piątek, 25 września 2015

O tym, że góry mnie wzywają, a ja muszę iść.

Dziś obudziłam się w doskonałym nastroju. Łagodne światło świtu dosięgające wnętrza naszego mieszkania w kamienicy, łagodnie przelewające się na zagraconej podłodze, sprawiło, że od razu się uśmiechnęłam.
To piątek, doskonały piątek.

Może był taki dlatego, że wreszcie, jakimś cudem, miałam w tym tygodniu dobre sny. Dobre sny, w których nie było łez i krwi, zatrzymanych serc i oddechów, krzyków i paniki.

Może dlatego, że Babcia Księżyc zaczynała tej nocy rosnąć, była pięknie widoczna na nagim, bezchmurnym niebem i napełniła mnie swoim światłem, obiecując, obiecując piękno, które niebawem ujrzę.

Może dlatego, że wiedziałam, iż pewne sprawy zostaną dopięte na ostatni guzik. Dlatego, że wczoraj zwolniłam się z poprzedniej pracy i jak zwykle towarzyszyły mi łzy, gdy odchodziłam, ale, przecież, to miłe łzy, gdy człowiek sobie tak pomyśli. Może dlatego, że na wizycie u lekarza pracy nie wyszło nic dziwnego w badaniach, tylko te moje podwyższone leukocyty z którymi muszę udać się od hematologa wreszcie, ale nie bardziej podwyższone niż ostatnio. Kamień z serca, bo jednak mi się nie pogarsza, kamień z serca, bo dostałam wreszcie zaświadczenie o zdolności do pracy, z którym od razu pobiegłam do Domu Opieki Społecznej. Załatwiłam, co miałam, dowiedziałam się, kiedy będę miała pierwszy dyżur. Dowiedziałam się, co czeka mnie po powrocie....właśnie, po powrocie.

Załatwiałam wszystko biegałam, do banku, na pewne zakupy, z zachwytem wybierałam na Rynku Jeżyckim najładniejsze bakłażany żeby zapiec je z makaronem i sercem dla tych, których kocham. Myślałam o cieple w chłodzie wieczora, który nastanie, myślałam o tych, których kocham ale...
...czułam też ten zew w sercu.
To rozkoszne podniecenie, gdy załatwia się wszystko po kolei, żeby wyjechać. Ten zew, gdy wzywa wędrówka, ten zew, gdy wzywają po prostu...góry. Może nie nasze wymarzone w tym roku Bieszczady, może nie ukochane wysokie szczyty Tatr mojego Męża, ale cudowne, magiczne Sudety. Magiczne w wielu opowieściach o złocie, ukrytych skarbach, magiczne w obecności mimo wszystko dzikości, magicznych Kruczych Skał i wodospadów. Magiczne, pełne odosobnienia, ale i śpiewu przy ogniskach w schronisku, pełne klimatu w schronisku Samotnia, w którym to przecież...jest się nieraz samemu, ale nie samotnemu, wbrew nazwie.

Ten dzień zaczął się dobrze, bo wreszcie poczułam ten zew.
Zew podróży w miejsca, które tak kocham, niezależnie, czy są wysokie i nagie, bezdrzewne, czylekko zaokrąglone jak piersi młodych kobiet, wznoszące się nad horyzontem ciała Matki Ziemi. Zew gór.

The Mountains are calling, and i must go.

Ileż razy chciałoby się tak w życiu po prostu powiedzieć?! Ile razy w życiu, rzucić wszystko, jechać nie tylko w Bieszczady, ale wrócić do Gruzji, pojechać w góry Fogarskie wreszcie, co planujemy zrobić w przeciągu 2-3 lat na pewno, pojechać w Alpy...uciec. Uciec od tego wszystkiego. Uciec, wcale nie uciekając, wcale nie uciekając, tylko dogłębnie poznając siebie...i poznając nieraz prawdę o sobie, w obliczu wysiłku, zagrożenia i ostatecznego, najwyższego piękna widzianego ze szczytu.

To ostatnie tą ucieczkę na szczyt by nie uciekać już przed niczym, by czuć wreszcie prawdziwie, zrozumie tylko ten, kto był w górach. To i wiele innych rzeczy. To, jak wolnym i realnym w tej wolności, osobnym ale nie samotnym, można poczuć się dopiero na szczycie, po wielu godzinach zmagań. To, jak można poczuć...że się żyje.
To, jak bardzo człowiek czuje się samodzielny i jak wielkie braterstwo czuje się z tymi, których się kocha, z przypadkowymi ludźmi czuje się więź nawet, gdy wędruje się ręka w rękę, gdzie ślizga się na kamieniach, to, jak można poczuć się samemu, ale nie samotnym, zrozumie tylko ten, kto wspinał się na szczyt. Sam czy z przyjacielem, kochankiem, przypadkowym człowiekiem spotkanym na szlaku. To zrozumie tylko ten, kogo wzywają góry.

Nigdzie indziej człowiek tak bardzo nie czuje życia, które pulsuje, drży, krwawi nieraz obdartymi stopami na górskim szczycie. Nigdzie według mnie człowiek nie widzi takiego piękna. Widzi? Nie, to złe słowo. Widzieć można wszędzie. Ale tylko w górach, tylko w górach, idąc i idąc nieprzerwanie...piękno się czuje. Czuje aż do szpiku kości, czuje w każdym atomie rześkiego tlenu który dopada do płuc, łączy się krwią i krąży, krąży tak szybko, bo przecież, nieraz tak go mało!

Tylko ten, kto wspiął się na szczyt, kto prawie zginął po drodze, musiał stać się kozicą może zrozumieć, jak to jest być wolnym. Tylko ten zrozumie, jak góry wzywają. Tylko ten zrozumie to wycie, wycie serca i tłuczenie się w klatce żeber. Bo ludzkie serce chce być wolne...a nieraz tylko górski szczyt może to sprawić.

Cały rok tęsknię za górami. Wyrywam się z miasta, wyrywam na parę dni z moim Mężem, by wreszcie wędrować. Może nie wśród chmur aż tak wysoko jak w zeszłym roku czy dwa lata temu, może nie ta boleśnie, kalecząc dłonie, gdy zapomniało się rękawic a trzeba trzymać się gołych skał...ale podobnie pięknie. W jesiennym już lesie, pod bacznym wzrokiem jeleni i sokołów. Cały rok tęsknię za górami, przez to wszystko co nas spotkało tęsknię chyba tym bardziej...a teraz znów, znów czuję zew. I próbuję powiedzieć wam o niewypowiedzialnym, próbuję, jednak zmieniam się w niedźwiedzia którym jestem i nie znajduję już słów. Mogę powiedzieć więc tylko o ekscytacji, drżeniu każdego mięśnia, mogę powiedzieć tylko o tym, jak wzrosnę wysoko sama w sobie, wchodząc, wchodząc, wchodząc i prawie tracąc oddech, żeby tam go zdobyć. Ten prawdziwy.

Mówi się nieraz, że ludzi można podzielić na tych, co kochają ocean lub morze i na tych, co kochają góry. Takie powiedzenie jest typowo Polskie, jak słyszałam ale...coś w tym jest. Sama kocham i morze, ale jeśli mam wybierać...wybiorę góry. Dwa skrajne żywioły, jeden każe ci wspinać się godzinami, pokonywać siebie, drugi dokonuje tego samego, ściągając nieraz w dół. Oba bywają tak samo niezrozumiałe. Oba bywają lekceważone.
A ja często nienawidzę tego lekceważenia, choć, wobec gór jest ono bardziej oczywiste.

Powiedz mi, że byłeś w górach w Tatrach i przywieź mi tylko bilety w wjazdu na Gubałówkę albo zdjęcia Giewontu z miasta. Byłeś w górach, widziałeś szczyt, ale nie oddychałeś nim. Powiedz mi, że byłeś w Bieszczadach i widziałeś tylko zalew Soliński i siedziałeś w hotelu, bo tam tak pada!
Lepiej nie mów mi nic.
Morze łatwiej lekceważyć, spacerując jego brzegiem, ale zapytaj się rybaka w jego łodzi, rybaka z krańców świata, jakim żywiołem jest ocean. Zapytaj marynarza i nigdy nie odpalaj przy nim papierosa od świeczki, bo tak wielu zginęło na morzu.
Tak wielu zginęło w górach.
Gdy wchodzisz na szczyt, wreszcie to rozumiesz. Gdy nurkujesz na dno albo widzisz sztorm. Widzisz, jak pokonujesz siebie, jak przekraczasz granice....

Mówi się, że ludzi dzieli się na tych, co kochają morze i z nim się rozumieją i na tych, co kochają góry. Ja powiem raczej, że ludzi dzieli się na tych, co dotykają tylko naskórka wszechświata i nie zmagają się z życiem i na tych, którzy wędrują, dokopując się do najgłębiej skrywanych tajemnic, na tych, co czują świat i pływają w jego krwioobiegu, nieraz boleśnie rozcinając przy tym swój.
A to rozumiesz w pełni dopiero w górach.
Rozumiesz, że są ludzie, którzy leżą na brzegach i nie zmagają się z oceanem, którzy zostają w miastach u podnóża szczytu, zamiast wspinać się i wspinać i wspinać...
Są ci, którzy żyją z dnia na dzień i tak wyglądają ich podróże. I nic w tym złego, każdy po prostu wybiera. Choć z tymi nieraz tak trudno mi się dogadać.
Są też jednak ci, którzy idą tak daleko, jak nogi poniosą, żyją z dnia na dzień, bo muszą, ale gdy poczują zew...przeobrażają się. Są tacy, którzy cały czas słyszą ten krzyk, ale są tacy, którzy jak szarańcza, bo przez długi czas nie mogą się wyzwolić, tłamsi ich życie, ale gdy zaczną swą wędrówkę...nie mogą przestać.

Są tacy, którzy muszą wędrować, w swoich głowach, dotykając coraz więcej i więcej, nie odpuszczają, konfrontują się z rzeczywistością. I nie ma znaczenia, czy wolą morze czy góry, ale poznasz ich po tym, gdy w końcu mogą wyruszyć. Bo nie będą tylko leżeć i dotykać powierzchni, oni wejdą do lasu, oni wejdą na szczyt, oni będą walczyć z oceanem i zejdą do głębi jego ciemnych trzewi, do samego centrum jego zimnego brzucha.
To ci, którzy idą i znajdują w drodze dopiero spokój. W tym, jakie myśli przychodzą, gdy krew szybciej krąży. To ci, co stawiają wszystko na jedną kartę, mówią, że nic im nie może się stać, gdy przeskakują nad przepaścią i tam dopiero rozumieją, że ci, których się kochało wcale nie odeszli. To ci, którzy rozumieją zew.
I to wszystko zaczynasz rozumieć dopiero na górskim szczycie albo w głębi oceanu. Dla mnie tym miejscem będzie zawsze górski szczyt, nie dogaduję się z wodą, nie z taką, nie tamtą ale...

Niektóre rzeczy zrozumieją tylko ci, którzy wędrują w górach. Tylko ci, którzy po wielu godzinach wędrówki wreszcie zrzucą plecak albo staną nad przepaścią w chmurach. Ci, którzy widzieli kozice i podziwiali pikujące w dół orły. Ci, którzy przemierzyli wiele kilometrów, nie spotykając człowieka oprócz tego, z którym zdecydowali się wędrować. To zrozumieją tylko ci, którzy prawie zamarzli, skręcili kark na oblodzonym szczycie w środku lata. Ci, którzy potrafią respektować potęgę i czuć, chłonąć, wreszcie oddychać tak zimnym, jedynym w swoim rodzaju powietrzem. Niektóre rzeczy zrozumieją tylko ci, którzy pili z górskich strumieni i padali, nie mogąc ruszyć żadną kończyną, gdy wreszcie po wielu godzinach udało im się wygrać z kamienistym szlakiem. Niektóre rzeczy zrozumieją ci, którzy poranili o głazy stopy i którzy ratowali tylko modlitwami szeptanymi cicho w sercu swoje życia podczas górskiej burzy.
Niektóre rzeczy zrozumieją tylko ci, którzy stali pod czystym górskim, na którym ginęły spadające gwiazdy, tylko ci, którzy wyciągali wtedy ręce, bo wydawało się, że naprawdę stoi się bliżej nieba.
To zrozumieją tylko ci, którzy byli w niebie górskiego szczytu. Bo byli w nim naprawdę.

