środa, 30 listopada 2016

O tym, jak radzę sobie z kolejnym blogowym wyzwaniem, czyli Liebster Blog Award po raz kolejny.

Bez żadnych wielkich wstępów, rozwlekań, nadszedł po prostu czas, nadszedł dzień, kiedy to pora wypełnić nominację, którą ostatnio dostałam. Nie jest tajemnicą, że miewam z nimi pewien problem, bo nie umiem za bardzo pisać wedle jakiegoś schematu, pytań, mój blog to nigdy nie planowane posty które przychodzą do mnie i tworzą się w ciągu godziny ot tak, w niespodziewanych momentach. Dlatego, nominacje dla mnie to zawsze pewnego rodzaju wyzwania i...cóż. Zobaczymy, jak podołam tym razem.

Liebster Blog Award od Myśli Nieskrywane


1. Co cię przyciągnęło na złą drogę blogosfery?

Tym razem? Śmierć. Wielu z was wie, że na nowo zaczęłam pisać po śmierci mojego przyjaciela, Królika, który przed laty uwielbiał moje posty na poprzednich blogach, przyjaciela, z którym nawet wspólnie napisałam kilka tekstów. Historia wielu znana, wielu z was znało Królika z jego bloga, więc nie będę się wielce tu rozpisywać.
Prawdziwe pytanie pojawia się, co przyciągnęło mnie tu przed laty? I...sama nie wiem. Zawsze kochałam po prostu słowo pisane, a jak wielu też z was wie, jestem typową ekstrawertyczką, która kocha zderzenia z innymi ludźmi, wymianę myśli, emocji, poglądów. Idealnym rozwiązaniem na połączenie tego przed laty chyba po prostu wydał mi się blog i tak powstał pierwszy autoportret odczuwalny. Tak, autoportret, bo zawsze praktycznie pisałam pod tym samym adresem, ale z innymi końcówkami, pod tym samym nickiem. Tu jestem Fridą która tworzy swój autoportret słowem, bo nawet tutaj nie umiem się ukrywać i udawać kogoś, kim nie jestem.

2. Marzenia twarde, marzenia miękkie, marzenia al-dente. Najskrytszymi nikt nie chce się dzielić- to może jakie masz mniejsze, albo większe, bieżące marzenie?

Sama nie wiem, czy to marzenie, czy to już cel, skoro powoli plan jest w realizacji?
Mam wiele marzeń szalonych, dotyczących pewnych podróży, zdobycia swoich 4 tysięcy metrów nad poziomem morza w Armenii ( skromnie, 4 tys, jak mi się uda, to może pomyślę nad wyższym szczytem), marzy mi się poznanie smaku i zapachu wielu miejsc. Marzy mi się wiele rzeczy dotyczących mojej natury, marzy mi się...
Ale to długa lista. I jak właśnie wiadomo, może nie o wszystkim powinnam pisać. Dlatego może powiem wam o tym najbardziej konkretnym obecnie. O tym, o którym sama już nie wiem, czy to cel, czy marzenie?
Mamy wspólny cel z moim Mężem. Najpierw, może nawet w przyszłym roku przenosimy się do Przemyśla a potem, w przeciągu paru lat w Bieszczady. W Karpaty, ogólnie rzecz biorąc, jakieś dzikie tereny. I tam zakładamy swoje schronisko, w stylu wszystkich obskórnych schronisk PTTK. I mieszkamy tam, żyjemy, w tej dziczy pewnej, z dala od miasta, gdzie pięknie widać niebo. I wpadają do nas obcy ludzie, którymi się zajmujemy. I od czasu do czasu wpadają do nas znajomi, na trochę dłużej, odpocząć od zgiełku miasta.
Co najlepsze, ostatnio zauważyłam, że wiele rzeczy sprzyja naszemu marzeniu. Choćby to, że niedaleko Przemyśla planuje się otwarcie nowego parku narodowego. I choć na razie to inicjatywa obywatelska ( zresztą, mam zamiar o niej niedługo napisać) , istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że on powstanie. A na terenie, gdzie ma powstać nie ma jeszcze nic. Szlaków, całej tej infrastruktury, które mają wszystkie górskie parki, nie ma...schronisk. Tak, właśnie schronisk. Nowa nisza? A i owszem.
Więc tak, marzy mi się życie w górach, w drewnianym domu, w którym nie mam za wiele miejsca dla siebie, przez który przewija się setka nieznanych ludzi. Ale w którym mieszka i ten, którego najbardziej kocham. Do którego z radością wpadają inni, wobec których mam tyle czułości. I tyle ludzi, którym mogę coś dać od siebie w tej dziczy. I widzę nas w tym domu, zakochanych w późniejszym wieku, widzę nas w domu- schronisku, pomiędzy porannymi mgłami i wyciem wilków, bo tamte tereny to przecież ostoja wilków. I widzę naszego psa, może wilczura, o którego grzeję swoje bose stopy zima. I te długie wieczory przy grzanym piwie i prawdziwe, rozgwieżdżone niebo. Tak, tak właśnie wygląda moje marzenie.

3. Boże Narodzenie śnieżne po pas czy...bure i mokre?

Proszę o inny zestaw pytań, nie obchodzę tych świąt. Nie jestem chrześcijanką. I...zauważam, że z wiekiem coraz mniej mi na nich zależy, coraz mniej we mnie śladów pewnych tradycji wyniesionych z domu, które może i z wiarą nie mają nic wspólnego. Ale lubię śnieg w Yule, swoje święto, kiedy to światło zwycięża mrok. Ale...nie jest to dla mnie konieczne. Bo zgodnie z moją tradycją, to przede wszystkim ja noszę światło które wygrywa w sercu i cała otoczka ma naprawdę coraz mniejsze znaczenie :)

4. Na randce grać pozory czy być sobą?

Bogowie, od lat nie chodziłam na randki. Chyba że z własnym Mężem, ale to się chyba nie liczy, skoro potrafimy robić przy sobie kupę, prawda?
W każdym razie...tak teoretycznie, zdaję sobie sprawę z istnienia pewnej damsko- męskiej gry. Zawsze, ale to zawsze, po prostu poznając drugiego człowieka troszkę gramy. Chociaż z wiekiem zauważam że...u mnie tego coraz mniej. Ale ja w ogóle mam problem z udawaniem, graniem, śmieję się głośno kiedy chcę i chyba tylko smutek jakiś umiem maskować, ale to tylko po to, żeby nie robić komuś przykrości. Mimo to jest naturalnym, że idąc na randkę wchodzimy w pewną rolę. Chcemy się pokazać po prost z jak najlepszej strony, jeśli nam zależy. Ale niedopuszczalnym jest dla mnie świadome kłamanie, oszukiwanie, że jest się kimś, kim się nie jest. Mówienie kocham czyta chociaż przez 3 lata nie sięgnąłem po żadną książkę. Mówienie kocham poezję chociaż od szkolnych czasów kucia Mickiewicza dostaję spazmów na samo słowo strofa czy metafora i nie umiem tego wyleczyć. Mówienie kocham coś tam, a nienawidzenie tego. To mija się z celem. Wszystko z czasem wyjdzie. Tak samo jak to, jak bardzo śmierdzące bąki puszczamy. Nikt nie jest w stanie wstrzymywać całe życie.

5. Twój sposób na stres?

Ja w ogóle chyba mało się stresuję- przynajmniej jeśli chodzi o mnie. Raczej to, co odczuwam, to zwykle zamartwianie się i to o kogoś. Nie stresuję się w swoich sprawach. Nie stresowałam się wielce przed egzaminami na studiach ( poza paroma wyjątkami), przed ślubem ( może trochę przez teściów), przed rozmowami kwalifikacyjnymi. A raczej może...stres był dla mnie zawsze mobilizatorem. Nigdy mnie nie paraliżował. I nawet przy tym moim zamartwianiu się o innych ten stres pobudza mnie do działania.
W każdym razie, mimo pewnych wyjątków ogólnie mało się stresuję a jeśli już, to na pewno nie tak, że musiałabym szukać jakiegoś ujścia. Ale załóżmy, że się zdarza i...powiem szczerze, nic nie rozładowuje tak napięcia jak seks. Bo nawet zestresowana mam ochotę na seks i naprawdę, nic nie pomaga jak dobry orgazm. Ale ja w ogóle jestem trochę przesadnie rozerotyzowana więc...
Może taniec, muzyka, śpiew? Chwile medytacji? Łażenie po parku w ciemności i wyłączenie myślenia? Alkohol?
Tak naprawdę też wszystko zależy od tego, czego ów stres dotyczy. Bo jeśli to stres, który np. pojawia się, gdy umiera ci ktoś bliski, to wiesz, że nic nie pomoże. Musisz po prostu przeczekać.

6. Sposób na jesienną chandrę oprócz picia?

Hm...dobra, masz mnie, piję sporo. Ale to nie tylko z powodu chandry, w ogóle, staram się za często z powodu chandry właśnie nie pić.
I może to zabrzmi dziwnie ale sposób na chandrę to...poddanie się smutkowi. Może dlatego, że ogólnie mam pozytywną, optymistyczną naturę i wiem, że swoim wewnętrznym systemem automobilizacji doprowadzę się do stanu używalności i wręcz przesadzonego tryskania energią, jak teraz. Tak, jestem totalną optymistką, umiem kopnąć się automatycznie w dupę i wracam sama do szczęśliwości, bez specjalnych metod po tym, jak poddam się smutkowi.
Bo tak naprawdę...czy ze smutkiem trzeba walczyć? Nie mówię o smutku chorobliwym, już prawdziwej depresji. Ale chandry, czy to jesienne, czy to zdarzające się i podczas innych pór roku, są po prostu czymś naturalnym. Tylko nasza kultura jakoś napiętnowała ten smutek jako coś nienaturalnego, coś, z czym na siłę się walczy. A to po prostu tylko drugi, naturalny biegun szczęścia i wręcz musimy go odczuwać. Bo kim byłby człowiek bez smutku? Więc gdy mnie dopada, ostatnimi czasy...po prostu sobie na niego pozwalam. Słucham dołującej muzyki, piszę smutne teksty na blogu, płaczę Mężowi w ramionach, chociaż to już zdarza się naprawdę rzadko. Ale pozwalam sobie na smutek też jesienią, jak na coś naturalnego, bo tym jest i wracam sama do równowagi. Bez specjalnych sposobów, tą drogą, która sama mnie najdzie.

7. Obecnie promuje się sporty ekstremalne, do tego stopnia, że jeśli ich nie uprawiasz to nie istniejesz. Naprawdę każdy musi zaistnieć żeby uznać, że żyje?

Dobra, to, co robię w górach dla niektórych brzmi jak zajęcie ekstremalne. Bo to, że spadłam prawie w przepaść, ale zdążyłam się chwycić kosodrzewiny...to jest ekstremalne czy nie? Albo pokonywanie 30 kilometrów w pełnym słońcu? I wycieńczanie totalne organizmu?
Dla jednego ekstremalne, dla innego nie. Dla jednego przyjemność, dla drugiego piekło. I nie ma tu reguły. Bo też i właśnie...nikt nic nie musi.
Katowanie się w górach sprawia mi przyjemność, totalne wycieńczenie powoduje potem istny endorfinowy haj. To naprawdę uzależnia. Ale jeśli nie ma to dawać takiej radochy, to, albo inne dziwne sposoby spędzania czasu to...po jaką cholerę? Zresztą, ja w ogóle jestem z daleka od jakiegokolwiek parcia na „zaistnienie”. Robię co lubię. Co daje mi przyjemność. I chyba każdy właśnie powinien w ten sposób oglądać się na siebie, a nie na innych i ich ewentualny podziw.

8. Twoja znienawidzona piosenka to...?

Kurczę, ostatnio pisałam Anonimowej, że chyba nie mam takiej piosenki, którą by mnie katowano, męczono, męczą to mnie tylko w pracy słuchaniem disco polo, ale pytanie jest o piosenkę a nie cały gatunek, którego szczerze nienawidzę ale...
...parę dni temu sobie przypomniałam. Jest piosenka, której nienawidzę. I nie zalicza się do słynnego kanonu disco polo ( bo t możecie zaliczyć wszystkie piosenki). Chodzi o „Baśkę” zespołu Wilki. Dla niewtajemniczonych ( są tacy?)- Baśka mi na imię, miło mi. I ostatnio przypomniało mi się, jak to pewien Jakub w gimnazjum śpiewał mi ten kawałek nieustannie i podchwycili to inni chłopacy. Jakub był we mnie śmiertelnie zakochany i myślał, że to romantyczne, a zrobiła się z tego jakaś jedna wielka parodia. A wówczas nie miałam fajnego biustu. Zdecydowanie go po prostu nie miałam. Nawet nie miałam po co nosić stanika.

