sobota, 29 sierpnia 2015

O tym, że możemy żyć tylko z sobą, a nie bez siebie, czyli trochę ckliwych wynurzeń o pewnym uczuciu

Ostatnie dni sierpnia przyniosły więc deszcz i pełnię. Pełnię Kukurydzy, jak mawiali Indianie w Ameryce Północnej, Pełnię Zbiorów czy też Czerwoną, jak mawiano kiedyś i mówi się do tej pory w Europie.
Ta pełnia zawsze była dla mnie czasem wyjątkowym we mnie samej, nie przez huczne obrzędy, choć czasem była obchodzona wraz z okultystami, noszącymi długie płaszcze. Bo i dla nas i dla nich stawała się Świętem Zbiorów, dniem, w którym dziękuje się za wszystko, co się otrzymało, kolejnym dniem ognia, dniem wyjątkowym. W tym sierpniu jednak wcale nie obchodziliśmy jej prawie wcale. Zresztą, od jakiegoś czasu w ogóle prawie nie obchodzę świąt, od czasu
Beltane...i chyba pora do tego wrócić.

Jednak wczoraj przede wszystkim czułam Czerwoną Pełnię w sobie i od środka roznosiło mnie, nawet gdy jeszcze razem z Redcar wieczorem oglądaliśmy film. Chciałam poczuć, odczuć, dotknąć Przede wszystkim, jak to w pełnie bywa, chciałam dotknąć i poczuć ciało mojego Męża. Przepełniało mnie to uczucie, w którym mogłabym go aż jeść, aż stawalibyśmy się jednym.
Często właśnie nie na wiosnę, a pod koniec sierpnia, gdy trzeba dziękować, za to, co się otrzymało, gdy wyczuwa się nutę przemijania, w ten sposób zaczyna mnie od środka roznosić.

Być może dlatego, że jakoś często Święto Zbiorów mieszało się z naszym prywatnym świętem, z urodzinami najważniejszej dla mnie osoby w życiu. Koniec sierpnia zawsze przynosi tą datę, o której już pisałam.
Jutr mój mąż kończy 27 lat.

Bliżej już 30, niż 20. Nawet w żartach już mało kto odważy się nazwać go chłopcem. A jednak, nadal potrafi nim być. Gdy ekscytuje się jak mało kto, gdy siedzi i gra, co nieraz cholernie go wciąga. Potrafi być chłopcem, gdy ja nieraz staję się małą dziewczynką. Gdy wygłupiamy się, będąc sami, gdy chichoczemy na spacerach, czego często nie robimy przy osobach trzecich. Ale jednak jest mężczyzną, tym, który stanowi moją opokę, moją silną skałę, na której mogę tańczyć, wirować i z której nigdy nie spadnę, bo nawet, gdy potknę się i polecę głową w dół, on złapie mnie w porę.
Mężczyzna i chłopiec w jednym. Ten, którego kocham.

Nie jest idealny. Mogłabym wymieniać jego wady, tak samo jak i zalety, godzinami. Nieraz nie potrafi mówić wprost, o co mu chodzi. Bywa strasznym gburem. Nie możemy zrozumieć się w tej kwestii, że niektórzy ludzie są mu całkiem obojętni. Bywa niesamowitym realistą, przez co nieraz jakby podcinał mi skrzydła, choć, równie często mnie po prostu ogarnia tym i ustawia do pionu. Denerwuje mnie nieraz drobiazgami. Przez to nieraz potrafimy, doprowadzeni do szału ( nie oszukujmy się, sama nie jestem ideałem...oj..od ideału mi bardzo, bardzo daleko) kłócić się o bzdury. Potrafimy wrzeszczeć na siebie nieraz jak słynne „włoskie małżeństwo”, choć zdarza się to rzadko.
Rzadko, ale nie życzę nigdy dostać się tutaj między nas, gdy oboje jesteśmy w stanie furii. To być jak między młotem a kowadłem. Redcar jako jedna z niewielu doświadczyła furii jednej i drugiej strony..ale nie obu naraz. Myślę, że mogłaby tego nie przetrwać.

On nie jest ideałem. My ze sobą nie jesteśmy idealni, co wmawia nam wiele innych par. Zwłaszcza ostatnio. Przez długi czas przeżywaliśmy najgorszy w swoim związku kryzys, kryzys, na który złożyły się różne sytuacje. Żałoba po kimś kogo kochaliśmy i zamykanie się każdego z nas na dialog. Brak pieniędzy i tak bardzo niepewna przyszłość. Małe prywatne niesnaski. Moje złe samopoczucie, które jak się okazało, wynikało z choroby obecnie. Nerwowa bieganina. Brak czasu dla siebie. To wszystko doprowadziło do strasznego kryzysu. Takiego, w którym padły po raz pierwszy słowa „rozwód”. Może to słowo jest najbardziej dosadne, ale po raz pierwszy od kiedy jesteśmy razem dopuściliśmy w ogóle do myśli, że moglibyśmy żyć osobno. Wcale nie ze sobą, dążąc do tej wspólnej starości, w której moglibyśmy bujać się w fotelu, ja czytałabym książki a mój Mąż strzelałby do oposów. Do tej, w której dalej upijamy się w wieku 80 lat piwem choć nerki nie te i mieszkamy ze znajomymi, dzieląc swoją radość, bo przecież i innych ludzi obok potrzebujemy . Po raz pierwszy zaświtała taka myśl, że może być inaczej, że może nie jesteśmy dla siebie idealnym rozwiązaniem, jedynym logicznym wyborem, wyborem emocji też i serca.

Ta myśl, o tym, że może nie powinniśmy być razem, przeraziła nas oboje. I tak jak szybko się pojawiła, tak szybko utonęła w moich i jego łzach. Idąc za głosem pewnej piosenki, którą tak często wyję- nie jest nam obojętne, czy with or without you. Nie jest tak, że można wybrać, że niemożliwe są oba. Dla nas istnieje tylko with.

