"Nawet, kurwa, chorować sobie
spokojnie nie można, bo ktoś musi być lepszy i czuć się gorzej"
przemknęła mi przez głowę straszna, kolejna wredna myśl, kiedy
to oczywiście oboje z Mężem się rozchorowaliśmy pod wieczór.
"Nie no kurwa, teraz to jak
zawsze wyjdzie, ja będę latać koło niego a herbatę to muszę
zrobić sama" marudziłam w swojej głowie i trzaskałam
wszystkimi sprzętami na około w kuchni po zmywaniu. Tak naprawdę,
to na tych talerzach serio chciałam się wyżyć.
Święta, choć męczące nas przez
jeżdżenie od jednej rodziny do drugiej, były wspaniałe.
Przypomniały nam się noce przy kominku, gorąco bijące od wesoło
strzelającego ognia, przypomniały nam się same dobre rzeczy ( choć
wiele było tez złych). Czas śmiechu, rozmów, dobrego jedzenia,
jak to dla wielu. Euforia pierwszego śniegu, radość z rzucenia w
Męża pierwszą, lichą śnieżką, którą ulepiłam cudem przy
takiej ilości białego puchu, ale jednak. Łapanie białych płatków
na język, bo tak śmiesznie szczypią.
A potem wróciliśmy do swojego domu do
Poznania, zmęczeni ale weseli. Zmrożeniu po kolejnej podróży
pociągiem, w którym o ogrzewaniu można pomarzyć. Rozradowani.
Życie to sinusoida, jak wiecznie mi
powtarzano, powtarzano to, co sama doskonale wiem. Więc po moim
przepełnieniu światłem przyszło wielkie bum.
Jedna rozmowa, parę smsów mówiących
o cudzym żalu. Mówię słowa pocieszenia, w które sama chce
wierzyć, w które wierzę, przecież wierzę! Ale dopada znów jakiś
cień, przyczepia się za plecami i rośnie, rośnie, zaczynając
tworzyć wielki ciężar.
Chcę się napić i to robię, nie mogę
skupić się na filmie, więc rozmawiam z kimś, na kogo być może
chce przerzucić może i ja swój żal, tak przypadkiem, ale nawet
nie potrafię.
Kolejny dzień, wspaniały mróz,
wspaniałe słońce, biały puch. Słońce świeci na niebie, w
środku chowa się za chmurami.
Wizyta w domu, w którym stracono
najwięcej, wizyta dopiero teraz, po świętach, bo chyba wcześniej
nie miałam odwagi. Po prostu, stałam się tchórzem, moje serce
jest za słabe nieraz, nieraz próbuje przespać, uciec, zapomnieć.
Zapomnieć się nie da.
Kolejna próba wlania w cudze serce
otuchy. Słowa pocieszenia, gesty, które płyną z serca. Ale czy
można pocieszyć kogoś naprawdę, gdy własna wiara zaczyna się
chwiać? Ocieram łzy tej, która zawsze najwięcej płacze, tej, z
którą słów było zawsze najwięcej, tarmoszę czerwone włosy,
podcieram zapuchnięty nos. Przetrwaliście już tyle, przetrwacie
dalej, mówię, nie chcąc wątpić, mówię. Zresztą, mówić
niewiele muszę, starczy że słucham.
Słowa płyną, płyną, pociąganie
nosem, wszystko wsiąka we mnie. Cudzy ból tym razem mnie wypełnia,
zamieszkał na dobre, znalazł sobie wyrwę w sercu i rozgościł
się, mieszając z własnym. Piękna historia miłosna cierpienia,
zamieszkali w moim sercu, wzięli ślub i chcieli żyć wiecznie-
myślę sobie po wyjściu z tamtego domu.
Wracamy do domu, czujemy się coraz
gorzej. Zabawy na mrozie jednak nie były takie niewinne. Mnie
dopadają moje słynne już zatoki, zapchane jak kiepsko udrażniane
rury w starym domu, jego katara i kaszel, jak zawsze. Jak zawsze drżę
na myśl o tym, że dostanie po raz kolejny zapalenia płuc. Sama
czuję się źle, ale parzę kolejne herbaty, szukam ziół które
zbierałam latem, otulam kołdrą.
Słucham marudzenia chorego mężczyzny,
który przecież każdą grypę przeżywa jak dżumę, sama
pokasłując.
Komu ja opowiem, jak źle się czuję?
