-Pani ma dobre imię do tej pracy.-
powiedziała mi pani Regina po jednej z cięższych sytuacji w domu
opieki, która miała miejsce w minionym tygodniu.
Współlokatorka pani Reginy, trochę
zbzikowanej, ale wielce inteligentnej pani, umierała. Choć nie
nadszedł jej czas, oddech śmierci podążał za nią przez jeden
dzień i jedną noc. Śmierć nie zdecydowała się ostatecznie
zabrać pani Marii z powrotem do miejsca, z którego wszyscy
pochodzimy i do którego ostatecznie wędrujemy, ale jeden dzień i
jedna noc były niespokojne. Przepełnione właśnie modlitwami pani
Reginy, cichymi szeptami i sprawdzaniem, czy to nie ostatni moment, w
którym można potrzymać za rękę.
Śmierć, po prostu. Kolejna część
życia, kolejny etap, nieunikniony dla każdego z nas, którego
jednak tak wielu się boi. Ale nie wielu starszych ludzi. Takich też
jak pani Regina, mówiąca stare modlitwy chrześcijan po łacinie,
słowami, intencjami zadawanymi w przestrzeń, które nie każdy
rozumie.
Siedziałam więc z panią Reginą w
pokoju, patrząc na panią Marię, czy otworzy wreszcie oczy, czy
zdecyduje się na ostateczny koniec i nowy początek.
-Ja? Dobre imię? Dlaczego?- zdziwiłam
się w pierwszym momencie, nie wiedząc, o co jej chodzi.
-Pani ma przecież na imię Barbra. A
wie pani, kogo patronką jest święta Barbara?
-Ludzi wykonujących ciężkie,
ryzykowne zawody. Między innymi górników. Wie pani, pani Regino,
mój ojciec był górnikiem.
Był górnikiem, dlatego uparł się na
to, żebym miała na imię Barbara. Moja starsza siostra już miała
mieć tak na imię, ale mama przemyciła w USC Joannę, bo jakby to
brzmiało z moim panieńskim nazwiskiem do tego? Mamie nie podobała
się taka zbitka. No bo, to doprawdy komicznie. Same bar bar bar.
Język można wykręcić.
Ale gdy urodziłam się ja, koniecznie
pijany jak zawsze ojciec tym razem zgłaszał mnie w urzędzie i tak
zostałam Barbarą. Pewnie dlatego, żeby właśnie miał powód do
picia 4 grudnia, jak każdy górnik.
Na początku nie znosiłam swojego
imienia. Nie znosiłam jako dziecko tej komicznej zbitki bar bar bar,
brzmiącej ostro i śmiesznie zarazem. Nie znosiłam swoich imienin,
kiedy to właśnie mój pijany, agresywny ojciec z okazji święta
górników zakładał swój stary mundur sztygara i pił jeszcze
więcej. Choć ja zawsze przecież, bohaterka za dziecka, udająca
maskotkę potrafiłam załagodzić sytuację.
Do dzisiaj nie znoszę widoku
czerwonych pióropuszy u górniczych czapek. Nie muszę jednak ich
oglądać. Trzy lata temu ojciec został przecież w swoim starym
górniczym mundurze pochowany.
Nie dostałam nic dobrego od ojca w
życiu, oprócz tego, że dostałam przypadkowo życie właśnie
podczas brutalnego małżeńskiego gwałtu ( choć przecież mówił,
że nie jestem jego, nie chciał się do mnie przyznać w pijackim
amoku nieraz gdy byłam starsza). I dostałam od niego imię, którego
z początku nie znosiłam. Bo samo z siebie kojarzyło się źle. A
poza tym, takie...nijakie.
No bo jak to brzmi? Barbara. Basia.
Baśka. Basieńka.
Wydawało mi się to zawsze strasznie
pospolite, proste. Jedyna inna Basia, jaką znałam, to moja
prostacka sąsiadka, też alkoholiczka jak mój ojciec. Potem
poznałam mamę Bliźniaczek, swoich przyjaciółek.
Ta z kolei na temat wszystkich Basiek
miała jedną tezę- wszystkie są głośne i niesamowicie donośnie
się śmieją. Święta prawda. Mój śmiech, gdy byłam w
podziemiach swojego liceum słyszano ponoć w auli na 2 piętrze,
gdzie pisano maturę. Gdy na studiach ktoś nie wiedział jak na
zawiłych korytarzach Collegium Anatomicum trafić na zajęcia,
nasłuchiwał, jak się śmieję. Śmiech, który słychać wszędzie.
Czasem aż za często może. Nieraz słyszałam że śmiać się tak
nie przystoi ale...to już zupełnie inna historia tłamszenia mojej
radości. Nigdy się jej nie dałam, rzecz jasna.
-Owszem, święta Barbara jest patronką
ludzi wykonujących ciężkie i ryzykowne zawody. A wie pani
dlaczego?- zapytała pani Regina tym swoim cichym głosikiem.
-No jasne!- palnęłam się aż w
czoło. Zawsze o tym jakoś zapominam.
-Patronka...
-...no jasne, patronka lekkiej i
spokojnej śmierci, lekko zabierająca ostatni oddech. - dokończyłam
za panią Reginę.
-Dlatego pani ma dobre imię do tej
pracy- uśmiechnęła się łagodnie jedna ze starszych pań, którą
wyjątkowo polubiłam. Pani, która stale czeka właśnie na lekką
śmierć, bo w wieku swoich 87 lat, ze swoimi chorobami to właśnie
to będzie niedługim, największym wydarzeniem. A pani Regina czeka
lekko właśnie, ze spokojem i jakąś radością, czego wielu nie
potrafi zrozumieć.
No tak. Czasem zapominam, bo mimo że
znam i lubiłam jako dziecko czytać żywoty świętych pańskich,
tak teraz nie przywiązuję do nich wagi w tym chrześcijańskim, czy
tam katolickim znaczeniu.
Ale wracając z Aśką autem po
praktykach, przypomniałam sobie, gdy migały drzewa za oknami, starą
górniczą właśnie legendę, którą opowiedziała mi pani Bronia
te trzy lata temu, gdy zmarł mój ojciec. Jedna z moich Śląskich
ciotek .
( Historia rodziny mojego ojca jest
trochę pokomplikowana, można powiedzieć że z jego strony jestem
ukraińską Ślązaczką, bo właśnie cała rodzina po wojnie
została po prostu przesiedlona z Ukrainy na Mazury, a stamtąd
przewędrowała na Śląsk za pracą. Co ciekawe, cała rodzina
kultywuje tradycję silnej kobiecości i rodzinnego ciepła. Mój
ojciec był jedynym skurwielem, taką "czarną owcą".)
Pani Bronia, którą zresztą
pokochałam całym sercem, opowiedziała mi legendę, która nijak ma
się do patronatu świętej historycznej, ale na Śląsku jest
wiecznie żywa w rodzinach górniczych.
Święta Barbara, według jej słów,
nie była wcale ani natchnioną dziewicą, ani zakonnicą, ani żadną
męczennicą za wiarę. Była prostą, górniczą córką, która
codziennie gotowała strawę dla swojego ojca i zanosiła do kopalni,
spuszczała na długiej linie. Była dobra i czuła, choć, silna jak
każda Śląska kobieta. Prosta i radosna, mająca jednak tkliwe
serce.
Pewnego dnia gdy poszła do kopalni
ojca i jego przyjaciół z obiadem, zobaczyła, że cały szyb jest
zawalony. Zamiast załamać się i płakać, że na pewno nie żyją,
Barbara zaczęła kopać. Kamień po kamieniu, głaz po głazie. Nie
zwracał uwagi na zmęczenie, na krwawiące coraz bardziej dłonie.
Kamień po kamieniu, głaz po głazie. Wreszcie, gdy już opadała ze
zmęczenia, usłyszała dochodzące spod ziemi głosy. Żyli, na
pewno ktoś tam żyje! Kopała więc dalej, przenosząc kolejne
kamienie, mimo że opadała z ziemskich sił. Kochała jednak i to
serce dodawało jej mocy.
