poniedziałek, 29 lutego 2016

O tym, że nie poszłabym na randkę, na której nie płacimy po połowie, czyli Frida nie ogarnia randkowych i związkowych zasad, ale jest z tym cholernie szczęśliwa.

Gdybym rozwiodła się w tym momencie, lub co gorsza, gdybym została wdową ( tfu, tfu, tfu, na psa urok w obu przypadkach) nie potrafiłabym chodzić na randki.
Do tego druzgocącego wniosku doszłam przez parę rozmów z kilkoma osobami, nie powiem, że myśli nie skrystalizowały mi się w trakcie jednej rozmowy z osobą, której imienia nie będę tu zdradzać.

Nie potrafiłabym chodzić na randki, bo nie znam się na tych wszystkich zasadach.
Ba, większość z nich przeraża mnie, poraża swoją absurdalnością bądź nawet brzydzi.
On powinien płacić na pierwszej randce.
Iść możesz z nim do łóżka dopiero po trzeciej randce (czyżby po to, żeby nie wyjść na „puszczalską”? Cóż za seksizm!)
To on powinien zadzwonić, pewnie zadzwoni też po 3 dniach, bo tak nakazują mu jego reguły.
Te i wiele innych a ja pytam „ludzie, serio?”
Być może, przywykłam do swojego wieloletniego, w dużej mierze kumpelskiego związku. A może, po prostu mam dziwaczną naturę i żadna za mnie księżniczka.
Choć, znalazłam swojego księcia, który był nieprzytomny, częściowo sparaliżowany i wymówił parę słów po wielu latach i żadna to historia miłosna. No bywa.

W każdym razie, mówiąc najprościej- nie ogarniam. I nie ogarniałam chyba nigdy.

Przeanalizowałam to z jedną znajomą. Przeanalizowałam to, dość śmieszne, z moim Mężem.
Być może, wszystko sprowadza się do tego, że na randki jako takie chodziłam jeszcze nastolatka, nie szukałam wielkiej stabilizacji, a bardziej przygód. Może dlatego zapamiętałam to inaczej.
Ale nigdy nie stosowałam się do wielkich ZASAD. Nigdy nie umiałam grać w gierki. Ot, szczera, kumpelska natura. I może dlatego, jak stwierdził mój Mąż, gdy byłam jeszcze wolna ( a nawet i potem) były momenty, gdy ustawiały się do mnie kolejki?

Nigdy nie czułam się dobrze na wspaniałej, klasycznej randce. Strojenie się w piórka, wielkie robienie makijażu, depilowanie nóg i droga kolacja? Nope. Nie ma mowy.
Raczej łatwiej było mnie urzec nawet wówczas tanim winem pitym nad jeziorem i opowieścią o dawnych wierzeniach Persów. Być może dlatego, swojego czasu zakochałam się w pewnym Filipie, gdy siedzieliśmy nad jeziorem właśnie i nosił mnie na barana, a potem szybko mi przeszło, bo poszłam z nim na randkę, która wymagała szpilek. Nigdy więcej się nie spotkaliśmy. Dodajmy, to jedyny raz, gdy facet przeforsował, że to on płaci za moją kolację na oficjalnej randce.

W ogóle, czy ktoś wreszcie dobrze mi wytłumaczy, o co chodzi z tym płaceniem na pierwszej randce? I w ogóle, na dalszych randkach? Bo ja w rozmowie z Mężem dotarłam wreszcie, dlaczego mnie wówczas tak boli honor, gdy facet mi to zaproponuje i dlaczego nieraz mam wrażenie, że mi to uwłacza. Nie, nie jestem przesadną, nawiedzoną feministką, choć słowo feminizm kocham i uznaję równość mężczyzn i kobiet ( dobra, powiedzmy, nie jestem feministką z memów).
Po prostu, gdy facet stawia drinki w barze czuję się, jakby obowiązywała zasada „ ja postawię ci drinka, zapłacę za kolację, a ty postawisz mi kutasa”. Może dosadnie, ale chyba tak właśnie jest. Jakby facet musiał mnie kupić, żebym zrobiła mu loda. Serio, serio musisz mnie kupić? Jesteśmy równi, jak mi się podobasz, to sama z chęcią zrobię ci loda i zdejmę majtki. Mam do tego prawo. Nie trzeba mnie kupować. Chyba, że chcesz koniecznie, to są świetne kobiety ( do których zaznaczmy, nic nie mam i je szanuję) które wystawiają nawet w innych krajach paragony fiskalne.
Jak chcę iść z tobą do łóżka, oboje mamy taką samą zabawę, nie musisz mnie kupować.
Nie musisz płacić za moją kolację, jesteśmy równi, więc płacimy po równo. Albo ja raz, raz ty. Albo po prostu, jak dorośli ludzie, nie musimy nawet ustalać żadnych głupich reguł, jak nam wyjdzie, samo wszystko wyjdzie w praniu.
Może jestem ograniczona, może wiele kobiet się oburzy. Ale zawsze, jak kobieta mówi, że w dobrym tonie jest żeby facet zapłacił, rodzi się we mnie straszny cynik. Jak słyszę, że to w pewien sposób sprawia, że kobieta od początku czuje, że facet o nią zabiega i czuje się, uwaga, bezpiecznie, to mnie krew zalewa. To sama ze sobą nie czujesz się bezpiecznie? To kupowanie sprawia, że ktoś jest dla ciebie wartościowy? W pewien sposób tak to widzę.
Zasada „on stawia na randce” sprawia, że mam wrażenie, że cofamy się do czasów średniowiecza i mam wrażenie, że upada w tym momencie wszystko, o co kobiety uparcie walczyły. Niech odbiorą nam prawo do głosowania, skoro płacą. Co z tego, że same możemy zarabiać, nieraz tyle samo co oni, nieraz więcej niż oni. Niech stawiają, bo w prehistorii oni, z większą masą mięśniową przynosili do jaskini mamuta! Cóż, wtedy chociaż zbierałyśmy korzonki...

Zatem, nie upokarza mnie gdy facet za mnie nie zapłaci, jest całkiem odwrotnie. No a jak sprawa ma się z seksem? Znów, mam wrażenie, że wszyscy patrzą na to przez pryzmat dawnych stereotypów kobieta daje dupy, a facet zdobywa. Najbardziej w ogóle śmieszy mnie, że są kobiety, które potrafią tkwić w układach, uprawiać przypadkowy seks z facetami poznanymi w barze, ale gdy traktują faceta na poważnie, nie pójdą z nim na pierwszej randce do łóżka. Serio, zdejmę majtki na trzeciej, żeby przyszły ojciec moich dzieci widział we mnie choć trochę ze Maryjki Wiecznej Dziewicy. Najgorsza hipokryzja. Wielce wyzwolone kobiety, krzyczące o swojej płonącej wręcz seksualności, jak dochodzi do randek, zmieniają się w obwiązane gorsetem jakiegoś konwenansu panienki.
Jak ci się podoba, jak masz ochotę, jak oboje macie ochotę, do dlaczego nie? Słyszałam nieraz, że jak facetowi da się od razu dupy, to więcej się nie pojawi. Cóż, mam wrażenie, że jak to ten typ, to jak dasz dupy na pierwszej randce, 5 czy 10, to i tak się zawinie. Jakoś ten stereotyp w ogóle mnie nie chwycił. Cóż, z moim Mężem uprawialiśmy seks bardzo wcześnie. Nie mówiąc, że praktycznie od razu. Cóż. Jakoś nie zwinął żagli przez 8 lat, ma obrączkę na palcu, więc albo jest upośledzony, albo ze mnie taka zajebista sztuka, albo po prostu to się nie sprawdza.
Co więcej, nieraz chodziłam z facetami do łóżka od razu i to ja im dawałam kosza, nie oni mi. Jakoś się nie nudzili.
Tak naprawdę, to mam wrażenie, że przez ten stereotyp dopiero pewne zachowania się wytworzyły, na których wielu ludzi „jedzie”. Panowie mają wspaniałe wymówki nieraz, panie wielkie lęki, I po co?
W ogóle, boisz się, że facet przez seks po pierwszej randce nazwie cię łatwą, puszczalską? Przypomniała mi się pewna sytuacja, gdy kumpel na imprezie opowiadał, jak to chodzi do takiej jednej „suczki” uprawiać seks, bo jest puszczalska, taka i owaka. Cóż. Zdziwił się, jak go zapytałam, to kim on jest, że się tak do nie wyraża.
No ale on jest facetem.
Serio, posiadanie kutasa jest wymówką? Naprawdę, jak długo będziemy się temu poddawać, co więcej, nie tylko opiniom wystawianym przez facetów, ale co najgorsze, opinie wystawiane sobie nawzajem? Bo kobiety są w tej kwestii gorsze, zdecydowanie. Jak jedna obmawia drugą, że się puszcza.
A każda sama to co, serio, Dziewica Orleańska? Dalej, hajda na ołtarze!
Zasada i samo myślenie „nazwie mnie łatwą” napawa mnie kolejnym obrzydzeniem. Bo to kolejne uleganie stereotypom, o których zniesienie ponoć walczymy, a które po cichu kochamy. Może żeby móc się obgadywać, panowie żeby mieć wymówki i dowodzić swojej męskości.
Jak dla mnie? Masz ochotę na seks, oboje macie taką samą zabawę, róbta co chceta, po której randce najdzie. Albo najlepiej, jeszcze przed jakimikolwiek randkami niech to do nich doprowadzi. Trochę jak w moim przypadku.

W każdym razie, zasad tego typu słyszałam mnóstwo i przy większości ściska mnie w dołku. Rzecz jasna, nie będę pisać o każdej kolejnej, bo zajęłoby mi to wieki, to tylko przykłady. Na tyle jasne i bolesne, że dają do myślenia.