W wielu łzach, wielu rozmowach dochodziliśmy powoli do porozumienia tego dnia. Staraliśmy się jak zwykle tego nie okazywać, tak jak nie okazujemy wiele czułości sobie przy obcych ludziach. Wolimy się pociskać. Wolimy pewne rzeczy zachować dla siebie, dlatego prawie nikt nie wie chyba, jak wielka potrafi być między nami czułość. Jak wielka namiętność czy pasja. Tak nam się przynajmniej wydaje, zawsze świetnie wydaje, ale...
Ostatnio, podczas rozmowy z Z., która niedawno rozeszła się ze swoim partnerem, usłyszeliśmy zaskakujące zdanie. Trochę pół żartem, pół serio opowiedzieliśmy jej, że sami przechodziliśmy kryzys. Że otarło się o without you, bo with wydawało się przez moment niemożliwe.
-Boże, nie! -zakrzyknęła wręcz Z.- przecież jak wy się rozstaniecie, to ja przestanę wierzyć, że szczęśliwe związki są możliwe!
Podobnie usłyszałam kiedyś od Cat, która stwierdziła, że czasem tylko patrząc na nas, wierzy jeszcze w miłość i dążenie do czegoś. Może jednak, nie chowamy się z pewnymi rzeczami aż tak dobrze. Z naszą wzajemną troską, z małymi gestami? Może nie zatrzymujemy tego dla siebie?

Jednak, mimo to, zawsze oboje wychodziliśmy z założenia, że to, co w związku dotyczy właśnie tylko nas, nawet, jeśli od reszty świata nie da się odciąć i nawet, jeśli reszta świata już od tak wielu lat uważa nas za wspólny, sprawnie działający mechanizm. Lecz może dlatego niewielu opowiadam z wielkim żalem jaki to Mąż zły i jakiego strzelił na mnie focha. To my musimy to ze sobą zawsze przepracować i chyba tylko Redcar, choć też szczątkowo, spowiadałam się ze złych dni i kłótni. Nikt za nas w naszym związku niczego nie naprawi. Każde rady to tylko przecież poprzednie błędy ludzi, którzy je dają i zdaję sobie z tego tak bardzo sprawę. To, co między nami to nasza sprawa i tylko my możemy to uleczyć. Swoją miłością. Cierpliwością. Dialogiem, którego czasem nam brakuje. Czasem, który sobie poświęcamy, choć i o ten coraz trudniej. Zresztą, kiedyś rozmawiałam o tym z przyjacielem, a ten wyrzekł bardzo ważne i znamienne słowa „jeśli w swoim związku szukasz pomocy u innych, to znaczy, że może ten związek nie jest dla ciebie, jak sama nie radzisz sobie z jego problemami”. Cóż, tamten nie był, a ja wzięłam sobie te słowa do serca. Może właśnie dlatego.

Tak też w naszych kryzysach postanowiłam szukać ratunku. W tym wszystkim, złym i niedobrym, w zgorzknieniu mojego Męża po wszystkich sytuacjach które kopały nas po tyłku od ponad roku, postanowiłam szukać światła. Przypomnieć sobie. To co najważniejsze. To, co w nim cenię i kocham.

Na początku lipca więc podarowałam mu to, co chciałam mu podarować na naszą rocznicę.

W te złe dni, postanowiłam jedną rzecz. Jeśli nie będę potrafiła spisać co najmniej 50 rzeczy, które w nim kocham, za które go uwielbiam, po tych wszystkich latach...cóż. Co mi zostaje jak without you? Nie można nieraz być ze sobą, nawet kochając, jeśli inne rzeczy się sypią. Choć, mawiają, że miłość drogę zna i że zawsze zwycięża. W jakimś sensie wygrywa zawsze.

Usiadłam więc z kartką papieru i...zaczęłam pisać. Kolejne rzeczy, kolejne zdania i pojedyncze słowa płynęły wartko. To, jak się śmieje. To, jak mnie rozśmiesza. To, że przecież jest moim najlepszym, a nieraz jedynym prawdziwym przyjacielem. To, jaki potrafi być namiętny, jak gryzie moją szyję, jak z miłości czyni nieraz misterium. To, jakie ma pomysły, to, że zawsze mogę na nim polegać. To, że zawsze przytrzyma mnie, gdy spadam podczas mojego życiowego tańca na linie. To, jak potrafi się bawić. To, że mimo iż po wielu latach trochę zgorzkniał, nadal umie budzić w sobie dziecko. To, jak błyszczą się jego ogromne ciemne oczy. To, jak patrzy na mnie...

Słowa zaczęły płynąć. Moje myśli, wszystkie wspomnienia. Ciało przypominało sobie noce i dni, dusza zaczęła śpiewać. Płynęły słowa i popłynęły łzy. Te szczęścia, ale i pewnego wstydu.
Wstydu, że nieraz nie doceniam tego, co mam. A raczej...nie, mam to złe słowo. Drugiego człowieka nigdy się nie posiada, ten ma zawsze pełną wolność. Raczej nie doceniam tego, co drugi człowiek zdecydował mi się ofiarować. Siebie. I to ktoś, kto mimo licznych wad jest...dla mnie ideałem. W moim świecie, jest ideałem, choć nieraz doprowadza mnie do szału niepozmywanymi naczyniami czy odwiecznym nie chcę mi się. Nasze wspólne życie, choć budowane z drobiazgów, to o wiele, wiele więcej. To wszystko, co już przeżyliśmy, nieraz z trudem przetrwaliśmy. To wszystko, co jeszcze przed nami.

Może zabrzmi to łzawo i ckliwie, tak jak właśnie nie lubię- ale też dzisiaj w nocy, gdy on spał, a ja leżałam obok ( zawsze śpi doskonale w czasie pełni, zaskakujące, prawda?) po wszystkim, znowu zrozumiałam, jak wielkie mam szczęście. Jak wielkie, choć nieraz dni wypełnione są nerwami i pewną szarpaniną. Patrzyłam w półmroku na jego spokojny już profil, długie ciemne rzęsy, delikatny półuśmiech w czasie snu. Zadawałam sobie pytanie, gdzie wędruje w snach, gdzie jest, jak daleko, choć jest od razu obok?

Nieraz, w ostatnim roku zwłaszcza, strasznie się o niego martwię. W tym wszystkim, przeciwnościach losu. Martwię się o to, jak zamyka się nieraz na ból i pewne uczucia. Jak stara się stwardnieć wtedy, gdy być może trzeba być miękkim i trzeba otwierać woje serce. Martwię się, gdy tak łatwo, ten wrażliwy jednak mężczyzna, płacze na filmach, a powstrzymuje łzy wtedy, gdy powinien sobie na nie pozwolić w życiu. Martwię się, bo widzę, jak się zmienił, jak przepełnia go nieraz gorycz, brak, tęsknota o której nie chce mówić...a którą się wyczuwa. Widzę jego gonitwy myśli, to, jak unika słów, żeby tylko myśli nie stały się ciałem. Widzę i martwię się, gdy znów przejmuje się, że jest coraz starszy, a z niektórymi rzeczami, według siebie stoi w miejscu. Dostaję nieraz szału, gdy widzę, że tak naprawdę...pewne rzeczy chce robić tylko i wyłącznie dla mnie. Dla nas. A te rzeczy go spalają. Czasem mam poczucie winy.
Czasem staram się wyjść z siebie, by mu pomóc. Nasze życie, nawet razem, nie jest nieraz łatwe. Ale mimo to...właśnie mamy siebie. Największe wsparcie, największe poczucie bezpieczeństwa i jednocześnie wolności, jakiego można zaznać. I ta pewność, że nigdy cię nie ocenia. I zawsze, zawsze jest, choć nieraz to rozbija się o drobiazgi i to one denerwują.

