Parę
dni, a każdy dzień coś wnosi.
Dni
świąteczne, dni pełne uwielbienia. Dni pełne pasji, medytacji,
noce przepływającej przez nas energii. Dni które choć szybko
minęły, przynoszą więcej niż niejeden miesiąc. Dni też pełne
zwykłej codzienności, czytania książek, wylegiwania się na
kanapie.
Jedno
przeplata się z drugim. Dni po prostu mijają.
Zaproszenie
Brigid do domu, palenie się świec w każdym z okien. Wspólna
medytacja gdy wróciła zima, choć mieliśmy przecież budzić
drzewa.
To
nic nowego- myślę- zawsze przecież gdy w Imbolc świeci
słońce, wraca zima. Moja babcia mawiała, że na Gromnicznej, ja
mówię, że na Imbolc. Inne nazwy, rdzeń ten sam.
Czasem
można śmiać się z "mądrości" czarownicy. A czasem ona
zaskakuje, gdy w nocy już, gdy tylko zajdzie słońce, wszystko się
spełnia. Przepowiednie. To, że można było zobaczyć przy słońcu
cień. Więc cień wygrywa.
Ale,
to zawsze tylko pozorna wygrana.
Śnieżna
pełnia poprzedniej nocy, ta w znaku lwa ,dostała to, czego
pragnęła. Energia płynie ze słońca, ale płynie i z chłodnej
siły lodu. Idealna, pozornie wybuchowa mieszanka. Pozornie
anihilująca. Nic z tych rzeczy jednak.
To
jak przepływający przez człowieka lodowaty potok. Nic więcej, nic
mniej. Orzeźwia, choć trochę na powrót znieczula, to, co ochłody
wymagało. Idealna połączenie. Śnieżny, lodowy księżyc w znaku
słońca.
To
będzie nieurodzajny rok w naszych oczach. Pąki drzew pewnie zobaczą
błysk i zmarnieją ich owoce jeszcze na świat niewydane. Wiele
piskląt umrze w gniazdach z głodu. Wiele lisiąt utopi się w
stawach i zdechnie w zasypanych norach. Mało modliszek ukręci głowy
swym mężom. Najedzą się za to muchy ścierwnice, złożą jaja w
każdym z trucheł, one będą żyć. Ale to nic. Czasem tak musi
być.
Istnieją
cykle, powtarzalne, ale każdy jest inny. Niektóre bardziej należą
do umierania jednych, inne bardziej do życia drugich. Czasem coś
umiera, żeby coś musiało żyć.
Wszystko
przechodzi. Jedno w drugie, jeden dzień w następny. Jeden rok w
kolejny. Może składamy się potem ze wspomnień, a może z
zapomnienia.
Może
chcemy też tak po prostu doznawać, czy to wtedy, gdy muchy
triumfują, czy to wtedy, gdy pisklęta nie są wyrzucane z gniazd.
Doznawać.
Zjednoczyć się z cyklem, jaki by on nie był. Po prostu żyć, a
nie budować wspomnienia w sobie, wić im gniazda. Inaczej dlaczego
umierający na raka mężczyzna którego kochałam podróżował po
świecie? Czy wspomnienia mają rację bytu w naszym życiu bardziej
niż to co tu i teraz? Więcej znaczą niźli nagły stubłysk?
Trudno
sobie samemu powiedzieć. Trudno, gdy zbliżają się kolejne daty,
kolejna piątka na której przecież nie chcę się skupiać.
Tamto
Imbolc było doznaniem w szerszym gronie i nie świeciło słońce. A
śnieżny księżyc nie mroził, był przegranym.
Tamten
rok był urodzajny dla ptaków i drzew. Był też dla ludzi. Z
szerszej perspektywy. Z osobistej, wszystko zmienia swój punkt
przyłożenia.
Czym
jest teraz, czym jest przeszłość? Kolejne naiwne pytanie się czym
jest czas. Czy sen jest jawą w innej równoległej płaszczyźnie?
Czym jest istnienie? Czemu po śmierci nadal mnie odwiedzasz? Czy to
coś, na czym powinnam się skupiać? Czy może po prostu, mamy
tęsknić?
Straciłam
kiedyś wenę. Straciłam dar pisania, malowania, przepływów.
Czasem mówiłam sobie, pewnie nigdy go nie miałam.
Teraz,
po kolejnym razie, tamy które sama zbudowałam, otworzyły się.
Wszystko jak rwący strumień.
Piszę.
Maluję.
Przetrwałam
i nie ma już nie wiem, nie ma chcę a nie mogę.
Choć
nie. Nie wiem nadal zbyt wiele.
W
dni wracam do codzienności. Biegam i załatwiam swoje sprawy, biegam
po lekarzach, bankach, urzędach Umawiam chorego po obrzędach na
mrozie Męża do lekarza, bo robię to przecież stokroć lepiej.
O
poranku po nocy Śnieżnej Pełni w Znaku Lwa ogarniam mieszkanie,
dopadając do rozmów na fejsie, smsując z paroma osobami.
Codzienność.
Ogarniam
mieszkanie, szykuję syropki, śniadanie.
Wszystko
przy lecącej w tle muzyce.
Słucham
namiętnie ostatnio Foo Fighters. Zawsze ich kochałam. Pełni życia.
Nastrajają energią do działania. Frido, ogarnij swoje życie,
zdaje się mi krzyczeć w "Best of you" Dave Grohl.
Ogarnij i nie przestawaj.
Każdej
zbliżającej się piątki staraj się nie myśleć, a działaj. Skup
się na życiu. Skup się na przetrwaniu. Skup się na szczęściu,
bo tak, dzisiaj też jestem szczęśliwa, po tym, jak dotknęłam
zimnego strumienia i ujrzałam, co czeka mnie w tym roku.
Jestem
szczęśliwa tylko mam parę daleko ciągnących się myśli. Ale ta
muzyka od rana sprowadza na ziemię, tam, gdzie dzisiaj moje miejsce.
Bo
właśnie. Dave Grohl.
