niedziela, 25 stycznia 2015

O schabowym wpychanym na siłę do gardła, grze pozorów i ludzkiej nieświadomości, czyli o tym, że Frida nie lubi niedziel i nieraz bywa straszną marudą.

Ugh. Nie znoszę niedziel. Pomyślałam, gdy tylko otworzyłam oczy. Myśl przyszła sama z siebie, absurdalnie. Bo przecież gdy zasypiałam wczoraj, z dziwną lekkością, wszystko było w porządku.

Otworzyłam oczy, przyjemny szum wody w akwarium podziałał na mnie znacząco. Tak, cholernie zachciało mi się siku. Wstałam więc pośpiesznie, jak zwykle wyplątując się z nagich i długich kończyn Męża, który spał w najlepsze.

Nienawidzę niedziel.
Pomyślałam, gdy tylko dowlokłam się do łazienki.
No tak, pamiątka soboty, popsute drzwi, które chłopaki musieli wyłamać oczywiście niczym antyterroryści SWAT-u, zamiast normalnie naprawić zamek, gdy to znajoma zatrzasnęła się po prostu w łazience.
Wczoraj było to całkiem, całkiem zabawne, choć, nie chodziło o alkohol, bo nie piliśmy akurat. Ale dzisiaj dopadła mnie już w pełni niedzielna wizja, kolejnej naprawy, a może, o zgrozo, kupna nowych drzwi. Jeszcze czego.

Usiadłam na tronie niczym śpiąca królewna która wcale nie obudziła się z wdziękiem, a zapuchniętymi oczami. Usiadłam, sikając przy otwartych przecież drzwiach. Oczywiście, musiały zjawić się koty, miauczące i dopominające się o swoje śniadanie. Wgapiające się we mnie dwie pary zielonych oczu.
Wstałam, słyszę kocie jęki.
"daj żreć, daj żreć kurwa"
Zaglądam do szafki. Nie ma kupionego jedzenia. No tak, zapomnieliśmy. Sklep zoologiczny na dole zamknięty...Na szczęście, istnieje alternatywa podania im tuńczyka, 8 zł za puszkę, żeby tylko nie nadzierały już tak przeraźliwie sowich mordek (Na szczęście my tego oto tuńczyka dostaliśmy za darmo i mamy żelazne zapasy, więc nie jest żal )
Otwieram pancerną puszkę, jak zawsze, leworęcznym otwieranie idzie gorzej. Oblewam cały blat a koty patrzą na mnie jak na idiotkę.
Mówiłam, że nie znoszę niedziel?

Nienawidzę niedzieli. Ten poświęcony rosołkiem zaduch. Ludzie wyłażący na spacery ze swoją bezmyślnością. Usprawiedliwieni infantylnością bełkotu, podgrzanego rodzinnym ciepełkiem.”

Tak pisała pani Manuela Gretkowska.
Cholera...ma rację. Też nie lubię niedziel. Garfield narzekał na poniedziałki, ale ja wybieram niedziele, jeśli jakiegokolwiek dnia tygodnia mam nie lubić. Jeśli zdarzają mi się dni, w których wylewa się ze mnie jad, są to właśnie niedziele.

Za oknem pogoda pod psem, ale nawet, gdy jest piękna, aż chce się biegać i skakać z radości. Zażywać słońca- nie ma to miejsca często w niedzielę. W sobotę czy w piątek to zupełnie co innego.

Ja nie chcę w niedziele wychodzić, chyba że do lasu, z dala od ludzi. Z dala od tego właśnie niedzielnego ciepłego infantylnego bełkotu. Nie lubię niedziel o każdej porze roku, ale najbardziej wiosną i latem. Zimą nie widać aż tak bardzo, ale tej niedzieli też nie lubię, bo wiem, co się skrywa w domach.
Czego więc nie widać, zapytacie? Sama nie wiem, dobra, przyznaję się. Po prostu może spływam dzisiaj nieznanym jadem ( nie, nie mam PMS-a) ... ale w głębi duszy czuję się całkiem nie-niedzielna. Nieadekwatna wobec tego dnia, dla wielu niby świętego, jego aury. Zwłaszcza latem i wiosną, gdy całe rodziny idą grzecznie do kościółka, spacerują między blokami i w parkach, gdy w tygodniu nie mają na to czasu.

Może lubię niedzieli dlatego, że następnym dniem jest poniedziałek? Wielu może się tak zdawać, ale ja zawsze czekam na koniec niedzielnego wieczoru. Nie lubię niedziel spędzanych w barze gdy mogę sobie na to pozwolić, bo w poniedziałek mam wolne, jak nieraz się zdarzało na studiach przecież, nie lubię niedziel spędzanych na spacerach, niedziel przekarmionych, niedziel leniwych. Za dużo ludzi? Może. Chociaż przecież na co dzień ludzi lubię. Co mi się we łbie przestawia? Czemu w niedziele tak często spływam jadem i dostaję łatkę mizantropa, którym na co dzień nie jestem?
Nie lubię więc niedziel nawet, gdy mam wolne poniedziałki. Nie lubię ich powolności i lenistwa, tego wpajanego nam od dziecka marazmu tego dnia.

Tak, nie jestem dzieckiem niedzieli (Ciekawe, że urodziłam się w poniedziałek, wiosenny poniedziałkowe południe. Tak, samo południe. Jak w westernie). W niedziele czuję, jak bardzo nie pasuję czasem do schematu. W niedzielę czuję szufladki, które czyhają, by przytrzasnąć mi palce, choć to tak absurdalne przecież!

W inne dni nigdy mi to nie przeszkadza. Frida nie lubi przecież być wpasowana, nie lubi być oczywistym elementem układanki. Zresztą, nikt nigdy Fridzie nie powiedział, że jest ale...Frida lubi być poza stadem. Głosi tą swoją wolność myśli, sprzecza się jak markiz De Sade w wielu utarczkach słownych, nie przejmuje się moralnością i wyżej ceni intelekt zgodnie z panem Somozą. Ale w niedziele Fridę stadnie instynkty otoczenia przytłaczają. Choć tak bardzo twierdzi, że bywa ponad i...to powoduje, że czuje smród własnej hipokryzji. Albo absurdalnego lęku.
Bo Frido, wcale nie jesteś wyjątkowa. No bo jak, gdzie?

