sobota, 26 marca 2016

O tym, że chociaż w święta warto zastanowić się nad tym, czy poluje się na wielbłąda.

-Ale mamo, ona jest taka lekkomyślna. Wpuściłabyś obcego faceta pod dach, bo jest mu zimno, bo ci powie, że jest uchodźcą? Nie, żebym miał coś do jakiejś narodowości, religii, ja nie ufam nikomu. A ona jest taka naiwna,no pomyśl, wpuściłabyś?- rozmawiali o mnie tak, jakby mnie obok nie było. Mój Mąż i moja Matka. Rozmowa zeszła jak zawsze, na temat mojej naiwności wobec ludzi, na temat tego, jak mój Mąż, moje całkowite przeciwieństwo w tej kwestii, się o mnie martwi. Nieraz wychodzi to dobrze. On, skrajnie podejrzliwy, nie ufa prawie nikomu, zasadniczo nie lubi ludzi- i nie jest w tym rasistą. Nie ufa każdemu po równo.
Ja każdego przyjęłabym do domu, ogrzałabym, nakarmiła, kocham poznawać nowych ludzi, od razu opowiadam im całe swoje życie. Albo oni mi swoje.
Nieraz wychodzi to dobrze, bo nasze skrajne postawy, moja miłość do ludzi i jego niechęć się równoważą. Nieraz jednak wynikają z tego wielkie sporty teoretyczne, a nawet kłótnie.
Tym razem rozmawiali, jakby nie obok nie było. On i moja mama.
Mama Marylka, która matkuje wszystkim, nie tylko mi. Cóż, mam to po niej, to...i inne rzeczy.

-Ale ja to zrobiłam.
-Jak to?- zapytaliśmy oboje, nie tylko on, ale i ja. Znałam tą historię. Ale cały czas byłam przekonana, że to byli Romowie. Nie Rumunii, uciekający z Bałkanów na początku lat 90-tych, kiedy działy się tam straszne rzeczy i kiedy Rumuni bali się, że wojna dotrze i do nich.

Pamiętam to jak przez mgłę. Bo ile miałam? 4 lata? 5?
Był środek zimy. Z mamą byłyśmy same w domu, nie licząc starej i schorowanej już babci. Tak naprawdę, 3 bezbronne kobiety. Ta starsza, w sile wieku i całkowite dziecko. Pod drzwiami mojej mamy, która właśnie wróciła ze mną z zakupów stanęli oni. Dorosły, brodaty mężczyzna o ciemnych oczach i troje jego synów.
Chcieli tylko coś do jedzenia. Chcieli tylko się ogrzać. Widać było, że wędrowali już długo.
Ile byli w drodze? Skąd dokładnie pochodzili? Moja mama nie pytała, a ja nie dowiem się nigdy. Mogę tylko sobie wyobrażać ciemnookiego, potężnego mężczyznę z trójką synów, mężczyznę który jako- tako mówił łamanym polskim, którego nauczył się przez handel. Mężczyznę, który wyruszył na Zachód, bo bał się wojny. Wędrował ze swoimi synami przez sporą część kontynentu, z wizją lepszego świata. Dla siebie, dla swoich dzieci. Mogę sobie wyobrażać ich rozczarowanie i coraz większą frustrację. To, jak złamano ich dumę, aż zaczęli żebrać, bo mimo frustracji, nadal czaiło się w nich światełko zdeterminowania. Przede wszystkim w nim, bo robił to dla swoich dzieci.
-Więc mówisz mamo, że to byli uchodźcy ekonomiczni, nie Cyganie?- zapytałam, zdziwiona. Cały czas myślałam, że to Romowie. Zdziwiłam się. Pamiętałam najbardziej najmłodszego chłopca, który nie mówił chyba po polsku. Albo był zbyt nieśmiały, by coś mówić. Mimo to, dzieci znajdują zawsze wspólny język.
Zresztą, to nie było znaczenia, kim byli. Romami czy Rumunami. Dlatego pewnie moja mama wiele nie pytała. Ktoś powie, że była lekkomyślna. Ktoś powie, że naraziła własne dziecko. Bo kto za dobre odpłaca dobrem? Wszyscy znamy bajkę o uratowanym wężu.
Ale moja mama widziała czworo przemarzniętych ludzi. Otworzyła szeroko drzwi. Wpuściła ich do naszej dużej kuchni, zaparzyła herbatę. Dzieciom, a nawet ojcu dała drożdżówki, które kupiła przed chwilą dla mnie i dla mojej siostry.
Nie mogli zostać długo. Mój ojciec, człowiek całkiem innego charakteru, agresywny alkoholik, mógł zrobić straszną awanturę, gdyby wrócił i zastał tak przedziwną scenę w domu, mamę i Rumuńskiego mężczyznę rozmawiających nad kubkiem herbaty, mnie bawiącą się z najmłodszym chłopcem. Nie zostali długo. Nie wiem, czy moja matka wielce im pomogła.
Gdy wychodzili, mama w korytarzu spojrzała jeszcze na sweterek jednego z chłopców. Nie miał kurtki. W ostatnim odruchu serca zerwała z wieszaka nową zimową kurtkę i wsadziła na ramiona chłopca. Nie widziałam tego, ale tak to sobie wyobrażam, znając moją matkę. To, że bez słowa włożyła na niego moją kurtkę i wypuściła ich z bólem serca na mróz, nie mogąc więcej zrobić.
Bo czy zrobiła dla nich cokolwiek? Nie dała im lepszego życia. Nie dała im pracy, dachu nad głową. Dała im ciepłą herbatę, drożdżówki i ciepłą kurtkę dla jednego chłopca. Ja do wiosny chodziłam w starej.
Nie wiem jak potoczyły się dalej ich losy. Gdzie dotarli. Czy może zawrócili. Nie znam ich imion. To było tak dawno, tak dawno...
Moja matka nie uważa tego za lekkomyślność ani, tym bardziej, za bohaterstwo. Moja matka uważa to za ludzki odruch. Na te ludzkie odruchy patrzyłam od dziecka, biorąc je za tak naturalne. Ale to nic wielkiego. Nic przecież im nie dała.
Nie dała im wiele, bo wiele nie miała.
Ale może dała im o wiele więcej niż praca, dach nad głową? Może, w tym jednym momencie...dała im nadzieję i wiarę w ludzi? Dała im po prostu swój kawałek serca, w tej ciepłej herbacie?

Mój Mąż znał wcześniej tą historię. Tak jak zna historię o bezdomnej, której mama nieraz pomaga, a w upały zanosi wodę do picia. Zna historię o pijaczku, którego mama zaprosiła na wigilię. Zna wszystkie historie o jej otwartym sercu. Otwartych drzwiach. O tym, że nie umie przejść obojętnie, nie umie odmówić.
Historie mówiące o tym, że dla wielu jest lekkomyślna.
-No tak, z kim ja gadam. Ona to ma po tobie. -westchnął mój Mąż, znów patrząc na mnie z tym swoim zmartwieniem w oczach. - Jaka matka, taka córka.

***

-Cześć- usłyszałam, przyciszone i niepewne w słuchawce. Wiem, kto dzwonił, choć przecież wcale jej nie znam.
Nie znamy się nawet z widzenia. Ona nawet nie wie, jak mam na imię. Jakoś imiona nie były nam potrzebne. Może, tak naprawdę, bez imion jest łatwiej. Czasem łatwiej jest bez imion, wieku, twarzy mówić o całym swoim lęku, bólu i poczuci niesprawiedliwości. Starczy, że ktoś słucha, ktoś, komu można zaufać, bo jest tak daleko. Starczy, że ktoś słucha, by samo mówienie pomogło.
Dziwna sytuacja. Dziwna pomyłka.
-I oczywiście tylko ty mogłaś z pomyłki zrobić sobie nową misję, co?- no tak, tylko ja mogłam. Bo kto by pomyślał?
W pierwszy dzień wiosny dostałam dziwnego smsa. Nie kojarzyłam imienia, nazwiska nadawcy, bo kobieta przedstawiła się na samym początku.
Kiedyś mogłam z tobą porozmawiać” w treści zbiło mnie z tropu. Bo w moim życiu było wielu ludzi. Czasem martwię się, że zbyt wielu. Zwłaszcza takich, dla których ja byłam jakoś ważna, a oni byli dla mnie jak wiosenna burza. Intensywne, acz krótkie relacje.
Zawsze boję się, że nie ocalę cudzego serca przed zapomnieniem.
Nawet tym swoim.
Okazało się, że ten rozpaczliwy sms nie był skierowany do mnie. Że to zwyczajna pomyłka załamanej chorobą kobiety.
Bo już z tej wiadomości dowiedziałam się, że kobieta walczy z rakiem. Zaawansowanym nowotworem. Usunięto guz, ale okazało się, że konieczna jest kolejna operacja, amputacja całej piersi i węzłów pachwinowych. Kobieta miała zabieg na następny dzień. Potem czeka ją chemioterapia, radioterapia...coś, co znam doskonale. Przecież tyle lat spędziłam na onkologii...
Pół dnia zastanawiałam się, co odpisać. A co, jeśli ją znam? Co, jeśli to ktoś, kogo znałam, a zawiodłam w takiej sytuacji?
W końcu odpisałam. Przepraszam, ale to chyba nie jest skierowane do mnie. Mimo to trzymam kciuki w tak trudnych chwilach, przesyłam mnóstwo pozytywnej energii. Mimo, że się nie znamy, jeśli chce, może do mnie napisać, zwłaszcza jakby chciała się dowiedzieć czegoś na temat leczenia, bo w tym przecież „siedziałam”..
I tak się zaczęło. Nie mogłam napisać po prostu, że to pomyłka. Nie byłabym sobą. Taką, przez którą mój Mąż przewraca oczami, przez którą się martwi. Cóż. Ja zbawiam i chronię świat, a on zbawia i chroni mnie, jak się śmiejemy.
Tak zaczęłyśmy wymieniać smsy. Nie wiem, kim jest, ale znam jej strach i ból. Jej cierpienie przeczucia śmierci, jej cierpienie okaleczenia.
Dlaczego ta pomyłka trafiła na mnie? Nie wiem, może nie ma w tym żadnego celu. Może po prostu, tak miało wyjść i dowiem się tego później. Nie ma to znaczenia. Jest jak jest.
W piątek wieczorem zadzwoniła do mnie. Już po operacji, ale nie tak obolała, dzień przed tym, jak mieli wypuścić ją do domu.
-Masz fajny głos. Od razu czuć taką bijącą z niego energię. Takie ciepło.
Nie znoszę swojego głosu. Ale dobrze, że kogoś nie drażni.