Podziwiam
zawsze tego człowieka w jakiś sposób i go uwielbiam. Chętnie z
takim przeszłabym się na piwo. Tak przynajmniej sądzę, choć,
nigdy nie ma pewności. To co robi na scenie, co widać zresztą na
koncercie w Wembley. Zaraża tym, co pełne energii życia.
Pozytywnie. Niesamowicie.
Kiedyś
specjalnie nie słuchałam Foo Fighters. Byli, bo byli.
Od
trzech lat się w nich wgłębiam. W sumie-zaczęło się od
obejrzenia "The Pick of Destiny" razem z chłopakami,
gdzie wokalista, Dave Grohl gra szatana i wymiata wręcz na bębnach,
gitarze i niesamowicie śpiewa. Facet musi mieć niesamowite poczucie
humoru i dystans, skoro zgodził się wystąpić z Tenacious D w ich
filmie pomyślałam. Widać to zresztą na scenie, na koncertach.
No
tak, słuchasz, słuchasz i się wkręcasz. A potem nieraz, zaczynasz
myśleć, zastanawiać się.
Może
to dziwne, że tak zachwycam się Grohlem. Dla wielu na pewno, bo dla
nich Grohl skończył się gdy umarł Kurt Cobain i Nirvana. I
właśnie tu nasuwa mi się pewna myśl.
Zastanowiło
mnie swojego czasu, jak Foo Figthers i Dave Grohl postrzegany jest
przez fanów Nirwany. Czy to jakby całkiem osobny rozdział?
Muzycznie na pewno. Ale jak postrzega się jego postać. Oczywiście,
kiedy mówią o Nirvanie nikt nie mówi o Grohlu, tylko o Cobainie. A
było tam 3 muzyków. I gdy tak słucham Foo Figthers zdaje mi się,
że nie tylko jedna osobą tam miała niesamowitą charyzmę.
Najlepszy perkusista świata pan Grohl chyba miał wiele do
powiedzenia. Ale często mówiąc o zespołach, muzyce, zapominamy o
reszcie muzyków, skupiają się na jednym. Mówiąc o Doorsach
mówimy o Morrisonie, choć "Ligth my fire" wcale
nie jest jego dziełem o czym niewielu wie. Choć i jego twórca już
nie żyje.
.Mówiąc
o Nirwanie mówimy o Cobaine.
Czasem-tak
jakby to śmierć ludzi gloryfikowała. Czyniła bohaterami.
Nie
od dzisiaj mówi się, że o zmarłych się źle nie mówi, co zawsze
było dla mnie bzdurą. Nieraz nie można dokończyć z nimi pewnych
spraw i trzeba im wybaczyć. Ale nieraz nie można nad wyraz
rozgrzeszać. Choćby- ja wcale nie rozgrzeszam swojego ojca.
Co
umarło, to umarło. Śmierć w piach, kości w pył.
Nie
można kości wybielić nad wyraz. Nieraz to je niszczy.
Jeśli
idzie o Nirwanę jednak dalej- dla mnie bohaterem będzie raczej Dave
Grohl.
Nie
chodzi mi o muzykę. Ale o to, co było później. Wyobraźcie sobie,
że ktoś, z kim tworzycie zabija się i w pewien sposób- niszczy
waszą karierę. A chcecie przecież grać! I co robicie? Nie
usuwacie się w cień, nie zostajecie muzykiem sesyjnym tylko
tworzycie jedną z najpopularniejszych kapel rockowych ostatnich lat.
Kapelę całkiem oderwaną i nadal potraficie być zabawnym,
medialnym gościem (widzieliście Grohl przebranego za kowboja pod
prysznicem?) który ma niesamowity kontakt z publicznością.
Może
nie porywają już nastolatków depresyjnym klimatem, bo tego kto to
wprowadzał już nie ma ale żyją dalej.
I
co więcej- pokazują, że muzyka to nie tylko przemyślenia, wielkie
i głębokie- choć to w muzyce kocham- nie tylko emocje które maja
rozrywać na kawałki-czego i ja często w muzyce potrzebuję, co
widać choćby w moim uwielbieniu do Nine Inch Nails czy w muzyce
Mansona- ale muzyka i granie to cudowna zabawa i rozrywka. To radość.
Tworzenie jej. Po prostu, jak widzę tego kolesia na scenie aż mnie
zaraża energią.
Mówi
mi o przetrwaniu. I to nie o przetrwaniu w smutku i ciszy. A
przetrwaniu, w którym napierdala się dalej życie. Rozpierdala
niesamowicie pozytywnie nieraz.
Napierdalać
życie.
Tak.
Myślimy o tych, którzy odeszli. Jest nam ich żal, za nimi
tęsknimy. Myślimy o kościach rozsypujących się w proch. A tak
naprawdę, łatwiej jest umrzeć, niż żyć.
Żyć
i zostać nieraz samemu.
Żyć
i po prostu przetrwać.
Zresztą,
nie tylko ja to twierdzę. Jak pisał Herbert w „Trenie
Fortynbrasa”, jednym z ukochanych wierszy też tego, który
odszedł :
„Tak
czy owak musiałeś zginąć Hamlecie nie byłeś do życia
wierzyłeś
w kryształowe pojęcia a nie glinę ludzką
żyłeś
ciągłymi skurczami jak we śnie łowiłeś chimery
łapczywie
gryzłeś powietrze i natychmiast wymiotowałeś
nie
umiałeś żadnej ludzkiej rzeczy nawet oddychać nie umiałeś
(....)
Teraz
masz spokój Hamlecie zrobiłeś co do ciebie należało
i
masz spokój Reszta nie jest milczeniem ale należy do mnie
wybrałeś
część łatwiejszą efektywny sztych
lecz
czymże jest śmierć bohaterska wobec wiecznego czuwania
z
zimnym jabłkiem w dłoni na wysokim krześle
z
widokiem na mrowisko i tarczę zegara
Żegnaj
książę czeka na mnie projekt kanalizacji
i
dekret w sprawie prostytutek i żebraków
muszę
także obmyślić lepszy system więzień
gdyż
jak zauważyłeś słusznie Dania jest więzieniem
Odchodzę
do moich spraw Dziś w nocy urodzi się
Gwiazda
Hamlet Nigdy się nie spotkamy
To
co po mnie zostanie nie będzie przedmiotem tragedii”
Część
łatwiejszą, efektowny sztych.
