niedziela, 18 stycznia 2015

O odbiciu dzikich oczu bogini w lustrze, o wilgotnych kwiatach które nie powinny ociekać wstydem, czyli o kobiecym autoerotyzmie i miłości do ciała słów parę

-Chyba powinnam cię przeprosić- powiedziałam do swojego dobicia w lustrze. Wyszeptałam do swojego ciała, patrząc na nie w pełnej krasie, stojąc sama przed sobą nago. Widząc piersi, brzuch i rosłe uda. Żer dla robaków, jak pisał Gaiman ciało to nic więcej, a jednak...

Przepraszam cię. Przepraszam siebie. Za to co wczoraj, gdy dotarły do mnie kolejne nocne spazmy po stracie tych, których kocham, mówiące wcale nie jak echo. Przepraszam za otwieranie ran i nerwowe drapanie się do krwi. . Przepraszam i za te lata, gdy zaczynałam cię nienawidzić.

Patrzę na swoje odbicie, widzę to, kim jestem, kształt, w jaki mnie obleczono na tym świecie. Widzę materię, która przeminie. Widzę energię, która materię posiadła. To tylko atomy, łączące się w komórki, to tylko kolejne wiązania chemiczne, organy, to tylko....to coś znacznie więcej. To atomy, które żyją i składają się na mnie, na mój kształt, który mówi o tym, kim jestem. Materia i energia. Masz ciało, więc żyjesz dosłownie, nie tylko jako echo w przestrzeni Frido. Masz ciało, jak możesz nieraz myśleć o tym, żeby je odrzucić i dołączyć do....

Nie wolno ci. Przeproś. Po prostu przeproś, materię którą jesteś, materię, którą dopiero w późnych latach życia nauczyłaś się nienawidzić. Bo przecież przedtem nieskrępowanie swoje ciało zawsze kochałaś. Co ci się stało? Co się stało z ciałem?

Czasem mam wrażenie, że moje ciało nie należy do mnie. Zmieniło się straszliwie w ciągu 3 lat, kiedy to zachorowałam. Z ciała smukłego jak młoda brzoza, ciała kościstego, z długimi nogami i wystającymi kośćmi, które mówią o tym, co najdłużej po nas zostanie, zaczęło być ciałem miękkim. Czasem gdy patrzę w lustro dziwię się, że to ja, że tak zmieniła mnie choroba. Moje piersi stały się wielkie i nabrzmiałe, choć te 3 lata temu jeszcze czasem uparcie nie nosiłam stanika, bo nie miałam po co, chciałam by te piersi dziewczynki były jak najdłużej nieskrępowane. Moje uda, z chudych zapałek stały się mocnymi udami pokrytymi za dużą ilością ciała, tłuszczu. Moje uda pokryte płaszczem celulitu, który tak chętnie produkują chore hormony. Moja twarz wypełniła się, policzki zrobiły się jeszcze bardziej okrągłe, błyszczące małe oczy jeszcze bardziej zniknęły w obliczu. Czy zniknęły, bo ich nie widać, czy zniknęły, bo po prostu w tym wszystkim przestały błyszczeć? Moje pośladki stały się zadem potężnej kobyły. Moje kości zostały ukryte.

Nic nie mówi w moim ciele o szkielecie, do którego przywykłam lata temu. Które nauczyłam się kochać. Moje ciało zmieniło się ekspresowo, a ja go nie poznaję. Jakby było obce.

Stoję więc przed wielkim lustrem w swojej łazience, stoję o poranku i patrzę na siebie. Patrzę, jakbym widziała po raz pierwszy. Patrzę w oczy, które od niedawna zaczęły odzyskiwać blask po latach, kiedy w moim sercu zagościła dosłowna, ciemna śmierć. Jedna śmierć zepchnęła na dno, inna z niego wydobyła? Bolesny absurd, a jednak...

Patrzę na swoje ciało dokładnie, uważnie, na każdy detal. Za duży nos, który uwielbia mój Mąż. Pełne policzki, wąskie usta, które jednak ponoć tak ładnie się uśmiechają, tak wesoło i czule zarazem, jak powiedziała mi pani Ola, jedna z moich podopiecznych.
Pełne ciało, nie kościste jak u podlotka. Pełne ciało.
Ciało dawnych matek.
Słyszę dawny głos w głowie i przypatruję się sobie jeszcze uważniej.
Czy nie sądzisz, że po prostu dojrzałaś na tyle, by dostać ciało bogini?
Głos nie daje mi spokoju. Zamknij się Sahib!- mówię do swojej głowy.

Myśli jednak biegną już swoim torem, spuszczone ze smyczy przez wspomnienie o kobiecie, której nie widziałam i nie słyszałam przecież już latami.
Ciało bogini. Ciało, które wcale nie karmi się sztucznymi, idealnymi proporcjami, jak dzisiaj o boginiach się myśli. Ciało pradawnej matki, miękkiej i wilgotnej jak kobiece łono. Ciało o szerokich biodrach mówiących o płodności, ciało o wielkich piersiach, mówiących o dostatku. Ciało Wenus z jaskiń naszych przodków, ciało pierwotnych karmicielek,do których ufnie albo z trwogą się zwracano. Ciało matki ziemi, do której należymy.

Ciało takie, jakie miała Sahib. Ciało, którym się chwaliła i którym uczyła rozkoszy choć tylko w teorii, a jednak. Ciało, które kochała i tą miłością uczyła własnej.
Poznałam ją mając 16 lat, na jednej z imprez na którą trafiłam w Poznaniu krótko po tym jak zerwałam ze swoim ówczesnym facetem, Dymitrem, tym, z którym straciłam dziewictwo trochę przedwcześnie, ciekawa swojego ciała i tego, jak seks będzie smakował. Seks, który dla mnie nigdy nie był żadnym tabu. Poznałam ją jako kolejną przedstawicielkę szalonego malarskiego świata, bohemy, która z biegiem czasu jest wyblakła i napuszona, ale wtedy zdawała się być idealnym sposobem na życie.
-To jest Sahib- przedstawił mnie Paweł tej starszej ode mnie o wiele lat kobiecie.
-Naprawdę masz tak na imię?- wypaliłam, gdy rozmawiałyśmy po wypiciu razem kolejnego kieliszka tequili.
-Nie, to tylko przezwisko. Sahib oznacza "Panią" w Indiach. Tytuł którym zwracają się ludzie z szacunkiem.
Pasowało to do niej, do jej egzotycznej urody, wielkich czarnych oczu, do każdej z jej krągłości ciała, ciała, którym poruszała dumnie i płynnie. Ciała, które hipnotyzowało i zahipnotyzowało i mnie.
Jedna impreza, druga, trzecia...wreszcie stałyśmy się sobie bliskie. Jak przyjaciółki, sądziłam, nie znając wtedy jeszcze reakcji swojego ciała i swojej duszy, nie wiedząc nawet, jak i czym mogę się fascynować. Odkrywając dopiero, co mnie podnieca i co powodować może rozkosz. Ucząc się swojego ciała jako nieopierzona nastolatka.