Wiecie, zdaję sobie sprawę, że nie ma w tym nic złego. W zachowaniu niedzielnego porządku, w tym, jak wielu powiela pewien niedzielny schemat. Te schematy zapewne są miłe i pomagają odpocząć, te schematy zapewne dla wielu są prawdziwym cotygodniowym świętem, czasem, który mogą spędzić z rodziną, bo w zabieganym tygodniu nie ma czasu. Ja to w pełni rozumiem.

Ale Frida w schemat wpasować się nie umie. Nie, nie jest z tego powodu nieszczęśliwa, nie jest sama poza schematem, co więcej na co dzień Frida przecież genialnie w stadzie się porusza razem ze swoim nonkonformizmem nieraz przesadnym w wielu kwestiach polityczno-społecznych, nie ma żadnych problemów z kontaktami międzyludzkimi, ze swoimi poglądami, choć nieraz groziło jej za to pobicie ( nigdy nie wmawiajcie antysemicie że jest się Żydówką, nigdy!) i nadal nie może przeboleć humorystycznie sytuacji kiedy pewien ksiądz naprawdę groził jej stosem.

Fridzie dobrze, że paradoksalnie, pomimo swojego nazwiska panieńskiego i znaku zodiaku nie czuje się stadnym baranem. Jest wilkiem z własnym stadem zaufanych wielkich wilków i wilczyc i wilczątek, wilkiem, który nieraz genialnie się kamufluje i manipuluje nieraz, nosząc owczą skórę, choćby wtedy, gdy musiała Frida pracować...w zakonie. Manipuluje z pewna dozą hipokryzji której się brzydzi. Ale jakoś jej źle tej niedzieli.

Może dlatego Frida nie lubi niedziel, bo czuje, że pomimo tego, że schematu niedzielnego w jej życiu się nie uznaje, schemat wchodzi z butami w jej życie. Stado próbuje się w nią wlać, próbuje się w nią wlać niedzielnego schabowego choć na obiad zje samą marchewkę. Z groszkiem, a co! Ale niedziela próbuje wepchnąć tego schabowego do gardła bardziej, niż próbowało się ją zmuszać do schematu niejedzenia mięsa w piątek. Schemat spadku religii, którą mało kto rozumie już chyba, także w niedziele, gdy w kościele patrzy się kto co włożył, zamiast skupiać się na wlewaniu w duszę miłości.

Może dlatego niedziela uwiera, bo nie można przed nią uciec. Nie można uciec od zbiorowego meczenia, zaczyna się krzyczeć i dusić mocniej, meczenie brzęczy w uszach coraz głośniej i wypruwa flaki, mózg eksploduje brawurowo na ścianie. (umiecie to sobie wyobrazić?)

Dlatego pewnie Frida w wiele niedziel zaszywa się w domu lub w lesie gdy jest u siebie. Bo w niedziele pewne spojrzenia bardziej Fridzie ciążą. Absurdalne, wiem. Ale to spadek nieakceptowanej na wsi przez niektórych nastolatki, która nie chodziła do kościoła. Nastolatki, której glany były drugie w mieście, bo pierwsze były jej siostry.
To wewnętrzne poczucie które nie umie zamrzeć, którego nie zracjonalizuję. W niedzielę ogolona niegdyś głowa Fridy (zanim to było modne!) jest bardziej wyraźna, jej czarownicą bycie jest bardziej łatwopalne. W niektóre niedziele, niech będzie. Bo ten dzień nie jest skazany na porażkę, przeżywam niedziele piękne, w których rozwijam skrzydła i się nie przejmuję, tylko...czasem wszystko się odzywa.

A może Frida nie lubi w niedzielach zapachu fałszu, a nie ostracyzmu?

Fałszu, zapytacie? Ano tak. Fałszu, który obserwowała w dzieciństwie właśnie i jako nastolatka. Bo w niedzielę alkoholik bijący i molestujący moją przyjaciółkę z lat szczenięcych, „kochany tatuś” zawsze szedł do komunii grzecznie, żeby się pokazać. Bo zabraniano nosić postrzępionych spodni i być brudnym, choć na co dzień nikogo to nie obchodziło. Bo w niedzielę w małym miasteczku z jakiego jestem, wszystkie rodziny chodziły razem na spacery o parku, w którym na co dzień nikogo nie było i w którym biegałam, ten park był mi odebrany. Bo w niedzielę te rodziny których awantury i bicie widziałam od poniedziałku do soboty nagle były uśmiechnięte i wszyscy chodzili za rączkę.
I ja widziałam rozdarcie, sprzeczności, a wtedy tego nie rozumiałam. Dlatego może niedzielne spacery mi się brzydziły, bo moja mama miała odwagę na wychodzenie bez ojca Ale mimo to niedziela kojarzyła mi się z zapachem jego wody do golenia, bo w niedzielę się zawsze pięknie szykował, wychodził sam, wracał pijany i robił największe awantury. Zapach przetrawionego alkoholu i tandetnej wody kolońskiej na zawsze będzie mi się kojarzył z pijackimi niedzielnymi awanturami właśnie To w niedzielę zawsze było wzywane pogotowie. I tzw. Wielki Piątek przed Wielkanocą, bo zawsze w te dni chlał najwięcej i miał zapaść.

Niedziela dla mnie jako dziecka była zawsze oszustwem, wyczuwałam to podskórnie. Była wielkim teatrem, przez który zbierało mi się na mdłości.

Ja w niedziele nie oszukuję. Nie będę tego robić w ten sposób, jaki oglądałam jako dziecko i może dlatego z niedzielami się nie lubimy. Może dlatego rodziny spacerujące z dziećmi nieraz tak mi się przyglądają. Bo nie mam uśmiechu w niedziele takie jak ta gdy nachodzi cały jad, który na nowo wypluć z siebie trzeba. Bo w niedziele jestem zgorzkniała. Wina traumy, małych miasteczek, mojego podejścia.
Nic więcej i tego jestem świadoma. Głupoty z dorosłej przecież głowy, która nieraz wraca do korzeni, od których odcinać się nie można. A trzeba akceptować.

