Nie sądziłam, że tak to się
skończy. Nic przecież tego nie zapowiadało, gdy dzień wcześniej
wstałam jak zawsze rano, popędziłam na parking na którym
umawiałam się z Aśką i pojechałam na praktyki. Nic nie
zapowiadało tego dzień wcześniej, gdy po prostu przygotowywałam
śniadania, karmiłam, przewijałam, rozmawiałam i słuchałam
dawnych historii. Gdy śmiałam się przy kawie z innymi opiekunkami
z tego, jak dopadł nas w domu opieki istny armagedon z powodu grypy
żołądkowej, którą ja sama załapałam przecież tydzień
wcześniej.
Nic tego nie zapowiadało, tych łez.
Ani pieczenie ciasta na pożegnanie dla moich Ptaszyn, ani kupowanie
kawy dla chwilowych współpracownic. Ani gdy szłam spać, ani gdy
obudziłam się o 5 rano, zwlokłam się z łóżka i jak lunatyk
udałam się pod prysznic.
Ani podróż, ostatnia z Aśką w tym
miesiącu, w tym właśnie celu. By ostatni raz pojechać na
praktyki.
Ot, przyszłam, poszłam, tak po
prostu. Nic nie znaczący epizod w czyimś życiu, dziewczyna od
sprzątania, przewijania, karmienia i uczenia się, jak naprawdę się
opiekować. Jak zmieniać opatrunki, jak zakładać cewniki, jak
zmieniać worki stomijne czy karmić przez wgłębnik. Zwykłe
medyczne czynności, przecież przywykłam do szpitali, kocham to
robić. Nie przeszkadza mi żadna fizjologia, nie przeszkadza mi
śmierć, którą się karmię, całkiem egoistycznie przecież.
Nawet gdy przyszłam rano, przebrałam
się w szatni w szpitalne ubranie i wparowałam do kuchni z ciastem
pieczonym dzień wcześniej i tą cholerną, tradycyjną w Polsce
kawą. Później w śmiechu i łzach usłyszałam, że lepsza byłaby
flaszka.
Robienie śniadania, poranna toaleta,
zmienianie pampersów, kolejne kąpiele i wsadzanie do wanny,
delikatne mycie pani Marii, jednej z wielu, która w ogóle nie
kontaktuje, zmienianie opatrunków, przeczyszczanie delikatnie
odleżyn, podnoszenie na łóżku. Największa intymność której
już się nie odczuwa w ten sposób, jako coś niezwykłego, a
całkiem naturalnego. Codzienność. Od 9 grudnia po prostu
codzienność. Czy człowiek tak szybko przywyka? Czy człowiek tak
szybko się przywiązuje? Czy człowiek tak szybko...w jakiś sposób
może pokochać, sposób trudny nieraz do zrozumienia? Może. Okazuje
się, że może. Każdy po kolei.
Od rana to samo.
Podczas obiadu karmię panią Kazię.
Leżącą od dziecka, trochę niepełnosprawną umysłowo i całkiem
fizycznie. Mówię pani Kazi, że ostatni raz ją karmię w sumie na
obiad, bo od jutra mnie nie ma. Pani Kazia zaczyna szlochać jak małe
dziecko. Nie wiem co mam zrobić w pierwszym odruchu, ale śmieję
się, że nie ma co płakać, ktoś inny ją przecież nakarmi.
Po wczesnym obiedzie, bo przecież w
domu opieki obiady je się o 12, kolej na to, żeby pomóc kolejnej
pani Marii w łazience. Pomóc jej usiąść na toalecie, zmienić
pieluchomajtki, bo jednak trochę popuściła.
Pani Maria po wylewie nie może mówić,
czasem pojedyncze słowa są trafione. Lecz dotknęła ją prawie
całkowita afazja, to to spowodowało głównie niedokrwienie. Długa
rehabilitacja po udarze pozwoliła chodzić, jeść samodzielnie,
czasem nawet zrobić herbatę. Wiek jednak ma swoje prawa i choć
leczenie pomaga, działa jak przeciwwaga.
Poszłyśmy więc do łazienki, znów
opowiadałam jej jakieś anegdoty podczas gdy robiła po prostu
siusiu. Całkowita norma, dla kogoś nie do wyobrażenia. Pani Maria
nawet woli jak ktoś jest z nią w łazience, bo gdy skończy nie
musi czekać, tylko od razu ktoś pomoże wstać, ubrać się i pójść
do pokoju. Porozumienie na migi, jest już całkiem ubrana, myjemy
ręce.
I nagły wybuch płaczu. Widzę jak do
okolonych zmarszczkami mądrych szarych oczu napływają łzy, oczy
stają się czerwone, usta wyginają się w podkówkę. Pani Maria
wie, że nie wrócę. Nie pójdę z nią do łazienki i nie
pośmiejemy się, gdy puści soczystego bąka.
-Kochanie- pada niespodziewanie z jej
ust i przytula mnie. Nie sądziłam, że ta starsza kobieta może tak
mocno przytulić, tak, że aż traci się oddech. Choć może to nie
przytulenie, może to pierwsze emocje? Ocieram te łzy, wiem, o co
jej chodzi. Mówię, jak to ja, wzruszona troszkę, ale nic nie
okazująca, żeby się uśmiechnęła, że przecież to nic takiego,
są tu inni mili ludzie. Pani Maria wykonuje parę gestów, to żaden
język ustalony, tylko jej. Rozumiem go. Rozumiem język
zapowiadający rozstania. Ostatnie spojrzenia.