-Nie wiem jakie grzechy popełniłam, wiesz, myślę o tym, czy to kara, zwłaszcza przy Wielkim Piątku. To taka kara, krzyż do niesienia. - oho, chrześcijanka, pomyślałam.
-Myślę, że to nie kwestia grzechów. Ja osobiście nie wierzę w grzech, wiesz. Ale nawet jeśli, to jakiś tam „krzyż”, to sądzę, że każdy nosi tyle, ile może unieść.
-Tak, a czasem spotyka na drodze kogoś, kto mu pomaga nieść ten krzyż, nawet, jeśli nie ma w tym żadnego interesu. Dziękuję.
Popłakała się ona. Ja też się jakoś prawie popłakałam, bo tego dnia, może przez ogólną atmosferę, a może przez parę skojarzeń, sama byłam jakoś wrażliwsza i rykliwsza.
-Nie dziękuj.
Nie znoszę, gdy ludzie mi dziękują, gdy boją się, że się narzucają. Gdybym nie chciała, czy bym robiła pewne rzecz?
Ja to robię dla siebie. Tak jak moja matka.
Chcemy móc spojrzeć sobie w oczy w lustrze. Bez obrzydzenia.
Chcemy spojrzeć bez obrzydzenia w swoje oczy, tak samo jak bez wstydu w cudze. Czy w te, które są błękitne jak niebo nad nami, czy te, które są czarne, w których odbija się piasek pustyni.

***

Nie mam pięknego ciała, nie mam pięknego oblicza. Ale mimo to, mogę spojrzeć sobie bez wstydu w twarz.
Każdy rozumie to inaczej. Niektórzy potrafią mordować i nie mieć poczucia winy. Inni ukradną cukierek i zadręczają się do końca życia. Jak moja matka, bo ukradła cukierek jako dziecko. Do dzisiaj ma wyrzuty sumienia.
Nie jestem ideałem.
Patrzyłam w piątek na tłumy sunące do spowiedzi, szukające rozgrzeszenia. Patrzyłam na tłumy sunące do kościołów, szukające zbawienia. Szukające ciężaru krzyża, o którym zapominają co roku.
Dla wielu z nich jestem przeklęta. Jestem złym człowiekiem. Jestem skazana na potępienie i piekło, bo nie wierzę w grzech, bo nie wierzę w krzyż.

Ale patrzę sobie bez wstydu w oczy w lustrze.
Wiedząc, że nie jestem ideałem i nieraz krzywdzę ludzi. Wiedząc, że miewam złe myśli na temat paru osób, a potem mam wyrzuty sumienia. Krzycząc, tracąc cierpliwość, mówiąc, że pewnie zamordowałabym człowieka. Bo pewnie bym to zrobiła.
Nie, nie mam dobrego serca, mówię to nieraz. Mam w sobie agresję, gniew, mrok.
Gniew, mój najgorszy, najbardziej skrywany grzech główny.
Ale patrzę sobie bez obrzydzenia w oczy, na swoją twarz w lustrze, bo widzę zawsze w drugim człowieku człowieka, niezależnie, ile ma lat, jakiej jest płci, w którego z bogów wierzy. Bo sama staram się być człowiekiem.

Nie wierzę w grzech, nie noszę krzyża. Ale czasem pomagam komuś nieść jego własny. Dlaczego, po co? Trudno znaleźć odpowiedź. Przez swój egoizm. Przez to, czego nauczyła mnie matka.
A może mam po prostu taką, a nie inną budowę mózgu, która jest łasa na oksytocynę- bo tzw. „dobre społecznie stosunki” i nawiązywanie więzi w naszym mózgu nagradzane jest wytwarzaniem w jądrze półleżącym dawką oksytocyny. Może mam duże jądro półleżące. Może tkanka mojego mózgu podatna jest na nagrody neurohormonów.
Ale czy ma to znaczenie?

***

Wracam w sobotę do domu i widzę tych wszystkich ludzi, którzy tak bardzo się spieszą. Mają swoje święta.
Wiozę ze sobą sadzonki aloesu, całą siatkę, rośliny, w której lecznicze działanie święcie wierzę, bo sama się o nim przekonałam, lecząc wiele swoich ran. Cała wielka siatka, wystają zielone liście.
Obok mnie siedzi starszy pan, taki trochę hippis, a trochę leśny ludek. Bije od niego ciepło, jak od całego dnia. Bije dobra energia.
Ekscentryk z lornetką, wypatruje chyba w lasach, przez które przejeżdżamy, oznak życia, wpatruje się w nie, tak jak ja tego poranka wpatrywałam się w lisy baraszkujące na polach.
I całkiem naturalnie zaczynamy rozmawiać, w czasach, gdzie ludzie siedzą obok siebie, ale wcale do siebie nie mówią. Od słowa do słowa, dziadek interesuje się moimi sadzonkami. Tymi, z których wyrosną rośliny, którymi będę leczyć otarcia, oparzenia, wszelkie rany. Całkiem spontanicznie wyciągam jedną z największych i kładę przed nim.
Niech też ma. Niech mu służy, na zdrowie. Mogę się podzielić z nim i zielem, skoro i tak dzielimy się swoją energią. Energią tego dnia.
Wysiada wcześniej, całuje mnie w rękę i łaskocze brodą, uśmiecha się, jakby nie miał 70 lat, a miał 7.
Wszystko śmieje się we mnie.

Ja jadę dalej, do swojego domu, do swoich spraw, do pracy, znowu z dala od waszych świat. Tak, ja znowu święta, kulturowo obowiązkowe ponoć, spędzam w pracy, wśród swoich Ptaszyn, swoich staruszek, które są jeszcze bardziej sfrustrowane przez swoją samotność. Znów będę je rozśmieszać i wkurzać się na Nową, bo tak, w święta mam z nią dyżur.

Będę jej złorzeczyć w myślach, a potem znów będzie mi jej żal. I znów będę starać się być dla niej miła, bo widzę w niej człowieka, który po prostu jest w swojej głowie, albo raczej przez swoją głowę bardzo nieszczęśliwy.
-Tępa dzida, nie rozumiem, jak może ci być jej żal.
A jedna jest. Ja nie rozumiem, jak komuś może jej nie być żal. Jak ktoś może tak prosto ocenić.
Bo to nadal człowiek.
Ale nie myślę o jutrze. Spieszę się do domu, widząc tych wszystkich ludzi, szykujących święta, biegających z koszyczkami. Ilu z nich nienawidzi uchodźców, ilu z nich pobiło by ciemnoskórego na ulicy? Ilu z nich zrobiłoby sobie żarty z zdesperowanej kobiety w szpitalu, bo nie widzieliby w tym nic złego? Ilu z nich dręczy kolegów w szkole albo współpracowników? Ilu z nich naśmiewa się z mojej niemodnej kurtki z urwaną kieszenią, bo lubi sobie pooceniać wygląd ludzki i pośmiać się z psiapsiółkami?
Nie dowiem się, nie dowiem się, ile serc naprawdę rozumie drugie serce, a ile przeszywa jad.
Ile mózgów kocha oksytocynę? I to nie tylko tą, która pochodzi z orgazmu?

Wracam do swojego domu, swojego świata. Do kochającego Męża, który nie ufa wszystkim po równo, ale mnie kocha, martwi się o mnie i mimo wszystko jest wspaniałym, dobrym człowiekiem w moich oczach. Takim, który może sobie spojrzeć w oczy, mimo pewnej przeszłości.
To nic. Przeszłość była, teraz jest teraz.
Teraz ma gorejące serce. Ludzkie serce.

Wchodzę do łazienki, patrzę sobie w oczy.
Mogę w nie patrzeć, w swoje odbicie. Nie czuję obrzydzenia.
Męża jeszcze nie ma, odpalam komputer. Na komunikatorze kilka wiadomości.

-I co, znalazłaś w domu coś Tołstoja albo Pasternaka?;)
-Nie, ale poszukam w bibliotece.
-Wiesz że nie musisz, tylko tak sobie pomyślałem, że skoro przekonałaś się do Lema, to możesz i do nich :> Tylko uważaj, bo rusofoby cię zaatakują, tak jak atakują mnie, bo kocham swoją Rosję, a tam Putin XD
-I tak spróbuję, zaryzykuję XD

Rozmawiamy przez chwilę, doskakuję do komputera, krzątając się, rozpakowując plecak, wsadzając rośliny do wody, pisząc już te słowa. Schodzi na pewne jego problemy, chorobę jego matki, obawy, lęki.
-Chwila, czy tobie w ogóle chce się tego słuchać?:)
-Głupio pytasz. Mówiłam, że jak chcesz, to wal śmiało.
-Powinnaś mieć na imię jak moja ciotka XD
-To znaczy?
-Ale nie będziesz się śmiać?
-Nie.
-Aniela.
-Czemu Aniela?
-Bosz. Aniela. Anioł. Czaisz?
-Weź się pierdol, Tołstoj! XD

Cóż. Nie jestem aniołem. Moja matka nie jest nim również. Nie jest nim wielu, którzy naprawdę ratują ludzkie życia. Aniołami nie są nawet ci prawdziwi bohaterowie codzienności, nie tylko ci, którzy od czasu do czasu dadzą komuś gorącą herbatę, albo odbiorą telefon kogoś, kto chce się wygadać. Tylko ci, którzy czasem mają pewne odruchy.

Nie wierzę w anioły, nie wierzę w noszenie krzyża, nie wierzę w odpuszczenie grzechów a nawet same grzechy, nie wierzę w zbawienie.
Wierzę w miłość i serce drugiego człowieka. Wierzę w ludzi, mimo że wielu nazwie mnie naiwną. Pojebaną. Mimo, że nieraz za to obrywam wręcz w kłótniach.
Nie da się mnie zmienić.

Nie wierzę w piekło, niebo, czyściec. Wierzę jednak w nasz świat,w to, że nieraz może być lepszym miejscem, gdy podamy komuś głodnemu kanapkę, gdy uściśniemy zmarznięte ręce, gdy pozwolimy komuś zrzucić balast, który nosi w sercu za pomocą potoku słów.

