niedziela, 30 listopada 2014

"Moment, w którym doświadczasz bolesnej straty, może być w istocie chwilą, w której zostałeś najhojniej obdarowany"

-Cieszę się, że tutaj wracam. To jak powrót do domu, chociaż, w tym domu nie ma całej rodziny, chociaż i jego już nie ma to jednak...- powiedziała z drżącymi wargami Kat, zanim wsadziłam ją do pociągu którym zmierzała do Warszawy, do miejsca, w którym mieszka, a które nie jest jej domem.
-No nie rycz znowu kurde, Kat! Niedługo się widzimy, już, ogarniaj!- powiedziałam śmiejąc się, żeby zapobiec kolejnemu wybuchowi jej łez. Głupio, żeby miała ryczeć całą drogę, bo pewnie nie miała już żadnych chusteczek higienicznych. Choć, znając jej szczęście do facetów, na pewno jakiś miły pan uraczył jej swojego ramienia na smarki. Ale...tym razem ramię pewnie by starczyło.

Weekend pełen wzruszeń, tych dobrych i tych złych. Weekend pełen łez, śmiechu i radości z sake z podejrzanego źródła, wina pitego na kamienicznej klatce. Weekend pełen biegania po spektaklach ( dwóch, no dobra), słuchania baśni w klimatycznej sali zamku, gdzie wręcz wylewało się czerwone wino z kryształowych kieliszków, weekend wypełniony medytacją w centrum jogi, filmem który musiałam jej pokazać i muzyką która ona musiała mi dać do przesłuchania. Weekend, a właściwie trochę ponad doba intensywnych doznań. Doba tak jednak ważna i cenna!

W ten weekend przyjechała do mnie po prostu Kat, niektórym może znana jako Aktoreczka. Ta, która też niedawno straciła swojego przyjaciela, a ponad dwa lata temu, gdy we mnie zapadła pustka po innym przyjacielu, ona straciła swojego ukochanego, jedynego mężczyznę, z którym, jak sądziła wtedy, mogła ułożyć sobie życie.

Szkoda tylko że mój mąż był w pracy, bo nie mieli za dużo czasu żeby się spotkać i porozmawiać też ze sobą ale...we dwie mogłyśmy porozmawiać też jak kobieta z kobietą. Jak czujące wzajemnie czule siebie siostry. Przypominało to nawet trochę nasze dawne rozmowy w wannie gdy kąpałyśmy się po pijaku, myjąc sobie wzajemnie plecy. Szkoda, że teraz mam prysznic. Ale...dobrze, że ten weekend, ta trochę ponad doba nastała.
Bo tego obie potrzebowałyśmy. Ja- znowu. Ona- dopiero teraz.

Obie potrzebowałyśmy wytulić się wzajemnie po śmierci Kordiana, tak porządnie, a nie na szybko, przelotem. Martwiłam się o nią w tej Warszawie, gdzie obecnie mieszka i okazuje się, słusznie.

-Wiesz, Frida, ja nie rozumiałam w ogóle co się dzieje po tym jak do mnie zadzwoniłaś...a teraz czułam się tam tak cholernie samotna...bo nie mam tam nikogo i nie zrozum mnie źle, przedtem też nie miałam tam nikogo, ale wiedziałam, że tyle kilometrów, ale jest Królik. On był taki kochany i...wiedziałam że nawet jak coś się będzie działo to nie jestem sama, bo on wskoczy w auto i przyjedzie i....-nie dokończyła, zaniosła się cała szlochem, jak to ona, podczas naszej nocnej rozmowy. Jak wiele razy tej nocy zresztą.
Wszyscy poczuliśmy się samotni, bo ten, kto dawał nieraz najwięcej ciepła odszedł ale...ale żyjemy dalej. Czyż nie? Żyjemy dalej.
A Kat wraca do Poznania. Przeprowadza się na nowo, do domu....a może by stworzyć dom? Trzymam za to cholernie mocno kciuki!

-Może trochę nie w porę ale...poznałam kogoś. I to nie jest wiesz, tak facet tylko na parę nocy tylko...cholera, Frida, ja się chyba zakochałam, tak na amen, tak naprawdę tym razem. Wiem że to wariactwo, ale wracam do Poznania nie tylko dlatego że tam teraz nie wytrzymam, ale też ze względu na niego. Wiesz, on mnie tak niesamowicie rozumie!- tym razem śmiała się, cała promieniała.

Czyżby Kat wreszcie odnalazła swoją miłość?
Może nie w porę powiedziała...ale czy na miłość jest odpowiednia pora? Zresztą, to wszystko dało mi do myślenia. Znów.
Nawet w najgorszych czasach można kochać. Nawet w największej żałobie człowiek znajduje w sobie tą iskrę i żyje pomimo, pomimo bólu kocha właśnie, jak ja kocham swojego męża.
Kat powiedziała "może nie w porę się zakochałam" ale...jak dla mnie to, znowuż, stało się trochę symboliczne.

Aktoreczka strasznie cierpiała po śmierci Vincenta, który dla mnie był przyjacielem, a dla niej stał się mężczyzną jej życia, jak to o nim mówiła- i mówi nadal. To była szalona miłość, bolesna, od samego początku przyćmiona wizją śmierci. Miłość, która mogła sobie błagać wręcz o parę lat rutyny życia, czytania sobie nawzajem książek czy tego, by można było zacząć liczyć sobie wzajemnie zmarszczki. Mogła błagać, bo Vincent przecież miał wyrok śmierci na karku i nic nie mogło tego zmienić.

Umarł. Ale wraz z nim nie umarła wcale miłość. Nie wsiąknęła z odejściem jak krew w piach. Na początku była to obsesyjna miłość, połączoną z inną obsesją pustki, wielka strata, która prawie zabiła Kat. Która sprawiła, że chciała iść za swoim ukochanym. Chciała iść ale...przecież żyjemy dalej, prawda?

I dzisiaj, gdy mówiła mi o mężczyźnie, dla którego oszalała wręcz, kolejny raz w życiu kogoś pokochała, gdy promieniała na nowo miłością....zobaczyłam, że można żyć dalej. Po każdej, nawet największej stracie, można iść dalej. Ułożyć sobie życie. I ze wszystkich to właśnie ona, ta często najbardziej załamująca się i chcąca odchodzić mi to pokazała. Bo przecież...w tym wszystkim w tym bólu, nadal, cały czas kochała życie. I żyje dalej, kocha dalej tylko...inaczej.

Bo to, że zakochała się na nowo nie znaczy przecież, że zapomniała o Vincencie. W nocy, podpita troszkę zresztą mówiła mi
-Ja go nadal też kocham Frida, ale on nie żyje. Cały ten czas znajdowałam sobie facetów na chwilę, bo bałam się zakochać, nie dlatego, że ktoś mnie zrani, że odejdzie, ba, że umrze! Ale dlatego, że miałam wrażenie że to jak zdrada ale...on by tego nie chciał, żebym tak myślała, prawda Frida? Nie chciałby.
-Pewnie, że nie.
Przytuliłam ją gdy znowu się rozpłakała...ale to nie był już rozpaczliwy szloch. A pewnego rodzaju ulga.

Ci, którzy nas kochali, a którzy odeszli, nigdy nie chcieliby dla nas źle. Musimy o tym pamiętać, przypominać sobie...i pamiętać o tym, że się żyje. Znów, po prostu się żyje. Cokolwiek nas nie napotka, jak wielkiej nie zaznajemy tęsknoty.
Bo ona jest. Można udawać, że jej nie ma, że sobie radzimy ze wszystkim, bo uśmiechamy się przecież...ale tęsknota, ból są. Ból być może ukoi czas. Musimy mu nieraz na to właśnie pozwolić.
I ja i Kat na nowo, kolejny raz. Każdy inny też musi utulić, ukoić swoją stratę. Bo można. A teraz Kat właśnie, ta krucha, histeryczna nieraz istotka mi to najpiękniej pokazała, mówiąc o tym, jaki to On ma cudowny uśmiech, jak to dobrze gotuje i jak śmiesznie gada ze swoimi kotami.
Ten błysk w oku, ta iskra życia...chciałabym, żeby błyszczała, nawet pomiędzy łzami, ale jednak, w oku każdego z nas. Mam nadzieję, że błyszczy w moim. Choć czasem. Choć troszkę zauważalnie.