Po prostu, patrząc na to, co się dzieje, mam wrażenie, że współczesne kobiety, najczęściej w przedziale 20-40 lat naoglądały się swojego czasu za dużo Dziennika Bridget Jones i innych komedii romantycznych( sama to lubię, choć od większości takich filmów wolę horrory), Seksu w wielkim mieście i Bajek Disneya, w międzyczasie przeplatały to czytaniem seksporad z Cosmopolitana wymienianych papką z Pani Domu. Naoglądały się, naczytały, a teraz same nie wiedzą, co z tym fantem zrobić. Mężczyźni wcale nie są lepsi, ci, co utknęli między mitem drwala z brodą a hipstera jedzącego tofu, ci, co zastygli między pozą dobrego chłopca, a zimnego drania z hasłem „zarucham i spadam”. Piszę o kobietach, bo sama kobietą jestem i patrzę jednak z perspektywy waginy, trudno.
W każdym razie, mam wrażenie, że współczesne kobiety w tym wszystkim są strasznie pogubione. Nie dość, że nie ogarniają już tak samo zmieszanych facetów ze sprzecznymi sygnałami, to same nie wiedzą, czego chcą. Czasem chcą być księżniczkami wokół których się biega i śpiewa się im o motylkach, za chwilę chcą się puszczać na prawo i lewo i pić potem z przyjaciółkami gin z toniciem i opowiadać o kolejnych orgazmach. Chcą być wyzwolone i święte.
Zapomniały, że mogą być jednocześnie wyzwolone i święte, w swojej duszy, bo noszą wszystkie te archetypy...ale są takie wewnątrz. Nie na zewnątrz. Żadne zasady randkowania im tego nie zapewnią. Tak jak nie zapewnią tego, że coś między ludźmi zaiskrzy. Że zechcą razem coś budować. To po prostu przychodzi samo i żadne rygory, żadne poradniki nie powiedzą ci, jak stworzyć związek, jak znaleźć kogoś, kto pokocha nas prawdziwymi.

Myślę, że prawdziwymi jest tu kolejnym słowem- kluczem. Bo po co naginasz się do zasad czasem, które nie są twoje? Jasne, może ktoś faktycznie wierzy że to, że facet płaci na pierwszej randce może wyznaczyć nasze późniejsze stosunki. Jasne, jeśli w to wierzysz...czemu nie. Ale mi osobiście coś tu zgrzyta. Tak jak za duży makijaż ukrywający mantakmenty, seks uprawiany w staniku, wiecznie wydepilowane nogi. Całe to udawanie.

Cóż, ja po prostu nie nadaję się do randek, możecie tak powiedzieć. Tak jak w ogóle nie nadaję się do międzyludzkich gierek i tak, poszłam już do łóżka, nie tylko z Mężem po latach, ale prawie na pierwszej randce, z nieogolonymi nogami. Bo tak wyszło. Bo mi się nie chciało.
Seks był równie udany, jak gdybym depilowała się dzień przed. Związek też, bo jednak wyszłam za mąż.
Może jestem jebaną oportunistką, jak mówi mój Mąż nieraz. Może muszę robić wszystko na przekór, czuć się wyjątkowo i dlatego leję na takie zasady społeczne. Może, zawsze miałam w sobie ducha bezsensownego buntownika dla zasady. A może po prostu nie umiem nagiąć swojej natury?

Bo żadna ze mnie bohaterka komedii romantycznej. Żadna ze mnie księżniczka, tylko mój paralityczny Książę ze śpiączką może tak do mnie mówić. Nawet nigdy nie czekałam na księcia na białym rumaku, a na swojego Męża mówię „złodzieju”. Bo ma bardziej urok złodzieja z baśni, niż prawego księcia, a może i skradł moje serce ( nie robi się za słodko? Nie trzeba wam insuliny?). W każdym razie księżniczka było dla mnie wręcz obraźliwe. A swój plecak pozwoliłam nosić dopiero mężowi, po roku jakoś, bo mam wieczny syndrom „ja sobie poradzę”.
Nie mam powabu i czaru. Nigdy nie zgrywałam słodkiej idiotki, jak radzą też pewne porady. Często rywalizowałam z mężczyznami intelektualnie i proszę, męża znalazłam, a nie jak doradzają niektóre matki i babki „ nie daj facetowi poznać, że jesteś mądrzejsza, to rani mu ego”.

Nigdy nie słucham porad, utartych schematów i życzliwych. Często robię wręcz na przekór, ot, durna natura.
Może jestem babochłopem, mam jaja i w ogóle, niewiele ze mnie z kobiety.
Ale może po prostu, jestem trochę dziką kobietą. Z wolną, wyzwoloną duszą. Może mam w sobie za dużo siły. Może nie boję się pokazać swoich zalet. Może, mam mniej kompleksów, niż powinnam.
Bo powiem wam, że mam często wrażenie, że tylko kobiety zakompleksione, niepewne swojej kobiecości, niepewne siebie albo swojego życia szukają twardej opoki porad. Szukają twardej opoki wyssanych z życia zasad- zamiast po prostu żyć.
Potrzebują porad, trzymają się stereotypów, potrzebują zasad w randkach- i, często mam wrażenie, w miłości. Silna, dzika kobieta, z wyzwoloną duszą, pewna swojej siły, mająca w swoim sercu ciepłe centrum własnego wszechświata nie potrzebuje zasad, bo nie boi się zranienia, nie boi się życia. Nie boi się że wyjdzie za nawias i będzie odrzucona. Wie, że takiego ognia się nie odrzuca, tylko nie każdy chce się przy nim grzać. I to jest w porządku.
Silna, dzika kobieta nie potrzebuje zasad na randkach- i po prostu, gdy chce, czuje, że tego potrzebuje rzuca się głową w dół w wir życia. Rzuca się głową w dół w wir możliwej miłości. Zdaje się na pierwotną siłę jej strumienia, daje się mu ponieść. Nie analizuje, nie myśli, co zrobiła źle. Działa. Nie boi się, kto co o niej pomyśli. Jest sobą. I po prostu kocha, jak po prostu powinien kochać człowiek.

I, cholera- o ileż to przyjemniejsze, po prostu kochać. Nie bawić się w gierki, myśleć, co ktoś powinien zrobić pierwszy, czy zrobi się to dobrze.

Bo tak naprawdę- gdy robimy to, co czujemy, znajdziemy tego, kto nas akceptuje takimi, jakimi jesteśmy. Nie musi nas kupować. My też zaakceptujemy i znajdziemy takiego człowieka, bez durnych zasad. Bo jeśli trzymamy się zasad na początku, czy nie musimy trzymać się ich całe życie? Czy wtedy, całe życie czasem...trochę nie udajemy? Czy komukolwiek to pasuje?
No chyba, że jesteśmy tak zdesperowani i tak boimy się samotności, że wolimy całe życie tkwić w jako- takim związku z poradników i jako-takich pseudofajerwerkach z komedii romantycznych. Każdemu wedle potrzeb, mówili.

Ze mnie żadna księżniczka, wolę wojowników, buntowników i złodziei. Na swój los nie narzekam.
Więc, może patrząc na to, warto czasem, będąc kobietą podejść do jakiegoś pana i też zagadać, dając mu swój numer (so, call me maybe?), też nie czekać, aż zapłaci za kolację, bo może jest przed wypłatą, ale fantastyczny w łóżku i wie, że nie musi kupować żadnego...loda?




P.S. Tekst rzecz jasna, napisany w dużej mierze z przymrużeniem oka, dystansem i ironią. To żadne wylewanie hejtów i bóldupienie, ocenianie cudzego życia i postępowania..taka forma. Co nie znaczy, że w dużej mierze tak nie myślę- przede wszystkim, w swoim życiu. Kto mnie zna, ten wie XD  

piątek, 26 lutego 2016

O miłości, która mimo wszystkich ran, nikogo nie skrzywdzi.

 Ostatnia zimowa pełnia. Pełnia Panny, znaku, z którym mimo mojego ognia tak dobrze się rozumiem.
Idzie na zapach deszczu który prawdziwie pachnie. Idzie na zapach kwiatów, tych które przetrwały. Zapach ziół, które zasadzi się na nowo w ogrodzie. Powoli, narodzenie które pozornie przypomina zamieranie.
Przedwiośnie pachnie listopadem, ale to w trupie kiedyś zielonych drzew, rodzi się jaskrawy życiem kiełek. To na trupie żołędzi, które nigdy nie wzejdą, rosną nowe dęby.
To na tęsknotach opiera się nieraz nowe życie. Ale to mimo nich idziemy naprzód. Tamte drogi przecież się nie powtórzą.
Śmierć po życiu, życie rosnące na śmierci.
Serce bijące mimo wszystko miarowo i równo. Mimo trzepotu i nagłego nieraz drżenia.

Bo nic nie dzieje się z dnia na dzień. Nic nie przechodzi z najgłębszego dna na najwyższy szczyt.
Odejść czy zostać, odejść czy zostać. Myśl kołacząca się w głowie, odbijająca się jak echo od momentów pustki serca. Wszystko jednak zmierza ku zostań.
Podejmujemy decyzje i nie w podejmowaniu ich musimy być odważni, a w trwaniu przy nich. I z czasem okazuje się, że jest dobrze. Z czasem, ze śmiercią pewnych rzeczy przyjdą może nowe. Kolejna oczywistość, która, przechodząc falą przez nasze życie wcale nie jest taka łatwa.
Przecież. Zawsze to z oczywistościami mamy największy problem.

Rozmowy przeżywane setki razy w głowie, potoki nadmiaru niepotrzebnych słów, historii, o których być może nie powinno się wspominać. Zima z latem, piękne światło żółtego słońca pomieszane z płatami śniegu. Nadmiar alkoholu, powrót do złych nawyków od których potem zbiera się na wymioty.
Znów zastanowienie, czy nie krzywdzi się bardziej sobą, czy warto zostać nie tylko dlatego, że bywa się ranionym- ale dlatego, że się rani, gdy tamy pękną i mówi się za dużo.
Ale jest jak jest. Zostajemy. To przecież nie tylko mój wybór. Nie mogę mieć w sobie tyle egoizmu. Nie mogę mówić, tylko mnie to rani. Muszę patrzeć w cudze oczy.
Ile razy wywiercę własnymi wspomnieniami, ile razy wywiercę otwór w sercu, przez który wyleją się słone łzy? Może one są potrzebne? A może to tylko ja je powoduję, gdyby nie obecność nie byłoby tematu, tego, tamtego...
Ale słowa są. Łzy są. Na to się decydujemy.
Być może, lepsze to niż brak. Być może, lepsze to niż kolejny wymiar samotności. Odrzucenia. Opuszczenia.