Bo nie ma nic złego w niedzielnym spacerze i tym tradycyjnym rosołku i potem schabowym. Nie ma. To genialne wręcz, jest dzień oderwania od rutyny. Ale mnie to nieraz brzydzi. ( jad, jątrzenie, jątrzenie).

Niedziela i wszystkie rodzinki w kościele powodują zastanowienie po prostu. Bo jak tak jako "niewierna" przechodzę przypadkiem koło jakiegoś kościoła, czy słyszę dzwony napierdalające w całym mieście, zastanawiam się, ilu z tych ludzi, którzy tam śpieszą są świadomi swojego życia. Ilu z nich wierzy naprawdę a nie idzie tam z przyzwyczajenia. Wiem, że wielu takich, mam wspaniale wierzących przyjaciół- chrześcijan także. Ale nie o wiarę dosłowną już chodzi, bo cudza wiara to nie moja rzecz, żadna religia nie jest zła przecież a i chrześcijańskie założenia uwielbiam.

Chodzi mi o samoświadomość. Nie religijną. A po prostu ludzką, której religia bywa wyrazem.

Zastanawiam się, ilu z tych ludzi udaje się tam wbrew sobie więc. Ilu z nich przychodzi do kościoła i ocenia ubranie innych, ilu z nich udaje że wierzy w sakrament.
Zastanawiam się ilu z nich robi naprawdę to, czego chce, wierzy w to co wierzy prawdziwą wiarą i nie chodzi mi tu o religię, ale o wszystko, w co można w życiu wierzyć. Ilu z nich robi coś, bo robią inni. Bo patrzą im na ręce. I nasuwa mi się często odpowiedź- niewielu. Przynajmniej w takich miejscach jak to, z którego pochodzę i do którego dzisiaj wrócę, wrócę i trochę pojątrzę dalej stare rany, by w poniedziałek znów swoje małe miasteczko kochać.

Ten niedzielny dzień jest piękny, jeśli ten spacer i ten obiad po kościele jest tym, co naprawdę chcesz. Jeśli ten dzień spędzasz tak jak chcesz a nie tak, jak oczekują tego od ciebie postronne osoby. Albo te bliskie. Rodzice.
Moi teściowie próbowali nas też do takich niedziel zmuszać, bo oni je kochali. My kochamy niedziele inne, taka jak przed wyjściem Męża do pracy, naszą modlitwą był poranny długi seks a naszym obiadem są czasem kanapki bo nie chce się gotować ani jeść gotowanego, ani jemu, ani mi. I jedząc te kanapki z rzeżuchą którą sobie hoduję na parapecie wbrew zimie i surową marchewkę na którą mam nieraz diabelną ochotę, znów myślę czasem, ile osób przełyka schabowego, na którego tak naprawdę nie ma ochoty.
I ilu nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. To mnie dopiero przeraziło. Nieświadomość.

Oczywistość myśli, że wielu z ludzi nawet nie wie, że często postępuje wbrew sobie. Zakłada rodziny, chociaż chce podróżować albo po prostu, chce robić jakąś karierę. Ilu rodzi dziecko, chociaż go nie chce, ale teściowie i cała otoczka społeczna wywiera presję archetypu Matki Polki.

Mieszka tu czy tam, chcąc mieszkać gdzie indziej. Uprawia seks po ciemku chociaż marzy się zobaczyć żonę nago w pełnej krasie na pełnym słońcu. Je się to, co wmuszali rodzice. Mało przyprawione, po prostu mdłe.

Czasem boję się, że sama wpadam w schemat, sama nie wiem, czego pragnę, mimo że staram się do tego dążyć. Cały czas boję się w tym wszystkim, że zabiję swoją dziką naturę, że dam się ugłaskać, zasznurować sobie gorset. A nie chcę, do cholery!

Dotarło do mnie, jak bardzo jesteśmy słabi. I jak wiele jeszcze przede mną, jak wiele do pokonania.

Pokonania w sobie, przede wszystkim. Odkrycia, czego naprawdę chcę, odkrywania tego każdego dnia, bo moja dusza przecież to rwący potok, który zawsze może przynieść coś nowego. Ile słyszanych z oddali głosów, za którymi będzie trzeba podążyć? Ile razy człowiek zdobędzie się na odwagę, ile razy zrozumie, że tak, ma do tego prawo, wbrew niedzielnym dusznym rosołkom?

Jestem, gdzie jestem. I pomimo marudzenia, jestem szczęśliwa. Czy w swojej własnej szufladce? W swoim świecie, ze swoim ukochanym mężczyzną, ze swoją niedzielną chandrą i swoimi wolnymi myślami. Ze swoim gdybaniem i swoimi szalonymi, dla wielu za dziwnymi pomysłami, pomysłami rodem "pomalujmy nasze nagie ciała i biegajmy po lesie, oddając się bogom". Ze swoją religią, swoją mocą, ze swoimi przyjaciółmi i swoim wiecznym "nie boję się co o mnie myślisz". To czasem nieprawda, bo czasem mnie to zakuje. Każdy się boi. Ale kwestia to pokonywać strach, przede wszystkim strach o wyklęcie i cudzy żal.

Szukam cały czas więcej swojego świata, na nowo, za dnia i w nocy, też w sobie i poza sobą. Całe życie jest szukaniem, czyż nie? I mi się to szukanie podoba, ale niedziel póki co nie polubię. A przynajmniej jakoś nie polubię tej, bo od samego rana prowokuje.


Nazwijcie mnie dzieckiem poniedziałkowego czynu, nie niedzielnego lenistwa, po prostu. Choć często bardziej pasowałoby mi piątkowe szaleństwo.


Jedna z niewielu rzeczy jakie lubiłam kiedyś w niedzielach, będąc dziewczynką, był niedzielny chill w radiowej trójce. To tam poznałam Gloomy Sunday w wielu wykonaniach. Pasuje idealnie. 

54 komentarze:

  1. O widzisz! Twoje niedzielnie poglądy są mi tak bliskie! Tak! Nie lubię niedziel! Nigdy nie lubiłam! W niedziele zazwyczaj pracuję i to od dobrych już kilku lat. Czy narzekam? Chyba nie. Era konsumpcjonizmu, ludzie pracują w niedzielę...