Wychodzimy z łazienki.
Po drodze mijam pokój leżącej pani
Oli, która nie chodzi, ma chorobę Parkinsona, cała się trzęsie,
ale umysł ma całkiem sprawny. Nieraz rozmawiałyśmy, to istna
dystyngowana dama. Gdy dowiedziała się, że jej poruszająca się
na wózku, nie widziana od 30 lat siostra mająca też na imię
Barbara, ma przyjechać z USA, szukałam jej w internecie wszystkich
okolicznych hoteli, żeby jakoś pomóc. Pani Ola, która słucha
Radia Maryja i czyta Nasz Dziennik i ostrzegała mnie przez
kupowaniem jogurtów z Niemiec. Pani Ola, z którą po prostu się
nie kłóciłam, tylko słuchałam, potakiwałam, bo o słuchanie
chodziło przecież.
Pani Ola woła mnie, gdy widzi jak
zapierdalam po korytarzu z koszem prania. Mówię, że zaraz przyjdę.
Podchodzę do jej łóżka, zatrzymana w tym szalonym biegu, jakim
jest ta praca.
Pani Ola też płacze. Mówi te
wszystkie miłe rzeczy, błogosławi mi zgodnie ze swoją religią, a
ja to przyjmuję. Mówi jak wspaniały mam uśmiech, zaraźliwy. Jak
strasznie będzie tęsknić, jak się cieszy, że chociaż przez ten
czas tu byłam. Będzie się za mnie modlić.
Nie, nie płaczę, choć widzę kolejne
zaczerwienione oczy.
Idę do oddziałowej, żeby wypełniła
mi papiery do szkoły, bo przecież muszę mieć podpisane wszystko,
dostać ocenę. Formalności. Ta jak zawsze oschła, śpieszy się.
Harda sztuka, zarządzająca całym oddziałem.
Mówi, że mam podskoczyć do dyrekcji,
bo chcieli mi coś powiedzieć.
Oho, przypał- myślę w pierwszym
momencie, sądząc, że dostanę burę za ukradkowe wymykanie się na
ćmika z innymi opiekunkami. Palenie przecież zakazane.
Nic takiego się nie dzieje jednak. Od
dyrekcji dostaję witaminy dla zdrowia, słodycze dla przyjemności,
dziękują mi, że tu przyszłam i im pomagałam.
-Przecież ja nic nie robiłam.- wyrywa
mi się w całkowitym zbaranieniu. Spodziewałam się opierdolu a tu
podziękowania? To ja zaczynam dziękować. Że mogłam się czegoś
nauczyć, pozwolili mi. To przecież oni zrobili coś dla mnie, nie
ja dla nich. Musiałam gdzieś zrobić praktyki, no nie? Sucha
logika.
Wracam na oddział, wysyłają mnie do
kuchni. W biegu po korytarzu z pokoju woła mnie pani Danka, z którą
różnie żyłyśmy przez ten miesiąc.
Pani Danka jest młoda, ma 40 lat. W
wieku 32 zachorowała na nowotwór mózgu, naciekający na pień, na
rdzeń. Żyje, ale jest przykuta do łóżka. Nie może nawet sama
obrócić się na bok. Jest strasznie sfrustrowana. Przecież miała
takie wspaniałe życie. Męża, dzieci. Podróżowała. Pokazywała
mi zdjęcia z Florydy, zdjęcia z innych wypraw. Zdjęcia z bankietów
z milionerami.
Teraz leży przykuta do łóżka w domu
opieki. Mąż wziął z nią rozwód, rodzina nie ma siły się nią
zajmować, zwłaszcza, że ma nieraz napady szału i nieraz choćby
mnie wyzwała od głupich kurew. Potrafi wydzwaniać dzwonkiem który
krzyczy o zagrożeniu życia, gdy przez 10 minut nikt z jej pokoju
nie wyniósł brudnego po kawie kubka.
Pani Danka woła mnie jednak i też
chce się pożegnać, sam na sam. Ona nie płacze, ale mówi tak
cholernie dużo, nieprawdziwych przecież rzeczy. Raz w myślach
przecież ją sklęłam. Nie jestem żadnym aniołem. Ze swoją
posturą i naturą niedźwiedzia, ze swoim rubasznym śmiechem i
kurwa na ustach. Nie jestem. Jest mi głupio. Nie, nie płacze.
Jeszcze nie.
Idę do kuchni z panią Agatą, jedną
z opiekunek zatrudnionych w domu opieki. Jestem rozedrgana mimo
wszystko, emocje grają podskórnie, łudzę się że nie widać,
żartuję. Nie spodziewałam się tylu miłych słów. Przychodzę,
odchodzę, prosta sprawa.
Pani Renata wlatuje do kuchni i mówi,
że trzeba przewinąć panią Agnieszkę.
Pani Agnieszka ma 94 lata, miała
urodziny dwa tygodnie temu. Nie kontaktuje wcale, tylko śpi i budzi
się na jedzenie, czasem woła swoją mamę. Gdy się ją kąpie,
woła mamę na ratunek, bo ktoś chwycił ją brutalnie i wyniósł z
bezpiecznego gniazda, jakim jest jej łóżko. Moja kochana Ptaszyna,
drobniutka, bardziej przypomina płód, niż dorosłe ciało.
Powykręcane łapki, którymi jakimś cudem potrafi jeszcze sama
chwycić kubek.
