5 stycznia
Zawsze przychodzi głupia myśl- o ile
można obchodzić w duszy rocznice, rocznice szczęścia, rocznice
smutków, wspominać- to czy można obchodzić tak zwane
"miesięcznice"? Skoro jeden miesiąc ma 30 dni, inny 31, a
raz zdarza się 28, 29 dni...ale jeden rok przecież 365 dni, ale
niektóre o jeden dzień więcej. I znów wszystko się rozmywa. Nic
nie jest ścisłe, nie można nawet powiedzieć, że dokładnie
odliczamy swój żal bądź radość, bo nawet tego nie potrafimy. A
może odliczać nie trzeba. Może znów, tak naprawdę daty nie mają
znaczenia. Może znów trzeba myśleć o tym, że czas nie istnieje.
Może jesteśmy za mali, by nawet to pojąć, ale jednak, w swojej
świadomości przywiązujemy wagę do tego. My, muszący znać
granice, muszący odliczać, by nieraz móc umniejszać swój ból.
Myślę więc, minęło 2 miesiące,
gdy stoję pod prysznicem o 5 rano, szykując się do powrotu do
moich Ptaszyn. Może one pozwolą odetchnąć? Może one pozwolą
przeżyć ten dzień, małymi radościami, bo przecież...kto potrafi
dać nieraz tyle radości, co te starsze, nieraz nie kontaktujące
panie. Ale śmiejące się szczerze. Cieszące się, że znów
jestem.
Gdy wracam wieczorem, zmęczona ale
radosna, bo w zmęczeniu nie myśląca wcale, patrzę na niebo. Tak,
to dziś, dodatkowo to dziś. Pierwsza pełnia w tym roku, pełnia w
znaku raka.
Wracam więc po południu do domu,
zjadam szybko obiad. Wieczorem zamykam się u siebie, w swoim starym
pokoju, w którym może nie widać księżyca....ale przecież
Księżyc, moja Pani jest i we mnie.
To swój Księżyc, jak zawsze, trzeba
odnaleźć.
Pełnia w znaku raka, pełnia, czas, w
którym wszystko sprzyja emocjonalnemu oczyszczeniu.
Siadam jak zwykle, po turecku,
nieskrępowana żadnym odzieniem, na dywanie. Oddycham spokojnie i
wyobrażam sobie siebie pod samym księżycem, pod nagim, jak i ja
jestem naga, niebem. Wyobrażam, bo na prawdziwe spotkanie jednak mi
dzisiaj za zimno.
Widzę siebie, oddycham spokojnie. I
widzę księżyc w sobie.
Jednak coś jest nie tak.
Wszystko mnie uwiera, w środku mnie
uwiera, niepokoi, a mój księżyc wcale nie świeci spokojnym,
chłodnym blaskiem. Wcale nie wychodzę z transu nucąc księżycowe
pieśni, a wyrywam się z niej z głośnym jękiem, gdy zobaczyłam,
jak księżyc spływa krwią.
Krwawy księżyc zawsze mówi o
przelanej krwi. I niekoniecznie tej, która wypływa z rozerwanych
arterii.
Zawsze po prostu coś pęka.
Jestem niespokojna, miotam się po
pokoju. Około 23 chcę zadzwonić z telefonu swojej matki do Męża,
bo mój jest popsuty. Chęć też jest podszyta pewnym niepokojem.
Niech usłyszę jego głos, niech mnie otuli, choć jest przecież
daleko. Bo choć dzielą nas kilometry, nie są rozdzielone nasze
serca i jego zawsze działa na moje niepokoje jak balsam.
Nie odbiera raz. Drugi, trzeci,
czwarty....
Zaczynam panikować. Nigdy tak nie
robi, wie, że zawsze chcę dzwonić do niego przed snem.
Piszę więc do współlokatora,
zdenerwowana. Krwawy księżyc, myślę, przesadnie. Nie odpowiada,
pewnie śpi, jak to ma w zwyczaju już o tej porze. A ja nie chcę
przesadzać.
W końcu, po dwóch godzinach Mąż
odbiera. Nic mu nie jest, po prostu zostawił wyciszony telefon w
kurtce i po pracy usiadł nad papierami, zapomniał się, że to już
ta godzina, że przecież miał dzwonić...
Tracę siłę w nogach, upadam na
łóżko. Popłakałam się. Ja, w swoim niepokoju, wściekła na
niego, zaczęłam płakać jak oszalała. Uspokajam się powoli,
słuchając przeprosin, słuchając kajania się.
Ulga, gdy pewne daty głupio niepokoją,
uderza nieraz w człowieka prawie niczym ból.
Żegnam się z nim, jeszcze na niego
się wściekając.
Kładę się do łóżka, ale nie mogę
zasnąć. Coś we mnie nie gra nadal. Coś niepokoi, ale już
inaczej.
Gdy przysypiam, mam dziwaczne sny.
Rodzę siebie samą, obrazy przed oczami jak obrazy z płócien
dawnej Fridy, sprzed lat. Obrazy jak z płócien Vincenta i Pabla,
mieszają się. Wizje nagich kobiet rozrywanych bólem, nagich kobiet
tracących niewinność przy panu de Sade, wizje surrealistyczne,
dziwniejsze niż wszystkie sny proroków.
Nie poznasz, co to magia, póki nie
poznasz snów malarzy, jak mawiał Vincent.
6 stycznia
Budzę się całkiem niewyspana. Gdy
wychodzę na pociąg, trochę później niż zazwyczaj, bo większość
ludzi ma święta, wielki, pomarańczowy jeszcze księżyc huśta się
w ramionach nieba, oddając powoli pole do popisu słońcu. Patrzę
na nie podkrążonymi oczami, myśląc, co Księżyc we mnie chciał
mi tej nocy, nocy pełni raka, powiedzieć.
Sny z czasu pełni są święte,
pamiętaj, Frido.- słyszę w głowie ciemny głos Alexa,
głos z dawnych lat.
Parę godzin spędzonych z Ptaszynami
tego dnia wybitnie poprawia humor, wybija z głowy całą złość,
zastępując łagodnością i ciepłem, jakie przecież budzą w
człowieku, gdy chwytają ptasimi pazurkami, gdy chwytają chłodnymi
pergaminowymi dłońmi.
