wtorek, 30 grudnia 2014

O tym, że czas nie istnieje ale miło mimo wszystko nieraz poddawać się tej iluzji, czyli, wszystkiego dobrego w nowym roku.

Przedostatni dzień 2014 roku.
Nadal zakatarzona, otulona w kołdrę nie czuję się jakoś specjalnie świątecznie. Nie czuję, jakby miał nastąpić jakiś przełom. Ot, jutro dzień jak dzień. Minie kolejna data graniczna.

Może to dlatego, że swój początek roku zasadniczo już miałam, bo Yule rozpoczęło nowy rok słoneczny właśnie i tam przeżywałam bardziej, duchowo, nowy początek. Początek światła i ciepła, które narasta pod sercem z każdym dłuższym dniem...ale, o tym już mówiłam.

Może dlatego, że nic nie postanawiam, bo uważam osobiście, że jeśli mam coś zmienić w swoim życiu, coś zrobić, to nie potrzebuję do tego nowego roku, urodzin, imienin, dnia świętego Patryka, dnia biblioteki, czegokolwiek. Bo jak się chce, to się wstaje z kanapy, podnosi opasłe dupsko i rusza do boju, a nie wyznacza sobie przystanki. Tak jest w moim przypadku, co nie znaczy, że uważam, że noworoczne postanowienia są głupie. Mam świadomość, że data graniczna może kogoś naprawdę zmobilizować do działania, bo tkwi w jego świadomości jako nowy rozdział i nowy początek, choć, tak naprawdę, nic się przecież nie zmieniło.

W ciągu paru godzin nie kasuje się błędów i nie zaczyna wcale na nowo przez to, że ktoś wymyślił taką a taką datę. Ale, jako ludzie, po prostu jako istoty potrzebujemy przecinków, rozdziałów w historii jaką piszemy. Inaczej nie próbowalibyśmy nazwać upływu czasu jako istoty pierwotne już, rozgraniczać tego co było, jest, i będzie. Potrzebujemy dat, określania w którą stronę czas biegnie...

...ale czy naprawdę biegnie?

Może to, co powiem będzie szokiem ale...tak naprawdę, dla większości fizyków, przynajmniej kwantowych, czas nie istnieje, to tylko kolejna ludzka iluzja. Dla niektórych czas istnieje, ale nie istnieje jego upływ. Brzmi absurdalnie? Może troszkę.
Ale fakt faktem, że czas w dużej mierze jest fikcją, choć już widzę wiele zdziwionych min.
I może dlatego wcale nie czuję w związku z kulturowym szałem świętowania kolejnego roku, upływającego czasu, tak wielkiej podniety.

Czas nie istnieje.

Czas to tylko kolejna iluzja mój drogi czytelniku, iluzja której perfekcyjnie się poddajemy.
Tak naprawdę, czas od zawsze był pretekstem do sporów między filozofami, fizykami, matematykami a nawet zwykłymi zjadaczami chleba. I nie chodzi tu o kolejną wojnę "znowu się spóźniłeś" albo "znowu nie pamiętałeś o rocznicy!"
(Swoją drogą, mój znajomy fizyk teoretyczny właśnie gdy słyszy od żony pretensję, że nie pamiętał o jej urodzinach mówi, że czas nie istnieje. Ona, jako humanistka, nie ma siły się spierać. Idealna wymówka, co?:D).
W każdym razie, wraz z rozwojem nauki tych sporów pojawiło się o wiele więcej. Już nie tylko walono patelnią w pysk za zapominalstwo, ale zaczęto dochodzić do względności czasu.
Czas przestał mieć charakter absolutny, został zdetronizowany jako pan i władca naszego życia w umysłach wielkich fizyków. Bo o ile w świecie postrzeganym jako "makro" czas jest osobną wielkością, niezależną całkiem od innych, o tyle w świecie "mikro", świecie składającym się z pustki, fali i materii, jest dopiero czwartą współrzędną czasoprzestrzeni.
Tak, dobrze można zwrócić uwagi- nie ma tam czasu i przestrzeni. Jest czasoprzestrzeń. A właśnie czasoprzestrzeń buduje czas i przestrzeń....dobra, chyba się rozpędzam. Po kolei.

Słyszeliście może kiedyś o zasadzie nieoznaczoności Heisenberga? Nie? Zresztą, nie dziwię się. Wielu ludzi fizyki nie znosi, bo zmęczono ich durnymi tłumaczeniami w szkole gimnazjalnej juz. Mało kto umie wiedzę fizyczną przekazywać. Ja na szczęście trafiłam na genialnych profesorów na studiach, którzy otworzyli mi właśnie oczy na świat mikro...ale że sama geniuszem w tłumaczeniu nie jestem, oszczędzę wam szczegółów. Nie będę rozpisywać wzorów, całek, pochodnych, bo zraz stąd uciekniecie.
Ale miało być o odkryciu pana Heisenberga. Mówi ona bardzo prosto, że ( tak, oszczędzę wzoru, choć on wszystko wyjaśnia, ale z tym całym ni, pi i tak dalej wielu ludzi zwariować może) że w świecie mikro nie można jednocześnie oznaczyć pędu cząstki (czyli tego jak szybko zapierdala) i jej położenia. Co więcej, gdy pan Heisenberg badał cząstki ( tak, cząstki, niewidzialne można badać i to bardzo prosto, co więcej, sama się tym zajmowałam przy swoich kochanych akceleratorach) dowiódł, ze nie chodzi tylko o pęd i położenie. Istnieją po prostu takie pary wielkości, których nie można razem zbadać.
Tak samo, chcąc określić energię cząstki, tym gorzej określamy jej czas.
Rozumiecie? Jakby badając jedno, tak wpływamy na pomiar drugiego, że niszczymy całą wielkość. Stan faktyczny zmienia się przez naszą ingerencję. Można powiedzieć, że przez naszą dociekliwość.
Oczywiście, nie działa to w świecie makro. Widzą piłkę określasz po prostu jej czas, położenie, mówiąc, że leży sobie spokojnie nie sprawiasz nagle, że zaczyna podskakiwać jak młody koziołek. Po prostu dużo cząstek naraz nie powoduje takiego wielkiego problemu, jak pojedynczy elektron. Ale...wszyscy składamy się z elektronów, protonów, neutronów i pustki między nimi.

Ale, wróćmy do naszego jakże wspaniałego czasu. Pan Heisenberg ( kocham tego faceta, szkoda, że już nie żyje! ), pokazał nam w telegraficznym skrócie, że czas nie jest osobną wielkością. Nie biegnie sobie spokojnie. W świecie mikro, z którego jak powtarzam składa się i marko, w czas można "ingerować". Po prostu, same nasze działanie zmienia świat. Być może, nasza jego ciekawość. To prowadzi nieraz do ciekawych wniosków, związanych z intencyjnością i afirmacją ale...nie na te dywagacje teraz pora.
W świecie mikro ingerujemy w czas pomiarem. A raczej w czasoprzestrzeń.

Podróże w czasie? przemyka nam myśl. Hoho, nie tak łatwo! Nie w tym kierunku zmierzamy!

Czas zdaje się nam być czymś dobrze znanym i realnym na co dzień. Nie zastanawiamy się nad nim, od czasu do czasu tylko marudzimy, że się starzejemy albo wspominamy coś z nostalgią.  Czasem jak Bryll mówimy o tym, że czas nas przerasta, jak w jednym z moich ulubionych wierszy tegoż autora:

"czas nas przerasta. jeszcze niezupełnie
jeszcze nam ręce z czasu wystają
włosy, koniuszek ucha...
ale reszta w ziemię
bo żyły się powoli w korzenie zmieniają
a kości miękną. dziwnie niegłęboko
jest w czasie. i nie można jak w słońcu bujać
aż za granicę nieba."

Nad czasem zastanawiają się więc nieraz poeci, nieraz filozofowie, ot tak, poetycko właśnie. Ale, być może i poezja jest ułudą.

Ale, poezję, tak jak i czas, po prostu zakodowaliśmy w naszych umysłach, jako coś oczywistego. Nasi przodkowie obserwowali słońce, obserwowali przyczynę i skutek, starzenie się tkanek i wymyślili właśnie pojęcie czasu. Czegoś nienamacalnego, czegoś co sprawia, że istnieje przed i po ( tak naprawdę nigdy nie istnieje "tera" i jednocześnie istnieje zawsze w fizyce, ale o tym kiedy indziej chyba, nie za dużo naraz).
Przecież i wielkie umysły zajmowały się sprawami czasu. Więc jak to, on nie istnieje?
Sir Isaac Newton nie tylko dostał jabłkiem w głowę, serio. Utworzył on teorię, według której istnieje tylko jeden, uniwersalny i wszechobejmujący czas, który płynie w jednostajnym tempie i nic nie wywiera na niego wpływu. Według Newtona czas jest jeden, absolutny i obiektywnie jednakowy w całym wszechświecie. To jedna z teorii, której naucza się w szkołach, nie wiem, czy ktoś z was pamięta kucie newtonowskiej definicji czasu. Ale Newton żył kiedy żył i nie wiedział, że istnieją ruchliwe jak kijanki elektrony, które mają swoją czasoprzestrzeń. Choć, już gdy swoją teorię tworzył, pan Newton miał swoich oponentów.
George Berkeley oponował, że bez ludzkiego umysłu, który by postrzegał ruch i zmianę, sama idea czasu staje się zwykłą iluzją.
Leibnitz z kolei twierdził, że czas jest porządkiem następstwa działania zdarzeń zachodzących w świecie. Bez zdarzeń w świecie nie ma mowy o żadnym czasie.

Cóż. Mam wrażenie, że ci panowie z mniej znanymi nazwiskami niż pan od jabłka byli bliżsi prawdy. Przynajmniej tej kwantowej
( Jak widać, prawda też jest relatywna. Nawet ta dosadna, pisana wzorami fizycznymi. Czujecie zaniepokojenie? Bo ja kiedyś czułam, ).

Panowie Berkeley i Leibnitz rzecz jasna nie mogli wiedzieć o czymś takim jak powyższa zasada nieoznaczoności czy superpozycja kwantowa albo...splątanie kwantowe. Bo te pokazują właśnie, jak czas jest iluzoryczny. Jak wielką jest ułudą.