Niektóre rzeczy zrozumieją tylko ci i im nie muszę o tym mówić. Innym nie wytłumaczę czym są góry żadnymi słowami. Bo i one nie mówią do nas tym językiem, do którego przywykliśmy w swoich miastach. One mówią do nas wysiłkiem i pięknem, dzikością i jedynym swojego rodzaju smakiem wody ze strumienia. Zrozumie to tylko ten, kto z nimi rozmawiał.
Jeśli jeszcze nie próbowałeś...może najwyższa pora?

Więc góry mnie wzywają, a ja muszę iść.
Jutro spakujemy swoje plecki, zaimpregnujemy najlepsze na takie wędrówki buty, buty które nieraz ratowały życie, jutro zjemy ostatni posiłek w domu, ostatni posiłek, bo przecież każdy przed wędrówką jest ostatni, przed tym, co znów góry, nawet te niskie, zmienią w człowieku. Co zmieni wędrówka, bo ta zawsze nas zmienia, nawet, jeśli nie widać tego od razu.
Więc góry mnie wzywają, a ja muszę iść.
W niedzielę wsiądę w pociąg, dośnię ostatnie miejsce sny. W niedzielę powitam idealną, krwawą Babcię Księżyc w pełni na niebie, w niedzielę będę bliżej nieba, gdy w czasie krwawej pełni będzie zaćmienie księżyca i może, znów będę w niebie, tym razem nie łapiąc gwiazd, tylko kochając tego, który będzie ze mną i śpiewając mu swoje dzikie, kobiece pieśni.
Więc góry mnie wzywają, a ja muszę iść.
Tam, gdzie wielu nie dostrzega blasku, rozglądając się i węsząc życie tam, gdzie wielu też po prostu idzie. Tam, gdzie będę dostrzegać zieleń w swoim oku, zamroczonym nieraz ze zmęczenia po wielokilometrowych trasach. Tam, gdzie w miejscach, gdzie śpimy, ludzie są całkiem inni, prości i ciepli, przytulni jak ich domy ogrzewane bukowym drewnem. Tam, gdzie będę spać tylko jedną noc i poznam znów, wielu jednorazowych przyjaciół, bo tacy są najprawdziwsi w górach, gdzie jeden zawsze pomaga drugiemu..
Więc góry mnie wzywają, a ja muszę iść.
Muszę iść, by wreszcie, po całym roku oczyścić się w szumie górskiego strumienia, by odczuć że żyję, gdy wejdę tak wysoko, mimo że sądziłam już w tym roku tyle razy, że umieram. Poczuć, że żyję, bo coś we mnie umarło, ale wiem, że w górach narodzi się na nowo. Poczuć, że złe oko wcale nie dosięga, póki wędrujesz, póki idziesz, idziesz, idziesz...Kolejna rzecz, którą zrozumie tylko ten, który wędrował na szczytach.

Więc góry mnie wzywają, a ja muszę iść.
Wracam za tydzień. A może nigdy?



A na koniec coś, co wyraża wszystko, gdy to się obejrzy. Ukochany kawałek mojego Męża, który...czuje zew gór i wędrówki jeszcze bardziej niż ja. Jeśli nie rozumiesz górskiego szczytu i wędrówki..cóż. To chociaż namiastka. 


wtorek, 22 września 2015

O kolejnej jesiennej śmierci i kolejnych pożegnaniach w mojej głowie, czyli o trudnej wędrówce w tęsknotach podczas pisania własnego życia.

I choć niedziela była tak pięknym dniem, choć w zoo z Red bawiłyśmy się przednio, popołudnie przyniosło przedsmak łez. Znów miałam dziwne, nieukierunkowane poczucie winy i stan przed chęcią płaczu, który próbowałam usprawiedliwić tęsknotą za swoim Mężem, z którym może i mieszkam, ale stale się mijamy przez pracę. Cały wieczór próbowałam sobie poprawić oglądaniem zdjęć z gór, w które jedziemy w niedzielę i piwem, gdy Mąż już wrócił. I już było lepiej, już było spokojnie, ale przyszły kolejne złe sny, sny z moim ojcem i sny z cudzą śmiercią. Sny niespokojne i takie, z których dobrze było przebudzić się w poniedziałkowy poranek. Choć, ten wcale też nie zachęcał.

„Jesoo, jak ponuro” napisałam tylko do Red, gdy szykowałam się do wyjścia. Dzień marudy, jak to określiłam, choć nie zawsze przecież taka pogoda mi przeszkadza w porannym wstawaniu. Ale w tym poniedziałku od razu coś nie grało, tak samo jak dziwnie pobolewał mnie nawet ząb i nie chciało się za bardzo jeść. Smutek, przerażający smutek wlał się w serce, chociaż próbowałam z nim walczyć, myśląc o wieczorze, o kołdrze, gorącej herbacie i kolejnym powtarzanym przez nas anime, które tak bardzo kocham. Byle do wieczora, mówiłam sobie i nawet rozpogodziłam się trochę w tramwaju, choć po męczącej nocy nadal chciało mi się spać. Ot, może poniedziałek jak poniedziałek, tylko jeden z pierwszych jesiennych, więc może po prostu trudniej go przetrwać?
Dziwny poranek, w którym nawet pomyliłam datę swojego święta, uciekło mi nawet, jaki jest dzień i to, gdzie żyję, przez co byłam na siebie aż zła. Ale po prostu, poniedziałek.

I wszystko toczyło się w porządku, wszystko szło po prostu swoim rytmem, aż do tej wiadomości. „W środę Radek ma pogrzeb”. Jaki, kurwa, pogrzeb? Jaki pogrzeb? Ale jak to, to nie były żarty, pomyślałam z pewną paniką, gdy nagle, jak przy błysku pioruna przypomniałam sobie wiadomość M. na naszej grupowej tablicy. Postawiony znicz, ten cholerny internetowy znicz, który wkurwiał mnie miliony razy u ludzi i napis „Radek, na zawsze pozostaniesz w naszej pamięci”. Wtedy myślałam, że to tylko żarty, że po prostu chłopaki ze szkoły znowu się spili i upamiętniają tak wyjątkowego kaca...wtedy myślałam, że to żart. Żart, który okazał się prawdą. Radek, mój kumpel ze szkoły, nie żyje. Facet, który miał 22 lata i z którym jeszcze niedawno chodziłam na piwo.

Byłam w szoku. Poczułam się, jakby ktoś dał mi w twarz. Mówi się, że śmierć jest równa dla każdego i to cholerna prawda. Jednak, gdy dotyka kogoś, kto nie choruje, kto jest młody, spotyka się z większym niedowierzaniem. Śmierć jest równa dla tych, co umierają, a jednak tak różna w odczuciach dla tych, którzy zostają. Poczułam niedowierzanie, szok, złość. Złość, bo to nie był ktoś, kogo znałam za blisko ale...
Radek ma pogrzeb w środę, pomyślałam i wybiegłam do łazienki prawie płacząc. W środę. W pierwszy dzień jesieni, w moje święto, w Mabon. Jesień, cholerna jesień, pomyślałam ze złością i prawie się popłakałam. A już cię lubiłam, do cholery, zaciskałam zęby w łazience, aż nie weszła Asia z pracy. Ta, która zawsze wyczuwa ludzkie nastroje i z którą tak dobrze mi się rozmawia. Widziała, że coś jest nie tak.
-Bo mi kurwa, zawsze ktoś na jesień umiera.
Wtedy tak pomyślałam i prawie to wykrzyczałam w naszej małej łazience. I nie chodziło o Radka. Od razu pomyślałam o 2012 roku, kiedy w połowie sierpnia, gdy czuć już było jesień, zmarł Vince, o zeszłym roku i mrocznym choć świetlistym październiku, gdy Królik...Wtedy tak pomyślałam, stworzyłam sobie tą sierpniowo- listopadową klamrę, jakby przeczucie jesieni w noc spadających gwiazd i przeczucie zimy w listopadowe noce składały się na jedno, na jedno, które tak boleśnie wbija sztylet w serce, na jedno, którego trzeba się bać...
Asia jak zawsze spojrzała na mnie trzeźwo.
-Nie popadaj w cholerny fatalizm.
Fatalizm. Tak, ma rację, fatalizm. Może nieraz to przyciągamy, choć przecież w tym roku starałam się o tym nie myśleć ale może też i czasem staramy się o tym nie myśleć aż za bardzo, tak że los staje się przekorny i chce nam przypominać, tak jak zresztą pisałam o tym Carrie, jadąc już tramwajem?
Wróciłam do domu, myśląc o jego śmierci, o człowieku, którego za bardzo nie znałam, ale z którym lubiłam wygłupiać się na zajęciach. O człowieku, o którym myślałam raczej w ten sposób, jak o przemijającej historii, epizodzie, o którym więcej nie usłyszę, jak o kolejnej przelotnej, choć miłej znajomości, jakie w życiu miewamy. I wolałabym nie usłyszeć, niż usłyszeć w ten sposób. Nieraz milczenie jest lepsze, jest złotem. Brak wieści to też wieści, jak mawiają, bo to znaczy, że nie ma tych złych. Bogowie, jaka to była cholerna prawda !

Czekałam tylko na to, aż Mąż wróci z pracy, nie chciałam nawet od razu widzieć Red która przyszłaby jak zawsze na obiad, tylko jego, w niego się wtulić, jego zapytać, jak sądzi, czy powinnam iść na pogrzeb, czy...
Zadzwoniłam do niego, gdy tylko skończył pracę, jeszcze był na piwie z kumplem, miał być później ale...wiedział już, że jest nie tak, że nie jest w porządku, wrócił, utulił. 10 minut, które sprawiło, że poczułam że żyję, że mogę wzywać Red na obiad, że nie chce mi się płakać, bo przecież wieczór przed nami, wieczór, na który tak czekałam.
Więc odepchnęłam wszystkie myśli i na imię Vincent i wzmianki o Króliku w anime reagowałam trochę drżeniem, takim, którego nikt nie zauważył, bo przecież kocham ten serial i nie chodzi wcale o skojarzenia, nigdy w nim akurat się ich nie bałam, na pewno nie Vincenta Law, teraz nie boję się i Królika. Odepchnęłam wszystkie myśli, wzięłam głęboki oddech i poszłam dalej, jak to mam w zwyczaju, aż do nocy.

Aż do nocy, bo myśli, którym nie daje się dojść do głosu za dnia, odzywają się w snach. W snach ciężkich i bolesnych, tak bardzo, że człowiek budzi się zalany łzami. Bo źródło bólu musi gdzieś wybić, woda znajdzie ujście w nawet najbardziej szczelnym pancerzu, woda spływa po policzkach aż spływają i nasze maski. Obudziłam się więc o 4 nad ranem, zalana łzami, zaciągająca powietrze i wypuszczająca je z histerycznym szlochem. Obudziłam Męża, który tylko przytulał, gładził ciało i szeptał uspokajające słowa, który wiedział, że tym razem nie namiętność jest lekarstwem i odpychał moje próby jej obudzenia. Bo nie ma ucieczki, jest tylko ponowny sen i ten przyszedł, po czasie też przyszedł, aż do dźwięku budzika o 7 nad ranem i pięknego świtu. Znów, jakby noc nie istniała, jakby sny były przewidzeniem, bo życie czeka. Bo czekają badania do nowej pracy, bo czeka mnie kolejny dzień w monotonnej pracy.

