wtorek, 31 maja 2016

O tej, która wydobywa się pierwsza ze spokoju po burzy i której jestem pewna, czyli o pewnym niebezpiecznym uzależnieniu, z którego nie chcę rezygnować.

A po burzy zawsze wychodzi słońce.
Czasem mam wrażenie, że w moim przypadku, w przypadku moich prywatnych burz, może nawet za szybko. Czasem myślę, że zbyt szybko powstaję z kolan, już wtedy, gdy są one jeszcze trochę chwiejne i nie pozwalam im się do końca zaleczyć. Dlatego pewne rzeczy wracają.
Ale ja jestem zbyt zachłanna na życie. Zbyt wiele widzę piękna, żeby marnować je w miesiącach umartwiania. I co najważniejsze, zbyt mocno kocham człowieka, z którym chcę przeżyć całe życie. Zbyt mocno on kocha mnie. I wiem, że nawet jeśli to on nieraz rani, również on podnosi mnie z kolan.

Po burzy nachodzi mnie więc ten swoisty spokój, w którym jeszcze trochę przestraszone ptaki na drzewach czyszczą swoje pióra, w których martwe trzmiele znikają pod upadłymi liśćmi, ale to wszystko jest w porządku, to wszystko nie ma znaczenia, bo przecież tak pięknie pachnie ozonem. Bo nie ma drugiego takiego światła.
Nie ma zatem drugiego takiego spokoju, jak w sercu człowieka po bólu. Po nieprzespanych nocach, po spazmach cierpienia, po płaczu i wymiotach. Nawet jeśli to spokój niepewny, nawet jeśli wiem, że może go zakłócić najmniejsze obcowanie z kimś innym niż mój Mąż, jest on jaskrawy, bo na nowo odnaleziony.
Dlatego wiem, jak ważny w życiu jest ból i cierpienie. Bez niego nie byłoby szczęścia.
Jak ważne jest rozgoryczenie, żal. Bez niego, być może, nie odczuwałabym nieraz tak mocno, tak dosadnie uderzeń miłości. A ona przecież zawsze wypływa na wierzch, jeśli jest dość silna. Jeśli jest prawdziwa.

Kiedyś myślałam, że tak silna miłość między dwojgiem ludzi to jakiś żart. Kiedyś myślałam, że nie od samej miłości zależy to, czy jesteśmy z kimś.
Kiedyś nie wierzyłam w bajki. Uwierzyłam, gdy dostrzegłam, poznałam własną.

Teraz w swoim życiu wiem, że to ona bywa najważniejsza, właśnie miłość. Owszem, nad związkiem, relacją, musimy pracować, musimy się ścierać w awanturach, ważne jest samo zwierzęce pożądanie, ważna jest troka, czasem nawet otoczenia...ale wczoraj, przez pewne wymiany myśli, które uderzyły mnie jak nie mój własny huragan, wczoraj przez kolejne rozmowy, bukiet dzikich kwiatków który zwiądł po drodze na spacerze i nowy wybuch trochę nieśmiałej jeszcze po burzy namiętności, uświadomiłam sobie, że te wszystkie, te wszystkie powyższe znów, wynikają z miłości.

Chce nam się pracować nad związkiem, bo kochamy.
Chce nam się troszczyć, bo kochamy.
Czujemy do siebie pożądanie, inne niż to zwykłe, niż chuć, bo kochamy.

Może bycie z moim Mężem mnie spaczyło, może naprawdę, nie pamiętam jak to jest być z kimś, kogo się tak bardzo nie kocha, być po prostu w łóżku i przy obiedzie, jak bywa u innych par, bo zapomniałam już.
Tak wiele zapomniałam, zamknięta w swojej bajce?

Może nie pamiętam, że niektóre związki mają nieśmiałe początki, bo jestem spaczona, bo u nas poszło to błyskawicznie, bo to była miłość od pierwszego wejrzenia tylko taka, do której żadne z nas nie chciało się przyznać, bo był ktoś trzeci a ja nawet nie chciałam być z nikim w związku....ktoś, o kim oboje zapomnieliśmy już przy drugim spotkaniu tak naprawdę, ja sama już przy drugim zapomniałam, że nie chcę nikogo. W szalony sposób doszliśmy do siebie, dotknęliśmy się, wtedy tak szczeniacko i po jednym dniu wątpliwości już oboje wiedzieliśmy, mieliśmy jakąś dziwną pewność, że to my, że nie będzie już ja i ty, że będziemy już zawsze my.
Po prostu to się wiedziało. To było oczywiste. Teraz, już zawsze, od tego dnia w sierpniu, zostaliśmy jakąś całością. Niepodważalną, nierozerwalną.

Nigdy nie mieliśmy podzielonych pieniędzy, nawet gdy jako nastolatki mieliśmy swoje grosze, ja swoje stypendium, nigdy nie wyliczaliśmy. Wszystko od początku było wspólne. Nawet to, o co zwykle głównie kłócą się pary.
Od zawsze wyczuwaliśmy się doskonale, rozumieliśmy swoje żarty, rozumieliśmy się bez słów.
Nikt nie panikował, nie oszczędzał się z mówieniem „kocham cię”. To wyszło, samo, naturalnie, prawie natychmiast. Bez żadnej przesady, koloryzowania. Bo po prostu oboje oto czuliśmy. Jeszcze na początku bardziej pożądliwie, szalenie, z czasem coraz spokojniej.

Seks był od samego początku najwspanialszy w życiu. Chociaż dość szybko nauczyłam się własnego orgazmu, nie miałam z nim problemu, to z nim przez prawie 2 lata po każdej fizycznej miłości drgały mi nogi, drgały mi uda nieprzerwanie przez dobre 2-3 godziny nieraz, tak, że nie mogłam chodzić. To z nim zobaczyłam pierwsze jaskrawe światło mając wrażenie, że umieram i stwierdziłam, że poprzednia rozkosz nigdy nie była rozkoszą. Dopiero po jakichś 2 latach przywykłam do tak mocnego orgazmu, do takiej siły rozkoszy, że moje nogi nie zaczynały żyć własnym życiem, nie drżały i nie wierzgały tak, że potrafiły go mocno uderzyć. Czasem zastanawiam się, czy nauczyłam się swojego ciała, przed którym niegdyś nie miałam wstydu, czy to właśnie tylko z nim? Bo to cholerny znak, jak w jakiejś pierdolonej baśni porno, że to właśnie ten?

To wszystko spaczyło moje myślenie. To, że poczułam w życiu że z tym właśnie mężczyzną chcę być. To sprawiło, że uwierzyłam w wielką miłość, która ma prawo do istnienia w prozie życia. I zapomniałam już, jak jest bez niej. Zapomniałam, że człowiek nieraz jest samotny i po prostu „chce z kimś być”. Chce pójść z kimś do łóżka, chce zjeść ten cholerny obiad i wierzyć, że z czasem się zakocha. Zapomniałam, że tak też może być.

Szanuję, ale nadal mnie to dziwi. Bo w moim życiu od tylu lat nie istnieje bycie z kimś bez miłości. To mnie spaczyło. To mnie zmieniło. Nie narzekam jednak na tą zmianę. Bo nie chcę widzieć w życiu inaczej, nie chcę niczego innego doznawać.

Może to niebezpieczne, że nie pamiętam innego życia. Może jestem uzależniona od niego, od rozmów z nim, od seksu z nim, od oparcia na jego ramieniu. Może nieraz mam głupią myśl, że bez niego byłoby lepiej, że nasz związek nie ma sensu, gdy wszystko się wali, gdy przypominają się niektóre rany- ale zawsze potem jeszcze bardziej rozumiem, że jesteśmy my, a nie ty i ja. Że stanowimy w tym zimnym, okrutnym świecie jakąś całość, której sama jeszcze w pełni nie pojmuję, bo to całość tak abstrakcyjna, tak mityczna i mistyczna, że trudno ją wyjaśnić.
Może na co dzień tego nie widać, w tej prozie, gdy się kłócimy, gdy nie pokazujemy ludziom, jak bardzo jesteśmy związani, gdy staramy się przy innych pociskać a nie mówić czułe słówka. Gdy staramy się światu nie pokazywać naszej miłości, bo nieraz tak, boimy się tą miłość światu pokazać, a czasem może, zazdrośnie, chcemy jej strzec, mieć ją tylko dla siebie. Mimo to mówią, że jesteśmy dobrani, że jesteśmy fajną kumpelską parą. Bo jesteśmy i kumplami, ale przez to wszystko przebija miłość. I ona wszystko splata.

Nie jesteśmy idealnie, mamy różne zainteresowania, on ma swoje gry, ja mam swoje książki. Ale się kochamy i to przecież jest najważniejsze.
Mamy swoje małe sekrety i swoje małe, śmieszne tajemnice, jakieś osobne miejsca które szanujemy, ale w najważniejszych sprawach zawsze powiemy sobie wszystko. To sobie najpierw się zwierzymy, bo istnieje ta miłość, bo zostaliśmy przez te lata też najlepszymi przyjaciółmi.
I tak, nie mam nikogo bliższego niż on.
Nie ma osoby, która zna mnie bardziej niż on i której mimo wszystko tak bardzo ufam.
Bo to on z moich wad potrafi ułożyć zalety. To właśnie on dla mnie jest wsparciem, tak wielkim, że dopiero przy nim, już jedynej osobie w moim życiu pozwalam sobie na słabość. Może, to przez niego odkryłam swoje słabości, swoje łzy, swoje ciemne strony. To bycie z nim je ze mnie wydobyło, bo nie musiałam już polegać sama na sobie, to bycie z nim sprawiło, że je zrozumiałam i nauczyłam się z pewnymi żyć, a nie zamiatać pod dywan.
To on nadal pozwala mi zrozumieć moje wady, to on nadal zmusza mnie do bycia słabą, to on zmusza mnie do zrozumienia, że mimo tego on ze mną będzie. To on zmusza mnie do akceptowania siebie. On zmusza mnie do miłość do siebie, przez to, że go kocham, mimo że teraz w tą miłość wątpię.
Czy jest coś ważniejszego? Ta miłość każe mi kochać samą siebie, bo on mnie kocha. Zrozumiałam, że można mnie kochać.

