poniedziałek, 25 stycznia 2016

O tym, że i tak wystarczająco wcześnie umrzemy, czyli parę słów o chwilach będącej jak łzy w deszczu, która nie ma znaczenia w obliczu miłości

 Nie tak to miało wyglądać, nie tak to planowałam. Nie w ten sposób miały puścić tamy, aż wyschnięte koryta zmieniły się w rwące potoki, nie tak miały padać mury, jakby gruzami tworząc następne. Nie tak to planowałam, ale przecież, już dawno powinnam przywyknąć, że życie nie zawsze jest takie, jakim chcemy żeby było. Przyszłość, którą zakładamy, przecież nigdy nie zgadza się z obrazem, który widzieliśmy we własnej wyobraźni.

Noc pełni, Pełni Wilka, zwanej inaczej Pełnią Głodu, miała dać mi inne wytchnienie. Chciałam medytować, chciałam odpocząć...przed nią chciałam się pożegnać, dać znać, że muszę właśnie złapać oddech, bo nie mogę tego zrobić od nowego roku. Nie w paru kwestiach. Chciałam powiedzieć, że muszę zluzować, trzeba na mnie zaczekać.
Czasem jednak nie można odejść. Czasem człowiek plącze się w dyskusje, które nie tak miały wyglądać. Które miały dojść do sedna w całkiem innych okolicznościach, twarzą w twarz. Jednak jak zwykle wychodzi, nieraz łatwiej pisać niż mówić, mimo że wolę mokre oczy. Mimo, że może naprawdę pierwszy raz chciałabym się rozpłakać.
Słowa które ranią, ale i oczyszczają. Słowa, które mogły się znaleźć inaczej.
Nic nie jest tak, jak planujemy. Nic nie wychodzi tak, jak chcemy, nie od razu. Z czasem okazuje się, że powinniśmy podziękować za to losowi, choć nie zawsze to dostrzeżemy z szerszej perspektywy.
Jak wyjdzie jeszcze w przyszłości? Jak zaleczą się rany? Pytania, które na razie zostawiam bez odpowiedzi. Pytania, na które nie chcę odpowiadać, bo może w końcu zdaję sobie sprawę, że odpowiedzi nie tylko ode mnie zależą. Nie tylko ja muszę się starać, choć cały czas miałam wyrzuty sumienia, gdzieś pod skórą, że robię za mało. Wiecznie za mało, aż spłonę i spalę się, na popiół, na kurz.
Dla ciebie spalam się. Całkiem inaczej, niż u Kazika, przyszło mi do głowy tego wieczoru.

Rozmowy, które powinny być realne, namacalne. Nic nie jest załatwione, choć nic nie można powiedzieć.
Może wszyscy musimy dać sobie czas i akceptację. Może czasem i ja muszę pozwolić sobie na bycie dzieckiem, zamiast na wieczne dotykanie ustami cudzych ust, tak, by zmyły złe sny, choć to wcale nie pomaga. Może i ja muszę nieraz zdjąć z siebie ten ciężar. Ciężar swojego i cudzego życia, którego nikt mi nie daje, który ja po prostu w swoich myślach przesadnie na siebie nakładam, aż doprowadzam siebie na skraj.

Nic wcześniej nie było tak, jak chciałam. Mam wrażenie że zawiodłam, siebie samą, innych, innych znów przede wszystkim. Jednak jakąś swoją słabością. Jednak jakąś swoją niedorosłością. Swoim egoizmem w nadmiernej chęci po prostu bycia. Kolejne zaskakujące paradoksy, które tak bardzo dusiły serce.

Nic nie jest jak planowałam.
W serce i duszę wkradła się presja, której kształt już rozumiem. Presja, którą po tej nocy, mimo wszystko mogę współdzielić. Presja, o której może w końcu powiedziałam głośno. Nawet nie jej, nawet nie jemu, wreszcie powiedziałam to na głos samej sobie, tak, że nabrało realnego kształtu. A gdy coś ma realny kształt, wreszcie można coś z tym zrobić. Można zdusić to jak puszkę po piwie, można z tym walczyć.
Miał być zew i szaleństwo tej pełni. W duszę jednak zamiast światła księżyca wilka, wkradł się cień głodu. Poczułam się pusta, choć przepełniona. I po jednym dobranoc, gdy poszłam do łóżka, wcale nie spałam.
Stałam się skowytem wilka, gdy łzy same płynęły przez wiele godzin po policzkach. Gdy leżałam obok niego, a on po prostu głaskał i słuchał, słuchał jak płaczę, słuchał słów i wyjaśnień, słuchał jak bije moje serce.
Płakałam, bo przy nim umiem płakać. Płakałam, bo musiałam się oczyścić, stać się tym dzieckiem które mi odebrano.
Częściej płaczę dla ludzi w ciemnościach, by nie widzieli.
Z nim jest inaczej. Z nim łzy wychodzą i wypłukują to, co złe i niedobre. Z nim umiem rozmawiać prawdziwymi, namacalnymi słowami. Przy nim umiem walczyć z tym, co realne, nadać kształt temu, co do tej pory miałam w swojej głowie.
Przy nim umiem płakać, więc płakałam wszystkimi łzami, które gromadziły się od nowego roku. Niewiele było łez października, bo to już za nami, jeśli o nas chodzi, w dużej mierze to za nami,
Były łzy innych obaw, były słowa o tym, że nie mogę „być tak odpowiedzialna za cudze życie i mam wbić to sobie do łba”.Były łzy tego, co po prostu zrodziło się w samej głowie. Były łzy ulgi, że wreszcie i jemu o pewnych rzeczach mówię, nie bojąc się, że mnie skarci, znów powie, jak jestem nierozsądna w pewnych zapędach. Były łzy, które czekały tyle czasu. Te, którym on zawinił i wobec których jego serce było kryształowe i bez żadnej winy.
Płakałam rozpaczliwie, czując pustkę, jakby wyrwano ze mnie dziecko, które nigdy nie miało się narodzić.
Płakałam, aż usnęłam nad ranem. Przy pełni księżyca, nie widząc nawet jej światła zza chmur. Nie było mi potrzebne. Światło nosiłam bowiem w sobie, światło dopadło moje serce i oświetliło to, co zalęgło się w ciemności, w zakamarkach, w których sama nie chciałam sprzątać.
Oczyściłam swoją duszę, rozerwałam ją na strzępy.

Gdy zasnęłam, śniło mi się strych w moim starym domu. Świat pokryty pajęczynami i kurzem, świat, w którym byłam zamknięta. Na środku strychu, pod jedynym oknem, przez które mogłam zobaczyć światło, stała stara wanna o lwich nogach. Wanna pełna gorącej wody. To do niej weszłam, zdejmując z ciała pajęczyny, wyplątując z długich we śnie włosów pająki. Oczyściłam ciało, woda wcale nie stygła, myłam włosy, jakbym myła własne myśli. Kolejny tak symboliczny sen. Sen, który jednocześnie bolał i dawał ulgę.

Nie tak to planowałam. Nie tak to miało wyglądać. Nie chciałam tego bólu, chciałam odepchnąć od siebie ten kielich goryczy. Jednak przyjęłam go, zapłakałam- i poczułam się czysta. Czysta, choć słaba, na chwiejących się nogach. Jak na nogach młodego źrebięcia, które dopiero nauczy się życia. Zawsze, zawsze po oczyszczeniu swojego rodzaju na nowo uczymy się życia. Na nowo uczymy się spokoju, wracamy na swoją spokojną wyspę po sztormie, dryfując na złamanej kłodzie tego, co było. Teraz wracałam i ja.

Wstaliśmy razem rano, osłabieni po nocy.
Nie tak to miało wyglądać, nie tak to planowałam. Spojrzeliśmy jednak na siebie z miłością, mimo trudu poniedziałkowego poranka. Ujął moją twarz w dłonie i całował. Kochał mnie tego poranka, jak i ja kocham jego. Kochał mnie, jak zawsze mnie kochał, mimo wszystkiego, co było złe między nami, kocha mnie, mimo wszystkiego, co jeszcze będzie. Mimo wielu moich łez. Moich łez, ale i jego.

Biegłam do pracy, zmęczona. I myślałam, że nie tak to miało wyglądać, miałam nabrać sił, a tymczasem słaniałam się na nogach. Ale w sercu było lżej, w sercu było miejsce na radość, sercu, którego tamy znów popękały. Radość, która być może na nowo ma szansę się narodzić.
Dlaczego z nim jest łatwiej? Dlaczego z nim potrafię?
W tym chyba tkwi jeden z sekretów, jak stworzono miłość. Taką miłość, która potrafi przetrwać. Umiem przy nim płakać. I ufam mu pomimo.
Szłam do pracy, szłam w deszczu, przypominając sobie, nie wiadomo skąd, znów słowa z pewnego filmu.
All this moments will be lost in time, like tears...in...rain”
Wszystkie te chwile zginą w czasie, jak łzy w deszczu. Wszystkie te chwile, złe i dobre, rozwieją się w czasie. Wszystkie wspomnienia, rany, blizny, słabości...
Co nam zostanie?
Zostanie nam miłość”, inne słowa, tak często powtarzane. Te, które tak często sama mówię.
Szłam więc w deszczu, nie płacząc już, bo wszystkie łzy straciłam nocą. Szłam w deszczu i na nowo przepełniał mnie spokój. Przepełniała mnie nadzieja, chociaż moje ciało znów było słabe.

Cały dzień pracy, cały dzień bieganiny. Nie tak to miało wyglądać, miało być lżej, miałam nie tracić swojej cierpliwości. Nie miałam tracić cierpliwości do ludzi, z którymi pracuję. Nie dałam się złamać. Zaciskałam zęby i pracowałam.

Gdy nadszedł wieczór, na świat spłynęła mgła. Ciężka i gęsta, mgła jak z listopadowych wieczorów mgła jak z górskich krain i dawnych baśni. Mgła którą kocham. Wyobrażam sobie, co za nią się czai. Moje myśli opowiadają wtedy samym sobie legendy i podania. Stwarzają wiarę w niemożliwe.
Z ulgą wyszłam z pracy, zmęczona. Plotkując z Gośką, która zapowiedziała, że na poprawę humoru jutro obetnie mi znowu włosy, ogoli bok, doda mi cudownego pazura.
Zagadałam się z nią, zamyśliłam.
Milczałam chwilę, szłam przed siebie.
Zielone światło.
Nagle inne światła, wypadające z mgły.
Szarpnięcie za kurtkę. Upadek. Szybkie pytania nic ci nie jest?
Trochę kręci się w głowie, trochę mdli. Co się stało?
Prawie wpadłaś pod samochód. Samochód wariata pędzącego na zielonym świetle w styczniowej mgle. Samochód który mógł potrzaskać kości.
Gocha być może tak szybko zareagowała, bo na tej samej ulicy, na tym samym przejściu, kilka lat temu pod samochód, na jej oczach, wpadła jej koleżanka...z pracy. Została po niej rozmoczona w deszczu plama.
Nie dociera to do mnie. Trochę słabo, nie wiem, co się stało, tak nagle, tak szybko. Podnoszę się, pośladki mnie bolą, chyba trochę je obtłukłam, gdy upadałam na chodnik, na który z wielką siłą, z impetem pociągnęła mnie Gośka. Ale nic mi nie jest.
Dziękuję jej. Sama nie wiem, jak do tego doszło. A raczej, może, jakim cudem tak naprawdę do niczego nie doszło. Bo nic mi nie jest. Żyję. We wszystkim żyję. Oddycham.

Mgła, deszcz. Pełnia i wczorajsze łzy.
Wszystkie te chwile zostaną zagubione jak łzy w deszczu.
Wszystkie złości. Wszystkie złe momenty. Wszystkie rany. Nic nie znaczą.
Nie musimy nic planować, a gdy planujemy, żadna z tych chwil tak naprawdę nie ma w naszych zaprzeszłych planach odzwierciedlenia. Nie zaplanujemy życia tak, że nie popełnimy żadnego błędu. Nie zaplanujemy żadnej rozmowy, która oczyści rany. Nie zaplanujemy życia. Nie zaplanujemy śmierci.

Wszystko to nasze wyobrażenia. Znaczą jeszcze mniej, niż przeżyte chwile.
Łzy w deszczu. Znaczą najmniej, a może najwięcej.
Kwestia tego, przez co się płacze. A może raczej...dla kogo?