Nieraz
mam wrażenie, że łatwiej niektórym odejść, niż trwać i
działać. Nie bagatelizuję tu samobójstwa, każdy samobójca ma
powody- ale może za bardzo gloryfikujemy tragedię nie doceniając
tych, co zostają.
Trzeba
tęsknić, kochać swoich zmarłych. Trzeba o nich pamiętać, bo
pamięć sprawia że żyją. Ale nieraz...
...nieraz
mam wrażenie, że łatwiej opłakiwać i roztkliwiać się nie
docenić nieraz to, co ktoś robi. Robi też dla nas. To, że nadal
żyje.
Skupmy
się nieraz na żyjących bo my nadal, jesteśmy po jednej stronie.
Oddychamy.
Nasze nerki filtrują krew. Naszą głowę rozsadzają myśli.
Tak
może musi nieraz być w tym świecie.
My
jesteśmy po stronie życia i musimy się tu wspierać.
Żałuję,
że Ciechowski już nie stworzy żadnej muzyki. Szymborska nie
napisze kolejnego wiersza. Doceniam to co zostawili.
Doceniam
czyjeś dzieła i akceptuję śmierć ale gloryfikowanie kogoś
dlatego, że nie żyje? Nie mówię że tak jest zawsze ale
spójrzcie-czy nasza kultura nie „jedzie” na tragedii? Kto
zachwycał się Amy Winehouse czy pamiętał o Michaelu Jacksonie
dopóki nie kopnęli w kalendarz mówiąc brzydko? Niewielu. Teraz
każdy nagle kocha ich muzykę. Wielki boom na śmierć.
Żywych
można oczerniać. Martwym wybiela się kości aż nie pękną z
trzaskiem i stawia nieraz pomniki, które przesłaniają świat.
"Masz
koszulkę z Kurtem
I
nawet ci do twarzy
Nawet
ci do twarzy z trupem
Poproś
go niech ci dziś powie chociaż słowo"- jak śpiewał
Grabaż z Pidżamą przed laty.
Osobiście
dziś wolę żywego Maynarda, Manosna, na którego koncercie już
byłam, Grohla, Reznora, Tori Amos, PJ Hervey i nazwę ich wielkimi
muzykami (choć mam wrażenie ze Manson zniża trochę lot ale to
bardzo subiektywne) nawet pomimo tego, że żyją. I ciągle mogą
coś spieprzyć.
Niektórzy
z nich przetrwali. Żyją.
Kocham
swoich zmarłych, ale dziś wybieram życie.
Skupiam
się na żyjących. Tych dalekich i tych bliskich, którzy obok
nieraz nie dają rady, nieraz płaczą. Są słabi, bo nie są
wspomnieniem, nie są pomnikami. Ale są też przez to niesamowicie
silni.
Dziś
wybieram życie i nie tylko tego, który muzycznie, w odległości od
mojego świata przetrwał.
Dziś
wybieram życie i tych, których tragedie i śmierć okaleczyły jako
i mnie. Ale tych, którzy przetrwali właśnie. Też przetrwali pewne
rzeczy razem ze mną.
Myślę
o jutrzejszym dniu, o feralnej piątce, przy której będę świętować
urodziny tej, która przeżyła. Przeżyła razem ze mną nie jedną
śmierć, a potem kolejną. I niejedną mniejszą lub większą
tragedię. Myślę o tej, która tego dnia, dnia naznaczonego pewnie
jeszcze przez wiele miesięcy a może lat owym piętnem, będzie po
prostu żyła, zda kolejny egzamin w sesji, za który ja trzymam
kciuki.
Myślę
o dziewczynie ze szczupłymi nadgarstkami, która teraz jest daleko
ale stała mi się bliska. Myślę o pewnej blondynce, która też
straciła część serca.
Myślę
o tych wszystkich ludziach, którym odebrano coś, ale którzy
przetrwali. Myślę o ludziach, do których zbliżyłam się przez
cudzą śmierć. Ta jednak scala to, co zostało. Nie rozbija, jeśli
po prostu my sami nie pozwolimy się rozbić.
Patrzę
na swojego Męża, teraz chorego, leżącego w łóżku i
marudzącego. Myślę o tym, jak znów, wszystko przetrwaliśmy razem
i o tym, co jeszcze pewnie nieraz nas dotknie, jak jedną osobę.
Myślę
o wszystkich przyjaciołach, o każdym kto przeżył piątkę albo i
inne dni. Każdego coś przecież dotknęło w życiu. Nikt nie jest
bez rany.
Myślę
o rodzinie której odebrano najwięcej i podejmuję decyzję, że
jednak tam się udam, w sobotę, choć sama boję się ich
przetrwania, tego domu i wspomnień. Dzwonię do siostry tego który
odszedł i umawiam się z nią po prostu, jak przed. Jakby nigdy nic.
Bo
i ja przecież przetrwałam. Więc muszę skupić się na żywych, na
tych co oddychają i których nerki filtrują. Muszę ich dalej
kochać, choć nie zawsze to jest łatwe, bo oni nadal popełniają
błędy, nadal mogą coś spieprzyć. Ale to nic. Jesteśmy po tej
samej stronie.
Temu
co umarło, trzeba pozwolić umrzeć.
Temu
co żyje, trzeba nieraz pomóc żyć.
Odpalam
więc znów pana Grohla z cudownymi Foo Fighters i dalej biorę się
za robotę. W feralnym roku dla ptasich gniazd, w dobrym roku dla
much. W kolejnym cyklu, który przeżyłam, kolejnym, który
rozpoczynam. Kręgu przypływów i odpływów, śmierci i życia.
Uczę
się znowu chodzić
Wierzę
że czekałem wystarczająco długo
Uczę
się znowu mówić
Czy
nie widzisz, że czekałem wystarczająco długo?
Tak, Lew to mój znak. A Słońce daje siłę :)
OdpowiedzUsuńWiem:0 Dlatego, być może, ten miesiąc będzie ci wyjątkowo sprzyjał, kto wie?:)
UsuńMam taką nadzieję, ale ostatnio sama siebie zaskakuje ;)
UsuńTo znaczy?