Gdy wracam do swojego miasta, wysiadam
z pociągu, czeka mnie niespodzianka. Mąż czeka na stacji,
przyjechał z Poznania. Czeka z bukietem kwiatów na przeprosiny.
Czeka uśmiechnięty, bo wie, że sprawił mi radość. Każda
godzina z nim to dar od życia, nawet, gdy przedtem coś przeskrobał.
-To za wczoraj- mówię, dając
mu kuksańca pełną parą w ramię, tak, żeby naprawdę trochę
zabolało przez zimową kurtkę- a to za resztę- mówię,
całując go po chwili na mrozie, brudząc moją szminką, która ma
niby chronić mi usta.
Ta noc jest spokojna w głowie, sercu,
niespokojna ciałem, namiętnością palącą aż do kości. Ta noc
jest spokojna aż do snów. Tym razem mówią o nagich kobietach
pływających w pradawnym morzu, mówią o inspiracji i mocy. Nie
mogę spać, choć mam go obok.
7 stycznia
Wstaję godzinę wcześniej niż
powinnam, bo coś w środku nosi, trzepocze pod sercem jak dziki ptak
zamknięty w klatce, jak szalony kot zamknięty w ciasnym pokoju.
Wstaję godzinę przed czasem bo coś we mnie nie daje się znowu
wtulić.
Idę do łazienki, biorę prysznic w
tym zimnym pomieszczeniu, patrzę przez okno na wiszący księżyc,
gdy się ubieram powoli, zmęczona.
Słuchaj tego, co mówi przez
ciebie, a nie jest tobą. Odrzuć ego. Niech płynie, po prostu,
niech płynie- słyszę ciepły, miękki głos umarłego w
głowie.
-Ta, łatwo ci mówić- prycham na
głos, robiąc sobie herbatę.
Gdy tym razem wracam do domu, cieszę
się znów, że przed nami jeszcze jedna noc. Udaje mi się wrócić
wcześniej, bo przyjaciółka od dzieciństwa, jedna z Bliźniaczek,
też pracuje w tym mieście, co ja.
Spacerujemy w śniegu, spacerujemy
wieczorem w mrozie. Wesoło jemy kolację z moją matką.
Przychodzi kolejna noc. Blade światło
malejącego księżyca pada na mnie w łazience, gdy znów przepaliła
się żarówka, gdy wycierałam się po wieczornym prysznicu. Tak
dopada mnie Mąż. Kochamy się w tej zimnej, zagraconej, brzydkiej
łazience w domu, w którym się wychowałam. Potem w łóżku.
Jakbyśmy widzieli się ostatni raz, mieli tylko jedną noc przed
sobą.
Cóż. Nigdy nie wiesz, ile masz czasu,
prawda?
8 stycznia
Budzę się znów zmęczona, mam
zmęczone ciało, po intensywnej nocy, mam zmęczoną duszę po
kolejnych snach. Patrzę na Męża ostatni raz, następnym razem
zobaczymy się w piątek w nocy. Jeden dzień, a tak odległy,
wywołujący tęsknotę.
Rano gdy czekam na Aśkę o 6 rano,
widzę lisa goniącego dzikiego królika przy kilku drzewach przed
moim domem. Czy króliki nie powinny spać? Myślę niejasno.
Wszystko się rozmywa, gdy podjeżdża
jej Toyota.
Z praktyk w przerwie dzwonię do mamy z
telefonu zakładowego, że wrócę później, wcale nie z Aśką o
15, ani nie pociągiem o 17. Będę wieczorem, niech nie czeka z
obiadem.
Wszystko we mnie drga, trzepocze, tym
razem ciepło i spokój który dają Ptaszyny, nie pomaga.
Brnę więc po pracy w resztkach
śniegu, wcale nie marznąć, tylko przemakają mi buty, których
zapomniał zaimpregnować mi Mąż. Ale idę przed siebie, muszę się
przecież na nowo uspokoić.
To wszystko
rany, które otwierają się na nowo, by się oczyszczać. To
rozrywane zaropiałe strupy, otwierane zaklejone oczy, otwierane by
wreszcie dotarło do nich światło poranka po nocy, czasem światło
księżyca. Bo jeszcze nie całkiem się wszystko zabliźnia, nie
można udawać przed sobą, że tak jest, nawet jeśli udaje się tak
łatwo przed ludźmi.
Gdy uczysz
się żyć na nowo po bólu, gdy uczysz się przy okazji na nowo
siebie, bo ból cię do tego zmusił, różne miejsca znów rosną,
robią sobie miejsce. Trzaskają boleśnie kości, ale trzaskają, by
na nowo urosnąć, by zmieścić się w nowym ludzkim kształcie. To
trzeba przeżyć, to trzeba przyjąć.
Z tym trzeba
sobie będzie radzić długie lata, a może nawet życie.
Bo życie to
zmiany, życie to ból rosnących kości, palenie w piszczeli i łomot
w głowie, gdy idzie się do przodu. Bo ułudą jest stać w miejscu.
Życie to zmęczenie podnoszenia się z kolan, ale i wspaniała
radość i nauka z tego płynąca. Gdy tylko pozwolimy to sobie
zrozumieć.
Bo wszystkie
porody są bolesne. Wszystkie narodziny, te, które przez mrok
sprowadzają światło do duszy.
Brnę więc w roztapiającym się
śniegu, ślizgając się na błocie nad jeziorem. W kieszeni kurtki
ściskam świecę, którą kupiłam w małym sklepiku, którą
zapalę, znów.
Docieram do "swojego", nie
"naszego" już miejsca, docieram po trudnej wędrówce.
Śnieg nie stopniał, leży na polanie.
Zmrożony, jakby nie działała na niego temperatura, jakby nie
dotknął go deszcz. Jakby polana wiedziała, że teraz musi spać,
że za wcześnie przecież na wiosnę. Wbijam więc w śnieg
świeczkę, zapalam i patrzą na płomień.
Mówię do swojego Księżyca, a potem
coraz bardziej zapadam.
Puszczają tamy, cieknie strumień, jak
na wiosnę z topniejącego śniegu.
Gdy świeca się dopala, wokół niej
jest zielona trawa. Zielona martwą zielenią zmrożonego źdźbła.