Kolejne rozmowy o tym, że w sumie to jeszcze nie miałam orgazmu, bo niedawno straciłam dziewictwo, ale jestem ciekawa jak on smakuje, tak naprawdę, tak dosadnie, to wielkie "bum", o którym się tyle mówi. Wielkie bum, które przecież nie jest tak doniosłe jak w przypadku, gdy rozkosz sprowadza się na siebie samą.
-Jak mało wiesz o życiu dziewczyno!- zaśmiała się wtedy Sahib i porwała mnie do tańca.
Nie wiem czy to tequila, czy nasze dzikie dusze, młodej dziewczynki i dorosłej już kobiety, ale ta noc była szalona. Tańczenie na stołach i...pocałunki.

Po raz pierwszy wtedy całowałam się z kobietą, piękną, dostojną Sahib. Po raz pierwszy odczułam co znaczy dotknięcie moich warg kobiecymi. Pocałunek, który miał zupełnie inny smak, który sprawiał, że przez ciało przechodziły zupełnie inne dreszcze.
-Bo tak oto łączą się boginie- jak powiedziała mi potem Sahib, gdy paliłyśmy pijane kolejnego papierosa na balkonie wielkiej kamienicy.

Nie powiem, że w jakikolwiek sposób zakochałam się, a raczej zauroczyłam w Sahib w takim sensie, w jakim zakochiwałam się w mężczyznach. Jednak fascynowała mnie, pociągała. Była jak brama, która może otworzyć drzwi do innego świata, była jak woda, która orzeźwia i przemywa zmęczone oczy tak, że widać o wiele, wiele więcej.
Zahipnotyzowała mnie swoim ciałem i swoją duszą. A wtedy, poszukująca różnych dróg dziewczyna nie potrzebowała więcej.

Nigdy nie zostałyśmy dosłownymi kochankami. Została raczej chwilowa przyjaźń oparta na erotyzmie. Więź, dzięki której nauczyłam się tak wiele. Nauczyłam się kochać swoje wychudłe, dziewczęce ciało. Tamten dawny kształt materii.

-Frido, żeby odczuwać rozkosz, musisz się nauczyć najpierw swojego ciała i kochać siebie. Nie pobieżnie, nocami, w łóżku pod kołderką jak robi wiele kobiet. A całkowicie się sobie oddać. Złożyć swojemu ciału hołd z rozkoszy.

Posłuchałam jej wtedy. A dzisiaj przypomniałam sobie te słowa, stojąc przed ogromnym lustrem w swojej łazience.

Ciało kobiety to świątynia. A my pozwalamy je krępować, pozwalamy narzucać sobie to, jaki ma mieć kształt, jaki ma mieć wygląd, proporcje. Wpadamy w pułapki kanonów i szufladek, mówiących nam która kość ma wystawać i którą część trzeba zakryć. Zapominamy o pierwotnym pięknie, które tkwi w ciele każdej kobiety. Zapominamy o lesie, którym jesteśmy i który się w nas rozrasta, lesie zmiennym w czasie. Widzimy piękno w kształtnej piersi, zapominając, że każdy jej kształt ma swoje piękno. Zapominając, że każde ciało jest piękne, ze swoimi skazami, brudami i bliznami. Zapominamy o tym, że możemy oddawać mu hołd.
Zapominamy też o tym, że jednym z tych sposobów jest autoerotyzm.

Tak, dobrze przeczytaliście. Zadawanie swojemu ciału rozkoszy przez kobietę ( nie będę mówić o mężczyznach, bo nie noszę męskiego kształtu przecież na tym świecie) to swoisty hołd i sposób na dotarcie do samej siebie. Na pokochanie. Na poczucie kim naprawdę jesteśmy i zrozumienie, jak jest to piękne, skoro może powodować nieskrępowane fale otwierające całkiem inne oczy, te, które widzą dalej.

Wielu krępuje dziką seksualność, zarówno kobiet jak i mężczyzn. Lecz o ile męski fallus, symbol dosłownej siły jest jeszcze w wielu kulturach zrozumiały przez swoją prostotę, a tyle kobiece łono stało się symbolem siedliska wszelkiego zła.
Mówimy, że żyjemy w oświeconych czasach, czasach w których epatuje się seksem. Ale epatuje się w całkiem inny sposób. Nadal zniewolony, mający granice społecznej akceptacji, akceptacji w mediach, a nie na co dzień.

Kobieca seksualność i ciało nadal są uciskane. I od czasu do czasu odczuwa to każda z nas. Większość z nas przeszła przez piekło, dorastając. Większości z nas mówiono, że to co mamy między nogami jest brzydkie i trzeba to chronić przed światem. A może i świat przed tym, co nosimy w sobie. Przed wilgocią i nieskrępowaniem naszego łona. Przed sposobem na bycie po prostu, kobietą w pełni.

Póki kobieta nie zrozumie swego ciała, jak może też kochać inne ciała? To kiedyś powiedziała mi Sahib i miała rację.
Wmawiano nam że nasza kobiecość, czerwona i wilgotna, piękna jak kwiaty jest nieładna, jest powodem do wstydu. Jak wiele kobiet, którym się to wmawia, może czerpać potem radość z najwspanialszej z funkcji ciała?
Miałam to szczęście, że w moim domu nie było barier w rozmowach, jeśli chodzi o seksualność. Nie wmawiano mi, że coś jest złe albo wstydliwe i moja seksualność, dzięki mojej mamie, mogła rozwijać się swobodnie i nieskrępowanie. Już od dziecka nie mówiono mi a fe, gdy oglądałam swoje narządy rodne. Bo te przecież ciekawią każde dziecko, swoje narządy i cudze. I dają już jakąś przyjemność.
Dopiero gdy poszłam do szkoły, zrozumiałam, że dla wielu autoerotyzm to grzech. Ciało jest siedliskiem plugastwa, zwłaszcza kobiece ciało. Usłyszałam przesądy o tym, że "od tego to ręka gnije" albo że porasta zwierzęcym włosiem. Dowiedziałam się o grzechu Onana i o tym, że seks to zło.
Nawet gdy byłam nastolatką, której dopiero rosną piersi i pierwsze włosy na łonie, coś mi się już nie zgadzało. Dałam jednak częściowo skrępować swoją seksualność i swoje ciało. Dorastałam w cieniu, łamiąc po cichu kolejne bariery zadawanej sobie nocami rozkoszy, łamiąc bariery w związkach z mężczyznami.

Aż poznałam Sahib, która przypomniała mi to, co w głębi siebie wiedziałam, pozując przecież nago i czując się wtedy piękną, w tajemnicy biegając nago po lesie i tam nieraz nawet dostarczając sobie przyjemności.
Poznałam ją i przypomniałam sobie, że to nie ja mam się czego wstydzić. A los tych, którzy się ukrywają, często bywa bardzo smutny. I pokochałam całkiem inaczej swoje ciało, czując "wielkie bum", naprawdę potężne, stojąc przed lustrem i po raz pierwszy, patrząc sobie w oczy czując wielką rozkosz.