UsuńNapiszę Ci prywatnie. :)
UsuńKażdy ma jakąś historię. Jakieś wzloty, upadki. Ale ważne jest tych kilka osób, dzięki którym się trzymamy.
Hmmm.... Pełnia była poprzedniej nocy? A nie będzie tej? Wydawało mi się, że z dziś na jutro jest pełnia... Bo choć już nie mogłam spać i czuję się koszmarnie jak zwykle :P to jednak nie świeciło mi nic po twarzy nocą i nastawiam się jak przetrwać dzisiejszą noc.
OdpowiedzUsuńPełnia trwa trzy noce, wczoraj był jej początek, a świętuje się głównie wejście w pełnie, w nowy znak i nowy księżyc:) I cóż...przetrwasz jakoś na pewno. Aż do kolejnej:)
UsuńChodzi o to,że ciężko mi spać, właśnie to te 3 noce, ale tylko w tej środkowej go widuje :P a nie wiedziałam,że świętuje się wchodzenie. Ciekawe kiedy w wodnika wchodzi... Bo wydawało mi się,że lew jest kiedy indziej :P ale mało się na tym znam.
UsuńBo jest po prostu...najsilniejszy wtedy, może dlatego?:)
UsuńW wodnika wchodzi 31 lipca:) Ty mówisz o znakach słonecznych, a trzeba pamiętać, że pełnia w danym znaku jest w stosunku do słonecznych znaków przesunięta, bo te trwają miesiąc, a księżyc ma inną długość cyklu. Dlatego miesiące znakami się nie pokrywają, wieki przesunięć:)
Raczej z pewnością dlatego :) Świeci i drażni i brrrr :P
UsuńHm, a poczytałam sobie (bo przecież mam ważne rzeczy do zrobienia i można szukać głupot :P ), że księżyc przechodzi w miesiącu przez wszystkie znaki zodiaku... I zabawne,że w lipcu... No ale cóż, podobno jestem wodnikiem i kocham bliźniaka :P
Bo to też tak jak ze znakiem słonecznym i ascendentem, który wyznacza się poprzez godzinę urodzenia a raczej nachylenie słońca w stosunku do peryhelium ziemskiego. Także, wersji masz dużo, kwestia, co chcesz obliczyć, na co ma mieć wpływ, czy chodzi o astronomię, o magię, o religię czy o co jeszcze innego:)
UsuńWięc w tym roku pasuje jakoś:)
To mogę być kilkoma różnymi znakami haaha :D ale cóż, nie będę nad tym się rozwodzić bo się przyzwyczaiłam do bycia wodnikiem, ba... Wiele opisów tego w necie bardzo do mnie pasuje i to widać :) Może horoskopy rzadko kiedy pasują :) Ale... Chyba dobrze mi z tym jak się nie zastanawiam.
UsuńA i owszem, ale każdy oznacza co innego i inaczej wpływa, zasadniczo :D
UsuńA horoskopy jednak cóż..większość co ściema, po prostu:)
Wiedźmą to raczej nie jestem, ale mam rude włosy i pieprzyk na brodzie, więc wpasowuję się w kanony urody czarownic xD
OdpowiedzUsuńSwoją drogą: ciekawe święto. Ale jak można obudzić drzewa, kiedy na ziemi jeszcze leży śnieg? ;)
No to nawet ja wpasowuję się mniej:D Ale czarownice mają to do siebie, że nie liczą się z kanonem:D
UsuńTo raczej, jak zwykle, symboliczna, metaforyczna nazwa. Choć, w krajach, w których ta nazwa powstała pory roku są "przesunięte" w stosunku do naszego klimatu:) Ale chodzi raczej o pewne przygotowanie się na wiosnę, a raczej...polega to bardziej na kolejnym przebudzeniu siebie:) Zasadniczo, nazwa Imbolc wywodzi się od słowa "olmec" które oznacza w wolnym tłumaczeniu mleko albo ziarna, które dopiero mają potencjał kiełkowania. To po prostu przygotowanie, jak matki (tu matki natury) która nosi już mleko w piersi, choć dziecko jeszcze nie wydostało się na świat. Tak samo powoli budzą się drzewa, one już zimą, gdy leży śnieg zaczynają się nawet dosłownie, biologicznie przygotowywać na wydanie pąków. A to wszystko można odnieść jako metaforę i do nas, ludzi:)
http://weknowmemes.com/wp-content/uploads/2012/03/been-in-a-legendary-rock-band-twice.jpg :D
OdpowiedzUsuńWidziałaś Ice Bucket Challenge Grohla? Jeśli nie, to obejrzyj, bo to niezłe widowisko. A jeśli mowa o Wembley, to tamto wykonanie "My Hero" ♥♥
Taaaa, też zauważam, że niektórzy zaczynają słuchać danego wykonawcy/zespołu, dopiero po ich śmierci/rozpadzie/etc. I nagle okazuje się, że byli największymi fanami, tylko "ukrywali się" i się tym nie ogłaszali. Dla mnie to trochę śmieszne, że potrzeba czasem aż tak mocnego bodźca, żeby sobie o kimś przypomnieć. Albo o kimś dowiedzieć. Ale nic z tym nie zrobimy...
Zan i obrazek ( jak zwykle obrazki :D) i widziałam i to i to. Serio, kocham tego faceta:D
UsuńDokładnie. Taki nimb że zginęli. Ale to w ogóle nie jest mechanizm tylko wśród sław, powiedzmy tak. Często nagle gdy ktoś ginie, szczególnie tragiczną śmiercią, nagle okazują się jego przyjaciółmi, nagle ten człowiek był im bliski...choć wymienili z nim np.w życiu tylko parę zdań albo nawet w ogóle. Śmierć, wbrew pozorom, ma wielu towarzyszy. I owszem, nic się na to nie poradzi. Może, kto wie, właśnie tak radzimy sobie ze swoją smiertelnością też trochę?