Zawsze lubiłam ten kolor, bo obiecywał. Obiecywał nowe.
Wracam, gdy jest już całkiem ciemno.
Cudem zdążyłam na ostatni pociąg.
Przemarznięta w domu zdejmuję buty,
stopy mam aż sine. Rozgrzewam się gorącym prysznicem, dziś nie
widać w łazience światła księżyca, niknącego po pełni raka.
Nie widać go, ale wiem przecież, że tam jest. Tak samo jak
wszystkie gwiazdy na niebie.
Gwiazdy mówiące o miłości. -
znów ten głos, ale tym razem nie witam go prychnięciem. A ciepłym
uśmiechem.
Dzwonię z telefon mamy wieczorem do
Męża, ale wcale nie przed snem. Już wiem, że nie będę spać.
Kości w mojej duszy trzasnęły, teraz
się zrastają. Coś może otworzy się tej nocy, strumień
przybierze na sile. Czekam na powódź, na prawdziwą powódź.
Mam jedno, stare płótno i pełno
starych farb zamkniętych w szufladach czarno-białych, rozpadających
się powoli mebli. Stare artefakty mówiące o dawnej magii, mające
przypomnieć mi na nowo.
Stawiam płótno na sztalugach, nie
potrzebuję dużo światła, zapalam więc tylko jedną lampę, nie
znoszę wszystkich małych świecidełek które są w domu, jak w
dawnych czasach.
Światło masz w sobie.
Staję w samej bieliźnie przy
sztalugach, czując się jak dawna czarownica, dawna szamanka, która
ma w sobie źródło i wszystkie przepływy. Która ma w sobie drogę
i wszystkie drogowskazy.
Pozwalam się sobie wreszcie otworzyć.
Wszystkie kobiety ze snów, kobiety
rozrywane bólem, kobiety rozrywane niepokojem, kobiety rozrywane
namiętnością są we mnie i chcą krzyczeć kolorem.
Krwawy księżyc sprawił, że
zakrwawiłam. Pękło coś w duszy, jak dojrzały strąk grochu
latem, wysypały się emocje, instynkty i pragnienia. Wyspały się
niepokoje, które muszę pozbierać i ułożyć na nowo kolorem.
Kolor zawsze był moją domeną.
Jaskrawy, mówiący o każdej emocji. Kolor, którym przelewam też
na płótna często swoją wiarę, swoje wizje, które jednoczą ze
wszechświatem. Kolor pierwotnej siły drzemiącej, ale chcącej
nieraz zaryczeć.
Zaczęłam malować, najpierw pędzlem,
potem rękami. Malować całą sobą, choć, tak naprawdę to nie ja
tylko malowałam. Jak za dawnych lat. Otwierając się na głosy i
szepty w przestrzeni. Otwierając się na światła i strumień w
sobie.
Pękły tamy, kości się zrosły.
Zalała mnie tej nocy powódź, zalała
topiąc, a gdy wody opadły o poranku...
9 stycznia
...gdy wody opały o poranku ukazało
się zniszczenie tego, co było w kolejnej części mnie. Ukazały
się żyzne muły, ziemie, naniesione przez rzeki, strumienie
wiosennych roztopów, na których może wszystko urosnąć. Wszystko,
co tylko zasieję.
Patrzę na płótno, którego pewnie
nikomu nie pokażę. Może tylko mojemu Mężowi, za jakiś czas, gdy
będę mogła wyjaśnić. Gdy nowe zasiewy przyniosą już plon.
Patrzę na płótno widząc wszystko,
czego nie chciałam widzieć przez parę ostatnich dni. Uśmiecham
się do siebie, patrząc na to, że wreszcie zaczęłam naprawdę
malować. Tak jak nieraz przed laty, zanim wszystko, wszystko się
zaczęło i wszystko umarło.
Patrzę na płótno widząc stare, ale
i nowe, bo przecież nowe kości wzrosły. Czuję znów ulgę, że
maluję naprawdę, wreszcie, po tym jak obiecałam w duszy, obiecałam
bezgłośnie temu, który odszedł, że do tego wrócę. Maluję
naprawdę, a nie tylko ot, tak, szczegóły techniczne. Wreszcie to
na nowo się obudziło, a może i obudziło się nowe.
Nie ma znaczenia, stare i nowe nie
istnieje.
Otworzyły się drzwi, po prostu.
Patrzę na podłogę dookoła i cieszę
się, że nie zapomniałam rozłożyć starego prześcieradła.
Wszystko dookoła jest w farbie. Zostawiam wszystko jak jest, wiem,
że gdy mnie nie będzie, moja mama nie wejdzie do mojego pokoju, nie
będzie podglądać. Nie ma drugiej tak dyskretnej osoby.
Wchodzę nad ranem do łazienki.
Księżyc w raku znika, widzę przebłyski zza chmur. Patrzę w
lustro gdy przemykam na korytarzu. Całe moje ciało jest w farbie.
Czerwień, czerń, błękit. Czerwone smugi jak krew na łokciach i
na policzkach.
Wchodzę do wanny, spłukuję z siebie
farby, woda dawno nie była tak brudna. Ciepła woda i mydło ledwie
sobie radzą, a ja uśmiecham się, widząc, jak z nagiej mnie spływa
pamiątka po powodzi.
Znika widoczne dla ludzkich oczu
piętno. Nie znikają blizny i rany na duszy, nie znikają
przeznaczenia, dary i nadzieje. Ale te bywają ukryte przed cudzym
wzrokiem.
Nieraz tak jest lepiej.
Wracam do domu wieczorem, do Poznania,
nie śpię w pociągu, choć oczy mam zamknięte. Nagie kobiety,
dzikie kobiety mówiące głosem kolorów tańczą, wirują przed
moimi oczami w zaśnieżonym lesie, na zielonej jednak polanie.
Wracam do domu, czekając teraz na
Męża, który na nowo obudzi namiętności. Wracam do domu, zakopuję
się pod kocem, przemoczona znów i przemarznięta. Bo choć kolor
jest moją domeną, czasem bywają nią i słowa.
Niech tamy pękają, a kości trzaskają
i rosną nawet boleśnie. Bo znów, trzeba iść przed siebie.
