sobota, 31 października 2015

O domu, który budujemy na kościach przeszłości i miłości która trwa, czyli w Samhain słów parę

Kolejne dni późnego października. Zapach porannej mgły i najcudniejsze wschody słońca, parzące zaspane jeszcze oczy jaskrawym różem i czerwienią. Przesycone zapachem mgły i widokiem wędrującego środkiem miasta jeża. Jeża, którego nie powinno tutaj wcale być, myślisz sobie na głos. W duchu myślisz o tym, że być może, nie powinno być tu wcale ciebie.

Jedna część ducha czuje ten zew, to wołanie, wołanie dobrze znanych sobie drzew i zapachu jeziora. Ta część ducha pamięta wiatr, ta część ducha jest głodna i tylko czeka wyjazdu, czeka stukotu kół pociągu na szynach, choć przecież, to wcale nie są takie same pociągi jak niegdyś, nie takie, jak parowozy, którymi jeździłam, gdy byłam dzieckiem. Mimo to duch jest głodny i czeka podróży, całkiem inaczej niż rok temu, gdy słońca było więcej a mgły nie były tak wyraźne. Gdy zapach wilgoci zostawał na skórze, a nie sięgał do kości i do serca, powodując mentalny reumatyzm. Ostatnie dni października wołają, obiecują i mamią. Mówią o okruchach śmierci w życiu i pierwiastkach życia w śmierci. Ta część ducha to rozumie, chce wszystko przywitać, oddać cześć i kochać. Ta czeka na podróż i wie, że nie powinno ciebie tu być, gdy idziesz do pracy, już nie. Tak samo jak tupiącego na asfalcie jeża. Żałujesz, że gdy pojedziesz, nie zabierzesz go ze sobą, nie zobaczy tej tafli jeziora...

Druga część duszy boi się wyjechać. Boi się zostawić miasto, boi się konfrontować, spojrzeć w tym miejscu w odbicie własnych oczu w czystej, choć mętnej już od butwiejących liści wodzie. Druga część duszy boi się wyjechać, boi się zostawić samą tą, która płacze, boi się widzieć jej łzy i swoją własną bezsilność ale czuje, że powinna zostać. Czuje, że powinna zostać choć doskonale wiem, że to ułuda. Ja potrzebuję tamtego miejsca, swoich własnych łez i kolejnych oczyszczeń, też by przetrwać. Na nic i jej łzom zdam się jako strzęp człowieka.

Ostatni dzień przed wyjazdem jest nerwowy, dzień wolny od pracy a jednak tak męczący. Mam wrażenie, że wszystko jest przeciwko mnie, środa zakłuwa mnie jak niecierpliwa igła swoim nastrojem nerwowości środka tygodnia, choć dla mnie powinna być sobotą. Wiem, że muszę porozmawiać z Mężem po kolejnej ciężkiej nocy w której padło tyle niepotrzebnych słów. Gdy wraca z pracy rozmawiamy długo i nieprzerwanie, wreszcie padając sobie w objęcia, wreszcie decydując, że jedziemy razem, razem do pewnego momentu, aż nie będę musiała iść dalej, w pewne dosłowne miejsca sama. Jedziemy razem, choć tylko na jeden dzień. Jeden dzień, tak dla mnie symboliczny, bo przecież wtedy jechaliśmy na dwa dni, wtedy rok temu, jechałam w nasze miejsce ze swoim przyjacielem, a nie Mężem, który był wtedy w pracy.
Tym razem jadę sama w to miejsce, odzyskać spokój, może zapytać i nie udawać, że nie wiem, jak rok temu próbowałam udawać, jak udawał i on, wiedząc, że odchodzi, przeczuwając. Tam pojadę sama.
Ale razem jedziemy do domu. Być może po to, żebym dom mogła odzyskać. Być może po to, by znaleźć kolejny jego fragment, dachówkę z której buduję dach, który chroni mnie przed każdym deszczem.
Wracam do domu. A może, znów buduję kolejny jego fragment, żeby być nieraz domem dla innych.

***

Wysiadamy z pociągu zmęczeni. Jest ciemno, w czwartek oboje byliśmy w pracy i jechaliśmy od razu po niej, do mojego dosłownego domu, do moich bagien, do miejsca, z którego atomów powstawały moje ścięgna i serce, do ziemi, z której jadłam, którą uprawiałam, która mnie wyhodowała. Wyhodowała na silne i niezniszczalne bydlę, śmieje się ze mnie mój Mąż, a ja jak zawsze wiem, że w tej pozornej szorstkości jest tak wiele czułości.
Od razu czuję inny zapach powietrza, od razu otula mnie całkiem inna mgła. Odżywam. Mąż przez pierwsze lata zawsze mówił na mnie w chwilach czułości „moja Rusałko”. Zawsze twierdzi, że gdy tu przejeżdżamy, moja skóra całkiem inaczej pachnie. Zawsze mówi, że wyglądam jak roślina, której korzenie wreszcie sięgnęły wody. Ma rację.
Przychodzimy do mojego domu i wita mnie uśmiech matki. Nikt nie db jak ona. Matkę masz jedną, mówią. I choć poprzedniego dnia się pokłóciłyśmy, choć działała mi na nerwy, tu czuję, że ją kocham. Jak bardzo ją kocham. Zapach jedzenia, którym okazuje miłość. Tu widzę, jak bardzo i ja to przejęłam. Miłość w zapachu ciasta, zawinięta w kapustę od gołąbków.
Przestaje boleć mnie brzuch, od razu lepiej śpię. Jestem w pierwszym domu, jaki poznałam w życiu. W domu dosłownym, domu, o którym nigdy nie zapomnę. Moje stopy idą po ziemi, na której powstałam. Moje korzenie czerpią życiodajne soki, moje ciało żywi się kruchym ciastem i orzechami, które zrodziła właśnie ta ziemia. Jeśli mam odżyć, to gdzie, jak nie tu? Choć jeden dzień.

***

Czekam w piątek na przystanku autobusowym w moim małym miasteczku. Patrzę z nostalgią na małe budynki, na mały ryneczek, na który mogę dojść w ciągu 5 minut. Myślę o tym, jak to miejsce było kiedyś dla mnie ogromne. Myślę, jak ta ulica wydawała mi się ogromna. Teraz wiem, że jest taka, jak boczne, malutkie uliczki Poznania. Nie wiadomo z jakiego powodu, wspominam panią Franię, przyjaciółkę mojej babci, do której chodziłyśmy z mamą, siostrą i babcią właśnie, gdy byłam mała. Zmarła, gdy miałam 6 lat. Pamiętam ogromne, ciemne schody, których się bałam, sękate ręce i ciastka pachnące walerianą. Nie pamiętam, w którym budynku mieszkała, choć tak bardzo staram się sobie przypomnieć.
Widzę, jak pamięć jest zawodna i jak zacierają się twarze. Boję się tego, że i inne twarze...
Myśl uderza we mnie, gdy wsiadam do autobusu pełnego ludzi. I już jestem w innym mieście, już pędzę do dentysty, wypełnić obowiązek, załatwić kolejną sprawę, zanim pojadę w naszym mieście. Cały strach skupiam na plombowaniu zęba, mówiąc, że to jego się tak boję...choć wiem, że strach czai się gdzie indziej.
Gdy jest po wszystkim moje stopy wędrują w kierunku parku, widzę kolorowe drzewa. Czuję już zapach jeziora. Wędruję dalej, aż moim oczom ukazuje się TO miejsce.

***

Tam, gdzie byliśmy rok temu we dwójkę prawie nic się nie zmieniło. Drzewa są bardziej żółte, niż były wtedy, widzę to wyraźnie ale...
Dopada mnie cisza, cisza wśród tych drzew, nad taflą jeziora. Cisza w moim sercu, przeszywająca. Przyszłam, by wylać tu słowa. Ale żadnych nie znajduję. Nie znajduję wyjaśnień, pytań, odpowiedzi. Wpatruję się w jezioro, w jego ciszę, w jego niezmąconą niczym taflę. Wpatruję się i czuję, jak i we mnie wzbiera woda. Czuję ją w podbrzuszu, jak rośnie fala, czuję w żołądku, czuję w sercu. Wreszcie czuję w oczach. Dwie pojedyncze łzy, dzień przed Samhain, spływają na ziemię, na której postawiliśmy razem ostatnie kroki. Ziemi, z której pochodzi moja matka i babka, ziemi, na którą jego sprowadziłam, którą jemu przedstawiłam, która jego przyjęła. Która rok temu przyjęła jego ból i strach. Która przyjęła przeczucie śmierci i pozwoliła o nim milczeć. Pozwoliła na ciszę.
Pamiętam gdy rok temu zapalaliśmy czerwone, wąskie świeczki które zdobył gdzieś, w którejś drogerii. Idealne na Samhain. Gdy wrzucaliśmy je w ogień.
-Za Idę, za Sisi, ….za dziewczynę, którą skrzywdziłem...za dziewczynę, którą kocham...za ..- wymieniał po kolei, wszystkich, o których myślał, to on palił świeczki. Wymienił wszystkich, na których i mi zależy
-To ja zapalę za ciebie- rzuciłam ze śmiechem ale i powagą, bo przecież to jemu ogień Samhain był najbardziej potrzebny...
-W Samhain pali się najpierw świeczki za żywych, nie za zmarłych- rzucił, nieobecny, zamyślony. Po chwili dotarło do niego, co powiedział, gdy zobaczył mój wzrok. Przerażony, gniewny. Tak, byłam wtedy zła. Zła i przerażona. Tak samo jak on, choć...czy właśnie wtedy, oboje już wiedzieliśmy? Czy właśnie wtedy gdy zasłona pomiędzy dwoma światami staje się tak cienka, śmierć wyciągała po niego swoje szpony?
Myślałam o tym wszystkim siedząc nad jeziorem, o poprzednim roku i myśląc o tym, co się stało. O tym, co może się stać. O wszystkich złych i niedobrych, które zmieniają się w radości. Bo tak działa życie.
Miałam tylko jedną świecę, czerwoną, zabraną z domu. Nie miałam dużo czasu. Siedziałam więc i paliłam ją, czekając aż do ostatniej kropli parafiny. Czekałam, modląc się za tych, których kocham. Modląc się za siebie. Dziękując i prosząc. Mówiąc do tych wszystkich sił, które wszystko obracają wniwecz i budują na zgliszczach.
Przekułam palce swojej lewej dłoni, gdy dogasał płomień. Napoiłam ziemię krwią. Po jednej kropli z jednego palca dla kilku osób. Stary rytuał, który przez wiele lat uważałam za zakazany, w mojej świadomości niemożliwy. Zakazany rytuał, oddanie własnej krwi, niech wsiąka w ziemię, a ziemia chroni, splatając, przyjmując łzy tak, że innym nie ciążą. Zastanawiałam się, dlaczego nie zrobiłam tego rok temu. Czy to by coś pomogło, zmieniło? Nie ma nigdy co zastanawiać się nad przeszłością. Można tylko myśleć o przyszłości i o tych, których się kocha. Których chce się chronić na wszelką cenę. Myśli się o tych, w których sercach ma się swój dom. Ten ważniejszy, niż budowany z cegieł.