Nigdy potem nie miałam problemu z orgazmem z partnerem czy partnerką. Bo wiedziałam już, do czego zdolne jest ciało, gdy odda się mu hołd, gdy się je kocha.

Jednak pomimo tej wiedzy widzę nadal, jak wielkie to tabu. Ile kobiet przyzna się, że choćby po ciemku nieraz, ma pragnienia i stara się im sprostać? Ile kobiet w lustrze potrafi spojrzeć na siebie w pełnej krasie, zajrzeć do środka, z wielką ciekawością rozchylając płatki kwiatu, o którym mówiono, że jest obrzydliwy- a naprawdę jest piękny?
Kiedyś, ciekawa sprawa, asystowałam jednemu profesorowi przy robieniu badań, ankiet. Pytania były podchwytliwie skonstruowane. Gdy pytano wprost o masturbację kobietę, która była anonimowa, ok 85 % nie przyznało się, że to robią. Gdy zapytano co odczuwają po masturbacji, ciekawe, że ok 50% odpowiedziała, co czuje, jakie uczucia temu towarzyszą. To jak, onanizują się czy nie? Oczywiście że tak! Tylko towarzyszy temu tak wielki wstyd, wpojony społecznie opresyjną dla kobiet kulturą chrześcijańską w naszym kraju, że nawet gdy anonimowe, nie przyznają się ani trochę. I jak te kobiety mają cieszyć się ze swojego ciała i seksualności, skoro wstydzą się pragnień ciała? Skoro wstydzą się odczuwania rozkoszy i potrzeby takiego rodzaju?A właśnie seks jest jego częścią.

Sama być może i nie wstydzę się masturbacji, przyznaję się głośno do tego, że gdy jestem w rozjeździe z Mężem, nieraz zaspokajam swoje potrzeby, które są ponoć ogromne. Tak samo jak robi on. Kiedy jesteśmy razem nie ma takiej potrzeby, dzielimy komunię ciała radośnie, z żartem albo wielce celebrując ale...

Właśnie. Zapomniałam.
Zapomniałam o tym, że dzielenie ciała jest w miłości jedną z najważniejszych rzeczy. Ale być może nieraz trzeba przypomnieć sobie o pierwotnym hołdzie, hołdzie o którym powiedziała mi Sahib i którego mnie nauczyła.
Nieraz trzeba stanąć przed lustrem i w ten sposób być może, pokochać swoje ciało. Siebie samą. Przynajmniej i ja muszę. Zagłębić się palcami w swój sekret który nie powinien być wstydem, patrząc sobie zuchwale w oczy. Widzieć tego, którego powinno się pokochać jako pierwszego by móc kochać innych- samą siebie. Pokochać też dosłownie, fizycznie, by ciało poznać i móc się nim dzielić radośnie.
By móc ciało odczuć, poczuć, oto ja. Poczuć, jakie mam w sobie piękno.

Stoję więc przed wielkim lustrem, sama w domu, naga, ciężko dysząc, patrząc sobie zuchwale w oczy. Widząc, jak reaguję, wiedząc, co lubię. Ruch, delikatny czy mocny. Chwilowe doznanie, które nie sprowadza wcale wstydu czy uczucia upokorzenia, bo nie skrępowano mnie żadnym grzechem, nie wierzę w grzechy, nie wyznaję ich. Chwilowe uniesienie którym moje ciało obejmuje mnie czule. Chwilowe uniesienie i błysk w oczach pierwotnej bogini, która przecież we mnie tkwi i nieraz potrzebuje tego, by cieleśnie ją czcić.

Widzę swoje ciało, miękkie i łagodne, kilka kilogramów za dużo, może kilka kilogramów, których potrzebowałam, by zrozumieć, by dorosnąć. By na nowo przypomnieć sobie o tym, że jestem boginią i żaden kanon nie jest w stanie mi tego odebrać.
Poczułam, po raz pierwszy od długiego czasu, ta dosadnie, tak po prostu swoje ciało. Kochane ciało z pięcioma szramami rozstępów na prawym biodrze, które wyglądają jakby stara niedźwiedzica szarpnęła moje ciało pazurami, swoją wielką łapą. Dzisiaj wyjątkowo je kocham. Może mają być stałym symbolem, może są ważniejsze niż myślałam. Znak który pojawił się trzy lata temu, niespodziewanie, który na moim ciele odkrył mój Mąż.

Przyglądam się im i innym niedoskonałością swojego ciała. Swojego. Jedynego, niepowtarzalnego.
Tańczę potem lekko, nago po mieszkaniu, moje koty wpatrują się we mnie ze zdziwieniem. Tańczę jak dawne kobiety, moje siostry w lasach, te, które wiedziały, że nie można sobie dać niczego odebrać. I trzeba kochać. Lasy w których się biega i te, które rosną w twoim wnętrzu.

Trzeba kochać siebie, by też móc kochać i zaznawać całkiem innej rozkoszy. Doznałam więc dzisiaj o poranku i znów chcę więcej, żarłocznie. Jestem lasem, który potrzebuje czułego objęcia słońca, by wzrastać w całkiem innej rozkoszy. Stale głodna, głodna ciałem, głodna duszą, czekam na swojego kochanka, by zatopić się w całkiem innym doznaniu. Doznaniu, do którego kiedyś musiałam dojrzeć, zanim spotkałam ukochanego, doznania, które dzisiaj będzie smakować jeszcze lepiej, bo sobie przypomniałam. Bo znów, w inny sposób dorosłam.
Kwiat dojrzał, obumarł, może wydać owoce.

Dzisiaj o poranku znów dorosłam, zasadziłam więc nowe drzewo doznaniem. Oddałam kolejny hołd, bez skrępowania, przypominając sobie rozkoszą dawne prawdy zaklęte w moim ciele i mojej duszy. Materia i energia, które się przenikają. Nic więcej nie trzeba. Zupełnie nic. Aż zderzasz się z inną materią i odczuwasz jeszcze piękniej jedność świata.

Jedność świata tego w środku może to zapewnić.

Teraz muszę tylko o tym pamiętać. Każdego z dni i każdej nocy.

A czy ty, czy pamiętasz?  


Dobrze sobie radzę z roślinami
Gdy moi przyjaciele są daleko
Pozwalają mi utrzymać ziemię wilgotną
Siódmego dnia odpoczywam
Przez minutę lub dwie
Potem wstaję na nogi i płaczę za Tobą. 

