piątek, 9 stycznia 2015

O czterech nocach z Księżycem, czyli o trzaskających kościach i strumieniach rozrywających tamy. O rzeczach, które prowadzą po prostu przed siebie.

5 stycznia

Zawsze przychodzi głupia myśl- o ile można obchodzić w duszy rocznice, rocznice szczęścia, rocznice smutków, wspominać- to czy można obchodzić tak zwane "miesięcznice"? Skoro jeden miesiąc ma 30 dni, inny 31, a raz zdarza się 28, 29 dni...ale jeden rok przecież 365 dni, ale niektóre o jeden dzień więcej. I znów wszystko się rozmywa. Nic nie jest ścisłe, nie można nawet powiedzieć, że dokładnie odliczamy swój żal bądź radość, bo nawet tego nie potrafimy. A może odliczać nie trzeba. Może znów, tak naprawdę daty nie mają znaczenia. Może znów trzeba myśleć o tym, że czas nie istnieje. Może jesteśmy za mali, by nawet to pojąć, ale jednak, w swojej świadomości przywiązujemy wagę do tego. My, muszący znać granice, muszący odliczać, by nieraz móc umniejszać swój ból.
Myślę więc, minęło 2 miesiące, gdy stoję pod prysznicem o 5 rano, szykując się do powrotu do moich Ptaszyn. Może one pozwolą odetchnąć? Może one pozwolą przeżyć ten dzień, małymi radościami, bo przecież...kto potrafi dać nieraz tyle radości, co te starsze, nieraz nie kontaktujące panie. Ale śmiejące się szczerze. Cieszące się, że znów jestem.

Gdy wracam wieczorem, zmęczona ale radosna, bo w zmęczeniu nie myśląca wcale, patrzę na niebo. Tak, to dziś, dodatkowo to dziś. Pierwsza pełnia w tym roku, pełnia w znaku raka.
Wracam więc po południu do domu, zjadam szybko obiad. Wieczorem zamykam się u siebie, w swoim starym pokoju, w którym może nie widać księżyca....ale przecież Księżyc, moja Pani jest i we mnie.
To swój Księżyc, jak zawsze, trzeba odnaleźć.

Pełnia w znaku raka, pełnia, czas, w którym wszystko sprzyja emocjonalnemu oczyszczeniu.
Siadam jak zwykle, po turecku, nieskrępowana żadnym odzieniem, na dywanie. Oddycham spokojnie i wyobrażam sobie siebie pod samym księżycem, pod nagim, jak i ja jestem naga, niebem. Wyobrażam, bo na prawdziwe spotkanie jednak mi dzisiaj za zimno.
Widzę siebie, oddycham spokojnie. I widzę księżyc w sobie.
Jednak coś jest nie tak.
Wszystko mnie uwiera, w środku mnie uwiera, niepokoi, a mój księżyc wcale nie świeci spokojnym, chłodnym blaskiem. Wcale nie wychodzę z transu nucąc księżycowe pieśni, a wyrywam się z niej z głośnym jękiem, gdy zobaczyłam, jak księżyc spływa krwią.

Krwawy księżyc zawsze mówi o przelanej krwi. I niekoniecznie tej, która wypływa z rozerwanych arterii.
Zawsze po prostu coś pęka.

Jestem niespokojna, miotam się po pokoju. Około 23 chcę zadzwonić z telefonu swojej matki do Męża, bo mój jest popsuty. Chęć też jest podszyta pewnym niepokojem. Niech usłyszę jego głos, niech mnie otuli, choć jest przecież daleko. Bo choć dzielą nas kilometry, nie są rozdzielone nasze serca i jego zawsze działa na moje niepokoje jak balsam.
Nie odbiera raz. Drugi, trzeci, czwarty....
Zaczynam panikować. Nigdy tak nie robi, wie, że zawsze chcę dzwonić do niego przed snem.
Piszę więc do współlokatora, zdenerwowana. Krwawy księżyc, myślę, przesadnie. Nie odpowiada, pewnie śpi, jak to ma w zwyczaju już o tej porze. A ja nie chcę przesadzać.
W końcu, po dwóch godzinach Mąż odbiera. Nic mu nie jest, po prostu zostawił wyciszony telefon w kurtce i po pracy usiadł nad papierami, zapomniał się, że to już ta godzina, że przecież miał dzwonić...
Tracę siłę w nogach, upadam na łóżko. Popłakałam się. Ja, w swoim niepokoju, wściekła na niego, zaczęłam płakać jak oszalała. Uspokajam się powoli, słuchając przeprosin, słuchając kajania się.
Ulga, gdy pewne daty głupio niepokoją, uderza nieraz w człowieka prawie niczym ból.
Żegnam się z nim, jeszcze na niego się wściekając.
Kładę się do łóżka, ale nie mogę zasnąć. Coś we mnie nie gra nadal. Coś niepokoi, ale już inaczej.
Gdy przysypiam, mam dziwaczne sny. Rodzę siebie samą, obrazy przed oczami jak obrazy z płócien dawnej Fridy, sprzed lat. Obrazy jak z płócien Vincenta i Pabla, mieszają się. Wizje nagich kobiet rozrywanych bólem, nagich kobiet tracących niewinność przy panu de Sade, wizje surrealistyczne, dziwniejsze niż wszystkie sny proroków.
Nie poznasz, co to magia, póki nie poznasz snów malarzy, jak mawiał Vincent.

