czwartek, 17 grudnia 2020

O błękicie w miłości, na który nikt nas nie przygotował.

 Wszyscy chcemy kochać. 

Gdy czujemy się samotni, dniami wypatrujemy na ulicach tych osób, którym moglibyśmy oddać cząstkę siebie. Poczuć bliskość. Zaznać czułości. 

Miłość erotyczna. Przyjaźń. Głebokie przywiązanie. Spontaniczna iskra, która podpala stos przygotowany na ognisko i sprawia, że chcemy ten blask mieć na zawsze w swoim mrocznym lesie. Wreszcie jest...ciepło. 

Czasem, prędzej czy później, przychodzi ten moment, kiedy to czujemy. Przepełnia nas pewność. że oto przed tym człowiekiem będziemy mogli zdjąć skórę. Pokazać mu nierówność kości piszczelowej. Ułamany fragment miednicy. Zerwany, przeciążony mięsień na stopie, który dźwiga cały nasz ból i prowadzi nas po drogach poszukiwania sensu istnienia. Oto jest on, ona. Oto człowiek, przy którym czuję się bezpiecznie. Bajka ma swój happy end. Teraz będzie dobrze. Teraz będzie spokojnie. 


Po jakimś czasie przychodzi rozczarowanie. Teraz jest trudniej. 

Ten, kogo pokochaliśmy, też ma nierówne kości. Naciągnięte do granic wytrzymałości mięsnie przy łopatkach, to pamiątka po odciętych skrzydłach. Nadwyrężony kark. I mięsień serca pełen blizn. 

Wcale nie jest bezpiecznie. Są momenty, w których chcemy się skulić w lęku. Nagle musimy wziąć cudze istnienie na ręce i przenieść przez mroki zrośniętego lasu. Przez rwące rzeki. Mięsień na podeszwie naszej stopy pęka. To nic, mówimy sobie. Zostało ich jeszcze 20. Stoimy w zimnym strumieniu losu, który dopada nas oboje- i zastygamy. Jakby rzeka wlała się w nasze żyły, zmieniając nas w nieczuły posąg. 


Miłość boli. 

Miłość rzuca nas na kolana. 

Miłość nas przerasta.

Nikt nas na to nie przygotował. 


Boimy się wykonać któregokolwiek z dwałtownych ruchów. Zakładamy maski. Ten, którego chcieliśmy przenieść przez rzekę, czuje nasze zimno. Mimo to kuli się w naszych ramionach i płacze, szukając jakiegokolwiek jeszcze okruchu, który w nas został. Zakładamy maskę, udajemy, że nic się nie dzieje. Jesteśmy dzielni. Ten, którego kochamy bierze to za obojętność. Trzymanie w ramionach jao próbu zniewolenia. Wyrywa się. Wyje. Gryzie i bije w nas pięściami, żebyśmy zwolnili swój uścisk. Pozwolili wpaść do rzeki i zostć porwanym przez ten strumień, który oboje nas zatrzymał.

Kolejne ciosy i ślady zębów na naszych policzkch i przegubach. Ale my nie puszczamy. Nadal trzymamy swoje przywiązanie w ramionach, choć nasza twarz jest twarzą woskowej kukły. Krew odpłynęła z twarzy. 

Ale ciągle trwamy w tym absurdalnym położeniu.

W końcu zdecydowaliśmy się wziąć tę miłość i nieść ją przez życie. 

Nawet jeśli boli. Nawet jeśli nas przerasta. 

W końcu pokazaliśmy wszystkie wybrzuszenia wewnątrz siebie. Przemyliśmy oczy, gdy nas, właśnie nas opłakiwano i otaczano ciepłem ramion. Ten ktoś, kogo kochamy, robił to dla nas. Przecież kochamy. To miłość miała dać nam siłę. A tak bardzo nas osłabia. 


Jesteśmy tacy bezradni. 


Wolelibyśmy nie wiedzieć. Odwrócić wzrok w kawiarni w stronę szyby. 

Wszystkie rozmowy w któych nie patrzy się w oczy. Wszystkie słowa, które nie wpadają w bramkę, choć tak łatwo byłoby dostać ten punkt. 


Iskra, która podpaliła stos, ognisko, rozpaliła za dużo. Płonie las. Dym, wszędzie dym. Tak samo trujący jak ten z papierosa, który wciągamy nieustannie w płuca. 