Zakładam więc rękawiczki, zmieniam
pampersa jak zawsze, mówiąc do niej, nucąc czasem piosenki.
Gdy odchodzę powoli od łóżka, pani
Agnieszka patrzy na mnie ogromnymi, ciemnobrązowymi oczami
zajmującymi pół jej drobnej twarzy.
-Mamo, gdzie idziesz?- pyta mnie z
ciekawością.
Nie powinno mnie to ruszać, przywykłam
że parę razy byłam dla niej mamą. Ale tym razem wychodzę po raz
ostatni. Coś chwyta mnie za gardło, wielka gula przesuwa się ku
górze, oczy zaczynają się szklić.
-Niedługo wrócę.- mówię spokojnie
jednak, a ona kiwa głową i zamyka oczy, znów udając się w krainę
swojego snu.
Wynoszę śmieci, wracam na górę, na
oddział, chuchając w ręce, bo zmarzły mi, gdy wrzucałam kolejne
worki z pampersami do kontenera.
Wbiegam na piętro, przy drzwiach czeka
pani Renata i zgrabnie zagarnia mnie na świetlicę.
Wszystkie panie, które mogą chodzić,
nie leżą w łóżkach, które są na wózkach, czekają tam. Jak
podczas śniadań, podczas obiadów, koncertów, spotkań z dziećmi,
które są tam organizowane.
Chwiejnie podchodzi do mnie pani
Teresa.
Cyniczna często farmaceutka, która
choruje na SM, ale może jeszcze chodzić w miarę, mówić, chyba że
ma gorszy dzień. Pani, z którą rozmawiałam otwarcie o eutanazji,
choć przeraziła mnie tym pytaniem w łazience, co o niej sądzę,
pewnego dnia, gdy pomagałam jej robić siku, bo miała gorszy dzień,
kolejny rzut. Pani, która nieraz opowiada o swoim mężu,
przystojnym wojskowym, który już nie żyje, zmarł w wypadku przed
nią.
-Chciałyśmy panią pożegnać-
podchodzi i przytula mnie, chwyta za rękę i podchodzi prowadzi
ogłupiałą całkiem do stołu, na którym jest wielki, kokosowy
tort.
Śmiałam się z nią w grudniu, że
dałabym się zabić za kokosowe słodycze.
Tego jest za dużo.
Tego jest za dużo nawet mi, tej, o
której nieraz śmieją się, że jest "gruboskórna jak
hipopotamica".
Chowam twarz w dłoniach, bo więcej
tego dnia nie dam rady się śmiać i udawać, że nie będę płakać.
Zaczynam wyć jak bóbr, opanowuję się po chwili i po prostu
płaczę. Lekko, z uśmiechem ale i niedowierzaniem. Nie wiem po
prostu co powiedzieć, bo co mam mówić?
Przecież miałam tylko przyjść i
pójść.
Panie też nic nie mówią, nie muszą.
Te, które mogą podchodzą i mnie przytulają, dziękując ze te
parę tygodni.
Same zamówiły tort, mówią potem,
same, ze swoich skromnych rent, oszczędności, te, które potrafią
nimi gospodarować w ogóle. Te, które mówią, rozumieją. Ale to
od wszystkich, zapewnia mnie znowu moja ukochana pani Tereska.
W końcu podjeżdża pani Adela,
mówiąc, że mają dla mnie coś jeszcze.
Uwielbiałam słuchać pani Adeli,
która tak wiele w życiu przeszła. 96 lat bólu. Lata spędzone w
obozie sowieckim. Ból jałowego łona i niemożności posiadania
dzieci, po tym, co jej tam robili jako młodej dziewczynie. Opowieści
o kochającym Dyziu, jej mężu, mężu którego tak jej brakuje u
boku, że nieraz przez sen mówi do poduszki "posuń się
wielkoludzie, posuń się Dyziu". Uwielbiam słuchać jej
opowieści, krwawych, bolesnych, a często tak szczęśliwych i
ufnych nadal, pomimo nadchodzącej śmierci, pomimo skóry jak
pergamin która odchodzi płatami. Pomimo jej uporczywego "tak,
siostro", nawet gdy żartobliwie mówi się jej, że nie jest
się jej siostrą.
Dostaję różaniec.
W pierwszym odruchu chcę powiedzieć,
że to przecież nie dla mnie, jestem innego wyznania, jestem
Wiedźmą, ale...gryzę się w język. O ile parę pań to zrozumie,
to tyle większość...
A to dla nich najcenniejsza,
najważniejsza rzecz. Wszystko, co niektóre z nich mają. Ich wiara,
którą się ze mną dzielą. Ich modlitwy, którymi będą mi
sprzyjać. Ich...pewna miłość. Czułość. Wsparcie, największe,
jakie mogą mi dać.
Nie mogę przestać płakać, wzruszać
się, dopóki dziarska pani Renata nie mówi, że w sumie to burczy
jej w brzuchu i może byśmy pokroili ten tort. Na świetlicę
wjeżdża pani Agada i Lidka z kawą, siadamy, śmiejemy się.
Wreszcie wpada oddziałowa, harda
sztuka miotająca mną przecież tak bardzo przez te dni po kątach.
Zazwyczaj oschła tym razem też mnie przytula i mówi, że fajna
babka jestem i też ma coś dla mnie. Kolejne słodycze. Żartuję,
jak to ja, że zadek to mi jeszcze bardziej urośnie.
