poniedziałek, 31 października 2016

O tym, że nigdy nie byłam starszą siostrą, ale mimo to zawsze chciałabym nią już być. Nawet jeśli to ja kocham Strugackich.

-Ale jak to, nie lubicie na roku prozy Stugackich?
-Jeny, wiesz, nie trafia do nas. Do nikogo na roku nie trafiła, jakieś Ślimaki, Stalkerzy, weź. To po prostu już się nie sprawdza. Zawsze się śmiejemy, że to proza dla ludzi koło 30. Dziwię się, że ty ich tak kochasz.
-Deniz?
-No?
-Mi jest bliżej do 30 już niż 20. Ja pierdolę.
-No w sumie.
-Deniz...wiesz co to znaczy? Zaczynam czuć przepaść pokoleniową.
-Nie gadaj głupot.

Cholera. To człowiek naprawdę się starzeje?

Rozmawiałyśmy dzisiaj przez chwilę na jednym z licznych komunikatorów, jak zwykle dzieląc się przeżyciami kolejnych dni. Moja „przyszywana młodsza siostra”, Deniz, znowu zmieniła kraj zamieszkania. Tym razem Anglia, mieszkanie u pewnej rodziny, zajmowanie się ich dziećmi- kolejna przygoda. Zostaje nam więc rozmawianie na rozlicznych komunikatorach, tak samo jak wtedy, kiedy mieszkała na Białorusi z której w sumie niedawno wróciła. Nosi ją po świecie, oj nosi. Mimo to jakoś nie tracimy ze sobą kontaktu, zawsze, gdy wraca na chwilę do Polski, musimy się z sobą spotkać, jeśli okoliczności, czas pozwolą. Żałuję, że nie udało mi się jej odprowadzić na lotnisko parę dni temu ale...być może nadrobimy to w grudniu, kiedy Deniz przyjedzie na święta, których tak naprawdę nie obchodzi. Nie obchodzi, bo jest w połowie Turczynką ( dla niewtajemniczonych, kiedyś już o „mojej młodszej” pisałam) i bardziej muzułmanką, niż chrześcijanką chociaż...to też kwestia sporna, kim ona właściwie jest. Mniejsza o to.

Młodsza siostra. Znamy się przecież już 10 lat. Tak, to będzie jakieś 10 lat, kiedy poznałyśmy się w miejscowości, w której ja chodziłam do licem, a ona, po powrocie ze Stambułu, zaczynała gimnazjum. Przyprowadziła ją inna koleżanka, za którą ponoć „Deniz chodziła po szkole” bo była inna, ubierała się na czarno i słuchała metal. Od pierwszego spotkania miałam wobec niej jakieś instynkty jakiejś amoralnej opiekuńczości. Amoralnej, bo to ze mną Deniz wypiła pierwsze piwo, zapaliła pierwszego papierosa, spiła się tanim winem jak nieboskie stworzenie, a potem nam wmawiała, że Allah nas kocha i jest wielki. Trochę ją zdemoralizowałam, a trochę nauczyłam życia, o którym sama niewiele wiedziałam. Bo ja miałam 16 lat, ona 12. Ale jakoś to się ciągnęło, te 4 lata różnicy nigdy tak naprawdę nie były różnicą jeśli chodziło o rozmowy na temat literatury czy filozofii, socjologii czy polityki, które uwielbiamy do dzisiaj.
Trochę wprowadziłam ją w realny świat, wbiłam jej do głowy co to antykoncepcja i dlaczego nie miesza się wódki z piwem. Ona nauczyła mnie swojego świata pełnego perskiej poezji miłosnej, uniesień sufickiego mistycyzmu i tego, jak przygotować prawdziwy kebab czy pilaw. Zderzenie dwóch różnych światów, z których przez te wszystkie lata wynikło tak wiele dobrego.
Te światy zderzają się do dziś, a pewna różnica wieku nie ma, tak jak wtedy nie miała znaczenia. Pewna różnica w podejściu do życia nie ma znaczenia. Zawsze się dogadamy. W pewien sposób się kochamy, tęsknimy za sobą, dając sobie pełną wolność.
Moja młodsza siostra, której nigdy nie miałam, a którą sobie znalazłam. Która mnie znalazła, bo przecież Deniz nigdy nie miała starszej siostry, a zawsze chciała mieć, zawsze jej potrzebowała.

Starsza siostra. W ogóle, jeśli tak się zastanowić, często nią bywałam. Często w pewien sposób się tak zachowywałam i znałam sporo młodszych ode mnie dziewczyn.
Ba, zawsze uwielbiałam wręcz kontakty z młodszymi od siebie osobami, zostało mi to do dzisiaj.

Może to kwestia moich nadmiernie rozwiniętych instynktów opiekuńczo- demoralizujących, połączonych z faktem, że mając nawet już 26 lat nieraz sama zachowuję się, jakbym nie skończyła 18. Mój mąż zresztą twierdzi, podobnie jak moja matka, że w pewnych kwestiach zawsze będę swojego rodzaju „gówniarą” która nie umie być odpowiedzialna i nie umie logicznie pomyśleć. Co prawda to prawda, nie mogę się z tym nie zgodzić. Bo to jednak „gówniara” we mnie potrafi pić do 6 rano piwa i rozmawiać o WSZYSTKIM na kanapie, to „gówniara” we mnie wpada na totalnie spontaniczne pomysły, ma niesamowicie pobudzony instynkt seksualny, to „gówniara” we mnie zachwyca się tęczą i wzrusza kolorami liści. To dziecko we mnie, nastolatka, którego pewnie nigdy się nie pozbędę.
A mam już prawie 30 lat. Ok, 26, ale już bliżej mi do 30. Nieraz myślę, że może powinnam trochę dojrzeć ale...nie chcę stracić pewnych rzeczy w sobie. Kocham tą „gówniarę” w sobie i jej mało odpowiedzialne zachowania, jej spontaniczność, jej brak przyziemnego myślenia.

Dlatego pewnie też zawsze lubiłam młodszych od siebie ludzi, głównie nastoletnie dziewczyny, teraz też i młodsze od siebie te, które zaczynają studia bo....widziałam w nich, zaczynam w nich widzieć siebie z tego okresu. Tego dziwnie tkliwego, spontanicznego, tego, który dopiero zderza się z dorosłością.

Zawsze lubiłam rozmowy z nastolatkami, bo z nimi jak z nikim innym można porozmawiać o prozie Dostojewskiego, teorii gender czy Bogu. Bo wiecie....to rozmowy niepraktyczne. W życiu, to rozmowy niepraktyczne, jak mówi mój Mąż, to rzeczy, które często nie interesują już dorosłych ludzi. Bo dorośli rozmawiają głównie o pracy, o zarobkach, o planach na przyszłość. O dzieciach, ślubach, twardym kursie waluty i podatkach. O tym, jak zbudować dom.
A ja, mimo że jednak mam w sobie i dorosłość i gówniarstwo, często od tego uciekam. Chcę czegoś więcej, więcej, o którym ktoś powie, że to mniej.

Chcę rozmawiać o Bogu, duchowości, akupresurze, depresji XXI wieku, chcę snuć dziwne postapokaliptyczne wizje wrażliwca. Owszem, mogę to robić z dorosłymi- z moim Mężem, który jednak, pomimo swojej wielkiej odpowiedzialności i stąpania po twardym gruncie potrafi się oderwać i polemizować ze mną przez pół nocy na totalnie odjechane i abstrakcyjne tematy. Mogę to robić z moim A., trochę kulawo, bo głównie na komunikatorach, mogę to robić z Kaśką, która jak mało kto ma wielką wyobraźnię. Jest parę takich osób. Dorosłych, a mimo to umiejących oderwać się od rzeczywistości.

Wiele dorosłych jest jednak pogrążonych w prozie życia. Dlatego zawsze ciągnęło mnie do młodszych, bo miałam wrażenie, że w młodszych osobach jest więcej ciekawości życia. Więcej pewnej pasji, bo to przecież nastolatki są idealistami, to nastolatki żyją wszelkimi -izmami i kochają się w łzawej poezji, bo im przyrodzona jest pewna wrażliwość, czasem pachnąca aż depresją, ale to oni nie mają jeszcze grubej skóry w którą przyobleka nasz świat z wiekiem, z czasem.

Ja chyba też nie mam też tej grubej skóry, zawsze gdzieś przebija się we mnie tamta nieodpowiedzialna gówniara, tamta idealistka, która nie jadła mięsa, uważała się za punka, szukała Boga na różne sposoby i interesowała się WSZYSTIM.
Mam w sobie nastolatkę zamrożoną w czasie. Ale właśnie...ten czas został zamrożony.
Chyba coś się zmieniło.

Młodsi ode mnie przestają kochać braci Strugackich.

Bliżej mi do 30 niż do 20. I nastolatka we mnie to nastolatka która zaczytywała się setkami książek i biegała stale do księgarni albo biblioteki- ale ta nastolatka nie miała dostępu do internetu chyba że w szkolnej bibliotece, kiedy szukała czegoś, czego nie była w stanie znaleźć w encyklopediach i książkach. Nie miała smartfona. Nie miała facebooka, zresztą, nikt z jej znajomych nie miał, dopiero co wchodziła Nasza Klasa. Nie miała messengera, niektórzy z jej znajomych używali gg. Wielu z nich nie miało nawet telefonu komórkowego. Nie miała snapchatau, nie miała instagrama, nie robiła setek zdjęć.

Nastolatka we mnie żyła w innych czasach. Nastolatka we mnie nie znała szybkiego przepływu informacji, a gdy chciała z kimś porozmawiać, musiała się z kimś spotkać, nie mogła wejść na gg albo skypea. Nastolatka we mnie gdy spotykała się ze znajomymi, głównie dużo starszymi w tamtym okresie, piłą dużo wina i przy tym winie rodził się jej idealizm.
Nastolatka we mnie nie miała do wyboru setek rodzajów muzyki na youtube albo last.fm, pożyczała płyty które przegrywała na kasety i zamiast słuchać playlisty z setkami kawałków zasłuchiwała się w jednej płycie danego wykonawcy.
Nastolatka we mnie jeździła na koncerty i tam poznawała muzykę, na żywo. Czytała dużo książek, poznawała wielu ludzi, dużo piła, paliła, eksperymentowała z seksem, malowała obrazy i buntowała się, uciekając z domu i o coś w tym buncie chodziło. Chodziła na demonstracje, godzinami rozważała z kumplami anarchistami sposoby na obalenie systemu i wierzyła w pewne idee, bo one zapadały głęboko w serce, nie były hasłami rzucanymi na ekranie, które szybko się zapomina.

Nastolatka we mnie od zawsze kochała braci Strugackich i nigdy nie miała problemu ze zrozumieniem ich prozy, która w metaforze, w oparach science- fiction kryła wielką metaforę.
Nastolatka, która żyje we mnie została zamrożona w czasie.
Sam czas został zamrożony.
Wiele się zmieniło i czas to przyznać. Nastolatki są już inne.

I nie chodzi tu o to, czy są lepsze, czy gorsze. Chodzi o to, że z większością już się nie dogadam. Te parę lat...zmieniło wszystko.
Może nie jest to przepaść całego pokolenia, mimo że roczniki 96-97 już pewnie nie zrozumieją, co oznacza ołówek położony przy kasecie magnetofonowej. Ale coś się zmieniło. Trochę ulotnie, trochę niewypowiedzenie...
Zmieniły się czasy, są szybsze.
Zmieniłam się i ja. Przecież jestem o wiele starsza. Mimo swoich „przypałów” dojrzalsza, doroślejsza. Mam o wiele więcej czułości, pewnej miękkości i widzę więcej, bo pewna mądrość po prostu przychodzi z wiekiem, to wręcz nieuniknione. Jestem starsza, jestem inna, dojrzałam, o czym zresztą pisałam w innych postach. Widzę wielką różnicę między sobą obecną a tą, która miała 18 lat, między mną obecną a nawet tą, która miała 23 lata. Nieraz wydaje mi się to wręcz przepaścią, bo mimo wszystko wyciszyłam się, uspokoiłam, chociaż nastolatka we mnie nadal żyje, nadal w tym zamrożonym na wieki czasie.

Zapewne w wielu nastolatkach istnieje nadal pewien zapał, ale mam wrażenie, że -izmy mają u nich już całkiem inny kształt. Czy ktoś świadom globalnej wioski wierzy bowiem w anarchizm, czy ktoś wierzy w pacyfizm? Izmy istnieją, ale zmieniły swój kształt. Całe podejście do nich. Kiedyś to wszystko było gorące. Dzisiaj z perspektywy siebie dawnej zdaje mi się bądź co bądź letnie. Wierzy się w coś, niekoniecznie da się za coś zabić. Rozmawia się o czymś, lubi...ale czy naprawdę w to wierzy, gdy wyjdzie się poza internetowe forum? Chyba tego coraz mniej. A może to tylko tak mi się wydaje?