Cóż. Splątanie kwantowe właśnie pokazuje nam, że czas nie ma prawa istnieć i upływać, nie samodzielnie. Dopiero fakt świadomej obserwacji jak staje się Wszechświat powoduje, że odczuwamy coś takiego jak upływający czas
Wyobraźcie sobie, jak wiele lat temu grupa włoskich fizyków, wszechświat. Jednak nie taki jak nas. W tym wszechświecie bowiem, upływ czasu jest tylko efektem splątania kwantowego, czyli, mówiąc w dużym skrócie, stanu splątania skorelowanych cząstek. Dzięki temu, że te cząstki są skorelowane, stan całego układu jest lepiej widoczny i lepszy do określenia, niż stan pojedynczej cząstki. To jak ta piłka, której położenie możemy określić, choć składa się z nieokreślalnych atomów.
Według teorii fizyków więc, w tym wszechświecie, według ich koncepcji, obiekty kwantowe są splątane na poziomie już kwantowym, co sprowadza się do tego, że można dokonać pomiaru tylko właściwości całego, zdeterminowanego już układu.
W skrócie- ta teoria prowadziła do tego, że zasadniczo, mówiąc prostym językiem, z matematycznego punktu widzenia, zegar rusza się i działa dopiero po splątaniu się z odpowiednim wszechświatem.

Gdyby jednak ktoś podglądał nas z innego wszechświata ( bo zakładamy ich mnogoś, nadążacie?) widziałby nas jako obiekty całkiem statyczne, a dopiero jego przybycie do naszego wszechświata spowodowałoby splątanie kwantowe i sprawiłoby, że ten gość ma wrażenie upływającego czasu.

Stworzono więc model wszechświata składający się z dwóch fotonów. Jeden z pary był zorientowany – spolaryzowany wertykalnie, a drugi horyzontalnie. Ich stan kwantowy, a więc i polaryzacja, są potem wykrywane przez serię detektorów. Okazuje się, że dopóki nie dojdzie do obserwacji ostatecznie determinującej układ odniesienia, fotony znajdują się w klasycznej superpozycji kwantowej, czyli były zorientowane zarówno wertykalnie jak i horyzontalnie.
Oznacza to, że obserwator odczytujący wskazanie zegara determinuje splątanie kwantowe, wpływając na wszechświat, którego częścią się staje. Następnie taki obserwator jest w stanie odebrać polaryzacje kolejnych fotonów na podstawie kwantowego prawdopodobieństwa.
Koncepcja ta jest bardzo kusząca, ponieważ wyjaśnia wiele rzeczy, ale w naturalny sposób prowadzi do konieczności istnienia „super-obserwatora”, który byłby ponad te wszystkie determinizmy i kontrolowałby wszystko, jako całość. Innymi słowy, próba zrozumienia czy jest lub czym jest czas, w naturalny sposób przybliża nas do pojęcia celu istnienia Boga.- John Moll
Oczywiście, nie wszyscy zgadzają się z teorią, że czas nie istnieje, że jest splątany ze wszechświatem, czy że istnieje też Bóg ( choć, nawet jego istnienia właśnie dowodzi się nieraz kwantowo, co nawet dla mnie jest bzdurą).
Takim krytykiem jest choćby Lee Smolin, który próbuje obalić teorię strun ( słyszeliście o niej?) i teorię wielu wszechświatów, która po dokonaniach Einsteina w fizyce dominuje.

Jak widać i środowisko fizyków jest podzielone. Także w kwestii czasu. Czy on istnieje, czy nie?
Widzimy na pewno jego upływ, widzimy po sobie, odczuwamy jak się starzejemy. Czas może nie istnieć jako wielkość, ale, do cholery "coś się dzieje" przecież!
Dlatego, widzicie, wprowadzono pojęcie strzałki czasu, w 1927 roku. Być może, dzięki tej strzałce, możecie świętować swój nowy rok i postanawiać i upijać się do nieprzytomności wręcz szampanem (czego nie polecam).
Ta strzałka to jednak nic innego jak teoria, która mówi o tym, że czas upływa w jednym jednym kierunku. Proste jak konstrukcja cepa, ale jak zawsze, przyszli mechanicy kwantowi i musieli wtrącić swoje 3 grosze.
26 lat temu, Seth Lloyd przedstawił jako pierwszy teorię, według której splątanie kwantowe (to powyższe, jakby ktoś się zgubił) może wyjaśnić właśnie strzałkę czasu, to że czas sobie biegnie w jednym kierunku, my się starzejemy, kawa stygnie zamiast się nagrzewać i ludzie umierają. A nie odwrotnie.

Naukowiec zdał sobie sprawę, że niepewność kwantowa oraz sposób, z jakim się rozprzestrzenia, gdy cząsteczki stają się coraz bardziej splątane, mogą być prawdziwym źródłem strzałki czasu.
Lloyd przez kilka lat studiował ewolucję cząstek w zakresie zmian zero-jedynkowych. Odkrył, że gdy cząstki stają się coraz bardziej splątane ze sobą, informacja która je pierwotnie opisywała, może zmienić się i opisywać układ splątanych cząsteczek jako całość. Ostatecznie, korelacje zawierały wszystkie informacje, ale poszczególne cząstki nie zawierały żadnych. Naukowiec odkrył, że w tym momencie cząsteczki dochodzą do stanu równowagi, a ich stany przestały się zmieniać. Jako przykład podano kawę, która schłodziła się do temperatury pokojowej.
W 2009 roku, zespół uczonych z Uniwersytetu w Bristolu (Popescu, Short, Linden i Winter) udowodnił, że gdy obiekt oddziaływuje z otoczeniem, przykładowo gdy cząsteczki z filiżanki kawy zderzają się z powietrzem, informacje o ich właściwościach „wyciekają” na zewnątrz i stają się „rozmazane” w całym środowisku. Utrata informacji powoduje, że stan kawy stagnuje, nawet gdy stan czysty całego pomieszczenia nadal ewoluuje. Popescu powiedział, że jej stan przestaje się zmieniać w czasie.
Gdy stan czysty pomieszczenia ewoluuje, kawa mogłaby nagle stać się niezmieszana z powietrzem i wprowadzić własny czysty stan. Jednak istnieje znacznie więcej stanów mieszanych niż stanów czystych, dostępnych dla kawy, przez co praktycznie nigdy się nie zdarzają. To statystyczne nieprawdopodobieństwo daje strzałce czasu wrażenie nieodwracalności. - j.w.
Jak widać, podejście do czasu zmienia się, stale jest badany i..stale nie wiemy, czy istnieje. Choć dla nas wydaje się on oczywisty, według wielu fizyków, nawet nasza zdolność do zapamiętywania przeszłości, a nie przyszłości jest...iluzją, jest kwestią znów, splatania kwantowego. To, że zapamiętujemy to, co się pozornie wydarzyło w przeszłości ( a tych stanów być może nie ma, to tylko rzecz prawdopodobieństwa) to kwestia oddziaływania cząstek stanowiących nasze JA a cząstkami reszty wszechświata. Bo gdy czytasz nawet ten tekst mój drogi czytelniku, tój mózg staje się skorelowany z otoczeniem, z monitorem za pomocą fotonów, które docierają do twoich oczu. A te cóż...przekazują dalej, do mózgu. Nadal fotony, fotony, fotony...cząstki które plączą się w tym wszechświecie. Być może, nie jedynym.

Czy czas więc płynie, czy w ogóle istnieje, czy istnieje coś, co możemy nazwać przeszłością, czy w ogóle istnieje tu i teraz w sensie kwantowym? Otóż, to pytania nadal bez odpowiedzi.
Odpowiedzi, po które nadal staramy się sięgnąć jako ludzkość ale...być może, te odpowiedzi nie są wcale dla nas. Choć rozumiemy już tak wiele, być może jest to tylko kropla w całym oceanie.

Jednak my, maluczcy, czas odczuwamy. Mówimy że goi rany. Bywa względny przez tęsknoty czekające na spełnienie i pragnienia. Nadajemy mu wielkie znaczenie gdy cierpimy, zapominamy o nim, gdy przepełnia nas radość.

Czy czas istnieje czy nie, zapewne, drogi czytelniku, nie ma dla ciebie dzisiaj znaczenia. Bo nadchodzi kolejna data graniczna, która może i jest ułudą w pracowni fizyka, ale dla ciebie być może znaczy wiele.
Dlatego nie będę ci już więcej mieszać w głowie, choć przecież, zastanowić się nigdy nie zaszkodzi.
Choć dla mnie to tylko data graniczna i nie odczuwam wielkiej podniety, sama będę się bawić w towarzystwie dobrych ludzi, z którymi pewnie wypiję znów, odrobinę za dużo. Może w tym roku ja zatańczę na sole, może będę bezwstydna. Po prostu będę się bawić, pewnie jak i wy, bez znaczenia, czy z okazją czy bez niej. Bo czy czas upływa, czy w ogóle nie istnieje, nie ma znaczenia.

Nie ma znaczenia, bo w skali samego siebie, jednego wszechświata, tu i teraz które może jest ułudą, ale w tej skali masz tylko jedno życie i należy z niego korzystać. Należy żyć po prostu dobrze, choć może nawet się nie istnieje.

Czuję że oddycham, a więc jestem.

Zatem, może trochę na przekór fizykom znów, a na przekór sobie, pomimo dziwu czasu który w naszej świadomości istnieje, chciałabym po prostu wszystkim życzyć dobrego wejścia w ten nowy rok. Nie powiem, żeby był najlepszym jaki was spotka, bo to dopiero byłoby przerażające, stale przecież trzeba oczekiwać lepszych i lepszych rzeczy. Nie powiem by był po prostu tylko radosny i szczęśliwy, by nie spotkało was nic złego. Bo złe rzeczy przynoszą najcenniejszą naukę, o czym i w 2014 dowiedziało się wiele osób. Życzę więc wam po prostu, żeby ten rok był wspaniałą przygodą, pełną dobrego i złego, w równowadze, życzę nie tego, co ma was spotkać, a tego, co z iluzją czasu zmienia się w nas, na lepsze. Rozsądnej pokory wobec losu, umiejętności rozróżnienia kiedy i z losem walczyć trzeba,odwagi, odrobiny szaleństwa. W nowym roku po prostu znów róbcie swoje i dużo się śmiejcie. I tyle, mam nadzieję, wystarczy.
Znów w kolejnym roku, czy istnieje czy nie, po prostu żyjmy, jakby wszystko było możliwe.
Wszystkiego dobrego gdy przywitacie 2015!