***

Mówili nam jako dzieciom w szkołach na religii, mówili nam w innych miejscach, gdy uczono nas zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Mówili nam- nagich przyodziać, głodnych nakarmić, strapionych pocieszyć.
Piękne idee, w które wierzymy, dopóki nie dotyczą nas osobiście. Dopóki to my nie mamy podzielić się swoją drożdżówką albo herbatą. Dopóki my nie mamy oddać kilku złotych na cudze ubranie. Dopóki my nie mamy poświęcić komuś odrobiny czasu, by go wysłuchać, ukoić jego lęk.
Piękny gest obmywania stóp, dopóki ty nie musisz obmyć ich komuś. Komuś, kto ma stopy zmęczone po podróży.
Strapionych pocieszyć, głodnych nakarmić, spragnionych napoić, byś mógł sobie potem spokojnie spojrzeć w oczy. Głodnych nakarmić, wysłuchać utrudzonych, tak nieraz różnych od nas. W różnych miejsc świata, wyznających inną wiarę, mających inny kolor skóry. Przeskoczyć siebie, przeskoczyć swój strach.
Czy potrafisz to, żeby po prostu być człowiekiem?
Czy polujesz na duże zwierzę, które nie pasuje do twojego krajobrazu?
Czy skupiasz się tylko na tym, że niesiesz swój krzyż, bo sam chcesz potem zmartwychwstać, dostąpić zbawienia? Tylko swój ciężar widzisz?
A może, on stałby się mniejszy, gdybyś wziął trochę i tego cudzego? Może, w tym momencie, łatwiej zmartwychwstawać?

***

Nie wiem, jak przeżywacie te święta, czy modlicie się za swój dobrobyt, czy za pokój na świecie. Nie wiem, w co wierzycie, czy biegaliście z koszyczkiem do święcenia jajek, czy wiedzieliście, że tak naprawdę są one pogańskim symbolem bogini Ostary.
Nie wiem, czy marnujecie wodę w tzw. śmingusa-dyngusa, podczas gdy w Somalii bylibyście uznani za wariatów, bo marnujecie wodę pitną. Swoją drogą, może powinniśmy się bardziej nauczyć szanować wodę- ale nie o tym tym razem.
Znów, to nie są moje święta, nie wierzę w tego, który zmartwychwstał, mimo że wierzę w zwykłe ludzkie odrodzenie. To nie moje święta, ale być może, dla was są ważne. Więc to kolejna okazja do afirmacji. I ja, swoim zwyczajem, życzę wam wcale nie smacznych jajek, ani mokrego dyngusa tym bardziej. Życzę wam jak zawsze otwartego serca, choć może te święta o tym nie mówią i nie stawiacie dodatkowego nakrycia na stole.

Życzę wam chwili zastanowienia nad tym, jakim człowiekiem się jest. Czy jest się człowiekiem, który poddaje się strachom wobec innego, przez co staje się agresywny? Czy jest się człowiekiem, który zamyka drzwi przed cudzym nosem, czy może takim, który czyni wręcz przeciwnie?
Czy jest się człowiekiem, który upadnie przed drugim i obmyje mu stopy, jak wasz Bóg?
Czy jest się człowiekiem, który pomimo cierpienia życia, dostrzega dary miłości i to, czym ona powinna być w świecie?

Życzę wam spokoju i radości, ciepła, które możecie rozdawać dalej.
Siły do niesienia krzyża nie tylko swojego, ale też trochę cudzego. Nawet, jeśli ten ktoś, tak jak i ja, nie wierzy w krzyż. 
Jak zwykle, życzę wam świata, w który jednak, mimo wiedzy o tym, jaka jest ludzka natura, jakoś naiwnie wierzę. Myślę, że to może się przydać.
Wesołych:)



W moim domu mieszka ktoś
Niepotrzebny nikomu
Gdzieś z daleka, nie wiem skąd
Inność rodzi złość
W moim mieszka ktoś
Kogo każdy chce dotknąć
Tak niewielu rozumie gdy on
Ucieka tam
Gdzie nikt nie pyta
O to skąd jesteś, jak się nazywasz
Gdzie każdy z nas
Może poczuć się taki sam.
(...)
Ucieka tam, gdzie to nieważne
Jakiego koloru są nasze twarze
Gdzie możesz kochać kogo zechcesz
Jak mocno chcesz



P.S. To moja ukochana piosenka Myslovitz, choć, może nikt się tego nie spodziewał. Tworzona do filmu „Duże zwierzę, który polecam wszystkim. Bo jest wspaniałą metaforą, idealnym obrazem braku otwartości, strachu i tragedii, do jakiej to prowadzi. Może świąteczny seans z rodziną?  

poniedziałek, 21 marca 2016

O tym, że noszę w sobie obłęd lub sięgam za zasłonę tego świata, czyli wszystko zależy od tego, co chcemy widzieć w świecie, w którym wzrok wcale nie mówi prawdy.

Czasem, zwłaszcza od kiedy pracuję w Domu, mam wrażenie, że popadam w obłęd.
Czasem pewne rzeczy niepokoją. Te, których nie da się wyjaśnić wprost.
Czasem przyjmuję to całkiem naturalnie. Jakby to, co widać tylko kątem oka, ledwie sięgającym rogówki odbiciem było tak naturalne, przypisane do tego miejsca i czasu, choć, dla tych rzeczy już czasu i miejsca nie ma. Przecież to tylko miraże. Nic z tych rzeczy, które możemy zobaczyć całą, szeroko rozwartą źrenicą. Nic z tego, co możemy dotknąć.

Czasem myślę że to szaleństwo, gdy przebudzę się nad ranem z mocniej bijącym sercem. Gdy w zamkniętym na klucz pokoju sam odkręca się kran.
Częściej jednak mam wrażenie, że to cienka zasłona z muślinu na moment została uniesiona przez niespodziewany wiatr. Że to spokojna tafla jeziora, na którą upadł uschnięty już liść, zaburzył spokój, zatarł granice. To drzwi, które wiecznie zamknięte na chwilę otworzyły się. Nawet nie w świecie. Otworzyły się we mnie. Zasłona spadła z moich oczu.

Czerń i biel to wszystko co dostrzegałem
Póki jeszcze nie dojrzałem
Wtedy czerwień i żółć nadchodzą by pozostać
Sięgają w głąb mnie
Powalają dostrzec
Co pod, a także i ponad w wyobraźni
Kreślę ponad granicą rozsądku
Zrzuć zasłonę
Spójrz jak spada”- Lateralus

Kto powiedział, że świat to tylko to, co możemy dotknąć, zobaczyć, usłyszeć? Kto powiedział, że ta materia, z której składa się nasze ciało wyznacza ostateczną granicę istnienia?
Rozpisano już niepoznane w skomplikowanych matematycznych wzorach. Rozpisano już to, co widać za zasłoną, choć nadal tak niedoskonale.
Fizycy matematycy, naukowcy. Oni spojrzeli na to, co pod taflą wody pod innym kątem. A być może, to to samo, widziane w inny sposób. Innym kątem oka, bez światła wpadającego do źrenicy.
Kto powiedział, że to co wiesz, wiesz na pewno?
Kto powiedział, że świat nie jest iluzją?
Kto powiedział, że to światło, które wpada do oka, jest prawdziwe? Że nie ma innego, innej energii, która trafia poza ciało?
To i tak tylko złudzenia. To i tak tylko energia.

Ta którą znamy to i tak tylko kilka procent całego wszechświata. Ciemna energia, ciemna materia, której nie ogarniemy dotykiem, słuchem, wzrokiem. Ta z matematycznego wzoru. Być może ta, z której upleciona jest dusza?

Czym jest materia, powiedz mi? Czy wiesz, że materia to tylko zmagazynowana energia? To zamrożona jakimś cudem w czasoprzestrzeni ( bogowie, czasoprzestrzeń zależy od materii! I jej nie ma?!) myśl?

Jak możesz mi wmówić, że coś jest niemożliwe?
Jak możesz mi wmówić, że cokolwiek jest obłędem?

Doświadcza moje ciało, doświadcza moja dusza.
Żyję również w snach.

***

A w moich snach żyje ona.

Gdy przyszłam na nocny dyżur w sobotę, dowiedziałam się, że zmarł jeden z moich ukochanych mieszkańców, Kolejarz, który miał amputowane dwie nogi. Nie, nie dlatego, że wpadł pod pociąg. Ale dlatego, że miał miażdżycę.
Nie zdążyłam go odwiedzić w szpitalu, po tym, jak był operowany. Nie zdążyłam mu powiedzieć do widzenia. Zrobiło mi się przykro, zrobiło mi się żal. Od początku uwielbiałam jego niskich lotów żarty.

Jednak, śmierć to nie zaprzeczenie życia, śmierć to jego dalsze odbicie w naszej rzeczywistości. Śmierć to tylko odbicie energii w materii naszych oczu.
Ja żyję dalej, w świecie dotyku i słuchu, w świecie, gdy tylko kątem oka widać to, co poza światłem.
Posprzątałam szafkę Kolejarza. Uporządkowałam rzeczy. Z czułością czyściłam protezy nóg.

Dziwna to była noc. Pełna nerwów przez inne choroby tych, co mieszkają w Domu. Dziwna to była noc, która jak zawsze miała w sobie śpiew dziwacznej ciszy w tym miejscu, w którym tak wielu traci życia.
Pielęgniarka, z którą miałam nocny dyżur, bała się sama spać, nie pozwoliła mi iść do dyżurki, żebym mogła w spokoju poczytać. Pozwoliła na zapalone światło, próbowała spać. Ja jak zawsze nie mogłam.

Ciekawe, kogo bardziej się boją, wszyscy w Domu, którzy nie chcą zostawać sami w nocy? Żywych czy umarłych?
Boją się szeptów ukrytych w ścianach czy szeptów materialnych ust, tych słów, które sączy w nie materialny, ale chory ponoć umysł?
Czy boją się chorej pani T., która rozmawia nocami ze swoim zmarłym mężem, czy boją się jej męża?
Nie mam odwagi zapytać. Ja lubię tą samotność. Polubiłam uczucie w lewym kąciku oka, zawsze w lewym, w tym oku, na które gorzej widzę w tym świecie. Polubiłam ciszę.
Być może, polubiłam tą dziwaczną obecność.