Współczesne nastolatki dalej zaczytują się Schopenhauerem i odkrywają Nietzschego, ale pachnie to inaczej. Noszą koszulkę z Kurtem, jak w piosence Pidżamy, chorują na depresję wieku- ale już całkiem inaczej niż mi. Mam wrażenie, że pewne rzeczy u wielu są o wiele bardziej powierzchowne.
Pamiętam korytarze mojego liceum, gdzie żywe były pewne podziały choćby subkulturowe, muzyka której się słuchało stawała się religią, tak jak wszystkie przyłączone do muzyki izmy. Dzisiaj...czy dzisiaj w ogóle istnieją subkultury? Te ponoć drastycznie zanikają. Nie ma już punków czy metali, są dziewczyny i chłopcy w ich przebraniach. Ale każdy punk ma smartfona i chodzi do kfc.
Subkultury to tylko przebrania, istne ciuchy wdziewane na Hallowen życia. Socjalizacja rozwojowa przebiega inaczej. Wszystko stało się bardziej płynne. Nie ma określonych ram, bo i świat, w przepływie informacji, w dobie „życia w sieci”, przenoszenia tam kontaktów stracił jakiekolwiek ostre kontury. Mój świat, gdy miałam 18 lat był aż za jaskrawy, Dziś, gdy stoję nieco z boku, świat nastolatek, dla nich jaskrawy, dla mnie staje się rozmyty. Ale ile w tym mojego wyobrażenia, mnie, prawie 30 letniej, ile sentyment, ile niezrozumienia po prostu?

Zmieniły się czasy, zmieniły się nastolatki. Nie zmienia się bowiem tylko to, co żyje w nas, nasze wspomnienia, dawne wersje nas samych. I dlatego nastolatka we mnie, choć wiecznie żywa, coraz bardziej gubi się w kontaktach ze współczesnymi „młodszymi siostrami”. Dzieje się to, co było wiecznie nieuniknione. Trochę szkoda. A tak naprawdę...to po prostu naturalne.
Nastolatki nie kochają już Strugackich i ich nie rozumieją. Kiedy przestaną kochać Dostojewskiego?
Kiedy ja przestanę kochać te młodsze, nadal pełne zapału dziewczyny, te niektóre, które ubierają się na czarno i które budzą nieraz w rozmowach na nowo mój idealizm?

Patrzę nieraz na moje starsze koleżanki, te, które mnie nadal uważają za nastolatkę. Na te 50 letnie kobiety, które mówią do mnie „córcia” i uważaj mnie za młodą, szaloną, dają mi prawo tego wieku. Bo dla nich jestem młoda, szalona.
Jak ja będę patrzeć na młode dziewczyny, gdy sama będę miała 50 lat? Czy będę lubiła skoczyć z nimi na drinka?

Mówi się, że przepaść między pokoleniami wraz z postępem technologicznym jest coraz większa. Do naturalnych od wieków konfliktów związanych z przejmowaniem „mądrości życiowej” i zmianą energii zależnej od wieku, dochodzi całkowita, coraz szybsza przemiana obrazu świata.
Czy może ja, 50 letnia, nie będę mogła zupełnie zrozumieć się z szybkim życiem nastolatki, za te kilkadziesiąt lat? Czy całkiem nie zrozumiemy swojego języka?

Bo ja już teraz gubię się nieraz w języku nastolatek, dziewczyn nieraz o 10 lat młodszych. Gubię się nawet trochę w języku studentek, ja, ze starą duszą, ta, która nie ma instagrama ani smartfona.
Gubię się, bo może trochę się starzeję, bo może trochę mam inne wartości, podejście do życia, które sławi przecież prostotę.

Ale wiecie co? Zaczynam się gubić i może niektórych nigdy nie przekonam do Strugackich, których kocham i rozumiem. Ale mimo to, ja lubię swoje młodsze siostry. Wszystkie te dziewczyny, dla których potencjalnie ja mogę być tą starszą i która nauczy pić spirytus na wydechu, a także tą, która opowie, że nawet i śmierć bliskich można przeżyć albo złamane serce...bo ona już to przeżyła.
Lubię młodsze dziewczyny, te, z którymi nie porozmawiam o Strugackich, ale nadal porozmawiam o Dostojewskim, te, które mają już trochę inną energię życiową niż ja, ale z którymi nadal mogę znaleźć wspólny język.
Tak samo jak kocham te 50 letnie kobiety, bo i od nich się uczę, a one ode mnie.

Wiecie, bo może o to w tym wszystkim chodzi, zwłaszcza między kobietami. Nie wiem jak jest u mężczyzn, ale mam wrażenie, że u nas, kobiet, chodzi też o to, żeby się od siebie też trochę wzajemnie uczyć.
Boję się, że to zgubi się w tych szybkich czasach, bo już się zagubiło, ale potrzebujemy tej plemienności. Widzę to po sobie, gdy rozmawiam z młodszymi i starszymi kobietami. Gdy staję się młodszą i starszą siostrą. A to, czy ktoś kocha Strugackich, przestaje mieć znaczenie.
Może dzieli nas wiele. Energia życiowa, życiowa mądrość, dojrzałość, zapał. Ale przecież zawsze możemy się dogadać. Możemy sobie dać tak wiele. I nie warto skupiać się na szczegółach, na antagonizmach. Może warto skupić się na tym co wspólne.

I mam nadzieję, że nawet teraz, w czasie, gdy nie wiem, jak korzysta się ze snapchatu i mam prawie 30 lat, nadal mogę być dobrą starszą siostrą, bo pamiętam nastolatkę we mnie. Mogę dla tych starszych być dobrą młodszą siostrą albo nawet córką, która wprowadza trochę energii do życia i uśmiech, trochę jeszcze szaleństwa, choć bardziej przystępnego, niż to nastoletnie. Mam nadzieję, że nastolatka we mnie nigdy nie umrze, i nawet, gdy będę miała 50 lat nigdy żadnej nie powiem „twoja depresja jest na wyrost, to hormony, dopiero poznasz dorosłe problemy” a przytulę raczej do jeszcze ciepłego, miękkiego ciała i pozwolę się wygadać, zrozumiem to jakoś, bo sama przecież to przeszłam i wiem, że żaden problem nie jest na wyrost, żaden ból, nawet, jeśli pozornie bywa śmieszny dla „dorosłych i mądrzejszych”...a potem nastolatka we mnie znów każe otworzyć kolejną butelkę wódki i zapić z młodszą siostrą, która mogłaby być moją córką smutki, bo przecież nic tak nie pomaga jak wspólne picie i płacz po pijaku. Nawet, jeśli nie jest to mądre i odpowiedzialne.

Mam nadzieję, że po prostu nigdy nie zapomnę jak to jest być młodą, nawet jeśli nie wszystko zrozumiem. Mam nadzieję, że zawsze będę umiała być młodszą, a przede wszystkim starszą siostrą.
Chcę zawsze umieć być starszą siostrą, nawet, jeśli sama kocham Strugackich.

Co będzie? Czas pokaże.  



Zmęczenie się skończyło, a życie się zatrzymało.
Mała siostro, niebo spada, a mnie to nie obchodzi.
Mała siostro, przeznaczenie cię wzywa. 

piątek, 28 października 2016

O nieposkromionej kobiecej seksualności która mówi już zdecydowanie "NIE" antykoncepcji hormonalnej.

Lubię seks.
Zdanie, które nieraz wypowiadane przez kobietę trochę nadal w naszym kraju, naszym świecie prowokuje, trochę nieraz szokuje, bo mamy narzuconą taką a nie inną mentalność wobec kobiecej seksualności, ciągle nosimy w swoim postrzeganiu spadek pewnej opresyjności i demonizowania kobiecego libido.
Ale nie ma co tu ukrywać. Lubię seks. Ba. Ja kocham seks. Uwielbiam. Nie wyobrażam sobie tygodnia bez seksu, jeśli nie wynika to z „siły wyższej” takiej jak jakieś wyjazdowe rozłąki z moim Mężem czy chwilowe choroby. Ba, czasem, obecnie, trudno jest mi sobie wyobrazić co najmniej dwie doby bez seksu.

Uwielbiam więc seks. I wcale, a wcale się tego nie wstydzę. Mówię o nim bez skrępowania, w każdy możliwy sposób. Żartuję bardzo sprośnie i wręcz świńsko z koleżankami w pracy i z Chłopcem, dając orgazmy podczas robienia kolacji. Jestem w tym dobra prawie jak słynna para w filmowej restauracji, jeśli wiecie o co chodzi. Serio, mogłabym zagrać tą scenę.
Mówię o seksie bez skrępowania, o tym, ze go potrzebuję. Mogę rozmawiać godzinami o ludzkiej seksuologii, rodem z podręczników Starowicza i Alicji Długołęckiej. Mogę godzinami dywagować na temat znaczenia kobiecej łechtaczki dla orgazmu, na temat transseksualizmów, różnych filii, ekshibicjonizmu, chorobach, dewiacjach, o seksie tantrycznym, seksie taoistycznym, seksie samym w sobie.
I tak, znam się na rzeczy. Nie mówię, że jestem jakimś ekspertem jak pan Lew- Starowicz, chociaż kiedyś myślałam o zostaniu seksuologiem i z tą myślą zdawałam na psychologię, na którą się (całe szczęście, wiem po latach!) nie dostałam. Znam się na podstawowych statystykach, wiem że kobieta może osiągnąć satysfakcję seksualną bez orgazmu ale orgazm to ważna sprawa, wiem jakie wskazane są pozycje u osób sparaliżowanych i szalenie interesowała mnie nawet rehabilitacja seksualna, o której się u nas nie mówi.
Uprawiam seks i wiem o nim co nieco. I może dlatego seks tak kocham, bo cenię go po prostu jako naturalną dziedzinę ludzkiego życia. Może dlatego kocham seks, bo nigdy nie miałam z nim żadnych problemów. Nigdy nie był dla mnie żadnym tabu.

Od zawsze, odkąd pamiętam, seks był dla mnie po prostu czymś naturalnym. Tak samo jak wszystko inne dookoła mnie, był po prostu częścią życia. Nigdy w domu nie miałam dobrego wzorca, moi rodzice nie uprawiali seksu, bo przecież, żyli w separacji, ojciec był gwałtownym alkoholikiem i, nawet, jak po latach się dowiedziałam, byłam dzieckiem z gwałtu małżeńskiego. W teorii nie powinno to dobrze rokować mojemu życiu seksualnemu, seksualnej samoświadomości a jednak...nie przeszkodziło. Może dlatego, że dowiedziałam się o tym będąc już dorosłą kobietą.
Bo oprócz tego...w moim domu seks nie był tabu. Moja matka, wierząca, ale mądrze wierząca, nigdy nie wmawiała mi, że dzieci biorą się z kapusty ani że przynosi je bocian, nigdy nie mówiła mi i mojej siostrze, że nasze ciało to siedlisko zła, a to co robi dwoje ludzi czy na ekranie telewizora czy w innych miejscach to grzech. Nie przypominam sobie, żeby w moim dom straszono piekłem, seks nie był tematem tabu, ale i nie mówiono o nim zbyt wiele. Ot, był, naturalny w pewnej prostocie. Nikt nie robił z tego ani misterium ani siedliska szatana.

Nawet, gdy jako dziewczynka zaczęłam dotykać swoich narządów rodnych, sprawiało mi to pewną przyjemność ( tak, dzieciom sprawia to przyjemność...przypominacie sobie?) nigdy nie zostałam za to skrzyczana, mama jedynie powiedziała mi, że nie mam robić tego przy ludziach, i że nie mam pozwolić, żeby jacyś źli panowie się do mnie dobierali. Chociaż, na wsi, mało kto myślał o złych panach – i może niesłusznie. Moja przyjaciółka z dzieciństwa była molestowana. Ja miałam to szczęście, że mnie to ominęło i moja seksualność zaczęła bujnie, zdrowo się rozwijać. Trochę też pod okiem mojej starszej siostry, która z pewną lubością tłumaczyła mi to i owo i której towarzyszyłam na randkach ze starszymi od niej chłopakami.

Zaczęłam więc dorastać, całkiem naturalny był mój pierwszy okres, moje rozwijające się, malutkie, ale jednak rosnące piersi. Przyjemne stały się dla mnie spojrzenia chłopaków, wiodące za mną na ulicy. Miałam 12 lat i już wiedziałam, że chcę uprawiać seks. I wcale się tego nie bałam. Nie robiłam też z myśli o swoim pierwszym razie jakiegoś misterium. Chciałam poznawać swoje ciało, wiedziałam już jaką rozkoszą to pachnie, bo przecież swoje pierwsze orgazmy, sama ze sobą, miałam przerobione. Mało co cieszyło mnie jak właśnie moja gotowość do „stania się kobietą”, tego jednorazowego stania się nią, mimo że moje ciało było już kobietą co miesiąc i dawało mi o tym znać za pomocą krwi.