Wreszcie dotarła do prawie samego dna.
Górnicy, uwięzieni w szybie, dostrzegli światło padające znad
ostatnich kamieni, zaczęli kopać od dołu. Była przecież dla nich
nadzieja! Byli już półżywi, ale wstąpiła w nich nowa energia.
Zaczęli kopać od dołu aż wyszli na powierzchnię.
I wtedy ich oczom ukazał się
straszliwy widok. Zobaczyli martwą dziewczynę, swoją kochaną
Baśkę, dziewczynę do tańca i do różańca. Całe ciało było
blade i pokiereszowane. Ręce przypominały okrwawione ochłapy,
zdarte do kości dłonie zostawiły krwawe ślady na ziołach dookoła
kopalni. Zrozumieli, że to jej zawdzięczają życie. Zrozumieli, że
to ona ochroniła ich przed straszliwą śmiercią.
Zawinęli jej ciało w całun,
opłakiwali ją siedem dni i siedem nocy.
Wreszcie pochowali ją na wzgórzu.
Barbara uratowała ich przed straszliwą
śmiercią w męczarni, by każdy z nich na starość mógł zasnąć
spokojnie w swoim łóżku, spełniając swoje marzenia i wypełniając
czas, który podarowała im ta dziewczyna przez swoją miłość i
wytrwałość. Życie dane przez śmierć.
Tą opowieść, jak zresztą wiele
innych, dostałam w prezencie od pani Broni. Tą powtarzała mi aż
dwa razy, zażywna, gruba staruszka, bo kochała moje imię. Imię
dziewczyny, która potrafi zadbać o cudzą lekką śmierć, z
miłości poświęcić wszystko.
-Basia. Basieńka....-jak z
Sienkiewicza!- ucieszył się kiedyś dziadek Kordiana, a potem wiele
razy się powtarzał, gdy wpadałam na kolejne herbaty albo z
plecakiem, w którym wesoło pobrzękiwały butelki pełnie piwa albo
wina. No tak, szalone dziewczę, co nie chciało sukienek, a za
szablę chwytało i biło się z panem Michałem, romantycznym
bohaterem. Według dziadka Stefcia to imię pasuje mi jak żadne
inne, bo przecież ja... Bo każda Baśka to trochę szalona i
postrzelona dziewczyna, taka właśnie, jak Basieńka stworzona przez
Henryka- Noblistę w opowieści o Małym Rycerzu. Chłopczyca, co
wchodzi na drzewa i drze najlepsze sukienki. Chłopczyca co pije na
umór nieraz, dzika dziewczyna, której nie można więzić. Trzeba
jej po prostu dotrzymać kroku. Może dlatego tak wielu nie
potrafiło, zanim poznałam Męża, przywiązać mnie do siebie?
Cała dyskusja pewnego razu z dziadkiem
Stefciem o Sienkiewiczowskiej Basieńce wywołała z kolei inną
rozmowę, na temat prawdziwego znaczenia mojego imienia, gdy
siedzieliśmy w kuchni. Beż żadnego patronatu, bez żadnych legend.
Od, zwykły źródłosłów, na punkcie którego przecież w tym domu
miano bzika. Bo imię musiało coś znaczyć.
Barbara, jak dowiedziałam się od
babci Sisi, babci Kordiana, znaczy tyle pierwotnie, co...obca. Inna.
Barbarzynka. No tak, nic prostszego. Słowa tego użyli pierwsi
Grecy, gdy napływały do Hellady nowe ludy. Samo słowo barbarzyńca
bowiem oznacza tyle co..."bełkoczący". Rodowici Grecy
bowiem nie rozumieli ni w ząb, co pieprzą pod nosem tacy Goci czy
Wandale.
Deniz kiedyś z kolei powiedziała mi,
że u niej też istnieje imię Barbara. Ale w ich języku imię to
oznacza "czarną perłę". Niezwykle rzadką, inną niż
reszta białych, niezwykle cenną.
Nie mi oceniać jaka jestem, kim jestem
w spojrzeniu innych ludzi. Towarzyszka przy śmierci, czyniąca ją
lekką? Szalona dziewczyna? Perła? Barbarzynka? Bełkocząca? ( choć
dobra, to ostatnie na pewno, bo mam straszną dykcję!)
Nie wierzę do końca w patronów, ale
wierzę, że imię jednak...coś nam daje. Coś oznacza. Nie bez
powodu przecież w tak wielu kulturach powstał mit o prawdziwym
imieniu. Nie bez powodu przecież imionom nadawano takie znaczenie.
Może jednak coś się w tym kryje?
Może rodzice, wypowiadając dźwięki, które układają się w
nasze miano, nadają nam niezmywalne, niezbywalne piętno, które
ciągnąć będzie się za nami aż do przyszłego życia? Przyszłego
imienia- maski, które w danym życiu wpływa na to Prawdziwe Imię?
Bo Prawdziwe imię z kolei nijak ma się pozorniedo tego, które
nosimy tu i teraz, ale to zupełnie inna historia, na której nie
będę się tu wielce tym razem skupiać, jeno zahaczę o nią
trochę, gdy inaczej nie można.
Może dla wielu to bzdura, ale imię
jednak coś znaczy. Nie chce wkładać ludzi do pudełek, bo ktoś ma
na imię Kasia, Marylka czy Pawełek. Ale nieraz mam wrażenie, że
ludzie mający to samo imię, często mają pewne...cechy wspólne.
Pewne stygmaty. Owszem, można na pewno powiedzieć, że po prostu
widzę często co chcę widzieć, mój umysł dostrzega pewne cechy
przypinając łatki przez nic nie znaczące słowa. Imiona.
Może to rzecz przypadku, może to kwestia dostrzegania właśnie. Ale w tym wszystkim widzę nieraz jakiś rdzeń. Nie jakoby imię całkiem wyznaczało drogę i cechy człowieka, bo nie można patrzeć na to w ten sposób...tylko przez pryzmat słynnego "coś w tym jest".
Może to rzecz przypadku, może to kwestia dostrzegania właśnie. Ale w tym wszystkim widzę nieraz jakiś rdzeń. Nie jakoby imię całkiem wyznaczało drogę i cechy człowieka, bo nie można patrzeć na to w ten sposób...tylko przez pryzmat słynnego "coś w tym jest".
I tak jak wszystkie Baśki głośno się
śmieją i są trochę postrzelone i rubaszne jak krasnoludzkie
kobiety ( serio, tak siebie też widzę, trochę jak Eudorę
obalającą kolejny gąsiorek z Zoltanem), tak choćby wszystkie
Magdaleny jakie znam bliżej ( bo tylko o tych mogę mówić) to tak
zwane "twarde sztuki". Silne, niezależne kobiety ale...w
gruncie cholernie wrażliwe, często swoje uczucia ukrywające. Albo
inaczej- powierzające je nielicznym, tym, którzy na to zasłużą.
A gdy już zasłużą, kochają niesamowicie mocno i potrafią być
jak wilczyce, broniące swojego stada. Wrażliwe, ale przez tą
wrażliwość i uczuciowość, czasem ukrywaną, znajdujące właśnie
przez nią ból, ale i niesamowitą, kobiecą siłę w gruncie
rzeczy. Każda Magdalena jaką znam, bywa do bólu aż rozsądna
dopóki nieraz ktoś nie poruszy nadmiernie jej serca, bo te oddaje
całe, gdy już komuś się uda. Każda Magda, jaką bliżej znam,
nie da sobie w kaszę dmuchać. Każda, jaką znam potrafi wyrazić
swoje zdanie dosadnie, przez co często odbierana jest jako
niemiła...a ona po prostu mówi co myśli. Często ma choleryczny
wręcz charakter. Ale to szczerość, którą ja osobiście u "swoich
Magdalen" niesamowicie cenię. Jak u jednej z moich Bliźniaczek,
które znam przecież od 7 roku życia.
