poniedziałek, 25 stycznia 2016

O tym, że i tak wystarczająco wcześnie umrzemy, czyli parę słów o chwilach będącej jak łzy w deszczu, która nie ma znaczenia w obliczu miłości

 Nie tak to miało wyglądać, nie tak to planowałam. Nie w ten sposób miały puścić tamy, aż wyschnięte koryta zmieniły się w rwące potoki, nie tak miały padać mury, jakby gruzami tworząc następne. Nie tak to planowałam, ale przecież, już dawno powinnam przywyknąć, że życie nie zawsze jest takie, jakim chcemy żeby było. Przyszłość, którą zakładamy, przecież nigdy nie zgadza się z obrazem, który widzieliśmy we własnej wyobraźni.

Noc pełni, Pełni Wilka, zwanej inaczej Pełnią Głodu, miała dać mi inne wytchnienie. Chciałam medytować, chciałam odpocząć...przed nią chciałam się pożegnać, dać znać, że muszę właśnie złapać oddech, bo nie mogę tego zrobić od nowego roku. Nie w paru kwestiach. Chciałam powiedzieć, że muszę zluzować, trzeba na mnie zaczekać.
Czasem jednak nie można odejść. Czasem człowiek plącze się w dyskusje, które nie tak miały wyglądać. Które miały dojść do sedna w całkiem innych okolicznościach, twarzą w twarz. Jednak jak zwykle wychodzi, nieraz łatwiej pisać niż mówić, mimo że wolę mokre oczy. Mimo, że może naprawdę pierwszy raz chciałabym się rozpłakać.
Słowa które ranią, ale i oczyszczają. Słowa, które mogły się znaleźć inaczej.
Nic nie jest tak, jak planujemy. Nic nie wychodzi tak, jak chcemy, nie od razu. Z czasem okazuje się, że powinniśmy podziękować za to losowi, choć nie zawsze to dostrzeżemy z szerszej perspektywy.
Jak wyjdzie jeszcze w przyszłości? Jak zaleczą się rany? Pytania, które na razie zostawiam bez odpowiedzi. Pytania, na które nie chcę odpowiadać, bo może w końcu zdaję sobie sprawę, że odpowiedzi nie tylko ode mnie zależą. Nie tylko ja muszę się starać, choć cały czas miałam wyrzuty sumienia, gdzieś pod skórą, że robię za mało. Wiecznie za mało, aż spłonę i spalę się, na popiół, na kurz.
Dla ciebie spalam się. Całkiem inaczej, niż u Kazika, przyszło mi do głowy tego wieczoru.

Rozmowy, które powinny być realne, namacalne. Nic nie jest załatwione, choć nic nie można powiedzieć.
Może wszyscy musimy dać sobie czas i akceptację. Może czasem i ja muszę pozwolić sobie na bycie dzieckiem, zamiast na wieczne dotykanie ustami cudzych ust, tak, by zmyły złe sny, choć to wcale nie pomaga. Może i ja muszę nieraz zdjąć z siebie ten ciężar. Ciężar swojego i cudzego życia, którego nikt mi nie daje, który ja po prostu w swoich myślach przesadnie na siebie nakładam, aż doprowadzam siebie na skraj.

Nic wcześniej nie było tak, jak chciałam. Mam wrażenie że zawiodłam, siebie samą, innych, innych znów przede wszystkim. Jednak jakąś swoją słabością. Jednak jakąś swoją niedorosłością. Swoim egoizmem w nadmiernej chęci po prostu bycia. Kolejne zaskakujące paradoksy, które tak bardzo dusiły serce.

Nic nie jest jak planowałam.
W serce i duszę wkradła się presja, której kształt już rozumiem. Presja, którą po tej nocy, mimo wszystko mogę współdzielić. Presja, o której może w końcu powiedziałam głośno. Nawet nie jej, nawet nie jemu, wreszcie powiedziałam to na głos samej sobie, tak, że nabrało realnego kształtu. A gdy coś ma realny kształt, wreszcie można coś z tym zrobić. Można zdusić to jak puszkę po piwie, można z tym walczyć.
Miał być zew i szaleństwo tej pełni. W duszę jednak zamiast światła księżyca wilka, wkradł się cień głodu. Poczułam się pusta, choć przepełniona. I po jednym dobranoc, gdy poszłam do łóżka, wcale nie spałam.
Stałam się skowytem wilka, gdy łzy same płynęły przez wiele godzin po policzkach. Gdy leżałam obok niego, a on po prostu głaskał i słuchał, słuchał jak płaczę, słuchał słów i wyjaśnień, słuchał jak bije moje serce.
Płakałam, bo przy nim umiem płakać. Płakałam, bo musiałam się oczyścić, stać się tym dzieckiem które mi odebrano.
Częściej płaczę dla ludzi w ciemnościach, by nie widzieli.
Z nim jest inaczej. Z nim łzy wychodzą i wypłukują to, co złe i niedobre. Z nim umiem rozmawiać prawdziwymi, namacalnymi słowami. Przy nim umiem walczyć z tym, co realne, nadać kształt temu, co do tej pory miałam w swojej głowie.
Przy nim umiem płakać, więc płakałam wszystkimi łzami, które gromadziły się od nowego roku. Niewiele było łez października, bo to już za nami, jeśli o nas chodzi, w dużej mierze to za nami,
Były łzy innych obaw, były słowa o tym, że nie mogę „być tak odpowiedzialna za cudze życie i mam wbić to sobie do łba”.Były łzy tego, co po prostu zrodziło się w samej głowie. Były łzy ulgi, że wreszcie i jemu o pewnych rzeczach mówię, nie bojąc się, że mnie skarci, znów powie, jak jestem nierozsądna w pewnych zapędach. Były łzy, które czekały tyle czasu. Te, którym on zawinił i wobec których jego serce było kryształowe i bez żadnej winy.
Płakałam rozpaczliwie, czując pustkę, jakby wyrwano ze mnie dziecko, które nigdy nie miało się narodzić.
Płakałam, aż usnęłam nad ranem. Przy pełni księżyca, nie widząc nawet jej światła zza chmur. Nie było mi potrzebne. Światło nosiłam bowiem w sobie, światło dopadło moje serce i oświetliło to, co zalęgło się w ciemności, w zakamarkach, w których sama nie chciałam sprzątać.
Oczyściłam swoją duszę, rozerwałam ją na strzępy.

Gdy zasnęłam, śniło mi się strych w moim starym domu. Świat pokryty pajęczynami i kurzem, świat, w którym byłam zamknięta. Na środku strychu, pod jedynym oknem, przez które mogłam zobaczyć światło, stała stara wanna o lwich nogach. Wanna pełna gorącej wody. To do niej weszłam, zdejmując z ciała pajęczyny, wyplątując z długich we śnie włosów pająki. Oczyściłam ciało, woda wcale nie stygła, myłam włosy, jakbym myła własne myśli. Kolejny tak symboliczny sen. Sen, który jednocześnie bolał i dawał ulgę.

Nie tak to planowałam. Nie tak to miało wyglądać. Nie chciałam tego bólu, chciałam odepchnąć od siebie ten kielich goryczy. Jednak przyjęłam go, zapłakałam- i poczułam się czysta. Czysta, choć słaba, na chwiejących się nogach. Jak na nogach młodego źrebięcia, które dopiero nauczy się życia. Zawsze, zawsze po oczyszczeniu swojego rodzaju na nowo uczymy się życia. Na nowo uczymy się spokoju, wracamy na swoją spokojną wyspę po sztormie, dryfując na złamanej kłodzie tego, co było. Teraz wracałam i ja.

Wstaliśmy razem rano, osłabieni po nocy.
Nie tak to miało wyglądać, nie tak to planowałam. Spojrzeliśmy jednak na siebie z miłością, mimo trudu poniedziałkowego poranka. Ujął moją twarz w dłonie i całował. Kochał mnie tego poranka, jak i ja kocham jego. Kochał mnie, jak zawsze mnie kochał, mimo wszystkiego, co było złe między nami, kocha mnie, mimo wszystkiego, co jeszcze będzie. Mimo wielu moich łez. Moich łez, ale i jego.

Biegłam do pracy, zmęczona. I myślałam, że nie tak to miało wyglądać, miałam nabrać sił, a tymczasem słaniałam się na nogach. Ale w sercu było lżej, w sercu było miejsce na radość, sercu, którego tamy znów popękały. Radość, która być może na nowo ma szansę się narodzić.
Dlaczego z nim jest łatwiej? Dlaczego z nim potrafię?
W tym chyba tkwi jeden z sekretów, jak stworzono miłość. Taką miłość, która potrafi przetrwać. Umiem przy nim płakać. I ufam mu pomimo.
Szłam do pracy, szłam w deszczu, przypominając sobie, nie wiadomo skąd, znów słowa z pewnego filmu.
All this moments will be lost in time, like tears...in...rain”
Wszystkie te chwile zginą w czasie, jak łzy w deszczu. Wszystkie te chwile, złe i dobre, rozwieją się w czasie. Wszystkie wspomnienia, rany, blizny, słabości...
Co nam zostanie?
Zostanie nam miłość”, inne słowa, tak często powtarzane. Te, które tak często sama mówię.
Szłam więc w deszczu, nie płacząc już, bo wszystkie łzy straciłam nocą. Szłam w deszczu i na nowo przepełniał mnie spokój. Przepełniała mnie nadzieja, chociaż moje ciało znów było słabe.

Cały dzień pracy, cały dzień bieganiny. Nie tak to miało wyglądać, miało być lżej, miałam nie tracić swojej cierpliwości. Nie miałam tracić cierpliwości do ludzi, z którymi pracuję. Nie dałam się złamać. Zaciskałam zęby i pracowałam.

Gdy nadszedł wieczór, na świat spłynęła mgła. Ciężka i gęsta, mgła jak z listopadowych wieczorów mgła jak z górskich krain i dawnych baśni. Mgła którą kocham. Wyobrażam sobie, co za nią się czai. Moje myśli opowiadają wtedy samym sobie legendy i podania. Stwarzają wiarę w niemożliwe.
Z ulgą wyszłam z pracy, zmęczona. Plotkując z Gośką, która zapowiedziała, że na poprawę humoru jutro obetnie mi znowu włosy, ogoli bok, doda mi cudownego pazura.
Zagadałam się z nią, zamyśliłam.
Milczałam chwilę, szłam przed siebie.
Zielone światło.
Nagle inne światła, wypadające z mgły.
Szarpnięcie za kurtkę. Upadek. Szybkie pytania nic ci nie jest?
Trochę kręci się w głowie, trochę mdli. Co się stało?
Prawie wpadłaś pod samochód. Samochód wariata pędzącego na zielonym świetle w styczniowej mgle. Samochód który mógł potrzaskać kości.
Gocha być może tak szybko zareagowała, bo na tej samej ulicy, na tym samym przejściu, kilka lat temu pod samochód, na jej oczach, wpadła jej koleżanka...z pracy. Została po niej rozmoczona w deszczu plama.
Nie dociera to do mnie. Trochę słabo, nie wiem, co się stało, tak nagle, tak szybko. Podnoszę się, pośladki mnie bolą, chyba trochę je obtłukłam, gdy upadałam na chodnik, na który z wielką siłą, z impetem pociągnęła mnie Gośka. Ale nic mi nie jest.
Dziękuję jej. Sama nie wiem, jak do tego doszło. A raczej, może, jakim cudem tak naprawdę do niczego nie doszło. Bo nic mi nie jest. Żyję. We wszystkim żyję. Oddycham.

Mgła, deszcz. Pełnia i wczorajsze łzy.
Wszystkie te chwile zostaną zagubione jak łzy w deszczu.
Wszystkie złości. Wszystkie złe momenty. Wszystkie rany. Nic nie znaczą.
Nie musimy nic planować, a gdy planujemy, żadna z tych chwil tak naprawdę nie ma w naszych zaprzeszłych planach odzwierciedlenia. Nie zaplanujemy życia tak, że nie popełnimy żadnego błędu. Nie zaplanujemy żadnej rozmowy, która oczyści rany. Nie zaplanujemy życia. Nie zaplanujemy śmierci.