Bo od kiedy pracuję w domu, czasem mam wrażenie, że popadam w obłęd. A czasem wiem, że to po prostu zasłona, która spadła.
Czasem mam wrażenie, że ktoś za mną chodzi. Gdy zostaję sama w domu, gdy Mąż jest w pracy, czasem słyszę krok. Czasem wyczuwam wibrację ciała, którego nie ma.
I nie zapomnę tego wieczoru, tego, gdy zdarzyło się to po raz pierwszy tak wyraźnie.
Pamiętam, że tego wieczoru, tak nagle zmarła pani R. Pięć minut wcześniej jadła kolację. Gdy weszliśmy do jej pokoju, już nie żyła. Nagle. Niespodziewanie, tak niespodziewanie, bo tyle przecież miała energii. Ponoć pękło jej serce.
Zostałam wtedy na kawałku nocnego dyżuru z M., żeby pomóc jej umyć i ubrać zwłoki. Przywykłam już przecież. Widziałam śmierć Dziadka, widziałam śmierć pani, która zagłodziła się na śmierć. Myłam ciała.
A jednak, poczułam dreszcz. Znów, dziwny niepokój, który smakuje tak słodko. Który mówi o życiu.
Po pracy poszłam prosto do Red. Po jakimś czasie przyszedł mój Mąż z pracy.
Nie wiem ile wtedy wypiłam. Dużo. Zdecydowanie za dużo. Wtedy, gdy poszłam do łazienki, byłam przekonana, że jest ktoś jeszcze. Bo piliśmy, w tym świecie, przecież we troje. A jednak. Gdy z niej wyszłam, byłam przekonana, że jest z nami ktoś jeszcze. Chciałam do niego nawet coś powiedzieć, jakby ktoś przestawił mi prztyczek w mózgu.
Ten zza zasłony.
Jeszcze w łazience przypominałam sobie, co chciałam mu powiedzieć, bo urwaliśmy dyskusję, bo bardzo chciało mi się siusiu.
Jakbym przeniosła się w czasoprzestrzeni. Jakby przez chwilę w moim umyśle przestało się coś zgadzać.
Inne światy? Zagubiony czas, który przecież nie istnieje? Skok, nagły skok? Błąd w naszym fizycznym, materialnym Matrixie?
To był dziwny wieczór. Mówiłam rzeczy, których nie powinnam, przepływały przeze mnie, nikt nie mógł zamknąć mi ust. Mój umysł chciał przestać, ale słowa wypływały, wyskakiwały jak ropuchy z ziemi po deszczu.
Słowa zza zasłony.
Przerażające rzeczy. Kolejne wersje przyszłej rzeczywistości. Zapętlenie. Wieszczenie. To, czego nienawidzę. Uczucie przepływania, którego nie można nieraz opanować.
A potem przyszedł spokojny sen.

Nie rozmawialiśmy za wiele o moich słowach, moim jakby-amoku, który woleliśmy uznać za zwykłe pijaństwo. Inaczej przecież, to byłby obłęd, prawda?
Ten ktoś, ten czwarty w mieszkaniu Red stał się żartem Wytrychem.
Ten czwarty. Tak go nazwaliśmy. Nieraz śmialiśmy się z tego gdy oglądaliśmy horrory, gdy coś zaszurało na korytarzu, a koty były z nami. Ot, ten czwarty. Ten, którego ja przywlokłam. Przyciągnęłam zza zasłony.
Może Czarownice muszą czasem tam zajrzeć. Czasem coś stamtąd wyciągnąć wbrew swojej woli.

Możecie sądzić, że byłam przerażona.
Może na początku mnie to niepokoiło. Z czasem oswoiłam się. Z lewym kącikiem oka na nocnych dyżurach. Z odkręcanymi kranami, dziwnym muskaniem po twarzy, gdy zasypiam, a muszę czuwać.
Jako jedyna nie mogę spać na nocnych dyżurach. Mówię, że wolę czytać.
Ten czwarty, a może ktoś inny. Nie pozwala mi spać, mówiąc, że coś się może stać, komuś z tych, co żyją, tych, którymi mam się opiekować. Nad których życiem czuwam. Nad których czuwam też śmiercią.
Nie przeraża mnie to. Nawet jeśli to obłęd, szaleństwo, które się rozwinie latami. Co na nie poradzę? Teraz jeszcze nic. Nie przeraża mnie to, jeśli to energia, świat zza zasłony. Prawdziwa obecność. Ta mnie nie niepokoi. Czasem wręcz sprawia, że czuję się spokojna.
I nie myślcie, że nazwę to aniołem stróżem. Nie wierzę w anielskie białe skrzydła. Nie wierzę, że naszymi tzw. aniołami stają się bliscy zmarli. Sądzę, że ich energia ma lepsze rzeczy do robienia po śmierci.
To po prostu energia, obecność, której nie znałam materialnie. Jest, i nawet jeśli jest tylko w mojej głowie, nie szkodzi.
Wierzę w inne światy. Te z równań innego języka, matematyki. Wierzę, że czas jest pętlą. Wierzę, że czasem po prostu się stykamy. Tyle wiary mi starczy.

Bardziej bałam się swoich snów, ale i do nich przywykłam, do ich smaku.
Bardziej bałam się Abrill.
Niedługo po tym, jak zaczęłam pracować w Domu, po tym, jak widziałam śmierć Dziadka, jak myłam jego ciało, zaczęła mi się śnić ona. Mała, blada dziewczynka. Zawsze w Domu albo moim własnym mieszkaniu.
Niejeden sen doprowadził mnie do krzyku. Najgorszy jednak był ten pierwszy, w którym Red czekała na mnie przed Domem, jak to się nieraz zdarza, a ja nie mogłam się wydostać. Dom nie chciał mnie wypuścić, bo Abrill nie chciała tego zrobić. Dziewczynka ukryta w murze, ukryta w suficie. Dziewczynka, która miała w sobie smutek.
Z czasem oswoiłam i Abrill w snach. Zaczęłam z nią rozmawiać. O pewnym bólu który w sobie nosi, o gorzkim smaku jej własnych snów.
O samotności.
W pewien sposób zaprzyjaźniłam się z Abrill w snach, z tą, która śni mi się najczęściej, gdy ktoś umrze.

W sobotę rano zmarł więc Kolejarz. Żałowałam, że nie pożegnałam się z nim jak należy.
W niedzielę zastałam go w moim śnie.
Był pogodny, bardziej niż wtedy, gdy był żywy. Siedział na ławce w parku. I miał obie nogi, obie, które nieraz były przedmiotem naszych żartów. Siedział na ławce i pił piwo. A za ławką stała...Abrill.
-Przyprowadziłam go dla ciebie.- powiedziała do mnie, oniemiałej, nagiej, tak jak przecież śpię. Tym swoim monotonnym, cichym, przypominającym buczenie radia głosem. Odsunęła się zaraz od ławki, tak, jakby dawała nam swobodnie porozmawiać. Wiem, że dawała nam się swobodnie pożegnać.
Podeszłam do ławki, wcale nie wstydząc się swojej nagości. W tym świecie wszyscy jesteśmy równi, ciało nie ma przecież znaczenia.
Siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Tak po prostu, grzejąc się w słońcu początków wiosny, bo to były jej początki, choć w świecie moich snów panowała zieleń, a nie szarość.
Spokojna rozmowa, aż podeszła ona. Położyła rękę na ramieniu pana Kolejarza.
-No tak, tak, musimy już iść, czas się kończy.
Wstaliśmy, przytulił mnie na pożegnanie.
A ja w tym śnie, tym razem, nie mogłam się powstrzymać przed zadaniem tego pytania.
-Kim ty właściwie jesteś?- powiedziałam, patrząc na Abrill. Bogowie, sama nie wiem, skąd wiedziałam, że tak ma na imię. Może jest w moim umyśle, może sama je stworzyłam, nie wiadomo z którego kręgu mojej podświadomości, może..
-To ty nie wiesz?- zapytałam dziewczynki, ale odpowiedział mi uśmiechnięty z niedowierzaniem pan Kolejarz- Przecież Abrill to część ciebie, dziewczyno!

****
Tam jest o wiele więcej, namawiają,
bym wyszedł u nieskończonym możliwościom
Jak pod, a także naprzeciw wyobraźni
Kreślę ponad granicą rozsądku
Zrzuć zasłonę, spójrz jak spada
Zbytnie myślenie, nadanalizowanie
Oddziela ciało od umysłu
Wysusza intuicję
Porzuca okazję
Nakarm moją wolę bym poczuł ten moment
Zachęty do przekroczenia granicy
Wyciągam rękę, by poczuć chaos
Wyciągam rękę, by objąc wszystko, co może nadejść”- Lateralus

****
Czym są sny? Czym jest poczucie w lewym kąciku oka? Czym podświadomość, czym inne światy pochodzące z matematycznych równań najgenialniejszych umysłów, które nie była się sięgać dalej?
Na ile znamy siebie? Na ile wiemy, które części nas są nie z tego świata?
Czy nasza duża porozbijana na kawałki?
Miliony pytań, gdy żyjemy w tym świecie.
Miliony powodów do obłędu. Stania się wariatem w oczach tych, którzy nie chcą widzieć dalej.

Ale często mam wrażenie, że każdy z nas czuje w sobie zasłonę. Od wieków przecież wierzono właśnie w jej istnienie. Tak ją sobie wyobrażano. Dzieci, które rodziły się z błoną płodową na twarzy uważano za dzieci magiczne. Symbol zasłony podczas przechodzenia z jednego świata do drugiego.
Każdy z nas ma zasłonę w sobie. Ma mój lewy kącik oka. Chociaż raz dotknął tego, co nie składa się z naszej materii.
Ale bronimy się, broimy się przez tym dzielnie. To, co za zasłoną nazywamy tabu.
Nieraz opowiadamy historie o duchach, zakorzenione w naszej wspólnej świadomości, bojąc się jednak wiedzieć, co jest naprawdę. Czym jest energia. Z czym przenika się, z czego pierwotnie zbudowana jest materia.
Boimy się, broniąc się po prostu widocznym strachem sięgającym absurdu, albo próbując racjonalizować pewne rzeczy. Mówiąc nauka temu zaprzecza.
Nauka to tylko kolejna teoria i zresztą...nauka coraz bardziej sięga po zasłonę. Bo chyba doszliśmy do tego etapu, gdzie nawet matematyczne równania i czysta logika się kończy. Ale wielu maluczkich, nas, nie chce tego wiedzieć.
Tabu zasłony.
Nie otwieraj tych drzwi, jeśli nie wiesz, co się za nimi znajduje.
Mądre. Bardzo mądre powiedzenie. Możesz zostać uznany za szaleńca, gdy się dowiesz. Możesz naprawdę oszaleć, póki twoje ciało nie będzie umiało wyjść poza swoją materię.
Co jednak, jeśli drzwi otworzyły się w tobie? Co jednak, jeśli czujesz i wiesz, że nie musisz tego nazywać żadnymi logicznymi słowami? Czujesz, zaprzyjaźniasz się i łamiesz tabu?

