poniedziałek, 22 czerwca 2015

O tym, że duże dziewczynki też nieraz mogą płakać

Od dawna nic nie szło po mojej myśli. Kryzys, jaki dopadł mnie w tygodniu po koncercie był nie do porównania z niczym innym. Zmęczone ciało ale i zmęczony umysł, bo przecież wszystkie problemy nałożyły się na siebie. Problem z pracą, problem z pieniędzmi. Dawno już nie było tak źle, tak bardzo, że nawet zastanawialiśmy się z Mężem, czy nie pożyczyć pieniędzy od mojej mamy. Bo tu przecież zawsze honor boli, a i ona nie ma ich przecież za dużo.

To wszystko powoli zaczynało odbijać się na nas. Pewne napięcie i frustracja były widoczne także w naszej relacji. Zawsze, to co dzieje się dookoła zaczyna przechodzić w to, co dzieje się między ludźmi. To przecież nieuniknione.
Zaczęliśmy więc oboje na siebie warczeć, coraz bardziej i bardziej. Gromadziło się to już od jakiegoś miesiąca, kiedy to zaczęły się wszystkie moje stresy. Czerwiec, choć piękny, zawsze był trudny. Kiedyś sesje i obrony, pogrzeby, dziś problemy z pracą i pieniędzmi.
Zawsze do czerwca podchodziłam nieufnie. Ale zawsze czekałam w nim na jedną noc, kiedy to los na nowo się odmienia. Na Noc Kupały, najdłuższy dzień roku. Dla mnie jedno z najważniejszych świąt, bo też przecież i święto miłości.
W tym roku droga do niego była wyjątkowo długa.

Ostatni tydzień stał przecież pod znakiem wspomnień wracających po koncercie. Stał pod znakiem nieudanych rozmów kwalifikacyjnych i ciułania grosza do grosza. Był tygodniem zmęczonego ciała i umęczonej duszy. Nic, nic nie grało. Nawet muzyka zdawała się być sama w sobie tak płytka. Nawet w łóżku zdawało się wyczuć między nami pewne napięcie. Seks na rozładowanie emocji jest wspaniałą rzeczą, jeśli te emocje naprawdę przemijają. Jeśli to prawdziwe lekarstwo. W tym tygodniu było lekarstwem tylko chwilowym.

Wszystko pękło na dobre w piątek, kiedy miałam mieć egzamin ze szkolenia w jednej z prac. Przed wyjściem nasza pozornie błaha wymiana słów zmieniła się w prawdziwą awanturę, która nie zakończyła się wyciszeniem. Zakończyła się moim popisowym wyjściem z trzaśnięciem drzwiami i wybiegnięciem wręcz na ulicę, żeby zapalić papierosa.
Szłam na egzamin mają go z jednej strony totalnie gdzieś, a z drugiej stresując się, co będzie, jeśli go nie przejdę pozytywnie. Nie chciałam tam nawet iść, chciałam uciec. To tylko kolejna „gównorobota”, ale praca, która może choć trochę uratuje nasz budżet. I choć trochę uspokoi nasze nerwy.
Przed samym wejściem myślałam, że nie wysiedzę. Chciało mi się płakać i sama nie wiedziałam, co odpisać na jego smsa, w którym tak bardzo mnie przepraszał. Nie chciałam odpisywać. Miałam już myśl, żeby napisać do Beaty, że może wpadnę na piwo i nie wracać do domu na noc. Napisać do A., jednak na noc u niego nie zostawać, bo to mogłoby wyjść jeszcze gorzej.
Jednak na egzaminie zostałam, weszłam i...znów zrobiłam z siebie totalnego błazna. Coś, co wychodzi mi najlepiej, udawanie, że nic się nie stało i branie wszystkiego na żarty. Ulubiona maska, idealna maska tego tygodnia. Totalny szok, gdy parę godzin później zadzwoniono do mnie i powiedziano, że decyzja jest oczywiście pozytywna i od wtorku mogę zaczynać pracę.
Więc będzie jak zarobić. Będzie jak się utrzymać, szukając cały czas czegoś, co będzie dawało prawdziwą satysfakcję. Prawie jakbyśmy zostali uratowani.

Wróciłam więc do domu. Od progu zapanowała cisza. Ale już po chwili łzy i słowa same popłynęły. Co my właściwie robimy? Przeprosiny i ciężkie rozmowy. Z jego i z mojej strony. Wreszcie puściła tama wszystkich frustracji, które ostatnio odbijały się na nas. Kumulacja całego złego i niedobrego, wreszcie stopniały lody i oczy, tak ciągle od niedzieli niedopuszczające do siebie łez, pozwoliły sobie zapłakać na dobre. I te ramiona i dłonie chwytające moją dłoń. Bo przecież, coby nie było, jesteśmy razem.

Ostatnie miesiące nie były dla nas łatwe. Stale się szarpiemy, w kolejnych falach bólu i dziwnych problemów, jego, moich. Tych życiowych i te, co przychodzą po życiowych dramatach. Nie jest nam łatwo. Budujemy mury, które nieraz musimy na nowo kruszyć. Czasem brakuje nam czułości, a gdy przychodzi, przychodzi nieraz w nadmiarze. Nieraz padają słowa, których nie chciałby nikt słyszeć. Ale przecież bycie razem to nie tylko zrywane w parku po północy kwiaty i słodkie uściski namiętności. To coś o wiele więcej. To dwa życia, połączone razem, to dwa ciężkie żywoty pełne łez i cierpienia, które trzeba nawzajem w sobie znosić.
Ważne, to mimo wszystko wiedzieć, że ma się siebie. Że nawet, gdy powstaje mur, gdy go się zburzy, po tym wszystkim czekają szerokie męskie ramiona dające tak wielkie oparcie. Że są dłonie, które podnoszą raz za razem. Nie jest nam łatwo. Pewnie jeszcze niejedna kłótnia o nic przed nami, pewne kolejne, kaleczące frustracje i echa tego, co było. Przerażenie tym, co będzie. Ale kto jak nie my? Tyle już razem za nami- i tyle przed nami. Ważne to umieć do siebie wracać, zawsze, kojąco i dobrze.