49 komentarzy:

  1. Kurcze...Może niekoniecznie myślałam o sobie w ten sposób. Popatrzeć na siebie i powiedzieć sobie,że kurde jest się piękną kobietą.Zaakceptować siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jednak warto, bo akceptacja własnego ciała, pokochanie tej części siebie to jednak jeden z kluczy do wielu bram szczęścia jak dla mnie. Po prostu, lżej się oddycha i żyje:)

      Usuń
  2. Zawsze wydawało mi się smutne, że większość kobiet nawet dobrze nie wie jak wygląda ich cipka. A jedyną osobą, która je widzi w pełnej krasie to ginekolog, bo przecież nawet nie mąż. Ja bym mogła cały czas siedzieć z lusterkiem i podziwiać :D I tylko wzdycham, że się takie piękności marnują i nikt, poza mną, nie ma z nich uciechy xD I oczywiście, ciągle mam wiele rzeczy, których w sobie nie lubię, ale... Tylko przez jakieś porównywanie się do innych. Chociaż przeważnie jakoś o tym nie myślę raczej.
    Wiesz, w sumie nic dziwnego, że musiałaś na nowo pokochać swoje ciało, skoro tak bardzo się zmieniło. Moja bratowa opowiadała jak kiedyś była grubsza i poszła odwiedzić przyjaciółkę, która miała kilkuletnią córeczkę. I wiesz, siedzą plotkują i nagle bratowej wzięło się na marudzenie, że taka gruba i w ogóle (bo ta jej przyjaciółka z tych kościstych właśnie). A ta mała podchodzi, przytulą bratową i mówi "wcale nie jesteś gruba, tylko mięciutka!" :) Mi to zawsze poprawia humor, gdy patrzę na sadełko - jestem po prostu mięciutka :D
    I nic dziwnego, że pewne emocje wyładowuje się na ciele właśnie, zwłaszcza podczas tych ciężkich nocy. Czasami nie da się inaczej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, smutne. Bo jednak cóż...to po pierwsze, piękny organ, a po drugie, cholernie ważny dla naszej całej natury. Więc nie wiedzieć, to jak żyć cały czas w pewnej nieświadomości, w odcięciu od korzeni jakoś, przynajmniej ja tak na to patrzę.
      I spoko, znajdzie się w końcu ktoś, z kim ta radochę będziesz dzielić i to piękno :D
      A porównywać się też nie warto, trzeba wbić sobie do głowy, że każdy inny, każdy po swojemu że tak powiem pokrótce:)
      Dokładnie. Uczę się tego, cały czas, nie starczy że tak powiem jedno wydarzenie ale...to jaki przełom, owo przypomnienie sobie pewnych prawd:) I mięciutka, właśnie:D Kobieta ma to do siebie, że powinna być miękkością ponoć :D
      Ano się nie da, bo wszystko to jednośc, no nie?

      Usuń
    2. Ale jak się komuś dobrze żyje z jakimiś klapkami na oczach to nie widzi problemu pewnie.
      Tak, tak, gdzieś tam lezie, tylko mu się nie śpieszy xD
      No jasne, ale czasem i takie dni przychodzą :)
      No bo nie wiem czy się da tak raz na zawsze, bo ciała ciągle się zmienia, więc i uczyć się trzeba tego ciągle :) A to już pewnie też kwestia gustu :D
      Dokładnie.

      Usuń
  3. a nie dawno na FB ktoś opublikował filmik z przebiegiem kremacji zwłok... publikatorka mówi że woli to niż robale.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To akurat tekst z pewnego cytatu Gaimana, sama wolę być skremowana:)

      Usuń
  4. Wiele osób nie potrafi do końca zaakceptować siebie. Ale ja wolę siebie sprzed 7-8 kg mniej mimo, że jak widać na umieszczonym zdjęciu w ostatniej notce nie mam nadwagi, ale jakoś lepiej się czułam. Choć teraz też nie jest jakoś specjalnie zle. A ten pociąg do kobiet... Hmmm. Często patrzę na swoją twarz i rysy, mam zbyt proste, prosty nos, gładkie wysokie czoło, proste zaczesane w kucyk włosy tylko oczy się zbyt wyróżniają z tego układu. Ktoś mi kiedyś powiedział, że nigdy nie widział takich oczu i że są niesamowite.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, ty wydajesz się być szczuplutka. Ale wiadomo jak to jest, nasze ciało do czegoś przywyknie, a raczej nasza świadomość o ciele i czasem trudno zaakceptować nam pewne zmiany.
      I co za hmm? Nie ukrywam, nie określam do końca swojej orientacji :D
      A to miłe słowa. Bo oczy to ponoć zwierciadła duszy i ja jakoś w to wierzę:) W och blask, po prostu:)

      Usuń
    2. Każdy mi mówi, że nie wyglądam najgorzej.
      Przy 155 cm wzrostu ważę 52 kg - ostatnio zrzuciłam 2kg :P a ważyłam 39 kg :p Ale taka moja optymalna waga byłaby przy 45 :p
      Ja też nie określam ;)
      To powiedział pewien chłopak przy swojej dziewczynie, ale w trójkę się kolegowaliśmy, więc to nie był dla niej jakiś problem, nie chciałabym mieć z jej strony jakichś ale, ale wiedziała, że nie posunęłabym się tal daleko, żeby ich rozdzielić.

      Usuń
    3. Ty to malutka jesteś :D To ja jestem wyższa o jakieś dobre 20 cm jakby nie patrzeć, więc przy swojej masie nie mam szans wyglądania na drobną, zresztą, nigdy nie miałam :D I rozumiem. Dla mnie optymalna...nawet nie wiem. 55?
      No czyli zdrowy układ, można rzec:)

      Usuń
    4. Dlatego każdy do mnie mówi mała, a J. - maleństwo on jest ode mnie wyższy o 25 cm, więc to wygląda naprawdę świetnie. Do niego mówię misiu - i czasem się śmieje, że Misiu i Maleństwo to postacie z Kubusia Puchatka :p
      Pewnie, a po za tym uważam ich za dobraną parę. :)

      Usuń
  5. Szczerze mówiąc, nie przepadam za zadowalaniem samej siebie, dużo bardziej wolę, gdy jestem spełniana przez ukochanego i to raczej na takie okazje czekam. Tym bardziej, że po np. długim okresie niewidzenia się, jest dużo piękniej i o wiele bardziej niesamowicie. Wolę czekać niż mieć to na co dzień.

    Co do kochania samej siebie. Kiedyś nie kochałam siebie samej, nienawidziłam na siebie patrzeć. Teraz uwielbiam. Mam odwrotnie jak Ty, kiedy byłam mięciutka nie mogłam, nie potrafiłam siebie zaakceptować. Dlatego zmieniłam się i to był najlepszy krok w moim życiu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To już kwestia preferencji:) Dla mnie to po prostu zupełnie co innego, także jedno drugiemu absolutnie nie szkodzi, wręcz przeciwnie, czasem jedno rozbudza chęć drugiego:) Także, chodziło może nawet bardziej o moje podejście osobiste, bo wiadomo, strefa seksualna jest sprawą delikatną i jak najbardziej zindywidualizowaną.
      A ja nie mogę na razie swojego ciała zmienić, więc, akceptuję po prostu takie, jakie jest:) Nic innego mi nie zostaje po prostu:D Zresztą, stwierdzam, że właśnie pewien kanon pozbawiający społecznie kobiety tej miękkości jednak często nam szkodzi.

