Zawsze to przeczucie.
Jesteś przecież Wiedźmą. Tą, co
wie. Dziką Kobietą, jak o tobie nieraz mawiali.
Pojawiło się w górach, gdy zniknęły
słowa. Gdy w niziny nie docierały żadne sygnały. Gdy zostałaś
ze wspaniałymi ludźmi, z tymi, którzy też cię kochają...ale gdy
w pewnym sensie zostałaś odcięta.
Gdy nie docierały słowa.
Sygnały z zewnątrz, od których nie
umiesz uciec.
To przeczucie, które towarzyszy ci już
jakiś czas, do którego nie chcesz się przyznać sama przed sobą.
Nieraz przecież nie chcesz wiedzieć.
Nieraz nie chcesz znać prawdy, kłamiesz sama sobie i wszystkim
dookoła. Najgorzej, gdy i on, twój mężczyzna, potwierdza sam z
siebie, bez twoich pytań, twoje przeczucia.
Jesteś Wiedźmą. Tą, która wie.
Ta, która wie, jak wiele się zmieni,
jak będzie nieraz boleć, ale jak i będzie pięknie. Jesteś tą,
która wie w swoich i cudzych życiach, ale nie chce nic nieraz
mówić.
Kiedy w końcu się nauczysz, że warto
słuchać i przygotować się na pewne rzeczy?
Właśnie to robię. Właśnie się
przygotowuję, przed wielkim wybuchem, przed wielkim krachem.
Pewne rzeczy kończą się. Pewne
rzeczy są naturalne.
Ty wiesz. Ty nie chcesz mówić, że
żeby coś się zaczęło, coś musi się skończyć. Nie chcesz
mówić komuś, że żeby coś dostał, musi zapłacić. Żeby
zyskał, musi coś stracić.
I nawet, jeśli to ty masz być stratą,
to dobrze, jeśli to oznacza cudze szczęście.
Pewne rzeczy się kończą, inne
zaczynają. Pewne zmieniają się jak w stubłysku. Mimo, że nie
chcesz zmieniać ich kształtu, wiesz, że to naturalny rytm życia.
Wiesz, że z pewnymi rzeczami musisz się pogodzić, nie ma innej
rady. Nawet, jeśli przez to płaczesz.
Nawet, jeśli wiesz, jak będziesz
tęsknić. Za tym, za tamtym. Za długimi wieczorami, które wcale
się nie dłużyły. To nic.
To nic.
Coś musi się skończyć. Coś, kogoś
musisz stracić, gdy staje na własnych nogach. I nie musisz być
wcale matką, by rozumieć, co znaczy, że ktoś uczy się latać.
Wcale nie musisz być matką, by
rozumieć, że zaczyna się nowy etap i znów trzeba skupić się na
swoim życiu. I choć cudza obecność zadała ci tyle ran, tyle, ile
nikt ich nie zadał...wiesz, że będziesz tęsknić. Godzisz się z
tym. Bo kochać znaczy umieć zrozumieć zmianę. Bo kochać znaczy
umieć dać odejść, w jakimś sensie odejść życia.
Bo kochać, znaczy umieć też dać
zdruzgotać swoje życie, żeby cudze się ułożyło. Bo wiesz, że
tak będzie. Twoja intuicja się nie myli. I mimo że teraz wyszłaś
na tak jaskrawe światło wiesz, że pogrążysz się znowu w
mroku...
Ale to nic. To nic.
Coś się kończy, coś zaczyna. To
zawsze tak działa, mówisz sobie, chociaż nieraz chcesz zatrzymać
rzekę losu, bieg czasu, mimo że wiesz, że to niemożliwe. Coś
zmieni kształt. Coś się skończy. Wypuścisz ptaka z klatki,
wypuścisz swoje serce.
Już teraz wiesz, że za jakiś czas
coś się skończy. Zrozumiałaś to też w górze. Wtedy, kiedy
zrozumiałaś, jaki kształt ma mieć i twoje życie. Zrozumiałaś,
że niezależnie, jak i inne rzeczy się potoczą...pewne sprawy
zmienią kształt i nie będzie powrotu.
Dopuściłaś wreszcie do siebie tą
myśl
Bo to rozdwojenie i przeczucie trwa już
długo. Bo przeczucia, których nie chcesz słuchać...szepczą już
tyle czasu.