Długo nie czekałam. Tak naprawdę dziewictwo straciłam w wieku 14 lat, chwilę przed 15 urodzinami. Z mężczyzną o wiele lat starszym, czułym Białorusinem, który grał mi cudowne dumki na gitarze i pisał cudowne wiersze. Na swój szczenięcy sposób go kochałam, pociągał mnie, mimo że sam był...co najmniej niedoświadczony, chociaż 8 lat starszy. Oboje nieporadni, ja bardziej nawet opętana pożądaniem, poradziliśmy sobie z tym co najmniej dobrze. Mój pierwszy raz też nie zostawił mi żadnych psychicznych blizn. I nawet, miałam to szczęście, nic mnie nie bolało. Prawie nic. Było...fajnie. Ekscytująco. On, mimo że nieporadny, niedoświadczony, był cholernie czuły, zaangażowany i patrzył na mnie z wielką miłością i podnieceniem. Idealny facet na pierwszy raz. Dzisiaj myślę sobie, że powinnam go znaleźć i napisać mu kartkę z podziękowaniem za cudowne rozdziewiczenie, dzięki któremu też moje życie seksualne rozpędziło się i jest nad wyraz udane.

Rzecz jasna, dość szybko po tym się rozstaliśmy, mój Białorusin wracał do swojego kraju, a ja nie opłakiwałam go zbyt długo. Zaczęłam zgłębiać świat uczuć i seksu, z wielkim zapałem, bez skrępowania, beż żadnego tabu. Nie sądziłam nawet, że powinnam go mieć. Idąc do łóżka z kimś, kto mnie po prostu pociągał, nie myślałam nigdy o tym „że nie powinnam być łatwa”, o tym „co sobie o mnie pomyślą”. Seks był dla mnie naturalną, radosną zabawą, z której obie strony powinny czerpać satysfakcję. Jedyne rzeczy, których pilnowałam to by nie zajść w ciążę i nie zarazić się czymś, dlatego zawsze, nawet najbardziej pijana, zabezpieczałam się za pomocą klasycznych prezerwatyw, nawet w najmniej klasycznych stosunkach.

Seks był radością, odkrywałam coraz więcej swoich preferencji, już jako nastolatka, po roku, półtora od „pierwszego razu” regularnie przeżywałam orgazmy z mężczyznami. Nie miałam z tym problemu, jak wiele kobiet. Prawdopodobnie, przez brak oporów psychicznych, podejście bez tabu grzmiącego głosami szatana ale też, co możliwe, przez swoją budowę. Los prawdopodobnie obdarzył mnie niewymownym szczęściem posiadania nad wyraz rozgałęzionej łechtaczki, narzędzia kobiecej rozkoszy, tak, że nieraz wystarczyło mi tylko „wsadzić” a mi już robiło się dobrze. Nie mogłam na to narzekać.
Przez 4 lata od kiedy odkryłam z cudownym, czułym Białorusinem jak to jest uprawiać seks zgłębiłam wiele jego tajników. Seks z kobietą, seks z mężczyzną obrzezanym z Libanu, seks z Kubańczykiem, seks z facetem jeżdżącym na wózku, seks przygodny na festiwalu muzycznym, seks w lesie, na podłogach, w autach, windach, łóżkach, w pozycji klasycznej, wiązanie, lekkie bdsm, zabawy z topiącym się woskiem, przebieranki...

Nie bawiłam się nigdy w dokładne określanie swojej orientacji, seks z kobietami też sprawiał mi przyjemność, mimo że zawsze pociągało mnie bardziej męskie ciało i wspaniałe penisy, które uwielbiam. Nigdy nie bawiłam się w wielkie analizowanie, czy kocham seks i uprawiam go bo takie mam libido, czy moje pożądanie to efekt złej relacji z ojcem, czy może...bla, bla, bla. Po prostu lubiłam seks od zawsze, był on nieodłączną częścią mnie, mojej kobiecości i koniec kropka. Chciałam go uprawiać, chciałam czuć rozkosz i to robiłam. Bez nadmiernego analizowania i tabu, dorabiania do tego ideologii feministycznych, łamania patriarchatu, socjologicznych, psychologicznych.
Seks jest dla ludzi, ja jestem człowiekiem, lubię go, więc to robię. Koniec kropka.

Spróbowałam wiele. Pchała mnie do tego ciekawość i moje wiecznie głodne doświadczeń i rozkoszy ciało. Nieraz wchodziłam w związki, krótkie, przelotne, zdawało mi się, że to uczucie, ale to było głównie pożądanie.
Seks był dla mnie formą nie tyle jakiegoś misterium, co radosnej zabawy jak na samym początku, wesołą rozkoszą, którą można dzielić. Seks był sposobem na poznanie człowieka i samej siebie, pokazaniem komuś sympatii, pełnej akceptacji. Do dzisiaj w pewien sposób tak na niego patrzę.

W pewien sposób, bo mając 18 lat poznałam mojego Męża, z którym odkryłam też, jak smakuje seks prowokowany nie tylko pożądaniem, ale i prawdziwą miłością. Odkryłam pewne emocjonalne misterium i...cholera, spodobało mi się. Do dzisiaj w swoim związku łączymy to, nieraz seks to szybki numerek w kuchni, zdarcie ze mnie spodni i krótkie, 5 minutowe zaspokojenie pożądania, a nieraz to długie, całonocne miłosne uniesienia połączone z wpatrywaniem się sobie w oczy i szeptanie miłosnych wyznań.

Kocham seks, choć już teraz głównie z jedną osobą ( głównie bo cóż...bawiliśmy się w trójkąty), tak jak kochałam go przedtem. Jako coś naturalnego, niezbywalnego, ważnego w moim życiu. Kocham ten pospieszny, ten w lesie, na kanapie, w łóżku, w dziwnych pozycjach, jak i ten 15 minutowy przed snem, kiedy oboje jesteśmy zmęczeni.

Kocham seks, kocham go uprawiać. Choć...przez jakiś czas moje libido drastycznie spadło.
Miałam już stałego partnera, z którym przez pierwsze dwa lata związku praktycznie nie wychodziłam z łóżka. Tak, z moim Mężem, równie doświadczonym jak ja w tej materii potrafiliśmy spędzić cały weekend w wyrze, prawie nie jedząc i nie śpiąc, kończąc z otarciami na udach i w miejscach intymnych, bo nie mogliśmy się wręcz od siebie oderwać.
Każda powierzchnia płaska i pionowa musiała zostać przez nas zdobyta, o każdej porze dnia i nocy. Kolejne eksperymenty z sobą, moje głośne orgazmy, które wręcz wyśpiewywałam z rozkoszą. Mała śmierć za dnia i nocy. Sposób na okazywanie sobie uczucia, coś, co odkrywałam i co sprawiało mi coraz większą radość.
Jedyne, czego bałam się w związku z seksem to zajście w ciążę. Nawet, gdy myślałam jeszcze, że chcę mieć dzieci...ta wizja mnie przerażała. Od razu myślałam o aborcji, zdobywaniu na nią pieniędzy albo ewentualnym wyjeździe do Niemiec w tym celu.

Bałam się ciąży i do tego zaczęłam mieć problemy hormonalne. Problemy z tarczycą, przez które strasznie przytyłam, jeden nieczynny jajnik, brak okresu nieraz i przez 3 miesiące. W końcu zaczęłam więc stosować antykoncepcję hormonalną, ot, zwykłe pigułeczki, a potem krążek dopochwowy nasączony estrogenem.
Kilka lat używania. A moje libido...zaczęło spadać.
Myślałam, to normalne, w końcu przecież jesteśmy ze sobą już tyle lat. Być może to naturalne, że pożądanie między partnerami spada, nikt chyba nie uprawia seksu codziennie, będąc ze sobą kilka lat. Ilość naszych stosunków spadła więc, do kilku w tygodniu. 2,3 razy i starczyło, głównie mi, bo w końcu, mój Mąż nie przestał być seksmaszyną, która dostaje erekcji na samo hasło seks. Ale przywykł, że moje libido spadło.

W końcu kobiece libido to rzecz nieodgadniona, która podlega stałym fluktuacją. Wielu seksuologów pisało o nim wielostronicowe rozprawy, dochodząc do jednego, podstawowego wniosku- nie ma tu reguły. Kobieta może przez wiele lat nie mieć w ogóle ochoty na seks, po czym staje się istną, niezaspokojoną wiecznie nimfomanką. Kobieta zależna jest od fluktuacji hormonów, także nawet w ciągu miesiąca jej libido szaleje, nieraz jego wykres szczytuje jak podejście na Everest, kiedy indziej spada w dól jak Rów Mariański. Znam to, moje panie, prawda? Najpierw owulacja, potem pms...i tak w kółko.
W każdym razie, kobiece libido i kobieca seksualność są niezgłębione jak sama kobiecość. Nic dziwnego, że mężczyźni aż się jej bali i wymyślili tyle opresyjnych religii, w których to kobiece łono jest narzędziem szatana, źródłem grzechu i wszelkich plag, czego dowodem jest rzecz jasna nasze comiesięczne krwawienie. Ale mniejsza o patriarchat, wszelki społeczny kanon i narzucanie jakiegoś tabu.

Fakt faktem był taki, że przez jakiś czas...po prostu nie chciało mi się bzykać. Starość, myślałam. Może naprawdę się sobą jakoś znudziliśmy?
Wiem, że seks 2-3 razy w tygodniu jest normą statystyczną, nie powinniśmy na to narzekać ale...to my potrafiliśmy rzucać się na siebie w najmniej spodziewanych momentach. Może to rutyna, myślałam, może naprawdę z wiekiem jakaś fascynacja seksem mija, jest po prostu miło, przeżywa się dalej rozkosz, ale nie ma już tego „szału”?
No nic, w życiu są ważniejsze rzeczy, seks dalej jest przyjemnym dodatkiem, z wiekiem coraz mniej finezyjny albo i mniej zwierzęcy.
Na pewno to nie była kwestia tego, że zaczęłam wstydzić się swojego ciała, bo sporo przytyłam. Nadal potrafiłam bez żadnego problemu rozebrać się nawet przy osobie, którą widziałam pierwszy raz na oczy i naprawdę, nie sądziłam, że moje nieogolone nogi czy celulit mogą mojemu mężowi przeszkadzać. Dalej chodziłam nago po domu, nadal się kochaliśmy, czy to przy zapalonym czy zgaszonym świetle...ale przestałam czuć pewien głód.

Cóż, libido nastolatki nie utrzymuje się wiecznie, to nastolatki jarają się seksem, jak ktoś niedawno stwierdził...nastolatki i na nowo- ja.

Jakimż to cudem, zapytacie?
Okazało się, że to nie kwestia rutyny i znudzenia ciałem mojego Męża, nie żadna wypalona namiętność. To nie kwestia wieku.
Okazało się, że to kwestia...hormonów.

W czerwcu mianowicie odstawiłam antykoncepcję hormonalną. Nie, nie dlatego, żeby zajść w ciążę, tego nadal nie chcę i nigdy nie zechcę. Trochę z przypadku, a trochę w formie eksperymentu. Otóż kończyła mi się recepta na leki, do ginekologa było mi jakoś nie po drodze, zresztą mój endokrynolog już jakiś czas temu mi powiedział, że warto ostawić na jakiś czas antykoncepcje hormonalną i zobaczyć, jakie będę miała wyniki krwi, jak będę się czuł. Tak też oto, nie poszłam do ginekologa jak zawsze po koleją receptę, odstawiłam leki, krążek, który ma i tak najmniejszą ilość hormonów na rynku i ...stał się cud!

Znowu chce mi się bzykać! Moje libido poszybowało w górę jak...jak za dawnych czasów. Znowu czuję głód. Znowu czuję znajome napięcie w podbrzuszu i nie tylko lubię seks, kocham seks, ale najzwyczajniej w świecie....znowu go potrzebuję!
I, jak za dawnych czasów, gdy tylko mamy wolny dzień razem z Mężem potrafimy testować i testować, w różnych pozycjach, w różny sposób, wszelkie powierzchnie pionowe i płaskie. Raz dziennie? Pff! Nam zdarza się i 10 razy w ciągu wspólnego weekendu i to jeszcze mało, ale po prostu już...wszystko zaczyna boleć. Ostatnio tak nie mogliśmy się sobie oprzeć, gdy pojechaliśmy do jego rodziców, i gdy tylko na chwilę wyskoczyli po zakupy, zdobyliśmy ich nową kanapę w 10 minut.
4 dni rozłąki z Mężem, gdy jechał na delegację, było nie do pomyślenia. Doprawdy, bolały mnie już własne palce od zabawiania się sama ze sobą, bo co miałam zrobić? Możecie sobie wyobrazić, co się działo, gdy wrócił z wyjazdu. Od progu rzuciliśmy się na siebie niczym wygłodniałe zwierzęta.