6 stycznia

Budzę się całkiem niewyspana. Gdy wychodzę na pociąg, trochę później niż zazwyczaj, bo większość ludzi ma święta, wielki, pomarańczowy jeszcze księżyc huśta się w ramionach nieba, oddając powoli pole do popisu słońcu. Patrzę na nie podkrążonymi oczami, myśląc, co Księżyc we mnie chciał mi tej nocy, nocy pełni raka, powiedzieć.
Sny z czasu pełni są święte, pamiętaj, Frido.- słyszę w głowie ciemny głos Alexa, głos z dawnych lat.
Parę godzin spędzonych z Ptaszynami tego dnia wybitnie poprawia humor, wybija z głowy całą złość, zastępując łagodnością i ciepłem, jakie przecież budzą w człowieku, gdy chwytają ptasimi pazurkami, gdy chwytają chłodnymi pergaminowymi dłońmi.
Gdy wracam do swojego miasta, wysiadam z pociągu, czeka mnie niespodzianka. Mąż czeka na stacji, przyjechał z Poznania. Czeka z bukietem kwiatów na przeprosiny. Czeka uśmiechnięty, bo wie, że sprawił mi radość. Każda godzina z nim to dar od życia, nawet, gdy przedtem coś przeskrobał.
-To za wczoraj- mówię, dając mu kuksańca pełną parą w ramię, tak, żeby naprawdę trochę zabolało przez zimową kurtkę- a to za resztę- mówię, całując go po chwili na mrozie, brudząc moją szminką, która ma niby chronić mi usta.
Ta noc jest spokojna w głowie, sercu, niespokojna ciałem, namiętnością palącą aż do kości. Ta noc jest spokojna aż do snów. Tym razem mówią o nagich kobietach pływających w pradawnym morzu, mówią o inspiracji i mocy. Nie mogę spać, choć mam go obok.

7 stycznia

Wstaję godzinę wcześniej niż powinnam, bo coś w środku nosi, trzepocze pod sercem jak dziki ptak zamknięty w klatce, jak szalony kot zamknięty w ciasnym pokoju. Wstaję godzinę przed czasem bo coś we mnie nie daje się znowu wtulić.
Idę do łazienki, biorę prysznic w tym zimnym pomieszczeniu, patrzę przez okno na wiszący księżyc, gdy się ubieram powoli, zmęczona.
Słuchaj tego, co mówi przez ciebie, a nie jest tobą. Odrzuć ego. Niech płynie, po prostu, niech płynie- słyszę ciepły, miękki głos umarłego w głowie.
-Ta, łatwo ci mówić- prycham na głos, robiąc sobie herbatę.
Gdy tym razem wracam do domu, cieszę się znów, że przed nami jeszcze jedna noc. Udaje mi się wrócić wcześniej, bo przyjaciółka od dzieciństwa, jedna z Bliźniaczek, też pracuje w tym mieście, co ja.
Spacerujemy w śniegu, spacerujemy wieczorem w mrozie. Wesoło jemy kolację z moją matką.
Przychodzi kolejna noc. Blade światło malejącego księżyca pada na mnie w łazience, gdy znów przepaliła się żarówka, gdy wycierałam się po wieczornym prysznicu. Tak dopada mnie Mąż. Kochamy się w tej zimnej, zagraconej, brzydkiej łazience w domu, w którym się wychowałam. Potem w łóżku. Jakbyśmy widzieli się ostatni raz, mieli tylko jedną noc przed sobą.
Cóż. Nigdy nie wiesz, ile masz czasu, prawda?

8 stycznia

Budzę się znów zmęczona, mam zmęczone ciało, po intensywnej nocy, mam zmęczoną duszę po kolejnych snach. Patrzę na Męża ostatni raz, następnym razem zobaczymy się w piątek w nocy. Jeden dzień, a tak odległy, wywołujący tęsknotę.
Rano gdy czekam na Aśkę o 6 rano, widzę lisa goniącego dzikiego królika przy kilku drzewach przed moim domem. Czy króliki nie powinny spać? Myślę niejasno.
Wszystko się rozmywa, gdy podjeżdża jej Toyota.
Z praktyk w przerwie dzwonię do mamy z telefonu zakładowego, że wrócę później, wcale nie z Aśką o 15, ani nie pociągiem o 17. Będę wieczorem, niech nie czeka z obiadem.
Wszystko we mnie drga, trzepocze, tym razem ciepło i spokój który dają Ptaszyny, nie pomaga.
Brnę więc po pracy w resztkach śniegu, wcale nie marznąć, tylko przemakają mi buty, których zapomniał zaimpregnować mi Mąż. Ale idę przed siebie, muszę się przecież na nowo uspokoić.

To wszystko rany, które otwierają się na nowo, by się oczyszczać. To rozrywane zaropiałe strupy, otwierane zaklejone oczy, otwierane by wreszcie dotarło do nich światło poranka po nocy, czasem światło księżyca. Bo jeszcze nie całkiem się wszystko zabliźnia, nie można udawać przed sobą, że tak jest, nawet jeśli udaje się tak łatwo przed ludźmi.
Gdy uczysz się żyć na nowo po bólu, gdy uczysz się przy okazji na nowo siebie, bo ból cię do tego zmusił, różne miejsca znów rosną, robią sobie miejsce. Trzaskają boleśnie kości, ale trzaskają, by na nowo urosnąć, by zmieścić się w nowym ludzkim kształcie. To trzeba przeżyć, to trzeba przyjąć.
Z tym trzeba sobie będzie radzić długie lata, a może nawet życie.
Bo życie to zmiany, życie to ból rosnących kości, palenie w piszczeli i łomot w głowie, gdy idzie się do przodu. Bo ułudą jest stać w miejscu. Życie to zmęczenie podnoszenia się z kolan, ale i wspaniała radość i nauka z tego płynąca. Gdy tylko pozwolimy to sobie zrozumieć.
Bo wszystkie porody są bolesne. Wszystkie narodziny, te, które przez mrok sprowadzają światło do duszy.

Brnę więc w roztapiającym się śniegu, ślizgając się na błocie nad jeziorem. W kieszeni kurtki ściskam świecę, którą kupiłam w małym sklepiku, którą zapalę, znów.
Docieram do "swojego", nie "naszego" już miejsca, docieram po trudnej wędrówce.
Śnieg nie stopniał, leży na polanie. Zmrożony, jakby nie działała na niego temperatura, jakby nie dotknął go deszcz. Jakby polana wiedziała, że teraz musi spać, że za wcześnie przecież na wiosnę. Wbijam więc w śnieg świeczkę, zapalam i patrzą na płomień.
Mówię do swojego Księżyca, a potem coraz bardziej zapadam.
Puszczają tamy, cieknie strumień, jak na wiosnę z topniejącego śniegu.
Gdy świeca się dopala, wokół niej jest zielona trawa. Zielona martwą zielenią zmrożonego źdźbła. Zawsze lubiłam ten kolor, bo obiecywał. Obiecywał nowe.
Wracam, gdy jest już całkiem ciemno.
Cudem zdążyłam na ostatni pociąg.

