niedziela, 8 lutego 2015

O tym, że sami powinniśmy móc decydować o tym, czy zechcemy odejść w stronę morza, czyli o tym, że w całej dyskusji o eutanazji chodzi nie o politykę, etykę i inne górolotne hasła, a po prostu o człowieka

Nie chcę już pisać o swoich kolejnych kryzysach, łzach, wybudzanych znienacka demonach.
Demonach, które tym razem wrócił z jeszcze dawniejszej przeszłości, choć sądziłam, że z tym się uporałam. Które pokazują szeroko rozwarte oczy ciała, w którym była dusza, którą się kochało.
Jeden list i wszystko się przypomina, jeden stary tekst, jedna stara piosenka. Starry, stary night. Rozgwieżdżone niebo, na którym już nie ma kilki gwiazd, bo spadły, sierpniowej nocy 3 lata temu, listopadowej zimnej nocy nawet nie pół roku temu.

Ale mam dosyć swoich kryzysów, zapisywania ich tutaj,zalewania się łzami.
Robię się zmęczona, po prostu zmęczona. Chcę bez łez oglądać dawne obrazy, myśleć o życiu, nie o śmierci.
Ale diabły wyskakują zza rogu, niespodziewanie nieraz.

Mimo to uparcie szukam spokoju, bezpiecznej przystani, oazy na pustyni.

Taki spokój nie wróci być może nigdy.
Nie wróci i będę zamęczać wszystkich dookoła, będę zamęczać też wszystkich tutaj kolejnymi słowami powstałymi w spazmach. Choć nadal się bronię, ale po prostu- spokój najwyraźniej nie jest mi na razie pisany. Na pewno nie spokój śniącego dziecka, niedotkniętego śmiercią.

Po tym wszystkim w życiu, rozwartych martwych oczach, zawsze coś zaczyna gryźć od środka. Mówię sobie, że ani spokój, ani paranoiczne wręcz histerie i tęsknoty, nie mogą być wieczne, żadne z nich.
Wieczne szarpanie zabija, a wieczny spokój nie koi i staje się nudny. Cholerny truizm- życie to sinusoida, bez bólu nie doceniasz radości i ulgi, bez burzenia- tworzenia. I tak w kółko.

A bez śmierci nie doceniasz życia. Znów myśli podążają w jednym kierunku i tego nawet wam nie umiem oszczędzić.
Bez śmierci nie doceniasz życia.

Banał nad banałami. Ale tak często zapominany. Ukrywany. Docenienie życia to coś innego niż cieszenie się nim? Dla mnie to to samo. Ale tu już by chyba zaszła pewna polemika, bo to nie jest związek logiczny, to związek, który tkwi w moim sercu.

Mawiają zresztą, że nie musimy bać się śmierci, bo to część życia, nawet nie jego odwrotność. Mawiają, że umrzeć to jak się urodzić, tylko, że w drugą stronę, tak mówił mi zawsze ten, którego też już nie ma. Mawiają, że gdyby każdy miał obiecane, że spokojnie zaśnie, to nikt śmierci tak naprawdę by się nie bał. I coś w tym jest.
Choć ostatnio mnie, Fridę, nachodzą dziwne myśli. Jak to będzie umrzeć. Jak to będzie w „tym” momencie. Czasem ogarnia mnie strach- nie myślcie, bynajmniej, że Frida się nie boi. Ja tylko oswajam lęk przed śmiercią, przebywam z nią, ale mam instynkt przetrwania jak każdy człowiek. Nie chcę się za szybko przekonywać, jak to jest trwać ze świadomością, że umrze się za tydzień, może dwa. Nie chcę wiedzieć dokładnie, kiedy, nie chcę już teraz łapczywie gryźć powietrza, dusząc się, gdy moje serce i płuca odmawiają posłuszeństwa. Ale mam świadomość, że to mnie czeka. Jak każdego z was.

Śmierć jest trudnym tematem. Zwłaszcza śmierć dzieci. Zwłaszcza śmierć ukrywana w szpitalach i hospicjach. Śmierć z wyboru.

Jakiś czas temu, ba, parę lat temu, przeczytałam o wojnie z panem Owsiakiem, który wypowiedział się, że jest zwolennikiem eutanazji. Zaczęło się od zbierania pieniędzy na starszych ludzi zamiast na dzieci, co dla niektórych już było „złem”. Bo w Polsce istnieje przekonanie, nie tylko w NFZ, ale i społeczne, że ktoś może być za stary na leczenie. Bo w Polsce mamy ciche umieranie w bólu osób starszych. Z tym się zgodzę i to smutne, ukrywanie chorych po pensjonatach, ukrywanie śmierci i braku leczenia w hospicjach, skazywanie na smutny los bólu. Ale to całkiem inny temat, choć powiązany.

Leczyć osoby starsze trzeba jak i młode, choć nieraz rozumiem „przewyższanie korzyści” jak w przypadku raka- nie zaaplikujesz leczenia chemioterapeutycznego osobie starszej, bo szybciej niż na raka umrze od agresywnej terapii. Sytuacje są różne, jak to, że nieraz nie leczymy na onkologii raka prostaty u starszych panów bo rozwija się on powoli i nie ma to sensu, bo zanim umrze na raka naprawdę umrze ze starości, choć przewidzieć nie idzie, ale nieraz ot tylko męczarnia dla człowieka, któremu tak czy siak zostało parę lat życia. Ale mówię, sytuacje są różne, które czasem trzeba zrozumieć.

I dlatego też jestem zwolennikiem eutanazji, choć ma ona i swoje przeciw. Może w tym względzie jestem ślepą idealistką, nie wiem. Nie twierdzę, że utopie są mi dalekie i mam monopol na rację.

Nie mówię bowiem o eutanazji eugenicznej, gdzie rodzina może pozbawić na życzenie nie całkiem sprawnego krewnego, który jest ciężarem. Nie mówię o eutanazji osób nieświadomych, osób oligofrenicznych, dzieci z zespołami chorób genetycznych, starszych osób. Choć wiem, to idealizm, bo gdy otworzy się jakąś bramkę, pewne rzeczy nieraz posuwają się do absurdu. Nagle wychodzą dawniej zakopane demony. I tak, jestem tego świadoma, jestem świadoma tego, że eutanazja może być nadużywana, może być przesadzana, jak chęci do prawnie legalnego samobójstwa ludzi w depresji.

Z drugiej jednak strony czy my już w pewien sposób nie dokonujemy eutanazji społecznej. Zamykając niewygodnych, śliniących się staruszków i takież dzieci w ośrodkach specjalnie dla nich przeznaczonych. To jest już w pewien sposób ciche przyzwolenie na to, przed czym otwarcie nieraz się bronimy.

Nie mówię mówiąc o eutanazji, że życie człowieka, który nie chodzi, czy który nie ma świadomości, nie jest godne. Godność człowieka występuje zawsze, co widziałam może aż przesadnie dosadnie na swoich praktykach niedawnych.

Zawsze, po prostu zawsze, drugą istotę, zresztą, w moim mniemaniu nie tylko tą ludzką, trzeba szanować. Ten człowiek nawet w pampersach może być piękny, jak były może Ptaszyny. Ten człowiek, choć cierpi i nieraz wprawia nas w stan istnej histerii, nadal jest człowiekiem i ma swoja godność. Nie patrzcie więc na mnie jak na tępiciela. Sama będę pracować w szpitalu, albo na tej swojej onkologii jako prawie-fizyk albo jako opiekun osób starszych. Będę dalej pracować z ludźmi umierającymi na raka, w stadiach terminalnych, tak, mówiąc brzydko nieraz z warzywkami robiącymi pod siebie i nigdy tak na nich nie spojrzę. Są bowiem szlachetni w swoim cierpieniu.