Nieważne nawet nieraz, gdzie nogi i oczy zaprowadzą.
Dopiero teraz mogę odlecieć w
przestrzeń i to tam znajduję swoją drogę
Stadium Arcadium
Lustro dla Księżyca
Kształtuję się i przekonuję się
Do nowego świata
Dopóki chmury nie zaczynają się
zderzać
Dziwne rzeczy miały miejsce zarówno
przed
jak i po południu
Kształtuję się i przekonuję
Do podnoszenia sobie poprzeczki
I nie, nie mam nic przeciwko
zadawaniu pytań
Jestem sam w leśnym pokoju
A na zewnątrz szaleje burza
Nigdy nie sądziłem, że mógłbym
rozkwitnąć
Ale to właśnie tutaj zmieniam
P.S. Jeśli chodzi o poprzedni
wpis...zauważyłam, że każdy z nas ma jakąś urwaną historię.
Historię złamanego serca, które złamał lub zostało złamane,
historię niedokończonej rozmowy, urwanej w nieodpowiednim momencie,
przerwanej nagle ot, życiem przyjaźni, znajomości.
Ja napiszę chyba w tej kolejny
rozdział, bo postanowiłam na maila odpisać. A co będzie, czas
pokaże. I temu trzeba się poddać.
Nienawidzę pełni... Nie pozwala mi spać, przed, w noc, i po niej... Nie wiem skąd to się bierze. Nie znalazłam dobrych informacji na ten temat... Jedynie,że osoby psychiczne szczególnie na nią reagują. Może jest ze mną coś nie tak? W sumie... Dziś w sumie tak się czuje.
OdpowiedzUsuńJa mam swoje wyjaśnienia...mistyczne, ale nie wiem, czy ci podpasują, bo raczej wolisz pewien racjonalizm, co?:D Ale w pewien sposób, nasza biologia też przecież jest związana z cyklami przyrody. Wpływ księżyca na przyrodę jest niezaprzeczalny, widać to choćby w pływach, zachowaniach choćby żółwi morskich czy niektórych ptaków a my cóż...też przyrodą jesteśmy:)
UsuńAle to niezbyt miłe uczucie jak sądzę.
Racjonalna? Ja ? Nigdy... :P
UsuńJak już raz wspominałam, wierzę w moje sny, które bywają przepowiednią. I zawsze sie sprawdza... I zawsze mi się coś śni, nawet jeśli to nie sen przepowiednia. A pełnie mnie rozwala. Jakoś nigdy nie spotkałam jeszcze człowieka, który by cierpiał jak ja. Wszyscy chrapią i śpią a ja... Cierpię w pełni. Nie umiem tego wyjaśnić. Ale nie mogę spać. Budzę się co chwila, wije się w łóżku o czuję dziwną moc... Wolę gwiazdy od księżyca. A zasłonięcie rolet wcale nie pomaga.
Czyli może, jak ja to mówię po swojemu, mistycznie, może "nie umiesz dogadać się ze swoim Księżycem wewnętrznym"?
UsuńWróciłaś do malowania :) Bardzo się cieszę. Mam nadzieję, że to będzie... wyzwalające. I uspokajające. Mam nadzieję, że pomoże pozbyć się niepokoju i złej energii. I rozjaśni Twoje sny. Kolory, słowa, wszystko jest dobre, jeśli daje ujście pewnym emocjom. I pomaga siebie samą lepiej zrozumieć. Maluj więc Frido. Na zdrowie :)
OdpowiedzUsuńWróciłam...pełniej, o:) Bo wprawki, schematy, anatomia...to można zawsze. Co innego dać się ponieść przypływowi, że tak to nazwę:)
UsuńI mam nadzieję, że tak będzie. Po prostu, jak zawsze, po malutku, małymi kroczkami. Nie ma co się spieszyć, popędzać samego siebie:)
Jasne :) Myślę, że wróciłaś do tego sercem, a to jest najważniejsze :)
UsuńDokładnie:)
UsuńCzęsto nie mogę zasnąć podczas pełni, ale teraz nie miałam z tym problemów i wiesz... miałam podobne sny. Zdaję sobie sprawę z tego, że często śnią mi się dziwne rzeczy dlatego trochę to olałam i o niektórych zapomniałam. Ale jak czytałam to wszystko to tylko rozdziawiałam buzię coraz bardziej. W ogóle, Ty też mi się śniłaś!
OdpowiedzUsuńCieszę się bardzo, że malujesz! Nie mówiłam tego, ale czekałam na te wieści :D Super :)
Ja tak widzę po komentarzach, że wiele osób nie może. Ale, nawet pal licho moją mistykę ( choć ja to tym tłumaczę rzecz jasna) to też cóż...kwestia biologii, jak pisałam Selinze:) Ale czasem może po prostu do nas coś..bardziej przemawia. Jesteśmy bardziej podatni na to, co w świetle dnia ukryte, a widoczne w pełni przy świetle księżyca. To, co tkwi w nas samych po prostu:)
UsuńI co robiłam znowu w tych snach, chlałam?:D
No to miło:)
Ta, albo zwyczajny przypadek, że nie mogłam spać akurat jak była pełnia, bo przecież nie tylko wtedy mi się to zdarza xD
UsuńHahaha nie :D Byłaś uroczą blondynką xD Więcej nie pamiętam, tylko te Twoje włosy. Grzyweczka, kiteczka, idealnie ułożone xD
No w sumie to też prawda, że tobie nie potrzeba do tego wcale księżyca, jakby nie patrzeć :D
UsuńJa? Never! Nigdy w życiu nie byłam blondynką i to jest jedyny kolor, jakiego nie mam zamiaru mieć! Nie, nie, nie! Pojebawszy :D
No właśnie :D
UsuńHahahahaha też tak kiedyś mówiłam, serio xD
Tą kwestię mamy jasną, ty se mogłaś mówić, ale dla mnie nadal to kategoryczne nie :D
UsuńTej, spije Cię i zamiast ogolić to Cię przefarbuję :D
UsuńNie ma mowy :D
UsuńZapytałam u mnie, czy mogłabyś rozwinąć swoją wypowiedź, ale po przeczytaniu Twojego tekstu już wszystko rozumiem.
