sobota, 14 marca 2015

O losie plączącym ścieżki i wchodzeniu dwa razy do tej samej rzeki, czyli o przypadkowym spotkaniu dwóch pasażerów wypełnionego piątkiem tramwaju

- Frida? - ledwo usłyszałam szept, ledwo poczułam dotknięcie ręki na swoim ramieniu. Delikatne muśnięcie, mówiące o niedowierzaniu. Człowiek widmo dotyka swojego widziadła.

Szczerze mówiąc, mało kto już do mnie tak mówi. Głównie ludzie z dawnych czasów, danej ekipy. Części z nich już przecież nie ma. Cat która mówi tak przez wzgląd na Vincenta, Pawełek, Arczi. Sami dawni znajomi, z wariackich czasów kradnięcia burbonu w zimową noc.
I ludzie których poznałam przez internet. Ci nigdy nie mogą oprzeć się temu dawnemu imieniu, które przybrałam kiedyś butnie, skacząc pijana tequilą na stołach i rozchlapująca farby. Czasem mam wrażenie, że to imię we mnie przemija. Czasy się zmieniają. Imiona zmieniają się z nami.

Ciche, delikatnie wypowiedziane dawne imię, czasem nadal używane, powiedziane z niedowierzaniem, z drżeniem. Głos człowieka przebudzonego ze snu, głos po koszmarze, głos o poranku, głos z oddali. Za wielkiego muru.

Tak. Znam go. Znam go, choć w pierwszym momencie nie wiedziałam skąd. Nie mogłam go zapomnieć, choć miałam prawo. Przecież głównie kiedyś, przed latami, rozmawialiśmy głównie przez telefon, jeśli w ogóle. Woleliśmy i tak pisać. Przez źle ukierunkowane emocje tego głosu nie słyszałam za często w realnym, namacalnym życiu. Z odległości mniejszej niż odległość słuchawki.
Teraz przecież pisaliśmy tylko maile, po tym, jak odezwał się w styczniu. Niespodziewanie, po 4 latach. Mówiąc o tym, że zastanawia się, jakim jestem człowiekiem. Z kim żyję. Mówiąc, że tęskni, bez niczego więcej, po prostu za człowiekiem, z którym może porozmawiać. Za człowiekiem, od którego będzie miał wiadomość w skrzynce, na którą nikt nic nie wysyła. Za prostą wiadomością i pytaniem, jak mija dzień, gdy wraca do pustego mieszkania.
Bo nie jest sam, wyszedł do ludzi. Ale wśród ludzi i tak czai się ten duch. Tego, że samemu się już zostanie. Że tak naprawdę nie jest się z nikim blisko.

Długo zastanawiałam się w styczniu, czy odpisać. Czy wejść dwa razy do tej samej rzeki, rzeki, która jego uczucia sprowadziła na manowce. Rzeki, która szemrała "czy nie boisz się, że będzie cię szukał w każdej kobiecie?". Rzeki podpowiadającej dziwne scenariusze. Rzeki mówiącej o ponownej krzywdzie. Przypominającej tą żenującą scenę pocałunku. Jego pierwszego pocałunku, tak naprawdę. Ze mną, która potem rozłożyła go na podłodze, rozkwaszając nos.
Bo moje serce było już przecież zajęte. Tak jak jest i teraz, to miejsce w sercu zamieszkuje tylko jedna osoba.

Usłyszałam cichy głos, gdy wracałam z piwa, na które poszliśmy z ludźmi z pracy. Po zakończonym szkoleniu, po ciężkim przegadaniu paru godzin, po egzaminie końcowym, wpisaniu trafieniu do najlepszego moim zdaniem koordynatora, który daje śmieszne pogadanki o jaraniu. Nie byłam już trzeźwa, choć nadal nie pijana. Lekko podpita, ze stanem swojej wylewności. Zmęczona, z podkrążonymi oczami, z rozmazanym makijażem bo popłakałam się ze śmiechu przez dziwne teorie znajomego z roboty. Z dziurawymi rajstopami bo skoczył na mnie wolno puszczony pies przed barem, który nie wiadomo skąd się wziął. Jeszcze nie chwiejąca się, ale nie stojąca prosto. Zapatrzona w szybę, zastanawiająca się, jak tam mija wieczór Męża, u którego miało być paru jego kumpli, paru kumpli z którymi miał popołudniem grać po sieci. Męska impreza przy okazji że mnie nie było w domu, przy okazji że przecież ludziom z pracy obiecałam to piwo, w piątkowy wieczór, wieczór oddechu.

Tylko 3 piwa. Stwierdziłam, że wrócę do domu, bo sama nie lubię wracać jednak o 3 nad ranem, wolę robić to z Mężem ręka w rękę. Nie chciało mi się nawet już po całym dniu harowania i 3 piwach iść pieszo. Wsiadłam do tramwaju, choć to blisko.

Jeden przystanek. Przed drugim ten głos i dotknięcie, sprawdzenie, czy naprawdę tu jestem.
Poznał mnie od razu, gdy tylko weszłam do tramwaju. Cały przystanek zbierał się na odwagę, myślał, czy powinien, bo przecież...

Rob to co mówię
I nikt nie zostanie zraniony
Nie podchodź ani trochę bliżej
Bo nie wiem jak długo mogę trzymać swoje serce w dwóch częściach*

Los płata nieraz figle. Łamie ludzkie postanowienia, żongluje naszą ostrożnością. Śmieje się nam w twarz, drąc dawane mu do ręki scenariusze. Los reżyseruje po swojemu. Ty możesz jedynie improwizować na tej scenie, zagrać jak najlepiej swoją rolę.

Głos z przeszłości, głosy szemrzącej rzeki. Alkohol buzujący w żyłach.
On poznał mnie od razu. Ja przez chwilę nie dowierzałam. Choć ja też przecież się zmieniłam, przytyłam strasznie, nie mam już szalonej czerwieni ani fioletu na włosach, nadal mam chyba tylko glany. Z tego, co może o mnie przypominać. O Fridzie sprzed 4 lat. O tym, co na zewnątrz jej. Ale on poznał, jakby to nie zrobiło żadnej różnicy. Potem powiedział, że poznałby mnie nawet i po stu latach.
Ja musiałam się zastanowić. Nadal szczupły, nadal delikatnie dotykający przestrzeni, jakby mógł stłuc wszystko dookoła, ale przede wszystkim siebie. Mimo wszystko inny. Stojący jednak w tramwaju pełnym pijanych z okazji piątku ludzi. Z krzywym uśmiechem. Z zarostem, długimi włosami. I te oczy, oczy jak żywy metal, oczy błyszczące rtęcią w nocnym oświetleniu śmierdzącego tytoniem i trawionym alkoholem tramwaju. Oczy które patrzą tak samo.