8 lat w związku, Znamy swoje ciała na pamięć i...nie możemy się sobie oprzeć. Okazało się, że to nie żadna rutyna, żadne zmęczenie materiału, wypalenie namiętności a...brak naturalnych hormonów.
I nawet czuję się lepiej. Doprawdy, nie zaważyłam, że zażywanie antykoncepcji, przez ostatnie lata tak na mnie działało. Mam więcej energii, moje ciało przestało zatrzymywać wodę i nie jest już tak miękkie i ciastowate. I nawet, według Męża, inaczej pachnę. Zaczęli się znów oglądać za mną przypadkowi faceci, zapraszać na kawę.
I tak, odzyskałam swoją dziką, nieposkromioną seksualność. Z tego cieszę się najbardziej i jak sądzę...mój Mąż pewnie też.

I nie chodzi o to, że miałam źle dobraną dawkę hormonów. Mam naprawdę dobrego ginekologa, który zawsze wykonuje wszystkie potrzebne badania. Po prostu, hormony są fajne, pewne jako antykoncepcja ale...co natura, to natura.
Rzecz, której nie dałam sobie przetłumaczyć, przy której się upierałam...a teraz, okazuje się, że sztucznie podawane hormony, moja zatrzymana, prawdziwa owulacja...że to wszystko mi nie służyło.

Nie, nie myślcie, że mam coś przeciwko antykoncepcji hormonalnej. Nadal uważam, że to jeden z największych wynalazków ludzkości, nadal błogosławię pigułkę za rewolucję i wyzwolenie kobiecej seksualności, bo jakby nie patrzeć, do tego się przyczyniła. Nadal uważam że to nieraz niezbędne lekarstwo, najbezpieczniejszy środek antykoncepcyjny ( nie znoszę gumek, tak w ogóle) ale...nie jest dla mnie.
Od czerwca nie biorę hormonów płciowych ( bo do końca życia i tak będę musiała brać hormony tarczycy, ale to inna sprawa) i czuję się znakomicie. I jeśli nie będę musiała ich brać leczniczo to...nie sięgnę już po tą formę antykoncepcji. Ba. Nawet mój Mąż mi nie pozwoli, bo widzi, że bez nich jestem...bardziej pełna życia. Szczęśliwsza.

Kilka lat temu moja pani ginekolog wręcz kazała mi brać sztuczne hormony przy mojej niestabilnej tarczycy ale teraz, gdy ta jest trochę opanowana...to chyba najwyższa pora, żeby wrócić do natury. Zresztą, nie od dziś wiadomo, że co naturalne jednak, póki nie jest chore..jest lepsze.

Niedawno, czytając książkę pana Starowicza, dowiedziałam się nawet, że właśnie najpoważniejszym skutkiem ubocznym pigułki jest właśnie nie problem z minimalnie zwiększonym ryzykiem raka piersi ( ale pigułka zmniejsza ryzyko raka jajnika i macicy, o czym warto pamiętać), problem z zakrzepicą żył jako skutkiem ubocznym a...problem ze spadkiem kobiecego libido.

O ile pigułka pozwoliła nam uprawiać seks tam, gdzie chcemy, jak chcemy, z kim chcemy i nie martwić się o ciążę to tym samym....pozbawiła nas ochoty na seks. Straszliwy paradoks, który trochę trudno przeskoczyć. Pozbawione naturalnego cyklu, naturalnej fluktuacji, szybowania estrogenu i progesteron zgodnie z Księżycem, mające ten sam poziom hormonów w ciągu miesiąca niczym samiec...przestajemy być kobietami. Nie chce nam się kochać.
Być może, nie na każdą kobietę tak to działa, być może istnieją szczęściary, które mogą brać pigułeczki i nadal czują ten potężny głód seksualny a nie, jak ja, spadają do kategorii „kocham seks ale w sumie...”- takim można zazdrościć. Ale o ile rozmawiam ze znajomymi dziewczynami, które również stosują antykoncepcję hormonalną- u wszystkich po jakimś czasie zaczyna się ten problem. Lubią seks, ale nie mają aż takiej potrzeby, by go uprawiać. Przestają być głodne tych wspaniałych męskich członków w sobie. Przestają być głodne i z wilgotnych stają się...jakby wysuszone. Wypalone. Co gorsza, niektóre przyznają że...zaczynają mieć problemy z orgazmem.
Potwierdza to zresztą prof. Starowicz i inni seksuolodzy- część kobiet, które przyjmują hormony, zaczynają mieć problem nie tylko z apetytem na seks, ale i z osiąganiem satysfakcji seksualnej. Z jednej strony brzmi to dziwnie, bo co mają hormony do mechanizmu osiągania rozkoszy ale...okazuje się, że mają wszystko. Bo choćby taka owulacja. Wszystko, całe narządy mamy wtedy przez hormonalne sterowanie przekrwione. W ogóle, nasze naturalne hormony powodują, że nasza błona śluzowa i „tych okolic” jest bardziej ukrwiona, elastyczna i...wilgotna. Poza tym, jak szczytować, kiedy w sumie uprawiamy seks, same nie wiedząc, czy nam się chce? Żadna przyjemność, jeść bez głodu, prawda, moje panie?

Zatem, pigułka antykoncepcyjna, jak mam wrażenie, stała się naszym wyzwoleniem...ale i dla wielu pań pewnym piekłem. Wyzwoliła naszą seksualność, jednocześnie tępiąc nasze seksualne kły, które naturalnie zmieniają długość w ciągu miesiąca. Ujarzmiona seksualna bestia...przestaje być bestią. I co my mamy z tym zrobić?

Cóż. Jednoznacznej odpowiedzi tutaj nie ma. Jak mówię, antykoncepcja hormonalna ma wiele plusów, to świetna sprawa, daje pewność i nie każdej z nas libido i osiąganie orgazmu zapewne zaburza. Ja do tych szczęściar nie należę- i mówi się trudno. Znajduję na szczęście inne rozwiązania antykoncepcyjne ( o tym może kiedyś napiszę, bo to trochę sekret) jako że my nigdy nie chcemy mieć dzieci ale...wiem jedno. Do hormonów nie wrócę. Ja nie.
A o sobie samej każda musi decydować, bo...tylko my same znamy swoje ciała. Swoje potrzeby, które, jak się okazuje, po moim przykładzie...trzeba dość uważnie obserwować.

Obecnie, ja chcę się cieszyć swoją kobiecością, naturalną, nieregulowaną przez przyjmowaną codziennie pigułkę albo krążek włożony na 21 dni do pochwy. Chcę się cieszyć swoim ciałem, które po prostu czuje się lepiej i...chcę się znowu cieszyć seksem.
Chcę się kochać, rżnąć, pieprzyć, bzykać, uprawiać miłość, dać się ponosić namiętności, przeżywać setki małych śmierci w rozkoszy. Pionowo, poziomo, na stole, na łóżku, na pralce. Chcę gryźć, drapać, ssać, kąsać, całować, lizać, pieścić, łaskotać, przyduszać, ciągnąć, szarpać. Chcę być jak nieujarzmione wynalazkami ludzkości dzikie zwierzę.

Seksualne zwierzę, kobiece zwierzę pełne wilgotnych i ciepłych miejsc. Takie, jakim natura mnie stworzyła.

I na koniec, nieśmiertelne Closer zespołu Nine inch nails. Bo żadna piosenka tak dobrze nie oddaje mojego podejścia do seksu, jak ta. A co!



Niszczysz mój rozsądek
Czuję zapach twojej płci
Czynisz mnie idealnym
Pomóż mi stać się kimś innym

Chcę cię pieprzyć jak zwierzę
Chcę cię poczuć od środka
Chcę cię pieprzyć jak zwierzę
Moja cała egzystencja jest wadliwa

A ty przybliżasz mnie do Boga

wtorek, 25 października 2016

O ranie i bólu fantomowym, który uczy chodzić, czyli nocne rozmowy pachnące przeszłością.

SZTUCZNEJ NOGI NIE ZMUSISZ DO WSPÓŁPRACY, JEŚLI NIE MASZ FANTOMOWEJ NOGI, KTÓRA CIĘ PIEKIELNIE BOLI.

Wysłałam mu te słowa w środku nocy.  Nie mogły przejść bez echa, jak i inne napisane w mailu, które tak się kojarzyły po przeczytaniu pewnej książki. Te słowa i wiele innych. Te, tak pasujące do niego, jak to nikogo innego.
Motto które mogłoby być mottem i jego życia.
A może i naszego?

Skończyłam czytać o 23, siedząc w bezpiecznym domu swojej matki, na kanapie, skulona pod kołdrą. Musiałam skończyć czytać, musiałam wiedzieć, czy tych dwoje będzie razem. kolejna przepowiednia, jak z nią się śmiałyśmy, bo w trakcie czytania to jej opowiadałam smsami o wszystkim, wysyłam cytaty. Musiałam wysłać mu maila w nocy, w którym pisałam o książce. I o wszystkim innym, co mnie tego dnia otaczało. Musiałam znów przypomnieć mu o swoim śnie, w którym widać było, jak bardzo za nim tęsknię. Bo przecież tęsknię. I książka też mi to uświadomiła. Za tą jego szorstką, ale i w pełni emocjonalną osobowością gdzieś bliżej. A nie w innym kraju, całkiem na północy.

Musiałam skończyć czytać tą książkę, choć oczy mnie już powoli bolały, choć chciało mi się już spać, bo przecież moje własne szaleństwo znów wycieńczyło moje ciało. A może trochę i duszę, choć tylko trochę, bo jasna kula pod sercem pali się cały czas aż jaskrawym tej jesieni światłem.

Bohater powieści, oustsider i niebezpieczny drapieżnik, mimo tylu różnic tak przecież kojarzył się z nim. Trudna relacja z rodzicami, wypadek. Mimo, że bohater nie miał fobii społecznej, nie spędził tylu lat zamknięty w jednym pokoju jak mój A. ... mimo to, wszystko się kojarzyło.
I ona, nieśmiała i naiwna, wcale nie była podobna do niej. Ale ich uczucie, wyjaskrawione, na wyrost stworzone w wyobraźni, dziwna zwierzęca namiętność, jedno spotkanie i tyle dopowiedzeń. I tylko jedno spotkanie po latach, które dalej kazało być samotnymi.
Nie mogłam nie skojarzyć. Nie mogłam nie napisać, najpierw do niej, ze śmiechem. Potem do niego, z pewną powagą, bo z nim zawsze rozmawia się inaczej, zabawnie ale i zawsze otwarcie, bez aluzji. On i tak wyłapuje wszystko, co siedzi w mojej duszy. Tak jak ja w jego. Znamy się. Tak mało, a tak bardzo. Znamy się.
Znamy się, mówiłam jak pewna alkoholiczka z mojej pracy, tak jak mówi wtedy, gdy za dużo wypiła i chce udowodnić całemu światu, że jest trzeźwa.
On mnie zna, mówiłam parę dni temu, kiedy było mi głupio, że pijana dzwoniłam do niego w środku nocy, żeby odgrzebać stare rany, ja, która najmniej ze wszystkich powinnam to robić.
Ty mnie znasz, mówiłam, kiedy rozmawialiśmy rano, kiedy było mi głupio i wstyd, a on tylko śmiał się z pewną czułością, tym swoim chropowatym śmiechem. Masz rację, mówił. Ja ciebie znam.

Musiałam więc i jemu napisać o wszystkim. Bo on mnie zna. I jakby więcej rozumie. Mimo wszystko, on więcej rozumie.
Dzień był pełen znaków, tam gdzie człowiek się ich nie spodziewał ani trochę, w głupich programach, w mądrych książkach, dzień słonecznej jesieni, która aż śpiewała za oknem, wołała, by w nią wejść, by skorzystać z ostatnich takich promieni słońca. Jesień pełna skojarzeń, mówiących o tym, co dwa lata temu, o złamanych sercach, które teraz łamią cudze. Jesień pełna skojarzeń, tych co rok temu, tych mówiących o moim płaczu i o tym, jak to ja, złamana, w nim odnalazłam siłę w jakiś przedziwny sposób, a on odnalazł moje słabości i przez to nieraz zaczął mówić do mnie "dziecinko".

Jesień, moja ukochana pora. Kiedy wszystko zamiera, a tak naprawdę udaje się na spoczynek. Czas pełen melancholii, w którym odnajduje się najwięcej wspomnień, tych bolesnych przede wszystkim, tych, które są jak bóle fantomowe, ale i czas, w którym te wspomnienia się oswaja, przenosi do czasu byłego, tam, gdzie powinny należeć. W tym czasie się nie rośnie, w tym czasie wszystko się koi, schodzi do podziemi jak córka Demeter, Persefona, która i tam znalazła przecież szczęście.

Jesienne noce, jesienne rozmowy.
Jesienne książki, pełne dziwacznych skojarzeń.