9. Czy wydarzyło się w twoim życiu coś, co dla większości osób jest nieistotne, a tobie sprawiło wielką radość?

O rety. Aż za dużo tego! Pewnie dlatego, że zwykłam cieszyć się rzeczami małymi i potrafię prawie płakać ze wzruszenia gdy widzę cudowny wschód słońca, padający śnieg, tęczę. Ostatnio w pracy nawet biegałam po korytarzu śmiejąc się jak dziecko i prawie właśnie płacząc ze wzruszenia, kiedy to jednocześnie świeciło słońce, padał śnieg z deszczem i pojawiła się tęcza. Tak, takie rzeczy sprawiają mi wielką radość. Można tu zaliczyć więc i wschody i zachody słońca, zwłaszcza w górach. Dobrze zaparzoną herbatę. Pojedyncze wiadomości, kiedy ktoś mi pisze, że jestem jego „ulubionym człowiekiem”. Cudowne wzruszenia nad książkami. Takie momenty tęczy, zachwytów nad kolorem liści jesienią i grą światła. Serio, ja naprawdę wtedy prawie płaczę ze wzruszenia i czuję, jak coś dobrego, ciepłego od środka rozpiera mi pierś. To takie małe cuda codzienności. I mam wrażenie, że tylko je doceniając...możemy być szczęśliwymi ludźmi.
Ale pomyślałam też o innej rzeczy. A jest związana z moją pracą. To wszystkie piękna słowa, które też niesamowicie mnie cieszą i wzruszają. To piękne słowa, dziękuję rzucone od kogoś, kto prawie już nie mówi, albo śmiech z tymi samotnymi staruszkami, które rozśmieszam i łaskoczę na korytarzach. W w końcu to jedna z moich podopiecznych, która powiedziała mi najpiękniejsze słowa jakie słyszałam w życiu, dziwne, ale piękne, kiedy zmęczona pod koniec dyżur przewijałam ją, bo cóż, pokazowo się zesrała. I ta pani, tak, trochę nienormalna, nie słysząca, leżąca od 7 lat powiedziała mi, że ja, taka spocona, zmęczona już, pachnę dobrem i miłością.
Czy coś można ładniejszego usłyszeć?

10. Postęp technologiczny strasznie gna. A ty powiedziałaś sobie dość, wiedząc, że więcej ci nie potrzeba?

Zasadniczo, niedawno swoje „dość” złamałam bo...do tej pory żyłam bez smartfona. Serio. Cały czas używałam jakiejś starej Nokii, ale cóż, musiałam i tu się złamać, bo moja Nokia zaczęła się psuć ( kolejna!) i wzięłam stary telefon od kumpeli. Smartfon, tyle wam powiem. Nadal nie wiem jaka marka i nadal nie używam w nim internetu. Nadal tylko piszę smsy, dzwonię i słucham muzyki nieraz.
Bo powiem wam szczerze to...mam takie wrażenie momentami, że postęp technologiczny swoje,a ja swoje. Ok, korzystam z internetu, ale mam tygodnie wręcz, gdzie on mógłby nie istnieć. I wręcz postęp trochę mnie przeraża i...może dlatego chcę uciec przed nim w te swoje Bieszczady. Tam, gdzie liczy się bardziej, czy dobrze rąbię drewno a nie to, czy wrzucam ładne zdjęcia na insta. Serio, nawet żyjąc w mieście nie wiem, jak to się obsługuje.
Yup, postęp po prostu nie jest dla mnie.

11. Donald Trump przekazuje ci cały swój majątek. Co z nim zrobisz? Pomnażasz, sprzedajesz, rozdajesz wszystko...?

Kupuję sporo ziemi w Bieszczadach. Kupuję może i nawet jakiś lat, żeby stworzyć prywatny park narodowy. Wydaję wiele na ochronę wilka, niedźwiedzia, rysia. Buduję to cholerne schronisko, jakoś część sobie odkładam, na wszelki wypadek i wydaję trochę na podróże po górach. A...resztę rozdaję. Nigdy nie chciałam być bogata. I wątpię żebym kiedykolwiek chciała. Więc jakby co obędzie się i bez jego majątku:)

To tyle. Wiem doskonale, że mam jeszcze do spełnienia zadanie od Shadow, ale...chyba tyle na dzisiaj starczy. Co za dużo to niezdrowo, nigdy byście przez to nie przebrnęli.

I swoim zwyczajem, nie nominuję nikogo. Jednak, w przeciwieństwie do Anonimowej, ten zwyczaj zachowam:)

A na koniec coś, co po prostu od paru dni gra z moją duszą. Mimo że kiedyś nie lubiłam takiej muzyki teraz to dla mnie istny majstersztyk. Zwłaszcza, gdy dodatkowo ogląda się tą specyficzną, ale piękną Norweżkę.
A może tu i trochę o moim marzeniu? I o moich ucieczkach?



piątek, 25 listopada 2016

O złamanej dziewczynie której cudza śmierć wsączyła do serca szaloną krew

Czy masz do mnie żal, Vince?
Nie wiem, jak mam z tobą o tym porozmawiać. Nie wiem, jak to się wszystko stało. Wiem za to, jak bardzo ją kochałeś. I, mimo wszystko, ja też zawsze ją kochałam, od kiedy ją poznałam, niewinną czarodziejkę, aktoreczkę, którą znalazłeś jakimś cudem przed swoją śmiercią. Trochę roztrzepaną, trochę egzaltowaną, neurotyczną, ale taką twoją.
Ale już nie umiem jej kochać. Mam dla niej nie serce, a wysuszony, wymęczony, przeżuty przez czas i jej, jak i naszą wzajemną szarpaninę strzęp mięśnia, który przez jakiś czas jeszcze po prostu pokryty był bliznami ale bił, dawał sobie radę. Teraz...to jak wyżęta szmata, rzucona pod cudze nogi. Nie mam już dla niej miłości. Nie mam już siły, chociaż chciałam, tak bardzo chciałam, Vince!
Czy jednak możesz mieć mi to za złe?

Pamiętam waszą miłość, Vincent.
To, jak zakochałeś się w niej pod koniec życia, jak ją znalazłeś, pisałeś z nią maile i bałeś się z nią spotkać. Ty, facet, który miałeś momenty, że nie przepuściłeś żadnej. Przecież nawet ja wylądowałam z tobą w łóżku jako nastolatka.
Ale ty nie chciałeś po prostu się z nią przespać, ty się w niej zakochałeś, tak boleśnie, że aż nas to bolało wszystkich, tak gorąco, że aż nas to spalało. Zakochałeś się, a potem dowiedziałeś się, że na tą miłość nie starczy ci życia. Rak. Wyrok. Skąpodrzewiak. Los był złośliwy, prawda? Tyle razy chciałeś się zabić a teraz...teraz, gdy w końcu ją znalazłeś, musiałeś umrzeć. To okrutne, to okropne.

Ale teraz, ja jestem okrutna. Bo tak sobie myślę, czy nie stało się lepiej. Czasem zastanawiam się, czym by była ta miłość, gdyby nie musiała być taka łapczywa, gdyby przetrwała, gdybyś ty przeżył i przerodziła się we wspólne duszne mieszkanie, jej histerie i twoje napady depresji i opiekowanie się twoim synem, który był przecież najważniejszy. Kto wie, czy ona z czasem nie stałaby się o niego zazdrosna, patrząc przez pryzmat tego, co zobaczyłam potem. Bo ona przecież zawsze musi być w centrum uwagi.
I może jestem okrutna, bo wiem, jak bardzo ją kochałeś, jak to ty właśnie odarłeś ją z jej niewinności i to nie tylko dosłownej, jak odebrałeś jej wiarę w boga, może jestem okrutna, znając tą historię, ale teraz, gdy na to wszystko patrzę, po tych 4 latach, myślę sobie, że tej, którą znam teraz...tej byś nie kochał.

Jak mogę tak mówić?
Najchętniej dałbyś mi za to twarz albo wyszedł z mojego mieszkania trzaskając drzwiami i nie pokazywał się mi na oczy przez miesiąc. Tak, znam ja tą twoją gwałtowność i zapalczywość. Wiem, jak byś się gniewał. Ale posłuchaj mnie przez chwilę.

To już ktoś inny.
I może tak, może sprawiła to twoja śmierć. Może po niej ona właśnie zwariowała, jej aktorstwo i egocentryzm rozlał się nadmiernie po wszystkim, co ją otacza, jak niezmywalna farba. Cierpienie poprzestawiało jej w głowie i wpędziła się z tęsknoty za tobą prawie w twoją chorobę. Kto wie, może gdyby nie twoja śmierć, nie stałaby się tym, kim teraz jest. Gdyby nie twoje odejście, pierwsza prawdziwa miłość naznaczona śmiercią, tragedią, być może byłaby twoją wspaniałą kochanką, może żoną, może matką dla twojego syna. Może dalej byłaby na swój dziwaczny sposób niewinna i magiczna, jak wtedy, gdy ją poznałam. Krucha i silna, wiedząca mimo wszystko, czego chce.
Bo ona się zmieniła, Vince.

Tak straszliwie się zmieniła, że brak mi słów. Czasem myślę, że może zawsze taka była, grała tylko kolejną rolę, grała tak doskonale, ze nikt z nas się nie zorientował. Ale nie, nie chcę wierzyć, że pod koniec życia tak boleśnie pokochałeś ułudę. Że to, tu i teraz, to jej prawdziwa natura. Nie chcę. To jest byt okrutne nawet jak na mnie, wiesz?
Więc mówię ci, po prostu, że się zmieniła.
Tak boleśnie, że rozszarpała mi serce. Tak mocno, że w końcu przyznaję, że nie umiem jej kochać.
Zmęczyła mnie. Wyryła we mnie dziurę tak bolesną, przestrzeliła mnie pociskiem tak bardzo na wylot, że nie umiem już nawet nad tym płakać.
Nie wiem, czy to nie gorsze niż twoja śmierć Vincent. Może to brzmi jak żart, ale tak właśnie czasem myślę.

Bo zmieniła się, może zwariowała. Nie pamięta, a może nie chce pamiętać.
I wiesz, widziałam się z nią ostatnio. I przez chwilę myślałam, że jest jak dawniej. Jak po twojej śmierci, kiedy mimo wszystko przezywałyśmy piękne rzeczy. Kiedy dzieliłyśmy smutki, paląc papierosy i pijąc wino na moim oknie na 10 piętrze, kiedy wymiotowałyśmy potem razem na przystanku. I wiesz, nieraz się tak łudzę, mam nadzieję, że jednak może być jak dawniej, jak na początku ale...to pryska, pryska jak rozbite o podłogę szkło.

I wiesz, słuchałam znowu ostatnio tego jak się miota. Jej wywodów na temat tego, jak za tobą tęskni, a zaraz potem monologów na temat tego, jaki powinien być jej potencjalny facet, którego wiecznie szuka.
Cały czas myślałam że szuka w innych ciebie teraz...teraz zauważyłam, że tworzy całkiem inną bajkę Vince.
Mówiła o tych mężczyznach, zarabiających grube tysiące, o zaradnych, mających firmy, odpowiedzialnych i tak pomyślałam...bogowie, pomyślałam, że teraz nie miałbyś szans z nią na taką miłość. Ty, szalony malarz, kucharz, który nie skończył żadnej szkoły, ale rozwodził się godzinami nad poezją Wojaczka. Ty, szalony, niestabilny, po dziwnych związkach.
Zresztą, mam wrażenie, że i ty byś jej nie kochał. Mam wrażenie, że ona zmieniła się w kobiety, którymi kiedyś gardziłeś.
Kim byłbyś teraz dla niej? Czy ty straciłbyś dla niej zmysły?
Naprawdę chcę wierzyć, że to zmiana, że tak nie było...
Nie, nie było.

Wtedy naprawdę była inna. Piękna w tej swojej naiwności, marzeniach, artystka o połamanym mocno sercu ale...pięknym sercu. I nawet, jak wtedy uważała się za bardziej pogubioną...była bardziej odnaleziona niż teraz.
Ona oszalała Vince. Mówię ci, oszalała, tak jak ty nigdy szalony nie byłeś. Gna za setką ideii, ma setki mrzonek, coraz bardziej nierealnych. Mówi że wierzy w siebie, potem wpada w ataki histerii. Wypiera się dawnych miłości, znajomości i wierzy, że one nigdy nie miały miejsca. Może ucieka tak przed bólem. Wierzę, że tak jest i...

Vince, uwierz mi, próbowałam. Naprawdę próbowałam. Przez te 4 lata od twojej śmierci stale byłam przy niej, gdy tylko mnie potrzebowała, chociaż ona nigdy nie była dla mnie. Sądzisz, że było inaczej?
Nigdy nie była dla mnie, ale ja zawsze przy niej trwałam. Zarywałam dla niej noce, kiedy płakała nad kiblem, wymiotując, sama nie wiem, czy przez alkohol, tęsknotę czy strach. Pożyczałam jej pieniądze, karmiłam, leczyłam kiedy była chora. Zresztą nie tylko ja.
A wyobraź sobie, ona nigdy nie była dla mnie. I dla Królika też nie. A ostateczny cios zadała udając, że go nawet nie znała. Jak mi to wyjaśnisz do cholery? Jak?
I naprawdę, powiedz mi, jak ja mogę to znieść?
Próbowałam. Kochałam ją. Ale wybacz Vince, nie mam już siły. Zresztą nie mam jej od dłuższego czasu, zwłaszcza od śmierci Królika.