P.S. Dziękuję też Lusi, która, może świadomie a może nie, zmusiła mnie, bym w swoim życiu zastanawawiała się znów się nad czasem. Dzięki więc za inspirację:)

niedziela, 28 grudnia 2014

O uszach odmrażanych sobie na złość i pięciu czerwonych rybkach, które nie muszą spełniać życzeń, bo te spełnić możemy sobie i innym sami, po prostu będąc

"Nawet, kurwa, chorować sobie spokojnie nie można, bo ktoś musi być lepszy i czuć się gorzej" przemknęła mi przez głowę straszna, kolejna wredna myśl, kiedy to oczywiście oboje z Mężem się rozchorowaliśmy pod wieczór.
"Nie no kurwa, teraz to jak zawsze wyjdzie, ja będę latać koło niego a herbatę to muszę zrobić sama" marudziłam w swojej głowie i trzaskałam wszystkimi sprzętami na około w kuchni po zmywaniu. Tak naprawdę, to na tych talerzach serio chciałam się wyżyć.

Święta, choć męczące nas przez jeżdżenie od jednej rodziny do drugiej, były wspaniałe. Przypomniały nam się noce przy kominku, gorąco bijące od wesoło strzelającego ognia, przypomniały nam się same dobre rzeczy ( choć wiele było tez złych). Czas śmiechu, rozmów, dobrego jedzenia, jak to dla wielu. Euforia pierwszego śniegu, radość z rzucenia w Męża pierwszą, lichą śnieżką, którą ulepiłam cudem przy takiej ilości białego puchu, ale jednak. Łapanie białych płatków na język, bo tak śmiesznie szczypią.
A potem wróciliśmy do swojego domu do Poznania, zmęczeni ale weseli. Zmrożeniu po kolejnej podróży pociągiem, w którym o ogrzewaniu można pomarzyć. Rozradowani.

Życie to sinusoida, jak wiecznie mi powtarzano, powtarzano to, co sama doskonale wiem. Więc po moim przepełnieniu światłem przyszło wielkie bum.
Jedna rozmowa, parę smsów mówiących o cudzym żalu. Mówię słowa pocieszenia, w które sama chce wierzyć, w które wierzę, przecież wierzę! Ale dopada znów jakiś cień, przyczepia się za plecami i rośnie, rośnie, zaczynając tworzyć wielki ciężar.
Chcę się napić i to robię, nie mogę skupić się na filmie, więc rozmawiam z kimś, na kogo być może chce przerzucić może i ja swój żal, tak przypadkiem, ale nawet nie potrafię.
Kolejny dzień, wspaniały mróz, wspaniałe słońce, biały puch. Słońce świeci na niebie, w środku chowa się za chmurami.
Wizyta w domu, w którym stracono najwięcej, wizyta dopiero teraz, po świętach, bo chyba wcześniej nie miałam odwagi. Po prostu, stałam się tchórzem, moje serce jest za słabe nieraz, nieraz próbuje przespać, uciec, zapomnieć. Zapomnieć się nie da.
Kolejna próba wlania w cudze serce otuchy. Słowa pocieszenia, gesty, które płyną z serca. Ale czy można pocieszyć kogoś naprawdę, gdy własna wiara zaczyna się chwiać? Ocieram łzy tej, która zawsze najwięcej płacze, tej, z którą słów było zawsze najwięcej, tarmoszę czerwone włosy, podcieram zapuchnięty nos. Przetrwaliście już tyle, przetrwacie dalej, mówię, nie chcąc wątpić, mówię. Zresztą, mówić niewiele muszę, starczy że słucham.
Słowa płyną, płyną, pociąganie nosem, wszystko wsiąka we mnie. Cudzy ból tym razem mnie wypełnia, zamieszkał na dobre, znalazł sobie wyrwę w sercu i rozgościł się, mieszając z własnym. Piękna historia miłosna cierpienia, zamieszkali w moim sercu, wzięli ślub i chcieli żyć wiecznie- myślę sobie po wyjściu z tamtego domu.

Wracamy do domu, czujemy się coraz gorzej. Zabawy na mrozie jednak nie były takie niewinne. Mnie dopadają moje słynne już zatoki, zapchane jak kiepsko udrażniane rury w starym domu, jego katara i kaszel, jak zawsze. Jak zawsze drżę na myśl o tym, że dostanie po raz kolejny zapalenia płuc. Sama czuję się źle, ale parzę kolejne herbaty, szukam ziół które zbierałam latem, otulam kołdrą.
Słucham marudzenia chorego mężczyzny, który przecież każdą grypę przeżywa jak dżumę, sama pokasłując.
Komu ja opowiem, jak źle się czuję?

Przed snem jeszcze słyszę, że przecież jutro jeszcze trzeba iść po rybki do akwarium bo umówiliśmy się z tym panem, słyszę pójdziesz sama, bo ja się tak źle czuję, bo przecież nie mogę być chory do pracy, bo ty możesz a ja nie...

W nocy nie mogę spać, co chwilę mając zapchany nos, wiercę się, w końcu o 4 nad ranem wstaję i idę do kuchni, zaparzam sobie herbatę, ale stopy mi marzną, a co tam, niech marzną. Myślę jak małe dziecko, myślę złośliwie. "Na złość mamie odmrożę sobie uszy i nie założę czapki" jak to moja babcia powtarzała, tak, na złość mamie...zapominam tej nocy, że cała nasza złość obraca się przeciwko nam.
Przytulam kota który się gdzieś zaplątał, sączę herbatę, powiększam stos wysmarkanych chusteczek. Słyszę kaszlenie Męża za drzwiami. Z reguły to jemu marudzę, z nim się dzielę wszystkim, ale...ile można?
Chcę komuś pomarudzić, mam w sobie dużo egocentrycznego dziecka, które lubi mówić o tym, jak mu źle, użalać się nad sobą. Ale nie tym razem. Obracam w palcach nowy telefon, widzę listę numerów, na żaden nie będę dzwonić, choć wiem, mogłabym przecież, tyle imion, tyle nazwisk, tyle ksywek i wiele z nich by nawet w nocy zebrało tyłek i rozmawiało ze mną do 8 rano aż nie usnę, albo przyniosłoby jutro zakupy, tyle imion z których tyle poszłoby za mnie po te cholerne rybki do akwarium. Ale nie chcę.
Na złość mamie odmrożę sobie uszy, pójdę jutro z rana, w mroźnej zawiei. Chcę płakać, chcę się użalać, mówić sobie o "jaka to jestem z tym wszystkim sama". Mówić sobie o tym, jak to ja muszę słuchać, a swój żal ja zamykam w sobie. Mówić sobie o tym, że to mi źle, a nikt i mnie nie przytuli.
Och, ale z ciebie cierpiętnica!- słyszę w głowie autoironię.
A jeb się. - mówię na głos sama do siebie i wracam do łóżka. Próbuję wtulić się w plecy Męża, ale ten rzuca się jak pchła na łańcuchu tej nocy, jak to chory człowiek, który z trudem oddycha.
Nawet to mnie wkurza, choć wiem, to nie jego wina.

Wstaję rano z głową wielką, napuchniętymi oczami, zatkanym nosem. Ale wstaję, jem szybkie śniadanie, ubieram się jako-tako, byle żeby ciepło, nie musi być ładnie. Wychodzę na ulicę.
Słońce takie piękne, niebo tak cudownie niebieskie! Niektórzy ludzie przemykają z psami na smyczach. Ale ja idę klnąc pod nosem, kopię jakąś przypadkową puszkę.
Dostaję sms od przyjaciółki, nawet nie chce mi się odpisać, chuj mnie że się pokłóciliście, chuj mnie jego depresja, chuj mnie cały kosmos, cały wszechświat, niech się wali, bo ja też cierpię, chociaż, co ty możesz wiedzieć, nawet ci nie powiedziałam.
Cholerna bohaterka a tak naprawdę czarny charakter wiecznie, cierpiętnica, małe dziecko, na złość mamie odmrozi sobie uszy.

Docieram do kamienicy spod wskazanego adresu. Patrzę w górę, na rzeźbione na fasadzie diabły, szukam domofonu, okazuje się, że nie działa. Ale główne, potężne drewniane drzwi, wyglądające jakby miały 100 lat, są otwarte. Wślizguję się na kamieniczną klatkę, nie wiem czemu, ale uśmiecham się widząc dwóch bezdomnych panów, którzy robią sobie kanapki na tej klatce właśnie, Oni uśmiechają się do mnie, gdy dochodzę do schodów.
Słyszę ich poranny szczebiot. "Nawet oni mają z kim porozmawiać" - myślę absurdalnie jeszcze, zazdrośnie wręcz, bo dużo mam w sobie jeszcze tego dziecka właśnie, tego co na złość mamie odmraża sobie uszy, słońce go nie wygoniło jeszcze. Ale uśmiecham się, gdzieś budzi się inna część mnie, gdzieś cień na plecach, ciężar zaczyna czuć niepokój.
Wspinam się po pięknych rzeźbionych schodach, 3 piętro, tak samo jak u mnie. Mieszkania nie są oznaczone, stoję bezradnie, aż na końcu korytarza uchylają się powoli, ostrożnie drzwi.

-Pani do mnie, prawda?- słyszę cichy, nieśmiały głos.
-Po rybki?- odpowiadam absurdalnie, zaskoczona, pytaniem na pytanie.
-Tak, to pani. Proszę, proszę!- mówi półgłosem, otwierając szerzej drzwi.

Drobny staruszek, niższy niż ja ( choć, może to nietrudne przy moich 176 cm wzrostu, dużo jak na kobietę ponoć), chudziutki, siwy, z pożółkłą tylko brodą, pewnie od ćmików, myślę gdzieś obok głównego strumienia myśli. Jasnoniebieskie oczy za okularami, to to, co widzę najbardziej, to to, co przyciąga, co hipnotyzuje. Oczy małego chłopca w starym, zniszczonym już, przygarbionym ciele, to rzuca się od razu. To prawda, która bije oczywistością.
Wchodzę do małego mieszkanka, w którym panuje półmrok. Ciepło, wilgotno.