Piątek zburzył więc już mur, który ostatnio budowaliśmy naprzeciw siebie. Piątek odczarował rzeczywistość, moimi łzami i jego bolesnymi słowami, które udało nam się ugłaskać, ugłaskać wspólnie. W mroku znowu znaleźć światło. To wspaniałe uczucie. W piątek już zasnęłam jakoś spokojniej. Wtulona w niego, bez napiętego ciała.

Sobotni poranek przyniósł kolejne zmęczenie ciała. Ale już nie duszy. Teraz, z nim muszę sobie poradzić, ciało musi sobie wszystko poukładać. Po nadmiarach emocji i napięć jest wykończonych, zwłaszcza takich emocji. Mogę wierzyć, że wszystko się poukłada i spokojnie z nim negocjować, żeby i ono się utuliło, ukoiło. Żeby już tak wszystko nie bolało i nie było bezsilne, tak jak przedtem wszystko w środku. Naczynia połączone, jedno przenika drugie.
Wieczorny wspólny prysznic i namiętność, już inna, nie kojąca innych emocji. A emocje budząca. Taka, po której dyszy się najgłębiej nie mogąc złapać tchu, taka, po której serce chce wyskoczyć z piersi. Z wielkiej radości i spokoju, który spływa na serce wraz z wspólnie połączonymi sokami wypływającymi pomiędzy udami.

Niedziela. Budzę się już sama, bo tak, przecież on wychodził do pracy, nie dostał wolnego.
Budzę się i nie widzę słońca, ani swojego, ani tego, które należy do wszystkich. Tak ponuro, tak ciemno za oknem.
Przecież co roku pokazywałeś całą swoją krasę mój Panie, Panie Światła. Dlaczego w tym roku, dlaczego dziś jeszcze utrudniasz?
Spróbuj wierzyć” słyszę inny głos, koło swojego w głowie. Tak, słońce zawsze świeci, czasem chowa się tylko za chmurami. A dzisiaj przecież wygrywa, wygrywa ze wszystkim, z każdym mrokiem. Dzisiaj nie czas na to, na smutek, na kolejne złe i niedobre. Czas pozamiatać w duszy.
Dźwigam z łóżka swoje słabe ciało.
Włączam muzykę, jestem sama w domu. Nie ma mojego prywatnego słońca, które po dniach pełnych chmur znowu mnie opromienia. Nie ma mojego współlokatora, wyszedł gdzieś. Telefon jest wyłączony, bateria padła w nocy, a wcale nie jest go tak łatwo odratować.
Włączam muzykę, tak po prostu i ruszam się. Próbuję obudzić ciało.

Ciało, proszę cię. Bez ciebie nie mogę działać, musisz współpracować. Musisz choć przez chwilę, choć tego dnia. Nie zawiedź mnie. Dzisiaj tobą chcę kochać i w tobie obudzić sny.

Ruszam się. Przerywam na chwilę, wchodzę na maila. Piosenka przysłana przez mojego A. Przedtem widziałam ją u Cat...zbiegi okoliczności, kolejne? Czasem drobinki, drobinki...
Nie jestem fanką tej piosenkarki ale napisał obejrzyj, napisał posłuchaj. Widziałam już, słyszałam u Cat ale...inaczej. Tym razem inaczej. Jakby to było po raz pierwszy, nie po łepkach. Bo on wie, że mam z tym problem. Że nadal nie umiem pojąć, że duże dziewczynki też mogą płakać. Nieraz były dyskusje, nieraz były słowa, nieraz prowokacje nawet.. Nikt nie próbuje tak prowokować nieraz. Za dosadnie.

Oglądam teledysk i wzbierają we mnie emocje, te, których przedtem jakby nie było. Tego dnia jak zawsze trafił.

Ciało reaguje. Ciało, które też potrzebuje mimiki, które musi zdjąć maskę błazna. Musi, by kochać znów. Ciało musi się obudzić przez duszę, a dusza przez ciało. Jak w nocy, jak pod strumieniem wody. Ciało musi się obudzić i o poranku, gdy o nocy zapomina, a to słońce, którego oczekiwało, wcale się nie zjawia.

Może każdemu wydawałoby się to głupie, ale naga staję przed swoim ogromnym lustrem w łazience. Znów patrzę na siebie. Patrzę na swoją twarz, wygłupiam się, robię miny. Dostrajam, z jednej na drugą. Ciało, kukiełki, dłonie zawieszone na sznurkach, którymi nie może pociągać nikt inny, tylko ja. Nie kolejna słabość.
Płaczę, ale nie rozpaczliwie. Płaczę bez emocji. Płaczę ale oczy mam suche. Moje ciało wydala wodę, to ono płacze, a nie już ja. Trzęsąca się broda, rozszerzane źrenice. Ciało mówi za siebie, nie z sobą. Ma stale dość, ma stale dość i w końcu to ono musi się obudzić, na nowo. Znów musi stać się ciałem sprężystego, sprawnego stworzenia. Dzikiej niedźwiedzicy, która znosi każdy cios i przejdzie każdy kilometr.