Wiem na pewno, że zabłyśnie dziś, gdy rozgrzana już wieczorną herbatą, po pożegnaniu Kat która niedługo wróci na stałe, powitam ja z kolei tego, którego kocham. A potem spędzę z nim dwa spokojne dni. W codzienności.
Bo my z kolei dostaliśmy póki co szansę na to, by czytać sobie w grudniowe już wieczory ( jak ten czas płynie, pędzi, szalony!) nawzajem książki, robić sobie niezliczone herbaty i kochać się głośno na skrzypiącym łóżku. Ja zaczynam liczyć jego pierwsze zmarszczki od śmiechu, a on moje. I to też muszę doceniać. Żyć dalej, nieraz płakać, nieraz śmiać się. O to może w życiu nieraz chodzi.

Ostatnio natknęłam się zresztą na piękny cytaty Dalajlamy, czytając jedną z jego książek:
"Moment, w którym doświadczasz bolesnej straty, może być w istocie chwilą, w której zostałeś najhojniej obdarowany".

Wiem, że ten, którego straciłam niedawno, przyklasnąłby temu z najszczerszym uśmiechem. Zresztą, sam to doskonale wiedział. Może wszystko ma być po prostu lekcją. Przecież stale musimy się uczyć.
A każda lekcja nas tylko ubogaca...jeśli otworzymy szeroko oczy oczywiście i pozwolimy się nauczyć. Więc, gdy widzę, że można naprawdę żyć na nowo, można żyć pomimo, oczy mogą błyszczeć gdy straci się najwięcej, moje oczy być może momentami błyszczą tak samo choć unikam teraz luster i nie mam pewności....
Gdy widzę, że nie można niczego żałować, bo boli. Nie można żałować, tylko trzeba się cieszyć, że coś nas spotkało. To też nauka. Docenianie wspomnień.


Otwieram oczy na lekcję, nawet, jeśli jest bolesna. Pozwalam się uczyć tęsknocie i pustce jednocześnie pozwalając się przepełniać tym dobrym uczuciom. Miłości do tego jedynego, miłości do innych ludzi, miłości do życia i pasji, które na nowo odkrywam. Myślę, że to już naprawdę sporo. Myślę, że to dobry początek...bo przecież każda sekunda, w której oddycham...to początek.

  

piątek, 28 listopada 2014

Rozważania niekoniecznie dla Panów, czyli ....o menstruacji parę słów.

-Dobra, to wpadnij na kolację, mam też coś przeciwbólowego- powiedziałam kończąc rozmowę ze swoją "przyszywaną młodszą siostrą".
Deniz wpadła, od progu słaniając się wręcz na nogach.
-Aż tak ci dało w kość?
-Dawaj mi no-spę i nie gadaj nawet...

Menstruacja, przekleństwo wielu kobiet, dopadła i ją tego wieczoru. Nie zjadła nawet kolacji, zaległa na kanapie, bo do mnie przecież ma bliżej z uczelni niż do swojego akademika.
-Mogę zostać u was na noc? Nie chce mi się wracać do siebie.
-Pewnie, Młoda.

Tak też została na noc, psiocząc i klnąc na czym świat stoi.
-Booooże, chciałabym już nigdy nie mieć okresu!
Ile razy już to słyszałam od każdej znajomej kobiety? Wielkie przekleństwo hormonalne, którego nieustannie i bezskutecznie życzymy mężczyznom, jako największą plagę. Coś, co przynosi ból i...wielki wstyd. Zwłaszcza wstydzą się dziewczynki w gimnazjum pewnie, gdy chłopcy mogą śmiać się z nich, że plamią spodnie.
Choć kulturowo kobieca menstruacja jest już trochę oswojona przez wieczne reklamy podpasek i tamponów w TV, jednak nadal jest to temat, który poruszany jest tylko mimochodem, przez kobiety, gdy jedną z nich tak boli podbrzusze, że prawie wymiotuje.
Sprawa kobieca, jasna rzecz, panom nic do tego. Nigdy nie było, to wyraz, symbol właśnie naszej płci. Ale, niestety, sprawa kobieca traktowana jak zło konieczne.
Chyba trochę o czymś zapomniano. Zapomniano o dawnym symbolu tej krwi, obrzydzono ją, uznano za coś nieczystego. Tak samo jak kobiecość.
Być może, społeczne podejście do menstruacji jest odbiciem traktowania kobiecości. Dzikiej, nieokiełznanej siły. Być może to wyraz patriarchalnego strachu. Myśleliście kiedyś o tym w ten sposób?

-Nie gadaj Młoda głupot, okres to dar.
Zrobiła wielkie oczy.
Właśnie, menstruacja to dar. Przynajmniej...dla niektórych.

Sama pamiętam, jak przez swoja chorobę miałam z okresem problem. A raczej, z jego brakiem. Z myślami o tym, czy jestem w ciąży, a przecież dzieci nie chcę, na pewno jeszcze nie teraz a być może nawet nie mogę. Sama pamiętam, jak moja menstruacja zaniknęła, co stało się symbolem tego, że z moim ciałem jest coś nie tak.
Ale nie tylko o ciało tu chodziło.
Bo jako czarownicy w tym wieku zabrakło mi jakby jeszcze czegoś. To jakby odebrano mi intuicję, to jakby wyrwano sporą część mnie.Czułam się, jakby zabrakło mi Księżyca. Nie mając okresu przez wiele miesięcy poczułam się jak kobieta, która przekwita. Przekwita przedwcześnie, nie w swoim momencie. Jak kobieta, która nie ma jeszcze tyle życiowej mądrości, żeby zastąpić ją tym, co symbolizuję młodzieńczą stronę kobiecości.

Pamiętam, jak dostałam okres po tak długiej przewie. I nie płakałam z bólu, choć ten wydawał się nie do zniesienia. Płakałam z radości, choć wielu pewnie wydaje się to dziwaczne. Nie radości bo myślałam że jestem w ciąży, a tu okazało się że ciocia dojechała, już nie wtedy.
Płakałam bo znowu poczułam się kobietą. Wrócił mój Księżyc. Moja pierwotna, przyrodzona mi magiczna siła.

Oczywiście, potem, gdy wszystko się unormowało jako tako, po tym gdy jednak musiał regulować swój cykl sztucznie ( to jakby regulować ocean do cholery...) zrozumiałam, że oczywiście, to wcale nie menstruacja stanowi o kobiecości. Tak samo jak o kobiecości nie stanowią piersi, posiadanie macicy czy jajników, długie włosy. Kobiecość to coś znacznie więcej. To coś, czego nie można nazwać słowem. To wyjątkowy ogień, który płonie w środku.

Ale niezaprzeczalnie, okres jest tego symbolem, choć dla wielu to wariactwo. Jednak, mam wrażenie, że wariactwem stało się przez to, jak przez wieki próbowano niszczyć naszą ( pozorną czy prawdziwą?) magiczną siłę, tak inną niż pierwotna, fizyczna siła męska.
Każda z nas nosi też w sobie co prawda pierwiastek mężczyzny, każdy z mężczyzn ma w sobie część kobiety...ale nie zagłębiajmy się już w szczegóły, nie tym razem. Wróćmy lepiej do okresu jako rzeczy wcale nie wstydliwej, a fascynującej. Jako symbolu magicznej siły, którą nosi w sobie każda kobieta, nawet, jeśli ten symbol już zaniknie lub nigdy go nie było.

W kręgu kultury judeochrześcijańskiej okresem nie powinna się chwalić żadna kobieta. To istne społeczne tabu, przełamywane dopiero przez nasze czasy, choć nadal, nie do końca. Kobieta, która miesiączkuje w naszej kulturze jest nieczysta. W niektórych wspólnotach chrześcijańskich miesiączkującej kobiecie nie wolno choćby przyjmować komunii. W Islamie miesiączkująca kobieta nie może oczywiście uprawiać seksu, nie może też pościć i wejść do meczetu. U ortodoksyjnych Żydów kobieta często musi opuścić miejsce zamieszkania jako właśnie nieczysta, niegodna, nie mogąca dotknąć mężczyzny, by go nie splamić. Zarówno muzułmanki, jak i żydówki po zakończonej menstruacji muszą poddać się oczyszczającej kąpieli, żeby stać już się na nowo czystą ( i gotową na poczęcie, cóż...).
Także, dalej szukając, w Indiach choćby, kobieta ze wspólnot dźinijskich podczas okresu ma zakaz gotowania. Wydawałoby się, że to miły odpoczynek od codziennych obowiązków, ale nic bardziej mylnego. To coś, co potęguje kobiety wstyd wypływającej z waginy krwi.