Wszystko to nasze wyobrażenia. Znaczą jeszcze mniej, niż przeżyte chwile.
Łzy w deszczu. Znaczą najmniej, a może najwięcej.
Kwestia tego, przez co się płacze. A może raczej...dla kogo?

Wszystkie te chwile nie będą miały znaczenia, znikną, jak łzy w deszczu, znikną, jak te, które wsiąkały w poduszkę.
O kim myślisz, gdy serce na chwilę staje?
Myślisz o nim, tym, którego kochasz. Szybka myśl o matce. Myślisz o niej, tej, która wczoraj musiała zacząć z tobą dyskusję bo nigdy nie wiesz, kiedy ktoś umrze.
Znów w przeczuciu śmierci, jednym momencie, który mógł zmienić wszystko, wszystko zakończyć, myślisz o tych, których kochasz. O tych, których kochasz i którzy cię ranią, ale ranić mogą tylko przecież naprawdę przez miłość. Myślisz o miłości. O tym, że bez niej życie nie ma sensu.
Serce ze strachu budzi się na nowo tylko dzięki niej.

Wszystkie te chwile nie mają znaczenia. Wszystkie inne uczucia. Brak zaufania. Ból. Ostatecznie liczy się tylko miłość. Tylko ta myśl, o tych, co są najbliżej.
Łzy nie mają znaczenia, gdy podążamy przed siebie, nie ma znaczenie deszcz. Znaczenie ma dłoń, wyciągnięta w największym mroku.

Nic mi się nie stało. Nic, każdemu zdarza się prawie wpaść pod samochód. Kilka razy w roku, Kilka razy w tygodniu. Być może, codziennie prawie giniemy, nawet tego nie zauważając.
Wszyscy możemy jutro nie żyć.
Wszyscy możemy już nigdy więcej się nie obudzić, gdy dziś złożymy głowy do snu.
Żadna przeszłość nie ma znaczenia. Znaczenia mają uczucia. Te najgłębsze. To, że nie można nienawidzić.

Wszyscy możemy wpaść pod rozpędzone auto we mgle. Nasze serce może zatrzymać się po nieudanej operacji. Możemy połknąć orzecha, mając na niego alergię. Możemy spać z liny, na której skaczemy, bo, czym innym jest życie, jak nie spacerem po linie nad przepaścią?
W końcu nasze stopy się pomylą. Wszyscy umrzemy.
Nie ma sensu marnować tych chwil, które nam zostały, które są jak krople w deszczu na nienawiść. Nie ma sensu marnować tego, co mamy na strach przed kolejnym zranieniem.
Jedyne, na co warto marnować czas, to miłość.
Tylko czułość idzie do nieba, pisał Jastruń.

Więc jeśli mam wpaść jutro pod rozpędzone auto, chcę jeszcze jeden dzień wykorzystać na miłość. Nie na żadne nieporozumienia. Nie na rozpamiętywanie, rozdrapywanie ran. To nadal część życia, wiem doskonale.
Ale ja chcę kochać. Chcę to pokazywać. I nie zastanawiać się, czy warto.
Czasem płakać. Czasem ranić się nawzajem.
Ale kochać. I żyć tak, by oni wiedzieli, że ich kocham. Nie zostawiać niewyjaśnionych kwestii. Niezaleczonych, ropiejących ran.

Hej, wy tam, wiecie, że was kocham?
Żyję i kocham. Czujecie to?

Wracam do domu, zmęczona, zrzucam plecak i kurtkę. Wtulam się w Męża, niewiele mówiąc. Zrzucam znów emocję. Nie mówię o strachu, mówię o miłości.
Piszę te słowa, znów wylewając emocje, te dobre, wysyłając w przestrzeń.

Nie chcę marnować czasu. Mam dość męczenia się i zastanawiania, czy robię dobrze.
Będę po prostu robić.
Będę po prostu.
Kocham po prostu.
Nie boję się ran.
Czasem płaczę, a łzy rozmywają się, jak wszystkie momenty przeszłości.
Kocham, czuję, daję i biorę.
Wystarczy.

Myślisz, że wystarczy?



Obdarz mnie całą swoją miłością
Bo z tego co wiem, możemy nie dożyć jutra
Nie mogę dalej marnować czasu
Dodając nowe rany swojemu sercu.
Bo wszystko, co słyszę, to „nie jestem jeszcze gotowy”

(...)
Nie chcę osądzać
Co jest w twoim sercu
Ale jeśli nie jesteś gotów na miłość
To jak możesz być gotów na życie?

Więc kochajmy w pełni
Kochajmy głośno
Kochajmy teraz.
Bo i tak niebawem umrzemy
Wystarczająco wcześnie umrzemy


niedziela, 24 stycznia 2016

O czasie i sercu podzielonym na części, które pod światłem księżyca mają szansę stać się jednym, czyli niejasne sploty myśli zmęczonej Fridy pod wpływem nadchodzącej pełni.

Dzielę swój czas.
Dzielę swój czas, aż momentami mam wrażenie, ze go nie mam. Momentami mam wrażenie, że mnie w tym nie ma. Jestem tłem dla cudzych zmartwień, jestem tłem dla cudzych planów. Chwilowe uczucia, które wynikają z moich własnych błędów, moich własnych ciągot i pragnień, by naprawić coś, co nie należy do mnie. Chwilowe uczucia które wynikają z jak najlepszych, najczystszych intencji, a brukują ciężką przez te chwile drogę.
Dzielę swój czas i mam urojenia, że nikt nie ma o dla mnie wtedy, kiedy go potrzebuję. Urojenia, bo sama głośno o tym nie mówię. 
Dzielę swój czas i póki jestem zmęczona, póki nie odpocznę sama dla siebie, te chwile będą wracać. To straszne zmęczenie rzutuje na cały obraz mojego świata, to jak chwilowe zaćmienie księżyca, które zmienia mnie w wilka. Wilka, którego przecież noszę w sobie i który chce wyć.

Przecież to pełnia wilka, wilczy księżyc. Może dlatego nagle mi tego zabrakło?

Dzielę swój czas między tych, których kocham. To oni stanowią treść mojego życia, są jego częścią, składową mojej drogi. Dzielę swój czas między bliskich i dalekich, dzielę swoje serce.
Dzielę też swoje serce na cudzy ból, starając się tak samo podzielić swoją radość. Nie zawsze wychodzi.

Dzielę swój czas między pracę, a odpoczynek, między radość a smutek. Głównie cudzą, nie swoją. Moje uczucia znów się skrywają, ale nie mogę nikogo o to winić. To moja dziwna natura. To moje stawianie cudzych łez na pierwszy plan i moje wyuczone wyrzuty sumienia. To moja hardość i zaradność, moje przekonanie o własnej sile i o bezcelowości mówienia czegokolwiek.
Bo jak pisze Maria Czubaszek, po co mam w ogóle mówić, narzekać? Usłyszę jedynie że będzie dobrze. To doskonale wiem sama, właśnie to wiem sama, będzie dobrze. Doskonale sama wiem, że wszystko się ułoży, tylko przychodzą momenty zmęczenia. Może dlatego siada mi serce, może dlatego znowu krwawię. Sierpień pod pewnymi względami był przecież podobny. Słów nie umiałam wylać nawet tutaj.
Nie mam więc co czynić wynurzeń nocami. Zresztą pewne słowa się blokują, o niektórych rzeczach nie ma komu powiedzieć.

Są rzeczy, które będę trzymać w sekrecie, bo się ich wstydzę, to palące piętno, które zjawia się momentami, zjawia się łzami cisnącymi się do oczu, które powstrzymuję słynnym „let it go”, to przeszłość, idziemy dalej, sama o tym zdecydowałaś, przypominam sobie uparcie. Są rzeczy które trzyma w sekrecie wstydu, choć to nie ja powinnam się wstydzić, a co gorsza mieć wyrzutów sumienia, wyrzutów sumienia w stosunku do samej siebie. Samej siebie, bo sama też popełniłam błąd i dlatego też, że po nowym roku przestraszyłam się, że sama na nowo go popełnię.

Są rzeczy, o których nie opowiem najbliższym, bo ich tym skrzywdzę. Ich krzywdę stawiam ponad swoją tęsknotą, bo boli mnie pewna tęsknota, to, że sprawy ułożyły się tak, a nie inaczej. Nie opowiem o tym Mężowi, bo nie mówi się temu, który kocha o bólu, jaki sprawia zranienie kogoś nieodwzajemnionym uczuciem. Nie opowiem o tym drugiej najbliższej mi obecnie osobie, bo ona może za nim tęskni, może go nienawidzi, tego samego człowieka, a ja boję się o tym rozmawiać, bo znów, jestem wielkim wyrzutem sumienia, wyrzutem sumienia które spowodowało jego uczucie. Jego uczucie do mnie, nie moje d niego, ale starczyło, by przesłonić pewne porywy serca.
Nie mam z kim porozmawiać o jego słowach, które pisze w sieci jak ja, które mi powierza, choć nie rozmawiamy ze sobą, jak sobie obiecaliśmy. On czyta moje, zaczął pisać swoje, może w zamian, chociaż nigdy niczego nie chciałam w zamian, w żadnej relacji, a on chyba za często tak na to patrzył. Nie mam z kim porozmawiać bo ci, którzy zrozumieją, którzy są najbliżej, byliby tym zranieni.

Dziwne zapętlenia, im bardziej się znamy, tym więcej zostawiamy sobie ran. Miłość wiąże się z raną, z krzywdą i na nią to się godzimy, kochając, tak po prostu kochając, chcąc być dla drugiego człowieka. To świadome decyzje, piękne decyzje. Ale, cytując tym razem Włóczykija- „Nikt nie powiedział, ze dobre decyzje nie będą cię ranić”. Przyjmuję więc to z pokorą, tylko znów jestem zmęczona, to ta chwila gdy muszę wszystko wylać, a zaraz wszystko wróci do równowagi. Bo umiem sobie powiedzieć, że będzie dobrze.
Dzielę więc swój czas i dzielę serce nie swoim bólem, a cudzym. Cudzym bólem, na który nie umiem nic poradzić.

Dzielę swój czas i mam go tak mało dla siebie tak naprawdę.
Chcę spędzać go jak najwięcej z Mężem, chcę posiedzieć tylko z nim, kochać się, czasem chcę by było jak dawniej, gdy tyle wieczorów należało tylko do nas. Ale jednocześnie chciałabym być nieraz całkiem sama, zamknięta w pokoju, pisząc, czytając, medytując. Wędrując samotnie.
W tych samych chwilach myślę o tej, którą też kocham, a o którą szalenie się martwię, o jej łzy, o jej ból, o którym mi nie opowie, bo wyrósł mur. Myślę o tym, że chcę spędzać z nią jak najwięcej czasu, żeby zawsze wiedziała, że jestem, że gdy może pewne tamy pękną..
Gdy jestem z nią myślę o Mężu który siedzi w pracy albo gdy jesteśmy w trójkę, myślę o tym, że może w tym momencie powinniśmy być sami. W tych wszystkich momentach myślę o ludziach dalszych, o Cat która znów ma pełno planów za które trzymam kciuki, o tym z którym nie rozmawiam ale wiem, jak idzie mu życie w Nowym Mieście, o ludziach dalszych, ludziach stąd, myślę o tym czy ktoś się z kimś spotkał, myślę o łzach wylewanych przez nieporozumienia w pewnym związku, myślę o pewnym rozwodzie, myślę o cudzej chorobie nawet gdy z mojego nosa leje się krew..
Myślę o ludziach z mojej pracy, gdy odpoczywam, w pracy myślę o tych, których zostawiłam w domu.

Myślę za dużo.
Może myślę za mało o sobie, a za dużo o innych, ale o sobie nie chcę myśleć, bo nie mam problemów. Nie mam.
Tylko ciało nagle zaczęło szaleć, jakby chciało zwrócić na siebie uwagę, jakby chciało powiedzieć „tak, ty też tu jesteś i jesteś realna”.