Wchodzę pod prysznic, zmywam pot. Ciało się zmęczyło, nie zmęczyłam się ja. Ale to ono musiało znieść swoje ciosy. Stojąc przed lustrem, patrząc w swoje zmęczone oczy.
Woda oczyszcza.
Dziś woda oczyszcza najbardziej, myślę sobie. Dzisiaj znów stajemy się jednym, pod strugami wody. A nocą zanurzając się w spokojnej tafli jeziora, zimnej, mocząc stopy. Odprawiając stary rytuał wody, ten, którego ja zawsze byłam panią podczas tego święta, ta, co nawet nie umie pływać.

Wychodzę spod prysznica, dochodzę do normalności. W końcu włączam telefon, idę na zakupy ze współlokatorem. Nic nowego. Siedzę, rozmawiam na fejsie, zbieram słowa by odpisać na maile, choć nie mogę coś wysłać tych wiadomości. Rozmawiam z A. i dziękuję mu za kawałek. Tak często wie, jak we mnie uderzyć. Zwłaszcza ostatnio, po naszej kłótni też, kiedy to nie on musi być składany do kupy, a ja.

Zbieram się w sobie. Niby nic, a jednak czekamy. Moje ciało i ja.

To noc miłości, choć dzień nie chce tego pokazać. Całego triumfu światła, całej siły.
Dlaczego, Panie mój? Dlaczego nie chcesz...?
Nie pytaj dlaczego, po prostu rób swoje.”

Rób swoje. W końcu wstaję więc i ruszam do kuchni. Przygotowuję dla nas tradycyjną kolację, wyciągam specjalne zioła zamknięte w małym woreczku, zioła które są tylko na dziś. Kończą się, myślę, trzeba będzie zebrać nowe.
Przygotowuję to, co nakarmi nasze ciała, zanim napoimy je słodkim miodem pitym z rogu na brzegu jeziora.
Słońce nadal skrywa się za chmurami, gdy moje Słońce wraca.
Jemy, przygotowujemy się. Oczekiwanie na mrok choć raz staje się radosne. Wiemy, nie mamy za dużo czasu, następnego dnia przygniatają obowiązki, ale przecież teraz jest teraz.
Gdy wychodzimy z domu, w końcu, po deszczach i wśród wiatru wychodzi Słońce. Pan pokazał swoją twarz. Doczekałam się. Towarzyszy nam przez całą drogę.
Docieramy nad jezioro. Jesteśmy sami. Ta Kupała tak różna od wszystkich poprzednich. Od tej w zeszłym roku, z wielkim ogniskiem po parnym dniu.
Słońce powoli zachodzi. Zaczyna się noc, zaczyna się ta, która tym razem jest tylko błyskiem, Księżyc i Gwiazdy, noc która współgra, ale wcale nie jest pokonaną.
Ciemność i światło, tak sobie nawzajem potrzebne. Czasem więcej jednej, czasem drugiej. Każde z nich ma swoje piękno.

Jesteśmy sami. Może sami dla siebie i dla tego co w duszach. A przecież o to chodzi. Dzisiaj przecież, tej nocy, czcimy także miłość. A miłość...miłość, ta najważniejsza dla mnie, ma jego kształt.
Więc wszystko na spokojnie. Bez wielkiego ogniska, z symbolicznym tylko obmyciem a nie wrzucaniem się nawzajem do jeziora i podtapianiem, jak rok temu. Topienia już było za dużo. Dosłownego i całkiem duchowego. Tym razem tylko oczyścić, spłukać. Z ciała, z duszy, spłukać wszystko, co plugawe, cały pył, cały proch. Nie powstałam z prochu a z Ziemi, z łona żyznej
Ziemi i to w nią się obrócę. Nie będę próchnem, nie jestem nim za życia. Nie mogę sobie pozwolić, by nim być.
Lodowata woda, moje ciało się buntuje, bo przecież zatoki chore, ale co z tego. W końcu to Kupała.
Pijemy miód z rogu, w ciszy, bez śpiewów i tańca. Tym razem, w tym roku chyba nie stać nas na tyle. Ale mimo wszystko, na człowieka spływa ten niesamowity spokój, pewna radość, taka sama jak wypływała spomiędzy moich nóg poprzedniej nocy. Wcale nie najkrótszej w roku.

Nie szukamy kwiatu paproci, tej nocy sami jesteśmy dla siebie kwiatem. Nie szukamy niczego, bo wszystko mamy. Już znamy swoje ciała i swoje serca.
Nasze święto miłości. Choć, to powinno być co dzień. Powinniśmy o tym pamiętać, oboje. Tak bardzo, tak dosadnie. Cieleśnie i sercami. Splątanymi razem językami, jak wtedy, gdy łączymy je stojąc w zimnej wodzie pod najkrótszym Księżycem.

Zbieram jeszcze kilka symbolicznych ziół. Ususzę i zmielę na proszek, te zioła, które przynoszą miłość i spokój. Te, za które płaci się też stratą. Zawsze, by coś zyskać, musisz stracić. Widzę coraz mocniej tą starą zasadę. Rozumiem wreszcie. Chyba wreszcie i do niej dorosłam.
Ale to nic. Zioła, zbieram na wszelki wypadek, jeśli znowu ktoś poprosi, jeśli ktoś będzie chciał. Czarownica może odmawiać. Ale czuje, że nie zawsze.