      Usuń
    2. Tak, tak, że co innego, to oczywiście się zgadzam :). Jednak u mnie to właśnie jakoś jedno nigdy nie wzbudzało drugiego, inaczej ma mój facet, chociaż ostatnio przyznał się, że na samodzielne zabawy nie ma ochoty. To dla mnie taki wielki komplement! :)

      W jakim sensie szkodzi? :)

      Usuń
  6. Racja, nienawidząc swojego ciała nie pokochamy innego. Tak samo jest chyba z akceptacją samego siebie w ogóle.
    A swoich pragnień nie powinno się wstydzić przynajmniej przed samym sobą.

    Ja jednak tak czy tak dążę do tego, by mieć kilka kilogramów mniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, po prostu akceptacja ciała to część ogólniej akceptacji, a czy u kobiet czasem nie najważniejsza, podstawowa czasem...mam nieraz takie wrażenie.
      Przed nikim się nie powinno:) Bo jak się człowiek wstydzi, to żyje w ucisku, a co to za życie?
      I tu pojawia się ważne pytanie- dlaczego się dąży. Bo jasna sprawa, człowiek też po prostu chce swoje ciało kształtować, ale ważne nieraz, z czego to wynika:)

      Usuń
  7. Przeczytałam zarówno ten jakże długo (ale bardzo ciekawy) wpis oraz komenatzre innych czytelników. Być może wyjdę teraz na starą (jak na moje dziewiętnaście lat) dewotkę, ale raz, nadal jestem dziewicą, choć się tego nie wstydzę, dwa - nie zaspokajam się, bo to wbrew mnie samej i nie umiałabym, tak czuję, a trzy - masz sporo racji mówiąc o akceptacji samych siebie. Bo jak można się oddać komuś z miłości, jeśli nie darzy się miłością samego siebie? To chyba właśnie w tym tkwi problem. Ja nienawidzę swojego ciała. Wstydzę się nagości i cielesności, zakładam grube swetry, szerokie spodnie, bo w gruncie rzeczy nadal tkwi we mnie mała dziewczynka przestraszona wiedzy o tym, do czego jej ciało jest przeznaczone. Inna sprawa- anoreksja. Najlepiej zamknąć siebie i swoje ciało przed całym światem, po prostu uciec. Choć nie twierdzę, że nie ciekawi mnie natura ludzka. Cała sfera seksualna, strefa erogenna ciała ludzkiego - to pasjonujące, dla mnie na razie w teorii, nie praktyce. Jednak nie neguję w żadnym stopniu tego, co napisałaś. Cenię Twoją szczerość i otwartość, to jest niesamowite w Twoich wpisach, jak śmiało mówisz o życiu i poszczególnych jego aspektach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak dla mnie żadną dewotką nie jesteś, co to to nie:) Chociaż sama miałam dość no...wybujałe życie erotyczne w młodym wieku, nie uznaję dziewictwa za coś, czego trzeba się wstydzić, tak samo tego, że ktoś ma na przykład inne zasady niż ja. Ale ważne dla mnie jest często, skąd te zasady się biorą- czy pochodzą z prawdziwego pragnienia człowieka, czy z jakiegoś społecznego ucisku. Bo tu różnie po prostu bywa:)
      I wiadomo, nie wszystko dla wszystkich. Wiem że strefa seksualna jest strefą delikatną i jak najbardziej zindywidualizowaną, dlatego kwestia autoerotyzmu to po prostu moje spojrzenie, którego też nikomu nie narzucam. Ale nadal sądzę, że to ważne, poznać ten aspekt swojego ciała, zwłaszcza dla kobiet, zanim też zaczną współżycie. Bo potem nie ma takich problemów, jak pokazują statystyki. Ale nic nie bierze się z próżni, prawda?
      I dokładnie, nie umiemy kogoś prawdziwie pokochać, jeśli nie kochamy siebie. A może trochę inaczej-ta miłość bywa nieraz strasznie okaleczona, takie mam wrażenie. Widząc choćby po swoich doświadczeniach.
      I..przeraziłaś mnie trochę z tą nienawiścią. Bo to strasznie smutne, mówić nawet w ten sposób o własnym ciele, to cholerny balast...I ciekawość to jedno, ale bariery, których nie umiemy w stosunku do samego siebie pokonać, to drugie. I mam nadzieję, naprawdę szczerą nadzieję, że pewne rzeczy jednak pokonasz, że ta dziewczynka nie będzie wcale przerażona, a po prostu ciekawa, jak to dziecko powinno....to to musi być niesamowicie ciężkie, to wszystko, w sensie, sama nienawiść, anoreksja o której piszesz...i mam nadzieję, że to po prostu jednak, jakoś się zmieni.

      Usuń
    2. Oczywiście, że każdy może wyznawać inne zasady, co nie znaczy, że są one złe. Osobiście nie miałam okazji (jak to brzmi: nie mieć okazji uprawiać seksu)... może inaczej... nie było mi dane zasmakować aktu czułości od tej strony, co nie znaczy także że jestem aseksualna, a raczej, że czekam na tą jedyną osobę. Masz słuszność mówiąc, że seksualnosć to bardzo delikatna sfera, nie każdy od razu jej dotyka. I żeby się przymierzyć do takiego zbliżenia, które swoją drogą ma być także wyrazem miłości, trzeba pokochać siebie samego. A jak ktoś nie kocha siebie, to jak może się oddać drugiej osobie? W tym chyba tkwi mój ,,problem''.

      Usuń
  8. Obrzydzenie do siebie, do własnych kształtów nieomal mnie nie zabiło, hah. Ale szybko to pojęłam i teraz pamiętam o kochaniu siebie. Tak, powtarzam to niemal każdego dnia. Bo poza energią mamy tylko tę kilkudziesięciokilogramową materię i nic więcej. To wszystko trzeba kochać przede wszystkim, bo bez miłości do samego siebie nie da się kochać... niczego. Żadnej energii pod postacią żadnej materii.
    Jest jedynym nam danym narzędziem do pracy tu, w tym świecie. Innego nie będzie, więc jak można o nie nie dbać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc się cieszę, że zmądrzałaś- bo chyba jakoś tak to mogę nazwać:) I trzeba nieraz właśnie to sobie powtarzać, nawet głośno, choć to z pozoru śmieszne. Ale my, ludzie często zapominamy niestety o pewnych podstawach.
      I dokładnie, genialnie napisane, to jedyne narzędzie, jakie mamy. Więc nie ma co się kłócić, tylko właśnie się o nie troszczyć:)