Wszystkie te chwile nie będą miały znaczenia, znikną, jak łzy w deszczu, znikną, jak te, które wsiąkały w poduszkę.
O kim myślisz, gdy serce na chwilę staje?
Myślisz o nim, tym, którego kochasz. Szybka myśl o matce. Myślisz o niej, tej, która wczoraj musiała zacząć z tobą dyskusję bo nigdy nie wiesz, kiedy ktoś umrze.
Znów w przeczuciu śmierci, jednym momencie, który mógł zmienić wszystko, wszystko zakończyć, myślisz o tych, których kochasz. O tych, których kochasz i którzy cię ranią, ale ranić mogą tylko przecież naprawdę przez miłość. Myślisz o miłości. O tym, że bez niej życie nie ma sensu.
Serce ze strachu budzi się na nowo tylko dzięki niej.

Wszystkie te chwile nie mają znaczenia. Wszystkie inne uczucia. Brak zaufania. Ból. Ostatecznie liczy się tylko miłość. Tylko ta myśl, o tych, co są najbliżej.
Łzy nie mają znaczenia, gdy podążamy przed siebie, nie ma znaczenie deszcz. Znaczenie ma dłoń, wyciągnięta w największym mroku.

Nic mi się nie stało. Nic, każdemu zdarza się prawie wpaść pod samochód. Kilka razy w roku, Kilka razy w tygodniu. Być może, codziennie prawie giniemy, nawet tego nie zauważając.
Wszyscy możemy jutro nie żyć.
Wszyscy możemy już nigdy więcej się nie obudzić, gdy dziś złożymy głowy do snu.
Żadna przeszłość nie ma znaczenia. Znaczenia mają uczucia. Te najgłębsze. To, że nie można nienawidzić.

Wszyscy możemy wpaść pod rozpędzone auto we mgle. Nasze serce może zatrzymać się po nieudanej operacji. Możemy połknąć orzecha, mając na niego alergię. Możemy spać z liny, na której skaczemy, bo, czym innym jest życie, jak nie spacerem po linie nad przepaścią?
W końcu nasze stopy się pomylą. Wszyscy umrzemy.
Nie ma sensu marnować tych chwil, które nam zostały, które są jak krople w deszczu na nienawiść. Nie ma sensu marnować tego, co mamy na strach przed kolejnym zranieniem.
Jedyne, na co warto marnować czas, to miłość.
Tylko czułość idzie do nieba, pisał Jastruń.

Więc jeśli mam wpaść jutro pod rozpędzone auto, chcę jeszcze jeden dzień wykorzystać na miłość. Nie na żadne nieporozumienia. Nie na rozpamiętywanie, rozdrapywanie ran. To nadal część życia, wiem doskonale.
Ale ja chcę kochać. Chcę to pokazywać. I nie zastanawiać się, czy warto.
Czasem płakać. Czasem ranić się nawzajem.
Ale kochać. I żyć tak, by oni wiedzieli, że ich kocham. Nie zostawiać niewyjaśnionych kwestii. Niezaleczonych, ropiejących ran.

Hej, wy tam, wiecie, że was kocham?
Żyję i kocham. Czujecie to?

Wracam do domu, zmęczona, zrzucam plecak i kurtkę. Wtulam się w Męża, niewiele mówiąc. Zrzucam znów emocję. Nie mówię o strachu, mówię o miłości.
Piszę te słowa, znów wylewając emocje, te dobre, wysyłając w przestrzeń.

Nie chcę marnować czasu. Mam dość męczenia się i zastanawiania, czy robię dobrze.
Będę po prostu robić.
Będę po prostu.
Kocham po prostu.
Nie boję się ran.
Czasem płaczę, a łzy rozmywają się, jak wszystkie momenty przeszłości.
Kocham, czuję, daję i biorę.
Wystarczy.

Myślisz, że wystarczy?



Obdarz mnie całą swoją miłością
Bo z tego co wiem, możemy nie dożyć jutra
Nie mogę dalej marnować czasu
Dodając nowe rany swojemu sercu.
Bo wszystko, co słyszę, to „nie jestem jeszcze gotowy”

(...)
Nie chcę osądzać
Co jest w twoim sercu
Ale jeśli nie jesteś gotów na miłość
To jak możesz być gotów na życie?

Więc kochajmy w pełni
Kochajmy głośno
Kochajmy teraz.
Bo i tak niebawem umrzemy
Wystarczająco wcześnie umrzemy


niedziela, 24 stycznia 2016

O czasie i sercu podzielonym na części, które pod światłem księżyca mają szansę stać się jednym, czyli niejasne sploty myśli zmęczonej Fridy pod wpływem nadchodzącej pełni.

Dzielę swój czas.
Dzielę swój czas, aż momentami mam wrażenie, ze go nie mam. Momentami mam wrażenie, że mnie w tym nie ma. Jestem tłem dla cudzych zmartwień, jestem tłem dla cudzych planów. Chwilowe uczucia, które wynikają z moich własnych błędów, moich własnych ciągot i pragnień, by naprawić coś, co nie należy do mnie. Chwilowe uczucia które wynikają z jak najlepszych, najczystszych intencji, a brukują ciężką przez te chwile drogę.
Dzielę swój czas i mam urojenia, że nikt nie ma o dla mnie wtedy, kiedy go potrzebuję. Urojenia, bo sama głośno o tym nie mówię. 
Dzielę swój czas i póki jestem zmęczona, póki nie odpocznę sama dla siebie, te chwile będą wracać. To straszne zmęczenie rzutuje na cały obraz mojego świata, to jak chwilowe zaćmienie księżyca, które zmienia mnie w wilka. Wilka, którego przecież noszę w sobie i który chce wyć.

Przecież to pełnia wilka, wilczy księżyc. Może dlatego nagle mi tego zabrakło?

Dzielę swój czas między tych, których kocham. To oni stanowią treść mojego życia, są jego częścią, składową mojej drogi. Dzielę swój czas między bliskich i dalekich, dzielę swoje serce.
Dzielę też swoje serce na cudzy ból, starając się tak samo podzielić swoją radość. Nie zawsze wychodzi.

Dzielę swój czas między pracę, a odpoczynek, między radość a smutek. Głównie cudzą, nie swoją. Moje uczucia znów się skrywają, ale nie mogę nikogo o to winić. To moja dziwna natura. To moje stawianie cudzych łez na pierwszy plan i moje wyuczone wyrzuty sumienia. To moja hardość i zaradność, moje przekonanie o własnej sile i o bezcelowości mówienia czegokolwiek.
Bo jak pisze Maria Czubaszek, po co mam w ogóle mówić, narzekać? Usłyszę jedynie że będzie dobrze. To doskonale wiem sama, właśnie to wiem sama, będzie dobrze. Doskonale sama wiem, że wszystko się ułoży, tylko przychodzą momenty zmęczenia. Może dlatego siada mi serce, może dlatego znowu krwawię. Sierpień pod pewnymi względami był przecież podobny. Słów nie umiałam wylać nawet tutaj.
Nie mam więc co czynić wynurzeń nocami. Zresztą pewne słowa się blokują, o niektórych rzeczach nie ma komu powiedzieć.

Są rzeczy, które będę trzymać w sekrecie, bo się ich wstydzę, to palące piętno, które zjawia się momentami, zjawia się łzami cisnącymi się do oczu, które powstrzymuję słynnym „let it go”, to przeszłość, idziemy dalej, sama o tym zdecydowałaś, przypominam sobie uparcie. Są rzeczy które trzyma w sekrecie wstydu, choć to nie ja powinnam się wstydzić, a co gorsza mieć wyrzutów sumienia, wyrzutów sumienia w stosunku do samej siebie. Samej siebie, bo sama też popełniłam błąd i dlatego też, że po nowym roku przestraszyłam się, że sama na nowo go popełnię.

Są rzeczy, o których nie opowiem najbliższym, bo ich tym skrzywdzę. Ich krzywdę stawiam ponad swoją tęsknotą, bo boli mnie pewna tęsknota, to, że sprawy ułożyły się tak, a nie inaczej. Nie opowiem o tym Mężowi, bo nie mówi się temu, który kocha o bólu, jaki sprawia zranienie kogoś nieodwzajemnionym uczuciem. Nie opowiem o tym drugiej najbliższej mi obecnie osobie, bo ona może za nim tęskni, może go nienawidzi, tego samego człowieka, a ja boję się o tym rozmawiać, bo znów, jestem wielkim wyrzutem sumienia, wyrzutem sumienia które spowodowało jego uczucie. Jego uczucie do mnie, nie moje d niego, ale starczyło, by przesłonić pewne porywy serca.
Nie mam z kim porozmawiać o jego słowach, które pisze w sieci jak ja, które mi powierza, choć nie rozmawiamy ze sobą, jak sobie obiecaliśmy. On czyta moje, zaczął pisać swoje, może w zamian, chociaż nigdy niczego nie chciałam w zamian, w żadnej relacji, a on chyba za często tak na to patrzył. Nie mam z kim porozmawiać bo ci, którzy zrozumieją, którzy są najbliżej, byliby tym zranieni.

Dziwne zapętlenia, im bardziej się znamy, tym więcej zostawiamy sobie ran. Miłość wiąże się z raną, z krzywdą i na nią to się godzimy, kochając, tak po prostu kochając, chcąc być dla drugiego człowieka. To świadome decyzje, piękne decyzje. Ale, cytując tym razem Włóczykija- „Nikt nie powiedział, ze dobre decyzje nie będą cię ranić”. Przyjmuję więc to z pokorą, tylko znów jestem zmęczona, to ta chwila gdy muszę wszystko wylać, a zaraz wszystko wróci do równowagi. Bo umiem sobie powiedzieć, że będzie dobrze.
Dzielę więc swój czas i dzielę serce nie swoim bólem, a cudzym. Cudzym bólem, na który nie umiem nic poradzić.

Dzielę swój czas i mam go tak mało dla siebie tak naprawdę.
Chcę spędzać go jak najwięcej z Mężem, chcę posiedzieć tylko z nim, kochać się, czasem chcę by było jak dawniej, gdy tyle wieczorów należało tylko do nas. Ale jednocześnie chciałabym być nieraz całkiem sama, zamknięta w pokoju, pisząc, czytając, medytując. Wędrując samotnie.
W tych samych chwilach myślę o tej, którą też kocham, a o którą szalenie się martwię, o jej łzy, o jej ból, o którym mi nie opowie, bo wyrósł mur. Myślę o tym, że chcę spędzać z nią jak najwięcej czasu, żeby zawsze wiedziała, że jestem, że gdy może pewne tamy pękną..
Gdy jestem z nią myślę o Mężu który siedzi w pracy albo gdy jesteśmy w trójkę, myślę o tym, że może w tym momencie powinniśmy być sami. W tych wszystkich momentach myślę o ludziach dalszych, o Cat która znów ma pełno planów za które trzymam kciuki, o tym z którym nie rozmawiam ale wiem, jak idzie mu życie w Nowym Mieście, o ludziach dalszych, ludziach stąd, myślę o tym czy ktoś się z kimś spotkał, myślę o łzach wylewanych przez nieporozumienia w pewnym związku, myślę o pewnym rozwodzie, myślę o cudzej chorobie nawet gdy z mojego nosa leje się krew..
Myślę o ludziach z mojej pracy, gdy odpoczywam, w pracy myślę o tych, których zostawiłam w domu.

Myślę za dużo.
Może myślę za mało o sobie, a za dużo o innych, ale o sobie nie chcę myśleć, bo nie mam problemów. Nie mam.
Tylko ciało nagle zaczęło szaleć, jakby chciało zwrócić na siebie uwagę, jakby chciało powiedzieć „tak, ty też tu jesteś i jesteś realna”.

Jestem realna, chociaż czasem mam wrażenie, że jestem tłem i jestem nim z własnego wyboru. I zazwyczaj jest mi z tym tak dobrze, kocham przecież ludzi, kocham dzielić swój czas. Czasem tylko, od czasu do czasu, bardzo rzadko przychodzi ta myśl że chciałabym zwinąć się w kłębek w cudzych dłoniach i być głaskaną. Czasem i wilki mają taką potrzebę. Czasem chcą czuć się kochane, a nie tylko kochać.