Od pani Walentynki z tyłu słyszę
powtarzane zad, zad, zad, dziecięcy śmiech kogoś, kto już się
cofa do prawieków. Słyszę żart pani Ireny, że zadek to mam
fajny, więc nie mam się przejmować.
Patrzę na tych wszystkich ludzi i nie
umiem wyrazić swoich emocji.
Jak to się stało, kiedy? Jakim cudem
potrzeba tak niewiele, by stało się tak wiele?
Po wszystkim schodzę do szatni,
przebieram się i po prostu wychodzę. Obładowana słodyczami, kawą,
witaminkami na zdrowie i własnym plecakiem. Bo przecież wracam do
domu.
Miliony myśli, emocji które nie mogą
się uspokoić. Idę przez miasto jak w amoku, docieram do pkp,
zapalam papierosa, czekam na pociąg. Dzielę się z ludźmi
emocjami, rozmawiając przez telefon, pisząc smsy, bo za dużo tego,
nawet jak na mnie, to kurwa, po prostu, za dużo.
Chce mi się płakać i śmiać
zarazem. Serce drży.
Trochę ponad miesiąc. Wstawanie o 5,
mycie, przewijanie, karmienie. Nic więcej.
-Nic? - kochany głos w głowie,
ten miękki, ciepły, którego brakuje, głos w głowie gdy jadę
pociągiem, gdy trochę ochłonęłam i próbuję skupić się na
książce, ale wgapiam się tak naprawdę w okno i zaczynam
podsypiać.
Sen, mara?
-O co ci chodzi?
-O serce Fridel.
-Och...
-Wiesz doskonale. Możesz myć,
przewijać, karmić. Ale wtedy nie byłoby łez. Zawsze udajesz, że
nie rozdajesz swojego serca, hipopotamico. A robisz to cały czas.
Gdyby nie to, to nikt by nie tęsknił, nie żegnał...
-Już dzisiaj mówiłam paru osobom,
nie psuj mojego nimbu suki, czemu zawsze musisz to robić?
-Bo nią nie jesteś, Fridel,
skarbie mój.
Słyszę miękki głos, otula mnie w
tych wszystkich emocjach.
Zawsze masz rację Króliku i zawsze
mnie znałeś, tak jak ja ciebie. Nawet jeśli jesteś w mojej
głowie, cóż, musiałeś w takim momencie przyjść, prawda? Zawsze
wszystko, co nosisz w sobie wychodzi na wierzch. Zawsze widać
wzruszenie pod rubasznym śmiechem, czyż nie?
Myślę tylko, Królik, że troszkę
nie masz racji, serca się nie rozdaje. To nie jak dzielenie tego
cholernego kokosowego tortu, dawanie, a potem, och, nie ma ani
trochę, ani okruszka, bo ktoś wylizał wręcz talerz. To nie tak.
Serca się nie rozdaje, choć, u ciebie nieraz tak to wyglądało.
Ale ja jestem za wielką egoistką.
Tylko, widzisz, serce po prostu rośnie,
gdy je dzielisz. To znów, nie rozdawanie, a pomnażanie. Dodawanie
liczb ujemnych na plus. Najprostsze reguły matematyczne.
I czasem wszyscy cierpimy. I ja
ostatnio cierpię, choć się nie przyznaję, gdy tęsknie za głosami
których już nie ma, I ja cierpię nocami, razem z ciężkimi snami,
choć ciężko o tym mi mówić.
I inni cierpią.
I wszyscy bywamy samotni. Umieramy,
starzejemy się, nasze ciała się łamią.
Łamią się kości i dusze. Łamią
biodra i zacierają umysły.
Czasem ranimy się słowami, czynami,
bo jesteśmy ludźmi.
I co z tego, jeśli nie jesteśmy sami?
Czasem ktoś nawet przemknie i da nam uśmiech?
I co z ran, jeśli damy trochę serca.
Jeśli je pomnożymy.
Znów, ta sama lekcja, ta sama, jednak
tym razem dotknęła samego rdzenia duszy. Rozedrgała do końca.
Moje kochane Ptaszyny, tak wiele im zawdzięczam, dziś, gdy wróciłam
do domu i to piszę.
Może i coś dałam...ale znów,
otrzymałam o wiele, wiele więcej. Na długi czas.
Dostałam najpiękniejszy rodzaj łez i
wzruszeń. Jeden z najpiękniejszych dni, jakie można pozwolić
sobie przeżyć.
I może się wydawać że nie...ale
dzisiaj mi pasuje jak żadna inna.
Kurde, myślałam, że ominą mnie łzy, ale ni chuja xD I z tym zaraźliwym uśmiechem to się zgadzam! :D
OdpowiedzUsuńWiesz, mnie takie pożegnanie jakoś nie dziwi. Ale wiadomo, że jak chodzi o nas samych to inaczej, że gdzie tam ja jakaś wyjątkowa czy coś. Bo czasem ciężko w sobie to zobaczyć. Ale najważniejsze, że inni to widzą :)
E...nie, nie przepraszam, ty ryczysz na programach w tv, jestem po prostu tak samo tandetna:D Bo jest śmieszny, śmieszny śmiech zawsze robi swoje:D
UsuńA mnie dziwi do tej pory i tak. I nadal nie wierzę ale no...ochłonęłam, chociaż tyle:) I po prostu, człowiek jest zlepkiem w ostateczności tego, kim jest dla siebie, ale dla świata też i tego, co widać albo co chce się nieraz usilnie widzieć:)
Dokładnie, mnie wszystko wzrusza :D I jak Ci zaraz pierdolnę za tą tandetną to zobaczysz! Tandetne to może być moje ryczenie, o xD Tyż prawda, ale to nie tylko to.