Przed snem jeszcze słyszę, że
przecież jutro jeszcze trzeba iść po rybki do akwarium bo
umówiliśmy się z tym panem, słyszę pójdziesz sama, bo ja się
tak źle czuję, bo przecież nie mogę być chory do pracy, bo ty
możesz a ja nie...
W nocy nie mogę spać, co chwilę
mając zapchany nos, wiercę się, w końcu o 4 nad ranem wstaję i
idę do kuchni, zaparzam sobie herbatę, ale stopy mi marzną, a co
tam, niech marzną. Myślę jak małe dziecko, myślę złośliwie.
"Na złość mamie odmrożę sobie uszy i nie założę czapki"
jak to moja babcia powtarzała, tak, na złość mamie...zapominam
tej nocy, że cała nasza złość obraca się przeciwko nam.
Przytulam kota który się gdzieś
zaplątał, sączę herbatę, powiększam stos wysmarkanych
chusteczek. Słyszę kaszlenie Męża za drzwiami. Z reguły to jemu
marudzę, z nim się dzielę wszystkim, ale...ile można?
Chcę komuś pomarudzić, mam w sobie
dużo egocentrycznego dziecka, które lubi mówić o tym, jak mu źle,
użalać się nad sobą. Ale nie tym razem. Obracam w palcach nowy
telefon, widzę listę numerów, na żaden nie będę dzwonić, choć
wiem, mogłabym przecież, tyle imion, tyle nazwisk, tyle ksywek i
wiele z nich by nawet w nocy zebrało tyłek i rozmawiało ze mną do
8 rano aż nie usnę, albo przyniosłoby jutro zakupy, tyle imion z
których tyle poszłoby za mnie po te cholerne rybki do akwarium. Ale
nie chcę.
Na złość mamie odmrożę sobie uszy,
pójdę jutro z rana, w mroźnej zawiei. Chcę płakać, chcę się
użalać, mówić sobie o "jaka to jestem z tym wszystkim
sama". Mówić sobie o tym, jak to ja muszę słuchać, a
swój żal ja zamykam w sobie. Mówić sobie o tym, że to mi źle, a
nikt i mnie nie przytuli.
Och, ale z ciebie cierpiętnica!-
słyszę w głowie autoironię.
A jeb się. - mówię na głos sama do
siebie i wracam do łóżka. Próbuję wtulić się w plecy Męża,
ale ten rzuca się jak pchła na łańcuchu tej nocy, jak to chory
człowiek, który z trudem oddycha.
Nawet to mnie wkurza, choć wiem, to
nie jego wina.
Wstaję rano z głową wielką,
napuchniętymi oczami, zatkanym nosem. Ale wstaję, jem szybkie
śniadanie, ubieram się jako-tako, byle żeby ciepło, nie musi być
ładnie. Wychodzę na ulicę.
Słońce takie piękne, niebo tak
cudownie niebieskie! Niektórzy ludzie przemykają z psami na
smyczach. Ale ja idę klnąc pod nosem, kopię jakąś przypadkową
puszkę.
Dostaję sms od przyjaciółki, nawet nie chce mi
się odpisać, chuj mnie że się pokłóciliście, chuj mnie jego
depresja, chuj mnie cały kosmos, cały wszechświat, niech się
wali, bo ja też cierpię, chociaż, co ty możesz wiedzieć, nawet
ci nie powiedziałam.
Cholerna bohaterka a tak naprawdę
czarny charakter wiecznie, cierpiętnica, małe dziecko, na złość
mamie odmrozi sobie uszy.
Docieram do kamienicy spod wskazanego
adresu. Patrzę w górę, na rzeźbione na fasadzie diabły, szukam
domofonu, okazuje się, że nie działa. Ale główne, potężne
drewniane drzwi, wyglądające jakby miały 100 lat, są otwarte.
Wślizguję się na kamieniczną klatkę, nie wiem czemu, ale
uśmiecham się widząc dwóch bezdomnych panów, którzy robią
sobie kanapki na tej klatce właśnie, Oni uśmiechają się do mnie,
gdy dochodzę do schodów.
Słyszę ich poranny szczebiot. "Nawet
oni mają z kim porozmawiać" - myślę absurdalnie jeszcze,
zazdrośnie wręcz, bo dużo mam w sobie jeszcze tego dziecka
właśnie, tego co na złość mamie odmraża sobie uszy, słońce go
nie wygoniło jeszcze. Ale uśmiecham się, gdzieś budzi się inna
część mnie, gdzieś cień na plecach, ciężar zaczyna czuć
niepokój.