Wiesz, zawsze traktowałam to jak jakiś spadek. To, żeby o nią dbać, jak część pamięci o tobie, bo przecież też prosiłeś, żebyśmy się nią zajęli. Ale, Vincent, nie mogę przez to spalać siebie, swojego życia.
Bo nie chodzi o to, że jest szalona. Ty byłeś, ile razy ty się chciałeś zabić, ile razy jeździłam do ciebie do szpitala psychiatrycznego. Cholera, Vincent, mam niejednego znajomego chorego psychicznie! I nikt mi nie powie, że nie mam na to siły, że odtrącam przez to. Ale naprawdę, ja nie wiem już, co mam robić. Bo wszystko, co robię, jest z góry przegraną walką. Taka jest prawda Vince. Nie można też pomóc komuś kto...po prostu nie chce naszej pomocy. No bo jak? Co, na siłę wsadzę ją do szpitala, chociaż nie mam podstaw? Będę jej jeszcze bardziej matkować? Nie mam na to siły, mówię ci po raz kolejny.

I tak, mam do siebie żal. Ty już nawet nie musisz mieć, mam do siebie żal, że nie umiem jej uratować, mimo że nie mam sobie nic do zarzucenia. Bo nie mam. Serio, nie mam, zawsze, kiedy byłam potrzebą, byłam. Zawsze jej słuchałam i nadal słucham, mimo że tak nie to boli. Zawsze odpowiadałam na telefony, wysyłałam nawet cholerną kasę, o której wiem, że nigdy jej nie odzyskam i do czego nigdy nie przyznam się Mężowi. Bo nie umiałam jej odmówić, nie umiałam jej zostawić. Zresztą, ja nadal nie umiem Vince.
To jak wielki wyrzut sumienia i nie umiem jej do końca zostawić.

I nadal się z nią spotykam, widuję. Mimo, że nie sprawia mi to żadnej radości, wręcz przeciwnie, to zadaje mi wielki ból. Nawet nie wiesz, jak wielki, nie masz pojęcia, nie możesz wiedzieć. Ty po prostu nie żyjesz. Mi zostali ludzie, którymi sobie nie radzę.
Ale tak, umawiam się z nią, piszę kontrolne smsy, czy żyje. Ale nigdy sama nie próbuję się zwierzać, nie mówię prawie nic o sobie, bo wiem, że to nie ma najmniejszego sensu. Nie rozmawiam z nią nawet o tobie czy Króliku, bo uwierz, dopiero wtedy krwawi mi serce. A ja nie chcę go całkiem stracić, nie chcę zabić przez nią swojego serca.
Ale spotykam się z nią, mimo że nie mam siły. I za każdym razem widzę, jak i ona coraz bardziej wikła się w swoje szaleństwo, jak się zmienia, jak chudnie, marnieje, spala się. I wiem, że nic nie mogę z tym zrobić. Próbowałam. Nie wyszło mi.
Ale ty doskonale wiesz, prawda?

Wiesz, że nie jesteśmy w stanie uratować innego człowieka wtedy, kiedy on tego nie chce. Nie poniesiemy cudzego krzyża. Nie zasiejemy ziarna szczęścia, radości, jasnego rozum, nie przejdziemy za niego jego ścieżki.
I tak, jestem bezsilna. I tak, jestem już bez siły.
Czy mi to wybaczysz Vince?
Jan nadal próbuję, ale to resztki. Wiem że za jakiś czas całkiem ją stracę, to, co o niej pamiętam. To, co pamiętam o waszej miłości.

Ale nieraz tak sobie myślę...
Myślę, że ona spłonie jak i ty. I może o to jej chodzi. Mimo, że ponoć nie chce się już zabijać wiem....wiem że to zrobi. Wiem że wpoiła sobie twoją chorobę, zresztą i ona nigdy nie była do końca normalna. Inaczej byście...inaczej aż tak byś jej nie pokochał, prawda?
I czasem tak to widzę, tak, że ona po prostu wpędziła się w twoją chorobę, mimo że nie zdaje sobie z tego sprawy i nie pozwoli sobie nigdy na szczęście, mimo że tyle o nim mówi. Ale nie pozwoli sobie na szczęście, bo miała za kruche serce, za miękkie, zbyt niewinne i niedoświadczone, kiedy cię poznała, a potem zabrała cię śmierć. Kiedy pożerał cię rak ,a ty się zabiłeś. Kiedy wiedziała, tej nocy, że umierasz...i ona umarła. Coś w niej umarło może na zawsze.

Tak to czasem sobie wyobrażam. Ty wykrwawiasz się w swoim mieszkaniu na podłodze, z podciętymi żyłami, a ta krew przepływa do niej ulicami miasta. I wsącza się w jej serce. Zaraża ją chorobą. Zaraża ją śmiercią, mimo że ona o tym nie wie.
I ona przeżywa, ale umarło w niej coś na zawsze. Nie ma dla niej nadziei, może dlatego, że to zaszło za daleko. Ty wykrwawiasz się na swoim dywanie, a twoja krew zaczyna krążyć w jej żyłach. I zatrzymuje coś w sercu, psuje jego mechanizm. Ale ona jeszcze nie wie, że już marła.
Tylko z czasem coraz bardziej to widać. I ten ból, twoja krew, zjada ją od środka. Wypala w niej niezmywalne piętno.
I ona z czasem, z roku na rok coraz bardziej szaleje. I mimo że chcieliśmy, by miała piękne, szczęśliwe życie, mimo że sama próbuje w to wierzyć, miota się, ona też powoli umiera. Spala się, jak i ty się spalałeś.
Z roku na rok jest coraz gorzej. I mimo że ja wierzyłam, że jest dla niej nadzieja, dla jej życia...twoja krew w jej złamanym przez twoją śmierć sercu krąży za mocno, za szybko, za gwałtownie.

Vince, wiesz, że ja wiem, prawda? Wiesz, że ja wiem, co się stanie i wiesz, że nawet jak próbuję walczyć...
Wiedziałam, jak to będzie z tobą.
Wiedziałam, jak to będzie z Królikiem.
Widzę to, jak ona...

Widzę, jak ona spłonie. I nie mam siły, bo mimo że widziałam to wcześniej, nie chciałam w to wierzyć.
Ale już powoli muszę odpuścić. Nie uratuję jej. Nikogo z was nie uratowałam.
Zbawić mogę tylko siebie, co, Vince?

Ale twoja krew z tych podciętych żył w jej sercu. Bo ona tak cię kochała...
Czy znałam inną tak wielką miłość?
Nie wiem. Doprawdy nie wiem, mimo że mam wrażenie, że widzę jej echo w kimś innym ale...nie chcę zapeszać.

I ona spłonie. Nic nie poradzę na jej szaleństwo, na twoją krew w jej sercu Vince.
Ale widzę to inaczej, wiesz?
Wierzę, że w pewnym momencie spotkacie się w spadającym deszczu. Deszczu, w którym całowaliście się przed twoją kamienicą. Dotkniecie swoich twarzy.

Może to długa droga. I można jechać całą noc. I całe życie. Aż do śmierci. I wiesz...mi się wydaje, że ona tak naprawdę, może tak naprawdę, mimo że tak się pozornie zmieniła...
W środku nadal jest ona, dawna. I ta dawna, która tak bardzo cię kochała, po prostu jedzie do ciebie w spadającym deszczu.
A ty na nią czekasz, prawda, Vince?

Więc nie miej do mnie żalu, że ja przestaję walczyć. Ja nie mam na to siły. Dobrze, Vince?
Myślę, że teraz ty musisz na nią po prostu poczekać.
I mam nadzieję, że u ciebie pada. Właśnie na ten scenariusz czekasz, prawda? Bo tu już nie ma pytań.
Vince...bo ty jesteś odpowiedzią.


(i w tym teledysku widzę tak bardzo ją. a może was. i nie mogę nie płakać. )

Możesz jechać całą noc
Szukając odpowiedzi w spadającym deszczu
Chcesz znaleźć sens
Szukając odpowiedzi
Moglibyśmy znaleźć powód, powód żeby się zmienić
Szukając odpowiedzi
Moglibyśmy znaleźć powód, powód żeby zostać

Stojąc w spadającym deszczu. 

środa, 23 listopada 2016

O aferze kocykowej i małej lampce pod sercem.

-Serio, dzisiaj w końcu wywlekli temat tych koców? - rozmawiałam przez telefon z jedną z moich współpracownic.
-No, serio. Ale w sumie oddziałowa nie będzie się czepiać, ona nic nie mówiła, ale wiesz, pani D, pani K, one zaczęły jazgotać, że jakim prawem, nie swoim się rządziłyście i w ogóle, oni sami mają sobie radzić.
-Kurwa, koca pożałować. Przecież ich nie zjedli, to jest śmieszne wszystko- aż się zdenerwowałam.

Afera kocykowa, doprawdy. Trochę absurdalne, trochę irytujące. Bo kto by się czepiał o wydanie 6 starych koców ludziom, którzy nie mieli się nocą czym przykryć, koców, które i tak wróciły na oddział? Okazuje się, że można się i czepiać. Tak dla zasady. Tak po prostu, nawet, jeśli główna zainteresowana, sama szefowa, nie ma nic przeciwko temu.

O co chodzi z aferą kocykową?
Remont na naszym oddziale nadal trwa, jak wszyscy wiedzą. Chaos coraz większy, coraz większa bieganina, bo termin oddania już przekroczony, panowie majstrowie płacą już kary i ogólnie, mało śmieszne i coraz bardziej męczące już to wszystko jest.
Nadal pracują przy tym remoncie u nas Ukraińcy, cudnie zbudowany i cudnie mądry Artiom, jego koledzy i koleżanki, w tym pulchna, niska Natalia z Lwowa, z którą od razu załapałam świetny kontakt rozlewając wiadra z wodą i śmiejąc się z naszej wspólnej niezgrabności, kiedy na nocce dziewczyny sprzątały u nas, a ja chciałam im pomóc, robiąc jak widać więcej szkody, niż przynosząc pożytku.
Nadal jest Jamnik, chamski burak który biega za mną jak oszalały, bo typowo się na mnie uparł, zakochał. Nadal jest Mareczek, starszy kolega Jamnika, który wygląda jak przepity Elvis, ale ogólnie jest w porządku i lubię z nim pożartować.
I jest też wiecznie zmęczony Pan Kierownik, który nieraz ze mną lubi sobie pogadać, chociaż jak widzę to taki nieśmiały typ, z wiecznym cierpiętniczym wręcz spokojem w środku, cichym głosem i jakąś taką aurą, że chciałoby się go przytulić, jak widzi się, że wszyscy coś od niego chcą i na niego krzyczą.
Takie więc to postacie przewijają się dodatkowo na naszym oddziale, wśród pyłu i chaosu, wśród przenoszenia pacjentów z pokoju do pokoju i ogólnego rozgardiaszu.

A ja, w tym wszystkim, razem z moją Ulubioną Pielęgniarką, której na imię tak jak i mnie, w której widzę siebie za 20 lat ( też jest leworęczna, też jak była młoda wiecznie robiła u siebie imprezy, jeździła na koncerty rockowe i wiecznie miała coś złamane) i razem z panią M. miałyśmy nocny dyżur.
Z reguły na nockach panuje spokój, ot, przewiniesz sobie oddział i potem już głównie czuwasz, żeby nikt się nie zgubił, nie wypadł z łóżka, nieraz żeby nie umarł.

Tym razem chaos dał nam się we znaki. Poprzenosili nam na dniówce pacjentów tak, że same nie mogłyśmy się ogarnąć. Ulubiona wykrakała nam, że będziemy przewijać góra pół godziny- zastałyśmy oddział w takim stanie ( nie wina dniówki, nigdy nie wiadomo, ile razy ktoś zrobi kupę, no nie?)że robiłyśmy to półtora. Spocona, zmęczona, poszłam się myć pod prysznic który dzielimy z Chłopcem ( słynne jest już nasze zanoszenie sobie ręczników jak mamy razem dyżur i propozycje mycia pleców), myśląc, że to koniec przygód- ale nie, to był dopiero początek.

Już przedtem Ulubiona, widząc sprzątające Ukrainki, Natalię i Julię, widząc, że to już 21, wiedząc, że mieszkają pod Poznaniem i nie wiadomo o której się położą spać, a wiedząc dodatkowo, że o 6 rano mają do nas wrócić, zaproponowała im, że się nimi zajmie. Po prostu w której pustej sali zorganizuje im nocleg. W końcu to dom, mamy prysznic, mamy kuchnię, mamy niezliczoną ilość kocyków, kołderek, poduszek, żyć nie umierać!
Cały czas przewijając oddział zastanawiałyśmy się, czy te młode dziewczyny, umęczone tego dnia jak my, przyjdą do nas. Bo i w międzyczasie wpadł Artiom z herbatką już jakoś się wpraszając, bo wiedział, że ja mam dyżur i liczył na nocne nauki języków przy dyskusjach o filozofii czy filologii ( dopiero niedawno ogarnęłam, że to w końcu pan magister filologii z fakultetem z filozofii, cały czas myślałam, że jest na odwrót).
No ale jakoś się nie zjawiały, pomyślałyśmy więc, że pojechały pod Poznań, do tych hoteli robotniczych w których śpią, że zawiózł je ten fajny kierownik, bo widziałyśmy, że rozwozi ludzi z tym swoim stoickim spokojem nawet po nocy.