Jestem realna, chociaż czasem mam wrażenie, że jestem tłem i jestem nim z własnego wyboru. I zazwyczaj jest mi z tym tak dobrze, kocham przecież ludzi, kocham dzielić swój czas. Czasem tylko, od czasu do czasu, bardzo rzadko przychodzi ta myśl że chciałabym zwinąć się w kłębek w cudzych dłoniach i być głaskaną. Czasem i wilki mają taką potrzebę. Czasem chcą czuć się kochane, a nie tylko kochać.

To nie tak, że nie czuję się kochana na co dzień. Mam przede wszystkim swojego Męża, który dba o mnie, głaszcze nocami po plecach i trzyma ręce na moich biodrach. Czasem tylko jednak sama się przed tym zamykam i nie umiem porozmawiać. Cieszę się, że choć z nim porozmawiałam o jednym, które dręczy, boli, gdy pękłam przed poniedziałkowym spacerem przed nocką. Zrozumiał. Więcej nie trzeba było.
Czuję się kochana, czuję się rozumiana, daję i dostaję, nawet dając od siebie przecież tyle dostaję. Ale zrobiłam się zmęczona, poczułam się tłem, poczułam się nierealna i nienamacalna.

Poczułam, że być może muszę zrobić coś dla siebie, gdy piłam alkohol którego nie powinnam pić, gdy przepłaciłam to kolejnym krwotokiem w nocy, gdy piłam chociaż nie powinnam, bo myślałam, że komuś alkohol pomoże się otworzyć, a ktoś nie może pić sam.
Myliłam się, łudziłam, stara prawda, alkohol nie jest lekarstwem na nic, chociaż wydaje się być tak łatwym sposobem na każdy problem. Nie leczy, nie otwiera tego, co zatrzaskuje się jak ostryga. Jest tylko nadzieja, że być może, z czasu, z ziarnka piasku które uwiera i zostało zamknięte powstanie perła, a moja krew nie pójdzie na marne. Jak krew wsiąkająca w piach i łącząca się z podziemną rzeką życia.

Dzielę więc swój czas, za dużo myśląc, dzielę, chociaż nikt ode mnie tego nie wymaga. Ale taka już jestem, taką mam naturę i jej nie zmienię.
Żyję stadnie, jestem jak matka wilków w stadzie, ale czasem chcę być też i wilczym dzieckiem, czasem samotnym wilkiem. Idzie pełnia i być może wyczuwam kolejny zew. Spokój, który po pewnych tragicznych falach uderzających we mnie wcześniej, spłynął na mnie w grudniu, teraz zmienia się w zew. Może to nadchodząca wiosna a może to moje ciało i dusza zmęczone pewnym szarpaniem.

Przychodzi jednak pełnia i przychodzą sny, sny które obiecują rozwiązania, rozwiązania we mnie samej. Może muszę pozwolić samej sobie siebie dotknąć. Pozwolić zaśpiewać własną pieśń własną krwią, bo jestem córką tego księżyca, jestem tym razem nie niedźwiedziem, a wilczycą, która ma w sobie siłę i wie, że będzie dobrze. Bo będzie.
Bo jak zawsze, jest już zresztą dobrze, tylko w głowie musi się ułożyć, musi wejść do odpowiednich przegródek.

Czasem boję się tylko, że nie ten piękny, silny i dobry wilk we mnie przemówi. W chwilach tego wielkiego zmęczenia boję się, że zacznę kąsać. Czasem bronię się ostatkami sił, gdy pewne bariery mi puszczają, nie mówię nic, gdy pytają się, o co mi chodzi, gdy nagle milknę i kulę się w sobie. Nie mówię nic i uciekam, uciekam w sen, uciekam jak dzisiaj w te słowa, gdy czuję się tłem, gdy siedzę obok choć wiem, że ci ludzie, z którymi jestem tu i teraz, kochają mnie i chcą mnie między sobą. Daję może wilkowi wytchnienie, choć boję się, że kiedyś wybuchnę, kiedyś zacznę wracać do przeszłości, której powinnam odpuścić.
Boję się własnych wyrzutów sumienia, boję się że gdy sama będę siebie nimi atakować, tymi niezasadnymi, tymi które nie mają podstaw, zacznę atakować wszystko dookoła. Wszystkich, których kocham.
Nikt nie powiedział, że miłość jest łatwa. Ponoć najczęściej prowadzi do nienawiści. A ja nie chcę zacząć nienawidzić.
Najprostszą drogą do miłości i samej miłości jest też miłość, którą odkrywamy w sobie, miłość, którą obdarzamy siebie. Najprościej dawać, jeśli potrafimy dawać i sobie. Jeśli nieraz nie boimy się może prosić i innych. O zmiłowanie, o to, żeby zobaczyli pewne rzeczy w naszej duszy. O to, żeby i oni dzielili czas i ich serce było dzielone naszym bólem.
Cały czas muszę się tego uczyć, cały czas muszę to sobie na nowo uświadamiać. Cały czas to sama sobie mówię najczęściej jest dobrze, będzie dobrze, mówiąc to i najbliższym. Ale mówię to sobie sama, bo siebie kocham i sobie ufam teraz najbardziej. Sobie samej, choć też sama siebie ranię.

Ranię siebie, bo siebie kocham, ranię siebie, bo kocham innych. Stara prawda. W życiu nigdy nie unikniemy też zranienia, czy kochamy, czy nie. Więc wolę kochać i być raniona, niż być tylko prawdziwie samotną wyspą, jałową skałą wystającą ponad morze, która smagana jest wichrami, która pękła. Wszyscy ostatecznie pękamy.
Wszyscy też kochamy lub tego pragniemy, nawet jeśli chcemy wmówić sobie, że jest inaczej.

Dzielę swój czas, dzielę swoje serce.
Nie dzielę go tylko na cudzy ból, zamiatając swój pod dywan.
Moje serce zawsze było podzielone. To w nim, w mojej duszy zawsze żyły różne kobiety.
W moim sercu są różne pokoje. Mieszka tam starucha, która kocha wiedzę i mądrość. Mieszka tam prawdziwa kochanka, pożądliwa i popędliwa. Mieszka tam ciepła mata, która ma dla każdego czułość. Mieszka tam pustelnica, pragnąca dzikości. Mieszka tam siostra. Mieszka ich wiele.
Mieszka w moim sercu wiele rodzajów miłości.
Mieszka miłość do wielu ludzi, kochają ich wszystkie kobiety mające swoje pokoje.
Ostatnio dużo we mnie tej kobiety matczynej, tej ciepłej, tej która szepcze uspokajające zaklęcia, która karmi, daje ciepło. Mam wrażenie, że to rozdawane ciepło było potrzebne przede wszystkim mi. Jest nadal.
Ale nadchodzi pełnia.
Nadchodzi pełnia i znów coś się zmienia. Naturalny cykl. Inna chce przez chwilę rządzić, przez chwilę wyrwać się na wolność. Przypominam sobie o niej. Ostatnio dużo szeptała do ucha, ostatnio przypominała sobie swoje szaleństwa. Swoją dzikość.
Ta kobieta już jej zasmakowała i to jak klątwa, posmakować raz, zasmakować skraju, to klątwa, której nie odmieni żadne zaklęcie, żadne gusła. Zresztą, czy ktokolwiek by tego chciał?

Dzielę swoje serce. Czuję się tłem, gdy matka się zmęczyła, zmęczyła tego wieczoru, bez powodu, gdy są przy niej ci, których kocha. Zmęczyła się nieprzerwaną, nieurywaną pieśnią odmowy i prób.
Może zmęczyła się po ciężkim nowiu, kiedy to cudze pieśni liczyły się bardziej, znów liczyły się bardziej, te biegnące z oddali?

Moje serce wali. Moje ciało krwawi, może to właśnie zew.
Zapach krwi, zapach własnej krwi każe się bronić przed sobą samą. Każe wyć. Każe słuchać dawnej klątwy.

Mój umysł zmienił się
Moje ciało klatką- ale Boże, uwielbiam to!
Moje serce płonie,
Moje ciało naprężone, ale Boże, uwielbiam to!”

Moje ciało chce biec, ale serce nie pozwala. Moje serce musi się pozbyć zbędnego balastu. Nie tych, których kocha. Moje serce musi po prostu znów nauczyć się, że nie ono wszystko naprawia. Moje serce musi znaleźć też czas dla samego siebie.
Mój umysł musi się uspokoić. Nie myśleć tyle. Musi być sam dla siebie, słuchać swojego skowytu.
Moje serce nie może się tyle zamartwiać. Musi skupić się na swoim rytmie, jednego wieczoru, dwóch, trzech.
Ja, realna tu i teraz, muszę być choć jeden wieczór sama dla siebie. Wsłuchana w swoją klątwę, w swoją krew. Inaczej cała wypłynie znów z żył.

Tak było już w sierpniu.
W końcu musiałam wtedy wylać myśli. Wylałam je i teraz. Tutaj. Tego wieczoru, gdy pomimo radości i pomimo może oczekiwania we wzroku, musiałam wylać słowa, skrystalizować je. Usiąść obok i pisać, pisać. Pisać, aż serce załopotało. Pisać, aż oddech stał się głęboki bez uczucia duszenia.

Wilk we mnie nie chce się dusić. Chce się uwolnić podczas tej pełni, która zaczyna się jutro. Chce krwawić tylko z własnego powodu. Chce ułożyć myśli, chcę pokonać zmęczenie, bo zaczynam łapać się na myślach, które są jak brzytwa, której chciałby chwycić się tonący.
Przychodzi więc pełnia, a ja chcę obudzić wilka. Chcę jutro pokonać siebie i poczuć mróz szczypiący twarz, mimo walącego serca iść i iść, nie dając za wygraną. Wśród innych, ale sama ze sobą. Chcę nad ranem medytować, wiedząc, że i księżyc wchodzi w pełnię wilka i chcę w duszy wyć razem z nim. Chcę mieć znów energię, siłę. Chcę mieć dzikość.
Nie chcę być tłem.
Chcę znów czuć, że dzielę swoje serce i swój czas, bo mam na to siłę, bo tego chcę. Chcę pozbyć się wyrzutów sumienia tam, gdzie nie powinnam ich mieć.
Chcę przestać w duchu, patrząc w oczy stale mówić przepraszam, choć nie potrafię tego powiedzieć na głos.

Przychodzi wilcza pełnia.
Nie wiem co ze mną, nie wiem co po niej. Wiem czego chcę. I choć nie wszystko zależy ode mnie, tyle zależy od jednych i drugich ciemnych oczu, wiem, że będzie dobrze. Idzie pełnia i może coś we mnie umarło, kiedy księżyc w styczniu znikał, może już coś we mnie nie żyje, ale to nie znaczy, że reszta nie przeżyje.
Wiecie, wilki mają wielką wolę przetrwania. A ja mam klątwę tej właśnie siły.
Być może coś już we mnie umarło i jestem potwornie zmęczona. Być może noszę w sobie żałoby, które czekają na swój czas, czekają, żeby je pokazać. Może oświetli je to światło, światło zawarte w wilczym skowycie. Może będę musiał poczekać na kolejne.
Coś we mnie umarło, moje ciało znów poczuło ból, poczuło, jak to jest odchodzić gdy nie można złapać powietrza. Ale to nic. To nic, bo reszta przetrwała a coś umiera, by coś innego mogło się narodzić. I wiem, wierzę, trzymam się tej wiary kurczowo jak wiedzy, że narodzi się miłość. W dalszym ciągu miłość a nie nienawiść. Na tą nie ma miejsca w moim sercu. Nawet wtedy gdy pokazuję kły jako wilk.

Nadchodzi wilcza pełnia. Sama być może stanę się wilkiem, gdy straciłam swój spokój w samym środku zimy. Gdy obudziłam się ze skowytem. Gdy odkryłam rany, które zadałam sobie i swoimi zębami.
Po przebudzeniu, w tym zmęczeniu znów coś się zmieni.
Staję się wilkiem. Może dostrzegą to w moich oczach. Może zrozumieją- lecz to nie ma znaczenia.
Teraz najważniejsze jest, żebym zrozumiała ja sama i w zrozumieniu siebie dalej mogła kochać innych. Stała się realna.
I kto wie, może moje podzielone serce stanie się jednym tej jednej nocy. Dla mnie samej.