Nic nie zmieni się z dnia na dzień.
Będziemy udawać na co dzień, że wszystko w porządku, ale widząc, że można mówić prawdę. Można, tylko nie zawsze się chce.
Będziemy szykować się na kolejne powodzie.
To nic, wody opadają, wody odchodzą, by znów coś na zgliszczach mogło się narodzić.
Rodzi się nieraz i z krzykiem. To nic. Niech krzyczy, niech kwili. Byle mogło oddychać.

Zrani cię wszystko. Nic cię nie złamie.
Jednak jesteś człowiekiem, nie kością, choć te bywają kruche u tych, których kochamy. U nas samych.
Wszyscy jesteśmy ludźmi. Przeżywamy brak światła, w końcu jednak zjawia się żółte słońce. Naturalny cykl.
Znów powtarzam sobie, powtarzam wam te same słowa. Przywołuję te same wiary. Mimo że nieraz chętnie schowałabym się w łupinie orzecha. Robię się nudna, topiąc się i wypływając na powierzchnię. Mimo to powtarzam cykl. Bo jestem człowiekiem.
Wracam w stare błędy, błędy miłości, które z założenia nie są głupotą. Bo miłość nie jest błędem, nawet jeśli rani.
Kolejny banał.
Jestem kapłanką oczywistości, które tak ciężko wprowadzam w swoje życie.
To nic.
To nic, bo co z tego, że jestem oklepana. Tak zwyczajna, banalna. Do bólu codzienna. Co z tego, że mówię o tym, co wszyscy i tak wiedzą. Ważne, że idę z tym do przodu. W tej codzienności. Jakoś. Mimo wszystko.
Co z tego, że nie niosę odkrywczego światła. Ja tylko żyję. Jestem tylko człowiekiem, jak każdy.

W lustrze nadal tak brzydkie, szare ciało. Nadal zmęczone spojrzenie. Nic nie zmieni się od razu. Wiara w siebie, której nie musiałam budować nigdy, upadła, runęła z jednym momentem. Otworzyły się rany, których nie było? Powstały kompleksy i chowanie się w ciemności, których nigdy wcześniej nie zaznałam? To nic. Skoro nie musiałam przedtem, teraz nauczę się budować. Tak po prostu.
Co innego mi zostaje?
Każdy musiał od czegoś zacząć.

Zacznę od pocałunku. Zmęczonego tańca przed lustrem po ciężkim dniu, przed prysznicem. Zapomnę o problemach. Znów będę mieć 15 lat.
To mnie nie skrzywdzi. To też pachnie wiosną. To pachnie plamą krwi na prześcieradle, krwi, która wcale nie bolała.
To mnie nie skrzywdzi, tak jak nie skrzywdzą mnie jego dłonie położone na moich biodrach. Usta, które całują pomimo nieświeżości poprzedniej, przepitej gdzieś w ciemnościach rodzinnego miasta nocy. To mnie nie skrzywdzi, jego stęsknione spojrzenie, które mówi, że to beze mnie nie może spać.
Nie skrzywdzi mnie miłość. Wszystko dookoła musi przestać się liczyć.
Znów mam 15 lat. Tym razem trochę się wstydzę, tak jak nie wstydziłam się wtedy, rozbierając się i szepcząc całkiem inne imię, imię ze wschodnim zaśpiewem. Trochę się wstydzę, ale to mnie nie skrzywdzi. Nasz taniec, nasze złączone ciała, splecione dłonie. Po tylu dniach nieśpieszne wcale rozbieranie, po kolei, każdej rzeczy.
Nie ma znaczenia że włosy w nieładzie i nieobcięte, zaczynają nadawać krzywy kształt za okrągłej twarzy. Że oczy podkrążone. Że ciało chciało wymiotować, ciało miało tyle problemów. Mam 15 lat i znów kocham się po raz pierwszy. Mam 17 lat i kocham się z Vincentem Malarzem na podłodze jego pracowni. Mam 18 lat i kochamy się po raz pierwszy w pokoju dusznym upałem, a moja dusza krzyczy z rozkoszy.
Nic mnie w tym momencie nie skrzywdzi. On mnie nie skrzywdzi. Mężczyzna, którego znam od lat. Którego od lat kocham. Za którego wyszłam za mąż.
Mężczyzna, z którym kochałam się setki razy. Tysiące. Z którym kochałam się na wielu łóżkach, podłogach, schodach, posłaniach z trawy, w lasach, przy ruchliwej drodze, za budynkiem przedszkola, na torach. Mężczyzna, z którym kochałam się na stojąco, na leżąco, na siedząco.
Kocham się z nim po raz pierwszy, tak prawdziwie, nie bojąc się. Nie wstydząc. Kocham się po powrocie. Kocham się z nim po raz pierwszy, bo przecież umarłam. Bo coś we mnie umarło.
Muszę go kochać, wierząc, że mnie nie skrzywdzi. Nic nas nie skrzywdzi.
Kocham go, wierząc w banały. Sama będąc banałem, o którym nikt nigdy nie napisze książki.
Kocham go, jakbym miała 15 lat i nic nie wiedziała o miłości. Kocham, jakbym miała ich i 150 i rozumiała już cały wszechświat.
Kocham go i nic nas nie skrzywdzi, gdy śmiejemy się razem, rozchlapując wodę w łazience. Smarując się pastą do zębów. Fałszując nasze ukochane piosenki.
Żyjemy. Po prostu żyjemy. Kochamy siebie nawzajem, jakby świat poza nami nie istniał. A istnieje i inna miłość. Inne miłości.
Kocham przecież i ją. Kocham wielu ludzi.
Szukam dla każdej miłości odpowiedniego miejsca. Wierzę, że nic nas nie skrzywdzi, póki ona jest. Nie sama w sobie. Budzę wiary, tak jak próbuję budować na nowo te, które jak miałam wrażenie, bezpowrotnie mi odebrano.

Naprawiam. Reperuję.
Może za dużo sklejam łzami, nie swoimi, a cudzymi. Trochę mi wstyd, ale może właśnie tak musi być. Wstyd, że nie umiem być dla nikogo bohaterem. Nawet dla samej siebie. Wstyd, że powoduję łzy, wstyd, że nie można być ze mną szczerym. Że nie można się nieraz przede mną tak bardzo otworzyć.
Jestem człowiekiem, niedoskonałym egocentrykiem, skupionym na własnych ranach.
Za bycie człowiekiem mi wstyd.
Trochę mi wstyd, gdy pewne myśli przelatują przez głowę. Na wspomnienie, że pijackiej nocy chciałam złożyć pocałunek na kobiecych ustach pod pewnymi drzewami, jakby pieczętując nowy pakt. Że chciałam zerwać przebiśnieg, tego, który przetrwał mrozy, chciałam powiedzieć zasusz go. Chciałam, ale nie zrobiłam tego.
Może nie chciałam nowych symboli. Jestem nimi zmęczona, nie chcę ich słuchać, bać się, nadmiernie obserwować, że może znowu coś...A może to wszystko za wcześnie.
Niewiele naprawia się w ludzkim sercu podczas jednej nocy. Ale to dobry początek. Może musi być okupiony późniejszymi łzami, mdłościami i rozlanym winem. Może musi być jak zamieranie, listopad w przedwiośniu, w miejscu, w którym wszystko się zaczęło.
Gdzie wszystko się skończy?
Ile razy zostanie złamane serce, rozlana słona woda, ile razy nóż wbije się w serce?
Ile razy na nowo uwierzymy, że nic nas nie zrani? Poczujemy się bezpieczni? Będziemy banalni w ułudach, banalni w oczywistościach?
Nikt nie wie.

Zawsze wiesz, gdzie się zaczęło, wiesz, gdy się skończy dopiero, gdy koniec nastąpi.
Ale to nie jego pora. Zostało zostać. Zostało wylać kolejne słowa. Łzy.
Chcę pisać tą historię. Chcą ją pisać inni. Niech więc tak będzie. Kiedyś, gdzieś się skończy, może kolejnym drzewem, które nie chce rosnąć. Teraz nie ma to znaczenia.
Teraz historia się tworzy.
Teraz nic nas nie zrani, choć, bogowie, tyle przed nami wszystkimi ran.
Historia się tworzy.
Nieraz tak trudno w niej lawirować, między jednym a drugim życiem. Między maskami, udawaniem że wszystko w porządku gdy wiesz, że nie jest. Nieraz trudno nie poruszać pewnych tematów, bojąc się łez, murów, o które rozbija się głowy i kolana, gdy upada się ze zmęczenia. Nieraz tak trudno, nie wiedząc, czyje miejsce, jak wiele ma go być, trudno lawirować, odmawiać i zapraszać, nie wiedząc, gdzie jest idealny moment.
Czy taki w ogóle jest?
Nieraz trudno lawirować, ale warto. Może znów, o to w życiu chodzi. Hołduję kolejnej zwrotce oczywistości. Hołduję nie 40, a setkom zasad miłości, które sama tworzę, kochając.
Bo kocham. I ta miłość mówi zostaje. I ta miłość mówi buduję na zgliszczach. Ta miłość być może, każe mi kiedyś wysłuchać więcej cudzych potoków, zamiast skupiać się na sobie.