To przy nim czuję się tak bezpiecznie. To jego ramiona są moim schronem. To w nich mogę się schować i odpocząć, żeby na nowo móc zacząć walkę. Z całym światem. Z sobą.

To jego kocham, a on kocha mnie.
To właśnie sprawia miłość i znów, tak bardzo czuję ją po burzy, znów, gdy tak bardzo w siebie, w nas wątpiłam. To ta miłość w tym wszystkim, w całym bólu wychodzi pierwsza na wierzch i staje się deską ratunkową dla mojej duszy. Ta, która choć trochę przez nasze czyny okaleczona, jednak jest.
Jest, do cholery jasnej i nie da się w nią wątpić. W jej kształt, formę- nieraz tak. Ale nigdy w jej obecność.

Może to niebezpieczne być tak bardzo z sobą w życiu i dla siebie, może to nie jest zdrowe, bo co, jeśli jednak nasze światy się rozsypią?pomimo miłości i jej walki? Co, jeśli po prostu któremuś z nas coś się stanie, zachoruje i umrze, potrąci do samochód? Zdaję sobie z tego sprawę, że to niebezpieczne, że miłość tak scaliła nasze światy w jedno, mimo że to światy niezależne, mimo że dajemy sobie tak wielką wolność w swoich różnicach i pozwalamy zachować sobie swoją dzikość, jego męską i moją żeńską, mimo że jedno nie „wychowuje”, nie tresuje drugiego.
To niebezpieczne, bo życie lubi płatać różne figle i nic nigdy nie jest na zawsze. Ale nad tym można się zastanawiać, gdy coś się skończyć. Póki trwa, warto po prostu doceniać tego piękno, prawda?

Doceniam więc, mimo burz, mimo ran. To jemu w pełni łatwiej wybaczam, bo on wybacza też mi. I to on zajmie się gdy moja krucha porcelana się rozsypie, to mimo wszystko on, powoli, swoją miłością, będzie składał na nowo moje serce, zlepiał, nawet jeśli to on nieostrożnym ruchem zrzucił moje naczynie na twardą posadzkę.

Z nim jest łatwiej, to miłość, której jestem pewna, to miłość, o którą chcę walczyć i która jednocześnie walczy ramię w ramię ze mną o moje życie. O moje szczęście.
Nie, przepraszam. O nasze szczęście.

Nasza miłość walczy więc, walczymy swoją miłością o siebie, w moich burzach, przy bliznach mojego i jego serca. Cały czas zastanawiam się, czy nie powinniśmy uciec. Na jakiś czas. Może miesiąc, może rok? Może odpocząć od innych ludzi. Od pewnych relacji.
Bo oboje musimy sobie wszystko ułożyć. Jego wyrzuty sumienia, moje cierpienie, moja niegojąca się rana. Musimy to pokładać w całość. Ale wiem, że damy sobie z tym radę, bo przecież, składamy siebie nawzajem. On składa moje serce do kupy...a ja jego. Też swoim wybaczeniem. Tym, że cały czas chcę z nim być.
W końcu to nasza bajka. To dziwaczna, pozornie prozaiczna, a tak pełna powieści opowieść, w której jest przyjaźń, troska, czułość. Trochę gniewu, trochę żalu. Ale przede wszystkim pełna, całkowita miłość.
Tak naprawdę z nich tworzymy swoją historię. A może i szczęście?
Może i ja zacznę składać żurawie origami, japoński symbol szczęścia i spokoju, może ja zacznę wieszać je w oknach?

Niedługo wyjeżdżamy w Bieszczady. Znów, może góry pomogą, mimo że nie jedziemy w nie sami. Może odpocznę od pewnych relacji, od tego, że nie umiem rozmawiać na pewne tematy z niektórymi, nie umiem płakać. Może znów potrzebuję dzikości, tego zmęczenia ciała, rześkiego powietrza. Może znów potrzebuję zobaczyć jego szczęście na twarzy, gdy zdobywa szczyt, znów muszę poczuć, jak bardzo się o mnie troszczy i widzieć, że potrafi oddać mi swoją wodę, gdy ja już nie mam nic do picia.

Może góry znów pomogą mi podjąć pewne decyzje albo w nich się utwierdzić?Może znów wyleczą, jak rok temu wyleczyły pierwszą ranę, a raczej zasklepiły ją, zatamowały krwawienie? Choć, nie oszukujmy się. Zrobiły to nie tylko góry. Zrobiła to jaskrawsza w nich miłość.

Myślę, czy nie rzucić pewnych rzeczy. Jak się zmienić, jak wyleczyć. Jak przestać się zabijać i udawać. Trochę pogubiłam się przecież w życiu, wiem to już jednak bez płaczu, na spokojnie, logicznie. Dopuszczam do siebie słabość, ale dopuszczam i spokój, wiarę, znów tą cholerną wiarę, że po każdej śmierci przychodzi życie. Nie mam pewności co robić, nie mam pewności, kiedy odzyskam siebie albo raczej, kiedy pokocham tą trochę zmienioną, tą nową.
Może muszę też po prostu trochę odpocząć. Tylko tyle. Znaleźć siebie, z dala od pewnych myśli, miejsc, ludzi. Często ten odpoczynek pomaga. Często to on jest rozwiązaniem. Cóż, zostaje tylko czekać, zobaczyć, co podpowie czas.
Nic nie jest w tym względzie pewne.

Jednego jestem jednak pewna. Gdzie, kiedy, jak- wiem, że z nim. Z naszą wspólną miłością. Nawet, jeśli reszta miałaby się walić i palić. I może, uda nam się razem zestarzeć. Myślę, że to moje największe marzenie.
Bo kto inny uratuje mnie, gdy wpadnę w szał i będę rozbijać głowę o własne mury?



Chętnie zniknęłabym na miesiąc lub na rok
Rozdałabym to co mam, no powiedz, co z tego mienia mam?
Nie pamiętam jak to jest mieć na cokolwiek czas
Mieć czas
Chcę wyhamować
(...)
Pamiętam że u ciebie zawsze tak jest bezpiecznie
U ciebie nie czuć żadnych, żadnych ruchów tektonicznych

Z moich wad
Z moich wad składasz origami
Dajesz mi odpocząć
Nie muszę walić głową w mur
Rozchmurzasz mnie, gdy wpadam w szał
Wyrywam własne kartki

Zbierasz je- i składasz z nich żurawie origami

niedziela, 29 maja 2016

O tym, że tym razem tytułu nie będzie, to tylko brud wylany z głowy, żeby móc spać.

Trwa sezon na burze.
I może to sprawiło, że i dla mnie musiała nastać kolejna. Całkiem niespodziewana, powietrze było gorące i pełne pożądania.
Kilka trafnych pytań, zadał swoim spokojnym głosem. Wpadłam w panikę, wpadłam w histerię.
Zauważył, jednak widzi, jednak moja maska nie jest tak szczelna.
Kilka pozornie nieszkodliwych pytań. Przeraziłam się. Pewnie dlatego, że nie chciałam ich słyszeć. Pewnie dlatego, że sama nie chciałam znać odpowiedzi, bo wolę udawać, sama przed sobą.

Zamknęłam to za murem. Myślałam, że uda mi się zamknąć za murem własną śmierć.
Zakopać głęboko.
Ale on widzi, choć nie widzą inni. On widzi, bo jest najbliżej, zawsze on najbliżej. I znów, jeśli będę musiała wybierać, wybieram jego. Bo z nim mam żyć. Bo taką podjęłam decyzję.
Choć może udaję, a jednak łudzę się, chcę, żeby ktoś zauważył, chcę, żeby ktoś czasem posprzątał to za mnie? We mnie?
Jestem słaba. Krucha ze mnie porcelana, rozsypuję się, jak mówił mój przyjaciel.

Nie chciałam słyszeć kilku pytań, bo sama nie chciałam na nie odpowiadać. Chciałam już uciec od tego wszystkiego, ale tak się nie da.
Przestaję się łudzić, że to kiedykolwiek minie. Przestaję się łudzić, że kiedykolwiek będę mogła żyć jak przedtem. Nie ma powrotu do „kiedyś”. Jak bardzo on by chciał, jak bardzo chciałabym ja.
Coś we mnie umarło bezpowrotnie. Te części mojej duszy nigdy nie wstaną z grobu.
Może dlatego, że to grób anonimowy. Anonimowy grób w którym zamknięte jest niewinne dziecko.
Nigdy nie będę niewinna.
Nigdy nie będę naiwna. I choć kocham, nigdy nie będę kochać tak bardzo, jak przedtem.
To umarło. Ktoś miał rację, życie to powolne umieranie. A ja zrozumiałam to dopiero po tamtej nocy, zrozumiałam to mając dopiero 25 lat. Nie da się zaprzeczać.

Chciałam uciec od pytań, chciałam uciec od odpowiedzi.
Tak, jest między nami mur, tak potworny mur.
Nie umiem kochać jak przedtem. Nie umiem się kochać. Zostałam w tej kwestii kaleką. Już nie mam, już nigdy nie będę mieć w sobie lekkości tamtej nagiej dziewczyny tańczącej po lesie. Kochającej się przy drogach, kochającej się w parkach, pod osłoną nocy.
Nigdy już nie będę tamtą, tamta umarła. Zabito ją. Zostało naczynie, został okruch.
Tak, poczułam co to wstyd. Co to rozczarowanie.
Poczułam co to obrzydzenie do samej siebie. Brzydzę się sobą, właśnie sobą, choć sobą nie powinnam. Swoim ciałem.