Światło księżyca pokaże, światło księżyca przemówi wraz z pocałunkiem pełnym dzikości.



Mam klątwę, której nie możemy złamać
Prześwituje kiedy słońce się zmienia
Istnieje lekarstwo, przychodzi z pocałunkiem
Ugryzienie wiąże się z daniem daru
I teraz, kiedy odeszliśmy na dobre
Wijąc się pod twoim kapturem
Powiedz swojej babci i mamie
Że to prawda

Wyjemy na zawsze. 

czwartek, 21 stycznia 2016

O tym, że nie ma dobrych ani złych ludzi, a i ja nie należę do żadnego z nich.

Styczeń to ciężki miesiąc
Wszystkie oczekiwania roztapiają się wraz z grudniowymi lodami. Wyzwania, których się nie spodziewaliśmy przychodzą jak nagłe zrywy opadów śniegu. Wszystko jakby na opak.
Za dużo wierzyliśmy w daty graniczne i teraz trochę za to obrywamy.
Za mało chcieliśmy w nie wierzyć i wtedy nasze dusze i umysły wszystko podsumowują, przypomina się tak wiele z przeszłości, pojawiają się łzy i przychodzi ponowny ból wśród mrozu, który wcale nie chłodzi rozpalonego czoła.
Styczeń to długi miesiąc, który po grudniowym rozleniwieniu każe nam się rozpędzić do granic możliwości. To rozkapryszone dziecko, początek roku, który wymaga najwięcej. Przynajmniej ja mam takie wrażenie.
Boli serce, skóra i ogólnie słaniamy się na nogach.
Ciało znów odmawia posłuszeństwa? Czy to przez chaos w głowie, czy chaos rodzi się przez słabe ciało? Znowu ta wieża ze skóry, kości ścięgien i tłuszczu się sypie. Ale to nic.
Styczeń męczy i szarpie, ale to nic, uśmiech nie schodzi z twarzy. Mimo, że obala naszą wiarę w ciepło swoimi mrozami od samego początku, mimo że nowe wyzwania sprawiło, że tak wielu upada na kolana, tak wielu drży w kącie ze strachu. To nic.
T miesiąc początków i końców, dla mnie miesiąc pożegnań tam, gdzie być może, powinnam właśnie tylko witać. Miesiąc pustek, chaosu w głowie z powodu paru nawracających spraw, o których nie umiem za bardzo rozmawiać, ale które w zimnie jakoś samoistnie się wyciszają. Pewnie by wrócić ze zdwojoną siłą, ale to nic.
To ciężki miesiąc.
Styczeń sprawdza tym razem nasze granice. Wraz ze swoim błękitnym poniedziałkiem, który dopadł tak wielu. Wraz z szarymi porankami i oblodzonymi drogami, na których trzeba uważać, jeśli nie chce się skręcić karku. Styczeń sprawdza naszą cierpliwość.

Być może, styczeń sprawdza, czy jesteśmy silnymi ludźmi. Może styczeń sprawdza, na ile nas stać, gdy poczujemy się jak ryby bez wody. Chce sprawić, by inni dostrzegli w nas to, co widać nieraz tylko jako przebłysk w samotnej nocy w naszych zamkniętych szczelne oczach. Styczeń sprawdza, kim jesteśmy, gdy wicher zdziera nam maski i zaczynamy plątać się w zeznaniach.
Styczeń sprawdza, co nosimy w sobie. Jakie pragnienia ściągnięcia innych w dół, by siebie wyzwolić, jakie instynkty, słabości, nocne histerie i lęki.
Może styczeń sprawdza, czy jesteśmy dobrymi ludźmi?

Ale co to znaczy w ogóle, dobry człowiek?

Siedzimy nocą w pracy. Siedzimy w miejscu, w którym tak brakuje mi tego jednego, który zaczął żyć gdzie indziej. Siedzimy w ciepłym pokoju, zajadając się popcornem, a obok, w tamtym pokoju nie zionie już pustka, już kogoś przenieśli. Stale mi się myli . Nie mogę przywyknąć, rzadziej tamtędy przechodzę.
To nic, mamy zajęcie, dobrze, że tym razem na nocnym dyżurze jestem z nim, z człowiekiem, który rozbawia mnie do łez i który nie może usiedzieć w miejscu. Często, gdy idę do pracy liczę, że i jego zobaczę. Uwielbiam jego obrazoburce żarty. Uwielbiam tą energię i jednoczesny spokój w jego oczach, choć na początku tak go nie doceniałam, choć tak pomyliłam się co do niego.
Rozmawiamy o wszystkim i o niczym, tak wiele się śmiejemy. O niektórych sprawach z jego ciężkiej przeszłości. Niektórych jej kart mogę się tylko domyślać. Rozmawiamy o samobójstwach i mam wrażenie, że on wie o tym więcej, niż inni, ale nie dopytuję, jeszcze nie czas, jeszcze przyjdą noce. Mówimy jak to jest obudzić się w Gdańsku, gdy się zaśpi w pociągu.
W pewnym momencie mówi mi o tym, że jestem naiwna.
Może powinnam przyznać mu rację. Może faktycznie w tym świecie mało kto robi coś bezinteresownie.
-Ale ja wierzę że można...
-To, że takie osoby jak ty i Beata jesteście dobre, nie znaczy, że wszyscy są, spójrz na innych, któzy tu pracują..
-Wcale nie jestem dobra, tylko...
Jak zwykle przerywa mi żartem, bagatelizując całą sprawę. Wstaje i robi kolejny popcorn, skacze po kanałach w telewizji którą mamy w pokoju socjalnym. Czytam opowiadania, trochę ciszy, chwila przerwy.
-Wiesz, ty sam jesteś dobrym człowiekiem, tylko nie chcesz się przyznać.- podnoszę nagle głowę znad książki i mówię cicho.
-I kto to mówi?
Więcej tej nocy nie rozmawiamy na ten temat.
Kim jest dobry człowiek?

Wracam z pracy w środowy wieczór. Nie wiem czemu, wcześniej myślałam, że to piątek. Czuję się podle. Cały dzień się czułam, już poprzedniego dnia, we wtorkowy wieczór, gdy serce zachowywało się, jakby chciało stanąć, a potem nagle wyskoczyć z piersi. Gdy coś kuło niemiłosiernie w piersi, traciłam oddech, krew leciała z nosa z pękniętego naczynia. To nic, w nocy się powtarza, nie daje spać, ale to nic. W środę idę do pracy, cieszę się, że jest więcej ludzi na dyżurze, to jakiś cud opatrzności, myślę cicho, cud, gdy moje ciało odmawia posłuszeństwa.
W pracy jest dobrze, tylko kilka razy boli mnie głowa, kilka razy podcieka krew z nosa. Tak jak zawsze, tak jak już bywało.
Wychodzę do domu chwilę przed 19, jestem w dobrym nastroju. Tylko po chwili robi mi się niedobrze, mdli mnie, chce mi się wymiotować. To nic, zdarza się, przecież mam mieć niedługo okres. Ale po chwili krew bucha z nosa, pęka kolejne naczynie. Szybko przykładam chusteczkę, żeby nie pobrudzić rzeczy. Po chwili robi mi się coraz gorzej. Chyba moje serce jednak musi być przebadane, chyba jednak moje ciało nie może udawać, że wszystko w porządku. Już myślałam, że udało mi się oszukać losu...ale potem przypominam sobie tych dwóch, którzy też chcieli go oszukać. I teraz już nie żyją. Może za karę?
Idę jednak przed siebie.
Zakrwawiona twarz, nos skryty w okrwawionej chusteczce, nogi mi się plączą. Na jednej z ulic grupa ludzi, patrzą na mnie dziwacznie. Nikt nie zapyta, czy dobrze się czuję, nikt nie chwyci za ramię, gdy prawie podtrzymuję się budynku. Muszę ich tylko roztrącić i bełkotać przepraszam, gdy próbuję przejść przez to stado, bo nikt nie zrobi mi nawet miejsca, żebym mogła przejść, zajęci swoimi sprawami, pewnie właśnie dopiero co wyszli z kawiarni. Nie mam siły z nimi walczyć. W głowie tylko rzucam przekleństwa. W głowie myślę o dobrych ludziach. Moja wiara się chwieje, gdy sama potrzebuję pomocy.
Po chwili robi mi się lepiej, po chwili Redcar wychodzi mi naprzeciwko bo była w domu i nie muszę sama się wspinać po schodach naszej kamienicy. I już jestem w naszym mieszkaniu. I już czuję się bezpieczniej, krew nie leci, tylko serce uparcie wali.

Dzisiaj rezygnuję z wyjścia z domu. Dzisiaj myślę, kim byli ci ludzie.
Czy uważali się za dobrych? Czy ich tak postrzegano?
Czy ja zapytałabym zakrwawioną dziewczynę z plączącymi się nogami, czy jej pomóc?
Co znaczy być dobrym człowiekiem?

Co znaczy dla ciebie być dobrym człowiekiem?
Nie marnować jedzenia, zawsze zjadać całe porcje?
Nie jeść mięsa, nie mieć krwi na rękach?
Szanować drugiego człowieka?
Okazywać zawsze miłość i cierpliwość?
Nie zabijać, nie gwałcić, nie kraść?
Stawiać zawsze drugiego na pierwszym miejscu, nawet, jeśli szkodzi to tobie?
Nie ranić z premedytacją?
Mówić dzień dobry, przepraszam i dziękuję?
Nigdy nie podnosić głosu, zawsze się uśmiechać?
Nie przeklinać, nie wzywać imienia bogów na daremno, być pokornym wobec losu?
Karmić bezpańskie psy i nigdy w nikogo nie rzucać kamieniem?
Nigdy nie tracić cierpliwości?
Być wręcz świętym?

Co znaczy być dobrym człowiekiem?
Czy jestem dobrym człowiekiem gdy podnoszę głos na swojego Męża, gdy krzyczę w złości?
Czy jestem dobrym człowiekiem, gdy tracę w pracy cierpliwość i mam momenty, gdy wobec chorego i starego człowieka staję się opryskliwa? Gdy nawet im powiem „zaraz”, gdy czasem zapomnę o złożonych obietnicach?
Czy moje serce jet dobre, jeśli w ogóle o nich zapominam, nie zawsze ich dotrzymuję, nawet sobie?
Czy jestem dobrym człowiekiem, gdy nie mogę się powstrzymać i szydzę z innych, przestając w nich widzieć po prostu najpierw człowieka, gdy w głowie złorzeczę, przeklinam i miewam ich dosyć?
Czy jestem dobrym człowiekiem, skoro nieraz przestaję być wrażliwa na cudzy ból, stawiam swój na pierwszym miejscu, nie umiem wysłuchać cudzego nocnego płaczu?
Czy jestem dobrym człowiekiem, jeśli nie szanuję nieraz cudzego zdania, wchodzę ze swoimi racjami na cudze podwórko?
Czy jestem dobrym człowiekiem, skoro nieraz gram w grę „ja mam gorzej”, jestem hipokrytką w tak wielu sprawach, karmi mnie cudzy ból?
Czy jestem dobrym człowiekiem, skoro potrafię zabić zwierzę i twierdzę, że potrafiłabym zabić człowieka?
Czy jestem dobrym człowiekiem, skoro głupim żartem potrafię zranić, mam dni, w których chcę ranić z premedytacją?
Czy jestem dobrym człowiekiem, skoro tak często nie doceniam tego co mam, skoro tak często marudzę, złorzeczę, przeklinam i nie widzę tego, co daje mi świat z takim rozmachem?
Czy jestem dobrym człowiekiem, skoro tak często zamykam oczy na piękno?
Czy jestem dobrym człowiekiem, skoro na tak wiele rzeczy pozostaję ślepa?
Czy noszę w sobie dobro, skoro tak wiele we mnie zła, skoro tyle serc złamałam, tyle ran zadałam?