-A.!- wykrzyknęłam z kolei ja, jak to ja, zawsze głośna, zaskoczona, gdy zrozumiałam kto przede mną stoi. W pierwszym odruchu nie wiedziałam co zrobić, tak jak on nie wiedział, czy w ogóle pokazywać, że tu jest, w tym samym tramwaju, że los z nas zakpił i chciał zobaczyć, jak potoczy się ta walka.
Dojechaliśmy gapiąc się na siebie z niedowierzaniem do drugiego przystanku.
-Ja....ja wysiadam...- wydukał tylko.

On podszedł do mnie w dusznym tramwaju, w którym smród i gorąco buchające z ciał było coraz gorsze. Zagrał rolę, zadziałał impulsem, nie dowierzając, nie wiedząc, czy powinien.
3 piwa, podarte rajstopy, rozmazany makijaż, co mi tam. Raz się żyje. Czujniki wyłączone, tak miało być. Gwałtowność, impuls.

Nie wykonuj gwałtownych ruchów
I nikt nie ucierpi*

Właśnie tak miało być.
-Więc ja też wysiadam!- rzuciłam wesoło.

Tramwaj się zatrzymał, los potoczył się dalej po torach. Wyskoczyliśmy z tramwaju, ja oczywiście potykając się tak, że trzeba było mnie przytrzymać za łokieć. Łokieć, który puścił jak oparzony. Udawałam że nie widzę.
Staliśmy więc tak na przystanku, niedaleko rynku jeszcze. Chwilę nic nie mówiąc, bo co powiedzieć. Wiesz wszystko, jeszcze rano czytałaś od niego maila, nie zdążyłaś odpisać na tego i kolejne. Masz zacząć odpowiadać?
Trochę dziwnie. 3 piwa zniknęły, a to ja zaczęłam się tłumaczyć, że wiem jak wyglądam, ale pies, ale płacz ze śmiechu, ale to Litwin wgniótł mi glany, ale dużo czasu minęło, piwa, trzy piwa, trochę już mogę pleść od rzeczy. Ale nie chciałam tak po prostu, żebyś wysiadł, tak bez słowa. I co potem? Mam niedaleko do domu przecież, nie ma problemu, jak wrócę trochę później, nic się nie stanie. 15 minut nikogo nie zbawi.
Nigdy dużo nie mówił zanim słowa nie ułożyły się odpowiednio. Jego słowa zawsze jak lód, który topnieje w wysokich górach i zmienia się w rzeki, ale do tego by płynęły wartko, trzeba czasu, trzeba słońca, trzeba ciepła i uśmiechu. Trzeba, żeby zimna rtęć w oczach zadrgała i stała się płynna nie tylko z definicji. Alchemią własnych słów i gestów można ją podgrzać, ale nie na tyle, żeby zaczęła parzyć, parzyć, spływając po policzkach. Tego nam dzisiaj nie trzeba, a wiem, wiem, łatwo przekroczyć granicę.

Było łatwo przynajmniej kiedyś. Teraz..? Jesteśmy bardziej obcy czy mniej?

Ja mówiłam, spowiedź wieczorna płynęła marcowej ciepłej już nocy, a on stał i patrzył i nie wiedział co począć. W końcu przerwał, wbił się w mój monolog trzypiwny.
-A masz więcej niż 15 minut? Może 4 piwo?

Musiałam naprawdę komicznie wyglądać ze swoją zdziwioną miną.
-Kiedyś byś tego nie zaproponował sam z siebie.- wyrwało mi się, całkiem nieopatrznie.
Krzywy uśmiech.
-Kiedyś to było kiedyś.

Piątkowy wieczór więc się nie skończył. Zadzwoniłam tylko do Męża, mówiąc, kogo to spotkałam, w pierwszym momencie nie dosłyszał, nie zrozumiał, nie dotarło. W końcu połączył wątki, A., no tak, przecież A., cóż, co za piątkowy cud. Daj znać tylko gdybym miał po ciebie wyjść albo jakbyś za dużo wypiła, to wyjdę, kochany głos Męża.

Kiedyś to było kiedyś, piątkowy wieczór więc zaprowadził nas do pobliskiego baru, do baru pełnego kobiet o zadach jak kobyły, do baru którego żadne z nas nie znało. Speluna. Mi to nie przeszkadza, przywykłam do takich miejsc, czasem czuję się w nich jak w domu, gdy przypominam sobie dawne czasy, czasy Fridy. Po tobie widzę niepokój, szkło, szkło samego ciebie staje się jeszcze kruchsze niż w tramwaju, ale nie wycofujesz się, brniesz dalej w tą ślepą uliczkę.

Kiedyś to kiedyś, oboje się zmieniliśmy, dorośliśmy, być może możemy pogrzebać dawne emocje, dawne nieporozumienia. Oboje jesteśmy o tamto mądrzejsi, oboje znamy granice i gwałtowne ruchy aż za dobrze, los nas nauczył już roli, choć odjechał śmiejąc się rozklekotanym tramwajem.

Podchodzimy do baru, patrzę chwilę na niego, mam rozwiązły język po alkoholu, język rozwiązły jak niektóre kobiety bez hamulców po nim.
-Powinieneś pić piwo?- pytam więc bez ogródek.
Wie doskonale o co chodzi, bo leki, bo fobie, bo depresje, bo nie wskazane...
-Miło mi że się martwisz- mówi całkiem szczerze, a nie z przekąsem- Ale jedno piwo mi nie zaszkodzi.

Cóż jest dorosły, starszy niż ja, choć w środku to chyba ja mimo wszystko do pewnych spraw bardziej dorosłam. Ale wie co robi.
Już się nie krzywdzi. Nawet stare blizny są tylko jak jasne, wesołe kreseczki biegnące wzdłuż rąk i pewnie reszty ciała. Kreseczki, których pewnie nadal się wstydzi, ale dla mnie są piękne. Jak wszystkie blizny. Jak wszystkie dowody splotu ludzkiej słabości i siły.

Siadamy więc każde ze swoim piwem, rozmowa toczy się sama.
Jak tam praca, jak znajomi, jak tam Mąż, jak tam tęsknoty i żałoby, jak kolejne książki, jak obrazy, jak muzyka, jak przyswojone niedawno teorie Castanedy, jak święta, wracasz do rodziców, zostajesz sam, tak, też bojkotujemy w tym roku...