Od czasu zadanej rany wiesz, że jedne
życia nigdy się nie rozejdą, bo splecione są na wieki, ich ciała,
ich dusze. Ale wiesz, że mimo że z kimś chciałabyś znów spleść
swoje życie, w inny sposób...nie da się. Albo, da się, ale nie w
takim kształcie, w jakim początkowo chciałaś. Pewne ścieżki
twoim własnym życiu, we własnej historii są owszem, do
przebycia...ale mają za wielką cenę.
Po prostu nie da się. I cierpisz
będąc, patrząc w te oczy i cierpisz nie mówiąc, nie widząc, nie
czując. Ale może to ten moment.
Ten moment, w którym wiatr powoli
ucicha. W twojej głowie, w twoim sercu i ktoś je uciszył. Ktoś
uciszył też wspomnienia, tego, co było. Zmienił w głowie kształt
przeszłości.
Ale i wiesz, że coś zmieni kształt w
przyszłości. Wiesz, że coś się skończy. Coś będzie innym
zgoła stworzeniem. Mniej puchatym. Wyrośnie temu ostra
szczeciniasta sierść i pazury. Ale nie boisz się drapieżników,
prawda?
Sama jesteś jednym z najsilniejszych,
sama w sobie.
Jesteś niedźwiedziem. Tak
symbolicznie, podczas tej wędrówki, pod tymi gwiazdami, jesteś
niedźwiedziem.
Teraz, od jakiegoś czasu czujesz, jak
wiele zmienia się w tobie. Ty zmieniłaś kształt, ty znajdujesz
dawną siłę.
Siłę sprzed kolejnej śmierci, siłę
sprzed czułości. Siłę sprzed stania się jej kurwą, kiedy
zaczęłaś za bardzo rozdawać siebie i dbać bardziej o cudze
dobro, niż o swoje. Znajdujesz dawną siebie, tą sprzed jesiennej
rany. Widzisz jej blask, siłę jej sprężystego ciała, którego
nie chcesz już karać, Które chcesz kochać.
Wiesz, że wiele umarło, wiesz, że
nie ma powrotu do dawnego- ale znajdujesz swoje życie. I wiesz, że
pewne rzeczy zmienią kształt. Tam, tamtej nocy pod gwiazdami to one
ci to szeptały. Wiesz, że rzeczy zostaną, ale i umrą.
Wiatr szeptał ci to wystarczająco
głośno, Wiedźmo. Szeptały koty zaplątane nocą w twoje nogi,
szeptały jelenie serca, szeptały migoczące w dolinie gwiazdy z
najczystszego nieba.
Zaufaj sobie. Zaufaj intuicji. I żyj.
Żyj, nawet gdy przychodzą zmiany.
Żyj jak najmocniej, zanim zmiany
przejmą was wszystkich. Żyj ze wszystkim choć...mimo to, już
odsuwasz się na boczny tor.
Żyj, gdy czujesz siłę, żeby coś
odrzucić a coś przyjąć. Żyj, gdy widzisz, że musisz odciąć
pewne rzeczy, żeby i inni stawali na nogi. Stań się osobnym bytem,
przestań być matką, którą pożerają własne dzieci, przestań
być pelikanem z kościelnej wieży, który rozdziera swoją pierś,
żeby nakarmić swoje pisklęta.
Coś się kończy, coś zaczyna.
Jeszcze trochę, ale czuję to. Powiedział mi wiatr, powiedział mi
szum traw. Powiedział mi czas bez słów, powiedział mi świat poza
światem.
Zaczynają się rozchodzić drogi na
różne pomniejsze. Zaczynają inaczej prowadzić trakty, a we mnie
tak wiele się zmienia, we mnie gra tak dziwna melodia.
I mimo smutku, czuję wszechogarniające
szczęście. Słucham swojego głosu, który przysporzy mi tyle
cierpienia, który zawiedzie mnie tam, gdzie nieuchronne....słucham
go i czuję się wolna.
Na nowo czuję się wolna.
Wiem, że coś się kończy, coś
zmienia kształt. Ale przestaję czuć zimno, cudze zimno, które być
może wreszcie sięgnęło wiosny i roztopów. Czuję się wolna,
wiedząc, że słońce może sięgnąć w najróżniejsze zakamarki i
to nie tylko to słońce, które ja noszę w sobie.