Jesteś obłąkana?
Czy jesteś po prostu wiedźmą, tą, która wie? Zna matematyczne równania i może im wierzyć.
Tą, która czuje? Bo ma duszę wrażliwą na każde drgnienie energii w przestrzeni?
Tą, która wierzy w matematyczny i duchowy porządek. Tą, której nie przeraża zasłona, cała iluzja? materii, przenikające się energie.
Czy jesteś tą, która zakochała się w spirali na tyle, by po niej zbiegać w dół, jak w ciągu Fibonacciego, który też rządzi pięknem świata?

Cóż. Może to nie ma znaczenia.
Prędzej czy później i tak wszystkiego się dowiemy, gdy już wyjdziemy z ciała.
A może nie dowiemy się nawet wówczas, bo może teorie i równania są błędne, nic z nas nie zostanie. Ale wtedy również, nie będzie to miało znaczenia.



Mocno stąpając po ziemi
Poruszam się pomiędzy dźwiękami
Otwieram się szeroko, by je wessać
Czuję, jak poruszają się po mojej skórze
Sięgam w górę, sięgam na zewnątrz
Sięgam po chaos albo po cokolwiek, co mnie zdezorientuje

Podążając za naszą wolą i wiatrem
Możemy dojść tam, gdzie nikt nie był
Zjedźmy spiralą do końca
A dotrzemy być może tam, gdzie jeszcze nikt nie był
Zjedź spiralą na zewnątrz
Idź dalej


A tak poza tematem- wszystkim wam życzę wspaniałego odczuwania energii ciężkiej równonocy. To naprawdę ciężkie narodziny, w tym roku. Ale coraz więcej w świecie światła i...mam nadzieję, w nas samych.  

czwartek, 17 marca 2016

O tym, że jesteśmy sobie lądem, czyli list piany wiosną i wieczorną tęsknotą.

Ciemnieje już noc. Ciemnieje niebo, choć już połowa księżyca, choć idzie na pierwszą wiosenną pełnię.
Niebo przedtem przepełnione słońcem zalane jest granatem. Dojrzało, ściemniało tak, jak przez lata miłością rozjaśniły się twoje oczy.
Bo dorośliśmy razem. Dorośliśmy do tego, boy kochać jeszcze bardziej. Razem zrozumieliśmy życie.

Dorastamy nielekkim gestem
Obijając się o nonsens.

Niebo zalane ciemnością, taką, jaka kiedyś i nas pochłonie. Do tej ciemności dojrzejemy, jak niebo dojrzewało krwistą czerwienią nieba. Do tej ciemności wejdziemy. I może, gdy nas już nie będzie, w ciemności będzie świecić jedno światło, jak dziś ten księżyc. Światło naszej miłości.

Jedyne takie niebo wiosną. Jedyne takie wschody i zachody, przekrwione jak moje zmęczone tej wiosny oczy.
Ile za nami już wiosen? Ile zmęczonych, lecz ostatecznie radosnych spojrzeń?
Ile to już lat?
Niedługo osiem przeminie, wtedy gdy dojrzeje zboże, gdy zezłocą się pola, wtedy, gdy kiełkujące teraz trawy spali słońce, za którym teraz tak tęsknimy.
Osiem. Ponad 1/3 mojego życia. Za 10 lat będę mogła powiedzieć, że 1/2 mojego życia spędzona jest z tobą. Dziwna matematyka oddania, miłości i zaufania. Matematyka równań namiętności i wielu ciężkich chwil.

Bo wiesz, idzie wiosna kochane. To czerwieniejące niebo to znak, że znów wszystko się odradza. Wszystko zaczyna się na nowo. Mamy kolejną szansę.

Mam jak zawsze na wiosnę tak zmęczone ciało.
Zmęczone ciało, po pracy, po kolejnych ciężkich drogach, wykręcanych kostkach, plecach które gną się pod ciężarem codzienności. Mam po zimie szarą skórę ropuchy która dopiero wygrzebuje się spod ziemi i półślepe oczy, oczy konia z kopalni, który dopiero co wychodzi na powierzchnię i czuje, że żyje. Mam za długie, niestępione i kruche pazury niedźwiedzia, który obudził się za wcześnie, gdy śniegi dopiero co topnieją.
Mam jednak też wielki głód. Jakbym całą zimę nie jadła. Na nowo budzi się słońce, na nowo budzę się ja. Chcę jeść, jeść, jeść!
Jestem głodna życia. Jestem głodna ciebie.
Moje ciało jest zmęczone, moje ciało pachnie zatęchłą jaskinią kochanie, pełną zbutwiałych liści. Muszę wygrzać się jak jaszczurka na kamieniu, mając pod powieką gorący sen o Hiszpanii. Muszę wytarzać się w zieleni, pierwszym zapachu trawy, natrzeć swoje nadgarstki roślinnymi sokami i pyłkiem podbiału. Muszę wpuścić do ucha pszczołę, żeby brzęczała mi melodię swojego życia.
Muszę wejść w twoje dłonie i ogrzać się w nich, w silnych, męskich dłoniach, które jak żadne inne pasują do moich bioder. Muszę łasić się do ciebie jak kotka w rui, miauczeć i mruczeć ci do ucha, wyginać grzbiet, gdy tylko przelotnie muśniesz moje nabuzowane chęcią lędźwie swoim palcem wskazującym, tym, co wskazuje mi drogę do naszego łóżka. Muszę na nowo przejrzeć się w twoich oczach, przepastnych czarnych jeziorach, w których utonęłam już dawno temu.
Czarna woda zalała moje serce. Moja krew stała się odbiciem czarnych oczu. Musi na nowo się wzburzyć, na nowo tej wiosny.
Myślę, że w twojej krwi odbija się ten nieokreślony kolor moich oczu. Ni to zieleń, ni to błękit, ni to szarość. Toń jeziora, w które wpatrywałam się, zanim zaczęłam wpatrywać się w twoje oczy.

Połączyły się strumienie naszych żyć kochanie. A teraz kończy się zima, można zacząć na nowo. Stopniały we mnie śniegi, które przyniosła jesień, które zatrzymała we mnie zima. Stopniały we mnie śniegi, które przywiał potworny wiatr, ten, który po raz pierwszy tak zmroził kości. Ale ten śnieg na wiosnę tylko dodaje siły strumieniowi miłości, który łączy się z twoim. Tym, który do ciebie wysyłam. Tym, w którym razem możemy się kąpać.
Żadna woda tak nie ożywia. Żadna nie daje tyle siły. Lodowata, krystaliczna woda w największy upał. Zmrożona głowa, gdy rozpalona bólem.

Ten śnieg, ten wiatr sprawił tylko, że jeszcze bardziej cię kocham. Bo wiem, że nic nas nie pokona. Bo wiem, że żaden wiatr nie zniszczy domu, który razem budujemy. I może zerwie nieraz dach. I może nieraz zaleje piwnicę. Ale wszystko da się odbudować.
Po wszystkim ściany naszego domu są jeszcze mocniejsze.
Po wszystkim kocham cię jeszcze bardziej.
A teraz przychodzi wiosna. Twoja kochanka czuje, że żyje. Chce żyć z tobą. Wiesz o tym, prawda?

Na nowo bije moje serce, jak serce wiosny i z roku na rok jest w nim coraz więcej miejsca dla ciebie. Z roku na rok masz coraz większe mieszkanie. To lokata bezterminowa, nienaruszalna nieruchomość. Wcale nie brana na kredyt. To mieszkanie, to samo, które ja mam w twoim sercu. Odbicie lustrzane, które buduje wspólny dom.

Teraz nadchodzi wiosna kochanie i mam siłę, by naprawić te drobne usterki. Zerwany dach podczas huraganów jesieni, huraganów zimy już przecież postawiony na nowo.

Przychodzi wiosna kochanie i czuję się znów silniejsza. Czuję, że silniejsza jest nasza miłość. Dojrzalsza o te kolejne miesiące. Dojrzalsza niż w poprzednich latach. Wspaniała swoją namiętnością ale i czułością, której na początku tak naprawdę nie znałam. Bo nie mogłam jej znać.
Ta czułość to tajemnica, którą odkrywa się we wspólnym mieszkaniu latami.

Ta czułość to tajemnica która mówi prozą, w której skryta jest najdoskonalsza poezja. Już kiedyś myślałam, że zabrakło nam poezji. Teraz odkryłam ją na nowo, w naszej codzienności. W obrączkach noszonych na palach. W kolejnych tragediach, w których potrafiliśmy się wspierać. W nieszczęściach, które sami na siebie ściągaliśmy i które musieliśmy sobie wybaczać.

Bo przeszliśmy już chyba wszystko, a przynajmniej tak wiele, tak wiele! Nieraz mam wrażenie, że inni mogli by się od nas uczyć. Przeżyliśmy już własną głupotę. Pokusę, która zaciągnęła nas oboje tak naprawdę za daleko. Przeżyliśmy strach i największą tęsknotę. Widziałam w twoich oczach największą ciemność, która wcale nie kryła się w barwie tęczówek. Ty widziałeś moje najbardziej przekrwione oczy, wcale nie zmęczeniem, a płaczem. Zlizywałeś z moich policzków całe morze łez swoim gorącym językiem.
Kto nie zaznał tej drogi, nie wie, co to prawdziwa czułość. Kto nie musiał wybaczać najgłębiej zadanych ran i nie czuć już potem żalu, ten nie wie, co może uczynić prawdziwa miłość. My już wiemy.

