sobota, 16 kwietnia 2016

O tym, że singielki mają przerąbane z mężatkami, a mężatki z singielkami, czyli o kolejnych niepotrzebnych podziałach słów kilka.

Mawiają, że bycie tzw. singielką w naszym świecie jest trudne. Zapewne, nie idzie temu zaprzeczyć. Te wszystkie problemy dookoła, stałe dopytywanie się rodziny, kiedy wreszcie wyjdzie za mąż i będzie miała dzieci. Samotne, zimne noce. Całe łóżko dla jednej osoby. Problem z kolejnymi rachunkami, wynajmem mieszkania czy kredytem, bo przecież trudno tak, tylko z jednej pensji ( no chyba, że żyje się w jakiejś komunie). Kot czy pies zamiast ludzkiego ciepła. Kolejne przygody z nieznajomymi albo naprawdę jałowe w tej kwestii miesiące, jeśli nie lata. Kolejne rozczarowania, spotkania, randki, które nie prowadzą nigdzie, jak może się zdawać. Złamane serca, opłakiwanie nad kolejnymi butelczynami wina, samotnie, lub z przyjaciółkami, niczym w amerykańskich serialach.
Życie to nie serial jednak.

A ja i tak nie znam się na tym. Nie mam prawa, by wypowiadać się na ten temat, bo przecież od 18 roku życia praktycznie tkwię w szczęśliwym związku. Regularnie uprawiam seks. Nie mam większych problemów z opłaceniem mieszkania, bo żyjemy z dwóch pensji. Mam dwa koty, ale nie jestem dla nich samotną matką, moje koty mają oboje rodziców i nie śpią z nami w łóżku, bo nasze łóżko jest mało pojemne- a dwie osoby lubią się rozpychać tak samo, jak jedna.
Jestem mężatką, nawet nie tyle mam faceta, jestem z kimś, co jestem mężatką. Uzyskałam ten ponoć społecznie prestiżowy status. Może miałam szczęście. Zresztą, często to słyszę. Jak bardzo jestem szczęśliwa przez tą jedną kwestię. Jakiego miałam farta.
Czasem mam ochotę powiedzieć, że nie miałam farta, tylko zapracowałam na to.
Czasem mam ochotę powiedzieć, że życie we dwoje wcale nie jest takie różowe, jak się wydaje. Owszem, jest piękne. To wspaniale być z kimś, kto bywa twoją podporą, kogo się kocha, kto ciągle pociąga nas seksualnie. To cudowne uczucie, nie przeczę. Ale czasem mam wrażenie, że ci którzy tego nie mają, zapominają, że to też ciężka praca i że bycie z kimś nie odmienia od razu całego świata tak, że widzimy go w różowych barwach. To nie teledysk do piosenki Bjork, w którym ludzie tańczą z nią nagle na ulicy, tylko dlatego, że się zakochała. Co więcej, czasem zapominają, że problemy tworzą się też przez bycie z kimś. Ten ktoś też boleśnie rani nieraz, tak, że nie chce się o tym mówić.

Znam się na byciu mężatką, nie byciu singielką. Dokonałam jednak ostatnio niesamowitego odkrycia. Większość moich kobiecych znajomych, bliższych i dalszych, najbliższych sercu, to właśnie singielki.
Nie zauważałam tego przez długi czas. Ale tak naprawdę...znam tylko kilka kobiet, które są z kimś. Po prostu są, w stałym związku, mieszkają ze swoimi mężczyznami. Dzielą w pewien sposób moje problemy. Tak naprawdę, obecnie tylko z jedną jestem blisko. A nieraz mam wrażenie, że bliżej tak naprawdę jestem z jej facetem i to z nim się lepiej dogaduję nieraz. Ale nie w tym rzecz.

Większość kobiet, które znam, to singielki. Może to w pewien sposób symbol naszych czasów, może jakiś stygmat. Tyle kobiet, powyżej 20 roku życia, ba, mające prawie 30 lat, a same. Jedna została nawet singielką niedawno- rozwodzi się.
Może to, że znam więcej singielek niż mężatek to właśnie wynik naszego szybkiego życia, krótkotrwałych związków, nasycenia przelotnymi romansami albo wynik pewnej niedojrzałości większości społecznej, zarówno kobiet, jak i mężczyzn.
Może.
Zauważyłam tez pewną tendencję- wiele kobiet- singielek, które znam, znikają od razu, gdy tylko znajdą sobie mężczyznę. Zauważyłam, że wielu z nich przestaję być potrzebna, bo nie muszą już nikomu zwierzać się ze swoich seksualnych podbojów, bo stają się dziarskimi paniami domu, które wrzucają na fejsa sentencje o dojrzałych związkach już po miesiącu ognistego romansu. Niektóre singielki, które znalazły partnerów, znikają bezpowrotnie. Inne wracają gdy zaczynają się pierwsze problemy związkowe, po jakieś porady, jakbym była ekspertem w tej dziedzinie. Jakby mój 8 letni staż mógł wyrabiać jakieś reguły. Nie może.
Jeszcze inne wracają, załamane, gdy wszystko całkiem się rozpadnie. I potrzebują znów czułości i przytulenia, tak ja potrzebowały go czasem przy trudnych początkach. Wtedy znów pijemy wino, słucham tego, jaki to on był podły, jak to złamano im serce.
Nie mówię, że to jakaś złota reguła. Po prostu czasem tak się zdarza, to naturalna kolej życia- gdy się zakochujemy, miłość przesłania nam świat i przestajemy na chwilę potrzebować reszty. Tak to działa, przynajmniej przez jakiś czas.

W każdym razie, nie jestem singielką. Jestem mężatką, która ze zdziwieniem zauważyła, że zna więcej singielek, niż innych mężatek.
Nieraz jestem portem, z którego wypływa się do rozlicznych ramion, portem, do którego wraca się w czasie sztormu. Bo zawsze tkwię na posterunku, w swojej kamienicy albo jakimś barze na starym rynku, jestem trochę jak mama, która pocieszy albo wysłucha historii o fatalnym romansie. Bo zawsze wypiję z nimi wino, ba, nieraz wleję je do gardła, chociaż sama piję raczej piwo i to nim się zezwłaczam.

Ba, jestem mężatką, której i mąż nieraz doradza albo wysłuchuje olejnych historii sigielek. Nie zapomnę, gdy pewnego dnia przyszła do nas nasza Kozica, która właśnie zniszczyła swój związek i koniecznie chciała poznać „męską perspektywę” mojego męża. Okazuje się, że w życiu singielek i cudzy mąż jest potrzebny. Ba, bywa niesamowicie potrzebny, zwłaszcza kiedy trzeba naprawić kran albo powiesić półki. Na nieszczęście, mój mąż nieraz lepiej doradza, niż robi to drugie. Nie, żeby nie umiał. Kryje się w nim po prostu sporo lenistwa i nieraz mówi, że starczy, że naprawia pewne rzeczy dla mnie. Może i coś w tym jest.

Niektóre moje singielki mówią mi wówczas właśnie, że jestem szczęściarą. Bo mam swoją stałą kamienicę, stały punkt, stałego faceta.
Może miałam więcej szczęścia. A może nie o to chodzi.

Wiele mówi się o tym, jak to singielkom trudno żyje się z koleżankami mężatkami.
Nie przeczę, że jest w tym wiele prawdy.
Koleżanki mężatki nie przedstawiają swoich mężów singielkom, bo boją się, że te zaczną im ich odbijać, bo na wszystko, co ma penisa, patrzą przecież jak na potencjalną ofiarę!
( Zawsze śmiałam się z tego przesądu, ale po pewnych doświadczeniach poprzedniego roku może w pewien sposób uświadomiłam sobie że „coś w tym może być” i czasem może, trzeba zachować czujność, choć zawsze sądziłam, że to bzdury?)
Nie żyje się z nimi łatwo, bo przecież, te stale wyjeżdżają z tekstami „kiedy znajdziesz sobie chłopaka?” tak, jakby same przez to, że kogoś mają, mogły czuć się lepsze.
Nie są. Nie patrzy się na czyjąś wartość przez pryzmat cudzego bycia ale...nie o tym miałam.
Singielki nie mają łatwo z tymi „zaklepanymi”. Te stale chwalą się przecież wakacjami we dwoje, po latach, o zgrozo, kolejnymi zdjęciami swoich zaślinionych bobasów. Mówią o idyllicznym życiu. Zachowują się, jakby wygrały wszystko.
Singielki pewnie stale podejrzewają mężatki o zazdrość, o to, że zazdroszczą im nowych, ekscytujących podbojów, zazdroszczą im nocy spędzanych w barach i marzą o swojej figurze sprzed ciąży.

Tak to toczy się mała społeczna wojna, singielki, kontra mężatki. Tak to jedne przekonują drugie, ile są warte. Tak to jedne i drugie krzyczą o swoim wielce wartościowym, szalonym albo uporządkowanym życiu, krzyczą z triumfem, a nocą nieraz płaczą w poduszkę. Bo jedne zazdroszczą drugim tego, czego same nie mają, nie potrafiąc skupić się na własnym życiu i być za nie wdzięcznym.

Tak, dobrze myślicie, to wielce przesadzony obraz wojny na linii singielki- mężatki.
Bo tak naprawdę nie trzeba nic nikomu zazdrościć. Tak naprawdę w życiu trzeba być cholernie wdzięcznym ale...w każdej legendzie jest jakieś ziarno prawdy.

Wiele mówi się, jak to signielki mają źle z koleżankami- mężatkami, jak to wielka jest na nie wywierana presja, jak to są przez nie dyskryminowane, obrażane wręcz ich stylem życia.

Jakimś cudem, może przez moje cudowne leki, naszła mnie inna myśl- a co, jeśli sytuację odwrócić? Tak naprawdę...jak mają się mężatki z koleżankami- singielkami?
Jak ja mam się z moimi znajomymi singielkami?