Wstałam więc, pocałowałam Męża i obudziłam go prawdziwym szczebiotem, na który patrzył ze swoim przekąsem, znając mnie, znając moje maski i tylko przeczekując. Wiedząc, że coś w środku pęknie albo się pozbiera, czekając na reakcję. Wstałam i napisałam do Red, że dzień piękny, mówiąc potem, że trzeba dać mu szansę. Trzeba dać mu szansę, jak każdemu kolejnemu.
Z dziwnym więc chyba po nocy uśmiechem poszłam na badania, oddałam krew, zrobiłam prześwietlenie płuc, zbadałam oczy.
Gdy wyszłam z przychodni około 10, zobaczyłam na ławce staruszkę, która doprawdy wyglądała blado. Siedziała sama na dziedzińcu, tylko ona i ja, ja, myśląca wreszcie o śniadaniu które mogłabym zjeść i ona. Zaniepokoiłam się, może potrzebowała pomocy podeszłam więc do niej i zapytałam, co się dzieje, czy kogoś zawołać.
-Nie, skarbie- powiedziała, podnosząc uśmiechnięte, czarne oczy- to serce, choruję na serce, zaraz przejdzie, wiem, bo zawsze tak mam, idę na badania zaraz.

Jedna błahostka, a w oczach stanęły mi łzy. Jesień i śmierć, jesień i chore serca. A jutro Mabon, jak mam świętować jesieni przyjście do cholery?
Miałam iść do pracy, a nie mogłam. Miałam iść do pracy, dzwonić do kolejnych ludzi, a nie potrafiłam. Podjęłam więc decyzję, własną decyzję, w której nikt nie mógł mi towarzyszyć. Napisałam do paru osób, z którymi prawie zawsze jestem w kontakcie, że znikam, że będę na parę godzin.

Dać mu szansę, temu pięknemu dniu...może dać ją sobie?
Może trzeba dać sobie szansę, a taki dzień musi nadejść, dzień, gdy człowiek coś zamyka. I zrozumienie przychodzi po czasie.

Cały czas myślałam o tym, czy iść na ten jutrzejszy pogrzeb. Cały czas ta myśl, czy powinnam, iść na pogrzeb człowieka, którego prawie nie znałam. Tym bardziej...że nienawidzę pogrzebów. Nienawidzę chyba jak wielu z nas, ale nie chodzę na nie, by się pożegnać. Ja żegnam się inaczej, żegnam się wierszem i piwem, żegnam się rytuałem i myślą. Żegnam się w innych miejscach, żegnam się...
Nie potrafię w tłumie. Tym bardziej, że śmierć nabiera dla mnie znaczenia po czasie. Już Red mówiłam, że nie potrafię płakać od razu. Nie płakałam od razu, gdy miałam 10 lat i gdy zmarła moja babcia. Jedyne łzy jakie uroniłam, były łzami strachu...bałam się, że to dziwne, że nie płaczę. Bałam się, że znów będę inna, że mama będzie mieć pretensje, siostra. Płakałam tylko dlatego. Prawdziwe łzy tęsknoty przyszły potem, rok później, gdy było lat i gdy nie miał mi kto tłumaczyć pewnych nazw i znaczeń. Gdy nie miałam komu zrobić laurki.
Nie płakałam, gdy umarł Vincent. Zrobiłam, co miałam. Zajęłam się zwłokami, pustą skorupą bez tchu, spojrzałam w jej oczy. Zmyłam krew z podłogi i mebli. Nie płakałam szorując drewniany parkiet. Nie płakałam, załatwiając kolejne formalności. Łzy przyszły po czasie, gdy zatęskniłam już w pełni, gdy poznałam Cat i piłam z nią wina prawie wypadając z 10 piętra bloku w którym wtedy mieszkałam, płakałam gdy recytowaliśmy dla niego wiersze z Królikiem, płakałam nad brzegiem Rusałki, gdy nie było już nic do powiedzenia i gdy szarpaliśmy się z Królikiem w jeziorze.
Nie płakałam, gdy zmarł Królik. Byłam w szoku, poleciało parę łez, ale nie czułam ich. Wzięłam się za telefony, które paru z was zapewne pamięta. Wysłałam maile, porządkowałam jego sprawy. Nie płakałam, idąc do jego domu i sprzątając razem z jego Rudą siostrą, zabierając rzeczy, które to ja mam przekazać ludziom. Nie płakałam rozdając listy. Płakałam gdy przyszły olejne zimne noce, płakałam znów z Cat i Mężem, płakałam wiele razy sama, gdy w pełni tęsknota zatrzasnęła na mnie swoje ramiona w tym roku.

Nigdy nie płaczę od razu. Zawsze dociera do mnie brak, może to cholerna reakcja obronna, to, że muszę się czymś zająć. A może śmierć przechodzi obok i dopiero z czasem, gdy obejmuje moje serce, zaczynam czuć chłód, serce lodowacieje, a oczy topnieją. Dopiero po czasie rozumiem brak, po czasie tęsknotę. Coś uderza mnie w twarz, ale to jak z każdym moim złamaniem. Za każdym razem, gdy złamałam rękę, nie płakałam. Zaciskałam zęby, pozwoliłam na parę łez, na jęk, ale nie płakałam, udając silną. Dopiero gdy kości się zrastały, czułam ich ból i pozwalałam sobie na płacz i marudzenie, na leki przeciwbólowe. Parę dni. Nie w momencie, gdy kość trzaska.

Gdy pęka mi serce, nie płaczę również. Dopiero gdy się zrasta i rozumie, co straciło, dopiero gdy tkanka tworzy martwe nieraz blizny, płaczę nad sobą. Czuję samotność.

Prawie pozwoliłam sobie na łzy, gdy zmarł Radek, gdy dowiedziałam się o tym cholernym pogrzebie. Prawie. I zrobiło mi się głupio, bo wiedziałam, od razu wiedziałam, że to nie o niego chodzi. Zupełnie nie o niego i nie o jego pogrzeb. To potworne, to okropne, przeżywać cudzą śmierć tylko przez inną, która już dotarła do świadomości, która rozszarpała serce i życie, zostawiając tak cholerne zgliszcza. To potworne i samolubne.

Zrozumiałam, że nie mogę iść jutro na cmentarz, na TEN cmentarz na pogrzeb. Nie płakałabym tam, a może płakałabym...bo nie byłam na zupełnie innym pogrzebie, pogrzebie w listopadzie, którego nie było.

I tak zrozumiałam, co mam zrobić z tym dniem.
Pamiętam, jak żegnałam się z Vincentem. Bo to nadal otwarta rana, to nadal rzecz, która boli, przez którą płacze się po nocach. To twarz, która już się zaciera, ale to głos, który zawsze brzmi w głowie. I pamiętam ten wrzesień, w którym to nie poszłam na zajęcia, tylko pod jego dom, pod TAMTO mieszkanie, w którym tyle się działo. Tamto mieszkanie, które stoi puste i czeka na jego syna. Pamiętam, jak uwiesiłam się na klamce i zapłakałam paroma łzami, tylko paroma. A potem poczułam się lekka. Bo każdy musi coś zamknąć. Zamknąć jakiś rozdział, nawet po czasie, zamknąć kolejny etap, by wreszcie zamknąć i książkę. Wiem to, tak bardzo wiem, a mimo to...
Czasem coś musi w nas uderzyć, byśmy znowu zrozumieli.

Jakiś czas temu Red napisała mi, że chce iść na cmentarz. Na cmentarz, na którym wcale nie ma jego ciała, ale jest grób jego matki. Jej grób, a na nim tabliczka, tabliczka ze śmiesznym trochę może napisem, z imieniem, przezwiskiem i nazwiskiem, a nie tylko nazwiskiem. Tak, jakby w tej rodzinie każde przezwisko było ważniejsze, niż imiona, niż nazwiska, bo są ich własne. Jakiś czas temu napisała, a ja się zgodziłam, zgodziłam, wiedząc, że sama chyba tam nie wejdę, nie tak łatwo i nie od razu. Bo ja nienawidzę cmentarzy, nienawidzę grobów, ja się tam nie żegnam, ja mam swoje miejsca.
Oni swoich nie mieli, musi starczyć cmentarz i ten pusty grób, cudzy grób tak naprawdę. Być może, żeby zamknąć rozdział, żeby iść dalej, tej jesieni, kiedy to już prawie rok, przecież prawie rok...

Ten cmentarz, ten, na którym jutro ma być pogrzeb Radka, nie mógł mi wyjść z głowy. Ten, na którym ona chciała się pożegnać w kolejny ze sposobów, a w który ja bym nie mogła, nie potrafiła, w sposób, który być może by mnie złamał, zanim...

Tak, trzeba dać sobie szansę. Ale najpierw do szansy trzeba dojrzeć. Może dojrzałam. Zamknęłam pewien rozdział, choć, nie zamknęłam książki, nie zamknę jej, bo stale pamiętam, bo wiem, że jesteśmy tu na chwilę, ale w sercach pamiętamy na zawsze.

Wyszłam z przychodni, napisałam że znikam, że mnie nie ma, nie ma dla świata. Jestem ja i moje myśli, ja i miejsca, ja i inni zupełnie ludzie. Rozdział, który muszę dopisać. Kolejny etap, nic więcej, etap, żebym to ja mogła być silna i zabrać ją na cmentarz. Żebym mogła wspominać. I przeżywać kolejne, nieuniknione śmierci takie, jakimi są. A nie przez inne, dawniejsze zdarzenia. Żebym mogła oddać cześć nawet i tym, których nie znałam tak bardzo.

Nie poszłam zatem do pracy.

Najpierw szpital. Ten szpital, który jest tak blisko, który odwiedzałam przecież po twojej śmierci, który mijałam, ale nie nadawałam temu znaczenia. Ten szpital, który ostatnio przewija się przez wszystkie dni, zdarzenia.
Weszłam do niego swobodnie. Weszłam ostrożnie już na ten oddział, na którym zmarłeś. Zobaczyłam znajome przecież twarze. Pielęgniarki, która walczyła z tobą i nazywała cię młodym źrebakiem. Zachciało mi się płakać, na wspomnienie twojego śmiechu na tych salach, ale i tego bólu, cierpienia i strachu, który też ukrywałeś przed wszystkimi tak naprawdę, póki wytrzymywałeś. Ale to nie czas na łzy. To nie to miejsce.

Wyszłam więc z niego, stanęłam na dziedzińcu. Zebrałam dwa płaskie kasztany i schowałam do kieszeni polaru. „Te płaskie są idealne na podstawki do całej reszty figurki!”, instrukcja sprzed paru lat, instrukcja, którą znałam.

Potem stopy już same prowadzą. Twoje ukochane jezioro, Rusałka, dookoła której zawsze biegłeś. I to nasze miejsce. To jedno drzewo, pod którym nie siadam z nikim innym, chyba że z Mężem, bo to co innego, to coś, co moja pamięć wybacza. Nasze ulubione drzewo, na którym piliśmy piwo i opowiadaliśmy historie. Brzeg, na którym wspominaliśmy tyle razy Vincenta. Brzeg, na którym wspomniałam ciebie.
Dookoła Rusałki nie było wielu ludzi. W końcu to nie weekend, w końcu to nie idealna pogoda. Usiadłam więc i otworzyłam piwo. Usiadłam i pijąc piwo za ostatnie 3 złote, które miałam, czekając na wypłatę, wypiłam za ciebie piwo nucąc jeden z twoich utworów, ten, który zapamiętałam. I zapłakałam. Tym razem nuciłam, piłam i płakałam lekko i cicho...wreszcie sama. Bo przecież zawsze prawie wspominam z kimś. Zawsze słucham też cudzych wspomnień, cudzego bólu, tęsknoty, na swoją się zamykając.
A ten dzień był dla mnie. Dla nas. Tak jak to miejsce.