OdpowiedzUsuńNie lubię pełni, bo nie mogę wtedy spać - nie mogę zasnąć, rzucam się z boku na bok - jak jakiś wilkołak...
No właśnie, już wszystko wiadome. U mnie to po prostu pewne...środki do czegoś, niekoniecznie relaksu, ale nadal robię to dla siebie:)
UsuńWszyscy piszą, że spać nie mogą cholera :D
A mogę wiedzieć, co konkretnie namalowałaś? Bo tak nie do końca udało mi się to wyłapać i później totalnie się zgubiłam. :P
UsuńCzyli coś jest w tym księżycu! Ja jak słyszę, że będzie pełnia, to już jestem zła, bo wiem, że mam kilka nocek z głowy. :P Do tego zbioru można dopisać jeszcze moją babcie - ostatnio się żaliła, że mówi dziadkowi, iż spać przez księżyc nie może, a on ją wyśmiał, że wymyśla. :P
Powiedzmy, że abstrakcję kobiecą. Trudno to powiedzieć tak...ot. Chyba że mam zrobić całkowitą analizę :D
UsuńA pewnie, że jest. Przynajmniej, ja tak uważam i nie jestem w tym na pewno odosobniona.inaczej, dlaczego tyle religii czciłoby księżyc właśnie?:> Więc to żadne wymyślanie :D
Źle Ci bez męża przy boku ;p
OdpowiedzUsuńNie jestem w stanie napisać, że Cię rozumiem, mimo, że wiem co to tęsknota. Wiem, że nie chodzi o męża... Ale kochałaś przecież przyjaciela równie mocną miłością.
Nie ma słów, którymi bym Cię mogła pocieszyć, wiem tylko że żałoba jest czymś dobrym.
A pewnie, że źle, to chyba nic złego i nic dziwnego nawet :D
UsuńZresztą, każda tęsknota jest inna i każdy przeżywa ją na swój sposób. Tego nie idzie zrozumieć do końca w drugim człowieku...można tylko jakoś akceptować, próbować zrozumieć. Ale to jak z każdym bólem czy radością, znamy podobne pojęcia, ale nie widzimy ich dokładnie.
I...bywa dobra. Trzeba sobie na nią nieraz pozwoli po prostu i ja pozwalam, po swojemu:)
Oczywiście że nie ;p To zdanie pół żartem miało być :P
UsuńJak z emocjami. Przecież my po omacku wiemy czym jest miłość, radość, złość, gniew. Sami coś tam czujemy, ale nigdy nie wiadomo jak dokładnie odczuwa to inna osoba...
Moim zdaniem zawsze sobie trzeba na nią pozwalać. Ważne tylko by się w niej nie zatracić.
Domyślam się, ja tylko żart sobie pociągnęłam :D
UsuńDokładnie, nazywamy coś, co nie może być nazwane, żeby jakoś odnaleźć się po prostu w świecie, tak chyba można to nazwać. I przystawiamy często kalkę siebie drugiej osobie, a zawsze są od tego jakieś odstępstwa.
Dokładnie, jakoś w tym sobie wypośrodkować:)
Bo człowiek ma tendencje do tego, że musi wszystko rozumieć, bo jeśli czegoś nie wie, to stworzy sobie swoją teorię choćby była nieprawdziwa. To jest warunek odruchowy mózgu, który jest powodem tworzenia m.in stereotyperów.
UsuńBo inaczej panikuje. Nic dziwnego, lubimy mieć stały grunt pod nogami i tyle:)
UsuńTak, coś na domiar tego :D
UsuńKiedyś miewałam problemy z sypianiem podczas pełni, ale wtedy to w ogóle nie próbowałam, tylko organizowałam sobie jakieś rozrywki, żeby nie siedzieć bezczynnie albo nie męczyć się, próbując zasnąć. A ostatnio, śpię jak dziecko i nawet wtedy wstaje mi się gorzej niż kiedykolwiek ;)
OdpowiedzUsuńBo próba zaśnięcia na siłę nie ma sensu, tylko się człowiek bardziej męczy...ale jak ma wizję wstania o 5 rano i zapierdalania pół dnia, to bywa w desperacji :D
UsuńNo co Ty, codziennie wstaję o piątej i chodzę spać o północy :D Nic mi nie straszne, haha :D
UsuńNo to widzę masz małe zapotrzebowania na sen :D
UsuńJa ostatnio mam problem ze spaniem... Niby zmęczona, oczy się zamykają, kładę się do łóżka, gaszę śiatło i jakby za machnięciem magicznej różdżki odechciewa mi się. Co jest trochę męczące, mimo wszystko.
OdpowiedzUsuńJa też myślę o napisaniu jeszcze raz, ale nie wiem, czy to nie podpada już pod narzucanie się?
Czyli coś nie gra. Ponoć sen to jeden z naszych najważniejszych wskaźników, nie tyle ciała...co serca, głowy. I ja się z tym zgodzę. Zresztą, ludzkość nie bez powodu wymyśliła takie powiedzenia jak "sen sprawiedliwego" i tak dalej. Czasem warto poszukać, co męczy.
UsuńWiesz...tak jak czytałam to chyba warto. Bo przecież nie piszesz miliona wiadomości dziennie, no nie? Warto czasem chyba spróbować, pokazać że zależy...a jak już druga strona to wie, to ma to w swoich rękach. Ale nas nie dręczy, że się nie spróbowało. A to już przecież dużo.
Ależ ja nie mam pomysłu, co może to powodować. Zawsze trochę jeszcze czytam, przed spaniem, nieraz posłucham muzyki i zawsze było spoko a teraz położę się i gdzieś z godzinę rzucania się z boku na bok...
UsuńAno, nie piszę... Wiadomo, to, że się wie, że się coś zrobiło... Kurcze. No po prostu się boję, co się mogło stać (mam nadzieję, że nic!) i no. Dziwna sprawa:)
Właśnie o to chodzi, Gdybyś wiedziała świadomie, co cię jakoś męczy, gryzie, to nie próbowałaby ci dusza powiedzieć o tym przez sny:)
UsuńA może ziółka? Próbowałaś jakieś?