Wspinam się po pięknych rzeźbionych
schodach, 3 piętro, tak samo jak u mnie. Mieszkania nie są
oznaczone, stoję bezradnie, aż na końcu korytarza uchylają się
powoli, ostrożnie drzwi.
-Pani do mnie, prawda?- słyszę cichy,
nieśmiały głos.
-Po rybki?- odpowiadam absurdalnie,
zaskoczona, pytaniem na pytanie.
-Tak, to pani. Proszę, proszę!- mówi
półgłosem, otwierając szerzej drzwi.
Drobny staruszek, niższy niż ja ( choć, może to nietrudne przy moich 176 cm wzrostu, dużo jak na kobietę ponoć), chudziutki, siwy, z pożółkłą tylko brodą, pewnie od ćmików, myślę gdzieś obok głównego strumienia myśli. Jasnoniebieskie oczy za okularami, to to, co widzę najbardziej, to to, co przyciąga, co hipnotyzuje. Oczy małego chłopca w starym, zniszczonym już, przygarbionym ciele, to rzuca się od razu. To prawda, która bije oczywistością.
Wchodzę do małego mieszkanka, w
którym panuje półmrok. Ciepło, wilgotno.
-Proszę, proszę!- aż z przesadną
emfazą rzuca się ku mnie staruszek. - Niech pani zdejmie kurtkę!
Zaskoczona zdejmuję, choć nie wiem po
co, przecież ja tylko na chwilę, złowić parę mieczyków do
słoika i zanieść do domu, gdzie zakopię się w kołdrę, tworząc
istne burrito nieszczęścia.
-Chce pani herbatę? Wygląda pani na
zmarzniętą. Zrobię pani!- mówi, szybko udając się do innego
pomieszczenia, pewnie kuchni, nie zważając na moje nie chcenie
właśnie.
Myślę o tych wszystkich psychopatach,
a co jeśli niepozorny staruszek tak naprawdę do echo Bundy'ego, w
świetle ostatnich zdarzeń nic mnie nie dziwie, co jak mi do herbaty
coś dosypie. Po chwili myśli zmieniają bieg, gdy czekam na tą
cholerna herbatę, myślę o tym, że może Pan zbyt beztrosko
wpuszcza obcych do domu, niby z ogłoszenia, niby po rybki, ale jak
taka kruszyna sama się obroni, jak ktoś będzie chciał zrobić mu
krzywdę?
Dziwne myśli, najpierw o mojej
krzywdzie, potem o jego, gdy czekam na lekko zabarwiony na brązowo
wrzątek, który mi potem przynosi w szklance z cienkiego szkła. Nie
znoszę takich szklanek.
Zamiast odławiać ryby, siadam z nim
przy stole, naprzeciwko akwarium. Cisza zalega trochę między nami.
W pewnym momencie, sama nie wiem jak, dlaczego, w połowie herbaty,
zaczynam mówić o tym, że w sumie nie wiedziałam czy przyjdę, bo
przecież jestem przeziębiona, że wręcz o tym zapomniałam, bo
tyle na głowie ostatnio i tyle dziwnych rzeczy się dzieje, nie
wgłębiając się w szczegóły.
-Ale cieszę się, że pani przyszła.
- mówi uśmiechnięty staruszek. Znów zapada cisza, wpatrujemy się
w wielkie akwarium naprzeciwko.
Teraz widzę że te oczy są oczami
dziecka, ale łaknącego rozmowy. Drugiego człowieka. Serca naprawdę
mi się ściska. Och. Samotność. Prawdziwa samotność.
Nie moja wyimaginowana, nie moje
odmrażanie sobie uszu na złość mamie.
-W sumie ja przyszłam po mieczyki, ale
widzę, że pan ma o wiele więcej pięknych ryb- zagajam na nowo,
gdy herbata już prawie się kończy i dolewam sobie nową porcję z
wyszczerbionego imbryczka.
Oczy się rozświetlają, zaczyna
mówić, mówić, mówić. O skalarach i o tym, że niedługo nowy
miot, o gurami które budują piankowe gniazda, o tym, że może
gdybyśmy z mężem chcieli, to za parę tygodni będą do sprzedaży.