To nie tak, że nie czuję się kochana na co dzień. Mam przede wszystkim swojego Męża, który dba o mnie, głaszcze nocami po plecach i trzyma ręce na moich biodrach. Czasem tylko jednak sama się przed tym zamykam i nie umiem porozmawiać. Cieszę się, że choć z nim porozmawiałam o jednym, które dręczy, boli, gdy pękłam przed poniedziałkowym spacerem przed nocką. Zrozumiał. Więcej nie trzeba było.
Czuję się kochana, czuję się rozumiana, daję i dostaję, nawet dając od siebie przecież tyle dostaję. Ale zrobiłam się zmęczona, poczułam się tłem, poczułam się nierealna i nienamacalna.

Poczułam, że być może muszę zrobić coś dla siebie, gdy piłam alkohol którego nie powinnam pić, gdy przepłaciłam to kolejnym krwotokiem w nocy, gdy piłam chociaż nie powinnam, bo myślałam, że komuś alkohol pomoże się otworzyć, a ktoś nie może pić sam.
Myliłam się, łudziłam, stara prawda, alkohol nie jest lekarstwem na nic, chociaż wydaje się być tak łatwym sposobem na każdy problem. Nie leczy, nie otwiera tego, co zatrzaskuje się jak ostryga. Jest tylko nadzieja, że być może, z czasu, z ziarnka piasku które uwiera i zostało zamknięte powstanie perła, a moja krew nie pójdzie na marne. Jak krew wsiąkająca w piach i łącząca się z podziemną rzeką życia.

Dzielę więc swój czas, za dużo myśląc, dzielę, chociaż nikt ode mnie tego nie wymaga. Ale taka już jestem, taką mam naturę i jej nie zmienię.
Żyję stadnie, jestem jak matka wilków w stadzie, ale czasem chcę być też i wilczym dzieckiem, czasem samotnym wilkiem. Idzie pełnia i być może wyczuwam kolejny zew. Spokój, który po pewnych tragicznych falach uderzających we mnie wcześniej, spłynął na mnie w grudniu, teraz zmienia się w zew. Może to nadchodząca wiosna a może to moje ciało i dusza zmęczone pewnym szarpaniem.

Przychodzi jednak pełnia i przychodzą sny, sny które obiecują rozwiązania, rozwiązania we mnie samej. Może muszę pozwolić samej sobie siebie dotknąć. Pozwolić zaśpiewać własną pieśń własną krwią, bo jestem córką tego księżyca, jestem tym razem nie niedźwiedziem, a wilczycą, która ma w sobie siłę i wie, że będzie dobrze. Bo będzie.
Bo jak zawsze, jest już zresztą dobrze, tylko w głowie musi się ułożyć, musi wejść do odpowiednich przegródek.

Czasem boję się tylko, że nie ten piękny, silny i dobry wilk we mnie przemówi. W chwilach tego wielkiego zmęczenia boję się, że zacznę kąsać. Czasem bronię się ostatkami sił, gdy pewne bariery mi puszczają, nie mówię nic, gdy pytają się, o co mi chodzi, gdy nagle milknę i kulę się w sobie. Nie mówię nic i uciekam, uciekam w sen, uciekam jak dzisiaj w te słowa, gdy czuję się tłem, gdy siedzę obok choć wiem, że ci ludzie, z którymi jestem tu i teraz, kochają mnie i chcą mnie między sobą. Daję może wilkowi wytchnienie, choć boję się, że kiedyś wybuchnę, kiedyś zacznę wracać do przeszłości, której powinnam odpuścić.
Boję się własnych wyrzutów sumienia, boję się że gdy sama będę siebie nimi atakować, tymi niezasadnymi, tymi które nie mają podstaw, zacznę atakować wszystko dookoła. Wszystkich, których kocham.
Nikt nie powiedział, że miłość jest łatwa. Ponoć najczęściej prowadzi do nienawiści. A ja nie chcę zacząć nienawidzić.
Najprostszą drogą do miłości i samej miłości jest też miłość, którą odkrywamy w sobie, miłość, którą obdarzamy siebie. Najprościej dawać, jeśli potrafimy dawać i sobie. Jeśli nieraz nie boimy się może prosić i innych. O zmiłowanie, o to, żeby zobaczyli pewne rzeczy w naszej duszy. O to, żeby i oni dzielili czas i ich serce było dzielone naszym bólem.
Cały czas muszę się tego uczyć, cały czas muszę to sobie na nowo uświadamiać. Cały czas to sama sobie mówię najczęściej jest dobrze, będzie dobrze, mówiąc to i najbliższym. Ale mówię to sobie sama, bo siebie kocham i sobie ufam teraz najbardziej. Sobie samej, choć też sama siebie ranię.

Ranię siebie, bo siebie kocham, ranię siebie, bo kocham innych. Stara prawda. W życiu nigdy nie unikniemy też zranienia, czy kochamy, czy nie. Więc wolę kochać i być raniona, niż być tylko prawdziwie samotną wyspą, jałową skałą wystającą ponad morze, która smagana jest wichrami, która pękła. Wszyscy ostatecznie pękamy.
Wszyscy też kochamy lub tego pragniemy, nawet jeśli chcemy wmówić sobie, że jest inaczej.

Dzielę swój czas, dzielę swoje serce.
Nie dzielę go tylko na cudzy ból, zamiatając swój pod dywan.
Moje serce zawsze było podzielone. To w nim, w mojej duszy zawsze żyły różne kobiety.
W moim sercu są różne pokoje. Mieszka tam starucha, która kocha wiedzę i mądrość. Mieszka tam prawdziwa kochanka, pożądliwa i popędliwa. Mieszka tam ciepła mata, która ma dla każdego czułość. Mieszka tam pustelnica, pragnąca dzikości. Mieszka tam siostra. Mieszka ich wiele.
Mieszka w moim sercu wiele rodzajów miłości.
Mieszka miłość do wielu ludzi, kochają ich wszystkie kobiety mające swoje pokoje.
Ostatnio dużo we mnie tej kobiety matczynej, tej ciepłej, tej która szepcze uspokajające zaklęcia, która karmi, daje ciepło. Mam wrażenie, że to rozdawane ciepło było potrzebne przede wszystkim mi. Jest nadal.
Ale nadchodzi pełnia.
Nadchodzi pełnia i znów coś się zmienia. Naturalny cykl. Inna chce przez chwilę rządzić, przez chwilę wyrwać się na wolność. Przypominam sobie o niej. Ostatnio dużo szeptała do ucha, ostatnio przypominała sobie swoje szaleństwa. Swoją dzikość.
Ta kobieta już jej zasmakowała i to jak klątwa, posmakować raz, zasmakować skraju, to klątwa, której nie odmieni żadne zaklęcie, żadne gusła. Zresztą, czy ktokolwiek by tego chciał?

Dzielę swoje serce. Czuję się tłem, gdy matka się zmęczyła, zmęczyła tego wieczoru, bez powodu, gdy są przy niej ci, których kocha. Zmęczyła się nieprzerwaną, nieurywaną pieśnią odmowy i prób.
Może zmęczyła się po ciężkim nowiu, kiedy to cudze pieśni liczyły się bardziej, znów liczyły się bardziej, te biegnące z oddali?

Moje serce wali. Moje ciało krwawi, może to właśnie zew.
Zapach krwi, zapach własnej krwi każe się bronić przed sobą samą. Każe wyć. Każe słuchać dawnej klątwy.

Mój umysł zmienił się
Moje ciało klatką- ale Boże, uwielbiam to!
Moje serce płonie,
Moje ciało naprężone, ale Boże, uwielbiam to!”

Moje ciało chce biec, ale serce nie pozwala. Moje serce musi się pozbyć zbędnego balastu. Nie tych, których kocha. Moje serce musi po prostu znów nauczyć się, że nie ono wszystko naprawia. Moje serce musi znaleźć też czas dla samego siebie.
Mój umysł musi się uspokoić. Nie myśleć tyle. Musi być sam dla siebie, słuchać swojego skowytu.
Moje serce nie może się tyle zamartwiać. Musi skupić się na swoim rytmie, jednego wieczoru, dwóch, trzech.
Ja, realna tu i teraz, muszę być choć jeden wieczór sama dla siebie. Wsłuchana w swoją klątwę, w swoją krew. Inaczej cała wypłynie znów z żył.

Tak było już w sierpniu.
W końcu musiałam wtedy wylać myśli. Wylałam je i teraz. Tutaj. Tego wieczoru, gdy pomimo radości i pomimo może oczekiwania we wzroku, musiałam wylać słowa, skrystalizować je. Usiąść obok i pisać, pisać. Pisać, aż serce załopotało. Pisać, aż oddech stał się głęboki bez uczucia duszenia.

Wilk we mnie nie chce się dusić. Chce się uwolnić podczas tej pełni, która zaczyna się jutro. Chce krwawić tylko z własnego powodu. Chce ułożyć myśli, chcę pokonać zmęczenie, bo zaczynam łapać się na myślach, które są jak brzytwa, której chciałby chwycić się tonący.
Przychodzi więc pełnia, a ja chcę obudzić wilka. Chcę jutro pokonać siebie i poczuć mróz szczypiący twarz, mimo walącego serca iść i iść, nie dając za wygraną. Wśród innych, ale sama ze sobą. Chcę nad ranem medytować, wiedząc, że i księżyc wchodzi w pełnię wilka i chcę w duszy wyć razem z nim. Chcę mieć znów energię, siłę. Chcę mieć dzikość.
Nie chcę być tłem.
Chcę znów czuć, że dzielę swoje serce i swój czas, bo mam na to siłę, bo tego chcę. Chcę pozbyć się wyrzutów sumienia tam, gdzie nie powinnam ich mieć.
Chcę przestać w duchu, patrząc w oczy stale mówić przepraszam, choć nie potrafię tego powiedzieć na głos.

Przychodzi wilcza pełnia.
Nie wiem co ze mną, nie wiem co po niej. Wiem czego chcę. I choć nie wszystko zależy ode mnie, tyle zależy od jednych i drugich ciemnych oczu, wiem, że będzie dobrze. Idzie pełnia i może coś we mnie umarło, kiedy księżyc w styczniu znikał, może już coś we mnie nie żyje, ale to nie znaczy, że reszta nie przeżyje.
Wiecie, wilki mają wielką wolę przetrwania. A ja mam klątwę tej właśnie siły.
Być może coś już we mnie umarło i jestem potwornie zmęczona. Być może noszę w sobie żałoby, które czekają na swój czas, czekają, żeby je pokazać. Może oświetli je to światło, światło zawarte w wilczym skowycie. Może będę musiał poczekać na kolejne.
Coś we mnie umarło, moje ciało znów poczuło ból, poczuło, jak to jest odchodzić gdy nie można złapać powietrza. Ale to nic. To nic, bo reszta przetrwała a coś umiera, by coś innego mogło się narodzić. I wiem, wierzę, trzymam się tej wiary kurczowo jak wiedzy, że narodzi się miłość. W dalszym ciągu miłość a nie nienawiść. Na tą nie ma miejsca w moim sercu. Nawet wtedy gdy pokazuję kły jako wilk.

Nadchodzi wilcza pełnia. Sama być może stanę się wilkiem, gdy straciłam swój spokój w samym środku zimy. Gdy obudziłam się ze skowytem. Gdy odkryłam rany, które zadałam sobie i swoimi zębami.
Po przebudzeniu, w tym zmęczeniu znów coś się zmieni.
Staję się wilkiem. Może dostrzegą to w moich oczach. Może zrozumieją- lecz to nie ma znaczenia.
Teraz najważniejsze jest, żebym zrozumiała ja sama i w zrozumieniu siebie dalej mogła kochać innych. Stała się realna.
I kto wie, może moje podzielone serce stanie się jednym tej jednej nocy. Dla mnie samej.

Światło księżyca pokaże, światło księżyca przemówi wraz z pocałunkiem pełnym dzikości.



Mam klątwę, której nie możemy złamać
Prześwituje kiedy słońce się zmienia
Istnieje lekarstwo, przychodzi z pocałunkiem
Ugryzienie wiąże się z daniem daru
I teraz, kiedy odeszliśmy na dobre
Wijąc się pod twoim kapturem
Powiedz swojej babci i mamie
Że to prawda

Wyjemy na zawsze. 

czwartek, 21 stycznia 2016

O tym, że nie ma dobrych ani złych ludzi, a i ja nie należę do żadnego z nich.