Kolejne piwo. Jego 2, moje 5 a i tak mam wrażenie, że mimo wszystko jesteśmy podobnie podpici. Zawsze miałam mocną głowę, dobrze trenowaną, on nigdy prawie nie pił.

Tyle lat, tyle lat...
Włącza mi się babskie marudzenie. Tak, tyle lat. Wiesz, teraz to ja mam momenty, że nie lubię swojego ciała, zaczynam mówić całkiem bez powodu, rzeczy, w których mówię rzadko, rzeczy pachnące czasem gorzkniejącym starzeniem przed którymi się bronię, jako kobieta. Ale 5 piwo robi swoje, zaczynam marudzić.
-Kiedyś byłam ładniejsza, musisz przyznać- najgorsze pytanie jakie mogłam chyba zadać komuś, komu złamałam serce, głupia idiotka myślę po chwili, po paru sekundach, które rozdzieliły mnie z ugryzieniem się w język. Ale nic takiego się nie dzieje.
Oczy wypełnione rtęcią patrzą uważnie na mnie przez słabe barowe oświetlenie, usta milczą.
-Nie.
Krótkie, zwięzłe.
-Och, sorry, wiem, facet nigdy nie wie jak wybrnąć z kobiecych pytań pułapek- chcę obrócić wszystko w żart, ale często żarty z nim mi nie wychodzą.
-Nie. Nie sądzę tak. Teraz....teraz to jeszcze bardziej ty.
Widzi że nic nie rozumiem, 5 piw robi swoje, i tak bym pewnie nie zrozmiała.
-Widzisz, to jeszcze bardziej ty bo...jezu...widać że przez te lata tyle przeszłaś, nie powiem że nie, ale to robi...rety...widać że jesteś silniejsza. I to ciepło jeszcze bardziej emanuje. Nadal uważam jak przedtem że jesteś...zresztą, mniejsza.

Nie ciągnę go za język, zmieniam temat.
Czasem zawiedzione spojrzenia dopiero co poznanych mężczyzn, gdy widzą moją obrączkę sprawiają mi przyjemność, chorą, egocentryczną przyjemność. Piękne słowa z jego ust, nawet tak nieporadne, każą się wycofać. Zabrnęłam za daleko, a los który siedzi teraz przy barze, pewnie śmieje się cicho i obserwuje rozwój akcji.

Ale nic się nie dzieje. Po prostu rozmawiamy, momentami już boleśnie, momentami rtęć jest bliska temperatury pary. Ale nic się nie dzieje.
Po drugim piwie z nim stwierdzam, że czas do domu, do Męża, a w sumie to zadzwonię po niego, niech po mnie przyjdzie, chyba, że dalej kumple, chyba że dalej grają.

Ale nie. A. mnie odprowadzi, mówi, że przecież dobra pora na spacer. Więc niech będzie.
Idziemy najgłośniejszą z ulic Poznania, pijani ludzie zataczają się, jeden obok drugiego. Idziemy cichszą częścią miasta, w sumie nie mówimy za dużo. Zmęczenie bierze u mnie górę, on przecież za dużo nigdy nie mówi. Tylko czasem, gdy najdzie. Dzisiaj wykorzystał limity słów.

Stajemy pod moją kamienicą.
-Tutaj?
-Uhm.
Koniec przypadkowego wieczoru.
-Może wejdziesz? Chłopaki na pewno mają jeszcze jedno piwo. Poznasz Męża- proponuję spontanicznie, choć wiem, że się nie uda, choć chciałabym żeby poznał może i Męża właśnie.
Kiwa tylko przecząco głową, patrzy mi w oczy. Nie musi nic mówić. Za dużo jak na jeden wieczór i tak.
-Wiec na razie.
Już chcę się odwrócić, już mam znikać w czeluści kamienicznej klatki schodowej, gdy robi coś, czego się nie spodziewam. Wieczór impulsów, wieczór gwałtownych ruchów. Na jedną noc odpuszczamy zasady. Piątkowa noc, te mają swoje prawa.

Więc można sobie pozwolić. Więc przyciąga mnie do siebie i przytula. Tak po prostu. Przytula się do drugiego człowieka, z którym mógł spędzić wieczór, z którym poszedł na piwo. Przytula człowieka, wtula się, łopatki drgają jak ptasie skrzydła. Ten, który nieraz się boi, który jest z kruchego szkła. Ale już raz się nie bał i coraz mniej boi się życia. Przekracza bariery, a ja temu z całej siły kibicuję.

Przytula i trzyma mocno kobietę, w której może kiedyś przez wielką czarną dziurę samotności pod sercem się zakochał. Kiedyś było kiedyś. W tym uścisku nie ma nic z dawnych emocji.
Kiedyś było kiedyś, a los płata figle i obserwuje, jak wszystko się potoczy.
Tym razem jesteśmy starsi, w innym momencie życia. Mądrzejsi o kiedyś, mądrzejsi o kiedyś o którym nie można zapominać, ale może które będzie można kiedyś pogrzebać.
Bo czasem jeden człowiek potrzebuje drugiego. Bo czasem jeden człowiek z drugim doskonale się dogaduje, przekraczając rzeki każdego pomimo.

Trzyma mnie mocno, po chwili szczupłe plecy przestają drgać, uścisk słabnie. Wiem że trzyma mnie jeszcze chwilę, bo rtęć może zacząć wrzeć i parować, czekam więc, zanim się wycofa, zrobi krok do tyłu i puści mnie do domu, do domu w którym czeka na mnie ten, którego kocham.

Krzywy uśmiech, szybkie wycofanie, pomachanie ręką, szybki krok.
Wchodzę po schodach na swoje trzecie piętro.
W domu został jeszcze tylko jeden znajomy, sąsiad z drzwi obok. Grają jeszcze z Mężem, ale zaraz koniec.

Koniec piątku, ten zresztą skończył się dawno. Już sobota. Dzień większych i mniejszych przypadków dawanych od losu. Dzień jak każdy. Dzień jak żaden.
Dopiero po chwili orientuję się, że właśnie minął piątek z 13 w dacie. I wcale nie był pechowy.

Idę pod prysznic. W końcu kładziemy się spać, a ja myślę o tym, że przecież nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki. Płynąca woda zawsze już jest inna. Z innego lodu, z innego śnieg górskich pokryw szczytów.