      Usuń
  9. Ciężko jest pokochać samego siebie takiego, jakim się jest, ale w gruncie rzeczy, to naprawdę bardzo ważne. Bo właśnie... jak mamy kochać kogoś, jeśli nie kochamy siebie, jak ktoś ma nas pokochać, jeśli nie akceptujemy własnego ciała? To trudna praca, ale warto próbować, jeśli to ma pomóc w życiu i w relacjach międzyludzkich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikt nie mówił, że z tym będzie łatwo. Zwłaszcza, że od dziecka wpajają nam porównywanie siebie do innych ( co nie ma sensu przecież, bo każdy to osobna historia), pewne kanony zachowań społecznych i kształtów i chcą nas w nie włożyć...a przecież tak nie idzie. Dlatego ta miłość to nie jest łatwa sprawa, ale właśnie naprawdę warto:) Popracować nad tym, żeby móc też tą miłość rozdawać:)

      Usuń
    2. Niestety to porównywanie do innych nigdy nie przeminie, co więcej, mam wrażenie, że jest tego coraz więcej, a to w tv, a to w gazetach, na zdjęciach, na ulicach, wszędzie po prostu. I przez to głównie jest tyle problemów i braku akceptacji własnego ciała. Bo chcemy wyglądać inaczej, lepiej, jak ktoś inny, bo nikt nas nie lubi jak jesteśmy jacy jesteśmy. To trudny temat... trudno zrozumieć, że w każdym z nas jest piękno i niektóre kompleksy, które mamy, mogą być naszym atutem. Co można zmienić, to można, okej, ale to czego się nie da? Trzeba zaakceptować, żeby było dobrze samym z sobą. Czasem długo dojrzewa się do tego, by w ogóle próbować... ale skoro warto, to nie ma się nic do stracenia :)

      Usuń
  10. Do akceptacji swojego ciała trzeba dorosnąć. O ile małe dzieci nie myślą o swoim ciele w ten sposób, że je lubią lub nie, tylko po prostu porównują się do innych dzieci mówiąc: "Chciałabym/chciałbym wyglądać jak moja koleżanka/mój kolega z przedszkola", o tyle w okresie dojrzewania swój pogląd o ciele zaczyna się zmieniać i większość zaczyna je nienawidzić, głównie dziewczyny, które nie znoszą swojego zaokrąglającego się brzucha, pełniejszych bioder. Do akceptacji ciała trzeba dorosnąć. Trzeba mieć w sobie, w swoim umyśle zakodowane, że jeżeli coś nam się w wyglądzie nie podoba to musimy to zaakceptować. O ile tkankę tłuszczową da się zredukować, o tyle np. nosa czy ust nie zmienimy. Trzeba kochać siebie, żeby innych kochać.
    Uwielbiam Twoje notki. Jest w nich taka magia, taki powrót do korzeni, do czasów prehistorycznych, do wnętrza i do początku. Kolor zielony, w jakim jest blog idealnie do tego pasuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, Dziecko przyjmuje ciało takim jakim jest, a gdy wchodzi się w okres dojrzewania...nasza kultura po prostu nie przygotowuje nas na to. Choćby taki przykład, jak menstruacja- jak pisałam w jednym z postów, w niektórych kulturach to powód do radości, dziewczynce wręcz organizuje się przyjęcie z okazji tego, że została kobietą, to powód do dumy. A u nas? To powoduje skrępowanie i wstyd, jakby własne ciało, dorastając, stało się nieczyste. A ja mówię temu zdecydowanie nie, ot co!
      I dlatego często, przez wiele lat po dojrzewaniu borykamy się z pewnymi lękami albo wstrętem...a te potrafią zniszczyć życie, zatruć je całkiem. I to chyba gra nie warta świeczki, prawda?
      I cóż, dziękuję za tak miłe słowa:)

      Usuń
    2. Tak, to nie jest gra warta świeczki, ale też trzeba mieć szczęście żeby nie popaść w lęk lub wstręt, o którym mówisz. Ty miałaś szczęście, bo spotkałaś taką osobę, która Ci pokazała, że nie warto krępować się swojego ciało, a sytuacja z tematami tabu w Twoim domu też była sprzyjająca, że tak się wyrażę. Ja też miałam szczęście, bo sytuacje w moim życiu pomogły mi zaakceptować siebie, zrozumiałam, że warto się o siebie, o swoje ciało troszczyć. Ale nie o tym miałam. Współczuję trochę osobom, które nie miały tyle szczęścia. Nawet dzisiaj się spotkałam z takim stwierdzeniem, że ciało damskie to siedlisko zła, nieczystości.

      Usuń
    3. Dokładnie. Ja często mówię, że w swoim życiu miałam więcej szczęścia niż rozumu i to w wielu przypadkach:) Więc możemy w tej kwestii akurat podać sobie rękę:)
      O rety, kto ci tak powiedział? Czy gdzieś to wyczytałaś?

      Usuń
  11. Dla mnie to wszystko jest trochę zbyt bardzo egzotyczne. Nigdy nie przepadałam za swoim ciałem, chociaż jestem szczupła, zawsze było coś co mi się nie podobało i na tym właśnie się skupiałam. To przeszkadza często, bo nie czuję się komfortowo sama ze sobą i nie tylko ze sobą w różnych sytuacjach...
    Dałaś mi jednak do myślenia i myślę, że powinnam trochę inaczej na to wszystko spojrzeć, spróbuję :) Ale wątpię, że wieloletnie kompleksy uda się wyleczyć w jedną chwilą.
    Zaś schodząc na tematy bardziej przyziemne, jeśli to oczywiście nie problem, bo nie musisz odpowiadać: na co jesteś chora?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Egzotyczne? Ale w jakiż to sposób?:D
      I warto się zastanowić nieraz, dlaczego czujesz się niekomfortowo. Bo właśnie kompleksy przecież, wszelakiego rodzaju, nie pochodzą z ciała, a z duszy, psychiki. Bo najpiękniejsza nawet według kanonów kobieta czuje się nieraz brzydka, a ta najbrzydsza według tego, co nam się narzuca potrafi się czuć piękna. I to ta druga z reguły innych przyciąga:>
      I jasne, jedna chwila nie pomaga, to często trudna praca, ale warto się jej po prostu podjąć:)
      Niedoczynność tarczycy, której nie idzie ustabilizować, bo co biorę jakąś dawkę hormonów to po chwili znowu mi organizm świruje i ją odrzuca, do tego problemy z hormonami płciowymi i przysadki, pełen zestaw w sumie:)

      Usuń
    2. Nieznane mi :)
      Coś w tym jest, ale mózg potrafi zniekształcić obraz :P
      To współczuję, bo w sumie cały czas musisz być pod obserwacją lekarzy..

      Usuń
    3. No, już pojmuję:) Ze względu na chorobę mam opóźnione myślenie :)
      A pewnie że potrafi i właśnie- ten mózg trzeba naprostować. My potrafimy go przecież doskonale do pewnych spraw przekonać, no nie?:)
      Muszę, co 3 miesiące endokrynolog, ginekolog, dietetyk się już załamał...