I tak, miał rację. Krzywdzę się. Siebie samą, cały czas krzywdzę, bo przywiązałam się do krzywdy, skoro raz zadani mi tak celną. Skoro boli w środku to czemu by nie...
To tak, jakbyś się cięła, tak?
Tak, tak to możesz rozumieć. Robię to specjalnie. Niszczę swoje ciało. Nie mogę go zmobilizować. Robię wszystko, żeby było jak najbardziej obrzydliwe. Przestałam się malować. Robię wszystko, żeby mnie bolało bez widocznych śladów. Rozdrapuję uda, gdzie nie widać. Nie leczę strupów, nie leczę opatrunków. Zasypiam bez opamiętania, przypominając sobie, jaka jestem beznadziejna. Wstydzę się zmęczenia, wstydzę się snu. Upijam się jednak, żeby zasnąć.
Chcę udowodnić sobie, że jestem beznadziejna, bo przecież nic nie stało się bez powodu. Udowadniam sobie, że jestem brzydka, obrzydliwa, nic nie warta, bo inaczej nic takiego by się nie stało. Przestałam wierzyć, że kiedykolwiek mogło być inaczej. Zawsze żyłam w ułudzie, gdy wierzyłam w pewne słowa i spojrzenia.
Płaczę, gdy nikt nie widzi. Płaczę cicho, gdy was nie ma w domu.
To ze mną zostanie.
Taka już będę.
Mam momenty opamiętania. Mam codzienność, o której mówię, że jestem w niej szczęśliwa.
Ale tak, zabijam się, powoli się zabijam, bo nie mam odwagi na więcej.
Nie chciałam się do tego przyznawać. Do tego, do wszystkiego innego.
Tak jak wtedy nie chciałam przyznawać się jej. Bo co by to zmieniło?

Może tak już musi być, że na co dzień jestem szczęśliwa, jestem uśmiechnięta. A potem znów wrzód nabrzmiewa, pęka niezaleczona rana, wycieka ropa i leczę ją w jednych ramionach, w jedynych których umiem. Mimo, że jesteśmy współzbrodniarzami. Mimo, że jest moim katem.
Jednak, jemy łatwiej wybaczać każdą ranę.
Z kim innym jest trudniej.

Nieodpowiednie pytania.
Ale on je chociaż zadaje. Nie muszę wyciągać ich od kogoś innego. Nie muszę sama ich stawiać. Może dlatego tak celne. Może dlatego tak bolą. Może dlatego są moim skalpelem, przez który do oczu napływają łzy, które leczą ranę.
Może powinnam była inaczej wybrać.
Może jeszcze mam na to czas?

Czasem myślę, że powinniśmy to wszystko zostawić. Coraz poważniej myślę nad tym, że powinniśmy wyjechać, a może po prostu się przeprowadzić. Zostawić te mury, bo pomimo tego, że tyle w nich dobrych chwil, o wszystkim przypominają.
Czasem myślę, że powinniśmy może zostawić wszystko inne. Zmienić nie tylko adres, ale numer telefonu, ksywę na fejsie. Zostawić wszystkich, mimo że ich kochamy. Nie rozmieniać tej miłości. Zostać tylko we dwoje, zacząć od nowa.
Może muszę poważniej z nim o tym porozmawiać. Zadać własne pytania.

Może muszę się ze wszystkim pogodzić. Z własną śmiercią. Z obrzydzeniem. Ze wstydem.

Nieodpowiednie pytania. A może wreszcie właśnie trafione. 
Żal i histeria, spazmy.
Rzucone okrutnie wam łatwiej żyć. Zaczynać na nowo, bo macie tylko wyrzuty sumienia. Ja mam wyrzuty sumienia i umarłam.
Ja tego nie przeżyłam, ja to umarłam.  Czasem brzydzę się, że udaję, że żyję dalej. Czasem brzydzę się tego, że i wy to robicie. Na co dzień. Śmiejecie się. Kochacie. 
Czasem coś tupie we mnie nogą jak małe dziecko. Chce zadać pytanie, jak macie prawo do szczęścia, skoro ja umarłam?
Jak?

A mimo to żyje się dalej.
Udaje albo naprawdę żyje. Znajduje się szczęście.
Wybacza się i wymazuje własne winy. Cudze winy. 
Jak?

Mawiają, że wybaczenie to nie kwestia uczuć, a kwestia decyzji.
Ja pewną decyzję podjęłam i muszę z nią żyć. Mówili też, że nikt nie powiedział, że dobre decyzje nie będą cię ranić. Może to prawda. Może dobre decyzje wcale nie sprawiają, że jest się szczęśliwym. Może to one mają tak naprawdę doprowadzić nas do śmierci.
Powoli. Dzień za dniem.
Rana za raną.
Wspomnienie za wspomnieniem.

Może to też i miłość ma mnie zabić.

Kilka nieodpowiednich pytań, które każe mi znowu spojrzeć prawdzie w oczy. Kilka nieodpowiednich pytań. Wymioty z obrzydzenia i nerwów, łzy przez całą noc.
Teraz być może kolejne.


Potrzebuję snu. Potrzebuję czasu. Potrzebuję wiary, że mogę jeszcze kochać naiwnie.
Nie, przepraszam. Ta ostatnia umarła na zawsze. Zamordowana z zimną krwią zwierzęcia.

                                                    ****
Proszę się do tekstu nie przywiązywać, proszę nie interpretować nadmiernie, przesadnie. Proszę się nie martwić, bo nic się nie dzieje. Mam dzisiaj po nieprzespanej nocy nadmierny ból istnienia. A może to i stres przed wyjazdem, stres paru innych spraw, które przypominają wcześniejsze. To myśli wylane z głowy, bo właśnie tu, w tym miejscu tego potrzebowałam. Po ciężkim dniu, wylać myśli z głowy, żeby wreszcie móc położyć się spać.  
Od tego jest blog, prawda?




Wspominasz swoje czyny
Jakby to były czyjeś okropne opowieści
Teraz stoisz przede mną odrodzony
Jak dobrze widzieć cię zdrowego
I nie zamierzasz zdjąć swojej aureoli
Oplatającej szyję i ściągającą się w dół

Lecz ja jestem tylko ciekaw
Jak zamierzasz naprawić swe występki
Wobec tych, którzy już nie żyją
Wobec tych, którzy już nie żyją

niedziela, 22 maja 2016

O cywilizacji wygody w której tak łatwo się zgubić, czyli o współczesnym człowiekiem który mimo wszystko jeszcze może wybrać swój upadek

Nasza cywilizacja jest cywilizacją wygody.
Jesteśmy rozpieszczeni, nigdy nie znający prawdziwego głodu, nie znający strachu innego niż brak pieniędzy na koncie i odcięcia od sieci. Nie muszący walczyć o przetrwanie, prawdziwe przetrwanie naszego życia, a nie tylko wyobrażenia o nim w dżungli społecznych niuansów.
Walczymy z prądem rzeki życia, życia, które sami tworzymy, zamiast nauczyć się w nim pływać.
Trochę mnie to przeraża.
Tak naprawdę, nie chcę być takim człowiekiem. Nie chcę być człowiekiem wygody, człowiekiem, który zadowala się tym, co świat uparcie podtyka mu pod nos, a nieraz i wciska na siłę, mówiąc, że tego potrzebuję.
Chcę sama znać i spełniać swoje potrzeby. Nie chcę oczekiwać tego od świata.

Wybraliśmy się na spacer w piękny niedzielny poranek. Słońce grzało nasze ciała, maszerowaliśmy spokojnie w całym oceanie ludzi, którzy wpadli na ten sam pomysł, co my.
Namiastka zieleni. Namiastka tego, na co czekamy. Bo niedługo przecież, już na początku czerwca choć na parę dni wyrwiemy się z tej betonowej dżungli, choć przez parę dni będziemy wędrować po swoich górach, po dzikich Połoninach Bieszczad. Rozmawialiśmy o tym, jak dobrze będzie wstawać jeszcze przed świtem o 4 rano, jak cudownie będzie nieprzerwanie iść przez 30 kilometrów, polegając tylko na własnych nogach. Jak cudownie będzie uciec od telefonów, ułatwień, tłumu. Jak cudownie będzie znów męczyć się tak, że nie można ruszyć nogą ani ręką, męczyć cię, jednocześnie przeżywając iście mistyczny cud, gdy jastrzębie i sokoły kołują nad głowami, jakby miały spaść na nie, wyczuwając najmniejszy przejaw słabości.

Płynęliśmy w swojej tęsknocie przez tłum, płynęliśmy, znów wyobrażając sobie kształt swojego marzenia. Proste życie, dom na odludziu i pracę własnych rąk, własnych rąk, które nas wyżywią. Bo przecież po to mamy dwie zdrowie ręce, dwie zdrowe nogi, żeby z nich korzystać. Żeby żyły i stawały się coraz mocniejsze.
Płynęliśmy w słoneczny dzień w mieście przez tłum ludzi zapatrzonych w telefony i marzyliśmy o życiu bez wygód. Spojrzeliśmy na morze ludzi. Rodziny z dziećmi, pary zajadające się lodami. W pięknych butach, w których nie przeszliby nawet 10 kilometrów. Z pięknymi fryzurami, jak to w niedzielne poranki wypada przecież.
Spojrzeliśmy na ludzi, którzy tak jak ja, mają wszystko podane na tacy. Spojrzeliśmy na nich, na siebie. Znów poczuliśmy, jak we dwoje razem dobrze się dobraliśmy.

My, ja i mój Mąż, nie chcemy wygody. Nie chcemy ułatwień na wielu polach. Bo może właśnie przez to, że człowiek musi się nieraz wysilić, czuje, że żyje?
Może w wysiłku, własnych rąk, własnych nóg, człowiek żyje naprawdę? Wtedy, gdy wie, że może polegać na sobie- a nie na tym, co go otacza.

Bo coraz więcej z nas polega właśnie na tym, co ma w dłoni- a nie na samych dłoniach. Wszyscy się strasznie rozleniwiliśmy. Ale czy możemy winić za to samych siebie, jednostkowo? Skoro stworzyliśmy cywilizację, która daje, nic dziwnego, że bierzemy. I nic dziwnego, że tracimy w tym umiar, tak bardzo, że zatracamy samych siebie. Zatracamy człowieka w sobie.
Zatraca się nie tylko ludzie ciało. Zatraca się umysł i dusza. Zatracają się emocje. Wszystko zbyt łatwe, wszystko zbyt dostępne.
Wygoda na każdym polu.

A przecież nie od dzisiaj powtarzano nam, że łatwa droga wcale nie jest lepsza.
Tym ułatwianiem w społeczeństwie, tym dążeniem cywilizacji do wygody naszych 4 liter w skali jednostkowej i skali globalnej zrobiliśmy sobie też wielką krzywdę. Zgubiliśmy nieraz to co ważne.
Zgubiliśmy wysiłek życia. Po co więc mamy nieraz żyć?