Nie wiem, co będzie dalej. Odpiszę na kolejnego maila, kolejnego. Nie będę wykonywać gwałtownych ruchów. Ale czego nie zaplanuję, los i tak postanowi swoje. Każe wyciągnąć zawleczkę z granatu, który wcale nie wybucha. I może, będzie niewypałem już zawsze.



Rob to co mówię
I nikt nie ucierpi
Nie podchodź ani trochę bliżej
Bo nie wiem jak dług mogę trzymać swoje serce w dwóch częściach

Nie wykonuj żadnych gwałtownych ruchów
I nikt nie ucierpi
Nie przychodzisz
Skoro wiesz, co jest dla mnie dobre
Dlaczego miałabym cię zostawić?

(..)
No, to co teraz zrobimy?
Co teraz zrobimy?*


*Psychobabble, Frou Frou

środa, 11 marca 2015

O zmęczeniu i jęczybuleniu, czyli o tym, że tak naprawdę marudzenie sensu nie ma i stanąć własnych nogach trzeba

Nie znalazłam źródła swojego niepokoju. Ten, choć nadal tli się pod sercem, został przykryty kilkoma świetnymi dniami spędzonymi w pełnej radości i entuzjazmie.

Entuzjazm pojawił się też w momencie, gdy wreszcie dostałam pracę. Nie, nie w zawodzie, tak dobrze nie ma, niestety. Na razie pracuję w jednej z telefonii komórkowych i taka informacja wystarczy. I nadal rzecz jasna szukam stanowiska dla elektroradiologa, ale mam po prostu świadomość, że pewne rzeczy w naszym kraju muszą potrwać. Zwłaszcza, że gdy starałam się o posadę na radioterapii parę tygodniu temu..na jedno miejsce przypadło około 150 osób. A ja, jako że nie pracuję, nie mam dodatkowo jak zdobyć paru uprawnień, właśnie choćby w radioterapii, które pomagają przy staraniu się o prestiżowe stanowiska.
Cóż, miałam tam praktyki...ale co z tego? Nigdy nie byłam też typem podlizującym się. I może to był mój błąd.

Dzisiaj właśnie znów, entuzjazm cały ze mnie opadł. Bo mogę się starać, biegać z kolejnymi CV, na rozmowy kwalifikacyjne...ale swoje muszę odczekać. Zresztą, nie tylko ja przecież jestem w tej sytuacji. Ale po paru dniach typowego latania w chmurach, po świetnie spędzonym czasie podczas dnia kobiet, pierwszych dniach pracy ze świetną ekipą jak się okazało, dzisiaj przyszło zmęczenie.

Przyszło i dało mi ostro w twarz.
Zostałam dzisiaj Królewną Jęczybułą i dobrze, że Męża nie ma w domu, bo chyba nie zniósłby mojego marudzenia.
Może to i też deszcz po pięknym słońcu. A może i mój PMS, który w pracy zmienił się w strugi cieknącej ze mnie krwi, co sprawiało, że myślałam tylko o zaśnięciu na biurku podczas szkolenia.

A może, czasem, robi mi się po prostu smutno. Bo nie wszystko było tak, jakbym chciała.

Nie ma powodu. Czasem Fridę dopada po prostu smutność. Żałość. Zawsze na wiosnę popadałam zresztą w skrajne stany. Może dla wielu to dziwne, bo wiosna to życie ale...

Wiosnę wyczuwam jak zwierzę które budzi się do życia. Wiosnę wyczuwam czasem jako kolejną walkę i czuję się zmęczona, już na początku. Słynne przesilenie?
Wiosną wpadam w huśtawki, marcuję się jak kotka, ale jednocześnie tracę spokój. Choć, niepokoje od dawien dawna nie były takie jak teraz...ale na tym nie będę się skupiać.

Nadal, jestem teraz zamknięta w mieście, nie mam swoich bagien. Czekam na swoje urodziny, bo wtedy właśnie pojadę choć na chwilę do domu ale...jestem teraz jak w klatce.
Tak, dziwne. Całe lata człowiek, za gówniarza, chciał się stamtąd wyrwać a teraz jakoś tęskni. Nie do ludzi, do domu. Ale do prawdziwych wiosennych korzeni. Co mi po krokusach kwitnących na Kaponierze gdy będzie więcej słońca, skoro tam czekają raniuszki wijące gniazda, pylące olchy, rozmarzające jeziora. Choć, te tym razem nie zostały skute lodem..

Wszyscy mówimy zawsze, że wiosna to najradośniejsza pora roku. A ja widzę w niej niesamowity smutek. Smutek ponownych narodzin. Rodzimy się bólu i tak samo wiosna jest bolesna. Bo i Frida musi rodzić się na nowo. Zwłaszcza, po tak trudnej jesieni i zimie. Jesieni prawdziwego zamierania.

Może to ta żałość, gdy słońce zniknęło, zieleń jeszcze nie rani nam boleśnie wręcz oczu swoją jaskrawością.
Wszystko dookoła, słońce i zapachy wymuszają zmiany. Oszołomienie niedźwiedzia wychodzącego z gawry. Czuję się tak bardzo sprzężona z cyklem pór roku. Po entuzjazmie wobec zmian, które teraz zaczęły się dosłownie i w moim życiu, przychodzi zmęczenie wobec nich i pewne smutne refleksje. Co począć?

A od pewnych korzeni, które zawsze budują mojego ducha, czuję się teraz czuję się odcięta. Dzisiaj właśnie, w swoim zmęczeniu. I oszołomiona. Ponoć w nocy, przez sen jednocześnie płakałam i śmiałam się. Nie pamiętam co mi się śniło. A dzisiaj kogoś nieustannie przepraszałam.

Ale na szczęście jest ktoś, kto mnie pozytywnie wyśmieje, rozczuli się nade mną i jakoś temu zaradzi. Zabierze na wiosenny spacer chociaż sam źle się czuje. Tak, zacznę oddychać, tego jestem pewna. Nie może być inaczej. Przecież, nie może.

Nadal z przekonaniem twierdzę, że nie ma co się nad sobą użalać. Każdy ma kryzys, czasem bez powodu, czasem po prostu mleko się rozlało, czasem hormony wariują, czasem to zmęczenie, stres, tęsknoty i braki, ale trzeba szybko postawić się na nogi. Bo jaki sens w umartwianiu, po co marudzić że czegoś mi brakuje, zamiast sięgnąć po to?