Tak. Wierzę w powiedzenie, że skoro jesteśmy razem, to przetrwamy wszystko. Jak w górach, gdy będzie mi rozcierał zmarznięte stopy. Nie mogę się doczekać tego wyjazdu, aż sama się sobie dziwię. Nie mogę się doczekać tego, że będziemy tam sami. Bo ostatnio naprawdę nie mamy czasu dla siebie, nieraz dopiero wieczorem zdajemy sobie sprawę, że tego dnia powinniśmy być tylko i wyłączenie my, przez godzinę, dwie, gdy uda nam się wrócić z pracy. Potrzebujemy tego wyjazdu...potrzebujemy siebie. Tak jak, mam nadzieję, będziemy potrzebować siebie całe życie. Zresztą, 1/3 życia i tak już spędziliśmy razem, czyż nie?

A jutro on ma urodziny. Już bliżej 30, niż 20. Zrobię dla niego ciasto, może pójdziemy do parku, nad jezioro, gdy nie będzie zmęczony i położymy się na trawie. Może znów wyszepczę mu do ucha to, co kiedyś bałam się mówić. To, w co kiedyś nie wierzyłam. To, co jest między nami.
Wyszepczę mu siebie i miłość.

Czasem zastanawiam się, jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy nie trafili na siebie. Czasem zastanawiam się, czy zrobiłabym karierę na innym kierunku studiów, bo przecież podjęłam świadomą decyzję, kierując swoje kroki do Poznania za nim, gdzie owego kierunku nie było. Czasem zastanawiam się, jaki miałoby to kształt. Ale tylko gdybam, wcale nie z żalem. Wręcz przeciwnie. Bo chyba, w życiu nie ma nic ważniejszego, niż takie uczucie. Niż bycie razem, jednocześnie mogąc być sobą. Nieraz na przekór losowi, przeskakując kłody rzucane pod nogi przez życie, trzymając się za ręce.


Bo ja po prostu kocham tego człowieka. I choć nieraz wydaje mi się, mam momenty, gdy myślę, że nie możemy żyć razem- zaraz przychodzi pewność, że tak naprawdę nie możemy żyć osobno. Na pewno, nie w tym świecie. A może, w żadnym z nich.



Walcząc z burzą dobijamy do brzegu
Oddajesz mi wszystko, a ja chcę więcej
I czekam na ciebie
Z tobą czy bez ciebie
Nie mogę żyć
Z tobą lub bez ciebie  

środa, 26 sierpnia 2015

O najpiękniejszej melancholii późnego lata, czyli o sierpniu, który nieuchronnie przemija i o tym, że mimo wszystko tak wiele przed nami.

Był koniec sierpnia. Nocami hukały sowy, a nietoperze krążyły bezszelestnie nad domem. Las pełen był szumu, morze- niepokoju. W powietrzu było oczekiwanie i smutek, a księżyc wschodził wielki i złoty. Muminek zawsze najbardziej lubił ostatnie tygodnie lata, ale nigdy dokładnie nie wiedział, dlaczego. Szum wiatru i morza był inny niż zwykle, czuło się w powietrzu odmianę, drzewa stały, jakby na coś czekając. „Tak mi się zdaje, że zdarzy się coś nadzwyczajnego”- pomyślał Muminek
Tove Jansson, „W dolinie Muminków”

Zawsze koniec lata był okresem, który przepełnia mnie wyjątkową, jedyną w swoim rodzaju melancholią. Zawsze to koniec lata był tym, w którym gorzkość ziół czuć najbardziej, w którym wydłużające się wieczory i noce przypominają o przemijaniu bardziej niż błota listopada. Najpiękniejsza melancholia, melancholia babiego lata i pierwszych darów jesieni. Smutek pod rozpalonym jeszcze słońcem, smutek zimnych poranków. Kocham to uczucie. Kocham ta porę, wyjątkową, nostalgiczną miłością. Ta, jak żadna inna. Tak trudno ją uchwycić.

Cały sierpień jest zawsze dla mnie wyjątkowy. Każdego roku. To miesiąc miłości, ale i umierania. To miesiąc łez, łez z radości trwonionych przez oczy, łez największej żałoby, pierwszego tak wielkiego smutku i rozpaczy, jakie dotknęły mnie w życiu.
W sierpniu z moim Mężem staliśmy się jednym, sami nie wiedząc dokładnie jak i kiedy, gdy porwało nas uczucie w najmniej romantycznej historii świata, w historii z moją zdartą twarzą i odkażaniem za pomocą taniego wina. W nocy z 8 na 9 sierpnia, 7 lat temu, zapłonęłam wyjątkowym uczuciem, które trwa do dzisiaj i opiera się jakimś cudem codzienności, rutynie i wszelkim tragediom.
To w sierpniu, pod sam jego koniec, mój Mąż ma również urodziny. 30 sierpnia, data wiecznie mylona przez wszystkich z ostatnim dniem tego miesiąca. Dzień wielkich imprez, ale i spędzanych we dwoje pod kołdrą ulewnego czasu, dzień objadania się kolejnym zakalcem, którego stworzyłam. Zakalcem, który zdawał się być lepszy niż wszystkie inne torty świata, które mogłam kupić.
Sierpień to też pożegnanie. To wspomnienie spadających gwiazd i śmierci Vincenta. To pierwszy taki cios od losu, jaki otrzymałam. 3 lata temu, 12 sierpnia...ale nikt nie pamięta daty. Zawsze i dla mnie i dla Cat, a przedtem jeszcze Królika, to było apogeum nocy spadających gwiazd, które różni się datą co parę dni. Nieważne cyfry, tylko ta noc. Noc obchodzona wierszami, śpiewem i winem. Noc spędzana z tymi, którzy go kochali, kochają ciągle. W tym roku tak inna.
Sierpień to też zawsze zapach gór. Bo przecież co roku jakiś wyjazd, wyprawa wręcz. Ciężkie plecaki na barkach, zdobywane kolejne szczyty. Ryzyko śmierci na kolejnej grani, adrenalina i to nieopisane uczucie, gdy sięga się chmur. Sierpień to zawsze wolność podróży, zmęczenie ciała, ale szybowanie ducha pod niebiosa.