Cóż. Jestem jednak nietypową mężatką. Żadnych dzieci, uroczych, acz śliniących się bobasów nie planuję. Starczą mi staruszkowie w mojej pracy. Dalej uchlewam się nieraz do nieprzytomności, czasem z mężem, a czasem z koleżankami- singielkami i to nie tylko wtedy, kiedy mają problemy sercowe. Czasem uchlewam się z wszystkimi naraz i raczej, ogólnie, dość luźno i bez presji sobie żyję. Nie postrzegam swojego małżeństwa jako ostatecznego spełnienia w moim życiu, stawiam na ciągły rozwój i szukanie nowych wyzwań. Spełniam się poza małżeństwem też, co tu dużo mówić.
Nietypowa ze mnie, uciekająca stereotypom mężatka, prawda?
Ale jednak czasem mam wrażenie, że jestem poza zaczarowanym kręgiem i nie zrozumiem pewnych rzeczy.
No tak. Miałam szczęście, nie muszę ich zrozumieć ( ciekawe, kiedy ktoś zrozumie że też na to szczęście zapracowałam?), często to słyszałam swojego czasu.

Mężatka, która przyjaźni się z singielkami, często bywa spowiednikiem. Może to przez mój charakter i jednak skrytość w pewnych sprawach, często mam jednak wrażenie, że to nie działa tak samo w obie strony. ( dobra, to na pewno moja wina, jak ktoś nie rozumie, odsyłam notkę niżej). Bo signielki mają się na co wypłakiwać. Mężatki? Niekoniecznie. No chyba że mają ząbkujące dzieci, ryczące od kolki ale tak?! Może to śmieszne, ale wiele razy w moim związku zdarzały się poważne kryzysy. Raz byliśmy o krok od rozwodu.
Pamiętam, jak jednego dnia chciałam pogadać o tym z koleżanką- singielką. Nie zapomnę jak przerwała mi i powiedziała „przecież jesteście taką świetną parą, mieliście tyle szczęścia że na siebie trafiliście, na pewno się dogadacie!”. Pamiętam, jak potem wróciła do tematu swojego zjebanego byłego, który nie wynosił śmieci. No bywa.
W każdym razie, czasem mam wrażenie, że pewne problemy mężatek bywają...trywializowane przez problemy singielek. No chyba, że mąż je zdradzi, bo to jest sensacja, którą warto wałkować, w końcu rozpadł się idealny domek z kart! Tylko, że o zdradzie pewnie żadna mężatka singielkom nie powie, bo wstyd i nikt nie chce dawać takiej wody na cudzy młyn, chyba, że już dochodzi naprawdę do rozwodu i trzeba naprawdę pomarudzić na już byłego męża.
Chwila. Wtedy już się jest singielką, co nie?

Czasem, wyobraźcie sobie, nawet mężatka ma wolny piątek czy sobotę. Chce się wyrwać z koleżankami do baru, poszaleć, wypić parę głębszych czy płytszych, zależnie, jaką ma głowę. Nadchodzi więc ten długo umawiany wieczór, wychodzą...i się zaczyna. Czasem mam wrażenie, że mężatka na imprezie jest tylko dodatkiem. Serio, czasem mam takie obawy. Bo tak naprawdę, siedząc w barze, wypatruje facetów, którzy mogliby się podobać koleżankom, które mogłyby zamiast niej zaszaleć przez jedną noc. Tak naprawdę ekscytuje się, że mrugnął do kumpeli. Jej, podobasz mu się! A potem wraca do domu, pijana wtula się w swojego męża ( którego, jak zakladamy, kocha i docenia) i zastanawia się...chwila, co to było? Babskie wyjście, czy cholerne polowanie, w które dałam się bez sensu wciągnąć? Tak, mężatki wciągają się w nie swoje polowania. Ktoś powie, że tęsknią za dreszczykiem. Ktoś inny powie, że po prostu nie chcą stracić kontaktu z innymi samicami w których polu zainteresowania są tak czy siak samce.

Singielki mają przerąbane z mężatkami? Jasne! Ale i mężatki mają przejebane z signielkami.
Tak naprawdę powinno się na trzymać w osobnych barach, domach, miastach, ba, planetach! Zaraz się pozabijamy!

Dobra. Stop. Chwila.
Wypuszczamy pałki z rąk, odkładamy noże, opuszczamy pięści z kastetami.
Już?
Czy ktoś tu się zapędził?

Owszem. Nieraz zapędzamy się cholernie daleko.
My?
Ano my. Kobiety.

Wszystkie mamy swoje za uszami. Mężatki. Singielki. Panie w parach i samotne, czy to homo, czy hetero, bez różnicy. Matki i bezdzietne, a nawet bezpłodne. Tak, właśnie my.
Wszystkie mamy swoje drobne grzeszki.
Wszystkie mamy swoje przywary.
Nadmierny egoizm, bronienie swojego kawałka podłogi przed ingerencją hormonów z moczu innej samicy, bo ten kibel przyjmuje tylko nasz progesteron przed okresem i chwała jemu jest!
Wszystkie bywamy o siebie zazdrosne, zazdrosne jakoś może o cudze życia, zapominając, że za każdy dzień swojego powinnyśmy być wdzięczne.
Wszystkie bywamy zagubione w swoich problemach, uważając, że gdy nasz świat się zawali, zapadnie się cały wszechświat. I to dosłownie. Nieraz naprawdę się tak zachowujemy. Cholerne pępki świata, widzące tylko jedną perspektywę, tą, którą pokazują nasze oczy.

Widzimy tylko swoją perspektywę i chcemy zaszufladkować ten świat. Chcemy utwierdzać się, że nasze jest słuszne. Zaczynamy tworzyć podziały i w swoich siostrach, innych kobietach widzieć rywalki, widzieć zagrożenie, podłe byty, które chce się przytrzasnąć obcasem.

A ja mówię temu zdecydowanie nie.
Ja, mężatka, która ma swoje kumpele- singielki.
Bo widzicie, to nie ma znaczenia.
Ja swoje singielki kocham.
Ja w tych kobietach widzę siostry i jeny, częściej mnie bardziej nużą problemy z zapaleniem sutków mojej prawdziwej siostry od karmienia ( a mężatką jest!) niż ich kolejne złamane serca.

Mają te moje singielki swoje za uszami, oj mają. Nieraz bywają egocentryczne, nieraz mówią tylko o swoich kolejnych podbojach tudzież o swoich kolejnych samotnych nocach, nie wiedząc, że i ja poprzedniej nocy nie zmrużyłam oka, bo znowu zrobiłam mu awanturę. Albo mój mąż mi.

(Dobra, ustaliliśmy, to moja wina, moja wyłącznie, bo się nie zwierzam, psiamać)

Nieraz przestaję się łapać w kolejnych historiach moich singielek. Nieraz zaczynają mi wmawiać, jak wmawiają sobie, ze życie jakoś tam ustatkowanej kobiety jest nudne, a ja słucham...ze znudzeniem. Nieraz to ja z kolei mówię im wprost, że są niedojrzałe, nieodpowiedzialne, całkiem jak dzieci i nawet roślinki nie potrafią utrzymać przy życiu, a co dopiero żyć z innym człowiekiem? Nieraz widzę jak popełniają te same błędy i znów panikują, że są w ciąży z facetem, którego imienia nie pamiętają, bo jeny, poniosło, bo nie założyło się prezerwatywy. Nieraz odchodzą i wracają, odchodzą w tej miłosnej euforii, a wracają załamane, a ja poję je wódką, cierpliwie, tylko powstrzymując się przed wypowiedzeniem „a nie mówiłam?”

(Bądźmy szczerzy, rzadko udaje mi się nie powiedzieć tego)

Oj mają te moje singielki za uszami.
Ale tak samo maja niektóre mężatki.
Och, znowu, po prostu tak mają po prostu kobiety. Po prostu ludzie.

Smutne jest jednak, że wiele osób, przez zwykłe ludzkie przywary tworzy jakieś podziały. Na lepsze i gorsze. Mniej i bardziej wolne. Swobodne. Wyzwolone/
Cóż. Mam wrażenie, że jestem bardziej wyzwolona niż niejedna singielka. I po co tu stereotypy?
Smutne jest, że w naszym świecie kobiety nadal zapominają, czym powinny dla siebie być, niezależnie od statusu stanu cywilnego. Kobiety nieraz zapominają o pewnym pakcie, wcale nie stworzonym z hormonów, a z pewnej kobiecej siły. Stworzonej z tkwiących nas archetypów. Stworzonym z ciemnej energii nocy, splecionej energii księżyca wraz z yin.
To co płynne, to co poza światłem, to, co tylko my, kobiety zrozumiemy.
I serio, chcemy to porozumienie rozpieprzać przez jakieś dziwne wojny, dziwne stereotypy? Przez zawiści, które wynikają, jak sądzę, tylko z naszych kompleksów, z gnijącego dziecka w piwnicy podświadomości?
Naprawdę, niszczenie tego porozumienia jest warte dla...czego właściwie? Dziwnie pojętej rywalizacji? Walki „czyje na wierzchu”?
Cóż, dawno przestałam się w to bawić. Już jako nastolatka przestałam myśleć, że mój pogląd styl życia są jednym słusznym. Przestałam być niebezpieczną idealistką, fanatyczką, pozbyłam się dziecięcych złudzeń? No, któreś z tych w każdym razie.
Ale dzięki temu odkryłam, że można przenikać światy. Można je też pokochać. Nawet, jeśli trochę się ścierają. Nawet, jeśli każdy ze światów ma swoje za uszami.