Nie mogłam więc nie napisać, długiego, długiego maila, leżąc w łóżku, w pokoju, w domu, który należy do mnie od dziecka, w którym dorastałam. Domu, do którego on zapewne już nigdy nie przyjedzie, mimo że zabieram tu od czasu do czasu wszystkich ludzi, których kocham.
Ale jego tu nie wezmę, mimo że go kocham, bo kocham go jak przyjaciela już, brata, ale mamy za sobą dziwną historię, historię trójkąta, a może nawet czworokąta miłosnego, w którym on okazał się przegranym, a może i wygranym, będąc dziwnym wspomnieniem, którego nie można ukoić.
Którego dziwacznie nie umie ukoić mój Mąż, który jest dla mnie domem, tym prawdziwym.
Którego mimo wszystko nie może ukoić ona.
A ja...co my mamy za sobą?

Niepokojąca, niebezpieczna osobowość, jak w tej książce. Tak, to o nim.
O nim, chociaż ja jak mało kto tą osobowość znam i tą osobowość oswoiłam. Bo my się znamy. I czasem znamy się aż za bardzo, myśli jednego przenikają drugie, uświadamiają to, do czego sami przed sobą nieraz nie chcemy się przyznać.

I tym razem mnie zaskoczył, gdy zamiast odpisać na maila, po prostu zadzwonił. Zasypiałam już w swoim dziecięcym pokoju, w najbezpieczniejszym domu pod słońcem, gdy zobaczyłam dzwoniący telefon. I ten dziwny, długi, niemiecki numer, którego mój telefon nie chce zapisać.
-A? - zapytałam już zaspanym głosem.
-Dostałem właśnie maila od ciebie.
-I czemu dzwonisz, zamiast odpisać?
-Nie wiem, jakoś chciałem cię usłyszeć. Jakoś tak wiesz, ostatnio tak wyszło, że więcej rozmawiamy w ten sposób...
Zawiesił głos, jak to on. Tak, nie musi dopowiadać, wszystko wiem.

Tak, jakoś tak wyszło. Przez moje pijackie akcje, bo może po prostu tęsknimy, gdy on mieszka w innym kraju, gdy już się ożenił z kobietą, której imienia nie mogę zapamiętać i którą uparcie nazywam ksywą od nazwy jej kraju.
Bo tęsknimy za sobą, tą dziwną tęsknotą, mimo że przedtem w ogóle siebie nie potrzebowaliśmy, mimo że mogliśmy nie odzywać się do siebie parę lat. Może to wszystko dlatego, że w końcu skończyły się niedopowiedzenia, może to dlatego, że zeszły rok wszystko wyjaśnił przy dziwnych wybuchach jakiejś podskórnej, nigdy nie zaznanej emocjonalności i namiętność w tej historii, która podjęła ostateczne decyzje. Może dlatego, że pewne tęsknoty okazały się ułudami i się wypaliły, zostały przekute w inne. Tak, może dlatego za sobą tęsknimy, bo potrzebuję go jak przyjaciela, a on mnie już jako przyjaciółki, mimo że on zawsze mnie kochał, a ja w momencie zwątpienia w mojego męża miałam przez moment tylko takie wrażenie. Tęsknimy bo jesteśmy przyjaciółmi, nie boję się tego słowa, bo tak już jest naprawdę, mimo że dawne historie czasem wychodzą. I wychodzą niechcący. Jak przy jesiennej aurze, bo teraz wszystko na nowo się układa.
Wychodzi i układa, przez jesienne książki i szczere nocne rozmowy. Tyle nam wystarczy.

Ja zaspana, on całkiem rozbudzony, w innych miastach, w innych krajach, w innych łóżkach. Ja w łóżku, przepraszam, a on na swoim balkonie, z papierosem w ręku, ze szklanką mocnej herbaty.

-Czytałeś mój sen?
-Tak, nawet ci przecież odpowiedziałem. Wiesz, że gdyby cokolwiek się stało, to od razu bym przyjechał, od razu wsiadłbym w samochód, gdybym był tylko potrzebny...
-Wiem, nie musiałam pytać- roześmiałam się. Bo nie musiałam. Wiem, że gdybym go naprawdę potrzebowała, rzuciłby wszystko. Tak jak mimo wszystko, chyba ja dla niego.
-Właśnie, Frido. - rzucił nagle, przerywając mój śmiech. Jakby właśnie coś przyszło mu na myśl, albo raczej, znając jego, jakby to było już zaplanowane, jakby sobie wcześniej ułożył scenariusz, ale chciał wprowadzić to zastanowienie, to napięcie do rozmowy. Wyobraziłam sobie te jego ściągnięte brwi, zmarszczkę pomiędzy nimi, jak wtedy, kiedy przechodzi do czegoś ważnego.
-Tak?
-Dla ciebie bym rzucił. Gdybyś tylko mnie potrzebowała. A dla kogoś innego niekoniecznie. 
-Do czego zmierzasz?- znam go. Wiedziałam, że nie powiedział tego ot tak, po prostu. Na tle ostatnich zdarzeń, rozmów, moich głupich pomysłów. Na tle moich pijackich rozmów, nie z nim. A z nią, o nim. Wiedziałam, do czego to zmierza, ale może nie chciałam wiedzieć.
Ot, jesień. Wracamy do jesiennych porządków wewnętrznych, bo na zewnątrz sprzątaliśmy wiosną.

-Mam wrażenie, że trochę udajesz, Frida. A raczej, że sobie wmawiasz pewne rzeczy, odpychając dawne. 
-O co ci chodzi?
-Znam tą książkę, Frido. Znam ją. Te cytaty. 
-Och, nie wiedziałam że...
-I wiesz. Ja mam wrażenie, że ty znalazłaś w pewien sposób zastępstwo. Zawsze jeśli o kimś bym pomyślał przy pewnych fragmentach to raczej...byłaś ty. Bo my mamy za sobą historię. A mam wrażenie, że ją spychasz na dalszy plan. My mamy za sobą większą historię. Czasem mam wrażenie, że o tym zapomniałaś. Chcesz zapomnieć, skupiając się na czymś innym, świeższym, co tak naprawdę ciebie nie dotyczy , nie powinno cię dotyczyć i...mam wrażenie, że chcesz sobie, jej, mi wmówić, że to jest silniejsze, ważniejsze. A tak nie jest Frido. Tak jakbyś też nie chciała jej o tym wszystkim mówić, uświadamiać jej...A tak naprawdę, my mamy za sobą historię. I prędzej to z tobą by się skończyło jak w tej książce, a nie z kim innym. 
-A., o czym ty, ja...
-Posłuchaj mnie przez chwilę- powiedział ze spokojem. Kiedyś potrafił mi tak tylko przerwać w nerwach. Jak on się zmienił, pomyślałam. Jak on dojrzał. Jak on potrafi ze mną rozmawiać już...bez tych emocji, bez szarpania, bez...- Posłuchaj. Mam wrażenie, że próbujesz sobie, mi, jej wmówić, że czegoś nie było. A to ciebie przez tyle lat kochałem. I ciebie naprawdę kochałem, nie jakąś mrzonkę. Z tobą się spotykałem, na ciebie czekałem, ty mnie wyciągnęłaś z tego bagna, z fobii, zmieniłaś moje życie i zadałaś mi największy ból w życiu. 

Słuchałam go. Słuchałam, ale nie mogłam nic powiedzieć, bo do oczu zaczęły wzbierać mi łzy. To to, o czym nieraz naprawdę nie chcę myśleć. I on o tym wie.

-Znalazłaś sobie temat zastępczy, co? Ale o ile i tu pisałem wiersze, teksty...Jeny, Frida. Tylko ty wiesz, a może nawet nie masz pojęcia, ile lat pisałem z myślą o tobie, ile o tobie jest wierszy. I tobie potrafiłem je pokazać. To przy tym wygląda jak jakaś zabawa. I wiesz, tak sobie pomyślałem po tym jak dzwoniłaś do mnie pijana parę dni temu...że ty to spychasz. A ja tego nie chcę. 
-Czego nie chcesz, A.? - udało mi się zapytać cicho, gdy otulałam się szczelniej kołdrą, która jakby miała mnie przed tym wszystkim ochronić.
-Nie chcę, żebyś to marginalizowała, trywializowała. Skupiała się tylko na tym, co było między mną a nią, bo to nic w porównaniu z tym...jeny, Frida. Po prostu, kochałem ciebie jak wariat, to nadal jakoś gdzieś istnieje, we mnie w tobie ta wiedza, no nie? To na ciebie potrafiłbym czekać tyle lat, zresztą, czekałem, póki nie zrozumiałem tak naprawdę, w tamtym roku, że zawsze, zawsze będziesz kochała swojego męża, zawsze do niego wrócisz, póki on żyje....Frida, zrozum. Ja nie chcę, żebyś to, że ja miałem do kogoś jakiś sentyment, kogoś w jakiś inny sposób kochałem, traktowała, jakby to było ważniejsze...
-A, ja nie...
-Daj mi dokończyć. Tak sobie o tym myślałem po prostu, teraz z tą książką. W pewien sposób...ty zrównałaś pewne rzeczy i mam wrażenie, że po to, żeby może i jakoś wyleczyć swoje wyrzuty sumienia. Bo nie oszukasz mnie, ja wiem, że ty masz wyrzuty sumienia, ale jednocześnie mnie kochasz, tak po prostu, jako przyjaciela już, chociaż był moment....no nieważne, było co było. Ale dlatego może masz wyrzuty sumienia. I tak sobie pomyślałem, że nie chcę, żebyś to robiła. Bo chcę, żebyś wiedziała, jak dla mnie ważna byłaś, jesteś, będziesz. 
-Nie wiem czy powinniśmy do tego wracać.
-Sama wróciłaś jakoś, no nie? Coś w tobie to zrobiło, Frida, ja cię znam. I chcę żebyś wiedziała...Nie chodzi o to, że nie chcę z tobą o niej rozmawiać, chociaż tak naprawdę nie muszę, ale mogę tylko z tobą, ale nie muszę, bo to nie boli aż tak. Chcę żebyś to sobie wbiła do głowy, że nie masz spychać tego, co było, bo się boisz.
-Ja się nie boję, ja nie..
-Boisz się, że mnie zraniłaś i może dlatego stale mówisz tylko o tym, że ją jakoś pokochałem, swoje wyobrażenie, to kojarzy ci się w książkach, a nie ty sama. Ale Frida....to ty jesteś bólem fantomowym, dzięki któremu nauczyłem się poruszać protezą życia. 
Zatkało mnie. Znowu poczułam znajome pieczenie oczu, znajome pieczenie w gardle.

-Geez, Frida, tylko nie płacz. Bo nie o to chodzi, wiesz? 
-Wiem, A.
-Ja jestem ci za to cholernie wdzięczny. Zawsze będziesz najważniejsza w moim życiu jak...jak wszystkie kobiety które mogłem poznać, jednocześnie matka, siostra, spełniona tylko w moich fantazjach kochanka. Wiesz, że nie jestem normalny, jestem stuknięty, ale to nie szkodzi. Ja już sobie radzę i to też dzięki tobie. Zadałaś mi największy ból ale jednocześnie nauczyłem się żyć, dorosłem, byłaś ze mną gdy umierała moja matka. Tak, kocham cię i to już jest ponad jakimiś fantazjami, jakimś czekaniem, wiesz, jakąś chorą romantyczną wizją. Zresztą wiesz, że tak jest. Kocham cię tak jak całego człowieka. Tak jak  ty mnie. 

Popłakałam się. Cholera. Dlaczego płaczę tylko przy swoim mężu albo przy nim?

-Więc już się nie martw, jest dobrze. Nie miej wyrzutów sumienia. Czasem ci muszę o tym przypomnieć. I nie spychaj tego wszystkiego na margines, dobrze? Bo nie chcę, żebyś tak robiła. Dla mnie to zbyt ważne. 
-Dobrze, A. Nie będę już...ja cię przepraszam, że może...
-Tylko nie zaczynaj przepraszać!- zaśmiał się. Ten jego śmiech, taki inny niż kiedyś, ponury. Dorósł, naprawdę dorósł i stał się tak cholernie silny...tak bardzo, że teraz to ja mogłam być przy nim jakoś krucha. Jakoś mała, mimo, że zawsze on mówił, że jestem najsilniejszą istotą jaką znam.
Mogłam się stać jakoś, w dziwny, pokrętny sposób, dziecinką. Przez swoje wyrzuty sumienia, a przez jego siłę...wybaczenia?

Nie wiem, czy o to tu chodzi. O wybaczenie. Bo czy trzeba wybaczać komuś, kto jednocześnie łamie ci serce, kręgosłup, przetrąca wszystkie emocjonalne kości ale dzięki temu odkrywasz, że je masz i uczysz się na nowo chodzić?