Nieraz trudno pisać tą historię, bo widzę się w niej na pierwszym miejscu. Ja i ludzie dookoła mnie. Moje miłości. Ale jest tu jeszcze ich miłość, która przebija się przez cały mój wszechświat. Która błyszczy na moim zniekształconym, brzydkim ciele potem, śliną i ciepłą spermą, ściekającą po udzie.
Jest miłość, człowiecza, mówiąca tęsknotami. Ludzkie głupoty. Miejsca, które trzeba wygrzać, miejsca, które trzeba odkryć. Miejsca, do których nie wpuścimy siebie nawzajem nigdy, albo otworzymy szeroko drzwi, mimo że chcieliśmy, by były zamknięte.
Tak jest. W tym wszystkim jest miłość. Dola dzieci, nastolatek i starych kobiet. Niedola złamanych serc, potrzaskanych na miliony kawałków. Niedola nieudolnych inwestycji, szukania zysku tam, gdzie same straty.
W tym wszystkim, w całej tej historii jest miłość. Jak się tu znalazła? Ten największy banał i największa tajemnica, skąd się tu wzięła?
Przyszła po prostu, poprzedniej zimy, wraz z człowiekiem. Przyszła wiele lat temu, w upalny lipcowy dzień, wraz z pierwszym spojrzeniem ciemnych oczu, wraz z pierwszym papierosem zapalonym po seksie.

W tym wszystkim jest po prostu miłość. Ta, która daje wiarę, że nic nas już nie skrzywdzi, mimo że zranimy się wiele razy, tak bardzo, tak bardzo.
W tym wszystkim, jak w każdej banalnej historii, jest miłość.
I ona mówi mi, głośno i wyraźnie: Przetrwamy.



Nic cię nie skrzywdzi kochanie
Tak długo, jak będziesz przy mnie, wszystko będzie dobrze
Nic cię nie skrzywdzi kochanie.

Nic mi ciebie nie odbierze. 

niedziela, 21 lutego 2016

O kwiatach, które umarły tej zimy, ale i o zielonych pędach, które wzrosną na nowo.

 Wiele kwiatów nie przeżyło tej zimy.
Wiele rzeczy w moim sercu nie przetrwało jej również. Po ciężkiej jesieni przyszła czas na śmierć, z którą teraz się godzę.
Umarło we mnie wiele rzeczy, ale nadchodzi wiosna. Czuję ją, wraz z pełnią w znaku panny, czuję ją, gdy zmienia się zapach deszczu. Gdy pierwsze zielone liście witają na drzewach. Czuję ją i mówię sobie wytrzymasz, ta reszta, co w tobie została, te piękne rzeczy, czułość, cierpliwość, przeżyły. I zakwitną nowe.
A co to umarło, czas pochować. Czas pożegnać się z pierwotnym kształtem pewnych więzi i zrozumieć, że nie wróci się do tego, co było. Nie wróci się do euforii, pełnego zaufania. Gdy szklany okruch wpadnie do oka, zostawia rankę, zostawia bliznę. To nie to samo, co okruch lodu, który topi się wraz z łzami. Na zawsze zamazuje spojrzenie.
I to dawne trzeba pochować.
Trzeba pokochać to nowe, już w pełni. Gdy upłynęło trochę czasu w rzece wszechświata, można próbować kochać na nowo, to spojrzenie, pejzaż z blizną. Wielu powiedziałoby że to niemożliwe. Ja chociaż chcę spróbować.

Wiele kwiatów nie przeżyło tej zimy.
Wczoraj pochowałam wrzos, wrzos, który dostałam pięknej jeszcze jesieni. Nie przetrwał zimy. Sądziłam, że to tylko liście, kwiaty, usychają, że jeszcze da się go uratować. Okazało się, że martwe były przede wszystkim korzenie. Zgniłe, przemrożone. Zimno i wilgoć je zabiły, zimno i wilgoć mojego mieszkania. Podobne do tego zimna i wilgoci, które tej zimy nosiłam w pewnych pokojach mojego serca.
Walczyłam o ten kwiat. Próbowałam wszystkimi znanymi mi metodami. Podcinałam, podlewałam podsuszałam. Jednak zmarł. Nie wszystko w życiu da się uratować.
Gdy rano wyrzucałam jego resztki, zaszkliły mi się znów oczy.
Moja babcia zawsze mówiła, że kwiaty odzwierciedlają nasze więzi. Jeśli dane nieszczerze, zamierają. Jeśli coś się dzieje między ludźmi, dzieje się podobnie. Rzecz, w którą wierzyłam święcie i której nie dawałam wiary.
Wrzos umarł jak pewne rzeczy między ludźmi. Musiałam to zrozumieć, przyjąć na nowo w pełni ten ból zamierania. Wrzos umarł, jesienny kwiat, umarł jak pewne rzeczy tej zimy.
Ale na moim parapecie jest wiele miejsca. Zakwitną nowe kwiaty. Przyjmę je tak samo, z taką samą radością jeśli ktoś zechce mi je dać. Nowe symbole, tak ważne, tak ważne, że prawie o tym nie mówię. Moje kwiaty, moje metafory.
Jest wiele miejsca na parapecie, jest wiele miłości i czułości. Trzeba tylko jeszcze trochę wytrzymać, dobrnąć do końca zimy. A potem na nowo może uda się budować pewne rzeczy. Może uciszę chaos w głowie, ten, który przyszedł sam i zjada po kolei, po kolei zabija.
To co we mnie głęboko ukryte wyciąga na wierzch.

Jedna rana, jedna rana, ale na tyle głęboka, że oswobodziła stare demony.
Przychodzą w snach.
Jednej nocy sny z moim ojcem, ojcem który tym razem mnie gwałci. Ojcem, który płacze, przeprasza i żałuje, a ja nie umiem wybaczyć. Gdy przeprasza kolejnej, już jego mi jest żal, nie siebie samej. Wybaczam, chociaż wiem, że nie mogę.
Sny, które przynoszą wspomnienia, zadają nowe rany.

Sny, które wołają choć do nas, pomożemy ci.
Niedźwiedzie w snach. Niedźwiedzica o trzech łapach w moim domu, która mieszka ze mną. Kaleka jak ja. Wypłakuję się w jej ciepłe ciało, głaszczę miękkie futro, aż o trzeciej w nocy budzę się ze łzami w oczach. To nic. To znak, że znów muszę pomóc sama sobie.
Nikt poza mną mnie przecież nie ocali.
Nikt poza mną nie ocali moich kwiatów.

Szukam w sobie niedźwiedzicy, w której coś umarło, która głodna obudziła się przedwcześnie niepokojem, ale która przetrwa. Tej spokojnej, tej która wie. Która wie, że trzeba nieraz umrzeć, by ponownie się narodzić.
Tej, która umie zrozumieć stratę i żyć pomimo niej. Nawet, jeśli straciła nie tylko nogę, a tak wiele z wiary, że prawie zgasła.

Bo moje serce, serce niedźwiedzia, prawie przecież zgasło. I lekko, lekko podtrzymuję ten ogień, walczę i mówię znów, byle do wiosny. Byle przetrwać.

Tyle tęsknot i pożegnań. Tyle zawiłości i słów, w których sami się gubimy.
Gdy widzę jego słowa „moje potrzaskane na milion kawałków serce tęskni za jej elastycznym” nie czuję, że mogę jeszcze się naciągnąć. To ja mam serce potrzaskane na miliony kawałków, ale sklejam je, ciepłą śliną i krwią, ratując siebie, ratując to co zostało. Bo dużo umarło od jesieni, wiele zwierząt w moim lesie padło dopiero teraz, na przedpolu wiosny, z wycieńczenia.
Goniły resztkami sił, ale nie przetrwały przykro mi, takie prawo natury. A ja ledwo nadążam z pogrzebami.
Ale nie jestem tylko zwierzęciem, jestem lasem. Musi we mnie coś umierać i coś się rodzić.
Ja na wiosnę wydam zielone kiełki, ja znów przyjmę cykl życia-śmierci- życia. Jak już nieraz.

Obudzę się. Bo zasnęłam za głęboko.

Wiele rzeczy umarło tej zimy, nie dało się ich uratować.
Umarło wiele kwiatów, o niektóre ciągle walczę. O opadające z krzewu biało-zielone liście, kolejne zgniłe korzenie. Z tym, kto dał mi ten kwiat, nie rozmawiam od roku. Od roku ani słowa.
Zima i tu zrobiła swoje.

Niejedne zwłoki widziałam w życiu. Niejednych dotykałam, niejedne oczy zamykałam własną dłonią. W tym roku tak ich wiele, bo jednak i trochę żyję w tym domu, domu dla niepotrzebnych, tych, których nikt nie chce, domu, w którym ponoć to ja sprawiłam cud.
Nie ma nic smutniejszego niż martwy ptak, mówił mi kiedyś. Widziałam dzisiaj martwego wróbla w parku. Ale nie zasmucił mnie tak bardzo, jak widok umierających w moim domu kwiatów.

Mam wrażenie, że one to ja.
Wykończył je brak światła, zimno, lód na oknach, który mieliśmy w mieszkaniu.
Mnie wykończyły nadmiary myśli.
Razem gonimy resztkami sił, razem próbujemy zaczerpnąć nowy oddech.
Moje mieszkanie nadal jest zimne. Miewam zimne ręce, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzało.
Jestem zmęczona.
Znów, dopadły mnie choroby. Nawet ja się złamałam, złamałam i wzięłam leki, których nienawidzę. Antybiotyki. Brak oddechu.
Ciągnie się cały czas. Moja dusza jest zmęczona, zmęczyło się więc i ciało.
Nie śpię wcale tak dobrze, jak wmawiam wszystkim. Krew nadal leci z nosa.
Nie krwawię prawidłowo, jak powinnam krwawić jako kobieta co miesiąc, bo nie mam na to siły. Tylko plamy zamiast świętej krwi. To doprowadza wręcz do kolejnych łez.
Czy tamto odebrało mi tez kobiecość? Głupia myśl, a jednak wiem, nie mam siły, głowy na miłość, na zabawy w namiętność. Nie tak jak przedtem.
Smutny, fakt, najgorszy. To też trochę umarło, choć więcej w nas czułości. Ale nie wróci dawna beztroska. Tak umiera niewinność dziecka i zabiera z sobą cały świat.
Tak umiera wiara.