Skończyłam prysznic i miałam iść na chwilę do portierni, żeby pan, który tam siedzi, mógł zrobić obchód po korytarzach całego domu, zawsze zmieniam go na te 20 minut po nockach. Wyszłam na korytarz z książką, kierując się już do windy i prawie zderzyłam się z panem kierownikiem. Sprawdzał coś tam jeszcze na oddziale, jak poszedł remont tego dnia, zmęczony i cały w pyle, który dusi każdego z nas. Weszłam z nim do windy i tak od słowa do słowa wyszło, że...potrzebuje materace. Albo koce. Albo cokolwiek, bo jednak 7 osób ma zostać u nas na noc.
Co mogła zrobić Frida? Oczywiście, zaproponować pomoc. Bo jak to tak, ci biedni ludzie, pracujący do 2 w nocy nieraz, mają spać ot tak, na podłodze? Od razu powiedziałam Kierownikowi, że Ulubiona jakby co może przyjąć do nas 2 dziewczyny na noc, ale dziewczyny, bo z facetami nigdy nic nie wiadomo i się ich boi troszkę, zażartowałam nawet, że dba o moją nieistniejącą już cnotę, jako moja zastępcza tutaj w pracy, matka. Od razu pomyślałam, że może mamy gdzieś w piwnicach materace, zjechałam z nim na dół, ale zapomniałam, że przecież potrzebny tam jest klucz!
Musiałam już iść do portierni, powiedziałam więc panu Kierownikowi, że wie jakby co, gdzie nas szukać. I przyszedł, gdy tylko kończyłam tam siedzieć, z nadzieją, że pomogę tym 7 ludziom, a nawet może raczej i jemu, bo będzie miał problem z głowy.

Przyszliśmy na oddział. I Ulubiona, jak to ja, od razu też rzuciła się na pomoc. Tylko...pan i M. ostudziła nasz zapał. Najpierw nakrzyczała na mnie, że chcę z obcym facetem jeździć po piwnicach i szukać Bóg wie czego, ( bo chciałam wziąć klucz i jeszcze raz z nim do tej piwnicy jechać), że nie wiadomo, co on mi tam zrobi i tak dalej, potem wyjaśniła, że koce czy materace dajemy na własną odpowiedzialność, bo jak znikną to...
Nie mogłyśmy mu nie dać tych koców. 6 starych trochę koców, które potem po prostu się wypierze, bo tego wymagają nas przepisy, żeby wyprać nawet raz używany, wiadoma sprawa. Wzięłyśmy więc z Ulubioną klucze do magazynku, Kierownik poleciał za nami, ucieszony, że chociaż te koce jakoś dostanie, pomny przestrogi, żeby przynieśli nam je przed 7 rano, zanim pójdziemy do domu, żeby może się nie wydało, że dałyśmy, bo jeszcze my będziemy miały problemy.

Jeszcze o 1 w nocy, mając obchód, znalazłam dwa nieużywane na oddziale materace. Czy wy wiecie, jak mi się zrobiło głupio, tak samo i Ulubionej, jak jej o tym powiedziałam, że jednak miałyśmy i materace?
-Muszę przeprosić Kierownika- zażartowałam, a może i jakoś powiedziałam to całkiem serio, bo naprawdę, zrobiło mi się głupio.
Przez jakiś czas myślałyśmy z Ulubioną czy nawet nie zrobić Ukraińcom, którzy tam gdzieś w budynku spali śniadania, bo miałyśmy oddziałowy nadmiar chleba, który i tak się wyrzuci. Przez jakiś czas chciałyśmy lecieć z tymi materacami, ale w środku nocy naprawdę nie miało to sensu. I przez całą noc myślałyśmy, czy przyniosą nam te koce, bo pani M. nakręciła nas, że będziemy miały problemy.

O 6.30 punktualnie jeden z Ukraińców, zaspany, przyniósł całe naręcze koców, dziękując jakoś łamanym polsko- rosyjskim, mówiąc, że było ciepło i że jakoś się wyspali. Rzecz i tak się wydała, bo część osób z dziennej zmiany już przyszła.

I tak zaczęła się taka trochę afera kocykowa jak ja to nazywam. 
Dawać czy nie dawać?
Pomagać czy nie pomagać?
Serio, taki problem o głupie koce?
Bo, jak dzisiaj się dowiedziałam przez telefon jednej z koleżanek, na oddziale został poruszony temat kocyków. Po tym, jak Ruda wydała polskich pijanych robotników, że śpią jej za ścianą bez pozwolenia dyrekcji, poruszony został i ten temat, ludzi, którzy pozwolenie mieli, ale...kocyki dostali trochę nielegalnie, samowolnie. I co z tego, że je zwrócili, nie zjedli, nie poszarpali, nie poplamili. Co z tego. Okazuje się, że niektórzy mają z tym problem. Klasyczny ból dupy, o którym pewnie nikt mi w twarz nie powie gdy w piątek pójdę do pracy. Marudzenie, że jakim prawem oni mają tak za darmo coś dostać.
No bez jaj. Absurd jakiś. Ale...brzmi znajomo, prawda?
Przypomnijcie sobie całe dyskusje o imigrantach, bezdomnych, całą szerszą perspektywę i to zapalczywe „nie należy im się bo...”.
A może nie chodzi o żadne należy się- nie należy?

Nie wiem, może po prostu niektórzy są praktyczni i logiczni z tym należy się- nie należy, nawet jeśli chodzi o takie drobiazgi jak koce pożyczane na noc. Może oni lepiej na tym wychodzą, może nie mają takiej spaczonej natury jak ja i pielęgniarka z którą miałam nocny dyżur.

Bo tak naprawdę, akurat ja i Ulubiona jesteśmy naprawdę podobne. Mamy taką samą naturę. Oddałybyśmy ostatnie nawet koce, swoje jedzenie, nawet, jakby ktoś miał to zniszczyć, wyrzucić to...wiemy, że to jest w porządku. Jest w porządku, bo jeśli ktoś po prostu potrzebuje, a my mamy, to nie ma problemu.
Może właśnie w tym rzecz- nie widzimy problemu. I tym razem go nie widziałyśmy, raczej wyglądało to dla nas jak garstka przepracowanych ( potem naprawdę pracowali do 2 w nocy, widziałam przez okno), zziębniętych w nocy ludzi ułożonych na niewygodnej podłodze.

Niektórzy mogą mówić, że jesteśmy głupie i naiwne. Cóż, pewnie nieraz nietrudno się z tym zgodzić. Obie, ona starsza o prawie 30 lat i ja mówimy tak o sobie. Głupie i naiwne, nigdy się nie nauczą. Gdyby nie nasi mężowie ( też chyba jakoś podobni) to rozdałybyśmy pół swojego domu ona swojego, ja swojego. Nic byśmy z tego nie miały, nic, oprócz poczucia...że było się w porządku. Oprócz czystego sumienia.

Cholerne sumienie. Czy też musi być ono tak rozbudowane? Czym tak właściwie jest i czy w ogóle można o nim tutaj mówić? Czy to ono właśnie kazało mi jednak naprawdę przeprosić następnego dnia Kierownika gdy przyszłam pod pracę po Rudą i go spotkałam, przeprosić za te głupie materace, których nie zauważyłam? Był naprawdę zaskoczony, śmiał się, że nie ma sprawy, że przecież i tak jakoś pomogłyśmy chociaż nie musiałyśmy.
Ale czy to właśnie sumienie sprawia, że chcę być w porządku i to jedna z niewielu rzeczy, które spędzają mi sen z powiek? Bo właśnie tylko przez to albo przez martwienie się po nocach o kogoś nie sypiam nieraz. Chociaż, to pewnie też naczynia połączone.

Bo czy chodzi o to, żeby być po prostu dobrym człowiekiem?
Nie ma dobrych i złych ludzi, prawda od wieków znana. Cholerny relatywizm postrzegania. Ktoś kiedyś mówił, nie ma złych i dobrych ludzi, są złe i dobre uczynki. Ale i te są przecież względne, nawet te cholerne koce, wydane nocą, jak widać, mogą być sprawą względną. Bo może nie powinno się dawać, bo się tych cholernych robotników „przyzwyczai” że mogą sobie brać, bo nie mamy obowiązku za nich potem zawozić kocyków do pralni...

Dobre czy złe? Każdy kij ma dwa końce. Tak między bogiem a prawdą, nie ma też dobrego ani złego uczynku.
Co więc sprawia, że nieraz coś co zrobimy, a nawet częściej coś czego nie zrobimy, spędza nam sen z powiek? Co sprawia, że jedni mogą spać snem sprawiedliwych, chociaż już dawno nie świeci w nich żadne światło, a inni wśród pewnego nawet blasku gryzą palce do krwi martwiąc się, czy postąpili dobrze, chociaż wiedzą, że dobrze wcale nie istnieje?
Odwieczny moralny problem, moralny, choć moralności też nie ma. To bzdura wymyślona przez filozofów, żeby jakoś utrzymać pewne społeczne prawidła, które przecież i tak są płynne, które zmieniają się z czasem. Także, wszyscy obrońcy moralności wiecznie mogą tak naprawdę mi naskoczyć, mi i wszystkim innym, broniąc największej iluzji w reszcie iluzorycznego świata.

I znów mogę siebie po prost pytać- dlaczego i ja i Ulubiona dałyśmy te koce, dlaczego gotowa byłam biegać po piwnicy z obcym facetem w poszukiwaniu materacy i zawracać sobie głowę, lekkomyślnie, z jakąś oczywistością pod sercem, że tak właśnie trzeba? Z oczywistością, która, jak się okazuje, pomimo mojego pierwszego odruchu, wcale taka oczywista nie jest?

Powinno mi się nie chcieć, a może powinnam się zbuntować. Ileż razy w życiu zresztą powinno mi się nie chcieć, ile razy powinnam się buntować, że nie, nie wyświadczę ci przysługi, nie wstanę do ciebie w środku nocy bo mam atak paniki, nie zrobię ci tych cholernych zakupów, bo mi ciężko. Ile razy powinnam się buntować i mówić „nie”, zwłaszcza mówić to ludziom, o których wiem, że gdy im się nie chce, to po prostu się nie chce. Ich nie dręczą wyrzuty sumienia. Ile razy powinnam powiedzieć „nie” po prostu tym, których nie znam, o których nie wiem, czy nie będę miała przez nich problemów, jak choćby przez te cholerne koce, które mogły po prostu zniknąć, a ja bym musiała się tłumaczyć gęsto przez oddziałową, która ma je na stanie?
Ile razy powinnam nie robić komuś zakupów i obiadów, bo nie ma pieniędzy, a potem mi nie wystarcza do końca miesiąca i jem serki topione i czerstwe bułki?
Ile razy.

Dlaczego więc tak nie potrafię? Powiedzieć nieraz nie, dlaczego ten kocyk dany nocą jest dla mnie oczywisty?
Wpływ matki, wychowanie, geny?
Jestem po prostu głupia i naiwna, jak to mówimy z Ulubioną? Być może. Bo łatwo mnie wykorzystać. Łatwo mnie nabrać. Łatwo mnie, w końcu, przez to skrzywdzić i wiem, nieraz byłam skrzywdzona, ale to i tak po mnie spływa.
Bo wolę przyjąć nieraz krzywdę niż brzydzić się siebie...choć nadal nie mogę zrozumieć, skąd to obrzydzenie by się wzięło. Bo w tylu ludziach by ono nie zagościło, w sercach wielu ludzi pojawiłaby się tylko logika, opłaca się nie opłaca i...
...a może się mylę?

Może wielu ludzi by chciało dać ten koc, zaproponować ciepłą herbatę, ale ważniejszy jest jakiś pierwotny strach? Dam koc, a oni zniszczą i będę musiał płacić. Dam herbatę, a oni przywykną i będą chcieli dostawać cały obiad. Przyjadą do nas i im pomożemy, ale oni wezmą nasze miejsca pracy, zajmą nasze domy, zmienią nasze życie. Nakarmię psa, a on będzie potem za mną łaził i stanę się odpowiedzialny.
Tak, odpowiedzialny. Może to właśnie tego nieraz się boimy.
Mimo że nie ma dobra i zła, może to właśnie polega na przyjmowaniu odpowiedzialności. Za swój ruch, albo za jego brak, choć, ten pozornie jest łatwiejszy. Pozornie duszy i sercu łatwiej wytłumaczyć, że po prostu się nic nie robiło, niż że się coś zrobiło. I być może dlatego tak często zostajemy obojętnymi.