Natura ludzka jest dziwna. Nie od dzisiaj stwierdzam, że boimy się szczęścia ( zresztą, nie tylko ja zawsze to twierdziłam.)
Boimy się zrealizowania marzeń, osiągnięcia danego, założonego wcześniej celu. Najtrudniej zabrać nam się za najprostsze rzeczy, włożyć wysiłek w coś, co może zmienić nasz świat na lepszy a wcale nie jest trudne. Nie umiemy stawiać pierwszych kroków i pisać zakończeń. Dlaczego, powiedzcie mi?
Dlaczego zamiast uczyć się do prostego egzaminu na studiach wolisz robić tysiące innych rzeczy które zajmują twój czas całkiem bezproduktywnie? Dlaczego zamiast marudzić na naprawdę upierdliwego szefa i marnie płatną pracę nie poszukasz innej (tak, wiem, nie zawsze jest praca ale często, gdy jest okazja do zmiany ludzie nie zmieniają jej pomimo wszystko. Ja szukam, póki co tylko chcę przetrwać). Dlaczego nie podejdziesz do tego chłopaka i nie zaprosisz go na kawę, skoro wzdychasz za nim od miesięcy? Dlaczego nie postanowisz sobie i nie odłożysz pieniędzy na to, czego pragniesz zamiast trwonić je na prawo i lewo? Powiedzcie mi, dlaczego działamy tak nielogicznie i sami często rzucamy sobie kłody pod nogi? Czy to przekora naszej natury?

Skoro wszystko zależy od nas, tak wiele jest konsekwencją naszych czynów, dlaczego tego nie wykorzystamy, zamiast zdawać się na los? Skoro wiosna powoduje w nas zmiany i czujemy, jak nas coś uwiera, dlaczego nie zmienimy tego? Czy to lenistwo? Może częściowo, nie chce nam się podejmować wysiłku. Ale nie tylko. To mechanizmy obronne.

Kiedyś, na studiach jeszcze, na zajęciach mieliśmy kilka modeli motywacji pacjentów.
Wyobraźcie sobie sytuację skrajną, jesteście chorzy na raka. Jedni pacjenci chcą wiedzieć jak najwięcej i chcą decydować. Inni są bierni, nie uczestniczą aktywnie w procesie terapeutycznym, nie chcą wiedzieć. To częściowo naturalne mechanizmy obronne, wyparcie, nie, to nie ja jestem chory i nie ja umieram. Takie wyparcie stosujemy owszem, w sytuacjach skrajnych, ale przyjrzyjmy się naszemu życiu codziennemu. Nie, nie muszę jeszcze pisać pracy. magisterskiej. Nie, nie muszę biec po milionach firm z CV. Nie, nie muszę z nim porozmawiać.

Wiele zależy od naszej natury. Każdy z nas jest inny i ma prawo do podejmowania różnych działań, każdy ma inne poczucie koherencji ( jak ja się cieszę, że mam tak wysokie!) . Jeden będzie się nad sobą użalał po tym, jak mu będą szyli palec, inny lepiej poradzi sobie z amputacją całej ręki. Bywa. Tylko nieraz aż rzygać się chce, widząc, jak ludzie tragizują nie zaznając w ogóle cierpienia w rozumieniu obiektywnym. A potem rozumiesz, że dla każdego cierpienie jest czym innym, bo każdy jest inny. Tylko ciekawe, co by zrobił ten od palca, gdy mu już utną rękę? Bo i tak może się zdarzyć.

Umrze w rozpaczy? Popadnie w depresję? Może. A może w końcu się zmobilizuje do tego, by ruszyć dupsko i coś z sobą zrobić. Podda się rehabilitacji sam dla siebie będzie ćwiczył. Bo prawdziwa tragedia bywa motywacją. Albo ostatnim gwoździem do trumny. Tylko jednak udawanie przed samym sobą, że sprawy nie ma, tu się chyba nie sprawdzi. Tak samo jak całkowita bierność wobec problemu.

W każdym razie nawet jeśli utną ci tą już przysłowiową rękę, tak wiele zależy od ciebie. Możesz żyć dalej, póki twoje serce bije. Póki płuca obdarzają każdą komórkę twojego ciała tlenem, możesz być szczęśliwy, odczuwać radość. Nie jęcząc na prawo i lewo dlaczego mnie to spotyka. Ale boisz się, prawda?
A gdy pomyślisz o tych, co żyć chcieli, co się nie bali, a nie mogą...
Czasem ogarnia wtedy wielki wkurw. Czasem smutek. Ale to już nie o to chodzi.

Boimy się być szczęśliwi tak głęboko, boimy się próbować. Bo może szczęście nie tkwi w tym, w czym je upatrywaliśmy? Może ta zmieniona praca nie będzie mi bardziej odpowiadać a chłopak nie będzie tym jedynym? Cóż, nie dowiesz się, póki nie spróbujesz. Więc co ci szkodzi? Ryzyko? Owszem, nieraz wielkie. Ale kto nie ryzykuje ten nie żyje naprawdę, banał, totalny banał który jednak jest prawdziwy. (Frida już dawno, dawno temu doszła nie całkiem sama, ale jednak, do wniosku że życie to same banały i wcale nie jest tak trudno żyć).
Boisz się, że gdy osiągniesz cel, on cię rozczaruje? Co z tego, możesz wymyślać następne. Póki żyjesz. Masz czas na ryzyko a życie tylko jedno. I nie wmawiaj mi, że jesteś zmęczony. Wtedy możesz odpocząć, poczekać. Ale będzie chwila, gdy trzeba przestać tylko stać w miejscu. Chwila, gdy trzeba ruszyć dalej. Sama nieraz tej chwili potrzebuję, nawet na głupie jęczybulenie jak dzisiaj, ale wiem, co się dzieje, gdy ją niepotrzebnie przeciągamy. Bo ja parę takich chwil przeciągnęłam i czasem tego żałują.

Nie jesteś już małym dzieckiem, które trzeba prowadzić za rękę. Jesteś człowiekiem który może jasno i świadomie podejmować decyzje. Człowiekiem, który musi ponosić konsekwencje tego, co zrobił. Nikt ci obsmarkanego nosa nie obetrze, jeśli sam napaskudzisz. Może ci pomóc, podać chusteczkę. Ale reszta zależy od ciebie, nie od tego, czy kogoś masz przy sobie. Łatwiej zacząć, owszem. Działanie za to leży w twoich rękach. A jeśli nie możesz sobie poradzić, jeśli twoja dusza choruje-też masz wyjścia. Od tego są specjaliści. Po to ich uczono. Żeby pomóc gdy sobie nie radzisz. Bo zawsze jest wyjście. Zawsze jest sposób, jeśli tylko nie usiądziesz na środku drogi rwąc głosy z głowy i wyjąć do nieba. Tam też ci nikt nie pomoże, jeśli sam sobie nie sprzyjasz. Naprawdę.