Tak umierają kwiaty.
Mam wrażenie, że te kwiaty to ja. Leżę na łóżku i patrzę w ich stronę, zastanawiając się, czy naprawdę wytrzymają. Czy ja wytrzymam. Czy rozpadnę się jak domek z kart, czy upadnę jak kolana podcięte górskim wiatrem?
Patrzę na ich zamieranie, sama zamieram. Myślę o tym, że potrzebne mi nowe- ale stale mam wrażenie, że to byłoby tylko oszustwo. Oszustwo takie samo, jakie popełniam przy wielu ludziach na co dzień, śmiejąc się do nich i mówiąc im, że wszystko w porządku.
Nie wszyscy wierzą.
Tak jak nie wszystkie kwiaty obumierają. Jeden kaktus, zielony, kupiony podczas pewnego spaceru rok temu, ma się jak najlepiej. A to on powinien umrzeć z braku światła i zimna jako pierwszy.
Rozrasta się w najlepsze.
On ma siłę. On ma wiarę. Pociesza mnie jego zieleń, zieleń w tym oddechu śmierci, który czai się nad moim uchem, który czuję na moim karku.

Wiele rzeczy musiało obumrzeć tej zimy. Pewnie i kaktus stracił wiele korzeni, tylko tego aż tak nie widać, bo cała reszta była silniejsza.
To ciężkie, być czułym opiekunem kwiatów w starym kamienicznym mieszkaniu i widzieć, że się nie podołało.
To ciężkie, wierzyć, że wszystko będzie dobrze, a potem nosić żałobę, która była nieuchronna. Mimo to tli się wiara, tli się, ta, że wszystko się ułoży. Tylko teraz już nie wierzy się ślepo, gdzieś w środku w powroty do źródła rzeki. Teraz widzi się wyraźnie, że trzeba płynąć z jej prądem.
Nauka pływania, kolejna.
Nauka pływania gdy boimy się wody. I temu podołamy.

Wiele rzeczy umarło tej zimy.
W lustrze widzę brzydką kobietę, bez dawnego ognia w oczach tylko nieraz w ciemności i resztkach namiętności budzi się on na nowo, w sypialnianym cieple. Na chwilę, ale ożywa choć na chwilę, dając nadzieję, że może znów zapłonie.
Może przestanę porównywać ciała, jak zaczęłam, gdy poczułam się gorszą, poniżoną kobietą. Z wiosną przecież zawsze budziła się we mnie kotka. Zawsze czułam się wspaniale. Może nie odebrano mi tego?
Popłynę, zobaczę.

Najwyższa pora przecież przestać się użalać, raz a dobrze.
Najwyższa pora poczuć się dobrze, szczęśliwie na dłużej niż dobę.

Moje ciało jest zmęczone, zmęczona moja dusza.
Musiałam przez chorobę odwołać podróż, na którą tak liczyłam. Nie spotkam się z moją prawdziwą siostrą, siostrą mojej krwi przed jej porodem. Nie spotkam się z Nią. Nie spotkam się z Nim.
Trudno.
Pojadę w miejsce, z którego czerpię energię. Pojadę, wsiądę jutro w pociąg i będę świętować najbardziej kobiecą pełnię. Może odzyskam znów spokój, jak przecież już nieraz bywało. Może odzyskam go naprawdę.
Może uda się zacząć na nowo pewne rzeczy, choć nie wiem, czy mam na nie siły. Pewnie okaże się na miejscu. Czy warto już teraz...czy trzeba jeszcze trochę poczekać.
Może odżyję.
Może przywiozę nowe kwiaty.
Może, tym razem, te przetrwają. Tak jak ja przetrwałam do tego momentu...i co więcej, mam zamiar iść dalej. W ten albo inny sposób. Odchodząc albo zostając.
Wiecie, rzadko patrzymy w ten sposób na rośliny, na kwiaty, ale one mają w sobie wielką wolę walki i przeżycia.
Tak samo jak ja.

A jeśli chcecie, przy pełni, możecie pomyśleć o zielonych pędach, nowych korzeniach, które drążą nawet skałę. Złapię te myśli. I przetrwam. Bo gdy wstanie nowe wiosenne słońce....będzie po mojej stronie. 



To co było przepadło
Wzloty i upadki zdarzają się każdemu
Podczas samotnej wędrówki przez zapłakany świat
Ale gdy wyjdzie słońce
Gdy wzejdzie słońce
Będzie po mojej stronie. 


piątek, 5 lutego 2016

O złamanym haśle, które trochę złamało nasze serca i o Włamywaczu, który i tak ostatecznie przegrał.

Drogi Włamywaczu,
nie wiem, czy przeczytasz te słowa. Ale wiem, że to ja, jak zawsze, muszę gdzieś jeszcze wyrazić swoje rozgoryczenie i ból. Swoje rozczarowanie tym, że jeden człowiek nie umie uszanować intymności drugiego człowieka. I to takiego, który sam się nie obroni. Nie sądziłam, że ktokolwiek może kraść fragmenty duszy tak bezczelnie, w tak okrutny sposób. Nie szanować prywatności do tego prywatności kogoś, kto już się nie obroni. Nie obroni, bo nie żyje.
Gdy Królik powierzał mi przed swoją śmiercią odpowiedzialność za pewne sprawy, gdy na moje ramiona złożył ten krzyż czuwania nad jego blogiem, także pewnymi pozornie bzdurnymi kontami, nie przyszło mi w ogóle do głowy, że może stać się coś takiego. Sądzę, że do głowy nie przyszło by to nikomu.
Sama znam hasła do kont mailowych czy facebooka wielu swoich znajomych. Cat, A., Bliźniaczki...do dzisiaj pamiętam każde z haseł, tak jak pamiętałam w listopadzie tamtego roku jak i w środę hasło do maila Królika. Pamiętałam, bo nieraz gdy był poza domem dzwonił i mówił wejdź mi na maila i sprawdź czy mi przyszło to i to. Tak samo jak robi nieraz Cat, zwłaszcza, gdy intensywnie szuka nowej pracy albo wpada w nowe problemy. Znam te hasła, mogłabym wchodzić na ich maile kiedy chcę. Ale nigdy nie pomyślałam, żeby zrobić to samowolnie, bez pozwolenia. Żeby czytać cudzą korespondencję. Tym bardziej do głowy nie przyszło mi wcześniej, że ktokolwiek może włamać się na konto zmarłego, żeby...właśnie, żeby co? Po co tam wchodziłeś Włamywaczu, od listopada zeszłego roku aż do teraz?
Nie potrafię zrozumieć.
Nie pomyślałam, że coś takiego może się stać, nie przyszło mi to do głowy w najgorszych snach- i dlatego odczuwam to jako osobistą porażkę. Jak nóż wbity prosto w serce, bo przecież ja byłam za to wszystko odpowiedzialna. Jeśli chciałeś mnie zranić, sprawić, że serce znów na moment mi się zatrzyma, udało ci się, mój drogi Włamywaczu. Możesz być z siebie dumny.

Nie wiem, kim jesteś. Nie znam twojej twarzy, twojej płci, wieku. Imienia. Myślę, że to nie ma znaczenia, przynajmniej nie teraz. Wolałabym nie znać imienia, ale wiedzieć, jakim człowiekiem jesteś. Czy to choroba, istna psychoza pchnęła cię do tego? Czy nieznośny ból po stracie, bo też go kochałeś Włamywaczu, tak bardzo, że zacząłeś grzebać w tym, co do ciebie nie należało, ale też chciałeś to mieć? Czy jesteś po prostu głupi, zapalczywy, impulsywny? Czy jesteś okrutny, zaciskasz usta w wąską linię wtedy, gdy biją obcych na ulicy i rozkoszujesz się ich bólem, albo chaosem, który zasiewasz? Bo jeśli tak, pewien chaos udało ci się zasiać. I to nie tylko w moim sercu, jak sądzę. Kolejny punkt dla ciebie.

Nie wiem kim jesteś, nie znam twojego imienia, tylko adres ip, kilka cyferek, oznaczenie miasta, w którym mieszkasz, a może wcale nie, bo wiadomo, jak różnie z tym bywa. Nie wiem kim jesteś, ale wiem, że od listopada regularnie wchodziłeś na jego maila. Odwiedzałeś go tak często, wchodziłeś głównie wieczorami. Nie na swoją pocztę, a na maila kogoś, kto już odszedł, kto sam się nie obroni. I dlatego, w jego obronie staję ja, choć nie tylko ja. Myślę, że niejedna osoba rzuciła by ci się do gardła, nie tylko dlatego, że może czytałeś najbardziej intymne nocne wynurzenia, które nie były przeznaczone dla ciebie. Nie, nie tylko dlatego, że przez ciebie poczuła się jak bakteria pod mikroskopem, jak żaba na sekcji zwłok, której właśnie rozcięto klatkę piersiową tak, że widać ledwie bijące ze wstydu serce.
Nie, nie tylko dlatego pewnie nie tylko ja mam ochotę rzucić ci się do gardła. Bo tutaj nie chodzi już o nasze samopoczucie. Tylko o zasady.
Tak się, po prostu, kurwa, nie robi.

Nie wchodzi się z butami do cudzego życia. Nie szpera się w cudzych szufladach, szukając poplamionych majtek i dziurawych skarpet. W życiu każdego, dosłownie każdego jesteśmy tylko gościem. Więc nieważne, Włamywaczu, jak blisko z nim byłeś. Czy go kochałeś. Czy oszalałeś na jego punkcie. Nie interesuje mnie to. Tak się po prostu nie robi. Nie włamuje się do cudzego domu, nie włamuje się do cudzego serca.
Nie w ten sposób.