Wracamy dość szybko do domu. Miód lekko szumi w głowie, ale przecież jutro trzeba wstać, a noc taka krótka. A noc taka święta. Czcimy ją jeszcze po swojemu, swoimi ciałami.
Jesteśmy jednym i ja znowu staję się powoli sama w sobie jednością.

Przebudzam się o świcie, wplątana w naszą pościel, w jego nogi. Widzę, jak słońce po najkrótszej nocy znowu wita świat. Po tym, jak zniknęło.
Myślę o tym, że noce znów będą dłuższe. Myślę o zmarnowanym w smutku i ciemności czasie. Myślę o nocach, w których muszę pozwolić ciału odpoczywać. A oczom czasem płakać.
Zasypiam ponownie.

Budzę się i znów widzę chmury. Zanosi się na deszcz.
Niech spadnie, niech spłucze całą resztę pyłu. Moje ciało znów się buntuje przed wstaniem. Mniej, ale jednak. Zmarznięte stopy zrobiły swoje, ale to nic, skoro serce zostało rozgrzane.
Wstaję i szykuję się na to, co mnie czeka. Kolejne wyzwania. Nie można zostać w łóżku, choć to tak kusi, gdy odpisuje się na wiadomości i pisze każdemu, że wszystko w porządku. Nie można zostać w swoim świecie, zaszywać się w ciemnym miejscu. Trzeba się budzić, wciąż i wciąż. I na nowo w tym wszystkim odszukiwać radość.

Wstaję więc, biorę gorący prysznic i jeszcze trochę zbiera mi się na płacz. Widzę jeszcze ślady siniaków. Zaczynają schodzić. To też sporo trwa. Każdy ślad goi się po swojemu.
Parę łez. Bez powodu, a raczej z ich nadmiaru. Duże dziewczynki też mogą płakać. Tylko niektórym zajmuje to więcej czasu. Tylko niektórym przychodzi to o wiele trudniej.
Ale najlepiej stawać się wodą, płynąć razem ze strumieniem. Woda oczyszcza przecież, zwłaszcza ta słona.
Po tym wszystkim, po wspomnieniach i euforiach, po frustracjach i krzykach, po maltretowaniu ciała wszystko musi wypłynąć. Musi, żeby można było tańczyć na powierzchni nowych wód, zamiast tak boleśnie tonąć.

Wypłakuję więc resztki, zasłaniam ubraniem resztki siniaków powstałych w jeszcze poprzedni weekend. Zasłaniam wielką szramę na udzie, która nie wiem jak i kiedy powstała. A może nie chcę nawet wiedzieć.
Zbieram się w sobie i wychodzę. Po nowe wyzwania. Na egzamin, na kolejną rozmowę o pracę, bo nadal szukam czegoś dla siebie przecież. Świat nadal czeka.
Świat nadal mnie chce, tak jak chcą mnie moi Bogowie, przed którymi nie klęka się w pokorze, a staje się nago, w pełnej krasie, z dumą ze swojego ciała. Chce mnie świat, a ja nadal chcę świata. Chcę wyzwań i więcej, więcej miłości. Chcą mnie niektórzy ludzie, nie chcą, żebym tonęła i szukała tylko po omacku, zatapiając się w ciemności.

Spotykam się z ludźmi, tymi samymi, z którymi spędziłam prawie każdy weekend przez miniony rok, w szkole, na zajęciach, na egzaminach. Nasz przed ostatni egzamin, ostatni, praktyczny, w środę. Uśmiechamy się do siebie, siadamy, robimy swoje. Niedługo pewnie zaczniemy się mijać. Nie będziemy rozmawiać z niektórymi. To nic, po prostu kolej życia, myślę, zanim zasiadam do testu.

Potem biegnę na rozmowę, w międzyczasie spotykam się jeszcze z A., który był akurat w pobliżu. Pewnie całkiem nie przypadkiem, tylko wiedząc, że tyle czasu, że potrzebuję chwili rozmowy z kimś, kto rozumie nawet jak mówię o głupocie. Z kimś, kto zna maski jak nikt inny i jako mężczyzna potrafi płakać bardziej, niż duża dziewczynka. I wcale się z tym nie kryje. Nie przede mną. Martwi się po naszej dziwnej rozmowie, naszej prawie-awanturze. Cóż. Jemu też się oberwało za moją frustrację, za moje wstrzymywane łzy.

Kolejna rozmowa kwalifikacyjna, kolejny pomysł na życie. Chwila zastanowienia, czy mam siłę na zmiany? Kolejne szarpanie? Sama nie wiem. Zobaczymy, co przyniesie czas, co da los, do czego zmusi.

A. prawie odprowadza mnie do domu i mówi z przekąsem, że oddaje mnie w dobre ręce. Jak zawsze nie wchodzi na górę. Nie lubią się. Ale nie muszą się przecież lubić. Ważne, że ja mam miejsce w sercu, w całkiem inny sposób, dla każdego.

Wpadam do domu z impetem, zmoknięta, nie radosna ale i nie smutna. Trochę zmęczona, ale to nic, bo czeka już na mnie moje Słońce. Te najważniejsze i dobre ramiona, zmęczone swoją pracą. Moja Miłość.
Czeka na mnie z obiadem, czeka na mnie z uśmiechem, czeka na mnie bez słów i z ich nadmiarem. Znowu chce mi się płakać. Ale w ten dobry sposób.