Ja nie umiem być obojętna. Głupia i naiwna, ktoś powie że dobra, choć dobro nie istnieje, tak samo jak zło. Istnieją czyny, równie ambiwalentne i....jeśli to wiem, nie wiem jak wybieram. Nie pytajcie.
Nie wiem co dobre a co złe, co więcej, wiem, że te pojęcia są bezsensowne, głupie i nie mają uzasadnienia. Wiem, że nie ma świętych, a nawet jeśli istnieją mali bohaterowie codzienności, to i ich czyny zawsze mają dwa oblicza, tylko jedni bywa jaskrawsze,
Nie ma dobra, nie ma zła, są dziwaczne czyny, które jakoś wybieramy. W jaki sposób? Nie wiem. Jakby się zastanowić, może nie powinno się robić nic. Nie proponować głupich koców, herbat, zakupów, obiadów.
Ale mam w środku, w sercu, małą lampkę, taką co daje trochę światła i bardzo dużo, dużo ciepła, taką lampkę, która po prostu nieraz przygasa gdy martwię się o kogoś, gdy mam wrażenie, że poczyniłam krzywdę ruchem lub jego brakiem. Mam małą lampkę, grzejniczek, domowe palenisko- ognisko, lampkę która rozpala się, gdy widzę czyjś uśmiech, radość z ciepłej herbaty wsadzonej nieraz nawet na siłę w dłonie.
Może i ona z czasem się zmęczy, zestarzeje, wypali. Może ona, jak i spora część świata uzna, że nie warto się tlić, grzać, bo po prostu nie ma sensu, bo tyle krzywdy, nieporozumień przez nią, tyle kłopotów. Może ja zgorzknieję i stracę ciepło swoje, tak, że przestanę czuć ciepło też i świata, bo jakby nie patrzeć...może ta lampka to właśnie jego okruch? Żadne dobro, zło a część świata, która dyktuje....
Nie, nie ma co znaczenia.
Teraz, w tym momencie życia, mam małą lampkę co oświetla i rozgrzewa. Ona pewnie też jest głupia, nieraz wpędza mnie w kłopoty, po prostu sobie jest, świeci bez uzasadnienia...ale jakoś to działa. Skąd ona wie?
Tego już wam na pewno nie powiem. Ja jestem w tym wszystkim za mała.



Więc nie pozwól, by świat cię zniszczył
Nie wszyscy są tacy pojebani i zimni
Pamiętaj po co tu jesteś i dopóki żyjesz

Doświadczaj ciepła, zanim się zestarzejesz. 

piątek, 18 listopada 2016

O tym, że tytułu dla listopadowej melancholii, dziwnej tego poranka, nie będzie.

Niedawno śmiałam się, że najważniejsze jest te 7 lat. Bo jak mówi pewien znany przesąd, jeśli przeżyjesz z kimś 7 lat i nie utracisz kontaktu, to jest szansa, że będziecie znać się przez całe życie. Bo 7 lat to więcej, niż niektóre etapy.
To przemijający etap znajomości z liceum i studiów, to czas, kiedy przekształcasz jedno życie w drugie. Musicie znać się 7 lat, żeby móc znać się całe życie. Żeby zawsze być razem.
Tyleż prawdziwe, co naiwne.
Jeśli w ciągu 7 lat nieraz do siebie wrócimy...tak, może zostaniemy ze sobą na zawsze. Jako przyjaciele, znajomi, po protu kumple. Nawet jeśli w tym czasie inne relacje są intensywniejsze, nawet jeśli pachną mocniej. Nawet jeśli przez jedne relacje chce porzucić się albo zaniedbuje te stare, sprawdzone. Te, które trwają 7 lat i dłużej.
I z wiekiem paradoksalnie, choć o to łatwiej, to też i o to trudniej.

Tyle śmiechu w ostatnich dniach. Ale po śmiechu zawsze muszą pojawić się łzy. Kolejne zrozumienie, że wszystko przeminie. My przeminiemy.
Widzę zmiany w relacjach.
Widzę zmiany w moim ciele, te coraz wyraźniejsze zmarszczki, coraz wrażliwszą skórę, łagodność a nie zaciętość na obliczu, które odbija się lustrze. Coraz większe pole przeorane doświadczeniem, które powoduje zmęczenie, ale w zamian oferuje i mądrość, jeśli tylko chce się z niej skorzystać.

Poddaję się temu, poddaję się kolejom życia, jego etapom, nie przebłagam bowiem czasu, nie zatrzymam wszystkiego, poddaję się temu i nawet uczę się czerpać z tego dziwaczną satysfakcję, dziwaczną radość, że wszystko przeminie, vanitas vanitatum et omnia vanitas, że może nie ma się co przejmować, tylko hedonistycznie zatrzymywać moment. Poddaję się czasowi, który nie istnieje i staram się cieszyć chwilą, ale coraz bardziej panicznie, krwiożerczo, aż do przesady, jakbym podświadomie chciała zostawić po sobie ślady tak trwałe jak blizny w duszach, jakbym chciała wyryć się krwawo imieniem na skórze. Jakbym bała się, że proch przeminie, a to może ma jakieś znaczenie, ilu i jak pamięta. A nie ma. Proch to proch, musi wrócić do ziemi. I tylko to ma znaczenie.
Rozsypcie mnie więc za życia, nie szkodzi. Bo za mało nam, za mało nam do 7 lat, tylko od nas zależy, ile ich zbudujemy, czy przetrwamy więcej niż 7 ale...jak mogę w to wierzyć?
Że jeszcze jakoś?
Że jeszcze z kimś?
Że z tobą, mimo że mi zależy?

Podejmuję decyzje, które spalą mosty. Bo nawinie mogę mówić, że przecież obecność fizyczna niewiele zmienia. Wiem, że zmienia wszystko. Wiem, że wszystko może być stracone, ale mówię uparcie, że taka jest kolej życia, że nieraz nie można walczyć, nieraz trzeba się z tym godzić. Trzeba wszystko stracić, zatańczyć nadmiernie intensywnie, tupiąc i śmiejąc się za głośno, aż tafla lodu pęknie i zmrozi serce, zabije to, co między nami. Czasem trzeba.

I nie mogę spać. Budzę się nocami, zwalam to na księżyc, na jego intensywną, bliską mojej twarzy tarczę. Zwalam to na zaprzeszłości i niedokończone sprawy, na alkohol i przemęczenie.
A gdy zasnę, pojawiają się sny.

Ciężkie, lepkie. Śnią się twarze, które nigdy nie powinny, nie powinny się przypominać. Gwałty w dusznych, pełnych szczurów piwnicach. Aż wreszcie małpy, które powinny być ogniście rude, a są czarne i giną w trakcie burzy w ogrodzie mojej matki.
Małpa, zręczny imitator, błazeński, nie jest ani wierny, ani szczególnie inteligentny. Kolejny symbol mnie, mnie śmiejącej się, mnie udającej, naśladującej tylko to, co ją otacza. Cudzy dobry humor. Cudzą wiarę w ostatnie dni, że jeszcze się uda, spotkać, zapamiętać na zawsze zapach który już powoduje skojrzanie, że jeszcze się uda wypić to piwo, jeszcze się uda...
Ginie w trakcie pory zmian. Ginie w pełnej świadomości, w swoim doświadczeniu, w miejsc tyle tajemniczym, co znanym od dziecka, bezpiecznym, co kryjącym wszystko co w głowie. Ginący w ogrodzie mojej matki, miejscu, które mówi o mojej nauce, kolejnych naiwnych wiarach, ale zmienianych przez doświadczenie.
Znów, wszystko jasne. Nawet gdy ja nie chcę o tym myśleć, wszystko pojawia się samo, nieproszone. Nie mogę odpocząć, muszę działać.
Chciałabym kiedyś mieć spokój. A nie umiem nawet uciekać w sny, bo ta druga ja, mądrzejsza...

Mówi mi, co być może powinnam zrobić. Albo jak bardzo nie działać. Kim nie być.

Mówi mi, że może warto się odsłonić. Może jakoś przed sobą samą.
Powiedzieć, że na kimś zależy. W środku zależy, może znów za bardzo, niż powinno, trochę dziwacznie, trochę za czule. Przyznać się, że żal do kogoś innego, żal, że w ostatnich miesiącach ktoś, dla kogoś poświęcało się wszystko przez długi, długi czas, ma tylko i wyłącznie swój świat w którym nie ma dla ciebie miejsca, a to ostatnie miesiące, bo wiesz, że gdy wyjedziesz, wszystko się rozpierdoli. Upadnie jak wieża w starej wschodniej grze, w której zabrakło klocków, bo wiesz, że to mniej niż 7 lat i pewne rzeczy, te starzejące się a nie rosnące już kości. nie wytrzymają tej zdrady. Może warto się przyznać, że innych źle osądzałaś i niepotrzebnie miałaś bariery, a jeden wieczór z piwem może zmienić wszystko, może warto się przyznać, że czasem trzeba było więcej się postarać i może warto się przyznać, że to ktoś miał na ciebie nieraz ten zimny, mroczny wpływ, którego tak naprawdę nie nosisz w swoim sercu.

Trzeba się odsłonić i powiedzieć sobie głośno, na co się godzimy, z czego rezygnujemy. A także, kogo kochamy. Jak silnie- i która miłość nas zabija, a która otula bezpiecznie.
Choć, to nie sama miłość. Ta zawsze jest piękna, tylko okoliczności bywają za ciężkie i przekrzywiają jej obraz. Ona jest niewinna, jej nie można skazać na rozstrzelanie. Ją trzeba rozgrzeszyć, a potem nieraz amputować, poddać eutanazji, bo ona, choć niewinna, nie ma racji bytu nie ma prawda istnienia.
Nie teraz.
Nie w tym świecie.

Jak zwykle może po prostu narozrabiał księżyc i przez niego widzę za dużo. Za dużo w sobie, za dużo w kimś.
Z jednymi spędzam za dużo czasu, co zacieśnia pętlę, która zamiast po prostu związać ludzi, zaciska się na szyi. Z innymi nie widzę się w ogóle, co sprawia, że sznur się przeciera, rozplata, aż wszystkie bezwolne, konopne nitki pałętają się po świecie, targane listopadowym wiatrem.
A może to właśnie listopad, wreszcie odbija się czkawką, zmęczeniem, bo za dużo było pracy i za dużo emocji. Tych dobrych i tych złych, tych wiążących się za stratą ale i z nowym powitaniem.

Listopad znowu nas zbliżył z jednymi, z innymi oddalił. Może dzięki niemu wyjechałam na jedną noc z domu tak, że wreszcie dało się porozmawiać, co z tego, że nie do końca pamięta się o czym? Ale można było odkryć, że może, póki się tu było, też coś się zmarnowało. Bo teraz mosty zaczną się palić i jak wierzyć naiwnie, że jeszcze się uda wszystko zbudować, istną twierdzę, zanim tamto spłonie?

Jak to się dzieje w tym listopadzie? Dlaczego na to pozwalam, dlaczego z jednego mogę się ciszyć, za innym płakać?
W śmiechu, cudownym błaznowaniu, radości odzyskanego dziwacznie mimo pory uśmiechu, w zarwanych przez alkohol nocach pojawiło się zmęczenie. A przede mną kolejne dwie noce, noce w pracy. Jedna bez znaczenia i jedna, na którą czekałam, ale trochę się boję. Bo w śmiechu dnia zjawia się nieopatrznie rzucone „może za bardzo się tęskniło” i wiemy, że nocą mówi się za dużo. Nocą łatwiej, nawet jeśli nie towarzyszy temu wino, piwo i na nie wszystko można zrzucić.
4 nad ranem ma swoje prawa, płynące z innego zmęczenia i magii. A my musimy tą magię przetrwać, wiedząc, że ruch zatrzymuje się tak, żeby więcej nie prowokować. Bo po co? Ta droga nic nie zmieni, ta tylko może kogoś skrzywdzić. I to nie ja będę tym gorzej złamanym, nie ja, chociaż ….coraz bardziej i mnie to dotyka. Wszystkie nieporozumienia, wszystkie nie chcę, mimo że gdyby nie...

I z tym muszę się zmierzyć w tym ostatnim, być może, w tym mieście być może ostatnim listopadzie. I nie będę w to nikogo wciągać. Tego też już za dużo.

Bo o tym przypominają słowa z innego kraju, czyjś smutek wlany w moje serce. Kolejne słowa mówiące o pragnieniach, gdy ktoś upija się samotnie w hotelu pokojowym, mówiąc, że to wszystko chyba nie wypali, całe życie nie wypali beze mnie. Tylko pijackie słowa, ale drażnią, frustrują, bo i ja w pewien sposób go kocham, nie tak, jakby chciał, ale kocham i nie umiem przejść obojętnie, wiedząc, że ratowałam to życie ale i popisowo je komuś spierdoliłam. Dziwaczna, absurdalna równowaga, którą wyśmiewa co jakiś czas los, którą co jakiś czas, może sam z siebie, a może na wyraźne życzenie któregoś z nas, musi przewrócić.

Niepokój, gdy wszystko się układa, pomimo założeń czynionych przy piwie, ze słuchawką w ręku, bo tak daleko od siebie jesteśmy.
I ta myśl, znamy się też dłużej, niż 7 lat, pomimo tej przerwy, tylu lat, wróciliśmy do siebie. Zawsze będziemy się zderzać? Do końca życia? Jak te atomy w powietrzu, których nie da się rozłączyć?

I gdy on to mówi, ja nie mówię nic.
Wiem więcej, niż mogę powiedzieć. Jak zawsze. A w listopadzie, to tez podwójnie mimo wszystko, uwiera.