No co? :P Nic nie poradzę, że prawie do wszystkiego potrafię skojarzyć jakieś obrazki, które gdzieś kiedyś widziałam, a zapadły mi w pamięć :P
UsuńMasz absolutną rację co to tych sytuacji w życiu codziennym, nie tylko wśród sław, tylko że u mnie właśnie o wiele częściej zdarzają się te pierwsze, dlatego o nich wspomniałam.
Może masz rację. Ale sama nie wiem, nie znam się na takich psychologicznych elementach (?), więc nie chcę nic gdybać czy podejrzewać :D
Ale to jest dobre:D Bo, cytując reklamę, czasem wyraża więcej niż tysiąc słów:D
UsuńMnie raz pewna osoba wkurwiła właśnie po śmierci Kordiana...znaczy, ja nie mam prawa odbierać komuś żałoby, ale wiem, że to osoba która nieraz na nim psy wieszała, raz mu ogromnie życie struła a tak to odszedł wielki przyjaciel także...no różnie bywa po prostu. Czasem i wobec tego trzeba zacisnąć zęby.
Ja też tylko tak gdybam :D
Taaak, czasem trudno się wysłowić, a jak się komuś pokaże, to od razu wiadomo, o co chodzi :D
UsuńWiem, o co Ci chodzi. Niby każdy powinien sobie wszystko przeżywać na swój sposób, ale... chyba często niektóre rzeczy się przeżywa tak, żeby inni to widzieli ;|
Jasna sprawa :D
UsuńWłaśnie, takie na pokaz...czasem nie ma nic bardziej irytującego jednak.
Kurczę, mam tyle do wywalenia z siebie, a nie umiem tego ubrać w słowa.
OdpowiedzUsuńMoże zacznijmy od Kurta. Sam wybrał drogę. Wybrał heroinę, a potem sam wybrał śmierć. To była jego decyzja. Ludzie jadą po ćpunach. Przytoczę fragment mojej dyskusji z pewną fanką Nirvany. Powiedziałam to, co teraz. Że Kurt sam wybrał swoją drogę. W odpowiedzi usłyszałam, że on "chciał żyć, heroina go zabiła". Ktoś, kto chce żyć nie popełnia samobójstwa. Fani tak wybielają Cobaina. Każdego się po śmierci wybiela i chwali. A gdyby Kurt nie był popularny, tylko byłby zwykłym ćpunem, czy wtedy też by tak go wychwalano? Nie chcę tu rozmawiać o zmarłych, akurat tego Kurta się tak uczepiłam, bo pisałaś o nim w notce, ale jest też masa innych zespołów, gdzie ktoś popełnił samobójstwo. Wtedy taki band staje się nagle kultowym zespołem, wszyscy noszą koszulki, choć nie wszyscy słuchają. Nie rozumiem tej logiki.
Akurat włączyłam sobie pierwszy album FF. Jak mogłaś wcześniej ich nie doceniać? :D
Mem od Norrie dobry :P
Wiesz, ja absolutnie nie jadę po Kurcie czy po kimkolwiek kto umarł czy ćpa i tak dalej. Chodzi mi o to po prostu, że nieraz mówimy o tych, co nie żyją- choć również zasługują na wielki szacunek- a zapominamy o tych, co przetrwali. W wielu przypadkach tak było. A czasem warto nie skupiać się na nimbie śmierci, który jest jakoś no...mroczne fascynuje. A warto skupiać się na życiu. Na dalszej drodze:)
UsuńI owszem, zabija się ten, kto nie chce żyć. U kogo w pewien sposób zawiódł ten...chyba instynkt przetrwania. Ale wielu niedoszłych samobójców- w tym i ja- po wyjściu z doła odkrywa, że chcieli żyć. Tylko w pewnym momencie coś poszło nie tak, przepalił się bezpiecznik. Po prostu różnie bywa. Ale tego różnie bywa właśnie wielu ludzi nie umie jakoś przyjąć do siebie.
Po prostu, jak pisałam wyżej...może to też sposób na radzenie sobie z własną śmiertelnością w jakiś sposób?
I mogłam :D Człowiek dojrzewa do wielu rzeczy, jak do smaku oliwek i wytrawnego wina, tak i do muzyki pewnej :D
Zajebisty:D
Tak, zmarli zasługują na szacunek, ale nie w ten sposób, w jaki robią to media. Okej, mój dziadek zmarł, ale to, że już go nie ma na tym świecie, nie oznacza, że będę wspominać o tym, co było najlepsze w nim. Jak każdy, miał wady. Nie każdy jest święty. Także Kurt nie był, więc nie rozumiem całej idei zarabiania na czyjejś śmierci.
UsuńOdwagę ma nie ten, kto popełnia samobójstwo, a ten, który odważył się iść dalej, mimo tego, że góra była prawie pionowo i trzeba było momentami iść bardzo wolno, by nie spaść.
Chyba nigdy nie dojrzeję do smaku oliwek, są po prostu paskudne i śmierdzące. A wytrawne wino jest... dobre, nawet lepsze niż co niektóre słodkie :D.
Media właśnie po prostu na nich żerują, a przez to i na ludzkiej naiwności, wiadomo nie od dziś, a i tak się temu niejednokrotnie poddajemy.
UsuńTak samo jak ja, mówię wprost, że mój ojciec był skurwielem- bo był, nie płaczę po nim, w ogóle nie mówię że tęsknię, nie żałuję ani trochę że się z nim przed śmiercią nie wiem, jakoś nie pojednałam i nie, to nie gromadzi we mnie jakiegoś jadu i żalu, co wielu próbuje mi wmówić:D W ogóle, ludzka pamięć ma też to do siebie, że ze wspomnień wybiera najlepsze, nie wiem czy znasz ten mechanizm z psychologii? Dlatego też ludzie po latach wspominają to co dobre w kimś było gdy odszedł, gdy już na co dzień cię nie wkurwia. Nawet wczoraj sobie o tym poczytałam trochę:)
Wiadomo, zarabia się na wszystkim, bez skrupułów.
Jasne. Nie mówiłam nigdy, że sambóstwo to odwaga w porównaniu do życia,aczkolwiek...czasem nasuwa mi się pewna myśl, że to rodzaj odwagi szaleńca.