Nikt, kto mnie zauważył, nie zwracał na mnie uwagi. Jakbym była niewidzialna. Dopiłam w spokoju piwo, otarłam oczy i wstałam. A nogi prowadziły dalej. Do miejsca, którego najbardziej się bałam. Do twojego domu.
Stanęłam przed bramą i stałam tak i stałam. Czekając, myśląc. Miałam wrażenie, że trwało to wieki, a trwało może najwyżej 10 minut, kiedy otworzyłam furtkę i stanęłam już przed drzwiami. Otworzyła mi babcia i przemknęła mi myśl, że to może jedyna babcia, jaką mam. Tak samo dziadek.
Tylko oni byli w domu. Ruda na zajęciach na uczelni, Młody w szkole, Młoda tak samo...tylko oni, cisza i bicie w niej starego zegara, jakieś stare radio i jazz, którego moje niewprawne ucho nie rozpozna. I gdy ktoś mnie zapyta, o czym rozmawialiśmy, nie odpowiem. Nie wiem. Po prostu nie wiem. Za dużo emocji, tylko ich twarze, ta twarz, którą rozpoznałam na początku września w tramwaju. Tylko śmiech i moje emocje. Moje rozedrganie.
Przyszłam się pożegnać, prawie mi się wyrwało. Nie wiem, czy kiedykolwiek odwiedzę ten dom jeszcze. Sama nie wiem. Sama nie wiem, czy potrafię, ale wiem, że przełamałam się. Nie zostałam na obiedzie, wypiłam tylko jedną herbatę, co zostało przywitane z wielkim zdziwieniem, bo przecież herbatę piję na litry.
Wyszłam szybko. Jedna herbata, której wypicia bałam się jak wypicia wody morskiej. Ale ona miała smak miodu i zapach zbieranych latem mimo wszystko ziół. I wcale od niej nie mdliło.

I wtedy rozpłakałam się na dobre. Gdy odeszłam od domu, stanęłam na ulicy i zapłakałam na dobre. I znów myślałam, że to cała wieczność, a to tylko chwila. Nawet gdy rozumiem, nie płacze długo. To we mnie oboje ceniliście, prawda? I Królik i Vincent. To, że nie brakuje mi łez ale...szybko przestaję ich potrzebować jako doraźnego lekarstwa.

Poszłam jeszcze na krótki spacer. Miałam ochotę na jeszcze jedno piwo, na papierosa, ale miało być tylko jedno i może lepiej, że nie było mnie na nic stać. I spokojnie wróciłam do domu. Zjadłam obiad, skuliłam się pod kołdrą i...poczułam ulgę. Taką, jak czuję teraz pisząc te słowa. Nieopisaną, dziwną ulgę, ulgę wobec tego, co było i tego, co nadejdzie.

Każdy człowiek musi w końcu zamykać pewne rozdziały. Musi dopuścić do siebie dni, gdy będzie się żegnał. Musi widzieć cudzą śmierć inaczej, niż tylko przez tych, co już odeszli.

I pomyślałam sobie, że teraz już będę mogła stanąć nad tamtym grobem, na tamtym cmentarzu, może kupimy ładny wrzos, bo nie tylko mi wrzosy się należą ale...
Może nie ja tam będę tak naprawdę, bo to nie moje miejsce. Może cudze łzy będą konieczne i cudza samotność, stanę z boku, bo samotność i samodzielne mierzenie się bywa w tym wszystkim najważniejsze.

Wiem, że nie pójdę jutro na pogrzeb. Nie mogłabym, nienawidzę pogrzebów, nie umiem na nich płakać, nie zapłaczę na pogrzebie kogoś, kogo prawie nie znałam.
Nie pójdę na pogrzeb, bo nawet nie mieliśmy wspólnych miejsc. Parę wspomnień, epizodów. I jak za parę wspomnień, wypiję po prostu piwo. Za kolejną śmierć kolejnej jesieni. Za kolejne zderzenia i zdarzenia, które nie zostawiają ran, ale zadrapania przez rany wcześniejsze. Wypiję za człowieka, bo tak tylko chyba umiem się żegnać...jeśli nie kochałam.

Jeśli kochałam, żegnam się latami. Żegnam się pamiętając, bo tych, których nie kochamy, tak trudno zapamiętać. Znów, liczy się tylko miłość, miałeś rację Króliku.
A ja kochałam. Więc powiem to, co ty mówiłeś. Dobrze jest tęsknić, bo to pamiątka po miłości. Prawdziwie tęsknić, nieraz o tym nie mówiąc. Prawdziwie czuć wyrwę w sercu, nie tylko podczas listopada i zderzeń, wyrwę, która jedna nie przeszkadza żyć. Prawdziwie zderzać się, czując, oddychając, żegnając i pamiętając. I nadal kochając i nie bojąc się.

Kochając, bo to nie zmarli potrzebują naszej miłości...ale my jej potrzebujemy. To nie zmarli potrzebują naszej pamięci, ale my jej potrzebujemy.

I kolejnych rozdziałów. To my potrzebujemy świadomości, że my kochaliśmy i że oni nas kochali, że byliśmy dla nich ważni, nie przypadkowi, jak pogrzeby osób, o których myślało się, że się więcej nie usłyszy. To bolesne, ale i piękne. I nie można tego odrzucać.
Trzeba pamiętać, ale i iść naprzód, znów, cholernie, po bolesnych, piekących łzach, że świadomością, że trzeba będzie się jeszcze przełamywać, przychodzić do domów na herbaty, rozmawiać o cudzym żalu, odwiedzać inne miejsca pamięci, ale iść do przodu. Pamiętając, kochając, tęskniąc.

Jutro pierwszy dzień jesieni. A ja znów przywitam ją z otwartymi ramionami i wyszepczę, że przyjmuję wszystko. Tak jak już przyjęłam, jak zniosłam i opłakałam. Jesień, która pisze mi nowe rozdziały, pamiętając o miłości, o niej i tylko o niej.
I nie chcę stale o tym pisać, nie chcę stale mówić, jakby tylko to liczyło się podczas pierwszej jesieni tuż po, podczas pierwszej rocznicy...to za nami.
Chcę iść do przodu, cały czas, żyć.
A więcej...więcej chyba nie trzeba.



Moje życie było wspaniałe i
Potrzebuję twojej miłości
Potrzebuję twoich spacerów
Cały dzień i całą noc
Pamiętaj mnie
Nigdy nie zapominaj o mnie, dziecko
Jesteśmy tutaj tylko na chwilę

Proszę, proszę...pamiętaj mnie. 

sobota, 19 września 2015

O osach i paru innych rzeczach, których w życiu wcale nie trzeba się bać, czyli znów o ludzkiej ślepocie i braku zrozumienia dla tego, co w życiu tak ważne

W pracy zostałam zaklinaczką os ( czy jak kto woli, zaklinaczką owadów, bo do pająków też mnie będą wzywać).

Ta zaszczytna funkcja mylona z lekkim wariactwem czy bzikiem, została mi nadana, gdy z wielkim oburzeniem i soczystym "kurwa" przyjęłam śmierć kolejnego owada podczas mojej nieobecności w pokoju w którym pracujemy, gdyż wyszłam na przerwę zjeść wreszcie śniadanie. Podczas gdy ja przeżuwałam swoją kanapkę, oni zabili kolejną, bezbronną osę. Całkiem bezbronną, choć wielu sądzi inaczej, przez to, że ewolucja obdarzyła je jadem i małym żądełkiem, które tak naprawdę nie zrobi krzywdy żadnemu z nas, chyba, że ma się uczulenie ( a serio, mało kto ma, mały bąbel, zaczerwienienie i świąd pod wpływem jadu nie są uczuleniem, doprawdy...)

Gdy weszłam na salę w piątek i zobaczyłam scenę brutalnego mordu gazetą, wyraziłam swoją opinię i powiedziałam już, że jak mają mordować, to lepiej, żeby mnie za każdym razem wołali i pozwolili mi złapać czarno- żółtego owada. Co oczywiście ochoczo musiałam uczynić, gdy kolejne osy, prawdopodobnie zwabione słodkimi zapachami soków i drożdżówek, wlatywały do pomieszczenia. Jedna, druga, trzecia ratowana z kubka znajomej, w którym był sok i w którym się topiła. „Leć, kochanie” (ciekawe, do zwierząt zawsze z łatwością mówię uroczo i ciepło, co rzadko mówię ludziom) powiedziałam do tej ostatniej, szeroko otwierając okno i wyciągając ją z kubka kawałkiem gazety, żeby mogła spokojnie odparować i odlecieć do swojego gniazda.

Widziałam niektóre spanikowane spojrzenia i rozmawiałam potem chwilę z Kaśką, która ma fobię na owe owady, jaka to ja jestem....dziwna. Bo ona, chociaż kocha prawie wszystkie zwierzęta, jest wolontariuszką która zbiera bezdomne koty i leczy je z wielkim poświęceniem, jednak mimo wszystko os nie znosi i panicznie się ich boi. Boi, krzyczy i ucieka z krzykiem, gdy ta tylko przeleci z uroczym bzyczeniem koło jej głowy. Krzyczy i macha rękami, czym osy tylko drażni. Cóż. Typowa reakcja wielu ludzi, cholernie typowa...i całkiem, całkiem niewłaściwa. Tak niewłaściwa, jak często zdaje mi się niewłaściwy ten lęk. Niewłaściwy, a może wręcz...smutny.

Nie trzeba się niczego tu przecież bać. Trzeba tylko szanować i chcieć zrozumieć. Każdy strach, nawet ten pierwotny, ewolucyjny, instynkt paniki na widok jaskrawych kolorów u zwierząt, bierze się z niezrozumienia i braku szacunku u rozumnych ponoć ludzi. Każdy strach to po prostu niezrozumienie.

Tak samo jak dyskryminacja u nas właśnie, wobec chorych czy ludzi o innych poglądach, kolorze skóry, orientacji, innym czymkolwiek, z tego samego miejsca w nas bierze się strach przed żółtymi, nieszkodliwymi owadami, dzięki którym tak naprawdę żyjemy. Strach, który nieraz tak trudno mi zrozumieć, tak trudno pojąć. Strach, który tak łatwo idzie oswoić..jeśli tylko się zrozumie pewne mechanizmy, jeśli ma się na tyle dobrej woli, by chcieć się zrozumieć i porozumieć.

Tak samo, przez niezrozumienie boimy się i bardziej abstrakcyjnych rzeczy w życiu. Boimy się bólu i zranienia, samotności i niespełnionych ambicji, zamiast po prostu przyjmować je za część życia.

Wiem, że wielu w tej chwili uzna mnie za wariatkę, zwłaszcza ci z fobią, dla której żadne racjonalne argumenty nie mają racji bytu, wielu uzna mnie za istną szaloną szamankę, która chce głosić dobrą nowinę i zaprowadzić na ziemi niemożliwy do uzyskania pokój. Ale wszystkie stworzenia idzie zrozumieć i przestać się ich bać, jeśli człowiek ma choć trochę dobrej woli. W porządku, wszystkie, oprócz niektórych ludzi, bo to w nas, a nie w owadach, psach czy roślinach tkwi nieraz nienawiść i brak czułości w zamkniętych sercach, który u wszelkich innych stworzeń jest wręcz niemożliwy. Tylko my budujemy wysokie mury i być może, właśnie dlatego takim nieraz widzimy świat?

Może to właśnie my budujemy bariery w swoich sercach i zamykamy się przed światem, chcąc swoje lęki przelać w cudowne, pięknie ubarwione osy i w włochate pająki które mają cudowne oczy? Może to my zamykamy się przed zrozumieniem, pielęgnując swoje lęki i nienawiści małej codzienności, upychając je w bogom ducha winnych symbolach owadzich szczęk, które przecież nie robią krzywdy?

A wcale tak nie musi być. Wcale nie musimy się bać. Wystarczy tylko otworzyć swoje serce na piękno, wystarczy otworzyć swoje oczy choć raz naprawdę i zrozumieć. Mam nieraz wrażenie, że od takich „zrozumień” zaczyna się rozumienie całego porządku świata i jego piękna. To w owadzich oczach, kroplach rosy na ich skrzydłach zaczynają się najcudowniejsze wschody słońca. I pełne pogodzenie się ze światem, odczuwanie go w pełni. A tak wielu ludzi nie wie, co traci. Tak wielu się zamyka. Tak wielu, po prostu się boi. Może często boi się własnego życia, często nie chcąc się do tego przyznać.