Brytyjska antropolożka Mary Douglas zauważyła, iż wierzenia dotyczące „zanieczyszczających” właściwości krwi menstruacyjnej odnaleźć można w grupach, w których symbolicznie wyrażają one dwuznaczność pozycji kobiet i wszystkiego co kobiece. W kulturach, w których dominującą rolę odgrywają mężczyźni, menstruacja i związane z nią przekonania kulturowe dają kobietom pewne obszary mocy, kobiecej władzy, która może zakwestionować podstawy kultury patriarchalnej. Kobiety uważane są za „zanieczyszczające” wszędzie tam gdzie mężczyźni zależą od nich jako od źródeł prestiżu ekonomicznego, politycznego czy społecznego. Stąd na przykład tabu związane z menstruacją: przestrzenne odizolowanie, zakaz gotowania i zbliżania się do pożywienia, powstrzymywanie się od kontaktów seksualnych czy nakaz rytualnego oczyszczania się kobiet występowały powszechnie we wspominanych powyżej kulturach basenu Morza Śródziemnego. Na tym terenie mamy bowiem do czynienia ze specyficznym modelem relacji między płciami, w którym honor mężczyzny zależy od cnotliwości i właściwego postępowania kobiet z jego rodziny.

No tak, nic nowego. Cnotliwe mamy być i spolegliwe, w ogóle najlepiej się nie udzielać, nie pokazywać, chyba że w kuchni czy sypialni na pstryknięcie palcem pana i władcy. Bo nasza kobieca siła to zagrożenie, a w ogóle to jesteśmy jednym wielkim siedliskiem grzechu, jak to Ewa z Biblii, która za zjedzenie jabłka dostała karę nie tylko bolesnego rodzenia dzieci, ale i okresu. Co miesiąc niech krwawi ale nie zdycha! Dziwne zwierzę, któremu nie można ufać, jak w jednym z kawałów, którego nie znoszę.
Cóż. Kluczem może jest tu też słowo krew. Krew, która symbolizuje płodność. To jakby jedno zaprzeczało drugiemu, a ci, którzy nie krwawią, nie potrafili tego zrozumieć. Dlatego zaczęli się bać. Nieznane przecież zawsze powoduje strach, to nie nowość.

Krew menstruacyjna jako symbol kobiecej siły, siły na którą składa się płodność i tajemnicze związki ze światem. Intuicja i nieokiełznana w ramach seksualność, która wymaga więcej niż parę ruchów frykcyjnych.
Złożona symbolika, sama prawda. Jednak, w kulturze patriarchalnej zaczynało być to spychane, deptane jak i sama kobiecość. Siła i seksualność, której się bano.

To kobiecość, o której nieraz jeszcze mówi się u nas cichcem, po kątach. Pamiętam, jak kiedyś znajoma z klasy mojej starszej siostry przyszła zapłakana do niej, mówiąc, że umiera. Nie wiedziała, że w tym wieku można dostać okres. Co to w ogóle jest okres. Ja jako dziecko już swoje rozumiałam, choć nie do końca...ale nie zapomnę tej przerażonej miny dziewczynki, która pierwszy raz krwawi, a nie wie, dlaczego tak się dzieje, bo ukrywano to przed nią na zapadłej wsi.

To całkowicie różne podejście ( moim zdaniem właśnie zacofane) od podejścia wielu kultur pierwotnych. W wielu miejscach na świecie zresztą, dalej świętuje się "pełne wejście w kobiecość". Przede wszystkim w miejscach, w których kulturowo kobieta nie stoi niżej od mężczyzny, gdzie uznawana jest za dawczynię życia bez całej tej otoczki grzeszności seksualnej.
W plemieniu Asante w Ghanie dziewczętom, które miesiączkują urządza się specjalną uroczystość z tańcami, pełną radości. Dziewczynki dostają podarunki, są traktowane jak małe boginie, a ich krew, jako substancja o silnych właściwościach magicznych jest zbierana i używana potem przez szamanów w ważnych rytuałach, dzięki niej sporządza się też wyjątkowo silne amulety ochronne.
U ludów kreolskich dziewczynka która zamiesiączkuje po raz pierwszy, przechodzi uroczystość tzw. "ślubu bez oblubieńca", na której podobnie, wszyscy cieszą się z tego, że kobietka stała się kobietą w pełni. Że teraz już ma moc.

Moc? Jakaż to moc, zapyta pewnie wielu, skoro to tylko hormony, biologia, złuszczanie endometrium, nic więcej. Rzecz, z której więcej problemu niż pożytku nieraz. A jednak, wielu w to wierzyło, wielu nadal wierzy.
Menstruacja w wielu kulturach jest po prostu symboliczna. To związek z naturą, Księżycem, z tym, co ukryte i tajemnicze, to związek, który mogą odkryć tylko kobiety właśnie. Ta krew to po prostu symbol tego, nad czym mężczyźni nie mogą sprawować władzy, nad czym nie mieli kontroli ani trochę. To symbol niedostępnego dla nich złączenia z niektórymi aspektami świata. Tak widzieli to choćby Indianie Ameryki Północnej.

U Indian źródłem mocy kobiety– mocy manifestującej się w cyklu miesięcznym - była jej zdolność do rodzenia dzieci. Mężczyźni musieli aktywnie poszukiwać swojej własnej mocy, dla kobiety była ona stanem przyrodzonym. Dla mężczyzn najbardziej rozpowszechnionym rytuałem było poszukiwanie wizji, podczas gdy dla dziewczyny pierwsza miesiączka (tzw, menarche) była okazją do odosobnienia, podczas którego w snach poszukiwała „wytycznych” na przyszłość. Po nim następowała ceremonia – rodzinna bądź plemienna – uznania jej za dojrzałą kobietę gotową na zamążpójście.
Mężczyźni bali się krwi menstruacyjnej, stąd wziął się rytuał odosobnienia miesiączkującej kobiety. Krew ta zniszczyć mogła moc, jaką posiadała broń mężczyzny używana do polowań. Mężczyźni unikali chodzenia ścieżkami, którymi kroczyły kobiety „w księżycu”. Cały ów strach wziął się z tego, że mężczyźni nie mogli sprawować żadnej kontroli nad menstruacją. Było to wyłącznie kobiece doświadczenie, a moc dawania życia, jaka z niej wynikała, była większa, niż moc duchów opiekuńczych mężczyzn.
Kobieta miała więc większy związek z duchami. Z Ziemią, z księżycem. Zawsze wyraźniej manifestowała swoją płodność, zawsze to kobiety miały kontakt z dawnymi bóstwami ( póki nie przyszły religie monoteistyczne, to właśnie kobiety zawsze były pośrednikami między bogami a ludźmi, głównie one, choć, mężczyznom tego nie zabraniano).

Kobiecej menstruacji bano się, teraz uznaje się jako coś niewygodnego zazwyczaj, ale zarazem naturalnego. Dziwne połączenie, prawda?

Tyle w sumie kultura, historia...i pewne wierzenia. Tyle Księżyc i jego moc. Tyle..pewna krwawa historia kobiecości.
Każdy może wierzyć w co chce, jednak, pewna symbolika menstruacji archetypicznie, często podświadomie po prostu została w nas zakorzeniona. W momencie PMS- u czy zwijania się z bólu żadna z nas nie powie że to dar. Co to to nie.

Ale czasem, gdy przychodzi noc, leżysz nago w łóżku, a światło księżyca, który przecież jest kobietą, oświetla piersi, brzuch i uda, czasem, gdy nocą leżysz obok mężczyzny, na którego policzku rano migocze słońce, które on w sobie symbolicznie nosi...czasem dobrze pomyśleć o tym, że jest się kobieta. Że być może nosi się w sobie wszystkie dawne boginie, wszystkie matki i sekrety intuicji, całkiem symbolicznie, albo całkiem dosłownie, jak kto woli.

Czasem po prostu dobrze pomyśleć, że jest się kobietą, dobrze poczuć w sobie pewną siłę, moc, która nie zależy od rozmiaru miseczki stanika czy długości włosów.

Dobrze być kobietą. Nawet, jeśli trzeba znosić i okres. 