I taka śmierć, obśliniona czy zabrudzona, nieświadoma, nie jest mniej godna,bowiem zwolennicy eutanazji często mówią o godnej śmierci, a dla mnie jest to cholernie przekrzywione określenie.

W eutanazji chodzi o prawo do wyboru wobec ostatecznego. Nie mówię o kaprysie nastolatka, którego rzuca dziewczyna i chce się zabić (choć kiedyś, z Vincentem, stwierdziliśmy że złamane serce to największa ludzka tragedia, wbrew pozorom…), lecz mówię o prawie do wyboru wobec tego, co nieodwracalne, co tak czy inaczej skończy się w „ten jeden” sposób. Owszem, zdarzają się cuda i nigdy nie wiesz, co cię czeka. To fakt. Ale zdarzają się nie znaczy, że co drugi przypadek jest cudem.

Człowiek powinien żyć, podnosić się po tragediach, powinien doceniać, jaką wartość ma życie. Powinien nie dać się głębokiej depresji po stracie, ale widziałam już i przeżyłam taki wybór bliskiej mi osoby, gdy już go dokonał. Przeżyłam to dwukrotnie. Za dużo może jak na moje lata, jak na te 25 lat niecałe, podczas których nie powinno myśleć się o odchodzeniu, tylko o intensywności i zapachu żywiołu życia.

Ktoś, kogo kochałam, bliska mi osoba skończyła wcześniej to, co miało nadejść. Przed morfiną, przed skręcaniem z bólu. Zresztą i jedna i druga, jak potem się dowiedziałam.

To były świadome wybory. Nie zwieńczone depresja potraumatyczną. Nie jestem psychiatrą, nie mogę tego stwierdzać z pełną oczywistością- ale to moja prywatna opinia.

I może, gdy przypomniałam sobie znów sierpień trzy lata temu, od wczoraj, od poprzedniego odejścia, w listopadzie, tak intensywnie myślę o śmierci i wyczuwam ją w sobie, w każdym z nas.

Bo o eutanazji można mówić łatwo, lekko, gdy nie dotyka cię osobiście. Gdy czasem to ty musisz zdecydować, czy pozwolić odejść temu, kogo kochasz, jeśli sobie życzysz. Rozmawiałam o tym ze swoją mamą, rozmawiałam z Mężem, czy gdyby nadszedł moment, że to ja mam zdecydować o odłączeniu od respiratora, gdy nie będzie szansy, czy mam to zrobić. Oboje tego chcą. Ale dopóki nie staniemy przed wyborem nie wiemy, jaki to ciężar. Nie wiemy, jak potraktować cudzą wolę.

Miałam tego namiastkę w życiu, choć nie dosłowność i uszanowałam to.

Czy gdyby Mąż umierał i była decyzja, odłączyć, zrobiłabym to? Czy podałabym truciznę jak w filmie „W stronę morza?”. Nie mogę odpowiedzieć z pewnością, mogę odpowiedzieć „myślę, że tak”. Ale nigdy nie masz pewności.

Eutanazja nie powinna być nigdy sposobem na pozbywanie się niewygodnych. Nie powinna być wytrychem dla osób, którym „nie udało się w życiu”. I można gdybać, jak wielka to jest utopia. Ale powiem wam szczerze, eutanazja ma miejsce, najpierw w naszych sercach, potem w cichej eugenice i rozwija się to dziko. I powinno być uregulowane prawnie. Ale nie mi decydować ponoć o prawie. Nie chodzi mi o dzika batalię etyczną, prawną, wojnę katolików z ateistami i wycieranie sobie gęby hasłami, jak to ma miejsce nieraz, jak miało w wojnie z panem Owsiakiem, którego bardzo szanuję.

W eutanazji nie chodzi o ideologię. Cholera, kiedy ci wszyscy prawicowcy i wielcy zwolennicy szeroko zakrojonej wolności , kolejni liberałowie albo libertyni, kiedy oni zobaczą, że tu chodzi o człowieka? Czy musieliby stanąć przed wyborem wobec bliskiego? Osobistym? Czy może starczyłoby pobyć w otoczeniu tych, którzy umierają, poczuć ich siłę, godność, docenić życie i jednocześnie zrozumieć, że odejście wcześniejsze, przyspieszenie ostatecznego nie jest złem?

Bo dla mnie nie jest i nigdy nie będzie, jeśli to świadoma decyzja, nie wytrych dla osoby w depresji po wypadku. Każdy ma prawo decydować o sobie w pełni tego wyrazu jak i w pełni natury swego instynktu. Każdy ma prawo bać się bólu czy chcieć zakończyć swoje cierpienie, jeśli to cierpienie sprawia, że nasze życie płynie gdzieś obok- i zaraz podniosą się głosy, że to jest względne i owszem, zgodzę się z tym. Ale to nadal wolność decyzji. A nie zabawa w boga wobec siebie samego i innych, jak mówią niektórzy. Zresztą, to bóg według wielu wierzeń dał wolną wolę. Nikt inny, więc jak można jej zakazać, jeśli jest świadoma?

Słyszeliście może o Ramonie Sampedro, o którym powstał zresztą słynny film, „W stronę morza”?



Obejrzyjcie. Warto. I warto zadać sobie pytanie, czy ten człowiek, który walczył w sądzie tyle lat o prawo do śmierci, był niespełna rozumu, był wariatem. Warto zapytać się, czy nie miał prawa tego pragnąć i dokonać. Warto się zapytać siebie, co ja bym zrobił na jego miejscu. Zdradzę wam coś- ksiądz z tego filmu uważał eutanazję za grzech i żył, w takim samym stanie jak on i miał się dobrze. Ramonowi dobrze nie było ,to nie było dla niego jego życie. Wolna wola. Wcale nie ucieczka- i taka sama godność moim zdaniem.

Nie będę sobie gęby wycierać znów etyką, ideologią, wielką siłą człowieka, bo ja wierzę, że każdy może się podnieść po takim wypadku, będąc sparaliżowanym i to wcale nie musi być gorsze życie.
Ale chcę widzieć człowieka, który jest świadom siebie i nieuchronnego. Który decyduje nie przez presje rodziny, nie ucieka. Odchodzi dumnie, bo to i tak się zbliża i ma prawo tego dokonać. Nie chcę słyszeć, że jestem nieetyczna, niemoralna, skazuję kogoś na śmierć a nie mam do tego prawa, jestem mordercą. Bo tak tego nie wiedzę.

Widziałam już jak w ten sposób można odejść.

Mówimy, że eutanazja to egoizm tego, co jej pragnie. Ja to widzę inaczej. Gdy kochamy, potrafimy dać odejść, nawet w stronę śmierci. Potrafimy dać komuś wyzwolenie. Od bólu, cierpienia? Może to kolejna utopia, bo my zostajemy z wyrzutami sumienia. Ale tak często mówimy „dobrze, że już umarł, przecież by tak się już męczył”, często słyszę to w życiu osobistym, na korytarzach szpitali, domów opieki, w domach. Czy w pewien sposób- nie jest to tą samą ulgą? Tylko gdy umrze „naturalnie”, wtedy nie musimy się szczypać z tym stwierdzeniem. Boimy się grzechu, który w moim mniemaniu nie istnieje i obarczamy swoim strachem cudzy egoizm.

Zapytajcie się siebie, czego wy byście chcieli. Gdyby zostało wam parę tygodni życia.