Ale żadne mieszkanie razem po prostu obok, żadne obrączki zakładane na palce i przysięgi przed jakimkolwiek Bogiem tego nie sprawią. Nic z tych rzeczy. Wiemy o tym doskonale, prawda?
To my musieliśmy to sprawić. To my, wchodząc sobie wzajemnie pod skórę, wchodząc w swoje ciała i dusze. To my, w wykrwawianych nadgarstkach i dzikim śmiechu odkryliśmy, zbudowaliśmy tą czułość. I powiem ci kochanie, że jesteśmy szczęściarzami. Niektórzy nie zaznają jej przez całe lata, mimo że przysięgają przed jedynym znanym sobie bogiem.
My przysięgaliśmy sobie. Tylko sobie. I dlatego tylko sami dla siebie się liczymy. Nikt nie wejdzie między nas.
Niektórzy nie zaznają tego przez całe życie. Tak wielkiej bliskości, namiętności. Poezji i prozy. Czułości.
Wielu nie powie tak prawdziwie, patrząc sobie w oczy „kocham cię”
Wielu nie zazna, co to czuć życie w drugiej skórze aż do samego dna.
Mamy wielkie szczęście kochanie. Szczęście, że mamy siebie.
Tak bardzo cię kocham.

Widzisz, kochanie, jesteś moją wodą, strumieniem, z którym połączyłam bieg strumienia mojego życia. Ale często w tym wszystkim, całym moim życiu, mam wrażenie, że jesteś też jednym z niewielu stałych lądów, które mam.
Stały ląd, który nigdy nie zatonie. Ląd nie zatonie.
Widzisz, wiem też, że ja jestem takim lądem dla ciebie.
To nasza miłość jest tą wyspą, na której możemy odpocząć podczas największego sztormu.
Skoro mamy siebie, co złego może nas spotkać? Nigdy nie będziemy błądzić sami w ciemności. Zawsze znajdę w niej twoją rękę. Nawet, gdy już cię przy mnie nie będzie, gdy mnie nie będzie przy tobie, bo tak zdecyduje los. Śmierć albo koniec miłości. Zawsze będzie ląd, który zbudowała w nas ta miłość.
Bo takiej czułości się nie zapomina. Nawet gdy się skończy, zostaje na zawsze.
Taka miłość trwa zawsze.
Na zawsze, twoje oczy odbite w moich.

Czasem robi mi się żal. Czasem pytam się, czym na to zasłużyłam? I czasem sama na siebie klnę gdy zaczynam mówić, że mam pecha. Gdy coś mi się nie układa. Ostatecznie wspominam, że przecież mam ciebie. I przez to muszę być wdzięczna światu, losowi, wszelkim bogom, którym nic nie obiecywałam i którym nic nigdy nie obiecam.
Mam ciebie. Najważniejsza rzecz w życiu.
Mogłabym być szczęśliwa bez ciebie, to oczywiste. Ale mam ciebie i tak zaznaję szczęścia. Tej jedynej czułości. Więc za to dziękuję. I dzięki temu pamiętam, że nagle zjawia się milion rzeczy, za które mogę być wdzięczna.

Mogę być wdzięczna za takie dni jak ten.
Bo widzisz kochanie, to był wspaniały dzień. Pełen słońca. Pełen śmiechu. Pełen wręcz tańca, żartów, iluzji, że życie coś znaczy.
Dzisiaj życie znaczyło tak wiele. W chęci wędrówki, w tętnie bijącym w zwariowanym tempie.
To był wspaniały dzień, dzień krwawego świtu i różowego zachodu słońca. Bogowie, jak dawno nie widziałam aż takich barw! Czerwone chmury jak moje usta po naszym namiętnym pocałunku. Różowe światło, jaśniejące aż do oślepiającego blasku. Ciepło na twarzy, gdy wyrwałam się z pracy.
I te opowieści o minionych miłościach, opowieści o minionych miłościach tego, który je stracił. Tego, któremu bliżej do ciemności, niż do różu poranków.
W jego oczach widziałam po raz pierwszy, że i on znał tą czułość. I ona została w nim na zawsze, wiesz?
To był piękny dzień. Widziałam tą czułość w czyichś oczach. Widziałam ją w swoich, gdy odbijały się w lustrze.

Ale dzień się kończy. I mimo zmęczenia zimą, moje ciało czuje to drżenie w kościach, drżenie nadchodzącej wiosny. I mimo zmęczenia pracą, prawdziwym maratonem, czuję, że mogłabym eksplodować tą energią, co we mnie, co każe śpiewać i tańczyć, co każe mi cię kochać i czekać na ciebie, bo moja skóra tęskni, moje oczy tęsknią, moje dłonie tęsknią by spleść się z twoimi.
Moje serce tęskni, by zacząć bić z twoim wspólnym rytmem, gdy położę głowę pod twym ramieniem.

Czekam na ciebie w ciemności nocy, pisząc te słowa do ciebie. Tęsknię do ciebie jak tęsknię do wiosny, choć to tylko godziny, choć do wiosny tylko dni. Czekam jak tykająca bomba.
Bo mam w sobie jej energię, energię tsunami i huraganu. A jednocześnie mam w sobie ten spokój.

Bo widzisz kochanie, jutro kolejny wspólny poranek.
To kolejna wspólna wiosna. I tej wiosny mam jeszcze większą pewność, że wszystko da się naprawić. W domu zbudowanym z naszej miłości, domu jeszcze tak bezdomnym, da się naprawić zalaną piwnicę, da się naprawić zerwany dach.
Bo tak naprawdę mieszkamy w swoich sercach a teraz, na wiosnę, znów w wspólnym ogrodzie zakwitną nam kwiaty.
Piękniejsze niż przed laty.
Piękniejsze niż przed rokiem.

Dojrzeliśmy razem, z dzieci przemieniliśmy się w dorosłych ludzi. Kiedyś sami byśmy nie uwierzyli. Kiedyś byśmy nie chcieli.
Ale teraz, teraz nic bym nie zmieniła.
Teraz chcę, by moje nagie stopy pieścił mokry piasek tylko tego jednego lądu. Bo tyle mi w życiu wystarczy.
Tyle wystarczy nam obojgu. Mam tę pewność. I nie ma się czego bać.
Jak zawsze, nie ma się co bać. Chce się po prostu kochać.



I nie zatopi nas
Pokusa ani strach
A jeśli zerwie dach
Huraganowy wiatr

Ląd nie utonie.

Lądu toń
Ochroni dom.


wtorek, 15 marca 2016

O pewnym człowieku, z którym nie mogę się dogadać, czyli post "niekoniecznie o mężczyźnie".

-Ale widzisz, Basia, ja nie jestem takim człowiekiem, który kogoś nie znosi za nic i jest mi z tym okropnie!
-Widzisz...wiem doskonale, co czujesz i o czym mówisz bo...też nie jestem taka. Ale tu nie mogę się przemóc. Nie mogę się powstrzymać żeby w swojej głowie się nie denerwować. Nie umiem w ogóle z nią rozmawiać.
-Skąd ona się wzięła, powiedz mi?
-Nie mam pojęcia.
-Czy ty wiesz, że ja naprawdę przez to czuję się złym człowiekiem?
-Wiem, bo też wcale nie czuję się „lepsza”.

Parę dni temu rozmawiałam o tym wszystkim z M. i jak się okazało, mamy cholernie podobne odczucia. Wszyscy w pracy mamy podobne odczucia co do jednej nowej osoby, od pierwszego dnia jej pojawienia się aż do teraz. Podobne, bo negatywne. Jedni czują się przy niej nieswojo i mają wręcz wyrzuty sumienia, bo potem jest nam jej żal, bo potem obwiniamy się o pewien ostracyzm. W innych po prostu powoduje niechęć aż po klasyczną, ostrą agresję.
Nie jest to odczucie jedynie współpracowników. Wielu mieszkańców Domu, tych logicznych, również jej nie znosi. Pani z niewyraźną mową nie chce, żeby Ona się do niej zbliżała. Pan bez nóg za każdym razem, gdy przychodzi do niego, klnie na czym świat stoi. A przecież jest takim „wioskowym gentelmanem”, który całuje nasze dłonie nawet wtedy, gdy mamy założone rękawiczki.

Dlaczego? Skąd to się wzięło? Nie wiem czy ktokolwiek potrafi mi na to odpowiedzieć.
Czy naprawdę są ludzie, którzy mają w sobie coś takiego, nie mimo pozoru, że wszystko jest z nimi dobrze, mimo pozoru, że są wspaniali, coś tu nie gra i każdy, doprawdy każdy ma ich dość?
Czy to może z nami jest coś nie tak, może jako zgrane stado nie umiemy przyjąć nowej osoby?

Ale sama niedawno byłam nowa i już po tygodniu z każdym umiałam choć trochę porozmawiać. Po miesiącu wręcz pokochano mnie w Domu, w którym pracuję.

A to trwa już półtora miesiąca i zamiast coraz lepiej....jest coraz gorzej.

Nowa opiekunka przyszła na nasz oddział na samym początku lutego. Dokładnie 2, pamiętam, miałam wtedy dyżur. W ten sam dzień zjawiła się też nowa pielęgniarka, był więc niezły chaos.
Pielęgniarka, choć trochę drażniąca i jeszcze nieporadna, znalazła już swoje miejsce w naszym stadzie.
Z nową opiekunką od pierwszego dnia był problem.
Na początku jak zawsze było nieręcznie. Sama pamiętam swoje pierwsze dni, jak ciężko było się zorientować, kto ma jak na imię, kto myśli logicznie a kto rozmawia tylko z duchami. Kto je chleb bez skórki, a komu absolutnie nie wolno pić mleka, bo potem ma straszną biegunkę.
Nasz oddział jest naprawdę duży, gdy ja zaczynałam pracę w październiku, mieszkało na nim jeszcze 67 osób. Teraz jest 54, więc o wiele mniej do zapamiętania, jeśli brać pod uwagę naszą pracę. W ogóle jest mniej pracy, śmierć, której się boimy, jest jednocześnie naszym sprzymierzeńcem.
Ale nie o śmierci miałam.