Często słyszę, że gdybym nie był sam byłoby mi łatwiej. Gdybym nie miał problemów jako dziecko. Gdybym mieszkał gdzie indziej. Gdybym, gdybym, gdybym...każdy jakąś kłodę pod nogami ma. Czasem własną nieśmiałość, czasem samotność, czasem choroby, czasem inne braki albo nadmiary. Nikt idealny nie jest ale..wierzę głęboko, że każdy może sobie poradzić. Tylko czasem trzeba spojrzeć na sprawę pod innym kątem i może zabrać się do niej od innej strony.

Gdyby, gdyby, gdyby to słynna już "gówno prawda", czasem jest nawet trudniej gdy spojrzysz z boku.

Zresztą...choć sam dla siebie jesteś wszechświatem, to w tym namacalnym całkiem świecie nie tylko twoje problemy teraz się liczą. Bo to nie tylko ty nieraz płaczesz. Koniec z egocentryzmem. Wielu jest się z nim ciężko rozstać...Mi także. Ale chociaż spróbuję.


Jest jedno życie. I ta wiosna też jest tylko jedną w twoim życiu, tak jak i w moim.Nie zmarnuj jej. Dlatego ja już kończę marudzić i wracam do żywych. Koniec z Królewną Jęczybułą. Sama chyba właśnie pisząc, popisowo kopnęłam się w tyłek. 

A na koniec tym razem, nie muzyka. A coś do obejrzenia. Mimo że film nazywa się "Girl,s be brave", nie jest tylko dla pań:)


wtorek, 3 marca 2015

O przedwczesnych burzach i siostrze ropusze, czyli o niepokoju, który gości pod sercem i nie można się go pozbyć.

Niepokój.

Dopada w umyśle, gromadzi się w klatce z żeber. Nienazwany, nieokreślony. "Coś wisi w powietrzu". Stare znaki mówiące o nieurodzaju, złe sny, drganie przestrzeni.

W nocy budzę się raz po raz. Już nie przez kaszel mojego Męża. Może ten cały lęk, całkiem irracjonalny dopadł mnie dlatego, że przez dwa dni panikowałam, że mój ukochany ma zapalenie płuc i zabiorą mi go do szpitala? Wczoraj uspokoił mnie lekarz, ale niepokoje odchodzą wolniej, gdy spada kamień z serca, nie znaczy przecież, że cała trucizna wysączyła się już z żył. Może to wszystko po prostu stres związany z chorobami, planami na przyszłość, zawaleniem się trochę świata? Może po prostu moje serce nie umie się uspokoić, gdy wszystko odradza się w preludium wiosny, bo przecież, tą już czuć?

Już przecież chłonęłam jej zapach, gdy spadł w niedzielę deszcz, a ja wracałam ze szkoły, do której musiałam się udać, żeby podpisać papiery związane z egzaminem końcowym i prawem do wykonywania zawodu. Wtedy wszystko grało w duszy.
Gdy wróciłam do domu, tyle dobrych informacji. Jedno zaproszenie na ślub, drugie. Znajomi spodziewający się dziecka, nowe, piękne życie. Młodej udało się dostać stypendium zagraniczne, pojedzie na rok na Białoruś. Będę tęsknić, ale cieszę się, że spełnia marzenia. A potem, w końcu pojedziemy kiedyś razem do Stambułu.
Dobre myśli, które zjadały w tą niedzielę lęki o Męża, który kaszlał niemiłosiernie. Jednak w życiu przychodzą i dobre i złe informacje.
Potem płacz Cat, bo jej druga babcia w tym roku umiera. Nie dają jej więcej jak tydzień. Znowu podły rak. Kolejna historia w rodzinie innej Kaśki, która wiąże się ze smutkiem i śmiercią.

Cykl życia, znów można rzec. Ktoś się rodzi, ktoś umiera. Zasiane zboże wypuszcza kiełki, żeby potem można było je żnąć. Informacje o cudzym szczęściu i cudzym smutku, cierpieniu, przepływają przez moje żyły. Jak rzeki, jak potoki.
Ostatnio dużo się dzieje. To jak rozmarzające lodowce, zasilające górskie potoki. Ktoś się rodzi, ktoś umiera, ktoś się zakochuje, ktoś kogoś traci. A ja stanęłam w miejscu i obserwuję, nie zwracając uwagi na biegnący szaleńczo, tylko pozornie istniejący czas.

A w moim sercu narodził się niepokój. Z całej tej jaskrawości, z całego tego ruchu i jednoczesnego zastoju. Coś wisi w powietrzu. Coś uwiera jak okruch szkła w stopie, który nie krwawi, nie jątrzy się, a nie pozwala równo i radośnie stąpać po leśnym dukcie.
Coś jest nie tak. A ja tak bardzo nie wiem co.

Poniedziałek przychodzi i zdejmuje właśnie kamień z serca, dzięki decyzji lekarza, nie, to nie zapalenie płuc. Poniedziałek przynosi deszcz, wiatr...i burze. Okazyjne słońce zza chmur. Pierwsze dziwaczne tęcze.

Nie było zimy. Wiosna ma niejasne znaki.

U innych ponoć spadł nawet grad. U niektórych burza przyniosła błyski i grzmoty. U mnie za oknem jeden pojedynczy nocny błysk, jeden pomruk marcowego nieba.
-Niedobrze- słyszę w głowie głos babci, słyszę w swojej krwi jej szept gdy dowiaduję się o tym, że gdzieś już zagrzmiało, gdzieś już niebo przeszył piorun- niedobrze, gdy błyska się na nierozkwitniętych pąkach.
Niedobrze, bo przychodzi nieurodzaj. Niedobrze, bo przypominam sobie, że 2 lutego, w Imbolc, świeciło jaskrawe słońce. Wiele ptaków umrze, a przecież ( ty też tak mówiłeś ) nie ma smutniejszego widoku niż martwe ptaki. Te, którym odcięto skrzydła, te, których kruche kości bieleją pod masą białych larw much. O tak, te w tym roku będą miały uciechę, choć pewnie wielu ludzi nawet tego nie zauważy.