Jestem mężatką, ale kocham swoje singielki. I nie mam zamiaru toczyć żadnej świętej wojny. Żadnej podjazdowej. Żadnej zawistnej.
Za parę dni mój Mąż wyjedzie razem z kumplami w góry, zostanę sama na 5 dni. Nie, nie sama. Z innymi kobietami. Wiecie, co jest najśmieszniejsze? Wcale nie idę bawić się jednego wolnego wieczoru z żonami/ dziewczynami facetów, którzy jadą z moim mężem. Najśmieszniejsze jest to, że żadna z nich nie ma czasu. Idę bawić się z moimi singielkami przede wszystkim. Jak los da, jak wyzdrowieję to przede wszystkim z nimi pójdę kursować po barach.
Może jednak to na nie mogę bardziej liczyć?
Może, cóż, to jednak ja sama mam trochę bardziej duszę singielki?

Nie ma to znaczenia. Trochę obawiam się, że ta noc zmieni się jak to często bywa w polowanie zamiast w pełne babskie porozumienie, ale... ej...chwila...
Czy czasem drapieżniki nie najlepiej czują się na polowaniach? Czy w tym kobiecym wilczym stadzie nie zostanę po prostu swojego rodzaju waderą, która ma już swojego basiora?
Wszystko przed nami.

Kocham swoje singielki. Ale mimo to...swoim singielkom i innym, życzę też jednej rzeczy. Żeby nie musiały, jeśli mają tego dość, stale zakochiwać się w kimś nowym.
Dobra, trochę życzę im fragmentów swojego życia. Dobrego zakochania już nie na co dzień w kimś nowym, a może na stałe, jak ja przed laty...
Szlag by to! A raczej mnie!
Jeny, czy to źle, że jednak nie umiem wyjść tym razem do końca poza swoje życie?
Zlinczujcie mnie, doprawdy!



Bóg wie, że zakochuję się troszeczkę, po kawałeczku
W kimś nowym każdego dnia
Zakochuję się troszeczkę, po kawałeczku
W kimś nowym każdego dnia


Zakochuję się w każdym obcym, im bardziej obcy, tym lepiej. 

czwartek, 14 kwietnia 2016

O tym, że ból może być lekcją i darem, czyli o lękach i murach wydobytych spod ziemi w cichym jęku i łzach

Ból.
Przeszywający i palący. Zaczynający się w lędźwiach i rozchodzący się po całym ciele. Rozdzierający ciało i umysł na miliony kawałeczków przy prawie każdym ruchu.
Ból sprawia, że łzy cisną się do oczu, sprawia, że czuję się niedołężna i przestaję się czuć człowiekiem, wolnym i niezależnym. Jednocześnie ból sprawia, że czuję, że żyję.

Taka błahostka, zdawałoby się. Niby nic, bo przecież z tego wyjdę, bo przecież nie potrwa to długo. Wyeksploatowałam swój organizm do cna, pracując 60 godzin w ciągu jednego tygodnia i stale, pomimo zmęczenia mówiąc sobie, że nic mi nie jest. Że przecież nie jestem, nie mogę być mięczakiem. Bo nim nie jestem, bo skoro inni dają radę...to ja mogę biegać po oddziale wręcz za dwóch, bo jestem najmłodsza. Zniszczyłam swój organizm swoją własną głupotą, lekceważąc początkowy ból, śpiąc na zimnej podłodze, na której położyłam tylko koc, bo musiałam, już naprawdę musiałam przez niedosypianie przespać się na nocnym dyżurze.
No i doigrałam się.

Zapalenie korzeni nerwowych, zabrzmiał wczoraj wyrok u lekarza. Wczoraj po prostu już nie dałam rady, kiedy poszłam na swój dyżur. Rano nic mi nie było, z godziny na godzinę było coraz gorzej. Bo niby nic nie robiłam ale jak człowiek pomyśli...samo podawanie śniadania, sterczenie nad czyimś łóżkiem w niewygodnej dla kręgosłupa pozycji już robi swoje. Mięśnie, a raczej nerwy, bolały coraz mocniej, z godziny na godzinę. Mam zakwasy, śmiałam się. Aż przyszło do przewijania i prawie popłakałam się nad jednym z łóżek.
Prawie popłakałam się z bólu, bo każdy ruch ręki bolał plecy jak milion wbijanych w nie igieł. Ale to nic, mówiłam sobie, wyszłam z pokoju, wzięłam jakieś leki przeciwbólowe....bo przecież nie jestem mięczakiem. Przecież dam sobie radę.
Na szczęście, jedna z pielęgniarek była ode mnie mądrzejsza. Ta, która dużo krzyczy, ma dziwne zagrania, ale jak przyjdzie co do czego, nie da nikogo skrzywdzić i ma serce na dłoni. Ta, która stale mi powtarza, że przypominam ją z młodości. Mam wrażenie, że z młodości, w której jeszcze nie przygniotły jej pewne życiowe sprawy.
Ale ona tym razem znów była dla mnie jak mama, jak wiele kobiet z którymi pracuję. Kazała położyć się na wolnym łóżku, posmarowała plecy przeciwbólową maścią, a ja podczas tego dziwnego masażu prawie wyłam z bólu. Wzięła się za moją pracę, nie pozwalając mi się wykłócać, że to nic takiego, że przecież dam sobie radę. Bo nie lubię, jak ktoś ma robić coś za mnie. Nienawidzę nikogo wykorzystywać. Nienawidzę być nieporadna, niesamodzielna.
Cóż. Kolejna rzecz, którą mam po swojej matce.
W końcu pielęgniarka i Mama Oddziałowa wygoniły mnie do domu, a raczej do lekarza. Wyczekiwały, czy ktoś po mnie przyjdzie, bo przecież nie puszczą mnie samej do domu. Bo przecież wyglądam, jakbym zaraz miała zemdleć z bólu. Cóż, tak właśnie się czułam. Na szczęście Mąż nie poszedł jeszcze do pracy, miał popołudniową zmianę i doprowadził mnie, jak 80 letnią staruszkę, pod drzwi lekarskiego gabinetu.
Zapalenie korzeni nerwowych, usłyszałam. Niby nic takiego, ale zawsze może zniszczyć ci zdrowie na zawsze.
Dostałam silne leki przeciwbólowe, które chyba i tak niewiele dają. Dostałam leki antyspastyczne, które powodują, że zaraz po nich zasypiam.
Usłyszałam, że muszę zwolnić, odpocząć, dużo leżeć. Zrelaksować się.
To o wiele trudniejsze, niż przyjmowanie leków. Ból jednak robi swoje i każe leżeć grzecznie w łóżku, pomimo szaleńczych zrywów, w których chcę po prostu pozmywać albo sięgnąć sama po kubek i zrobić sobie herbatę. Bo uwierzcie, chwycenie kubka z herbatą jest nawet wyzwaniem, czynnością, do której trzeba podchodzić ostrożnie. Chwycić niedobrze, chwycisz za ciężki- i łzy perlą się w oczach pomimo leków krążących w żyłach i znieczulających niepokorne, spięte mięśnie i zapalone nerwy.
To cholernie trudne. Ale może nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło? Zawsze w to wierzę. I może, ten ból, chwilowa niedyspozycja, to tylko kolejna lekcja. Kolejna nauka, która prowadzi do pewnego rodzaju pokory.

Mogę odkryć, że nie jestem niezniszczalna.
Mogę odkryć, że nawet ja nieraz muszę skupić się na sobie i zwolnić.
Mogę odkryć, że mam na kogo liczyć i pomimo swoich głupot w głowie może pewne sprawy jednak można zacząć dostrzegać pod innym kątem.
Mogę nauczyć się pokory i zrozumieć jeszcze bardziej tych, wśród których przebywam, którzy w bólu rodzą swoją irytację i frustrację. Bo sama, po jednym dniu, chodzę rozdrażniona, jak cykająca bomba.

Bo dzisiaj rano, po jednym dniu leżenia w łóżku zdążyłam już zrobić awanturę, sama do niej prowokując i sama krzycząc, podczas gdy mój Mąż patrzył na mnie cierpliwie. Zdążyłam wypuścić demony, wyżyć się na kimś i się popłakać. Moje działania zaczepne i drażniące wobec Męża, moje działania z wiecznym „dam sobie radę”, byciem cholerną „Zosią-samosią” odniosły pewien skutek. Po jednym dniu choroby i uporczywego bólu już stałam się nieznośna...ale już po jednym dniu wyładowałam swoją frustrację i pozwoliłam sobie wreszcie, też przez ból, na łzy.
A te oczyszczają, a te pomagają. Znów to samo- mogę sobie pozwolić na płacz, bo poprzedniego dnia hamowałam łzy cały czas, uśmiechałam się, udając dzielną, mimo bólu nie tyle psychicznego, co fizycznego. A teraz wreszcie puściło. I jakby mniej boli. I jakby lżej na duszy.
I nawet, całą tą chorobę, którą na siebie sama sprowadziłam, mogę postrzegać jako lekcję. Mogę postrzegać...jako dar.
Łatwo mi, bo wiem, że z tego wyjdę, łatwo mi, bo wiem, że ból się skończy. Nie jak ci, którzy bólem zostali obdarzeni na zawsze. Jak moja matka. Jak moi podopieczni. Jak moi znajomi z wiecznie utrudnionym życiem przez swoje choroby albo tzw. niepełnosprawności. Łatwo mi wobec nich, wrócę do swojego życia bez bólu. I to uczy też pokory, to uczy szanować życie.