Sama pamiętam, że początki były trudne. Zaczęłam więc słuchać i obserwować. Pamiętam jak dziewczyny cierpliwie tłumaczyły mi kogo jak przewijamy, jak przygotowujemy wodę do mycia, jak wygląda cykl dnia. Zamieniałam się w oko i ucho. Bo tylko tak można było się czegoś nauczyć. Od dziewczyn, które pracują tam dłużej niż ja, znają tych ludzi, żyją wręcz z nimi. Od kobiet, z których niektóre mają 30 letnie doświadczenie pracy w Domu.
Nie było lekko, bo początki nigdy nie są łatwe. Gdy wchodzisz też w środowisko ludzi, którzy znają się od lat, którzy spędzają z sobą tak wiele czasu, że stają się pewną rodziną, nigdy nie jest łatwo. Ludzie w takiej pracy zmieniają się w pewnego rodzaju wilcze stado. Zwłaszcza, jeśli pracuje się głównie z kobietami.
Trzeba zaakceptować pewne reguły, nie bać się, gdy obwąchują się nieufnie. Ale w końcu cię akceptują, nawet jakoś kochają. Tak jak po wielu dniach dziewczyny- wilczyce, pracujące w Domu, zaakceptowały i mnie. Trochę jak swoje własne dziecko, bo dla wielu pracujących tam kobiet jestem właśnie taką rozbrykaną córką, będąc przecież w wieku ich prawdziwych dzieci, a nawet młodszą.
Nieraz jest między nami źle, drzemy koty, warczymy na siebie, kąsamy i gryziemy. Mamy naprawdę głupie konflikty, bo w grupie prawie 30 pracujących osób, ciężko pracujących pewne konflikty i ugryzienia są nie do uniknięcia. Nieraz się ścieramy, zachowujemy jak dzieci w piaskownicy, ale mimo to umiemy się ostatecznie ze sobą dogadać, pracować ze sobą i ogólnie, częściej jednak bywa dość wesoło.
Mimo zgrzytów stanowimy w pracy swojego rodzaju rodzinę i ufamy sobie. Bo wiem, że mogę zaufać M. czy moim imienniczkom, gdy je o coś poproszę, gdy przewijamy razem. Mogę im zaufać, że w naszej pracy nie zrobimy choćby krzywdy mieszkańcom Domu.
Zawsze się dogadamy, lubiąc się bardziej albo mniej. Dlatego też uwielbiam swoją pracę, przez to poczucie miejsca w jakiejś dziwnej kobiecej rodzinie, w wilczym stadzie.

Ale na początku lutego zjawiła się ona i przestało być tak kolorowo.
Początki są trudne, ale trzeba się uczyć, obserwować i po kolei rozmawiać z każdym, ucząc się zaufania. Trzeba się dostosować do pewnych reguł stada, które powoli cię zaakceptuje a nawet pokocha, tak jak to było ze mną i z każdą dziewczyną, która przyszła przede mną.
Ona jakby tego nie rozumiała.
Już pierwszego dnia miała awanturę z panią E., pielęgniarką, która ma dość trudny charakter, ale tak naprawdę, pod szorstką warstwą ma wielkie serce, jak dowiedziałam się po jakimś czasie pracy.
Pani E. Zwróciła nowej uwagę o głupotę, trochę jakby chcąc pokazać, że ona tu rządzi, bo tak naprawdę jest wilczycą terytorialną, trochę taką naszą nieformalną przewodniczką stada. Przedtem dziewczyny ją ostrzegały, że ma takie a nie inne wejścia, ciężki charakter i po prostu trzeba robić swoje, a z czasem się przywyknie.
Najlepiej w takim momencie trzeba by było przytaknąć i dalej robić swoje. Bo w tym momencie szykowałyśmy kolację. Ale ona wdała się w awanturę, nie zwykłą wymianę zdań, a prawdziwą awanturę, w której padło znamienne zdanie „nie lubię krytyki”.
Oho, będzie problem, pomyślałam sobie, gdy z rozwartą szczęką patrzyłam, jak i inne dziewczyny, zszokowane, na całą scenę.
Awanturę ciągnęła dalej w pokoju socjalnym, gdy już wszyscy zapomnieli o co poszło. E.nie wytrzymała i poszła na papierosa.

To był pierwszy dzień. Potem było coraz gorzej. Drugiego dnia pani E., znając już moja cierpliwość do ludzi wyznaczyła mnie, żebym szła z nią w parze i uczyła ją tego, co robimy na oddziale. To był mój jedyny dyżur jak do tej pory, gdy byłam razem z nią jako para i....najgorszy. Pamiętam, wtedy była też z nami właśnie M., do której biegałam co chwila mówiąc, że zaraz nie wytrzymam, szlag mnie trafi i w ogóle, jest mi źle. Myślałam, że może naprawdę nie umiem uczyć, bo dla mnie pewne rzeczy są za oczywiste, nic więc Nowej nie mówiłam, tylko M. wysłuchiwała mojego cichego lamentu, gdy Nowej nie było w pobliżu.
Dopiero się uczy a ja po prostu nie mam cierpliwości, myślałam.

Bo pozornie dziewczyna jest wspaniała. Miła, z miłym uśmiechem, wygląda na o wiele młodszą, niż jest w rzeczywistości, bo ma ponad 40 lat. Miła, ale może aż za miła, pomyślałam. Do każdego mówi od razu na ty, mówiąc zdrobnieniami. Głaszcze po rękach, chwyta za ramię, mimo że widzi cię pierwszy raz w życiu. Ok, z moją szorstką naturą nigdy nie znosiłam takiego „lepienia”, bycia aż za słodkim, ale przecież, obiektywnie, to powinno być drobne, prawda?

Pozornie z nową dziewczyną powinno mi się świetnie rozmawiać. Bo jest buddystką, ćwiczy jogę, jest taką trochę aktywistką, walczy o równość każdego człowieka. Młyn na moją wodę! Ale nie potrafiłam zamienić z nią normalnie jednego zdania. Potem odkryłam dlaczego. Ona zamiast rozmawiać, robi wykłady, długie monologi, w których czuć, że jej zdanie jest „jedyne słuszne” a gdy ktoś się nie zgadza, chodzi za nim i agituje, przekonuje, że ma rację. Wpada chyba w pewien szał, mimo że to szał z uśmiechem na ustach.
Bo przecież jest taka miła.

Cały czas myślałam, czy to ze mną coś nie tak? Zwłaszcza w dniu, w którym próbowałam się do niej przekonać. Rozmawiałam z nią, siedząc w pokoju socjalnym. Wszystko było dobrze, a później znowu dziwny problem. Bo gdy my pracujemy, przewijamy, odwalamy dosłownie „gównianą robotę”, którą trzeba zrobić przy 50 ponad osobach, ona siada sobie z którymś mieszkańcem na pokoju, zaczyna go głaskać po ręce i czule przemawiać.
Czułość? Wspaniale. Sama czytałam na nockach Księciu, sama stale mówię do niektórych skarbie i kochanie. Ale najpierw praca. Najpierw każdy musi mieć umyty tyłek. Tak wygląda rzeczywistość. Od czułości często jest psycholog, my możemy sobie na nie pozwalać wtedy, gdy mamy czas wolny. Ja ja, chodząc do Elektryka i rozwiązując z nim krzyżówki albo idąc w wolnej chwili do Kochanki Księdza i rozmawiając z nią o jej wnukach. Są na to momenty, ale praca musi być zrobiona. Bo inaczej jedna osoba będzie się świetnie bawiła, ale kosztem innego mieszkańca, który będzie miał odleżyny.
Wszyscy są równi.

Takie to były problemy z naszą Nową, gdy odchodziłam pod koniec lutego na urlop.
Nie słuchała, chciała narzucać swoje zdanie, nie wiedziała, co naprawdę należy do jej obowiązków.
Wdroży się, pomyślałam. Zastanowiłam się też nad sobą, że powinnam dać jej szansę, jest nowa, jest jej ciężko, powinnam ją wspomóc jakoś, a nie na sam jej widok reagować jakoś alergicznie. Nie jestem przecież TAKIM człowiekiem, prawda?
Nie jestem. Zawsze każdemu dawałam szansę, zawsze w każdy szukałam jakiegoś dobra, jakiegoś światła. Kto mnie zna bliżej, wie o tym doskonale. A w tej kobiecie przecież powinno być dużo światła. Może jest za jaskrawe i jestem o nią zazdrosna, pomyślałam?
W każdym razie, wtedy jeszcze chora, poszłam na swój urlop. Odpoczęłam od pracy i od Stada, za którym zaczynałam już trochę tęsknić.
Myślałam, wszystko rozejdzie się po kościach, myślałam wdroży się przez ten miesiąc, bo to już mijał miesiąc przecież.

Wróciłam na początku marca. Okazało się, że jest jeszcze gorzej niż było.
Dzień przed moim powrotem rozpętała się istna afera. Kochana nasza M. z Nową przewijały panie na jednym pokoju. Panią E. zza drzwi dobiegło jakieś zamieszanie, podniesione głosy. Weszła więc, by sprawdzić, co się dzieje.
-Pani E., chciałam zgłosić, że M. szarpie mieszkańców!- zaczęła Nowa, wprawiając M. w osłupienie. Musicie wiedzieć, że pielęgniarka na naszym dyżurze jest dla nas jak przełożona. Szefowa, gdy nie ma oddziałowej. M., która jest bardzo wrażliwa od razu zaczęła się tłumaczyć, że nie szarpie, tylko normalnie, przewraca jedną z mniej logicznych mieszkanek na bok, żeby umyć jej tyłek.
Bo to może wyglądać brutalnie. Fakt. To, jak kogoś zesztywniałego, albo nieprzytomnego przewracasz sobie na bok jak worek kartofli. Ale to tylko tak wygląda. Bo są specjalne chwyty, trochę jak przekładanie w pozycję boczną ustaloną, dzięki którym przełożysz nawet ważącego 200 kg ( i takich mamy u siebie) człowieka na bok, jednocześnie nie robiąc mu krzywdy i nie niszcząc sobie kręgosłupa aż tak bardzo. Fakt, miło to nie wygląda. Ale jak tak pracujesz, wiesz, że to konieczne i nikomu nic złego się nie dzieje.
Nowa po miesiącu pracy chyba tego nie wiedziała.
Poza tym, nikt, kto pracuje z M., powiedziałby, że akurat ona zrobiłaby komukolwiek krzywdę. Kobieta z sercem na dłoni, ciepła, kochana. Nikt jak ona nie myje i nie naciera balsamami skóry naszych staruszków, aż do przesady, żeby byli zadbani i ładnie pachnieli. Na szczęście pani E. wie to doskonale u puściła uwagi Nowej mimo uszu.
No i rozpętała się nowa afera.