    Niedziela - dzień obłudnika. W niedzielę musi być wszystko inaczej. Rodzinnie. Jak na obrazku. Tylko w niedzielę.

    Uwielbiam niedzielne komentarze typu - och, Panie biedne, w niedziele muszą pracować... - A Ty tu kurwa, w niedzielę musisz przychodzić? - ciśnie mi się wielokrotnie na usta - ale milczę.

    Świętoszkowanie. celebracja rodzinnych spotkań w galeriach handlowych. Oczywiście w niedzielę. A jakże.

    Garnitur, i krawat źle wywiązany, za krótki, futro z lisa, prezentacja... oczywiście w kościele... a potem w galerii handlowej...

    Nowe lakierki u dziewczynki w sklepie, kozaki zimą odpadają... zgrzeje się, przecież zamierzamy spędzić kilka godzin na zakupach....

    Jest niedziela, mamy wolne!

    Współczujemy pracującym.

    Obłuda!

    Ja sama sobie nie współczuję. Nie rozważam, nie analizuję. Tak jest. Inni pracują we wtorek. I w piątek. A ja mam wówczas najnormalniej w świecie dzień wolny.

    Sama natomiast, mimo iż z tego przywileju korzystam, czuję się często niezręcznie robiąc zakupy w niedziele. Bo tak. Przez utarte schematy. Nie wiem przez co. Taki dyskomfort.

    Dobrze, że nie tylko ja nie lubię niedziel!

    Pozdrawiam!

    Magdalena.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Praca w niedzielę niektórych ludzi to właśnie idealne zwierciadło nieraz dla tej właśnie społecznej hipokryzji. Ja mam dzień wolny, relaksuję się, dzień święty święcić...a kto innych niech za mnie zapierdala, jest tłem, którego nie widzę i w którym nie chcę widzieć siebie, dokładnie tak!
      I biedne panie, biedne panie...a tak naprawdę biedne panie są mi przecież potrzebne.
      Utarte schematy jednak tkwią w nas bardzo głęboko, a właśnie w niedziele szczególnie widać, jak trudno nam je przełamać. Jak bardzo się w nie owinęliśmy, jak w szczelne koce.
      I coś nas łączy, to jakoś człowieka wspiera :D

      Usuń
  2. nie jesteś osamotniona w swojej niechęci do niedziel. to chyba Żulczyk napisał, że "niedziela to dzień, w którym trzeba przez pół godziny akumulować w sobie energię, aby napuścić wody do wanny, nie mówiąc już o wyjściu z domu.". czasem, owszem - lubię tego schabowego, spacer z rodziną. ale tylko czasem. najczęściej w niedzielę najchętniej nie wychodziłabym z łóżka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tego cytatu akurat pana Żulczyka nawet nie kojarzę, ale jest bardzo prawdziwy. Bo niedziela jawi się często właśnie jako taki ..."dzień niemocy", jak to też mówię nieraz.
      I czasem się lubi, ale częściej to taki wampir energetyczny...

      Usuń
  3. Jak dobrze, że niedługo będę mieć akwarium i będę mogła się relaksować przy rybkach z winem, jak to mnie skrzętnie zapewniałaś ^^ Tak mi się jakoś skojarzyło ^^ Ale do rzeczy :)
    Z tymi drzwiami to mnie wczoraj rozjebałaś totalnie, już w tym winnym i tak sporym upojeniu zaczęłam płakać ze śmiechu, a mój P. dodał tylko "jak już drzwi wyjebują, to z nimi chętnie się napiję" (bo on teraz nie pije słuchaj, zapalony sportowiec, tylko czasem, np wczoraj ze mną :D)
    Och... też nienawidzę niedziel. Nigdy ich nie lubiłam. Choć wiem, że dla mnie niedziela miała zawsze jakiś łagodniejszy wymiar, niż dla Ciebie... Ale wszystko jakoś ostatecznie sprowadza się do jednego. Teatr. Sztuczność. Udawanie. nie znoszę. Właśnie dlatego, że wszyscy wtedy na te spacerki wychodzą, rosołek i jakieś takie przesadzone lenistwo. I ten teatr kościelny. Kiedy już idę do kościoła nieraz, w trampkach i krótkich spodenkach, zawsze staję z tyłu, bo tam mogę się tylko modlić, bliżej klęłabym pod nosem, a to nie o to chodzi przecież. Bo przecież w trampkach do kościoła się nie godzi, tam się liczy ten cały teatr i dobrany kostium odpowiednio. A ja to, że tak powiem pieprzę. Ale ja na religię patrzę w sposób dla "szarych" ludzi z małego miasta dość obcy i niedopuszczalny wręcz. Ale cóż. Zależy w co kto wierzy i jak wierzy. Ale chyba odbiegłam od tematu :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, tak, rybki to najlepszy relaks:D Jak się okazuje, np. dla mojego męża lepszy niż gry. Teraz spędza np. godzinę z herbatą w ręce i siedzi przy rybkach :D Także no :D
      Rozumiem że dobrze to sobie wyobraziłaś, Wojtek i Foka jako SWAT i biedna, mała Ewka w środku, "uwaga, zaraz wyważymy drzwi":D I cóż..skoro lubi takie przypały wiecznie...:D O i proszę. To w sumie jak Wojtek, jak do tej policji ćwiczy, to też tylko symbolicznie to piwo, dwa i tyle, raz w tygodniu :D
      Dokładnie. Zawsze wychodziła obłuda, jak u Gretkowskiej, ten mdlący zapach rosołku...i wszystko jasne.
      Ja po prostu ten teatr kościelny pamiętam jako dziecko i tak mi się to zawsze kojarzy, bo nie ukrywajmy, religia ma na nasze społeczeństwo duży wpływ. Ale właśnie- źle rozumiana często religia, wypaczona wręcz przez lata pewnych przyzwyczajeń, ukrywania, bycia "corect". Dlatego też właśnie pisałam, że nie o samą religię mi chodzi, a o całą otoczkę społeczną, która wpływa i poza nawami kościoła na ludzi...o tą cholerną nieświadomość, jak, po co i dlaczego- bezmyślne przyjmowanie reguł gry, która niekoniecznie pasuje. Trochę paranoja. Smutna paranoja wręcz.