Eutanazja ma różne oblicza, to często nowa eugenika, to coś, co przytłacza, to temat trudny, często przejaskrawiony. To wojna polityków, mediów. To wojna opinii tych, którzy często gówno o tym wiedzą, bo nawet śmierci nie dotknęli. To wojna strachu, że odejdą ci, których kochamy ze strachem, jakim ciężarem będzie opieka nad nami samymi. A może zaprzestańmy wojen i zobaczmy człowieka. Ja staram się to widzieć w ten sposób, jako indywidualna sprawę każdego z nas, która prędzej czy później każdego z nas dotknie w ten czy inny sposób. I brzmi to utopijnie, wiem doskonale. Ale póki co to jedna z niewielu utopii, z których nie umiem się wyzwolić.
I cóż moja utopia jednak mnie dotknęła. I tak się zdarza.

Jesteśmy panicznymi piewcami życia. Medycyna umożliwiła nam sztuczne przedłużanie go, podtrzymywanie od przedwczesnego porodu. Nasza cywilizacja zapomniała jednak o ludzkim wymiarze śmierci. Bo ukrywamy ją w szpitalach, nie dotykamy w całokształcie, nie widzimy, jak starci w domach opieki powoli gasną. Zapomnieliśmy, że śmierć jest częścią życia i jak dawni Indianie, można powiedzieć „nastał mój czas, odchodzę”. Jak słonie udać się w kierunku cmentarzyska, nieraz myśląc, że miało się po prostu dobre życie. Otaczają nas piewcy obrony życia, a ci obrońcy zapomnieli chyba, że śmierć jest nieraz jego częścią. I zapominają właśnie o człowieku, który niegdyś odchodził. Panikujemy, chcemy przedłużać na siłę coś, co nadchodzi naturalnie, chcemy ratować coś, co nieraz nie ma prawa bytu. Medykalizacja i sterylna piękna młoda siła, promowana w mediach zatruła nam umysły, ale o tym- kiedy indziej. Bo medyklizacja społeczna to temat, który uwielbiam.

Wracając do tematu, jeśli ktoś chce, by tak z nim czyniono, by na siłę go ratowano, przedłużano nieraz ból- może się na to zdecydować. Ale powinien mieć też moim skromnym fridowym zdaniem prawo wyboru i innej ścieżki. Jako człowiek wolny. Nie grzeszny, a z wolną wolą. Jako człowiek siebie świadomy.

A tymczasem, znów, kolejny piękny dzień.
Śnieg i słońce, choć znienawidzona niedziela.
Dzień odsuwa na bok moje niepokoje, moje demony. Więc, po prostu, tymczasem,gdy nie musimy jeszcze wybierać. Żyjmy, bo życie, w całym swoim kształcie jest piękne- nawet, gdy boli i ma powykręcane ręce. Żyjmy, póki w młodym wieku nie musimy decydować czy pozwolić komuś odejść, czy odejść samemu. Ja zdecydowałam się na te widoki. Ja muszę się z tym liczyć, że za parę lat zdecyduję,jeśli zmieni się prawo, czy powiem odłączcie respirator. Do not reanimate. 

I żyję i doceniam życie, powtarzam jak mantrę, walczę o tą radość.

Cieszę się życiem. Oddycham. Przecież oddycham i decyduję o sobie.



Teraz już rozumiem
Co chciałeś mi powiedzieć
Jak cierpiałeś by zachować zdrowe zmysły
Jak próbowałeś ich uwolnić
Nie słuchali, nie wiedzieli jak
Może teraz zaczną 

Bo oni nie potrafili cię kochać
Lecz twoja miłość była prawdziwa
I gdy nie było już w tobie żadnej nadziei
Tamtej gwiaździstej, gwiaździstej nocy
Odebrałeś sobie życie
Jak często robią to kochankowie
Szkoda, że nie mogłem ci powiedzieć, Vincent
Na tym świecie nigdy nie było miejsca
Dla kogoś tak pięknego jak ty. 

53 komentarze:

  1. Zastanawiam się nad sensownym komentarzem na temat, który poruszyłaś, ale brakuje mi słów, żeby cokolwiek powiedzieć. Temat nie jest dla mnie nowy, ciężko mi jest się wypowiedzieć. Ale chyba jedynym sensem jest to, co powiedziałaś na koniec, że trzeba się cieszyć każdą chwilą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to nie jest lekki temat. To rzecz, na którą nie można powiedzieć jednoznacznego tak, nie. Zwłaszcza, póki nas nie dotknie, dlatego wcale ci się nie dziwę, że słowa uciekły:) Dla mnie po prostu to już rzecz jakaś...bliska, dlatego i o tym też piszę.
      Bo to prawda, choć nie zawsze też łatwa:)

      Usuń
    2. Dokładnie tak. Dopiero kiedy zetkniemy się z danym problemem możemy mieć bardziej wyrobione zdanie na pewne tematy. Póki co jesteśmy, żyjemy i nie powinniśmy sobie w nadmiarze przysparzać problemów.

      Usuń
    3. Otóż to. Ale są takie tematy właśnie, jak eutanazja, gdzie nawet jak mam z tym stale kontakt, to nie ma monopolu na rację. Zawsze jest pojedynczy człowiek, konkretny przypadek, miejsce i czas.
      Ano nie powinniśmy. Ale czasem warto się zastanowić i nad tym, co naszym problemem pozornie nie jest :D

      Usuń
    4. Są różne tematy poruszane, czasem trudne, niektórzy po prostu są za lub przeciw, ale tak naprawdę ciężko mi jest powiedzieć jednoznacznie. Czasem pewne rzeczy wydają nam się bardzo odległe i nierealne, i wielu ludzi po prostu o tym nie myśli.
      Tak, to fakt :)

      Usuń
    5. No jasne, bo też nie da się myśleć o wszystkim przecież:)

      Usuń
  2. Punkt widzenia najczęściej zależy od punktu siedzenia. Choć wydaje mi sie, że jeżeli komuś mogę ukrócić cierpienia, to powinnam się kierować tą myślą a nie tym, że mi będzie trudno, czy coś. Bo w tym wszystkim, gdy mam bliskiego chorego, to on cierpi najbardziej, i on ponosi skutki decyzji przede mnie podejmowanych a nie ja ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Jak pisała Harper Lee, nie zrozumiesz drugiego człowieka, póki nie spojrzysz jego oczami. Ale niemożliwym jest wręcz do końca wejść w cudzą skórę więc....nie nam nieraz po prostu oceniać. Cudzy wybór. Cudzą wolną wolę, jak wielu chce to robić.
      I jasne, tu nie chodzi o twój trud w żaden sposób, a o tego, kto cierpi. O jego wolę właśnie. Tylko tutaj też, nie każdy zdaje sobie z tego sprawę po prostu.

      Usuń
    2. Nie mogę nikogo zmuszać do przejęcia mojego zdania. Każdy później musi żyć z tą decyzją także...
      Smutne, że dla kogoś to jest taki problem, bo jeżeli ktoś od X lat leży w łóżku bez szans na obudzenie się... czy warto to ciągnąć? Czy warto męczyc tego biednego człowieka, tylko po to by mieć złudzenie, że się pomogło? A może pomocą jest właśnie pozwolenie mu odejść.