-Proszę, proszę!- aż z przesadną emfazą rzuca się ku mnie staruszek. - Niech pani zdejmie kurtkę!
Zaskoczona zdejmuję, choć nie wiem po co, przecież ja tylko na chwilę, złowić parę mieczyków do słoika i zanieść do domu, gdzie zakopię się w kołdrę, tworząc istne burrito nieszczęścia.
-Chce pani herbatę? Wygląda pani na zmarzniętą. Zrobię pani!- mówi, szybko udając się do innego pomieszczenia, pewnie kuchni, nie zważając na moje nie chcenie właśnie.
Myślę o tych wszystkich psychopatach, a co jeśli niepozorny staruszek tak naprawdę do echo Bundy'ego, w świetle ostatnich zdarzeń nic mnie nie dziwie, co jak mi do herbaty coś dosypie. Po chwili myśli zmieniają bieg, gdy czekam na tą cholerna herbatę, myślę o tym, że może Pan zbyt beztrosko wpuszcza obcych do domu, niby z ogłoszenia, niby po rybki, ale jak taka kruszyna sama się obroni, jak ktoś będzie chciał zrobić mu krzywdę?
Dziwne myśli, najpierw o mojej krzywdzie, potem o jego, gdy czekam na lekko zabarwiony na brązowo wrzątek, który mi potem przynosi w szklance z cienkiego szkła. Nie znoszę takich szklanek.

Zamiast odławiać ryby, siadam z nim przy stole, naprzeciwko akwarium. Cisza zalega trochę między nami. W pewnym momencie, sama nie wiem jak, dlaczego, w połowie herbaty, zaczynam mówić o tym, że w sumie nie wiedziałam czy przyjdę, bo przecież jestem przeziębiona, że wręcz o tym zapomniałam, bo tyle na głowie ostatnio i tyle dziwnych rzeczy się dzieje, nie wgłębiając się w szczegóły.
-Ale cieszę się, że pani przyszła. - mówi uśmiechnięty staruszek. Znów zapada cisza, wpatrujemy się w wielkie akwarium naprzeciwko.
Teraz widzę że te oczy są oczami dziecka, ale łaknącego rozmowy. Drugiego człowieka. Serca naprawdę mi się ściska. Och. Samotność. Prawdziwa samotność.
Nie moja wyimaginowana, nie moje odmrażanie sobie uszu na złość mamie.

-W sumie ja przyszłam po mieczyki, ale widzę, że pan ma o wiele więcej pięknych ryb- zagajam na nowo, gdy herbata już prawie się kończy i dolewam sobie nową porcję z wyszczerbionego imbryczka.
Oczy się rozświetlają, zaczyna mówić, mówić, mówić. O skalarach i o tym, że niedługo nowy miot, o gurami które budują piankowe gniazda, o tym, że może gdybyśmy z mężem chcieli, to za parę tygodni będą do sprzedaży. Mówi o swojej pasji, jasnoniebieskie oczy małego chłopca żarzą się tym ogniem, który właśnie pojawia się w oczach chłopców gdy mówią o samolotach i grach, gdy mówią o piłce i kolejnej naprawie pierwszego motoru. Mówi o tym, jakie ryby miał kiedyś, o tym, jakie jeszcze mieć planuje, rozmowa o roślinach, ślimakach, krewetkach, o tym że może kiedyś, z emerytury będzie go stać na morskie akwarium, może jakimś cudem, choć na prąd od filtrów, grzałek i pompek powietrza ledwie teraz starcza, ale może kiedyś, może za parę lat...
Choć czy tych lat zostało mu dużo?- znów, zastanawiam się, jak to ja, po cichu. Ale uśmiecham się, widzą ten żar w błękitnych oczętach, pijąc niedobrą herbatę.

Pan pasjonat, pan, który o 9 rano w niedzielę jest całkiem sam. Nie wiem czy jakaś żona, czy jakieś dzieci, nie pytam, pytam tylko o ryby, o ryby, które, choć same nie mówią tak, byśmy je mogli słyszeć, pewnie zza szyby przyjmują setki historii, historii mówionych ustami, historii które można zobaczyć w błękitnych oczach.
"Błękitne jak woda na plażach na południu" przemyka mi kolejna myśl, gdzieś obok głównego strumienia. To dobra myśl. Wyobrażam sobie staruszka na plaży, a ryby pływają koło jego nóg, błękitne gurami i czarne skalary, dookoła kostek. Taki przedsionek nieba.
Uśmiecham się do własnej myśli, uśmiecham się do staruszka. Minęła już godzina, ale mam ochotę na kolejną herbatę. Nie muszę nic mówić, sam mi dolewa, widzę, że chce zatrzymać mnie jeszcze na chwilę, chce opowiedzieć, a ja chcę słuchać, słuchać, słuchać.

Zapominam o słowach z nocy, które chciałam w sobie zamknąć, o tym, że czułam się sama. To znika, to się rozmywa, w kolejnej rozmowie o odmianie barwnej tuxedo mieczyków. To nie ma znaczenia. Cieszę się, że mogę słyszeć, a nie tylko mówić.
W Mozambiku istnieje pewne powiedzenie, że człowiek ma dwoje uszu i jedne usta dlatego, by dwa raz więcej słuchać, niż mówić. I gdybyśmy wszyscy to respektowali, ten świat byłby cudniejszym miejscem, bo nie chodzi tylko o słuchanie słów, a wszystkiego, co właśnie mówi i wszechświat, widzenie wszystkich znaków, jakie on daje.
Chcę więc słuchać starszego pana, jeszcze przez chwilę, bo mam dwoje uszu, bo nie mogę znów zapomnieć, że właśnie świata trzeba słuchać, o czym pewnie jeszcze kiedyś napiszę.

Słucham i uśmiecham się, gdy odławia mi wreszcie młode rybki, kilka barwnych, zwinnych sztuk.
Spędziłam tam dwie godziny, wreszcie wychodzę, mówiąc że wrócę.
Bo wrócę po krewetki niedługo, na pewno, wrócę też po kolejną historię, nie historię życia o której paplamy i paplamy na co dzień, a po historię z podwodnego świata, mówiącą o miłości dwóch czarnych ryb, mówiącą u cudzie ognia wśród chłodu, o podmorskich ogrodach.

Wrócę po kolejną część historii człowieka, który nie musi mówić o niej bezpośrednio. Wrócę po inny świat, bo każde zderzenie z drugim człowiekiem to zderzenie z obcym światem. Widzimy to tylko przy światach odległych, czasem jesteśmy za blisko ale...

Wychodzę z mieszkania, macham na do widzenia bezdomnym na klatce, którzy nadal tam są, wychodzę na mróz, nic że zatoki zapchane i żaden płyn do udrażniania rur przez najbliższe dni nie pomoże. Nie wiem czemu ale uśmiecham się, gdybym mogła to podskakiwałabym w cieniu wysokich kamienic, ale nie mogę, bo przecież pod sercem, pod kurtką mam słoik z rybkami, z najdelikatniejszymi dziećmi staruszka, dziećmi z innego świata, którego ja nie zrozumiem jak rozumie on. Ale mogę się od niego nauczyć.
Cholera, od każdego mogę się nauczyć, mam dwoje uszu po to.
Zakładam na nie czapkę, żeby nie odmrozić sobie uszu. Na złość mamie. A raczej na złość sobie. Bogowie moi, jaka ja byłam głupia! Jaka ślepa, jaka idiotka. Jaka byłam znów, przez chwilę...zmęczona. Ale to nic. To nic, bo już dziecko dostało prezent od świata, wcale nie rybki, a historię, a radość prawdziwą błękitnych oczu nad za słabą herbatą.
Żal gdzieś znika, cień gdzieś zaczyna się odsuwać.

Wyciągam telefon, dzwonię do przyjaciółki, słucham co ma mi do powiedzenia, słucham jej kolejnej łzami zaprawionej historii, czuję jej ból, ale ten nie miesza się z moim, bo moje małżeństwo cierpienia pod sercem zawiązane wczoraj, mojego i cudzego cierpienia, tamtego pustego domu, gdzieś sobie to małżeństwo poszło, gdzieś umarło na chwilę. Czuję jej ból, mojej kochanej przecież kobiety, ale nie mogę mu się poddać, mówię, że wszystko będzie dobrze, mówię, żeby wpadła po południu na kawę jeśli nie boi się zarazić, chcę ją przytulić, chcę wytarmosić, nakarmić porządnym obiadem o tak najlepiej wyrażam nieraz miłość, karmiąc, chcę otulić kocykiem mojej fali czułości, chcę być, bo być dla drugiego człowieka, tak po prostu bywa najważniejsze i nieraz za niego wierzyć.

Potem dzwonię do Idy, żeby powiedzieć, że piękny dzień i niech się uśmiechnie i żeby jednak wpadła do nas na Sylwestra, a nawet wzięła Młodą, w razie czego będziemy uważać, żeby za dużo nie wypiła. Śmiech na końcu rozmowy, śmiech mimo wszystko.

Stąd bierze się nasza wiara, myślę gdy chowam telefon już do kieszeni, stąd właśnie, że możemy ją dzielić. A każdy z nas, każda samotność, chce by przed śmiercią wysłuchano jej historii, mamy dwoje uszu, ja mam dwoje uszu, więc będę słuchać, a świat przecież słucha mnie. Potok dobrych myśli, uśmiecham się do słońca, słyszę jak woda pod kurtką lekko chlupocze.

Idę w kierunku swojego domu i tego przecież, którego najbardziej kocham.

Wszyscy jesteśmy powiązani, myślę, nasz ból się dzieli, ale nasza radość mnoży, jak znowu wczoraj mogłam być taka ślepa, jak mogłam robić z siebie zadufane dziecko w środku, śmieszną cierpiętnicę, żal się dzieli, ale radość mnoży, daj trochę radości, daj trochę uwagi, a sama ją otrzymasz. Myślę o staruszku dzielącym się radością swojej pasji, myślę o staruszku mnożącym we mnie swoje dobre uczucia i myślę o jego samotności, bo na pewno jest samotny, samotnych naprawdę ludzi łatwo rozpoznać.
Myślę, jak przez moment nawet samotność łatwo rozjaśnić.
Myślę, jak mogłam być głupia złorzecząc, mówiąc sobie w nocy nie masz do kogo zadzwonić, jak masz tylu dobrych ludzi dookoła.

Błyski światła, błyski tego co dobre.

Chcę biec wręcz do tego którego kocham, przypominam sobie, że lodówka pusta, nic na obiad wpadam jak burza do jednego z otwartych sklepów i kupuję, kurę na rosół, bo musimy wyzdrowieć, a rosół to odwieczne gusło, bo gotowany z miłością na pewno stawia na nogi.

Wpadam jak burza do mieszkania, widzę tą zasmarkaną, zapuchniętą twarz, którą przecież tak kocham. Odkładam kurę na stół, rybki wpuszczam do akwarium, niech zamieszka to część z historii staruszka. Niech mi przypominają, niech żyją, w podwodnym pięknym ogrodzie!
Widzę zapuchniętą zasmarkaną twarz, słyszę kasłanie, biegnę zrobić herbaty, gdy czekam aż woda się zagotuję wciskam się na łóżko, przytulam, taka cała ubrana, taka trochę przemrożona i przytulam się do męża.