Bo i ono może się wypalić, i to
trzeba chronić.
Po śmierci jednak zmartwychwstaję, po
zachodzie i nocy znów świt, choć to śmierć i noc najwięcej
powiedziały. Najwięcej znów o mnie samej. Najwięcej o
najważniejszej miłości. I najwięcej o innych.
Czasem noc właśnie bywa potrzebna, by
docenić świt. Czasem to noc otwiera oczy i pokazuje wszystko takim,
jakim jest Prawdziwie ciemna noc, która wydobywa na nie
zanieczyszczonym nocnym niebie wszystkie gwiazdy, które można
zobaczyć.
Prawdziwie ciemna noc bez słów,
samotna nocna godzina pod gołym niebem, z zimnym ciałem, która
wydobywa na wierzch wszystkie gwiazdy intuicji, jej podszeptów,
wszystkie światła, które w mroku to we mnie, właśnie we mnie
świecą jeszcze bardziej. Jeszcze jaskrawiej.
I właśnie znów pod czystym niebem,
zrozumiałam. Dotarła do mnie ta myśl że wcale ...nie jest źle
nieraz odpuścić.
Nie jest źle odpuścić, wypuścić
pewne emocje, sprawy, wypuścić i relacje na wolność. Że wcale
nie trzeba mieć poczucia winy. Że wcale nie trzeba wracać do
zamierzchłej przeszłości, w której winy szukało się tylko i
wyłącznie w sobie, tam ,gdzie jej nie było.
Znów czarne niebo pomogło mi, to, bez
księżyca, to, które pozwala wejrzeć w siebie. Znów energia
ukryta w świecie tak bardzo, że kazała na wierzch wydobyć swoją
i zapłakać, udając przed światem, całą resztą, że płacze się
przez stłuczone udo. Udając przed światem, ale już nie przed
sobą.
Intuicja i wiedza pęcznieją we mnie.
Światło dojrzewa i nabiera żółtej, ciepłej barwy, nie jest
światłem higienicznej, sterylnej sali operacyjnej, na której
rozkładam swoją duszę na czynniki pierwsze. Rosną we mnie zmiany,
docieram do źródła i znajduję nowe. Całkiem jakby miała we mnie
wezbrać powódź, całkiem jakby moje ciało miało pęknąć,
rozerwane, tak, bym z jednego kawałka serca mogła narodzić się na
nowo.
On mówił nie daj się zamrozić, masz
elastyczne serce,znajdziesz szczęście. Sam je znalazł. Znalazłam
je na nowo ja, w tym samym, co kiedyś, co przed laty.
Być może, czas tylko pogodzić się z
tym, że stracę pewne rzeczy. Pewne relacje zmienią kształt. Pewni
ludzie odejdą.
To naturalna kolej rzeczy. Bo w świecie
nie ma nic stałego. Bo nie można niczego oczekiwać. Trzeba słuchać
wiatru, który płynie ze świata, wiatr, który płynie przez
serce...i nieraz tylko, tym najważniejszym, pozwolić go uspokoić.
Wiem, że wiele się zmieni. W moim
życiu, we mnie. W paru relacjach. Wiem, że to już się dzieje.
Ale nadal będę to właśnie ja. Ze
swoją siłą. Ze swoją, mimo wszystko, miłością i czułością.
Ze swoim szczęściem, cały czas dzielonym przede wszystkim na
dwoje. Czy tyle starczy w moim świecie?
Zaśnij teraz pod moją skórą
Upewnij się że spróbujesz
zaczarować wiatr
I uspokoić mnie
(...)
Poczekaj tam
Pozbieraj się z tego stanu kochanie
Przyznaj się, że udawałeś
Od teraz możesz dojrzewać
P.S. Jakoś na dniach postaram się
konkretniej, całkiem tradycyjnie ( jak na mnie) opisać wyjazd w
Bieszczady...tymczasem, to kolejne myśli wieczora niedługo po
powrocie, które aż rozpierają i które trzeba przelać, bo inaczej
umysł, serce wybuchną. To tyle, niedługo wracam z relacją...i być
może, nawet zdjęciami, na które czekam:)
Emocje, emocje, emocje... Sama też powinnam podchodzić podobnie do zmian, o których piszesz. Zwłaszcza, jeśli chodzi o pozorne oddalenie, to 'wyfrunięcie z gniazda". Nie dojrzałam jednak do tego stopnia, co Ty.