Może myślisz, że to wszystko nie ma już znaczenia, bo on nie żyje, Mylisz się, jeśli tak sądzisz. Mylisz jak cholera. Bo widzisz, to jeszcze bardziej perfidne, jeszcze bardziej okrutne, wchodząc z butami w życie, którego już nie ma. Nie bez powodu szanujemy zmarłych, troszczymy się o pamięć o nich. Nie bez powodu podsycamy miłość i jednocześnie tęsknotę. Nie bez powodu ich bronimy.
Oni więcej nie pokochają, zostało tylko echo. Oni się nie obronią, więc musimy robić to za nich.
To ma jeszcze większe znaczenie.
To jeszcze bardziej plugawe, jeszcze bardziej podłe, gdy wykorzystuje się czyjąś nieobecność. I nawet, jeśli się go kochało, nie można zasłaniać się tęsknotą. Powtórzę się, Włamywaczu- tak się po prostu nie robi.
Nie depcze się cudzej intymności.
W tym wypadku, nie depcze się cudzej pamięci.

Może cię nie przekonałam, ale..gorsze jeszcze jest to, że nie chodzi tu tylko o jedną osobę, która nie żyje. Tu chodzi też o żywych.
O mnie. O Redcar i Sówkę, dzięki którym odkryłam to, co zrobiłeś i z którymi tworzyłam środowego wieczoru teorie spiskowe, kto mógł za tym stać. Chodzi o jego bliskich, wielu przyjaciół. O Cat. Martynę którą dzięki Królikowi poznałam. O Lusię, która zauważyła, że na twoim blogu jest coś nie w porządku i ktoś mógł coś grzebać. O dziewczynę, która stała mu się cholernie bliska zanim umarł. O Irinę. Chodzi nawet o innego zmarłego, Vincenta, bo przecież na tym mailu są jeszcze rozmowy z nim, do cholery!
Myślę, że zszargałeś nie tylko jego pamięć, choć może to ostatnie, czego chciałeś, Włamywaczu. Nie interesuje mnie za bardzo twój cel, już nie. Myślę że tym jednym wyczynem naplułeś w twarz wielu osobom. Złamałeś wiele serc. Trudno nam będzie coś takiego ci wybaczyć.
Bo tego po prostu się nie robi.

Tak jak mówię, nie bardzo już interesuje mnie twój cel. Głowiłyśmy się już nad tym we trzy, tej środowej nocy.
Może naprawdę to tęsknota, może jakaś obsesja. Może to mania wchodzenia w cudze życie, mania dowiadywania się, spijania słów, posiadania wiedzy, która była dana tylko jemu. Może wiedząc, że mam dostęp do jego maila, bałeś się Włamywaczu, że przeczytam coś dla ciebie bardzo niewygodnego a przecież się znamy? Może pomyliłeś mnie z sobą w tym momencie? Bo ja bym na to nie wpadła, ale może się pomyliłeś i chciałeś coś niewygodnego usunąć? Może chciałeś sobie przypomnieć, poznać bardziej jego życie, ale zamiast rozmawiać z nami, słuchać wspomnień, chciałeś dotknąć jego słów jak żywych, otwartych ran?
Nie wiem. Naprawdę nie wiem, naprawdę nie pojmuję po co ci to było. Dlaczego. To pytanie na które pewnie nie poznam odpowiedzi, tak jak pewnie nie poznam twojej twarzy.
Bo kto by się przyznał do czegoś takiego?
Chyba, że naprawdę nie zdajesz sobie sprawy z tego, co zrobiłeś. Musisz być wtedy skończonym idiotą.

Jeśli jednak tu trafisz, przeczytasz te słowa, wiedz po prostu, że zrobiłeś coś, czego nigdy się nie spodziewałam, ale zrobiłeś to. Coś plugawego, niskiego, tak wyzutego z człowieczeństwa i szacunku, jak tylko można.
Nie twierdzę, że jesteś złym człowiekiem. Tak samo jak on nie wierzę w dobrych i złych ludzi. Wierzę w ich czyny. W to, że popełniają błędy- czasem takie, przez które cierpi wiele ludzi. Nie twierdzę, że jesteś złym człowiekiem tylko kimś, kto źle zrobił. I może, jeśli przeczytasz te słowa, nie spróbujesz więcej?
Mam nadzieję, że już nigdy to się nie powtórzy. A ty żyj po swojemu, z tęsknotą czy okrucieństwem, a może z jednym i drugim. Żyj, choć wątpię, że spokojnie. Żyj, a sumienie niech nieraz nie pozwoli spać ci po nocy. To moja mała klątwa.

Nigdy nie twoja, bez uścisków i sentymentów, niżej podpisana.
Frida


***

Kiedy byłam w środę w pracy i Sówka napisała do mnie smsa z pytaniem, czy grzebałam coś na blogu Królika, byłam całkiem zdezorientowana. Nie wchodziłam tam...od listopada. Walczę z sentymentami, nie czytam notorycznie jego postów, żyję swoim życiem. A może, jak się okazało, powinnam bardziej czuwać? W końcu to ja jestem odpowiedzialna za jego bloga, jego maile...
Ale, jak pisałam wyżej, nigdy, przenigdy nie pomyślałabym, że ktoś może zrobić coś takiego.

Myśl, że ktoś mógł grzebać na jego blogu, a co gorsze, na mailu, nie mogą mi wyjść z głowy.
Bo ja, ja jestem za to odpowiedzialna.
Ale tym razem, w tej odpowiedzialności nie byłam sama. Chyba z dziewczynami założyłyśmy swoją własną „ekipę śledczą”. Wróciłam z pracy, szybko wzięłam prysznic, zjadłam z Red kolację. Męża nie było jeszcze w domu, jemu zresztą nie powiedziałam o tym włamaniu do teraz bo...bo po co i jego mam denerwować? Nie chcę po raz kolejny rozdrapywać jego ran, tym bardziej, że w końcu osiągnął jakiś spokój...
W każdym razie zjadłyśmy z Red kolację, włączyłyśmy mój komputer i od razu sprawdziłyśmy jego maila. Maila, na którego nie znoszę wchodzić, maila, który mnie krępuje. Jest jak swoisty grób.

Zrobiłam to, co kazała Sówka, sprawdziłam nowe logowania. Jest! Pierwsze z listopada i potem z tego samego urządzenia, kolejne, kolejne, cały grudzień, cały styczeń...
Z nerwów zabolała mnie głowa, z nerwów od razu rozbolał mnie brzuch. Musiałam się aż napić, piwo po ciężkim dniu, piwo przy ciężkich myślach.
Jak to się stało?
Czy to moja wina, czy ja tego nie dopilnowałam?
Nie można było na to wpaść, dopilnować, mówią dziewczyny.

Siedzimy więc we trójkę, ja z Red na kanapie, Sówka z nami na fejsie i tworzymy kolejne teorie spiskowe. Może to Ida? Czasem Ruda wpada na głupie pomysły, piszę więc do niej smsa, czy nie zalogowała się na jego konto, bo przecież ma jego komputer, niby pousuwałam hasła ale...
To nie ona.
Może to jego była?
Może jakaś kolejna psychofanka?
Tworzymy pełno teorii, ale coraz bardziej pewne jest jedno- nigdy nie dowiemy się, kto to zrobił. Bo jak?
Nie chcę po raz kolejny logować się na jego maila, zmieniłam hasło, może starczy, myślimy, bo przecież Królik miał tak proste, tak proste hasło, każdy by na nie wpadł...
Głupek, nigdy nie sądził, że ktoś może zrobić coś takiego. Tak samo jak sądziłyśmy my.

Nie chce mi się już o tym myśleć, wraca mój mąż, po prostu siedzimy, pijemy piwo.

Rano sprawdzam jego maila, sprawdzam ip. Znajduję miasto, w którym prawdopodobnie włamano się na jego maila, okazując całkowity brak szacunku. To zmienia część podejrzeń, tworzy nowe...a najbardziej utwierdza w przekonaniu, że włamywacza nigdy nie poznamy.
I może poznać nie musimy. To już nie ma znaczenia. Mleko się rozlało, powiedziałby Królik, idziemy i żyjemy dalej.
Ale ja cały czas czuję się winna. I nie chcę, żeby to się powtórzyły.
Z rana, wychodząc na spacer piszę smsy do tej, która była tak ważna pod koniec jego życia. Do tej, z którą wymienił wiele maili przecież. Wolę, żeby dowiedziała się bezpośrednio ode mnie, bo przecież nie będziemy we 3, jak trzy wiedźmy Makbeta trzymać tego w tajemnicy. Wieść się rozejdzie, jak zawsze.

W pierwszym odruchu myślałam, żeby usunąć konto Królika, by nikt więcej się nie włamał. Ale wiem, że wtedy zniknąłby jego blog, na którego nadal wchodzi tak wiele ludzi. Tego wielu by mi pewnie nie wybaczyło, zresztą, kiedyś już dostałam ostrzeżenie pół-żartem, pół -serio, że mam nigdy tego nie robić.
Powstrzymuję więc pierwszy odruch paniki, sposobu zwalczenia tego kryzysu.
Spacerując z Red i Mężem po paru Sołackim, wymieniając smsy z tą ważną dla niego dziewczyną, wpadam na inny pomysł. Konto zostanie, usunę maile. Bo ona ma rację, ci, co mają swoje maile, mają je u siebie. Inne nie powinny nikogo interesować. A ja żałuję, że nie wpadłam na to wcześniej, od razu po tym, jak Królik zmarł. Ale po raz kolejny powiem, w życiu do głowy by mi nie przyszło, że ktoś może zrobić coś takiego...

Usuwam więc maile, po kolei, systematycznie. Migają mi tylko bardziej i mniej znane nazwiska, pseudonimy. Moje, tyle razy moje imię. Maile sprzed lat. Zaznaczam wszystkie, usuwam, zaznaczam, usuwam.
Boli przy tym serce, łamie się na kawałki.
Część tekstów, których nikt nie posiada, wersji roboczych, bo przecież Królik tyle tworzył na mailu, wysyłam na jego innego maila, do którego nawet ja nie mam dostępu, ja nie mam hasła, maila sprzed lat. Tak jak z nią rozmawiałam, będą jak okręt na dnie morza. Nie masz do nich dostępu, ale wiesz, że są, nawet, gdy ich nikt nie poznał. Piękny grobowiec, mityczny pomnik, który nie zniknie.
Serce boli trochę mniej. To, co było stworzone, nie zniknie, te wiadomości, które wysłał, nie znikną, bo każdy ma swoje.

Żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej. Że nie pomyślałam o głupocie i podłości ludzi. Ale przecież, nie zawsze na wszystko wpadniemy. Mam wrażenie, że zawiodłam jako strażnik i wydobywam tylko nadpalone księgi ze zgliszczy wielkiej biblioteki.
Jestem bibliotekarzem, złym pasterzem, który pozwolił, by wilk wkradł się do zagrody i zadusił tyle owiec?
Być może.

Ale jest w tym jedna dobra rzecz. Znów mogłam zauważyć, jak złe rzeczy, czynione przez innych, jednoczą. Jak miłość to tamtej jednej osoby potrafi połączyć siły, jak potrafi zmobilizować do działań, do dyskusji, wspólnego rozwiązywania problemu.
I być może, znowu, w jakiś sposób, złamano, ukruszono nam serce. Ale nasze serca są silniejsze. Ze wszystkim sobie poradzą, zwłaszcza gdy są razem. A zło często wywołuje też dobro.
Widzisz, Włamywaczu? Nie wiem jaki był twój cel ale...patrząc na nas, na Red, na Sówkę, wiem, że na pewno nie wygrałeś. Widzisz, może poznałeś nasze sekrety i słowa, ale to my nosimy je w swoich sercach, te przeznaczone dla nas, wraz z tęsknotą, miłością ale i wielkim szacunkiem dla tego, który odszedł.
Może poznałeś nasze listy. Ale wątpię, żebyś mógł czytać te, które my widzimy dzięki swoim sercom na niebie, te, które spadają na nas wraz ze światłem i zachwytem życia. Bo twoje serce nie jest czyste na tyle, by móc na nim pisać znaki tęsknoty i miłości. 
Przegrałeś. Zostaje ci wstyd i nieprzespane noce.



Pewnego dnia, kiedy listy spadną z nieba
Mówiąc nam wszystkim, abyśmy się uwolnili
Ale do tego czasu ja zdążę powiedzieć wszystkim
Że wracasz dla mnie, wracasz dla mnie.

Ponieważ mimo tego, że mnie opuściłaś
Nie zostało nic, czego moglibyśmy się bać. 

A my możemy naprawdę założyć we trójkę agencję detektywistyczną, nie inny przybytek, jak sugerowały dziewczyny po zażartych dyskusjach w celu rozluźnienia. Może ktoś potrzebuje małego śledztwa?XD

poniedziałek, 1 lutego 2016

O tęsknocie za dziećmi rodzonymi w kwietniu, czyli do V. słów kilka

I śniłeś mi się dzisiaj. Cały, zdrowy. Żywy.
Z tym swoim zdradzieckim uśmiechem, który był uśmiechem psa, który w każdym momencie może ugryźć. Nigdy się go nie bałam. Wiedziałam, że mnie nie ugryziesz.
Rozmawialiśmy tak po prostu, siedząc w twoim mieszkaniu, pijąc piwo. Rozmawialiśmy o urodzinach Cat, które przecież niedługo. O tym, że za tobą tęskni, ale jakoś stara się sobie poradzić. O tym, że zawsze urodziny wyprawia w Van Goghu. Na twoją cześć przecież, szalony malarzu.
Ty nie odciąłeś sobie ucha. Kiedyś było blisko. Ty odciąłeś się już od życia. Poszedłeś do nieba pieszo, jak napisałby Van.

Zatęskniłam za tymi czasami. Za tym, że mogłam przyjść ze wszystkim do ciebie, do Królika, którego też już nie ma. Że zawsze mogłam się w was wtulić, porozmawiać. Bo są rzeczy, o których nie mam z kim rozmawiać.
Wy nie żyjecie.
Czasem rozmawiam z wami w mojej głowie, ale wiem, to tylko moja głowa, moje serce, w którym żyjecie dalej. Nie ma waszych ciał. Nie wierzę, że zabawiacie się w aniołki na chmurkach i obserwujecie nasze życia, patronujecie, bawicie się w Stróżów. Szczerze? To by była chujowa wieczność. Sam byś tak powiedział, V. . Chujowa wieczność, stale patrzeć, czy ktoś się potknie, czy dostanie prace. A co z twoją zabawą? No właśnie.
Więc żyjecie w moim sercu, w mojej głowie, w mojej miłości. W moich snach. Ale tęsknię za wami i czasami budzę się z płaczem, jak dzisiaj.
Czasem mam wrażenie, że oboje staliście się częścią mojego umysłu i serca. Mojej osobowości. Rozmawiam z wami w swojej głowie, kiedy musiałabym porozmawiać z wami. Myślę o was, kiedy cierpię, myślę, co wy byście mi powiedzieli.
Staliście się częścią mnie.
Dzisiaj potrzebuję części ciebie. V.

Zatęskniłam za tymi czasami, za wami, nawet bardziej dzisiaj za tobą. V. właśnie. Wiesz czemu? Bo z tobą nie miałabym problemu. Tobie bym o wszystkim powiedziała, chociaż tak bardzo się wstydzę. Bo tobie mogłam powiedzieć wszystko, wszystko rozumiałeś, brutalnie przemawiałeś potem i sprowadzałeś na ziemię. Tobie mogłam powiedzieć wszystko i chociaż bolało, to czułam ulgę. Tęsknię za tym, V. Bo wiesz, siedzimy w tym wszystkim we trójkę, a ja potrzebuję kogoś z zewnątrz. Potrzebuję jak tlenu. Jedyny, któremu powiedziałam wyjechał, jedynego wygnałam, zresztą., A. wplątał się bardziej w tą sprawę niż powinien. Z mojej winy.
Potrzebuję tego, że byłeś wszędzie, nie byłeś wcale doskonały, bywałeś okrutny. Potrafiłeś powiedzieć brutalną prawdę, zamiast łagodzić wszystko odruchami miłości, jak Królik. Ja robię to ja. Potrzebuję twojej ludzkiej, niedoskonałej natury, twoich brawurowych zrywów, zapalczywości.

Z tobą więc by było inaczej, V. . Z tobą nie musiałabym mówić tylko, że mam chaos w głowie i muszę parę spraw przemyśleć. Powiedziałabym wszystko, Królikowi zresztą też. I byłoby mi lżej. Powiedziałabym dosłownie, jak mnie boli. Byłbyś w szoku, w pierwszym odruchu, jak zawsze, chciałbyś dać po mordach, nie patrzyłbyś obiektywnie na moją krzywdę, na to, że to tez cudza krzywda. Potrzebuję tego.
Potrzebuję cię, V., tak ja potrzebuję Królika.

Zawsze mi mówiłeś, że u mnie co w głowie, sercu, to na języku. Że nie umiem zatrzymywać swoich sekretów, bo mnie duszą. Jak byś się zdziwił! Zawsze kochałeś moją prostą naturę, to, że nie umiem kłamać, ukrywać, bo się duszę. Miałbyś rację, V, duszę się bowiem. Ale nie mogę nikomu powiedzieć. Bo się wstydzę.
Bo nie mam w swoim życiu nikogo takiego...nikogo, z kim mogę porozmawiać.
Tak, zrozumiałam to V., stało się to, o czym byś nigdy nie pomyślał. W tym tłumie ludzi, których znam, jestem po prostu samotna. Samotne jest moje poszarpane serce, słabe, drażliwe, płaczliwe.
Jestem samotna, bo nie mam was. Nie mam przy sobie tych, którzy mnie zawsze wspierali. Z którymi umiałam...po prostu umiałam wszystko.

Brakuje mi naszych rozmów. Prawdziwych, szczerych. Tego, że nieraz na siebie wrzeszczeliśmy, tego, że nieraz wyzywaliśmy się od skurwieli, suk i szmat. Ale potem wszystko było dobrze. Tego, że potrafiliśmy być szczerzy, nie było nigdy żadnego muru. Nawet, gdy kombinowałeś na nowo, jak się zabić, wszystko było wiadome.
Kochałam cię, V. Kocham nadal i potrzebuję. Potrzebuję takich przyjaciół, jak ty, jak Królik. Jednocześnie wiem, że to się nie powtórzy. Że nic dwa razy się nie zdarza i muszę kochać to, co mam.

Ale to prawda, V., nic dwa razy się nie zdarza. Nie zdarzy mi się też taka miłość. To, jak byliśmy wszyscy sobą, jak mogliśmy ranić, ale wiedzieliśmy, że wobec siebie nigdy nie popełnimy największej zdrady. A widzisz, ja już wobec nikogo nie mam takiej pewności. To drąży w moim sercu tunele, jak podziemne korytarze i aż boję się, że ziemia mojego serca się zapadanie.
Wiesz, że łatwiej jest przeżyć śmierć, stratę, niż cokolwiek, co nazwiesz zdradą. Cokolwiek, co nazwiesz zawiedzionym zaufaniem.

Widzisz, V., ja mam wokół siebie wielu ludzi. Ale gdy się zastanowię...
Wiesz, że niektórych z nich poznałam po twojej śmierci. Innych po śmierci Królika.
Innych bolała wasza śmierć.
I zawsze udawałam tą silną. Wy wiedzieliście, że tą siłę w sobie mam, ale wiedzieliście, że i mnie trzeba pocieszać. Nie nosiłam przy was masek. Wszystko było prawdziwe. Teraz nie umiem przestać udawać, a walka o cudzą radość wyczerpała mnie do cna i gdy ta radość na nowo się znalazła, nie umiem się nią cieszyć. Czuję się, jakby to mi ją odebrano. Jedna energia przeniosła się na drugą, V. .
Wiesz, czasem mam bardzo brzydkie sny. W tych nie rozmawiam ani z tobą, ani z Królikiem. W tych odgrywam się za swoje rany. Zadaję je boleśnie, gryzę, szarpię cudze ciała i dusze. Wiesz, w tych snach zawsze zdaję tak wiele ból, którego nie chcę zadawać na jawie.
Znałeś to, prawda, V.? Aż za dobrze to znałeś, bo sam miałeś takie sny po tym, jak S.odebrała ci syna, a ty nadal ją kochałeś, po tym, jak cię zdradziła, jak zastałeś ją na podłodze z tamtym facetem. Tamtym bogatym facetem.
Ty byś zrozumiał, co znaczy kochać, a jednocześnie nienawidzić.
Zrozumiałby Królik, bo przecież i jemu A. złamała serce i nieraz mówił, że gdyby chciała, dałby jej szansę.
Obaj mieliście złamane serca przez tych, których kochaliście. Z wami byłoby łatwiej.