Styczeń to ciężki miesiąc
Wszystkie oczekiwania roztapiają się wraz z grudniowymi lodami. Wyzwania, których się nie spodziewaliśmy przychodzą jak nagłe zrywy opadów śniegu. Wszystko jakby na opak.
Za dużo wierzyliśmy w daty graniczne i teraz trochę za to obrywamy.
Za mało chcieliśmy w nie wierzyć i wtedy nasze dusze i umysły wszystko podsumowują, przypomina się tak wiele z przeszłości, pojawiają się łzy i przychodzi ponowny ból wśród mrozu, który wcale nie chłodzi rozpalonego czoła.
Styczeń to długi miesiąc, który po grudniowym rozleniwieniu każe nam się rozpędzić do granic możliwości. To rozkapryszone dziecko, początek roku, który wymaga najwięcej. Przynajmniej ja mam takie wrażenie.
Boli serce, skóra i ogólnie słaniamy się na nogach.
Ciało znów odmawia posłuszeństwa? Czy to przez chaos w głowie, czy chaos rodzi się przez słabe ciało? Znowu ta wieża ze skóry, kości ścięgien i tłuszczu się sypie. Ale to nic.
Styczeń męczy i szarpie, ale to nic, uśmiech nie schodzi z twarzy. Mimo, że obala naszą wiarę w ciepło swoimi mrozami od samego początku, mimo że nowe wyzwania sprawiło, że tak wielu upada na kolana, tak wielu drży w kącie ze strachu. To nic.
T miesiąc początków i końców, dla mnie miesiąc pożegnań tam, gdzie być może, powinnam właśnie tylko witać. Miesiąc pustek, chaosu w głowie z powodu paru nawracających spraw, o których nie umiem za bardzo rozmawiać, ale które w zimnie jakoś samoistnie się wyciszają. Pewnie by wrócić ze zdwojoną siłą, ale to nic.
To ciężki miesiąc.
Styczeń sprawdza tym razem nasze granice. Wraz ze swoim błękitnym poniedziałkiem, który dopadł tak wielu. Wraz z szarymi porankami i oblodzonymi drogami, na których trzeba uważać, jeśli nie chce się skręcić karku. Styczeń sprawdza naszą cierpliwość.

Być może, styczeń sprawdza, czy jesteśmy silnymi ludźmi. Może styczeń sprawdza, na ile nas stać, gdy poczujemy się jak ryby bez wody. Chce sprawić, by inni dostrzegli w nas to, co widać nieraz tylko jako przebłysk w samotnej nocy w naszych zamkniętych szczelne oczach. Styczeń sprawdza, kim jesteśmy, gdy wicher zdziera nam maski i zaczynamy plątać się w zeznaniach.
Styczeń sprawdza, co nosimy w sobie. Jakie pragnienia ściągnięcia innych w dół, by siebie wyzwolić, jakie instynkty, słabości, nocne histerie i lęki.
Może styczeń sprawdza, czy jesteśmy dobrymi ludźmi?

Ale co to znaczy w ogóle, dobry człowiek?

Siedzimy nocą w pracy. Siedzimy w miejscu, w którym tak brakuje mi tego jednego, który zaczął żyć gdzie indziej. Siedzimy w ciepłym pokoju, zajadając się popcornem, a obok, w tamtym pokoju nie zionie już pustka, już kogoś przenieśli. Stale mi się myli . Nie mogę przywyknąć, rzadziej tamtędy przechodzę.
To nic, mamy zajęcie, dobrze, że tym razem na nocnym dyżurze jestem z nim, z człowiekiem, który rozbawia mnie do łez i który nie może usiedzieć w miejscu. Często, gdy idę do pracy liczę, że i jego zobaczę. Uwielbiam jego obrazoburce żarty. Uwielbiam tą energię i jednoczesny spokój w jego oczach, choć na początku tak go nie doceniałam, choć tak pomyliłam się co do niego.
Rozmawiamy o wszystkim i o niczym, tak wiele się śmiejemy. O niektórych sprawach z jego ciężkiej przeszłości. Niektórych jej kart mogę się tylko domyślać. Rozmawiamy o samobójstwach i mam wrażenie, że on wie o tym więcej, niż inni, ale nie dopytuję, jeszcze nie czas, jeszcze przyjdą noce. Mówimy jak to jest obudzić się w Gdańsku, gdy się zaśpi w pociągu.
W pewnym momencie mówi mi o tym, że jestem naiwna.
Może powinnam przyznać mu rację. Może faktycznie w tym świecie mało kto robi coś bezinteresownie.
-Ale ja wierzę że można...
-To, że takie osoby jak ty i Beata jesteście dobre, nie znaczy, że wszyscy są, spójrz na innych, któzy tu pracują..
-Wcale nie jestem dobra, tylko...
Jak zwykle przerywa mi żartem, bagatelizując całą sprawę. Wstaje i robi kolejny popcorn, skacze po kanałach w telewizji którą mamy w pokoju socjalnym. Czytam opowiadania, trochę ciszy, chwila przerwy.
-Wiesz, ty sam jesteś dobrym człowiekiem, tylko nie chcesz się przyznać.- podnoszę nagle głowę znad książki i mówię cicho.
-I kto to mówi?
Więcej tej nocy nie rozmawiamy na ten temat.
Kim jest dobry człowiek?

Wracam z pracy w środowy wieczór. Nie wiem czemu, wcześniej myślałam, że to piątek. Czuję się podle. Cały dzień się czułam, już poprzedniego dnia, we wtorkowy wieczór, gdy serce zachowywało się, jakby chciało stanąć, a potem nagle wyskoczyć z piersi. Gdy coś kuło niemiłosiernie w piersi, traciłam oddech, krew leciała z nosa z pękniętego naczynia. To nic, w nocy się powtarza, nie daje spać, ale to nic. W środę idę do pracy, cieszę się, że jest więcej ludzi na dyżurze, to jakiś cud opatrzności, myślę cicho, cud, gdy moje ciało odmawia posłuszeństwa.
W pracy jest dobrze, tylko kilka razy boli mnie głowa, kilka razy podcieka krew z nosa. Tak jak zawsze, tak jak już bywało.
Wychodzę do domu chwilę przed 19, jestem w dobrym nastroju. Tylko po chwili robi mi się niedobrze, mdli mnie, chce mi się wymiotować. To nic, zdarza się, przecież mam mieć niedługo okres. Ale po chwili krew bucha z nosa, pęka kolejne naczynie. Szybko przykładam chusteczkę, żeby nie pobrudzić rzeczy. Po chwili robi mi się coraz gorzej. Chyba moje serce jednak musi być przebadane, chyba jednak moje ciało nie może udawać, że wszystko w porządku. Już myślałam, że udało mi się oszukać losu...ale potem przypominam sobie tych dwóch, którzy też chcieli go oszukać. I teraz już nie żyją. Może za karę?
Idę jednak przed siebie.
Zakrwawiona twarz, nos skryty w okrwawionej chusteczce, nogi mi się plączą. Na jednej z ulic grupa ludzi, patrzą na mnie dziwacznie. Nikt nie zapyta, czy dobrze się czuję, nikt nie chwyci za ramię, gdy prawie podtrzymuję się budynku. Muszę ich tylko roztrącić i bełkotać przepraszam, gdy próbuję przejść przez to stado, bo nikt nie zrobi mi nawet miejsca, żebym mogła przejść, zajęci swoimi sprawami, pewnie właśnie dopiero co wyszli z kawiarni. Nie mam siły z nimi walczyć. W głowie tylko rzucam przekleństwa. W głowie myślę o dobrych ludziach. Moja wiara się chwieje, gdy sama potrzebuję pomocy.
Po chwili robi mi się lepiej, po chwili Redcar wychodzi mi naprzeciwko bo była w domu i nie muszę sama się wspinać po schodach naszej kamienicy. I już jestem w naszym mieszkaniu. I już czuję się bezpieczniej, krew nie leci, tylko serce uparcie wali.

Dzisiaj rezygnuję z wyjścia z domu. Dzisiaj myślę, kim byli ci ludzie.
Czy uważali się za dobrych? Czy ich tak postrzegano?
Czy ja zapytałabym zakrwawioną dziewczynę z plączącymi się nogami, czy jej pomóc?
Co znaczy być dobrym człowiekiem?

Co znaczy dla ciebie być dobrym człowiekiem?
Nie marnować jedzenia, zawsze zjadać całe porcje?
Nie jeść mięsa, nie mieć krwi na rękach?
Szanować drugiego człowieka?
Okazywać zawsze miłość i cierpliwość?
Nie zabijać, nie gwałcić, nie kraść?
Stawiać zawsze drugiego na pierwszym miejscu, nawet, jeśli szkodzi to tobie?
Nie ranić z premedytacją?
Mówić dzień dobry, przepraszam i dziękuję?
Nigdy nie podnosić głosu, zawsze się uśmiechać?
Nie przeklinać, nie wzywać imienia bogów na daremno, być pokornym wobec losu?
Karmić bezpańskie psy i nigdy w nikogo nie rzucać kamieniem?
Nigdy nie tracić cierpliwości?
Być wręcz świętym?

Co znaczy być dobrym człowiekiem?
Czy jestem dobrym człowiekiem gdy podnoszę głos na swojego Męża, gdy krzyczę w złości?
Czy jestem dobrym człowiekiem, gdy tracę w pracy cierpliwość i mam momenty, gdy wobec chorego i starego człowieka staję się opryskliwa? Gdy nawet im powiem „zaraz”, gdy czasem zapomnę o złożonych obietnicach?
Czy moje serce jet dobre, jeśli w ogóle o nich zapominam, nie zawsze ich dotrzymuję, nawet sobie?
Czy jestem dobrym człowiekiem, gdy nie mogę się powstrzymać i szydzę z innych, przestając w nich widzieć po prostu najpierw człowieka, gdy w głowie złorzeczę, przeklinam i miewam ich dosyć?
Czy jestem dobrym człowiekiem, skoro nieraz przestaję być wrażliwa na cudzy ból, stawiam swój na pierwszym miejscu, nie umiem wysłuchać cudzego nocnego płaczu?
Czy jestem dobrym człowiekiem, jeśli nie szanuję nieraz cudzego zdania, wchodzę ze swoimi racjami na cudze podwórko?
Czy jestem dobrym człowiekiem, skoro nieraz gram w grę „ja mam gorzej”, jestem hipokrytką w tak wielu sprawach, karmi mnie cudzy ból?
Czy jestem dobrym człowiekiem, skoro potrafię zabić zwierzę i twierdzę, że potrafiłabym zabić człowieka?
Czy jestem dobrym człowiekiem, skoro głupim żartem potrafię zranić, mam dni, w których chcę ranić z premedytacją?
Czy jestem dobrym człowiekiem, skoro tak często nie doceniam tego co mam, skoro tak często marudzę, złorzeczę, przeklinam i nie widzę tego, co daje mi świat z takim rozmachem?
Czy jestem dobrym człowiekiem, skoro tak często zamykam oczy na piękno?
Czy jestem dobrym człowiekiem, skoro na tak wiele rzeczy pozostaję ślepa?
Czy noszę w sobie dobro, skoro tak wiele we mnie zła, skoro tyle serc złamałam, tyle ran zadałam?

Ale noszę być może w sobie i okruchy dobra. Więc czy jestem złym człowiekiem?
Czy jestem złym człowiekiem, skoro częściej niż niecierpliwość mam dla innych czułość, gdy przykładam moje ciepłe ręce do chłodnego czoła nocami, gdy cierpienie jest największe?
Czy jestem złym człowiekiem, skoro mam w sobie tyle miłości, którą chcę rozdawać, którą chcę się dzielić?
Czy jestem złym człowiekiem, gdy po prostu chcę się opiekować drugim, jednocześnie dając mu wolność? Czy o tkwiącym we mnie źle może świadczyć to, że martwię się nieraz bardziej o cudze życie niż o swoje, nawet chowając swoje uczucia?
Czy jestem złym człowiekiem, skoro potrafię właśnie chować swój ból i swoje słabości, żeby tylko móc być dla kogoś wsparciem?
Czy jestem złym człowiekiem, gdy potrafię wysłuchać, dzielić się ciepłem które noszę, cudze problemy wziąć za swoje?
Czy jestem złym człowiekiem, gdy dzielę się posiłkiem z każdym kto tego potrzebuje, gdy rozmawiam z samotnymi i bezdomnymi, gdy słucham opowieści tych, którym wysłuchania brakuje?
Czy jestem złym człowiekiem, skoro mówią o moim śmiechu że zaraźliwy, skoro chcę się dzielić tym, że widzę piękno świata i wszystkie dobre rzeczy nawet w złych?
Czy jestem złym człowiekiem, jeśli częściej niż złorzeczę chcę sprawiać afirmacją nawet, żeby wszyscy byli szczęśliwi? Żeby każdy odkrył swój okruch spokoju?
Czy jestem złym człowiekiem, gdy widzę za dużo bólu i cierpienia i chcę coś z tym zrobić?
Czy jestem złym człowiekiem, gdy modlę się do swoich bogów, gdy jestem pokorna wobec losu?
Czy jestem złym człowiekiem, gdy staram się tłumaczyć większość zachowań, nawet te, które mnie ranią?
Czy jestem złym człowiekiem, gdy wybaczam, mimo że nie potrafię zapomnieć?
Czy jestem złym człowiekiem, skoro chcę widzieć w innych cały potencjał, piękno...skoro chcę w innych widzieć zawsze przede wszystkim dobro?