Jestem obolała, niesprawna, przez co jestem rozdrażniona, jestem zła. Na siłę sobie samej, a także całemu otoczeniu próbuję udowodnić, że jest inaczej. Daję sobie przecież radę. Nie umarłabym, gdybym była sama. Ale może przesadzam, gdy próbuję sama zrobić sobie śniadanie, sprzeczna sama z sobą. Gdy jednocześnie chcę pokazać „potrafię sama” i zwijam się z bólu, zwijam i jestem zła, że nikt mi nie pomaga. Chociaż on stoi obok i mówi idź się połóż, ja to zrobię. Nie dociera to do mnie. Jestem w jakimś dziwnym amoku, tym dziwnym stanie, który często mnie przecież ogarnia.
Bo czasem chcę, żeby ktoś się mną zajął. Chcę, żeby ktoś w końcu zrobił tyle rzeczy za mnie, zdjął ze mnie wszystko, co dźwigam. A jednocześnie nie potrafię odpuścić, jednocześnie nie umiem oddać swojego bólu, uparta, przywiązana do swojej niezależności, do tego, że sama sobie radzę. Ze wszystkim.

I to chyba doprowadza mnie na skraj.
Myślę, że to doprowadza mnie na skraj moich dziwnych stanów, które zjawiają się równie niespodziewanie, jak znikają. Stanów które ostatnio wyszły na jaw. To jak pęknięcie wiecznie napiętej struny, która z ulgą przyjmuje całe rozstrojenie. To stąd bierze się zabawa w pociągi, zabawa ze stawaniem na skraju dachu, rzeczy, które ktoś może odebrać jako chęć odebrania sobie życia.
Dziwne stany grudniowe i styczniowe, dziwne stany sprzed lat. A ja nigdy nie chciałam odebrać sobie życia, choć t tak wygląda, choć to pierwsze, o czym myślę. Ja po prostu bywam wtedy strasznie zmęczona, jestem pękniętą struną.
Ale to pęknięcie trwa chwilę, zaraz splatają się odpowiednie końce. Bo w mojej sile tkwi słabość zmęczenia, ale ostatecznie to siła. Zawsze cofnę ostatni krok, zawsze zrosną się pęknięte końce struny i zacznie grać ta sama melodia.
Nigdy moje kości nie zrastały się długo, długo nie zrastają się i rysy na duszy, choć blizny, tkanki silne, acz martwe, zostają na nich na zawsze.
Teraz pękła struna mojego ciała. Jak zawsze sądzę, że ten ból to skutek nie tylko pracy, zmęczenia ciała ale i pewnego napięcia w duszy. Zmęczenia, gdy na wierzch wypłynęły zwłoki niedawno pogrzebanych spraw, bo ktoś musiał zakończyć to, co ja skończyłam wcześniej. Zmęczenie w oczekiwaniu na rozmowy, które i tak nic nie musiały wyjaśniać, ale ja, właśnie ja, nienawidzę czekać i to mnie męczy najbardziej.
Zmęczyło się ciało, zmęczyła się dusza.

To drugie może udawać aż do słynnych krachów, które zdarzają się najczęściej w samotności, rzadko w towarzystwie kogokolwiek. Bo jeśli płaczę z kimś, zaczynam się w łzach topić, w innych przypadkach sama siebie powstrzymuję i ratuję. Tak, dziwny ze mnie człowiek.

Wobec zmęczeń ciała nie sposób udawać, gdy całkiem posypie się wieża. Gdy ciało staje się strzaskaną kolumną z obrazów Fridy K., które śniły mi się dzisiaj w nocy. Symbolicznie. Musiałam strasznie cierpieć, rzucając się w pościeli i spychając z łóżka Męża.

Mogę nieraz udawać, scalać się i potem cieszyć się życiem.
Ale czasem życie chyba chce mi pokazać, że muszę spokornieć. Chce mi pokazać, że nie jestem sama. Zsyła na mnie wielki ból, tak wielki, jakiego jeszcze nie zaznałam, a uwierzcie, z tyloma wypadkami, tyloma złamanymi kośćmi, znam się na bólu.
Może to właśnie nauka, że mogę przecież nieraz prosić o pomoc. Jasne, muszę radzić sobie sama i potrafię- ale nie muszę tego stale wszystkim dookoła udowadniać. Może, pomimo pewnych przekonań, tego, czego nauczyła mnie matka, może nawet dziwnego charakteru, mogę sobie pozwolić na odrobinę egoizmu. Właśnie w takich dniach.

Pozwoliłam sobie zrobić więc śniadanie. Płacząc, wijąc się z bólu. On wiedział, że to mi jest potrzebne. Tyle razy był przy mnie, gdy pękały inne struny. I mimo pewnej szorstkości właśnie, leczy je najbardziej, bo ta szorstkość to też jego siła.
Płaczę, płaczę, płacz daje ulgę. Tylko parę minut, jak na mnie tak wiele. Tyle starcza.
Idzie ze mną pod prysznic, myje mi plecy, pośladki, myje mi nawet włosy. Trochę niewprawnie, bo kto z nas zna się na myciu drugiego człowieka, póki to nie jest jego pracą? Wiemy, jak szorować własne ciała. Rzadko wiemy, jak całkiem nieerotycznie, ale z czułością, dbać o ciała chore, nawet te, które cierpią tylko przez chwilę. Niewprawnie, ale te ręce koją, te ręce leczą. Moje obolałe mięśnie, nerwy, tak pomaga im ciepła woda, tak pomaga im dotyk. Nie silny, nie erotyczny, ale pełen czułości. Nie musi być wprawny.
Poradziłabym sobie sama. Sama umyłabym cholerne włosy. Ale nie o to chodzi.
Gdy czujemy ból, przede wszystkim wtedy, nie chcemy być sami. I mamy nieraz prawo prosić o pomoc. Mamy prawo prosić o czułość.
Muszę spokornieć. Przez te dni, muszę spokornieć.

Ciepły prysznic uspokaja. Pełen żołądek, choć drażniony lekami, przywraca spokój. Śmieszne pojenie ciepłą herbatą.
Nie, nie będę zmywać. Poczekam aż pozmywasz wieczorem. Walczę tym ze swoją obsesją.
Albo poczekam na Red, która przecież też się mną zajmuje.

Przypominam sobie wczorajszy dzień. I poprzednie rozmowy. Znów to do mnie dociera, że może muszę przestać. Wobec niej, jak wobec innych ludzi. Może muszę przestać być właśnie takim człowiekiem, który sam dużo daje, ale sobie nie pozwala dać, nawet, jeśli ktoś chce to zrobić, nawet jeśli to robi.
Może muszę przestać odgradzać się murem swoich fanaberii, pozwalać się, pomimo lęków i zranień, nieraz po prostu pozwolić się sobą zająć. Docenić w inny sposób, mimo że docenia się podświadomie, wie się, że można liczyć...zacząć liczyć na kogoś w dosłowności. Nie tylko w teoriach, których człowiek sam się boi.
Może właśnie na tym to polega, żeby chociaż w takich momentach, gdy sama zwijam się z bólu, liczyć na kogoś. Nie udowadniać wręcz „poradzę sobie bez ciebie”.

I może powinnam podziękować za ten ból, za to, że wręcz zwijam się momentami, pisząc te słowa. Powinnam podziękować, bo on mnie uczy, że to ja jestem swoją największą słabością. Bo może wreszcie otwarcie powiem sobie, że nieraz się boję.
To przecież strach, o którym tak rzadko mówię. Ból wydobył go na powierzchnię.
Zawsze muszę udowadniać sobie, że sama wszystko udźwignę, udźwignę wszystko dookoła, też dlatego że się boję. Uczyniłam ten lęk swoim sprzymierzeńcem, choć nieraz daje mi on po twarzy.
Stary dobry syndrom dziecka alkoholika, które rozwiązywało kłótnie, jako małe dziecko błaznowało, bo próbowało wyciszyć szalejącego po alkoholu agresywnego ojca. Syndrom zaradności dzieci alkoholików. Mur, który stawia się swoją siłą. Bo przecież wtedy się przetrwało...przetrwa się i teraz. Głęboko skrywany lęk, który przewartościowało się w filozofię nieoczekiwania. Bo przecież wszyscy, których kochałaś, odchodzili. Umierali. Jakoś ranili, jak to ludzie, bardziej lub mniej. Nie oczekujesz więc i dźwigasz, a ze wszystkim dajesz sobie radę sama.

To wszystko dodatkowo nasiliło się po zdarzeniach końca września. Bo ci, których kochałam, zranili głęboko. Stąd jeszcze większy lęk. Stąd jeszcze większy upór i zasada „poradzę sobie sama”, zasada „nie będę mięczakiem”, wykańczanie swojego ciała.
Czy zdawałam sobie z tego sprawę? Oczywiście. Ale nie chciałam przerywać.
Aż dostałam swój ból. Swoją chorobę.
I może przy niej trzeba spokornieć. Może na nowo zlustrować lęki, które przedtem przecież były pokonane dzięki jednej osobie, a pojawiły się na nowo przy dwóch. Może trzeba spojrzeć na pewne rzeczy jak na dobrowolne męczeństwo w środku duszy, bo czy to właśnie nie jest czymś takim?
A zawsze brzydziłam się męczenników, byli dla mnie największymi hipokrytami.

Leżę więc w łóżku, nie znając pozycji, która zmniejszyłaby mój ból. Jeszcze gdzieś w oczach czają się łzy, ale te pierwsze już przeszły, już dały ulgę.
Jestem przez chwilę choć sama. On już wyszedł do pracy. Ona jeszcze nie przyszła.
Za oknem szarość, w moim ciele ból. Ale w duszy, pomimo rozdrażnienia, pomimo frustracji, zjawia się światło. Bo ten ból, ta niezgrabność, być może właśnie są lekcją. Jak wszystko dookoła nas, na co musimy tylko spojrzeć pod odpowiednim kątem.