Idąc dalej, a propos bliźniaczek-
Joanny. Moja biologiczna siostra i ta przyszywana, siostra powyżej
przytoczonej Magdaleny- wydawały mi się kiedyś niesamowicie różne
od siebie. No bo wiadomo, różnica wieku, Aśka- Bliźniaczka
jeszcze dorastała przecież...ale z wiekiem dostrzegłam pewne
niesamowite podobieństwa u swoich najbliższych Asiek. Każda z nich
to ennagramowa dwójka ze skrzydłem gospodarza. I choć w testy
psychologiczne nie wierzę...to coś w tym jest. Obie moje Aśki to
kobiety, które swojego czasu się wyszalały, wplątywały się w
cholernie trudne emocjonalnie związki przez...poczucie samotności.
Obie Aśki, i moja prawdziwa siostra i ta przyszywana, mają
chorobliwą wręcz nieraz potrzebę obecności drugiego człowieka.
Na szczęście niesamowicie ciepłe, przyciągają ich...ale nieraz
się w tym spalając. Za bardzo poświęcając siebie. I mam
wrażenie, że obie moje Aśki, to samo robią w swoich związkach.
To może ogromny przypadek- moja prawdziwa siostra wyszła za
niesamowicie inteligentnego ale trochę dziwnego i despotycznego
programistę, Aśka mi przyszyta zaręczyła się obecnie z
despotycznym, cholernie zazdrosnym gburowatym informatykiem. Obie
narzekają, narzekają, ale kochają i...właśnie. Obie moje Aśki
jak dla mnie zapominają nieraz o swoim egoizmie i kochają wręcz
psim przywiązaniem i wiernością, przeżywając trudne związki.
Stając się kurami domowymi i mówiąc, że im z tym dobrze, choć
były szalonymi artystkami, malowały, fotografowały i imprezowały
do białego rana. Nie potrafiące się po prostu ostatecznie
postawić. I obie są strasznymi, strasznymi rykwami gdy im się
uzbiera. Pamiętam całe noce spędzane to z jedną, to z drugą
Aśką, gdy łzy płynęły jak z otwartego kranu.
Ale, dość o Aśkach. Idąc dalej,
widzę choćby swojego Męża. Wojciecha. Znaczenie jego imienia,
słowiańskie "cieszący się z wojny" pasuje mu jak ulał.
Militarysta, który uczył mnie przecież jak w bójkach operować
nożem i który stale biega na strzelnicę ( a niedługo i ja
postrzelam sobie z AK47 znów, a co!). Znaczenie znaczeniem. Ale
każdy Wojtek jakiego znam ( a znałam ich wielu) ma najbardziej
cięty język na świecie, przy czym potrafi być i niezwykłym
błaznem...gdy tylko chce. Stanowczy i świadom tego, do czego dąży
ale...często ze słomianym zapałem, ogniem, który trzeba podsycać.
Doskonały obserwator otoczenia, doskonale wykorzystujący to, co
dostrzeże. Robiący swoje. I uparty jak osioł póki sam sobie
pewnych rzeczy nie poukłada.
Nasuwają mi się na myśl jeszcze
wszystkie Katarzyny, niesamowicie wrażliwe dziewczyny, często o
duszach artystek. Marie, często ciche, mające niesamowicie bogaty
wewnętrzny świat, ale nie radzące sobie z zewnętrznym zwłaszcza
w kryzysowych momentach, do tego bywające niezwykle nieśmiałe.
Dumne Wiktorie, walkirie takie, jak moja babcia. Uparte w swoim
świecie Aleksandry, mające swoje wartości, których nigdy nie
odpuszczają. Pauliny i Eweliny, z którymi nigdy nie mogłam znaleźć
wspólnego języka. Nie znoszeni przeze mnie często Markowie.
Może to wszystko przypadki. Może to
jak z każdym gazetowym horoskopem, są rzeczy, które można
dopasować do każdego. To takie zabawy, znaczenie imion,
numerologia, wiele rodzajów horoskopów. Ale, "coś w tym
jest". To to słynne, nieokreślone "coś", tkwiące
też moim zdaniem w imieniu.
W naszych czasach, naszej kulturze w
imieniu chodzi przecież tylko o estetykę. Wielu wybiera imię, bo
takie im się podoba. Zosie, Amelie, Zbyszkowie. Bo ładnie brzmi, bo
jest oryginalne albo odpowiednio "mało dziwne" żeby
spokojnie żyć. Ładne albo po prostu po dziadku.
Jednak kiedyś, w dawnych czasach, w
czasach i miejscach, nasi przodkowie wierzyli, że imię musi coś
znaczyć. Że jest właśnie pewnego rodzaju stygmatem, który będzie
kierował w naszym życiu. Jest czymś niezbywalnym.
W danych czasach nasi przodkowie, a
teraz w wielu plemionach akt nadania imienia jest wręcz czymś
magicznym, czymś, do czego przywiązuje się wielką wagę. W
kulturach chrześcijańskich czymś takim był może i kiedyś
chrzest, ale dziś raczej to powód do imprezy i dawania prezentów
dla wielu. Żaden magiczny akt przyzywania Boga, tajemnych siły,
mających dać siłę, mające obudzić dobre wiatry wiejące w żagle
tego małego człowieka. Takim było kiedyś bowiem nadanie imienia.
Dziś cóż, symboliczne nawet pójście
do USC i wpisanie w akta tego, co nam się podoba. A czasem i nawet
nie, bo przecież odbywa się to w szpitalach.
Pamiętam opowieść mamy mojej
znajomej, Kingi (królowej notabene wywodzącej się z niemieckiej
Kunegundy) że jej ojciec poszedł do USC i ...zapomniał, jakie
imię kazała mu podać żona. Pani urzędniczka podała więc mu
księgę imion, w nadziei, że rozemocjonowany tata może sobie coś
przypomni wertując książkę. Nic bardziej mylnego. Zestresowany,
wybrał po prostu to, co mu się spodobało. Tak też mama mojej
znajomej nosi dziwaczne imię...Oriona.
Ładne, nie powiem. Ale kto wie, czy
może właśnie tak lekkomyślnie ojciec nie wyznaczył pani Orionie
jej drogi? Nawet o tym nie wiedząc, bo przecież- zapominamy o tym,
że imię musi coś znaczyć. Zapominamy o tym, że imię to niegdyś
była nadawana nam wraz z narodzinami moc.
Wiele kultur wierzy, że za każdym
razem, wypowiadając prawidłowe imię danej osoby, zwracając się
do niej w ten sposób, wypowiadamy swoiste błogosławieństwo,
wypowiadane imię przypomina właśnie tą moc, pewną dawną
inicjację i prowadzi na ścieżce. Kto wie? Może za każdym
razem ta moja Basieńka ma mi przypominać o obranej przeze mnie
drodze i o tym, że mam się głośno śmiać? Kto wie, może nadana
tylko przez to, że ojciec pijak miał taką a nie inną profesję,
przypadkowo wyznaczyło właśnie to, kim jestem w jakiś sposób i
może to właśnie imię błogosławi mi, nadając dodając
wewnętrznej pary i mocy?
Przypomina mi się jeszcze inna
opowieść pochodząca z innej opowieści ( mangi pt. "Monster"
i takiegoż anime, jakby ktoś był ciekawy), o potworze bez imienia.
Pewnego razu, żył bezimienny
potwór. Ale tak bardzo chciał mieć imię, że nie mógł tego
znieść. Więc postanowił się wybrać w podróż, aby odnaleźć
swoje imię. Lecz świat był za duży.
Świat był za duży, więc potwór
rozdwoił się i rozszedł w różne strony.
Pierwszy poszedł na Wschód, a
drugi na Zachód.
Pierwszy dotarł do wioski, u której
wejścia spotkał kowala.
-Panie Kowalu, niech pan mi odda
swoje imię!
-Nie mogę tego zrobić.