Nie trzeba się wcale bać, co udowadniam nie tylko ja, "zaklinaczka owadów", co udowadniał nie tylko mój przyjaciel pogodzony z całym światem, ten, z którym poiliśmy szerszenie i osy, leżąc nad jeziorem i robiąc z tego metaforę życia. On uczynił z tego metaforę pod koniec życia, mówiąc, że kto umie kochać motyle i poić szerszenie, może nie bać się życia. Bo motyle to wszystkie piękne sprawy, które nas dotykają, a osy i szerszenie to te nieraz bolesne i przerażające, ale jednak takie, które uczą nas trudnego piękna. Kto boi się złego i niedobrego i nie docenia go ostatecznie, nie umie żyć naprawdę, zawsze będzie tchórzem. Kto nie umie żyć w zgodzie z szerszeniami i poić ich ze swojej skóry, leżąc nad jeziorem i ratując ich małe życia, ten nie umie dostrzec piękna.

Zakochałam się w tej metaforze i zawsze poiłam szerszenie i osy. Zawsze uważałam je za piękne. Tak jak teraz uważam za piękne nawet bolesne rzeczy, które mnie dotykają, bo jednak mnie uczą, jak ukąszenia przypadkowe przygniecionych os uczą moje ciało odporności na ból i większe trucizny życia.
Zakochałam się w tej metaforze i tego lata z pewnym wręcz niesmakiem i smutkiem patrzyłam na to, co robią ludzie, gdy leci koło nich osa, gdy spostrzegą pająka. Gdy biegali i machali rękami, krzycząc i panikując. I przed czym? Dlaczego nie rozumieją ich języka, nie chcą zrozumieć pytałam siebie w środku? Przecież osa sama z siebie nic ci nie zrobi, tylko twoja reakcja ją prowokuje.

Tylko twoje krzyki i machanie rękami sprawia, że sama zaczyna się bać i wyciąga żądło. Jeśli pozwolisz jej usiąść na sobie i się napić, podzielisz się słodkim owocem który masz, nic ci nie zrobi. Nie krzywdzi cię osa, tylko krzywdzi cię twoja reakcja. Tak jak nie krzywdzi cię życie złymi rzeczami, tylko krzywdzi cię twoje nastawienie do nich. Jeśli przyjmiesz to wszystko po prostu, płynąc z rzeką...nic cię nie użądli.

I to tak cholernie smutne, że ludzie nie potrafią tego pojąć.

Nie ma w życiu czego się bać. Nie ma co bać się os i szerszeni, pasiastych przyjaciół, które można oswajać.

Nie ma co bać się os, jak wielu innych rzeczy w życiu. Także Redcar, która niedawno bała się os i szerszeni, teraz w pewien sposób stała się ich dobra znajomą i nie pozwala ich tak łatwo zabijać. Po tym, jak wypiła z nimi strzemiennego podczas pewnego sierpniowego jeszcze wieczoru nad Wartą. Wtedy to udowodniłam jej, że osy to tak naprawdę fajne dziewczyny i niezłe kompanki do picia.

Nie wiem czy wiecie, ale ogólnie owady, a szczególnie osy, lubią sobie "golnąć".
To, że osy lubią słodkie wina, czy piwa, oraz po prostu alkohol, tak samo jak inne owady, odkryłam, gdy byłam jeszcze małym dzieckiem. Niegdyś, gdy miałam jeszcze kilka lat, na naszym podwórku rosła wielka, stara grusza, która mimo wieku i na pół martwego, zjedzonego przez korniki drukarze ( te też kocham!) pnia rodziła ogromną ilość niesamowicie słodkich owoców. Wiele z nich spadało, już na pół zgniłe. Ich słodkie soki fermentowały, zmieniają się, oczywiście, po prostu w słodkie wino. Tm po raz pierwszy widziałam, jak osy się upijają. Od tego momentu nieraz częstowałam je piwem, które zostawało w puszkach. Teraz, jako dorosła kobieta, często pozwalam im pić wraz z sobą, wylewając piwo na ziemię, jak zrobiłam to nad Wartą z Red. Mała ofiara dla os, dla świata, któremu my wchodzimy w paradę. Mały poczęstunek. Dialog z tym, co w życiu pozornie tylko straszne. Dialog taki sam, jak ten w życiu z tym, co nas raniło. Z tym, co tylko pozornie złe, bo ma nieodpowiednie, jaskrawe barwy. Z tym, co tak naprawdę jest piękne. I z tym, z czym nieźle można się po prostu bawić.

Osa jest idealną metaforą natury, metaforą w naszym ludzkim życiu. I dlatego, nie zabijam os bezmyślnie. Jak nie zabijam bezmyślnie niczego, co żyje. I niczego co żyje się nie boję, tylko mam do tego odpowiedni szacunek.

Nie mówię, że ja w ogóle nie zabijam, jestem „święta” (świętość, której nie uznaję) i czysta i nie mam krwi na rękach. Wręcz przeciwnie. Sama nieraz zabijałam nie tylko osy i inne owady, ale także ucinałam głowy kurom i skórowałam króliki. Miała etap, gdy byłam wegetarianką i twierdziłam, że jedzenie mięsa to zbrodnia...a potem zrozumiałam po prostu naturalne prawa, które mówią, że można zabić stworzenie, każde stworzenie, gdy to jest uzasadnione. Zabicie osy jest dla mnie równoznaczne z zabiciem człowieka. Oburzacie się? Nie szkodzi, dla mnie nie szkodzi.

Zjedzenie mięsa ludzkiego jest dla mnie tożsame z zjedzeniem krowy, kota, psa czy kozy, tylko bałabym się kuru i nie tknęłabym mózgu. Zjadłabym pewnie każde, gdyby nie pewne społeczne konwenanse. Tak samo. zabiję osę gdy wymaga tego sytuacja. Pamiętam wielkie zdziwienie Red, gdy ja, obrończyni wszelkich stworzeń sama rozdeptałam osę, która atakowała mnie gdy jadłam. Nie zapomnę jej zdziwienia i szoku,. bo jak to, ja, która nie boję się pasiastych owadów, ja, która zmuszam ją do nie mordowania ich tylko wynoszenia z mieszkania tak właśnie postąpiłam?!

Ano tak, właśnie ja. Tak samo jak ja jem mięso, jak ja zabijałam by zjeść ze specjalnym rytuałem przepraszania którego nauczyła mnie babcia. Jak ja przepraszam zawsze w duchu pierwsze zerwane danego roku zioła danego gatunku czy grzyby, ja, która zmawiam własną specjalną modlitwę, w której przepraszam i dziękuję zarazem, w której kocham krew i soki roślinne, które umierają, by budować moje ciało.
Tak samo ja zabijam osy- gdy przekroczą granicę, tak jak zabijam złe i niedobre rzeczy, które powoli zaczynają mnie zabijać. Zabijam i kąsam, gdy się bronię, bronię już dosłownie, choć wiem, jak sprawić, bym bronić się nie musiała. Nieraz to za mało, nieraz się nie zrozumiemy i to prowadzi do nierozumianej przez wielu, dla wielu małej, choć przecież wielkiej tragedii. Bo zawsze to koniec życia. Taki sam, jak koniec życia ludzkiego. I pewnie tak samo, w sytuacji skrajnej zamordowałabym człowieka, choć tu czekają mnie po prostu inne społeczne konsekwencje...ale nie one, zdaje się, są najistotniejsze. I nie o tym tak naprawdę teraz miałam. Nie o tym miałam, bo nie to się liczy naprawdę w tym momencie. Nie to, a małe, pięknie ubarwione owady, którym powinniśmy dziękować za to, że mamy owoce i kwitną kwiaty. Bo nie tylko pszczoły zapylają, choć to głównie ich zadanie.

Powinniśmy dziękować tym owadom i je szanować. Tak jak powinniśmy szanować każde większe czy mniejsze stworzenie, wszystko co żyje. Tak, jak powinniśmy też szanować i doceniać wszystko, co spotyka nas w życiu, nawet jeśli zdaje się pozornie złe. Tak jak owady wydają się pozornie groźne i agresywne, póki nie zobaczysz jak tańczą i jak siadają na twojej dłoni, wdzięczne za kroplę wody.
Nigdy nie ugryzł mnie pies, choć zawsze zwoływałam wszystkie bezpańskie i nawet ostatnio przygruchałam sobie stado 3 ogromnych półdzikich psów, z których tylko jeden warczał, a jeden został moim dobrym kumplem i oślinił mi całe spodnie. Nie zaatakowało mnie leśne zwierzę od czasów bycia dzieckiem, bo wycofywałam się w porę, od kiedy dorosłam do pewnych rzeczy, do kłaniania się jeleniom na rykowisku i przepraszania lochy z małymi warchlakami, że weszłam na jej teren.. Jedynie gdy byłam jeszcze dzieckiem właśnie i chciałam dobrze, podrapały mnie obce koty, tak że jeden zostawił mi bliznę, bo przekroczyłam granicę. Bo to ja przekroczyłam granicę i nie słuchałam ostrzeżeń. W pozostałych przypadkach zawsze słuchałam dziwnego, wspólnego języka, języka ciała i gestów, który każdy z nas mógłby zrozumieć. Języka roślin, owadów, ssaków i ptaków. Wszyscy mówimy jednym tylko...człowiek to tak dziwne stworzenie. Jedyne, które nie szanuje i nie chce nieraz zrozumieć, choć być może, zrozumieć by mógł najgłębiej. Jedyne tak głupie, że zgubiło wspólny język i zrozumienie świata za cenę innych rzeczy.
Jaka szkoda. J pierwotnego języka i szeroko rozwartych oczu zgubić nie chcę. I kocham każde stworzenie. Pająki, osy, koty, konie, konwalie, drzewa...kocham ,  a dzięki temu może i umiem pokochać człowieka. 

Człowiek tak mało rozumie. Ale....

...może ty zrozumiesz, jeśli następnym razem, pijąc słodkie wino i widząc osę, nie uciekniesz w popłochu, tylko spojrzysz w jej piękne oczy i refleks światła na siatkowanych skrzydłach. Gdy podzielisz się z nią kroplą owego wina. Może zobaczysz wtedy, że w życiu nie ma nic oczywistego i chodzi w nim o wiele, wiele więcej, niż zazwyczaj sądzi człowiek. 




Jeśli kiedykolwiek spotkasz się z człowiekiem
L ludzkim zachowaniem
Przygotuj się na zaskoczenie

Definitywnie nie ma żadnej logiki
W ludzkim zachowaniu

czwartek, 17 września 2015

O podziemnej rzece i otwartych drzwiach, czyli o tym, za co cię cenię- o braku definicji w słowie przyjaźń słów kilka.

Pytasz, za co cię cenię, podczas jednego z wieczorów, a ja nie potrafię ci odpowiedzieć. Nie dlatego, że nie wiem, nie dlatego, że nie cenię cię w ogóle, nic z tych rzeczy. Po prostu nie umiem mówić takich rzeczy. Powiedzenie, za co kogokolwiek cenię, przychodzi mi z trudności tak po prostu, w cztery oczy, jeśli sama nie mam pod ręką jakiejś butelki wina i ty to doskonale wiesz, przez co obracamy wszystko w żart. Jak zresztą większość rzeczy. I za to też cię cenię, za to, że doskonale rozumiesz, że wszystkie wielkie wyznania nie przychodzą mi łatwo. Wszystkie ładne słowa i deklaracje peszą mnie, wszystkie staram się obrócić często w żart właśnie, nawet najbardziej poważne i drażliwe rzeczy, bo humor jest obroną, jest najlepszą obroną ze wszystkich, jakie znam. Bo właśnie humor nieraz ratował mi życie, w dosłowności i w przenośni i zabierał ode mnie straszliwe nieraz brzemię wstydu. Bo widzisz, mimo wszystko, mimo całej swej ekstrawertyczności jestem wstydliwa, jeśli przychodzi do mówienia o emocjach własnych, o uczuciach.