7 lat albo i więcej.
Rok, a nawet i mniej.
2 lata.
Nic nie znaczące cyfry, nawet śmieszne wspominki na facebookowej tablicy, znasz kogoś 2 lata. Ha, znam go o wiele dłużej, ale niech wam będzie, skoro życie, świat lubią tak oficjalnie.
10 lat, 8 lat, 7 lat, 2 lata, rok a może i mniej. A może poznajemy się tak naprawdę w ciągu jednej nocy, w czasie której potrafimy odsłonić wszystko, zapłakać, a cała reszta nie ma znaczenia. 10 lat i ani jednej łzy, 2 lata i ani jednej, jedynej, mimo tylu chęci. Niecały rok i cała przepłakana noc na jednym ramieniu.
Jak długo się znamy? Jak bardzo się znamy?
Jak szybko przeminiemy dla siebie, jak bardzo powinniśmy to zrobić, zanim dojdzie do jakiejś kolejnej tragedii? A co będzie, jeśli znikniemy i przez to któryś statek zatonie, tragedia dopiero się rozegra, wygra gorycz, którą już gdzieś tam czuć pod językiem, zamkniętą w zakażonym światem migdałku, który próbował to wszystko zatrzymać, ale sam poległ?

A może to nie ma znaczenia. Bo jesteśmy ostatecznie sami w przestrzeni, sami w swojej głowie, sami, wydani jak włóczędzy zimną nocą, bez dach nad głową, na pastwę swoich snów, jakby były kąsającymi psami.

Czasem tylko gdy wzywam mayday w listopadzie, ktoś odpowie. Do mojej próżni, do mojego pustego, własnego wszechświata wyśle flarę, bo głos nie dotrze, nie rozejdzie się. Ale korpuskularno falowa natura światła może zawsze przyśle nadzieję.

Może nawet dotrze i ciepło?
Tylko które mi pomoże? To które zwykle daje największe opacie, najszersze dla mnie serce, nie daje dziwnie ukojenia. Być może dlatego, że targa nami dziwny niepokój.
To, którego potrzebuję jest wiecznie nieobecne i samo siebie musi rozgrzać.
To, które by potrafiło, jest niebezpieczne samo dla siebie.

A tak naprawdę, to tylko zmęczenie. Za dużo myśli i snów. Listopad czkawką odbity.
Potrzebuję snu, biegu nad jeziorem wśród drzew, chrupiącego jabłka i ciepłej herbaty, zamiast kolejnego piwa. Trochę światła, które znajdę sama w swoim wszechświecie.

Chociaż, mówili, nigdy nie zaszkodzi w przestrzeń wysłać mayday. Może gdzieś się odbije.

Byle nie czkawką.  



Czy mnie słyszysz, mayday?
Astronauta do bazy
Wyznaję, jestem w rozsypce
Nie mogę wysiąść
Gdy unoszę się w kosmosie

Gdziekolwiek jesteś, wyślij flarę
To próba nawiązania kontaktu

wtorek, 15 listopada 2016

O tym nieokreślonym czymś, czego nie mogę zrozumieć, co powoduje wiele śmiech, ale i nieraz okropnie rani, czyli o niezrozumiałej grze w chciałbym się umówić na kawę słów kilka.

-Ja pierdolę, ale ja zawsze mam takiego pecha. Od kiedy pamiętam. Pewnie dlatego, od kiedy straciłam dziewictwo, nie miałam dłuższej przerwy w uprawianiu seksu niż 3 miesiące. - podsumowałam wszystko pół żartem, pół serio, kiedy rozmawiałam w pracy z Chłopcem, a on palił spokojnie papierosa w naszej zakładowej palarni.
-Gonią się jak psy za dobra suką- zażartował ordynarnie, jak to on.
-Ale jeny, ja mu powiedziałam już, że mam męża, że nie ma mowy, nawet mu dosadnie spierdalaj mówię, a o nic, dalej swoje i już kurwa, nie patrzy na mnie z taką męską tą, no, pychą, tylko już zaczyna smutnymi psimi oczami wodzić, proszę cię!

Ano, gonią się. Ano, wodzą tymi oczyskami, za mną, spoconą, nieumalowaną, często pobrudzoną jakimiś sosami od obiadu, bo ktoś przy karmieniu na mnie parsknął. Bo w pracy nie mam obecnie spokoju- i nie chodzi mi tu o zapierdziel, jaki mamy cały czas, nieprzerwanie, przez braki kadrowe u siebie na oddziale. Nie mam spokoju przez facetów. Tak, właśnie przez nich, chociaż na oddziale pracuję tylko z jednym. Jednak remont, o którym pisałam już wcześniej, coraz bardziej ingeruje w nasze oddziałowe życie. Panowie robotnicy nie siedzą już za kotarą, tylko biegają tam i z powrotem, wszędzie wymieniając okna, drzwi, obniżając sufity. Pył, brud, przez który Chłopiec dostaje szału, podłoga, którą myje nieraz 14 razy dziennie, bo on lubi przecież porządek. Hałas, krzątanina, chaos. A w tym wszystkim ja i...kilku robotników, którzy się za mną uganiają. Jak to budowlańcy, można rzec.
Nic nowego, nic dziwnego, zawsze lubiłam właśnie te pozorne flirty, o których pisałam już wcześniej. Ale od paru dni zaczyna dochodzić do absurdów, może i trochę z mojej winy, bo powinnam to od początku ignorować ale...ile razy można mówić :nie, jestem mężatką, nie będzie żadnej kawy?

Bo Jamnik nie odpuszcza. Coraz częściej na pogaduszki, tak po prostu, gdy jadę w windzie, stoję przy dyżurce albo wyrzucam śmieci przychodzi pan kierownik, który jest bardzo fajnym facetem, jak się okazuje, po rozwodzie. Od jednego z Ukraińców w windzie też słyszałam, że moglibyśmy iść na piwo.
Raz już się, jak żartuje pani Aldona, prawie o mnie pobito, kiedy to poprosiłam nieopatrznie i Jamnika i Tomka o pomoc, bo zacietrzewiony Jamnik stwierdził, że „jestem jego” i ten ma spadać. Cóż, zapomniał, że ja mam Męża, a przede wszystkim, to jestem swoja.
Już raz w pracy bronił mnie Chłopiec i kazał Jamnikowi spadać, wczoraj w windzie już innemu panu sam powiedział, z siebie, że ja mężatka, więc nie ma co szukać. Dobrze, że mogę i na niego liczyć, bo jednak faceta, „naszego” faceta oddziałowego słuchają bardziej niż wkurzonej do granic pani Aldony. Nie to, żebym sobie nie radziła.
Bo wiem doskonale, że jeśli któryś przegnie, zacznie mnie obłapiać, to po prostu złamię któremuś nos ( mam bardzo celny cios jeśli o to chodzi, uwierzcie), jak już nieraz w życiu musiałam robić. Mam zresztą na to pozwolenie od oddziałowej, która też ma trochę ubaw.

Bo cały oddział ma ubaw, nawet Chłopiec, który mnie trochę broni, a trochę ma używanie, kiedy udaje, że chce zawołać Jamnika, tak długo, aż w końcu mnie denerwuje tak bardzo, że gilgocząc się wzajemnie wpadamy za kotarę robotników, wywołując u nich niemały szok. Bo nawet ja mam ubaw, kiedy to planujemy z Chłopcem zrobić Jamnikowi w końcu tą kawę, ale ze sporą ilością środka przeczyszczającego, bo przecież, takich u nas na oddziale nie brakuje.
Ogólnie, jest to dość zabawne, wszystkie opiekunki, pielęgniarki i pokojowe, łącznie z oddziałową mogą robić zakłady, kiedy to puszczą mi nerwy, kiedy to chłopaki serio się o mnie pobiją albo kiedy mój Mąż się wkurzy, bo wiedzą, że o wszystkim mu zawsze opowiadam. Ogólnie jest zabawnie, bo w większości, poza namolnym Jamnikiem, to są fajne chłopaki, z którymi jest po prostu wesoło, to żarty, takie damsko- męskie żarty, w których jak sądziłam, nigdy nie umiałam się poruszać, a zawsze wychodziło tak, że to ze mną najbardziej lubiano je ostatecznie uprawiać.

Czemu ze mną? Nie mam pojęcia.
Bo ja ani ładna nie jestem, ze swoim wielkim nosem, nadwagą, szerokimi ramionami. Ani specjalnie bystra się pewnie nie wydaję, bo często mówię gwarą, kurwję na prawo i lewo, śmieję się tak głośno, jak ordynarna baba, że aż szyby w oknach się trzęsą. Ani jakoś powabna, bo chodzę jak penera jak to mówi mój Mąż, bujając się na boki.
O co w tym wszystkim chodzi? Nie mam pojęcia. Tak naprawdę nigdy do tego nie doszłam, a zastanawiam się nad tym od wielu lat. Na czym polega tajemnica powodzenia, jakiejś atrakcyjności?
Bo rozumiem jeszcze, że facet się zakocha, jeśli rozmawiamy długo ze sobą, zna jakoś moje wnętrze, wie, że jestem inteligentna ( no bo jestem, ha!), spodoba mu się to wszystko, wtedy rozumiem- można się zakochać. Ale zakochać, zauroczyć...a co w kwestii takiego zwykłego, codziennego powodzenia?

Ostatnimi czasy miałam wrażenie, że rozwiązałam tą zagadkę. Chciałam wszystko spędzić na chemię, bo faktycznie, od kiedy nie biorę hormonów, jadę na „naturze”, jakby więcej znajdowało się przypadkowych „samców”, którzy podchodzą, uśmiechają się, zapraszają na kawę. Ja sama zresztą mam więcej energii, zapewne rozdaję więcej przypadkowych uśmiechów ( tak, należę do gatunku tych, którzy idą na ulicy i się uśmiechają, tak po prostu, a jednak, niektórzy to błędnie interpretują), jakoś „wszędzie mnie widać”. Ale pomyślałam o zwykłej chemii hormonalnej, o feromonach, które po prostu są mi jakoś przyrodzone i powodują samcze zainteresowanie. Nie od dzisiaj wiadomo, że pożądanie jest chemią, w pewien sposób nawet miłość nią jest, chociaż ja zawsze mówię tutaj o wyższej, wręcz alchemii.
Odstawiałam więc hormony, co zbiegło się jakoś z remontem u mnie, z poznaniem paru kolejnych facetów. Ale potem pomyślałam, że może to nie do końca to, bo przecież, pomijając te 2 lata, kiedy byłam przygaszona przez pewne dziwaczne okoliczności losu, kiedy sama nie zwracałam na pewne rzeczy uwagi, w czasach, kiedy brałam antykoncepcję...też zdarzali się „zakochańcy”, też zdarzali się mężczyźni- i też kobiety- które chciały zabrać mnie na randkę bo po prostu „coś im się we mnie spodobało”.
Ale do cholery, co?

Od zawsze próbowałam się dowiedzieć. Bo na pewno nie jest to tak, że pojawiam się na imprezie, jestem „tą zajebistą dupą” wokół której gromadzi się tłum samców, bo jest ładna. No bo jak pisałam, ładna nie jestem. Obiektywnie patrząc, na nasz kanon, nie mam w sobie nic, co by do niego pasowało. Nie jest więc tak, że gdybym poszła do baru z koleżankami, to ja będę ta, którą faceci by się interesowali, byłabym tą, która na pewno wyszłaby do domu z facetem, a nie sama. Ale często by się tak zdarzało.
Bo w tym moim dziwnym, pokrętnym niby-powodzeniu nie chodzi o to, że jestem królową, której pada się do stóp. Jestem tą zwykłą dziewczyną, ale tą, na której orbicie, gdyby chciała, zawsze znalazłby się facet. I co najgorsze...nie tylko taki, który chciałby ze mną uprawiać seks. Ale też zawsze, gdzieś tam, znajduje się taki...który chciałby ze mną być. Nawet teraz, kiedy mam Męża.

Ostatnio już żartowaliśmy, że gdybym się rozwiodła, albo została wdową, to już by się robił ogonek kolejnych chętnych, czekających na „swój moment”. No ale ani rozwodzić się, ani zostawać wdową tym bardziej nie mam zamiaru. Tym bardziej to tzw. powodzenie nieraz męczy czy irytuje.

Bo może, zgodzę się, w porządku ze mnie kobieta, jeśli chodzi o tworzenie związków. Trochę mało klasycznych, bo bardziej kumpelskich, taki jak mój i Męża. Bo nie jestem kobietą, która stroi fochy, można ze mną wypić morze piwa, można ze mną uprawiać seks bez większych wymagań z mojej strony w stosunku do romantycznej atmosfery, bekam i pierdzę, żarty mam niskiego lotu, a wiem, że to wielu facetom odpowiada. W porządku, zgodzę się, że wielu facetom dobrze by się ze mną żyło, bo jestem fajnym kumplem i jeśli nie szuka się mimozy, jestem dobrym materiałem na żonę. Tym bardziej, że obok tego mam mega instynkty opiekuńcze, kocham gotować, mam trochę tego kobiecego ciepła w środku, co tworzy dziwne połączenie. W porządku.
Ale przecież tego nie widać na zewnątrz. A może widać?