      Usuń
    3. No tak, tylko też życie nie zawsze jest takie, że ktoś może o sobie zadecydować.
      Wiesz....tu są różne "teorie". Nie można chyba do końca pytać "czy warto" bo życie to życie, po prostu. Zawsze jest "warte", tylko przez osobisty pryzmat, własny, to postrzeganie może ulec zmianie. To jak z niezbywalnym prawem godności. Wiesz, mi się tu od razu kojarzy sprawa z rodzeństwem Cat. Ma trójkę niepełnosprawnego rodzeństwa, przez wadę genetyczną, od dziecka urodzenia, można powiedzieć- "warzywka". A jednak czasem śmieją się, są jak we własnym świecie ale...czy koniecznie to jest zły świat? Albo Mania, córka Ewy Błaszczyk, leżąca w śpiączce. Ci ludzie są często "pomiędzy", ale to nie znaczy, że dla nich to cierpienie Po prostu....kwestia osobistego pryzmatu, wyboru, jeśli takowy można dokonać albo może wybrać ten, kto najbardziej nas kochał. Bo ten nie będzie chciał naszej krzywdy. Więc owszem, pozwolenie odejść to często wyraz nawet największej miłości, danie ulgi...ale na pewno nie można też na to patrzeć jednotorowo. Jak właśnie pisałam- nie ma uogólnień, zawsze jest człowiek:)

      Usuń
  3. Kurcze, cieżki temat.. Szczerze mówiąc, nie wiem, nie wiem co bym zrobiła... Boje się myśleć o śmierci, choć strach blady mnie ogarnia, jak ktos bliski z PL nie odbiera telefonu, jak to bylo parę razy w przypadku mojej kochanej babci. I wiem ze pewnego dnia zadzwonie i tylko dostane wiadomośc, że to koniec.. to okropne.. Ja bym chyba chciała byc odlaczona, ale tylko jesli bylabym w stanie świadomie o to poprosić, nie wiem czy ptorafilabym zrzucić taką decyzję na kogoś bliskiego..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo taki temat do najlżejszych nie może należeć. Nic, co mówi o życiu i śmierci spójnie chyba nie jest.
      I każdy z nas boi się utraty, śmierci bliskich. Znam ten strach, znałam niejednokrotnie ale...życie mnie już z nim też skonfrontowało i wiem, że trzeba w końcu, gdy to się stanie...po prostu przyjąć.Mimo że to okropne właśnie. Nic innego nam nie zostaje.
      Dokładnie, bo to też kwestia że tak powiem..cudzego sumienia. Świetnie to właśnie pokazuje ten film, W stronę morza.

      Usuń
  4. Kiedyś byłam na nie, ale z czasem moje poglądy zaczęły się zmienić. Dziś uważam, że w pewnych przypadkach powinno dać się podejmować decyzje ludziom, tym ludziom, którzy cierpią i którzy naprawdę chcą już uwolnić się od tego życia (celowo napisałam tego życia, bo ono podobno nie kończy się wraz ze śmiercią). Trudny temat, ale dlaczego my mamy odbierać ludziom prawo do decydowania o swoim losie? Każdy ma wolną wolę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie w ogóle w tego typu tematach trudno być jednoznacznie na tak albo na nie...bo to odnosi się do ogółu, a właśnie- to rzeczy, na które nie można patrzeć przez ogół. A przez jednostkę, konkretne miejsce i czas.
      I właśnie...dla niektórych to odejście to naprawdę lepsze rozwiązanie. Bo co czasem da parę tygodni, czy miesięcy bólu, wielkiego bólu po prostu? Nie każdy jest gotowy to przyjąć i czekać aż świat zdecyduje się nam odebrać to właśnie życie.
      Otóż to. Tylko z kolei, żadna przesada nie jest dobra i ta wolna wola może prowadzićdo skrajności. Jak w przypadku nastolatka który pozwał rodziców za to...że nie pozwolili mu popełnić samobójstwa. I chyba przez te skrajności też ten temat jest taki trudny.

      Usuń
  5. Zawsze byłam zdania, że ludzie powinni mieć całkowite prawo do decydowania o własnym losie, nawet, jeśli chodzi o coś tak strasznego, jak śmierć czy skrócenie cierpień, czytaj: eutanazja. W mojej opinii nikt nie powinien decydować o tym, ile drugi człowiek powinien cierpieć. Tak samo, gdybym ja miała podjąć decyzję np. o odłączeniu kogoś od aparatury, co niestety mi się kiedyś przydarzyło, to nie potrafię. Tamten czas, mimo że z jednej strony wiedziałam, że to z miłości ja zostałam wybrana, to jednak uważałam, że to najgorsza kara, jaka może mi się przytrafić. Mam wrażenie, że jeszcze długo będę krążyły mi po głowie myśli - a co by było, gdyby? Dlatego, to każdy powinien podjąć decyzję o odłączeniu go od aparatury po jakimś czasie na przykład. To ogromny ciężar decyzji, która nie powinna leżeć na drugim człowieku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Jest po prostu wolna wola. I na przykład nie rozumiem tutaj czasem jakiegoś..wypominania grzechu. Każdy ma swoje życie i swoją śmierć tak naprawdę.
      Niestety, życie nieraz nie jest na tyle piękne, by każdy z nas mógł zadecydować. Właśnie to różne sytuacje, w których ktoś...nie jest w stanie powiedzieć, czego by chciał. I owszem, to straszne piętno, owa decyzja ale...ktoś musi jej dokonać. A potem z nią żyć, jak z wieloma rzeczami. Choć ta jest właśnie jedną z najtrudniejszych.

      Usuń
    2. Nie jest, to prawda. Ale zawsze, gdyby coś się stało, to można mieć w oświadczeniu napisane, co się chce... podobnie, jak z oddaniem narządu. Można oświadczyć albo powiedzieć komuś bliskiemu na przykład. Niekoniecznie dopiero wtedy, gdy się coś stanie, ale wcześniej, tak bez okazji - dla zwykłego zabezpieczenia? Ja na razie nie chcę w ogóle myśleć o takich sytuacjach, ale znam ludzi, którzy mają po 20 parę lat i mówią swoim partnerom, żonom, małżonkom, co mają zrobić, jakby co... piekielnie trudna, a ludzie nie ułatwiają czasami, chociaż przecież powinni.

      Usuń
    3. Jasne, sprawa byłaby prostsza ale właśnie...nie wzyscy w tym wieku myślą o śmierci. Do pewnego momentu wręcz mamy wrażenie że jesteśmy nieśmiertelni, otoczenie też tak uważa, póki coś się nie stanie i....wtedy jest jeszcze ciężej. Ja przez swoje doświadczenia po prostu mam tego świadomość, że też umrę i że nieśmiertelnych właśnie nie ma, po prostu. Można sobie ułatwić życie ale..dla wielu też takie ułatwianie pozornie nie jest niczym dobrym.

      Usuń
    4. Wiem, też pisałam, że znam ludzi kilku, którzy się na to zdecydowali, ale to oczywiste, że nie wszyscy. Bo tak naprawdę po co. Takie sytuacje, gdy trzeba podejmować takie decyzje są skrajne, zdarzają się jakoś rzadko, nie każdemu, sporadycznie. Myślę, że każdy ma świadomość śmierci, że nie jest nieśmiertelny. Tylko, że nie każdy o tym myśli.

      Usuń
    5. I jasne, że nie trafiąją się każdemu tylko...zawsze mogą.
      I mi nie chodzi o sam fakt, ale taki moment, uczucie, gdy dopada cię właśnie przekonanie o tym, że umrzesz. To, że wiesz, nie znaczy że rozumiesz w pełni. A mi chodzi o to rozumienie, nie wiem, jak to wyjaśnić do końca

      Usuń
  6. To teraz ja sobie dodam kolejny film do listy :)
    Czasem to zmęczenie jest nie do zniesienia, wydaje się, że więcej się już nie uniesie. I tylko takie "no kurwa ile jeszcze?". A życie dokłada i okazuje się, że dajemy radę unieść kolejną rzecz, że gdzieś jeszcze jest siła by tego dokonać. A w międzyczasie chęć nakurwiania życia. Może właśnie jeszcze większa, gdy żyje się od śmierci do śmierci?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Herbatka przestygła?:D
      Jest. Ale potem przychodzi kolejny dzień, ładne słońce, miły spacer i....jest ogar, no nie?:) Musi być po prostu. Zresztą, w życiu nieraz coś musi męczyć, inaczej by za słodko było, o :D
      I może. Bo wiadomo, co się traci jakoś jak się tego nie robi.