Ale noszę być może w sobie i okruchy dobra. Więc czy jestem złym człowiekiem?
Czy jestem złym człowiekiem, skoro częściej niż niecierpliwość mam dla innych czułość, gdy przykładam moje ciepłe ręce do chłodnego czoła nocami, gdy cierpienie jest największe?
Czy jestem złym człowiekiem, skoro mam w sobie tyle miłości, którą chcę rozdawać, którą chcę się dzielić?
Czy jestem złym człowiekiem, gdy po prostu chcę się opiekować drugim, jednocześnie dając mu wolność? Czy o tkwiącym we mnie źle może świadczyć to, że martwię się nieraz bardziej o cudze życie niż o swoje, nawet chowając swoje uczucia?
Czy jestem złym człowiekiem, skoro potrafię właśnie chować swój ból i swoje słabości, żeby tylko móc być dla kogoś wsparciem?
Czy jestem złym człowiekiem, gdy potrafię wysłuchać, dzielić się ciepłem które noszę, cudze problemy wziąć za swoje?
Czy jestem złym człowiekiem, gdy dzielę się posiłkiem z każdym kto tego potrzebuje, gdy rozmawiam z samotnymi i bezdomnymi, gdy słucham opowieści tych, którym wysłuchania brakuje?
Czy jestem złym człowiekiem, skoro mówią o moim śmiechu że zaraźliwy, skoro chcę się dzielić tym, że widzę piękno świata i wszystkie dobre rzeczy nawet w złych?
Czy jestem złym człowiekiem, jeśli częściej niż złorzeczę chcę sprawiać afirmacją nawet, żeby wszyscy byli szczęśliwi? Żeby każdy odkrył swój okruch spokoju?
Czy jestem złym człowiekiem, gdy widzę za dużo bólu i cierpienia i chcę coś z tym zrobić?
Czy jestem złym człowiekiem, gdy modlę się do swoich bogów, gdy jestem pokorna wobec losu?
Czy jestem złym człowiekiem, gdy staram się tłumaczyć większość zachowań, nawet te, które mnie ranią?
Czy jestem złym człowiekiem, gdy wybaczam, mimo że nie potrafię zapomnieć?
Czy jestem złym człowiekiem, skoro chcę widzieć w innych cały potencjał, piękno...skoro chcę w innych widzieć zawsze przede wszystkim dobro?

Czy potrafisz mi powiedzieć, mój czytelniku- jestem dobrym czy złym człowiekiem?
Czy potrafisz powiedzieć to o sobie? Ocenić?
Czy umiesz powiedzieć to o swoich bliskich, o obcych? Czy oceniasz?
Czy ojciec alkoholik, który bije swoje dzieci, a potem żałuje, jest złym człowiekiem, czy popełnił tylko błąd?
Czy ten, który poderżnął gardło swojej dziewczynie w napadzie szału a potem przez lata pomagał chorym dzieciom gdy zrozumiał swoje błędy, jest złym czy dobrym człowiekiem?
Czy lekarz, który ratuje setki istnień skrzyczy swoje dziecko w zmęczeniu, doprowadzając je do łez, jest dobry, zły? Jak go widzisz?

Może znów pokazuje się jedna prawda. Nie ma złych i dobrych ludzi.
Są ich czyny. Może i o nich nie możemy powiedzieć, czy są dobre, czy złe. Może zabijając jedno istnienie ratujemy setki innych? Może krzywdząc kogoś sprawiamy, że stanie się silniejszy. Może nie ma dobra i zła w ogóle.
Ale mimo to człowiek naiwnie za nimi podąża. Może nie każdy. Może to ja faktycznie jestem naiwna. Ale...swoją naiwność lubię. Być może, nie mogłabym być inna.
Nawet bym nie chciała.

Ale nie ma na pewno dobrych i złych ludzi. Może i czynów nie można ocenić jednoznacznie, kwestia z której perspektywy widzimy, z którego miejsca piszemy tą opowieść. Ale myślę, że na nie łatwiej spojrzeć obiektywnie.
Bo największy zbrodniarz może sprawić, że czyjeś serce się raduje.
I każdy święty kogoś zranił.
Dobro i zło, coś co nie istnieje, a do czego się przywiązujemy. Coś, czym chcemy się określać. Ale nigdy, przenigdy jednoznacznie nie możemy.

Możesz mówić, że jesteś suką, ale wzruszasz się przez cudzy ból.
Możesz mówić, że masz dobre serce, a nigdy nie potrafisz wysłuchać do końca i twoje problemy wysuwają się na cudzy plan.
Możesz dla niektórych być niemiłym skurwielem, a dla mnie być najcudowniejszym mężczyzną na ziemi.
Może złamałeś cudze serce, a ja złamałam twoje. Każdy uczynił coś złego, choć nie chciał.
Tak, takich ludzi znam. Ani dobrych, ani złych. Są po prostu ludźmi.
Są ludźmi, którzy popełniają błędy. Nie ma człowieka, który przez nie nie musi przebrnąć, bo na nich najwięcej się uczymy. Nasze błędy ranią, nasze błędy przesłaniają nam cudzy świat. A i tak, cokolwiek by się nie zrobiło, zawsze jest ktoś niezadowolony. Ktoś, kto oskarży cię o zło. Widzę to nawet w swojej pracy.
Każdy chce być dobry. Każdy chce, żeby widziano w nim dobro, chociaż i zło tak przecież pociąga. Dwa, które nie istnieją, ale rządzą naszym życiem.

Czy jestem dobrym człowiekiem, czy jestem złym?
To w ogóle źle postawione pytanie.
Zabiegani we własnych sprawach, chorzy, skupieni na własnym życiu nie zawsze dostrzegamy cudze. Nie można nikogo o to obwiniać. Gdy bezdomny umiera na ulicy, zamarza, bo nie zwróciłeś mu uwagi, żeby poszedł do noclegowni, czy można cię za to obwiniać? Nie, to nie twoje życie. To nie twoja wina. To wina mrozu, bezdomności, całej długiej historii, która prowadziła do tego momentu. Tego, że w niej uczestniczyłeś.
Jeśli nie pomogłeś w tamtej historii krwawiącej na ulicy dziewczynie, nie mam ci tego za złe. Uczestniczyłeś w tej historii w ten, a nie inny sposób. Nic się nie stało. Ja nie oceniam. Dobra, zła. 

Ale może to właśnie klucz do pewnego zrozumienia. Uczestniczymy w cudzych historiach. W cudzych opowieściach. I może nie rzecz w tym, czy chcemy czynić dobro czy zło, które tylko jakoś sobie wyobrażamy. Może to kwestia tego, czy cudze opowieści są dla nas ważne. Czy bywają ważniejsze niż nasze własne.
Może to kwestia, czy drugi człowiek jest dla nas ważny.
Nie wiem czy mi uwierzycie-ale dla mnie często jest. Znowu nie mogę powiedzieć zawsze. Bo zawsze nie istnieje jak dobro i zło.

Może znowu jednak, to kwestia tego, czy umiemy słuchać świata.
Tego, czy chcemy w nim uczestniczyć z całej duszy choć momentami i sprawiać, że staje się łatwiejszy dla nas wszystkich. Może jakoś lepszy. Cieplejszy. Czulszy. 
Bo mimo wszystko, mimo moich złych dni, marudzenia, głupich acz bolesnych żartów ja chcę. Chcę, żeby każdy z nas choć od czasu do czasu znajdował spokój. Żeby śmiał się w głos.
Czy to czyni mnie dobrym człowiekiem?
Och, niczego się nie nauczyliśmy, prawda?. Nie jestem ani dobra, ani zła.
Nie jestem świętą, która zbawia, nie jestem zbrodniarzem, choć popełniam małe codzienne zbrodnie.

Jestem człowiekiem. Takim, który potrafi kochać. I to mi wystarczy.




I już Niemen dziwił się światu, jak wiele jest w nim zła i jak wiele dobrej woli. Może, zawsze tak musi być jakaś równowaga? I wcale, ani wcale nie ma w tym nic dziwnego? A może dziwny naprawdę jest ten świat- ale i przez to piękny. 

czwartek, 7 stycznia 2016

O tym, dlaczego "Z archiwum X" jest najlepszym serialem jaki powstał, czyli też parę słów o tym, dlaczego nie śmieję się z paranoików i ludzi "nawiedzonych"

Frida się starzeje, zdecydowanie. 
Ale „starzeje się” nie jest tu bynajmniej wyrażeniem pejoratywnym. Po prostu, coraz częściej mi się nie chce nie chce mi się szukać doznań na siłę, w niezliczonych imprezach, w niezliczonych spotkaniach, dziwnych działaniach. Tak często nie chce mi się szaleć, wolę szaleństwo domowe, wypośrodkowane, szaleństwo a dużej ilości herbat i wtulenia się w Męża po tym, jak zrobi mi idealną carbonarę, bo przecież „robił w gastro”.
Starzeję się, co nie znaczy, że nie poddaję się i katorżniczemu treningowi zarządzonemu przez Męża właśnie, bo przecież we wrześniu najtrudniejsze trasy Słowackich Tatr i przecież „nie mogę tam zginąć”. To nic, że bolą nogi, boli brzuch, mięśnie napięte. Wyrobią się.

Ale i pomiędzy treningami trzeba odpocząć, gdy ma się ostatni dzień przed pójściem do pracy po całym tygodniu wolnego ( serio, praca po 12 godzin się opłaca!). Spokój, choć brzuch boli od treningów i od zjedzenia prawie kilograma liczi we dwoje podczas oglądania na nowo „Z archiwum X”- do tego z kolei zainspirowała nas na nowo Kaśka- Germanistka, która poinformowała nas, że w 2016 roku wychodzi nowy sezon tego kultowego serialu.
Czyżbyśmy znowu mieli przebrnąć wszystkie 9 sezonów, jak zrobiliśmy to jakieś 3 lata temu? No czemu nie! W końcu.. to najdoskonalszy serial, jaki kiedykolwiek wyprodukowano.

W ogóle, młodsi i starsi czytelnicy, pamiętacie doskonały klimat tego serialu? Na pewno pamiętacie. I do dzisiaj przechodzi was dreszczy, gdy słyszycie wyjącą muzyczkę z openingu.
Na pewno pamiętacie przystojnego Muldera i niedostępną tylko pozornie Scully.
Przecież tego serialu nie da się zapomnieć. Zwłaszcza, jeśli na początku lat 90- tych miało się te kilka lat i uciekało się z pokoju, gdzie grał telewizor i zaczynało się...upiorne...przerażające...

Ja przynajmniej jako dziecko panicznie się bałam, słysząc muzykę i nie oglądając nawet odcinka lecącego na TVP2 nie chciałam sama iść siusiu do łazienki, tym bardziej, że moja siostra była dla mnie wyjątkowo wredna i wmawiała mi, że po drodze trupy i duchy będą łapać mnie za kostki ( i serio, do dzisiaj, będąc u siebie w domu, gdy przebudzę się w nocy, w pierwszym odruchu boję się iść do łazienki- z tym, że wiem, gdzie ma to już korzenie).
Te 3 lata temu, zaczynając pierwszy sezon sądziłam, że nie będę w stanie zasnąć i nic po ciemku zrobić. Na pewno nie pójdę do łazienki i będę budzić swojego Męża, ażeby mnie uratował, zaprowadził za łapkę i poczekał stojąc nade mną aż się wysiusiam, jak to było po czytaniu przeze mnie „Lśnienia” Kinga i w paru innych, już mniej zabawnych przypadkach, których nie powodowały dziecięce, wcale nie skrywane, lęki.

Dziś wiem, zaczynając na nowo ten straszliwy, pierwszy sezon „Z archiwum X”, że ten serial jest jednym z najlepszych, jakie stworzono a ekipa kręcąca kolejne sezony musiała mieć niesamowitą zabawę. Zwłaszcza w moim ukochanym odcinku z cyrkowcami i złym bratem-bliźniakiem wrośniętym w brzuch ( pamiętacie ten odcinek moi drodzy?).