No i oby, oby. Bo też czasami się wkurwiamy, a powody są aż...zaskakujące, albo odwrotnie, czasem doszukujemy się strasznych powodów, a okazują się być banalne...
W sumie o tym nigdy nie pomyślałam, może czas spróbowac :)
UsuńAno. Lepiej, że banalne :)
Spróbować wszystkiego zawsze warto :) Tym bardziej w takich kwestiach jak dla mnie:)
UsuńCzęsto i lepiej.
A mnie tam pełnia może pocałować w cztery litery :D Sądząc po komentarzach, chyba mnie uznacie za wariatkę, ale podczas pełni zasypiam najszybciej, chociaż nie jestem zmęczona :D A czym to jest spowodowane, to o to nie pytajcie, bo nie mam bladego pojęcia :)
OdpowiedzUsuńmyheart-mymusic.blogspot.com
Może po prostu jesteś zgrana z naturą?:) Bo jakby nie patrzeć, to rzecz naturalnego cyklu, któremu podlega przecież cała natura:)
UsuńNo moja mama niestety do dyskretnych nie należy
OdpowiedzUsuńMoja akurat tak i to doceniam:)
UsuńNigdy nie miałam takich odczuć związanych z pełnią. Właściwie nie mam żadnych. Zazwyczaj unikam takich stwierdzeń jak ognia, ale przemknęło mi przez myśl, że jesteś... wybrana, wyjątkowa. Może bredzę, jednak nie umiem wyrazić tego inaczej.
OdpowiedzUsuńTo nie jest bycie wybranym, wyjątkowym:) To po prostu otwarcie w sobie drzwi na pewnego rodzaju wiarę:) A każdy ma jakąś swoją albo nie ma jej wcale, rzecz, czego potrzebujesz, widzenie tego, co chcesz widzieć:) Chociaż jedni mówią że może i mam "coś we krwi", może i coś w tym jest...ale równie dobrze można to ignorować, no nie? Ale ja lubię sięgać dalej. I potem pewne rzeczy bardziej działają:)
UsuńMiędzy innymi dlatego cieszę się, że Cię poznałam. Patrzysz głębiej, widzisz więcej, masz wrażliwość... Takich ludzi podziwiam :)
UsuńCóż, dziękuję ( chociaż tu aż czuję się jakoś zawstydzona:))
UsuńWiesz, czas jest nieokreślony. Są dla nas daty - punkty wyjścia. Wszystko jest umowne. Tak, masz rację. Każdy z nas ma swoją niepowtarzalną historię, coś się kończy, by coś innego mogło się zacząć. I nie ma czegoś takiego jak koniec, jest tylko nowy początek. Trzeba tylko umieć dostrzegać w tym wszystkim dobro. Kiedy coś przestaje być uczy nas czegoś nowego. Każda znajomość, przyjaźń, miłość, które przestały trwać, uczą nas. Mi pozostawiły wiele pytań, na które wciąż nie mam odpowiedzi, mimo że upłynęło wiele czasu.
OdpowiedzUsuńDokładnie, zresztą, sama niedawno pisałam, że czas nie istnieje, no nie?:)
UsuńAlbo po prostu...istnieje pewien ciąg zdarzeń. Nie ma granic, nie ma może nawet początków i końców. Tylko nam nieraz łatwiej jest je widzieć:)
Dokładnie, a ta nauka bywa nieraz najważniejsza:) I może kiedyś odpowiedzi się znajdą, kto wie?:)
Nie wiem, minęło tyle czasu odnośnie tych sytuacji. Pożyjemy, zobaczymy :) A i ostatnie zdanie dotyczące siódmego stycznia. Od J. uczę się, tego samego co od Ciebie. Tak naprawdę nie wiemy ile mamy czasu, jest tu i teraz i cieszę się z każdej chwili i z każdego drobiazgu.
UsuńDokładnie:)
UsuńTo chyba dobrze:) Bo tak naprawdę...to co było i będzie nie należy do nas, tylko tu i teraz jak ktoś mawiał.
Ja podobno lunatykuję, chodzę do kuchni. Kto wie? Może nawet do łazienki XD Ostatnio miałam kłopoty z zaśnięciem i to może sprawka pełni.
OdpowiedzUsuńAle to tylko w czasie pełni czy po prostu lunatykujesz? To w ogóle mega fascynujące zjawisko.
UsuńAlbo coś w środku gryzie :>
Lubię twoje notki.. Ta jest mistyczna ma swój sposób...
OdpowiedzUsuńCóż, dziękuję:) I jest bo przecież, dla mnie Księżyc to swojego rodzaju....świętość:)
UsuńA mi pełnia w niczym nie przeszkadza, jedynie można ją podziwiać ;).
OdpowiedzUsuńWidziałaś ten wtorkowy księżyc? Szóstego grudnia chyba, był cudowny...
I fajnie, że wróciłaś do malowania i że to wypłynęło jakoś tak samo, ze środka ;).
Znaczy, ja nie mówię, że mi przeszkadza. Nie mogłam spać przez inne rzeczy, o:) Pełnia je we mnie tylko otworzyła. Zresztą, dla mnie każda pełnia jest rodzajem święta przecież:) Czas powiedzmy...lepszej komunikacji z jednym z aspektów moich bogów:)
UsuńI widziałam, widziałam. Uważnie patrzyłam:)
Też się cieszę:)
Wiem, wiem i domyślam się, że to głębsze znaczenie religijne, ale przypomniała mi się moja koleżanka, która właśnie na pełnię ostatnio narzekała i mama, która jakieś dziwne rzeczy opowiadała, a mi mimo tych wszystkich narzekań wokół właśnie nie przeszkadza ;).
UsuńMoże jesteś zgrana ze swoim Księżycem, mówiąc po mojemu?:D
UsuńHm... Aż się boję drążyć ten temat :D. Ale to bardzo możliwe! :D
UsuńA czego tu się bać?:D
UsuńCzasem lepiej wylać swoje emocje na papier czy w jakiś inny konstruktywny sposób. Chyba,że się jest takim dziwakiem jak ja i się ćwiczy...A to pogrubioną czcionką chyba się stanie moim mottem.Świetne.