-Jak się czujesz, kochanie?- pytam, chcą słyszeć, wiedzieć, chcą naprawdę usłyszeć każdy żal i na ten żal przyłożyć plasterek mojej miłości, czułości, bo ta zawsze najlepiej przede wszystkim leczy.
-Jak wróciłaś to mi lepiej...-mamrocze mi nad uchem słabym głosem.
Och. Serce się raduje.
Przypominam sobie, że jedną w najważniejszych rzeczy jest to, by ktoś wysłuchał naszej historii, zanim umrzemy, chcemy dopowiedzieć ją komuś do końca. Ale ważniejsze nieraz to czuć się potrzebnym być tym, komu ktoś historię chce opowiedzieć. To buduje największą radość pod sercem i przegania każdy cień.

Myślę o tym, gdy bulgocze właśnie wesoło rosół, ten, który powinien być gotowany przez 3 godziny, żeby był naprawdę dobry. A potem podam go temu, który smarka i mówi że umiera, choć ja czuję się to samo, a potem ten zrobi mi herbatę, zaskakując, że jednak chodzi nie odbijając się od ścian. A słońce uśmiecha się wesoło zza okna, a koty się tulą do stóp jak małe grzejniczki, a rybki wesoło pływają i cieszą się, być może, z nowego domu. 5 czerwonych rybek, które choć nie złote, spełniają życzenia, całkiem inne niż te z bajek które opowiadani nam gdy byliśmy dziećmi. Te są z mojej bajki. 

Będę musiała potem opowiedzieć o tym staruszkowi, choć, już opowiedziałam wam.
Ale słyszałam też, że nie ma znaczenia, ile razy opowiemy daną historię. A jak i co chcemy nią przekazać.

Ja dzisiaj znów chcę przekazać trochę swojej radości, trochę ciepła w tym mrozie. Bo życie jest ciepłem, jeśli tylko nie poddajemy się okazyjnym wichrom.  




Więc sądzisz że powinienem ulec 
Tej przesuwającej się granicy
I zasiać strach po moim przebudzeniu?
Czy powinienem wznieść głowę wysoko
I pozostawić za sobą ból i wspomnienia
Pozostawić za mną to czyste, chłodne powietrze?

Więc nie pozwól, by świat cię zniszczył
Nie wszyscy są tak pojebani i zimni
Pamiętaj p[o co tu jesteś
I dopóki żyjesz
Doświadczaj ciepła, zanim się zestarzejesz. 


poniedziałek, 22 grudnia 2014

O pierwszej zimowej pieśni drozda, o Słońcu które rodzi się na nowo i pokonuje każdy mrok, czyli o tym, czego chciałabym wam życzyć przy okazji i waszych świąt

Nie pogrążę się w smutku,
gdy świat jest pogrążony we śnie, gdyż nie ma śmierci, są tylko wieczne sny i te, które topnieją wraz ze Słońcem.
Nie smucę się, gdy wieje lodowy wiatr.
Nie smucę się, gdy śnieg okryje świat jak grobowiec
Gdyż wszystko stanie się kiedyś przeszłością.

Recytuję te słowa, zapalając ogień czerwonej, głównej świecy na ołtarzu.

Ten ogień tobie poświęcam Matko, o Pani, Biała Bogini,
Ty tworzysz życie ze śmierci, światło poczynasz z mroku, ciepło wydobywasz z zimna
Ten ogień Tobie poświęcam Pani, gdy Słońce ożywa ponownie, na początku i końcu czasu,
Gdy stajesz się oto na nowo Matką, gdy przynosisz słońce i ciepło całej Ziemi.
Gdy pokonujesz na nowo mrok.
Tej najdłuższej nocy roku poświęcam ci święty ogień by wskazał i nam drogę
Tej ciemnej nocy proszę Cię, Matko, rozświetl i moją duszę.
Daj i mi nadzieję na wiosnę, niech i ja usłyszę śpiew drozda w swoim sercu.
Daj mi nadzieję i daj ją też tym, których dosięgnął mrok, zwłaszcza tego roku, gdy światła zabrakło.

Mówię to, zapalając kolejne, te przeze mnie postawione białe świece na ołtarzu. Każdy z nas ma swoje dziękczynienia i prośby. Prośby i podziękowania zanoszone przy zapaleniu świec.
Każdą z nich podkreślamy wspólnie, modlimy się zgodnym chórem, po każdej z białych świec.

W tym ogniu czcimy cię Matko, która wreszcie odpoczniesz,
Ty, która tworzysz i dajesz życie, zimno i ciepło.
W tym ogniu witamy cię Synu i Kochanku, który zaczynasz żyć raz jeszcze.
Witamy Słońce i zapraszamy ciebie, Wielka Matko, do naszego kręgu
Daj nam nowe światło, nową nadzieję,
Daj nam nowe światło łaskawego Słońca.

Dla mnie to święto, Yule, które wczoraj nastało miało szczególny wymiar. Zapalając świece chciałam wręcz płakać, choć może nie powinnam, bo przecież... Chciałam płakać, jeszcze zmęczona mrokiem, który nastał tej jesieni, który nastał, gdy Słońce umierało każdego dnia. Coraz mniej go w świecie, coraz mniej w moim sercu. Coraz mniej, choć można robić wszystko, by udawać nawet przed sobą, że jest dobrze.

Pomyślałam też o innych ludziach, których dosięgnął cień.
Ja w tym roku mam swój jeden, wyjątkowo wyraźny. I część z nich zapewne też...
Cień tęsknoty, który w tym roku właśnie jest tak wyraźny, wraz z traceniem Słońca, dosłownego i symbolicznego. Bo strata może właśnie w ludzkim sercu sprowadzić największy mrok. Tęsknota może stać się zniszczeniem, zimnem, choć nie powinna. Pomyślałam o tych, których łączyły więzy krwi z tym, który odszedł. O tej, która kochała go jak kobieta i którą on ukochał. O wszystkich osobach, które poznałam po tej stracie, nawet...poznałam z daleka, poznałam jako echo i poznaję nadal, każdego z dni.

Ktoś umarł. Coś umarło. Ale tam gdzie jest śmierć, jest i życie, Odwieczny krąg, cykl życia, odwieczne prawidła, których my w, póki jesteśmy dla tego świata, nie potrafimy w pełni zrozumieć miarą naszego umysłu.

Yule, nasze święto, dzień końca, dzień zamierania ale i odpoczynku, dzień początku.
To dzień by spojrzeć wstecz i zastanowić się nad tym, co było, spojrzeć w zwierciadło siebie.
To dzień, by spojrzeć w przyszłość, by mieć nadzieję i nowe plany.

Mówi swoim mocnym głosem w naszym kręgu mój Mąż.
Patrzę na niego, na nowo wszystko rozumiejąc, przy płonących świecach. Łzy cisną mi się do oczu. Przypominam sobie noc parę dni temu, gdy niejasno, przebudzona w nocy pomyślałam "muszę zapytać się Królika, co robimy w Yule". Widzę noc, w której przebudziłam się na dobre nadal nie wiedząc, co jest snem.

Spoglądam wstecz i widzę poprzednie święto, Samhain, które spędziłam nie w kręgu, a z jednym przyjacielem, którego już nie mam. Święto, dzień, w którym już wiedziałam, zapalając całkiem inny ogień, który miał chronić, a który nie ochronił...wcale nie ochronił, przyszła Śmierć ale...
Śmierć to początek, Słońce musiało umrzeć, by na nowo powstać z Białej Bogini. Pan Ostrokrzewu, Pan niosący ciepło, niosący nową wiarę.

Spoglądam wstecz i widzę mrok, który mnie w tym roku dosłownie dosięgnął i z którym muszę sobie przecież poradzić.

Czy to właśnie czas, by ostatecznie odrodzić się, jak to światło? Przepędzić ciemność. Przepędzić lodowy wicher. Nie pogrążę się w smutku, gdyż wszystko stanie się kiedyś przeszłością. A nam przychodzi się odradzać, znów i znów, aż do końca, do prawdziwego końca i prawdziwego początku, gdzieś, kiedyś, gdy wszystko zrozumiemy. Pojmiemy nie rozumem, a sercem.

Świętujemy nowy rok Słońca- mówi Kuba nalewając każdemu z nas gorące wino z przyprawami, z ziołami prosto z kotła- Świętujemy nowy rok, który jest obietnicą, poświęcamy święte drewno- mówi, wrzucając w ogień nasze symbole- Świętujemy nowy rok Słońca, skupiając się na energii, która wszystkich nas przenika. Na nowym Świetle w każdym z nas.

Wszyscy pijemy wino. Rozgrzewa od środka, ostre przyprawy korzenne palą w gardło. Ale to dobrze. W brzuchu, tuż pod sercem zagościło dobrze znane fizyczne ciepło.

Ty który musiałeś umrzeć, teraz rodzisz się na nowo. Prowadź nas swoim światłem przez zimowe miesiące, miesiące spoczynku naszej Matki, prowadź nas czekających na wiosnę, a odradzających się każdego dnia. Niech i w nas zapłonie światło Yule.
To, co spłonie w ogniu, przyniesie nam ulgę i da nową radość

Mówi Iv, chwytając mnie za rękę, za drugą chwytając Kubę. Siadamy w naszym małym kręgu, trzymamy się za ręce, przekazując sobie energię. Wyciszamy się, zaczynamy medytować, każdy modli się w sobie, w środku.
Ciepło w brzuchu podchodzi do serca. Czuję pod nim ciepłą kulę, widzę w sobie nowe światło. Światło które wraca, które odradza się we mnie. To co musi umrzeć, musi odejść, to co ma się narodzić, musi przyjść. Prowadzić mnie dalej.
Czuję ciepło, czuję nową siłę, czuję niesamowitą radość. Prawie nieświadomie ściskam dłoń mojego Męża, będącego tuż obok.
Matko i Ty, który dzisiaj wreszcie wyzwalasz się z jej łona, dajcie mi nową siłę. Dajcie mi łaskę, dajcie ją też wszystkim tym, których pochłonął mrok. Rozświetlcie nam na nowo drogę. Niech to co było- zostanie w tyle. Niech to co będzie, będzie jak płonący w środku ogień, którego nie można zgasić.
Widzę przed oczami wiele twarzy, twarzy, których nie znam. Tak, za was też chciałam się modlić, prosić o łaskę tej energii, tego świata. Niech i do Was dotrze. Pomyślałam o tych, którzy stracili w tym roku naprawdę dużo. O swojej rodzinie. Pomyślałam o tej, którą kochał ten, który odszedł. O paru ludziach stąd nawet. O Red, z którą miałam się spotkać, o Asiku, której twarz już znam, o Lusi, o Anonimowej, o Morthcie, o Martynie, która pewnie w oddali też zapala świece. O wszystkich, którym wysyłałam jego listy. Niech i do was dotrze światło, myślałam, Bo ono jest. Właśnie ciągle jest, nawet, gdy nie trzymamy się za ręce.
Światło jest w każdym z nas. Rodzi się na nowo.