      Usuń
  4. Do niedziel jakoś specjalnie nic nie mam. Hipokryzja w kościele będzie istniała do końca czasów. Ważne żeby samemu nie być jak inni i postępować w zgodzie z własnym sumieniem. W końcu kościół to ludzie a nie instytucja(tyle lat już jestem to zdążyłam zauważyć). W ogóle nie jem mięsa więc schabowy jem żeby sprawić przyjemność mamie,która tylko w niedzielę ma wolne i wtedy możemy wspólnie zjeść i takie tam. Nie udajemy.Po prostu jesteśmy jacy jesteśmy.Jak na siebie mamy wrzeszczeć to wrzeszczymy i nie hamujemy siebie bo niedziela. Ale wiem,że jest wiele takich hipokrytesowych rodzin jak te które opisałaś i to jest smutne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znaczy, mi nie chodziło o samą religię, bo do niej nic nie mam, w kościół się nie wpierdalam, bo sama jestem innego wyznania. Ale to po prostu nie jest do oddzielenia jeśli chodzi o pewne zachowania społeczne. Bo wywodzimy się z pewnej kultury, a religia ma wpływ niebagatelny, często- religia pojmowana jak dla mnie w krzywym zwierciadle.
      Dlatego też pisałam, to nie zawsze udawanie. Nie zawsze tylko wpasowywanie się w schemat, bynajmniej:) Tylko czasem mam takie wrażenie, patrząc na pewne mikrospołeczności, właśnie takie przejmujące się tylko konwenansem.

      Usuń
  5. Mój wykładowca z psychologii zawsze powtarza ł przy omawianiu jakiegoś zagadnienia psychologii społecznej, że są badania, ale oczywiście zdarzają się wyjątki odbiegające od reguły. Chociaż większość stanowi przykład badania to ta nieznaczna mniejszość nie ma nic do gadania. Piszesz ogólnie, o ludziach zachowujących się w niedziele, jakby byli zupełnie innymi ludźmi. Ale powiem Ci, że znam osobiście rodziny, które nie praktykują tego w taki sposób, lub nie zachowują się tak ,,tylko od niedzieli''. Osobiście jestem bardzo wierzącą osobą i poza chodzeniem do kościoła prawie codziennie, to niedzielę celebruję jeszcze bardziej wyjątkowo, ale poświęcam ją Bogu i Rodzinie. A będąc na studiach jeszcze bardziej doceniam wartość tego dnia, bo wtedy po tygodniu na uczelni i w obcym miejscu wracam do swojego rodzinnego miasteczka i cieszę się każdą minutą spędzoną z najbliższymi. Nawet jeśli te chwile mają się odnosić do niedzielnych spacerów ... na cmentarz, standardowo. Chodzi przecież o sam rytuał wychodzenia. Piszesz ,,Ten niedzielny dzień jest piękny, jeśli ten spacer i ten obiad po kościele jest tym, co naprawdę chcesz'' i ja tego chcę. Ale widzisz, za bardzo się rozpisałam o sobie. A naprawdę każdy z nas jest inny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego też napisałam, że chodzi mi o pewien schemat, ale że ten schemat wcale nie zawsze jest primo jakiś "zły", secundo nie każdy w niego wchodzi. To tylko kwestia obserwacji pewnej mikrospołeczności, w której oczywiście, znajdują się odstępstwa- bo te są zawsze przecież. Ale są też mikrospołeczności w pewien sposób opresyjne i to w nich można zauważyć takie szufladki i kanon. I jasne, są ludzie którzy się wyłamują albo praktykują pewne rzeczy, bo je kochają, a nie dlatego, że ktoś im każe. Ale spora grupa nawet nie zastanowi się, dlaczego pewne rzeczy robi.
      Dlatego pisałam właśnie, ja nie atakuję w żaden sposób religii, chodzenia do kościoła, sama jestem wierząca ( choć innego wyznania, całkiem innego) ale samo chrześcijaństwo jest dla mnie religią z pięknymi wartościami, zresztą, wierzę w jeden nurt który przez wszystkie religie przepływa. Bynajmniej, nie mam nigdy nic do zarzucenia samej wierze. Irytuje mnie tylko nieraz bezmyślność ludzka, której właśnie wiara w naszym społeczeństwie bywa wybitnie widocznym przykładem. Przejmowana, bo tak wypada u niektórych osób. I właśnie o to chodzi- wszystko jest piękne, jeśli się tego naprawdę chce:) I szkoda tylko, że tak już, ogólnie mówiąc, czasem w ogóle ludzie i pewne społeczności mają tendencję do zapominania, że można w ogóle chcieć inaczej. Ale to już chyba bierze się z głębokiego, pierwotnego strachu, takie nieraz odnoszę wrażenie.

      Usuń
    2. Często ta mikrospołeczność to tak naprawdę makro, bo schemat nie powstałby gdyby nie dotyczył większości. Nawet jeśli zdarzają się wyjątki odchodzące od reguły. Z czym się zgadzam? Z tym, że nieraz niedzielny ,,obrządek'' dnia jest o tyle sztuczny o ile sztuczna jest wiara praktykujących go ludzi. Bo nie wierzę, że każda rodzina jest tak przykładna jak prezentuje się podczas niedzielnego nabożeństwa- i tu w pełni słuszności jest to co napisałas o fałszywym aspekcie tego dnia. I bardzo doceniam to, że mimo innego wyznania nie negujesz i nie atakujesz chrześcijaństwa.