***

Wieczór przed Samhain, wigilia zamienionych w świadomości świąt. Czekam na spotkanie po tak długim czasie. Asia i Magda, bliźniaczki, które znam od 7 roku życia. Te, w których domu miałam przed laty zawsze swój dom. Dom, w którym spałam, uciekając przed awanturami z pijanym ojcem jako dziecko. Dom, w którym zawsze czekano na mnie, w którym kosiłam trawnik i zbierałam jabłka w sadzie.
Spotykamy się wieczorem,są obie. Nie widziałyśmy się tak długi czas, prawie rok. Ale nic się nie zmieniło. Z nimi nigdy się nie zmienia. Mam wrażenie, że możemy nie rozmawiać latami ale gdy się spotkamy...wszystko wiemy. O każdej ranie na sercu, o czasie, który upłynął. Nie musimy mówić, znamy się przezskórnie, znamy się jak łyse konie, konie, które zaganiały nas rozjuszone na bagna, gdy byłyśmy dziećmi. Razem dorastałyśmy w tym małym miasteczku, razem wyjechałyśmy do większego miasta. Razem przeżywałyśmy pierwsze miłości, wakacje i pierwszą miesiączkę. Nasze korzenie splotły się silnie i nie ma od tego odwrotu. Gdy widzę ich roześmiane twarze, słucham kolejnych historii śmieję się radośnie z nimi, a moje serce się wzrusza, czule śpiewa pieśń o nierozerwalnych więziach. Pieśń o ludziach, do których mogę się zwrócić zawsze o pomoc, nawet gdy milczałam miesiącami. Ludziach, którzy sami wyciągają do mnie rękę.
Odprowadzamy po herbacie mojego Męża na pkp. Bo musi wcześniej jechać, bo jutro do pracy, a ja zostaję w domu, zostaję z nimi. Obie niskie, roześmiane, proponują, żebym teraz je odwiedziła. Idziemy przez park do ich domu, do domu pod lasem, do ostatniego zabudowania. Na ich podwórzu widzę stos drewna, Magda dopada go i jak to harcerka rozpala go jednym ruchem.
-Wiemy, że jutro masz swoje Samhain i..
-...wiedziałyśmy, że nie będziesz miała ogniska i wiemy jak w zeszłym roku...-zacina się Asia, gdy mówią jedna przez drugą.
-...więc zrobiłyśmy ci ognisko u nas, jak zawsze ogniska, żebyś mogła się pożegnać, pomodlić czy co tam robisz!- kończy dziarsko jak zawsze Magda.
Wzruszam się niemożliwie wręcz i zaczynam ryczeć, tuląc je obie, malutkie, sięgające mi do ramion. Asia ryczy ze mną, zawsze była płaczliwa, Magda dziarsko wzrusza ramionami i struga głupa, Magda jest taka sama jak ja, silna, nie pokazuje łez. Widziałam tylko dwa razy, jak płacze. Tylko dwa najważniejsze razy.
Zostawiają mnie samą. Teraz czuję, że nic mi nie brakuje, teraz mogę dopełnić chyba swojego rytuału. Teraz mogę odetchnąć, wrzucać nie świece z wosku, a trawy, pęczki traw do ognia za ludzi, tych, których kocham.
Wracają do mnie po krótkim czasie, z gitarą i winem domowej roboty. Śmiejemy się, one, chrześcijanki, gorliwie wierzące, ja, poganka. One bliźniaczki, ja od zawsze ich trzecia siostra. Tulimy się z Asią przy ogniu, Magda siedzi trochę na uboczu, jak to ona, skryta.
Mówimy, że musimy nadrobić czas, musimy spotykać się częściej, ale wszystkie wiemy, że gdy mieszkamy w różnych miejscach, cholernie o to trudno. Ale to nie szkodzi. To moje siostry, tak ważne w moim życiu, dziewczyny, kobiety, z którymi dorosłam, z którymi dojrzałam. W szkole, liceum, na studiach. W domu, w lesie, biegając, szukając swoich dróg. Każda wybrała swoją, ale one zawsze będę biegły równolegle.
To one przypominają mi o dawnym domu, o tym, jak budowałam przed laty. To one w moim sercu zawsze mają swój pokój, który potrafi czekać latami, jak ten, który ja mam w ich. Kiedyś miałam u nich swoje dosłowne kapcie, kubek i szczoteczkę do zębów. Teraz jest gotowość do tego, by one na powrót były. Bo zawsze jakoś są. Dom dawnej przyjaźni, pieczętowanej palącym się drewnem i słodkim winem, wzajemnymi zwierzeniami.
Gdy wracam do domu nocą, a one odprowadzają mnie do 2/3drogi, do cmentarza, jak w dzieciństwie, moje serce śpiewa. Moje serce nie jest bezdomne.

***

Noc jest spokojna. Zasypiam po powrocie od razu jak dziecko. Noc jest spokojna i sny są dobre. Śni mi się ten, który odszedł rok temu. Siedzimy w swoim miejscu, jest Samhain, liście są tak żółte, jak tego roku. W oddali słychać śpiew ptaków. Wiatr jest delikatny i czuły, tafla wody jest spokojna. Rozmawiamy swobodnie, rozmawiamy z czułością i radością, mimo wszystko. Nie mówimy o tęsknocie, przecież jesteśmy razem. Śmiejemy się z niektórych obrotów spraw, mówimy o tych, którzy zostali ze mną i których razem kochamy, mówimy o tych, którzy odeszli przed laty i którzy są z nim.
W śnie nadchodzi też czas rozstania. Nie płaczę, budzę się w środku nocy, nie płacząc. Uśmiecham się. Zasypiam od razu ponownie, natychmiast, utulona spokojem nocy, która wprowadza do krainy duchów i tych, którzy odeszli.

***

Poranek Samhain. Słońce budzi mnie wcześnie, słońce budzi mnie wschodząc. Nie mogę wysiedzieć w pustym łóżku, nie chcę już spać. To słońce wzywa, gdy zasłona między światami staje się jak najcieńsza. Wstaję więc, ubieram się w pośpiechu i biegnę do lasu. Między brzozy, między buki i wiązy, wysokie sosny i świerki. Spaceruję między nimi, po prostu oddycham. Jestem w domu, w lesie, za którym nieraz tak tęsknię. Jestem tu, gdzie oddycham najswobodniej, węszę życie. Tu, gdzie nie ma ścian, które ograniczają widzenie. Tu, gdzie mogę powierzyć każdą tęsknotę, ból i radość.
Po drodze spotykam jeża. Nie powinno go tu być, powinien już spać o tej porze, żeby wieczorem wyruszyć na żer. Mimo to, mam wrażenie, że jest na swoim miejscu.

***

Żegnam się z matką, pakuję wszystkie rzeczy, które dla mnie przygotowała. Stosy herbat i nowe kubki, które kupiłyśmy razem. Nowe rzeczy dla tych, których zostawiłam w innym domu. Żegnam się z nią, gdy wsiadam do pociągu. Gdy wysiadam, witam się na nowo z Poznaniem. Witam się z tą, która przyszła po mnie na pkp. Czekam na tego, którego kocham w swoim życiu najbardziej. Jestem w domu. Kolejnym, które posiadam. Kolejnym, który nie zależy od ścian, budynków, od niczego co namacalne.
Bo dom zależy od tego, co nosi się w sercu.
Dom to miejsce w nas. Budowane latami. Wspomnieniami o tym, którzy odeszli. Tęsknotą za nimi. Budowany spadkiem przodków, ich kośćmi w naszych kościach. Budowany więziami, które nie przeminą. Budowany planami z tymi, którzy zostali. Budowany nadzieją, wiarą.
Budowany miłością.