Jesteśmy daleko od siebie.
Bogowie.
Nigdy tak naprawdę, dosłownie, blisko nie byliśmy. A staliśmy się dla siebie tak ważni. Mamy za sobą historię. I oboje dorośliśmy chyba na tyle, żeby się z nią pogodzić. On na pewno.
Ale czy ja? Może naprawdę muszę nauczyć się mądrze o niej pamiętać. Może to wydobyła jesień, jeszcze to, gdy wszystko inne już uporządkowałam. Gdy na nowo zakochałam się w swoim mężu, gdy na nowo mogę już, bez problemu i żalu patrzeć na nią i ją też kochać, jak swoją siostrę, przyjaciółkę, o którą się martwię.
Może my musimy ułożyć pewne rzeczy, podczas nocnych rozmów. A raczej muszę zrobić to ja. Bo on wie, on wszystko w sobie wie. On kocha. On uczy się życia. On układa swoje życie, protezę nałożoną na wiele ran, protezę, dzięki której na nowo sprawnie chodzi. To on nie chce zapominać o ranie, bólu fantomowym mojej nieobecności i bólu innych spraw jego życia, bo umie je doceniać.
To on stał się tym mądrym, tym silnym.
Pora i na mnie, żebym zmądrzała.

Bo tak naprawdę, dziwny ze mnie człowiek. Tak bardzo doceniam ból i rany w swoim życiu, tak bardzo doceniam dziwny ból fantomowy po utracie, śmierci tych, których kocham, doceniam zwłaszcza jesienią. Wiem doskonale, że dzięki temu właśnie, utracie, braku, tęsknocie, złamanym sercom, doceniam też radość i smak życia. Dzięki temu jestem silna, umiem żyć.
Dlaczego nieraz nie umiem przełożyć tego na jego życie?Dlaczego o tym zapominam?
Może muszę zmądrzeć. I po prostu doceniać, cieszyć się, że on jest. Daleko, ale niesamowicie blisko. Mądrzejszy o jedną śmierć, złamane dwa razy serce, mądrzejszy o odrzucenie, żyjący nieraz swoimi fantazjami, ale bardziej dla rozrywki, niż naprawdę.

Życia uczymy się tylko przez jego ból, straty, tęsknoty. Szczęścia uczymy się tylko przez cierpienie. I dzięki temu wszystkie mu, tak naprawdę, uczymy się głęboko, prawdziwie i czule kochać.
I właśnie o tej miłości, tej najważniejszej rzeczy w życiu nie można odrzucać, nie można marginalizować.

Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, już o zwykłych sprawach. Bo po takich wyznaniach potrafimy przejść do codzienności. Rozmawialiśmy po prostu jak kumple, darzący się zwykłą sympatią. A potem, zasnęłam spokojnie.
Dawno tak dobrze nie spałam, tak spokojnie. Wreszcie od tamtej nocy, kiedy za dużo wypiłam i niby nic się nie stało.
A może stało się wszystko.

Nocne rozmowy. Czasem się ich boję, siebie w nich. Jak się okazuje, całkiem niepotrzebnie.
Bo dzięki nim mogę zacząć kolejny wspaniały, jesienny dzień. Odpoczynek. Zamieranie. To, dzięki któremu rodzi się życie.



Ciemność wzrasta we wszystkim, co robisz
Stoi i rozciąga się w pokoju
Przestrzenne ruchy to motyle
Cienie rozrzucone bez płomienia

Nigdy nie było nic złego, zawsze to była prawda
 Zagłuszony szept rzeczy, które ona poruszy

I wtedy przecinasz
Odcinasz to wszystko
I wszystko wraca do porządku



wtorek, 18 października 2016

O tym, że niezależnie gdzie mieszkam, mam swój dom w drugim człowieku, czyli kolejne Fridowe wynurzenia miłosne.

-To tak właściwie, plan już macie całkiem opracowany. Tylko najgorsza będzie przeprowadzka na drugi koniec kraju.
-Tak naprawdę to nie będzie takie straszne. Zapakujemy się na jeden raz. Jedna przejażdżka autem, transporterem, nawet jeśli będziemy mieli wziąć wszystkie moje książki.
-Jak to?
-No tak jakoś po prostu...wychodzi na to, że nie mamy za dużo rzeczy. Moje książki, trochę ubrań, jego i mój komputer, jeden regał który chcemy zabrać i...to wszystko.
-Trochę sobie tak nie wyobrażam.
-Ale czego?
-Mieć tyle lat i mieć tak mało rzeczy. Ja w waszym wieku miałam już umeblowane mieszkanie, własne gniazdko. I jak pomyślę, jakbym teraz miała wszystko przenosić...te moje mosiężne świeczniki, wszystkie meble, pościele, obrusy... A wcale nie mam dużo rzeczy, według siebie. I nawet się do nich nie przywiązuję, tylko o niektórych mam sentyment. Wy jak dla mnie jesteście całkowitymi minimalistami. Ale to pewnie wygodne.
-Jasne, że wygodne. Poza tym...ja nie potrzebuję gniazda. To już bardziej mój Mąż. Tak naprawdę, najważniejsze, że mamy siebie.
-To prawda. Tego niejedni wam mogą zazdrościć, z tego co widzę, jak o nim opowiadasz.
-To możliwe.

Nocne rozmowy z pewną pielęgniarką z mojej pracy uzmysławiają pewne rzeczy.

Coraz bliżej mnie wizja przeprowadzki, która, być może naprawdę nam się uda, choć nadal, nie chcę nic obiecywać, nie chcę zapeszać. Bo było wiele już planów, wiele pomysłów, których nie zrealizowaliśmy- ale żaden nas nie pociągał jak ten. Żaden nie wydawał się tak...realny i logiczny. Coraz wyraźniejsza zmiana rysuje się na horyzoncie. A ja...wcale się nie boję.

Może nie boję się dlatego, że nigdy nie odczuwałam potrzeby wicia własnego gniazda. Tak naprawdę, to ja mam koczowniczą naturę, która została trochę zatrzymana przez mojego męża. Bo to on potrzebuje stabilnego gruntu, miejsca, do którego może wrócić.
Ja...nigdy nie chciałam mieć rzeczy. Nie myślałam o jednym miejscu, o jednym domu. Tak po prostu. I nawet nie to, że wielce chciałam potrzebować. Po prostu, nigdy nie potrzebowałam iluzji bezpieczeństwa, jaką dają jakieś ściany.
Jestem totalną minimalistką. Tak naprawdę, jedyną rzeczą, do której się przywiązuję, są książki. Ale jednocześnie wiem, że mogłabym je wszystkie zostawić, rozdać, gdybym nie miała ich jak ze sobą zabrać. W końcu i tak treść każdej z nich mam w głowie, a niektórych nawet w sercu.
A cała reszta? Nie znoszę żadnych bibelotów i ozdobników. Nie muszę mieć setek kubków, zastawy stołowej. Nie muszę otaczać się ładnymi rzeczami, filiżankami, ozdobnikami, obrazami. Mogę żyć wśród gołych ścian, na łóżku z palet, z jednym kubkiem. Dobrze, z kilkoma, jeśli wpadają do mnie ludzie, których kocham. Wszystko w moim otoczeniu może straszyć tymczasowością. Bo wiem doskonale...że rzeczy są tymczasowe.
Nie potrzebuję w życiu stałych punktów. Nie materialnych, co to to nie. Nie potrzebuję stałych dat, świąt, rytmu wyznaczanego kalendarzem. Coraz bardziej z tego rezygnuję.

Potrzebuję doznań. Potrzebuję piękna rzeczy ulotnych, odczuwania przemijania czasu w porach roku. Potrzebuję pięknych smaków i zmysłowej miłości.
Tak, miłości. To ona jest mi potrzebna.
Tak naprawdę...to ona jest moim domem.

Wszystkie stałe punkty mam w sobie. Swoją pewność, swój dom noszę w sercu, w duszy. Moje ciało jest moim domem, bo to jedyne, co realne, namacalne. Żadne piękne rzeczy w otoczeniu, żadne daty.
Ja sama jestem swoim domem ale...nie tylko.

Moim domem jest on.
I dlatego tak mi bezpiecznie. Dlatego nie potrzebuję ubarwionych ścian, zasłon, obrusów i pasujących do kompletu talerzy. Może dlatego nigdy nie nauczyłam się wić gniazda, dosłownego, urządzać mieszkanka bo...ja już dawno znalazłam mieszkanie. W jego sercu. Zanim zdałam sobie sprawę, że jakiegoś potrzebuję.
Dorosłam w mieszkaniu jego serca, a on w moim. Dlatego być może więcej nie potrzebuję. Żadnej sztucznej pewności, którą zapewnia tak wielu idealnie dobrana do salonu sofa.

Kocham i jestem kochana. Miłość to moja pewność. Miłość to mój dom. Niezależnie gdzie mieszkamy, gdzie pracujemy. Czy mamy gołe ściany, czy mamy wiele mebli. To nieważne.
Czy otacza nas gromada znanych ludzi, przyjaciół- czy zostaniemy sami.
Moim domem jest on. Ja jestem jego.
Dlatego w ogóle się nie boję. Dlatego odczuwam tylko ekscytację, bo będziemy przeżywać kolejną przygodę. Razem. To najważniejsze.
Cokolwiek się nie stanie, czy ruszymy w tą czy inną stronę. Czy staniemy w miejscu. Nie boję się, bo póki mam jego serce, nie jestem bezdomna.

Kocham cię.
Nigdy nie myślałam, że można tak kochać. Nigdy nie marzyłam o takiej miłości, wręcz przeciwnie, chciałam biec przez świat samotna, nieujarzmiona i dzika. Pełna pożądania, namiętności, ale i dziwnej czułości, której kształtu nie umiałam jeszcze wtedy nazwać, ale która przepełniała już podskórnie moje ciało, czułości, która wrzała w moich żyłach.
Teraz ta czułość ma twoje imię.

Gdy byłam dziewczynką nie wierzyłam w miłość. Gdy byłam dzieckiem widziałam to, że między kobietą a mężczyzną może żyć jedynie nienawiść i przemoc. Gorzkie łzy, uderzenia. Gdy byłam dzieckiem widziałam, jak mężczyznę i kobietę łączy jedynie strach i chore przywiązanie, które choć nazywane miłością, nie ma wcale jej smaku.
Nie chciałam tego, bałam się tego.
I wiesz, ta dziewczynka dorastała. Widziała wiele bajek, czytała wiele książek, widziała wiele filmów, które kończyły się happy endem jakiejś miłości. Ale wiedziała, że to tylko bajki. Bo w swoim świecie, między ludźmi widziała tylko zmęczone przywiązanie albo strach, widziała zniewolenie życia, jedno drugim. Widziała może i epizody namiętności, ale te kończyły się z reguły łzami, jej siostry, jej przyjaciółek.
Dziewczynka znała bajki, ale wcale im nie wierzyła. Nie chciała ich nawet w swoim życiu. Nigdy nie przyszło jej to do głowy.
Dorastała, wpadając w kolejne zauroczenia. Jej wyobrażenie o miłości, a przede wszystkim namiętności miało różne imiona. Nauczyła się kochać w wielu łóżkach, dając ułudę oddania, ale szybko uciekając, bo w żadnym z tych łóżek nie czuła się bezpiecznie. Żadne z nich nie sprawiło, że spłynął na nią niezwykły spokój.
A potem ta dziewczyna, już dorosła wiekiem, ale ciągle niedojrzała w swoim sercu, poznała ciebie.
Właśnie ciebie. Spojrzała w twoje wielkie oczy i przez jakiś czas jeszcze próbowała udawać, że wcale się w nich nie utopiła.

Bo czy nie tak było?
Nie chciałam wierzyć. Nie chciałam dopuścić przez parę chwil tej myśli. Ale to była ta dziwna pewność, ten dziwny spokój, który spłynął do serca ciepłym strumieniem. Nie szło go zatamować. I gdy się zorientowałam, było już za późno. Nie zdążyłam krzyknąć że nie chcę, że nie wierzę, że to będzie tylko łóżko, tak jak sobie jakoś to zaplanowałam, wyobrażałam.
Było za późno, żeby powiedzieć nie. Żeby się przestraszyć. Zresztą, przy tobie jeszcze nigdy się tak naprawdę nie bałam.
I to był moment, zdałam sobie sprawę.
Już wiedziałam, że cię kocham. Już poznałam smak domu.
Z nikim nie było mi lepiej, z nikim nigdy by nie mogło być.

Od początku przecież było tak, jakbym znała cię setki lat. Jakby moje serce biło tylko dla ciebie. Beż żadnego skrępowania, ciała czy myśli. Bo przecież, gdy tylko cię ujrzałam, w domku na drzewie opowiedziałam ci całe swoje życie. Nie bałam cię mówić ci o ojcu ani o swojej pierwsze dziecinnej miłości, przez którą nie mogłeś się przestać śmiać. Nie bałam się przytulać do ciebie nad ranem, gdy w końcu zasnęliśmy, wtulić się całkiem w twoje ciepłe, wówczas tak chude, kościste ciało. Nie bałam się zasnąć w twoich ramionach. I gdy się obudziliśmy, pomimo zmęczenia, pomimo niedospania i lekkiego kaca, pomimo skręconej kostki czułam, że nigdy nie spałam lepiej.
Moje serce już wtedy śpiewało, chociaż umysł jeszcze nie widział tak jasno tej myśli: tak, on jest twoim domem. Z nim spędzisz życie.