Moja choroba, chwilowa, bolesna jak niewiele rzeczy w moim krótkim życiu.
Mimo wszystko, może dobrze, że mi się zdarzyła, bo choć na chwilę mnie zatrzymała. Choć na chwilę zmusza mnie do zdjęcia pewnej maski i przemyślenia sobie wielu spraw. Dawnych i nowych lęków, własnych słabości w micie pewne siły.
Dobrze, że mi się zdarzyła. Bo może choć przez chwilę nauczę się mówić o pewnych rzeczach, może pozwolę sobie na odpoczynek, na łzy. Na nie udowadnianie niczego nikomu dookoła. Na nieudowadnianie pewnych rzeczy przede wszystkim sobie bo...przecież tu nie ma nic, co trzeba udowadniać.

Może dobrze, że boli. Może dobrze, że jestem unieruchomiona, aż chcę wyć.
Może dobrze, że boli, bo przecież...ten ból, ostatecznie, sprowadza wszystko do czułości.

Bo wreszcie może zrozumiem w pełni. Bo co innego wiedzieć, co innego czuć.
Może zrozumiem wreszcie, że to nie tak, jak sądziłam.
Bo tak często miałam nieraz wrażenie, że pewni ludzie są cholernie istotni w moim życiu- ale ja wcale nie jestem ważna w ich. Bardzo dużo ludzi sądzi, że są dla mnie najważniejsi, co jest prawdą. Ale ja nigdy nie dopuszczam myśli, jak ważna mogę być dla nich. Trudno jest dopuścić mi w pełni do siebie myśl, że znaczę cokolwiek.
Jakby pewne równania miłości były nierównościami.
A tam zawsze był znak równości. I może właśnie ból wydobył do na zewnątrz.
Może właśnie ból, znów, pozwoli mi śpiewać o czułości...i brać ją od innych?
Choć przez chwilę zatrzyma mnie w moim szalonym biegu.

I w tym szarym dniu, w tym otępieniu lekami, w ciężkości powiek to dobra myśl. To cholernie dobra myśl.
I po raz pierwszy od długiego czasu to może choć trochę dobre, a nie niekomfortowe uczucie, że ktoś się martwi. I może, kto wie, może to ból sprawi, że nauczę się mówić „pomóż mi” wtedy, kiedy po prostu tego potrzebuję?



Zbudowaliśmy dom
Na poświęconej ziemi
Co stało się tam
Teraz dzieje się tu
Zimne poty i kozetki
To było najgorszym z moich lęków

Pomóż mi


Co nam pozostało, by o tym porozmawiać?

P.S. Post pisany pod wpływem mocnych leków, więc...przepraszam za ewentualny chaos. 

czwartek, 7 kwietnia 2016

O pieśni prostoty, którą śpiewa moje serce.

Wstać jeszcze przed świtem.
Powitać słońce. Usłyszeć słowika. Wyruszyć tak po prostu przed siebie, czując zapach rosy. Rosy, która obiecuje przygodę. Zbierać wilgotne jeszcze zioła.
Usiąść na ciepłym, rozgrzanym już leniwie słońcu i zmrużyć oczy.
Oto prawdziwe szczęście.
Pieść pochwalna na temat prostoty życia.

Moje życie jest taką pieśnią. A przynajmniej- chciałabym taką pieśń śpiewać, nieść przez świat. Bo to melodia mojego serca. Bo to słowa i dźwięki mojej duszy.
Prostota, klucz do mojego szczęścia.

***

-Taka mądra dziewczyna, a tak się tu marnuje, w tej pracy!- słyszę po raz kolejny w swojej pracy.
-Kiedy przestaniecie? Ile razy mam wyjaśniać?
-No ale mogłaś iść na medycynę, mieć prestiż, zarabiać większe pieniądze...
-Ale powiedzcie, po co mi to?

Powiedzcie, po co mi to?
Zrozumiałam to już dawno temu. Nigdy nie będę sławna, nigdy nie będę podziwiana przez ludzi dookoła. Nie będą widywać mnie wśród znaczących i wpływowych, szepcząc za plecami „oto ona”. Sama nie będę znacząca i wpływowa.
Nie mam takich ambicji. Nigdy nie miałam.

Należę do prostych ludzi. I takim człowiekiem chcę pozostać.
Nigdy nikim wyjątkowym, choć wiem, jak wyjątkowe jest moje serce i umysł, jak zresztą te, które należą po kolei do każdego z nas. Bo wszyscy przecież jesteśmy wyjątkowi. Wszyscy jesteśmy kimś. Wszyscy możemy być też szczęśliwi, każdy na swój sposób.
Niektórzy potrzebują do tego wybijania się z tłumu. Inni masy pieniędzy. Jeszcze inni prestiżu, uznania, posiadania wpływów na cudze duszy i władzy.
Ja potrzebuję swojego spokoju i prostego piękna. Nic więcej mi nie trzeba.

Nie spoczywam na laurach. Nie odpuszczam. Stale chcę się rozwijać- ale nie dla poklasku, nie dla oczu zwróconych w moją stronę.
Chcę się uczyć, żeby wiedzieć. Nie dlatego, żeby podziwiano moją wiedzę. Chcę rozumieć jak najwięcej w życiu, swoim i czasem po to, by pomóc innym. Nie zależy mi na dyplomach, na spojrzeniach zwracanych w moją stronę z podziwem, lekką trwogą, bo mam „taki pojemny umysł”.
Chcę spotykać jak najwięcej ludzi, nie dlatego, by mieć kontakty, które mi coś załatwią, ale dlatego, że kocham ludzi. Dzięki ich spojrzeniom zmieniam i swoje spojrzenie na świat. Dzięki ich myślom poszerzam swoje.
Chcę odczuwać, poznawać dotykać. Ale nie dlatego, że to cenne w naszym świecie. Ale dlatego, że to ważne dla mnie.

Skończyłam jedne studia, zostałam magistrem. Na początku poszłam na studia, bo szli wszyscy. Nie byłam w tym odmienna, choć zawsze miałam wielki głód wiedzy. I zaspokoiłam go w pewnych dziedzinach. Nauczyłam się tak wiele z fizyki kwantowej i zrozumiałam trochę podstaw funkcjonowania świata. Nauczyłam się tak wiele o ludzkim ciele.
Teraz zdaję sobie sprawę, że zdobywanie wiedzy było cholernie przyjemne. I studiowałam chyba głównie po to, bo nie wiem, czy wrócę na tą ścieżkę. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę pracować w „swoim zawodzie”, skoro pracuję inaczej i kocham to, co robię.
Nie zarabiam tak wiele, jakbym mogła.
Niektórzy twierdzą że to, co robię, jest obrzydliwe. W mojej pracy są kobiety, które nie przyznają się swoim mężom do tego, co robią, bo boją się, że ci poczują do nich obrzydzenie i wstręt.
Mało kto powie z dumą „jestem opiekunem medycznym”, powiedziane „jestem elektroradiologiem” w społeczeństwie słyszy się inaczej. Prestiż, duma.
Ale ja tego nie potrzebuję. Kocham to co robię, znalazłam swoje miejsce, jest mi tam obecnie dobrze. I kocham prostotę tej pracy. Kocham delikatne gesty i ciężkość fizyczną podnoszonych ciał. Kocham się męczyć, czuć po pracy każdy mięsień. Czuć, że coś zrobiłam i wiedzieć, że zrobiłam to dobrze.
Dobrze, bo z prostą miłością.
Nie potrzebuję poklasku, prestiżu. Chcę naprężonych mięśni i obolałego kręgosłupa, poczucia, że się żyje, że się działa. Tyle wystarcza. Nie potrzebuję strojenia się do pracy, makijaży, podziwu i trwogi w oczach, jak wobec pań za biurkiem. Wolę swój prosty, biało-niebieski uniform i pot lecący po twarzy.

Nigdy nie zobaczę podziwu w oczach, nigdy nikt mi nie powie, że daleko zaszłam, bo w końcu podcieram stare dupy. Ale zobaczę w oczach dziwną czułość i miłość tych, którymi się opiekuję. Proste uczucia.

Nigdy nie zostanę nikim wielkim, sławnym, podziwianym. Ileż to razy powiedzą mi, że się marnuję w tej pracy. A ile razy usłyszę, że nie mam ambicji, że mogłam z moim umysłem, tak lotnym i prawnym, zostać kimś wielkim?
To nie ma znaczenia. Tu i teraz jest mi dobrze, tu jestem szczęśliwa.
Tu zaznałam kolejnych prostych prawd w życiu. Tyle w tym momencie wystarczy.

***

Przypominam sobie smak naleśników z akacji i dotyk ciepłego, silnego ciała konia. Przypominam sobie kwitnące nenufary i grążele, jeziora zalane blaskiem słońca.
Przypominam sobie górskie wędrówki i zmęczenie nóg, obolałe od ciężkiego przecież plecaka plecy.
Przypominam sobie, że w głowie mam jedną naukę, iść przed siebie. Najprostszy instynkt, który dostałam po przodkach. Najprostsza nauka, która zajęła mi tyle czasu.

Bo tak naprawdę najwięcej nauczyłam się od tych najprostszych. Od roślin które rozsadzają korzeniami stawiane przez ludzi mury, od tych, które kiełkują pomimo mrozów. Od przyrody rodzącej się po zimie, od ptaków wciąż na nowo wijących gniazda.
Od dziecka obserwowałam naturę, aż stałam się nią.

Dowiedziałam się w swoim życiu tak wiele z książek, tak wiele nauczyłam się w szkołach. O ludziach, społeczeństwie, fizyce. Ale wszystko wracało zawsze do jednego punktu.
Wszystko, co w nas, nasze emocje, górolotne myśli o porządku świata i społeczeństwa zawsze wracały do natury. Do życia mrówki w mrowisku, do czułości wilka w stadzie, do siły rośliny kiełkującej spod ziemi.
Wszystkie skomplikowane wiersze, słowa i myśli zawsze, niepowtarzalnie wracają tam, skąd pochodzimy, tam, skąd ja pochodzę.
Wracają do natury, od której tak wiele się nauczyłam.
Wracają do tej, która uczy pieśni prostoty.