***
Dziś wieczór Samhain, dla wielu z was nic nie znaczący. Jutro pierwszy dzień listopada, znaczący dla wielu pewnie-aż za wiele. To kolejne dni i noce, w czasie których możemy budować swój dom. Na kościach zmarłych, przy tętnie żyjących. I mam nadzieję, że każdy z nas odnajdzie swoją wiarę, nadzieję w przeszłości i w przyszłości, aby ten dom budować. Lub, by po prostu go odnaleźć. 



Co jeśli dom to nie miejsce?
Co jeśli dom to nic, co możemy odnaleźć?
Co jeśli dom to dusza, która cię prześladuje?
Dom..biegnij, póki tam nie dotrzesz...

Dźwięk wiatru szumi w twojej głowie
Czujesz, jak to powraca?
Poprzez ciepło, poprzez zimno, uciekaj dopóki tu jesteśmy

Wracamy teraz do domu, wracamy do domu

sobota, 24 października 2015

O tym, że jestem dzisiaj beksą, o strachu i nakładanych maskach, czyli o kolejnych logicznych wyborach życia tak po prostu

Szary jesienny poranek. Dzień wolny od pracy. Dzień po nocy pełnej łez, pełnej wspomnień. Pełnej rozmów, w których to wreszcie cudze bariery puściły, puściły, by oczyścić to, co w środku gnije. Ja ja zawsze jestem, jak zawsze przytulam, słucham, sama nie płaczę.
Sama jestem przy kimś, w tym temacie, beksą tylko w środku, coraz bardziej, tylko w środku. 

Na twarz nakładam brokat, mylą mi się słowa.

Budzę się sama, bo on już w pracy, bo on nie mógł zostać, nie mógł ochronić tego poranka, pełnego szarości, nie mógł stworzyć bariery ochronnej ze swoich męskich ramion. Budzę się sama i płaczę. Płaczę być może oczyszczająco. Może oczyszczająco, a może w wielkiej samotności, samotności pod sercem, tej, która rozrywa podczas takich poranków na strzępy.
Ze wszystkim co zbliża czuję się samotna, bo ubzdurałam sobie, że to ja mam być lekarstwem nieraz na samotność. Lekarstwa, symbole. Te czeka najgorszy los. Poranek o tym przypomina, poranek tym przytłacza. Płaczę więc sobie spokojnie, cicho, chodząc w te i z powrotem.
Od tygodnia mam cholerną ochotę na papierosa. Zapaliłabym i teraz, płacząc. Przecież to dym koił, dym koił rok temu, choć pozornie, choć bolało gardło i szczypały oczy. To dym pomagał między kolejnymi telefonami do obcych wtedy ludzi i zapobiegł każdej łzie. Wtedy nie płakałam.
Teraz jestem beksą, tego poranka, tego świtu, gdy nie mogę dospać do wschodu słońca.

To nic, że zasnęłam późno, pora wstać, snuć się po mieszkaniu i połykać łzy. To nic, że miałam się wyspać, przecież ja ostatnio prawie nie śpię. Nie mogę, nie mogę, budzę się o 2 nad ranem i do 5 już nie zasypiam. Gonią mnie zeszłoroczne sny, gonią mnie wspomnienia.

Mam dosyć wspomnień, że ktoś mnie goni, że brak mi tchu.

Gonią mnie, choć na co dzień o nich nie mówię. Nie myślę. Chodzę do pracy, która daje mi szczęście. Która mnie pochłania. Chodzę do pracy w której odczuwam całkiem inną śmierć, w której nie mam czasu na biadolenie, na marudzenie. W której nie mam czasu na łzy. W której łzy nie pasują mi, młodej, uśmiechniętej, tej, która ma wspierać i pomagać. Uciekam więc do pracy, a po niej robię to samo. Odpisuję na smsy mówiąc, że z listopada nie wolno czynić hasła ani podłej metafory. Gotuję obiady, bo tak wyrażam miłość. Pocieszam, mówię wiele, czasem za dużo, zadaję za dużo pytań. Denerwuję aż swoją przesadną troską.
Troska pozwala zapomnieć o własnym strachu. Troska pozwala zapomnieć o tym, co będzie. O tym, że w każdym miejscu do którego się nie udam, będą dudnić zeszłoroczne kroki. W każdej uliczce, w każdej nadchodzącej śmierci w listopadzie będę widzieć znak, będę widzieć własne wspomnienia, o których wolę nie mówić, którymi wolę się nie dzielić. Bo każdy ma swoje i z nimi musi sobie poradzić...
A ja jestem tylko naczyniem. Tylko naczyniem, pomocnym rękawem na otarcie. Nie umiem być niczym innym. Nie umiem płakać w cudze rękawy. Nie umiem, zachowuję wszystko najważniejsze dla siebie. Tylko niektóre drobiazgi, które mogą mieć znaczenie i dla innych, drobiazgi mówiące o znaczących tytułach książek czy zbieraniu kasztanów, Tylko tyle, a może aż tyle, wypuszczam z siebie, wypuszczam jak parę z ust w mroźny październikowy poranek.
Para z ust mówiąca o zmrożonym sercu.
Nie płaczę, nie spędzam zapłakanych wieczór. Ktoś mógłby pomyśleć, że tak naprawdę nic mnie nie obchodzi. Że ze wszystkim sobie doskonale radzę, bo to nie pierwsza śmierć, bo jestem gruboskórna, bo ja przecież jestem silna i nie potrzebuję wsparcia na cudzym ramieniu. Bo wierzę nieprzerwanie w swoją mantrę, bo wiem, że jest dobrze.

Nie rozmawiam z nikim, z nikim się nie dzielę.

Mimo to boję się. Boję się, odczułam to w środku trzewi, które nad ranem skręcały się boleśnie. Odczułam to mdłościami wymiotującego serca. Bulimiczne serce. Cóż.
Lawiruję między swoją wiarą a rozpaczą. Lawiruję między cudzymi łzami a swoimi uśmiechami, tym brokatem na twarzy, żeby i oni uwierzyli, że wcale nie musi być źle, że wszystko ma swoje powody, przyczyny i powody. Lawiruję i chcę wpoić w nich swoją wiarę która się spala, chcę by uwierzyli, bo może mi będzie lżej, mi będzie łatwiej.
Zapominam, że to wcale tak nie działa. Gubię się w naiwności.
W nocy nie mogę spać. W dzień uciekam w pustki bez myślenia. W zmęczenie ciała.

Boję się, kochając szare dni i deszcze, kochając szum wiatru samobójców. Kochając ludzi we wspomnieniach, kochając tych tu i teraz mimo wszystko się boję, bo w nocy zobaczyłam to, jak się sypię, choć tak bardzo chciałam temu zaprzeczyć. Widzę trzęsące się dłonie, widzę widmo łez jak listopadowych deszczów, widzę czas, który pędzi, nie dając szans na żadne odkupienie. Boję się, bo widzę, że pękam jak przesuszona skorupa, za mała skóra węża, na mojej twarzy pojawiają się rysy. Co będzie, gdy i oni je zobaczą? Czy stanie się to jeszcze bardziej prawdziwe?
Zresztą, kto chce i tak wie. Kwestia, co chce zobaczyć, o czym mówić. Czasem mój strach to powszechnie znana prawda, o której nikt nie mówi. Mój smutek bywa plemiennym tabu wśród prawie-wszystkich najbliższych serc.

A ja się boję.
Boję się nadchodzących dni, pocieszania, znajdowania mądrych słów, powstrzymywanych łez, bo ja nie płaczę, do mnie można się przytulić i już, wszystko jest dobrze, już, już. Przy mnie płaczą umierający ludzie a ja szepczę im pocieszające słowa.

Boję się tego całego nawału listopadowych wspomnień w każdym miejscu, w jakim postawię swoje stopy. Boję się. Na każdym blogu tytuł wspomnieniowy, tytuł mówiący o żalu. Znajdowanie kolejnych niby-mądrych słów. Każdy telefon kończący się rozmową mówiącą o jego uśmiechu. Konieczność spełnienia obietnic pójścia w miejsca, zobaczenia grobów, które tak bolą.
Boję się, listopad z którego ja, sama ja nie chciałam robić symbolu, ale gdzie się nie obrócę, zobaczę w cudzych oczach, w ich odbiciu własne wspomnienia, cudzy ból. Pewnie sama będę nieraz jak wielki wyrzut sumienia, jak rażące jaskrawością przypomnienie, że on nie żyje, a zostałam ja.
Boję się, że nie mam na to siły. Bo kruszeję, jak mięso w piwnicy na zimę, mówiąc za tym, który odszedł.

Kim w tym wszystkim jestem? Jak wielką słabością?

Zawinięty w środek z cieniem wokół powiek strach rozpycha zaciśnięte dłonie.

Starałam się wierzyć, że przetrwam w swojej sile, w cieple, w niespożytej energii, która kocha życie. Nadal wierzę, tylko się boję. Tylko pękam, nie jestem przecież skałą. Ale jak mówił ten, którego łzy dopadły mnie w nocy, nie mam siły skały. Nie wiadomo z jakiej gliny jestem ulepiona. Nie miało to znaczenia, ale być może, muszę to zrozumieć. Być może, by przetrwać. A może w tym wszystkim jak zwykle wcale nie chodzi o mnie. Przerost ego, mania wielkości. Jak zawsze.