      Usuń
  12. Hm.... Pisałam parę notek temu jak uwielbiam siebie. swoje ciało. Uwielbiam codziennie przejrzeć się w lustrze, pod prysznicem tak samo egoistycznie sobie się przyglądam ( mam ogromne lustra tam :D ) i to jest... cudowne. Kochać siebie. Dawać sobie pieszczoty. Bo to... Takie głupie. Proste, że aż głupie. Słyszałam parę razy,że jestem "zaniedbana" tylko dlatego, że nie mam tony makijażu na twarzy i zawsze śmieje się w głos słysząc coś takiego. Uwielbiam wydawać pieniądze na piękne olejki do kąpieli, na żele, na balsamy, oliwki do masażu. Zaczynam od takich codziennych, zwykłych pieszczot. To jest przecież dla mnie, ciało jest moją widoczną częścią, dlaczego mam go nie kochać, nie pieścić? I właśnie, olejek, kąpiel, ciepła woda/zimna... Doznania zmysłowe dla skóry, przyjemność, gdy jest delikatna. Wiem co jest dla mnie przyjemne, pod względem takiej codzienności... I pamiętam jak było mi ciężko, gdy musiałam pożegnać się z jajnikiem, długi czas czułam się "pusta w środku". Teraz lubię to bliznę, cieszę się,że ciało jest zdrowsze,że mogę je pielęgnować i obje nie cierpimy tak.
    I wiem,że mogę komuś się nie podobać, ale siebie kocham i... I wiem jak mężczyźni na mnie patrzą. Przyciągałam nieokrzesanych bydlaków i trochę zaburzyli moje samoouwielbienie, ale nie pozwoliłam sobie wmówić,że jestem tylko ciałem... Chyba tak doszłam do tego jak ciało daje mi przyjemność, może dać wiele rozkoszy ale też i w drugą stronę - równie mocny ból.
    I sama nie wiem czy wiele kobiet mówiąc,że się nie masturbuje, że się wzbrania i temat jest wręcz "ohydny" i się nie mówi o tym, to czy mówią prawdę i dla nich to takie straszne, czy naprawdę nie potrafią dać sobie rozkoszy. Mężczyźni się masturbują bez wyjątku i albo się przyzna albo będzie bał się kobiety bo przecież jak to robi w związku to "jej nie kocha" :) A jak ma partner wiedzieć co sprawia nam przyjemność jak my same nie wiemy? Albo ukrywanie swojego ciała przed partnerem, jak dla niego jest to coś cudownego, zagadkowego i chce poznawać za każdym razem od nowa i od nowa. Napisałabym i dużo więcej.... Ale może to zbyt osobiste by pisać akurat w komentarzach na czyimś blogu, ale coś co wydaje się być oczywiste jest czymś tak... Kosmicznym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej egocentrycznie się przyglądasz, nie egoistycznie:D Ale to świetnie, że swoje ciało kochasz o doceniasz, bo jednak no, jak pisałam....po prostu warto, a nieraz wręcz trzeba:)
      I akurat jakoś tona makijażu na twarzy nigdy nie była dla mnie synonimem zadbania jakiegoś albo miłości do swojego ciała, czasem wręcz przeciwnie...
      I te doznania są ważne, bo przecież, ciało to część całości, pobudzając je, co chyba najłatwiejsze, pobudzamy całą resztę i dajemy też powody do radości życia:)
      Bo to jakby zabrali ci część ciebie, twojego ciała właśnie...ale z tym trzeba się godzić jakoś i akceptować, że tej jednej części nie mamy, stanowimy nadal całość, choć trochę zmienioną. Ale przecież zmieniamy się przez całe życie:)
      Bo też jak kobieta kocha siebie, akceptuje, to emanuje tym na resztę świata i czasem przyciąga różnych ludzi, czasem niepożądanych.
      No i to jest też inna sprawa, masturbacja w związku...to po prostu inny aspekt, nie rozumiem podejścia "robi to to nie kocha":D
      Dokładnie. Strasznie smutne jest to, że niektóe kobiety nie potrafią rozebrać się przed partnerem, który przecież je kocha i je pożąda. Albo kobiety, kórych mężowie, z którymi są 20 lat, nie widzieli bez makijażu...straszne.
      I spoko, rozumiem :D

      Usuń
    2. Hahaha może egocentrycznie :) jakoś "egoistycznie" mi nie pasowało z paru względów :) Ale to też pewnego rodzaju egoizm, egocentryzm... ego, ego :) Tak jak pisałam u siebie, akceptuje siebie, kocham :)
      Dla mnie też, ale dla wielu wystarczy, by mieć fluid wsmarowany, ale może śmierdzieć :P no cóż... ale nie o tym my tu :)
      A nie wiem czy masturbacja w związku to inny temat, dlaczego można byłoby się pieścić tylko jako singiel ? :P Chyba,że nie o to Ci chodzi :) I tak zastanawiam się czy masturbacja to dobre słowo bo dużo szerzej myślę o pieszczeniu siebie/ciała. Tak jak pisałam balsamami, prysznicami itp. Bo masażu jednak samemu sama nie zrobisz :) Ale takie pieszczoty... A ile jest cudownych zabaweczek :) I kurczę muszę to napisać! :P Np. kulki gejszy. Taki mały sekret, nasz co zwykłe wyjście po zakupy zmienia w przyjemne wyjście, dla nas samych. I właśnie w związku to może być fajnie, dajesz sobie przyjemność i to jakoś elektryzuje tą drugą osobę. I nie wyobrażam sobie nie dać patrzeć na siebie facetowi. Rosnę kiedy mnie dotyka, pieści, całuje, i patrzy na moje ciało i widzę, że podziwia boginię :P To tak bez zbędnych szczegółów mam nadzieję :P
      I rozkojarzyłaś mnie mega, bo już po fragmencie myślałam o sobie. A potem o moim Wilku i tym co ze mną robi, jaki jest w stosunku do mnie. I nawet nie chodzi o seks. Tylko jak np. delikatnie dotyka opuszkami palców moich żeber, boczków, talii... Pleców i czasem robi bo ja wołam "miziaj plecy!" a po dłuższej chwili jakbym przestawała istnieć a ciało było jakąś niesamowitą rzeźbą i on je odkrywa i wtedy boje się poruszyć by go nie wybić z transu :P i jest to przyjemne, tak... Obserwować drugą osobę. Chyba nie odbiegłam od tematu :P ale w skrócie chodziło mi o to,że kochając siebie, pozwalając się odkrywać nie wstydząc się tego dla partnera, w związku, stajemy się kimś wielkim, właśnie takimi boginiami do czczenia.
      Bo tak poza związkiem... To my promieniejemy, to my mamy wtedy taką aurę. Widać od razu, która kobieta jest pewna siebie, uwielbia siebie a która nienawidzi.

      Usuń
  13. Nie wiem czemu, ale odkąd Cię zaczęłam tu odwiedzać, kojarzysz mi się z pięknem, takim wewnętrznym. Czymś, czego nie da się podrobić i czymś, czego nie odzwierciedla każda materia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, nie wiem dlaczego i jak, ale dziękuję za takie miłe słowa:)

      Usuń
  14. Oj tak, trzeba zaakceptować i pokochać siebie, by móc w pełni cieszyć się z tego, co ktoś nam oferuje, z miłości.. Jeśli nie będziemy żyć w zgodzie z samym sobą, to zawsze będzie jakieś "ale" i chyba nigdy te doznania nie będą wymarzonymi..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Trzeba najpierw w jakiś sposób "swoje sprawy" uporządkować, żeby łączyć nasze z cudzymi że tak to ujmę:) Żeby wszystko mogło iśc swoim rytmem.