OdpowiedzUsuńKażdy ma swój sposób na emocje, ćwiczenie na pewno są też świetną metodą, by sobie z nimi poradzić:)
UsuńI cóż...to chyba dobrze i no, dzięki za docenienie:)
Bleh, ta pełnia i dla mnie była nieprzychylna. A zazwyczaj wtedy sypiam dobrze jak nigdy.
OdpowiedzUsuńI te ostatnie dni również były okrutne dla mnie, choć to nie przez pamięć o śmierci Kordiana. Ale o nim też pamiętałam, jak co miesiąc, jednak w ciszy i na spokojnie.
Przyznam, że lubię myśleć, że coś jest w aurze po prostu... ot ucieczka myśli, głupia.
I moje rany też się otworzyły, przypominając, że pewne sprawy nie zostały wyjaśnione do końca. Well, wyjaśniam więc.
Do przodu mimo wszystko, tak trzeba. Rozwój wiąże się z bólem.
Pełnia po prostu czasem otwiera w człowieku pełne rzeczy...jak jest dobrze, to wzmaga dobre, jak jest źle...to cóż.
UsuńMi trudno nieraz tak całkiem na spokojnie to przeżywać ale...nie ma chociaż już łez ani złorzeczenia światu:)
Dlaczego głupia?
Bo nie wszystko od razu może wyjaśnić po prostu idzie?
Niestety to cena. A może nawet nie niestety?
Pełnia bardzo często sprawia, że leżę bezczynnie na łóżku zamiast spać :D
OdpowiedzUsuńChwile, w których mogę się zobaczyć z moim lubym, są niezwykłe. Niektórzy znajomi uważają, że mieszkanie z kimś to sama nuda, przyzwyczajenie. Dla mnie to coś świetnego, uwielbiam wspólne poranki, wspólne zasypianie, chwile rozmowy i chwile milczenia ;)
No to jak widzę, tak działa na większość osób jakoś:)
UsuńA właśnie dla mnie też to powiedzmy...wyższy wymiar bycia razem, bo przecież widzi się człowieka w każdej, najintymniejszej sytuacji:) I o to chodzi, wtedy jest się ze sobą tak do końca po prostu:)
De Sade mistrz xD
OdpowiedzUsuńNawet nie zauważyłam, że jest pełnia. W sumie nie pamiętam, co robiłam ostatnio oprócz nauki i wieczorku filmowego u sorki od wfu :D
Twój ostatni post przypomniał mi taką sprawę. Zresztą pan z postu też mi kogoś przypomniał. Aż się przestraszyłam.
A można gdzieś znaleźć Twoje obrazy, te dawniejsze? :)
Tu się zgodzę, mistrz w wielu kwestiach, o:)
UsuńBo też nie każdy na to uwagę zwracam, dla mnie pełnia ma wymiar religijny w dużej mierze, więc wiesz, trudno, żebym nie zwracała uwagi na to :D
Wieczorki u nauczycielki? Wow :D
Przestraszyłaś? Dlaczego?
Nie, nie były publikowane nigdzie. I powiedzmy, że należą już do przeszłości:)
Zwykle zauważam, tylko teraz jakoś tak nie... Nie wiem. Rozumiem, rozumiem :D
UsuńHahaha, polecam moje liceum :)
Bo jakbym znała tę osobę. Może to po prostu zbieg okoliczności.
Kurczę, a tak chciałabym je zobaczyć :(
Może nie było niepokojów i "drzwi", które światło pełni miałoby tym razem otworzyć?:D
UsuńNo w sumie, tak potem pomyślałam, że u nas były podobne akcje. Starzeję się i nie pamiętam już:D
Rozumiem. Też z Poznania?:D
Możemy coś pomyśleć:) Może mam jakieś stare skany szkiców jedynie na dawnym mailu...zobaczymy:)
To bardzo możliwe :D
UsuńStarość nie radość, a skleroza nie boli :P
Ano!
Jak coś, to chętnie wszystko przygarnę :D villemo404@gmail.com :)
No właśnie, jakby bolała, to by sklerozą nie była:D
UsuńA ty też?:D
I odezwę się pewnie w piątek, jak coś znajdę, bo teraz znowu będę od neta odcięta :D
Czytałam i w połowie nie wyrobiłam, kiedy dotarłam do fragmentu o kwiatach na przeprosiny, ale o tym przecież rozmawiamy na bieżąco, więc tu nie będę się powtarzać.
OdpowiedzUsuńW innej jednak kwestii bardziej się... może nie przeraziłam, ale miałam ciarki. Bo ja dokładnie ten sam głos w głowie usłyszałam, tak samo łagodny i od razu byłam pewna do kogo należał. I to były słowa tak bardzo pasujące do tego wszystkiego, pewien, co ostatnio się dzieje. jeden z moich ulubionych cytatów, który on też z pewnością znał. I też prychnęłam pod nosem. Też te same słowa "Łatwo ci mówić..."
Nie chcę liczyć, mówiłam o tym też ostatnio Lusi. Nie chcę, bo cholera jednak nie może być tak, że każdy piąty, czy każda środa będą o tym przypominać. Nawet jeśli miałabym wypełniać te dni dobrymi myślami, to nie mogę... A te odliczanie jest przecież też niedoskonałe, jak sama pisałaś, jest czymś, co tworzymy sobie w głowach, pewnym schematem, który sami sobie tworzymy. Wszystko to kwestia przyzwyczajenia. Musimy sobie na nie pozwolić...
Więc Ty wypełniłaś kolejną obietnicę :) Ależ mi się ciepło pod sercem zrobiło, jak o tym przeczytałam, serio :) I tym wpisem przypomniałaś mi tyle uczuć i emocji, myśli i snów, jakie ostatnio się pojawiły, że chyba sama będę musiała to jakoś z siebie wylać, pisząc właśnie...
No tak, tu nie ma sensu się powtarzać właśnie.