-Jeśli odda mi pan swoje imię,
uczynię pana silniejszym niż kiedykolwiek pan sobie wyobrażał.
-Naprawdę? Oddam ci swoje imię,
jeśli uczynisz mnie silniejszym!
Potwór wszedł więc do środka
kowala i stał się kowalem o imieniu Otto.
Kowal Otto stał się najsilniejszym
człowiekiem we wsi.
Lecz pewnego dnia...
-Popatrz na mnie! Popatrz na mnie!
Potwór we mnie zaraz eksploduje!
Pssst...Szzz...Trach! Glup!
Głodny potwór zjadł Otto od
środka. I znów został bezimiennym potworem.
Mimo, że po czasie, wszedł do
środka szewca Hansa.
Psst....Szzz...Trach! Glup!
I znów nie posiadał swojego
imienia.
Mimo, że wszedł do środka
myśliwego Thomasa.
Psst...Szzz...Trach! Glup!
Ciągle wracał do swojej pierwotnej
postaci.
Poszedł więc do zamku szukając
naprawdę niezwykłego imienia. Wewnątrz zamku leżał bardzo chory
chłopiec.
-Jeśli oddasz mi swoje imię,
uczynię cię silniejszym niż kiedykolwiek!- rzekł potwór.
-Jeśli wyleczysz mnie i uczynisz
zdrowym, silniejszym po prostu, oddam ci swoje imię- rzekł
chłopiec.
Potwór wszedł więc do środka
chłopca, a ten w jednej chwili stał się niezwykle zdrowy. Król
był szczęśliwy, tak samo jak wszyscy ludzie w królestwie.
Zapanowała powszechna radość.
Potwór zakochał się w imieniu
chłopca, jak i w życiu na zamku. Dlatego znosił swój głód,
każdego dnia, nawet jeśli był u kresu możliwości, nie poddawał
się.
Lecz głód nie minął.
-Popatrz na mnie! Popatrz na mnie!
Potwór wewnątrz mnie zaraz eksploduje!
Potwór kochał chłopca, ale musiał
jeść. Chłopiec zjadł więc wszystkich służących, poddanych,
swojego ojca...
Psst...
Szzz...
Trach!
Glup!
Ponieważ nikogo już nie było,
chłopiec wyruszył w podróż. Szedł dniami, tygodniami,
miesiącami. Aż pewnego dnia chłopiec spotkał drugiego potwora.
-Mam imię- pochwalił się. -To
przepiękne imię!
A wtedy drugi potwór na to
powiedział:
-Nie potrzebuję imienia, jestem
szczęśliwy, nawet jeśli go nie mam. Jestem przecież Bezimiennym
Potworem.
Wtedy chłopiec zjadł drugiego
Potwora, nie mogąc znieść jego słów. Mimo, że miał imię...
...to nie było nikogo, kto mógłby
go nim nazwać.
Johan. To przepiękne imię.
Choć jest to część większej
opowieści, sama w sobie daje bardzo dużo do myślenia. Wniosków i
morałów jest aż za dużo, w tych niewielu słowach. Widzicie je
zapewne wszyscy, więc nie będę się nad nimi rozwodzić.
Ale, po prostu, może nie przywiązujemy
wagi do imion, nie nazywamy ich już pierwszymi, pierwotnymi
błogosławieństwami. Nie doszukujemy się w nich znaczeń i tego,
co może podpowiedzieć nam naszą drogę. Imię to imię, ot, zbitek
słów....ale być może nie doceniamy go, póki je mamy. Tak samo
jak nie doceniamy życia i prawdy o sobie, póki jej nie stracimy.
Może w tym tkwi sens- dzięki imieniu możemy powiedzieć "oto
ja jestem". A to kim jesteśmy, jest nieraz najtrudniejsze do
odkrycia, jest też najważniejszą nauką.
Zacząć można od radości z miana i
szukaniu kolejnych imion, imion dawnych matek, ojców, przodków i
korzeniach w nas tkwiących. Imion dzikich nurtów i imion wszystkich
bogów. Imion wszystkich wcieleń, aż znajdziemy sam rdzeń tego,
kim jesteśmy.
Oto jestem. Nie muszę mówić o
potworze, który mnie rozrywa, bo znam swoje imię i każde kolejne.
I kocham już swoje imię, bo choć nie jest całą mną, to ja
jestem. A kochając siebie i odnajdując, mogę naprawdę żyć.
Basia, Baśka, Barbara. Oto ja.
A ty? Jeśli nie wiesz kim jesteś, nie
daj się bezimiennym potworom. Zacznij od imienia. Tak po prostu.
Stań przed lustrem i spójrz sobie w oczy, mówiąc swoje imię. Czy
nie brzmi pięknie?
Jak sosny rosnące przy wietrznej drodze
Mam imię
Mam imię!
Jak śpiewający ptak i rechocząca ropucha
Mam imię
Mam imię!
I będę z nim żył jak mój tata
Ale żyję marzeniem, które on trzymał ukryte
Poruszając mnie w dól autostrady
Tocząc mnie w dól autostrady
Poruszając się do przodu, więc życie nie minie przeze mnie
Zawsze lubiłam tą sienkiewiczową Basię, to chyba moja ulubiona postać :) A skąd się wzięła Frida, od tej malarki, czy jest z tym związana jeszcze jakaś historia?
OdpowiedzUsuńMałgorzata oznacza perłę i muszę powiedzieć, że odkąd to wiem, znacznie bardziej lubię moje imię :)
A to miło, w sumie, tym razem odbiorę to osobiście :D
OdpowiedzUsuńTak, od Fridy Kahlo, przez to, jak malowałam, powiedzmy, że moje obrazy były dość surrealistyczne właśnie, kobiece ( i teraz w sumie też się takie stają) i przez charakterek...swojego czasu dużo imprez, picie tequli, tańczenie na stołach w barach i całowanie z kobietami zrobiły mi nimb a la Frida:)
I nie dziwię się wcale, bo to piękne znaczenie:)
To prawda, ważne by kochać i akceptować siebie:)) znałam w życiu kilka Basiek i zwykle fajne to osoby były.
OdpowiedzUsuńNieraz wręcz najważniejsze:)
UsuńTo dobrze, tak z mojej perspektywy :D
Myślę,że wraz z imionami nadajemy pewne cechy osobie/zwierzęciu, i... Dajemy pewne przeznaczenie. Ostatnio na ćwiczeniach słyszałam,że jakaś studentka zrobiła świetną pracę na temat imion. Potwierdzoną badaniami. Cechy charakteru itp.. I wiem np. że z Aniami się dogadam :) I nawet ostatnio tak myślałam o tych imionach i... Ja chyba nie wiem co jest w moim. Nie potrafię znaleźć takiej cechy i znaczenia... Ale może jeszcze do tego kiedyś dojdę :)
OdpowiedzUsuńWięc można powiedzieć, że to właśnie to swojego rodzaju "błogosławieństwo". Tylko szkoda, że w obecnych czasach nie często zwracamy na to uwagę, nie przywiązujemy się do rzutowania imion na nasze życie. A z Aniami też nie mam zazwyczaj żadnego problemu:)
UsuńI to czasem wymaga czasu, więc, oby się znalazło:)
A ja lubie zwracac na to uwage. I np. zwierzetom nigdy nie daje tego samego imienia. Moze to zbieg okolicznosci... Ale konczyly tak samo i byly takie same :p I chcialabym dostrzec co jest w moim imieniu i patrzylam na inne moje imienniczki to nie moglam znalezc takich wspolnych cech. A w innych imionach to jakos latwiej przychodzi... Siebie zawsze trudniej chyba tak "oceniac". A i lubie znajdowac taka "magie " w codziennosci :p
UsuńNo z imionami zwierząt to w ogóle osobna kwestia. Nie wyobrażam sobie jakoś właśnie nadać tego samego imienia.
UsuńI jasna sprawa, do siebie po prostu zawsze mamy najmniejszy dystans, więc nie widzimy tak wyraźnie, jak u innych ludzi tego samego.