Są pyszne:D Chociaż tez kiedyś mówiłam, że ich nigdy jeść nie będę :D
Wino widzę wchodzi :D
W ogóle media są bezduszne. Może dlatego nie czytam, nie słucham i nie oglądam wiadomości. Po co się bez potrzeby dołować?
UsuńW mechanizmach psychologii co nieco się orientuję. I tak, po latach się wybiera z ludzi tylko dobre cechy. Jakoś nawet jak osoba odeszła niedawno to staram się wybrać te najlepsze cechy, wspomnienia itd, żeby nie dusić w sobie tego, co bolało bądź było złe. Tak, ja wieczna optymistka XD
Odwaga szaleńca? Jak dla mnie szaleniec ciągle żyje w staniu splątania, nie wie, co robi. Coś jak opętanie przez Voldemorta w drugiej części Harry'ego Pottera :)
3 lata temu zjadłam jedną oliwkę, bo założyłam się z bratem o to, że zjem xD Nie zwróciłam jej, ale koniecznie musiałam popić dwiema szklankami wody :P
Wino zawsze i wszędzie :P
A ja jednak czasem lubię wiedzieć, co się dzieje na świecie. I to z różnych źródeł, żeby właśnie wyrobić sobie taki własny środek w wielu opiniach:)
UsuńDokładnie, po prostu wolimy żeby nas jak najmniej jednak bolało. Naturalny mechanizm obronny.
A jak dla mnie istnieje coś takiego. Poznałam po prostu szalonych niby, ale bardzo odważnych ludzi:) Długie historie:)
To gratuluję wygranego zakladu :D
Niby dobrze zdaję sobie sprawę z tego że świat to nie tylko kolorowe obrazki i sama radość i życie.
OdpowiedzUsuńAle czytając Twoje notki, takie jak ta, takie prawdziwe, w których czytam o śmierci, o muchach, o innych gadach i bakteriach... To takie przyziemne, takie do bólu przyziemne, że zawsze mnie to wprawia w pewnego rodzaju smutek. Nie wiem skąd to uczucie ;)
Bo życie to cykle przeplatania. Nie tylko ćwierkające ptaszki właśnie, ale i ich truchła jak ja to mówię. I nie miałam tego nigdy na myśli, żeby kogokolwiek w smutek wprawić....właśnie wręcz przeciwnie. Dla mnie cykl i biologia, właśnie fizjologia jest czymś, co napędza. Ale spójrz, jak różne rzeczy właśnie na ludzi działają. Aż fascynujące.
UsuńTo prawda :D Ja niby znam Twój zamiar i wiem, że to ma być optymistyczne, zwłaszcza jak piszesz o świętach w Twojej religii, bo jednak święto to okres dobry, a już w Twojej religii to w ogóle ;p Tak mi się przynajmniej wydaje ;p A jednak fizjologia ta ludzka, ta fizjologia przyrody jako takiej, mnie tak jakoś, hm... przeraża to może za duże słowo, ale zwyczajnie się jej boję :D Bardziej chyba niż elektrowni jądrowej :D Serio nie wiem skąd we mnie takie właśnie emocje w tym temacie :D
UsuńPo prostu, każdy z nas odnajduje piękno czy nadzieję po prostu w czym innym. Trochę inne światy;) A elektrowni też nie ma się co bać, wiem co mówię akurat :D
UsuńStraciłam kiedyś wenę... Moja poszła i nie wrociła :D Pisałam wiersze, a teraz nie jestem w stanie tego zrobić. Nic nie trwa wiecznie chyba.
OdpowiedzUsuńNie, nie wiedziałam o tym ;) Ale w sumie to by się zgadzało - kiedyś uwielbiałam słodycze, a teraz przepadam za ostrymi rzeczami ;)
Może i nic nie trwa wiecznie, a może po prostu pewne rzeczy u niektórych muszą przeminąć, u innych się zmienić?:)
UsuńNo to widzisz, sprawdza się teoria. Tym bardziej, że dzieci łatwiej rozpoznają słodki smak,dlatego słodycze kochają :D
Uwielbiam jak się komentarze nie dodają -.-'
OdpowiedzUsuńJako wieloletnia fanka Nirvany i Kurta powiem, że Grohl (jak i wszyscy perkusiści w Nirvanie i pewnie nie tylko) był niedoceniany. Bo miał zajebiste pomysły na piosenki, ale nie, bo musiało być tak jak Kurt chciał (z jednej strony cóż, to w końcu jego zepsół xD). I myślę, że z czasem by się wkurwił i kopnąłby ich w dupę, dlatego się nie dziwię, że po śmierci Kurta po prostu dalej robił swoje. I chwała mu za to :) I uwielbiam tego mema z Davem - been in legendary rock band. TWICE. :D
A takiego wybielania zmarłych nie rozumiem. Bez względu czy to Kurt czy ktoś inny z Klubu 27 czy moja była sąsiadka, która suką była i mimo, że nie żyje to dalej tak twierdzę. Zresztą moja babcia też się nie pierdoli i praktycznie nigdy nie mówi o dziadku dobrze xD
A wczoraj mi głowie latał Tren, znaczy, ostatnie wersy, bo to mój ulubiony fragment. Ale to mi często lata.
Ja też:D
UsuńTak, wiem, Kurt był number one póki ktoś go nie zdetronizował :D I może dobrze, teraz nikt cię w razie czego o nekrofilię nie oskarży :D
I wiesz...ja nie lubię podejścia "czyjś zespół". Albo to jest zespół, albo wokalista z bandem sesyjnym i tyle :D
I pewnie że chwała mu za to. Znaczy...był załamany jednak po jego śmierci, czytałam nawet z nim wywiad kiedyś na ten temat, ale mimo wszystko...właśnie przetrwał i te świetne pomysły wprowadza w życie:)
No ja też nie. Ja choćby nie wybielam mojego ojca, co wiadome. Ale wiesz, czytałam w ogóle sobie na ten temat i jest nawet taki mechanizm w psychologii, że zapamiętujemy tylko dobre rzeczy w czasie, bo łatwiej nam ..po prostu żyć. Z pewnymi wspomnieniami, inne wypieramy. Dlatego czasem mimowolnie wybielamy tych, którzy odeszli.