Tym wszystkim zawsze był dla mnie sierpień. Ten różnił się od wszystkich poprzednich. Ten obfitował w rocznice, które przemijały jakby obok. Ten sierpień był dla mnie martwy, a ja żyłam tylko w środku.
Żyłam wśród ludzi i dla nich. Z nimi piłam piwa, z nimi rozmawiałam, do nich się tuliłam. Spędzałam coraz dłuższe wcześniejsze wieczory. Tylko jakby obok. Jakby myśląc, czekając. Tylko na co czekając, po co, gdy najcudowniejsza pora tak ucieka?
Żyjąc też w strachu. Strachu chwilowym o własne życie. Żyjąc wspomnieniami i przymierzając je, jak nową czerwoną sukienkę do tego co tu i teraz. Do tego, co może być, a czego może nie być. Przymierzając myśl, że ja jestem kolejna. Trzecia. Na mnie przyszła pora, późnym latem. Bo przecież i ten drugi już późnym latem wiedział, ze listopad go dosięgnie, nie tylko Vincent...

Ten sierpień przyniósł niesamowite upały, żar lejący się z nieba nie dawał myśleć. Kazał się chować. Ten sierpień przyniósł przepracowanie i dziwny żal, tęsknotę za podróżą. Ten sierpień przyniósł moje krwotoki i omdlenia i dwa przerażające słowa, które wyryły się pewnej nocy w sercu jak wyrok, którym wcale nie są, ale dotarły do podświadomego strachu o tym, że ja mam być trzecia.
Omdlenia, krew na poduszce i pod prysznicem, słabość. Krwawiące dziąsła i siniaki. Podejrzenie białaczki.
Rzecz, o której starałam się nie mówić najbliższym, rzecz, którą dusiłam i duszę nadal. Moje osłabione ciało, z którym nie chciałam się afiszować. To nic przecież, to tylko kiepskie wyniki krwi, to nic przecież, to minie, to nic, od czego się umiera. Sama tak się pocieszałam, zanim wyniki krwi dostałam. Czy można, myśląc o własnej śmierci, zakładać maskę i mówić z uśmiechem na ustach? Okazuje się że można. Okazuje się, że to jeden z najbardziej udanych makijaży. Płacze się tylko głośno zmywając naczynia, wychodząc tylko na chwilę do łazienki, gdy ogląda się razem film. Bo przecież nie można wpadać w paranoję, nie można być hipochondrykiem! Wszystko się okaże, u hematologa, za pół roku, okazuje się, że wyniki wcale nie są AŻ TAK złe, tylko trzeba będzie może sprawdzić ponownie, okazuje się...
Nie można popadać w paranoję. Ale można się bać.

Ten sierpień przyniósł więc niewesołe myśli, panikę w środku, że oto ja, jedyna z całej trójki w końcu mam i swoje Waterloo. Zawsze łatwo w taką panikę wpadałam, nigdy tylko się z nią nie obnosiłam. Nikt nie myśli tak racjonalnie i chłodno w panice, która dotyczy mnie samej, jak ja. Nikt nie śmieje się tak głośno.

Nie umiem nabrać tylko jednego, mojego Męża. Nie umiem nabrać go tak bardzo, że aż podczas jednej z zimnych sierpniowych nicy pokłóciłam się z nim, że się o mnie martwi. Śmiałam się potem, że to jego wina, bo źle to powiedział, bo źle to okazuje...a tak naprawdę wina tkwi we mnie. Nie chcę, bo ktokolwiek się martwił, ktokolwiek wiedział, jednocześnie tak bardzo potrzebując wsparcia. Stary, dobrze znany syndrom bunkra. Syndrom, na który jednak niewiele można poradzić. Wysyłam sygnały a ty mnie goń. Chyba w tym momencie tylko jedna osoba, mój A. potrafił to zrozumieć w pełni. I też nie dał się nabrać, wyciągając mailami kolejne zdania i łzy.

Ten sierpień przyniósł więc wiele rocznic, o których nie umiałabym pisać od razu. Wiele myśli zanurzonych w leniwym upale. Wiele myśli skrytych, wiele przeżyć...w środku. Tych, których nie chciało się pokazywać, albo co dziwne, którymi nie chciało się dzielić z nikim więcej, niż potrzeba.

Ten sierpień przyniósł więc naszą kolejną rocznicę, rocznicę pierwszej wspólnej nocy, rocznicę kolejnych ślubów. Nie dało się jej spędzić tak, jak planowaliśmy. Prawie zemdlałam, gdy wracaliśmy po prostu ze spaceru, kolejne krwawienie, prawie zemdlałam w upale rozgrzanej ulicy dusznego miasta. Wróciliśmy do równie rozgrzanego domu i oglądaliśmy filmy, upijając się wspólnie zimnym piwem i miłością. Może wyszło lepiej, niż można było. Całkiem zwyczajnie, codziennie, a jednak pięknie.
Ten sierpień miał jednak tak wiele codzienności. Przez moje samopoczucie, przez moje dziwne myśli?

