego serca, miłośnikiem poezji i historii, miłośnikiem tego, co zwiemy czerwienią na starodrukach dawnego arabskiego świata i swoich perskich korzeni, cudem uniknął stryczka. Stryczka, bo ponoć odszedł od wiary. A on tylko widział inny jej kształt, niż większość. Dżihad, kwef czy burka, jakakolwiek zakazana miłość? On tego nie widział w słowach Mahometa, przekazie bezpośrednim od Allaha.

Te ręce nie tylko się trzęsą. Każdy z palców jest krzywy niemiłosiernie wręcz.
Kiedyś połamano mu każdy z nich, jeden po drugim, gdy odmówił pójścia do wojska, jako młody chłopak. Nie będzie zabijał. Allah nie każe zabijać. Allah mówi o miłości. I on nie będzie zabijał.

Wywrotowe myśli dla tamtego odległego dla nas kraju, który przed obaleniem Szacha i rewolucją w 1979 roku był jednym z najbardziej postępowych krajów Bliskiego Wschodu ( kto zna historię Iranu, Iraku, Syrii? Ręka do góry).. Do dzisiaj nie może się pozbierać, ten, który płynął niegdyś słowami poezji jak rzekami Eufratu i drapieżnego Tygrysu w pobliskim Iraku. Coraz bardziej pogrąża się w powodzi agresji, fanatyzmu i dzikiej żądzy zabijania. Nie dlatego, że ludzie są tam źli. Nie dlatego, że wierzą w innego Boga.
A dlatego, że ktoś umiejętnie manipuluje niektórymi z tych ludzi, zakłada im klapki na oczach, podjudza.
Każdy naród można oślepić, obiecując tak wiele i dając posmakować krwi. Niemcy lat 30-tych, Chińczycy podczas rewolucji Mao, każdy kraj toczący wojnę nie wiadomo o co.
Bujać to my panowie szlachta, jak pisał Tuwim.
Bujać to my, a nie nas.

Dżibril więc nie może wrócić. Nie może wrócić, bo tym razem zawiśnie. Cudem ocalał i cudem udało mu się stamtąd wyjechać, co opisał w swojej niewydanej jeszcze książce, którą, być może pewnie niemieckie wydawnictwo puści w kraj i inną przestrzeń już niedługo.
Dżibril, jak sam o sobie mówi, jest bezdomny. Tęskni za korzeniami, tęskni za cieniem morwy i wielkiego granatu, tęskni za ogrodem, skwarem lipca i zapachem kurzu na ulicach Teheranu. Tęskni za chłodem płynącym z gór.
Nie tęskni jednak za zapachem krwi.
Nie tęskni za policją religijną.
Nie tęskni za zabijaniem homoseksualistów.
Nie tęskni za kobietami zasłaniającymi całe ciała i twarze od 9 roku życia, bo nie tego chce Allah.
Nie tęskni za szczurami w więzieniu i wyłuskiwaniem pluskiew z posłania i wszy z włosów. Długich, kręconych ciemnych włosów obecnie.
Nie tęskni za krzykiem, agresją, biciem. Złamanymi żebrami, złamanym nosem, połamanymi palcami.
Za tym nie można tęsknić. Można pragnąć to zmienić. Ale jak?

Dżibril jest odważnym człowiekiem i czasem ma do siebie żal, że uciekł. Nie może zapomnieć o tych, których zostawił, o tych, których stryczek nie ominął.
Jest wierny swoim przekonaniom. Jest wierny temu, co kocha. Wierny pokojowi, Bogu w sercu, miłości samej w sobie.
Dżibril umie wybaczać, ale nie umie zapominać. Już dawno wybaczył tym, którzy połamali mu palce i zostawili trzęsące się ręce. Tym, którzy sikali do jego jedzenia i w końcu nie traktowali go ani trochę jak człowieka przed laty. Ale te obrazy się nie zacierają.
Dżibril nie zapomina i dlatego pisze. Pióro i słowo, największa broń tego, który wierzy w pokój. Dlatego napisał książkę, jedną, drugą, którą być może w końcu ktoś wyda. Dlatego pisze setki wierszy, listów do oprawców i rządów, listów do ONZ i Amnesty International. Dlatego nie umie usiąść, przysiąść na gałęzi jak ptak, który uciekł przed zimą na południe. Musi dalej wzbijać się w powietrze.

Choć nieraz Dżibril traci wiarę we wszystko. Gdy widzi, że idzie tylko ku gorszemu. Gdy widzi, jak Imię Jego Boga jest skąpane we krwi i pokazywane w krzywym zwierciadle, przez tak wielu, tak wielu..gdy widzi, jak wszystkie rewolucje zmieniają się w to samo bagno co w jego kraju przed laty, gdy widzi, jak ludzkość wcale nie uczy się na błędach, gdy widzi kolejne akcje ISIS, akcje terroru, widzi przemoc, strach. Dżibril bywa przerażony, tym co widzi. Dżibril nieraz ma ochotę płakać, choć mu nie wypada, jako mężczyźnie.
Mimo to nie poddaje się. Nie potrafi machnąć ręką, mówiąc „daję sobie spokój, żyję teraz wygodnie”.