To chyba dobrze:)
Hm, tak się zastanawiam, jak to będzie z moim imieniem, co prawda napisałaś, że uparte w swoim świecie Aleksandry, ale nie wiem do końca, jak to odebrać :D I tak sobie poczytałam teraz trochę i na różnych portalach zdarzają się zupełnie sprzeczne rzeczy na temat osobowości Aleksander, ale gdzieniegdzie znalazłam coś, co idealnie do mnie pasuje. :D
OdpowiedzUsuńPo prostu, mające swój świat, w którym żyją i w którym mają swoje zasady, nieważne nieraz, że reszta, ci co otaczają się z nimi nie zgadzają:) Bo to jak ze znakami zodiaku, można napisać dużo różnych bzdur, wielu rzeczom w necie ufać nie można :D Ale zawsze właśnie znajdzie się i coś, co podpasuje:)
UsuńTo chyba można by było podciągnąć do każdego :) Ja w ogóle nie lubię się kierować takimi rzeczami, takie pisanie tylko, co by coś powymyślać :D
UsuńRozumiem:)
UsuńUparte w swoim świecie Aleksandry, mające swoje wartości, których nigdy nie odpuszczają.
OdpowiedzUsuńOj z tym to trafiłaś idealnie.
No to widzisz, jesteś po prostu kolejną Olą, którą znam, do której to pasuje. Czyli, jak zawsze- coś w tym błogosławieństwie imienia jest:)
UsuńWiesz, że się śmiałam przez cały czas czytania tego? :D Jak dziewczyny u mnie były to M. patrzyła na moje książki i dojrzała... "znaczenie imion". :D Pamiętam, że już kiedyś czytałyśmy swoje śmiejąc się z niektórych rzeczy. I teraz też tak czytałyśmy, a ja starałam się myśleć o kilku osobach, żeby sprawdzić te cechy wspólne właśnie. I faktycznie, było ich dość sporo. M. sprawdzała swoich rodziców i rzuciła ze śmiechem "ej, przeczytam Barbarę!" (babcia, jak wiesz :D). No i czytała chichrając się od czasu do czasu, bo myślała o babci właśnie.
OdpowiedzUsuńPamiętam jak w liceum gadałam z koleżanką o imionach, horoskopach i takich tam. Śmiałam się, że można sobie "zaprojektować" dziecko - bo właśnie czytasz o imionach i wybierasz to, które Ci najbardziej odpowiada; planujesz kiedy zajdziesz w ciążę, żeby urodzić dziecko w konkretnym znaku zodiaku; dodajesz trochę swojego charakteru i partnera ofc i masz dziecko :D Lałyśmy z tego, ale to tylko pokazuje jaką niewielką wagę przywiązujemy do imion pod względem jakiegoś przeznaczenia właśnie. Bo niektóre rzeczy mogą się zgadzać, inne nie, ale zawsze coś pasuje. Dodać do tego znak zodiaku czy enneagram właśnie i nagle pasuje dużo więcej cech. Ja po enneagramie miałam takie wtf, że przecież te rzeczy, które czynią mnie w jakiś sposób wyjątkową pasują też do innych osób xD
Jaka ja zajarana byłam jak Kordian opowiadał o tych imionach swojego rodzeństwa i nie tylko! Strasznie podobało mi się, że nie było tam nic przypadkowego. Nie było tego "bo ładne, bo oryginalne". Chociaż oryginalności to nie można odmówić :D
No to idealnie się zgrałyśmy, można rzec :D I takiej książki nigdy nie miałam, ale mam o fizjonomice, astrologii...nieraz to tam ładne bzdury można znaleźć, tak samo jak we wszystkich horoskopach czy u Wróża Macieja i tak dalej :D Ale w dużej mierze, czy numerologia, czy imiona...mi się wydaje, że znaczenie mają właśnie. Jasne, nie można schematyzować, żyć zgodnie całkiem z tym co wyznaczają niby znaczenia...ale ja wierzę, że właśnie w imionach, jak i w znakach zodiaku po prostu "coś jest". Może dlatego, że u mnie samej za bardzo aż się to sprawdza :D
UsuńA zaprojektowanie dziecka to ciekawa wizja :D Gorsze, że prawdziwa z innej strony, tzw. nowej eugeniki i inżynierii genetycznej, ale już nie o to chodzi tym razem :D Ale tak mi się skojarzyło :D
No enneagram to w ogóle ciekawa sprawa, myśmy mieli z Kordianem swojego czasu na tym punkcie hopla, jeszcze z Wojtkiem i Cat i wszystkich tym męczyliśmy :D żeby zrobili test :D
No bo u nich to wyjątkowo fajna tradycja:) I to fakt. Zwłaszcza Beatrycze mnie zawsze rozwalało i to "gdybym nie miał siostry byłbym Dante ":D
No właśnie :D
UsuńJa swoją chyba jeszcze w podstawówce kupiłam i jest chujowa, bo wielu imion nie ma po prostu. Swoją drogą, tak się zastanawiam co, w konktekście jakiegoś przeznaczenia, z tymi wszystkimi Nikolami i Roksanami, albo Brajanami i Kewinami xD A Wróżbita Maciej jest zajebisty! xD No bo właśnie ciężko nie wierzyć, gdy jednak coś pasuje, coś się sprawdza :D
Aż dziwne, że nikt na to nie wpadł, nie? :D A może... może mnie też zaprojektowali? E... nie, za dużo mam wad xD No w sumie słuszne skojarzenie przecież :D
No mi też kazał robić właśnie i mówił, że mam np. dziewczynom dać do zrobienia, bo sam był ciekawy co im wyjdzie i czy się sprawdzi :D W sumie dałam tylko rodzicom to pasowało oczywiście. A biedna A. zabrała się za robienie, ale nie pamiętała już jak jej tłumaczyłam jak zaznaczać odpowiedzi, a nie czytała wstępu, więc jej wyszło źle xD A drugi raz nie robiła, bo za dużo pytań xD
Hahaha tak :D Bo w sumie Bea się najbardziej z imieniem wyróżnia jednak :D Nie to co biedna Em na przykład xD
Rozumiem o co chodzi :D Bo sama w podstawówce kupowałam tego typu książki, w sumie nic nie warte, ale fajnie się nimi "zabawiało":D W sumie, wtedy kupiłam swój pierwszy sennik :D I patrz, jak daleko zaszło :D
UsuńA co ma być? Te imiona też mają swoje znaczenie, co z tego, że obcego pochodzenia. Twoje imię też ma obce pochodzenie i kiedyś na ziemiach polskich było dziwaczne :D
Dokładnie:)
No ale przecież imiona i znaki zodiaku etc. nie wykluczają wad, więc może wszystko się zgadza?:D Ty jesteś bykiem, nie, dobrze pamiętam?