Wszystkie cytaty pochodzą z pracy Izy Sznajder


środa, 26 listopada 2014

I'll be there. Tell me when you want to go

Czekam na wieczór już spędzony na spokojnie, w domu, razem z tobą. Z kubkiem kakao które tak lubisz, a którego ja nie potrafię jeszcze, po tylu latach, doskonale zrobić. Cicho, ciepło, całkiem nie zatapialnie. Trochę się w tym tygodniu przecież będziemy mijać. Ja ze swoimi dziwnymi godzinami dyżurów pracy, ty z całkiem rozciągniętym w przestrzeni czasem.

Jednak, mimo to, mimo, że wskaźnik termometru jest blisko zera, nie straszne nam odłamki lodów które nadchodzą, lustra lodowe nie pękają pod naszymi stopami nigdy. Z lekka uniesieni bowiem ciepłem, co między nami, drepczemy wolno po każdym z nich przystając na chwilę, okazując czułości w czasie nocnych spacerów gdy uda nam się wreszcie spotkać.

 Pewnego dnia jak sądziłam, a nocy jak się potem okazało, gdy się obudziłam, nie czułam wokół siebie twoich ramion. Zaspałam pomyślałam w pierwszym odruchu, nie przywitałam cię miłością, nie pożegnałam pocałunkiem. Leżałam taka sama i przemarznięta. Nie znoszę, przecież wiesz, tych nocy, kiedy nie ogrzewają mnie twoje zawsze ciepłe ramiona, gdy wracasz tak późno. Kiedy musisz iść do pracy. Dziś kolejna, to wcale nie poranek, to noc, zimna listopadowa noc. W kuchni, robiąc herbatę również cię nie znajdę. I w łazience, podczas kąpieli też cię nie ma.

Nie ma fizycznie. Choć wiem, że nigdy mnie nie zostawisz ( nigdy..?). Wierzę, choć nie akceptuję słów "nigdy", nie akceptuję słów "zawsze". Jestem tak niekontrolowanie, świadomie naiwna. I kocham to także. Od tego także się uzależniam.
Wiem, że nie zostawisz mnie póki jesteś, póki żyjesz ale...

Chcę czasem po przebudzeniu, gdy łóżko puste, biegać po całym mieście wołając cię i pytać o ślady twoich stóp. Lecz ciebie nigdzie nie ma, tak mi się nocami roi, a ja jestem coraz bardziej sama. Tak było nocą, gdy się obudziłam, a Ciebie nie było. W mojej głowie tak właśnie było, bo, kochany mój, za dużo straciłam ostatnio. Za dużo stóp nie zostawi już śladu, a moje przecież przy Twoich zawsze chcą podążać, już zawsze, zawsze, zawsze (zawsze nie istnieje...)

Raz jedno z luster pękło. Bałam się, czy czasem nie wpadnę w otchłań pod nim. Lecz ty mnie złapałeś w porę i wyniosłeś na bezpieczny ląd. Żadna otchłań mi nie straszna , gdy tak blisko mam twoje ramiona, myślałam wtedy, myślę tak teraz lecz..

Okazało się, że jesteś w domu. Wróciłeś. Nieważnym się stało co robiłeś przez cały dzień. Liczyła się jedynie twoja obecność , która po nocy bez ciebie stała się czymś cudownym. Magia, po którą mogłam sięgnąć gołą, przemarzniętą dłonią. A ty tę dłoń otuliłeś swoją i poczułam ciepło , którego tak mi brakowało przez te długie godziny.

I nie baliśmy się kolejnych luster, bo już żadna otchłań pod żadnym z nich nie będzie próbowała nas rozdzielić. A nawet jeśli to i tak jej się nie uda. Żadne zimno nie powstrzyma naszych uczuć. Żadne zimno, żadne inne straty. Działają na nas przecież jak najlepszy cement. Zawsze przecież działały kochanie.

Dziś przez głowę przemknęło mi, że jesteś snem, a to wszystko dzieje się w ciągu jednej nocy i gdy się obudzę zniknie. Wiem że to śmieszne. Śpię obok Ciebie ponad 6 lat, ponad 5 lat noc w noc, nie licząc krótkich samotnych wypraw któregoś z nas w ten bezkresny świat. Tyle lat razem, a jednak, jak sen. Nawet sobie nie wyobrażasz jaki ból mi to sprawiło, jak zapiekło w klatce piersiowej i zakręciło się w głowie. Czasem trudno mi pamiętać, że można tak kochać. Kiedyś w moim złamanym świecie tak trudno było w to wierzyć.
Ale złe myśli, pomysły nieraz wracają i....


Chwilę później pojawiła się nowa wizja. Jestem schizofreniczką. Ty jesteś obrazem wywołanym przez uszkodzone neurony w moim mózgu. Żyję jakbyś był tu obok, a moja rodzina i przyjaciele odchodzą od zmysłów i zamartwiają się widząc jak rozmawiam z kimś kogo nie ma, śpię jakbym kogoś tuliła, opowiadam im o przemiłych chwilach z tym kimś. Podają mi leki mówiąc, że to cukierki lub tabletki na alergię i mają nadzieję, że mój stan się polepszy,że te powykrzywiane, zepsute neurony w jakiś magiczny sposób się wyprostują,że ten mały chemiczny krążek, który co wieczór połykam naprawi mój mózg. Proszą bym przestała używać obszarów mózgu, które u innych śpią, a korzystała tylko z tych siedmiu procent co wszyscy. Nie chcą bym już ciebie widywała. Ale ja już nie chcę przestać. Ja coraz bardziej przywiązuję się do ciebie, do tych wspólnych chwil, coraz większym strachem napawa mnie wizja rozłąki na więcej niż godziny. Przeraża mnie możliwość utraty ciebie. Przeraża mnie to, że możesz być tylko ułudą lub snem. Boję się osoby, którą bym się stała gdyby okazało się, że jesteś nierzeczywisty. Marzę by ktoś przyszedł, oblał mnie lodowatą wodą i jak najgorliwiej zapewnił, że to wszystko, to prawda, a nie źle splecione nerwy w głowie nieszkodliwej wariatki.

 
Skąd te myśli właściwie? Nie mogę uwierzyć, że dane mi jest otrzymać tyle szczęścia... Aż dziwne. Nie mogę uwierzyć, że dane było mi też tyle szczęścia już utracić, tyle innej bliskości. I czasem, czasem boję się, że stracę to, co jeszcze mam. Ciebie. Stracę najważniejsze. A tego nie przeżyję. Nie dam już rady, nie dam...

Tyle szczęścia pomimo innych złych i niedobrych, po prostu. Nie powiem, nie zasłużyłam, bo na szczęście nie trzeba zasługiwać. Po prostu, nieraz, gdy widzę dookoła tylu samotnych ludzi, którzy by chcieli, a im się nie układa, nie mogę wprost uwierzyć, że ja tyle dostałam i nadal, to trwa i trwa. Kocham i jestem kochana, dziękuję co nocy i za dnia, że mogę tako kochać i być z nim. Nawet, jeśli bym była wariatką, to co z tego? Wolałabym żyć w swojej głowie....

( i tak samotność nosisz tylko w głowie, nie zależy to od nikogo innego...)

Oglądając przedwczoraj jeden program w TV który oglądał współlokator, stwierdziłam, że może czasem ludzie szukają na siłę, chcąc za bardzo, chcąc za mocno, chcąc idealnie. Może czasami szukają tak mocno, by uwierzyć, że sami są ideałami, choć wiedzą, że bycie ideałem jest niemożliwe?

Gdyby się przecież zastanowić...

Nigdy nie próbowałam być idealna. Znam aż za dobrze swoje wady, wady ducha i ciała. I może dlatego stąd to szczęście? Bo ideału nie ma. I nie ma go w miłości ( pozornie! ).

Potrzebujemy zawsze kogoś. Szukamy szczęścia w miłości i cudzych oczach, bo tak nam powiedziano ale...może szczęście wcale nie tutaj się zaczyna. Gdyby nikt tak nam nie powiedział, wszyscy bylibyśmy może szczęśliwi w pojedynkę lub w parach, dowolnie, bez przymusu, choć to naturalne, potrzebować bliskości, to tak naturalne, kochać też w ten jeden, wyjątkowy sposób. Ale gdyby nie powiedziano nam, że to gwarant szczęścia... nie szukalibyśmy może nieraz na siłę, wydobywają ideały zaklęte w dawnych bajkach.