Jednocześnie strasznie boli go coś innego. Gdy mówi, że jest Persem, staje się „Arabusem”. Zawsze na gładko ogolonych policzkach wykwita zaniedbana broda w cudzych oczach, zaraz do trzęsących się rąk wkładają mu AK47, tak często pokój w sercu jest przesłonięty przez inne łatki. Gdy słyszy o zagrożeniu islamskim, gdy przeszukują go dokładniej z jego paszportem na lotniskach, chociaż tak naprawdę jest uchodźcą, Nomadą, Derwiszem z musu, nawet nie z powołania.
Boli go, gdy chce coś powiedzieć, a prosta Annika w Berlinie która przychodzi do restauracji w której obecnie pracuje jako kelner, od razu zamyka mu brutalnie usta nienawistnym spojrzeniem. Nie wysadzam samochodów i budynków, chciałby nieraz powiedzieć od razu. Ale czasem wątpi w sens tego już.

Gdy mówi o tym, dzielę się ostatnią historią z poczekalni u lekarza, dzielę się zasłyszaną rozmową dwóch starszych pań, mówiących o Islamie jak o najgorszej zarazie świata.

Jak trudno zrozumieć, nie narody są złe, nie religie. To tylko niektórzy szaleni ludzie. Czasem tych ludzi jest za dużo...ale nie stosujemy już odpowiedzialności zbiorowej, prawda? Neron krzyżował wszystkich Chrześcijan, gdy sam podpalił Rzym, czy niektórzy chcą wieszać wszystkich Muzułmanów, gdy sami spartolili pewne rzeczy zwane integracją i gdy spartolili tak bardzo, niegdyś wtrącając się w świat Bliskiego Wschodu?
Czemu w Iranie Szach został obalony, czemu wszedł szariat? Bo ZSRR chciało Iran osłabić. Czemu tyle tam biedy, w niektórych z miejsc? Bo ktoś na tych krajach pasożytował. Krajach, które w średniowieczu miały cudownie rozwiniętą medycynę, w krajach, które w latach 70-tych akceptowały w pełni minispódniczki i kobiecie dawały równe prawa po rozwodzie.

Ludzkość nie uczy się na błędach. Dżibril to wie, wzdycha ciężko, ale nadal wierzy. Ale nadal walczy, piórem, słowem, bez ustanku. Nie spoczywa na laurach, nie da się wchłonąć gładkiemu a zarazem śliskiemu, wygodnemu życiu w Europie.
Bo chce wrócić do domu, który był kiedyś i domem poetów. Domu, gdzie za poezję i miłość nie skazuje się już w więzieniu. Ponoć tak było kiedyś. Słyszał to od ojca i matki gdy był młody, gdy mówili o tym po cichu i wierzy, że może być tak jeszcze. Póki rzeki płyną, póki morze przynosi i do Teheranu zapach soli, nie tylko kurzu.

Nie rozmawiamy tylko na poważne tematy. Atmosfera się rozluźnia, śmiejemy się nad kolejną herbatą i nad obiadem, który niesamowicie im smakuje, aż jestem z siebie dumna. Nasze koty go pokochały, choć do mojej młodszej jakoś nie mogą się przekonać. Pokochały krzywe palce tak ciemnej dłoni przeczesujące ich futro. Mówi się, że zwierzęta mają wyczucie do ludzi. Może kochają tych łagodnych i odważnych zarazem najbardziej?

Po ich wyjściu myję kubki, wcale nie od kompletu i myślę o tym spokojnym, cichym, lecz wielce odważnym człowieku. Myślę o tym, jak łatwo go skrzywdzić stereotypem, pochopną opinią. Ale to aż za oczywiste, tyle razy przerabiałam to ze swoją młodszą, która przecież też ma smagłą cerę i ogromne ciemnozielone oczy.

Myślę o jego wielkiej odwadze. Tego niskiego, krępego faceta, którego wyobrażałam sobie wcześniej jako giganta. Mały, wielki człowiek?
Człowiek o wielkim sercu i wielkiej duszy. Pozory tak bardzo mylące.