No to dupę i tobie truł, jak truliśmy wszyscy :D I jak za dużo pytań, tam wcale nie ma dużo pytań :D
No właśnie, najbardziej egzotyczne jak na nasze standardy. I Emilia jest bardzo ładne akurat :)
Dokładnie tak :D Oo ja pamiętam, że zawsze chciałam mieć sennik xD Pamiętam jak się jarałam, gdy jakaś koleżanka opowiadała, że jej kuzynka ma i miała coś tam sprawdzić dla nas, geez :D Później mi chyba jakoś przeszło, skoro jednak nigdy nie kupiłam, a potem to już wiadomo, internety wystarczały :D Ale u Ciebie to faktycznie się rozwinęło tej :D
UsuńWeź, co taki Kewin może znaczyć? xD że matka dziecko skrzywdziła chyba :D
Nie no, nie zaprojektowaliby sobie takiego leniwca tej :D Tak, byk :)
Nie to, że truł, ja uwielbiam wszelkie testy psychologiczne, chociaż mało co z nich zawsze wychodzi xD Dla A. dużo i długie, wiesz, za dużo czytania... xD
No ładne, nie mówię, że nie, ale takie, najbardziej pospolite z tych wszystkich chyba :D
A ja jakoś wolę swój stary jungowski sennik, niż wszystkie internety, chociaż, w sumie to sennika już nie potrzebuję za bardzo, tylko czasem, jak są jakieś rzadkie symbole :D
UsuńNo jakieś znaczenie tam ma w innej kulturze, to wiesz :D U nas tylko przeniesienie następuje:D
No to nie powinnaś być leniwcem, jak byk, tak w ogóle :D
I bez przesady już z tym że długie, wcale takie nie było :D
W sumie to prawda. Ale miała być Virginią, tylko nie wyszło :D
Bo pewnie jest lepszy :D
UsuńPowiem mamie, żeby zapytała matkę chłopca o imieniu Kewin co to imię znaczy xD
Ale jestem :D
No dla niej było :D
Wiem, wiem. Wtedy by mogła konkurować z Beatrycze :D
Inga. Takie imię z dupy, którego nikt nie ogarnia xD
OdpowiedzUsuńW krytycznych momentach zastanawiałam się: Cholera, ja może zmienię to imię i będzie po kłopocie? Ale... Jeśli nie będę Ingą, to kim będę...?
Zauważam również pewne cechy wspólne u imienników. Widać nic nie dzieje się przez przypadek. Żadna Oriona też.
Myślałam nad Krakowem, ale zaczynam wątpić, czy ja w ogóle zdam jakoś konkretnie maturę. Więc mam zamiar zakręcić się koło jakichś konkursów o indeksy, np. do Warszawy na PW. Zobaczymy, gdzie zawiedzie życie... Być może wiatr zawieje za granicę, kto wie?
A mi się podoba, jak wszystkie krótkie imiona na I. Inga, Iga, Ida...takie ładne, dźwięczne i konkretne.
UsuńWłaśnie. Jeśli mielibyśmy inne imię...to kim byśmy byli? W ogóle od razu mi się kojarzy motyw pozbawiania imienia jako pozbawiania tożsamości, np. nadawanie numerów w obozach koncentracyjnych i tak dalej...można nieraz imienia nie lubić, ale w jakiś sposób o nas stanowi. Kształtuje nas.
Ano, może właśnie tak chciał wszechświat, że Orioną została :D
Nie wątp, nie wątp;) Tylko się staraj. Matura nie taka straszna jak ją maluję...ale ok, miasto wybrane, ale na jakie kierunki w ogóle chcesz startować? I trochę czasu jeszcze jest, los może w różne miejsca jeszcze rzucić:) I za granicę, no czemu by nie:)
Mnie też się całkiem podoba, ale jak po raz x poprawiam, to mam ochotę zasadzić kopa.
UsuńPrawda... Ech, dobrze mieć imię, do którego nikt się nie dobiera i nie zmienia na ciąg cyfr...
Obecne genialne zmiany Ministerstwa po prostu mnie trochę załamują. No i nie bardzo idzie mi pisanie pod klucz </3
Inżynieria materiałowa, technologia chemiczna i tym podobne :D już sobie odpuściłam plany wybycia gdzieś poza Polskę, ale ostatnio ktoś mi podrzucił linka, zaczął opowiadać, że byłoby fajnie razem pojechać.
Aż tak często musisz poprawiać?:D Ale to w sumie, ja teraz stale muszę poprawiać w urzędach etc. nazwisko po mężu które mam, drugie, bo stale mi przekręcają jak im mówię jak się nazywam :D Więc wiem, że takie rzeczy bywają irytujące.
UsuńDokładnie. Ale to czasem cóż...dar losu.
Właśnie coś o jakichś zmianach słyszałam, ale nie wiem, co tam się dokładnie znowu zmienia?
O proszę, brzmi ciekawie wszystko po kolei:) I czasem ktoś nas pięknie potrafi zmobilizować do pewnych rzeczy, no więc czemu by nie:) Spróbować zawsze można przecież:) A za granicę to gdzie byś się udawała w takim razie?
Bardzo. Nawet w szpitalu, do którego jeżdżę id małego, na teczce podpisali mnie "Kinga". Losie.
UsuńTo jest za długie na jeden komentarz xD najlepiej poczytać informator maturalny, ale nawet ja nie mam jeszcze takich samobójczych zapędów :D
Zawsze myślałam o Niemczech, ale chciałam studiować po niemiecku, a nie znam języka aż tak dobrze. Po angielsku w Niemczech nie wiem, jak jest, wiec Zjednoczone Królestwo najbliżej. Ale mama powiedziała, że jak nie dostanę stypendium do Oxfordu albo Cambridge to mogę się wypchać :D to chyba załatwia sprawę, bo musiałabym chyba przemierzyć kosmos w ręcznie robionej rakiecie, żeby dostać tam stypendium.
Na Kingę to bym w ogóle nie wpadła :D
UsuńW sumie też prawda. Ale pewnie i tak się za to nie zabiorę, bo matury już nie zdaję, a informator mi za długi jednak :D
W sumie, na pewno mają wydziały angielskojęzyczne, tak samo jak u nas po prostu. Na każdej uczelni już chyba jest coś takiego.
I...genialne porównanie :D Ale mawiają, że nigdy nie mówi się nigdy:D
Wiesz, Twoja notka jak zwykle dała mi cholernie dużo do myślenia. To chyba nie przypadek, że teraz o tym piszesz. Z resztą z mojej filozofii nie ma przypadków :D Ale nie o tym. Stojąc przed jednym z cięższych wyborów życiowych, nie wiem, co robić, Ty spadasz mi z notką o imionach i w tym odnajduję sposób na podjęcie decyzji :D Dzięki :)
OdpowiedzUsuńBasia to ładne imię. Znam dwie Basie i obie mają taki zaraźliwy rodzaj śmiechu, tego dźwięku się nie zapomina :D A po za tym "Baśka miała fajny biust" - być może w tym też coś jest :P
A tak jeszcze na zakończenie tego komentarza - zaciekawiłaś mnie z tym wymawianiem imienia i otrzymywaniem przez to błogosławieństwa. Ciekawe, czy jest w tym prawda. Niestety nam, ludzkim istotom o ograniczonych horyzontach nie dane się dowiedzieć tego.
No bo przypadki to tylko celowe zdarzenia, których celowości po prostu nie umiemy jeszcze zrozumieć, ani nie umiemy jeszcze połączyć odpowiednio wątków :D
UsuńHm...a to w sumie ciekawe, jak mogło to pomóc, chociaż ok...to tak samo jak z moim imieniem, robię w życiu póki co to, czemu niby święta Barbara patronuje :D Ale mnie zaciekawiłaś, o co chodziło :>
Czyli z tym śmiechem jednak coś jest :D Głośny jak rżenie osła, ale mimo to nie drażni :D
Jeny, nie znoszę tej piosenki, może dlatego, że wiecznie mi ją w gimnazjum śpiewał pewien Jakub, który się do mnie podwalał, a ja go nie chciałam. I do tego w tamtym okresie biustu nie miałam w ogóle ( jeszcze w liceum do 2 klasy nie nosiłam stanika, bo uważałam, że mi nieporzebny, teraz bez stanika żyć nie mogę, bo mi piersi do imponującego c urosły).