Przemarznięta w domu zdejmuję buty, stopy mam aż sine. Rozgrzewam się gorącym prysznicem, dziś nie widać w łazience światła księżyca, niknącego po pełni raka. Nie widać go, ale wiem przecież, że tam jest. Tak samo jak wszystkie gwiazdy na niebie.
Gwiazdy mówiące o miłości. - znów ten głos, ale tym razem nie witam go prychnięciem. A ciepłym uśmiechem.
Dzwonię z telefon mamy wieczorem do Męża, ale wcale nie przed snem. Już wiem, że nie będę spać.
Kości w mojej duszy trzasnęły, teraz się zrastają. Coś może otworzy się tej nocy, strumień przybierze na sile. Czekam na powódź, na prawdziwą powódź.
Mam jedno, stare płótno i pełno starych farb zamkniętych w szufladach czarno-białych, rozpadających się powoli mebli. Stare artefakty mówiące o dawnej magii, mające przypomnieć mi na nowo.
Stawiam płótno na sztalugach, nie potrzebuję dużo światła, zapalam więc tylko jedną lampę, nie znoszę wszystkich małych świecidełek które są w domu, jak w dawnych czasach.
Światło masz w sobie.

Staję w samej bieliźnie przy sztalugach, czując się jak dawna czarownica, dawna szamanka, która ma w sobie źródło i wszystkie przepływy. Która ma w sobie drogę i wszystkie drogowskazy.
Pozwalam się sobie wreszcie otworzyć.

Wszystkie kobiety ze snów, kobiety rozrywane bólem, kobiety rozrywane niepokojem, kobiety rozrywane namiętnością są we mnie i chcą krzyczeć kolorem.
Krwawy księżyc sprawił, że zakrwawiłam. Pękło coś w duszy, jak dojrzały strąk grochu latem, wysypały się emocje, instynkty i pragnienia. Wyspały się niepokoje, które muszę pozbierać i ułożyć na nowo kolorem.

Kolor zawsze był moją domeną. Jaskrawy, mówiący o każdej emocji. Kolor, którym przelewam też na płótna często swoją wiarę, swoje wizje, które jednoczą ze wszechświatem. Kolor pierwotnej siły drzemiącej, ale chcącej nieraz zaryczeć.

Zaczęłam malować, najpierw pędzlem, potem rękami. Malować całą sobą, choć, tak naprawdę to nie ja tylko malowałam. Jak za dawnych lat. Otwierając się na głosy i szepty w przestrzeni. Otwierając się na światła i strumień w sobie.
Pękły tamy, kości się zrosły.
Zalała mnie tej nocy powódź, zalała topiąc, a gdy wody opadły o poranku...

9 stycznia

...gdy wody opały o poranku ukazało się zniszczenie tego, co było w kolejnej części mnie. Ukazały się żyzne muły, ziemie, naniesione przez rzeki, strumienie wiosennych roztopów, na których może wszystko urosnąć. Wszystko, co tylko zasieję.
Patrzę na płótno, którego pewnie nikomu nie pokażę. Może tylko mojemu Mężowi, za jakiś czas, gdy będę mogła wyjaśnić. Gdy nowe zasiewy przyniosą już plon.
Patrzę na płótno widząc wszystko, czego nie chciałam widzieć przez parę ostatnich dni. Uśmiecham się do siebie, patrząc na to, że wreszcie zaczęłam naprawdę malować. Tak jak nieraz przed laty, zanim wszystko, wszystko się zaczęło i wszystko umarło.
Patrzę na płótno widząc stare, ale i nowe, bo przecież nowe kości wzrosły. Czuję znów ulgę, że maluję naprawdę, wreszcie, po tym jak obiecałam w duszy, obiecałam bezgłośnie temu, który odszedł, że do tego wrócę. Maluję naprawdę, a nie tylko ot, tak, szczegóły techniczne. Wreszcie to na nowo się obudziło, a może i obudziło się nowe.
Nie ma znaczenia, stare i nowe nie istnieje.
Otworzyły się drzwi, po prostu.

Patrzę na podłogę dookoła i cieszę się, że nie zapomniałam rozłożyć starego prześcieradła. Wszystko dookoła jest w farbie. Zostawiam wszystko jak jest, wiem, że gdy mnie nie będzie, moja mama nie wejdzie do mojego pokoju, nie będzie podglądać. Nie ma drugiej tak dyskretnej osoby.

Wchodzę nad ranem do łazienki. Księżyc w raku znika, widzę przebłyski zza chmur. Patrzę w lustro gdy przemykam na korytarzu. Całe moje ciało jest w farbie. Czerwień, czerń, błękit. Czerwone smugi jak krew na łokciach i na policzkach.
Wchodzę do wanny, spłukuję z siebie farby, woda dawno nie była tak brudna. Ciepła woda i mydło ledwie sobie radzą, a ja uśmiecham się, widząc, jak z nagiej mnie spływa pamiątka po powodzi.
Znika widoczne dla ludzkich oczu piętno. Nie znikają blizny i rany na duszy, nie znikają przeznaczenia, dary i nadzieje. Ale te bywają ukryte przed cudzym wzrokiem.
Nieraz tak jest lepiej.

Wracam do domu wieczorem, do Poznania, nie śpię w pociągu, choć oczy mam zamknięte. Nagie kobiety, dzikie kobiety mówiące głosem kolorów tańczą, wirują przed moimi oczami w zaśnieżonym lesie, na zielonej jednak polanie.
Wracam do domu, czekając teraz na Męża, który na nowo obudzi namiętności. Wracam do domu, zakopuję się pod kocem, przemoczona znów i przemarznięta. Bo choć kolor jest moją domeną, czasem bywają nią i słowa.


Niech tamy pękają, a kości trzaskają i rosną nawet boleśnie. Bo znów, trzeba iść przed siebie. Nieważne nawet nieraz, gdzie nogi i oczy zaprowadzą.