Strasznie dużo łez. Strasznie dużo wzburzonej słonej wody. Może to znowu jej pora. Pora oczyszczenia. Pierwsza kąpiel od długiego czasu, prawdziwa, gdzie nie czyhają utopce ani frywolne wiły. Pierwsza kąpiel od tak długiego czasu. Bo przecież dosłownie nie wolno było się kąpać. A słonej wody od jakiegoś czasu zabraniałam sobie sama.

Pora zdejmowania masek, bo ich zmarszczki zbyt widoczne, gdy noce za krótkie. Pora na milion prawdziwych min. Nowa, świeża twarz, zanim noce znów pogrążą na dobre. Pora też na te, które mi samej się nie podobają. Duże dziewczyny płaczą. Silne dziewczyny tym bardziej. Wręcz muszą.

Pora oczyszczenia, wraz z deszczem, pora deszczowa w trudnym zawsze czerwcu. Światło zatriumfowało i oświetliło te zakątki, które tak długo bywają niedostrzegalne albo, nie chcą być zauważone, w żaden ze sposobów. Światło wygrało z ciemnością i teraz znów, po raz kolejny, w całkiem inny sposób a jednak tak samo, znów trzeba sprzątać.
Ale co najważniejsze, nie trzeba sprzątać samemu.
Można kochać. Można oddychać. Można żyć.
Można też czasem płakać.



Twarda dziewczyna na pasie szybkiego ruchu
Nie ma czasu na miłość ani na nienawiść
Bez tragedii, to nie czas na gierki
Twarda dziewczyna, której dusza cierpi

Mogę płakać i zniszczyć cały swój makijaż
Wymazując z pamięci wszystko co zabrane
Nie obchodzi mnie jeśli nie wyglądam ładnie
Duże dziewczynki płaczą, kiedy mają złamane serca


poniedziałek, 15 czerwca 2015

O koncercie przywołującym bolesne ale i piękne wspomnienia, ale tez i budowaniu tych nowych

Wiesz, Frida, całkiem jak w tym kawałku. Mam pod plecami piasek, ocean naprawdę wygląda jak tysiące diamentów (…).Leżałem nocą na tej plaży i serio, miałem wrażenie, jakbym łapał wszystkie gwiazdy w ręce. Jakbym mógł je pocałować. Pocałuj w noc najwyższą z gwiazd, jak wtedy pijana śpiewałaś (...) I też bym chciał, żebyście tu byli. Wszyscy, ty, Majki, Vince. Wszyscy przyjaciele, ludzie, do których się wraca. Ale to jak zawsze, dobra tęsknota i właśnie, chyba po tym wszystkim na nowo jestem szczęśliwy. Zapaliła się lampka Frida, lampka pośród tego wszystkiego. Ta podróż mnie oczyściła. Może zawsze musimy mieć coś, co nas oczyści po najgorszym?

Odgrzebałam te dawne słowa. Sprzed paru lat. Dzisiejsze maile to skarbnice wspomnień, skarbnice pamięci. I tak jak mówiłam wczoraj Redcar, pewne rzeczy splatają się w jedno. Wspomnienia z tym, co tu i teraz, z tym, co było, jest i będzie. Im więcej lat żyję, tym bardziej dostrzegam. Im dalej wybiegam myślą, tym wszystko bardziej staje się jasne. To nie był przypadek. Ten koncert, na które obie musiałyśmy pojechać, nie mógł być przypadkiem. To, że zagrali właśnie tą piosenkę.

Nie ma przypadków. Zawsze musi być coś, co nas oczyści. Zapomniałam już, co pisał przed laty, gdy sam w swoim trudnym okresie wyjechał do Tajlandii. Złapany przez chwilę gdzieś w Bangkoku internet, jak ten łapany rok temu w Bombaju. Wiadomość z tym kawałkiem, w którym pisał kolejne opowieści i to, że wszystko w porządku, jest cały i zdrowy, niedługo wraca. Mail, w którym z daleka mówił tak, jestem szczęśliwy w tym wszystkim, po każdej ranie, tak, chcę, żebyście i wy byli tak szczęśliwi. Nawet pomimo. Tylko znajdź coś, co oczyszcza.

Też bym chciała, żeby z nami tam był. Od początku tego weekendu miałam wrażenie, że kogoś brakuje. Że ten ktoś powinien być z nami i jechać w niedzielę do Warszawy na koncert jednego ze swoich ulubionych zespołów. Koncert, na którym jak się okazało, każda piosenka miała swoje skojarzenie. Koncert, na którym paliłam papierosy gdy tylko zaczynała trząść mi się broda, gdy cała wpadałam w drgawki, żeby się tylko nie popłakać
Frida przecież zawsze trzyma fason. Chyba że za dużo wypije.

Bałam się tego koncertu. Zresztą, nie tylko ja. Redcar, z którą jechałam, sama wiedziała, jak to zadziała. Bo i ona znała przecież Inubusa przez niego. Martwił się Mąż, nie tylko o to, czy przeżyjemy w Warszawie, same, we dwie, jak pogubione sierotki. Martwił się po jednej rozmowie. Najpierw chciał jechać z nami, razem z paroma innymi osobami, nie na sam koncert, ale żeby pić całą noc, jak za dawnych czasów, w jednym z parków Warszawy.
Jak po koncercie, na którym byliśmy z Królikiem przecież. Jak po koncercie, dzięki któremu dowiedziałam się, że lastryko na dworcu w Poznaniu ma wielkopolską duszę. Potem stwierdził, że nie jedzie z nami. Bo to dla nas. Same, we dwie, mamy stawić czoło wyzwaniu. Jednemu, drugiemu. Choć, w dzień wyjazdu nie było tego po nim ani trochę widać. Jak zawsze. Ja trzymam fason, on trzyma fason, póki nie jesteśmy sami. Sekretne dawne porozumienie, którego nie umiemy przeskoczyć w pewnych kwestiach.