Może i jest:)Każde słowa, każde dźwięki, które kierujemy do siebie wzajemnie nie pozostają przecież bez znaczenia:) Afirmacja, intencyjność...ma też pewnie znaczenie, gdy mówimy do siebie po imieniu. Inaczej, będąc zakochanymi, czemu chcielibyśmy słyszeć swoje imię w ustach tego, kogo kochamy?:)
Ja to miałam być Marcinem :p bo moja Mama do samego końca była pewna, że chłopca urodzi, potem to jeszcze wyszło tak, że jak mnie już z jej łona wyciągnięto to pępowina mi się między nóżki zapłątała i wszyscy prócz Mamy byli pewni, że to siusiak, a więc chłopiec xD Ale rodzicielka szybko sprostowała: "Nie, patrzcie, przecież to dziewczynka!"... i tak zostałam Martyną... aczkolwiek moje imię Mama mi dała, bo kocha Martynę Jakubowicz :p
OdpowiedzUsuńJa znaczenie mojego imienia znam, zresztą Ty też, sama mi wspomniałaś o wojowniczkach :) I szczerze, nie potrafię sobie wyobrazić siebie z innym imieniem, mimo że teraz na Wyspach to ja jestem Matina jakaś, co mnie trochę wkurwia, bo jak za szybko gadam to sama już o prawidłowym wymawianiu swojego imienia zapominam :D
I wiesz, ja znaczeń swojego imienia przeczytałam wiele, ale jakoś do żadnego z nich większej wagi nie przywiązywałam... mimo, że zawsze pojawiało się to "kurde, coś w tym jest!". Mimo to... no, lubię swoje imię, a teraz to nawet czuję się z niego dumna, nawet jeżeli muszę je niekiedy literować (głównie ze względu na "r" albo "y", oczywiście :)). Chociaż i tak z nazwiskiem jest większy problem, ale to już inna historia :p
Tak jeszcze napiszę, że z tymi korzeniami ukraińskimi to też mam podobną historię, aczkolwiek ciotki oburzają się, "bo Lwów zawsze należał i należy do Polski". I mój dziadek też jest górnikiem... hm... muszę się go zapytać czy kiedykolwiek przemknęło mi przez myśl, by nazwać moją Mamę Barbarą... jakaś część opisów Twojego imienia napewno by do niej pasowała, aczkolwiek napewno nie z tym piciem, bo ona ma jeszcze bardziej słabą głowę niż ja :p
Bogowie, też miałam być chłopcem :D Dlatego moja mama mówi, że byłam i jestem taką oklętą wiecznie chłopczycą w dużej mierze, bo to te przewidywania nieudane :D
UsuńTo się z twoją mamą bym dogadała bo sama Martynę Jakubowicz uwielbiam i w sumie...tak się trafiło, że muzyka pani Jakubowicz stała się też najważniejszą w moim życiu. Przy " W domach z betonu" pierwszy raz całowałam się i co ino ze swoim Mężem, przy "Będziesz moim haszyszem" dzień potem tanczyłam jak zwariowana bo mnie nosiło z tej radochy i miłości i tak dalej:) Także, dla mnie pani Jakubowicz jest ...wyjątkowo wyjątkowa :D
No właśnie, o twoim imieniu gadałyśmy, bo od razu mi się skojarzyło:) No i tym się nie ma co przejmować, niech sobie zniekształcają. Ciesz się, że nie masz na imię Grażyna albo Przemek..to by cudnie wymawiali :D
No tak, nazwiska to inna sprawa ale właśnie imiona...mają jak dla mnie pewną magię. I po prostu, mimo wszystko warto się lubić z tym, co jakoś mimo wszystko wyznacza naszą tożsamość w dużej mierze.
No to moi nie z Lwowa, a z Podola gdzieś tam, daleko hen, kozacka krew :D No to widzisz, mamy dużo wspólnego w sumie tak e...rodzinnie :D
No to nie odziedziczyłyście tego zestawu akurat dobrych genów z Ukrainy :D
Ja miałam być Kamilem...
OdpowiedzUsuńMojemu ojcu podobała się Bożena, i całe szczęście jestem Moniką :)
Nigdy nie miałam problemu ze swoim imieniem.
Nie żebym była jego wielką fanką, ale też nie uważam żeby było tragiczne :)
Na drugie mam Maria, bo to taka nasza tradycja rodzinna...
Kiedy tak czytam znaczenie mojego imienia, uśmiecham się pod nosem i przytakuję...wiele się zgadza :)
Monika-choleryczka :P
Na studiach miałam koleżankę o imieniu Basia :):) Bardzo fajna dziewczyna :)
I lubię to imię, mój Mąż kiedyś powiedział że dałby tak na imię drugiej córce :):) o ile kiedyś będziemy mieli drugie dziecko i w dodatku córkę :)
Poza tym od dziecka mam tak, że jestem anty nastawiona do osób o imieniu Karolina. Każda Karolina z jaką miałam do czynienia miała cholernie ciężki charakter. Oczywiście nie mam na celu obrażać nikogo, to po prostu takie moje osobiste doświadczenie.
Za to bardzo dobrze kojarzy mi się imię Krzysiek :)
Spokojnego weekendu! :))
Bożena też ładne imię :D Ale z Monikami na przykład zawsze miałam dobry kontakt:) Pamiętam swoją koleżankę z klasy z podstawówki, przez którą imię Monika kojarzy mi się też, absurdalnie...z niezwykle pięknymi i długimi włosami :D
UsuńPo prostu je lubisz, akceptujesz. Bo jest Twoje:) Tak samo po prostu trzeba akceptować i lubić siebie:)
O, to będziecie mieli rozrabiarę, jeśli wszystko się sprawdza :D
A z Karolinami, tak jak z Ewelinami i Paulinami nigdy nie mogłam się właśnie też dogadać.
Mój dziadek był górnikiem. Był sztygarem na kopalni, wiem też co to barbórki ;) A każde imię coś oznacza, moje imię pasuje do mnie jak ulał, jest jednym z imion z Biblii, z hebrajskiego oznacza księżniczkę. Jest głównie kojarzone z imieniem żony Abrahama.
OdpowiedzUsuńNo tak, jak się miało górnika w rodzinie, to nie można nie wiedzieć, co to Barbórka :D No to jednak, imiona większości osób jak tak patrzę po komentarzach, pasują:)
UsuńDokładnie tak :p
UsuńWtedy były popularne dwa imiona - oczywiście nie w Polsce - moje i Laura. Początkowo miałam być Laurą, ale wyszło to drugie :p
A Laura to bardzo ładne imię tak swoją drogą:) I dobrze chyba, że wyszło jak wyszło, co?:)
UsuńLubię swoje imię, ale czasem chciałabym być po prostu jakąś Gosią, Olą albo Alą, bo za bardzo rzucam się w oczy.
UsuńAle wiesz, może to też jakoś człowieka determiuje, że jednak w oczy się musiał rzucać?:)
UsuńAmelia to akurat imię mojej siostry pożyczyłam je sobie ze względu na blog osobiście swojego imienia nie lubię.Księżna na Rusi wyrżnęła pół kraju,a potem się nagle nawróciła.Jeśli chodzi o znaczenie to zdrowa jak na razie do mnie pasuje,a szczęśliwa to się zobaczy :)
OdpowiedzUsuńMoże to okropne co powiem ale...w życiu nie nazwałabym córki Amelia :D Chociaż kocham np. ten film z którego zaczerpnęłaś cytat do bloga i tak dalej...mam zboczenie medyczne. Bo w łacinie, termin amelia oznacza...człowieka pozbawionego kończyn, takiego no...brzydko mówiąc, kadłubka :D Dlatego np. choroba gdzie nie rozwijają się kości długie to fokamelia i tak dalej. To tak z ciekawostek :D
UsuńI oby pasowały jednak z czasem oba znaczenia, a co:)
Nie zazdroszczę Ci tej pracy z umierającymi. Trzeba mieć mocną psychikę, ja szybko bym się załamała :)
OdpowiedzUsuńA mama Ciacha ma na imię Barbara i śmieje się bezgłośnie, tak samo jak moja koleżanka z grupy ;p
Wiesz, mnie by przerażała i załamywała praca za biurkiem. Po prostu, dla każdego co innego:) Każdy ma jakieś tam swoje predyspozycje.