Czy potrafisz mi powiedzieć, mój czytelniku- jestem dobrym czy złym człowiekiem?
Czy potrafisz powiedzieć to o sobie? Ocenić?
Czy umiesz powiedzieć to o swoich bliskich, o obcych? Czy oceniasz?
Czy ojciec alkoholik, który bije swoje dzieci, a potem żałuje, jest złym człowiekiem, czy popełnił tylko błąd?
Czy ten, który poderżnął gardło swojej dziewczynie w napadzie szału a potem przez lata pomagał chorym dzieciom gdy zrozumiał swoje błędy, jest złym czy dobrym człowiekiem?
Czy lekarz, który ratuje setki istnień skrzyczy swoje dziecko w zmęczeniu, doprowadzając je do łez, jest dobry, zły? Jak go widzisz?

Może znów pokazuje się jedna prawda. Nie ma złych i dobrych ludzi.
Są ich czyny. Może i o nich nie możemy powiedzieć, czy są dobre, czy złe. Może zabijając jedno istnienie ratujemy setki innych? Może krzywdząc kogoś sprawiamy, że stanie się silniejszy. Może nie ma dobra i zła w ogóle.
Ale mimo to człowiek naiwnie za nimi podąża. Może nie każdy. Może to ja faktycznie jestem naiwna. Ale...swoją naiwność lubię. Być może, nie mogłabym być inna.
Nawet bym nie chciała.

Ale nie ma na pewno dobrych i złych ludzi. Może i czynów nie można ocenić jednoznacznie, kwestia z której perspektywy widzimy, z którego miejsca piszemy tą opowieść. Ale myślę, że na nie łatwiej spojrzeć obiektywnie.
Bo największy zbrodniarz może sprawić, że czyjeś serce się raduje.
I każdy święty kogoś zranił.
Dobro i zło, coś co nie istnieje, a do czego się przywiązujemy. Coś, czym chcemy się określać. Ale nigdy, przenigdy jednoznacznie nie możemy.

Możesz mówić, że jesteś suką, ale wzruszasz się przez cudzy ból.
Możesz mówić, że masz dobre serce, a nigdy nie potrafisz wysłuchać do końca i twoje problemy wysuwają się na cudzy plan.
Możesz dla niektórych być niemiłym skurwielem, a dla mnie być najcudowniejszym mężczyzną na ziemi.
Może złamałeś cudze serce, a ja złamałam twoje. Każdy uczynił coś złego, choć nie chciał.
Tak, takich ludzi znam. Ani dobrych, ani złych. Są po prostu ludźmi.
Są ludźmi, którzy popełniają błędy. Nie ma człowieka, który przez nie nie musi przebrnąć, bo na nich najwięcej się uczymy. Nasze błędy ranią, nasze błędy przesłaniają nam cudzy świat. A i tak, cokolwiek by się nie zrobiło, zawsze jest ktoś niezadowolony. Ktoś, kto oskarży cię o zło. Widzę to nawet w swojej pracy.
Każdy chce być dobry. Każdy chce, żeby widziano w nim dobro, chociaż i zło tak przecież pociąga. Dwa, które nie istnieją, ale rządzą naszym życiem.

Czy jestem dobrym człowiekiem, czy jestem złym?
To w ogóle źle postawione pytanie.
Zabiegani we własnych sprawach, chorzy, skupieni na własnym życiu nie zawsze dostrzegamy cudze. Nie można nikogo o to obwiniać. Gdy bezdomny umiera na ulicy, zamarza, bo nie zwróciłeś mu uwagi, żeby poszedł do noclegowni, czy można cię za to obwiniać? Nie, to nie twoje życie. To nie twoja wina. To wina mrozu, bezdomności, całej długiej historii, która prowadziła do tego momentu. Tego, że w niej uczestniczyłeś.
Jeśli nie pomogłeś w tamtej historii krwawiącej na ulicy dziewczynie, nie mam ci tego za złe. Uczestniczyłeś w tej historii w ten, a nie inny sposób. Nic się nie stało. Ja nie oceniam. Dobra, zła. 

Ale może to właśnie klucz do pewnego zrozumienia. Uczestniczymy w cudzych historiach. W cudzych opowieściach. I może nie rzecz w tym, czy chcemy czynić dobro czy zło, które tylko jakoś sobie wyobrażamy. Może to kwestia tego, czy cudze opowieści są dla nas ważne. Czy bywają ważniejsze niż nasze własne.
Może to kwestia, czy drugi człowiek jest dla nas ważny.
Nie wiem czy mi uwierzycie-ale dla mnie często jest. Znowu nie mogę powiedzieć zawsze. Bo zawsze nie istnieje jak dobro i zło.

Może znowu jednak, to kwestia tego, czy umiemy słuchać świata.
Tego, czy chcemy w nim uczestniczyć z całej duszy choć momentami i sprawiać, że staje się łatwiejszy dla nas wszystkich. Może jakoś lepszy. Cieplejszy. Czulszy. 
Bo mimo wszystko, mimo moich złych dni, marudzenia, głupich acz bolesnych żartów ja chcę. Chcę, żeby każdy z nas choć od czasu do czasu znajdował spokój. Żeby śmiał się w głos.
Czy to czyni mnie dobrym człowiekiem?
Och, niczego się nie nauczyliśmy, prawda?. Nie jestem ani dobra, ani zła.
Nie jestem świętą, która zbawia, nie jestem zbrodniarzem, choć popełniam małe codzienne zbrodnie.

Jestem człowiekiem. Takim, który potrafi kochać. I to mi wystarczy.




I już Niemen dziwił się światu, jak wiele jest w nim zła i jak wiele dobrej woli. Może, zawsze tak musi być jakaś równowaga? I wcale, ani wcale nie ma w tym nic dziwnego? A może dziwny naprawdę jest ten świat- ale i przez to piękny. 

poniedziałek, 11 stycznia 2016

O kolejnym pożegnaniu, czyli baśń o Księciu który musi podążyć swoją drogą i o Księżniczce, która nadal ma nadzieję i wierzy w wszystkie inne baśnie rodzące się pod sercem.

-Więc za parę dni go zabierają...wcześniej, niż sądziłam.
-Wiesz, załatwili, w końcu to dla lekarza też ciekawostka...podzwonili przed świętami i go zabierają. Będzie jeden mniej do robienia.
-No tak. Prawda. Będzie mu tam lepiej. Wyleczą go do końca.
Powiedziałam na głos.
Będę za nim tęsknić- pomyślałam. Ścisnęło mi się serce. Oczy trochę zaszkliły. Myślałam, że mamy jeszcze trochę czasu. Może jeszcze jedną noc na czytanie książek.
Nie mogę na to tak patrzeć. Nie mogę przecież myśleć o tym, że to ja będę tęsknić. Stał się cudem. Cudów nie ma się na własność.

Także drugiego człowieka nie ma się nigdy na własność o czym już w tym roku pisałam. Witamy się i żegnamy, naturalna kolej życia. Czasem jesteśmy dla siebie wspaniałą lekcją. Czasem sprawiamy sobie cholerny ból i wielką radość. Czasem przez kogoś stajemy się naczyniem na wzruszenia, choć wcale nie powinniśmy.
Kolejne pożegnanie z początkiem roku. Dziwny ten początek.

Wróciłam po swojej długiej przerwie do pracy, po 8 dniach spokoju, siedzenia w domu, spotykania się z przyjaciółmi. Praca po 12 godzin ma swoje plusy, tak naprawdę często ma się takie mini-urlopy. Taki i mi się trafił.
Nie było mnie 8 dni. Gdy przyszłam na swój pierwszy krótki dyżur w piątek dowiedziałam się od razu, że zabierają go z naszego domu. Mojego Księcia, tego który jako jedyny może nazywać mnie Księżniczką. Tego, który w grudniową noc bez księżyca wreszcie przemówił po tylu latach, gdy dałam mu gorącą herbatę do picia.
Zabierają go i już tu nie wróci.

Oby nie wrócił- gorąca prośba, zaklęcie, które obudziło się tak samo szybko w mojej duszy jak tęsknota. Wolę tęsknić, ale niech będzie daleko, niech zdrowieje. Niech jedzie do tego słynnego ośrodka pewnego profesora, do innego miasta. Niech go leczą, rehabilitują, niech sprawią, że jeszcze pójdzie na piwo. Niech sprawią, że sam przeczyta książkę. Sam się ubierze. Zje obiad.

Niech żyje z dala ode mnie. Ale niech żyje szczęśliwie. Zdrowy, na tyle, na ile może.

Przez dwa dni pracy nie miałam czasu, żeby z nim pobyć. Ciężkie dwa dni, bo brakuje nam ludzi do pracy. Dwie dziewczyny, które miały przyjść na stanowiska opiekunek zrezygnowały, bo „jest za ciężko”. Nikt nie chce u nas pracować, nikt nie chce żyć z 60 ludźmi, którym trzeba oddawać serce.
Różne wypadki i wpadki od piątku. Atak schizofrenii u jednej pani, która dała nam w kość, a mi dała w szczękę. Afera z umierającym Marynarzem. Nawet cholerna kolęda, która może i podoba się mieszkańcom, ale nam dodaje roboty. O kilka osób za mało na dyżurze. Bieganina, zamieszanie, pracowanie za dwie osoby tak naprawdę. Taka praca, której wszyscy się boją.
2 dni pracy były wykańczające. Ale były i wspaniałe rzeczy. Radość jednej z Nastolatek ( tak mówię na pewne panie, które lubą sobie popić) że wreszcie wróciłam. Łzy pani Zosi, gdy mnie zobaczyła, bo myślała, że ją zostawiłam i więcej mnie nie zobaczy.
I uśmiech Księcia. Jego szeroki uśmiech, gdy po tylu dniach wróciłam i powiedziałam „cześć, Stary”. Nikt nigdy chyba aż tak szczerze nie śmiał się na mój widok. Nikomu aż tak bardzo nie świeciły oczy.
To bezcenne uczucie, widzieć coś takiego. To bezcenne uczucie, które koi smutki, sprawia, że człowiek staje się właśnie tym naczyniem na wzruszenia. Sprawia, że żaden trud pracy nie jest straszny.
Być może, dla takich chwil, takich uśmiechów się żyje. Być może, one mają największą wartość w naszym życiu.

W końcu też przyznałam się przed sobą, w mojej głowie nie było za dobrze od początku roku. Przyznałam się przez powrót do pracy, odcięcie na parę godzin od domu, przyznałam się przez cudze słowa które jakoś znowu zabolały, jakoś uwierały, nie wiedząc dlaczego. Mam wrażenie, że cudzy ból wyrywa na zewnątrz nas własny, zwłaszcza ten, który tak bardzo chcemy skryć na dnie serca.
P paru kolejnych zdarzeniach, po przypominaniu że „powinnam być zła” naprawdę rozdrapywałam rany, po paru rzeczach, które mi się przypomniały panował istny chaos. Istny burdel.
Nowy rok z wspomnieniem, gdy człowiek pijany. Ich obojętność, bo przecież zawsze jestem zła, gdy popiję. Jestem zła, bo zaczyna mnie boleć to, co na co dzień staram się chować głęboko, to czego staram się nie wywlekać. Ich śmiech i moje łzy pod prysznicem, tak, żeby nikt nie widział, że płaczę. Bo jestem pijana. Bo wyolbrzymiam. Bo to nie ma znaczenia. Bo płacę za swoje błędy.
Pożegnanie i kolejne wyrzuty sumienia. Złość na siebie, bo to nie ja powinnam je mieć. Strach przed tym, że nie umiem rozmawiać. Strach przed tym, że może on ma rację. Może się znienawidzimy. Za dużo tego. I w tych wolnych dniach brakowało mi pracy. Brakowało mi Księcia.