      Usuń
    2. Do połowy wypita, a ja nadal tutaj :D Zaraz zrobię następną xD
      Pewnie, że tak. A takie dni są... cudowne po prostu, bo ryjek sam się nieraz cieszy :)
      Bo wiesz, że lepiej nachapać się życia już teraz, a nie jakoś na ostatnią chwilę, gdy się okazuje, że ma się tygodnie życia.

      Usuń
    3. A teraz ja popijam szybką herbatę zanim za obiad się zabiorę, o :d Bo o 16 mam napad głodomorów :D

      Dokładnie. I jakoś, chociaż dzisiaj ten dzień cóż...z wyglądu nie napawa optymizmem ryj się i tak cieszy :D
      Ale czasem nie idzie tego zrozumieć wcześniej. Straszna szkoda.

      Usuń
    4. No tak, napięty grafik :D
      Mi to do tego stopnia, że skakałam po pokoju i śpiewałam i machałam mamie przez okno jak wracała z pracy. Nie wiem o chuj chodzi xD Jak to ma być pms to coś dziwnego mi się stało xD
      No niestety. Ale... Zawsze lepiej późno niż wcale, no nie?

      Usuń
    5. Dokładnie :D
      Ej...pms? Dobra, to wiem, co dzisiaj dodatkowo mogło i mnie dopaść :D
      I pewnie:)

      Usuń
  7. Czuję się w pełni skonsternowany, lecz jednocześnie bardzo ukontentowany. Frida, dziękuję Ci za to, co napisałaś. Dzięki, że po raz kolejny zechciałaś podzielić się swoimi przemyśleniami i doświadczeniami na temat powszechnie uznawany za trudny, przykry, wypełniony po brzegi bólem, goryczą i żałością. Uwielbiam ten czas, gdy choć na krótką chwilę mogę nieco opłynąć i zanurzyć się w dodawanych przez Ciebie wpisach.

    Ciesze się, że usilnie stajesz w obronie godności człowieka i jego prawa do podejmowania własnych decyzji, kierowania własnym losem. Zwróciłaś także uwagę na próby ujmowania ludzkiej godności oraz hospicja jako formę ukrywania śmierci. Ludzie od wieków starają się walczyć ze śmiercią, niekiedy nawet próbują zaprzeczyć jej istnieniu. Wspomniany przez Ciebie instynkt samozachowawczy odpowiadający za przetrwanie za wszelką cenę odgrywa w tej batalii ogromną rolę. Medycyna nie przestaje się rozwijać. Ludzkość wciąż poszukuje coraz to nowszych dróg do przedłużenia swej egzystencji na tym świecie i tym samym oddalenia się, ucieczki od tego, co nieuniknione. To taka swoista forma gonitwy, pościgu. Pomimo tego, iż mamy świadomość istnienia śmierci, staramy się przed nią ukryć, uciec od niej jak najdalej, zaprzeczyć końcowi życia.

    Nie boisz się mierzyć z wymagającą tematyką. Musisz być bardzo odważna. Dziękuję, że jesteś. Dziękuję za to, iż przelewasz swoje spostrzeżenia do świata wirtualnych domen. Dzięki także ze polecenie godnego uwagi filmu i przedstawienie wartościowego utworu muzycznego.

    Miłego, pełnego słońca dnia. Nie zapominaj również o szerokim uśmiechu na swojej twarzy! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba nadmiar komplementów :D
      Ja wiem, że powszechnie to temat właśnie uznawany za trudny, przykry...ale życie nie polega przecież na wiecznej radości i uśmiechu od ucha do ucha. W życiu z takimi rzeczami trzeba się mierzyć, a gdy już ich się dotknie..okazuje się, że wcale nie są takie straszne. Okazuje się, że właśnie dzięki nim możemy bardziej pojąć życie i bardziej nim oddychać.
      Bo to jest rodzaj ukrywania śmierci, który wynika po prostu z naszej kultury, wręcz czczącej witalność. I walczyć ze śmiercią nie można. Trzeba ją akceptować. Tak jak z wieloma rzeczami w życiu...walczymy. A walka okazuje się ułudą. I po co?
      Nie jestem odważna, po prostu moje życie w dużej mierze się koło takich tematów obraca:)
      Film właśnie jak najbardziej polecam i cieszę się, że spodobała się muzyka:)
      I ty również:)

      Usuń
    2. Nadmiar, na który z pewnością zasługujesz. :D

      Masz rację. Rzeczywistość nie jest usłana różami i niestety, nie opiera się wyłącznie na samych szczęśliwych chwilach. Właśnie dzięki mierzeniu się z wszelkimi trudnościami stajemy się silniejsi, zaczynamy je lepiej poznawać, aby później nie obawiać się ich tak bardzo, jak z początku to czyniliśmy. Niewiedza przed nieznanym potrafi być zdradliwa i potęguje lęk.

      Akceptacja śmierci, jej obecności w codziennej egzystencji, zdaje się być swojego rodzaju kluczem do poczucia bezpieczeństwa, pewnej stabilności w życiu. Być może brzmi to nieco niepoważnie, jednak z pewnością coś w tym musi się kryć.

      W takim razie Twoje życie zechciało, abyś była odważna. Muzyka jak najbardziej przypadła mi do gustu, zaś do obejrzenia filmu wciąż się przymierzam.

      Miłego wieczoru! :)

      Usuń
    3. Uparty jesteś :D
      Otóż to. Tak naprawdę, szczęście byłoby jałowe bez cierpienia, tak samo życie bez śmierci...czy miałoby jakąkolwiek wartość?
      A i lęk może być naszym sprzymierzeńcem:)
      Owszem:)
      Może, w jakiś sposób:)

      Usuń
  8. "Myślę o śmierci zanim zasnę, bo to jest być może powrót" - ten cytat utkwił mi ostatnio w głowie i zanucił się i teraz, kiedy Cię czytałam. Bo podobnie, jak i Ty myślę o niej cholernie często. Za często, jak twierdzi moja mama. Za często, jak na te lata, które mam, a jestem przecież w Twoim wieku. Więc rozumiem. Rozumiem, bo też widziałam śmierć z bliska, nawet tą powolną, trwającą pół roku, w pokoju obok, kiedy odchodziła moja babcia. I też widziałam w tych oczach godność do końca. W oczach, które błądziły, gubiły się między rzeczywistością a urojeniami. Tylko wtedy, nawet po jej śmierci mówiłam sobie, że przecież taka kolej rzeczy. Było żal, bo każdego życia jest żal, ale taka jest kolejność, taka właśnie powinna być. Rodzimy się, żyjemy, kochamy, starzejemy się, umieramy. Tylko wlaśnie stokroć bardziej boli, kiedy "umieramy" przychodzi za szybko. Jest niesprawiedliwe. I właśnie myśląc o tej śmierci nauczyłam się żyć tu i teraz. Myślę o niej, jak o nadziei na ponowne spotkanie, bo przecież nic ani nikt nie znika ot tak. Ja w to wierzę, Ty też wierzysz i choć wierzymy na różne sposoby, wszystko sprowadza się do jednego - do nadziei właśnie. Dziś żyję, jutro mogę mieć wypadek, wyjść z domu i nie wrócić. Tak, jak paru ludzi, których znałam, którzy rano szykowali kanapki do pracy, poszli do niej i już nie wrócili. Ale to nie jest lęk i przesadne myślenie, jak mówi moja mama. To właśnie hartuje duszę, zmusza do życia tu i teraz, do wyciśnięcia rzeczywistości jak cytrynę, żeby wlaśnie, jak sama mi mówiłaś wielokrotnie "napierdalać życie".