Staram się wierzyć, staram się sprawić, że wszystko przetrwa, ze budowla jednego, drugiego, trzeciego domu nie legnie w gruzach. Biegam od serca do serca, skaczę po kałużach cudzych łez, robiąc z siebie błazna. Staram się, ale brakuje mi sił. Nie sypiam nocami. Brzuch skręca mi się ze strachu, jak rok temu. Głowa boli, bolą napięte mięśnie. Zaczynam znów, po raz kolejny zdawać sobie sprawę, jak bardzo jestem naiwna.
Zaczyna chwiać się moja wiara, że uratuję ten listopad dla tych, których kocham. Zaczynam tracić wiarę, że uratuję ten listopad dla siebie. Bo jest za dużo myśli, za dużo wspomnień w mojej głowie.
W domu mojego serca też gości ból, mimo uśmiechu na twarzy.

Mam dosyć wspomnień, z trudem ogarniam własny dom.

W moim sercu też gości wielki ból i przebija się przez wszystkie skorupy. Widzę go wo odbiciu w lustrze, widzę gdy do oczu podchodzą łzy. Kimś innym byłam przed rokiem. Widzę, jak bardzo się zmieniłam, jak zmiękłam. Jak się postarzałam. To wszystko też przyprawia mnie o łzy. Kim byłam, kim się stałam. Jakie są moje emocje? Jak się zmienił mój ból?
Mógłbyś poznać mnie inną.

Mógłbyś zapamiętać mnie innego.

Szarość za oknem nie przytłacza. To nie jej wina. To piękna pora zamierania.
To wszystko, wszystko gra we mnie. Bezsenne noce, ciężkie sny, szepty i przewidzenia. Rozgrzewane o poranku mięśnie, gdy w panice ucieka się przed wspomnieniami, przed zjawami, by żyć, tak bardzo, znów żyć.
Ale może nie można z tym walczyć. Trzeba dopuścić do siebie wszystkie złe i niedobre, cały ból. Trzeba dopuścić do siebie śmierć, po raz kolejny. Pogrzebać kości tych których kochaliśmy, pogrzebać to, co umarło w nas i postarzyło o kolejne tysiące lat w tych krótkich monetach łez.
Może trzeba pozwolić sobie kolejny raz umrzeć, kolejnej cząstce serca. Życie to stałe cykle narodzin i umierania. Także w nas.

Podobno gdy umierasz lecisz sobie, lecisz.

Może nie można wcale walczyć z tym, co tak boli. Szarpać się jak ryba wyciągnięta z wody. Ból nie lubi rywali. Ból wymaga, by go czuć. Czuć nawet, gdy przed każdym innym udajesz, że jest w porządku i przez to, że oni udają, że ci wierzą, sama zaczynasz w to wierzyć. Nie możesz udawać przed sobą. Nie możesz udawać, że twój dom się nie wali, że łzy nie chcą płynąć po twarzy.
Może po to są takie poranki, tak rozpaczliwie szare, tak rozpaczliwie samotne. Poranki, podczas których z nikim nie porozmawiasz, nie podzielisz się, bo ty jako jedna z niewielu nosisz swój ból, rozpacz dumnie samodzielnie. Choć to nieraz tak bardzo chore.
Może nie trzeba z tym walczyć, lawirować i odwiedzić pewne miejsca, choć aż rzygać ci się chce z nerwów na samą myśl, na samą myśl w falach szarości.
Najpierw oni, potem ty. Jego noc, może jej dzień, może kolejni. Kolejne znajdowane słowa albo milczenie, gdy tyle chciałoby się powiedzieć.

Nie uniknę tego, co ma przyjść, nie uniknę tego, co było, bo wszystko już się stało, wszystko pogrzebane w ziemi, ziemi, która zamiera wraz z wadliwymi sercami. Nie porozmawiam z nikim pewnie, z nikim się nie podzielę. Nie uniknę tego, czas wcale się nie cofnie, czas nie spowolni, myśli przestaną być posłuszne i zaczną skręcać tylko w jednym kierunku.

Nie wytrzymuję tempa, wszystko kurwa skręca
Straszna chała w głowie
Więdną nasze lilie, więdną gdy odchodzisz.

Najpierw być może oni, potem ty, choć w tym samym momencie wszystkich uderzy pewnie tak samo. Znów zatrzymane serca, znów łzy cisnące się do oczu. Znów nie będę płakać, będę wtedy w pracy, myślę z ulgą. Potrzymam inną suchą, zimną dłoń, popatrzę w oczy i nie zobaczę tych odbić, myślę z ulgą, gdy wszystko przyspiesza do tego jednego momentu.

Nie uniknę tego, co ma przyjść. Ale nie chcę uczynić z tego symbolu. Nadal się szarpię, choć dzisiaj stałam się beksą, choć dzisiaj znów pociekły łzy. Nie wolno walczyć z bólem, ale nie można się do niego przywiązać.
W końcu wyrzuca się zwiędnięte kwiaty. Jesienią sadzi się nowe cebulki tulipanów, które zakwitną na wiosnę. Pogrzebowe lilie trafiają do kosza, ściągane z symbolicznych grobów, na które nie chcesz skierować swojego wzroku.

Nie uniknę tego, łez, szarpania, nie uniknę cudzych łez i własnych brokatów uśmiechu na twarzy, wiary na pocieszenie. Nie ucieknę, wszystko coraz bardziej się zbliża, nie uniknę tego. Straszących tytułów na blogach, wpisów na fejsie, spacerów w deszczu tam, gdzie spacerowało się rok temu. Nie uniknę, więc wyjdę temu naprzeciw. Ból wymaga, by go czuć, nie można z nim walczyć. A jesień i zamieranie też są piękne.

Czekam więc tylko na Smahain, kiedy to znowu pojadę w tamto nasze miejsce, choć i to przyprawia mnie o mdłości, myśl o tym powoduje nieprzyjemne dreszcze. Ale pojadę tam sama, ze swoim bólem, swoimi łzami, złożę je w ziemi, złożę jako ofiarę. Złożę swoje by przyjmować cudze. Oczyszczę swoją krew by być filtrem dla innej być może, bo może to moje przeznaczenie w tym wszystkim. Oczyszczę krew, żeby uśmiech był znów prawdziwy, nie jak ten, który przyoblekę dzisiaj. Jak ten z wczoraj, kiedy to jeszcze umiałam się śmiać.

Dzisiaj to tylko pewnie preludium prawdziwych łez. Preludium prawdziwego strachu, prawdziwego bólu.
Choć, ten największy w życiu ból do tej pory jest już przecież za mną. Ten jest jak echo, ale...czy można to porównać? Gdy człowieka boli, to po prostu boli. A ten musi to przetrwać. Jak wszystkie kolejne końce świata, tragedie, pożary i zgliszcza w sercach. Jedyny logiczny wybór, wybór uśmiechu, ciepła i miłości. Kwitnących na wiosnę tulipanów. Miłości do listopadowej mgły.

Kolejny wybór życia w życiu. Ten, który jest najważniejszy. 



Aż dziwnie, w szarości poranka pokazało się słońce. 
Tak łatwo o nim zapomnieć...a ono przecież jest zawsze, zawsze, zawsze. 

piątek, 16 października 2015

O miłości w Domu Opieki opowieści kilka, czyli o tym, że każdy z nas ma prawo iść w świat i chędożyć

Kolejne trzy dni w pracy upłynęły w zadziwiająco luźnej atmosferze. Mimo, iż jedna z moich podopiecznych trafiła do szpitala, bo jej akcja głodowa odniosła porażające skutki, mimo że w Domu zaczęła panować istne epidemia biegunek i wymiotów ( kochane jesienne wirusówki!) wcale nie odczuwałam ponurej jesiennej atmosfery. Wręcz przeciwnie, idąc do pracy i znów, cholernie się męcząc, jednocześnie świetnie się bawiłam. Może dlatego, że tak tą pracę lubię? Może sprawił to przystojny rehabilitant, który stale siedział w naszym pokoju socjalnym i zajadał się czym popadnie, winogronami z ogródka pani Ani czy też pysznym drożdżowym ciastem od pani Joli. Może to jego rozluźnianie atmosfery i niewybredne żarty o pójściu razem pod prysznic i wszystkich pozycjach z Kamasutry, o spuszczaniu z worka ( moczu, nie myślcie sobie...jak my).

Może to jego żarty, a może zniknęła atmosfera poprzedzająca śmierć. Może w końcu w pełni oddech złapała atmosfera po prostu życia. Bo w domu, gdzie się cierpi, gdzie wielu umiera jest też stale, nieodzownie i przede wszystkim życie. Życie, które toczy się każdego dnia, życie, w które i ja się coraz bardziej wgryzam. Przypomniałam sobie bowiem stare prawy i stare zasady. Tam, gdzie śmierć i cierpienie życie pulsuje ze zdwojoną siłą. Zawsze w takich miejscach jak szpitale czy domy opieki, hospicja i nie tylko, słyszałam najbardziej niewybredne i sprośne żarty. Jak gdyby ludzie odreagowywali, w czarnym, nieraz najczarniejszym humorze znajdowali sposób, by nie pogrążyć się w całkiem innej ciemności. To w szpitalach i innych „umieralniach” słyszałam najbardziej prawdziwy śmiech, to wśród kobiet umierających już na raka piersi widziałam największą dbałość o swój wygląd...i seksualność. Tam, gdzie czai się śmierć buzuje życie, o czym pisałam już poprzednio. Śmierć, choroba, starość to tylko części całego życia, wielkiej wspaniałej całości, w której jest też miłość, pożądanie, radość z wielu drobiazgów jak i zamartwianie się nimi.
Tam gdzie jest śmierć i choroba, są po prostu i inne aspekty życia. Czasem trochę przejaskrawione, niewybredne z powodu bliskości fizjologii...ale także, jak najbardziej ludzkie.