I myślę o sobie w tym wszystkim. O sobie, o moim Mężu i o tobie, mój czytelniku. Myślę o naszym wygodnym życiu, w którym mamy wiele trosk i wiele bólu, ale mimo to, nie musimy się za bardzo starać.
Musimy znaleźć pracę, przetrwać, znaleźć swoje szczęście. Nie robić za dużo głupot, pozostać sobą. Musimy sprawdzać fejsa, być na bieżąco, wrzucić coś na insta, podetrzeć tyłek, posadzić tyłek wygodnie na kanapie i wypić herbatę. Czasem musimy przełknąć stratę. Czasem łapiemy głupie myśli z nadmiaru czasu. Czasem męczymy się niemiłosiernie sami ze sobą.
Ale mamy swój dom.
Mamy wolność słowa, z której wcale nie korzystamy.
Mamy pokój, którego nikt nam nie chce zabrać, a którego wcale nie nosimy w sercu.
Mamy kobiece niezasłonięte twarze, wolność wyznania lub jego braku, za co nikt nas nie zabije.
Mamy dostatek, alkohol, zabawę.
Czy choć trochę to doceniamy?
Co powiemy Dżibrilowi? Przykro nam? I znów odwrócimy się do swojego życia. To naturalne, normalne. Ja napiszę ten tekst i po czasie o nim zapomnę, ty go przeczytasz, chwilę się zastanowisz i wrócisz do swojej herbaty, do codzienności. To, że gdzieś toczy się wojna, to, że stale toczy się w człowieku, nie znaczy, że ona ciebie choć trochę obchodzi. To, że ścinają głowy kilkaset kilometrów dalej za to, że powiedziało się za dużo, podczas gdy ty trollujesz w internecie, nie ma wielkiego znaczenia w osobistej perspektywie. Pewnie wiele się nie pomyliłam, co?
Bo co możesz zrobić? Nie stworzysz utopii, w której jego ręce wcale się nie trzęsą. Sam nie możesz nic zrobić. Ale czasem przychodzi mi myśl, cytat. Z „Pokłosia”.
Na świecie jest dużo kurestwa, nic z tym nie zrobimy, ale nie musimy przykładać do tego ręki”.

I to już dużo. Nie przykładać do tego ręki.
Więc może kiedyś przeczytasz jego książkę. Nie pojedziesz do Iranu manifestować, nie zamkną cię w więzieniu. Nie nakarmisz wszystkich dzieci w Afryce. Nie uchronisz wszystkich uchodźców z Syrii, nie uwolnisz wszystkich wyznawców Falun Gong z chińskich więzień. Nie wydłubiesz kuli od karabinu z tylu serc. To niemożliwe-a może po prostu, nie ma na to tylu chęci.
Ale nie musisz nawet pisać listów do Amnesty albo za nich, walczyć piórem, nie musisz płacić wszystkim fundacjom. Jest wielu utopistów którzy wierzą i działają. To nadal za mało dla świata, na całe jego kurestwo....
Ale możesz chociaż nie przykładać do tego kurestwa ręki. Ty, ja, każdy szary człowiek.

Czasem warto obudzić w swoim sercu pokój. Czasem warto okazać miłość.
A gdy zobaczysz kiedyś w Berlinie albo innym mieście Dżibrila, albo moją siostrę w Poznaniu albo innym mieście, nie odwracaj niechętnie wzroku, tylko się uśmiechnij. Skąd wiesz, dlaczego trzęsą mu się ręce? Dlaczego ona nieraz spuszcza wzrok?
Czasem nie powstrzymasz tego, że przez kogoś ciało przepuszczają na torturach prąd.
Ale ty nie musisz razić nienawiścią. I to już naprawdę sporo.



Wszyscy, uciekajcie!Smutek, nienawiść i rządy tyranów
Wszyscy, uciekajcie!Zniszczenie, zazdrość, brak zaufania
Wszyscy, uciekajcie! Spragnieni ludzie są nieszczęśliwi
Wszyscy, uciekajcie!Brak honoru, tylko opresja i niewolnictwo
Wszyscy uciekajcie! Rzeki wyschnięte i również morza, zrujnowali wszystko
Wszyscy uciekajcie! Gwiazdy są pochowane i słońce zaszło
Wszyscy uciekajcie! Nie pozostały już żadne drzewa i ptaki przestały śpiewać
Wszyscy uciekajcie! Nie ma już dnia, ani nocy, tylko ciemność
Wszyscy uciekajcie! Piekło, nie ma już piękna!

Wszyscy uciekajcie! Czas płynie, honor już nie istnieje
Wszyscy uciekajcie! Ruiny i wojna i krew, która nieprzerwanie płynie
Wszyscy uciekajcie! Zostały tylko ściany, ściany które stoją
Wszyscy uciekajcie! Smutek, nienawiść, rządy tyranów
Wszyscy uciekajcie! Zniszczenie, zazdrość, brak zaufania
Wszyscy uciekajcie! Gwiazdy pochowane i słońce już zaszło
Wszyscy uciekajcie! Nie ma dobra, nie ma radości, nie ma już szczęścia
Wszyscy uciekajcie! Nie ma drzew i ptaki przestały śpiewać
Wszyscy uciekajcie! Nie ma dnia ani nocy, tylko ciemność
Wszyscy uciekajcie! Spustoszenie, piekło, nie ma już piękna!
Wszyscy uciekajcie! Czas upływa, honor już nie istnieje.


Wszyscy uciekajcie!