Nic dziwnego, że gdy wracałam w piątek i drugi raz przewróciłam się na oblodzonym chodniku po prostu usiadłam i zaczęłam płakać. Po tym, jak opowiadałam Księciu, co u mnie się działo w tych dniach. Po tym jak mówiłam „nie chcę nienawidzić, ale boję się, że mam w sobie jednak to ziarno”. Po tym, jak w końcu powiedziałam, a on słuchał. W zmęczeniu, w spojrzeniu jego oczu tego dnia, jakby to on się o mnie martwił, coś się stało. Zaczęłam topnieć, topnieć jak ten lód na chodnikach. Potrzebowałam tych oczu, tej jego ciszy i tylu znaczeń zarazem. To nie on mnie potrzebuje, a ja jego. Gdy wracałam więc i poczułam ból fizyczny upadku zanim doszłam do domu, coś wreszcie pękło, pękło znów boleśnie.
Łzy na mrozie. Zasmarkany nos. W końcu, po powrocie, wspinaniu się na te nasze trzecie piętro, w tym zmęczeniu, rozmowa. Świadomość, że czeka jeszcze jedna, Ubranie się w grubą zbroję przyzwyczajeń i uśmiechów.
I łapanie oddechu. Nie nigdzie indziej, jak w trudzie pracy. Nigdzie indziej, jak i przy nim.

Cieszyłam się więc, że wróciłam. Bo to ukoiło chaos w głowie, choć przez chwilę, zanim nabiorę sił, żeby zastanowić się, co dalej, bez udawania już.
Cieszyłam się, że wróciłam, bo mogłam wreszcie zobaczyć Księcia. Zobaczyć go, zanim i jego stracę.
Nie miałam jednak dla niego czasu. Nie miałam chwili, żeby posiedzieć z nim te parę minut dłużej i popatrzeć w te niesamowite oczy. Żeby posłuchać jak nuci do radia, które mu załatwiłam, prosząc pana Tadzia, żeby je naprawił.
Nie miałam czasu, ale wiedziałam, że nadchodzi mój nocny dyżur. Zapewne taki ostatni. Dyżur, kiedy będę mu czytać po raz ostatni. Kiedy to przyjdzie się pożegnać.

Znamy się tak krótko. Znamy, może to za wielkie słowo.
A poczułam, jakbym traciła przyjaciela, przyjaciela, który nie napisze mi na razie wiadomości, jak miewa się w nowym mieście.
Znamy się w dziwny sposób, ja znam najintymniej jego ciało, jego choroby, jego ból. On zna moje najgłębiej skrywane myśli. Dziwna relacja, o której nie można powiedzieć, że jest normalna. Któż to zrozumie? Któż zrozumie nocne czytanie książek, bycie Szeherezadą, jego spojrzenia i tyle, tyle w nich czułości, gdy już się obudził? Kto zrozumie mycie ciała i szanowanie jego fizjologii, bez wstydu, bez odczłowieczania, tak, że to nie tworzy barier, a jeszcze dodatkowo buduje więzi? Kto zrozumie gładzenie po ręce, gdy słów brakuje nie tylko jemu? No kto? Komu o tym opowiedzieć? Kto przyjmie tą historię?
Dziwna relacja, która stała się tak bliska, tak intymna. A teraz się kończy. Teraz się żegnamy.

Przed nocnym dyżurem nie czułam się najlepiej. Poszliśmy późno spać, po paru piwach. Parę rozmów, które być może były całkiem bez sensu. Chciałoby się powiedzieć co innego, ale nie można, ale boli, ale to tylko ja jestem pijana. I znów ktoś się zatnie, a ja zostanę z tym sama. Parę rozmów o niczym i o wszystkim a potem ciężkie sny.
W niedzielę obudziłam się z ciężką głową. Wcale nie chciałam iść nad jezioro przed pracą. 15 kilometrów w ramach treningu w góry przed nocną zmianą w pracy bywa zabójcze.
Piękny spacer na mrozie, piękna sceneria. Parę momentów ciężkich myśli. Parę myśli i o tym, że będę się dzisiaj żegnać. Ostatnia taka noc.

Ciężko wychodziło mi się z domu, ciężko przez moje paranoje. Znowu coś mnie omija, znowu zostają beze mnie. A ja biegnę do swojego świata, do ciężkiej pracy, którą kocham. Biegnę do swojego Księcia, tego, który powoli opuszcza swoją warowną wieżę.

Spakowałam w domu książki. Jedną, którą chciałam mu poczytać, bo chciałam, żeby poznał jednego z moich ukochanych pisarzy. Drugą...dla niego. Tylko dla niego, z napisanym dla niego listem. Może ktoś mu to przeczyta. Może otworzy go sam, gdy będzie mógł sam sięgać po swoje rzeczy?

Przyszłam do pracy. Zamieszanie, znów tyle wypadków. Kolejny człowiek w szpitalu. Epidemia grypy żołądkowej. Kolejna osoba na zwolnieniu lekarskim, przez co pewnie przestawią mi grafik.
Nie ma co narzekać. Zabrałyśmy się do pracy z moją ulubioną pielęgniarką, przewinęłyśmy cały oddział. To nic, że w połowie przez moją własną głupotę i upartość wysiadło mi biodro i kulałam, aż mój ulubiony Kawaler z demencją pytał się, czy nie wziąć mnie na rączki i nie ponosić, bo dla niego to też by była przyjemność.

Noc bez księżyca. Kolejny nów. Czas, którego nie znoszę, czas, w którym wolę spać jak niedźwiedzica w gawrze. Czas, w którym nadmiary emocji wypalają na mnie swoje piętno.
Niebo było puste, bez światła. Jedyne światło, na które można liczyć w takie noce, to światło nocnej lampki która oświetla strony książek i światło płynące z cudzych oczu.
Światło i uspokajający szum deszczu.

Moja ulubiona pielęgniarka i pani pokojowa poszły wcześnie spać, zmęczone, szykujące się na kolejną nockę. Gdy tylko obie zamknęły oczy, wymknęłam się z pokoju socjalnego i poszłam do jego pokoju.
Nie spał. Nigdy nie śpi, gdy wie, że to ja nocą stoję na straży cudzego spokoju w snach.
Gorąco w pokoju jak zawsze, bez pytania uchyliłam okno.
-Mam też włączyć radio?- nie odpowiedział, ale i nie protestował. Cicho brzęczało w tle.
-Pewnie nie zdążymy przeczytać całej książki, ale chciałam, żebyś go poznał- zaczęłam mówić zanim otworzyłam grubą na 700 stron lekturę. - Uwielbiam sposób w jaki pisze, w jaki dobiera słowa, a ponoć to jego najlepsza książka. Nie chciałam jej zaczynać bez ciebie.
Książę uśmiechnął się w półmroku.
-Ale najpierw, zanim zaczniemy czytać, chciałam ci coś zostawić. Więcej nie będzie Pamuka i McCarthy'ego. Ani baśni, na pewno nie ja je będę czytać. Ale może zrobi to ktoś inny.
Pokazałam mu inną książkę. Tą, która jest dla niego.
-Postarałam się, żeby ktoś ci poczytał, widzisz?- odchyliłam okładkę. Nie wiem, czy potrafi czytać, czy dopiero sobie przypomina, ale miałam wrażenie, że śledzi oczami, powoli, powoli, ale jednak to, co napisałam na stronie tytułowej.
Czytanie bajek jest dobre, czytanie pomaga. Niech ktoś mi poczyta”.
Starczy, bez podpisów. Ani jego imieniem, ani moim.
Uśmiechnął się. Może przeczytał, może nie. Wstałam z krzesła które stało obok jego łóżka i wsunęłam książkę między spakowane już rzeczy, między te, których nikt nie ruszy. Między albumy, między stare zdjęcia, ubrania. Te, które zabiorą pojutrze do innego miasta.
Wsunęłam tam książkę, w której imię Szeherezady przewija się aż za często, a w książkę wsunęłam list. List adresowany do niego, do rąk własnych, jeśli kiedyś będzie mógł sam...
List bez dosłownych imion, list z pewną historią. List z prośbą, żeby kiedyś wypił piwo za moje zdrowie, jak i ja wypiję nieraz za jego.

Patrzył na mnie uważnie.
-Zarosłeś. Będę musiała poprosić Beatę, żeby cię ogoliła zanim pojedziesz.
Niezadowolone spojrzenie. No tak, nosił brodę.
-Nie patrz tak na mnie, sama lubię zarost, ale gotowi pomyśleć, że o ciebie nie dbaliśmy. Że o ciebie...nie dbałam ja. To jak, czytamy?
Skinienie głową.

Bezksiężycowa noc, cisza wokół. Tylko czasem jakieś kroki na korytarzu.
Za oknem zaczęło padać, szum deszczu połączył się z szumem radia w tle. Cicha muzyka, ciche krople rozbijające się o szyby. Cichy głos lektora, mój własny, a jednak jakby nie mój. Głos Szeherezady.

Głos w ciemności czytał więc:
Reszta naprawdę jest milczeniem. Zaczął padać deszcz. Lekki letni deszczyk, widzisz, jak zacina z ukosa w światłach miasta. Rzeka spoczywa w kielichu ciszy. Stąd, z mostu, świat w dole wydaje się darem prostoty. Ciekawy, tylko tyle. Niżej w grotach upadłego świata sunie po bruku z kamienia na kamień kot, przypominający plamę płynnej czerni...”

-Jak nasz kot, prawda?- przerwałam. Wstałam przejść się po oddziale.
Czytałam i przerywałam, parę razy, żeby przejść się po całym oddziale, przebrać kilka osób, sprawdzić nocne oddechy, czy w ogóle są. Dotknąć rozpalonych głów, szepnąć uspokajające słowa tym, którym śni się przerażająca przeszłość. Wstawałam i wracałam do czytania.

Moje ciało było zmęczone. A i mój duch chyba już od paru dni naprawdę nie zaznał odpoczynku.

Sama nie wiem jak, w jaki sposób, ale zasnęłam czytając mu na głos. Pewnie moje słowa coraz bardziej szemrały, aż zjednywały się z deszczem. W końcu moja ręka opadła, książka upadła na podłogę, a moja głowa oparła się o jego łóżko.
Zasnęłam. Może wreszcie uspokojona.

Nie trwało to jedna długo. Obudziłam się ścierpnięta, w dziwacznej pozycji, w pierwszym momencie nie wiedząc, co się dzieje.
Nie, nie jestem w domu. Jestem w pracy, w pokoju Księcia i...
Czułam na głowie niezdarne, jakby urywane głaskanie. Jakby jego ręka sama nie była pewna, czy chce mnie tym obudzić, czy usypia mnie, żebym odpoczęła, strasznie wykończona, żebym przez chwilę spała dalej. Niepewne palce, niepewne ruchy. Dziwne, ale przyjemne uczucie.
Kolejne wzruszenie. Nie podnosiłam przez chwilę głowy, budząc się powoli.
Dotarł do mnie szum deszczu, dotarł do mnie dźwięk radia...i nie tylko.
To on śpiewał, a raczej dopowiadał słowa.

Znałam ten kawałek.
Pamiętałam go aż za dobrze. Miałam 16 lat i śpiewał mi ją jeden z mężczyzn, który chciał mi skraść, a tylko oddał swoje serce. Śpiewał mi to pewien mężczyzna, pewnego wieczoru, po którym wyjechał i nigdy więcej się nie spotkaliśmy.
Mam wielki sentyment do tej prostej, banalnej piosenki. Zawsze mnie wzrusza. Zawsze w jakiś sposób łzy pojawiają się w oczach, same z siebie i to nie przez tamtego mężczyznę, bynajmniej. Wiele zdarzeń wtedy w życiu, wiele wiązało się z tą piosenką, która wcale nie pasowała do mojego ówczesnego ulubionego repertuaru.
Piosenka pewnych bolesnych wspomnień, piosenka nostalgiczna, której jakiś czas się wstydziłam.