Bo może zadowolenia i własnego piękna, swojej siły, nie należy szukać tylko w cudzych oczach, tylko swoich, odbitych w lustrze? I może czasem, choć uzależniamy się tak bardzo od kogoś, należy się liczyć z tym, że ten ktoś jest odrębną istotą, że choć przelewa w nas ciepło zawsze może powiedzieć koniec. Bo może. Bo jest wolny.

Bo nawet, gdy ktoś nas kocha, można go stracić. Los zsyła różne wyroki, los przynosi zimne samotne poranki, los skraca i wydłuża według własnego mniemania. I może wolałabym być schizofreniczką i zawsze mieć Twoje ślady stóp przy swoich...nie mogę zapominać, jak w miłości nawet, dzieląc się wszystkim, nadal JA to JA.
JA, swoja własna siła, swoja siła, która wspiera Twoją.

Razem odbijamy się w lustrze swojej własnej miłości, tego co tworzymy, idealnie razem. Jednak nieraz każdy z nas ma swoje lustro własne i w nie musi spojrzeć, bez strachu. Musi nieraz zrozumieć, że świat to MY, ale w części MY jest JA. I niektóre zimno pod sercem trzeba rozpalić własnym ogniskiem. Choć, piękne jest, że gdy potrzebuję, przygasam, zawsze chwycisz mnie za rękę. Ta pewność, że póki żyjesz...jesteś. Całkowicie, obok. Choć nie jesteś mną. Nie jesteś w mojej głowie, choć masz moje serce. Moje demony dogadują się z Twoimi, ale ostateczną walkę wygrywa się po swojemu.

Może nie trzeba się uwieszać jak bluszcz na i tak słabym drzewie, bo kto z nas silnym tak naprawdę, kto z nas nie jest tonącym we łzach, więc może nie trzeba się uwieszać, zależeć, tylko być razem, nie osobno, współgrać, nie biec jedno za drugim. Może nigdy nic na siłę i może trzeba czasem mieć złe sny, wyobrażać sobie stratę, żeby docenić to, jak się jest. Przeżywając jedną, inną stratę, doceniać to, co zostało, kochać nad życie, póki się żyje.
Kochać tak wyjątkowo.

Może czasem nie wystarczy po prostu kochać, a może to aż nadto. Może na chwilę starcza. Na moment zapomnienia. A czasem na wieczność. Wieczność, w której nie ma i tak nigdy, w której nie ma zawsze.
( wieczność to ten moment... )

Może trzeba wiedzieć, że zapomnienia też nie ma.
Może trzeba pamiętać, że miłość to też wolność. Gdy zdajesz sobie sprawę, że tych ramion może zabraknąć, starasz się. Krawędź dodaje sił, Krawędź w twojej głowie pomaga przetrwać. Bo pilnujesz, żeby nie spać. Albo uczysz się, jak to lata się razem.






Jestem oceanem w twojej sypialni
Rozgrzewam cię
Sprawiam, że znów chcesz brać
Teraz wiemy to bez wątpienia

Jestem salą balową, przerwanym pulsem
Sprawiam, że śnieg spada
Pod twoje stopy
Nie jesteś samotna, ja tam będę
Powiedz tylko, kiedy chcesz odejść

Jestem laboratorium metaamfetaminy, pierwszym odwykiem
Weź to wszystko
I wsiądź do pędzącej taksówki
Istnieje miłość, która zna drogę

poniedziałek, 24 listopada 2014

Jak wino, kobiety i śpiew.

Może to nie w porządku, gdy my tak dobrze się bawimy, żyjemy, a ktoś inny umarł? Może to nie w porządku, gdy my śpiewamy, a ktoś inny, nieznany, nadal umiera? Ktoś gdzieś cierpi. Ktoś gdzieś odchodzi od zmysłów.
Sama cierpię nieraz nocami i mocniej wtulam się w swojego kochanka, jego nagie ciało, pachnące moją miłością, bo tylko to jest lekarstwem. Sama momentami odchodzę od zmysłów, gdy zostaję sama z zimnem w mieszkaniu i pustką pod sercem.
Ale mimo to...
Żyję. Oddycham i się śmieję. Cieszę się chwilową pracą na onkologii, gdy kolejna nasza pacjentka wyzdrowiała. Ekscytuję się kursem hipoterapii, który zrobię w ramach kolejnej szkoły za małą dopłatą. Cieszę się miłością i treścią swojego życia. Obok bólu. Staram się podnosić. Staram się iść. Czasem staram się odchodzić od zmysłów.

Ten, kto już odszedł, miał zresztą ukochany cytat.
Gaiman napisał kiedyś w „Chłopakach Anansiego” : „Istnieją trzy rzeczy i tylko trzy, które mogą złagodzić ból śmiertelności i zaleczyć rany zadane przez życie - odparł Spider. - Te rzeczy to wino, kobiety i śpiew.” . Spider powiedział to po śmierci swojego ojca, boga Anansiego. I miał rację.
Nie należy w płaczu, tęsknocie, żalu tracić życia. Zresztą- czy ci, którzy umierają, którzy są nam bliscy, chcieliby tego? Jeśli życzyliby nam płaczu po sobie, tak naprawdę nigdy nas nie kochali. Jeśli nas nie kochali-czy warto po nich płakać?
Zatem żyjesz i baw się Frido. Napierdalaj życie, znowu, napierdalaj życie!

Wino, kobiety i śpiew jako metafora.
Było wino pod postacią piwa i dziwnego domowej śliwowicy, pod postacią czegoś co zwiemy tanim winem i wódki w akademiku do którego trafiliśmy przypadkiem, chociaż wcale nie mieliśmy z mężem. Było wino pod postacią świętego dymu.
Były kobiety pod postacią prawdziwej kobiety z którą całowałam się na koncercie nieznanego mi nawet zespołu, koncercie na który trafiliśmy przypadkiem. Były kobiety pod postacią jakiejś ognistej rudej z którą wymieniłam się stanikami. Były kobiety pod postacią miłości, radosnego seksu z moim mężem nad ranem. I w południe. I kolejny raz i kolejny, aż popsuliśmy pralkę.
Był i śpiew pod postacią koncertu właśnie, pod postacią szalonego tańca w glanach i krzyku do piosenek co śpiewem prawdziwym z moim głosem nazwać nie można.
Były te 3 rzeczy, Spiderze mój. Były, te, które łagodzą ból śmiertelności i rany zadane przez życie.
Cóż- sezon odchodzenia od zmysłów w dobry sposób w Poznaniu po prostu uważam za otwarty. A wszystkie te szalone i odpowiedzialne rzeczy jeszcze bardziej w tym tygodniu przede mną niż za mną. Wszystkie rzeczy, które postawią na nogi i zajmą człowieka...już jego własnym życiem.

Wino, kobiety i śpiew. Zanim ktoś umrze lub gdy to się już stanie. Zanim ja umrę. Gdybym była wieczna nigdy bym ich nie doceniła tak bardzo jak teraz. Gdy wisi nade mną śmierć bo przecież wszystkie przepowiednie... Wiecie. Ta, którą stworzył też Gaiman w komiksie, rock and rollowa Śmierć jest jedną i z moich ulubionych postaci. I pokazuje, że nawet wieczne umiera a cóż…nieskończoność jest dopiero męcząca. Nie lubię się męczyć więc nie chciałabym być wieczną.

A dzisiaj powiedział zróbmy coś szalonego! Coś szalonego powiadasz mój kochanku? Hm…już Frida coś wymyśli na wieczór, skoro pralka jest popsuta....
Coś szalonego. Coś niecodziennego, do czego nie przywykliśmy, bo czym jest szaleństwo?