Nie widzimy klęski i zwycięstwa śmierci w danym czasie, póki nie jest jaskrawa. Póki nas bezpośrednio nie dotyczy.
A co, jeśli w tym roku wybrzmi chórem potężnych głosów?

Pąki i zalążki widziały błysk, to je spopiela, mówił też Alex. Kochany, niebezpieczny Alex. Chciałabym móc teraz z nim o tym porozmawiać, o tym niepokoju, ale mi nie wolno. Dawno temu przestaliśmy rozmawiać i nie można do tego wrócić. Gdy Mistrz przestaje być Mistrzem, gdy to uczeń go porzuca, nie wchodzi na tą samą drogę. Słyszy nadal jednak jego głos. Tego, który mówił o znakach najwięcej i otworzył pewne drzwi. Drzwi, które ma w sobie nas każdy. Powinno się samemu, a nie tak brutalnie...jednak nieraz tęsknię. Gdy czuję niepokój i go nie rozumiem. Ale jestem dorosła. Sama widzę i rozumiem już znaki, wyczuwam w powietrzu przesyconym mrozem albo ozonem symbole. Wyczuwam podziemne nurty we własnej krwi. Muszę radzić sobie sama. Nie ma już mistrzów, nie ma mentorów.
Czas być nim samemu dla siebie, ten czas już dawno nastał.

Ten rok nie będzie dobry dla ziół, wielu nie będzie można zebrać, bo i tak nie będą w stanie leczyć. Nie będę w stanie leczyć ciała ani odganiać duchów. Ten rok przyniesie puste gniazda i martwe owoce lędźwi. Ale to nic.
To nic, jeśli następny rok zatoczy cykl i będzie kwitł, będzie przynosił płodność. To naturalne. To jak Kora w podziemiach, gdy z nich wychodzi, Demeter nie cieszy się za każdym razem tak samo. Nie zawsze matka wita córkę tym samym koszem darów. To nic.

Ale niepokój pod sercem rośnie.
Przypominam sobie w wcześniej, a potem w jednej z rozmów o ropuchach. O moich siostrach. Niejasny obraz z głębi trzewi.
Mówię nawet o tym głośno, piszę o tym nawet. Bo jak mawiała moja babcia, jak obraz zrodzi ci się w głowie a o nim nie powiesz, albo nie spluniesz, to spełni się, los lubi płatać figle. Lasy lubią płonąć nawet, gdy ściółka mokra albo...gdy tobie tak się wydaje.

Pamiętam, jak kiedyś sama śmiałam się z tego przesądu.
Z tego, jak moja mama panikowała, gdy przy progu siedziała ropucha. Ja przecież zawsze je kochałam. Przytulałam do policzków, odgrzebywałam wiosną z ziemi. Lizałam ich śliską, zimną skórę, całowałam ich pory i narośla. Szeptałam do ich niewidzialnych uszu, gdy towarzyszyły mi w wędrówkach na bagnach.
A potem, gdy znalazłam ropuchę w wannie, w czerwcu, zmarł mój ojciec. Śmierć, która mnie za bardzo nie obeszła. Mama przypomniała mi, że przecież, gdy babcia umierała w kwietniu, gdy miałam 10 lat, w całym domu, pod jej łóżkiem, pod wanną, w kuchni zjawiały się ropuchy. Świeżo co obudzone, mająca na sobie tłustą ziemię. Leniwie patrzące wąskimi szparami oczu.
Tak, przecież to też mi mówiła.
Czasem, gdy ktoś umiera, przychodzą do jego domu ropuchy i żaby. Nie wiem czemu. Po prostu się zjawiają i czekają.
Mąż twierdził, że przychodzą i czekają tylko na czarownice, najlepiej te z bagien. Jak ja. W jego domu nigdy nie było ropuch.

Nie mogę więc spać, budzę się o 6 rano, przechodzę ze snu do snu, w końcu budzę się, gdy spoglądam w tamte oczy. Zostaje mi szept zmarłego w uszach, szept zmarłego, że mam uważać. Jego czarne oczy zmieniają się w oczy ropuchy, jego smukłe palce stają się ropuszymi palcami. Brat zmienia się w siostrę. Zły omen.

Nie wiem, czy to mój poprzedni niepokój nie wysączył się jeszcze z żył i jak podły jad zatruwa myśli i serce....czy to powietrze naprawdę tak pachnie. Czy świat znowu chce mi coś powiedzieć. Czy przynosi za wczesne burze, czy przynosi nieurodzaj też dla mnie. Czy i ja będę jak puste gniazda i roje białych larw oskrobujących życie do równie białych kości?

Wstaję więc o 6, nie budzę Męża. Gdy wstał, włącza radio.
W jego domu nie było ropuch. W jego domu była jedna piosenka, podłe skojarzenie. Stara, pozytywna melodia. "Downtown" Petuli Clark, amerykański złoty uśmiech. Kojarzy mu się ze śmiercią jego babci, w dni jej agonii słyszał ją w tylu miejscach.

When you'r alone
And life is making you lonely
You can always gone Downtown

Rozbrzmiewa wesoło w radiu. Przecież nie powinno tam jej być, to nie taka stacja, to nie...
Widzę jego oczy. Rozszerzone, pełne zdziwionego przerażenia w pierwszym momencie. Po prostu wyłącza radio, nic nie mówiąc.

Moje serce podskakuje do gardła. Ta wesoła melodia staje się upiorna. Ta, która powinna podnosić na duchu jest jak absurdalne tło wszystkich horrorów.
Właśnie dzisiaj, dlaczego zabrzmiała właśnie dzisiaj?

Zjadamy śniadanie, włączamy serial, gdy już zjedliśmy. Tam też ta piosenka. Co jest do cholery, co jest do kurwy nędzy? Czy ja wariuję, czy znowu chcę widzieć za dużo?
Mój niepokój narasta. Mapa mojej duszy jest jak pogodne niebo, które nagle zostaje przesłonięte czernią burzowych chmur.
Za wcześnie na moim niebie na kolejną burzę, myślę absurdalnie. Za wcześnie, nie mam jeszcze siły na kolejną, nie po tamtej....
Po tamtej, przed którą też przecież widziałaś, słyszałaś, czułaś a nie chciałaś wierzyć, przy Samhain, gdy w ogniu też widziałaś...
To nie ty decydujesz, kiedy przychodzi burza, słyszę ten głos, widzę te ostre rysy. Alex.