I nie widać tego tylko po nas, opiekunach, rehabilitantach czy pielęgniarkach. Widać to przede wszystkim po naszych mieszkańcach. Jak to?
W tym tygodniu poznałam niesamowite opowieści od pani Hani i pani Ewy, dwóch najdłużej pracujących opiekunek. Opowieści zabawne, przerażające, trochę może dla niektórych niesmaczne. Opowieści przede wszystkim o miłości i o pożądaniu. Właśnie tych dwóch, choć, wielu zdaje się, że w tym miejscu się tylko umiera...nic bardziej mylnego, co powtarzam do znudzenia. Gdy z Młodszym Rehabilitantem śmialiśmy się w poniedziałek z tego, jak jeden mieszkaniec kablował na drugiego, że ten, mówiąc oględnie „wali sobie w pokoju” pani Hania zaczęła swoje wspominki.
-Wy, młodzi, myślicie, że tylko takie rzeczy tu się zdarzają? Jak wy mało wiecie o tym co się tu kiedyś wyrabiało, co nadal się kiedyś wyrabia!- zaparzyła sobie kawę i zaczęła opowiadać. Zaczęła wspominać a my, ci młodzi, stażem w pracy jak i wiekiem, zamieniliśmy się w słuch, który przerywany był tylko spazmami śmiechu.

Pani Hania opowiadała, jak parę lat temu jeden z mieszkańców znany był z tego, że co tydzień zapraszał do siebie po prostu...prostytutkę, z którą bardzo dobrze się znał. Odkładał dokładnie ze swojej emerytury na jeden dzień przyjemności, zawsze przed jej wizytą sam zmieniał pościel, sprzątał swój pokój, mimo że w Domu pracują przecież i pokojowi. Dorośli ludzie, układ dla obu idealny i chyba nawet dla obu przyjemnym,, jak twierdziły opiekunki i pielęgniarki w tamtym czasie. Stał dochód dla pani, stała przyjemność dla Pana, raz w tygodniu zaznawał cielesnej przyjemności i może jakiejś bliskości. Traf chciał, iż był bardzo eleganckim i przystojnym mężczyzną, w którym zakochała się inna z pensjonariuszek. Istna dama, która ą i ę mówiła aż nazbyt wyraźnie. Owa Dama nie dawała mu spokoju, nie rozumiała, że żaden romans nie wchodził w grę. Pan nie chciał się wiązać, był starym kawalerem i wolał chyba po prostu pewne układy, niż zobowiązania, miłostki. Albo nie czuł do Damy pociągu. Tyle wystarczy przecież. Jednak ona nie potrafiła tego zrozumieć. W końcu Pn dotarł na skraj.
Wiedział, kiedy Dama udaje się pod prysznic, codziennie o 20, w to samo miejsce stały rytuał. Niespodziewanie, pewnego tygodnia Prostytutka zjawiła się o późniejszej niż zwykle godzinie. Zdziwiło to trochę portiera, zdziwiło opiekunki, ale ich sprawa, są dorośli. Nie wtrącali się...póki Domu nie rozdarł wrzask Damy. Pani Hania pobiegła od razu tam, skąd krzyki dochodziły i...zastała przedziwną scenę. Otóż przed łazienką stała Dama, oniemiała już i mdlejąca wręcz. Pani Hania zajrzała do łazienki. W niej stał...stał, złe określenie. W niej przebywał Pan z Prostytutką i robili swoje, ona z nogą opartą na wannie, on dzielnie i nieprzerwanie poruszający biodrami.
Można rzec, że wyraźnie dał do zrozumienia Damie, że nie chce się spotykać, prawda?

W tych łazienkach jednak, kontynuowała pani Hania, nie takie rzeczy się działy. Te łazienki widziały niejeden romans, choćby pewnej pary o której mówiłoby się „niemożliwe!”. A jednak. Ona miała wylew lewostronny, on prawostronny z kolei paraliż. A zadziwiliby niejedną parę dwudziestolatków, mówiła, choć sami mieli powyżej 70 lat. W jaki sposób dobierali pozycje? Nie wie nikt, bo jednak nikt im nie patrzył na „układy taneczne”, jednak odgłosy płynące z łazienki a potem z ich wspólnego pokoju nie pozostawiały wątpliwości- niejeden z nas mógłby tej parze życia seksualnego pozazdrościć. Jeśli ktoś jednak poddawał to w prawdziwość, sprawność owej pary w łóżku, pewna rozmowa z pielęgniarką już zmywała całą niewiarę. Pewnego dnia pan z prawostronnym paraliżem zapytał się pielęgniarki, czy możliwe byłoby przepisanie mu viagry, żeby mógł dłużej i częściej niż raz- dwa razy dziennie, żeby jego ukochana była zadowolona...cóż. Niejedna para by zazdrościła, doprawdy.

Inna para, wbiła się w opowieści pani Ewa, była jeszcze bardziej romantyczna. A może, to ja tak sobie pomyślałam, najwyższy dowód miłości i oddania, najwyższy romantyzm to...uznanie w pełni czyjejś fizjologii. Tej brudnej i pozornie obrzydliwej strony naszego ciała, pozornie, bo seks przecież też jest fizjologią, mieszają się płyny...ale3 wróćmy do opowieści. Pani Ewa z kolei opowiedziała nam tego dnia o innej parze. Ona była „Szlachcianką”, on kolejnym jej kochankiem. Kiedyś sprzedała willę na Sołaczu ( bogata dzielnica Poznania, gdyby ktoś nie wiedział), rozdała wręcz złota i srebra rodzinne, podróżowała, aż trafiła do naszego Domu, nie zostawiając nic marnotrawnemu synowi. On był lekarzem i starał się o jej względy. Wreszcie zapłonęli wielkim pożądaniem....och, gdzie oni tego nie robili, doprawdy! W łazienkach, w pokojach, raz ponoć zobaczył ich portier w ogródku...
Wiadomo jednak, nie byli najmłodsi. Fizjologia i wiek ma swoje prawa. Pożądali jednak i się kochali. Nieraz jednak, starszej Szlachciance zdarzało się, że podczas seksualnych akrobacji po prostu...popuściły jej zwieracze. Wtedy to jej kochanek z oddaniem mył ją ( i zapewne siebie, bo wątpię, żeby go swoją kupą nie ubrudziła trochę), sprzątał zabrudzoną podłogę i szybko szedł do dyżurki po świeżego pampersa. Z troską odprowadzał do pokoju i dbał o nią, starszą trochę, aż do jej śmierci. Ponoć nieraz się oświadczał, ale ona nie chciała już nigdy wychodzić za mąż. Wielu ludzie w tym wieku nie chce wychodzić zresztą za mąż, mówiła pani Ewa. Wielu chce czuć wolność i..przeżywa drugą młodość. Ale i ślub ponoć parę lat temu w Domu się zdarzył.

Z radością słuchałam tych wszystkich historii, tych i wielu więcej, mówiących o soczystym klepaniu po pośladkach, zamawianych prostytutkach i akrobacjach w łazienkach. Mówiących o piwku w salonie i włączonych filmach porno, historii śmiesznych, nieraz trochę niesmacznych tą zdrową jednak fizjologią, historii życiowych. Słuchałam i myślałam, że muszę się nimi podzielić. Muszę...bo to też kolejna rzecz, o której się nie mówi.

W naszym świecie wszędzie obecny jest seks. To bodziec, na który reagujemy wszyscy, jak bardzo byśmy się od tego nie odżegnywali. Seks hetero, homo, seks tantryczny, seks przypadkowy, seks przed i po ślubie...Wszyscy reagujemy na seks, dobrze, ok, może istnieją osobniki całkiem aseksualne które gdzie indziej przekierowują swoją fizjologię, ośrodki przyjemności. Nie mówię że nie. Ale seks jest obecny w naszym życiu, w reklamach, telewizji, muzyce. Wszędzie. Jest siłą napędową, zresztą, Freud przecież pisał o Tanatosie i Erosie, śmierć i pożądanie, dwie siły napędowe świata. To wręcz oczywiste, śmierć i seks są nam przyrodzone, być może oba te pierwiastki tworzą właśnie całą machinę, wprawiają wszystko w ruch.
Seks jest wszędzie obecny, jest wyrazem bliskości albo po prostu fizjologii, pożądanie jest jednym z obliczy miłości, tak samo jak czułość, w seksie miesza się wszystko naraz, można odczuwać bliskość, czułość, zaspokajać najbardziej dzikie żądze. Seks jest przyrodzony nam wszystkim, niezależnie od wieku, sprawności, płci, rasy...a my traktujemy go w naszym świecie cholernie wybiórczo. Jak wiele innych rzeczy. Jednak zdaje mi się, że wybiórcze traktowanie seksu i samej miłości jest tym, co bywa najboleśniejsze.

Słuchałam historii opowiadanych przez panią Ewę i przez panią Hanię z pewną fascynacją i myślałam sobie przy okazji o tym, jak wiele osób zdaje sobie sprawę, że w tym wieku można nadal kochać jak nastolatkowie, jak wiele osób zdaje sobie sprawę, że osoba ze sparaliżowaną połową ciała uprawia nadal seks i tak, cholera, chce to robić i ma do tego prawo?