I teraz, tej nocy, gdy mamy się żegnać, gdy usnęłam z głową na jego łóżku, leciała w radiu.
Może całkiem przypadkiem, może miała jakieś znaczenie.
A nie tylko ja ją znałam, bo i on, znał poszczególne słowa, które padały niepewnie. Przedtem nucił parę kawałków. Dream on, Smells like teen spirit...te, które znał pewnie z przeszłości.
Tą też mógł znać. Bo przecież w tamtym roku, niedługo potem stracił wszystko.

Hey, Delilah,
Nie martw się dystansem
Jestem właśnie tu, gdybyś poczuła się samotna
Posłuchaj tej piosenki jeszcze raz
Zamknij swoje oczy
Wsłuchaj się w mój głos, to moje przebranie
Jestem obok ciebie.

Zaszkliły mi się oczy.
To pożegnanie. Prawdziwe pożegnanie, w którym nie pada za dużo słów. Pożegnanie, które w pewien sposób muszę ukrywać w pracy, bo to nieprofesjonalne.
Intymna, dziwna relacja.
Wychudzone palce i moje włosy w nieładzie.

Podniosłam głowę, spojrzałam mu prosto w oczy.
Zaczęłam żartować, że chyba naprawdę muszę się wyspać. Głos mi drżał, ale to nic.
Spojrzałam na zegarek. Musiałam iść obudzić moja ulubioną pielęgniarkę, żeby przejść przez oddział, przebrać ponownie co po niektórych. Musiałam zacząć dzień, choć nie skończyła się noc bez księżyca.

Pozbierałam się niezgrabnie. Uśmiechnęliśmy się do siebie. Bez słów, bez żadnych deklaracji tęsknoty.
I tylko jeden impuls,być może dlatego, że jeszcze niedawno ktoś mnie pocałował w czoło na pożegnanie.
Moje spierzchnięte, zmęczone czytaniem wargi na jego chłodnym czole. Żadnych słów. Nie, może nigdy nie były potrzebne.

Kulejąc zajęłam się pracą. Wzruszenia zatrzymuję w sercu, wzruszeń nie chcę pokazywać. Przebrałam znów parę osób, dałam kilku pić. Napisałam raport. I znów, pora była, by iść do domu.
I ten ostatni raz, gdy wychodząc zaglądam do jego pokoju.
-Do widzenia , Książę.
-Do widzenia Księżniczko.
Nigdy żegnaj. Bo może kiedyś...
Może kiedyś przeczyta mój list.

Puste ulice, mimo że poniedziałek, 7 rano. Śliskie drogi, na których trzeba uważać. Udawanie, że wraca się do normalności, bo noce są z innego świata, noce mają inne prawa. Śmiech, który łatwo udawać, nie patrząc w oczy.
Szłam ulicą, kulejąc, modląc się, żebym nie złamała nogi. Szłam, a z nosa ciekło, bo chciało ciec z oczu.

Bezpieczny dom, choć ostatnio wcale się takim nie wydaje być. Źródło miłości, ale i źródło cierpienia.
Wróciłam do domu, wzięłam prysznic i poszłam spać. O dziwo, po raz pierwszy chyba po nocnym dyżurze, zasnęłam do razu, snem głębokim.

Obudziłam się z dziwnym uczuciem pod sercem.
Kolejne pożegnanie, całkiem inne od poprzedniego. Nadzieja na niemożliwe.
Bo nieraz widzę w głowie tą historię, widzę w snach, gdy po latach spotykam go na ulicy i po prostu idziemy na piwo. Gdy mogę mu powiedzieć jak wiele mu zawdzięczam, gdy on w końcu opowiada mi życie i wszystko ze swoje perspektywy. Śmiały obraz, który pewnie nigdy się nie ziści.
Ale Szeherezada nawet, nocna lektorka, musi mieć własne bajki, w które musi wierzyć. W świecie pełnym pożegnań i ona musi wierzyć w dobre zakończenia, choć ostatnio i one tak bardzo wymykały się z rąk, wymykał się spokój na nowo obudzonym uczuciem bólu serca.

Kolejne pożegnanie. I gdy pójdę do pracy nie będzie tak samo. Kolejne łóżko będzie puste.
Ale tym razem to nie śmierć odbiera nam kolejną osobę w naszym Domu. Odbiera mi przyjaciela. To życie. Szansa na nowe jego rozpoczęcie i z tego trzeba się cieszyć. Tym razem to cud.
Będzie pusto. Nieraz zajrzę do tego pokoju ze zdziwieniem, że go nie ma. Będę musiała wymyślić, co robić przez długie nocne dyżury.
Mimo to nadal będę kochać swoją pracę. Bo nadal mam dla kogo tam przychodzić. Do kochanej pani Zosi. Do swojego Kawalera i Czereśniaka, pana, który wiecznie wybiera się na pociągi wygląda jak starszy pan z 4 pancernych. Do moich Nastolatek. Do Czarodzieja.
Tyle ich. Tyle ich, którzy też mnie potrzebują. Którzy mają piękne oczy i pięknie się uśmiechają.
W życiu coś tracimy. Ale to nie znaczy, że zostaje nam całkowita pustka. Ta...ta chyba nawet nie istnieje w stanie naturalnym. To prawda.

Kolejne pożegnanie, bajka, która znalazła część swojego zakończenia, przynajmniej dla mnie.
Jeszcze niejedno pożegnanie przede mną. Cat wyjeżdżająca do pracy za granicę, pożegnanie w środę. Czy ktoś jeszcze...?
Czas pokaże. Pokaże życie, pokażą nasze uczucia i to, jak sobie z nimi radzimy.
Czasem trzeba wierzyć i w bajki, które sami sobie opowiadamy, być może staną się prawdą.
Być może, cały lód topi się w jednym nocnym deszczu.

A ja znów będę tęsknić. I tak dziwnie odczuwać, że tęsknota może być piękna. Zwłaszcza ta, która dała nadzieję na nowe życie. Dosłownie, nowe życie komuś, kogo niechcący...pokochałam.

I znów, kolejna piosenka która zmieniła znaczenie, stała się ważniejsza, niż była. I może właśnie..daje nadzieję?



Tysiące mil zdają się być szalenie daleko
Ale są samoloty, pociągi, auta
Poszedłbym do ciebie, gdybym nie miał innej drogi
Nasi przyjaciele mieliby z nas niezły ubaw,
A my po prostu śmialibyśmy się nadal

Bo wiemy, że żaden z nich nie czuł tego co my. 

czwartek, 7 stycznia 2016

O tym, dlaczego "Z archiwum X" jest najlepszym serialem jaki powstał, czyli też parę słów o tym, dlaczego nie śmieję się z paranoików i ludzi "nawiedzonych"

Frida się starzeje, zdecydowanie. 
Ale „starzeje się” nie jest tu bynajmniej wyrażeniem pejoratywnym. Po prostu, coraz częściej mi się nie chce nie chce mi się szukać doznań na siłę, w niezliczonych imprezach, w niezliczonych spotkaniach, dziwnych działaniach. Tak często nie chce mi się szaleć, wolę szaleństwo domowe, wypośrodkowane, szaleństwo a dużej ilości herbat i wtulenia się w Męża po tym, jak zrobi mi idealną carbonarę, bo przecież „robił w gastro”.
Starzeję się, co nie znaczy, że nie poddaję się i katorżniczemu treningowi zarządzonemu przez Męża właśnie, bo przecież we wrześniu najtrudniejsze trasy Słowackich Tatr i przecież „nie mogę tam zginąć”. To nic, że bolą nogi, boli brzuch, mięśnie napięte. Wyrobią się.

Ale i pomiędzy treningami trzeba odpocząć, gdy ma się ostatni dzień przed pójściem do pracy po całym tygodniu wolnego ( serio, praca po 12 godzin się opłaca!). Spokój, choć brzuch boli od treningów i od zjedzenia prawie kilograma liczi we dwoje podczas oglądania na nowo „Z archiwum X”- do tego z kolei zainspirowała nas na nowo Kaśka- Germanistka, która poinformowała nas, że w 2016 roku wychodzi nowy sezon tego kultowego serialu.
Czyżbyśmy znowu mieli przebrnąć wszystkie 9 sezonów, jak zrobiliśmy to jakieś 3 lata temu? No czemu nie! W końcu.. to najdoskonalszy serial, jaki kiedykolwiek wyprodukowano.

W ogóle, młodsi i starsi czytelnicy, pamiętacie doskonały klimat tego serialu? Na pewno pamiętacie. I do dzisiaj przechodzi was dreszczy, gdy słyszycie wyjącą muzyczkę z openingu.
Na pewno pamiętacie przystojnego Muldera i niedostępną tylko pozornie Scully.
Przecież tego serialu nie da się zapomnieć. Zwłaszcza, jeśli na początku lat 90- tych miało się te kilka lat i uciekało się z pokoju, gdzie grał telewizor i zaczynało się...upiorne...przerażające...

Ja przynajmniej jako dziecko panicznie się bałam, słysząc muzykę i nie oglądając nawet odcinka lecącego na TVP2 nie chciałam sama iść siusiu do łazienki, tym bardziej, że moja siostra była dla mnie wyjątkowo wredna i wmawiała mi, że po drodze trupy i duchy będą łapać mnie za kostki ( i serio, do dzisiaj, będąc u siebie w domu, gdy przebudzę się w nocy, w pierwszym odruchu boję się iść do łazienki- z tym, że wiem, gdzie ma to już korzenie).
Te 3 lata temu, zaczynając pierwszy sezon sądziłam, że nie będę w stanie zasnąć i nic po ciemku zrobić. Na pewno nie pójdę do łazienki i będę budzić swojego Męża, ażeby mnie uratował, zaprowadził za łapkę i poczekał stojąc nade mną aż się wysiusiam, jak to było po czytaniu przeze mnie „Lśnienia” Kinga i w paru innych, już mniej zabawnych przypadkach, których nie powodowały dziecięce, wcale nie skrywane, lęki.

Dziś wiem, zaczynając na nowo ten straszliwy, pierwszy sezon „Z archiwum X”, że ten serial jest jednym z najlepszych, jakie stworzono a ekipa kręcąca kolejne sezony musiała mieć niesamowitą zabawę. Zwłaszcza w moim ukochanym odcinku z cyrkowcami i złym bratem-bliźniakiem wrośniętym w brzuch ( pamiętacie ten odcinek moi drodzy?).

Z archiwum X” już nie przeraża i potwierdzam, David Duchovny, jako Mulder, a nie Hank Moody jest jeszcze bardziej seksowny ale…zastanawialiście się kiedyś, „co by było gdyby”? Co by było gdyby wszystkie teorie spiskowe nie były tylko fikcją, a pewną szaloną teorią? Bo gdy ogląda się ten serial będąc osobą dorosłą a nie dzieckiem, nie zwraca się uwagi na monstra, których jest naprawdę mało, a na intrygi, nie przerażają „potwory”, a przerażają ludzie i to prawie zerowe prawdopodobieństwo, że w każdym z tych odcinków może tkwić ziarno prawdy. Ziarno prawdy o manipulacji, o tym, jak wiele przed nami ukryte. Ziarno prawdy o tym, że przesadna racjonalność wpychana nam na siłę do rzeczywistości przesłania prawdziwy obraz tego, co może nas otaczać. Tego, co jest tylko na wyciągnięcie ręki.
A prawda gdzieś tam jest.

A co jeśli prawdziwe są spiski o UFO? Wierzę, że istnieje życie pozaziemskie, bo taka ilość przestrzeni nie może się marnować, ale śmieszne w pierwszym odruchu wydaje mi się, by uprowadzenia i historia Roswell miała być prawdą. A co jeśli wmawia nam się ową śmieszność, a my, jak zawsze idziemy za tym jak stado bydła? A może historie spiskowe pozornie zabawne są tworzone przez „ludzi z góry” i propagowane, byśmy śmiali się absurdu a tak naprawdę za tym wszystkim, tą zasłoną oparów śmiechu wariatów tkwi inna, jeszcze gorsza prawda?