-Ty byś pojechał na Toola i by ci się kojarzyło, bo więcej skojarzeń masz z nim i nimi, prawda?
-Prawda.

Bałyśmy się więc jechać. We dwie. Bo to kolejne inne, sekretne porozumienie, do którego mam wrażenie, też nie wpuszcza się innych ludzi. Bo to korzenie wiązów, które się splatają, ale nie przenika się przecież całej ziemi.
Bałyśmy się jechać, ale każda podskórnie wiedziała, że trzeba. Najgorzej przecież zamiatać takie rzeczy pod dywan. Trzeba mierzyć się ze swoimi lękami, trzeba mierzyć się z tęsknotami. I bólem.
Ból przecież domaga się, by go czuć. Ból pozawala docenić szczęście, jakie to banalne.
Ale on mówił zawsze, najgorzej radzimy sobie z banałami. Jak widać, my potrafimy. Już potrafimy. Mimo wszystko, mimo dzisiejszej ciężkiej głowy, potrafimy czuć, a nie zamykać się na każde skojarzenie.
Z bólem trzeba się oswajać. A między tym zjawia się cholernie dużo radości. Śmiechu, takiego prawdziwie wariackiego. I w bólu rodzi się czułość. Rodzi się jakaś miłość. A chyba nie ma nic lepszego, prawda?

On to też wiedział, w swoich oczyszczających podróżach. Tych, które były najważniejsze po tym, jak stracił matkę. Po tym, jak został sam i zła kobieta złamała mu serce, roztrzaskała na milion kawałków.
Istniały wówczas też inne sekretne porozumienia, w bólu rodzone. I tak chciało się być. Tak chce się, by było dosłownie tu, namacalnie. Ale tak się nie da.

Więc skoro nie można mieć tego, co się chce, można było się trochę bać.
Dlatego może na samym początku próbowałam obudzić trochę dawniejszą Fridę. Tą, co krzyczała „Tequila!” i tańczyła tango w bohemie malarskiej z kobietami, tą, która dostała dzięki takim zachowaniom swój przydomek. Jakby ta tequila miała obudzić we mnie jeszcze dawniejszą, dzikszą siłę. Trochę ciemną, a jednak.
Dawna Frida. Idąca po mieście w czerwonej sukience, ta, co nie wytrzymała bez papierosa. Zły moment na rzucanie, zły, bo jak się pali, to się tak łatwo nie płacze, gdy słyszy się pewne kawałki.
Była więc i tequila, szukana po całym mieście. Był uśmiech zagubionej Red, którą znalazłam w końcu na ławeczce. Uśmiech, który naprawił zły stan, złe przeczucia. No bo przecież poradzimy sobie. Najwyżej zapłaczemy się na śmierć pod tą sceną, gdy zagra Incubus. Ale damy sobie radę.

Była więc szalona tequila i niepamięć połowy nocy. Czerwone sukienki i biała Sauza zawsze tak działały. Choć, taniec został na podłodze, nie przeniósł się na stół.
Ciężki poranek zaczęty piwem. Zaczęty dopijaniem tequili która została po wieczorze w butelce. Kieliszek, drugi, piąty. Jak za dawnych czasów. Śniadanie to tylko cytryna do kieliszka. Zawsze, zawsze tego żałowałam. Zawsze żałowałam, ale nieraz to pociąga na nowo.
Dziwne rozmowy przy kolejnych kieliszkach. Pijesz tequilę nie masz prawa płakać, zapalisz, nie masz prawa płakać. To dziwne, jak zawsze pomagało to na niepokoje.
A raczej pomagało to złe słowo. Jak to wszystko tłumi, aż nie wybrzmi ostatnią, już trochę opanowaną nutą. Bo i ja boję się nieraz swoich emocji. Swoich tęsknot. Tego, że gdy boli jeszcze bardziej niż kiedyś w domu Vincenta zatopię się w autodestrukcji.

Kolejny więc dziki wieczór przed koncertem. Trochę feralny grill, na którym wrzucano do basenu. Znów stracony na jakiś czas telefon. Śpiewanie piosenek disco polo w samochodzie i grzebanie w stosie plastikowych butelek jak na szopa pracza przystało.

W końcu sen i poranek. Poranek, znów z ciężką głową. I jakoś z ciężkim sercem. Niepokojem. Do tego prawie-kłótnia z Mężem, który nadal pijany po grillu albo nie wiedział, co robi, ale jak zawsze wyrażał w ten sposób swoje niepokoje jaskiniowca.
W końcu wyszłyśmy na słońce. Podróż rozpoczęta, nie można już się cofnąć. Teraz nie ma odwrotu. A może nigdy nie było? Choć człowiek chciał przed sobą trochę udawać. Jęczenie że może jednak wrócimy do domu, że nie damy rady ogarnąć, że w sumie to się nie chce....wszystko wypływa spod serca. Wszystko z pewnego lęku.
Bać może się każdy Grunt to znaleźć swoją silę i ten lęk pokonać. Mimo wszystko. Tym bardziej, że wspomnień nie powinno się bać. Bo przecież są dobre. Bo w nich nieraz można odnaleźć swoją siłę.