Wczoraj dostałam smsa od przyjaciółki, że znowu ma problem. Znowu szpital, leki, terapia? Może. Coś przeczuwałam, nic nie mówiłam. Czasem musi to powiedzieć psychiatra, nie Frida.
Bo Frida nie wie czym jest zdrowie psychiczne, czym szaleństwo. Jakaż to cienka granica. Niewidzialna. Mówi się wszyscy jesteśmy szaleni, czasem po prostu lepiej udajemy, czasem gorzej. Wszyscy jesteśmy smutni ale nie nazwiemy tego u wszystkich depresją. Bo gdzie ona się zaczyna? Czy ja naprawdę wpadłam w lekką depresję gdy spotkałam śmierć, która dotknęła tych, których kocham? Panie M., dlaczego twój smutek jest chorobą? Czy stał się nim wtedy, gdy zaczął przeszkadzać ci w życiu? Gdy bolało tak bardzo, że nawet łzy same płynęły z oczu i tego nie zauważyłeś? Czym była Twoja choroba afektywna dwubiegunowa Vincencie? Od kiedy sinusoida która towarzyszy nam wszystkim stała się czymś, co nazwiemy chorobą? Czy wtedy, gdy w manii znikałeś na wiele dni i nawet nie spałeś, by potem paść na twarz w barze a potem bolało tak bardzo, spadłeś w taką pustkę, z której nie szło się podnieść i oddawałeś się śmierci? Michale, gdzie jest granica twojej mitomanii? Czy jeśli ja wierzę w swoje niektóre bajki to jestem chora? Czy granica zaczęła się tam, gdy powiedziałeś tyle nieprawd (a czym jest prawda?) że wpadłeś w poważne kłopoty?

Czy mówiąc nieraz do siebie, płacząc czasem bez powodu jestem chora?
Póki sobie radzisz, nie- powiedział mi kiedyś mój mąż.
Kochanie, ale co to znaczy radzę sobie? Mówili mi kiedyś że jestem chora. Byłam. Według lekarzy, znajomych. Nawet według siebie byłam. Ale teraz nadal nie jestem zdrowa. Choć nie w tym słowa znaczeniu, nie medycznym. Medycyna może się nieraz jebać. Choć, ja nie powinnam tak mówić przecież.

Gdzie zaczyna się wariactwo, szaleństwo? Gdy człowiek jest niebezpieczny dla siebie, dla innych, gdy krzywdzi siebie bo inaczej nie może? Wszyscy to robimy. Może to największy szpital psychiatryczny- świat. Może. Ale czy można tak uogólniać? Czy można szukać granicy? Nawet psychiatra nie wie gdzie ona jest. Nawet chory człowiek.

Głosy w mojej głowie. Gdy mnie połkną, będzie po mnie. Gdy uwierzę we wszystkie swoje metafory i wiersze, gdy zaboli tak, że nie można oddychać- będę wariatką. Teraz po prostu dobrze udaję. Nie widzę granicy, ale pływam na powierzchni, nie tonę.

Nadużywamy może słowa wariat. Szalony. Wszyscy nim jesteśmy. Tak twierdzimy. A tak często boimy się tych, u których powiedziano, jaki rodzaj wariactwa ich dręczy. Który wygrał. Czy te wiersze, czy łzy. Boimy się, odpychamy. Jakby to było zaraźliwe. Ale o tym napiszę pewnie nieraz jeszcze.
Bo cały czas ja sama szukam granicy. Może granic w ogóle nie ma. W zdrowiu psychicznym, w zdrowiu fizycznym. Nie ma granic nigdzie. Nie istnieją żadne. Między prawdą a kłamstwem. Dobrem i złem. Wszystko jest względne.


Tak. W to niezaprzeczalnie wierzę. Jak w to że materia jest energią a energia materią. I jak ty funkcjonujesz w tym Frida, powiedz mi do cholery?- zapytał mnie pan M. . Ano funkcjonuję i jest mi z tym dobrze. Wybieram intuicyjnie perłopławy w morzu. Czasem znajduję perły. Prawdziwe, czarne. Czasem to tylko kamyczki. Jeśli nie uznajesz dobra i zła, jak żyjesz?
Jestem całkiem nieetyczna panie M. Ale jednocześnie mam swoją moralność, w swojej płaszczyźnie. Pojebaną fridową moralność, za którą niedawno chciano mnie ukrzyżować w pewnym kręgu znajomych. Ale to chyba też historia na potem.

I dla kogoś też jestem wariatem, dla kogoś jestem normalna. Według jednej płaszczyzny, medycznej, jestem już zdrowa. Ale uważając Mansona za seksownego dla kogoś jestem całkiem porypana. Dziwna definicja? Ano dziwna. Ale każdy ma do swojej prawo.
Więc może twoja nadmierna sinusoida Vincencie była normalna. Może nie ma w nie nic złego- tylko tobie przeszkadzała w życiu i dlatego trzeba ją było wyciszyć (i nigdy nie będę zazdrościć tylu leków). Może dla kogoś nadciśnienie nie jest chorobą i się nie przejmuje, a kto inny panikuje i na nie „umiera”. Tak naprawdę umieramy cały czas, tylko niektórzy trochę szybciej. Może to wszystko zależy od naszego podejścia. Bo granic nie ma, przynajmniej dla mnie w tym momencie, dla mnie w mojej głowie, w mojej duszy. przez chwilę- nie ma. Jest bezkresne morze i wiele pereł. A także wiele ostrych krawędzi, o które można boleśnie zranić stopę.
A czasem w morzu, którego granicą jest moja śmiertelność (choć doczesną granicą ciała, kto wie, co potem? Może cieśniny i inne oceany?) pomagają wino, kobiety i śpiew.

Aha- i do końca życia będziemy wspominać chyba jedzenie z budki na Moście Teatralnym w Poznaniu. Zawsze gdy wracamy z koncertu, baru, w nocy- taka tradycja, wstąpić tam na zapiekankę podczas czekania na nocny tramwaj. To będzie dobre wspomnienie w moim życiu. Kolejne.

Jak wino, kobiety i śpiew.


piątek, 21 listopada 2014

Nauka nowego życia

Od śmierci Vincenta nie widziałem, żebyś namalowała jakikolwiek obraz. Po jego śmierci przestałaś pisać, nie napisałaś ani jednego wiersza, porzuciłaś bloga, nie stworzyłaś nam więcej żadnego tekstu do spektaklu.

Nie namalowałam, nie napisałam, masz rację, Indie. Nie mogłam, bo coś we mnie umarło. Dziwisz mi się?
Ponad dwa lata temu straciłam Vincenta. Niecały miesiąc temu straciłam Ciebie, Indie. Tak, zostałam sama. W tej naszej wyjątkowości, zostałam sama.

Tydzień temu, po tym, jak załatwiłam wszystkie Twoje sprawy, rozdałam listy, pogadałam z Twoją rodziną w ten sposób jaki sobie życzyłeś, po tym jak ukoiłam swojego męża, w końcu do mnie dotarło. Nic więcej nie będzie. Nie ma Vincenta, nie ma Ciebie. A byliśmy, kurwa mać, właśnie wyjątkowi.

W grudniu, w moje imieniny, minie 8 lat, jak się poznaliśmy. W mieszkaniu Vincenta, którego poznałam niewiele wcześniej niż Ciebie. Pijana, nastoletnia gówniara na imprezie rozwydrzonej malarskiej bohemy, na którą wtedy wpadłeś ze skrzypcami, Ty, wielki muzyk, który właśnie dostał się na muzyczną.
Co to za siksa, zapytałeś Pawła na stronie. Mojego przyjaciela, którego dziewczynę udawałam przed jego ultrakonserwatywnymi rodzicami, którym jeszcze nie przyznał się wtedy, że jest gejem. Nie mogło zacząć się inaczej, jak od wzajemnego obrażania, co?
A potem przypadkowe spotkania, gdy Paweł pomieszkiwał u Vincenta po tym, jak powiedział rodzicom. A gdzie był Paweł, tam i ja, póki nie poznał Tomka i nie wyjechali razem do Szkocji. Zadomowiłam się tam, u Vincenta. Tak samo jak Ty.
I z czasem zostaliśmy w trójkę.
Jak śmialiśmy się z tego, że urodziliśmy się w tym samym dniu, Vincent też w kwietniu, trzy barany, z których ja byłam największym, przez swoje nazwisko. Te wszystkie rozmowy, picie wina i wartościowanie malarstwa każdego z kumpli po kolei.
Śmialiśmy się z tego, ja tworzymy trójkąt tworzenia. Ja i Vincent malowaliśmy, Ty i Vincent graliście i mieliście się za wspaniałych muzyków, ja i Ty pisaliśmy. Niby tak samo nieraz, Vincent nie mógł rozróżnić naszych tekstów, tak jak Ty nie mogłeś nieraz rozróżnić płótna mojego i Vince'a. Potem przecież przez lata prześcigaliśmy się na blogu na wp.pl, kogo częściej reklamują. Zawsze wygrywałam. Dlatego, że mam macicę, żartowaliśmy.
Wszystkie rysy na naszej znajomości jeszcze bardziej nas połączyły. To, że mając 17 lat sypiałam z Vincentem od czasu do czasu, nie znając jeszcze swojego przyszłego męża, dla którego straciłam głowę i serce. Twoje oburzenie, jak tak można. Przyjacielski seks? Fuj! Jeszcze większy bulwers, gdy Vincent, będący jak i ja biseksualny, zaproponował ci trójkąt. Jedyny raz nie wiedziałeś, co powiedzieć i wyszedłeś trzaskając drzwiami, gdy my leżeliśmy w łóżku. Ale następnego dnia wróciłeś, akceptując to, co robimy. Te wszystkie problemy z Vincentem, odwiedzanie go w psychiatryku. Potępienie mojego ćpania jego leków dla zabawy, potępianie mojej autodestrukcji niedoszłej narkomanki i próba wlania mi oleju do głowy.
Przyznaję, w tamtym czasie często ty nas ogarniałeś. My byliśmy szaleni, ty byłeś rozsądkiem, póki nie okazało się że sam jesteś tak samo szalony, gdy pewnej nocy dostałeś ataku paniki przy nas. Wtedy wiedzieliśmy, że sami przegięliśmy, a i Tobą trzeba się przecież zając, gdy wyjesz jak kojot, płaczesz jak dziecko.