W naszym świecie cholernie manipulujemy seksem i uczuciami, żonglujemy uczuciami jako środkiem do celu. W naszym świecie seks to nadal tabu w pewnych kwestiach. Nikt nie mówi o seksie starszych osób, wręcz wielu uważa to za coś...obrzydliwego, jak kiedyś się zorientowałam. Zwłaszcza, jeśli to nie małżeństwo, tylko para połączona przez chuć, spotykająca się też w formie układu, jakby oni nie mieli prawa pożądać. W naszym świecie seks to tabu i jakby był zarezerwowany tylko dla młodych i sprawnych. Jak napisała mi Redcar w smsie, gdy zachwycona opisałam jej w skrócie to, co opowiem w domu i swoje skrócone refleksje: „o tym się nie mówi, bo starzy ludzie nie mają jędrnych ciał i wybielonych odbytów”. Bogowie, jakie dosadne. Bogowie, jakie prawdziwe! Całość w sumie podsumowana jednym zdaniem.

Mam wrażenie, że w tej dziedzinie życia, sferze seksu i miłości z seksem związanej chcemy widzieć często, jako społeczeństwo, cholernie wybiórczo. Często mam wrażenie, że przyznajemy prawo do seksu, a zarazem do miłości nieraz tylko młodym, mającym jędrne ciała, mającym w sobie widoczną witalność, której trudno doszukać się w sękatych dłoniach czy pobrużdżonych zmarszczkami twarzach. W większości filmów, książek nawet to młodzi kochają, to oni mają porywy serca. Młodzi i sprawni. Ci, których fizjologia nie osiągnęła jeszcze etapu nietrzymania moczu, ci, którzy mogą wbiegać na same szczyty. Rzadko kiedy mówimy o miłości osób starszych, a jeśli mówimy, robimy to lekceważąco.
To jemu jeszcze staje?
W tym wieku takie rzeczy im w głowie? Za starzy są!
To obrzydliwe, bleh, wyobraź sobie te staruchy, jak obracają się w wyrze!
Nierzadko słyszałam takie teksty. Ano tak. Staje mu, nierzadko przy pewnej pomocy zapewne i owszem, takie rzeczy im w głowie. Tak jak każdemu z nas. Każdy chce kochać i każdy ma też prawo do seksu. Bo mam wrażenie, w naszym świecie odbieramy jakoś nieraz, jako społeczeństwo, niezbywalne prawo do romansu, ekscytacji i pożądania nie tylko starszym osobom. Odbieramy je też każdemu, kto nie wpasuje się w kanon. Ze strachem mówimy wręcz o miłości niepełnosprawnych, chorych czy nie pasujących nawet do kanonu urody. Miłości otyłych ( czy otyłość to w końcu choroba czy nie?) albo nawet tych z krzywymi zębami.

To oni to robią? Starzy albo niepełnosprawni, oni to robią?!
Ano robią i to jeszcze jak! Robią nieraz po królewsku i po mistrzowsku!
Robią i to jeszcze jak i powiem szczerze, przyznam się publicznie- sama mogę to potwierdzić. Sama nie jestem w kanonie, bo mam jednak nadwagę, nie wyglądam jak z okładki Cosmopolitana a rżnę się aż wióry z łóżka lecą. Ale nie o mnie tu chodzi, na mnie można przymknąć oko, bo sama podcieram sobie tyłek albo po prostu mam sprawne nogi. Ale i sama wiem, jak uprawia się seks z facetem na wózku. W swojej erotycznej biografii, dość obfitej czego nie ukrywam zresztą, mam i epizod ze sparaliżowanym panem, młodym facetem, którego poznałam w barze i który...wyrywał wszystko na prawo i lewo, co się dało. Istny amant, choć wielu pewnie nie potrafi zrozumieć takiego prostego faktu. Fakt faktem, inny, był cholernie przystojny.

Nie będę wdawać się w techniczne szczegóły, jak nasza przygoda wyglądała,bo to była przygoda dla nas obu a nie żadne miłostki, gdy jeszcze dziewczęciem byłam i w miłość nie wierzyłam, ale seks był wyjątkowo udany. Może dlatego, że ów pan nie miał żadnych barier, jeśli idzie o mówienie o własnym ciele i instruowanie mnie, co powinnam zrobić, a i ja byłam otwarta na wszelkie nowości. Może dlatego, że oboje byliśmy właśnie otwarci i nie dawaliśmy się żadnym kanonom. Mieliśmy otwarte umysły i nie zadawaliśmy głupich pytań nie oczekując odpowiedzi. Bo może na tym to polega.

Bo może właśnie, seks zaczyna się w głowie, tak jak miłość zaczyna się w sercu. I to od tego wszystko zależy. Wszyscy chcemy kochać i mamy ciała, które płoną z pożądania. Wszyscy, niezależnie od wieku. I wszyscy możemy to robić, tylko nieraz trzeba otworzyć szerzej oczy, wcale nie ze zdziwienia- a otworzyć je na zrozumienie. Seks i miłość, seks jako część miłości czy seks jako zabawa, miłość i bliskość jako część seksu- wszystkie te rzeczy są wspaniałe. I nie powinno w nich być żadnych barier. Wszelkie bariery, tak samo jak i sam seks, zaczynają się w głowie.

Ciała można opanować. Można zmyć z podłogi ślady fizjologii, można wymyślić we dwoje taką pozycję, żeby i z paraliżem świetnie się kochało. Można kombinować, wymyślać, zadawać pytania, które naprawdę oczekują odpowiedzi. Wszystkie reguły w tej grze są dozwolone, wszystkie chwyty i każdy dotyk, byle tylko sprawiał przyjemność i prowadził do wspólnego spełnienia. Wszystkie chwyty w układach czy prawdziwej miłości, póki jesteśmy świadomi siebie i podejmujemy dojrzałe decyzje. Ciała można opanować, nawet jeśli nie są jędrne, nawet jeśli ich zdjęcia nie nadawałyby się do reklam bielizny w wielkich magazynach. To nic. Czasem mam wrażenie, że te ciała są piękniejsze. Bo są prawdziwe i namacalne, bo są ludzkie. Tak samo, jak ludzka jest miłość, ludzkie jest pożądanie, ludzka jest pogoń za tym, co w życiu smakuje najlepiej, w przeróżnych formach, na które nie każdy znad by wpadł.

Czasem starczy po prostu ciało, które reaguje na dotyk i którym można działać na różne sposoby, ciało i umysł na tyle otwarty, by w każdym z nas widzieć pole pełne możliwości, nawet jeśli uśmiech jest bezzębny, a nie jak z reklamy pasty do zębów, która zapewnia o doskonałości oralnej przyjemności.

W obliczu tego wszystkiego, co jest częścią życia, w obliczu upływającego czasu i starości, chorób i naszych niesprawności, w obliczu nieraz cierpienia i wszelkich radości mam jedno przesłanie : idźmy i chędożmy wszyscy, idźmy i kochajmy też nieraz przy tym, bo to w życiu bywa najpiękniejsze.
Idźmy i chędożmy wszyscy, bo to prawo nam przywodzone które nie ma barier, jeśli to decyzja dwóch świadomych osób i obie mają przyjemność z tego, co będzie się działo na łóżku, w windzie, na stole, w łazience...

Smakujmy życie w każdej pozycji , na jeźdźca jak da radę i po misjonarsku, smakujmy soków życia a tak naprawdę fizjologicznych płynów naszych partnerów, smakujmy śmiechu z kolejnego zboczonego skojarzenia, które być może kiedyś przyda się w sypialni.
I nie stawiajmy ani sobie, ani nikomu innemu żadnych barier, bo nie wypada, bo coś nie wpisuje się w kanon. Nie stawiajmy barier we własnej głowie, myśląc, że jakikolwiek seks czy uczucie jest takim, jakie nie wypada. Bo za duża różnica wieku, bo niesprawna noga, bo w tym wieku już nie wypada i wagina nie wygląda jak z najnowszego pornola z Sashą Grey.

Nie stawiajmy barier, jeśli ktoś ma mieć radochę albo chce wyrażać wspaniałe uczucie głębokiej miłości przez łóżko również, nie mówmy że coś jest niemożliwe, bo coś w ciele szwankuje, jeśli ktoś po prostu świadomie chce tego, bo ma prawo chcieć, ma prawo kochać, pożądać, rżnąć i pieprzyć albo rozdawać czułości. Pomarszczonym palcem w miej różowej waginie, wspaniałym fallusem między młodymi piersiami, niemłodym już penisem w niewybielonym odbycie.


Idźmy i chędożmy, bo to przyspiesza nasze tętno na tyle, że można naprawdę poczuć życie. Albo po prostu, chędożmy słuchając nawet naszego instynktu, bez wielkiej filozofii, żeby mieć zajebisty orgazm. I tak warto. I to jeszcze jak!



Nie będę żałował
Więc zapamiętuję słowa z pornograficznych filmów
To jedyna rzecz, w którą chcę wierzyć
Zapamiętuję słowa z pornograficznych filmów
To nowa religia dla mnie
(...)
Jesteś kościołem i ja jestem wieżą kościelną

Gdy się pieprzymy, wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi. 

niedziela, 11 października 2015

O oczach które widzą rzeczy już nie z tego świata, o czarnym kocie i życiu w przeczuciu śmierci słów kilka

Pierwszy tydzień pracy minął jak mgnienie oka. Cztery dyżury po 12 godzin. Setki przewiniętych pieluch, kilkadziesiąt nakarmionych ust. Kilka obelg i wiele miłych słów. Jedna śmierć. Od samego początku, jedna śmierć. Śmierć, która zawsze wita mnie na początku. Jakby zapowiadając inny koniec. Ale przecież, też w naszym życiu, gdy tylko wydamy pierwszy krzyk, a może i wcześniej, gdy dwie komórki łączą się w niepodległą nikomu całość, wtedy i nas wita śmierć, choć tak często chcemy o tym zapomnieć.
Każdy ma swoją śmierć. Każdy, zrodzoną z jego stworzeniem.
Każdy początek ma swój koniec, a może i każdy początek jest końcem. Jedno nie zaprzecza drugiemu, tylko uzupełnia. Coś, co trudno nam przyjąć za pewność. Coś, co trudno nam nawet przyjść wprost i akceptować. Dlaczego? Nadal nie wiem.