A co jeśli historia z pszczołami przenoszącymi wirusy jakichś mutowanych chorób jako jadu, co jeśli użycie pszczół jako broni biologicznej nie jest jedynie śmiesznym wymysłem scenarzysty, wymysłem opartym na dziwnych historiach wielu „paranoików, schizofreników, ludzi z obsesjami”? A co jeśli eksperymenty firm farmaceutycznych, nie tylko w Afryce i na tubylcach ( to bulwersuje jedynie prze chwilę, prawda, bo to daleko…) są prawdą, tylko nieujawnianą? Co jeśli rządy wielu państw mają już broń, biologiczną, chemiczną, broń pochodzenia pozaziemskiego, która przekracza nasze najśmielsze wyobrażenia? Co, jeśli J.F.K. był zabity na zlecenie rząd amerykańskiego, bo był niewygodny dla senatorów? Co nawet z naszą cholerną brzozą ( haha, zostanę teraz okrzyknięta spiskowcem, ale nie, serio, brzoza i mnie bawi, nie przesadzajmy z „prawdziwymi absurdami”).

Wszystko to brzmi śmieszne, paranoicznie, tych, co to zgłębiają nazywamy dziwakami, w serialu Mulder miał cudne przezwisko (pamiętacie?) „Spooky” czyli „Nawiedzony”, siedział w piwnicy i ośmieszano jego pracę, żeby nie wyszła na jaw. Wszystko to śmieszne, bo jak UFO mogło porwać tego i tego czy jak, nie dowiedzielibyśmy się o spisku przeciw J.F.K i innym ważnym osobom?
Ano- zdaje mi się że nie i że bardzo mało wiemy o świecie. Tak, nazwijcie mnie teraz „Spooky”, ale…w dużej mierze jestem zwolennikiem teorii spiskowych. Nie ich fanatykiem, ale widzę w każdej z nich ziarno prawdy. Albo, co najmniej drugie dno.
Lubię wierzyć.
Chcę uwierzyć. Bo...na tym świecie nie wierzę tylko w niemożliwe.

Bądźmy szczerzy- jako małe ludziki, szaraczki z trudem pracujące na chleb, nie mające wielkich korporacji w szachu czy nie mający dostępu do wielkiej polityki- co my tak naprawdę możemy wiedzieć? Halo, czy kiedykolwiek liczyła się jednostka i tak zwana prawda?

Zacznijmy od tego, że nawet historia i fakty mogą być różne, zależy, kto wygrał daną wojnę i jak fakty przedstawił. Pamiętajcie, historię piszą zwycięzcy a tajemnicę o wersji nieraz i milionów istnień zabiera się do grobu. Dziwny przykład może z naszego podwórka- Katyń. „Czerwoni” byli trochę kiepscy w utrzymywaniu tajemnic, w spiskach i intrygach jak dla mnie, bo ich przywódca swojego czasu był prawdziwym paranoikiem a im intrygi nie wychodzą, ale jednak- wielu ludzi mimo wszystko wierzyło, że to kłamliwa propaganda. Wiem, wiem, nie żyłam w tamtych czasach, ale moja mama i moja babcia tak, powiedzmy, mam przekaz z pierwszej ręki.
Szczerze- nie tak trudno jest uciszyć tzw. prawdę. Tutaj czerwoni mieli swoją, podziemie polskie swoją i kto wie, czy gdyby nie wyginęli wszyscy, którzy przeżyli czas Katynia, chodzi mi o czas historyczny, to czy na 100, 200 lat nie byłby on tylko śmieszną teorią spiskową gdyby Czerwoni utrzymali się przy władzy? Nie chcąc urażać waszego patriotyzmu, szacunku do tych, którzy zginęli- zdaje mi się jednak, że by się im udało.

Kto wie, czy nie tak trudno zrobić wodę z mózgu, wmówić, że pewne rzeczy, zdarzenia z czyjejś perspektywy są śmieszne, jeśli tylko wie się, jak się do tego zabrać. Oj, a zdaje mi się, że wielu ludzi wie jak. Wiele ludzi u steru. Nasz rząd i nasi intryganci strasznie raczkują jeszcze, może za 50 lat, jeśli nic się nie zmieni dojdą do tego. Ale takie rządy Chin, USA, współczesnej Rosji, Japonii na temat nowych technologii…
Choćby, słynna sprawa samolotu B-52, który, jak dowiedziałam się od mojego Męża, był już wyprodukowany w 1954 roku. Społeczeństwo dowiedziało się o nim dopiero w latach 80-tych, gdy nie był już taką tajną bronią, bo powstały nowe technologie. Tyle lat tajemnicy? A jednak.

No przepraszam, my się nie liczymy. Więc nie łudźmy się, że jawnie mówią o wszystkim, co się dzieje, spowiadają się nam, jak sterują tępą, szarą masą, która ich utrzymuje ( nie, nie chcę nikogo obrażać, ale jednak zdaje mi się, że tak właśnie jesteśmy widziani, no przykro mi, ale czas to zrozumieć…), mówią jasno tak, mamy nową broń biologiczną i tak, porwaliśmy tyle i tyle osób, żeby ją przetestować.

Jeśli się nie liczysz, to może jednak coś w teorii spiskowej jest?
Naprawdę, w pierwszym momencie wydają się śmieszne a ich zwolennicy paranoikami, wariatami ale może..może mają trochę racji, że nie jesteś dla wielu niczym innym jak bydło prowadzone na rzeź i się nie liczysz, a to, co się dzieje na świecie przechodzi wszelkie pojęcie. Może to prawda, nie wiemy nic o prawdzie, nie wiemy nawet, czym ona jest, ale cholera, nie znamy nawet faktów, wszystko ma drugie dno. A czasem to, co zdaje się być najbardziej absurdalne okazuje się…najbardziej prawdopodobnym? Tylko my nie chcemy widzieć, bo łatwo nami sterować. Bo łatwo nam wmówić „taaa zajmuj się tym i tym, jesteś śmieszny, no weź, jak możesz, myśl trochę!” i to ironiczne myśl trochę zabija cały ten proces.

Jesteś niczym w machinie systemu świata, niczym, jednostką, a kto liczy się z jednostką, zatem jak możesz sądzić, że znasz prawdę? Spisek..cholera, to słowo może jest złe, ale skoro już się nim posługujemy, to spisek możesz wywęszyć wszędzie. I spisek nawet nie dotyczy już, jak mi się zdaje, pojedynczych osób które wymyślają nagle „o zrobimy tak i tak” ale owe spiski przechodzą z pokolenia na pokolenie. Jak to, żeby sprawić, że społeczeństwo głupieje. Spójrz na system edukacji. Czy jego pogarszanie nie mogłoby mieć korzeni w tym, że ktoś od paru pokoleń ma zamiar mieć tępe społeczeństwo, którym łatwiej sterować? Bo ja, choć to absurdalne może, mam nieraz takie wrażenie. Tylko nigdy nie dojdę do tego, kto ma w tym największy interes. Powiecie politycy? Dla mnie politycy, w każdym kraju to jeno figuranci. Ważna jest szara eminencja, marionetkarz, który pociąga za sznurki.

Spisek zaczyna się (warto spojrzeć na USA) choćby w parlamencie od lobby i łapówek. I co najśmieszniejsze- często w wielu krajach dzieje się to jawnie, nawet na oczach obywateli. A idzie to dalej i dalej ,bo ci, co przepuszczają wielką kasę w parlamentach to tylko znowu, figuranci, czasem też mało świadomi tego co robią. A jeśli zaczyna się to na takim szczeblu, na który znów, jednostko, nie masz wpływu to cóż…powodzenia, jeśli z pewnością stwierdzasz, że wiesz, jak działają koncerny farmaceutyczne i wierzysz, że wszyscy wiedzą, ile jaki kraj ma jakiej broni i jaką technologię.

Czasem może coś wycieknie, Jakaś informacja. Podobało mi się, jak wyszła informacja o skafander niewidzialności. Od razu wyśmiano, że to niemożliwe, nie w naszym stanie wiedzy, nie jesteśmy predatorami. Ale znamy podstawy fizyczne, więc..co za problem? Wyciekło, wszyscy wyśmiali, odeszło w zapomnienie.

Z wieloma rzeczami tak jest. Ja nie mówię, że święcie wierzę w wszystkie spiski, brzozę smoleńską, spisek szczepionkowy, spisek dotyczący WTC, spisek o samobójstwie Hitlera ale…ale gdy czasem nad innymi, a nawet tymi rzeczami się zastanowić, zawsze istnieje jakieś, nawet minimalne prawdopodobieństwo, że coś jest nie tak. Że może ktoś wie coś więcej, odwraca naszą uwagę. Że może absurd nie jest absurdem, jak w każdej miejskiej legendzie. Musimy tylko logicznie myśleć ale wiecie co?

I tak nigdy nie dowiemy się prawdy. Czasem warto pogdybać na temat choćby szpiegostwa życia prywatnego w internecie, zagrożeniu nową bronią chemiczną czy porwaniu przez UFO ale…nie mamy tyle samozaparcia, jako pionki, by dojść prawdy. Moglibyśmy zaryzykować, ale musielibyśmy wierzyć a nie tylko gdybać. Czasem chciałabym jeszcze bardziej wierzyć, jak jest na plakacie Muldera w „Z archiwum X” ale…wiem, że jestem tylko pionkiem. Elementem stada a nie mam samozaparcia. Wolę pogdybać, oglądając też ten serial, widząc wiadomości czy czytając kolejne w gazetach i nie wierzyć we wszystkie podane fakty. Wolę nie dać się otumanić, rozważać nieprawdopodobne w pierwszym momencie kwestie ale ja nie mam misji. Nie wierzę, że prawdą zbawiłabym świat. Nie wierzę, że bym do niej dotarła a nawet jeśli, gdybym ją poznała, w którejś w kwestii, czy przeżyłabym. Nie wiem, czy chciałabym wiedzieć większość z rzeczy.
Naprawdę nie wiem.
Czasem bowiem prawda nie wyzwala. Czasem dopiero niewoli.

I to jest smutne. Bo może wszyscy nami sterują, a my uznajemy się za wolnych. Wszyscy prawie wolimy swoje wygodne życie i wyśmiewamy tych nawiedzonych. Dlatego czasem się zastanowię i nie wyśmieję paranoika, bo może ten paranoik, jak kiedyś ten ze Sprawą Katyńską miał rację i ryzykował więcej, niż nam się zdawało. Może ten paranoik to ktoś ze swoją misją, a może, kto wie, może kiedyś któryś z indywidualistów zmieni świat. Choć wątpię, dlatego, że stado wtedy go wyśmieje, nawet, gdy zdobędzie dowody. Jesteście jak ja, prawda? Nawet, gdy coś was ukłuje, wolicie nie wiedzieć i teoriami tylko się bawić. Może dlatego ten świat wygląda jak wygląda. Hipokryci wolności osobistej w swoim małym światku wszędzie sterani z zewnątrz, przez media, bojący się muzyczki i pamiętający tylko potwory- nie prawdziwe potwory z fabuły, jakimi są ludzie.
A wiecie jaka smutniejsza myśl mi wpadła do mojego durnego łba? Że nie sterowani, nie wyzyskiwani skończylibyśmy jeszcze gorzej…no spójrzmy po sobie…
Człowiek to przecież najmądrzejsza istota na świecie. Ale i zarazem najgłupsza. Mam wrażenie, po lekturze pewnej książki, że stada owiec są mądrzejsze, niż nasze społeczeństwa...a i one mają pasterzy...

Ale, gdybać możemy i możemy. I może zrozumielibyśmy, jak zginął J.F.K ale...warto?

W każdym razie, Z archiwum X to najlepszy serial wszech czasów. Bo jakoś...ponadczasowy. A Mulder i Scully to najlepsza para bohaterów serialu, jaką wykreowano. W niektórych momentach można się wzruszyć, w innych umrzeć ze śmiechu a fabuła na tym nie cierpi. Tak, ten serial jest jednym z najlepszych, jakie kiedykolwiek stworzono. Ale trzeba do niego dojrzeć i poszukać też drugiego dna.

Boję się tylko, jak wyjdzie twórcom ZAX najnowszy sezon. Bo przecież...co z tym genialnym klimatem początku lat 90- tych? Czy Mulder i Scully ze smartfonem będą tak samo przekonywający? Czy ze stałym dostępem do internetu, ba, z internetem, ich szukanie spisków nie stanie się...śmieszne?
Boję się, że zabiją legendę. Dlatego oglądam, póki mogę.


A na koniec piosenka, która nieodzownie kojarzy mi się z serialem i jednym z moich ulubionych odcinków. Kto wie, dlaczego?XD