Dopiero teraz mogę odlecieć w przestrzeń i to tam znajduję swoją drogę

Stadium Arcadium
Lustro dla Księżyca
Kształtuję się i przekonuję się
Do nowego świata
Dopóki chmury nie zaczynają się zderzać

Dziwne rzeczy miały miejsce zarówno przed
jak i po południu
Kształtuję się i przekonuję
Do podnoszenia sobie poprzeczki
I nie, nie mam nic przeciwko zadawaniu pytań

Jestem sam w leśnym pokoju
A na zewnątrz szaleje burza
Nigdy nie sądziłem, że mógłbym rozkwitnąć
Ale to właśnie tutaj zmieniam

P.S. Jeśli chodzi o poprzedni wpis...zauważyłam, że każdy z nas ma jakąś urwaną historię. Historię złamanego serca, które złamał lub zostało złamane, historię niedokończonej rozmowy, urwanej w nieodpowiednim momencie, przerwanej nagle ot, życiem przyjaźni, znajomości.

Ja napiszę chyba w tej kolejny rozdział, bo postanowiłam na maila odpisać. A co będzie, czas pokaże. I temu trzeba się poddać.  

84 komentarze:

  1. Nienawidzę pełni... Nie pozwala mi spać, przed, w noc, i po niej... Nie wiem skąd to się bierze. Nie znalazłam dobrych informacji na ten temat... Jedynie,że osoby psychiczne szczególnie na nią reagują. Może jest ze mną coś nie tak? W sumie... Dziś w sumie tak się czuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam swoje wyjaśnienia...mistyczne, ale nie wiem, czy ci podpasują, bo raczej wolisz pewien racjonalizm, co?:D Ale w pewien sposób, nasza biologia też przecież jest związana z cyklami przyrody. Wpływ księżyca na przyrodę jest niezaprzeczalny, widać to choćby w pływach, zachowaniach choćby żółwi morskich czy niektórych ptaków a my cóż...też przyrodą jesteśmy:)
      Ale to niezbyt miłe uczucie jak sądzę.

      Usuń
    2. Racjonalna? Ja ? Nigdy... :P
      Jak już raz wspominałam, wierzę w moje sny, które bywają przepowiednią. I zawsze sie sprawdza... I zawsze mi się coś śni, nawet jeśli to nie sen przepowiednia. A pełnie mnie rozwala. Jakoś nigdy nie spotkałam jeszcze człowieka, który by cierpiał jak ja. Wszyscy chrapią i śpią a ja... Cierpię w pełni. Nie umiem tego wyjaśnić. Ale nie mogę spać. Budzę się co chwila, wije się w łóżku o czuję dziwną moc... Wolę gwiazdy od księżyca. A zasłonięcie rolet wcale nie pomaga.

      Usuń
    3. Czyli może, jak ja to mówię po swojemu, mistycznie, może "nie umiesz dogadać się ze swoim Księżycem wewnętrznym"?

      Usuń
  2. Wróciłaś do malowania :) Bardzo się cieszę. Mam nadzieję, że to będzie... wyzwalające. I uspokajające. Mam nadzieję, że pomoże pozbyć się niepokoju i złej energii. I rozjaśni Twoje sny. Kolory, słowa, wszystko jest dobre, jeśli daje ujście pewnym emocjom. I pomaga siebie samą lepiej zrozumieć. Maluj więc Frido. Na zdrowie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wróciłam...pełniej, o:) Bo wprawki, schematy, anatomia...to można zawsze. Co innego dać się ponieść przypływowi, że tak to nazwę:)
      I mam nadzieję, że tak będzie. Po prostu, jak zawsze, po malutku, małymi kroczkami. Nie ma co się spieszyć, popędzać samego siebie:)

      Usuń
    2. Jasne :) Myślę, że wróciłaś do tego sercem, a to jest najważniejsze :)

      Usuń
  3. Często nie mogę zasnąć podczas pełni, ale teraz nie miałam z tym problemów i wiesz... miałam podobne sny. Zdaję sobie sprawę z tego, że często śnią mi się dziwne rzeczy dlatego trochę to olałam i o niektórych zapomniałam. Ale jak czytałam to wszystko to tylko rozdziawiałam buzię coraz bardziej. W ogóle, Ty też mi się śniłaś!
    Cieszę się bardzo, że malujesz! Nie mówiłam tego, ale czekałam na te wieści :D Super :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak widzę po komentarzach, że wiele osób nie może. Ale, nawet pal licho moją mistykę ( choć ja to tym tłumaczę rzecz jasna) to też cóż...kwestia biologii, jak pisałam Selinze:) Ale czasem może po prostu do nas coś..bardziej przemawia. Jesteśmy bardziej podatni na to, co w świetle dnia ukryte, a widoczne w pełni przy świetle księżyca. To, co tkwi w nas samych po prostu:)
      I co robiłam znowu w tych snach, chlałam?:D
      No to miło:)

      Usuń
    2. Ta, albo zwyczajny przypadek, że nie mogłam spać akurat jak była pełnia, bo przecież nie tylko wtedy mi się to zdarza xD
      Hahaha nie :D Byłaś uroczą blondynką xD Więcej nie pamiętam, tylko te Twoje włosy. Grzyweczka, kiteczka, idealnie ułożone xD

      Usuń
    3. No w sumie to też prawda, że tobie nie potrzeba do tego wcale księżyca, jakby nie patrzeć :D
      Ja? Never! Nigdy w życiu nie byłam blondynką i to jest jedyny kolor, jakiego nie mam zamiaru mieć! Nie, nie, nie! Pojebawszy :D

      Usuń
    4. No właśnie :D
      Hahahahaha też tak kiedyś mówiłam, serio xD

      Usuń
    5. Tą kwestię mamy jasną, ty se mogłaś mówić, ale dla mnie nadal to kategoryczne nie :D

      Usuń
    6. Tej, spije Cię i zamiast ogolić to Cię przefarbuję :D

      Usuń
  4. Zapytałam u mnie, czy mogłabyś rozwinąć swoją wypowiedź, ale po przeczytaniu Twojego tekstu już wszystko rozumiem.
    Nie lubię pełni, bo nie mogę wtedy spać - nie mogę zasnąć, rzucam się z boku na bok - jak jakiś wilkołak...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, już wszystko wiadome. U mnie to po prostu pewne...środki do czegoś, niekoniecznie relaksu, ale nadal robię to dla siebie:)
      Wszyscy piszą, że spać nie mogą cholera :D