      Usuń
  15. Pokochać siebie, swoje dodatkowe kilogramy, za wysokie biodra, za duży nos, za małe oczy. Cholernie trudne. Lecz ostatnio gdy jest Londyńczyk, który nie lubi chudych kobiet, który wychwala każdy centymetr mojego ciała, który ściska moje dodatkowe kilogramy i patrząc mi w oczy mówi, że to nic... że to lubi i to mu się podoba... jest zupełnie inaczej. Częściej przyglądam się sobie w lustrze i uśmiecham się do siebie.
    Tylko, że najtrudniejsze chyba ciągle przede mną, Potrzebowałam akceptacji, by patrzeć na siebie przychylniej. Co będzie po L? (no chyba, że daj Boże nie będzie już nikogo po L :) )

    OdpowiedzUsuń
  16. Jak tk czytam co Ty piszesz, to przestaje się sobie dziwic, ze często mam ochote pocałowac moją przyjaciółkę. Chociaż nigdy mi się to nie zdarzyło (poza cmoknieciem kolezanki, ale to byłam nieźle wstawiona) Natomiast pokochanie własnego ciala..oj.. tu jest dopiero problem... ;/

    OdpowiedzUsuń
  17. Zgadzam się z tym, że nie kochając swojego ciała nie jesteśmy w stanie pokochać kogoś innego, na pewno nie w pełni. Po prostu wtedy automatycznie odrzucamy tą drugą osobę, nie chcemy jej do siebie dopuścić, bo wydaje nam się, że inni widzą nas tak samo, jak widzimy siebie sami- że jeżeli nam nie podoba się nasza waga/krągłości/cokolwiek, to na pewno innym także przeszkadza, co często jest bzdurą. Jednak samoakceptacja to trudna sztuka, której trzeba się małymi kroczkami uczyć i każdy ma na to inny sposób. W wielu aspektach poruszonych przez Ciebie w tym poście mam inne zdanie, ale cieszę się, że piszesz o kobiecym ciele z taką łatwością i nieskrępowaniem.
    Najważniejsze, żeby być świadomym własnego ciała, a to jak do niego podchodzimy jest oczywiście indywidualną sprawą. W końcu teoretycznie sami znamy siebie najlepiej.

    OdpowiedzUsuń
  18. We mnie obumarł już ten autoerotyzm. Zresztą wiesz dlaczego....Rewolucja, która dokonała się pewnego jesiennego dnia przed prawie trzema laty uczyniła ze mnie zupełnie kogoś innego.
    I ja się bawiłam swym ciałem, i ja stawałam przed lustrem nagością swą ośmielona....
    Ale to wszystko już jest za mną.
    Nawet nie wiem, czy tego mam żałować. Nie tęsknię za tym, więc....

    OdpowiedzUsuń
  19. Bardzo ciężko tak na prawdę zaakceptować samego siebie i zazdroszczę Ci, że Ty byłaś w stanie to zrobić. Mam wiele kompleksów. Nie znoszę swoich oczu i uśmiechu. I bardzo się zdziwiłam, gdy mój chłopak ostatnio powiedział mi, że uwielbia mój uśmiech. Pomyślałam - jak? Przecież jest okropny. Stawiamy sobie tym ogromną barierę. Powiem nawet, że często nie chce mi się wierzyć w takie wyznania.

    OdpowiedzUsuń
  20. Jeszcze nie potrafię siebie do końca zaakceptować ale i tak jest lepiej było. Wiesz dzisiejsze czasy krępuje kobiety. Tak która przebiera w mężczyznach i się z nimi kocha nie ważne z jakiego powodu może akurat ma takie pragnienie to z góry uznana jest za piszczalską a mężczyzna? To samo pragnienie a jednak jedna stronę w pewien sposób się potępia. Często to otoczenie krępuje swoimi zasadami. Osobiście staram się mieć swoje starać się nie przejmować co powiedzą inni ale takie słowo osoby trzeciej długo siedzi w głowie. Stoję przed lustrem i potrafię już wymienić swoje atuty. Owszem mam wady ale pracuje nad nimi staram się coś zmienić a jak się nie da to zaakceptować. W końcu akceptacja samego siebie jest pierwszym stopniem do szczęścia.

    OdpowiedzUsuń
  21. Chyba nigdy nie miałam problemu z akceptacją swojego ciała. Może fakt, gdzieś na początku szkoły średniej marudziłam o za małe piersi, ale od tego czasu - jakby mnie posłuchały i urosły. :P Także co do ciała to raczej nigdy nie miałam z nim problemów. Gorzej z twarzą - bo w zależności od nastroju raz stwierdzam, że jestem ładna, a na drugi dzień omijam lustra jak ognia. :P
    Tak czy inaczej - jakby mi obciąć głowę, to nie mam sobie nic do zarzucenia. xD
    Wiesz, w szkole średniej też byłam chudzielcem, dopiero gdy ją skończyłam przytyłam kilka kilogramów - na początku byłam zła, ale teraz widzę, że chyba wyszło mi to na dobre - z resztą moja mama uważa, że teraz wyglądam lepiej, bo byłam ZA CHUDA. Na początku się buntowałam, ale potem doszłam do wniosku, że te cyferki na wadze niczego nie zmieniają. Nadal kocham swoje ciało, które nadal mi się podoba i chyba to jest najważniejsze, tak jak piszesz - gdy pokocha się siebie, nic więcej nie jest istotne. :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Długi czas nienawidziłam swojego ciała. Jako nastolatka właśnie. Miałam fazę na tak zwane "pojedyncze kompleksy". Jak skończyłam narzekać na swój brzuch, zaczęłam na piersi, a później nawet na uszy czy usta. Aż pewnego dnia po prostu je zaakceptowałam, zrozumiałam, że jest darem. Jest darem dla mojego mężczyzny, ale przecież także dla mnie. I trzeba to docenić. By czuć się we własnej skórze dobrze, bo przecież zawsze trzeba zacząć od siebie. :)
    I w ogóle nie wiem, jak miałabym powiedzieć mojemu facetowi co lubię, skoro wcześniej sama bym się o tym nie przekonała XD

    OdpowiedzUsuń
  23. Czyli po prostu przechodziłaś fazę nienawidzę siebie i się zmieniam? W ogóle to najgorsze co można sobie robić, skupiać się nieraz na szczególach, szczególikach.... albo szukać doskonałości. Bo zapominamy, że ciało przez niedoskonałości bywa właśnie idealne.
    Właśnie, przede wszystkim dla ciebie :D Ale od daru dla faceta dobra droga do zrozumienia i tego:)
    Otóż to:D

    OdpowiedzUsuń