To zawsze istniało przecież w naszej naturze. Potrzeba przecież matką wynalazku. Człowiek inteligentny będzie wspinał się, człowiek jako istota myśląca nie będzie rzucać sobie kłód pod nogi, żeby zmęczyć bardziej swoje nogi.
To naturalny tok ewolucji, która stawia na coraz lepsze, sprytniejsze rozwiązania. Wszyscy podlegamy jej prawom. Jednak..czy lepsze zawsze znaczy lepsze?
Postęp, jaki uzyskaliśmy to obosieczny miecz. Cywilizacja, którą stworzyliśmy, od kiedy zaczęliśmy krzesać ogień zaczęła rządzić się swoimi prawami. Nie chodzi w niej już o jednostkę, zresztą, w żadnej ewolucji nigdy o nią nie chodziło. Może cała sztuka polega na tym, żeby ewolucja mogła pewne rzeczy jednostce wmówić. Ale cywilizacja, tworzona ludzkim umysłem, ludzką ręką, ma własne prawa. I jak każda rewolucja, ewolucja pożera własne dzieci.

Wszystko ma dobre i złe strony.
Ułatwiliśmy sobie życie. Nie przymieramy głodem. Zwalczyliśmy tyle chorób, jednocześnie tworząc tyle nowych. Nadciśnienie i rak, dzieci cywilizacji, oczywista cena, którą płacimy za postęp. Depresja, paranoja i fobie. Cena mniej oczywista, ale coraz bardziej widoczna w świecie, gdzie rada i opieka plemienia już nie istnieje, bo plemię stało się zbyt wielkie i zbyt wiele stawia na indywidualność.
Wiele pięknych rzeczy daje nam ponoć cywilizacja. Wiele ułatwia, za co jesteśmy wdzięczni.
Mam wrażenie, że naszą cywilizację toczy jednak inny rak, inna choroba. Wygoda. Rozleniwienie.
Mam wrażenie, że nasz świat, odcięty ręką betonu i prądu od natury i zieleni jałowieje. Umiera od środka.
Mam wrażenie, że przez wygodę nasz świat często jest po prostu skorupą bez wnętrza. Piękną muszą ślimaka, postawioną w gablocie. Piękną, błyszczącą, rozpadającą się bez życia w niej.

Żyjemy dłużej. Możemy poznać swojego partnera bez wychodzenia z domu. Możemy zwiedzić cały świat przez monitor, nie męcząc swoich nóg. Możemy zjeść szybko i nawet smacznie, wcale nie włączając kuchenki. Możemy zastąpić pracę naszych rąk pracą dowolnej turbiny. Możemy lecieć w kosmos, możemy się uczyć, możemy odkrywać tajemnice wszechświata. Możemy tak wiele.
Możemy tak wiele i...zarazem nic.
Przywykliśmy do wygody. Możemy, mamy możliwości, ale wolimy siedzieć przed monitorem i oglądać śmieszne obrazki, zamiast się uczyć, poznawać. Wolimy nawet poznawać, zamiast ruszyć się z miejsca.
Mamy tyle ułatwień- możemy tak wiele. Ale jednocześnie przestaliśmy żyć.

Najłatwiejsza droga wcale nie jest dla nas najlepsza. Najłatwiejsza, wygodna droga niczego nas nie nauczy. Wręcz przeciwnie, ta łatwa, wygodna droga sprawi, że jałowiejemy. Sprawi, że nasze życie przestanie mieć znaczenie dla nas samych. Ta wygodna droga sprawi, że nie nauczymy się niczego o sobie, nie poznamy swoich granic.
Wygoda sprawi, że staniemy się jeszcze głupsi, niż ktokolwiek mógł założyć.
My jako jednostki. My, jako społeczeństwo.

Cywilizacja wytworzyła tyle pozornych wspaniałości- jednocześnie tyle nam odbierając.
Czasem, gdy wędruję po ulicach patrzę i zastanawiam się- ilu z ludzi przetrwałoby gdyby odebrać im prąd, wygodne ubrania, ich smartfony, które myślą za nich? Ilu z nich potrafiłoby ze sobą porozmawiać, tak naprawdę porozmawiać bez klikania w ikony? Ilu z nich umiałoby zasadzić roślinę i sprawić, żeby rosła, sprawić, że y ich wyżywiła, gdy zabrakłoby sklepu? Ile z nich dostaje paranoi, gdy nie ma dostępu do wi-fi? Ilu z nich potrafiłoby stworzyć jedzenie, przetrwać przy wielkiej zagładzie, jakimś totalnie odrealnionym, pozornie pochodzącym z science- fiction krachu cywilizacji? Ilu z nich potrafiłoby przemieścić się z miasta do miasta, nie jeżdżąc samochodem, a polegając na własnych nogach?

Wielu pewnie by poległo, wielu rozpieszczonych, nie myślących na co dzień o czymkolwiek innym, niż prestiż społeczny, niż problemy z dziewczyną, problemy z własną depresją.
Jasne, także wielu, gdyby musiało, zrobiłoby to. Wielu by przetrwało.
Jednak nie o to mi chodzi. Czasem we własnej głowie zakładam kataklizm albo wojnę, zastanawiam się, jak my byśmy przetrwali. Ale nie o to chodzi. Wojna, krach cywilizacji, którą znamy, może zdarzyć się zawsze, może nie zdarzyć się nigdy. Nie o to mi chodzi.

Chodzi mi o nasze rozpieszczenie. O wygodę.
Jeśli nie muszę, nie zrobię.
Nie przejdę pieszo drogi do domu z pracy czy z uczelni, skoro mogę jechać tramwajem. Nie spotkam się z przyjacielem, jeśli mogę z nim porozmawiać przez swojego smartfona czy na fejsie, nie wychodząc z domu.
Nie muszę więc...
Rozleniwienie. A w życiu nie chodzi o „muszę”. W życiu chodzi o „chcę”.
I tego chcenia nam coraz bardziej brakuje przez wygodę.

Nie chcemy wkładać w życie pierwotnego trudu. Rozbestwiamy się, mając wszystko podane na tacy. Wszystko.
Całe nasze życie zaczynamy nieraz przez to sprowadzać do restauracji typu fast food.
Nasze związki z innymi ludźmi nawet są jak połykanie szybkiego hamburgera w sieciówce ze znanym logo. Poznajemy się przez internet, nie twarzą w twarz, wypisując listę wymagań i możliwości, zamiast poznać człowieka. Rozmawiamy ograniczając się do słów na monitorze, zamiast spojrzeć w oczy, zrozumieć gest, grymas. Gdy mamy się wysilić dla kogoś, gdy zaczynają się problemy, uciekamy.
Nie przywykliśmy do wysiłku. Społecznie, nie przywykliśmy do wysiłku, tylko do wygody. Szybkie jedzenie, szybki seks, szybka emocja, która nasyci od razu- ale nie starcza na długo. Emocja wygodna i prosta. Emocja dostępna wszędzie, nie ta to inna.
Wygoda i lenistwo.

Nie wysilimy się żeby poznać drugiego człowieka, żeby się w niego wsłuchać. Gdzieś zgubiliśmy wysiłek, żeby wsłuchać się w świat, skoro nasza cywilizacja zalewa nas zewsząd szumem informacji, zalewa nas propozycjami, podtyka tyle pod nos. Stale hałas. Ale gdzie w tym prawdziwy dźwięk? Gdzie w tym wsłuchanie się w świat?
Trzeba się wysilić. A nam się nie chce. Szum wielu dobrze to zastępuje.

Nie wsłuchamy się w świat. Zamienimy wysiłek własnych nóg i tyleż pięknych widoków w głębokim lesie na prostą wędrówkę samochodem.
Co zrobiliśmy ze swoim życiem?
Gdzie zgubiliśmy swój wysiłek?
Gdzie zgubiliśmy siebie?

Wszystko jest wygodne.
Nie cierpimy głodu, nie musimy wychodzić z domu, żeby kogoś poznać, nie musimy polegać na sobie, starczy, że póki cywilizacja nie runie, polegamy na rzeczach.
Unikamy bólu, nawet borując ząb żądamy znieczulenia, ułatwiając sobie, tak, że nasze ciało nie poznaje bólu. Nie umie sobie z nim radzić. Bez bólu jest wygodniej. Unikamy bólu duszy, ciała, bo pozwala nam na to świat. Bez tego jest wygodniej, ale i bez bólu niczego się nie nauczymy.

Wszystko proste, ułatwione, wygodne. Rozmowy, emocje w emotikonach, mleko prosto z kartonu, obrane pomarańcze w sklepach, bo nawet ich nie chce się nam obierać ze skórki i zamiast tego pakujemy je w plastik, zatruwając znów planetę, swoje miejsce życia smrodem produkcji polipropylenu.
Zatruwamy planetę swoją wygodą.
Zatruliśmy też siebie i siebie w tym zgubiliśmy.

Bo gdzieś tam, zamknięci w mrowiskach miast, gdzieś tam w spalinie i raku, który jest oczywistą ceną za nasze wygodnictwo, tęsknimy za prostą życia. Gdzieś tam w środku jesteśmy głodni tego, czego nie potrafi dać nam współczesny świat. Gdzieś tam w środku czujemy, że w naszej wygodzie czegoś nam cholernie zabrakło. Że w tym pędzie coś się zgubiło, gdzieś w betonowej dżungli czuć nie tylko zapach najnowszych perfum, ale i zapach rozkładu. Rozkładu nas samych.
Gdzieś tam w środku tęsknimy za zmęczeniem nóg. Gdzieś tam w środku tęsknimy za trudem bycia razem z drugim człowiekiem, bycia całkowicie i dosadnie. Gdzieś w tam w środku tęsknimy za wysiłkiem.
Świat był kiedyś lepszy, mówimy,marząc o innym życiu. Być może, marząc o zieleni. Marząc o patrzeniu, jak w ogrodzie wzrasta praca naszych własnych rąk. Być może, gdzieś tam tęskniąc za światem, którego nie znamy, ale który mamy zapisany w duszy, mamy zapisany w kodzie naszego serca.
Bo po coś mamy ręce i nogi. Po coś istniejemy.
Czasem mam wrażenie, że cywilizacja, stały dostęp wszędzie i zawsze, stały dostęp do sztucznej żywności, stale podsuwanie nam wszystkiego pod nos nam te nogi i ręce odebrała. Jakbyśmy zapomnieli, że one w ogóle istnieją.