      Usuń
    2. A mogę wiedzieć, co konkretnie namalowałaś? Bo tak nie do końca udało mi się to wyłapać i później totalnie się zgubiłam. :P
      Czyli coś jest w tym księżycu! Ja jak słyszę, że będzie pełnia, to już jestem zła, bo wiem, że mam kilka nocek z głowy. :P Do tego zbioru można dopisać jeszcze moją babcie - ostatnio się żaliła, że mówi dziadkowi, iż spać przez księżyc nie może, a on ją wyśmiał, że wymyśla. :P

      Usuń
    3. Powiedzmy, że abstrakcję kobiecą. Trudno to powiedzieć tak...ot. Chyba że mam zrobić całkowitą analizę :D
      A pewnie, że jest. Przynajmniej, ja tak uważam i nie jestem w tym na pewno odosobniona.inaczej, dlaczego tyle religii czciłoby księżyc właśnie?:> Więc to żadne wymyślanie :D

      Usuń
  5. Źle Ci bez męża przy boku ;p
    Nie jestem w stanie napisać, że Cię rozumiem, mimo, że wiem co to tęsknota. Wiem, że nie chodzi o męża... Ale kochałaś przecież przyjaciela równie mocną miłością.
    Nie ma słów, którymi bym Cię mogła pocieszyć, wiem tylko że żałoba jest czymś dobrym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A pewnie, że źle, to chyba nic złego i nic dziwnego nawet :D
      Zresztą, każda tęsknota jest inna i każdy przeżywa ją na swój sposób. Tego nie idzie zrozumieć do końca w drugim człowieku...można tylko jakoś akceptować, próbować zrozumieć. Ale to jak z każdym bólem czy radością, znamy podobne pojęcia, ale nie widzimy ich dokładnie.
      I...bywa dobra. Trzeba sobie na nią nieraz pozwoli po prostu i ja pozwalam, po swojemu:)

      Usuń
    2. Oczywiście że nie ;p To zdanie pół żartem miało być :P
      Jak z emocjami. Przecież my po omacku wiemy czym jest miłość, radość, złość, gniew. Sami coś tam czujemy, ale nigdy nie wiadomo jak dokładnie odczuwa to inna osoba...
      Moim zdaniem zawsze sobie trzeba na nią pozwalać. Ważne tylko by się w niej nie zatracić.

      Usuń
    3. Domyślam się, ja tylko żart sobie pociągnęłam :D
      Dokładnie, nazywamy coś, co nie może być nazwane, żeby jakoś odnaleźć się po prostu w świecie, tak chyba można to nazwać. I przystawiamy często kalkę siebie drugiej osobie, a zawsze są od tego jakieś odstępstwa.
      Dokładnie, jakoś w tym sobie wypośrodkować:)

      Usuń
    4. Bo człowiek ma tendencje do tego, że musi wszystko rozumieć, bo jeśli czegoś nie wie, to stworzy sobie swoją teorię choćby była nieprawdziwa. To jest warunek odruchowy mózgu, który jest powodem tworzenia m.in stereotyperów.

      Usuń
    5. Bo inaczej panikuje. Nic dziwnego, lubimy mieć stały grunt pod nogami i tyle:)

      Usuń
    6. Tak, coś na domiar tego :D

      Usuń
  6. Kiedyś miewałam problemy z sypianiem podczas pełni, ale wtedy to w ogóle nie próbowałam, tylko organizowałam sobie jakieś rozrywki, żeby nie siedzieć bezczynnie albo nie męczyć się, próbując zasnąć. A ostatnio, śpię jak dziecko i nawet wtedy wstaje mi się gorzej niż kiedykolwiek ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo próba zaśnięcia na siłę nie ma sensu, tylko się człowiek bardziej męczy...ale jak ma wizję wstania o 5 rano i zapierdalania pół dnia, to bywa w desperacji :D

      Usuń
    2. No co Ty, codziennie wstaję o piątej i chodzę spać o północy :D Nic mi nie straszne, haha :D

      Usuń
    3. No to widzę masz małe zapotrzebowania na sen :D

      Usuń
  7. Ja ostatnio mam problem ze spaniem... Niby zmęczona, oczy się zamykają, kładę się do łóżka, gaszę śiatło i jakby za machnięciem magicznej różdżki odechciewa mi się. Co jest trochę męczące, mimo wszystko.

    Ja też myślę o napisaniu jeszcze raz, ale nie wiem, czy to nie podpada już pod narzucanie się?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli coś nie gra. Ponoć sen to jeden z naszych najważniejszych wskaźników, nie tyle ciała...co serca, głowy. I ja się z tym zgodzę. Zresztą, ludzkość nie bez powodu wymyśliła takie powiedzenia jak "sen sprawiedliwego" i tak dalej. Czasem warto poszukać, co męczy.

      Wiesz...tak jak czytałam to chyba warto. Bo przecież nie piszesz miliona wiadomości dziennie, no nie? Warto czasem chyba spróbować, pokazać że zależy...a jak już druga strona to wie, to ma to w swoich rękach. Ale nas nie dręczy, że się nie spróbowało. A to już przecież dużo.

      Usuń
    2. Ależ ja nie mam pomysłu, co może to powodować. Zawsze trochę jeszcze czytam, przed spaniem, nieraz posłucham muzyki i zawsze było spoko a teraz położę się i gdzieś z godzinę rzucania się z boku na bok...

      Ano, nie piszę... Wiadomo, to, że się wie, że się coś zrobiło... Kurcze. No po prostu się boję, co się mogło stać (mam nadzieję, że nic!) i no. Dziwna sprawa:)

      Usuń
    3. Właśnie o to chodzi, Gdybyś wiedziała świadomie, co cię jakoś męczy, gryzie, to nie próbowałaby ci dusza powiedzieć o tym przez sny:)
      A może ziółka? Próbowałaś jakieś?

      No i oby, oby. Bo też czasami się wkurwiamy, a powody są aż...zaskakujące, albo odwrotnie, czasem doszukujemy się strasznych powodów, a okazują się być banalne...