      Usuń
    3. Jasne z mniejszych klocków budujesz całą budowlę:)
      Jeśli jest to po prostu sztucznie przejęta, kulturowa wiara, właśnie też o to mi chodzi.
      Nie widzę powodu, dla jakiego miałabym:)

      Usuń
  6. Również nie lubię niedziel. Przede wszystkim dlatego, że zazwyczaj nie mam wtedy nic do roboty. A ja nienawidzę się nudzić, chociaż jeszcze bardziej nienawidzę wykonywać jakiejkolwiek pracy fizycznej. Od jakiegoś czasu wyjątek stanowią ćwiczenia: bieganie, skakanie, brzuszki. Ale to od niedawna. Do tej pory moja niedziela przebiegała głównie na spaniu w łóżku, wstawaniu na obiad, zrobieniu zadania i znowu spania, potem kolacji i znowu spania. Ugh... Myślałam, że mnie szlag trafi.. I chyba wtedy jako jedna z nielicznych cieszyłam się na poniedziałek, bo wkońcu mogłam gdzieś iść. Moi rówieśnicy mieli mnie wtedy za kretynkę. Ale cóż, przebolałam...

    myheart-mymusic.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, jeżeli chodzi o nudę, to jednak zajęcie jakieś zawsze można sobie znaleźć ale...faktycznie, niedziela jest przepełniona pewnym marazmem, powolnością po prostu, która sprawia, że nie mamy siły zajęcia szukać i nudzimy się nieraz jeszcze bardziej.
      I nie ma tu żadnego kretynizmu jak dla mnie, także, olać takie myślenie:)

      Usuń
  7. Niedziele byłyby fajne, gdyby następny dzień po nich również był ustawowo wolny ;P Bo zawsze tak jest - w niedzielę dochodzi się do wniosku, że jutro jest poniedziałek, więc szkoła, uczelnia albo praca. Więc trzeba się do tego przygotować zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Ale tak w gruncie rzeczy - niedziele są zazwyczaj postrzegane jako leniwe i nudne... Jako niby dzień odpoczynku, ale każdy wie, że nie zawsze tak wychodzi, skoro i tak myśli się cały czas o poniedziałku.
    No i właśnie moja mama całkiem niedawno tłukła mięso na kotlety i... Kota od niej od razu poleciała. "Pomóc" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, ja mogę mieć dzień wolny po niedzieli, zresztą, jako bezrobotna miałam sporo wolnego a..i tak niedziela miała i ma swoje piętno, które od czasu do czasu wychodzi na wierzch. Po prostu dla mnie niedziela ma jeszcze inny, trochę paranocziny stygmat:)
      A to koty wszystkie, zawsze tak mają, też wiecznie mam dwóch pomagierów w kuchni :D

      Usuń
  8. Też nie lubię niedziel. Niedziela to myśl "oborze, jutro poniedziałek", "oborze, jestem w dupie z matematyką/nauką/dodupyten tydzień/chodźmy spać, prześpijmy" więc nieee, jestem na nie xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, to ty masz tradycyjną niechęć do przedponiedzielnika, jak ja to mówię nieraz :D

      Usuń
    2. Przedpierdolnik bym to raczej nazwała ,ale przedponiedziałek też spoko :D taka tykająca bomba! :D

      Usuń
  9. Czyli nie jestem sama :)
    Mój Mąż nie lubi niedziel, bo uważa że już w niedziele rano jest jedną nogą w biurze.
    Ja jako dziecko nienawidziłam niedziel, bo czułam na karku oddech szkoły.
    Chcąc nie chcąc myśląc o szkole czy pracy narzekamy, i nasz nastrój udziela się innym. Teraz, kiedy jestem w domu nie powinno mieć to dla mnie znaczenia jaki dzień tygodnia mamy. Wydawałoby się, że wszystkie są takie same lub bardzo do siebie zbliżone. Wcale nie...
    W tym momencie podpisuję się pod słowami Gretkowskiej, którą uwielbiam!
    Od razu przyszedł mi na myśl jeszcze jeden cytat Noémi Szécsi:
    "Siedziałam na łóżku, po turecku, i rozmyślałam nad względnością mojego niedzielnego złego samopoczucia.
    Dokuczały mi nieprzyjemne mdłości, jednak biorąc pod uwagę, że w danej chwili cały chrześcijański świat modlił się o unicestwienie zła, nie było najgorzej".
    Poza tym niedziela jak powtarzana mantra...
    Kościół, śniadanie, rosół, schabowe, spacer, goście, kawa, kolacja...
    A wybij się z rytmu to będziesz napiętnowana. Łoo matko, byle do poniedziałku :)
    Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano nie jesteś:)
      To oni nie lubią tego co ja nazywam przedponiedzielnikiem...a u mnie własnie nie o to za bardzo jednak chodzi. Tylko właśnie...tą duszną, wymuszoną atmosferę jaką pamiętam z mojego miasteczka.
      Dokladnie :D

      Usuń
  10. Niedziela kojarzy się tak bardzo ze szkołą, wszystko odkładane na ostatnią chwilę. Trzeba się spieszyć, żeby na poniedziałek umieć. Bo wpada się w konformizm - piątek wieczorem - odpoczynek, sobota - odpoczynek, niedziela - wiesz, że masz ruszyć dupę coś zrobić, ale mimo to co? - odpoczynek!
    Każdy ma jakieś swoje schematy. U mnie natomiast niedziela nie była schematyczna, może prócz nauki wieczorem i poczucia beznadziei, gdy się nie chciało nic zrobić. Do kościoła jeździ się na różne msze, o różnych porach. Na obiad rzadko jest w niedzielę schabowy, a tak w ogóle to schabowe nie zawsze są dobre. Rzadko kiedy byli u nas goście, albo rzadko my gdzieś jeździliśmy. Każdy robił w niedzielę to, co chciał i na co miał ochotę, a w dni robocze nie mógł sobie na to pozwolić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, masz pewien swój utarty schemat, w który i ja nieraz wpadałam, będąc jeszcze w liceum, choć piątek i sobota to były często imprezy i ucieczki z domu raczej :D
      Po prostu, taki dzień dla siebie, rozumiem:)

      Usuń
  11. Ja nie mam jakichś uczuć do dni tygodni. Każdy dzień jest po prostu dniem, nie zwracam uwagi, czy to poniedziałek, sobota czy niedziela, poza tym, jakie mam zajęcia i jakie obowiązki :) Każdy ma jakiś tam urok, ale nie ma właściwie jakiejś reguły w moim domu, co do tego, co się dzieje danego dnia, jakieś rutyny. Nawet niedzielnie nie jest w niedzielę. To, czy chodzimy do kościoła nie jest tradycją, bo nie jesteśmy za bardzo religijni, lubimy niedzielne wypady na zakupy albo gdzieś, gdzie można maksymalnie odpocząć, odcinając się od wszystkich obowiązków. Może dlatego nie przywiązuję zbytnej uwagi do tego, że czasem taką "niedzielą" mógł być wtorek albo piątek. ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. W sumie... też nie lubię niedziel. I to być może z powodów podobne, co Twoje. Że już nie da się wspomnienia tego fałszu wymazać z głowy. Że mdłości zawsze będą wracać. Choćbym nie wiem jak długo powtarzała sobie, że tę swoją komunię ma prawo przyjąć, bo taka jego wiara... choćby nie wiem ile ten człowiek dla mnie zrobił, to wspomnienia moje nie chcą, nie pozwolą mu na oczyszczenie i na zbawienie... ale nic no...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale właśnie, nic no. Trzeba żyć z tym, mimo że nieraz wraca. I niektóre niedziele może właśnie oswoić:)