Nasza cywilizacja, nasze społeczeństwo to społeczeństwo wygody. To społeczeństwo leniwe i znudzone.
A czy można być szczęśliwym, nudząc się? Za dużo wtedy myślimy. Mamy zdrowie ciało ( chyba że na nas trafiła cena otyłości, raka albo nadciśnienia za wygodę), zapewniają nam to apteki, mamy zastępniki na wszystko, szybkie kontakty, szybkie jedzenie, wszystko podane pod nos. Nudzimy się. Zaczynamy, być może wtedy za dużo myśleć. Zaczynamy szaleć.
Człowiek bez wysiłku jest człowiekiem szalonym. Nasze społeczeństwo to społeczeństwo smutku i szaleństwa. Nasze społeczeństwo, nasza cywilizacja to szalone miejsce, w którym wymyśla się setki idei z wygody, z nudy, przez które walczymy ze sobą, ćwicząc pierwotne instynkty, wobec których kłamiemy, że całkiem się ich wyzbyliśmy.

Gdy jest nam za wygodnie, gdy się nudzimy, wariujemy. Wymyślamy setki chorób duszy. Wymyślamy zagubienie. Wymyślamy kolejne fobie. Wymyślamy zaburzenia odżywiania, gdy mamy za dużo jedzenia. Cywilizacja wygody wymyśliła nam zagubienie, które wyśliło choroby, które stały się faktem.
Rak, anoreksja, depresja, nadciśnienie. Cena za wygodę.
Samotność, głód emocji, wymuskane ciała, które nie przeżyłyby tygodnia, gdyby miały polegać na samych sobie.
Idee wielu bogów którzy walczą ze sobą, wegetarianizm, moda, moralność która wielu żyjącym kiedyś zdawałaby się być luksusem.
Zgubiliśmy się w tym wszyscy. Ciekawe, kiedy w tej naszej cywilizacji upadniemy, całkiem upadniemy na kolana?

Nie wierzę, że jest ratunek dla naszej cywilizacji.
Ba, mam nawet pewność, dziwną pewność, że w końcu musi się załamać. Nie ma ratunku dla tego, co czyni ze światem i z nami wygoda społeczna.
Ale być może, jest ratunek dla jednego człowieka. Dla mnie, dla ciebie.
Jesteśmy w tym wszyscy malutcy. Nie uciekniemy od tego, co stworzyło społeczeństwo z którego się wywodzimy. Nie zmienimy go. Nie zmienia się toku ewolucji. Nie cofa się jej.
Nie cofniemy tego co w nas. Nie wyciągniemy z siebie wtyczki prądu, nie zmniejszymy swojego uzależnienia. Każdy z nas nie kupi ziemi, nie założy zwierzęcej skóry.
Nie zmienimy tego, gdzie żyjemy.
Ale możemy zmienić coś w sobie.
Możemy zacząć chcieć. Możemy zacząć się wysilać. Możemy odrzucić wygodę. W każdym sensie.
Możemy odrzucić wygodę, nudę, lenistwo.
Możemy czasem przewędrować świat na swoich nogach. Możemy znaleźc cel. Możemy wstać o poranku i nie przywykać do świeżej kawy. Możemy poszukać prostoty.
Możemy po prostu się bronić, zachować resztki siebie i swoich prawdziwych pragnień w obliczu milionów rzeczy, które podaje nam ułatwiony świat i które chce nam wmusić.
Możemy zachować swoją hardość i umiar, możemy twardnieć zamiast mięknąć jak ciepły wosk, który topi się przy natłoku informacji i rzeczy.
Możemy umniejszyć i tak odkryć wielkość, gdy staniemy na górze, którą nazwiemy domem.

Nie chcę być wygodnickim człowiekiem w cywilizacji, która daje tyle wygód.
Nie chcę się w tym zgubić.
A ty?




Wiadomym dla mnie jest, że wielu z nas trudzi się cholernie w życiu. Wiadomym jest, że wielu z nas ma wspaniałe, dobre związki, fajne życie i przerzuca gnój na polu albo pracuje w sadzie. Wiadomym jest, że wielu jest wcale nie pogubionych i szczęśliwych. Gdyby ktoś nie zrozumiał, chodzi mi o szeroko pojęte zjawiska społeczne, które dotyczą nas wszystkich po kolei i przed którymi nie uciekniemy, nawet jeśli mamy chatę w lesie, nie mamy dostępu do internetu i żyjemy w świetnym związku z kimś, przy kim nieraz dostajemy kurwicy i musimy się wysilać. To gdyby ktoś miał wątpliwości i chciał się zaraz bronić „ale przecież ja ...” XD ( uderz w stół?). To takie wyjaśnienie, jeśli ktoś nie załapał XD 

piątek, 20 maja 2016

O klątwie 10 000 dni, czyli znów o nauce życia z dnia na dzień bez żadnego ich liczenia

Słuchajcie opowieści jak my wszyscy relacjonujemy
Naszą drogę w ramiona zbawcy
Pozorujemy wszystkie nasze próby i lęki
Lecz nikt z nas jeszcze tam nie dotarł
Nikt oprócz Ciebie.

I tak oto po raz pierwszy od długiego czasu, słuchając tej piosenki, przypomniałam sobie, że zapomniałam, że i mój Mąż skończył 10 000 dni. Skończył już w styczniu. Miesiącu, który był dla mnie tak trudny, miesiącu, w którym odżywałam po tym, jak chyba chciałam zniknąć z tego świata. Ja, która nawet do 10 000 dni nie dobiła.

Zrobiło mi się głupio, gdy wczoraj to sobie uświadomiliśmy. Zrobiło mi się jakoś przykro.
A potem pomyślałam, że zrobiłam to chyba specjalnie, wiesz?
Może nie chciałam powtarzać tego scenariusza. Może to tylko z Tobą, Króliku, mogłam uczcić 10 000 dni. Nam zostaje teraz tylko słuchać pieśni, która w pewien stała się proroctwem.
Poczułam wyrzuty sumienia. Pewnie powiesz mi, ty, w mojej głowie, ty, nadal, wciąż martwy, albo już martwy, powiesz mi, że to tylko piosenka. To był tylko przyjemny wybryk, tylko miły gest, cudowny prezent, album ze zdjęciami, z którego tak się ucieszyłeś, chociaż nienawidziłeś zdjęć.
A ja wczoraj zrozumiałam to zupełnie inaczej i z oczu pociekły łzy.
Znów poczułam tą ogromną pustkę pod sercem, ten cios, to nagłe uświadomienie, że ciebie nie ma.

I po raz pierwszy zrozumiałam całkiem inaczej tą piosenkę. Teraz stanie się twoją. To już nie jest kawałek o Judith Marie, matce Maynard,a która zmarła po 27 latach śpiączki.
Wiesz dlaczego, do cholery, wiesz? To już żadna ironia ani tęsknota Maynarda.
Przez jeden mój głupi wybryk, mój żart, po którym wszystko się zaczęło, przez mój pomysł świętowania twoich 27 lat z kawałkiem, twoich 10 000 dni. Przez twoje zaskoczenie, że to już, zaskoczenie, przed którym chwilę wcześniej odkryto, jak bardzo twoje serce może odmawiać posłuszeństwa. W końcu przecież odmówiło go całkowicie.
Wczoraj znów dopuściłam do siebie tą myśl, że to jakiś cholerny symbol.
Chciałam dobrze, chciałam rozjaśnić twoje myśli, w tamtym lipcu, tymi 10 000 dni, chciałam ci pokazać że tyle przeżyłeś, możesz więcej i więcej.
Nie wyszło.
Wczoraj więc znów pół pijana słuchałam i śpiewałam o tobie.

Bo ty też spędziłeś 27 lat w ogniu. Zawsze płonąc. Być może, twoje życie cię spaliło.
Czy wróciłeś do domu?
Czy dostałeś swoje skrzydła?

Dziesięć tysięcy dni w ogniu to wystarczająco długo
Wracasz do domu...

Pamiętam jak sam to cytowałeś w swoim tekście.
Pamiętam post na twoim blogu, jak cieszyłeś się z minionych 10 000 dni. Zaskoczony, że tak długo żyjesz, jeśli sprowadzić to do liczby dni. Pamiętam jak pisałeś o tym, że chcesz przeżyć kolejne 10 000 a może i więcej, może i więcej, tak zachłanny przecież na życie, na kolejne przygody.
Ułożyło się inaczej.

Więc dzisiaj mija 10 000 dni od kiedy przyszedłem na świat, od kiedy krzykiem i krwią naznaczyłem swoją obecność. Wiele dni minie, zanim umrę, bo tak naprawdę nie mam zamiaru tego robić teraz, o czym już pisałem, pomimo niektórych proroctw. Mam zamiar przeżyć kolejne 10 000 dni. W ogniu, w wodzie, na ziemi, oddychając wspaniałym powietrzem.

10 000 dni w ogniu emocji, odczuwania energii całego świata, którą on symbolizuje.
10 000 dni pływania w oceanie doznań, które aż nieraz krzyczą, doznań, które karmią hedonizm i sprawiają, że śpiewa się na głos.
10 000 dni stąpania po ziemi z całego świata, dni wędrówki dosłownej ale i tej w sobie, dni nauki
10 000 dni odczuwania.

To twoje słowa. Bogowie, jak byłeś zachłanny na życie. Jak chciałeś odczuwać. Żyć jeszcze więcej i więcej. Ale byłeś już wtedy przygotowany na to...że może być inaczej, prawda? Byłeś przygotowany na to, że możesz dostać już teraz skrzydła. Wrócić do domu? Czy wiedziałeś, Króliku? Czy już coś czułeś, czy to ja sprowadziłam na ciebie nieszczęście?