      Usuń
    4. W sumie o tym nigdy nie pomyślałam, może czas spróbowac :)

      Ano. Lepiej, że banalne :)

      Usuń
    5. Spróbować wszystkiego zawsze warto :) Tym bardziej w takich kwestiach jak dla mnie:)
      Często i lepiej.

      Usuń
  8. A mnie tam pełnia może pocałować w cztery litery :D Sądząc po komentarzach, chyba mnie uznacie za wariatkę, ale podczas pełni zasypiam najszybciej, chociaż nie jestem zmęczona :D A czym to jest spowodowane, to o to nie pytajcie, bo nie mam bladego pojęcia :)

    myheart-mymusic.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może po prostu jesteś zgrana z naturą?:) Bo jakby nie patrzeć, to rzecz naturalnego cyklu, któremu podlega przecież cała natura:)

      Usuń
  9. No moja mama niestety do dyskretnych nie należy

    OdpowiedzUsuń
  10. Nigdy nie miałam takich odczuć związanych z pełnią. Właściwie nie mam żadnych. Zazwyczaj unikam takich stwierdzeń jak ognia, ale przemknęło mi przez myśl, że jesteś... wybrana, wyjątkowa. Może bredzę, jednak nie umiem wyrazić tego inaczej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie jest bycie wybranym, wyjątkowym:) To po prostu otwarcie w sobie drzwi na pewnego rodzaju wiarę:) A każdy ma jakąś swoją albo nie ma jej wcale, rzecz, czego potrzebujesz, widzenie tego, co chcesz widzieć:) Chociaż jedni mówią że może i mam "coś we krwi", może i coś w tym jest...ale równie dobrze można to ignorować, no nie? Ale ja lubię sięgać dalej. I potem pewne rzeczy bardziej działają:)

      Usuń
    2. Między innymi dlatego cieszę się, że Cię poznałam. Patrzysz głębiej, widzisz więcej, masz wrażliwość... Takich ludzi podziwiam :)

      Usuń
    3. Cóż, dziękuję ( chociaż tu aż czuję się jakoś zawstydzona:))

      Usuń
  11. Wiesz, czas jest nieokreślony. Są dla nas daty - punkty wyjścia. Wszystko jest umowne. Tak, masz rację. Każdy z nas ma swoją niepowtarzalną historię, coś się kończy, by coś innego mogło się zacząć. I nie ma czegoś takiego jak koniec, jest tylko nowy początek. Trzeba tylko umieć dostrzegać w tym wszystkim dobro. Kiedy coś przestaje być uczy nas czegoś nowego. Każda znajomość, przyjaźń, miłość, które przestały trwać, uczą nas. Mi pozostawiły wiele pytań, na które wciąż nie mam odpowiedzi, mimo że upłynęło wiele czasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, zresztą, sama niedawno pisałam, że czas nie istnieje, no nie?:)
      Albo po prostu...istnieje pewien ciąg zdarzeń. Nie ma granic, nie ma może nawet początków i końców. Tylko nam nieraz łatwiej jest je widzieć:)
      Dokładnie, a ta nauka bywa nieraz najważniejsza:) I może kiedyś odpowiedzi się znajdą, kto wie?:)

      Usuń
    2. Nie wiem, minęło tyle czasu odnośnie tych sytuacji. Pożyjemy, zobaczymy :) A i ostatnie zdanie dotyczące siódmego stycznia. Od J. uczę się, tego samego co od Ciebie. Tak naprawdę nie wiemy ile mamy czasu, jest tu i teraz i cieszę się z każdej chwili i z każdego drobiazgu.

      Usuń
    3. Dokładnie:)
      To chyba dobrze:) Bo tak naprawdę...to co było i będzie nie należy do nas, tylko tu i teraz jak ktoś mawiał.

      Usuń
  12. Ja podobno lunatykuję, chodzę do kuchni. Kto wie? Może nawet do łazienki XD Ostatnio miałam kłopoty z zaśnięciem i to może sprawka pełni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to tylko w czasie pełni czy po prostu lunatykujesz? To w ogóle mega fascynujące zjawisko.
      Albo coś w środku gryzie :>

      Usuń
  13. Lubię twoje notki.. Ta jest mistyczna ma swój sposób...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, dziękuję:) I jest bo przecież, dla mnie Księżyc to swojego rodzaju....świętość:)

      Usuń
  14. A mi pełnia w niczym nie przeszkadza, jedynie można ją podziwiać ;).
    Widziałaś ten wtorkowy księżyc? Szóstego grudnia chyba, był cudowny...
    I fajnie, że wróciłaś do malowania i że to wypłynęło jakoś tak samo, ze środka ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znaczy, ja nie mówię, że mi przeszkadza. Nie mogłam spać przez inne rzeczy, o:) Pełnia je we mnie tylko otworzyła. Zresztą, dla mnie każda pełnia jest rodzajem święta przecież:) Czas powiedzmy...lepszej komunikacji z jednym z aspektów moich bogów:)
      I widziałam, widziałam. Uważnie patrzyłam:)
      Też się cieszę:)

      Usuń
    2. Wiem, wiem i domyślam się, że to głębsze znaczenie religijne, ale przypomniała mi się moja koleżanka, która właśnie na pełnię ostatnio narzekała i mama, która jakieś dziwne rzeczy opowiadała, a mi mimo tych wszystkich narzekań wokół właśnie nie przeszkadza ;).