Nie wiem jak długo to trwało. Nie wiem, jak długo trwaliśmy tak, rozpalając już nie świece, a własne dusze, podczas tej najdłuższej w roku nocy. Nocy, po której wszystko zaczyna się na nowo. Wraca ciepło, wraca nowa siła, choć zdaje się, że przed nami najtrudniejsze dni, dni zimy, w której wszystko umarło.
Nic nie umiera wiecznie.

Och, Bogowie moi, dziękuję! Nie chciało mi się już płakać. Chciało mi się śmiać, szczerze, jednak ze wzruszeniem, śmiać.

Usłyszałam jak z oddali Iv nuci jedną z piosenek, która może w zamierzeniu wcale nie miała mieć takiego znaczenia...ale my zawsze śpiewamy ją w Yule.

A winter's carol
First song of the robin...

Przy jej delikatnym głosie zaczęłam mówić, nie otwierając wcale oczu, czując, że znów powróciło. Czując radość z narodzin, czując radość z tego, co na nowo rodzi się w człowieku, pomimo otaczającego mroku, który zaczyna topnieć z każdym dniem. Z każdą minuta.

Wielki Panie lasów, Biały Jeleniu
Witamy cię, wracającego z Cieni
Panie Światła
Koło powróciło, zatoczył się pełen okrąg
Wzywamy Cię więc z powrotem, ogrzej nas!
Wielki Panie Słońca, witamy Cię z powrotem wśród Nas
Oświetlaj nasze drogi, oświetlaj Ziemię.

Gdy kończę, słyszę kolejny głos, z boku, przy stale nucącej Iv.

Witamy Cię, wszystkie błogosławieństwa dla Ciebie, odrodzony, Jedyny Słońca!

Otwieram oczy. Brakuje mi jednej twarzy, brakuje tego, z którym też od wielu lat spędzałam Yule. Ale widzę inne twarze, spokojne, szczęśliwe. Wszyscy po długim czasie medytacji, własnej wewnętrznej modlitwy, czujemy znów, jakbyśmy to my tez rodzili się na nowo. Nowy początek, światło w mroku. To za nim trzeba nam teraz podążać.

Zamykamy krąg jak zwykliśmy to razem czynić, pozwalamy świecom jednak dalej się palić. Są dla tej nocy i tej nocy zakończą swój żywot, topniejąc. Zaczynamy swoją zabawę.

Jestem dziwne jednak wzruszona dalej, jakby na nowo otworzyły się we mnie tamy, przychodzą kolejne fale wewnętrznego oceanu. Ale to wcale nie sztorm, to spokojne ich bicie w mojej duszy. Duszy oświetlonej na nowo. Jeśli mam płakać, to z radości.

Ubieramy razem drzewko, które zostanie u Iv. Potem posadzi je w jakimś lesie, jak zwykła to robić. Nigdy nie zabijamy przecież niepotrzebnie tego, co żyje, jeśli można tego uniknąć. Więc niech będzie prawdziwe, żywe, z korzeniami. To lubi ubieranie, nie poświęcając życia.
Jemy nasze ulubione świąteczne przysmaki. Orzechy żurawinę. Każdy dał coś od siebie. Pijemy wino, pijemy wassail i miód. Śpiewamy dawne pieśni i tą jedną piosenkę, którą kiedyś odkrył Królik. Ten, którego zabrakło, ale jest nadal, tylko inaczej. Choć nie zawsze możemy to pojąć. Ten, który jest też jakoś światłem, choć jego odejście pogrążyło wielu w mroku.

Iv z Kubą przygotowali w tym roku z rozmachem przedstawienie- pantomimę mówiącą o ponownym narodzeniu Słońca. Oglądamy częściowo poważni, a częściowo śmiejąc się. Jako i śmieje się pewne do nas świat, Pani i Pan.
Wpatruję się w kominek w ich domu, widząc dosłowny ogień i czując ten w sobie. Płonie, jasno płonie, szykując mnie na zimę...szykując mnie na kolejną wiosnę. Prowadząc. Bogini w środku mnie, Biała Kobieta uśmiecha się szeroko.
Och, jak pięknie!
Myślę z radością o następnych 12 dniach, w których modlitwa będzie wyjątkowa, w których rozpalać będzie się ogień.
Zaczęliśmy więc zimę, dając Matce Naturze, Pani, odpocząć, zaczęliśmy zimę, pokonując tak naprawdę mrok, bo żaden nie trwa wiecznie.
Tak, to wszystko jest wspaniale urządzone.

Jak widzicie, ja już swoje słońce, swoje ciepło otrzymałam. W pięknym rytuale dzielonym ze wspaniałymi ludźmi, odżyłam na nowo, jako i odżywa świat, choć pozornie zamiera właśnie. Śmierć to tylko ułuda...Ale dość już o tym.

Wiem, że następujące dni dla wielu ludzi będą właśnie, albo powinny być, przepełnione takim ciepłem. Ciepłem być może odnalezionym w którymś z Bogów, w ludziach, w sobie samym.

Tak naprawdę widzicie bowiem, dla mnie wiele to się nie różni. Dla mnie narodziło się Słońce, na nowo, uosobione w rytuale Panem. Męska siła, rozświetlająca drogę. Zakończył się pewien cykl i zaczął. Miałam za co dziękować, miałam o co prosić. I wierzę, że świat, Bogowie temu sprzyjają.

Dla wielu pewnie symbolicznie rodzi się ich Bóg, Jezus, może także Bóg o innych nazwach. A ja...nie tworzę tu naprawdę żadnych granic. Jak dla mnie wierzymy w to samo, nawet, jeśli inaczej to nazywamy. Ba, dla mnie wierzymy w to samo nawet jeśli ktoś mówi, że nie wierzy. Tylko widzimy na swój sposób, na swój sposób nadajemy nazwy, na swój sposób odczuwamy. Czasem tak jak nas nauczono, czasem tak, jak sami znaleźliśmy, czasem tak, jak zwątpiliśmy- bo i zwątpienie jest potrzebne. To, jak czujemy, co czujemy, być może nie ma w tym momencie najmniejszego znaczenia w samym środku znaczeń.
Nasze święta nawet za bardzo się nie różnią,jeśli obchodzicie jakiekolwiek ze świąt w tym okresie. Ponoć też jedne ze świąt wywodzą się z drugich, choć nie będę się w to teraz wgłębiać, kto wie, to wie, kto chce, to znajdzie. Ale używamy tych samych symboli, które też może zmieniały się przez wieki. To tylko nazwy, jedno wiąże się z drugim i...może ktoś mnie za to skrzyczy, powie, że prawię herezje. Ale nie chodzi o nazwy, a o czucie. Może wierzę w innych Bogów, choć tak naprawdę, wszyscy są jednym. Nie o to teraz chodzi.

Chodzi o ciepło. Chodzi o światło. Chodzi w końcu o miłość, płynąca ze świata pod różnymi postaciami. Miłość, którą zawsze można poczuć, a w niektóre dni aż rzuca nam się w oczy, bo chcemy ją dostrzec wreszcie, choć przedtem się broniliśmy przed nią.
I właśnie w te dni, w które wielu z was świętuje narodziny któregokolwiek z Bogów, chciałam po prostu tego światła życzyć, tego, które i mnie przepełniło wczorajszej nocy, najdłuższej w roku, a wcale nie mrocznej.
W te dni, kiedy wielu z was będzie odpoczywać, cieszyć się ubranym drzewkiem, zapachem lasu przyniesionym do domu, w te dni, kiedy będziecie zajadać się wieloma przysmakami i leczyć się z przejedzenia, chcę wam życzyć właśnie ciepła i światła. Odczuwania miłości wśród bliskich, a nie poddania się medialnej nagonce ispiny dotyczącej prezentów. Bo one wcale nie są ważne.
Chcę wam życzyć wyjątkowego nastroju, nastroju pełnego modlitwy jeśli wierzycie, skupienia nawet jeśli nie wierzycie, ale i życzliwości wobec tych, którzy stąpają obok nas po śpiącej już teraz ziemi.
Chcę wam życzyć, by po prostu w te dni zalała was fala wspaniałości i dobrego rozrzewnienia. Byście nawet, życząc sobie przy opłatku rozmaitych rzeczy, czasem banalnych a czasem tak ważnych. popłakali się ze wzruszenia przy bliskich i dalekich, by nie było to tylko ot tak, bo trzeba. Chcę wam życzyć prawdziwości.
Z okazji mojego Yule, z okazji waszego Bożego Narodzenia. W te dni po prostu, wszystkiego dobrego. A zresztą, nie tylko w nie. Niech to słońce, jego cząstka, cząstka atmosfery uśmiechu i ciepła waszych świąt towarzyszy wam cały rok. Niech rozświetla się każdy mrok, niech rozświetla się dzięki waszym sercom, Bogom, w których wierzycie, dzięki miłości. Bo w gruncie rzeczy i tu o nią chodzi, tylko o nią.