Potem nadeszła noc spadających gwiazd. I po raz pierwszy od tych trzech lat nie miałam z kim jej spędzić. To nie tak, że nie było nikogo przy mnie, nikogo kogo kocham. Ale nie było ze mną tych, którzy rozumieją najbardziej, tak dosadnie sens tej nocy. Nie było ze mną tych, z którymi Vincent żegnał się trzy lata temu.
Nie było przy mnie Królika, który namówiłby mnie na wyjście z domu mimo tego, że niebo zasnute było chmurami, mimo tego, że źle się czułam, mimo tego, że przecież o 6 trzeba wstać do pracy. Nie było go, bo już też nie żyje. Odczułam to tak boleśnie, siedząc po prostu i oglądając filmy z Redcar, czekając na Męża. Odczułam tak bardzo, że nie umiałam wyrzec o tym ani słowa. Nie było przy mnie tego, który był drugi w kolejce. Tego, którego też tak bardzo kochałam. Tej nocy tęskniłam podwójnie, za gwiazdami, które spadły. Za miłością, która jak światło martwych gwiazd, dociera z oddali.
Nie było tez przy mnie Cat, tej, która kochała Vincenta. Jeden krótki sms o jej odczuciach. O tym, że mnie też kocha, że tęskni, że ona widzi gwiazdy...jeden z niewielu takich smsów w sierpniu. I tej nocy, właśnie tej, gdy powinnyśmy razem opłakiwać Vincenta i śpiewać mu pod niebem, tej nocy, podczas której obie mogłybyśmy tęsknić podwójnie, poczułam, że jeszcze coś umiera. Nie tylko spadające gwiazdy. Umiera nasza więź, wypala się. Może przez odległość, może przez jej egocentryzm, egoizm, który po zadaniu pytania „co u mnie” opowiada tylko o swoich problemach i pragnieniach. Poczułam tej nocy, że już nigdy, przenigdy, nie będę umiała opowiedzieć jej o swojej tęsknocie. O tej tęsknocie za Vincentem. Jakby tej nocy znów coś obumarło. Nie umarł przyjaciel, a zaczęła umierać przyjaźń.
Być może ta więź nigdy nie miała racji bytu, być może zderzyłyśmy się tylko, by poznać innych ludzi i razem znieść ich śmierć, jak kochanki, jak przyjaciółki? Może spotkałyśmy się niczym płaczki w konduktach pogrzebowych. To nie tak, że ucieknę od niej, a ona ode mnie. Ale tej nocy poczułam, że to, o co walczyłam, zaczyna obumierać dosłownie. Może nie całkiem, może zawsze będziemy się zderzać...ale to jak pocałunek na pożegnanie. Widzimy się, mijamy. Nigdy już nie jesteśmy tak blisko, jak podczas ostatnich lat.
Może tak musi być.
Tej nocy, gdy gwiazdy spadały setkami, poszłam spać wcześnie. Niebo zasnuwały ciemne chmury. Gdy z pracy wrócił Mąż, a Redcar poszła do swojego mieszkania, włączyłam kilka piosenek. Tak symbolicznych piosenek. Zapłakałam nieznacznie, spłukując z siebie brud całego dnia. Jakbym spłukiwała brud całego życia. Zasnęłam pusta, jak już dawno nie bywało. Zasnęłam, by powitać nowy dzień, kolejny, już niosący ukojenie..

Tego sierpnia nie widziałam żadnej spadającej gwiazdy. Do poniedziałku. Choć, czy to była gwiazda, czy tylko przewidzenie?

Ten sierpień nie przyniósł podróży. Nie stać nas było na kolejną wyprawę w góry, która przyniosłaby ukojenie. Cudem, ciułając grosz do grosza uzbieraliśmy jednak na wyjazd. Krótki przemarsz z plecakami w Sudetach, na który czekamy do końca września. Wyjazd, który może przyniesie ukojenie. Wyjazd, którego się boję, przez swoje krwotoki, przez swoje słabości obecne. Wyjazd, na którym być może pokonam samą siebie.

Sierpień przyniesie jeszcze urodziny mojego Męża i tort marchewkowy. Przyniesie parę dni, zachwytów i wiele śmiechu.
Być może, przyniesie pewne rozwiązania.
Być może, ja rozwiąże pewne sprawy. Być może dowiem się, przebadam, zbadam, dotknę. Ukoję samą siebie. Być może, nie stanę się jeszcze „tą trzecią”. Nie teraz.

Ten sierpień był martwym oceanem, podziemną rzeką, która drążyła moje skały. Nadal jest. Jest wodą, samymi emocjami, bijącym czystym źródłem, które miesza się z błotem, póki nie przebije naskórka ziemi. Być może wrzesień zadziała jak skalpel, przecinając kolejne warstwy, dając ukojenie.
Ten sierpień jest śmiechem, spokojem, codziennością. Jest niepokojem wyczuwanym tylko i wyłącznie od środka. Jest jaki jest. Jest końcem lata. Melancholią i próbą zrozumienia. Jest wiatrem, który chciwie wącham, rozchylając nozdrza, chcąc żyć. Jest spokojną przemianą, obumieraniem ale i rodzeniem, nowymi nasionami zasiewanymi, które kiedyś, może za rok wydadzą plon.

Jest czasem zbiorów tego, co było. Jak każdy sierpień. Tak często najważniejszy w roku. Bo to w nim tak wiele się zaczyna i kończy, choć tego nie widać.

Ale i sierpień powili się kończy, czas przeminął. Czas na zasiew i spokojne dojrzewanie kłosów minął. Pełnia dorodnego kłosa pszenicy goni, pogania.
Czas właśnie, by rzeka znów płynęła, by wypełniło się koryto, nie tylko to niewidoczne dla oczu. Czas, by można było się z niego napić.
Czas na przygody. Czas na szybsze bicie serca podczas zamierania.

Czas wrócić do was, do tego miejsca, pokazać, że dalej się żyje i że jakoś zależy. Czas odpisać na wszystkie zaległe listy, na wszystkie wiadomości, które aż palą palce, gdy te wystukują lub spisują atramentem kolejne litery. Czas poznać nieuchronne i zacząć pakować plecaki na jesienną tym razem, a nie letnią wędrówkę. Czas wypatrywać zimy i zbierać plony tak dziwnego dla mnie, martwego lata. Czas zatopić się w najpiękniejszym smutku późnego sierpnia, który przepełnia moją duszę. Nic więcej nie trzeba. Tym razem to późne lato, a nie pełne słońce tak wiele obiecuje. A ja, wracająca z martwych podziemnych rzek, łaknąc tego, co przyniosą jesienne, późne deszcze, muszę to uchwycić. Tylko tyle. Albo- aż tyle.