W końcu Warszawa. Trochę zagubienia i pomoc kolejnej dobrej duszy, którą też przecież poznałam przez niego. Od razu wspomnienie tego wieczora, gdy Królik wysłał mnie do M., bo sam nie miał czasu iść do niej na piwo. Ten wieczór gdy we dwie się spiłyśmy i trochę go obgadywałyśmy, w jak najlepszy sposób.

W końcu dotarcie na miejsce. Teren festiwalu i pierwsza euforia, tak, jesteśmy, dotarłyśmy, dałyśmy radę, z cudzą pomocą ale przecież dałyśmy. Ogarniamy. Ogarniemy wszystko.

Ale przecież jeszcze tyle czasu do koncertu. Siedzimy na słońcu, pod sceną, jedno piwo, drugie. I moja myśl, gdy nie ma za bardzo przez chwilę co powiedzieć. Nie powinnyśmy być tu same. Tak, chciałabym żebyś tu był, jak przed laty, gdy jeździliśmy na inne koncerty do Warszawy. Gdy siedzieliśmy przed ulewą na Impacie i mój Mąż zgubił swoją wódkę. Gdy mieliśmy dziwne historie po Mansonie. Wszystko zlewa się w jedno.
Wish you were here.
Powinieneś być na tym koncercie, bo przecież tak bardzo chciałeś i ich zawsze zobaczyć na żywo. Lista koncertów po których mogę umierać, mówiłeś. Lista niedopełniona. Nigdy nie wiesz, jak wiele masz czasu.
A oni zagrali niewiele ponad pół roku po tym jak odszedłeś. Czy to też przypadek, czy tak właśnie miało być, złożyć się w jedno, żeby ktoś mógł walczyć ze wspomnieniami, ze smutkiem? Może to właśnie kolejna część całej układanki? Nigdy nie poznam pewnej odpowiedzi. Mogę tylko przypuszczać.

Smutek, wyczuwalny chwilowy smutek, zamuła, nazwać można jak się chce. Więc trzeba ruszyć tyłki, trzeba ogarnąć. I to nagłe szczęście, gdy przez przypadek znajduje się inny koncert, który zawieruszył się na polu festiwalu. Wraca uśmiech, wraca ta dziwna radość, euforia i ekscytacja, gdy czeka się na tą jedną, wyjątkową godzinę, gdy oni zagrają i...właśnie, jak to będzie?

Ale nie ma co się zastanawiać. Przecież jesteśmy, dotarłyśmy, chciałyśmy tego. Może też w trochę inny sposób, każda na swój, każda ze swoimi skojarzeniami i wspomnieniami. Ale wszystko zaczyna się układać i nawet wyprawa do toalety staje się przygodą i zwycięstwem, gdy widzi się cudzą głupotę.

I w końcu mają zagrać oni. Jeszcze szybko coś jemy, choć ja nie mogę, chce mi się wymiotować, mam ochotę zwrócić wszystko, co jem. Może to nadmiar tequili. A może stres, niepokoje gromadzące się w żołądku. A może jedno i drugie. Nie ma to znaczenia, bo idziemy pod scenę. Czekamy.

Aż wreszcie odliczanie i wychodzą oni. Nie idziemy szaleć w pogo. Choć miałam taki moment, wiem, że nie mogłabym. Nie dałabym rady, nie trzęsąc się by nie płakać, nie ze ściśniętym momentami gardłem.
Euforia Red, która przebiła wszystkie znane mi widoki szału na widok jakiegoś zespołu. Tak piękna, zabawna i na swój sposób wzruszająca. Widok, który pewnie zapamiętam do końca życia.
Widok taki jak łzy mojego Męża na Rammsteinie gdy zagrali Mein Herz brennt.
Widok taki jak łzy Królika na Kornie gdy zagrali Falling away from me.

Pierwszy kawałek. Wish you were here. Od razu przypominają mi się słowa z dalekiej przestrzeni, pisane pod jednym niebem.
Tak-przebiega mi przez głowę-. Chciałabym, żebyś ty teraz tu był i wiesz...też jestem szczęśliwa, cały czas na swój sposób jestem szczęśliwa.- myślę, choć łzy cisną się do oczu. Choć jeszcze nie tak mocno, ale serce raz wali, raz zwalnia, żołądek trochę szaleje. Ale to nic.
Chciałabym, żebyś tu był. Ale nieważne, czego ja chcę. Cieszę się, że ja tu jestem. Z nią. Tu i teraz. I przezywamy ten koncert.

A zaraz potem Anna Molly. Za dużo naraz, myślę sobie. Za dużo. Od tego kawałka przecież wszystko się zaczęło. To swojej ukochanej to grałeś, gdy chciałeś ją zdobyć. To po tym występie nazywałam cię nieraz „polskim Brandonem Boydem”, bo przecież tak mi go przypominałeś. Wielkie czarne oczy, taki sam szał na scenie nieraz. Anna Molly aż prawie przyciągnęła mnie pod samą scenę, w pogo. Bo na tym nieraz szaleliśmy skacząc po domu.

Nowe kawałki. Te, które nie powinny przynosić wspomnień ale...Absolution Calling. Sama niedawno pisałam, że pamiętam uczucie przeciwne do spadania. I miałam na myśli też i swój ból, który nieraz zjawia się w tęsknocie.