Duszimy się, uśmiechając się nieprzerwanie, udając, że nic się nie dzieje. Nie wiemy co robić. Boimy się wszystkich gwałtownych ruchów i porwyczych słów. 

Nie chcemy wiedzieć. Usłyszeć, dlaczego właśnie teraz, tu i teraz miłość rozsypała się na nszych rękach. Dlaczego tak ją boli, że ten ból przeszywa nas na wskroś i paraliżuje.

Nie chcemy wiedzieć i słyszeć, dlaczego jesteśmy bezradni. Pochłonięci przez to wszystko, pożarci, oskubani jak kości z gnijącego mięsa. 

Nie, nie, nie. Nic się nie dzieje. Zamykamy uszy. Ale szum rzeki przedziera się. 

Nie chcę wiedzieć. Nie chcę czuć tego, co ty czujesz. Współczuć. Współodczuwać. Współbyć. 

Jak tu dotarliśmy?

Być może myślimy, że byłoby lepiej, gdyby to nas nigdy nie spotkało. Gdybyśmy zamknęli się w swojej twierdzy. Stanęli na brzegu rzeki, która delikatnie liże nam stopy. Nigdy nie umieliśmy pływać i to był błąd. Ten nurt, zimny, oszałamiający, zaraz rzuci nas na kolana. Jeśli nie udusimy się dymem płonącego lasu, utoniemy. Nie ma ucieczki. 

To już moment, gdy tak bardzo nie mamy siły i chcemy, żeby wszystko stanęło w miejscu. Proszę. Nie możemy ochronić tego, kogo trzymamy w ramionach. Nie możemy więc ochronić siebie. Nasz uścisk to złączenie ciał dwojga wychudzonych uciekinierów z rzeczywistości. 

Wpatrujemy się w siebie zza zasłony dymu. Nie czujemy ciała. Jest tak zimno. 


Ale kochamy. 

Trwając w bezruchu, nadal to czujemy. Gdzieś w środku. Najgłębiej. Poza kośćmi. I mamy przecież nadal 20 mięsni w lewej stopie i wszystkie, 21 w prawej. To nie musi się tak skończyć. 


Czasem to nie kwestia tego, jak bardzo kochamy. Zdarza się, że nie możemy przejść rzeki. Utknęliśmy na dobre. A każdy ruch zerwie kolejne mięśnie. Triceps i biceps nie wytrzymują i drżą. Nie utrzymamy tej miłości. Musimy puścić i odejść, by samemu nie utonąć. 

Co z tego, że umrzemy oboje? Tutaj i teraz, tylko osobno możemy wydostać się z rzeki. To boli, ale musimy odpuścić. Woskowa maska topi się, usta wyginają się w odrażającym paroksyzmie bólu- parodia uśmiechu na moment, zanim puścimy. Zanim zamkniemy za sobą drzwi, wychodząc na zawsze. 


Czasem trudno zdecydować, ile jesteśmy w stanie wytrzymać. I choć tylko my siebie znamy, w bólu i poczuciu bezradności, lęku, chcemy uciekać. Tylko my siebie znamy, mimo że pokazaliśmy swoje kości. Blizny i zgrubienia. To one zaprowadziły nas do rzeki. 

Ten, którego trzymamy w ramionach ma podcięte ścięgno i ślad po wybitym kiedyś barku. Cieńką linię na zębie, pamiątkę po pęknięciu. To ta linia sprawia, że budzi się w nas czułość. Zalewa nas, wypłukując z nas zimną wodę. Nasze stopy odzyskują czucie. 

Ten ślad po wybitym barku jest najpiękniejszy. I to on daje nam siłę. Wystarczy nam 41 mięśni. Wiemy to. 

Wiemy, bo doskonale już sprawdziliśmy, że nasze ciało się zrasta. Potrafi odzyskać to, co utraciło. Wiemy, bo ktoś w nas tego dotknął i wcale nie bał się. Palce nie oderwały się ze wsrtętem na ułamanej miednicy, tylko oplotły czule i pogłaskały to jedyne zagłębiene, w które wlał się blask. I wyjdziemy w ten albo inny sposób. Tylko na moich nogach, z tobą w ramionach. Albo trzymając się za ręce, stąpając ostrożnie, gdy tylko ja przestanę się uśmiechać bolesnym grymasem, a moja miłość złapie oddech pomiędzy kolejnymi szlochami. Wyjdzie na swoich nogach, z moją ręką w jej dłoni. Czasem wystarczy bowiem, że jesteśmy. Nie wyjdziemy, zatrzaskując za sobą drzwi. 