***

Nie wszyscy potrafią zrozumieć moje marzenia. Ci, którzy kochają piękne przedmioty, upinają modnie włosy, kochają drogie, luksusowe zapachy zamknięte w szklanych flakonikach. Ci, którzy wiele takich rzeczy uważają za prawdziwie piękne. Dla mnie to skorupy bez duszy.
Nie rozumieją, że chcę, żeby włosy były krótkie, praktyczne, tak, abo można je było szybko umyć w lodowatej wodzie strumienia. Nie rozumieją, że od zapachu większości perfum mnie mdli, robi mi się niedobrze. Nie wiedzą, naprawdę nie wiedzą dlaczego z zachwytem mówię o zapachu obory, a nie tylko siana. O zapachu mokrego psa, krwi czy świeżo spulchnionej przez dżdżownice ziemi.

Patrzą na piękne bibeloty, toaletki i niepraktyczne lusterka, na swoje pomalowane twarze, które udają i wpadają w zachwyt. Patrzą na coś, co dla mnie jest skorupą.
Dla mnie głaz ma duszę, duszę ma też drzewo, duszę ma zwierzę. Duszę ma też człowiek, ale tak często ją zgubił.
Nie chcę zatracić własnej duszy, dlatego mam pewne marzenie, mam pragnienie, mam cel. Cel, który mówi właśnie o prostym życiu.

Chcę wyjechać tam, gdzie diabły mówią dobranoc. Wyjść wreszcie z miasta, które tak bardzo męczy, tak pachnie spaliną, nawet, gdy zapach miesza się z zapachem porannej rosy leżącej na trawach w pobliskich parku.
Chcę wyjechać, zbudować nasz dom, dla mnie i dla tego, który kocha to samo co ja. Tego, który ceni prostotę życia. Żyć wśród drzew, z dala od ludzi, a jednak bliżej nich, bliżej niż w mieście, gdzie mijamy się anonimowo bez słowa w mrowiskach, których, w przeciwieństwie do mrówek, celu nie rozumiemy.
Znów mieszkać wśród drzew i już nie jezior, a gór. Mamy już upatrzone miejsce, mamy upatrzoną ziemię. Może na nas poczeka. I znów będę zbierać zioła. Hodować kozy, które przecież tak kocham, do których uporu mam taką słabość. Znów, być może, jak przed laty, jak mała dziewczynka, będę zbierać ptaki, które były skazane na śmierć. Te, które wypadły z gniazd i zielone dzięcioły ze złamanym skrzydłem. Znów je leczyć, by potem patrzeć, jak mogą latać.
Może oswoję małego kruka.
Może znów zamieszkają u mnie lisy.
Może znów będę tak blisko jeleni i wilków.
Póki co mieszkają w moim sercu i śpiewają pieść o prostocie życia. Śpiewają o marzeniu, które spełnię.

***

Marzę o domu, który będzie otwarty. W którym będą mieszkać psy, koty i kozy, ale będą mieszkać też ludzie. I każdy, kogo kocham, będzie mógł przyjechać i spojrzeć na prostotę życia. Spojrzeć na to, jak pracują moje ręce i poczuć, jak ogrzewa moje serce. Tak jak teraz każdy może przyjść do mojego mieszkania, mimo że nie czuć w nim zapachu koziego mleka i zielonej trawy.
To też prostota życia. Dzielić się nim w najprostszy sposób. Najprostszym, najczulszym gestem.
Dać lekarstwa, które leczą naprawdę, zebrać zioła. I dotknąć policzka, po którym spływa łza. Tak leczy się duszę.
Nakarmić każdego, kto się zjawi, bo z tego domu nikt nie może wyjść głodny.
Najprostsze rzeczy, bez słów. Śmiech, dobre jedzenie, trochę karmy dla duszy- trochę muzyki, wymienianych książek. I ciepło sierści kota. Czy trzeba więcej?
Prostota życia to też umiejętność dzielenia się nim i kochania. Tak jak w naturze, w tej, która wręcz zbudowana jest z miłości, której nie rozumiemy, bo za daleko odeszliśmy od ziemi, bo nie stąpamy już po niej boso.
Prostota życia to miłość zawarta w szklance mleka podanym do ręki. Chcę, by to było zawsze świeże.

***

Proste życie karmi duszę. Leczy ją.
Mówimy tyle razy, że karmimy serce pięknem, które nas otacza. Więc próbujemy znaleźć to piękno, a gdy jest udawane, sztuczne, zaczynamy się gubić, zaczynamy gorzknieć. Bo ile piękna zapewni ci porcelana jak z wierszy Barańczaka? Rzeczy, które chwycimy w dłonie nie uleczą duszy. To mówi pieśń mojej prostoty.
Duszę leczą rzeczy, które nie powtórzą się nigdy więcej. Ten i właśnie ten moment wschodu słońca. Ta podwójna tęcza na niebie, przez którą drży serce w piersi. Zapach tego jedynego deszczu, który nie spadnie już nigdy więcej. Pieśń ptaka, która za każdym razem brzmi inaczej, choć dla ludzkiego ucha bywa taką samą.
To ulotność rzeczy jest miarą ich piękna. To zrozumienie, że rzeczy nie są trwałe, że nie można mieć nic na własność uzdrawia naszą duszę. Bo gdy nie chcemy mieć nic na własność, gdy przestajemy trzymać w rękach to, co jest piękne tylko pozornie, możemy poczuć przepływający przez nas głos. Tylko wtedy możemy poczuć, jak przepływa przez nas strumień wspólnej miłości. I wtedy rozumiemy. I otwierają się nam oczy. I czujemy spokój.
Bo wszystko nagle jest połączone, ale nic nie jest na własność. Krew jelenia przechodzi w krew drapieżnika, pokarm rośliny karmi twoje płuca. Wszystko jest powiązane, ale wszystko jest ulotne. Nic nie jest na własność.
To prawdziwe piękno.
To medycyna prostoty życia, gdy to do ciebie dotrze, to kolejna mądrość płynąca z natury.
Gdyby nie pieśń prostoty życia, nigdy nie moglibyśmy być za to wdzięczni.

***

Mogą więc uznać mnie za dziwaka.
Dziwna, pewnie dla wielu zaniedbana kobieta, bez makijażu, z krótkimi włosami i za głośnym, prostym, a może prostackim śmiechem. Nie zachwycą jej drogie, piękne rzeczy. Nie lubi kruchej porcelany. Nie lubi nadmiaru rzeczy. Jedyne, co zbiera, to książki, bo płynie z nich wiedza. Tak, ceni sobie wiedzę, lubi się uczyć. Bo dzięki wiedzy, wiedząc coraz więcej, może rozumieć to, co czuje. Zrozumieć prostotę.
Dziwna kobieta, taka młoda, a już jakby nieraz stara. Ta, która nie rozumie potrzeby zdobywania władzy i prestiżu. Ta, która nie umie bawić się w gierki, bo woli prostotę. Ta, która nieraz nie znosi „wykształciuchów” i hipokrytów, nie znosi tych, którzy udają i wikłają rzeczywistość. Ta, która ma rubaszny śmiech.
Nie jest nonszalancka ani piękna. Nie jest elegancka, a jej dłonie są coraz bardziej spracowane. Czasem czai się za jej paznokciami ciemny krąg ziemi, nie brudu, a ziemi, w której kocha grzebać. Nie jest wyniosła, klnie, pije piwo zamiast wytrawnego wina. Nie nosi pięknych. Śmieje się z wyścigu szczurów, ale prawdziwe, dosłowne szczury kocha.
Nie da ci herbaty w eleganckiej porcelanie, gdy do niej przyjdziesz, ale w ogromnym fajansowym kubku. Nie położy ci dobrze sztućców na stole, bo jest leworęczna i stale to myli, ale nakarmi cię ciepłym obiadem albo zrobi po prostu kanapki.
Może będzie zbyt dosadna, gdy przyjdziesz do niej ze swoim problemem, ale na pewno nie zostawi cię z nim samego. Powie, co widzi wprost, co widzi najprościej. Bo sama nauczyła się prostoty.
Bo śpiewa jej pieśń. I może ona nie pasuje do tego świata. Ale pasuje idealnie do jej prostej duszy.

***

Czasem mam wrażenie, że to tylko prostota życia ratuje nas przed szaleństwem. Czasem mam wrażenie, że to ostatnia deska ratunku, gdy chcemy zapaść się pod ziemię, gdy chcemy umrzeć. Starczy wtedy, po trudzie nocy, po ciężkich słowach zaprzepaszczonych przez cudze błędy przytulić się do drzewa. To ratuje przed najgorszym. To ratuje przed ostatecznym. Prostota świata i piękno z niej płynące.
Bo życie tak naprawdę jest proste. Tylko my je komplikujemy. Nadmiarami emocji, dziwnymi, pokrętnymi wyborami.
Bo tak naprawdę, prostota, ta płynąca z natury, ratuje nas przed śmiercią. Ratuje nasze dusze, a także, co dziwne, i ciała.
A czasem ten, kto zazna prostoty, zrozumie ją, staje się lekarzem własnego życia. Przedziwnym szamanem.
Chyba już nim się stałam. Prostota i zrozumienie natury, zrozumienie też miłości już mnie uratowało. Czy może kiedykolwiek uda mi się tym podzielić, tak prawdziwie, jak pragnę?

Bo mi mało tej prostoty, tej, którą już teraz przecież mam. Chcę jej coraz więcej i więcej. Marzę więc o niej i tęsknię, widząc już pewne rzeczy wprost. Nie chcę władzy, nie chcę prestiżu, nie chcę zaszczytów, nie chcę porcelany. Chcę niekończącej się wędrówki między szczytami, świeżego koziego mleka, zimnego dotyku ptasiego dzioba. Chcę zapachu drewna i dotyku mchu pod stopami.
I już nie mogę doczekać się czerwca, kiedy dostanę tego namiastkę, kiedy to sprawdzę miejsce, w którym, być może, za 10 lat uda się postawić nam dom.
Prosty, zwykły dom. Taki, jaki mam już w swoim własnym sercu. Ten, w którym gra pieśń prostoty.