Mówi o swojej pasji, jasnoniebieskie oczy małego chłopca żarzą
się tym ogniem, który właśnie pojawia się w oczach chłopców
gdy mówią o samolotach i grach, gdy mówią o piłce i kolejnej
naprawie pierwszego motoru. Mówi o tym, jakie ryby miał kiedyś, o
tym, jakie jeszcze mieć planuje, rozmowa o roślinach, ślimakach,
krewetkach, o tym że może kiedyś, z emerytury będzie go stać na
morskie akwarium, może jakimś cudem, choć na prąd od filtrów,
grzałek i pompek powietrza ledwie teraz starcza, ale może kiedyś,
może za parę lat...
Choć czy tych lat zostało mu dużo?-
znów, zastanawiam się, jak to ja, po cichu. Ale uśmiecham się,
widzą ten żar w błękitnych oczętach, pijąc niedobrą herbatę.
Pan pasjonat, pan, który o 9 rano w
niedzielę jest całkiem sam. Nie wiem czy jakaś żona, czy jakieś
dzieci, nie pytam, pytam tylko o ryby, o ryby, które, choć same nie
mówią tak, byśmy je mogli słyszeć, pewnie zza szyby przyjmują
setki historii, historii mówionych ustami, historii które można
zobaczyć w błękitnych oczach.
"Błękitne jak woda na plażach
na południu" przemyka mi kolejna myśl, gdzieś obok głównego
strumienia. To dobra myśl. Wyobrażam sobie staruszka na plaży, a
ryby pływają koło jego nóg, błękitne gurami i czarne skalary,
dookoła kostek. Taki przedsionek nieba.
Uśmiecham się do własnej myśli,
uśmiecham się do staruszka. Minęła już godzina, ale mam ochotę
na kolejną herbatę. Nie muszę nic mówić, sam mi dolewa, widzę,
że chce zatrzymać mnie jeszcze na chwilę, chce opowiedzieć, a ja
chcę słuchać, słuchać, słuchać.
Zapominam o słowach z nocy, które
chciałam w sobie zamknąć, o tym, że czułam się sama. To znika,
to się rozmywa, w kolejnej rozmowie o odmianie barwnej tuxedo
mieczyków. To nie ma znaczenia. Cieszę się, że mogę słyszeć, a
nie tylko mówić.
W Mozambiku istnieje pewne powiedzenie,
że człowiek ma dwoje uszu i jedne usta dlatego, by dwa raz więcej
słuchać, niż mówić. I gdybyśmy wszyscy to respektowali, ten
świat byłby cudniejszym miejscem, bo nie chodzi tylko o słuchanie
słów, a wszystkiego, co właśnie mówi i wszechświat, widzenie
wszystkich znaków, jakie on daje.
Chcę więc słuchać starszego pana,
jeszcze przez chwilę, bo mam dwoje uszu, bo nie mogę znów
zapomnieć, że właśnie świata trzeba słuchać, o czym pewnie
jeszcze kiedyś napiszę.
Słucham i uśmiecham się, gdy odławia
mi wreszcie młode rybki, kilka barwnych, zwinnych sztuk.
Spędziłam tam dwie godziny, wreszcie
wychodzę, mówiąc że wrócę.
Bo wrócę po krewetki niedługo, na
pewno, wrócę też po kolejną historię, nie historię życia o
której paplamy i paplamy na co dzień, a po historię z podwodnego
świata, mówiącą o miłości dwóch czarnych ryb, mówiącą u
cudzie ognia wśród chłodu, o podmorskich ogrodach.
Wrócę po kolejną część historii człowieka, który nie musi mówić o niej bezpośrednio. Wrócę po inny świat, bo każde zderzenie z drugim człowiekiem to zderzenie z obcym światem. Widzimy to tylko przy światach odległych, czasem jesteśmy za blisko ale...
Wychodzę z mieszkania, macham na do
widzenia bezdomnym na klatce, którzy nadal tam są, wychodzę na
mróz, nic że zatoki zapchane i żaden płyn do udrażniania rur
przez najbliższe dni nie pomoże. Nie wiem czemu ale uśmiecham się,
gdybym mogła to podskakiwałabym w cieniu wysokich kamienic, ale nie
mogę, bo przecież pod sercem, pod kurtką mam słoik z rybkami, z
najdelikatniejszymi dziećmi staruszka, dziećmi z innego świata,
którego ja nie zrozumiem jak rozumie on. Ale mogę się od niego
nauczyć.
Cholera, od każdego mogę się
nauczyć, mam dwoje uszu po to.