      Usuń
  13. Parę lat temu zdarzało się tak, że w Twoje strony jeździłam właśnie tak w niedziele. Matko... Katorga dla mnie xD W sensie, te wszystkie superszczęśliweubraneodświętnie spacerujące rodzinki. Wszyscy grzeczni, ułożeni, dobrze wychowani. Jak mieliśmy tam jechać to cieszyłam się, no bo wiadomo, a z drugiej strony takie "o nie... jedziemy do dziwnych ludzi" xD Słodko do porzygu. To był ten czas, gdzie mówiłam, że za chuja nie chciałabym tam mieszkać xD
    A z tym kościołem to przypomniałaś mi... pasterkę. Po pasterce, koło kościoła mamy ognisko i grzane wino, więc oczywiście musiałam pójść xD A że M. chciała wcześniej zapalić i już ją nosiło to wyszłyśmy dużo wcześniej. Dupy nam zmarły to jebs, to kościoła. Stałam tam jak debil, ale chociaż było mi ciepło xD I wiesz, moment klękania, a ja taka walka wewnętrzna: no chuj, przecież nie będę klękać, ale za mną jeszcze w chuj ludzi, zaraz będą pierdolić, koło mnie M. i jej rodzice, super. Wszyscy w dół, ja stoję. Wujek mnie ciągnie za płaszcz, ja stoję. Czuję jak spojrzenia wypalają mi dziurę w plecach, ale stoję twardo. Chwilę później wyszłyśmy na szczęście. I z jednej strony byłam z siebie dumna, że nie zrobiłam z siebie hipokrytki, bo jakbym uklękła to by była hipokryzja przecież, i jakoś mam w dupie co sobie ludzie myśleli. A z drugiej wiem, że ktoś mógł to chujowo odebrać, bo w takim razie po co przychodziłam itd. Ale tutaj mam na myśli osoby, które faktycznie były tam po coś, a nie jak większość osób, które klepią nauczone na pamięć słowa i prawdopodobnie nigdy nie zastanowiły się nad ich znaczeniem.
    I niedzielny rosołek może być spoko - na kaca po sobotniej nocy w sam raz przecież :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, kochane sztywne miasteczko. Chociaż ja tego akurat tak nie widziałam, tylko to swoje rodzinne, tamto było często piątkowym oderwaniem to wiesz...inne patrzenie. I jak za słodko to wiadomo, ze coś nie gra, no nie?
      A wiesz, że nawet jak byłam tą niby katoliczką, to nie byłam nigdy na pasterce?:D Nigdy w życiu :D
      I pewnie, to byłaby hipokryzja ale cóż...za walkę w stadzie się nieraz płaci, no nie?
      Na kaca wolę fishburgery z North Fisha :D

      Usuń
  14. a ja lubię niedziele, mimo wszystko, mimo tej sztucznosci, z góry narzuconych zasad, obyczajów, bo mimo, że czasem muszę się dostosowac, to jakoś mi to nie przeszkadza, bo ostatecznie i tak robię po swojemu. zawsze niedziele nazywałam "rodzinnymi", bo wtedy wszyscy byli razem w domu, czas liczył się podwójnie jakby... wcześniej wkurzało mnie, że trzeba było chodzic do kościoła, teraz jestem dorosła i nikt nie może mnie zmusic, idę kiedy naprawdę mam ochotę, wkurzało, że zawsze jest rosół i gotowane mięso, ale co do tego... to w końcu zaakceptowałam, bo to taka rodzinna tradycja u nas, a rodziny nie krytykuję już i potraktowałam to jak zwyczaj :) zresztą moja mama często gotuje obiady pod dni, więc.. :D I rozumiem, że Ty ich nie znosisz. Bo ktoś może równie dobrze nie znosic poniedziałku, środy, piątku, czy każdego innego dnia, zresztą chyba każdy ma taki dzień, który mu kompletnie nie pasuje i potrafi dobic. Ale trzeba go przeżyc jakoś, najlepiej robiąc to, co się uwielbia, co poprawia nastrój, co sprawia, że ten dzień szybko się kończy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja robię po swojemu ale czasem..po prostu budzą się demony dawniejszych czasów i ten jad właśnie musi spłynąć. Zresztą, nie lubię zasad i często robię na przekór, taka złośliwa dość natura, która szybko się frustruje, co zrobić:)
      I dokładnie, rzecz skojarzeń, każdy może być tak samo zły, dla mnie to jest niedziela po prostu:) I przeżyć, czasem zmienić na coś magicznego, owszem. Z reguły się udaje. Ale no wiadomo, nie zawsze, nikt z żelaza ani pluszu nie jest :D

      Usuń
  15. Spokojnie, otwieranie puszek i mi nie wychodzi, chociaż jestem praworęczna :D
    Niedziela ogólnie jest ok, bardziej nie pasuje mi wieczór tego dnia, bo to taki wstęp do poniedziałku, którego nie lubię baaardzo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O proszę. Ale w ogóle, czytałam kiedyś statystyki, które pokazywały, ilu ludzi leworęcznych ginie przez przedmioty dla praworęcznych i są...oszałamiające :D
      No tak, ciebie męczy jeno przedponiedzielnik jak ja to mówię:D

      Usuń
  16. Też swojego czasu nie znosiłam niedziel i w dużej mierze z podobnych powodów jak Ty. Tylko że jeśli chodzi o kościół to mama dawno przestało mnie namawiać na chodzenie tam. Dlatego gorsze są święta, ale dwa razy w roku jakoś idzie przeżyć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znaczy, mnie w smie do kościoła nigdy nie zmuszano specjalnie i nie ma mnie tam od wielu lat, ale to robi po prostu ta społeczna, też religijna otoczka...