Stwierdzam, że te daty to dobra okazja, by afirmować, by mieć odwagę prosić wszechświat o to, by nam wszystkim sprzyjał. Więc, po prostu- wszystkiego dobrego na święta i nie tylko właśnie. Rozgrzejcie serca i ogrzewajcie swoim blaskiem wszystkich, których spotkacie na swoje drodze.
No i dobra, dodatkowo, trochę mniej poważnie, niech wam będzie - nie zadławcie się karpiem! :D



Zimowa pieśń
Pierwsza piosenka drozda
Zimowa pieśń
Niesie się echem przez świat.
Słyszę ją
Rozlegającą się od sosny do dębu
Niosąc nam, wraz z grudniowym śniegiem
Niosąc nam pradawny podarunek
Przewiązany złotymi wstążkami
Podarunek dla całego świata

Królowa Lata była w ciemnościach
Królowa Lata poddaje się
Odsłania przed nim swoje wino i sekrety
Przez pewien czas połączą Ogień i Mróz węzłem małżeńskim
Poprzez zimową polanę
Las wita śnieżnobiały wieczór
Co roku Król Ostrokrzewu przekazuje pochodnię zgodnie z przeznaczeniem
Poprzez zimową polanę
Ostatni pocałunek i nowy początek
Królowa Lata nosi jego wieniec
Wkrótce wraz ze słońcem uniesie się w górę
Poprzez zimową polanę
Las wita śnieżnobiały wieczór
Czterema cisowymi różdżkami
Król Ostrokrzewu przekazuje pochodnię zgodnie z przeznaczeniem

-Winter's Carol

sobota, 20 grudnia 2014

O tym, że "jeśli niebo ma pęknąć, to musi być droga powrotna do miłości i tylko do niej", czyli o mieszaniu poezji i prozy w uczuciach każdego dnia.


Dzisiejszy dzień spędziliśmy we dwoje, całkiem we dwoje. Aż śmieszne, ale najlepszą zabawą było dla nas wspólne sprzątanie, gotowanie, podczas którego prawie spaliliśmy obiad w przerwie na namiętność na stole. Tego potrzebowałam po naszym chwilowym rozstaniu, na te parę dni. Takiego czasu. Spokojnego, bez szarpania, znajomych, imprez nawet, bo czasem trzeba po prostu być we dwoje. Takie wspólnego gotowanie i oglądanie filmów. Robienie śniadania rano dla dwojga. To pewne ciepło, które napędza na początku tej jakże trudnej po jesieni zimy. Spokojne ciepło prozy.

Prozy, nie poezji. Jak to, zapytacie? Miłość to poezja przecież.
Nie. Dla mnie to proza, najpiękniejsza proza. Swojego czasu właśnie tak o swojej miłości pisałam, pewien tekst, napisany jako jeden z niewielu od długiego czasu. Do zbiorów "Love Letters", które w lutym wydawali Królik z Fredsem :

To stało się tak nagle. Zabrakło na Ciebie poezji. Stało się jej tak żałośnie mało. Ta miłość pożerała poezję, wsysała ją jak odkorkowana wanna wodę, jak trąba powietrzna dachy domów. Tak łapczywie wchłaniała wersy, że pewnego dnia nie było już ani jednej metafory, która mogłaby opisać to uczucie. Wtedy zabrałam się za prozę.

Tak właśnie to pamiętam. Z dnia na dzień stawałeś się prozą, najpiękniejszą prozą życia jaką kiedykolwiek zaznałam. Kiedy jeszcze nie umieliśmy tego nazwać, kiedy rodziło się samo przez się, w nas i poza nami, poza naszą świadomością, poza wolą, właśnie wtedy kiedy stawało się i rodziło, takie niedojrzałe, niepewne, wtedy uświadomiliśmy sobie że wrośliśmy w siebie i to my nawzajem w sobie tak mościmy się niecierpliwie, szykujemy miejsce. Do dziś nie wiem którędy we mnie wszedłeś, gdzie znalazłeś ten drobny przesmyk, wyrwę w murze którą dożylnie podawałeś mi coraz więcej ciepła, by płynęło do serca, obijało się komorami, wypełniało płuca urwanym oddechem i mąciło w głowie. Mówiłeś, że to przez piwo, że coś do niego dolewają, a to Ty dolewałeś i to właśnie kiedy patrzyłam, w oczy mi prosto dolewałeś, serce napełniałeś i wlewałeś w drżące dłonie. Może właśnie tędy wszedłeś- oczami próbującymi odgadnąć jaki kolor tęczówek na dziś, może nosem narkotycznie wciągającym z dymu papierosowego Twój zapach, ustami które gryzłam śniąc o Tobie, uchem jednym, bądź drugim które słyszało już tylko Twój głos, może wszedłeś do mnie dłońmi, prześlizgnąłeś się między splecionymi palcami, wszedłeś między płytkę paznokcia a zielony lakier i nie można Cię było już zmyć. Nie wiem którędy, ale pojawiłeś się tak mocno, że piosenki, księżyc, gwiazdy, piwo, bilety, zeszyty, sukienki... że wszystko stawało się Tobą.

A kiedy już się urodziło i stało, kiedy porwało nas bez reszty, rozszarpało i skleiło mieszając Twoje urywki z moimi, wtedy właśnie zabrakło poezji. A może i sami skazaliśmy ją na banicję. Bo poezją pisze się te ostatnie listy i kradnie pocałunki, z poezją można upadać wzniośle i łzy wylewać tak czyste, że makijaż się zmywa. Zamieniliśmy poezję na prozę. Bo nasza proza pachnie kawą i spokojem. Dopada nas rano słońcem i przebudzeniem powolnym, przeciąganiem się, strzelaniem kości, ziewaniem. Smakuje jesienią, śmiechem i problemami. Nie kończy się urwanym wersem. Nie pisze mi Ciebie metaforą.

Ostatnio zdarza nam się obserwować pewną świeżo upieczoną parę, naszego współlokatora i moją znajomą ze szkoły. Tak jakoś, jako kolejni ludzie, zeszli się przez nas. Nie to, że ich swataliśmy, ale po prostu, poznali się dzięki nam.
Nieraz bywamy złośliwi. Zresztą, oboje i ja i Mąż nieraz tryskamy nadmiarem ironii, a we dwójkę tworzymy nieraz prawdziwą lożę szyderców, którą trudno niektórym aż znieść.
-Ej, Basia, a pamiętasz, jak miałaś te 16 lat i zamykałaś się po ciemku w pokoju i macałaś z facetem?- żartował sobie Mąż, gdy do naszego współlokatora przyszła właśnie Natalia.
Och, pamiętam. I za nic bym do tego nie wróciła.

Świeżo zakochana jest też moja Kaśka, o czym już mówiłam w jednym z wpisów. Jakże ta kobieta szczebiocze! Miło aż się na nią patrzy, wylewa się z niej euforia, chodzi rozpromieniona, oczy jej błyszczą. Mam nadzieję, że trafiła wreszcie na odpowiedniego partnera, zresztą, wszystko na to wskazuje. I naprawdę, wszystko cudnie, cieszę się jej szczęściem ale…wiecie, że nieraz to bywa irytujące? Nie zrozumcie mnie źle- wiem, że robiłam to samo. Ale dla otoczenia to nieraz bywa zabawnie drażniące, „bo on to, bo tamto, bo taki wspaniały!”. Cholera, doszłam do wniosku, że robiłam to samo. Gadałam o moim Mężu pewnie na prawo i lewo, gdy tylko się zeszliśmy, jestem pewna, choć nawet tego sobie wielce nie przypominam. Jednak, co gorsza, gdy ktoś mnie teraz zapyta o niego…robię nadal to samo.

Cóż, czasem wpycha się komuś swoje uczucia do gardła. I to wspaniałe, gdy ktoś się dzieli tak swoją euforią, genialnie się na to patrzy ale nieraz może z pewnym przymrużeniem oka. I nie, nie jestem tu wcale złośliwa. Sama pamiętam swoje euforie w poprzednich związkach smarkuli....tak samo jak pamiętam kurwienie po miesiącu, jaki to palant i jak się z tym i owym nudzę! Taką miałam naturę, póki nie ugłaskał mnie mój Mąż- szybko się nudziłam. Szybko ekscytowałam i uciekałam. Wiem, że podobnie ma Kaśka więc...to nie jest nawet złośliwość. To realne patrzenie, patrzenie prozy na poezję.

Uważa się w pewien sposób, że pierwsze 3 miesiące związku, zakochania są najwspanialsze. Potem przywykamy chemicznie, stajemy się coraz mniej naćpani i bum!- czasem zderzamy się z rzeczywistością. Wielu mówi, że tęskni za tym okresem pierwszych miesięcy, pierwszego roku. Tak patrząc na Kaśkę, siebie z przeszłości i parę innych znajomych, sama się nad tym zastanowiłam. Czy ja tęsknię, będąc z Mężem, co prawda tylko niewiele ponad 6 lat (bo w perspektywie życia to mało), czy tęsknię za tym szalony okresem euforii, pierwszego dotyku? Czy kuje mnie to w jakiś sposób, uwiera, że obok sms-ów typu „ kocham cię jak wariat i nie mogę bez ciebie żyć”, "bez ciebie moje życie byłoby cholernie puste, wiem to jeszcze bardziej, gdy nie ma ciebie obok (to z ostatnich dni)" czasem dostaję wiadomość „aha, kup jeszcze srajtaśmę, bo się skończyła”?

Zastanowiłam się nad tym poważnie- między innymi, dlatego pewnie, że w okresie grudnia i spada mi libido ( zamiast paru razy dziennie starcza mi raz, no ludzie!) i atmosfera w mojej duszy jest jakaś, nie owijając w bawełnę, jest obecnie chujowa momentami. A tutaj lata mi rozszczebiotana Kaśka mimo tego co się stało, feromony współlokatora powodują, że jedna z naszych kotek stale ma ruję ( i nie, to nie jest żart, mamy kota ludziofila).

Zanalizowałam to porządnie. Czy te pierwsze miesiące jakoś nam uciekły? Myślałam parę dni o tym, będąc też w rozłące, odrywając się od statystyki. I powiem już teraz pewnie- nie. Nie zamieniałabym tego, co mamy na to, co było wtedy. I te miesiące nam nie uciekły. One stale są w nas, tylko- wkomponowane w resztę, którą zbudowaliśmy.

Rozmawiałam o tym z Mężem nawet –wiecie, co mi powiedział? Że te pierwsze 3 miesiące, a nawet więcej czasem bycia ze sobą, są najgłupsze i najokropniejsze. Zdziwiło mnie to. Bo każdy stale mówi, że to cudowne, ta rozkosz i motyle w brzuchu. Co więc jest nie tak?

Ano, Mąż ma cholera jak zawsze, ostatecznie jakąś tam rację.
Te pierwsze miesiące są najgorsze, bo najwięcej udajemy. Może coś w tym jest, może te pierwsze razy ze sobą, pierwsze spotkania, randki, nawet jeśli zaczynają się od pójścia razem do wyra (zdarza się, czyż nie?) to miesiące genialnego teatru, na który nieustannie się nabieramy. Często ona nie puszcza bąków i ZAWSZE ma orgazm pochwowy, a on nie mówi, że tak naprawdę ma fetysz stóp i czasem płacze na filmach. Nie mówię, że ludzie na początku związku kłamią, bynajmniej. Oni często sami w to wierzą. Chociaż ja od początku bekałam jak krowa na pastwisku, ale to wynika z specyfiki chyba, w jaki sposób ja i Mąż się zeszliśmy, a nie jest to normalna historia. Wynika to też ze specyfiki naszych popieprzonych charakterów i kumpelstwa tak naprawdę, bo jesteśmy też dla siebie wspaniałymi kumplami, którzy we dwójkę upijają się tanim piwem na kanapie oglądając durne horrory ( co mamy dzisiaj w planie zresztą).