      Usuń
    3. Może jesteś zgrana ze swoim Księżycem, mówiąc po mojemu?:D

      Usuń
    4. Hm... Aż się boję drążyć ten temat :D. Ale to bardzo możliwe! :D

      Usuń
    5. A czego tu się bać?:D

      Usuń
  15. Czasem lepiej wylać swoje emocje na papier czy w jakiś inny konstruktywny sposób. Chyba,że się jest takim dziwakiem jak ja i się ćwiczy...A to pogrubioną czcionką chyba się stanie moim mottem.Świetne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy ma swój sposób na emocje, ćwiczenie na pewno są też świetną metodą, by sobie z nimi poradzić:)
      I cóż...to chyba dobrze i no, dzięki za docenienie:)

      Usuń
  16. Bleh, ta pełnia i dla mnie była nieprzychylna. A zazwyczaj wtedy sypiam dobrze jak nigdy.
    I te ostatnie dni również były okrutne dla mnie, choć to nie przez pamięć o śmierci Kordiana. Ale o nim też pamiętałam, jak co miesiąc, jednak w ciszy i na spokojnie.
    Przyznam, że lubię myśleć, że coś jest w aurze po prostu... ot ucieczka myśli, głupia.
    I moje rany też się otworzyły, przypominając, że pewne sprawy nie zostały wyjaśnione do końca. Well, wyjaśniam więc.
    Do przodu mimo wszystko, tak trzeba. Rozwój wiąże się z bólem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pełnia po prostu czasem otwiera w człowieku pełne rzeczy...jak jest dobrze, to wzmaga dobre, jak jest źle...to cóż.
      Mi trudno nieraz tak całkiem na spokojnie to przeżywać ale...nie ma chociaż już łez ani złorzeczenia światu:)
      Dlaczego głupia?
      Bo nie wszystko od razu może wyjaśnić po prostu idzie?
      Niestety to cena. A może nawet nie niestety?

      Usuń
  17. Pełnia bardzo często sprawia, że leżę bezczynnie na łóżku zamiast spać :D
    Chwile, w których mogę się zobaczyć z moim lubym, są niezwykłe. Niektórzy znajomi uważają, że mieszkanie z kimś to sama nuda, przyzwyczajenie. Dla mnie to coś świetnego, uwielbiam wspólne poranki, wspólne zasypianie, chwile rozmowy i chwile milczenia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to jak widzę, tak działa na większość osób jakoś:)
      A właśnie dla mnie też to powiedzmy...wyższy wymiar bycia razem, bo przecież widzi się człowieka w każdej, najintymniejszej sytuacji:) I o to chodzi, wtedy jest się ze sobą tak do końca po prostu:)

      Usuń
  18. De Sade mistrz xD
    Nawet nie zauważyłam, że jest pełnia. W sumie nie pamiętam, co robiłam ostatnio oprócz nauki i wieczorku filmowego u sorki od wfu :D
    Twój ostatni post przypomniał mi taką sprawę. Zresztą pan z postu też mi kogoś przypomniał. Aż się przestraszyłam.
    A można gdzieś znaleźć Twoje obrazy, te dawniejsze? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu się zgodzę, mistrz w wielu kwestiach, o:)
      Bo też nie każdy na to uwagę zwracam, dla mnie pełnia ma wymiar religijny w dużej mierze, więc wiesz, trudno, żebym nie zwracała uwagi na to :D
      Wieczorki u nauczycielki? Wow :D
      Przestraszyłaś? Dlaczego?
      Nie, nie były publikowane nigdzie. I powiedzmy, że należą już do przeszłości:)

      Usuń
    2. Zwykle zauważam, tylko teraz jakoś tak nie... Nie wiem. Rozumiem, rozumiem :D
      Hahaha, polecam moje liceum :)
      Bo jakbym znała tę osobę. Może to po prostu zbieg okoliczności.
      Kurczę, a tak chciałabym je zobaczyć :(

      Usuń
    3. Może nie było niepokojów i "drzwi", które światło pełni miałoby tym razem otworzyć?:D
      No w sumie, tak potem pomyślałam, że u nas były podobne akcje. Starzeję się i nie pamiętam już:D
      Rozumiem. Też z Poznania?:D
      Możemy coś pomyśleć:) Może mam jakieś stare skany szkiców jedynie na dawnym mailu...zobaczymy:)

      Usuń
    4. To bardzo możliwe :D
      Starość nie radość, a skleroza nie boli :P
      Ano!
      Jak coś, to chętnie wszystko przygarnę :D villemo404@gmail.com :)

      Usuń
    5. No właśnie, jakby bolała, to by sklerozą nie była:D
      A ty też?:D
      I odezwę się pewnie w piątek, jak coś znajdę, bo teraz znowu będę od neta odcięta :D

      Usuń
  19. Czytałam i w połowie nie wyrobiłam, kiedy dotarłam do fragmentu o kwiatach na przeprosiny, ale o tym przecież rozmawiamy na bieżąco, więc tu nie będę się powtarzać.
    W innej jednak kwestii bardziej się... może nie przeraziłam, ale miałam ciarki. Bo ja dokładnie ten sam głos w głowie usłyszałam, tak samo łagodny i od razu byłam pewna do kogo należał. I to były słowa tak bardzo pasujące do tego wszystkiego, pewien, co ostatnio się dzieje. jeden z moich ulubionych cytatów, który on też z pewnością znał. I też prychnęłam pod nosem. Też te same słowa "Łatwo ci mówić..."
    Nie chcę liczyć, mówiłam o tym też ostatnio Lusi. Nie chcę, bo cholera jednak nie może być tak, że każdy piąty, czy każda środa będą o tym przypominać. Nawet jeśli miałabym wypełniać te dni dobrymi myślami, to nie mogę... A te odliczanie jest przecież też niedoskonałe, jak sama pisałaś, jest czymś, co tworzymy sobie w głowach, pewnym schematem, który sami sobie tworzymy. Wszystko to kwestia przyzwyczajenia. Musimy sobie na nie pozwolić...
    Więc Ty wypełniłaś kolejną obietnicę :) Ależ mi się ciepło pod sercem zrobiło, jak o tym przeczytałam, serio :) I tym wpisem przypomniałaś mi tyle uczuć i emocji, myśli i snów, jakie ostatnio się pojawiły, że chyba sama będę musiała to jakoś z siebie wylać, pisząc właśnie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, tu nie ma sensu się powtarzać właśnie.
      Bo głosy wracają jakoś. W sensie...można patrzeć na to, że to po prostu emanacja naszego umysłu, wspomnień, bo pewne zdarzenia wracają w naszej głowie i kojarzą się z kimś, z tym co było, co kiedyś usłyszeliśmy albo co moglibyśmy usłyszeć, i nawet nie panujemy nad tym przecież. A można też patrzeć na to, że to kolejne zderzenie energii, która została jakoś. Nie dosłownie, ale jednak...jedno zderzenie powoduje kolejne. I czas nie ma znaczenia, materia tak samo. Ja w to wierzę:)
      Łatwo mówić ale...może nam nieraz powinno łatwiej być słuchać?:)
      Ja też jakoś nie chcę, ale póki co to wychodzi mimowolnie. Nawet jeśli takie niedoskonałe...ale ja nigdy właśnie jakichś rocznic nie lubiłam, wolę strumień czasu, zamiast tamy dat. Więc może i przypominanie 5 mi jakoś przjedzie akurat.
      Dokładnie:) Wróciłam na dobre, mam nadzieję w tej kwestii:)
      I czasem wylać trzeba. Bo potem można więcej zobaczyć:)