Wydaje mi się, że będę tęskniła za tobą zawsze
Niczym gwiazdy tęsknią za słońcem o poranku
Lepiej późno niż wcale
Nawet jeśli odszedłeś, ja będę jechała dalej

Odczuwam letni smutek



poniedziałek, 3 sierpnia 2015

O tym, jak zmieniamy duszę i doznania w strumień bitów i bajtów, czyli dlaczego nie mam zdjęć ze ślubu i podróży na fejsie

Gdy weszłam na facebooka, sprawdzić czy ktoś może coś pisał, chciał ode mnie i w tym miejscu, poczułam pewne znużenie.
-No tak, kolejna fala zdjęć z Woodstocku- pomyślałam. Poczułam pewne znużenie, gdy wszystko przykryły powtarzające się zdjęcia z Woodstockowego pola. I nie zrozumcie mnie źle. To nie dlatego, że jestem przeciwna tej imprezie czy też dlatego, że zazdroszczę komukolwiek, kto tam był. Wręcz przeciwnie. Sama na Woodstocku byłam 7 razy w życiu, pamiętam jeszcze Żary i słynny koncert Die Toten Hosen, pamiętam jeszcze, gdy na tą imprezę nie jeździło się, bo po prostu jest fajna ale dlatego, że o coś w niej chodziło. Mniejsze tłumy i cholernie dużo radości. Nie twierdzę, że tak nie jest teraz. Nie mi oceniać, choć, z roku na rok, gdy jeździłam jeszcze na Woodstock, miałam wrażenie, że atmosfera tam cholernie się zmienia i „nie jest tak jak kiedyś”. Może faktycznie, to ta popularność i mnogość przypadkowych ludzi, którzy jadą zobaczyć „gwiazdy” ( kiedyś Owsiak zaklinał się, jeszcze w Żarach, że nigdy nie uczyni Wooda popularnym, hm). Może to i ja się zmieniłam, bo teraz wolę spokój gór i to za nimi tęsknię, za doznaniami bardziej duchowymi też, a nie za szaleństwem koncertów. Na tych złamałam już nos, skręcałam kostki na Woodzie i Jarocinie, straciłam prawie słuch i błędnik mając już 14 lat. Przeżyłam wszystkie najgorsze toi toie świata i noce dudniące od okrzyków ze scen. Teraz wolę namiot i zimny górki potok. Ciszę lasu i światła nie reflektorów, a światła gwiazd. Czekam w sierpniu na Perseidy, a nie na światła scen. Zmieniłam się i sama dobrze o tym wiem. I lubię te zmiany, właśnie te.
Więc Woodstock jest już dla innych, ale mnie osobiście Woodstock już zmęczył, swoje na nim przeżyłam i chyba daję przeżywać innym już. Swoje doznałam...właśnie, doznałam.

Doznałam i nigdy nie przywiozłam za dużo zdjęć. Zawsze tylko zbierałam te od znajomych. Doznałam, skupiłam się na tym, co tu i teraz, a jakoś nie za bardzo na zbieraniu pamiątek. Nieraz może i trochę pluję sobie w brodę, wiele zdjęć poginęło i nieraz może trochę trudniej się wspomina. Chociaż czy rzeczywiście? Gdy słyszę „Do what i Say” grupy Clawfinger, zawsze widzę Męża i Zielarza biegnących pod samą scenę w szalonym pogo. Gdy słyszę koncert Jelonka, wspominam to, jak chłopaki wylądowali na samym początku ściany śmierci. Orphan Hate przypomina mi złamany ząb ukochanego, a Beltane szalony koncert na małej scenie, w czasie którego podeptano moje bose stopy. Pamiętam smak chleba z pasztetem i zarabianie na piwo masażami w Pokojowej Wiosce Kryszny. Pamiętam aż za dużo, może pamiętam aż za dobrze. Walkę Katarzyny z szalonymi drzewami które chcą ją zabić, Karinę- Wieloryba i szalony pościg bostończyka który chciał się z kimś przespać. Wszystko zapisane w głowie. Może za parę lat to się zmieni, może wyparuje. Nie szkodzi. Sądzę, że zdjęcia by mi nie pomogły pamiętać tego najważniejszego i tak. Czasem wydobyć może coś na wierzch, owszem. Ale nie dałyby mi uczuć, które przynoszą wspomnienia.

Może mam dziwne podejście. Nie zbieram wielu pamiątek, nie zbieram rzutów kliszy na rzeczywistość. Choć nawet, to już nie klisza. Nie potrzebuję ich, a gdy jestem gdzieś...nie chcę marnować czasu. Nie chcę marnować czasu, który mogę poświęcić na doznania. Nawet gdy byliśmy w górach, to Mąż robił zdjęcia, zresztą zdjęcia, które są dla nas, a którymi zbytnio się nie dzielimy. Nie ma tam twarzy, są widoki, widoki, które czasem jego odprężają, bo właśnie w nim wydobywają ten stan, który tam osiągał. Stan kompletnego katharsis.
Jednak te zdjęcia są dla nas, bo wiemy o co na nich chodzi, ewentualnie pokazujemy je naprawdę zainteresowanym i najbliższym. I tym bardziej zastanawia mnie, dlaczego miałabym się nimi dzielić z całym światem?

Między bogiem a prawdą, sama wrzucałam swojego czasu sporo zdjęć na facebooka. Młoda byłam, odkryłam dopiero tak naprawdę potęgę internetu ( nie licząc wpadania do kogoś na neta żeby pisać blogi, „stałydostep do internetu” miałam dopiero w wieku 19 lat) i chciałam jakoś...no właśnie. Co chciałam? Podzielić się swoim życiem? Kto ma mojego fejsa wie, że znajdą tam się zdjęcia i z jednego Woodstocku, z pewnego wypadu na piwo, z moich urodzin w dawnym mieście, z Mężem zdjęć parę...zdjęcia sprzed lat. Nie ma tam zdjęć ze ślubu, z ostatnich wypraw w góry, zdjęć z koncertów, z imprez, sylwestrów i tym podobne...nie ma, bo nie mam potrzeby się tym dzielić ze światem. Ci, co powinni, zobaczą te zdjęcia, tym opowiem naprawdę, jak to było. Nie wrzucam zdjęć dobrego jedzenia, które ugotuję, bo jeśli chcę, komuś takie żarcie po prostu zrobię. Mówiąc oględnie, nie mam chyba parcia na szkło. A może to, że tak późno odkryłam internet ( 6 lat cholera!) sprawiło, że przeżywam wszystko tu i teraz.