Gdy przyjdzie mi odejść z kolei, po kolejnych dniach, kolejnych setkach i tysiącach, których nikt chyba już nie będzie liczyć, podniosę właśnie dumnie głowę i powiem, że tak, teraz mogę wrócić do domu. Do własnego domu, jakkolwiek arogancko to nie brzmi, pomimo że jest pokorą.
Ale będę tym, który może się cieszyć wieloma dniami. Wszystkim, co doznał.
Bo będę tym, który pozwolił sobie na marnowanie jak najmniejszej ilości chwil. Uderzeń serca, choć to biło za szybko i nigdy się nie oszczędzało. Tym, który zrealizował siebie i może nieraz zapominał, że ma skrzydła....ale nigdy ich nie oddał tak naprawdę. Pomimo, że je łamano. Pomimo, że szarpano za ich pióra. Pomimo tego, że w niektóre noce samemu się w nie nie wierzyło, gdy wszystko na nowo bolało.

Czy wiedziałeś, że niewiele dni może być ponad te 10 tysięcy? Dlatego o tym wspomniałeś?
Nie dowiem się nigdy. Ale ty przecież, tak samo jak i ja, o wiele więcej zawsze wiedzieliśmy, niż mówiliśmy na głos. Robię to do dzisiaj.
Pewne rzeczy układają się w całość dopiero po czasie.

27 lat. Trochę więcej niż 10 000 dni, których nadejście świętowaliśmy. Chciałeś więcej, a tylko tyle. Tylko tyle dostałeś ty od losu. Tylko tyle mogliśmy dostać i my od ciebie.
Nawet nie masz pojęcia, jak wiele bym oddała, by dać ci choć jeden dzień więcej. Nie wiesz, jak bardzo nienawidzę siebie, że policzyłam twoje dni i przyrównałam je do dni Judith Marie.
Wolałabym żebyś nie nosił skrzydeł, a żebyś stąpał twardo po ziemi. Dlatego do oczu cisną się łzy. Dlatego szarość wieczoru, ciemność nocy jest podwójna.
Dlatego, być może, gdzieś w środku nie chciałam świętować 10 000 dni tego, którego kocham. Coś w środku mi nie pasowało, choć sama sobie tego nie mówiłam.
27 lat, 10 000 days- należą do ciebie. Jak samospełniająca się przepowiednia, którą będę zawsze wspominając, słuchając, jak Maynard śpiewa dla swojej matki.

10 000 dni. Tak krótko, tak krótko dla ciebie, który tak bardzo pragnął pełnego życia.
Tak mało dla nas, nas wszyscy, którzy zostali.

Och, co oni poczną, kiedy światła zgasną
Bez ciebie, która masz ich wszystkich doprowadzić do Syjonu?
Co uczynią, gdy rzeki wystąpią z brzegów, prócz nieprzerwanego drżenia?

Co my bowiem bez ciebie poczęliśmy? Została tak cholerna pustka, mimo chęci życia. Zostały łzy. Zagubienie i samotność.
Dla tak wielu ludzi byłeś ważny, byłeś tym, który wskazał drogę, dla tych, którzy cię znali, tak blisko jak ja. Dla wielu byłeś towarzyszem, którzy drogę życia chcieli z tobą przejść.
Byłeś tym ze wspaniałym, otwartym sercem. Tym, który kocha i którego kochają. Tak naprawdę, miałeś wspaniałe życie. Życie pełne płomienia. Może to cię zgubiło?

Nigdy nie tkwiłeś w śnie jak Judith Marie. Zawsze tu i teraz, biegnący ku nieznanemu.
Teraz masz skrzydła.

Zawsze płonąłeś, 10 000 days in the fire, a teraz...? Czy zostawiłeś nam choć trochę światła?
Czy stałeś się gwiazdą, która świeci z daleka, symbolem miłości, tego, jak cię kochaliśmy, jak ty kochałeś nas? Tych, którzy razem z tobą świętowali twoje 10 000 dni, tych, którzy chcieli twojej obecności również w każdym innym dniu?
Czy przyszedłeś też po to, żeby kogoś nauczyć dostrzegania światła w mroku? Czy dlatego już cię nie ma Kordianie Króliku?

I to małe światełko, ten dar, który mi przekazałaś
Pozwolę mu świecić, by wiodło mnie bezpiecznie po twojej drodze
Drodze do domu.

Czy zostawiłeś mi trochę światła, a nie sam ból, tęsknotę i mrok, który nieraz wlewa się w moje serce?
Zostaje po nas miłość, mówiliśmy nieraz uparcie. Zostanie nauka wyciągnięta z blizny. Zostanie nam siła po rozpaczy. Zostanie wszystko to, co staje się światłem, który rozświetla mrok.
A światło zawsze prowadzi nas do domu. W oknach bowiem zapalają je ci, którzy na nas czekają.

Czekasz tam gdzieś na mnie Króliku? Otrzesz mi kiedyś, w końcu, moje łzy tęsknoty, gdy przeminie i moje 10 000 dni?
Czy dla mnie będzie ich więcej?
Czy kiedyś dostanę swoje skrzydła, a może, co więcej, zapracuję na nie, tak samo jak ty, nie wierzący w Ojca, Syna ani Ducha. Wierzący w los we własnych rękach. Czy tego właśnie mnie nauczyłeś, Króliku, ty, który żyłeś niewiele ponad 10 000 dni?

To była ciężka noc, cholernie ciężka noc. Zasnęłam z oczami opuchniętymi od płaczu, ze łzami też się budziłam i nikt, nawet On, mój kochanek, mój najlepszy przyjaciel nie mógł mi pomóc.
To noc, w której widziałam ciebie w ogniu. To noc, w czasie której i ja płonęłam.

Aż w końcu nastał dzień, który kazał wyjść z łóżka. Zaczęłam swój dzień. Może nie 10 tysięczny, może do tego trochę mi brakuje. Cały czas słyszałam krzyk mówiący o tym, że należą ci się skrzydła. Cały czas słyszałam szum deszczu w melodii, mimo że za oknem świeciło słońce.
Ale znów postanowiłam żyć. Kolejnego dnia.
Czy nie taki spadek mi zostawiłeś? Nie tylko pustkę, ale i moje własne dni?
Nie.
To nie tak.
To żaden spadek. To moje własne życie. Dążenie do moich własnych 10 000 dni i być może, wielu więcej. Praca na moje własne skrzydła. Praca na moje własne światło. Praca na swój własny dom, do którego być może, kiedyś wrócę.
Ty miałeś swoje życie, miałeś własną śmierć. Nasze życia splotły się, nasze drogi, nasze skrzydła otarły się o siebie. Ile z tych 10 000 dni spędziliśmy razem, śmiejąc się razem, płacząc? Ile dni spędziliśmy po prostu się kochając, tak jak można kochać drugiego człowieka?
To już nie ma znaczenia. Jesteś znów światłem, które przeszło przez ciężką klątwę. Jesteś trzepotem skrzydła w moim sercu.
Ale ja mam swoje dni.

Wstał więc dzień.
Czas był wyruszyć, oczyścić zapłakane oczy zimną wodą.
Gdy już wracałyśmy do domu, w samo południe, w podziemnym przejściu usłyszałam skrzypce. Łzy nabiegły mi do oczu, przez chwilę nie słuchałam swojej towarzyszki. Łzy, które łatwo ukrywam pod jakąś obojętnością, roztargnieniem.
I wiesz, przypomniały mi się też te wszystkie dni, kiedy grałeś na ulicach, kiedy czasem ktoś podrzucał ci kanapki. Te wszystkie noce, w których po prostu kochałeś świat swoją muzyką. To kolejne piękne, wzruszające wspomnienie.
Rzuciłam skrzypkowi piątka. W głowie usłyszałam trzepot skrzydeł.

Wiele dni spędziliśmy ze sobą. To ja policzyłam ci twoje 10 000, być może przeczuwając jakieś fatum. Wiem, nie mogę się obwiniać. Nikt nie może. Wyszło jak wyszło, zostawiłeś nam swoim brakiem wielką dziurę w sercu. Ale to nie szkodzi.

Bo ty przeżyłeś niewiele ponad 10 000 dni, wróciłeś do domu. My nadal swoje przeżywamy. Nadal idziemy do przodu.
Jeszcze raz przeczytałam twoje słowa, na twoim wymarłym blogu, w twoim internetowym grobowcu. Wspomnienie dnia, tak szczęśliwego, wspomnienie twojego wzruszenia, wspomnienie wspólnej radości.
Twoje dni się skończyły. Ja nadal muszę żyć swoimi. To właśnie to, co robię, gdy zgasło twoje światło w tym świecie. Ja nadal żyję. Ja nadal żyję i unoszę wysoko głowę. To moja własna modlitwa wobec twoich 10 000 dni po których wróciłeś do domu. Moje życie, w którym próbuję zabić twój brak i pamiętam o twoim świetle będzie moją modlitwą. Nadal. Nieprzerwanie.

Wysoko nasza droga, a mimo to kierujemy wzrok ku ziemi
Jesteś dla mnie światłem i drogą, o której oni tylko przeczytają
Ja się modlę- niebiosa wiedzą, kiedy wynieść cię ku łasce
Dziesięć tysięcy dni w ogniu to wystarczająco długo
Wracasz do domu...

Muszę uparcie pamiętać, by modlić się swoim życiem. Każdy z nas musi. Ci, którzy z tobą żyli. Ci, którzy tylko o tobie przeczytali.
Chciałabym policzyć, ile dni nasze życia splatały się w całość. Ale może to nie ma znaczenia.
Może w ogóle nie powinnam nikomu liczyć dni. Nie popełniać więcej nigdy tego błędu, wobec siebie, wobec innych. Nie liczyć, a po prostu żyć.
Widzieć światło, nieraz czuć ciemność pustki po tobie i płakać. I wierzyć, cholernie mocno wierzyć, że może dotrzemy do jednego domu, gdzie znów nasze dni splotą się w wieczności, w której czas nie ma żadnego znaczenia.

I już zawsze ta piosenka nie będzie o Judith Marie. Ta piosenka, przez moją własną klątwę, będzie o tobie. Będzie dla ciebie. I pozwolę sobie przy niej na łzy, żeby na nowo doceniać każdy, każdy dzień. Żeby żyć. Żeby się modlić się własnym życiem i zapracować na własne skrzydła.