Zakładam na nie czapkę, żeby nie
odmrozić sobie uszu. Na złość mamie. A raczej na złość sobie.
Bogowie moi, jaka ja byłam głupia! Jaka ślepa, jaka idiotka. Jaka
byłam znów, przez chwilę...zmęczona. Ale to nic. To nic, bo już
dziecko dostało prezent od świata, wcale nie rybki, a historię, a
radość prawdziwą błękitnych oczu nad za słabą herbatą.
Żal gdzieś znika, cień gdzieś
zaczyna się odsuwać.
Wyciągam telefon, dzwonię do przyjaciółki,
słucham co ma mi do powiedzenia, słucham jej kolejnej łzami
zaprawionej historii, czuję jej ból, ale ten nie miesza się z
moim, bo moje małżeństwo cierpienia pod sercem zawiązane wczoraj,
mojego i cudzego cierpienia, tamtego pustego domu, gdzieś sobie to
małżeństwo poszło, gdzieś umarło na chwilę. Czuję jej ból,
mojej kochanej przecież kobiety, ale nie mogę mu się poddać, mówię,
że wszystko będzie dobrze, mówię, żeby wpadła po południu na
kawę jeśli nie boi się zarazić, chcę ją przytulić, chcę
wytarmosić, nakarmić porządnym obiadem o tak najlepiej wyrażam
nieraz miłość, karmiąc, chcę otulić kocykiem mojej fali
czułości, chcę być, bo być dla drugiego człowieka, tak po
prostu bywa najważniejsze i nieraz za niego wierzyć.
Potem dzwonię do Idy, żeby
powiedzieć, że piękny dzień i niech się uśmiechnie i żeby
jednak wpadła do nas na Sylwestra, a nawet wzięła Młodą, w razie
czego będziemy uważać, żeby za dużo nie wypiła. Śmiech na
końcu rozmowy, śmiech mimo wszystko.
Stąd bierze się nasza wiara, myślę
gdy chowam telefon już do kieszeni, stąd właśnie, że możemy ją
dzielić. A każdy z nas, każda samotność, chce by przed śmiercią
wysłuchano jej historii, mamy dwoje uszu, ja mam dwoje uszu, więc
będę słuchać, a świat przecież słucha mnie. Potok dobrych
myśli, uśmiecham się do słońca, słyszę jak woda pod kurtką
lekko chlupocze.
Idę w kierunku swojego domu i tego
przecież, którego najbardziej kocham.
Wszyscy jesteśmy powiązani, myślę,
nasz ból się dzieli, ale nasza radość mnoży, jak znowu wczoraj
mogłam być taka ślepa, jak mogłam robić z siebie zadufane
dziecko w środku, śmieszną cierpiętnicę, żal się dzieli, ale
radość mnoży, daj trochę radości, daj trochę uwagi, a sama ją
otrzymasz. Myślę o staruszku dzielącym się radością swojej
pasji, myślę o staruszku mnożącym we mnie swoje dobre uczucia i
myślę o jego samotności, bo na pewno jest samotny, samotnych
naprawdę ludzi łatwo rozpoznać.
Myślę, jak przez moment nawet
samotność łatwo rozjaśnić.
Myślę, jak mogłam być głupia
złorzecząc, mówiąc sobie w nocy nie masz do kogo zadzwonić, jak
masz tylu dobrych ludzi dookoła.
Błyski światła, błyski tego co
dobre.
Chcę biec wręcz do tego którego
kocham, przypominam sobie, że lodówka pusta, nic na obiad wpadam
jak burza do jednego z otwartych sklepów i kupuję, kurę na rosół,
bo musimy wyzdrowieć, a rosół to odwieczne gusło, bo gotowany z
miłością na pewno stawia na nogi.
Wpadam jak burza do mieszkania, widzę
tą zasmarkaną, zapuchniętą twarz, którą przecież tak kocham.
Odkładam kurę na stół, rybki wpuszczam do akwarium, niech
zamieszka to część z historii staruszka. Niech mi przypominają,
niech żyją, w podwodnym pięknym ogrodzie!
Widzę zapuchniętą zasmarkaną twarz,
słyszę kasłanie, biegnę zrobić herbaty, gdy czekam aż woda się
zagotuję wciskam się na łóżko, przytulam, taka cała ubrana,
taka trochę przemrożona i przytulam się do męża.