Nowa zaczęła chodzić do naszej kochanej pani oddziałowej ( do której nawet ja parę razy mówiła per „mama oddziałowa, bo jest świetną kobietą) na skargę. A to że szarpiemy mieszkańców, jak M.. A to źle ścielimy łóżka. A to mamy zły stosunek do pacjentów.
Na mnie też skarżyła. Na mnie, dziewczynę, na którą mówią „śmieszka”, na mnie, bo robię trochę za błazna i prowadzę swoją własną „śmiechoterapię” z tymi, z którymi mogę sobie na to pozwolić. Może nie mam wyczucia. Może nie jestem poważna tak jak powinnam.
A może po prostu traktuję człowieka jak człowieka, a nie jak relikwię, do przesady? Owszem, zaklnę przy jednej pani, bo wiem, że przy niej mogę, bo już ją poznałam. A ją moje „kurwy” będą bawić. Owszem, inna koleżanka powie do jednego sparaliżowanego pana „aleś się zesrał”, ale dlatego, że znają się ponad 5 lat i wiedzą, że to żarty. Jak pociskanie się dobrych znajomych.
Nowa nie umie tego zrozumieć. Wobec naszych mieszkańców zachowuje się jak Matka Teresa, chociaż nie jesteśmy w Kalkucie. A nam zarzuca, że nie mamy podejścia do pacjenta. Obrażamy ich. Nie szanujemy.
A my po prostu znamy już tych ludzi i żyjemy...trochę jak rodzina. Mimo, że to praca.

Nowa zaczęła więc skarżyć na nasze zachowanie, przez co jedna koleżanka straciła premię. Sama się boję, że swoją stracę. Bo mimo że Mama Oddziałowa jest rozważna i wie, jak to wszystko wygląda, to osoby z administracji, spoza oddziału już takie nie są. A przynajmniej nie wszystkie.

Największym przebojem było ponoć starcie ze starszym Rehabilitantem, kiedy to dowiedział się, że Nowa sadzała jedną sztywną panią, z zesztywniałymi stawami na łóżku i...masowała ją. Bo, jak stwierdziła, ona zna się na starszych ludziach i widziała, uwaga, filmy instruktażowe na youtube i wie, jak to się robi.
Inna heca? Chciała wypuścić z łóżka pewną panią, która ma demencję, stale kłóci się z duchem swojego nieżyjącego już męża i chce, żeby ją wypuścić. Nie opuszczamy jej barierek w łóżku. Ta pani jest już stara i po prostu, nie chodzi. Gdyby próbowała wstać, wyjść z łóżka, upadłaby i połamała sobie nogi, ręce, sami bogowie wiedzą co jeszcze. Starość. Jedna z moich imienniczek w ostatniej chwili nakrzyczała już wręcz na Nową, widzą, że chce wypuścić tą panią z łóżka. Ta później przez cały dzień mówiła, że zna się na starszych ludziach i na co niby ta pani choruje, że ją tak więzimy? Dlaczego ją dręczymy zamykając w łóżku, jak według niej jest logiczna?
Nie dało się jej tego wytłumaczyć. Po prostu nie dało.
Innym razem otwartą ranę smarowała tłustą maścią, zamiast odkazić. Ciekawe, czy słyszała o bakteriach beztlenowych. Ale ona wie lepiej.
Ja to stwierdziła jedna z najdłużej pracujących w Domu opiekunek, teraz mamy do pilnowania nie tylko swoich staruszków z Alzheimerem, demencją, sparaliżowanych, ale i nową koleżankę. Bo w końcu kogoś zabije.
Aż często chcę zapytać tak jak Błazen, gdy słyszę kolejne opowieści z dyżurów- czy ona w ogóle wie, gdzie ona pracuje? Wszyscy się nad tym zastanawiamy.
Ale ona wie lepiej. Nawet do M. rzuciła- „na co ci była ta szkoła, skoro nic nie umiesz?”. Sama skończyła studia, jakąś pedagogikę. Ale o sprawach medycznych nie wie nic. A biedna, wrażliwa M. jak zwykle wzięła wszystko do siebie.

Zaczęliśmy mieć paranoję, że Nowa, która wszędzie chodzi z tabletem nas nagrywa. Zaczęliśmy mieć paranoję i gdy ona jest na dyżurze, nie zachowujemy się tak swobodnie. To znaczy inni. Ja od połowy lutego dyżuru z nią nie miałam. Jutro mam z nią pierwszy dyżur od miesiąca, tak tylko mijałam się z nią gdy schodziłam z nocek albo gdy ona przychodziła na swoje. Tylko słuchałam coraz gorszych historii.
Wiecie, że po raz pierwszy stresuję się przed pójściem do swojej pracy, pracy którą uwielbiam? W którą wkładam całe serce?
Boję się awantury. Boję się, że nie wytrzymam i pęknę, że powiem jej coś niemiłego. Że ona przeze mnie się popłacze, bo tak, jest istną drama queen i już płakała w pokoju socjalnym pani oddziałowej, skarżąc się, jak ją traktujemy, że nią pomiatamy, że to jakiś ostracyzm. Boję się iść do pracy, wiedząc, że będę z nią w parze, bo inne dziewczyny, z którymi jestem jutro, już swoje oberwały.

Nikt nie chce z nią pracować. Stale, gdy sądzimy, że już jest dobrze, wychodzą inne kwiatki. Wiele tych historii, naprawdę. W ciągu miesiąca uzbierało się ich tyle, że gdybym miała opisać wszystkie, zajęłoby mi to chyba z kilkadziesiąt stron.
A może to nasza wina?
Czy naprawdę, to my jesteśmy takie potworne, jako to wilcze stado, które nie może przyjąć kogoś nowego, czy ona nie potrafi żyć z ludźmi?
Ale tłumaczyłyśmy tyle razy pewne zasady. Nawet plan dnia.
Zawsze obiad podawany jest o 13, a ona ostatnio, po miesiącu pracy zapytała, czy obiad będzie jak zwykle o 15. Trochę nie mieści mi się to w głowie.

Zaczęłam się naprawdę zastanawiać, czy i ze mną jest wszystko w porządku.
Ostatnio rozmawialiśmy z Rehabilitantem i on ma rację, w pewien sposób jest mu jej żal, tak samo jak mi ale...nie potrafi z nią rozmawiać. Z nią pracować. Bo wszystko, co się powie, jest jak grochem o ścianę. I do tego niczego nie załatwiamy między sobą, Nowa od razu leci dręczyć naszymi wewnętrznymi problemami Mamę Oddziałową.

A może naprawdę, w naszym świecie, są tacy ludzie, z którymi nikt nie może się dogadać? Jacyś dziwni odszczepieńcy, z którymi praca i przebywanie to mordęga?
Bo tak naprawdę, przezywam coś takiego drugi raz w życiu. Miałam na pierwszym roku studiów kolegę, Mateusza. Co najśmieszniejsze...miał takie samo nazwisko jak Nowa. Przypadek? Nie mam pojęcia.
Ale ów Mateusz również mnie i 24 inne osoby na roku doprowadzał do szału. Nikt nie chciał z nim pracować. Przebojem było to, jak udawał na praktykach lekarza.
I z nim w teorii powinnam się dogadać. Przystojny facet, kochający fizykę, kochający taką samą muzykę jak ja. Miły. A jednak...coś poszło nie tak. Tak samo jak z Nową.

Coś idzie nie tak. A ja nie jestem w stanie dociec, co jest problemem. A raczej wiem, że są nim pewne zachowania ale...nawet na neutralne tematy nie umiem z nią rozmawiać. Patrzeć w oczy. Zaczyna się we mnie gotować, zaczyna targać mną cicha furia, zanim jeszcze cokolwiek się zdarzy.
A może po prostu przedwcześnie wyczuwam kolejną katastrofę? Może wszyscy ją jakoś, w zetknięciu z takim człowiekiem przeczuwamy?

Czasem aż trudno mi uwierzyć, że istnieją tacy ludzie. Tacy, którzy budzą we mnie prostą agresję, niechęć, choć wszystko powinno być z nimi dobrze. Czasem mam wrażenie, jak pod powłoką uśmiechu, wręcz promieniejącego dobra, intelektu, mają w środku coś obrzydliwe oślizgłego, a ja trafiam za powłokę, maskę palcami i dotykam tego w ich wnętrzu. Nie umiem tego zrozumieć, zaakceptować.
I przez tych ludzi często zaczynam brzydzić się i sama siebie. Brzydzę się swoich myśli, złorzeczenia. Boję się siebie.
Nie potrafię mieć wyrozumiałości, jaką mam przecież na co dzień dla innych.
Czasem przez przebywanie z takimi ludźmi czuję, że nie mam w sobie samej miłości- ale mam i mroczną, nieuzasadnioną nienawiść.
Boję się siebie. Ale nie przełamię tego.

Mogę tylko szeptać sobie uspokajające słowa, a potem w domu albo tutaj wylewać tą frustrację. Jak wtedy, na pierwszym roku studiów, gdy z Mateuszem miałam robić jakiś projekt. Mój Mąż do dzisiaj pamięta, jak siedziałam przed komputerem, pisząc prezentację i darłam się wręcz do piosenki Hey „Niekoniecznie o mężczyźnie”. Wyładowywałam swój gniew, niechęć? Nie mam pojęcia co jeszcze.
Może to strach?
Może coś zgniłego w niej budzi coś zgniłego we mnie i w całym moim stadzie?
Nie mam pojęcia. Nie mam pojęcia, co jest nie tak, jak to ułożyć, jak do niej dotrzeć, jak zmniejszyć nasz opór wyczuwany od pierwszego dnia.
Może ona przesadziła na początku, my się za bardzo zniechęciliśmy?

Jutro mam z nią pierwszy dyżur od miesiąca. I nie mam zamiaru być niemiła. Chcę nauczyć się ją akceptować. Może porozmawiać.
Ale druga część mnie nastawia się bojowo i śpiewa, znów, niekoniecznie o mężczyźnie. Tym razem o kobiecie.

Nie lubię jej. Drugi raz w życiu powiem, prosto, po ludzku, że kogoś nie lubię.
Ale muszę z nią póki co żyć.
Jak to się rozwinie? Pożyjemy, zobaczymy. Tylko żebym nie zwariowała.

A tymczasem, idę pośpiewać. Z myślą o Nowej. Może mój strach przed jutrem trochę minie.


Nie mogę uciec od niego nie!
Bo ramionami zszyli nas
Kilka narządów wspólnych jest
Nawet nie mogę mu życzyć źle
Dlatego by nie widzieć go wczoraj wykułam oczy swe
I by jego oddech nie drażnił mnie
w nosie noszę watę.

Nie lubię go!
Nie lubię nanananana

Nie lubię go!