Nie mogłam przestać o tobie myśleć, nie mogłam przestać o tobie mówić, wszyscy śmiali się z tego, gdy mówiłam, tak, to po prost zwykły znajomy. Wiesz że tak było. Ty mówiłeś ponoć o mnie tak samo.
I nie bałam się, że znikniesz z mojego życia, nie było nocy pełnej zimnej tęsknoty, wręcz przeciwnie, te letnie noce 8 lat temu były pełne gorącego oczekiwania, radosnego, na to, że wrócisz. A ja wrócę do domu.
Nie było żadnego dramatu, nie płakałam przez ciebie wówczas ani razu, gdy pełna energii upijałam się ze znajomymi i dzwoniłam do ciebie zdziwionego, ale uradowanego, że słyszysz mój głos. Nie było gdybania. Byłeś znajomym, za którym tęsknię, z którym wypiję jeszcze piwo, może spędzę noc. Tak sobie mówiłam. A serce już wiedziało.
Serce zawsze wie od razu. Od kiedy cię poznałam, wierzę w to święcie. Od razu wiesz, czy kochasz. Spływa na ciebie ten spokój i radość. Nie ma żadnego szarpania, żadnego może. Kochasz i to się po prostu dzieje. Czy nie mam racji, kochany? Czy nie tak właśnie z nami było?

A potem znów przyjechałeś i znów było tak, jakbyśmy nigdy się nie rozstawali, jakby po prostu ten miesiąc bez siebie nie istniał. Pamiętasz, jak upijaliśmy się w moim ulubionym barze w mojej małej miejscowości, jak paliliśmy razem papierosy, zawsze razem, nawet na pół? Jak od razu nie mieliśmy problemu, że jedno kupuje drugiemu piwo, bo nie było tu żadnego podziału, żadnej wątpliwości, żadnego moje- twoje. Bo choć nie byliśmy razem, to nasze serca już wiedziały. To już nie byliśmy ja i ty, to już byliśmy my. Ja i ty. Nasz wspólny dom.
Nasza miłość.
Byliśmy nierozłączni tej nocy. Szalonej nocy, kiedy zdarłam sobie skórę z całych dłoni i twarzy, wygłupiając się po pijaku. Szalonej nocy, kiedy zlizywałeś ze mnie moją własną krew i wcale się nie brzydziłeś, kiedy odkażałeś mnie tanim winem, sam będąc bardziej pijanym niż ja. Nie myślałam wcale że się wygłupiłam, śmiałam się z tego, a ty śmiałeś się razem ze mną, lecząc moje rany. Już wtedy troszcząc się o mnie i wiedząc, że stale będą ze mną jakieś kłopoty.
Szalona noc, dziwne przypadki z tamtą znajomą. Wspólne łóżko i nocne pieszczoty.

Następnego dnia wcale nie wiedzieliśmy. Jak to się stało? Tak szybko, tak po prostu? Widzę cię drugi raz w życiu i już? Czy tak właśnie to się dzieje?
Ja ze zdartą twarzą, ty z wielkim kacem. Niepewni, choć nasze usta pamiętały swój smak, choć nasze ciała pamiętały swój kształt.
Myśli dnia nie wiedziały, co zrobić z nocą, choć serca to czuły. Choć to było oczywiste.
I nie było skrępowania, tylko miłe oczekiwanie.
A potem poszliśmy do znajomych, na kolejne piwa, tych, którzy śmiali się z mojej zdartej twarzy, z twoich malinek, takich, jakie robię ci do tej pory. Śmiali się, robiąc zakłady, co z tego wyjdzie. Bo przecież...to niemożliwe. Ona z nikim długo nie wytrzyma. Z nią nikt długo nie wytrzyma, jest za dzika, za namiętna, zbyt szalona...
A jednak. Wszystko stało się jasne, kiedy po prostu po kolejnym piwie, zmęczony, powiedziałeś idziemy do siebie.
Do siebie.
Do swojego domu. Nie mojego. Nie twojego. Naszego.

Tak. To była już pewność. Tak głęboko wpadłeś mi do serca. Tamtej nocy, kiedy opatrywałeś moje rany, następnej kiedy po prostu poszliśmy do siebie i bez niczego, zmęczeni, spaliśmy wtuleni w swoje młode ciała.
Tamtej nocy zakochałam się w tobie na amen. Tamtej nocy, gdy byliśmy z sobą, u siebie, stałeś się moim domem.
Niezależnie, gdzie mieszkaliśmy, niezależnie, gdzie byliśmy. Zawsze w domu, bo zawsze z tobą. Nierozłączni, mimo że nieraz rozdzieleni fizycznie.

Kocham cię. Od tamtej nocy już na zawsze, kocham cię.
Jesteś mój, a ja jestem twoja. Tak po prostu. Jesteś moim najlepszym przyjacielem, idealnym kochankiem. Najlepszym kumplem z którym wypiłam już całe morze alkoholu. Jesteś moją bezpieczną przystanią, moim szydercą, tym, przez którego płaczę.
Bo nieraz przez ciebie płaczę. Ale wiesz co? Na palcach jednej ręki policzę, ile razy płakałam przez ciebie ze smutku. Ale nie jestem w stanie powiedzieć, ile razy płakałam przez ciebie z miłości. Ze szczęścia. Dlatego, że czułość, która ma twoje imię, tak przepełniała moje serce, że nie mogłam robić inaczej, jak płakać. Zmienić się w strumień, gdy ten lód, który nieraz mam pod sercem się topi.
Bo ta miłość ma w sobie namiętność, gorące, rozpalające nocami i dnami. Ale przede wszystkim ma ciepło dobrze wygrzanego pokoju. Ta miłość, mój najdroższy, to ciepła kula, lampa która świeci w moim sercu i ogrzewa a najgorsze dni.

Mieliśmy niejeden kryzys, choć nigdy nie toczyliśmy naprawdę wojny. Nie jesteśmy idealni. Ale zawsze, zawsze, to jesteśmy MY. Od tamtej nocy, kiedy krwawiłam po upadku, kiedy odpalałeś mi papierosy i przerażony przez chwilę odkażałeś moje rany, a ja zaczynałam się śmiać.
Zawsze to my. W swojej miłości.
I wiesz, nieważne, gdzie to nas jeszcze zaprowadzi.
Ale kocham cię. I chcę przeżywać z tobą jeszcze niejeden taki dzień, taki jak wczoraj. Taki...po prostu. Idealny w swojej prostocie. Takie dni, kiedy rozśmieszasz mnie do łez, takie dni, kiedy tańczysz ze mną na środku kuchni chociaż każdemu mówisz, że ty nie tańczysz, nie lubisz, nie umiesz. Wiesz, że ja to kocham i to miłość do mnie sprawia, że to robisz, gdy nikt nie widzi.
Chcę przeżywać z tobą takie dni, wtulać się w twoje ramiona, patrzeć jak się starzejesz, zauważać kolejne zmarszczki na twoim czole. Chcę kochać się z tobą namiętnie, nieraz szybko i żarłocznie, nieraz powoli i delikatnie w świetle świeci i płakać potem ze wzruszenia. Chcę czuć twój nos wciśnięty zawsze w zagłębienie mojego karku, wdychający mój zapach, ten, bez którego nie umiesz zasnąć. Chcę słyszeć zawsze twój bezpieczny oddech.
Chcę cię nadal kochać.
Tak jak kocham cię od tamtej nocy, szalonej nocy pełnej taniego wina i moich upadków.
Chcę cię kochać i już zawsze czuć ten dziwny spokój, o który, jak się dowiedziałam, chodzi w życiu, chodzi w miłości. Kto go nie zaznał...jest nieszczęśliwym człowiekiem. Ja, przy tobie, jestem jednym ze szczęśliwców. Jednym z tych, którzy wygrali swój los na loterii. I nie boję się mówić o tym głośno.
Czasem mam wrażenie, że to mi się śni. Kiedy indziej mam wrażenie, że to tak oczywiste. Kochać, tak bardzo, mieć taką pewność. Bawić się w życiu z najlepszym przyjacielem i kochać go zarazem jak można tylko kochać mężczyznę. Czasem mam wrażenie że to aż oczywiste, że to tobie muszę powiedzieć o każdym smaku, filmie, przeczytanej książce, że to z tobą wyprawiam się w twoje ukochane góry, a ty płaczesz ze mną na filmach. 
Czasem to takie oczywiste, że zapominam, jakie to pięknie. Kiedy indziej nie mogę w to aż uwierzyć. I płaczę ze wzruszenia, jak wczoraj. 
Gdyby nie ty, pewnie nigdy nie płakałabym ze szczęścia, wiesz?
Dziękuję ci za to. 
Dziękuję za to, że przy tobie nigdy nie będę bezdomna. Mam wrażenie, że przy tobie nigdy nie będę nieszczęśliwa, złamana, martwa. 

Chcę się kochać, chcę w tobie mieszkać.
Jesteś moim domem, a ja twoim. Wiem to. Bo od tamtej nocy mam wrażenie, że wróciłam do domu po bardzo, bardzo długiej podróży, mimo że byłam tak młoda. Od tamtej nocy wiem to, jestem w domu. Jestem bezpieczna. Moje serce śpiewa.
Już na zawsze.
Kocham cię.



Jesteś moim najlepszym przyjacielem
Krzyczę w nicość
Niczego nie potrzebuję
Cóż, gorąca i ciężka tarta dyniowa
Czekolada, cukierek, Jezus Chrystus
Nic nie zadowala jak ty.

Dom, pozwól mi wrócić do domu.
Dom jest wtedy, gdy jestem z tobą.
Dom, pozwól mi wrócić do domu.
Dom jest wtedy, gdy jestem z tobą sama.


środa, 12 października 2016

O tym, że tonący w łzach deszczu październik jest nadal piękny i o nadchodzącym listopadzie, którego nie można się bać.

Możliwe, że to dotyczy nas wszystkich. Czekanie na pewne rzeczy jest jeszcze gorsze, niż zdarzenia. Wszyscy po swojemu martwimy się na zapas, mimo że martwienie się na zapas jest jak chodzenie dookoła parasola w czasie suszy, jak usłyszałam.

Nie martwię się więc na zapas. Przeżywam październik. I jeśli już się martwię, to wcale nie o siebie. A o tych, których kocham. Też i o tych, o których myślałam, że się oddalili.

Jesień nas zbliża w ten nie ciałkiem może dobry sposób. Może nie do końca zły.
Czasy chaosu bardziej przyciągają do siebie, niż czasy spokoju i radości. Zawsze bardziej wtulamy się w siebie w bombardowanej piwnicy wspomnień i deszczu siekającego niemiłosiernie, zimno w nasz dach. Zawsze musimy bardziej się ogrzewać, gdy nam zimno.
Serce, gdy w świecie jest ogólnie ciepło, nie potrzebuje ciepłych rąk. Naturalna kolej rzeczy.

Ale ten rok jest już inny.
Październik przynosi ukłucia i melancholię, ale melancholię, która oczyszcza, tą, której nawet jakoś się łaknie. Więcej tu czułości i łez wylanych przez nią, niż przez ból. Owszem, w tym wszystkim tak wiele tęsknoty, którą mało kto zrozumie. Mało kto zrozumie moją w obecnym świecie, chyba tylko Mąż, bo jego jet podobna, ale na szczęście, on nie przywiązuje się do dat. On nie myśli kategoriami października czy listopada, żyje ze wspomnieniami, które nie rozpinają się na ramach czasu. Myślę, że to wielki dar. Zarówno dla niego samego jak i dla nas. Jego brak lęku przed listopadem już w zeszłym roku był moją siłą pomimo innych zeszłorocznych ran.
Zresztą. Jego miłość, jego ramiona zawsze są moją siłą. Do dzisiaj nie wiem, jak to sprawił, że tak się stało.