No to mi tak samo:)
Oj i to jak zdetronizował! xD Nie no Kurtem aż tak się nie jarałam, w sensie jeśli o wygląd chodzi czy jakieś.,. fantazjowanie :D Brudny ćpun i do tego trup, super xD
UsuńNo z jednej strony tak.
No wszyscy jednak byli załamani, wiadomo. Ale wykorzystał szansę i w ogóle :D
To tak jak (przynajmniej ja tak mam), ktoś złamie mi serduszko to nie myślę w o tej osobie w kategorii frajera tylko usprawiedliwiam na milion sposobów. Ale to akurat nie pomaga xD I cóż, sama wiem, że pewien żal w żałobie tylko dobija, więc łatwiej myśleć o tych dobrych rzeczach. Ale to też pewnie zależy jak bliska była to osoba.
No tak, spanie z nim raczej odpada :D
UsuńNo to już wiem akurat też po wczoajszych rozmowach, że jednak się tego dobrego doszukujesz....a czasem nie warto po prostu, mimo wszystko.
Z Brandonem pewnie też xD
UsuńNo tak :) No przeważnie jednak nie warto tylko czasem ciężko do tego dojść.
Łatwo idealizować zmarłych. Można im wkładać w usta słowa, które "powiedzieliby" i mówić o rzeczach, które "zrobiliby". Żywi mają trudniej, muszą starać się na każdym kroku. Dlatego rzeczywiście warto podziwiać Dave'a, że przeżył i wciąż działa. Choć osobiście za FF nie przepadam.
OdpowiedzUsuńDokładnie:) Bardzo łatwo gdybać, ale nikt nie wie, jaka jest prawda, więc wybiera się to, co wydaje się jakoś..."jasne" po prostu. I żywi nie są pomnikami, a każdy z nas niesie ze sobą słabości, rozczarowania. W sumie, mi nawet bardziej to odpowiada, niż symbole zmarłych jakoś...
UsuńNie każdą muzykę kochać trzeba:)
Właśnie. A jednak mimo tych słabości lepiej, żeby ludzie brali przykład z żywych, nie idealizowanych zmarłych.
UsuńNa szczęście muzyki jest tyle, że każdy znajdzie coś dla siebie. :)
Dokładnie. Bo też i nawet na pomnikach nie sposób się wzorować:)
UsuńCałe szczęście:)
Emi tak ładnie ubrała w słowa to, co chciałam powiedzieć... Ja z bolącym łbem, po godzinnym, zakrapianym łzami prysznicu nie jestem w stanie wykrzesać z siebie niczego sensownego.. Zostawiam zatem tylko ślad, że Cie odwiedziłam...
OdpowiedzUsuńRozumiem, nieraz zmęczenie i złe samopoczucie robią swoje:) Mam nadzieję, że już jest lepiej:)
Usuńfajna piosenka na końcu:))
OdpowiedzUsuńTeż tak sądzę :D
UsuńWszystko to co napisałaś jest motywujące do tego, żeby ŻYĆ. Wybrać życie właśnie.
OdpowiedzUsuńNieraz część muzyków w zespole pozostaje niedoceniona. Taki Queen chociażby, przecież to też nie był tylko Freddie. No, ale chłopacy nie pociągnęli swoich karier tak jak Dave. Tak mi się skojarzyli, kiedyś namiętnie ich słuchałam ;-)
"Walk" bardzo lubię, ma w sobie takiego motywującego kopa. I chyba w inne kawałki tej grupy też się wsłucham bardziej.
W ogóle dobrze, że wena Ci wróciła. Pokażesz kiedyś swoje obrazy? :)
Cieszę się zatem, że to jakoś też i motywuje:)
UsuńDokładnie. Był jeden frontman, a zapomina się o reszcie, jakby byli tłem, a nie też, jak i on, twórcami. I skojarzenie jak najbardziej trafne moim zdaniem:)
Polecam szczerze:)
Muszę chyba, bo każdy po kolei się dopomina :D Jak nazbieram na nowo materiał, może zrobię cóż...wpis z obrazami, o:)
No właśnie, przecież zawsze wszyscy muzycy są twórcami. Zarówno w Queen jak i każdym innym zespole. Mnie zawsze fascynuje i porusza to, jak zupełnie różne instrumenty i jeszcze wokalista idealnie i harmonijnie się zgrywają. Jest to dla mnie trochę takim symbolem i odzwierciedleniem tego, że ludzie o różnych charakterach też mogą tak współistnieć i współpracować. Każdy inny, a każdy ważny, potrzebny i na swój sposób zajebisty. Muzyka to idealnie ukazuje moim zdaniem :)
UsuńŚwietnie, no to czekam na wystawę prac Fridy B. :D
Dokładnie, każdy coś wnosi, bez niego cały rys muzyczny się zmienia w zespole. Ale wielu osobom trudno to dostrzec jednak. I bardzo ładna metafora:)
UsuńOk :D Że też nie zrobiłam zdjęcia obrazu który wczoraj "wydałam":D
jak dobrze,że byłaś i jesteś dla tych wszystkich swoich bliskich... :)
OdpowiedzUsuńA oni byli i są dla mnie:)
UsuńSzanowna Pani Frido,
OdpowiedzUsuńz przyjemnością i z niemałą skrupulatnością wczytuję się w dodawane przez Panią wpisy. Ma Pani bardzo ciekawe spojrzenie na rzeczywistość, podejmuje Pani niebanalne wątki i tematy. Język i słowa, jakie Pani dobiera do pisania o trudnych zagadnieniach oraz zawiłościach ludzkiej egzystencji, potęgują wydźwięk wraz z głębokim znaczeniem tekstów wydobytych spod Pani kliknięć.
Jednocześnie przepraszam, że nie zawsze pozostawię jakiś ślad po swojej obecności, tylko po cichuteńku czytam to, czym zechce się Pani w danym dniu podzielić. Życzę niezliczonej ilości weny i aspiracji przy dalszym tworzeniu.