      Usuń
  20. mi się świetnie śpi zawsze,padam od razu i zasypiam jak się znajdę w łóżku, pewnie dlatego, że zwykle krótką śpię, przeważnie od od 4 do 6 godzin, ale śpiąc któregoś ostatniego dnia obok Natalii widziałem przez okno i ruszające się żaluzje ten księżyc, nie mogłem chwilę zasnąć, mimo, że miałem obok siebie swoją kobietę czułem się sam ze sobą, dawno mi się nie zdarzyło móc w nocy przebudzić się i myśleć o swoim życiu, miałem też ostatnio dziwne sny, ciekawe czy to przez pełnię

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, czyli można powiedzieć, że śpisz krótko, acz intensywnie:) Właśnie często osoby które krótko śpią, robią to bardzo głęboko i cóż...wystarcza im dlatego właśnie:)
      I możliwe:) Ja wierzę, że pełnia w nas otwiera pewne drzwi nieraz:)

      Usuń
  21. A ja zasze czakam na pełnie, jakby miało sie wydarzyc coś magicznego. A gdy nadchodzi nawet jej nie zauwazam ,a gdy przmeija nie umiem sobie przypomniec czy miała jakieś znaczenie..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to jest magiczny czas i może...coś próbuje się nieraz w tobie obudzić, ale inna część ciebie to ignoruje? Tak jakoś dziwacznie, po mojemu mi się nasuwa:)

      Usuń
  22. cóż, mnie pełnie zawsze wprowadzają w bezsenność i to taką niezbyt dobrą, wcale nie twróczą. tarcza księżyca momentami wręcz zaczyna mnie drażnić, ale... na każdego człowieka chyba działa inaczej i nie ma w tym nic dziwnego. w końcu fazy księżyca mają wpływ na wodę, a że my w większości z wody złożeni jesteśmy... ale to już poza-mistyczne patrzenie:)
    i tak jak pisałam w mailu, świetnie, że malowanie "odblokowało się", to dobry znak:). oby teraz w tym aspekcie było już górki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic dziwnego nie ma, bo właśnie, fazy księżyca po prostu oddziałują na nas biologicznie, jak na żółwie morskie czy pływy właśnie, bo częścią przyrody jesteśmy, jasne:) Chociaż ja właśnie lubię myśleć, ba, ja wierzę w jakiś sposób że światło pełni otwiera w nas czasem pewne drzwi...bo to światło "bogini" przecież, najjaśniejsze, najmocniejsze, więc nie może przejść ot tak, bez odzewu. I niektórzy śpią lepiej, bo nie mają już nic do ułożenia, w niektórych otwiera kłopotliwe sprawy i spać nie daje. Takie mam właśnie nieraz wrażenie.
      No też się cieszę:) Wrócę dzisiaj to może znowu pół pokoju zachlapię przed snem :D

      Usuń
  23. Frida, czytam Twoje wpisy, nie myśl, że zapomniałam o Tobie, bo tak się nie stało, ale ostatnie nie mam pomysłu na żaden inteligentny komentarz, nie potrafię się skupić, aby napisać coś. Aczkolwiek uważam podobnie jak poprzedniczki, dobrze, iż wróciłaś do malowania... :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja nie patrzę w ten sposób, że ty o mnie jakoś zapominasz no weź :D Twoim obowiązkiem nie jest wchodzenie do mnie i czytanie mojego bloga, tak w ogóle :D

      Usuń
  24. U Ciebie na blogu wszystko (z pozoru zwykłego) nabiera innego znaczenia ;) Wprowadzasz nas w coś, czego nie znamy, piszesz o czymś, czego nie wiemy. Niesamowite.
    Szkoda, że o tych snach podczas pełni - nie wiedziałam wcześniej, zwróciłabym na nie większą uwagę, zapamiętałabym je.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu, ja uważam że świat ma o wiele więcej płaszczyzn niż te oczywiste..więc może stąd to wrażenie:)
      Wiesz, wszystko przed tobą. Następna pełnia, w znaku lwa, 3 lutego:D

      Usuń
  25. Nie umiem się wysłowić, wszystko we mnie wibruje, o ile to dobre określenie. Czułam w tym wpisie taki jakiś niepokój, napięcie, a potem wyzwalane emocje, płynące przez Ciebie wraz z tworzeniem obrazi na płótnie. Sama nigdy nie umiałam malować abstrakcji i nigdy też nie lubiłam ich oglądać, zawsze wydawały mi się za mało zrozumiałe, choć wiem, że to nie o to chodzi w sztuce. Tzn. dla mnie najważniejsze jest to, bym sama mogła sobie coś zinterpretować, ale abstrakcje po prostu do mnie nie przemawiają, o wiele lepiej odnajduję się w poezji tak naprawdę. Ale... są obrazy, które wręcz jakby do mnie krzyczą i podziwiam malarzy, którzy po prostu robią to, co kochają i dokonują tego w podobny sposób, jak Ty - po prostu... malują, całym sobą, emocjami. Szczerze mówiąc, chciałabym kiedyś zobaczyć nie sam taki obraz, ale proces jego tworzenia, mimo że wiem, że nigdy się to nie zdarzy, bo przecież takie prace zawsze nie dość, że są niezwykle intymne, to jeszcze zazwyczaj powstają pod wpływem chwili, pod wpływem silnych emocji, nagle, niespodziewanie - wiem, domyślam się, bo tak samo powstaje poezja.

    OdpowiedzUsuń