Pytasz za co cię cenię i choć nie mówię ani słowa i obracam wszystko w żart, bo to nie ja trzymam wino w dłoni, bo mi pić nie wolno było, przychodzi mi na myśli wiele, wiele rzeczy, aż za dużo, by je tak po prostu pozbierać w jedno. Przychodzą mi na myśl sytuacje, nawet te, gdy nie widziałyśmy się jeszcze na oczy a nie mogłyśmy przerwać potoku dyskusji, nieraz najbardziej bolesnych, te dni, kiedy aż Mąż był zazdrosny tak naprawdę o wszystkie smsy do ciebie i czas który spędzałam, tak po prostu myśląc „muszę tylko powiedzieć jeszcze jedno”. Na myśl przychodzi mi noc, gdy pierwszy raz się spiłyśmy. Na myśl przychodzą mi wszystkie dni tak po prostu, najgłupsze rozmowy i chwile, gdy siedzimy oglądając filmy, zajadamy się czekoladą i pierdzimy dosłownie pod kołdrą, bo przychodzi jesień.

Pytasz za co cię cenię, a ja mogę powiedzieć, że za twoją wrażliwość. Za to, jak wiele emocji potrzebujesz i jak wiele w sobie nosisz. Za to, jak one potrafią wypływać, mimo że mówisz, że tak często się z nimi kryjesz. Bo może to i prawda, ale można je wyczuć, te podskórne, jak wyczuwa się płynące pod ziemią rzeki. Takie rzeki zawsze kochałam, to układając się na suchej pozornie ziemi spałam najlepiej, czując ich tętno, bijące z głębi, czasem spokojne a czasem wzburzone. Cenię to, że jesteś jak podziemna rzeka, ze wszystkimi wzruszeniami, ta, która wcale nie ukazuje, nie mówi dużo, ale czuje się jej bicie. Ta, która nieraz niespodziewanie wybija jak źródło albo drąży skałę. Wybija w niej ślady swoją wesołością albo łzami. Piękni są ludzie jak podziemne rzeki, nieoczywiści i niedefiniowalni, nie zawsze skrzący się w słońcu, ale za to dający życie temu, co w jego blasku. Czy można tego nie doceniać?

Cenię coś bardzo egoistycznego. Że wcale nie muszę się krępować, tego, kim jestem, tak w pełni.

Cenię cię za doskonałe poczucie humoru. Poczucie humoru, które świetnie zgrywa się z moim, nawet, jeśli nieraz nie rozumiesz, dlaczego bawią mnie fakty Wróża Macieja. Mimo tego, to rozśmieszanie do łez, pociskanie się w żartach i szalone opary selera sprawiają, że chce się po prostu razem być. To sprawia, że czasem trudna rzeczywistość staje się kolorowa. Miła jest świadomość, że można iść obok siebie przez życie, jednak jakoś obok albo z sobą, robiąc sobie jaja. Bo jak mało kto rozumiesz, że za humorem, mimo wszystko kryje się tak wiele. Dystans do świata, którego nieraz ta potrzebujemy.

Cenię cię za swobodę myślenia. Za to, że można z tobą porozmawiać na każdy temat i nawet, gdy masz swoje wyszlifowane zdanie, do którego jesteś przywiązana, nie narzucasz go innym, chociaż nieraz widzę, jak cię to kusi.

Cenię cię za to, że kochasz książki tak samo jak ja i tak samo nieraz czujesz muzykę, uwielbiasz oglądać filmy, choć nasze gusta czasem się różnią. Mimo to zgrywamy się w jedno tak, że możemy spędzać ze sobą tak wiele czasu.

Cenię cię za to, że często nie muszę nic mówić, po prostu rozumiemy się bez słów. Telepatia, istna telepatia, porozumiewawcze spojrzenie i wszystko jest jasne.

Cenię cię za...

...och, doprawdy, kurwa, muszę wymieniać?

Wiesz doskonale, jak i ja, że wielu ludzi chce definiować przyjaźń. O miłości często mówimy, że jest niezgłębiona i nie idzie ująć jej w jakiekolwiek ramy, często mówimy o tym, że ma miliony obliczy...a czymże jest przyjaźń, jeśli nie właśnie jednym z nich? Dlatego też i ona nie potrzebuje żadnej definicji, nie potrzebuje słów i jako jedna z niewielu nie potrzebuje deklaracji. Żadnych wielkich wyznań ani roztrząsania tego, co nas naprawdę łączy. Przyjaźń, podobnie jak wiele innych odcieni miłości po prostu jest. Po prostu jest, czujemy ją pod sercem, tę unikatową więź, tu i teraz. Nie potrzebuje ram czasowych, określeń które mówią, że jeśli się skończyła, albo jeśli trwa dopiero parę miesięcy, to nie może nią być. Bo komu o tym decydować, komu ujmować to w jakąkolwiek czasową ramę? Przyjaźń, jak każdą inną miłość, po prostu czuć. Można ją budować latami, mozolnie i powoli, jak wiele trwałych związków. Może też się zjawić nagle i gwałtownie, w trudnym bądź najpiękniejszym momencie życia, gwałtownie jak wiosenna pierwsza burza i zostać z nami aż do jesieni życia, nawracająca i gwałtowna, lub z czasem spokojna. Może być jak orzeźwiający, przelotny deszcz, trwający krótko, ale dający nam na nowo nadzieję i siłę do życia.

Może bierze to się stąd, że każdy z nas kocha w inny sposób, każde ma inne serce. Może bierze się to z przypadkowych zderzeń, z drżeń i obecności. Czasem potrzebnej namacalnej, a czasem całkiem odległej. Nic nie umyka, nic nie zawadza...jeśli nie zawadza w naszym sercu. Jeśli kochamy, tak właśnie, kochamy.

Każda przyjaźń jest inna i ile byśmy nie szukali określeń, ram, zawsze któraś z nich znajdzie z nich wyjście i nie pozwoli się zamykać. Bo żadnej miłości nie zamyka się w więzieniu, każda po kolei w końcu od tego usycha, czasem właśnie takie odnoszę wrażenie. Przyjaźń nie ma reguł czasowych, nie ma wyznaczonych dni odwiedzin i zasad pierwszej w życiu spowiedzi, bo nie jest zimnym konfesjonałem, a otwartym na drugiego człowieka ciepłym sercem. To miłość, miłość specyficzna, bez oczywistego pożądania drugiej istoty. I jak każda inna miłość i ona ma swoje wzloty i upadki.

W swoim życiu poznałam wiele jej obliczy, tego właśnie uczucia.
Poznałam to najważniejsze, połączone z innymi uczuciami, bo przecież to mój Mąż jest moim przyjacielem również, tym, który mnie otwiera i zna mnie jak mało kto, jest moim wsparciem, ale to zupełnie inna więź, w niej jest o wiele za dużo ponad, choć przyjaźń to część. Ale poznałam wiele odmian samej przyjaźni, tego czystego, klarownego i nie przemieszanego uczucia.

Poznałam to, w którym nie mówi się za wiele i to, w którym mówi się i mówi godzinami, nie mogąc słowami się nasycić. Poznałam tą budowaną latami, a ostatnio poznałam i tą gwałtowną, którą latami budować się chce, choć samo uczucie zaskoczyło od razu, jak między młodymi kochankami gdy chuć w marcu jest największa. A chuć to całkiem inna, chuć jeno zrozumienia i pewnej czułości, która niepodzielnie wkrada się do serc dwójki ludzi.
Pytasz, za co cię cenię? Mogę wymieniać dalej tak wiele rzeczy, rzeczy, które będą cechami, ambiwalentnymi w zależności od tego kto patrzy czy kto słucha, cechami które zwiększone są tylko przez pryzmat moich oczu, jak owad pod lupą. Mogę mówić i pisać o tym, choć przychodzi mi to z trudnością. Ale myślę, że wystarczy, gdy po prostu powiem o tym co czuję, albo nawet nie powiem nic, znów zbywając cię na jakiś czas, jeśli o słowa idzie. Bo zawsze kuły mnie w zęby deklaracje, kuły boleśnie. Zamiast tego wolę przytulić na strasznym filmie, zrobić obiad czy podać leki, gdy będziesz chora. Spędzić z tobą wieczór, gdy nawet to sama, na smutno będziesz się upijać, lub gdy razem wypijemy parę butelek wina, marudząc na świat i facetów. I myślę, że tyle starczy, bo przyjaźń nie ma żadnych reguł, a ta moja unika też wielkich słów.

I jeśli jest jedna, jedyna rzecz, którą ja mogę powiedzieć o przyjaźni, to uczcie pewności. To jedyna definicja, jaką znam. Przyjaźń trwa, póki trwa pewność. Ją zabija tak samo życie, jak i cudza śmierć. I to jest w porządku, ale jest też naturalne, jak każda inna śmierć w życiu, bo śmierć relacji czy człowieka jest jego częścią. Ci najważniejsi, najbliżsi mi przyjaciele odeszli już i myślałam, że zawsze będę się godzić z odchodzeniem. Ale czasem znów mam wiarę, że nieraz zdarza się, że trwa to do końca życia, ta sama pewność, jak w każdej innej miłości. Ona tylko zależy od nas.

Widzisz, ta pewność to też jedna z najważniejszych rzeczy, jakie można cenić w drugim człowieku. To pewność, że gdy będę cię potrzebować, przyjdziesz w środku nocy. Nie muszę wiele mówić, ale będziesz obok. To pewność, że gdy zadzwoni się o 3 nad ranem do drzwi to otworzysz. Pewność, że gdy zadzwonię w środku nocy telefonem i powiem, że jestem w szpitalu i musisz przyjechać, przyjedziesz, nawet jeśli nie wiesz gdzie to i nie będziesz marudzić, że ci się nie chce. Pewność, że gdy powiem nie zadawaj pytań, tylko chodź na spacer- pójdziesz. Pewność, z której nie trzeba korzystać za dnia, pewność której nie trzeba sprawdzać i wystawiać jej na próby. Ona po prostu jest, mimo tego, że wiem, że gubisz się w mieście i nieraz sama takiej pewności potrzebujesz.
Pewność, która płynie z cudzej siły, której często sami w sobie nie widzimy i nie doceniamy. Bo okazuje się, że nieraz więcej potrafimy zrobić dla tych, których kochamy, więcej niż dla siebie.

Nieraz w życiu takiej pewności zaznałam. Nieraz czułam, że mogę zjawić się w środku deszczowej nocy pod drzwiami i będę wpuszczona, nawet, gdy ktoś wstawał do pracy. Nieraz sama byłam tymi drzwiami i cóż, jestem dziwnym człowiekiem i chociaż nie potrzebuję deklaracji, potrzebuję być tymi drzwiami i..choć sama bywam nimi dla wielu, to niewielu ludzi wybieram, by byli moimi. I jeśli zapytasz mnie, kolejny raz, z butelką wina w ręce, nie będę pewnie mówić wiele. Znów pewnie będę chciała zbyć to śmiechem czy żartem, albo rubasznym weź kurwa skończ pierdolić. Albo powiem po prostu, że jesteś już jednak, moimi drzwiami. A to w tym wszystkim chyba najważniejsza rzecz. I tyle, w moim skąpym, oschłym nieraz języku, chyba wystarczy.