Dlatego też poczułam znużenie, gdy widziałam zdjęcia wrzucane na bieżąco z Woodstocku. Pewni znajomi, którzy odkryli imprezę w Kostrzynie jakieś 4 lata temu ( mniej więcej wtedy, kiedy to my z Woodstockiem się żegnaliśmy, bo już swoje doznaliśmy, a „trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść”) i którzy tak naprawdę cały rok żyją Woodstockiem ( jak ja mając 17 lat) co chwilę wrzucali jakieś zdjęcia. A to pan A. z głową jednorożca, a to zdjęcie pana Y z panią F pod sceną, urocze, loffciane, a to zdjęcie z jakiegoś koncertu, a to zdjęcie jakiegoś piwa, wódki, wymyślnych alkoholi między namiotami...zdjęć multum, zdjęcia co chwila. Wielu znajomych robiło takie rzeczy. A ja myślałam tylko, wchodząc od czasu do czasu na facebooka, patrząc, czy nie muszę komuś odpisać- do cholery, wy się tam bawicie, czy na fejsie? Czy musicie coś postować już, zaraz, natychmiast, zamiast normalnie wypić to piwo? Bo takie pytanie mi się nasunęło, zresztą, nie tylko mi, ale też Mężowi i Redcar, gdy spędzaliśmy razem weekend.
Czarę goryczy przelewały wszelkie kijki do selfie. Serio? Kijki do selfie? Już sam pomysł tego, widziany na jakimś portalu wiele czasu temu wydawał mi się..chory. Jakby ludzie byli opętani nową modą. I serio, kijki do selfie na Woodzie?

Naprawdę, bawicie się tam, przeżywacie, czy patrzycie tylko na swoich smartfonach, ile baterii jeszcze wystarczy, żeby powrzucać jak najwięcej zdjęć i pokazać jak fajnie się bawimy? Takie nieraz odnosiłam wrażenie. O tym, że ludzie zapomnieli, po co tam są, że mają się oderwać...tyko muszą przeżyć to i w sieci. Sieci, która całkiem opętała. Pick or it didn't happen, jak „mawiają w internetach”. Jakby wszyscy ulegli tej presji, jakoby trzeba było mieć dowód w postaci zdjęcia, że gdzieś się było, coś się robiło. Szalało na koncertach czy zjadło w restauracji. Ludzie pod scenami z aparatami zamiast zapalniczkami, ludzie wrzucający swoje zdjęcia z randek, w skrajnych przypadkach ludzie wrzucający swoje zdjęcie...po seksie. Tak, o czymś takim też można usłyszeć w tym świecie.
Nie ma zdjęcia, więc się nie zdarzyło. Nie ma zdjęcia więc...nie można się pochwalić? Niektórzy mówią, że chcą tak się podzielić ze światem swoimi przeżyciami. Ale ja się pytam, z kim podzielić? Ci najbliżsi i tak usłyszą pewne historie, ci najważniejsi nawet zobaczą te cholerne zdjęcia. Nawet jak to selfie. Ci najważniejsi przyjmą tą historię do serca, przejmą się nią. Jeśli ładnie się pisze, można to opisać na blogu, tam też ktoś będzie ją przeżywał. Albo opisać w gazecie, jak się ma takie już chody w pisaniu. Jeśli ktoś robi naprawdę profesjonalne zdjęcia ( a nie kijem do selfie) niech je publikuje cholera, bo to jest już sztuka. Ma to inny wymiar, jeśli zdjęcia do pasja.

Ale miliony zdjęć z rozmazanym buziami na fejsie, zdjęcia butelek zrobione kalkulatorem czy posty- o jak zajebiście się nawaliłem- kogo to obchodzi? To nie jest dzielenie się z najbliższymi. Często mam wrażenie, że robimy to po to, żeby ta Zośka z 6b w podstawówce wiedziała, że zajebiście się bawimy i niech wie, że ma marne w porównaniu do naszego życie, naszego barwnego, przepełnionego koncertami, hipsterskimi knajpami i drobim alkoholem. No i wspaniałą miłością, o której musimy tam stale mówić. Kiedyś ciągnęła mnie za warkocze. Albo ten Marek z liceum, którego mam na fejsie, a któremu nie mówię cześć na ulicy. Niech wie, że biegam 10 km dziennie, chociaż kiedyś nazywał mnie grubaską! Czasem mam wrażenie, że właśnie takie myśli towarzyszą nam, gdy postujemy coś na fejsie.

Nie twierdzę sama, że jestem lepsza. Czasem wrzucam jakiś link, do jakiegoś kawałka i chcę dzielić się z całym światem. Chociaż wiem, że mogłabym to wysłać paru osobom, które to naprawdę zainteresuje. Czasem informuję że straciłam znowu telefon, bo fejs mnie wyręcza, pisanie do każdego z osobna byłoby zbyt nużące. Czasem jestem oznaczona na zdjęciu, wymieniam komentarze. Tak, też dzielę się sobą ze światem, ulegam tej cholernej presji. Ulegam presji być może, bycia fajnym, bycia cool. Dzielenia się intymnością. Chociaż, staram się tej presji ulegać jak najmniej i coraz częściej myślę o usunięciu fejsa, który i tak jest pod anonimowymi danymi, tak na wszelki wypadek. Na wszelki wypadek, jak ktoś oznaczy mnie na niechcianym selfie z kija.

Właśnie chyba zresztą, do tej presji bycia fajnym i cool wszystko się sprowadza. Obdzieramy się wręcz brutalnie z naszej intymności, swojego ja, tego namacalnego, pokazujemy swoje twarze, swoją codzienność przefiltrowaną przez cenzurę „fajności” i dzielimy się nią z całym światem. Całym cholernym światem, którego i tak to nie obchodzi.
Ale czujemy się nadal bezpieczni w sieci, bo tamta Zuzka i tak nie pójdzie z nami na piwo, a o tym, jak fajne mamy życie możemy mówić, a nawet bezkarnie kłamać i koloryzować. Czujemy się zobowiązani, bo inni też tak robią i nie chcemy być gorsi. Czujemy presję tego, że trzeba światu coś pokazać, udowodnić, trzeba pokazać tak, ja jestem! Każdy w tym tłumie chce krzyknąć o tym że jest, co robił, gdzie był- ale właśnie w tym tłumie niknie, jak w najbrudniejszym ścieku. Cyfrowe twarze rozmazują się, przeżycia ujęte w pikselach zapisują się na serwerach, ale stają się blade, bo podczas robienia zdjęć nie zdążyły się zapisać w sercu. A w sieci nadal mało, mało, mało.