UsuńWiem, że dziwi, też bym pewnie tak miała na Twoim miejscu, więc rozumiem :) Dokładnie, więc cóż, jesteś zajebista :D
No właśnie, płakanie na takich rzeczach to tandetne, ale to też i się nie kłóc :D
UsuńDokładnie. Każdy widzi inaczej...a zwłaszcza siebie można widzieć bardzo różnie przez oczy wielu ludzi.
No a jak :D Opalajcie się w blasku mojej zajebistości :D
Nie, to jest naturalne i piękne, o. I się będę kłócić :D
UsuńNo bo każdy widzi w nas inne rzeczy i my sami siebie też trochę inaczej postrzegamy przecież.
Hahaha pewnie :D
Nagle jaka kłótliwa się zrobiła, patrzcie ją :D
UsuńDokładnie:)
Bo teraz spotkać taką osobę, która naprawdę tak troskliwie, z pasji i z chęci zajmie się chorymi to niemal cud. Ty byłaś ich cudem. Odwiedzaj ich tam bo mi wszystkich po kolej szkoda :(
OdpowiedzUsuńNie wiem czy to cud ale...człowiek powinien robić to, co jakoś no...lubi? Nie wiem czy to dobre słowo.
UsuńI mam zamiar, jak tylko będę w okolicy:) I wiesz, ja już nauczyłam się nie podchodzić do ludzi chorych, czy powiedzmy umierających ze słowami "szkoda" czy "żal". Bo to nie o to chodzi, przynajmniej jeśli na co dzień się z nimi przebywa. Jest się po prostu. I tam też odkrywa się życie, radości, wszystko po kolei. I odkrywa się, że nie ma być czego szkoda i żal.
Oczywiście, że tak, ale tak mało osób lubi dziś pomagać... Ja sama mówię szczerze, że nie umiałabym tak jak Ty zajmować się chorymi. Przeraża mnie właśnie ta cała fizjologia, śmierć, choroby...
UsuńNie chodziło mi o żal czy szkodę w odniesieniu do ich chorób, ale właśnie w odniesieniu do tego, że Ty od nich odchodzisz :)
Wiesz co...dużo osób lubi pomagać chyba, jeśli nie wymaga to od nich wielkiego wysiłku. Bo równoważą jakoś swój egoizm, który karmi się poczuciem "jestem dobrym człowiekiem" ale i egoizm, który mówi "skupiam się tylko na swoim zyciu". Takie ja mam wrażenie.
UsuńPo prostu, ktoś od tego też musi być:)
A, to już rozumiem:)
O, to chyba pasuje do mnie...
UsuńMimo wszystko takich osób jest mało.
Jak do większości z nas, po prostu każdy ma inne granice:)
UsuńMoże:)
Wiesz, popłakałam się. Wszystko tak opisane, od serca po prostu. Trochę zazdroszczę Ci tych praktyk. To wspaniałe, jak ludzie mogą się przyzwyczaić do obecności drugiej osoby, a z drugiej cholernie bolesne, bo w końcu musi nadejść czas rozstania. Ale żeby ktoś nas pokochał trzeba mieć taki charakter. Trzeba chcieć dzielić się całym sobą. Może to, co napiszę zabrzmi egoistycznie, ale dawanie siebie bardzo męczy. Łatwiej być egoistą, ale to nie daje satysfakcji takiej, jak pomaganie innym. Wdzięczność to cudowne uczucie. Szczęście to jedyna rzecz, jaka się mnoży, gdy się ją dzieli :)
OdpowiedzUsuńP.S. Nie lubię kokosowych słodyczy, jak ty możesz to jeść? :P
Rety, nie ryczcie mi tu wszyscy :D
UsuńWiesz...tu nie ma co zazdrościć. Może nie w ten sposób, dosadnie, przewijając pampersy, bo do tego trzeba jednak nieraz praktyk z odpowiedniej szkoły, ale do ludzi nawet cierpiących i chorych można się zbliżyć choćby przez wolontariat. Właśnie w domach opieki społecznej choćby, w takim jak pracowałam. Przychodzili i ludzie z liceum, choć...mało ich. I nie każdy wytrzymywał, ale wielu czuło się dobrze i panie kochały takie odwiedziny, choćby raz w tygodniu:)
I. jak powiedział mi kiedyś Kordian, "każde spotkanie oznacza rozstanie". Z jednej strony smutne, ale z drugiej i piękne. Bo ludzie w życiu po prostu się stykają i nie chodzi o czas czy o to, że to przeminie, a o to, że w ogóle się stało. I ja tak na to staram się patrzeć.