I zjemy obiad i nie będziemy pewnie znów o tym mówić, chyba że w żartach. No bo...po co szukać nieraz słów tam, gdzie są one zbędne? 

sobota, 12 września 2015

O tym, że lepiej czuć ból, niż nie czuć nic, czyli też i o cudzej walce o zagojone rany słów parę

Przyszłam wcześniej, niż się umówiliśmy. On już na mnie czekał. Siedział koło jednego z grobów jednego z poznańskich spacerniaków a zarazem cmentarza. Siedział i trząsł się wręcz, choć przecież nie było zimno. Choć przecież pogoda taka piękna, idealna na nasz spacer, na kolejne spotkanie po takim czasie.
Nie widział mnie, gdy szłam w jego kierunku, nie zwrócił uwagi na moje kroki, tylko trzęsącymi się rękami trzymał papierosa i co chwila przykładał go do ust, oddychając tylko ich dymem. Nie dając płucom miejsca na tlen. Był gdzieś daleko, a nie w swojej głowie, był gdzieś, gdzie być może nawet ja nie miałam wstępu.
Podeszłam, położyłam rękę na jego ramieniu.
-A.?
Aż się wzdrygnął. Nie wyglądał dobrze. Zaczerwienione i zapuchnięte oczy, trzęsące się ręce, cały jakiś „poszarpany i przekrzywiony”, mogłabym rzec. Jakby ktoś chwycił go za ubranie, szarpał za nie i tak zostawił go na kamieniu koło radzieckich grobów, a on nawet nie zwrócił na to uwagi. Coś się stało. Znowu, coś się stało, pomyślałam ciężko. Nie chciałam jednak wypytywać, ciągnąć za język. Wiem, że w końcu sam powie, ale musi się oswoić, oswoić z moją obecności, z ludzką obecnością, zanim zacięte jak zawsze usta powiedzą słowa, te słowa kluczowe, o które chodzi. Wstał więc, przywitał się po prostu. Chodziliśmy może z 20 minut po Cytadeli, on palił papierosa za papierosem, aż sama miałam ochotę zapalić. Mieliśmy się spotkać już dłuższy czas, umawialiśmy się, nie mogąc dogadać co jak i kiedy, widzieliśmy się przez ten cały długi czas tylko wtedy, gdy pijany wrócił ze „swojego kraju” i przyszedł do mnie, wtedy, gdy pijani pokłóciliśmy się na schodach mojej kamienic. Jeszcze w sierpniu. A teraz mamy wrzesień i...chyba znalazłam idealny dzień, by się z nim spotkać.
Szliśmy więc, rozmawialiśmy o pracy, o tym, że zmieniam, o jego potencjalnej przeprowadzce do jego „właściwego kraju”, gdy nagle ni z tego, ni z owego wypalił.
-Moja matka jest w szpitalu.
-Jak to?- zdziwiłam się. Mimo wszystko się zdziwiłam, choć wiem, że przecież jest chora, że umiera, zostało jej niewiele życia. Zdziwiłam się, bo to wszystko wydawało się jeszcze takie nienamacalne. A jednak...zdziwiłam się. Jak to dziecko, które odkrywa, że znów, nikt nie jest nieśmiertelny. Ani ten, kogo się kocha, ani ten, kogo się nienawidzi. Ani kat, ani ofiara.
-Wczoraj wylądowała w szpitalu, jakaś zapaść, coś, nie bardzo rozumiałem, dzwonili do mnie bo podała numer do mnie i ...-głos mu się załamał.
-Czemu wczoraj nie pisałeś?
-Bo było mi wstyd.
-Jak to wstyd?- nie rozumiałam coraz bardziej.
-Bo poczułem jednocześnie strach ale i ..ulgę. Myślałem, że ona umrze ale...
Zapadła między nami cisza. Zaczynałam rozumieć, o co mu chodzi. Tak bardzo rozumieć. Czuć jednocześnie żal, strach, ale i ulgę. Cholerą radość, że coś się skończyło. Z tym, że ja parę lat temu nie czułam nic. I to było jeszcze gorsze. Bo „lepiej czuć ból, niż nie czuć nic”.
Westchnęłam.
-Ale wszystko już w porządku?
-Niby tak, jest w szpitalu, ma w poniedziałek wyjść. Ale i tak niedługo umrze. -powiedział to tak po prostu, a spojrzenie jego srebrnych oczu uciekało.
-Odwiedzisz ją?
-Frida ja..ja się boję szpitali, ja sam nie wiem, czy chcę, czy potrafię ją odwiedzić, z nią rozmawiać, po tym wszystkim...a co jeśli znowu będzie jak przedtem, a co jeśli...- fala wymówek zalała moje uszy. Fala wymówek, a za każdą kolejną krył się strach. Przeogromny strach, który przecież, przede wszystkim ona mu wmówiła. Strach przed strachem nawet, przed tym, że przez to, że spojrzy jej na nowo w oczy, wróci całe „złe i niedobre”. Czekałam, aż przestanie mówić, aż wyczerpie siły. I tak się stało, jak zawsze, w końcu zabrakło mu słów, zamilkł, wyciągnął kolejnego papierosa z paczki, zapalił.
-A., wiem, że się boisz. Czy tych cholernych szpitali, bo przecież tyle czasu tam spędziłeś, czy po protu, boisz się, że ona znowu cię zamknie w klatce, że cię wykorzysta. Ale A. ...ona umiera. Rozumiesz? Wiem, że ją jednocześnie nienawidzisz...ale i kochasz. Kochasz, tak jak ja nie kochałam i...nie popełniaj moich błędów.
Spojrzał na mnie „tym” ciężkim spojrzeniem swoich srebrnych oczu, najuważniejszym, ale jednocześnie pełnym żalu w wyrazie, jakby chciał powiedzieć „czemu nie powiedziałaś mi wcześniej?”. Zamiast tego zapytał mnie jednak
-Uważasz, że popełniłaś błąd? Żałujesz?
Sama nie wiedziałam co odpowiedzieć. Bo przecież nie żałuję. To wszystko jest we mnie obojętne. To nie boli. To taka...pusta dziura, która po prostu jest. Ale wiem, że przeciwieństwem miłości jest obojętność właśnie, a jeśli już czegoś można żałować w życiu to nie bólu, a ran tak zabliźnionych, że nie czuje się nic. Być może, to był błąd. Sama nie wiem.
-Wiesz, może nie powinnam tego porównywać, wiesz, to całkiem inne sytuacje ale...
-Spytałem, czy uważasz że popełniałaś błąd. Nie mówię, że to to samo.
-Sama nie wiem. Po tych trzech latach- nie wiem. I to, A., jest najgorsze. Bo nie wiem, czy popełniłam błąd, nie wiem, czy żałuję, jakby tego nie było. Żyję dalej i w ogóle o tym nie myślę. Ale czasem zastanawiam się, bardzo rzadko, ale jednak, czasem zastanawiam się, czy powinnam była się jakoś pożegnać, przyjechać, kiedy mój ojciec umierał, a nie dopiero jak zmarł, załatwiać pogrzeb i wszystko inne. Nie wiem. To jest zimne, to jest obojętne ale...ja go nie kochałam. Potem już nie miałam żalu ale...nie powiem, że go nienawidzę, nie powiem, że go kocham. Ty swoją matkę jednocześnie kochasz i nienawidzisz i dlatego uważam, że to byłby błąd, gdybyś....gdybyś się nie pożegnał, przez te ostatnie miesiące, a może tygodnie...
Dalej patrzył na mnie tym uważnym spojrzeniem, tym, które uwielbiam, ale i którego nieraz nie znoszę.
-Myślisz, że jednak powinienem...?
-Nie wiem, czy powinieneś cholera. Ale wiem, że za parę lat zaczniesz się zastanawiać, czy powinieneś i już nigdy nie będziesz mógł sobie na to pytanie odpowiedzieć. I nie chcę, żebyś był obojętny. Tak obojętny, jak ja jestem w tej kwestii.
Nie powiedział nic. Zapalił kolejnego papierosa, szlug od szluga, tak samo jak ja, gdy się denerwuję, a raczej ,denerwowałam. Bo przecież rzucam.
-W którym szpitalu leży?
Chwila zastanowienia.
-Na Przybysza.
Bogowie, czy wszystko tam musi się odgrywać, w tym szpitalu? Przebiegła mi egoistyczna myśl przez głowę, że ten szpital to jakieś cholerne fatum, to jakieś...ale to nic.
-Chcesz tam iść? Chociaż pójść? Nie musisz do niej od razu wchodzić...
Skinął głową, powoli zamykając powieki i zaciągając się dymem. Niech nie popełnia moich błędów. Choć czy dobrze zrobiłam, mówiąc w ten sposób?

Bo czasem zastanawiam się, czy popełniłam błąd. Czy mogłam inaczej. Czasem zastanawiam się, czy to by miało jakikolwiek wpływ na mnie. Bo przecież, dobrze mi się żyje i prawie o tym nie myślę. Tylko czasem, miewam złe sny, w których ojciec chce mnie zabić.
Nawet prawie nie mówię już o ojcu, chociaż kiedyś przecież przy każdej, nadmiernej ilości alkoholu opowiadałam o tym, jak był moim katem.
Prawie nie mówię o tym, że moje pierwsze wspomnienie tak naprawdę to moment, w którym mój ojciec rąbał drzwi tasakiem, żeby dostać się do pokoju w którym byłyśmy we trzy, moja matka, starsza siostra i ja, żeby dostać się do pokoju i nas po prostu zabić w swoim alkoholowym szale.
Nie mówię prawie o tym, jak mój ojciec upijał się i potem trzeba było wzywać pogotowie, gdy dostawał po prostu alkoholowej zapaści, leżał na podwórku, a ja czekałam z mamą na lekarza, żeby dowiedzieć się, czy przeżyje. Przestałam płakać, gdy tak leżał, gdy umierał, gdy miałam jakieś 10 lat, pewnego upalnego dnia, już nie płakałam. Bo wiedziałam, że złego diabli nie biorą i byłoby lepiej, gdyby umarł. Wtedy czułam nienawiść.
Nie wspominam głośno każdej awantury, która w moim domu była normą, strzaskanej porcelany po babci, wyzwisk, kolejnych nieprzespanych nocy, dziwnych metod blokowania drzwi, żeby się nie dostał do pokoju, chowania wszystkich siekier, tasaków i większych noży u mamy w pokoju, gdy przeczuwałyśmy, że wróci pijany i agresywny. Za dużo, by o tym mówić, by o tym pisać. Za dużo, bo to całe moje życie, dziecięce, nastolatki.

Rzadko też mówię już o tym, że prawie zabiłam swojego ojca, gdy miałam 15 lat i gdy mnie zaatakował. Że tylko ostatni przebłysk rozsądku kazał odłożyć mi nóż, przebłysk rozsądku który mówił „zabijesz gówno, pójdziesz siedzieć za człowieka, bo w tym kraju siedzi się nawet za samoobronę”. Tak, wtedy nienawidziłam, nienawidziłam z całego serca.

Kolejne lata płynęły, a mój ojciec robił się coraz starszy. Zaczął chorować, przestał pić ,tylko tyle, co jedno piwo dziennie. Moja matka zaczęła się nim opiekować, jako ta, co nie potrafiła go zostawić, ale miała w tym też wiele mądrości. Ale nie o nią teraz chodzi.

On zaczął chorować, a ja wyprowadziłam się z domu. Nie było już awantur, nie było chowanych noży, nie było przeczucia, że jak wraca późno to na pewno trzeba będzie wzywać policję. Nie było ucieczek z domu, stawałam się coraz spokojniejsza. A moja nienawiść łagodniała, łagodniała sama z siebie. I zmieniała się w obojętność. W coś, co jest najgorszą rzeczą dla ludzkiej duszy. Teraz to wiem, mam takie przeczucie, bo w sobie mam tyle innych rzecz czułych i tkliwych, rzeczy bolesnych i radosnych...i jedną obojętną dziurę. Dziurę, która zawadza, ale jest właśnie obojętnością..i chyba niewiele można na to poradzić.

Kolejne lata płynęły. Czasem mówiłam o ojcu, ale wylewałam to, leczyłam. Leczyłam, zwłaszcza przy mężczyźnie, któremu zaufałam i o którym wiedziałam, że mnie nie skrzywdzi. Nie użalałam się już nad sobą jak przemoczona deszczem życia nastolatka, tylko stawałam na własnych, rozsądnych nogach i widziałam coraz więcej barw życia, zamiast ich szarości. Zasadniczo, wspaniale mi się żyło, tak jak wspaniale mi się żyje. Przeszłam własną terapię jak gdyby, terapię DDA we własnej głowie, zrozumiałam źródła zachowań, które rozumie do dzisiaj, niektóre skorygowałam. Nie pozwalałam, żeby ojciec z mojego dzieciństwa przeszkadzał mi w czymkolwiek. Żeby przeszkadzał mi żal. Tamtego, z dzieciństwa, uśmierciłam ale...