A na koniec panie, które rozumieją chyba prostotę doskonale. Warto obejrzeć i się wsłuchać :)

piątek, 1 kwietnia 2016

O mniej niż kiedyś lubianych urodzinach i sercach, które własnym życiem ocala się przez zapomnieniem.

Zawsze uwielbiałam swoje urodziny, wiecie o tym doskonale, prawda? Choć, dobrze, może uwielbiałam to za mocne słowo.

Lubiłam. Zwłaszcza lubiłam ten dzień od dnia, w którym poznałam was, chłopaki, ludzi, którzy rodzili się może w innym roku, w innej godzinie, ale jedna w tym samym dniu co ja.
Lubiłam już, gdy wcześniej troszkę poznałam ciebie Vincent I być może nie rodziłeś się w tym samym dniu, w porządku, ale w tym samym miesiącu. Miałeś ten sam znak zodiaku, taka błahostka, bzdura, znak zodiaku. Ale to tworzyło jakąś wspólnotę.

Bo barany jak pijani się śmialiśmy mecząc na polach w moim domu, pod naszymi drzewami, barany pachną świeżą wiosną, pachną kiełkującą trawą, przemianą. Bo barany najpierw robią, potem myślą, są ekstrawertyzmem, radością, żywiołowością, trochę brutalnością. Takim wiecznie radośnie po dziecinnemu żywiołem ognia który nie spala, bo przecież przez ten żywioł ognia przenika woda która pochodzi z roztopionego śniegu.

Śmieszna sprawa, ta astrologia. Bo nikt w to niby nie wierzy, ale zawsze mówimy, że „coś w tym jest”, czyż nie? Zawsze sprawdzamy głupie horoskopy w Metro i innych darmowych gazetach. Pamiętacie, jak zawsze czytałam nam horoskopy? Zawsze się upierałam i czytałam nam jeden, wspólny, a pasowało to z przymrużeniem oka do każdego życia.
Teraz też czytamy horoskopy ale nie mogę czytać jednego. Więcej słów. Wiecie, że kiedy to z kimś na początku robiłam, zabolało mnie to, ukuło? Teraz nie ma sprawy. Śmieszna sprawa, horoskopy, co nie chłopaki? Niby nikt nie wierzy, ale każdy mówi „ja najlepiej to dogaduję się...”. Cóż. Najlepiej zawsze dogadywałam się z pannami, lwami, wodnikami i innymi baranami.
Z wami. Kurwa, jak my się świetnie dogadywaliśmy.
I mimo wielu ludzi w moim życiu wiem, że nic takiego się już nie powtórzy. Mimo, że nawet gdy straciłam ciebie Królik, gdy myślałam, że nikogo nie pokocham jak przyjaciela tak silnie, pokochałam, to nadal tam są mury, nie ma całkowitego zaufania, otwartości w płaczu, smutku, nawet w cholernym zadawaniu ran, bo przecież, do cholery, i rany musieliśmy sobie zadawać! Ale tu nie ma tego zrozumienia i porozumienia jak u kwietniowych dzieci. Nie, nie znaczy że jest gorzej. Wcale nie. Jest inaczej. Jest pięknie, jest wspaniale. To całkiem inna miłość.
Ale właśnie- inna.
A może ja już jestem też innym człowiekiem?

Bo przecież bycie kwietniowym baranem, także przez moje panieńskie nazwisko, tworzyło jakąś wspólnotę.
Bo ktoś mógł być baranem i rodzić się jeszcze w marcu, jak A. który miał urodziny w pierwszy dzień wiosny. Ale to nie to samo. Bo nie pachnie już kiełkiem trawy.
Bo ktoś może rodzić się w kwietniu, ale pod koniec, już jest bykiem. I tak jakby nie rozumie wtedy tej wody płynącej ze śniegu, bo za późno.
A jak ktoś rodzi się już w maju, to jakby już w ogóle nie rozumiał tej naszej srogiej zimy, tej, z której wszyscy wyrośliśmy, bo my przecież, właśnie my, rodziliśmy się na śniegu a stawialiśmy pierwsze kroki na trawie! My, właśnie my, wiedzieliśmy, że wiosna to wcale nie absolutna zieleń, a szarość, w której zieleń stawia pierwsze kroki.
Nasze życia były prawdziwą wiosną. Wybijaliśmy przecież zęby na kruchym, ale śliskim lodzie na początku życia, żeby wreszcie nam zapachniało obfitością. My właśnie rozumieliśmy cykl życia i śmierci.

Więc widzicie, lubiłam te swoje urodziny, zwłaszcza w przeciągu paru lat, kiedy byliśmy razem. Wy i ja. Potem tylko Królik i ja, sorry Vince, wyszło jak wyszło.
Lubiłam te swoje urodziny. Nie dlatego, że to był wyjątkowy dla mnie dzień. Dlatego, że tak naprawdę, urodziny kwietniowych dzieci, kwietniowych baranów tworzyły wspólnotę. Bo to pieczętowało jakieś tajne porozumienie między nami.
Wiem doskonale, tak samo rozumielibyśmy nasze dusze, gdybyście urodzili się w styczniu, a ja w sierpniu. To nie miało nic do rzeczy. Wymyślilibyśmy coś innego, jakąś inną tylko dla nas dostępną rzecz, historyjkę, która tłumaczy, dlaczego nasze serca jakoś razem biją. A jednak...kochało się to, właśnie to, nadaliśmy temu znaczenie. Rodzenie w kwietniu stało się symbolem. Czekało się na urodziny, nawet jeśli nie spędzaliśmy ich razem, nawet, jeśli nie świętowaliśmy ich specjalnie. Ot, dzień jak dzień.
Ale to było nasze. Nawet gdy nie mogliśmy sobie spojrzeć w oczy, bo byliśmy tak daleko od siebie.

Dzień jak dzień.
Już jutro.
Nadal go lubię, ale jednak, trochę się go boję. Wiem, że będzie udany. Wiem, że będzie dobry, w ten albo inny sposób spędzany. Ale teraz po prostu już nie ma samej radości. Wniknęła w nią nuta melancholii. To słodycz złamana w beczce miodu jedną łyżką dziegciu.
Nie mogło być inaczej. Wy nie żyjecie chłopaki. Moje serce nadal bije.

Widzicie, nigdy człowiek nie sądzi, że to powie, ale nie znoszę tego, że w ten dzień już jestem wyjątkowa. Bo urodziny mam sama. Bo nie ma już kwietniowych dzieci, nawet, jeśli tylu znajomych, ważnych dla mnie ludzi rodziło się w tym miesiącu.
Bo tego nie zrozumieją.
Mam przy sobie tak wielu, których przecież kocham, z którymi się doskonale bawię, ale nie ma kwietniowych dzieci.

W zeszłym roku było trudniej. Bo w zeszłym roku były pierwsze samotne. Sądziłam, że w tym ochłonę. Nadal trochę się boję a może po prostu..przypominam sobie, że nasze serca biły razem, na początku kwietnia, biły jakoś bardziej razem.
Bije tylko moje chłopaki.
Przed swoimi urodzinami więc przypominam sobie, że tęsknię.
Przypominam sobie, że wasze serca muszę ocalić od zapomnienia.

Wiem, Vince, nie przepadałeś za tym kawałkiem, w ogóle za Grechutą. Ty za to, Króliczku, zawsze go kochałeś. Mimo to, że jeden się krzywił, jeden pałał melancholijnym entuzjazmem, często ją śpiewaliśmy. Wzruszałam się wtedy, nie wiedząc, jak ważny będzie, w jakiś sposób...
Nie sądziłam, że będę płakać gdy usłyszę go przypadkiem w radiu czy telewizji.
Nie sądziłam, że będzie ważny w kwietniu. Myślałam koniec sierpnia, listopad...a jednak...

Bo tyle razem dróg przebytych, tyle ścieżek przedeptanych....pocałunków, listów, schodów, książek...

Teraz zostały mi serca, które muszę, też w kwietniu, ocalić od zapomnienia.

I wiecie, przez to też nie skazuję urodzin na porażkę. Wcale nie.

Zamierzam, jak zawsze dobrze się bawić. Zamierzam może uronić parę łez, ale żyć w zachwycie. Właśnie żyć, bo mi tylko z nas życie zostało. Tylko ja nadal widzę, jak zielenią się drzewa, nadal pod stopami czuję chłód topniejącego śniegu, przemierzając świat.
Bo wasze serca ocalę od zapomnienia tym, że ja żyję. Tym, że stuknie mi kolejny, już 26 rok życia. Tym, że będę. Odczuwać kolejne lata, kolejne wiosny. Odczuwać miłość.
Bo nadal, jak w piosence mam upór, żeby powstać, by iść i dojść do celu- nawet, jeśli nieraz czuję się samotna, bo was nie ma. Mam upór barana, który nie poddaje się, gdy rodzi się na śniegu.
Tak, wiecie to doskonale. Sami tacy byliście.
Czasem mam wrażenie, że to nas łączyło, właśnie to najbardziej. Upór. Twardy zakuty łeb, w który życie może walić obuchem, ale my nie padamy ostatecznie.

Więc niedługo stuknie mi 26 lat, chłopaki. Staro trochę się czuję, już bliżej mi 30, niż 20.
Trochę staro, ale kocham to uczucie. Tego, że spełniam się w życiu. Tego, że kocham. Tego, że mam innych już przyjaciół i nie, nie boję się tego słowa. To po prostu inne przyjaźnie, zawarte w inny sposób.