Wiecznie próbuję rozwikłać tą zagadkę. Tych wszystkich przypadkowych facetów, którzy próbowali umówić się ze mną na kawę czy na piwo. Tych wszystkich moich byłych, których spotykałam po latach, a którzy nawet po paru dniach ze mną, nie mogli o mnie przez lata zapomnieć, jak się potem dowiadywałam, przez co miałam nieraz wyrzuty sumienia.
W czym kryje się tajemnica powodzenia albo bycia „kobietą nie do zapomnienia”?

Próbowałam nieraz już sondować mojego Męża, bo przecież, on, jako najbardziej zainteresowany, powinien wiedzieć najlepiej?
Najczęściej odpowiada mi krótko „jesteś zajebista, przyjmij to do wiadomości”. Innym razem, całkiem na poważnie, mówi, że dla niego jestem najpiękniejsza, najmądrzejsza, najbardziej kobieca. Ceni moją prostotę kobiecą jakąś, moją kobiecą siłę i miękkość zarazem. Innym razem, mówi, że sam nie wie. Po prostu. Jest we mnie coś i...nie wie. To piękne, to jego samego chwyciło ale...nie umie tego nazwać.

Coś. Nieokreślone, drażniące słówko.
Coś. To coś, o którym mówiono nieraz. Jednia mają to coś, inni nie. Czasem to coś na kogoś działa, na kogoś nie działa w ogóle. Bo na pewno nie jest też tak, że „to coś” zadziała na każdego faceta, wręcz przeciwnie. Ale są pewni wybrańcy, którzy od tego czegoś nie mogą się odżegnać i...
Najczęściej trafiam na dziwaków, dziwnych outsiderów albo całkowitych macho. Nie ma nawet w tym reguły, kto najbardziej reaguje na moje coś.


Kurwa mać.
Coś mi nie starcza. Chcę wiedzieć, czym jest to coś. Może gdybym odkryła tą zagadkę, wiele innych osób wreszcie straciłoby dziewictwo?
Tak, wiem, ponury żart, ale...jeśli istnieje to coś, to jest to nieraz trochę niesprawiedliwe. To taki los na loterii, którym, nie wiadomo na jakich zasadach, wedle jakich prawideł, niektórzy wygrywają w łóżkowej, a może i nie tylko, strefie. A inni są, nawet jeśli tym obdarzeni, prawdziwymi nieszczęśnikami, bo od nadmiaru aż wariują.
Swojego czasu, jako nastolatka, nawet ja się bałam, że zwariuję, skacząc po kolejnych łóżkach i jak się okazuje, łamiąc tymi skokami wiele serc.

A może to się opiera właśnie na seksie? Może „tym czymś” jest gotowość do uprawiania seksu? Bo jakby nie patrzeć, jestem wybitnie rozbuchana seksualnie, nie mam seksualnego tabu, mówię o tym otwarcie i może w jakiś pokrętny sposób...to widać? Tą teorię jednak chyba łatwo idzie obalić. Bo przecież ile jest osób, które chcą uprawiać seks, a jakoś nie mają zapchanego terminarza randek na następne 20 lat. Ile jest też osób, które są pruderyjne a...inni się za nimi uganiają?
To chyba też tak nie działa.

Nie mam już pomysłów. Od wielu, wielu lat, nie mam pomysłów.
Myślałam, jestem z jednym facetem, którego kocham, to inni przestaną za mną latać. Jakby wraz z wejściem w poważny związek, jak kiedyś z cięciem włosów, dawano światu znak „teraz już żadnych zaproszeń na kawę”.
Myślałam, przytyłam, zbrzydłam, trochę się zestarzałam, nie jestem już ponętną nastolatką. To też nic nie dało. Może tylko to, że zmieniła się nisza, częściej podrywają mnie faceci trochę starsi, krótko przed 40- stką, którzy mają nieśmiałe uśmiechy i wygłodniałe oczy.
Myślałam, myślałam...i nic z myślenia nie wyszło.

To przedziwna gra, musicie się zgodzić. Gra, w którą wszyscy gramy, gramy własnymi sercami i emocjami, gramy własnymi penisami i waginami. Gra w pożądanie, która nieraz przeradza się w grę w miłość.
I już dawno powinnam przestać chyba myśleć, że kiedykolwiek w pełni, gra sama z siebie, ujawni nam jej reguły. Już dawno chyba powinnam przestać się łudzić, że kiedykolwiek zrozumiem, nagle pojmę, o co w tym wszystkim tak naprawdę tu chodzi.
Feromony, nimb, chemia, emocje, myśli wymieniane godzinami. Co sprawi, że nagle serce zaczyna bić szybciej, że chcemy poznać bliżej, albo co sprawia, że już w pewnym momencie nie możemy o kimś przestać myśleć, mimo że pozornie wręcz nie ma prawa się nam podobać. Co sprawi, że zostaniemy wręcz opętani. Te kilka słów, te kilka ruchów, ten jeden niepozorny uśmiech. Zapach. Otarcie się w windzie skóry o nagą skórę, delikatne poruszenie dłoni.
Może już dawno powinnam przestać pytać.
Nie powinnam się zastanawiać się nad czymś, czego nie pojmę, nie zrozumiem. Mimo tego, że wiem, dlaczego chcę. Bo tak naprawdę...chciałabym się tego pozbyć. Tego, co przyciąga i co spala potem ludzi, jak ogień ćmy. Bo chciałabym się pozbyć tego, przez co ktoś może coś stracić, nawet przez moment a czasem...przez całe życie. Bo chciałabym wymazać te pewne zawiedzione spojrzenia, a nieraz i chciałabym wymazać te łzy i wiele tych rozmów, w których musiałam mówić „lubię cię ale...”.
Chciałabym, żeby nikt już nic przeze mnie, przez jakieś dziwne emocje, pożądanie, nie zmarnował.

Chciałabym mieć pewność, że to już nigdy nie nastąpi. Chciałabym nie musieć uważać, nie musieć mówić nie, móc po prostu być sobą, mówić ludziom, że ich kocham, uśmiechać się do nich, móc powiedzieć tak cholernie za tobą tęskniłam i nie bać się, że ktoś mnie źle zrozumie. Źle zrozumieć bo mam to coś a...może po prostu potrzebuje ciepła i bliskości?
Chciałabym, ale chcieć to ja sobie mogę, prawda? To trzeba po prostu zaakceptować. To, jak i wszystko, co mimowolnie powoduje, że krzywdzimy. Bo krzywda to część życia i każda relacja prędzej czy później ją spowoduje- musimy się z tym godzić. Godzić, śmiać, a nieraz i cieszyć się, bo przecież pozornie nic nie znaczące "chodź ze mną na kawę" bywa miłym epizodem i nie zawsze kończy się połamanymi kośćmi i stratami iście wojennymi. 

Więc może powinnam udawać, że się nie przejmuję, udawać, że wszystko w porządku, i może, nie powinnam już pytać. Bo i samo życie nie daje mi odpowiedzi.

Rozmawialiśmy, żartując, nigdy na poważnie, chyba że to noc, chyba że jesteśmy z Chłopcem sami. Dostałam smsa.
Nie pokazuj się koło socjalnego, Jamnik znowu się kręci i pyta o ciebie, gdzie poszłaś XD”.

-Ja pieprzę, co on się na mnie tak uparł? Co we mnie takiego jest?
-Może lepiej żebym nie mówił.- zgasił papierosa i wyszedł, tak po prostu, popędził jak to on, przed siebie. A ja poczułam, przez króciutki moment, zanim wróciliśmy do swoich żartów, że pewne rzeczy nigdy nie powinny paść, pewne zdania, że możemy się dobrze bawić, ale może faktycznie, nic więcej, żeby nie przekroczyć granicy, żeby znowu komuś czegoś nie odebrać, żeby komuś czegoś mimowolnie nie obiecać, mimo że słownie się zaprzecza, ale „coś” we mnie mówi inaczej.

Może powinnam przestać pytać, nieraz aż nazbyt nierozważnie. Jak to powiedział Vincent, kiedyś, przed laty, nigdy nie pytaj o swoją atrakcyjność faceta, który wie, boleśnie wie, że nigdy się z tobą nie prześpi.
Może za często po prostu powtarzałam ten błąd.

Może czas przestać pytać.

  
Bo od paru dni mnie prześladuje, idealnie, zbyt popularna. 

niedziela, 6 listopada 2016

O tym, że to my, sami niedoskonali, nie pozwalamy innym naprawiać swoich błędów.

-Ale jak to z tobą zerwała? Tak po prostu?
-No nie chce się więcej ze mną spotykać. Wiesz...ja jej dopiero powiedziałem że tego...no...
-Że co?
-Że siedziałem. - powiedział spuszczając wzrok, z tym swoim jakimś wstydem, kiedy staliśmy w palarni u mnie w pracy.
-A, o to chodzi. No ale jeny, co z tego? Przecież odpokutowałeś swoją głupotę, układasz jakoś życie, Tomek, do cholery. Serio to dla niej taki problem?
-No ponoć nie będzie spotykać się z kryminalistą, nie podoba to się jej rodzicom, nie wiem, przestała się odzywać od paru dni.
-Cóż, niby taka mądra, studentka, a zwykła tępa strzała, tyle mogę powiedzieć.
Chociaż się roześmiał, zresztą, cholernie dużo śmialiśmy się tego dnia. Chyba żadne z nas, jak widać, nie spodziewał się tak wielkiej ilości śmiechu tego dnia, ja przez swoje bolesne rocznice, on przez to, że jakoś jak widać nie może ułożyć sobie życia, bo pewne błędy ciągną się za nim jak smród nie do zmycia.

Tomka poznałam jakiś czas temu, w swojej pracy.
Nie, nie jest jednym z pracowników. W Domu odwiedza pewną kobietkę, jedną z moich lubionych pensjonariuszek, roześmianą panią, która jednocześnie lubi sobie wypić. Po prostu, odwiedza swoją matkę, która przez swój alkoholizm trafiła do nas, kiedy też złamała sobie kość wywracając się po pijaku, a nie miał się kto nią zająć.
A nie miał kto, bo Tomek siedział wówczas w więzieniu.

Były więzień. Łatka, o której od razu wiedziałam, gdy tylko przyszedł pierwszego dnia, gdy owa pani cieszyła się, że w końcu jej syneczek wyszedł na wolność i od razu popędził do niej, do jej pokoiku, który dzieli z inną panią, z którą sobie nieraz radośnie popijają, tak, że są wesołe, ale nigdy nie robią nam żadnych problemów.
Przyszedł a ja oprócz tej łatki nie wiedziałam o nim zupełnie nic. No może prawie nic, bo widziałam, że jest przystojny, na ten sposób bycia przystojnym jako „niebezpieczny wilczur”, z kolczykiem w uchu, w skórzanej kurtce i z ruchami Marlona Brando w „Tramwaju zwanym pożądaniem”. Całkiem seksowny, mrużący oczy gdy odpala papierosa w palarni razem z matką, uśmiecha się krzywo i jest naprawdę, naprawdę ładnie zbudowany.
Przystojny łajdak, zły chłopiec jak z filmów, nie ma co. Udał się tej pani syneczek, pomijając to, że siedział i ogólnie, chyba nie bardzo jeszcze ogarnia swoje życie.

Słyszałam na początku wiele plotek o nim. Że lepiej może nie zadzierać jakoś, nie wdawać się w dyskusje. Ale on coraz częściej przychodził, coraz częściej zagadywał żartami i...coraz częściej pokazywał, że w sumie to równy z niego koleś. Mimo że donosił matce stale piwo, za co krzyczała na niego nasza oddziałowa, że ją spija i potem będziemy mieć problem, mimo że sam nieraz to piwo wypił albo zapalił papierosa w łazience bo nie chciało mu się iść do palarni, to okazywało się, że nie ma z nim żadnych problemów. Wręcz przeciwnie, nieraz nam jeszcze pomagał, namawiał matkę do kąpieli ( chociaż sam nigdy jej nie kąpie, bo chyba mu po prostu głupio, gołą matkę oglądać), przenosił nam nieraz ciężkie rzeczy i ogólnie, nieraz nieźle współpracował. Kiedyś nawet uratował mnie, gdy w łazience zaciął się zamek, a ja utknęłam pod prysznicem i pięknie mi drzwi śrubokrętem otwierał, Rycerz cholera.
A jak człowiek wszedł do pokoju i tak się przysłuchał, to okazywało się, że tak naprawdę ten zły chłopiec to facet który tak niesamowicie swoją matkę kocha, że aż by człowiek mógł pomyśleć, że jest maminsynkiem.

Tak też polubiłam tego byłego więźnia i pomyślałam sobie, że wcale nie trzeba z nim uważać, mimo że parę razy stał się facetem, który mnie speszył, z tym swoim kocim ruchem, wilczym uśmiechem i sprośnym tekstem, który, rzecz jasna, był rzucony oczywiście w żarcie.