Odczuwamy cholerną presję i głód bycia „tam”- zamiast być tu i teraz. Chorujemy na wymianę informacji, chorujemy na internetowy ekshibicjonizm, już nie seksualny, a ekshibicjonizm mentalny złożony z ochłapów naszego podkolorowanego życia. Nie przekazujemy czegoś wartościowego z podróży jak niektórzy, naprawdę dobrze opisujący swoje przeżycia i dający porady innym podróżnikom, tylko opisujemy siebie, swoje klapki na plaży i spalone słońcem plecy. Nikogo to nie obchodzi a my krzyczymy, żeby obchodziło. Piszemy smutne statusy, z których nie chcemy się tłumaczyć, ale chcemy, bo ktoś o nie zapytał. Chcemy istnieć w bitach i bajtach, nie mówimy już wprost, nie opowiadamy historii, tylko mówimy zobacz sobie moje zdjęcia na fejsie i starczy. Krzyczymy o uwagę całego świata, a nie dajemy jej przez to często najbliższym, nie umiemy mówić poza komunikatorem i pokazać uczuć poza cyfrową tablicą pikseli. Krzyczymy ekshibicjonizmem niemym krzykiem, krzykiem do Marka któremu nie mówimy cześć na ulicy, krzykiem tak naprawdę bez adresata.

Sama nieraz złapię się na tym krzyku, ale wtedy jeszcze bardziej bezgłośnie pytam- po co mi to? Tak naprawdę, po co? Jestem z krwi i kości, jestem z ciała a nie pikseli i bitów i bajtów, choć mój układ nerwowy jest tak bardzo do systemu jedynkowego podobny. Ale jestem z krwi i kości, ciałem doznaję, a z ekshibicjonizmu, jeśli mam wybierać, wybieram ten seksualny. Mentalny tylko, gdy rozmawiamy bezpośredni z sobą, lub gdy chcę pisać tutaj, co jest trochę inną formą, bo jednak bardziej anonimową i tylko wylatują słowa.

Dlatego gdy zobaczyłam tyle tych zdjęć, poczułam znużenie. Nie przez sam Woodstock, bo nie o niego chodzi. To nadal świetne miejsce. Ale przez to, że odniosłam wrażenie, że w przeciwieństwie do poprzednich lat, nawet tych, gdzie facebook jeszcze nie istniał, nikt nie myślał o tym, by się chwalić, krzyczeć- byłem tam. Nikt nie uprawiał mentalnego ekshibicjonizmu na taką skalę. Nikt nie korzystał z ulepszeń, które w życiu tak naprawdę są niepotrzebne, a niektórym stały się niezbędne.

Stały dostęp do sieci, zamiast od niej odpocząć. Zapisywanie cyfrowe tego, co się widzi, zamiast chłonięcie doznań i samodzielne przetwarzanie ich na wspomnienia, bez kompatybilnych sprzętów, a własnym umysłem. Gdzie to się wszystko zgubiło? Kiedy to się zgubiło?
Czy naprawdę aż tak bardzo musimy być tam, gdzie nigdy nas nie ma, tam, gdzie nikt nie dotknie naszego ciała, nie przytuli? Czy naprawdę musimy pokazywać całemu światu siebie, zamiast skupić się na tych najważniejszych? Dlaczego nagle musimy „istnieć”, dlaczego zmieniamy duszę na cyfrową, dlaczego zmieniamy ją na bitowo-bajtowy strumień? Co, jeśli naprawdę się tam przeniesiemy, jak w powieści Egana „Diaspora”? Jak w powieści, w której już nikt nie miał ciała. A doznawał tylko przez strumień właśnie, ten cholerny strumień bitów i bajtów. Nikt nie miał ciała, ale nadal był człowiekiem. Czasem mam wrażenie, że właśnie ludźmi bardziej chcemy być „tam” niż „tu”. Istnieć nienamacalnie, a dla wielu o wiele prawdziwiej. Inaczej, nie powstałaby chyba idea „internetowych” związków, związków, w których ludzie nie widzą siebie na oczy. Znaczy, widzą. W formacie jpeg.

Czasem chcę się zapytać, czy żyjemy dla wirtualnych lajków, czy dla prawdziwych przytuleń i czułych ramion? Czy żyjemy dla rozmów pod gołym niebem, czy dla smsów wysyłanych z pasją, ale które nie są namacalną obecnością? Czasem się zastanawiam, kim ja w tym wszystkim jestem?
Ale postanowiłam nie wrzucać zdjęć na fejsa. Może, z czasem go usunę. A z czasem może w ogóle odetnę się od sieci choć...czy w tym świecie to w ogóle możliwe? Czy nadal można w ogóle rozgraniczyć te dwa światy, czy mamy pewność, w którym najczęściej gubimy dusze?
To cholerne bolesne pytania i bez jasnych odpowiedzi, niestety.

Przypomina mi się tekst, „chciałbym, żeby moje oczy mogły robić zdjęcia”. Zastanawiam się, kiedy tak naprawdę do tego dojdzie, za ile lat stworzą małe aparaciki podpięte do gałek ocznych, które co więcej, będą mogły bezpośrednio przekazywać obraz na fejsa. Rozgwieżdżone niebo, koncerty, to jak on mruży oczy podczas seksu- jakież ułatwienie! Przeraża mnie ta wizja, ale gdy patrzę na te kije do selfie ( tak, mam o nie ból dupy) mam wrażenie, że już niedługo postawimy na takie rozwiązania i niektórzy będą nimi zachwyceni wręcz.

Chciałbym, żeby moje oczy mogły robić zdjęcia. W erze aparatów cyfrowych zapominamy, że mogą. Moje oczy zrobiły już zdjęcia Woodstockowej sceny, wiele, wiele lat temu. Zrobiły zdjęcie najwspanialszych, ciemnych oczu mojego Męża. Zrobiły zdjęcie cudownej radości Redcar na koncercie, na którym razem byłyśmy, nagrały film, którego nigdy nie zapomnę. Moje oczy zrobiły zdjęcia tych, którzy odeszli i wcale to się nie zaciera, a nawet jeśli, to to naturalne. To to jest dobre i nie ma nad tym co płakać. Moje oczy zrobiły zdjęcia szczytów gór i połączyły to z zapachem powietrza ponad chmurami. Moje oczy zrobiły wiele zdjęć, ale przekazały je do serca. Tymi zdjęciami nie pochwalę się na fejsie ani na instagramie. Te zdjęcia nie sprawią, że Zośka z 6b poczuje ukłucie zazdrości. Ale te zdjęcia ogrzewają moje serce. Przypominają tyle doznań. Ba, sprawiają, że doznaję na nowo. A ja więcej nie potrzebuję.




A tak na koniec, muzyka, którą się przeżywa i doznaje. Jak to wczoraj stwierdziłam, czuje się gorąco w sercu i wilgoć...tak, tam na dole. Muzyka, która przypomniała mi się przez przypadek, zespół, na którego koncert pójdziemy we wrześniu ( kolejny, który przywołuje i wspomnienia). I na którego koncert nie wezmę żadnego aparatu. Będę doznawać. A co!