OdpowiedzUsuńI właściwie nie wiem, co jeszcze napisać. Pobyt inspirujący i oczyszczający, a tego oczekiwałaś, prawda? :)
Co takiego się zmieni? Mam nadzieje ze to nic złego mimo tego że powiało grozą :)
OdpowiedzUsuńNic nie trwa wiecznie, a zmiany są nieuniknione.
OdpowiedzUsuńDla mnie powiało mrokiem i smutkiem. Nie zrozumiałam, prawa?
OdpowiedzUsuńTak właśnie poważnie się zrobiło, ale jednak wyczuwam jakąś nową... energię? siłę? Więc chyba dobrze :) Ciekawa jestem, czy będą to zmiany wyraźnie zewnętrzne typu jakieś przeprowadzki i tak dalej, czy na razie to twoje wnętrze się zmienia :D Ale myślę wszystko wyjdzie w praniu xD
OdpowiedzUsuńI cóż, czekam na więcej bieszczadzkich opowieści :)
Jest taka stronka "metafizyczna groza" i myślę, że to dobre określenie klimatu, jaki w tym poście zapanował :D
UsuńWszyscy piszą o grozie, a ja nie rozumiem o co chodzi. Trochę jest smutku w tym wpisie, przynajmniej ja to tak odebrałam, ale czy o to chodzi to nie wiem, po prostu jest tajemniczo, padły słowa niedopowiedziane i tyle, czekam na więcej informacji!
OdpowiedzUsuńKobiety już takie są... Mają przeczucia, intuicję i tym się kierują, ale czasem ta intuicja potrafi być myląca. Nie nazwałabym nas wiedźmami, chociaż czasami faktycznie tak się zachowujemy :D często nieświadomie... a jak ktoś nam to uświadomi, jest jeszcze gorzej. Coś się kończy, coś się zaczyna. Na tym polega płynność życia, płynność czasu :) Może teraz nas to smuci, bo pewnych rzeczy nie rozumiemy, ale z czasem wszystko stanie się jasne :)
OdpowiedzUsuńZawsze polegam na swojej intuicji, czasami kieruję się emocjami ale wtedy to zawodzi. A zawsze jest tak, że pewne etapy się kończą, żeby mogły zacząć się kolejne.
OdpowiedzUsuńJestem bardzo ciekawa Twego wyjazdu. W sumie nie znam Bieszczad, a chętnie w końcu bym pojechała. Czekam na opowieść, w jakim miejscu byłaś.... :)
OdpowiedzUsuńjaki mrok tutaj zapanował ;) Przyjemnie się czyta te twoje wywody. Zmiana jest nieunikniona, mam nadzieję, że wyjdzie ci na dobre. (i chyba teraz przez cały czas będę się zachwycać twoim niezwykłym kunsztem pisarskim)
OdpowiedzUsuńciągle coś się kończy, coś innego zaczyna. dzięki temu się rozwijamy, zmieniamy, doskonalimy, nie jest nudno i niech tak zostanie. powodzenia!
OdpowiedzUsuńA ja wciąż w biegu, wciąż między jednym końcem a drugim, wciąż między "chcieć" a "być".
OdpowiedzUsuńJestem tą, która wie. Mimo to wciąż nie mogę pogodzić się z brakiem stałości materii.
wciąż szukam czegoś, czego mogłabym uczepić się z nadzieją, że ta jedna rzecz się nie zmieni.
coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, ze pewna jest tylko śmierć.
Ostatnio - mimo że uważam się za kobietę raczej nowoczesną - dostrzegłam, że tak w głębi duszy boję się zmian. Zawsze budzi to we mnie obawę, ale teraz - w obliczu prawdopodobnej zmiany jaka mnie czeka - jestem przerażona. Pozdrawiam, tak Duo tu emocji.
OdpowiedzUsuńTak wiele Twoich słów, choć pewnie związanych ze sprawami całkiem innymi, mogłabym podpisać pod siebie.
OdpowiedzUsuńCzasem chciałabym tylko zapewnienia, że moje lęki są bezpodstawne, że coś się wcale nie zdarzy, że nie powinnam się tak obawiać, tak.. bać.
Frido, pozdrawiam Cię z nowego miejsca w blogosferze :)
OdpowiedzUsuń