-Jak się czujesz, kochanie?- pytam,
chcą słyszeć, wiedzieć, chcą naprawdę usłyszeć każdy żal i
na ten żal przyłożyć plasterek mojej miłości, czułości, bo ta
zawsze najlepiej przede wszystkim leczy.
-Jak wróciłaś to mi
lepiej...-mamrocze mi nad uchem słabym głosem.
Och. Serce się raduje.
Przypominam sobie, że jedną w
najważniejszych rzeczy jest to, by ktoś wysłuchał naszej
historii, zanim umrzemy, chcemy dopowiedzieć ją komuś do końca.
Ale ważniejsze nieraz to czuć się potrzebnym być tym, komu ktoś
historię chce opowiedzieć. To buduje największą radość pod
sercem i przegania każdy cień.
Myślę o tym, gdy bulgocze właśnie
wesoło rosół, ten, który powinien być gotowany przez 3 godziny,
żeby był naprawdę dobry. A potem podam go temu, który smarka i
mówi że umiera, choć ja czuję się to samo, a potem ten zrobi mi
herbatę, zaskakując, że jednak chodzi nie odbijając się od
ścian. A słońce uśmiecha się wesoło zza okna, a koty się tulą
do stóp jak małe grzejniczki, a rybki wesoło pływają i cieszą
się, być może, z nowego domu. 5 czerwonych rybek, które
choć nie złote, spełniają życzenia, całkiem inne niż te z
bajek które opowiadani nam gdy byliśmy dziećmi. Te są z mojej bajki.
Będę musiała potem opowiedzieć o
tym staruszkowi, choć, już opowiedziałam wam.
Ale słyszałam też, że nie ma
znaczenia, ile razy opowiemy daną historię. A jak i co chcemy nią
przekazać.
Ja dzisiaj znów chcę przekazać
trochę swojej radości, trochę ciepła w tym mrozie. Bo życie jest
ciepłem, jeśli tylko nie poddajemy się okazyjnym wichrom.
Więc sądzisz że powinienem ulec
Tej przesuwającej się granicy
I zasiać strach po moim przebudzeniu?
Czy powinienem wznieść głowę wysoko
I pozostawić za sobą ból i wspomnienia
Pozostawić za mną to czyste, chłodne powietrze?
Więc nie pozwól, by świat cię zniszczył
Nie wszyscy są tak pojebani i zimni
Pamiętaj p[o co tu jesteś
I dopóki żyjesz
Doświadczaj ciepła, zanim się zestarzejesz.
Wiesz, ja chyba serio powinnam wpaść na tę herbatę obiecana, albo wino nawet (albo i lepiej xD), bo ja jakoś tak dzisiaj znów ten cały niepokój cholera wyczułam, choć nie sama, a z Czyjąś pomocą. I spokojnie mogłaś do mnie dzwonić nawet, o czwartej już nie spałam, ale to Ci opowiem gdzie indziej.
OdpowiedzUsuńJednak jakoś tak te serce rosło, kiedy w miarę czytania pojawiała się ta iskierka nadziei. Że ona może być nawet mimo tej samotności, która zamieszkała sobie pod serduchem. To, co dobre, zawsze ostatecznie jakoś zwycięża i ostatecznie zwycięży też uśmiech.
Kurwa, no mam ochotę Was przytulić :P Nie, nie boję się, że się zarażę, choć juz mam wesoło, bo nie wiem, czy nie złapałam jelitówki od mojego xD
Zdrowiejcie tam :*
Ja wiem, że bym mogła. Tak jak mogę do wielu innych ludzi w swoim życiu, nawet Cat bym mogła obudzić, albo Macieja, albo innych ludzi z którymi jestem blisko ale...tu chodzi właśnie o moje nieraz użalanie się, całkiem niepotrzebne. Te uszy odmrażane na złość cholera, moja przywara od bycia dzieckiem. Bo może uszu sobie nie odmroziłam, ale na złość zrobiłam..wiele gorszych rzeczy.
UsuńI samotność cóż, często jest właśnie na życzenie. Przynajmniej ta moja, sobie wmawiana. A potem okazuje się, jak wielka jest to bzdura. Bo właśnie to co dobre w końcu na wierzch wychodzi i widzimy dobre rzeczy. I to, że nigdy nie jesteśmy sami:)
To wpadaj na przytulanie gromadne, a co:D Wieczorem jeszcze Cat będzie:D I jelitówka....nie, nie, nie. Sama przechodziłam w tym roku jakieś 9 razy i nie jestem odporna:D Ale to zamkniemy cię w OP-1 :D Tak, mamy w domu :D
I ty nie choruj, o:D
Ano wlaśnie. Obie odmrażamy sobie uszy, jakby się uprzeć, ale w sumie... dobrze jest zdać sobie sprawę, że się tego robić nie powinno...