Zaczęłam więc pracę w poniedziałek. Ogromnie zestresowana udałam się na oddział, zaczęłam się uczyć. Tak, uczyć, bo w tym miejscu trzeba się wiele nauczyć- przede wszystkim ludzi. Kto bije i kto pluje, kto bywa agresywny, a kto płacze po każdym miłym słowie, bo pod koniec swojego życia uważa je za niemożliwe. Trzeba się nauczyć kto może jeść zwykły chleb, a kto musi mieć wszystko pokrojone w kosteczkę. Kogo trzeba karmić, na czyje rany i odleżyny uważać, komu zawiązywać koszulę, bo gdy się tego nie zrobi lubi się umazać własnymi odchodami. Ponad 50 ludzi do zapamiętania, ponad 50, każdy potrzebuje czegoś ode mnie, każdy ma inne oczy. Zapoznanie się z rytuałem, przyzwyczajeniami. Zapoznanie się z ludźmi, którzy razem ze mną mają pomagać.
Wydawało mi się to aż za dużo, nadal trochę wydaje. Ale po tygodniu pamiętam już niektóre imiona. Wiem, komu trzeba zmieniać opatrunki a komu zakraplać oczy. Dla kogo ukraść trochę więcej balsamu po kąpieli, bo ma naprawdę za suchą skórę. Wszytko po kolei, wszystko płynnie, wraz z innymi ludźmi, kobietami, w większości miłymi, z niektórymi irytującymi już na wejściu. Wszystko po kolei.

Zaczęłam wchodzić w swoją nową rzeczywistość, wchodzić ze stresem ale i uśmiechem. I gdy już pierwszego dnia wiedziałam, że to to, coś, czego nie potrafiłam opowiedzieć po powrocie do domu, ani Mężowi, ani Red. Coś, czego przez dwa pierwsze dni nie potrafiłam ogarnąć w samej sobie, póki przez następne dwa dni wolne od dyżurów wszystko nie zaczęło się we mnie układać.

Nowa rzeczywistość, ciężkiej pracy, ciężkiej, bo chociaż mam może jeden dzień więcej wolny w tygodniu, to czasem po 12 godzinach przekładania ludzi na bok, żeby nie mieli odleżyn, podpierania w łazience podczas kąpieli, moje ciało ma dość. Mój kręgosłup woła o zmiłowanie, które przynoszą wieczorem ręce męża masażem.
Może nie przywykłam do ciężkiej pracy, a raczej, zapomniałam o niej. Zapomniałam przez parę miesięcy o zmęczeniu ciała. Zmęczeniu ciała, które choć bolesne, jest jednak jakoś słodkie. Mimo wszystko jest słodkie, bo wiem, że to ciało nie męczy się po nic. Jak dobrze jest słyszeć zdziwienie pani A., „taka wysoka i silna dziewczyna, dziewczyno, jak dobrze że ty mi pomagasz, nie boję się, że się przewrócę!”. Moje ręce przypominają sobie, że potrafią być silne, silniejsze, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Już po paru dniach, czując zmęczenie mięśni, mięśni pleców, nóg, pośladków wiem, że moje ciało znowu się zmieni. Stanie się bardziej sprężyste a nie miękkie. Znów i ciało stanie się silne. Widzę to, czuję w sobie. Czuję w swoich dłoniach, gdy chwytają mnie te zimne i wysuszone, dłonie moich Ptaszyn. Moje ciepłe niedźwiedzie łapy i ich zimne ptasie łapki. Paradoksalnie, mogą idealnie współpracować.

Czuję dzisiaj zmęczenie, w kolejny wolny dzień po dwóch dyżurach. Kolejny wolny, jeden, by znów pędzić na dwa dni od poniedziałku, by podnosić, przewijać, karmić. Mówić do tych, co pozornie nie zrozumieją.
Ale jutro już będzie inaczej. Oprócz czarnego kota, który jest naszym prorokiem jak z horroru, przywita mnie jedna osoba mniej, jedna osoba mniej do kąpania, karmienia i opowiadania bzdurnych historii, żeby zająć, żeby łyżka trafiła do ust. Przywita mnie jedno puste łóżko. Puste łóżko, przy którym stałam od poniedziałku. Puste łóżko, z którego jeszcze wczoraj zdejmowałam stygnące zwłoki „Dziadka”.

Wszyscy mówili na niego Dziadziuś, Dziadek, pieszczotliwie. W domu pomocy społecznej mieszkał od 20 lat. Sam miał lat ponad 90, jeden z najstarszych mieszkańców. Tylko trochę i byłoby sto, tylko trochę i trzeba byłoby wymyślać inną piosenkę urodzinową. Parę tygodni temu złamał biodro.
Złamanie biodra to ponoć dla starszego człowieka wyrok. Gdy ten, który jeszcze chodził, znajdzie się nagle w łóżku, unieruchomiony, zaczyna powoli umierać. Nie zawsze, ale zbyt często. Gdy ten, który śmiał się jeszcze, rozmawiał, uciekał wręcz z oddziału znajdzie się w łóżku ze strzaskaną kością, to często nie ma ratunku. Czasem mam wrażenie, że to wybór. Wybór, jak pani Róży, która nie chce jeść, bo chce umrzeć, chce się zagłodzić na śmierć. Z tym, że ona wybiera świadomie. Złamane biodro bywa nieraz jak znak, że już pora. Że trzeba się szykować.

Dziadek złamał biodro parę tygodni temu. Ten jeszcze chodzący, dowcipkujący staruszek znalazł się nagle w łóżku, w łóżku, otoczony wielkim bólem i zniewoleniem, którego do tej pory nie zaznał. Gdy ja przyszłam w poniedziałek, nie dowcipkował, nie mówił. Już nie mówił. Jakby w ciągu paru tylko tygodni zapomniał wszystkich słów. Zostały tylko te najważniejsze. Dziękuję. Nie chcę już. Zostaw. Te najważniejsze, które od niego usłyszałam, gdy karmiłam go swojego pierwszego dnia. Bo Dziadek nie potrafił już sam jeść. Błądził wzrokiem nad moją twarzą widząc...właśnie, co widząc? „Ma halucynacje”, powiedział pan Mirek, gdy zakładał mu ortezę po porannej toalecie. Ma halucynacje, a może widzi naprawdę? Tylko parę razy powtarzane imię, jego imię, wyrywało go z jego świata i pozwalało nakarmić. Tak, w poniedziałek, we wtorek jeszcze jadł.

Gdy w piątek po dwóch dniach wolnego wróciłam do pracy, Dziadziuś pięknie zjadł śniadanie, powiedział nawet dziękuję. Ale przy toalecie już płakał, nie mógł znieść bólu. Chwytał się łapczywie moich rąk, chwytał jakby spadał w przepaść. Może, gdzieś w swojej głowie spadał. Może spadała jego dusza. Oczy, coraz bardziej rozmyte, spoglądały w dal. Spoglądały i płakały. Może z bólu. Może nad nami wszystkimi?
Po południu Dziadziusia odwiedził syn, który mieszka bardzo daleko Odwiedził go po raz pierwszy od długiego czasu, rozmawiał z nim, siedział przy nim wiele godzin. Dziadziuś zjadł jeszcze obiad. Gdy wieczorem jego syn odjechał, ten już nie chciał jeść. Majaczył coraz bardziej. Chwytał oddech. Gdy jego syn pojechał, zjawił się kot.

Co ma do tego kot, zapytacie? Mamy w swoim Domu czarną kotkę. Jakby półdziką, wyjątkowo piękną czarną kotkę, która siada na kolanach pani dyrektor i tych, których sobie upatrzy. Cudowne zwierzę, ale trochę niepokojące. Jest maskotką wszystkich, na terapii zajęciowej nieraz dokazuje wraz z pacjentami. Wiadomo, że kot nie szkodzi. Wiadomo, jak działa zooterapia, dlatego nieraz przymyka się oko na przepisy i kot spaceruje sobie po domu, obdarzając co niektórych swoim wdziękiem. Kot nigdy nie pozwala się głaskać, jeśli sam tego nie chce. Patrzy wielkimi zielonymi oczami i syczy.
Kot nieraz przeraża, gdy przychodzi do pokoju człowieka, z którym jest źle. Przeraża, gdyż zakrada się, nie wiadomo jak, nie wiadomo skąd, bo przecież drzwi na oddziały są pozamykane. Zakrada się mimo to, ma swoje tajemne przejścia i odwiedza czasem pokój tego, kto umiera. Kładzie się na łóżku i mruczy. Może to legenda, ale zrobił tak parę razy. Rzecz jasna, w Domu nie umiera ktoś każdego dnia, to po prostu się zdarza. Ale gdy kot przychodzi do kogoś, z kim naprawdę jest źle...
Może kot wie więcej niż my. Może swoimi zielonymi oczami też potrafi patrzeć ponad głowami?
W każdym razie gdy kończyłam dyżur i z Dziadkiem zaczynało robić się coraz gorzej, przyszedł kot. Ale nie usiadł na łóżku. Postał, popatrzył i wyszedł. Jakby jeszcze nie była pora. Wyszedł po cichu. Nikt pewnie nie wie nawet, którędy.