Z archiwum X” już nie przeraża i potwierdzam, David Duchovny, jako Mulder, a nie Hank Moody jest jeszcze bardziej seksowny ale…zastanawialiście się kiedyś, „co by było gdyby”? Co by było gdyby wszystkie teorie spiskowe nie były tylko fikcją, a pewną szaloną teorią? Bo gdy ogląda się ten serial będąc osobą dorosłą a nie dzieckiem, nie zwraca się uwagi na monstra, których jest naprawdę mało, a na intrygi, nie przerażają „potwory”, a przerażają ludzie i to prawie zerowe prawdopodobieństwo, że w każdym z tych odcinków może tkwić ziarno prawdy. Ziarno prawdy o manipulacji, o tym, jak wiele przed nami ukryte. Ziarno prawdy o tym, że przesadna racjonalność wpychana nam na siłę do rzeczywistości przesłania prawdziwy obraz tego, co może nas otaczać. Tego, co jest tylko na wyciągnięcie ręki.
A prawda gdzieś tam jest.

A co jeśli prawdziwe są spiski o UFO? Wierzę, że istnieje życie pozaziemskie, bo taka ilość przestrzeni nie może się marnować, ale śmieszne w pierwszym odruchu wydaje mi się, by uprowadzenia i historia Roswell miała być prawdą. A co jeśli wmawia nam się ową śmieszność, a my, jak zawsze idziemy za tym jak stado bydła? A może historie spiskowe pozornie zabawne są tworzone przez „ludzi z góry” i propagowane, byśmy śmiali się absurdu a tak naprawdę za tym wszystkim, tą zasłoną oparów śmiechu wariatów tkwi inna, jeszcze gorsza prawda?

A co jeśli historia z pszczołami przenoszącymi wirusy jakichś mutowanych chorób jako jadu, co jeśli użycie pszczół jako broni biologicznej nie jest jedynie śmiesznym wymysłem scenarzysty, wymysłem opartym na dziwnych historiach wielu „paranoików, schizofreników, ludzi z obsesjami”? A co jeśli eksperymenty firm farmaceutycznych, nie tylko w Afryce i na tubylcach ( to bulwersuje jedynie prze chwilę, prawda, bo to daleko…) są prawdą, tylko nieujawnianą? Co jeśli rządy wielu państw mają już broń, biologiczną, chemiczną, broń pochodzenia pozaziemskiego, która przekracza nasze najśmielsze wyobrażenia? Co, jeśli J.F.K. był zabity na zlecenie rząd amerykańskiego, bo był niewygodny dla senatorów? Co nawet z naszą cholerną brzozą ( haha, zostanę teraz okrzyknięta spiskowcem, ale nie, serio, brzoza i mnie bawi, nie przesadzajmy z „prawdziwymi absurdami”).

Wszystko to brzmi śmieszne, paranoicznie, tych, co to zgłębiają nazywamy dziwakami, w serialu Mulder miał cudne przezwisko (pamiętacie?) „Spooky” czyli „Nawiedzony”, siedział w piwnicy i ośmieszano jego pracę, żeby nie wyszła na jaw. Wszystko to śmieszne, bo jak UFO mogło porwać tego i tego czy jak, nie dowiedzielibyśmy się o spisku przeciw J.F.K i innym ważnym osobom?
Ano- zdaje mi się że nie i że bardzo mało wiemy o świecie. Tak, nazwijcie mnie teraz „Spooky”, ale…w dużej mierze jestem zwolennikiem teorii spiskowych. Nie ich fanatykiem, ale widzę w każdej z nich ziarno prawdy. Albo, co najmniej drugie dno.
Lubię wierzyć.
Chcę uwierzyć. Bo...na tym świecie nie wierzę tylko w niemożliwe.

Bądźmy szczerzy- jako małe ludziki, szaraczki z trudem pracujące na chleb, nie mające wielkich korporacji w szachu czy nie mający dostępu do wielkiej polityki- co my tak naprawdę możemy wiedzieć? Halo, czy kiedykolwiek liczyła się jednostka i tak zwana prawda?

Zacznijmy od tego, że nawet historia i fakty mogą być różne, zależy, kto wygrał daną wojnę i jak fakty przedstawił. Pamiętajcie, historię piszą zwycięzcy a tajemnicę o wersji nieraz i milionów istnień zabiera się do grobu. Dziwny przykład może z naszego podwórka- Katyń. „Czerwoni” byli trochę kiepscy w utrzymywaniu tajemnic, w spiskach i intrygach jak dla mnie, bo ich przywódca swojego czasu był prawdziwym paranoikiem a im intrygi nie wychodzą, ale jednak- wielu ludzi mimo wszystko wierzyło, że to kłamliwa propaganda. Wiem, wiem, nie żyłam w tamtych czasach, ale moja mama i moja babcia tak, powiedzmy, mam przekaz z pierwszej ręki.
Szczerze- nie tak trudno jest uciszyć tzw. prawdę. Tutaj czerwoni mieli swoją, podziemie polskie swoją i kto wie, czy gdyby nie wyginęli wszyscy, którzy przeżyli czas Katynia, chodzi mi o czas historyczny, to czy na 100, 200 lat nie byłby on tylko śmieszną teorią spiskową gdyby Czerwoni utrzymali się przy władzy? Nie chcąc urażać waszego patriotyzmu, szacunku do tych, którzy zginęli- zdaje mi się jednak, że by się im udało.

Kto wie, czy nie tak trudno zrobić wodę z mózgu, wmówić, że pewne rzeczy, zdarzenia z czyjejś perspektywy są śmieszne, jeśli tylko wie się, jak się do tego zabrać. Oj, a zdaje mi się, że wielu ludzi wie jak. Wiele ludzi u steru. Nasz rząd i nasi intryganci strasznie raczkują jeszcze, może za 50 lat, jeśli nic się nie zmieni dojdą do tego. Ale takie rządy Chin, USA, współczesnej Rosji, Japonii na temat nowych technologii…
Choćby, słynna sprawa samolotu B-52, który, jak dowiedziałam się od mojego Męża, był już wyprodukowany w 1954 roku. Społeczeństwo dowiedziało się o nim dopiero w latach 80-tych, gdy nie był już taką tajną bronią, bo powstały nowe technologie. Tyle lat tajemnicy? A jednak.

No przepraszam, my się nie liczymy. Więc nie łudźmy się, że jawnie mówią o wszystkim, co się dzieje, spowiadają się nam, jak sterują tępą, szarą masą, która ich utrzymuje ( nie, nie chcę nikogo obrażać, ale jednak zdaje mi się, że tak właśnie jesteśmy widziani, no przykro mi, ale czas to zrozumieć…), mówią jasno tak, mamy nową broń biologiczną i tak, porwaliśmy tyle i tyle osób, żeby ją przetestować.

Jeśli się nie liczysz, to może jednak coś w teorii spiskowej jest?
Naprawdę, w pierwszym momencie wydają się śmieszne a ich zwolennicy paranoikami, wariatami ale może..może mają trochę racji, że nie jesteś dla wielu niczym innym jak bydło prowadzone na rzeź i się nie liczysz, a to, co się dzieje na świecie przechodzi wszelkie pojęcie. Może to prawda, nie wiemy nic o prawdzie, nie wiemy nawet, czym ona jest, ale cholera, nie znamy nawet faktów, wszystko ma drugie dno. A czasem to, co zdaje się być najbardziej absurdalne okazuje się…najbardziej prawdopodobnym? Tylko my nie chcemy widzieć, bo łatwo nami sterować. Bo łatwo nam wmówić „taaa zajmuj się tym i tym, jesteś śmieszny, no weź, jak możesz, myśl trochę!” i to ironiczne myśl trochę zabija cały ten proces.

Jesteś niczym w machinie systemu świata, niczym, jednostką, a kto liczy się z jednostką, zatem jak możesz sądzić, że znasz prawdę? Spisek..cholera, to słowo może jest złe, ale skoro już się nim posługujemy, to spisek możesz wywęszyć wszędzie. I spisek nawet nie dotyczy już, jak mi się zdaje, pojedynczych osób które wymyślają nagle „o zrobimy tak i tak” ale owe spiski przechodzą z pokolenia na pokolenie. Jak to, żeby sprawić, że społeczeństwo głupieje. Spójrz na system edukacji. Czy jego pogarszanie nie mogłoby mieć korzeni w tym, że ktoś od paru pokoleń ma zamiar mieć tępe społeczeństwo, którym łatwiej sterować? Bo ja, choć to absurdalne może, mam nieraz takie wrażenie. Tylko nigdy nie dojdę do tego, kto ma w tym największy interes. Powiecie politycy? Dla mnie politycy, w każdym kraju to jeno figuranci. Ważna jest szara eminencja, marionetkarz, który pociąga za sznurki.

Spisek zaczyna się (warto spojrzeć na USA) choćby w parlamencie od lobby i łapówek. I co najśmieszniejsze- często w wielu krajach dzieje się to jawnie, nawet na oczach obywateli. A idzie to dalej i dalej ,bo ci, co przepuszczają wielką kasę w parlamentach to tylko znowu, figuranci, czasem też mało świadomi tego co robią. A jeśli zaczyna się to na takim szczeblu, na który znów, jednostko, nie masz wpływu to cóż…powodzenia, jeśli z pewnością stwierdzasz, że wiesz, jak działają koncerny farmaceutyczne i wierzysz, że wszyscy wiedzą, ile jaki kraj ma jakiej broni i jaką technologię.

Czasem może coś wycieknie, Jakaś informacja. Podobało mi się, jak wyszła informacja o skafander niewidzialności. Od razu wyśmiano, że to niemożliwe, nie w naszym stanie wiedzy, nie jesteśmy predatorami. Ale znamy podstawy fizyczne, więc..co za problem? Wyciekło, wszyscy wyśmiali, odeszło w zapomnienie.

Z wieloma rzeczami tak jest. Ja nie mówię, że święcie wierzę w wszystkie spiski, brzozę smoleńską, spisek szczepionkowy, spisek dotyczący WTC, spisek o samobójstwie Hitlera ale…ale gdy czasem nad innymi, a nawet tymi rzeczami się zastanowić, zawsze istnieje jakieś, nawet minimalne prawdopodobieństwo, że coś jest nie tak. Że może ktoś wie coś więcej, odwraca naszą uwagę. Że może absurd nie jest absurdem, jak w każdej miejskiej legendzie. Musimy tylko logicznie myśleć ale wiecie co?

I tak nigdy nie dowiemy się prawdy. Czasem warto pogdybać na temat choćby szpiegostwa życia prywatnego w internecie, zagrożeniu nową bronią chemiczną czy porwaniu przez UFO ale…nie mamy tyle samozaparcia, jako pionki, by dojść prawdy. Moglibyśmy zaryzykować, ale musielibyśmy wierzyć a nie tylko gdybać. Czasem chciałabym jeszcze bardziej wierzyć, jak jest na plakacie Muldera w „Z archiwum X” ale…wiem, że jestem tylko pionkiem. Elementem stada a nie mam samozaparcia. Wolę pogdybać, oglądając też ten serial, widząc wiadomości czy czytając kolejne w gazetach i nie wierzyć we wszystkie podane fakty. Wolę nie dać się otumanić, rozważać nieprawdopodobne w pierwszym momencie kwestie ale ja nie mam misji. Nie wierzę, że prawdą zbawiłabym świat. Nie wierzę, że bym do niej dotarła a nawet jeśli, gdybym ją poznała, w którejś w kwestii, czy przeżyłabym. Nie wiem, czy chciałabym wiedzieć większość z rzeczy.
Naprawdę nie wiem.
Czasem bowiem prawda nie wyzwala. Czasem dopiero niewoli.