Tak, to nie ja. Ja mogę tylko przyjmować. Nie powstrzymam błysków i piorunów, nie powstrzymam gradu, nie powstrzymam nieszczęścia. Ja tylko przetrwam, jak samotna jabłoń na środku pola. Ja przetrwam...a co jeśli padnę, jeśli to piorun uderzy we mnie? Mogę mieć tylko nadzieję, na tęczę po burzy na kolejne słońce.
Mogę tylko czasem wyjść naprzeciw...
Ale nie odwrócisz nigdy ruchu.

Niepokój narasta.
Wychodzę na zakupy, po zakupy na obiad Och, cholera, jakbym zapaliła! Nie palę od kiedy zachorowałam, chwila przerwy dla moich ust jako popielniczki. Idę przez park, żeby ochłonąć, porozmawiać z drzewami. Jestem zamknięta w mieście, ale i w nim są drzewa.
Śpiewają pierwsze wiosenne ptaki. Spod ziemi wychodzą...ropuchy.
Przez moment mam wrażenie, że dostaję do głowy.

Myślę o nadchodzącej pełni. 5 marca, 5 miesiąca która stała się kolejną ważną datą. Myślę o tym, że będę musiała się wtedy uspokoić, chyba że...
Módl się zawsze, żeby marcu pełnia nie miała różowej poświaty, mamy wtedy przejebane- znów głos Alexa. Dawno tyle o nim nie myślałam. Dawno tak bardzo go nie słyszałam.
Różowy księżyc należy do kwietnia, ten....
Okaże się.
Nadal niepokój. Dzwonię najpierw do teściów, czy wszystko u nich w porządku, piszę smsa do Cat, jak się trzyma.
Dzwonię do mamy, niby od niechcenia. Wiem, że jest u niej teraz moja starsza siostra, wiem, że jej trzyletni syn jest chory, złapał jakiegoś wirusa i trochę panikowała.
Mama ma dziwny głos.
Próbuję dowiedzieć się, co się stało. Przebiega mi przez głowę myśl, że coś z Małym.

-Dzwoniła ciocia L. w sumie, Justyna miała wypadek....
Moja kuzynka, Justyna. Ta, z którą spędziłam sporą część wakacji każdego roku, gdy byłyśmy dziećmi, gdy nie zaczęły nam jeszcze rosnąć piersi, włosy łonowe. Nasze drogi rozeszły się, gdy stawałyśmy się z kobietami, choć to z nią, starszą ode mnie o 3 lata, podrywałam po raz pierwszy facetów na plaży. Justyna, z którą słuchałam kiedyś mądrości babci, która nie lubiła potem zbierać ziół i nie wierzyła w nic, gdy tylko zaczęła dorastać .Justyna, która mieszka na południu Włoch, ma 2 synów i całkiem fajne życie.
Jest w szpitalu, nie wiadomo czy przeżyje.
Chwila ciemności przed oczami...

Ale...czy to o to chodziło? Czy to właśnie to chciała mi powiedzieć siostra ropucha, czy to właśnie to...? Niepokój nie odpuszcza. Ani trochę, tylko dalej się wzmaga.

Nie mogę znaleźć sobie miejsca w domu, każdego pytam się, czy wszystko w porządku. Każdego, który dla mnie coś znaczy, każdego, o kim myślę i pojawia się dziwne uczucie w tym momencie. Mam wrażenie, że to wcale nie koniec. Mam wrażenie, że radosne słońce poranka wcale nie mówi o uśmiechu. Mam wrażenie, że śpiew o wędrówce do Downtown, śpiew o tym, że nie wolno dać osaczyć się problemom jest kpiną skierowaną w moją stronę. W naszą stronę. Jest złośliwą ironią, jak kiedyś już.

Coś wisi w powietrzu. Coś się dzieje.
Preludium wiosny nie mówi mi tylko o życiu, słońcu i radości. Nie mówi mi tylko o odradzaniu, białych jagniętach Nie mówi o obietnicach kwiatów.
Może to moja wina, może to dlatego, że nowy rok wcale nie przyniósł zakończeń tego, co było w poprzednim. Może to moje własne stresy, strach o przyszłość, strach o tych, których kocham. Może to drzazgi straty i tęsknoty....
Ale przywykłam do tego, że świata trzeba też słuchać. Że jedne zdarzenia splatają się w inne. Przywykłam do słuchania swojej intuicji, dla wielu wariackiego wręcz czytania znaków i symboli.
Moja intuicja szarpie duszą, świat chce mi coś powiedzieć. Znów zwraca się snami, znów ma swoich posłańców. Może to nic takiego w perspektywie mojego życia. Może nic nie stanie się dosłownie. Nie w tym świecie, nie pęknie żadna tama. Może nie powinnam się na tym skupiać, na tym, jak jaskrawo przemija życie i jak jaskrawo się odradza.
Jak śmierć znów idzie ręka w rękę z płodnością.
Może nie powinnam doszukiwać się większego sensu ale...

Mam ochotę wyjechać. W pewne miejsca, na swoje bagna i do swojej prywatnej świątyni natury, albo pojechać do trzech wielkich dębów. Mam ochotę wyjechać i znaleźć odpowiedzi. Jeśli niepokój nie ustanie, właśnie to będzie mi potrzebne. Spokojna modlitwa właśnie w którymś z miejsc, gdzie świat mówi do mnie prościej. Spokojna medytacja, zjednoczenie szumu krwi z moich żył z sokami drzew i szumem wody pod naskórkiem ciemnej, wcale nie zamarzniętej ziemi.

Może to minie samo z siebie. Może przyszło już wszystko, cała jaskrawość a ja tylko wyczuwam to co było i to, co mnie nie dotyczy. Może wszystko minie. Ukoi się, uspokoi, może chodziło o te parę spraw co już przeszły i zostawiły po sobie tylko jad we krwi.
Ale jeśli nic nie pomoże, jeśli pełnia nie przyniesie dobrej energii jak to zwykła robić w moim świecie, wcale nie mogę oddać się szumowi miasta. On nie koi problemów, Petula Clark kłamie. Takich jak ja miasto nie żywi. W nim nie ma odpowiedzi. A i żadnych przeczuć i problemów, głosu ze środka nie można zagłuszać. Nauczyłam się już tego sama. Nawet bez Alexa.


Gorzej tylko, jeśli prawdziwa burza przyjdzie pierwsza a ja będę dalej, jak kruche drzewo, samotne na polu. Te nie przeżywają nigdy uderzenia pioruna, a i wszystkie kozy kochają na nie skakać.