      Usuń
  17. Ja tam niedziele od zawsze lubiłem. Może dlatego, że nie były naznaczone rosołkiem i innymi takimi. Po prostu - dzień wolny. Taki w który to nie ma się w obowiązku opuścić mieszkania. To chyba w niej najlepsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może i cos w tym jest chociaż, jak nie trzeba opuszczać mieszkania, to ja z kolei budzę w sobie przekorę i mówiąc kolokwialnie "dupa mi się drze" nieraz :D

      Usuń
  18. Ja nie lubię niedziel jedynie ze względu na następujący po niej dzień, czyli poniedziałek (przeze mnie to właśnie on najbardziej znienawidzony). Cóż, zgadzam się, że takie udawane niedziele mogą być rzeczywiście przesiąknięte jadem, ale to chyba zależy...w końcu jest też wiele rodzin, które przeżywają to wszystko prawdziwie, nie ze względu na jakieś schematy i wtedy to jest piękne, że ten dzień uważają za dzień poświęcony rodzinie, kiedy chcą zjeść wspólny obiad, wybrać się na spacer.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czli jesteś jak Garfield :D
      I jasne, nie neguję tego, że istnieją. Ale po prostu, ja widziałam dużo tego fałszu i dlatego nieraz tak mi się to brzydko wszystko kojarzy.

      Usuń
  19. Dla mnie niedziela kojarzy się z odpoczynkiem, ale niedziela zawsze kojarzy mi się z myciem aut, praniem, itp. no i oczywiście dużą ilością ludzi w barach od samego rana - tak jest w Hiszpanii ale tam jest zupełnie inny świat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż światy i kultury są po prostu różne. Ja mam swoje zadawnione rany i skojarzenia, stąd ten jad musi się nieraz po prostu wylać:)

      Usuń
  20. Oj maleńka, ale masz zabawny czuły punkt ;) Oczywiście zdaję sobie sprawę, że ta niechęć do niedzieli to manifestacja buntu przeciwko temu, co nieuświadomione, bezmyślne i fałszywe. Ale i tak jakoś uśmiechałam się czytając Twój post.
    Ja też po cichu wolę sobotę. Ale mimo wszystko narobiłaś mi ochoty na taki prawdziwy, domowy rosół ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja sama zdaję sobie sprawę, że ten niedzielny jad, który od czasu do czasu mnie nachodzi, bywa zabawny. Nawet dla mojego Męża, który nieraz aż się z mojego marudzenia i chęci mordu śmieje :D Ale od czasu do czasu po prostu otwierają się jakoś rany. Przez inne rzeczy, jak to często bywa, ale jakiś weltschmerz musi być. Jak mam się na kimś wyżywać, niech to będzie niedziela :D

      Usuń
  21. niedziela, gdyby nie JEGO dom, dzień jak każdy....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko dla mnie nieraz kulturowe narzucanie tego domu było nie do ścierpienia, wiesz?

      Usuń
  22. Ale żeś się namarudziła hihi ;-)

    OdpowiedzUsuń
  23. Jak to się mówi - "niedziela, dzień... cwela" xD

    Też wypadło mi pojawić się na tym świecie w poniedziałek, którego wszyscy niby tak nie cierpią, i też nie cierpię niedziel - a zwłaszcza tego dziwnego, niewytłumaczalnego poczucia przygnębienia które dopada zawsze w niedzielne popołudnie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, nie znałam tego powiedzenia :D

      No to pjona:) Weltschmerz niedzielny, otóż to właśnie! Chociaż, ja upatruję jej w swoim dawnym jadzie po prostu, wspomnieniach i...właśnie w tym coś jest.

      Usuń
  24. niedziela to specyficzny dzień, dla mnie to dzień odpoczynku, chociaż ostatnio wcale nie jest to lenistwo, w niedzielę często robię to na co nie mam czasu w tygodniu, sprzątanie, gotowanie z narzeczoną, spacery właśnie ale nie zawsze, czytanie, dzień odpoczynku jest potrzebny, zarzucasz, że rodacy-katolicy chodzą do kościoła z obowiązku, tradycji a nie przeżywają tego dnia w świętości, ale myślę, że świętych w innych religiach jest tak samo mało jak u katolików

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chodzi mi stricte o religię, o czym zresztą pisałam:) Nie o nią, choć, narzuciła ona przed wiekami wzorzec kulturowy fałszu. Nie sama religia, a ludzkie zachowania się w niej dobrze odnalazły. Chyba nie do końca zrozumiałeś mój tekst:) Religia jest częścią kultury, a to o nią mi szło.

      Usuń
  25. Jak byłam młodsza, to też nigdy nie lubiłam niedziel, bo mama mnie ciągnęła do kościoła. Ale to nie tak, że nie wierzę... Wolę porozmawiać z Bogiem przy moim oknie wpatrując się w nieba, niż chodzić tam - na pokaz... W dodatku u mnie w parafii mamy księdza totalnego czuba, który tylko wszystkich od kościoła odpycha i w rezultacie chodzą tylko dzieciaki z książeczkami do komunii i przed bierzmowaniem, no i starsze babcie, które i tak nie mają co robić w życiu. A ja chodzę obecnie do kościoła tylko w duże święta.
    Teraz niedziele lubię, bo możemy z B. spędzić cały dzień w łóżku i niczym się nie przejmować. Takie leniwe niedziele <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, po prostu wolisz samotną kontemplację. Nie dla każdego jest przecież tłum:)
      To taki rodzaj niedziel i ja sama lubię:)

      Usuń
  26. Traumy z dzieciństwa często dają o sobie znać przez całe życie w najdziwniejszy sposób. A ze schematów warto się wyłamywać,żyć po swojemu. Ciekawe rzeczy tu piszesz,poczytałam trochę. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, potrafią wręcz zaskoczyć człowieka nieraz:)
      I pewnie że warto, chyba, że to co uznajemy za schemat jest tym, czego się pragnie. Bo też wyłamywanie na siłę nie jest dobrym rozwiązaniem.
      I dziękuję:)

      Usuń