Bezradni. Ale obecni. 


Czasem jednak miłość wystarcza. Czasem decydujemy się zostać. 

Nikt nie obiecywał że będzie łatwo. Nikt nam nie powiedział, że nie będzie boleć. Ale to najsłodszy ból, jaki znamy. I ten ból, tylko ten ból prowadzi do spokoju. Do szczęścia. Ten ból jest tego wart. 

Ten ból jest tego wart, tak jak ci, a nie inny ludzie są warci naszej miłości. Uwagi. Energii. 

Nic nie boli jak zimna rzeka cudzego smutku wlana w nasze żyły. Niedopowiedzenia, które ranią. Bezradność. 

Nic nie boli jak bycie obok, którym nie możemy nikogo przecież obronić.

Nic nie jest jednak też od bycia obok piękniejszym.


W końcu, wszyscy o tym marzyliśmy. A ktoś kiedyś powiedział, żeby uważać na to, co się sobie życzy. 





I just didin't want to know

I just didin't want to know

Best to keeps things in the shallow end

'Cause i never quite learned how to swim

I just didin't want to know. 



10 komentarzy:

  1. o miłości długo i pięknie można pisać, jak dla mnie zrobiłaś to w bardzo dobry sposób. Miłość każdy odczuwa inaczej i zadowala się nią inaczej i to właśnie chyba jest najpiękniejsze, gdzie wiesz, że każdy ma swoją własną definicję i znajdzie się ktoś, kto ją odczuwa tak samo jak Ty.
    Oczywiście, że każdy jej pragnie, czasem jednak nie każdy o tym wie, np. przez swoją zgorzkniałość czy zwyczajne zagubienie, ale jak już się odnajdzie to uświadomi sobie, że to było to
    pozdrawiam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam z ogromnym skupieniem - Cudownie piszesz, wyciągasz głębie skrywane w najdalszych zakamarkach duszy... Ten fragment przemówił do mnie najbardziej, w wiercajac się w me serce... Uchylając leciutko drzwi mych wspomnień,aale tylko na chwilę, bo.. "Co z tego, że umrzemy oboje? Tutaj i teraz, tylko osobno możemy wydostać się z rzeki. To boli, ale musimy odpuścić. Woskowa maska topi się, usta wyginają się w odrażającym paroksyzmie bólu- parodia uśmiechu na moment, zanim puścimy. Zanim zamkniemy za sobą drzwi, wychodząc na zawsze".

    ... Ja u swoje drzwi mam zamknięte, - mam na dzieje, że już na dobre - życzę ci kochana wytrwałości w podejmowaniu tak trudnych zyciowych decyzji 😘

    OdpowiedzUsuń
  3. miłość, uczucia, emocje, to temat nieskończony jak ocean, można pisać i pisać i będzie mało. Ile ludzi tyle odczuć, ile ludzi tyle definicji miłości...
    okularnicawkapciach.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Pięknie opisana miłość. Chociaż chciałoby się wierzyć, że nie zawsze musi ona taka być i że może czasem dałoby się jednak bez tego bólu.

    OdpowiedzUsuń
  5. Miłość ma różne twarze, może sprawić, że jesteśmy radośni bądź smutni. Pięknie opisałaś emocje, uczucia i miłość. Miłość często jest skomplikowana, tak jak ludzie mają różne charaktery i poglądy.

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak o miłości chyba nikt nie pisał, Niezwykły obraz, choć również trudny do przyjęcia, momentami. Znów nie mogę znaleźć słów, ale chyba tak to już bywa, kiedy chcemy "skomentować" uczucia,

    OdpowiedzUsuń
  7. Brutalny, ale jakże prawdziwy opis miłości!!! Piękny tekst!!!

    OdpowiedzUsuń
  8. Miłość to czasem tylko stłuczone lustro w którym się przeglądamy

    OdpowiedzUsuń
  9. Coś mnie wzięło na wspominki... Fajnie, że nadal piszesz.

    OdpowiedzUsuń

O błękicie w miłości, na który nikt nas nie przygotował.

 Wszyscy chcemy kochać.  Gdy czujemy się samotni, dniami wypatrujemy na ulicach tych osób, którym moglibyśmy oddać cząstkę siebie. Poczuć bl...