    O eutanazji tak do końca zdania nie mam. I to nie wynika z tego, że jestem chrześcijanką, bo zawsze powtarzam, że jestem nią po swojemu i z wieloma teoriami się nie zgadzam i nie potrafię żyć i wierzyć wbrew sobie. Ale to wynika właśnie z tego, że nie wiem, co bym zrobiła ostatecznie właśnie. Że tu i teraz mogę powiedzieć, że jestem za, ale moja wyobraźnia nie pozwala mi ujrzeć tego w taki sposób "a jeśli to stałoby się naprawdę, co bym zrobiła?" Dlatego właśnie zawsze mówię "nie wiem". Nie potrafię obiecać w tej kwestii, zwłaszcza osobom, które kocham i które o śmierci, zwłaszcza własnej nie do końca mają odwagę rozmawiać, a ja nie mam prawa ich do tego też zmuszać. Ale może ja po prostu należą do tego typu ludzi, którzy zbyt długo mają nadzieję, a czasem bywam wręcz naiwna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja tak wczoraj się z Wojtkiem zastanowiłam czy właśnie..to nie jest ten moment, gdy kolejny raz w nadmiarze myśli się o śmierci i to nie tylko przez to, co nas dotyka. Moment wkraczania w dorosłość, kolejny bo koniec studiów, pełna odpowiedzialność...to kolejny moment, gdy dotyka nas aż za dosłownie przemijanie i wiedza o tym, że jesteśmy śmiertelni. Najpierw, gdy jest się nastolatkiem i chce się przekroczyć granicę aż chorobliwie. Teraz, gdy zaczyna się być odpowiedzialnym nie tylko za swoje życie. I w momencie pewnego przewartościowania, bo przecież zaczynamy dostrzegać, że ci którzy byli według nas właśnie nieśmiertelni gdy byliśmy dziećmi, nasi rodzice, zaczynają się starzeć. Zaczynam myśleć, abstrahując od wszystkiego co się dzieje, tego dosłownego dotyku śmierci...czy to też nie dlatego. Ale to taki zbitek myśli, nad którym muszę się jeszcze zastanowić w ogóle:)
      Bo godność ludzka jest niezbywalna. W każdym z momentów.
      Wiesz...ja tak samo jak Kordian- kiedyś mieliśmy taką dyskusję właśnie- nie znoszę mówienia o niesprawiedliwej śmierci. Bo jako ludzie, osobiście, przez bezpośredni dotyk możemy złorzeczyć że niesprawiedliwe ale...śmierć, sama w sobie, nie jest sprawiedliwa albo nie. Ona jest i sprawia, że wszyscy jesteśmy w tym jednym momencie właśnie równi. Nie liczy się wiek, płeć, status społeczny. Śmierć jest. Najbardziej demokratyczna z możliwych rzeczy w naszym wszechświecie, na naszej płaszczyźnie.
      I umrzeć to się urodzić w drugą stronę, no nie?:)
      Dokładnie. Nigdy nie wiesz, kiedy cię spotka. I może to też rodzaj sprawiedliwości. I właśnie przez śmierć docenia się życie. Fascynujący mechanizm.

      Bo nigdy się nie wie. Ja, chociaż częściowo wiedziałam dosłownie raz to..jednak nadal nie mogę powiedzieć na pewno, mimo, że złożyłam już pewne obietnice. Ale wiem po prostu już, że nieraz trzeba odpuścić. Nic nie jest wieczne w tym świecie i....tą nadzieję właśnie można przekierować, ba, nieraz trzeba gdzie indziej. Na inne światy właśnie.

      Usuń
    2. Ano to jest właśnie ten moment, tak, jak mówisz. I ja kończę studia i coraz częściej dopada mnie taka smutna myśl, że ile ja bym dała, żeby się cofnąć o te pięć lat, żeby zasmakować innych rzeczy, żeby próbować, nie bać się... a teraz myślę sobie, że za chwilę skończę 25 lat i ktoś powie, że jestem młoda, że tyle przede mną, ale ja czuję, że przemijam. Bo w pewnym momencie sobie człowiek to uświadamia. I z jednej strony się boi, a z drugiej godzi się z tym.
      Bo widzisz, te mówienie o niesprawiedliwej śmierci też wiąże się z tym przyziemnym myśleniem. Z tym, co tu i teraz, z naszymi pragnieniami, marzeniami i ziemskimi słabościami. Bo nieprzyziemnego myślenia może nauczyć się dorosły człowiek, czy nastolatek, ale nie dziecko, które widzi śmierć i potwornie cierpi. I dla mnie ona w tym kontekście zawsze będzie niesprawiedliwa - jako dla człowieka. Ale nigdy właśnie nie podważę jej sprawiedliwości w tym kontekście czynienia nas równymi, czy uwalniania duszy z ciała - po mojemu, czy z materii - po Twojemu :) co czeka przecież każdego z nas. I tu też właśnie mieliście cholerną rację.
      Otóż to ;)
      Mechanizm fascynujący, ale też niebezpieczny czasem. Bo nie każdy docenia, wiesz przecież. Niektórych to przytłacza, aż za mocno niekiedy. Ale i w tej kwestii wszystko zależy też od człowieka prawda?

      Ano właśnie. Ja za to nie potrafię takich obietnic składać. A może dlatego, że moi najbliżsi też nie potrafią tak do końca o tym mówić i mieć pewnej świadomości. A to błąd, bo człowiek ostatecznie nie wiedziałby przecież co czynić.

      Usuń
    3. Dokładnie, bo teraz już...po prostu życie nabiera innego kształtu i też trzeba się jakoś pogodzić hm...ze śmiertelnością pewnych rzeczy. Właśnie przemijaniem i w samym życiu. Dlatego też myśli się o tej dosłownej śmierci.
      Nie no jasne, dlatego mówię, indywidualnie ona wydaje się niesprawiedliwa ale znów...ja jakoś, zwłaszcza jak codziennie byłam też na onkologii, też choćby z młodymi ludźmi i dziećmi, starałam się na to patrzeć z szerszej perspektywy. Bo jednak...po prostu, ostatecznie, śmierć jest śmiercią. Tylko tyle, aż tyle.

      I jasne że nie docenia ale...ja mam wrażenie, że na to docenianie nieraz nas musi coś w życiu naprowadzić po prostu.

      A ja już się nauczyłam bo...musiałam. I dokładnie, dla mnie to zawsze są rzeczy, o których powinno się umieć porozmawiać. Nawet cholera...wiedzieć, jaki ktoś chce pogrzeb. To już cholernie dużo.