UsuńTo widzisz, obaliłaś stereotyp pewien :D
Kiedyś się już nad tym zastanawiałam i zauważyłam, że osoby o takich samych imionach są w jakiś sposób do siebie podobne. Mi, jako Magdalenie, też niektóre rzeczy się sprawdzają, choć wiadomo, że nie wszystkie :D Jak byłam młodsza, to czasem tata mówił na mnie "Zuza", bo ściemniał, że miał mnie tak nazwać, ale mama się nie zgodziła, ale mama mówi, że "Magdalena" to był pomysł taty od zawsze, więc już sama nie wiem, o co im chodzi o_O
OdpowiedzUsuńA propos Monik to spotykam je wszędzie na swojej drodze i właściwie chyba z nimi mam najlepszy kontakt xD
No więc nie tylko ja to zauważyłam :D I jasne, nie idzie przecież każdego człowieka dopasować do tej samej linii ale...są punkty wspólne. Może z tym dawnym błogosławieństwem jest coś po prostu na rzeczy:)
UsuńPo prostu, jak zwykle, sprzeczne zeznania rodziców :D
Tak właśnie, w imionach coś jest. Odkąd pamiętam widziałam tę analogię pomiędzy osobami o tym samym imieniu, choć zawsze jeszcze zastanawiałam się o wpływie ich znaku zodiaku. U siebie też zawsze to widziałam.
OdpowiedzUsuńBo może to się jakoś przenika, nie idzie na pewno całkiem niezależnie od siebie. Pewne rzeczy być może mają na nas wpływ i jakoś nieraz...konkurują wręcz w naszym życiu ze sobą?:>
Usuńjak byłem trochę młodszy bardzo lubiłem czytać horoskopy dotyczące daty urodzin, znaku zodiaku, znaczenia imion, tłumaczenia snów czy inne tym podobne, fajnie się czytało ale nigdy jakoś do tego uwagi nie przywiązywałem tym bardziej, że doszedłem do tego samego wniosku, że są to przepowiednie na tyle ogólne, że da się je przyporządkować do każdego. Zauważ, że tego typu przepowiednie zawsze mówią o rzekomych pozytywnych cechach naszego charakteru, nigdy negatywnych. Jakbyś się czuła gdybyś czytała, że jesteś z natury leniwa, o mniejszym ilorazie inteligencji i z założenia jesteś brzydsza? Teraz jakoś w ogóle jakoś nie czytam takich rzeczy, chociaż czasami faktycznie tak sobie myślę, że może coś w tych imionach jest, jakaś moc, czy coś takiego, ale jak pomyślę sobie o innych Rafałach których znam, to z miejsca opuszcza mnie ta myśl
OdpowiedzUsuńJasne, że tak, Te wszystkie internetowe czy gazetowe horoskopy nic nie dają ale...mi bardziej chodzi o pierwotna wiarę w błogosławieństwo swojego rodzaju. I uznaję, że w tym właśnie coś jest:)
UsuńI wcale nie, ja nieraz naczytałam się o negatywnych cechach akurat, nawet w kwestii swojego znaku zodiaku choćby :D
być może, nigdy nie traktowałem horoskopów poważnie, toteż nie szukałem niczego poza tego co z łatwością można znaleźć w internecie, czy gazetach, być może jest jakaś w nas moc która zależy od tego kiedy się urodzimy i jak nas ukierunkuje nasze imię, ja jakoś jednak tego nie dostrzegam
UsuńZgadzam się z tym, że osoby o tych samych imionach są do siebie często podobne i cóż...imię chyba naprawdę potrafi na nas wpłynąć. Sama nie jestem pewna, czy nazywając się inaczej byłabym nadal tą samą osobą ;p Tzn. na pewno po części tak...ale może coś by się jednak zmieniło.
OdpowiedzUsuńJa miałam mieć na drugie imię inaczej niż mam, bo kiedy rodzice już sobie wybrali, to oczywiście mój tata 'zapomniał' i dał mi inne. Ale tak naprawdę do dzisiaj nie wiem, czy on rzeczywiście wtedy go nie pamiętał, czy po prostu ten wybór mu się nie podobał i nie chcąc kłócić się z moją mamą dał mi inaczej, a później zrzucił winę na swoje zapominalstwo ;p W każdym razie cieszę się, bo mi osobiście to omyłkowe bardziej się podoba ;)
Fajna opowieść o bezimiennym potworze...daje do myślenia.
Wiesz, mi się od razu kojarzy tutaj, jak pisałam powyżej, zabieg pozbawiania tożsamości w krajach totalitarnych i np, obozach koncentracyjnych przez odbieranie imienia, robienie z ludzu numerów. Wydaje mi się, że z innym imieniem w jakiś sposób bylibyśmy kimś innym, bo imię też ma wpływ, jak każdy drobiazg na naszej drodze.
UsuńMożliwe, że mu się tamto nie podobało i chciał po swojemu :D
Cieszę się, że się podoba:)
Mi Basie zawsze kojarzyły się z wewnętrzną siłą, niezależnością i równocześnie z wielkimi pokładami ciepła :) Choć akurat wszystkie, które znam są wyjątkowo spokojnymi osobami, zupełnie dalekimi od ryzykanckich skłonności. Niemniej z pewnością jest między nimi jakieś spoiwo.
OdpowiedzUsuńWłaściwie nie raz się nad tym zastanawiałam - na ile to prawda z tymi imionami. Nigdy nie poznałam jakoś bliżej żadnej swojej imienniczki, ale czytając u Ciebie o Asiach, od razu przyszła mi do głowy moja dobra przyjaciółka - ileż w tym prawdy o niej! Ja mogłabym pisać o Klaudiach, Karolinach (trudne indywidua :D), Kamilach, Konradach itd. (zawsze się śmiałam, że w moim życiu jest nadmiar ludzi na "K") i mimo ogromu różnic między każdym z nas, to nasze imię odciska na nas jednak jakieś piętno. Najbardziej widać to w przypadku osób, które z zupełnie niewiadomych powodów nie są znane z imienia na dowodzie, tylko takiego obiegowego "pseudonimu". Przekonałam się o tym jakieś dwa lata temu, kiedy kłóciłam się z synem przyjaciela mojego ojca, że wkręca mnie, mówiąc, że jego rodziciel ma na imię Stanisław, gdy dla wszystkich był Wojtkiem. I nijak ten Stanisław do niego nie przystawał. Cóż, kolega się na mnie prawie obraził, a ja dostałam nauczkę :D Czasem imię tkwi głęboko w człowieku. Głębiej niż decyzja jego rodziców.
Ja ze swoim imieniem czuję się... dobrze. Pasuje. Tylko czasem się zastanawiam czy to dobrze, czy może źle, wnikając we wszelkie opisy z nim związane.
PS dziękuję za blogowe przytulenie. Poczuć się go nie da, ale jest warte szczerego uśmiechu :) A to przecież tak dużo. I podzielam miłość do "Stubborn love", w moim odczuciu to jedna z najpiękniejszych piosenek z jakimi miałam styczność w ubiegłym roku.
To brzmi ładnie, nie powiem:) Po prostu jest coś, co jednak łączy często ludzi z podobnymi imionami i trudno temu zaprzeczyć nieraz:)
UsuńWięc widzisz, nawet obca ci osoba, ale z opowieści jakoś tam przybliżona, od razu kojarzy się z kimś o tym samym imieniu:)
Więc może liczy się to, jak się do kogoś zwracamy, co mówimy..w końcu, to dźwięk był ponoć pierwszym stworzeniem i błogosławieństwem w wielu mitach. A w każdym micie tkwi przecież ziarnko prawdy:)
To dobrze, że na imię nie wybrzydzasz :D I nie ma dobrze ani źle, jest jak jest, pewien potencjał i z niego się korzysta:)
I nie ma za co:) I fakt, czasem sam uśmiech dużo daje. Cóż, mogę powiedzieć podobnie.
Co do Magd, to się nie zgodzę. Poznałem co najmniej dwie albo trzy Magdaleny w moim życiu i żadna z nich nie była tą silną. To miękkie flaki były, kurde ;D.
OdpowiedzUsuńZa to co do Asiek może coś być. Moja ciocia ma tak na imię i cóż...