Kolejny, który uderzył w samo serce. Company of wolves. Nie mogło być inaczej. Tego słuchaliśmy nieraz, gdy kończyły się wieczory i grałeś jeszcze na gitarze, w taki sposób...bo byliśmy kompanią wilków. Przecież to powiedział o nas Vince, prawda? Gdy tylko to usłyszałam, myślałam, że nie wytrzymam. Myślałam, że stracę swój fason i po raz pierwszy od długiego czasu tak publicznie się popłaczę. Zaczęłam się cała trząść. Cała broda drgała, jakbym naprawdę, naprawdę bardzo mocno zmarzła. Bo zmarzłam, cholera, zmarzłam, wiesz? Bo jak człowiek poczuje się przez kogoś opuszczony, gdy odczuwa tak wielki brak, zaczyna marznąć. Taka tęsknota nie rozgrzewa jak tęsknota za kochankiem, ona jest wielką lodową pustynią. I wszystko w człowieku się trzęsie.
Spojrzałam na Red. Przy tym nie wyglądała dużo lepiej. A może nawet i gorzej.
Dwa szlugi wyciągnięte z kieszeni pomogły. Bo jak się pali, to się nie płacze. Oczy drażni dym, ale je uspokaja. Płuca wypełnia dym, więc nie ma czasu na haust powietrza żeby szlochać.

Następne uderzenie. Drive. Przecież...ile razy dostawałam tą piosenkę w linku na gorszy dzień? Na kolejne kryzysy? Czy teraz nie wysłałbyś mi jej ponownie, po tym, jak sama twoja nieobecność stała się kryzysem? Ale czegokolwiek nie przyniesie życie, przecież trzeba przyjąć to z otwartymi ramionami i nie zamykać na to oczu. Sam byś mi tak powiedział.

Sick Sad Little World przy którym odpłynęłam. Ani dobrze, ani źle. Kolejne wspomnienie, to, jak mówiłeś Vincentowi, że kojarzy ci się jego zachowanie z tekstem. Gdy mówił, że trzeba go zostawić, gdy chciał się zabijać. A ty mówiłeś, że życie bez bliskich, bez przyjaciół, bez miłości nie ma żadnego znaczenia. Że samemu sobie nie poradzi.

Tyle wspomnień, tyle skojarzeń. A jednak wspaniała atmosfera. Chciałabym, żeby z nami tam był. Tak go brakowało. A jednak było i wspaniale. Bo byłyśmy tam we dwie i mimo momentów, przy których nogi i broda drżały to wszystko napełniło nową energią. Inną.
Czyżby to było nasze oczyszczenie? W pewien sposób na pewno. Chociaż oczy bardziej mi się zaszkliły, gdy wróciłam do tego maila. Gdy zostałam już sama w domu.
Bo przecież jeszcze trzeba było ogarniać, wrócić razem do domu w rozimprezowanym nocnym pociągu, w którym obecność harfy ( no kto wozi harfę pociągiem?) nie pozwalała spać na podłodze.
Zmęczone nogi, zmęczone ciała, trochę zmęczone dusze. Ale to najpiękniejsze zmęczenie.

Tyle wspomnień wróciło. Kazało przewertować znów niektóre listy, których daty prawie pamiętam. Kazało zajrzeć w rejony, których nie chciałam dotykać. Tyle starych wspomnień.
Ale co najważniejsze, powstały wspomnienia nowe. Tej podróży z Redcar, której nigdy na pewno nie zapomnę. Doznania, śmiechy. Kolejne do pudełka kolekcji. Niesamowite teksty i porozumiewanie się bez słów. Parę zdjęć, które będzie przypominać o podróży do Warszawy na koncert Incubusa.
Pamięć o tej rozentuzjazmowanej twarzy i tych dobrych łzach.

Tak, wolałabym żeby był z nami ale...czy wtedy nie byłoby zupełnie inaczej? Kto wie, czy wybralibyśmy się w trójkę na ten koncert? Przez pewne okoliczności śmiem nawet powątpiewać. A nic nie dzieje się bez przypadku. Tak właśnie może miało być, w tym, co składa się w jedną całość.
I to jest dobra całość, cały czas to widzę i w to wierzę. Nie kładłam się na białym piasku plaży, ale kładłam się na trawie na torze wyścigowym pod ciepłym słońcem, mając przy boku Red i było mi dobrze. Po prostu, mimo niektórych myśli dobrze i szczęśliwie podczas naszej wyprawy. 

Skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy? Coraz częściej to pytanie zjawia mi się w głowie. Jak i pewne skojarzenia, pewne wspomnienia. Coraz więcej widzę powiązań. Nie ma może większego celu w życiu. Może cel musimy stworzyć sami jak i on to nieraz mówił. Nie mi wyrokować.
Może ten cel, pewne sprawy jakoś układają się same, jak za trzepotem skrzydeł motyla. Gdzieś wywołał tajfun i tragedię, gdzieś śmierć trzmiela który nie mógł już unosić się na wietrze, bo uzmysłowił sobie, że nie może latać. Gdzieś sprawił, że uśmiechnęły się ludzkie twarze. A gdzieś sprawił, że w pewnym mieście, pod pewną sceną zadrgały serca, a ich trzepot wywołał i smutek i radość. Tak jak to w życiu powinno być.
Tak, że mimo iż chce się niemożliwego już, nadal jest się szczęśliwym. Po prostu, po ludzku szczęśliwym. 



Świat jest górską kolejką
I ja nie jestem dobrze przymocowany
Może powinienem się mocniej trzymać
Ale moje ręce są zajęte w powietrzu
Mówiąc
Chcę żebyś to był.