      Usuń
  9. Gdy pojawia się temat eutanazji, od razu zjawiają się jej strony moralne, etyczne, religijne etc. Zawsze, gdy nie wiem, czy coś jest etyczne, myślę sobie, czy ludzie przede mną mieli taki problem. Nie chodzi mi o rodziców, czy dziadków, czy nawet pradziadków. Czy praojcowie i pramatki, które żyły tysiące lat temu miały problem eutanazji? Nie musiały się martwić tym, czy będą musiały odłączyć kogoś od respiratora. Bo wszystko miało swój naturalny bieg. Życie i śmierć. Praca serca i jej ustanie. Oddech i jego brak. Niby czasy się zmieniają, medycyna się rozwija, wszystko jest "ładnie, pięknie", ale tylko z pozoru. Głęboko współczuję osobom, które mają kogoś, kto tylko istnieje, a nie chodzi, nie pracuje, nie rozmawia, jego serce bije, ale tak na prawdę go nie ma. Współczuję, bo to cholernie ciężkie podjąć decyzję śmierci. Póki co nie mamy dostępu do myśli kogoś, nie wiemy, co czuje i czego pragnie ta osoba, za którą całą robotę odwala respirator. Być może wierzy, że po śmierci nic nie ma i chce jak najdłużej być, nawet dzięki maszynie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, zjawiają się etycy, politycy,fanatycy, filozofowie i wszyscy po kolei mówiąc o tym co przystoi a co nie....a gdzie w tym pojedynczy człowiek, jak choćby właśnie Ramos Sampedro?
      I nie mieli, bo wtedy działała natura. My trochę naturę oszukujemy, oddaliliśmy się od niej, stąd te zagwostki. Jesteśmy zwierzętami, ale specyficznymi mimo wszystko, więc tworzą się trudności. Ale taki los jako ludzkość sobie wybraliśmy, więc musimy się z nim zmierzyć. A nie unikać pytań i odpowiedzi, jak niektórzy.
      Wiesz...czasem nie można powiedzieć, tylko istnieje. Wiesz że np. osoby w głębokiej śpiączce uśmiechają się, mają otwarte oczy i jakby widzą...to nie jest jak w filmach. Tylko jakby żyli nieraz w swoim świecie. Może i jak to mówią brzydko "jak rośliny". Ale i u nich można wyczuć cierpienie. Chodzi mi po prostu o to, że nic nie jest jednoznaczne ale...każdy ma prawo wyboru. Jeśli wiedział, czego chce kiedyś- to można na to pozwolić. By po prostu odszedł. Nie warto po prostu nieraz walczyć za wszelką cenę .
      Tak z ciekawości mi się nasunęło-a ty wierzysz w życie po śmierci w jakikolwiek sposób?:)

      Usuń
  10. Trudny temat podjęłaś... Kurczę nie wiem, co napisać, bo tak naprawdę nigdy nie miałam z tym do czynienia. Ogólnie znam pojęcie eutanazji i wiem, albo jestem przekonana, że jest to coś złego. Tak podpowiada mi sumienie, jednak kiedy stanęłabym przed wyborem, który opisałaś nie wiem co bym zrobiła. Z pewnością życie jest ogromnym darem, ktory trzeba doceniać i cieszyc się nim. Z pewnością każdy byt jest równie ważny i godny swojego jestestwa, a to że dzisiaj zabija się ludzi w białych rękawiczkach jest karygodne. Takie jest moje zdanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, nigdy rozmowy o śmierci, o zbliżającym się końcu nie są łatwe. Ale to nie znaczy, że można ich unikać:)
      Bo właśnie tak jest, że często póki coś nas nie dotknie osobiście, nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co byśmy zrobili. Nawet gdy zastanawiamy się milion razy. Ale o to też mi chodzi właśnie...nie można mówić kategorycznego nie, a niektórzy kochają osądzać. Cudze wybory, cudzą wolność jak gdyby. I tego nie mogę pojąć. I właśnie każdy ma prawo uznać, że to coś w jego świecie złego, ale nie wiemy, póki się nie przekonamy. I jasne, życie to ogromny dar, jakikolwiek, ale...na każdego z nas czeka i śmierć. I czasem, przedłużanie życia na siłę- dla mnie mija się z celem. Bo mamy takie możliwości w naszych czasach, jasne. Ale przedłużanie cierpienia kogoś, kto mógł już odejść? Nie, tego nie umiem zrozumieć.

      Usuń
  11. W sumie masz rację. Tylko,że rodzina nie zawsze jest przygotowana na to aby zajmować się takim chorym starszym dziadkiem jak to się u mnie mówi czy dzieckiem.Nie każdy jest zdolny psychicznie do takiego poświęcenia.Wiem gdyż moja mama zajmuje się i zajmowała osobami chorymi i nie jest to łatwe zadanie. Nie rozumiem tylko ludzi,którzy potrafią zatrudnić sztab ludzi do chorego,a nigdy do niego nie zajrzeć nie posiedzieć chociaż tej godzinki z kimś z rodziny...Myślę jednak,że tematy związane z kończeniem życia w sytuacjach kryzysowych zawsze będą.Trzeba po prostu postępować tak jak dyktuje nam sumienie.Wtedy będzie się przynajmniej wiedziało,że się postąpiło przynajmniej we własnym mniemaniu najwłaściwiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że nie każdy jest w stanie, nie każdy ma nawet warunki po prostu na to, dajmy na to-finansowe nieraz. Dlatego istnieją pewne miejsca, gdzie zapewnia się fachową opiekę i nie mówię, że to coś złego. Raczej chodzi mi o pewne unikanie w kulturze tematu śmierci czy choroby, robienie z tego swoistego społecznego tabu.
      I...ja takich ludzi rozumiem nieraz. A przynajmniej staram się. Nie każdy potrafi patrzeć na to, jak ktoś, kogo kochał, był sprawny, nagle cierpi. Nie mówi, tylko leży i "marnieje". To rodzaj współcierpienia, które nie każdy właśnie umie znieść.
      Tylko że widzisz, u nas sumienie regulowane jest też prawnie. To też z jednej strony..problem. Z drugiej dobrze, że tak jest.

      Usuń
  12. Jeśli chodzi o eutanazję - jestem za. Ja nie wyobrażam sobie nawet by być dla kogoś takim ciężarem. Nawet boję się myśleć o takim życiu.
    Zaś od zawsze, odkąd pamiętam, zastanawiałam się czemu fundacje są tylko dla dzieci, przecież ja jako dziecko o mamę, o dziadka się bałam i dla dzieci tez jest ważne to by móc się jak najdłużej cieszyć bliskimi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz też z kolei można tak mówić...a potem okazuje się, że nawet w taki sposób chce się żyć. Wola życia bywa przedziwna i to, jak do tego podejdziemy. Ale, póki nie stajemy bezpośrednio przed takim wyborem, to właśnie nie wiemy. I powinna być ta możliwość...zakończenia tego, co być może wcześniej powinno się skończyć:)
      I to też prawda. Ale, mam wrażenie, że zaczyna się coś w tej kwestii robić.

      Usuń
    2. Nie, ja jestem tego pewna :) Nie chciałabym żyć jeśli nie mogłabym nawet sama pić ani się załatwiać. Fakt, że moi bliscy musieliby dodatkowo harować po godzinach, by wynająć mi opiekunkę, później sami zajmować się, myć i w ogóle. Dla Ciebie taka fizjologiczność jak już wspomniałaś nie jest niczym szczególnym, ale dla większości jednak jest rzeczą bardzo... powiem wprost: ohydną. Nie chciałabym ani żyć z takim ciężarem jak pełna niepełnosprawność ani być takim ciężarem.

      Usuń
    3. No tak, jasne...różnimy się przecież bardzo choćby właśnie tym poglądem na fizjologię, a to już czyni bardzo wiele.