A może po prostu, tęsknię, bo wiem, że nic dwa razy się nie zdarza, wiem, że z nikim nie będzie tak samo, bo już nie potrafię? Może nie potrafię nie udawać, może do jest pewna dorosłość, może szczerość została zamknięta w tamtym mieszkaniu, w którym zawsze pachniało farbą i przyprawami. Tamte drzwi się zamknęły, zamknęły się drzwi domu na Ogrodach, w którym było tylu ludzi i nie ma do tego powrotu.
Zostałam sama.

Powiem ci straszną rzecz, V.
W tym wszystkim, po tym, jak odeszliście, nieraz łapię się na myśli, że na mnie też już pora. Wiem, wiem, jestem na to za rozsądna, za silna, mam kogo kochać przecież, nie mam już was, moich przyjaciół, ale mam swojego kochanka, swojego męża, mam innych ludzi...
Ale czasem myślę, że pora na mnie i nawet tego wyczekuję, wiesz? Czasem mam wrażenie, że to byłaby ulga. Nie musiałabym po raz kolejny zastanawiać się, czy dobrze wybrałam, czy nie powinnam była uciec. Czasem chciałabym mieć już po prostu spokój i zastanawiam się, czy Gośka dobrze zrobiła, ciągnąc mnie z powrotem na chodnik, spod rozpędzonego auta. Czasem wpatruję się w swoje ciało, jakbym miała rentgen w oczach i szukam, szukam kolejnych guzków, nierównego serca, jakby prowokując wszystko to, co mi was odebrało, ciebie i Królika. Czasem szukam objawów, patrzę w swoje oczy, jakby już miały być z innego świata.
Nie martw się, V., nic sobie nie zrobię. Ale czasem....jestem zmęczona, bez was jestem cholernie zmęczona i mimo że wiem, ile to będzie lat, już przeczuwam ten zapach.
Już znam przecież zapach śmierci V.. Widziałam twoje martwe oczy, zmywałam twoją krew. Nie widziałam jego ciała, ale może to lepiej.
Widziałam za to inne ostatnie oddechy i stale ta myśl, kiedy mój, kiedy mój. Zwłaszcza ostatnio.
Zawsze byłam związana ze śmiercią. Wszyscy byliśmy zresztą, V., dlatego się tak rozumieliśmy, Jego prawie zabił ojciec, ty stale sam zabijałeś siebie, ja...nie, to nie ma znaczenia. Ale wiedzieliśmy doskonale, kwietniowe dzieci.

Wiem, V., jest wiele kwietniowych dzieci, rodzonych w deszczu i wodzie roztopów, ale to nie to samo. To z wami będę umierać za te kilkanaście lat. Wiesz o tym, prawda?
Bo przecież to ja wykrakałam. Niepotrzebnie wtedy piliśmy. Żyj szybko, umieraj młodo.

Nie umrę młodo, dlatego może czuję się tak staro. A może życie za dużo mi już odebrało, odebrało mi ciebie V., odebrało mi tych, przed którymi zawsze byłam sobą, którzy byli moją rodziną. Ale może dlatego tak wszystko się skończyło, mimo własnych problemów, twoich depresji, króliczych paranoi, byliśmy szczęśliwą rodziną. A te zawsze szybko się rozpadają w ten albo inny sposób.
Może lepiej, że zabrała was śmierć.
Widzisz, V., może to brzmi okrutnie, ale może dobrze, że zabrała cię śmierć, a nie życie. Wiem bowiem już jak to jest ratować rozpadającą się rodzinę, rozpadającą przez to, co sami czynimy. A nie przez choroby, odejścia.
Nie uwierzysz, ale to drugie jest o wiele trudniejsze. Chociaż, może właśnie ty byś uwierzył. Ty swojej rodziny nie uratowałeś, mimo że do końca miałeś Chłopca, z Chłopcem żyłeś.

Wiem, że te słowa nie mają żadnego sensu, wiem, że wylewam tylko nocne tęsknoty, które spowodowały nocne mary i echo zmęczenia. Ale musiałam do ciebie właśnie napisać, do ciebie. V., gdy układam swoje życie. Gdy zaczął się luty.

Wiesz, że jutro moje święto. Jedno z moich ulubionych, ukochane Imbolc. Nawet Cat to przez ciebie pamięta, bo pisałeś jej wtedy, w tamtym roku, w mailu, że biegniesz do mnie przywitać Brigit, a ona nie wiedziała o co chodzi, jaką Brigit, była nawet chyba trochę zazdrosna, bo czuła, że byłeś tak podekscytowany. A potem wszystko odkręcałeś, że byłeś po prostu u Fridy, że piekliśmy te specjalne ciastka z ziaren, że to moje święto i pierwszy raz zdecydowałeś się w nim uczestniczyć, przecież nie do końca wierząc.
Pamiętasz tamto Imbolc, jak wiedziałeś, że to dla mnie ważne? Jak chciałeś wyprawić kolejne święta Chłopcu, jak chciałeś żebym pokazała je też Cat?
Teraz Cat ma swoje ścieżki, nie jesteśmy już tak blisko. Ale tego mogłam się spodziewać, prawda?

Więc widzisz, V., jutro jedno z moich ulubionych świąt, ale wcale się nie cieszę. Spędzę je w pracy, wrócę, zapalę jedną świeczkę w oknie, pomodlę się po cichu. Nie mam siły na pieczenie ciastek, zresztą, kto je ze mną upiecze? Nawet nie chcę, żeby to robił kto inny. Wiem, kogo mogłabym poprosić ale...nie chcę. To byłoby sztuczne.
Ja i Mąż w pracy, miniemy się. Dosłownie.
Nie ma to nieraz znaczenia, ale tym razem to jakoś boli, jak boli to święto. Bo przypomniałam sobie tamten cudowny wieczór, o którym pamięta też co roku Cat, chociaż jej z nami nie było.
Kawał historii, co? Historii, która nie wróci. Trzeba tworzyć nową.

Ale w tym roku nie będzie nic godnego zapamiętania.
I wiesz, V., nawet przeczuwam słońce. Ty wiesz, że to zły symbol, w tym jednym dniu to cholernie zły symbol.
W zeszłym roku też świeciło i sprawdziły się moje prognozy, sprawdziły się moje przeczucia. Nieurodzaj. Susza.
Wiesz, nigdy wcześniej nie pomyślałam, żeby odnieść to do swojego życia ale...czy i u mnie w pewien sposób nie nastał nieurodzaj?
Jutro zaświeci słońce?
Pożyjemy, zobaczymy.
Czy zaświeci to w życiu?
To chyba zależy ode mnie. Od tego, czy nauczę się od nowa. Czy odpocznę. Czy naprawdę moje serce przestanie się szarpać.
Bo wiem na pewno, że nigdy nie przestanę za wami tęsknić. Ale wiem też, że przetrwam każdą pogodę...dopóki sama nie zaczynam sprowadzać na siebie nieszczęść.

Nie, V., nie martw się, w końcu się uspokoję. Nie mam was, ale jestem silna. Zawsze podziwiałeś tą moją siłę, kobiecą, dzikość i łagodność, no nie? Zawsze mi mówiłeś, że przez to będę jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie miałeś okazję poznać w życiu i z którymi miałeś okazję spać, jak dodawałeś z dumą. W końcu przestanę obserwować tak natarczywie swoje ciało szukając w nim choroby, będę to robić tylko mimochodem. W końcu będę się cieszyć cudzym szczęściem...a może i swoim. We własnej głowie.

Zresztą, ten list to chyba ostateczne oczyszczanie, ostateczne popłuczyny w wodzie, w której próbuję zmyć z siebie ten brud. Przynajmniej na jakiś czas, bo przecież, V, ja jeszcze nieraz napiszę. Bo ciągle ciebie potrzebuję. Tak samo jak Królika i z nim też, nieraz, porozmawiam w swojej głowie.
Potrzebuję was, mając was w sercu chyba nie jestem całkiem sama, choć waszych ciał już nie ma. Potrzebuję tego, co we mnie zostawiliście. Waszej siły. Waszej miłości.

Wiecie...dzięki wam, temu co było, mam pewność, że ktoś mnie kochał, kochał nie raniąc ta głęboko, jak to nieraz bywa. Mam pewność, że można kochać nawet, gdy życie się skończy. Dzięki wam wierzę w miłość, która przeżywa nie tylko ludzkie problemy, ale która przemawia do rozpadliny wieczności.
Wy nie żyjecie i może dzięki temu wierzę w miłość?
Brzydka, absurdalna myśl...ale jednocześnie prawdziwa.

Potrzebuję was, to, co we mnie zrodziło się, gdy spałam nieraz w waszych ramionach, gdy w trójkę spaliśmy na podłodze w twoim mieszkaniu które pachniało farbami i przyprawami. Potrzebuję tego, co dzięki was odnajduję w swojej głowie, w swoich snach, choć one nieraz tak bardzo bolą.
Kocham was.
Kocham ciebie V., kocham też Królika.

Kwietniowe dzieci, które przetrwały razem niejeden deszcz.
Teraz zostałam sama. Przetrwam niejedną ulewę, mam siłę kwietnia.

A kiedyś, wreszcie, do was dołączy i moje serce.