Żebym i ja mogła powiedzieć, jak Judith Marie w tekście Maynarda, żebym i ja mogła powiedzieć, stając przed progiem ostatniego domu (czy tam się spotkamy?), jak mogłeś pewnie powiedzieć i ty po swojej śmierci:
Nigdy nie żyłam w kłamstwie
Nigdy nie odebrałam życia
Ale z pewnością jedno uratowałam
Alleluja!
Czas, byś zabrał mnie do domu.






środa, 18 maja 2016

O bezdomnej białej kotce znalezionej przez przypadek, mądrości Lisa i Małego Księcia, czyli rzecz o oswajaniu, odpowiedzialności i strachu przez zranieniem.

Jest malutka. Mniejsza i chudsza niż te, które znam na co dzień.
W chłodny dzień zjawiła się nie wiadomo skąd. Myślałam, że jest dzika, bo z takim przerażeniem uciekała, gdy kładłam na progu domu mojej matki łby odcięte od pstrągów, które miałyśmy zjeść na obiad. Dzika czy nie, niech się naje, pomyślałam.
W końcu ja zawsze wszystkich karmię. Tak samo jak moja matka. Myślę, że w ten sposób obie wyrażamy miłość, bo zawsze trudno nam o niej mówić.
Nieufnie, przyszła zjeść. Brudna, ze zmierzwioną sierścią, z wyrwanymi jej kępkami na grzbiecie. Zostawiłam ją samą sobie. Gdy wychodziłam na podwórko, okazało się, że jak przyszła na próg domu, tak została. Została i miauczała. Wcale nie była dzika. Wcale a wcale nie umiała radzić sobie sama.
Mała, biała kotka po trudnych przejściach potrzebowała nie tylko jedzenia. Potrzebowała też zwykłej życzliwości, zwykłej ludzkiej a może i kociej czułości. Znalazła na swojej drodze człowieka.
Mniejsza i chudsza niż moje własne koty, jeszcze bardziej łasząca się i miaucząca, niż jedna z moich kotek. Nie sądziłam, że to w ogóle możliwe. Dałyśmy jej jeść. Ułożyłyśmy posłanie ze starych ubrań. Przemyłyśmy rany, które miała na brzuszku, prawdopodobnie zadane w jakichś ciężkich kocich walkach.
Mała biała kotka, z pręgowanymi plamkami mruczała z zadowoleniem. Miaucząc, domagała się jeszcze więcej. Ale tego już nie mogłam jej dać, mając własne koty. To mogła dać jej tylko moja matka, mająca dla niej miskę z jedzeniem, zielone podwórko i pomarszczone już coraz bardziej ręce, które głaszczą. Ale i nie ona sama o tym decydowała.

Na tym to przecież polega. Dwie istoty nawzajem muszą dawać sobie dom.

To moja matka musi przestać bać się kolejnej w życiu odpowiedzialności za drugą istotę.
To biała koteczka, która póki co nie ma imienia, sama decyduje, czy chce zostać, czy chce tą miskę i tą właśnie czułość. Na tym też polega życie kota, na wędrówce i licznych przystankach. Niektóre z nich stają się domem. Niektóre są tylko na chwilę.
Tak naprawdę, nasze życie niewiele różni się od tego kociego. W niektórych życiach zostajemy na zawsze. W innych jesteśmy tylko przystankiem. Zauważyłam to już dawno temu, żyjąc zarówno z licznymi ludźmi, jak i żyjąc z wieloma kotami.
Dla niektórych ludzi i kotów byłam całym światem, póki nie rozłączył nas los. Rozpędzony samochód czy chore serce. Dla innych byłam tylko chwilą, jedną pełną miską, jednym obiadem.

Niedawno myślałam o tym, jak bardzo potrzebujemy być potrzebnymi. Wczoraj i dziś, przez białą koteczkę znów przemknęło to przez moje serce. Ale tym razem przypomniałam sobie o cholernej odpowiedzialności, tej, której boi się moja matka. Odpowiedzialności połączonej z dawaniem wolności, rzeczach, których tak często my, jako ludzie nie umiemy połączyć.
Tego powinniśmy nauczyć się od kotów.

Całe życie przygarniałam bezpańskie zwierzęta. Karmiłam bezpańskie dzikie koty, te, które nad wygody przedkładają uczucie wolności i niezależności. Te, które nieraz nawet nie potrafią miauczeć. Całe życie miałam dla nich otwarte drzwi, a jako dziecko marzyłam, żeby założyć dla nich schronisko, a może nawet bardziej dom, w którym mogłyby być szczęśliwe.
To niespełnione marzenie, śmiałam się nieraz, już prawie-jakby-dorosła na studiach, gdy na spacerach zawsze, ale to zawsze musiałam znaleźć sobie nawet „chwilowych kumpli” w postaci brudnych, zaniedbanych psów czy kotów plączących się pod nogami.
Nieraz zbierałam jako dziecko te pokrzywdzone, zranione, miałam wiecznie otwarty kredyt u weterynarza. Nigdy żaden pies mnie nie ugryzł. Tylko dziki kot mnie podrapał, ale przecież, koty słyną z tego, że drapią nawet tych, którzy je karmią, drapią nawet tych, których same kochają.
Zbierałam nawet ranne zwierzęta w lesie, których potem chciałam nauczyć dzikiego życia. Wiecznie ptaki z uprzednio przetrąconymi skrzydłami wracały na podwórko. Udając dzikie, ale jednak stęsknione.
Najpierw, jako dziecko pokochałam zwierzęta. Te swoje, dziobaną przez inne kury rudą nioskę, która straciła wszystkie pióra. Swoje psy, koty, świnie. Nadal mi było mało ( chciałam być potrzebna?) więc przygarniałam te bezpańskie, te, które nie miały domu. Gdy w moim nie było miejsca chociaż dawałam im jeść i drapałam je za uchem.
Najpierw pokochałam zwierzęta, a potem pokochałam ludzi, jak powiedział mi ktoś ważny na drodze mojego życia.
Przygarniasz psy do miski i ludzi na obiady. Przygarniasz do serca, jak powiedział nie jeden, a kilku. Wszyscy mieli rację, choć, gdy to mówili, zawsze przewracałam oczami.
I tak, tego też nauczyła mnie moja matka. Po latach coraz wyraźniej widzę, jak jesteśmy podobne.

Przez wiele lat robiłam to całkiem beztrosko. Psy i koty drapane za uchem. Ludzie karmienie obiadem i dobrym słowem. Przez wiele lat nie zdawałam sobie tak naprawdę sprawy, że przygarnianie, rozmowy i obiady, głaskanie i pocieszanie to wcale nie zabawa. Dopiero jakiś czas temu zrozumiałam, co znaczą słowa Lisa z Małego Księcia, który mówił o odpowiedzialności za to, co się oswoiło.
Oswajanie ludzi i tygrysów, wychudłych kotów ze śmietnika i bezzębnych psów nie jest zabawą. To odpowiedzialność za cudze serca. To wiedza, która wydaje się oczywista. To stan, rzecz, do której naprawdę trzeba dorosną. Do której trzeba dojrzeć.

Nie wiem, czy zraniłam wiele zwierząt, oswajając je w dzieciństwie. Czy te dzikie nieraz nie ufały potem za bardzo ludziom, którzy nie pochodzą z ich świata i którzy wcale nie zawsze mają serce na dłoni? Czy bezpańskie koty, które nie mieściły się w moim domu, gdy zaznały czułości i karmienia co jakiś czas nie tęskniły potem, gdy wyjeżdżałam na wakacje, czy nie złamałam im serca? Zwierzęta tego nie powiedzą. Obrazy z dawnych lat nie powiedzą mi, czy robiłam dobrze, czy źle. Nie powiedzą mi, czy odruchy mojego serca kogoś, choć jednej istoty w tym oceanie nie skrzywdziły. Tego nie wiem. Wolę sobie wyobrażać, że zrobiłam więcej dobrego niż złego, że uratowałam kilka istnień. Choć to, że uratujesz jedno istnienie w świecie przyrody może zabić inne to fakt...o tym wolałam nie myśleć...
Nie zmienię tego i wolę nie myśleć o tym, czy któryś łańcuchowy pies nie zerwał się przeze mnie i nie wpadł pod samochód, bo zamarzył o lepszym życiu. Wolę myśleć o Rudym, który znalazł u mnie dom i przeżył z moją rodziną 10 lat, o wszystkich kotach znoszonych do domu, tej z wyłamaną ze stawu łapą, tym kocurze ze szkolnego śmietnika, czarnym jak węgiel, tym, który kochał fotel mojej babci. Wolę myśleć o dobrych rzeczach.
Nie wiem, czy skrzywdziłam jakieś zwierzę, mimo to teraz i z nimi staram się postępować uczciwiej, ostrożniej, choć nie zawsze mi się to udaje. Staram się przemyśleć i z nimi odruchy serca.

Wiem natomiast, że skrzywdziłam wielu ludzi, chcąc tak dobrze.
Skrzywdziłam kilku samotnych mężczyzn, którzy sądzili, że przygarniam ich do swojego serca z innych powodów, niż proste, ludzkie odruchy. Skrzywdziłam też i tego, który mówił mi o swoim życiu bezpańskiego psa, który mówił mi o tym, że przygarnęłam go do swojego życia w którym poczuł, że może mieć dom. Skrzywdziłam wielu ludzi, oswajając ich, dając im swoją czułość, dając im tym jakąś obietnicę...której tak naprawdę nigdy nie chciałam składać. Skrzywdziłam wielu ludzi, oswajając, dając miłość- więcej, niż mieli w swoim dotychczasowym życiu...a mniej, niż naprawdę w swoim życiu potrzebowali.
Skrzywdziłam wielu ludzi, oswajając ich, jednak nie będąc w pełni odpowiedzialną. Choć nie wiem, ile w tym prawdy, a ile w tym mojego poczucia winy.
Wielu ludzi sądziło, że są w moim życiu tak ważni, jak ja stałam się przez to głaskanie, przez oswajanie, ważna w ich życiu. Czasem nie było w tym równowagi. Czasem nie ma jej do tej pory. Czasem doprowadza to do tragedii i do złamanych serc.
Czy jestem w tym potworem?
Biję się nieraz w piersi chcąc przepraszać każdego z osobna i cały świat. Liczne światy, które zniszczyłam, skrzywdziłam, zraniłam.