Gdy przyszłam wczoraj do pracy, kot nie przywitał mnie w wejściu, koło szatni, gdzie z reguły kręci się o 7 rano, licząc na smakołyki od pracownic. Weszłam na oddział, zaczęłam pracę, przewijanie, karmienie. Dziadek już nawet nie połykał. Łapał tylko oddech, kurczliwie, przeraźliwie. Rano przyszedł jeszcze do niego syn, pożegnać się, bo znów wyjeżdżał. Z Dziadkiem z godziny na godzinę było coraz gorzej. Wezwaliśmy pogotowie, lekarza, żeby zbadał jego stan, orzekł, czy może jeszcze zabrać go do szpitala, czy może jeszcze....
Nie. Nic się nie da zrobić. Można na siłę, walczyć ale...oczy już nie widzą. Nerki już nie działają. Po kolei wszystko się wyłącza, po kolei, czy w bólu? Palce coraz bardziej sine, ciało chłodne. Z każdego otworu ciała coś się wylewa, ciało się „czyści”, zaczyna czyścić się krwią.
Leki przeciwbólowe, leki które jeszcze bardziej zabierają z tego świata.
Dziadek coraz głębiej w innym świecie, coraz mniej tu. Nie ma szans. Trzeba tylko wezwać ich drugi raz, gdy to się stanie, żeby lekarz stwierdził zgon.

Agonia. Łapany z trudem oddech, który już nie pomoże sercu i płucom. Jest różna śmierć. Czasem to błysk. Czasem to łagodne jak zasypianie. Czasem to wielki ból i próba ocalenia życia, niedotleniony mózg i szarpanie, ostatnie szarpanie, walka, bo ciało zawsze chce żyć, umierając. To bolesna walka z instynktem, godzinami, nieraz nawet dniami.
Różna jest śmierć, widziałam wiele śmierci. Czasem to moment w którym po prostu zamiera serce i nie da się go obudzić. Czasem z wolna wypływająca krew z otwartych naczyń, stłuczonych tak, że nie da się ich skleić. Czasem to powolne wyłączenie wszystkiego po kolei.
Każdy ma swoją śmierć. Być może, przypisaną nam już w momencie stworzenia. Być może, wszystko już wiadomo. Ale nikt z nas nie chciałby chyba wiedzieć.

Cały dzień, w całym domu opieki szukano kota. Zaginął. Kierowniczka chodziła po wszystkich piętrach, nawołując czarną kotkę. Kot zaginął a Dziadek gasł.

Najgorsze jest nieraz, gdy nie można nic zrobić. Ulżyć. Ale każdy ma swoją śmierć i przeżywa ją sam. My możemy być tylko obok i szeptać czułe słowa.
Co chwila któraś z nas, opiekunek chodziła do Dziadka i sprawdzała, co z nim. Nie tylko ja pochylałam się nad nim, mówiąc zdrobniale jego imię i szepcząc, że „wszystko będzie dobrze”. Szepcząc, że nie ma się czego bać, szepcząc między jego jękami i haustami powietrza. Chwytając silną dłonią za coraz zimniejszą, kostyczną starczą dłoń.

Dziadek umierał. Gasł. Oczy zachodziły mgłą. Co widzą oczy umierającego? Czy widzą inny świat? Dlaczego czasem są tak zaniepokojone, czy to wina naszego świata, a zaraz potem tam spokojne? Patrzyłam w te oczy, intensywnie, choć mnie nie widziały, patrzyłam w te oczy, jakby miały dać mi odpowiedzi, jakby w ich mętnych tęczówkach jak w lustrach mogły odbić się rzeczy, które dla mnie jeszcze są nieosiągalne. Odpowiedzi. Czy są tam ci...?
Ale każdy ma swoją śmierć i każdy zobaczy w swoim czasie. Gdy jego oczy staną się mętne. Niespokojne i tak spokojne i piękne zarazem, jak żadne.

Ostatnim zmysłem, jaki umiera w naszym ciele jest słuch. I choć Dziadek nie widział, pewnie jeszcze słyszał. Słyszał nasze głosy jak z oddali, uspokajające szepty, mówiące o czułości, o tym, że nie jest sam. O tym, że wszystko będzie dobrze. Po drugiej stronie musi być przecież dobrze.

I gdy weszłam z inną opiekunką, która znała go tyle lat, do jego pokoju, żeby zmierzyć zanikające tętno, żeby chwycić znów za rękę, on już nie oddychał. Zniknął gdzieś ostatni oddech, niewidziany przez nikogo, ostatni oddech, jak delikatna mgła. Niektórzy mówią, że w tym oddechu zaklęta jest dusza. Słynne gramy, o które lżejsze jest ciało.
Niektórzy mówili mi, że według wielu filozofii oddech to właśnie życie. Pierwszy oddech okupiony krzykiem, gdy wyjdziemy na świat z łona matki i zaczynamy do tego świata należeć, ostatni wydawany najczęściej w ciszy, gdy nasz głos należy już do innego świata.

Stwierdzono zgon. Ogólna niewydolność organizmu.
Dotykałam później pustego już ciała, pustego naczynia na oddech, na duszę. Dotykałam stygnących coraz bardziej dłoni, które nie dotkną już nic, nie chwycą. Dziadek już nie tonie. Dziadek już pływa w innym oceanie. Te dłonie nie są mu potrzebne.
Myłam ciało, patrzyłam w puste oczy. Puste oczy, które już nie widzą ani tego, ani tamtego świata, nie mogą być żadnym lustrem, dla nikogo i dla niczego. Puste oczy, z których wyrwała się dusza, wypadła, jak przeciąg w otwartych oknach starego domu.
Ciało, w którym nie tętni krew, ciało, które przecież już teraz zaczyna się rozkładać. Ciało, które wróci do ziemi. Ciało z atomów, które wrócą do świata. Do tego świata należą. A co z duszą?

Nie poznam odpowiedzi, zaglądając tylko wo czy umierających.

Po wielu godzinach znalazł się kot. Ktoś przypadkiem zamknął go w składziku na miotły. Znalazł się i rozpaczliwie miaucząc przybiegł na oddział. Zobaczył, że się spóźnił. Nic tu po nim. Odszedł do swoich kocich spraw.

Kot odszedł do swoich kocich spraw, a ja wróciłam do domu. Podzieliłam się informacją o śmierci Dziadka z paroma osobami. Grało we mnie za wiele emocji. Ale nie smutek.
Wiele osób martwi się, że cudza śmierć tworzy rany na duszy, cudza śmierć to zawsze trauma. Ale nie dla mnie.
Nie, nie było mi smutno. Nie było tez oczywiście radośnie. To jedno z tych nienazwanych uczuć, które nie ma nazwy. To jedno z tych dziwnych uczuć, w których wszystkie emocje mieszają się buzują, jak podskórna lawa, która chce wybuchnąć. Jedno z nienazwanych uczuć..bo może nie należy do tego świata również?

Może cudza śmierć zostawia nas w oczywistym smutku, gdy umiera ktoś nam bliski. Jak mi rok temu. Jak mi parę lat temu. Ale może śmierć, ta po prostu, która jest częścią życia niepokoi nas nieraz i drażni, bo owszem, zostawia rany na duszy...ale nie rany, takie jak te, które zadają nam żyjący.
Może śmierć na którą patrzymy, której patrzymy w oczy rozdziera płótno naszej duszy, rozdziera, wpuszczając do naszego materialnego świata niepoznane? Może dlatego wielu z nas nie umie sobie z nią poradzić, może dlatego tyle emocji...

Ale nie byłam smutna. Byłam nabuzowana. Tak, to dobre słowo. Nabuzowana, bo znów widziałam dosłowną śmierć. I choć zabrzmi to dziwnie, spora część mojej duszy się za nią stęskniła. Pewnie ta, która była wcześniej porozdzierana innymi śmierciami, które widziałam, innymi martwymi ciałami, które dotykałam.

Wracałam do domu czując mroźne już powietrze października w nozdrzach, wracałam do domu pełna energii, mimo zmęczonego ciała. Wcale nie smutku. Pełna energii, bo przy cudzej śmierci znów...poczułam swoje życie.
Swoje życie i tętniącą krew w uszach.
Życie to część śmierci, śmierć to część życia, jedno jest wszystkim, wszystko jest jednym. Może to dziwne, ale tacy jak ja, gdy dotykają śmierci, bardziej odczuwają życie. Może to okropne. Może to „nienormalne”. Ale moje. Towarzyszę śmierci, odprowadzam, patrzę w oczy.
Może mam coś wspólnego z czarnym kotem?

Wróciłam do domu, zjadłam kolację przy świecach, którą zrobił Mąż dla mnie. Wypiłam wino, pijąc zdrowie Dziadka, wypiliśmy stukając się kieliszkami i mówiąc, oby było mu tam dobrze. Kochałam się z Mężem, czując jak całe moje ciało jest żywe. Jak jego ciało jest dla mnie życiem. Dzisiaj powitałam słońce.



Każdy ma swoją śmierć. Tak jak każdy ma swoje życie. I to jedyne, co się liczy. Nawet, jeśli życie jest krótkie, jest kruche i może je zniweczyć moment. Może tak właśnie ma być.

W kruchości czai się największa siła. Więc żyjmy...póki można. Bo to życie jest jedno. I nie ma powrotu.