Czasem wracałam do domu, jak wracam teraz i kochałam te powroty. Kochałam te powroty, bo...stałam się obojętna.
Nie zwracałam uwagi na swojego ojca. Jakby całkiem nie istniał, ten schorowany, stary człowiek, albo jakby był kimś całkiem obcym. Nawet nie jakby był moim pacjentem. Nie rozmawiałam z nim. Nie zwracałam uwagi na jego zaczepki, przy wigilijnym stole łamałam się z nim opłatkiem tylko dlatego, że poprosiła mnie o to moja matka, której wybaczyłam i którą kochałam. Którą kocham przecież do teraz.
Wybaczyłam. Najważniejsze słowo życia, najważniejszy czyn. Wybaczyć. Czy jemu wybaczyłam?

Mój ojciec przestał dla mnie istnieć. Pamiętam, gdy rok przed jego śmiercią przyjechałam do domu, a moja mama musiała pojechać do innego miasta, do lekarza i zostałam z nim sama w domu. Mój ojciec dostał straszliwego krwotoku. Wezwałam więc pogotowie, czuwałam nad nim fachowo zanim przyjechali, załatwiłam sprawę czysto i bezpiecznie, tak, że na następny dzień mógł wrócić do domu. Zaopiekowałam się mamą, pocieszyłam ją, bo przecież płakała, panikowała, jak to ona, nawet po latach jednak kochająca swojego kata. Ale zrobiłam to wszystko mechanicznie, bez najmniejszego uczucia. Całkiem obojętnie.

Aż wreszcie przyszedł czerwiec 2012 roku. Ostatnia sesja, przygotowania do licencjatu, przygotowania mojego Męża, który za parę dni broni pracę magisterską. I wtedy dostaję telefon od zapłakanej matki. Czekam chwilę, aż się uspokoi. „Twój ojciec jest w szpitalu. Umiera”. A ja nie czuję nic. Po prostu nic. To mnie nie dotyczy, żal mi tylko zapłakanej mamy.
„Mamo, dzisiaj mam ostatni egzamin, pójdę na niego i przyjadę do ciebie, dobrze?”. Nie widzę potrzeby, żeby iść do szpitala, patrzeć na jego agonię. Żeby się spieszyć, robić sobie problemy na uczelni. Wiem tylko, że muszę jechać do domu, żeby pomóc mamie, bo sama będzie w rozsypce i nie poradzi sobie z organizacją pogrzebu. Idę więc na spokojnie na egzamin, zdaję go na 5.

W tym czasie mój ojciec umiera.

Jadę z moim Mężem ostatnim pociągiem do mojego domu, jadę spokojnie, kalkulując, co muszę pozałatwiać i jak pocieszyć mamę. Myślę, jak ją pocieszyć, bo sama nie mam z tym problemu. Jestem obojętna. Tak po prostu, obojętna, jak wobec żadnej innej śmierci.
Następnego dnia oglądam ciało swojego ojca, załatwiając formalności w szpitalu. Oglądam przymiarki munduru górniczego, w którym ma być pochowany. Patrzę na martwą twarz kogoś, kto ponoć był moim ojcem. Ojcem, którego kiedyś, jako małe naiwne dziecko mimo wszystko kochałam, którego potem nienawidziłam, aż w końcu...przestałam cokolwiek do niego czuć. Ojcem, z którym praktycznie nie zamieniłam słowa od czasu, od kiedy prawie sama go zabiłam.
I nie czułam żalu, nie czułam bólu, nie czułam pustki. Po prostu, nie czułam. A obojętność to przeciwieństwo miłości.

Na pogrzebie oczywiście też nie płakałam. Nie mógł być na nim mój Mąż, który tego dnia się bronił ( do dzisiaj z przekąsem mówimy, że nasze obrony [rac magisterskich to jakieś fatum- ja broniłam się parę dni po śmierci Królika)i żałowałam że go nie ma tylko dlatego, że pomógłby mi ogarnąć mamę i cały ten pogrzebowy syf. Nie, nie było mi żal. Byłam tylko zmęczona przez buty, które mnie obcierały.

I dzisiaj mało z kim rozmawiam o swoim ojcu. Nie dlatego, że się wstydzę ojca alkoholika. Dzisiaj nie żalę się, bo wiem, że to przeszłość. Przeszłość, mimo której po prostu się żyje. I nie mam żalu, nie mam jakiegoś bólu. Mam za to chyba swoją obojętność. Najgorszą rzecz, jaką można sobie zrobić.

Często rozmawiałam o tym z Królikiem. On nie stał się obojętny, jak ja i Vincent wobec swoich oprawców. On mówił tak wiele o wybaczeniu, z którego wagi i ja zdaję sobie sprawę. Czy ja wybaczyłam? Czasem zastanawiam się, gdy ktoś mnie o to pyta- co ja miałam wybaczyć? Było co było, spotkało mnie co mnie spotkało i co z tego. Nie użalam się nad tym, nie wartościuję przez to swojego życia, nie patrzę wstecz. Mam świadomość rzeczy, które się przez to we mnie zakorzeniły. Ale nie ma to znaczenia. Jest tu i teraz, dobre życie-a tamto jakby nie miało znaczenia. Jakbym nie miała co wybaczać. Tak samo, jak nie miałam z kim się żegnać bo...stałam się obojętna.

Nie opieram życia na żalu, na marudzeniu że miałam złego ojca. Idę do przodu. Moje rany zabliźniły się na dobre, uczyniły mnie silną, to tkanka silna, ale...obojętna. Nieczuła. Nieczuła, choć tyle we mnie czułych i wrażliwych miejsc.
Jestem cholernie silnym człowiekiem nieraz i wiem, że zawdzięczam to własnej pracy. Porzuceniu żalu, wiecznej nadziei, wierze w to, że będzie dobrze. Potrafię iść do przodu, stale, nie oglądając się na to co było, nawet, jeśli los podstawia mi kolejne kłody pod nogi, nawet, jeśli się potykam. Nie mam w sobie żalu o zniszczone życie, bo wcale zniszczone nie jest, wręcz przeciwnie, mam wiele ciepła i czułości...ale i jego obojętne miejsce. 

Czy żałuję? Nie. Obojętności nie można żałować. Na tym ona polega. Ale jednocześnie, obiektywnie wiem, że obojętność nie jest dobra. Wiem, że gdyby nie inna miłość, inne rzeczy i może inna, bolesna strata w tamtym roku na której się skupiłam, mogłabym porosnąć pajęczyną obojętności. A być obojętnym znaczy być martwym za życia. I ja mam w sobie martwe miejsce, tak po prostu obojętne...

...ale nie chcę, żeby i on miał.
Nie chcę, choć wiem, że to nie moje życie, nie ja o nim decyduję. Ale w tych srebrnych oczach dzisiaj zobaczyłam za wiele uczuć, za wiele sprzeczności. I wiedziałam, że te srebrne oczy może byłyby zdolne do obojętności, ale mam wrażenie, że w nich widziałabym przede wszystkim, po latach żal- nie żal do tego, kto umarł, ale żal dlatego, że się nie zdążyło. Bo nieraz nie ma już powrotu, nieraz nie zdąży się nieodwracalnie. A tylko tego człowiek w życiu tak naprawdę może żałować. Choć, rzeki czasu przecież nie cofnie.

Pojechaliśmy więc autobusem, pierwszym jaki złapaliśmy w kierunku szpitala. Widziałam, jak jego twarz blednie, jak setki emocji igrają w iskrach oczu. Widziałam jego strach. Chwyciłam go za rękę ze swoim ironicznym przewracaniem oczami, które on rozumie, że wcale ironią nie jest, tylko ja jestem gruboskórna, chwyciłam go tak po prostu, żeby przelać w niego trochę otuchy. Chwycił się jej jak tonący i nie chciał już puścić. Ani gdy wysiedliśmy, ani gdy przeszliśmy przez izbę przyjęć i skierowaliśmy się do winy, żeby wjechać na jej oddział. Trzymał mnie jak zagubione dziecko, nikt, przenigdy, nie pomyślałby, że możemy być parą. Trzymał mnie jak mały chłopiec, który po prostu się boi, boi się szpitali...i boi się swojej matki.

Weszliśmy na oddział, zapytałam o jego matkę, jak zwykle musiałam coś namieszać, bo przecież zawsze zapominam, że mają różne nazwiska, że jego matka wróciła do dawnego i nigdy nie wybaczyła mu, że i on nie chciał zmienić nazwiska po ojcu.
-Leży w tamtym pokoju.- pokazałam.
Puścił już moją rękę, swoje zaciskał w pięści.
-Spotkamy się niedługo i połazimy sobie na spokojnie, dzisiaj do niej idź- ponagliłam go znowu, niezdecydowanego, czy ma tam wejść.
Nie powiedział nic znowu, tylko odwrócił się na pięcie i wszedł przez te magiczne drzwi. Czekałam chwilę, czy nie wybiegnie z krzykiem albo płaczem ale...chyba wszystko było w porządku. Mimo wszystko, mimo tego, że tak długo nie rozmawiali, chyba wszystko było w porządku.
Wysłałam mu smsa, że idę do domu i zostawiam go mamie. Odpisał po chwili tylko krótkie „dzięki, dam znać potem”.

Wyszłam więc z „tego szpitala” na piękne, jesienne słońce. Dziedziniec tego szpitala, ten sam, co rok temu. Skierowałam się od razu do zoo, na terapię „głaskania kóz”, którą wymyśliliśmy jakiś czas temu z Królikiem. Kozy trochę pomogły, gdy emocje zaczęły opadać. Ich śmieszne mordki i brudna, sztywna sierść. Naprawdę, nie znam lepszej terapii. 

Moje własne emocje zaczęły więc opadać. Bo może wiem, co znaczy obojętność, ale wiem też, co znaczy morze emocji. Co znaczy kochać, cholernie mocno po prostu kochać drugiego człowieka i martwić się o kogoś, czy da sobie radę. Walczyłam ze swoją falą wątpliwości, walczę do teraz, czekając na wieści od niego. Czy dobrze zrobiłam, że zaciągnęłam go do tego szpitala?

Nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Nie ma idealnego scenariusza. Nie w życiu.

Ja się nie pożegnałam. I nie żałuję, naprawdę nie żałuję, co wielu pewnie podda w wątpliwość, ale mam w sobie oprócz miłości do świata i wielu ludzi też i obojętność. Tkankę blizn tak grubą, że nieczułą na nic. Naprawdę nie żałuję i nie mam żalu o to co było, gdy byłam dzieckiem, ale jestem obojętna. I tylko dzięki innym ludziom i innej miłości wiem, że to najgorsze rozwiązanie. Stojąc z boku, patrząc z innej perspektywy.

On ma szansę się pożegnać. I może wybaczyć wszystko, tak naprawdę wybaczyć, tak, że może niektóre lęki i niektóre rany wyleczą się naprawdę. Bo wybaczyć można wszystko i może wtedy wiele rzeczy leczy się, nawet nie zostawiając blizn. On ma szansę się pogodzić z nią, ze światem. On ma szansę odczuć ból straty po tej, którą kocha i której nienawidzi jednocześnie, ale lepiej czuć ból, nic nie czuć nic. On i wielu innych ma szansę, żeby w inny sposób niż ja pozbyć się żalu. I iść do przodu, stale do przodu ciesząc się życiem. Bo życiem można się cieszyć na wiele sposobów. Też kochając i wybaczając wszystko, co było. Być może, w życiu nieraz to najważniejsze i bardziej oczyszczające, niż wszystkie jesienne deszcze.



Ona będzie kłamać, kraść i oszukiwać i błagać cię na kolanach
Sprawi, że uwierzysz, że tym razem naprawdę ma to na myśli
Ona wydrze w tobie dziurę, tę, której nie możesz naprawić
Ale wciąż ją kocham i naprawdę, mam to gdzieś
(…)
Lepiej czuć ból, niż nie czuć nic
Przeciwieństwem miłości jest obojętność
Teraz się skup, stoję na twoim ganku krzycząc
I nie odejdę, póki nie zejdziesz na dół


Więc głowa do góry, zachowaj swą miłość