Ale często na początku zawsze są kwiaty a ona zawsze ma wydepilowane nogi. Gdy zamieszkają razem, okazuje się, że on codziennie z pracy nie będzie przynosił bukietu, za to rozrzuca skarpetki, a ona tak naprawdę brwi ma regulowane i chodzi w ciepłym dresie. Co więcej, nie zawsze ma ochotę na seks. Ani ona, ani on- szok, co? Te pierwsze miesiące to czasem teatrzyk, toki, które mają swoje genialne strony. Ale szczerze- mi osobiście nie chciało by się do nich wracać. Naprawdę. Może jestem za leniwa na stan zakochania a może...po prostu kocham. Bo to kolosalna różnica.

Czy nie lepiej po prostu owe uwodzenie zawrzeć w tej prozie życia nieumytej zawsze podłogi (i Mąż i ja jesteśmy strasznymi bałaganiarzami…)? Szczerze- lubię gdy nadal mój mąż mnie adoruje jak w pierwszych miesiącach. Ale nie musi tego robić non stop, szanuję, gdy powie „chcę sobie pograć w Skyrima (chociaż wczoraj ten szacunek mi nie wyszedł gdy rzuciłam się mu do rozporka)” i posiedzi przed kompem w samych gaciach. Szczerze- to powoduje ten dziwny rodzaj czułości. Dokładnie, czułości. Nawet bąki potrafią rozczulać, gdy są śmierdzące, ale on z wielką przekorą w oczach powie "ale ja pierdzę pod kołdrą, żeby było ci cieplej!".

Nie chciałabym wracać do tych pierwszych miesięcy, bo chociaż jest tam pożądanie, wielkie emocje, czasem szarpanie, które można mieć i po latach- trudno mówić tam o tej specyficznej czułości, miłości, która cechuje związki z dłuższym stażem. Znacie wiersz T. Jastrunia „Przytul się do mnie”?

Jesteśmy tacy delikatni
Aż strach
Oczy z niebem i łąką
Chroni powieka z bibułki
Nóż wchodzi w brzuch
Łatwiej niż w chleb
A krew
Przy nieostrożnym ruchu kierownicy
Wyfruwa jak spłoszony ptak
Nasza płeć
Meduza wyrzucona na brzeg
Tylko przez chwilę wilgotna
Wszystko w nas
Jest bardziej kwestią czasu
Niż w przypadku cegieł
A nawet kruchego szkła
Kamień posiada nad nami
Druzgocącą przewagę
Więc przytul się do mnie

Tylko czułość idzie do nieba


Osobiście-uwielbiam go ( swoją drogą poznałam ten wiersz dzięki temu, kto czułość najbardziej cenił i cóż...jego naprawdę poszła do nieba. A raczej została wśród ludzi, którzy niebo mogą stanowić).

W każdym razie wiersz uwielbiam, ale tak naprawdę zrozumiałam go dopiero po paru latach bycia z kimś, kogo naprawdę kocham.
Miłość ma wiele obliczy. Poeci i muzycy zawsze stawiali na to narowiste, te, którymi pisze się właśnie wiersze. Ale jak napisałam jakiś czas temu,dla mnie i dla Męża zabrakło poezji.

I ja nadal to podtrzymuję. Miłość jest wspaniała, nieraz rani- ale najbardziej smakuje w pełni, po latach. Nie jesteśmy ze sobą długo- trochę ponad 6 lat, a to tyle, co nic. Mieszkamy ze sobą od 5. I doceniam te wszystkie zmiany, które w nas zaszły.

Te pierwsze 3 miesiące były poezją. Ale proza smakuje lepiej. Z dniem ,gdy coraz bardziej znasz tego człowieka, zdejmuje maski ,bo zaczyna ci ufać. Chociaż zawsze mówimy, że ufamy, od początku, to jednak tkwi w nas wszystkich małe spłoszone zwierzę. Nie oswoisz go w drugim człowieku randką, dobrym seksem czy kolacją. Oswoisz go czasem, pielęgnacją, umiejętnością pokazania łez, pokazania, że zależy. Zwierzę oswaja się powoli, a nie przekupuje. Bo czy przekupstwo pięknych słów jest coś warte? To, jak się do tego zabraliśmy, widać dopiero po czasie. I myślę, że nam to oswajanie idzie dobrze. Mnie w nim i jego we mnie.

Po latach nawet seks jest lepszy. Dużo osób może to zdziwi, ale po latach nie wpada się w rutynę, jeśli się tego nie chce, wręcz przeciwnie. Znając swoje ciała, to, co lubimy, czy nie powinno wzbierać w na coraz większe pożądanie? Nie jest już zawsze dzikie, choć nieraz może chce się zedrzeć po prostu ubranie albo nachodzi na seks w dziwnym miejscu…ale pełne jest też już umiejętności i czułości. A w seksie jak w niczym innym chodzi nie o ilość a o jakość. Poza tym, po latach umie się o nim rozmawiać. Owszem, seks pierwszych miesięcy może wydawać się namiętniejszy ale- ja tak nie powiem. Ja zawsze miałam wrażenie że to seks niezdarnych dzieci, a kobiety myślą za dużo o tym, co powinny a czego nie. Potem bariery puszczają, czyż nie?

I gdy tak patrzę na pewne dopiero co zakochane pary, cieszę się ich szczęściem, ale w pewien sposób, podświadomie, nie chcąc nikogo krzywdzić, czasem patrzę na to z przymrużeniem oka. Bo wiem, jakie euforie ja sama zawsze miałam. W jaką euforię wpadłam gdy wpadłam przy Mężu, wpadłam po uszy. Każdy kiedyś zaczynał i każdemu życzę takiego szczęścia i w pewien sposób wytrwałości, jaką my jednak mamy.

Bo wiem już po tylu latach, choć dużo to będzie 20,co najmniej, że kocham. Czasem pojawiła się na chwilę myśl- zimą- czy to nie jest tylko przyzwyczajenie? Ale ta myśl jak szybko się pojawiała, tak znikała. Tak samo moje myśli „czy ja się mu jeszcze podobam?” i jego podobne do moich. Momenty po kryzysach, bo te każda para ma przecież. Ale cieszę się z tej cholernej pewności, którą posiadam. Bo choć w życiu nic nie jest pewne- stąpam po twardym gruncie. Jego i mojej miłości.

Miłość ma wiele obliczy, ale w pełni nazwę ją dopiero teraz. W tej prozie, z tym powolnym trzaskaniem kości, z tym, że powoli już nawet teraz widzimy upływający czas- on łysieje, ja mam problemy z hormonami i tyję, widzimy ten czas- i zakochujemy się w sobie każdego dnia. Pomimo że jest zima, pomimo, że mam czasem swoje dziwne myśli nieraz, myśli potraumatyczne, jak zawsze wychodzące ze mnie wieczorami, wychodzące nieraz dogryzaniem, złośliwością i wybuchami gniewu. A on to rozumie. I kocha, kocha, kocha.

To cudowne smakowanie każdego dnia razem, nawet gdy jest gorzki. To dzielenie radości i trosk, tak po prostu, z własnej woli. Z własnej miłości, nie tej szarpanej, ale wciąż takiej, o której Frida może pisać wiersze.
Wiecie, co nas oboje najbardziej wzrusza?
Historia Carla i Ellie, znacie ją może? Ta z filmu "Odlot".




Mój mąż wyznał mi swojego czasu, że nie marzy o niczym innym, jak się ze mną zestarzeć i mieć te dwa fotele, jak właśnie owi państwo z owej bajki. Bo my mamy swój bajkę. Bajkę, wbrew gatunkowi, pisaną prozą.

I chociaż można mówić, że nie ma rzeczy wiecznych- bo w wieczne nawet ja nie wierze- to wierzę, że są rzeczy dłuższe niż ludzkie życie. I to może być miłość. Też nasza. I także-wasza. Kiedyś. Może zaczynająca się teraz, może trwająca, prowadząca do tych dwóch foteli i wielkiej samotności, gdy któreś odejdzie jako pierwsze.
Wiecie, jaki jest wyraz najcudowniejszej miłości? Opieka nad drugim gdy tego potrzebuje i pozwolenie odejść, gdy jest na to pora.
Ostatnio taką miłość mam okazję oglądać.
W miejscu, w którym mam praktyki jest pewna pani, mająca 87 lat, chora na zaawansowanego Altzeimera. Co dzień przychodzi do niej jej mąż. Sam chorując, nie był w stanie żyć z nią w ich własnym mieszkaniu. Nie przewinąłby jej pampersa, nie wsadziłby do wanny. To, że ona tam jest, to smutna konieczność. Ale on przychodzi codziennie, do tej niewstającej, niby nic nie rozumiejącej ptaszyny. Przychodzi i czule głaszcze ją po twarzy. Opowiada każdy dzień. Karmi, gdy tylko może. Mówi do niej, a jej oczy błyszczą, gasną gdy odchodzi, gdy musi wracać do siebie, bo kręgosłup nie pozwala, bo koniec godzin odwiedzin. To smutne, ale zarazem piękne. To jest miejsce, to momenty, gdy widać miłość, nie zakochanie. Gdy wygrywa proza, a nie poezja. A raczej...trwają razem. Bo wbrew pozorom, niczym się nie różnią. Jeno się uzupełniają.

Czasem trzeba też pozwolić odejść poezji, prozie i żyć dalej- bo ta druga strona by tego chciała. Wyraz najwspanialszego uczucia i siły z niego czerpanej.
Nie bójmy się zakochać, bo chociaż te pierwsze miesiące to teatr, choć w pewnym momencie będziemy cierpieć- czy ktoś złamie nam serce, czy ktoś umrze a my zostaniemy sami, to warto przeżyć najcudowniejszą przygodę życia. Z kimś, kto jest tego wart. Kogo po prostu kochamy- i odczuwamy jak siebie samego.


Tak. Kochać. Chyba jedna z najpiękniejszych rzeczy, jaka może nas spotkać w życiu.