Ale dawanie z siebie to też egoizm :D Właśnie choćby przez to mnożenie:D
Gadasz jak mój Mąż :D On też nienawidzi kokosa, ja mogę jeść wszystko z nim związane :D
Nie pisz takich smutnych, wywierających presję na moich oczach tekstów, bo jak widzę takie sentymentalne notki to łezki, każda po kolei kap... kap... kap XD
UsuńAle jak mnoży się szczęście to ma się jakieś usprawiedliwienie :)
Jak smak kokosa to tylko w napoju kokosowo-ananasowym albo w Rafaello (cukierki <3) XD
Będę pisać co mi się podoba, o :D
UsuńNo tak, jeśli to prowadzi do tego...to i owszem:)
O..albo w drinku pina colada :D Mój ukochany! :D
pamiętam, jak pisałaś, że robisz to też dla siebie. i że to egoizm, po trosze, z czym się w zasadzie zgadzam - zawsze mi się lepiej robi, jak wiem, że komuś pomogłam. ale te panie tego nie wiedzą i dlatego wcale mnie nie dziwi pożegnanie, jakie Ci zgotowały. zresztą - gdybyś naprawdę była tą 'hipopotamicą', to nic by Cię nie ruszyło. a tak - głos Królika w Twojej głowie ma rację i Ty pewnie też o tym wiesz :)
OdpowiedzUsuńDokładnie, ja w ten sposób w dużej mierze karmię swój egoizm:) A może nawet i nie chodzi o karmienie typu "jesteś dobrym człowiekiem", bo wiem jak wiele mam za skórą złych rzeczy ale...takie łagodzenie. Dobrze mi jak robię co robię, trudno to aż nieraz wyjaśnić właśnie.
UsuńI owszem, aż taką nie jestem. Też czas mnie zmienił, kiedyś pewnie by mnie to nie ruszyło ale cóż...im starsza tym łatwiej się wzrusza :D
ojeju... smutno się to czyta, ale nie płakam! bo ja płakam z innego powodu, z powodu durnej socjologii, która zachodzi mi za skórę więc mogę bywać chwilowo nieczuła. rozumiem jednak, jak to jest odejść skądś, gdzie się... może podoba w tym wypadku to złe słowo, ale gdzie czuje się tak bardzo na miejscu... bo może pomóc, jednocześnie nabywając "troszkę" doświadczenia, jakkolwiek by nie było. jak kończyłam praktyki w Gazecie, to wyszłam uryczana tak samo :P szczęśliwie wszyscy się wtedy rozeszli, z którymi się zdażyłam pożegnać, i tylko jak podchodziłam do kolegi z prośbą, żeby mi otworzył drzwi, bo sama już zdałam kartę magnetyczną, to po prostu miałam łzy w oczach, i jak zamknął za mną te drzwi i schodziłam klatką schodową to chlipałam.. cóż no. dobrze że Cię mieli :):*
OdpowiedzUsuńEj, socjologia fajna jest :D Przynajmniej ja ją na studiach bardzo lubiłam:)Ale..rozumiem że jak coś nie podpasuje, to za skórę zaleźć może i to jeszcze jak!
UsuńO to wiesz o co mi też chodzi- po prostu opuszczanie jakiegoś miejsca, ludzi którzy tam są przede wszystkim...jak się człowiek zżyje, to trudno uwierzyć że to koniec i łzy po prostu same cisną się do oczu.
I jeszcze będą mieli, bo mam zamiar chociaż wpadać tam jak będę w oklicy. Inaczej, ale jednak:)
Po pierwsze to uwielbiam tą piosenkę.
OdpowiedzUsuńPo drugie ryczę, ale to Cię chyba nie zdziwi :P
Pisałam Ci już kiedyś, że nie jest to łatwa praca i wiem to z własnego doświadczenia. W takich miejscach powinni pracować tacy ludzie jak Ty, dzięki którym każdy zazwyczaj ciężki dzień rodzi w sobie odrobinę nadziei, spokój, a nawet szczęście. Na pewno będzie Im Ciebie brakowało. Na pewno i Ty wspomnisz czasem o Nich z łezką w oku. Z całą pewnością byłaś, jesteś i będziesz dla Tych Ludzi takim chodzącym Skarbem! :)
Trudno jej nie lubić:)
UsuńNo tak, ty się łatwo wzruszasz, prawda? Ale to chyba dobrze:) Ja mimo że jestem taką gruboskórną hipopotamicą właśnie nieraz, mimo wszystko doceniam to:)
I...właśnie szukam pracy nie tylko elektroradiologa, ale przez jakiś czas właśnie takiej. Bo jednak to daje i mi cholerną satysfakcję.
Wspomnę, a co więcej, mam nieraz zamiar odwiedzić. To już będzie co innego ale jednak:)
Jeśli jesteśmy bombardowani jakimiś emocjami z każdej strony, w końcu udzielają się one także nam, dlatego nie dziwię się, że w końcu 'pękłaś'. Ja pewnie miałabym łzy w oczach po pożegnaniu z pierwszą osobą, bo takie sytuacje bardzo mnie wzruszają.
OdpowiedzUsuńTo bardzo miłe, że wszyscy chcieli Cię tak pożegnać, wyszli z inicjatywą, zamówili tort i w ogóle, piękny gest i doświadczenie na całe życie :)
Dokładnie. Każdy ma jednak swoją granicę emocjonalną i nawet moja została przekroczona:) I z boku patrząc nie dziwię się ale mówię...często mam nimb hipopotamicy której nic nie rusza:)
UsuńOwszem. Zapamiętam to na bardzo długo.
a ja się nie popłakałam:) choć to co ci się przytrafiło z pewnością jest wzruszające. szczególnie te podziękowania od pań, którymi się zajmowałaś. sama miałam babcię, która ponad pół roku po serii udarów była leżąca, nie kontaktująca, pewnie w podobnym stanie jak te wszystkie kobiety, które opisałaś. ale my zajmowaliśmy się nią w domu, karmienie, zmiana pampersów, codzienna gimnastyka, żeby nie miała odleżyn mimo specjalnego materaca. ciepły jeszcze i silny uścisk jej dłoni na kilka dni przed śmiercią był najlepszym podziękowaniem za wszystko, za całą opiekę. i to było wtedy dla mnie wzruszające, więc tak, nie dziwię się, że w końcu się popłakałaś. na twoim miejscu chyba dla każdego to byłaby normalna reakcja:) a ciepło, które się wytworzyło na pewno z tobą zostanie.