Dlatego tak do siebie pasowaliśmy. Rodzeniu w kwietniu, dzieci brutalnych alkoholików. Bo każdy z nas miał swoją przeszłość, swoje rany, swoje blizny. A potem pijani stwierdziliśmy, że każde z nas to coś więcej niż przeszłość i sramy na swoje syndromy DDA, molestowanie, bicie, ucieczki z domu jak w przypadku moim i Vincenta.
Byliśmy we trójkę szaleni, złamani, ale działało to na nas właśnie jak balsam.
We trójkę szukaliśmy duchowych ścieżek. Chociaż, ja ją dawno znałam przecież. Gdy Vincent powiedział, bo wiedział pierwszy, że jestem Czarownicą z Krwi, uczona przez swoją babcię jak dziecko, dopadła cię istna fascynacja. Myślałam na początku, że Twój entuzjazm to ironia. Okazało się inaczej. To ja poznałam Cię ze swoim mistrzem, Aljeksjejem, kazałam ci lizać ropuchy żebyś miał wizje na swoich Bagnach. Szukałeś dalej, ale wreszcie wróciłeś. Tak samo jak Vincent krótko przed swoją śmiercią. Razem rozpalaliśmy te pogańskie ognie u mnie nad jeziorem, w magicznym miejscu gdzie rosną 3 sosny, złączone na wieki korzeniami. Całkiem jak my, co nie?

I ja zostałam teraz sama. Wiem, że są inni ludzie. Mam wspaniałego męża, którego kocham ponad własne życie, który i dla Ciebie był jak brat. Mówiliśmy zresztą, że to przeznaczenie, że poznaliśmy go równolegle, a dla Ciebie stał się bratem, a ja, będąc Twoją siostrą, stałam się jego żoną wreszcie. Wiem, że mam jego, że mam nadal wielu ludzi dookoła siebie...ale to nie to samo, Indie. To nie to samo, Vincent. Nas nikt nie zastąpi.

Pamiętasz bajkę, jaką ułożyłeś dla mnie po śmierci Vincenta, Indianerze? Bajkę o gwiazdach, słońcu i księżycu? Wysłałeś mi ją po tym, jak umyłam tamtą podłogę w tamtym mieszkaniu. Zawsze tworzyłeś piękne bajki.

Dawno temu, nie w tak odległych jednak jakby się zdawało czasach, była sobie trójka ułomnych dzieci. Słońce, Księżyc i Niebo Pełne Gwiazd.
Dzieci były ślepymi kalekami, nie mogącymi odnaleźć się w społeczności reszty wszechświata.
Słońce poniewierany od dziecka złą miłością nosiły blizny, które zawsze miały być jego stygmatem. Mimo to chciał świecić razem z nimi w tym niepowtarzalnym blasku.
Księżyc jak to kobieta, była dzika i nieujarzmiona, stale raniła siebie i innych przez to, że jeden z jej twórców w dzieciństwie przeorał jej żyzne ziemie tak, że stały się jałowe i nie chciały wydawać żadnego plonu.
Niebo Pełne Gwiazd był najbardziej skrzywdzony za młodu, choć przy historii Słońca i Księżyca wydawało się to wręcz niemożliwe. Tkwił teraz w odległym wszechświecie, innej galaktyce, zimnej i nieprzyjaznej. Zabijało go zimno, to, że nikt nie ogrzał jego duszy, to że był sam. Aż doprowadziło to do prawdziwej choroby i zostawiło zbyt wiele blizn. Zachowywał się tak, jakby zawsze chciał zostać w tym zimnie.

Niebo Pełne Gwiazd był najstarszy wiekiem wszechświata, Księżyc najmłodsza i wydawało by się-najbardziej krucha i potrzebująca opieki. Nie umiała przecież świecić światłem własnym, nawet jeśli miało być zimne jak światło Gwiazd. Przemierzała sama świat, mając przelotne odbicia ciepła, miłości swojej i cudzej, mając wspaniałe matczyne łono i przyjaciół, nie zważając na podłego człowieka który wylądował na jej powierzchni i tak ją zniszczył. Tak jej się przynajmniej wydawało-nie zważając. Gdy kochała się z wieloma mężczyznami. Nie widziała bowiem swoich błędów, jak sama się niszczy. Rozkopywała swoją ciemną stronę, tworzyła niepotrzebne rany, pozwalała rosnąć na sobie chwastom, zamiast zasiewać wspaniałe bujne lasy. Była młoda i chuda. Aż pewnego dnia spotkała w podróży przez mroczne wszechświaty Niebo Pełne Gwiazd i Słońce.

Z początku byli wobec siebie nieufni. Ona nie wiedziała, że nie skrzywdzą jej zbędną męską namiętną miłością. Jednak z czasem, gdy swoimi ciepłymi promieniami malowali kolejne jej obrazy, zrozumiała, że jest inaczej. Zrozumiała, że może go pokochać, że są jej potrzebni, że są jej braćmi. A ona potrzebna jest im. I stała na Księżycu się światłość, światłość jakiej nigdy wcześniej nie znała w swoim krótkim życiu. Gdy tylko się raniła niepotrzebnymi bruzdami, miłościami namiętnymi i spalającymi, promienie Słońca i Niebo Pełne Gwiazd szybko leczyli jej rany, pozwalali rosnąć roślinności na pozornie jałowej powierzchni i budować życie

A i Słońce poczuł się potrzebny. Bo tak naprawdę sam był słaby. Czuł, że ma kogoś, kto zawsze będzie go kochał i potrzebował. Czuł, że ma właśnie ich. Poczuł, że nie potrzebuje już tylko swojej rodziny krwi, w której zawsze będą wspomnienia tego, którego kości nosi, tamtego wszechświata. I jego galaktyka nigdy nie będzie już zimna i pusta. Nigdy już nie zazna próżni, bo Księżyc i Niebo Pełne Gwiazd są dookoła jego osi. Może kochać inne gwiazdy też i planety i księżyce i nie ma w tym nic złego. I pomimo zaćmień, które zdarzały mu się raz rzadziej, raz częściej , może żyć w pełni i nadal malować swoimi cennymi promieniami obrazy pełne dźwięku. Nie tylko jej uśmiech, Jego uśmiech, ale wiele uśmiechów także.

I tak trwali, czasem niszcząc się, nieodpowiedzialnie, tonąc w mrokach świata, jednak zawsze się odnajdując i będąc szczęśliwymi. Księżyc nie chciała się już unicestwiać, Niebo Pełne Gwiazd uwierzył, a Słońce coraz bardziej wierzył w swoje ciepło. I nawet gdy głodowali, bo żaden ślepy bóg nie obdarzał ich łaskami, nie cierpieli- bo jednak mieli siebie. Stali się sobie braćmi i siostrą.

Bo choć, być może początkowo odnosili się do siebie nieufnie. Jednak z czasem byli coraz bliżej. Mimo tego, że Księżyc kochała się w Gwiazdami w całkiem innych wymiarach, odnaleźli siebie w miłości całkiem braterskiej. Czasem to Słońce ich scalał. Czasem było zupełnie odwrotnie.