Mamy więc październik. I wspomnienia, zapisane w dawnych mailach, zapisane w słowach na blogu, zapisane w wielu innych miejscach. Przypominałam sobie tamten październik dwa lata temu, czytając jego słowa, na blogu właśnie. Maile. Ten dzień kiedy miał operację. Ten dzień, kiedy się obudził. Ten dzień, kiedy próbował wierzyć, że wrócił do świata żywych na stałe, że jego serce przetrwa. Przypominam sobie dzień, o którym napisał już w listopadzie. Naszą ostatnią wspólną wyprawę, na której, już teraz, po 2 latach wiem, miał pewność, że kłamie nie tylko nam. Miał pewność i przestawał kłamać samemu sobie.
Przypominam sobie jego strach. Tak, to jak on się bał. Jak się miotał, jak chciał być dzielny, już nie dla siebie, a dla nas. Pamiętam jego straszne zmęczenie. Wyrzuty sumienia tamtego października, dwa lata temu, kiedy bardziej martwił się o cudze złamane serce niż o swoje własne, na którym tkwiły dosłowne blizny i które walczyło z realnymi szwami. Pamiętam swój gniew na to, że powinien być choć trochę bardziej egoistą, że powinien teraz skupiać się na sobie.
Przypominam sobie jego zakochanie. Jego ekscytację, czekanie na 11 listopada, kiedy miał się spotkać z kimś, kogo, teraz po tych 2 latach mam pewność, pokochał, choć do tego też sam nie do końca chciał się przyznać, nawet przed sobą, bo wydawało mu się to zbyt niemożliwe, zbyt zaskakujące, to, że komuś odważyłby się dać swoje chore serce.
Pamiętam odwiedziny w szpitalu, nerwowe telefony października dwa lata temu. Ryczenie Ryżej kiedy jej brat nie chciał się obudzić po operacji, jej płakanie, mi właśnie, choć teraz już praktycznie nie rozmawiamy.
Pamiętam też śmiech, radość. Dawanie sobie kasztanów jako magicznych talizmanów chroniących przed złem. Te kasztany mam do dzisiaj. Tak jak do dzisiaj mam wciąż żywe wspomnienia tamtego października. Pozbierane w jego ciągle jakby żywych słowach. W obrazach które migają mi przed oczami. W obrazach jego umierającego powoli ciała, obrazie siniaków, rozszarpanej klatki piersiowej, coraz bardziej wystających kości. W obrazie jego nadal żywych, cudownych, czułych czarnych oczu, które wyrażały więcej niż jakiekolwiek słowa.

Mam wspomnienia zebrane w zapachu jego ciała, dziwnie pięknym zapachu na sterylnej sali szpitalnej. Zapach siana, trawy, czystej natury pomieszany z wonią spirytusu którym przemywali mu skórę, żeby zrobić kolejny zastrzyk. Mam wspomnienia zebrane w ciągle żywym uczuciu łaskotania jego włosów, kiedy się przytulaliśmy. Pamięć mojego ciała, która ciągle pamięta jak to jest przybijać jego ciału piątkę, tej szczupłej dłoni i chudych palcach, pamięć ciała, które zachowało w moich ramionach formę jego chudych ramion, kiedy przytulaliśmy się tak ciasno, jakby świat nie mógł wejść pomiędzy nas, a nim albo mną targały spazmy poprzedzające albo kończące kolejną sesję płaczu.

Tak żywo pamiętam tamten październik. Tyle się działo. Chyba żadnego października nie działo się tak wiele.
To cenne wspomnienia. I zdaję sobie sprawę, że mam o wiele więcej niż inni. Trochę to lepsze. Trochę to gorsze. Cały czas zastanawiam się, czy przez to tęsknię bardziej, czy mniej? Na pewno tęsknię inaczej.

Tęsknię inaczej i z wieloma ludźmi, których poznałam w listopadzie te dwa lata temu nie mam już kontaktu. I nawet się cieszę, bo wiele z tych relacji mnie męczyło. Bo co mam powiedzieć komuś, kto mówi mi, jak on był dla niego ważny a wiem...że z drugiej strony niekoniecznie tak było?

Z innymi, których poznałam dzięki niemu, albo przez jego śmierć, dopiero po jego śmierci, mam kontakt bliższy, niż zakładałam. I nie ma znaczenia, że niektórzy nie poznali jego zapachu, nie mają pamięci ciała, nie spojrzeli w te czarne oczy. Okazuje się, że ich cierpienie bywa większe niż moje. Ich tęsknota. Może dlatego, że ja mogę nadal mieć kasztany które on wsadził mi do dłoni, może dlatego że pamiętam inaczej październik niż tylko jako ten, w którym czekało się na wiadomości? Może dlatego, że ja mogłam zakopać kosmyk jego włosów w sobie tylko znanym miejscu. Choć, myślę, że dwie osoby mogą się domyślać, gdzie to jest. Choć, to nie ma już znaczenia.

Przyszedł październik i, zimniejszy niż ten rok temu, niż ten dwa lata temu, straszy wizją listopada. Czy na pewno?
Dziwnie, nie ma we mnie strachu. Są wspomnienia, jest tęsknota, jest czułość. Czuję, że wiele się zmieniło. Może nie w świecie, mimo że tak zimno, że kolorowe drzewa w tym roku są ułudą.
Wiele zmieniło się we mnie. Przyszło zrozumienie. Przyszedł spokój.
Można przecież pięknie tęsknić i pięknie przeżywać ból. Można go cenić i pielęgnować tak, że nie rozrywa serca. Można żyć z tęsknotą i bólem po śmierci jednego z najbliższych ludzi w życiu tak, że tęsknota i ból...napędzają do życia. Pozwalają je docenić.

Mówi się, że żałoba mija po dwóch latach. 5 listopada jest mój deadline....choć, mam wrażenie, że ja już sobie z tym poradziłam.
Na pewno niejedną noc spędzimy jeszcze z Mężem, słuchając Toola i upijając się we dwoje i wspominając jego właśnie. Nieraz coś mnie okropnie ukłuje, zaboli. Niejedna łza zostanie przelana...ale to nadal będzie piękna łza. Łzy są bowiem cenne, tak jak i ból. Jak każda rana, blizna, tkanka silniejsza i na swój sposób również piękna.

Wiele zdarzyło się w październiku tamtego roku. Ten jest wyjątkowo spokojny, dla mnie spokojny. W moim życiu wszystko ułożone, a nawet i tamten październik spogląda na mnie jego ciemnymi oczami nie momentem, kiedy czuł ból i strach, a momentem, kiedy tak bardzo się cieszył, kiedy kochał, kiedy dawał mi kasztany.

Nie martwię się o siebie w tym październiku, owinięta w koc, mająca obok stosy książek i te najbardziej czułe ramiona, w których zawsze, ale to zawsze znajdę wsparcie. Nie boję się o listopad, bo wiem w swoim sercu, że najgorsze już za mną, czuję się bezpiecznie ze swoim silnie bijącym, choć tęskniącym sercem.

Nie martwię się o siebie i swoją jesień, nawet wyczekuję listopada, w którym może i straszy 5 w kalendarzu, ale w którym spotkam też ludzi, za którymi obecnie tęsknię. Listopad to nie tylko obietnica łez ale i ogromu śmiechu, obietnica momentu, w którym będę mogła przytulić się do innego ciała i zapamiętać jego strukturę- być może, też trochę na zapas, bo tyle przecież w moim życiu ma się zmienić.

Piękny w tej melancholii jest jakoś mój październik, piękny będzie listopad i czuły, pełen bólu, ale oswojonego.
Nie martwię się na zapas. Nie o siebie.
Znów mam to dziwne poczucie, że to nie sobą powinnam się zająć- ale wiem już, że nie powinnam rozmieniać się na drobne. Skupić się na tych kilku, którzy dosłownie wchodząc w moje życie stali mi się bliscy, albo i na tych, którzy są mi bliscy nawet tylko przez wiadomości na fejsie.

Staram się nie martwić na zapas. Staram się działać od razu. Trochę nie wiem, jak się za to zabrać, bo przecież tyle się zmieniło od tamtego roku. Nie mogę tak po prostu przyjść z butelką wina, tak po prostu na cały dzień wziąć pod koc. Zmieniły się układy wszechświatów, zmieniły się relacje, zmienił się czas, a raczej, pojawił się jego brak.
Zmieniło się wiele, ale są rzeczy niezmienne, jak wspólne, mimo tak wielkich różnic odczuwanie października i czekanie na listopad. Zmieniło się wiele w konstelacjach naszych gwiazdozbiorów, jedne gwiazdy zaświeciły się na tym niebie, inne zgasły, inne wybuchły za szybko tworząc czarne dziury. Ale nadal, to to samo niebo.
A ja mam nawet tą samą kołdrę i te same garnki, w których mogę gotować kakao i grzać wino.
Zmieniło się wiele od tamtego października dwa lata temu. Jedna śmierć, czarna dziura, jedna miłość, rany przez nią zadane i zaleczone, cudze odejścia i pojawiania się w najmniej odpowiednich momentach. Zmieniło się wiele, dorastamy, zmienia się czasoprzestrzeń, obszar cudzego mieszkania które było jak swoje bywa obcym terytorium z obcym nadal, nieoswojonym zapachem.

Zmieniło się wiele, tak wiele się wydarzyło...ale nie zmieniły się moje uczucia. I nie zmieniło się to, że martwię się o tych, których kocham. I chcę przy nich być, kombinując nieraz nadmiernie, przesadnie, doprowadzając pewnie i do szału niektórych bo czasem może to wyglądać jak wpierdalanie się w cudze życie.

Dwa lata temu byłam przy tym, którego kochałam, przy tym, który zmarł w listopadzie.
Rok temu straciłam miłość do siebie, zachwiała się moja miłość do ludzi, którzy byli mi przecież najbliżsi. Odzyskałam ją, odzyskałam swoją miłość do siebie, pocerowałam dziury w miłości do nich. Ale rok temu własny ból przesłonił mi cudzy. Nie umiałam być blisko.
Czy w tym będę umiała?

Wiem jak zawsze, wiem rozsądnie, nie dźwigam cudzego krzyża. Nie zrobię nic, oprócz bycia. Ale czy właśnie ten sygnał- jestem przy tobie, możesz wtulić się w moje ciało, tak, żeby pamiętało ten kształt, gdy stąd wyjadę, czy ten sygnał wystarczy?
Stale mam wrażenie, że robię za mało. Ale już teraz wiem chociaż, że nie mogę rozmieniać się na drobne. Wiem, dla kogo chcę pewne rzeczy robić, nawet, jeśli to ciągle, ciągle będzie za mało.

Wiem, że nikogo nie uratuję, jeśli ktoś nie uratuje się sam. Wiem, że nie jestem najbliższą orbitą i muszę nieraz łapać się na tej myśli, że hej, to nie moim zadaniem jest robienie kakao ale....bogowie, czasem potrzeba więcej aluminiowych garnków, kubków z fajansu, na którym ogrzewa się ręce. Czasem trzeba poczucia, że więcej tych dłoni, za które można chwycić, bo jedne nie przeszkadzają innym.

Dużo się zmieniło. Tak dużo wydarzyło się przez dwa lata.
Jestem mądrzejsza, tak wiele się nauczyłam przez ból i czułość. Tak wiele zrozumiałam przez stratę tęsknotę i odkryłam, jak wiele przez dziurę pod sercem, paradoksalnie, można zyskać. Jestem silniejsza. Mam czulsze serce. Coraz bardziej otwarte pomimo innych ran. Kochające, też jakby mądrzej, bo przecież ta miłość musiała się zmierzyć z tak okropnymi przeszkodami. Kochające jakby mądrzej, bo wiem już, jak boli utrata dosłownej miłości.

To już dwa lata od tamtego października, poprzedzającego listopad, w którym zmarł jeden z najbliższych mi ludzi, mój najlepszy przyjaciel, człowiek, którego nie zapomnę. Mój Indianer, mój Biały Królik, który prowadził mnie do dziwnych Krain w swojej głowie.
To już dwa lata od czasu, kiedy biegałam od jego domu do szpitala, przerzucałam się z nim kasztanami i paliłam w jego ogrodzie papierosy. Teraz już nawet nie palę.
To już dwa lata, od kiedy siedzieliśmy w jego pokoju na poddaszu, a jego ciało powoli umierało. Jego ciało, którego nawet już nie ma.

Bo jego nie ma. Ale została miłość, ta, która była między nami, jak między najprawdziwszym bratem a najprawdziwszą siostrą. Została inna miłość, która zrodziła się z rany. Zostały wspomnienia, dziwna melancholia jesiennej pory, która ma mimo wszystko w sobie piękno.
Została ze mną też pewna siła.
I myślę, że ona, właśnie ona, razem z miłością może się przydać. Mniej koślawiej niż rok temu. Dojrzalej. Rozsądniej. Może tym razem się uda trochę inaczej.
Rok temu udało się przetrwać. Uda się i teraz?

Bo mimo wszystko piękny jest ten październik, z deszczem za oknem, z zapalonymi świecami pachnącymi czekoladą, z kolejnymi książkami i leniwymi porankami. Mimo wszystko piękny ten październik, w którym pomimo pogody ja wcale nie marznę, mam wrażenie, że wręcz przeciwnie, rośnie mi gorąca kulka ognia pod sercem, której żaden deszcz nie ugasi. Której, jak mam wrażenie, nie ugasiłby nawet śnieg w listopadzie, taki, jakiego on nienawidził.

Mimo wszystko jesień jest piękna.
I nawet z łzami, własnymi i cudzymi wiem, że przetrwamy i to najpiękniej, jak umiemy. Mimo, że przyda tu się na pewno niejedno zgrzane z cynamonem wino.
Skoro już tyle przetrwaliśmy....jak mogłoby się teraz nie udać, pomimo nowych tragedii i upadków?


Piękny ten październik i piękny będzie listopad. A moje dłonie pozostaną ciepłe. Jeśli chcesz, ogrzeję cię. Daj, włóż mi w nie swoje serce.  
Jestem.