I to jest smutne. Bo może wszyscy nami sterują, a my uznajemy się za wolnych. Wszyscy prawie wolimy swoje wygodne życie i wyśmiewamy tych nawiedzonych. Dlatego czasem się zastanowię i nie wyśmieję paranoika, bo może ten paranoik, jak kiedyś ten ze Sprawą Katyńską miał rację i ryzykował więcej, niż nam się zdawało. Może ten paranoik to ktoś ze swoją misją, a może, kto wie, może kiedyś któryś z indywidualistów zmieni świat. Choć wątpię, dlatego, że stado wtedy go wyśmieje, nawet, gdy zdobędzie dowody. Jesteście jak ja, prawda? Nawet, gdy coś was ukłuje, wolicie nie wiedzieć i teoriami tylko się bawić. Może dlatego ten świat wygląda jak wygląda. Hipokryci wolności osobistej w swoim małym światku wszędzie sterani z zewnątrz, przez media, bojący się muzyczki i pamiętający tylko potwory- nie prawdziwe potwory z fabuły, jakimi są ludzie.
A wiecie jaka smutniejsza myśl mi wpadła do mojego durnego łba? Że nie sterowani, nie wyzyskiwani skończylibyśmy jeszcze gorzej…no spójrzmy po sobie…
Człowiek to przecież najmądrzejsza istota na świecie. Ale i zarazem najgłupsza. Mam wrażenie, po lekturze pewnej książki, że stada owiec są mądrzejsze, niż nasze społeczeństwa...a i one mają pasterzy...

Ale, gdybać możemy i możemy. I może zrozumielibyśmy, jak zginął J.F.K ale...warto?

W każdym razie, Z archiwum X to najlepszy serial wszech czasów. Bo jakoś...ponadczasowy. A Mulder i Scully to najlepsza para bohaterów serialu, jaką wykreowano. W niektórych momentach można się wzruszyć, w innych umrzeć ze śmiechu a fabuła na tym nie cierpi. Tak, ten serial jest jednym z najlepszych, jakie kiedykolwiek stworzono. Ale trzeba do niego dojrzeć i poszukać też drugiego dna.

Boję się tylko, jak wyjdzie twórcom ZAX najnowszy sezon. Bo przecież...co z tym genialnym klimatem początku lat 90- tych? Czy Mulder i Scully ze smartfonem będą tak samo przekonywający? Czy ze stałym dostępem do internetu, ba, z internetem, ich szukanie spisków nie stanie się...śmieszne?
Boję się, że zabiją legendę. Dlatego oglądam, póki mogę.


A na koniec piosenka, która nieodzownie kojarzy mi się z serialem i jednym z moich ulubionych odcinków. Kto wie, dlaczego?XD


wtorek, 5 stycznia 2016

O grze, w którą wszyscy gramy, czyli "ja mam gorzej".

Wszyscy od czasu do czasu musimy ponarzekać. Trochę zamarudzić, pożalić się na los i złe ogólnie rzecz biorąc życie. Zdaje mi się, że to cholernie ludzie. Zresztą, nie od dzisiaj wiadomo, ze tłumienie emocji, zwłaszcza tych złych, działa na nas destrukcyjnie, dopiero na poważnie odbiera nam chęć życia i czyni nas zgorzkniałymi. Całkiem, jakbyśmy gnili od środka.

Inną wiadomą sprawą jest, że co za dużo, to niezdrowo.
Gdy coś nam się w życiu naprawdę nie układa, rzucił nas mąż, poważnie zachorowaliśmy, straciliśmy dom- mamy niezłą, naprawdę niezłą dyspensę na marudzenie. No bo kto nam zabroni? Przecież wiadomo, stało się coś złego. Musimy wyrzucić emocje, musimy trochę podzielić się nimi ze światem, bo jak wiadomo, zwierzęciu stadnemu tak najłatwiej często pozbyć się pierwszego ciężaru barków. Pierwszego, bo jak wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę, samo marudzenie nie jest złotym środkiem na jakiekolwiek nasze dolegliwości. Jest nim, po wyrzuceniu z siebie emocji, ogarnięcie tyłka i wzięcie się w garść. Planowanie i podążanie dalej, bo przecież co się stało, to się nie odstanie i jak pisał Murakami w „Zniknięciu Słonia”- „nic nie poradzisz na to, że nic nie poradzisz”. Nie od dziś to wiadomo, że marudzenie daje ulgę, ale nic samo w sobie nie załatwi, tak samo, jak nie załatwi spraw za nas świat. Nikt nie wybuduje za nas nowego domu, nie ułoży sobie życia na nowo w pojedynkę czy też nawet nikt za nas nie będzie pocił się na rehabilitacji po wypadku, w którym straciliśmy nogę. Mimo, że często to lekarz nam tą nogę uciął i uratował nam tym życie to jednak nie jest bogiem i nie na nim możemy polegać.
Co gorsza, powiem wierzącym w Boga osobowego czy tez ingerującego w nasz świat- Bóg i sama modlitwa też za nas nie załatwi sprawy. Zwłaszcza, tak tak, ta modlitwa, w której marudzimy i złorzeczymy. Ponoć, mówią to nawet niektórzy teologowie każdej religii, o wiele więcej dobrego zdziała modlitwa dziękczynna. No ale, ja teologiem nie jestem i nie nad modlitwami chciałam się tu rozwodzić.

Marudzenie sprawa ludzka. Marudzenie, żalenie się, chwilowe załamania i wylewanie bólu, wstydu, smutku- coś, bez czego po prostu nikt z nas nie byłby człowiekiem.
Niestety, często jednak, nawet jeśli wiemy, że marudzenie nie pomaga, wiemy logicznie, to za bardzo przyciąga nas ono swoją pozornie uzdrawiającą siłą.
Wiem jednak z własnego doświadczenia, jak łatwo się w marudzeniu pogrążyć. Co więcej, widzę nieraz, jak ono wchodzi w krew. Marudzić zaczynamy gdy nie tylko wypadek upierdoli nam nogę. Zaczynamy marudzić, gdy po prostu boli nas paluszek i główka, bo cóż, ten paluszek i główka to nadal nasze centrum wszechświata, nie obchodzi nas, że inni nigdy nie pobiegną. Sami też często pewnie nie pobiegniemy, bo nie lubimy biegać, ale cóż, to już kwestia wyboru, a nie możliwości.
Nawet jak czasem zamarudzimy na paluszek, też dobrze. Nadal ludzka rzecz.
Jak czasem popłaczemy, bo mamy PMS-a, rządzą nami hormony i mamy wrażenie, że świat nas nie kocha albo po prostu skrzyczał nas szef, też naturalne, musimy się komuś wyżalić. Każdy z nas, zasadniczo, powinien mieć nawet taką osobę, której może zamarudzić, kiedy po prostu ma łzawy dzień. Zaufaną, która nie wyśmieje, która nie skrzyczy i nie przewróci oczami. Najlepsze relacje i przyjaźnie chyba właśnie polegają na tym, że wiemy doskonale, kiedy ktoś może nam marudzić, a kiedy trzeba powiedzieć „ogarnij dupę i przestań jęczeć”.

Sama w swoich relacjach widzę często, że to się udaje. Mam momenty, gdy po prostu przytulam ofiary PMS-u, milczę i słucham gdy przychodzą prawdziwe łzy żałoby czy tęsknoty, prawdziwe marudzenie po bolesnych ranach zadanych przez los. Wiem też, przy niektórych osobach, kiedy na siłę kopnąć w tyłek i powiedzieć „weź się w garść”, czasem bardziej lub mniej brutalnie. Nie wiem, na ile to moje wrażenie, a na ile najprawdziwsza prawda, ale mam wrażenie, że w wielu relacjach udaje mi się nawet nieźle balansować między potrzeba cudzego marudzenia, prawdziwej rozpaczy wylewanej tonami łez a ogarnianiem komuś dupy i wciskaniem obiadu, żeby ktoś zwlekł się z łóżka i nawet na mnie nakrzyczał. Lata praktyki, jak sądzę.
Oczywiście, nie zawsze to się udaje. Ludzie, nawet ci, z którymi jesteś blisko i których kochasz, nie zawsze podlegają tym samym, żelaznym regułom. Czasem tam, gdzie przedtem powiedzenie chodźmy się najebać pomagało, w nowym miejscu powoduje istną katastrofę. A ja mimo że jestem czarownicą, nie jestem jasnowidzem.
W każdym razie mam niezłą wprawę w słuchaniu cudzego marudzenia i mam to szczęście, że są ludzie którzy znoszą z cudem moje najbardziej marudne dni ( o jesoo jak bolą mnie zatoki o jesooo jak mi źle o jesooo jak mnie każdy wkurwia, serio, mantra całodobowa). Są tacy, którzy wiedzą, kiedy przytulić i dać buzi a kiedy powiedzieć „ogarnij dupę, Szopie” ( ukłony w stronę mojego zacnego Męża, zwłaszcza).

Wielu ludzi zwraca się więc do mnie ze swoimi problemami a ja słucham, staram się je nawet nieraz jakoś rozwiązać, staram się pocieszyć i chyba nawet nieźle mi to wychodzi. Może dlatego, że nie słucham marudzenia na odczep się, tylko NAPRAWDĘ mnie to interesuje i NAPRAWDĘ chcę często jakoś pomóc. Tak już mam, mój egoizm karmi się cudzymi problemami i dzięki cudzym nieraz mi w moim życiu lepiej, bo zapominam o tym, co mnie boli choć...muszę przyznać, że ostatnio w życiu naprawdę, na mało co narzekam.
Bywam straszną marudą jak każdy, ale szybko się ogarniam, więc może dlatego szybo chcę ogarniać resztę. Znoszę jednak cierpliwie najdziwniejsze marudzenia i może nieraz, w moje gorsze dni można mi zarzucić, że nie mam siły na zabawy w psychologa...ale nie jest chyba ze mną ta źle.

Jest jednak jedna rzecz, której nienawidzę. Czy gdy ktoś przychodzi do mnie ze swoim problemem, czy co gorsza, gdy ja ze swoim marudzeniem przychodzę do kogoś i chcę być po prostu wysłuchania.
Jedna rzecz, przez którą dostaję istnego szału.
Zabawna gra, w której ponoć my, Polacy, jesteśmy mistrzami.
Zabawa w JA MAM GORZEJ.
Nosz kurwa mać.
Co gorsze? Sama się na tej zabawie nieraz łapię. Sama dostaję przez to szału.

Nie wiem, czy wiecie na czym polega dokładnie zabawa w „ja mam gorzej”, ale mam wrażenie, wszyscy podświadomie wyczuwamy reguły tej gry i nieraz się z nią w życiu zetknęliśmy.
Parę przykładów z życia?
Ot, jesteś chory, chcesz się pożalić, pomarudzić jak to ci cieknie z nosa. Nagle twoja znajoma, jak się okazuje ( chociaż nie zauważyłeś tego w pracy tudzież na zajęciach) miała tydzień temu taaaaki katar, że cudem, że aż jej ryja nie rozerwało i dziwi się, że ty to tak przeżywasz.
Przykład z mojego życia? Zmarł mi kolejny pacjent. Niby nic, ale jednak jakoś rusza. Chcesz się tym podzielić. Mówisz o tym komuś znajomemu. Nagle i dookoła niego wszyscy umierają, rok temu umarła ciotka siódma woda po kisielu i co ty w ogóle wiesz o stracie. A pogrzeb sąsiadki z zeszłego tygodnia i jej widok w trumnie nadal jest taką traumą! A ty agonię jakiegoś pacjenta przeżywasz.

Cóż. Inni zawsze mają jeszcze gorzej. Ale, jak śpiewa Kazik, nie da się ukryć, że są tacy, którym jest lepiej. Choć, czy w ogóle możemy powiedzieć o życiu lepsze, gorsze? O sytuacjach? Absolutnie nie. Lecz mimo to staramy się przyrównać. Pokazać, że jesteśmy lepiej...albo mamy gorzej.