Lata mijały. Wszystkie trzy Ciała Niebieskie dorastały, dojrzewały same w sobie. Zmieniały się. Księżyc stawała się coraz łagodniejsza, coraz bardziej żyzna. Opanowała swoją ciemną stronę. Słońce nieraz przygasał i to ona teraz stanowiła jego podporę, w chorobach tkwiących w głowie i sercu, w czasach zaćmień, kiedy naciskała jego serce z wodoru, by znowu przeprowadzało bolesne reakcje chemiczne, by nigdy nie gasł. Niebo Pełne Gwiazd zjawiał się i znikał swojego czasu. Wracał z wielu niedobrych podróży we wszechświecie, które odbywał zawsze sam, we wszechświecie swojego umysłu, którego nikt nie był w stanie zrozumieć. Można było tylko być. I było się. Ciągle, nieprzerwanie razem.

To tylko fragment całej długiej opowieści, którą dla mnie napisałeś. Resztę zostawię dla siebie. Ale już wtedy gwiazdy spadły i nasz wszechświat się zmienił. To ja zmywałam krew z podłogi po tym, jak Vincent brawurowo odszedł zanim zamknęli go na oddziale paliatywnym z tym raczyskiem w szalonym łbie. Odszedł po swojemu. Nie płakałam wtedy, układałam razem z Tobą jego sprawy, bo na nas przecież mógł liczyć.
Tak samo nie płakałam gdy dowiedziałam się od Idy, że mają cię operować na szybko, bo w osierdziu masz krew, a nie płyn. Choć wiedziałam, że nie dotrzymasz tej operacji. I miałam rację.
Nie płakałam, gdy załatwiałam Twoje sprawy, które wolałeś powierzyć mi, zamiast swojej rodzinie. Bo wiedziałeś, że dam sobie radę.

Sama przeczytałam Twój list i uwierz, byłam wkurwiona. Nie smutna, nie rozczarowana. A wkurwiona. Bo pisałeś tak, jakby Twoja śmierć była dla mnie. I nadal nie płakałam.
Aż do zeszłego tygodnia, gdy mój mąż, też cierpiący po tym, jak cię stracił, nie mógł mnie uspokoić, gdy wyłam wręcz przez 5 godzin, nie mogąc się uspokoić.
Bo zrozumiałam właśnie, że jestem już sama. Z naszej trójki zostałam ostatnia, jak przepowiedziałam. Chciałabym odwrócić tamto stawianie kart, tamte przepowiednie. Ale czy to by coś zmieniło? Ale coś we mnie w końcu pękło. Kart się nie oszuka, mawiałeś nieraz, choć chcieliśmy udawać, że przecież tamtego nie było, to nie miało miejsca.
Poczułam niewyobrażalną pustkę, jakby ktoś wyrwał mi sporą część serca, tego samego, na które Ty umarłeś.
Snułam się po mieszkaniu płacząc, biorąc wolne w pracy.

Aż w końcu pojechałam na nasze, na moje Bagna, na których tak wiele się zaczęło. Pojechałam, by wreszcie skończyć. Odprawić rytuał, zapalić ogień dla Ciebie i jeszcze raz dla Vincenta.
Pomyślałam, że też nie będę mieć pogrzebu. Żadne z nas nie powinno mieć. Gdy przyjdzie moja pora, odejdę tak samo. Niech każdy żegna mnie jak chce, gdzie chce.
Ja i Ciebie i Vincenta na nowo żegnałam przy sosnach, razem ze swoim mężem, który też Was kochał i który rozumie, jak wielka jest moja pustka. Bo i on nosi swoją pod sercem.
Nie zważając na pogodę jak zawsze, kochaliśmy się nad jeziorem. Tego byście też chcieli, prawda?
Zwłaszcza Ty, Indie.
Cudza, dosłowna miłość jako najwspanialsze misterium, rytuał dobry na każdą okazję.

Już nie jestem wkurwiona.

Od śmierci Vincenta nie widziałem, żebyś namalowała jakikolwiek obraz. Po jego śmierci przestałaś pisać, nie napisałaś ani jednego wiersza, porzuciłaś bloga, nie stworzyłaś nam więcej żadnego tekstu do spektaklu. Czasem drobne tekściki oparte na starych, gdy prosiłem, drobne grafiki ale...Przez te dwa lata mówiłaś, że wszystko jest w porządku. Ale ja wiem, Fridel moja, że nie jest. Bo coś w Tobie umarło, tak jak i we mnie, razem z Vincentem. Straciliśmy oboje przyjaciela. Ja teraz odszedłem, jako drugi, tak jak mówiliśmy. Ale Ty żyjesz dalej (...). Pamiętasz, co mówiliśmy sobie nieraz w jego mieszkaniu na Wildzie? On był szaleństwem i grozą, ja byłem przecież waszym Puszkiem, ciepłem i rozsądkiem. A Ty, pamiętasz? Byłaś naszą siłą. Kobiecą siłą, której nic nie zedrze. Zawsze trochę brutalna, ale w głębi serca dobra. I dasz sobie radę i tym razem(...). Nie chcę, żeby to, że odszedłem, zabiło coś w Tobie do końca. Byliśmy wyjątkowi i ty tego nie zaprzepaść, Fridel. Ja umarłem, ale Ty żyjesz...i chcę, żebyś żyła jak kiedyś. Każdy koniec to początek, wiesz? Więc potraktuj to jako początek właśnie (...).
Dwa lata nie tworzyłaś, jakbyś zbudowała mur. Gadałem o tym nawet z Wojtkiem, że nie masz tej iskry co kiedyś. I o tym, jak bardzo nam jej brakuje. Bo jemu też tego brakuje, wiesz? Też to w Tobie kocha. Bo ty potrzebujesz tego, Fridel. Więc maluj do cholery na nowo, pisz! Rób to, w czym tak pięknie wyglądałaś. Niech moja śmierć spowoduje, że ten mur upadnie(...).

***
Zaczynam więc na nowo pisać.
Kordian, odchodząc, zobowiązał wielu ludzi do zrobienia czegoś. W tym mnie. Być może, ten blog, to trochę wypełnienie jego testamentu. Próba dla mnie samej. Jednak, jeśli ktoś z was go znał, czyta to, niech nie patrzy na to miejsce w ten sposób. Nic nie zapełni pustki po nim.
W moim sercu nic tak naprawdę nie zapełni pustki po Kordianie i po Vincencie. Ale może to nowy początek, próba ułożenia sobie pewnych rzeczy na nowo. A blog...jest chyba najprostszą formą. Formą, którą dobrze znam. Być może niektórzy skojarzą Fridę i autoportretodczuwalny z dawnych lat, choć, wątpię w to szczerze.

Nie traktujcie mnie w tym miejscu, pomimo tego wpisu, w którym wszystko wyjaśniam, dlaczego zaczynam na nowo pisać, nie traktujcie mnie jako kogoś, kto go znał. Bo wiem, że zostawił tu spory ślad. Ale, jakby też on powiedział, "jestem kimś więcej". Nie będę pisać o kimś, kogo wielu z Was znało, o czym wiem doskonale, bo już przedtem śledziłam liczne blogi. Czasem tylko o nim wspomnę. Nie wypełniam tylko testamentu.
Wracam więc do pisania, tak jak miałam, myślę, że to dobre miejsce na początek.
Kupiłam też nowe płótno i farby.
Nadal z niepokojem jednak modlę się do swoich bogów.

Więc witam, wielu nazywa mnie Frida. Uczę się tutaj po prostu na nowo żyć.

Muszę ci coś wyznać przyjacielu
Nie jestem głupcem
Męczy mnie zaczynanie kolejny raz od nowa
W zupełnie nowym miejscu

Urodziłeś się by się buntować czy dawać wykorzystywać?
Przysięgam, że nigdy nie ulegnę
Odmawiam





Byłaś dla mnie jedną z najważniejszych osób w moim życiu- i dziękuję za to spotkanie. Ale teraz zacznij na nowo, pamiętając o nas. O mnie i o Vincencie i o tym, kim byliśmy. Twórz dalej własną historię, czasem mówiąc o naszej wspólnej. Ale nie pozwól zjeść się przeszłości. Żyj, kochaj i twórz Fridel. A kiedyś na nowo sobie wszyscy o tym opowiemy.