OdpowiedzUsuńCzytając też bym się nie popłakała, weź:)
UsuńZajmowanie się kimś chorym w domu to dla mnie często..jeszcze piękniejsza sprawa, ale i trudniejsza. Bo gdy to jednak dla ciebie ktoś obcy, możesz "wypracować" pewien zawodowy dystans, gdy masz wiele osób którymi się zajmujesz, mimo, że w jakiś sposób pokochasz. Ale jeśli to ktoś bliski, kogo znało się jako zdrowego człowieka, kogo cierpienie jeszcze bardziej się współodczuwa...tak, jak dla mnie to jest o wiele trudniejsze, choć pozornie wydaje się, że poświęcenie czasu i cierpliwości komuś, kogo kochasz jest łatwe. To raczej odwrotnie działa.
Ale właśnie takie gesty, porozumienie, zwłaszcza na koniec...są bezcenne.
I zostanie:) Jeszcze teraz się ogrzewam:)
Pierwsze co przyszło mi na myśl po przeczytaniu tego posta to to, że jest tyle ludzi i tyle historii. Często są to ciekawe historie, niesamowite przeżycia, pełne wzlotów i upadków.
OdpowiedzUsuńKażdy człowiek to opowieść jak mawiał mój przyjaciel. I właśnie te opowieści bywają w ludziach najcenniejsze, bo ich przecież kształtują, rzucają cienie i blaski na to, kim są.
UsuńDokładnie tak. Idealnie to ujął. Wszystko kształtuje człowieka. Hmm, czasem po prostu nie zdajemy sobie sprawy z tego, co ludzie muszą przeżyć.
UsuńPewnie że nie. I nie zdamy sobie sprawy, póki ich naprawdę, tak sercem nie wysłuchamy.
Usuńja swoje praktyki po prostu musiałem odbębnić i wcale mi niczego nie dały, na pewno już nie dały mi satysfakcji z pracy za darmo, Ty mimo, że musiałaś robić coś wręcz wolontarystycznie to potrafiłaś cieszyć się tą pracą, cieszyć się tym, że pomagasz innym, te panie, którymi się opiekowałaś z pewnością nie są łatwe z charakteru i nie pożegnałyby w ten sposób każdej praktykantki a i pewnie etatowej opiekunki. Dużo robisz i masz wielkie serce dla tych kobiet. Przyznam się, że ja chyba nie dałbym rady.
OdpowiedzUsuńBo to też pewnie po prostu kwestia charakteru praktyki. Co ty takiego robiłeś?:)
UsuńBo jednak..może nie otrzymałam pieniędzy, ale przecież dostałam o wiele, wiele więcej:)
I dla każdego co innego, no nie?:D
Popłakałam sie
OdpowiedzUsuńNie wiem, czy to dobrze, czy to źle?
UsuńPięknie opisałaś, a praca to trudna.Przed laty podjęłam się wolontariatu,upośledzone dzieci,potem dom opieki,starzy ludzie w swoich domach i zawsze było tak jak opowiedziałaś,mam do dziś te różańce,medaliki (choć to nie moja bajka;) mnóstwo ciekawych historii tych osób,a i zwierzątka w schroniskach są bardzo wdzięczne za opiekę, wzruszenie nieuniknione chociaż hipopotamom jest łatwiej ;)
OdpowiedzUsuńTrudna ale...dla mnie gorsza byłaby na przykład praca za biurkiem. Rzecz predyspozycji przecież.
UsuńW każdym razie, wiesz, co to za chleb jak to mówią:)
I te różańce właśnie...nie można ich odrzucać. Bo przecież dla wielu ludzi najcenniejsze co mają jeszcze, to ich wiara właśnie.
A zwierzęta wyrażają wdzięczność czy miłość jeszcze piękniej nieraz:)
Praca w takim miejscu chyba by mnie przerosła.. Nie wiem czy dałabym radę..
OdpowiedzUsuńBo po prostu nie każda praca jest dla każdego:) Ja nie zniosłabym np. pracy za biurkiem, o.
UsuńCoś pięknego...tyle dać i otrzymać. Mimo iż siebie nie uważasz za Anioła, dla innych możesz nim być. Ja osobiście nie potrafiłabym pracować z ludźmi tak jak Ty, zajmować się nimi, zżyć się w jakimś tam sposób...a potem odejść. Nie jestem pewna czy to zadanie nie przerosłoby mnie.
OdpowiedzUsuńhttp://and-for-me.blogspot.com/
Owszem. Najpiękniejsza możliwa akcja-reakcja, że tak to ujmę. I nie jestem aniołem na pewno, jak by to powiedział mój przyjaciel "jestem człowiekiem":)
UsuńA jednak w życiu po prostu nieraz musimy dać odejść, czyż nie?
Oczywiście. Kiedyś przychodzi czas, iż musimy odejść.