Wiecie, na początku marca jeszcze, chciałam zrobić jakąś fajną imprezę. Taką, jak za starych czasów. Może też trochę po to, żeby odczarować tą datę, tego cholernego 2 kwietnia.
Ale im bliżej mi było, tym mój entuzjazm słabł. Nie poznalibyście mnie, serio. Bo kto by odpuścił okazję do imprezy? Poważnie, starzeję się. Przecież nawet prawie jakoś nie mam ochoty pić. Nie palę, nie zrobiłbyś, Króliku, z mojej czaszki popielniczki. Nawet ćwiczę.
Starość, a może dojrzałość. Nie mi oceniać, więc mniejsza o to.

W każdym razie, z każdym dniem bliższym moim urodzinom, stwierdzałam, że to felerny pomysł. Chciałam zrobić grilla, jakąś imprezę w plenerze. Pogoda nie sprzyjała, bo przecież jeszcze tak zimno, jeszcze tyle tego echa zimy...dobra wymówka.
Tak naprawdę, od razu zauważył to Mąż. Że się boję. Że chciałam rzucić się na głęboką wodę.
Że jest po prostu za wcześnie, bo do cholery, przecież dopiero co pozbierałam się po twojej śmierci Vince ( nie wiem czemu, w ogóle przypomniało mi się, że pod koniec kwietnia dowiedzieliśmy się, że umierasz, śmieszne, co?) a co dopiero po śmierci Królika....
Przecież nie muszę się śpieszyć. Przecież nic na siłę. Nie muszę nikomu nic udowadniać...ani tym bardziej sobie. Chyba i tak jestem silna, co nie, chłopaki? Chyba i tak mało patrzę w przeszłość, raczej chłonę życie, jak jakaś pierdolona gąbka.
Nie muszę uwielbiać swoich urodzin. Starczy, że będę je lubić, cieszyć się na życzenia, okazjonalne piwo, przestanę się bać. Też tak uważacie?
Starczy, że zrozumiem pewnego roku, że to może być mój wyjątkowy dzień, a pamięć o was wcale nie musi być okupiona pewną melancholię...bo swoją miłością już ocaliłam wasze serca od zapomnienia. Bo przecież przez to, że się spotkaliśmy i pokochaliśmy, wy już w moim życiu staliście się wieczni.

Spróbuję małymi kroczkami.
Dzisiejszy wieczór przed urodzinami spędzę z innym kwietniowym dzieckiem, które nie jest jednak baranem i z dawno nie widzianym bardem, który może właśnie dla mnie weźmie gitarę, mimo że trochę wstydzi się grać. To jakiś zaczątek imprezy, jakieś odczarowanie, wigilia dziwnego dnia, który kiedyś uwielbiałam, dziś muszę po prostu lubić. Może nawet dołączy jeszcze jedna osoba, może nawet wyprawimy się w kurs po barach? Kto wie?
2 kwietnia już będę leczyć kaca z Mężem, z nim wędrować po Poznaniu, głaskać kozy w zoo. Bo teraz on jest tym, który rozumie mnie najbardziej. Bo on jest tym, który mnie najbardziej kocha. Zawsze dotykał samego rdzenia mojej duszy i właśnie on zrozumie, dlaczego się nie uśmiecham momentami podczas tego tak szczęśliwego, wyjątkowego dla mnie dnia. On nie będzie pytał, on wszystko odczaruje.
Bo przecież on, przede wszystkim on, jest tym, który będzie być może kiedyś musiał ocalić moje serce od zapomnienia. Moje szare jak kwietniowe chmury oczy, które się kiedyś zamkną.

Chciałbym oczu twoich chmurność ocalić od zapomnienia.

I wiecie, chłopaki, tak naprawdę...to cieszę się, że mija kolejny rok mojego życia. Tak oficjalnie, choć wiem, urodziny to przecież...no dzień jak dzień. Choć wiem, że czas jest iluzją, ale my potrzebujemy, tego odliczania, dat, wieku.
Cieszę się, że minął kolejny rok, bo był wspaniały, mimo że spędziłam go już bez was. Mimo, że w ciągu tego roku, 25 roku mojego życia, wiele razy musiałam zamykać wasze martwe już, pokryte bielmem oczy w mojej wyobraźni. Mimo, że musiałam was ożywiać w moim sercu, mimo że musiałam was chronić. Ocalać od zapomnienia.
Cieszę się, mimo że to był ciężki rok mojego życia, w którym tak boleśnie złamano mi serce, w sposób gorszy, niż mogła to zrobiła to wasza śmierć. Mimo, że przez to jeszcze bardziej mi was brakowało, a przez wasz brak, teraz to rozumiem, mogłam popełnić najgorszy błąd w swoim i cudzym życiu.
To był dobry rok, mimo że po tym wszystkim, w wieku 25 lat, mając przed sobą w teorii większość życia, myślałam tak wiele razy o tym, by to życie zakończyć, brawurowo je sobie odebrać. I nikomu nie przyznałam się do tych myśli. Zresztą, nikt by nie wziął ich na poważnie, bo przecież jestem taka radosna. Myślę, że w 26 roku życia powinnam się do nich przyznać. Zacząć mówić o nich głośno. W ogóle, będąc starszą i dojrzalszą powinnam nauczyć się mówić o wielu rzeczach.
To był dobry rok, pomimo rozstań, bo prowadzą one po prostu do innego etapu. Poza tym, to był przecież też rok spotkań, tylu spotkań, w których coraz częściej rozumiałam, jakim jestem człowiekiem- i jakim chcę być.

Bo przecież w tym 25 roku życia znalazłam swoje miejsce na ziemi, swoją ukochaną pracę, w której, mając jeszcze 25 lat, usłyszałam na ocenie pracowniczej, że jestem najlepszym opiekunem i jako jedyna jestem oceniana maksymalnie. Gdy miałam 25 lat, poznałam inną trochę przyjaźń, tą, która mieszka w tej samej kamienicy, bo gdy tyle lat miałam, właśnie tu zamieszkała. Poznałam Księcia mając 25 lat, wcale nie z bajki, a śpiącego Królewicza, zamkniętego w celi swojego ciała. Kochałam pomimo ran. Znów udowodniłam sobie, że przetrwałam, że mimo iż upadam, mam ten nasz cholerny upór rodzonych na śniegu a czujących pod nim trawę. Tyle razy się śmiałam. Mimo, że straciłam namiętność, na nowo ją w sobie zbudziłam. W tym 25 roku życia dojrzałam, stałam się czulsza, bardziej naiwna, bardziej otwarta. Nauczyłam się ufać mimo łamania serca. Odebrałam wiele cennych lekcji.

Mam wrażenie, że 26 rok będzie podobny. Będę witać się i żegnać. Odbiorę parę lekcji, zada mi ktoś kilka ran. Rozbiję głowę o czyjś mur. Będę kochać, cieszyć się życiem, oddychać pełną piersią. Będę zdobywać góry, z tym którego kocham, razem też z przyjaciółmi.
Znów zobaczę zachód słońca w Tatrach.
Moje oczy porazi zieleń w Bieszczadach.
Tak, to będą też piękne rzeczy.

Ćwierć wieku mi mija, chłopaki. Wiecie, że was gonię? Co więcej...mam zamiar przegonić. Mam zamiar żyć dłużej niż 27. Dłużej niż 31. Dłużej niż 32. Dłużej niż 45.
Znacie te cyfry, prawda?
Mam zamiar je pokonać.
Mam zamiar was przegonić i nawet się zestarzeć. To wy będziecie wiecznie młodzi.

Tak jak mam zamiar pokonać znów 2 kwietnia i cieszyć się z tego dnia. Z moich, już tylko moich, 26 tym razem urodzin.
To będą dobre dwa dni. I mimo że trochę się boję, już nie mogę się doczekać. Mimo, że was już nie ma, że nie mogę świętować z wami. To smutne, ale wasze odejście to część życia.
Tak jak częścią mojego życia, każdego roku mojego życia, zawsze będzie tęsknota za wami. Wspomnienia o każdym naszym wspólnym trudzie, wspomnienia o ciężkich wieczorach w miastach, wspomnienia o wymienianych książkach, wspomnienia o radościach, żartach, pitych razem winach.
Tak jak częścią mojego życia, chłopaki, będzie zawsze moja wiecznie żywa miłość do was.

Ale w życiu zawsze jest przede wszystkim życie, nawet jeśli przesłania je zima śmierci. Zawsze przychodzi wiosna. I mam zamiar żyć, znów, tak po prostu.
Tak, to piękne życie które ocalę przed własnym zapomnieniem, bo nie zatracę się w przeszłości, nie zatracę się w tęsknotach. To piękne życie, w którym jest wiele listów, pocałunków,schodów, książek i trudów, radości przeżywanych z innymi ludźmi. Z moim Mężem. Z Red. Z ludźmi, których widzę nieraz nawet i raz do roku, ale nigdy o sobie nie zapominamy.
Nadal z kimś rozkrawam chleb.
Nadal kocham, ich kocham i was kocham chłopaki, żadna miłość się nie wyklucza.
To piękne życie. Więc jutro będę je świętować, jego dalszy ciąg, jego upływ. I wypiję koniecznie wasze zdrowie.



Ile razem dróg przebytych?
Ile ścieżek przedeptanych?
Ile deszczów, ile śniegów
wiszących nad latarniami?
Ile listów, ile rozstań?
Ciężkich godzin w miastach wielu?
I znów upór, żeby powstać
I znów iść i dojść do celu

Ile w trudzie nieustannym
Wspólnych marzeń, wspólnych dążeń?
Ile chlebów rozkrajanych?
Pocałunków, schodów, książek?
Oczy twe jak piękne świece
A w sercu źródło promienia

Więc ja chciałbym twoje serce ocalić od zapomnienia.