Poczułam się ze wszech miar..staro :D Bo chyba nikt do mnie pani nawet w realnym świecie nie mówi, wyglądam i zachowuję się jak gówniara, to tym bardziej w internecie, gdzie wszyscy mówimy sobie prawie per Ty...jednak, to miłe:) Tak samo jak wszelkie miłe słowa kierowane w moją stronę, za które dziękuję:)
UsuńI przecież, toż to żaden obowiązek, jakiś ślad po sobie zostawiać, czyż nie?:)
I dziękuję również za owe życzenia, właśnie oby weny i inspiracji nie zabrakło- ani mi, ani...Tobie Czy też Panu:)
Dla mnie Nirvana to cała trójka, natomiast sam Cobain jest osobnym rozdziałem.
OdpowiedzUsuńA Grohl jest czarujący, tak w Nirvanie jak w FF. Wydaje mi się, że dopiero FF pozwoliło mu rozwinąć skrzydła. Osobiście uwielbiam.
Jednak nie każdy akurat tak patrzy, dla wielu Nirvana =Cobain, tak jak Ciechowski =Republika czy Reznor= Nine inch Nails.
UsuńTeż mam właśnie takie wrażenie, że dopiero w FF pokazuje, na co go stać. Ale można też zaryzykować stwierdzenie, że po prosto też i dorósł do pewnych rzeczy:)
hm, ja tam wiem, że nie jestem doskonała i nie chcę, by po moim fizycznym odejściu stwarzano sobie ,lub innym taki wizerunek mojej osoby. Z drugiej strony na tym w dużej mierze polega tęsknota....
OdpowiedzUsuńNikt doskonałą istotą nie jest, ani fizycznie, ani psychicznie, ani duchowo. Jednak my nieraz lubimy wybielać i stawiać pomniki. Albo, wielu lubi nagle stawać się przyjaciółmi tych, którzy odeszli. Jakby chcieli sobie absurdalnie nadać jakieś większe znaczenie, choć wiele rzeczy nie miało miejsca. Różnie z ludźmi bywa po prostu.
UsuńA tęsknota nie musi się łączyć z wybielaniem właśnie.
Poczułam bardzo przyjemną fascynację w początkowej części Twojego postu gdy pisałaś o świecach i budzących się drzewach, to było magiczne, ach. za
OdpowiedzUsuńA potem wymieniłaś ludzi, którzy coś odegrali i wypisali w moim życiu i pojawiła się tęsknota za tym, że ich nie ma. Za tym, że nic już nie odegrają, nie napiszą. Ale to co stworzyli przetrwa, przynajmniej gdzieś w nas.
Bo to jest przecież magia. Aż w dosłowności:)
UsuńBo jednak się tęskni ale...na tą tęksnotę nie można poświęcić całego życia, naszego tu i teraz, prawda?
Wiesz, fascynują mnie te mądrości czarownic. Podoba mi się dostrzeganie jakiś znaków, rzeczy niezwykłych w tym, co dla wielu jest przeciętne... Tak jakoś. :)
OdpowiedzUsuńA co do śmierci. Piszesz, że trzeba żyć dalej, ale czy to właśnie nie jest najtrudniejsze? Stanąć na nogi i żyć dalej, po tym - gdy straciliśmy część swojego życia, w postaci bliskiej osoby. Wydaje mi się, że ciężko jest przekroczyć tę cienką granicę pomiędzy rozpaczaniem, tęsknotą, a odsunięciem tego na dalszy plan i po prostu życiem. Najgorzej zrobić ten jeden krok i po prostu zacząć żyć.
Z drugiej strony - wiesz czego najbardziej boję się w śmierci? Zapomnienia. Tego, że ludzie przestaną o mnie myśleć, mnie pamiętać i w końcu zapomną, że istniałam, że byłam.
To akurat nic trudnego że się tak wyrażę i nie ma co się fascynować chyba:)
UsuńPewnie, że jest najtrudniejsze. Ale co innego nam zostaje? Trzeba w końcu się podnieść i jakoś zaakceptować ten nowy kształt życia, w którym już kogoś nie ma. Bo nie można tkwić w zawieszeniu, to żadne życie....
I tak wszyscy, po wiekach, zostaniemy zapomnieni. Nawet ci sławni ludzie.
bo tu chodzi o to, by znalezc ten złoty środek, punkt pomiędzy jednym i drugim, który nie pozwoli nam zapomniec o tych, co odeszli, o tych, za którymi tęsknimy, o tych, których możemy jedynie wspominac i punkt, który mimo tego, nie pozwoli zapomniec też o tych, którzy zostali, którzy żyją, którym jesteśmy potrzebni i których my potrzebujemy. nie jest łatwe takie wypośrodkowanie, ale... tego chcieliby ci, których wśród nas nie ma :)
OdpowiedzUsuńTylko nieraz po prostu bardzo trudno go znaleźć. Tak jakby w ogóle nie istniał, tylko pewne balansowanie pomędzy jedną, a drugą skrajnością. Ale mimo wszystko trzeba się starać, iść do przodu ale właśnie i nadal kochać swoich zmarłych.
Usuńbył taki cytat z Harry'ego Pottera, coś brzmiący mniej więcej tak, abyśmy nie żałowali umarłych, ale tych, którzy żyją bez miłości. ze stratami niełatwo jest się pogodzić, nie z takimi, jednak czas biegnie... Ci, którzy odeszli, Kordian... oni dadzą sobie radę, wierzę w to, jednak my zostaliśmy tu, musimy dawać sobie radę, iść przed siebie bo jesteśmy potrzebni ludziom... i ludzie nam... a Ci, których nie ma, będą w pamięci na zawsze ;)
OdpowiedzUsuńOtóż to. Albo tych, co umarli już za życia w pewien sposób.
UsuńDlatego właśnie staram się skupiać na żywych, na tu i teraz...bo można też oszaleć, stale rany rozdrapując.
Łatwiej jest umrzeć niż żyć - to zdanie mi zawsze towarzyszyło, zwłaszcza w chwilach załamania. A na łatwiznę nie lubię iść.
OdpowiedzUsuńWięc to takie trochę na przekór. Ale to i dobrze:)
Usuń