Usuńpomnażanie serca to coś, na co nie każdego stac, nie każdy chce, bo że każdy potrafi, to na pewno. bo przecież człowiek ma w sobie i dobro i zło :) pięknie się czyta to, z jaką troską i uczuciem opowiadasz o swoich Ptaszynach, jak się do nich przywiązałaś przed ten czas. niby praktyka, niby trzeba było chodzic, żeby miec zaliczone, trzeba było wykonywac obowiązki, uczyc się nowych rzeczy, ale... jeśli wkładasz w to serce, to formalności schodzą na dalszy plan, tak naprawdę, choc wiadomo, że są ważne. No, ale to rozdawanie dobroci jest piękną sprawą :)
OdpowiedzUsuńA ja mam wrażenie że stać każdego tylko...czasem do granic pewnej wygodnej dla siebie niszy, jeśli wiesz co mam na myśli:) Jednak karmimy swoje poczucie "jestem dobrym człowiekiem" drobnymi gestami. Póki to nie staje się niewygodne. Wszyscy tego potzebujemy, a każdy ma inne granice w tym względzie:)
UsuńBo nie można się było nie przywiązać:)
Dokładnie. Papiery przestają być najważniejsze.
Frido, będziesz dobrym lekarzem!
OdpowiedzUsuńCzuje się, że pacjenci bardzo Cię lubią...
Lekarzem to nigdy nie będę, ale służbą medyczną, o :d W jednym albo drugim zawodzie:D
UsuńI ja ich lubię:)
czasami miejsca, w których mamy być tylko na chwilę dają najlepsze wspomnienia. ludzie wtedy bardziej się przywiązują, a my? nam trudno odejść. zostawić to wszystko, no bo co dalej z nimi będzie? ktoś inny ma przyjść na nasze miejsce?
OdpowiedzUsuńmasz ogromne serce do tego co robisz :)
Dokładnie. po prostu też nie można założyć, jakie uczucia w danym miejscu się narodzą. A nieraz nie potrzeba do tego wiele czasu.
UsuńCóż...wszystko jednak płynie i te pytania też znajdują swoje odpowiedzi.
Po prostu, lubię to:)
Dlatego to takie piękne. Idziemy gdzieś w jakimś konkretnym przypadku, a po drodze można doznać tyle cudownych uczuć. Tyle pięknych chwil :)
UsuńDokładnie:)
UsuńBardzo się wzruszyłam.
OdpowiedzUsuńNie da się gdzieś po prostu wejść i stamtąd wyjść. Wszystko pozostawia w nas swój ślad czy to dobry, czy zły, czy zupełnie niewidoczny. Ten tutaj jest na pewno jednym z cenniejszych.
To może i dobrze:)
UsuńDokładnie. Wszystko na nas działa tylko po prostu..nieraz człowiek nie spodziewa się, jak bardzo zadziałać po prostu może. I owszem. Cenny i piękny.
Noo i mi zafundowałaś kilka ciepłych, współczujących łez. Wzruszyłam się. Ciężki dzień za Tobą, ale czekają nowe przygody! :)
OdpowiedzUsuńAle to chyba dobrze:) I ciężki, ale piękny przecież:)
UsuńPiękna notka. Piękne przeżycie, wiesz? Stałaś się dla tych ludzi kimś bliskim. Bliskim w momencie, gdy pewnie dla większości nadzieja na to, że kogoś takiego spotkają dawno umarła.
OdpowiedzUsuńWiem, dlatego to spotkanie, przeżycie i rozstanie postaram się na zawsze zachować w pamięci.. I coś w tym jest. Bo wielu tych ludzi już nie liczy, że kogoś jeszcze spotka...
Usuńw zamierzchłych czasach studenckich ( tak, tak, zamierzchłych ;-) ) miałam praktyki w Domu Pomocy Społecznej. Funkcjonowanie wspomnianego DPS-u było też tematem mojej pracy licencjackiej. Magisterską już pisałam o Domu Dziecka natomiast, wiem... wiem, rozumiem, chociaż w pewnym stopniu rodzaj emocji, który przekazujesz w tym wpisie... Choć moje uczestnictwo, nie było tak zaangażowane i tak bardzo ( intymnie? ) aktywne jak Twoje, to kontakt z ludźmi z placówek społecznych jest... specyficzny, choć może specyficzny to nieodpowiednie słowo ( brakuje mi innego ;-)). Piękne to Twoje doświadczenie, zostanie już z Tobą, osobiście uwielbiam małe-wielkie momenty. Płynnie poskładałaś słowa, wiesz, jestem świeżo można powiedzieć po lekturze ZORKOWNI Agnieszki Kalugi i ten Twój wpis jest tak bardzo do tego co ona pisała podobny... a w jej książce ( i blogu ) jestem pernamentnie zakochana... podziwiam... i Tobie też teraz czapki z głów, za oddanie, za mnożenie serca, ja - społecznica biję Ci brawo! Wszystkiego dobrego Frida! Magdalena.
OdpowiedzUsuńDokładnie. To kontakt jedyny w swoim rodzaju, można rzec. Specyficzny tu nawet pasuje, bo te miejsca i ludzie którzy tam są, właśnie swoją specyfikę mają.
UsuńI wiem że piękne, dlatego postaram się zatrzymać je w pamięci na długo:)
I...cóż, dziękuję bardzo za miłe słowa:)
Masz dobre serce dziewcyzno i jak mocno byś nie zaprzeczała, to widać ;-)
OdpowiedzUsuńTak samo jak i dobre, bywa po prostu złe:)Jak u każdego człowieka:)
UsuńGdyby wszyscy podchodzili do swojej pracy z takim sercem jak Ty, wszystkim żyłoby się lepiej.
OdpowiedzUsuńHm...może i coś w tym jest:)
Usuń