Sama na zabawę w „ja mam gorzej” jestem cholernie przeczulona. I niestety zdaję sobie sprawę, jak łatwo można dać się w to wciągnąć. Gdy tak myślę, są po prostu dwa powody, które sprawiają że przez „ja mam gorzej” dostaję istnego szału.
Myślę, że w dużej mierze spowodowała to moja teściowa. Serio. Od kiedy ją poznałam, zrozumiałam, jak ostra i zacięta może być gra „ja mam gorzej”. Jak jej reguły powalają i...wcale nie ułatwiają życia. Chcecie poznać grę ja mam gorzej w mistrzowskiej odsłonie, przedstawię wam ją.
Chcesz powiedzieć po prostu, że jesteś zmęczona po pracy? To nic, że dźwigasz, biegasz 12 godzin. Ona ma gorzej. Bo rzecz jasna jest starsza, bo powinna być już na emeryturze i już się napracowała w życiu, a nadal pracować musi. Co z tego, że przez 2 lata pracowało się z nią bo..pracuje w domu. I zwykle kończy pracę koło 12-13, z tego co pamiętam, gdy z nią mieszkałam. Są dni, kiedy faktycznie zapierdala jak mały samochodzik, nie przeczę ale...wiemy, wiemy. Ma gorzej. Zawsze bardziej wyeksploatowana przez pracę.
Boli cię głowa? To nic. Ją też nagle zaczyna boleć. Ma migreny, musi brać leki a każda nawet najmniejsza zmiana ciśnienia rozsadza jej czaszkę. Do tego niedawno prawie umarła, bo zemdlała, serio.
Nie chodzi mi o to, że to wszystko nieprawda. Moja teściowa napracowała się w życiu i ogólnie jest dobrym człowiekiem i nieraz naprawdę źle się czuje. Ale w tych kwestiach zachowuje się jak dziecko. Zawsze ma gorzej. Zawsze musi zwrócić uwagę na to, jaka ona biedna i twoje żale są przy jej niczym, nawet, jeśli po prostu informujesz „boli mnie głowa, macie gdzieś aspirynę?”. I niestety, tym samym potrafi wciągnąć w tą grę, jak mnie wczoraj. Bo co za dużo, to niezdrowo. Człowiekowi się ulewa, jak niemowlęciu. I sam potem ma do siebie wstręt.

Wobec gdy „ja mam gorzej” jestem przewrażliwiona nie tylko przez moją kochaną teściową.
Gdy ponad już rok temu zmarł Królik, a ja zajęłam się paroma jego sprawami, odczułam, jak gra w „ja mam gorzej” potrafi zaślepić ludzi. W dużej mierze to była moja wina, bo być może, wzięłam na siebie aż za dużo, takie mam wrażenie, gdy patrzę z perspektywy czasu. Chciałam pocieszać, wysłuchiwać cudzego żalu, mimo że sama miałam w tej samej kwestii niezaleczoną, wielką ranę pod sercem. Mimo że w dużej mierze rozpadło mi się życie, chciałam się zabrać za minimalne łatanie innych żywotów. Błąd. Wielki błąd.
Trochę dało mi w kość nawet środowisko blogów. I nie mówię tu o wszystkich, ale o paru osobach, które po prostu „miały gorzej”. Nie chodzi mi o to, że porównuje się straty. Każda relacja jest inna, każdy ból jest inny. W tamtym czasie zresztą powtarzałam to sobie jak mantrę. Zdawałam sobie z tego sprawę i w wielu przypadkach to była najczystsza prawda. Ale po prostu gdy kolejny raz z rzędu usłyszałam od tej samej osoby „nie wiesz, jak to jest stracić kogoś tak bliskiego” w głowie wyświetlał mi się jeden z memów i słyszałam cholernie ironiczny głos „Tak? To bardzo interesujące opowiedz mi jak to jest stracić kogoś, z kim przez pół roku wymieniałaś komentarze na blogu i jak wielką pustkę w twoim życiu to uczyniło, chociaż cóż, powiem ci w sekrecie, znałam tego człowieka 7 lat, kochałam go przez 7 lat i widziałam go średni statystycznie 3 razy w tygodniu. Do tego nieraz nawzajem ratowaliśmy sobie życie. Trzymałam go za rękę w szpitalu. Tak, opowiedz mi, jaka to wielka strata, doprawdy, nie mam pojęcia”.
Oczywiście, ani razu nie powiedziałam tego na głos, nie napisałam wprost. Wiedziałam właśnie, jakie to podłe, powtarzałam mantrę każda strata jest inna i bólu się nie porówna ale...takie właśnie zagrywki powodowały, że sama wciągałam się w grę „ja mam gorzej”. I szczerze, nienawidziłam siebie za to. Nienawidzę do tej pory.

Bo nienawidzę gdy w „ja mam gorzej” Nienawidzę, że jako po prostu człowiek nie umiem się od niej do końca uwolnić.

Mam wrażenie, że ta nasza międzyludzka gra ma różne przyczyny.
Czasem zaczynamy grać w nią niechcący, bo za bardzo się zapędzimy w słynnym pocieszającym „wiem co czujesz”. Kłócisz się z chłopakiem? Wiem co czujesz, sama niedawno się kłóciłam, ale wiem, że można z tego wyjść, nam się udało, wam też się uda. Zmarł ci ktoś bliski? Wiem co czujesz, mi też zmarł jakiś czas temu, ale jak widzisz, można żyć dalej, wiem na swoim przykładzie.
Wiem co czujesz bywa wobec niektórych najlepszą metodą pocieszania, to współodczuwanie..choć to wierutna bzdura, bo nigdy nie wiemy, co ktoś czuje i jak ktoś zdaje sobie z tego sprawę, lepiej po prostu milczeć. Nie siedzimy w drugim człowieku, definiujemy ból, ale on nadal pozostaje Wittgensteinowskim „żukiem w pudełku”. Wiem co czujesz jednak często pomaga ale..cholernie łatwo się w nim zagalopować. Wielu z nas czyni właśnie ten błąd, może przez wspomnienia własnego bólu zaczynamy sami na nowo się źle czuć i sami chcemy być pocieszani, nagle „mamy gorzej”? A może po prostu wszystkie dobre chęci prędzej czy później zmieniają się w brukowane piekło. Ale, w każdym razie, gra w „ja mam gorzej” nie zawsze ma złe korzenie. Czasem to po prostu chęć pokazania, że z bólu można się wydostać- cóż, sama to stosuję. Niestety jednak w tym pokazywaniu łatwo się pogubić. No i nagle mamy gorzej.
Mimo wszystko, mam wrażenie, że potrafimy w głębi ducha rozróżnić, kto chciał dobrze i przy okazji wdepnął w bagno naszej ukochanej gry, a kto robi to z rozmysłem.

Jest parę takich osób ( nie mówimy już o mojej teściowej, bo ona jest mistrzem!) w moim życiu, które zawsze mają gorzej. Nieraz chcę się z nimi podzielić dobrymi nowinami- milczą przez parę dni. Gdy mają kłopot, same do mnie uderzają jak w dym, bo wiedzą, że pod tym dachem każdy otrzyma pomoc, jeśli o nią poprosi. Ale gdy ja mam problem, bo chcę się zwierzyć, zawsze mają ciężki dzień, zawsze to im umarła ciotka albo to oni pokłócili się z drugą połówką.
Myślę, że i tych mogę podzielić na dwa, choć oczywiście, wcale nie sztywne typy.
Niektórzy to po prostu nieuświadomieni egocentrycy. Ludzie, którzy nie potrafią skupić się na innych, wierzą nawet że mają dobre serca, ale nigdy przez dłużej niż 5 minut nie potrafią skupić się na cudzym problemie. To nie są ludzie źli, zresztą, nie ma dobrych ani złych ludzi. Mam wrażenie, że są trochę niedojrzali i mimo najlepszych intencji nie potrafią spojrzeć dalej niż czubek własnego nosa. Sprawiają wrażenie, że zawsze są dla ciebie ale...zawsze są dla ciebie, by rozegrać własny spektakl dobrego serca. Na nich nabieram się najłatwiej.

Są też drudzy. Tacy, co dowartościowują się cudza uwagą rozważniej. Ci, co zawsze mają zimniejsze poranki i ich mleko częściej się ścina. Ci, którzy też z premedytacją umniejszają cudzy ból, by wyjść na większy plan i często ściągają we własną otchłań. A cudze sukcesy, gdy się zdarzą, umniejszają, a własne muszą stawiać na piedestał. To bardzo smutni ludzie, których...jest mi żal. Zawsze mam wrażenie, że mają bardzo gorzkie życia, ogromne kompleksy i muszą się po prostu na kimś wyżyć. Na tych już się nie nabieram. Tych denerwuję swoją...radosną obojętnością, jakkolwiek nie brzmi to stwierdzenie, ale zapytajcie ludzi z mojej pracy o co chodzi, to wam powiedzą.

Wielu ludzi po prostu gra w „ja mam gorzej” bo chce też zwrócić na siebie uwagę. Choć przez chwilę poczuć, że może odpocząć. Choć przez chwilę być...dzieckiem. Bo to dzieci w nas kochają się żalić, marudzić i chcą mieć nieraz pocałowane i pochuchane stłuczone kolanko.
Moje słynne „na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Odmrożę, żeby mieć gorzej i żeby być może...sprawdzić, kto mnie kocha. Cóż. Jako ludzie stale musimy to sprawdzać.

Wszyscy jesteśmy właśnie przede wszystkim ludźmi. I każdemu z nas zdarza się marudzić, każdemu z nas zdarza się zagrać w „ja mam gorzej”. Nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, bo każdy z nas musi mieć w sobie trochę egocentryzmu, wiadomo- na świat patrzymy tylko swoimi oczami, nie cudzymi i nie sposób wyjść poza ten pryzmat. Wszyscy mamy swoje radości i swój ból i nie sposób próbować choć w części rozumieć cudze, jeśli nie porównując do swoich. To naturalne. Tak tworzyły się chyba społeczności.
Wszyscy od czasu do czasu zagramy w pocieszanie, a przez to w „ja mam gorzej”. Nieraz zostaniemy wplątani w cudzą grę, nieraz zaklniemy ze złością na siebie, że tak łatwo daliśmy się podejść.
Nieraz będziemy po prostu małymi dziećmi, które muszą pokazać swoje zabawki, dowartościować się wobec cudzych, które nie są wcale lepsze, ani gorze. Są po prostu inne.

Lecz...może wszyscy od czasu do czasu gramy w „ja mam gorzej”, wszyscy chcemy czasem, żeby to na nasze odmrożone uszy zwracano uwagę....ale mimo to, na co dzień, możemy się postarać tego unikać. Bo to nie żadna rozgrywka, puchar możecie oddać mojej teściowej albo paru osobom, na których strasznie się zawiodłam już wiele razy.
Niedawno mówiłam o słuchaniu świata. Czasem, mimo że świat pojmujemy tylko przez własne oczy, uszy i porównując do tego co one już widziały i słyszały- możemy postarać się zniknąć. I wsłuchać się nawet nie tyle w świat, co w drugiego człowieka. Czasem nawet nie pokazując rozumiem co czujesz, byłam w podobnej sytuacji a...słuchając, słuchając, słuchając. Przytulając i ocierając łzy. Możemy zniknąć, stracić na parę minut cały swój egocentryzm i słuchać, tak, żeby ten drugi świat stał się w tym momencie najważniejszy, żeby tylko on istniał.
Czy jesteśmy w stanie to zrobić? Czy potrafimy zniknąć choćby dla tych, których najbardziej kochamy, by miłość, sama miłość, mogła rosnąć w siłę?
Mam wrażenie, że gdybyśmy w każdej rozmowie o cudzym problemie stracili na parę minut siebie, naprawdę słuchali i skupili się na cudzym bólu byłby on naprawdę mniejszy a...świat byłby lepszym miejscem.

Więc nie wiem jak wy, ale ja, mimo że zdaję sobie sprawę, że jestem niedoskonałym człowiekiem, sama mam dni marudzenia i mam dziecko, które ociera kolanka i odmraża sobie uszy, mimo wszystko, chcę jak najwięcej rezygnować w tym roku z gry w „ja mam gorzej”.
Chcę zacząć grać w „jestem dla ciebie”. Jeszcze bardziej, jeszcze mocniej. Z całego serca, mimo że potknę się nieraz. Świadomie, a nie na odczep się, żeby tylko wmawiać sobie, że jestem dobrym człowiekiem. Dobrych ludzi nie ma. Mogę być ja dla ciebie. Tylko tyle, aż tyle. 

Chcecie zgrać ze mną?