UsuńBo głosy wracają jakoś. W sensie...można patrzeć na to, że to po prostu emanacja naszego umysłu, wspomnień, bo pewne zdarzenia wracają w naszej głowie i kojarzą się z kimś, z tym co było, co kiedyś usłyszeliśmy albo co moglibyśmy usłyszeć, i nawet nie panujemy nad tym przecież. A można też patrzeć na to, że to kolejne zderzenie energii, która została jakoś. Nie dosłownie, ale jednak...jedno zderzenie powoduje kolejne. I czas nie ma znaczenia, materia tak samo. Ja w to wierzę:)
Łatwo mówić ale...może nam nieraz powinno łatwiej być słuchać?:)
Ja też jakoś nie chcę, ale póki co to wychodzi mimowolnie. Nawet jeśli takie niedoskonałe...ale ja nigdy właśnie jakichś rocznic nie lubiłam, wolę strumień czasu, zamiast tamy dat. Więc może i przypominanie 5 mi jakoś przjedzie akurat.
Dokładnie:) Wróciłam na dobre, mam nadzieję w tej kwestii:)
I czasem wylać trzeba. Bo potem można więcej zobaczyć:)
mi się świetnie śpi zawsze,padam od razu i zasypiam jak się znajdę w łóżku, pewnie dlatego, że zwykle krótką śpię, przeważnie od od 4 do 6 godzin, ale śpiąc któregoś ostatniego dnia obok Natalii widziałem przez okno i ruszające się żaluzje ten księżyc, nie mogłem chwilę zasnąć, mimo, że miałem obok siebie swoją kobietę czułem się sam ze sobą, dawno mi się nie zdarzyło móc w nocy przebudzić się i myśleć o swoim życiu, miałem też ostatnio dziwne sny, ciekawe czy to przez pełnię
OdpowiedzUsuńNo tak, czyli można powiedzieć, że śpisz krótko, acz intensywnie:) Właśnie często osoby które krótko śpią, robią to bardzo głęboko i cóż...wystarcza im dlatego właśnie:)
UsuńI możliwe:) Ja wierzę, że pełnia w nas otwiera pewne drzwi nieraz:)
A ja zasze czakam na pełnie, jakby miało sie wydarzyc coś magicznego. A gdy nadchodzi nawet jej nie zauwazam ,a gdy przmeija nie umiem sobie przypomniec czy miała jakieś znaczenie..
OdpowiedzUsuńBo to jest magiczny czas i może...coś próbuje się nieraz w tobie obudzić, ale inna część ciebie to ignoruje? Tak jakoś dziwacznie, po mojemu mi się nasuwa:)
Usuńcóż, mnie pełnie zawsze wprowadzają w bezsenność i to taką niezbyt dobrą, wcale nie twróczą. tarcza księżyca momentami wręcz zaczyna mnie drażnić, ale... na każdego człowieka chyba działa inaczej i nie ma w tym nic dziwnego. w końcu fazy księżyca mają wpływ na wodę, a że my w większości z wody złożeni jesteśmy... ale to już poza-mistyczne patrzenie:)
OdpowiedzUsuńi tak jak pisałam w mailu, świetnie, że malowanie "odblokowało się", to dobry znak:). oby teraz w tym aspekcie było już górki.
Nic dziwnego nie ma, bo właśnie, fazy księżyca po prostu oddziałują na nas biologicznie, jak na żółwie morskie czy pływy właśnie, bo częścią przyrody jesteśmy, jasne:) Chociaż ja właśnie lubię myśleć, ba, ja wierzę w jakiś sposób że światło pełni otwiera w nas czasem pewne drzwi...bo to światło "bogini" przecież, najjaśniejsze, najmocniejsze, więc nie może przejść ot tak, bez odzewu. I niektórzy śpią lepiej, bo nie mają już nic do ułożenia, w niektórych otwiera kłopotliwe sprawy i spać nie daje. Takie mam właśnie nieraz wrażenie.
UsuńNo też się cieszę:) Wrócę dzisiaj to może znowu pół pokoju zachlapię przed snem :D
Frida, czytam Twoje wpisy, nie myśl, że zapomniałam o Tobie, bo tak się nie stało, ale ostatnie nie mam pomysłu na żaden inteligentny komentarz, nie potrafię się skupić, aby napisać coś. Aczkolwiek uważam podobnie jak poprzedniczki, dobrze, iż wróciłaś do malowania... :))
OdpowiedzUsuńAle ja nie patrzę w ten sposób, że ty o mnie jakoś zapominasz no weź :D Twoim obowiązkiem nie jest wchodzenie do mnie i czytanie mojego bloga, tak w ogóle :D
UsuńU Ciebie na blogu wszystko (z pozoru zwykłego) nabiera innego znaczenia ;) Wprowadzasz nas w coś, czego nie znamy, piszesz o czymś, czego nie wiemy. Niesamowite.
OdpowiedzUsuńSzkoda, że o tych snach podczas pełni - nie wiedziałam wcześniej, zwróciłabym na nie większą uwagę, zapamiętałabym je.
Po prostu, ja uważam że świat ma o wiele więcej płaszczyzn niż te oczywiste..więc może stąd to wrażenie:)
UsuńWiesz, wszystko przed tobą. Następna pełnia, w znaku lwa, 3 lutego:D
Nie umiem się wysłowić, wszystko we mnie wibruje, o ile to dobre określenie. Czułam w tym wpisie taki jakiś niepokój, napięcie, a potem wyzwalane emocje, płynące przez Ciebie wraz z tworzeniem obrazi na płótnie. Sama nigdy nie umiałam malować abstrakcji i nigdy też nie lubiłam ich oglądać, zawsze wydawały mi się za mało zrozumiałe, choć wiem, że to nie o to chodzi w sztuce. Tzn. dla mnie najważniejsze jest to, bym sama mogła sobie coś zinterpretować, ale abstrakcje po prostu do mnie nie przemawiają, o wiele lepiej odnajduję się w poezji tak naprawdę. Ale... są obrazy, które wręcz jakby do mnie krzyczą i podziwiam malarzy, którzy po prostu robią to, co kochają i dokonują tego w podobny sposób, jak Ty - po prostu... malują, całym sobą, emocjami. Szczerze mówiąc, chciałabym kiedyś zobaczyć nie sam taki obraz, ale proces jego tworzenia, mimo że wiem, że nigdy się to nie zdarzy, bo przecież takie prace zawsze nie dość, że są niezwykle intymne, to jeszcze zazwyczaj powstają pod wpływem chwili, pod wpływem silnych emocji, nagle, niespodziewanie - wiem, domyślam się, bo tak samo powstaje poezja.
OdpowiedzUsuń