      Usuń
  13. Ciężki temat jak dla mnie. Ja jednak póki co jestem osobą, która boi się śmierci i na chwilę obecną mam wrażenie, że trzymałabym się życia za wszelką cenę. Póki co, póki nie zaznałam prawdziwego cierpienia, bólu, który przezwyciężyłby chęć do życia.
    Złapałam się kilka razy na tym, że modliłam się wręcz o śmierć dla kogoś bliskiego, kto strasznie cierpiał. Nie mógł już nic zrobić koło siebie samodzielnie i widać było, że strasznie mu z tego powodu źle - bo przecież całe życie był niezależny. Nieraz prosiłam o ulgę Boga, ale czy sama potrafiłabym podjąć decyzję - nie wiem. Na razie nie chcę wiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt faktem, póki nie dotknie nas po prostu śmierć w najbliższym otoczeniu czy naprawdę nie doznamy momentu, gdzie zaczynamy wątpić w swoją "nieśmiertelność" jak ja to mówię, gdy nie doznamy bezpośredniego oddechu śmierci- nic dziwnego, że się o tym nie myśli. Aż się nie chce po prostu, odgania się to od siebie.
      I może lepiej, że po prostu w stosunku do siebie wiedzieć nie musisz:)

      Usuń
  14. Wspominałam już kiedyś, że ja się panicznie boję śmierci, same poruszanie tego typu tematu wzbudza we mnie lęk. No, ale żadne z nas jej nie uniknie.
    Ciężko jest mi się jednoznacznie opowiedzieć będąc za lub przeciw.
    Jest tyle ludzi ciężko schorowanych, którzy każdego dnia modlą się i proszą o śmierć. Ludzie dla których ratunku już nie ma. I w takiej sytuacji myślę, że eutanazja byłaby dobrym rozwiązaniem, ale tylko i wyłącznie gdy zgodę na nią wyrazi pacjent, a nie jego rodzina. Jest to decyzja o której nie powinny decydować osoby trzecie. Tak myślę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. To jednak rzecz która...prędzej czy później o nas zahaczy. W ten albo inny sposób, a wreszcie, w ostateczny.
      Bo nie można właśnie chyba tak jednoznacznie nawet się opowiedzieć. Wszystko zależy od danej sytuacji, od człowieka.
      A jeśli ktoś jest nieprzytomny wiele, wiele lat?

      Usuń
  15. Czytając ten wpis przed oczami miałem dwie osoby. Psa, ale w tym przypadku łatwiej o eutanazję. Nie podjąłem się jej. Nie mogłem. I wiesz, żałuję, że nie zrobiłem tego wcześniej z jednej strony. Nim zaczęła tak strasznie cierpieć, nie chodzić, nie pić, nie jeść. Żałuję. Ale wiem, że ona to rozumiała. A może tak tylko sobie wmawiam. Myślę, że wiedziała więcej, niż chciała to pokazać. W umierających, spokojnych oczach niezwykle dużo można zobaczyć.
    Partnerkę mojego dziadka, która dwa lata temu umarła na raka. Bardzo złośliwy. Może ona skojarzyła mi się nawet najbardziej, bo wspominałaś o morfinie i potwornym bólu, a właśnie ona to odczuwała i doświadczyła jak nikt. Nie wiem, czy jej rodzina zgodziłaby się na eutanazję, nawet jeśli błagałaby o to.
    To trudny temat. Nie do końca wiem dlaczego. To znaczy wiem i nie wiem. To nieznane. To trudne dla tych, co tutaj zostają, bo tracą kogoś ważnego w ten namacalny sposób. Ale z drugiej strony, jak sama mówiłaś, śmierć jest zawsze obok nas. Kroczy za nami i prędzej czy później przecież nas przytuli do siebie.

    Szczerze? Jeżeli wiedziałbym, że oto został mi ostatni miesiąc mojego życia. Nie zrobię już niczego więcej z moich dalekosiężnych planów, które posiadam. Że... nie wiem, jestem potwornie chory i za dwa tygodnie najdalej będę warzywem na morfinie i to końskich dawkach, żeby jakoś oddychać pomimo bólu... Przecież to nie jest życie. To wegetacja i to gorsza, niż niektórzy ludzie robią na własne życzenie. To wegetacja + ogromny ból. Może to śmieszne, bo porównanie będzie mizerne, ale gdy mam co jakiś czas potworny ból zęba mądrości, który się przebija to mam ochotę chodzić po ścianach. Jestem wtedy na ketanolu i to kilka tabletkach jednocześnie, bo inaczej nawet nie wysiedzę pięciu minut bez cieknących łez z bólu. I wtedy przez głowę przechodzi myśl "Ja pierdolę, dajcie umrzeć". Ja wiem, to tylko ząb.
    Ale jeżeli śmiertelna choroba boli podobnie, to naprawdę ta myśl nabiera zupełnie innego, mocniejszego wydźwięku. Może ponurego, może nie. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

    PS Skończyła mi się kasa na tel ;C jak coś to czat gmail ;C

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jak wspomniałaś o tym, że mamy zatrute umysły tym ratowaniem kogoś na siłę (tak, moje czytanie na raty) to w sumie trudno nie przyznać racji.
      Przecież jeżeli słyszy się o śmierci, to wszyscy (z niewielkimi wyjątkami) nagle jakoś... zupełnie inaczej reagują. Nie udało się uratować kogoś - o boże , jesteś potworem, jak mogłeś zabić moje dziecko/matkę/ojca/klopsa. Pewnie sam bym podobnie zareagował na taką wieść, ale to i tak z pewnej perspektywy fascynujące.

      Usuń
    2. Będę okropna, jeśli powiem, że dla mnie pies to tak samo jak człowiek? Tylko tutaj bardziej my jesteśmy jeszcze odpowiedzialni, bo on nie wyrazi swojej woli. I to prawda, w nich widać nieraz najwięcej.
      No tak, ja pisałam o onkologii przez jednego człowieka, wiesz którego pewnie i przez to, że ona w sumie była mi najbliższa, bo wiele lat przesiedziałam na studiach po prostu w szpitalu onkologicznym jakby nie patrzeć.
      Ból zęba...wiesz, kiedyś nasz prowadzący powiedział, że naciekanie nerwów przez nowotwór można właśnie porównać do bólu wszystkich zębów w szczęce naraz. I to nie zwykłego, rosnięcia, a jakby ci rozkuwali wszystkie nerwy w szczęce. A to pewnie i tak mało. Inna sprawa, że każdy ma też inną, osobniczą odporność na ból ale jednak...każdy ma swoją granicę.
      I spoko, napisałam ci już sms, ale mogłeś na mailu napisać :D

      Bo mamy. Medykalizacja społeczna robi swoje. A kiedyś...cóż, gdy śmierć była społecznie oswojona, patrzono na to trochę inaczej.

      Usuń
    3. Jak dla mnie nie będziesz okropna stwierdzając taką oczywistość dla mnie. To znaczy... To nie żadna tajemnica, że często nawet bardziej poważam zwierzęta, niźli ludzi. Tak po prostu jest z jakiegoś powodu i nie wiem dlaczego. A może wiem? Jakoś ludzie ranią dużo bardziej i częściej, z premedytacją niekiedy, a zwierzęta...

      No wiem, że napisałaś smsa, ale nie odpiszę XD

      Usuń
  16. Zawsze staram się nie dyskutować na takie tematy, wydają mi się zbyt ciężkie. Każdy ma swoje poglądy i oczywiście- można wymienić się swoim zdaniem, ale wolę nie zatrzymywać się dłużej na takiej wymianie zdań. Osobiście jestem przeciwko eutanazji, ale rozumiem Twoje podejście i argumenty, z którymi po części także się zgadzam, jednak nie zmienia to mojego stanowiska.

    OdpowiedzUsuń