Oswoiłam wiele istot, które potem zostały skrzywdzone. Mam pojemne serce, wszystkie istoty się w nim mieszczą. Ale nie zawsze zajmują ten pokój, który by chciały. Może na tym polega błąd, nie tylko mój? Może na tym polega błąd relacji, która może i zrani, ale zarazem będzie lekcją, lekcją wobec oczekiwania w świecie?

Jest się odpowiedzialnym za to, co się oswoiło.
Czy to ja nie byłam tak wiele razy odpowiedzialna? Czy zaślepiały mnie moje porywy serca? Ileż razy, ileż razy?
A czy może nieraz...to ktoś oczekiwał więcej, niż ja kiedykolwiek chciałam dać, ktoś wyobrażał sobie za dużo, stwarzał w głowie obietnice, których ja nigdy nie dawałam?

Oswajanie i odpowiedzialność za to to trudne zadanie. Cholernie trudne. Zarówno dla oswajanych jak i oswajających, choć przecież, zawsze i tak oswajamy się wzajemnie. Tworzymy dziwną nić, silną i kruchą zarazem jak pajęczyny pokryte rosą o poranku. Tworzymy nić, za którą oboje jesteśmy odpowiedzialni, choć zawsze wydaje nam się, że to pozornie silniejszy musi trzymać w ramionach słabszego.
Ale kto jest silniejszy? Kto jest słabszy? Nieraz trudno ocenić.

Odpowiedzialność za oswajanie to niesamowicie trudna sprawa. Więzy to skomplikowana rzecz. Nie dziwię się więc, że wielu z nas się jej boi. Nikt bowiem nie chce nikogo ranić, nikt bowiem nie chce być przede wszystkim zranionym.
Nie dziwię się wcale, że biała kotka bała się dużego człowieka.
Nie dziwię się nawet, że białej, wychudłej kotki przestraszyła się moja matka. Przestraszyła się odpowiedzialności, której zarazem potrzebuje i która potrafi przytłoczyć.

Jeśli oswoimy, damy się oswoić i ktoś nie udźwignie odpowiedzialności, ktoś będzie zraniony. Logicznym, w naszym umyśle cholernie logicznym wydaje się, że najlepiej nie wchodzić w żadne relacje. Nie oswajać, nie być oswajanym. Zwłaszcza, gdy przedtem byliśmy zranieni. Zwłaszcza gdy ktoś złamał nam życie, zwłaszcza, gdy my złamaliśmy czyjeś.
Rodzi się w nas naturalny opór przed oswajaniem. Gdy przywykniemy dodatkowo do samotności, do bezdomności, rodzi się w nas naturalny opór przed oswajaniem i przed odpowiedzialnością. Choć, z tej drugiej nie każdy zdaje sobie sprawę, do tej przecież trzeba dojrzeć.
Czasem mam wrażenie, że są ludzie, którzy nigdy nie dorosną ale...to chyba całkiem inna sprawa.

Oswajanie i odpowiedzialność wiążą się ze zranieniem. Z każdą jego formą. Z rozczarowaniem. Z tęsknotą po czyimś odejściu. Z bólem kłamstw, które rodzą się, gdy nie możemy tej odpowiedzialności w relacji udźwignąć.
To rana.
To ból.
Nic dziwnego, że nieraz tak bardzo się boimy. Nic dziwnego, że nieraz tłumimy nie tylko szalone porywy serca, jak moje, ale też i te najmniejsze, najskromniejsze, w których serce ledwo kwili.
To logiczne, unikać zranienia.

Ale czy zranienie, czy ból, nie są po prostu nieodłączną częścią życia, tak po prostu? Bo z niego nie da się wykluczyć wszystkich relacji. Z niego nie da się wykluczyć odpowiedzialności. A co więcej...gdy próbujemy to robić, to umieramy już za życia.
Boimy się oswojenia, boimy się odpowiedzialności. Boimy się własnych porywów serca, które przedtem było tyle razy zranione i nie nauczyło się wcale a wcale na błędach. Budujemy mury, fortece...i gnijemy za nich. Rozkładamy się jak trupy za życia.
Żeby żyć, trzeba być też ranionym. Żeby żyć, trzeba też czuć ból.
Przede wszystkim, żeby żyć, trzeba po prostu kochać.
Drugiego człowieka. Małego białego kota. Trzeba oswajać i być oswajanym.
Kim bez tego jesteśmy? Pustą skorupą?

Oswajałam w życiu wiele razy. Bo chciałam być potrzebna, o czym mówiłam jakiś czas temu. Bo chciałam wejść w relacje. Bo chciałam coś dawać, bo chciałam coś dostawać. Naturalna kolej rzeczy.
Oswajałam, nie zdając sobie sprawy z odpowiedzialności i raniłam. Sama byłam raniona w ten sam sposób.
Oswajałam, gdy do niej już dorosłam, bardziej ostrożnie i...raniłam znowu. Sama byłam raniona.
Czułam ból i go zadawałam. Zrozumiałam, że jest nieodłączną częścią relacji, nieodłączną częścią miłości. Nieodłączną częścią życia.

I z biegiem lat stwierdzam, że przesadna ostrożność...nie ma sensu.
Nie mówię tu wcale, żeby zaniechać odpowiedzialności. Tego zawsze trzeba próbować. Trzeba być odpowiedzialnym za cudze serca, które mój zmarły przyjaciel przyrównywał do kwiatów w swoim ogrodzie. Trzeba brać cudze serca czule w dłonie i ogrzewać, dbać o nie, starać się. Szanować. Nie obiecywać więcej, nigdy nie obiecywać więcej, niż się chce dać. Na tym też polega odpowiedzialność.
Czasem jednak, gdy najbardziej się staramy, na naszej więzi, relacji bezdomnego z nowym domem pojawia się rysa. Czasem, nawet gdy bywamy najbardziej odpowiedzialni tego nie unikniemy. Może to decyzja losu, który kieruje naszymi ścieżkami tak a nie inaczej, który kieruje zdarzeniami i emocjami, może po to, żebyśmy coraz bardziej dojrzewali. Może po to, żebyśmy dostawali jak najwięcej lekcji i wyciągali z nich wnioski.
Trzeba mieć otwarte serce i być odpowiedzialnym. I być może, nieraz trzeba samego siebie rozgrzeszyć, gdy kogoś zranimy, nie mając sobie nic do zarzucenia, bo chcieliśmy dobrze, bo staraliśmy się być odpowiedzialni, tylko los zdecydował o ranie na relacji, ranie na cudzym życiu. Nieraz, być może, musimy też wybaczyć innym. Bo może się starali, ale popełnili błędy, jak każdy z nas. Bo może byli odpowiedzialni, ale my chcieliśmy zamieszkać w innym pokoju serca.

Trzeba w życiu wchodzić w relacje. Mało kto z nas potrafi być pustelnikiem i nie zabić tym swojego serca.
Trzeba oswajać i pozwalać na to, by ktoś nas oswoił. Bo czym ryzykujemy? Raną? Złamanym nawet sercem? To naturalna część życia. A bojąc się jej możemy stracić o wiele więcej. Może delikatne, wdzięczne mruczenie białego kota. A może równo, wraz z naszym równo bijące serce.
W życiu trzeba oswajać i być odpowiedzialnym.
Ale jednocześnie nie wolno się wiecznie obwiniać, gdy coś pójdzie nie tak. Nie wolno wiecznie obwiniać kogoś, gdy się starał.
W życiu trzeba otwierać serce i być odważnym. Nie bać się zranienia. Nie bać się samego życia.

Biała kotka przespała spokojnie noc w przedsionku domu. Być może również w przedsionku serca mojej matki. I choć ta nad ranem znów zaczęła panikować, że boi się odpowiedzialności za wychudłą kocicę, że boi się przeżywania kolejnego rozstania ze zwierzęciem kiedy się przywiąże...była też szczęśliwa, że została.
Być może, obie zyskają więcej, niż mogą stracić jakimkolwiek zranieniem?

Wróciłam do domu, zadowolona z obrotu spraw. W pewnym sensie zadowolona z tego, że moja matka znów, choćby przez jakiś czas, ma możliwość bycia za kogoś odpowiedzialnym. Nawet jeśli to kiedyś ją zrani. Czasem zranienie uczy przecież najwięcej. Czasem zranienie daje nową siłę i nowe możliwości w życiu.
Biała młoda koteczka i moja stara matka, w jednym domu. Już nie są same. Jedna ma drugą.

A ja wróciłam do swojego domu, do swoich koteczek pręgowanych, do kogoś, kto na mnie czekał, kto mnie oswoił przed laty i kogo ja oswoiłam.
Wróciłam, gdy jeszcze go nie było, koty łasiły się do nóg. Włączyłam komputer, rozpakowałam plecak.
Wiadomość. Od tego, którego zraniłam nadmiernym oswojeniem. Od tego, któremu, jak bałam się, miłość złamała życie. Moja miłość, miłość do mnie, w relacji, w której być może, nawet w pewnym momencie nie szło być odpowiedzialnym.
Wielka czułość, tęsknota i zarazem wielki wyrzut sumienia...

...chciałem się z tobą tym podzielić, powinnaś wiedzieć, chyba się ucieszysz. Wiesz, tak jakoś wyszło, że mieliśmy być ze sobą na przeczekanie, na odchorowanie i pewnych spraw u mnie i u niej ale oficjalnie zamieszkaliśmy razem. I układa nam się jak cholera. I jest nam ze sobą dobrze. Kto wie, może się jednak kiedyś ożenię?XD

Euforia biła z tych słów.
Uśmiechnęłam się szeroko. Cieszę się, pewnie, że się cieszę, choć nie sądziłam że już, teraz, z nią...nawet jeśli? To cholerne szczęście. I kto wie, może poprzednia rana, przez nadmierne oswojenie była lekcją? Może rana musi nieraz nas nawet otworzyć na resztę życia i na szczęście?
Może poprzednie złamane serce uczy nas prawdziwego oswojenia i odpowiedzialności?
Oby tak właśnie było.
Bo wszyscy byliśmy zranieni. Wszyscy zraniliśmy. Wszyscy się boimy.
Ale wszyscy możemy być szczęśliwi.

Jutro możemy być szczęśliwi.  Czasem tylko musimy też do tego dorosnąć.