Tak, polubiłam go. A gdy złamał nogę, gdy widziałam, jak jego matka płacze, że jest sam w szpitalu, nie ma się nim kto zająć, to w ludzkim po prostu odruchu zaproponowałam, że ja mogę mu pomóc, zrobić jakieś zakupy, cokolwiek. I tym chyba ostatecznie podbiłam jego serce. Były więzień stwierdził bowiem, wylewnie, że wiedział, że jestem fajną dziewczyną, ale nie sądził, że są na tym świecie jeszcze dobrzy ludzie, tak dobrzy, którzy po prostu chcą pomóc. Nigdy w to nie wierzył.
Oj, mocno oberwałeś po tyłku od życia, skoro nie znasz dobrych ludzi, albo po prostu nie wierzysz w nich w ogóle- pomyślałam sobie wtedy. I to była sama prawda, zresztą, częściowo jego historię już znałam.

Matka alkoholiczka, chociaż nieszkodliwa pozornie, milutka, to robiąca wiecznie długi. Ojciec, agresywny alkoholik, który pił i bił, całkiem jak mój, przed którym matkę nasz kochany Tomek bronił, jak tylko trochę podrósł. Kiepska dzielnica, ucieczki ze szkoły, szybkie picie, szybkie wtapianie się w tło dresiarskiej społeczności. Coraz dziwniejsze pomysły jak zarobić, jak wyciągnąć matkę z długów. W końcu zaczął kraść, tak brawurowo, że kradł auta.
No i wpadł.

Trochę klasycznie, a trochę mniej. Bo tak naprawdę Tomek to wcale nie jest głupi facet. Człowiek mógłby pomyśleć, że to pierwszy lepszy idiota, co tylko piwko i cycki ma w głowie. A tu nie. Tu się okazuje, że facet i Lema kocha czytać i Czechowa, sam wiersze pisze i ogólnie, myśli nawet, czy by nie pójść jeszcze do jakiejś szkoły i to nie tylko po to, żeby mieć papier ale...żeby nadrobić. Bo mu trochę głupio, że zmarnował sobie czas, kiedy mógł się uczyć ale...zrozumiał to dopiero teraz, chwilę przed 30 stką. Ale przecież, na nowy start, jakiś początek, nigdy nie jest za późno, prawda?

Bo ponoć nie jest. Ale mam wrażenie, że świat, a raczej cholerni ludzie w świecie, lubią nieraz te nowe początki utrudniać.
Bo nawet taki Tomek, równy gość, z którym kocham żartować, który nam teraz przy okazji przenoszenia remontu bezinteresownie na swoich szerokich barach dźwigał szafy, który zajmuje się matką i który chce nawet zająć się nią w swoim mieszkaniu ( ale ona uparcie odmawia, lubi sobie t mieszkać ze swoją koleżanką, i tak bywa), taki fajny facet, niegłupi, ciekawy świata, ma problem. Stale ma gdzieś, jakoś przypiętą jakąś łatkę.
Ma problem z pracą, dostaje tylko pierwsze lepsze zlecenia, stale słyszy od szefów żeby czasem się nie wychylał, bo jak oni go zwolnią, to już go nikt nie zatrudni.
Przez jakiś czas nikt nie chciał mu wynająć mieszkania.
I nawet z dziewczyną sobie życia nie może ułożyć, bo ok, pierwsze lepsze laski na niego lecą, ale jak on szuka jakiejś mądrzejszej, ogarniętej życiowo bardziej a nie tylko tych z imprez, to nagle przed nim wyrasta wielki szlaban z napisem stop- bo jest kryminalistą.

Jeden głupi błąd, dużo przeszkód z dzieciństwa, z których, cholera, próbuje wyjść. I aż podziwiam go, że mu się nie odechciewa.
Bo tak naprawdę, byli kryminaliści, byli więźniowie, ludzie, którzy popełnili po prostu nieraz błąd, nieraz z głupoty, nieraz przypadkiem, nieraz nawet i z premedytacją ale zrozumieli go- mają przejebane w naszym społeczeństwie.
Ludzie nie dają zapomnieć. Ludzie przypinają łatki, wpychają do szuflad, co jakoś naturalne ale jednocześnie...niesamowicie krzywdzące.

Szczerze? Sama wcześniej nie miałam nigdy kontaktu za bardzo z byłymi więźniami, a na pewno nie z tymi grubego kalibru. Ok, Vincent siedział w poprawczaku. Znałam drobnych złodziejaszków i dilerów ale poza tym...nic więcej. Sama nie znałam żadnego byłego więźnia, sama podeszłam może na początku do sprawy trochę nieufnie. Ale poznałam Tomka, byłego więźnia, złodzieja sporego kalibru i...stwierdzam, że to naprawdę fajny facet. I wkurwiam się aż, gdy widzę, jak się szarpie, jak się nim jakoś wręcz nieraz pomiata.
To po prostu jest, kurwa, niesprawiedliwe!

Rozumiem nieufność wobec ludzi, którzy popełnili wielki błąd. Skrzywdzili kogoś, zranili, zabili, okradli, zgwałcili. Rozumiem to, pełną ostrożność, nie wpadanie od razu w zachwyt czy obdarzanie ufnością, wielkie wpuszczanie do domu. Rozumiem lęk przed tym, że ludzie się nie zmieniają i obawy płynące z tego, że resocjalizacja nie działa jak powinna.

Ale co innego ostrożność, pewna obawa...a co innego skreślanie ludzi z powodu błędów, których jak się okazuje, niektórzy żałują, chcą naprawić. Nie mogę się zgodzić na spychanie na margines ludzi, którzy chcą po odpokutowani po prostu zacząć normalnie żyć. Zacząć pracować, zarobić coś, może nawet założyć rodzinę.
Zdaję sobie sprawę- w dużej mierze resocjalizacja w więzieniach to fikcja. Biedni są nieraz ci idealiści świeżo po studiach, którzy trafiają na więzienną rzeczywistość, chcą zmieniać świat, trafiać do najbardziej zatwardziałych serc, a trafiają na skostniały system więzienny, który co prawda, trochę się reformuje, ale nadal kuleje.
Zdaję sobie sprawę- nawet jak resocjalizacja w jakimś przybytku pięknie działa, to nie każdy chce się jej poddać. Nie każdy chce się zmienić. Nie każdy przemyśli swój błąd, nie każdy jest w stanie pokonać swoje żądze mordu czy agresywne zachowania, które go tam zaprowadziły. Są różni ludzie- ale właśnie, są różni.
Zdaję sobie z tego wszystkiego sprawę. Ale właśnie są też ludzie, którzy chcą zmienić swoje życia. A często, mam wrażenie, trafiają znowu do więzień, popełniają na nowo błędy bo...widzą, że to wszystko nie ma sensu. Bo jeden błąd przed laty skazał ich na dożywocie- i to nie tyle za murami, co na dożywocie w społecznej świadomości. I to jest dopiero cholernie przykre. I to mnie dopiero przeraża.

Wszyscy jesteśmy ludźmi, omylnymi i niedoskonałymi. Wszyscy mamy lepsze i gorsze dni. I doprawdy....wszyscy choć raz w życiu złamaliśmy prawo. Cholera, nawet przechodzenie na czerwonym świetle to łamanie prawa, tylko ma się tu niską szkodliwość czynu. Ale wielu z nas coś ukradło- przyznaję się, jako nastolatka ukradłam niejedną flaszkę ze sklepu. Albo wielu z nas próbowało narkotyków. Ja, przyznaję się bez bicia, próbowałam nawet tych twardszych.
Cholera, będąc szczerą...popełniłam wiele błędów, zwłaszcza jako nastolatka. I też mogłam trafić do więzienia. Tylko mi się upiekło.
W czym jestem lepsza od takiego Tomka, który kradł samochody, bo chciał jakoś zarobić na życie, a w tej biedzie, beznadziei, bez dobrego przykładu z góry nie miał na to innego pomysłu? Lepsza jestem tylko o tyle, że mnie nie złapali. Ot i cała prawda.
I ja nie muszę się męczyć z facetami, którzy nie chcą mieć do czynienia z kryminalistką, ja nie mam problemów z pracą, z mieszkaniem czy nawet nie miałam problemu z pójściem na studia medyczne, na których konieczne jest zaświadczenie o niekaralności ( przynajmniej, kiedyś było). Ja po prostu nie wpadłam. Tak jak, podejrzewam, nie wpadło po prostu wielu z was.

Nie jest tajemnicą, że nic nie wkurza mnie bardziej jak stygmatyzacja, zrzucanie ludzi na margines. Czy to przez coś im przyrodzonego, jak kolor skóry czy wady genetyczne, czy to przez coś nabytego. Ale o ile choroby czy kolor skóry to trochę inna kwestia, bo tu wielu mówi „nie jego wina, że urodził się czarny,/ żydem/ brzydki” tak tu zaczynają się schody. Bo były więzień sam popełnił błąd. Wybrał. Tak jak zrzucane na margines prostytutki niby same wybrały sobie zawód ( zresztą, o prostytucji pisałam kiedy indziej, bardzo je szanuję), bezdomny sam sobie zgotował los czy alkoholik pił na własne życzenie.
Jest w tym pewna prawda, że człowiek sam wybiera, kształtuje swój los ale od cholery...powtórzę się, nikt z nas nie jest doskonały. Każdy z nas może zostać alkoholikiem, starczy, że przez dłuższy czas będzie pił regularnie i nawet nie zauważy, że wpadnie. Każdy z nas może zostać bezdomnym, starczy, że wpadnie ( jak wyżej) w nałóg i narobi długów, powinie mu się noga przy jakiejś nieudanej inwestycji, kupi mieszkanie i straci pracę. Każdy z nas może zostać kryminalistą- starczy, że za dużo wypije i pobije kogoś po pijaku, zrobi głupotę kradnąc w akcie desperacji cudzą własność, włamie się jako nastolatek do opuszczonego pozornie budynku który jednak jest czyjś. Każdy z nas może wpaść. I nie wierzę w żadne świętoszkowate „ja nigdy”.

Nigdy nie istnieje, podobnie jak zawsze. Nikt nie jest pewien, do czego zmusi go życie, los, który może i sam kształtuje...ale który ma też sporo niespodzianek. Który rzuca nam kłody pod nogi, przez które nieraz się potykamy.
Nie istnieje nigdy, tak samo nie istnieje zawsze. Człowiek, który popełnił pełno błędów, nie miał wzorców, stoczył się, albo był w pewnym momencie głupi- nie znaczy, że zawsze będzie to robił, nie znaczy, że zawsze taki będzie.

Wszystkim nam łatwo jest oceniać, póki u nas jest dobrze. Wszyscy jesteśmy święci, dopóki nie zrobimy prawdziwego rachunku sumienia. Wszyscy bawimy się w pierdolonych sędziów, strażników sumienia, oceniamy i tym niszczymy nieraz cudze życia.
Tak naprawdę, to może my nieraz, ze swoim milczącym nawet potępieniem, ocenianiem i brakiem próby zrozumienia, brakiem jakiejkolwiek nieraz wyrozumiałości powodujemy nieraz, że ktoś traci nadzieję, ktoś się stacza, ktoś popełnia błąd.
Czy pomyśleliście o tym kiedyś w ten sposób?
Też jesteśmy odpowiedzialni. Może nie wprost, ale pokrętnie, jako społeczeństwo.... na pewno.
Może więc nieraz nie bawmy się w sędziów, złych i dobrych, policjantów i bandytów. Może jak zwykle, pobawmy się nieraz po prostu w ludzi.

Bo widzicie, poznałam fajnego byłego kryminalistę, który jest fajnym gościem a wobec mnie trochę zachowuje się jak starszy brat. Faceta, który wzrusza się, że daję komuś ciepły koc, prawie płacze ze wzruszenia bo „boże, jesteś taka dobra”. Który myśli tak o mnie, bo tak naprawdę, jemu nikt nie chce pomóc i jemu nikt za bardzo nie chce dać tego ciepłego koca.

Poznałam go i martwię się o niego. Boję się, żeby nie zrezygnował, bo mimo śmiechu, mimo tego, że jest uparty i czyta teraz po raz kolejny Kafkę i historię Józefa K, widzę, że robi się tym powoli zmęczony. Martwię się jakoś, boję się, że się podda. Bo przecież i tak jest jakoś skreślony. Bo przez dawną głupotę ma dwa razy trudniej, a sami wiemy, życie w ogóle nie jest łatwe. A dla niego obecnie jest o wiele trudniejsze. I boję się, że on w końcu pomyśli, że nie warto się starać, nie warto już próbować, nie warto podejmować jakiegokolwiek wysiłku- bo i tak zawsze dla wszystkich będzie tym Tomkiem który wyszedł z więzienia, będzie tym który siedział, który jest złym chłopcem ze złej dzielnicy i który kradł samochody.

Ile jest takich złych chłopców i dziewczyn, którym po prostu nie dano szansy?
Ile jest tych ludzi, którym nikt po prostu nigdy nie dał ciepłego koca?
Ilu jest ludzi- którzy nigdy po prostu nie mieli szansy poznać drugiego człowieka i przez to ich światło, cała ich nadzieja po prostu zgasła?



Jeśli jest światło, które nie zawsze możemy zobaczyć
I świat, w którym nie zawsze możemy być
Jeśli jest ciemność, w której istnienie nie powinniśmy wątpić

Jest i światło, nie pozwól mu zgasnąć.