UsuńMoże i ja sobie, cholera wmawiam tę samotność. Tylko tak sobie wczoraj o tym wszystkim myślałam, co i u siebie pisałam przecież, że tak właśnie się nieraz czuje. Że człowiek jest sam. A gdyby chociaż przejrzeć kontakty w telefonie... Choć wczoraj, jak dzwoniłam podczas spaceru, nikt nie odebrał. Też to jakoś na moje myślenie. Chociaż może dzwoniłam do niewłaściwych osób... ale do nich zawsze dzwonię przecież, jak jest źle - i tu się koło zamyka. Ale czuję już że za bardzo odbiegam i że pierdolę od rzeczy xD
OP1 ahaha :D ale chyba widziałam na jakichś Waszych zdjęciach :P Tej a ja szukam stroju na sylwestra xD Jestem tak zdesperowana, że od razu o tym pomyślałam :D A na przytulańca wpadnę, może nie dziś, żeby Was jednakowoż sraczką nie pozarażać, ale wpadnę xD
A może i nieraz trzeba:) Bo potem wyraźniej sobie przypominamy o dobrych rzeczach. Wiesz, znowu, jak wszędzie zasada matematycznej sinusoidy:)
UsuńNo ja mam problem z odbieraniem póki co bo ogarniam nowy telefon ale...łatwiej odbieram na nim wiadomości na fejsie, serio :D Ale ogólnie, to właśnie nieraz może szukamy samotności na siłę, zapominając, ilu ludzi dookoła, a też...ile mamy w sobie. Samotność to nieraz ułuda. Choć, są ludzie całkiem samotni i o nich nieraz powinnimśmy pomyśleć, takie mam wrażenie dzisiaj...
I nie odbiegasz. Może właśnie trzeba zmienić stary schemat?
A to może, chociaż, nie wiem czy Wojtek gdzieś w tym biegał w sensie tak, żeby na fejsie było czy gdzieś :D Bo ja tego gówna nie zakładam za nic :D Ale masz przebieranego? Pamiętaj, jestem kopalnią pomysłów na przebierane Sylwki:D
No ja myślę:D Tylko wiesz, ja potem znowu wyjeżdżam :D
Złota zasada. Albo też niczym palnięcie patelnią w łeb, żeby się obudzić, zamiast kubła zimnej wody xD
UsuńJak ja miałam odebrać pierwszy raz na tym telefonie od Patryka w pociągu, to dopiero była wiksa xD Aż mi żal było tych ludzi, którzy o 6-tej rano chcieli pospać, mój telefon się darł, a ja klęłam pod nosem "jak to gówno odebrać". Wystarczyło palcem przesunąć xD Trochę techniki i ginę xD Ale fejsa za to właśńie bardzo ładnie ogarnia :D
Są ludzie bardziej samotni... I ja znałam takiego człowieka, staruszka. Jakoś mi się w tej chwili nasunął. I jakoś jego samotność tak kontrastuje z moją, że... znów czuję kubeł zimnej wody na łbie. Albo patelnię ;)
Może trzeba właśnie. Czas pokaże, cóż z tego wyjdzie ;)
Ano popatrz, a tak jakoś mi się skojarzyło, że widziałam :D A może podświadomie sobie Was wyobrażałam w tym :D
No przebieranego :P I zostałam skazana ostatecznie na Indiankę, jako, że Papu został kowbojem xD Ale strój już mam, w sumie dość prosty przecież i całkiem sporo ciuchów przydatnych się uzbierało ;)
Spoko :D To najwyżej "zaś" :)
Właśnie się zorientowałam że mi się mój komentarz nie dodał, no to jedziemy na nowo :D
UsuńTaka patelnia to nieraz aż szczerozłota, taka cenna:D
I...rety, nikt ci nie pomógł, żebyś i ty się zamknęła i telefon?:D Ale, bogowie, jak ja to znam. Należę bowiem zdecydowanie do tego gatunku ludzi:
http://kwejk.pl/obrazek/2106502/sa-ludzie-przy-ktorych-elektronika-zachowuje-sie-dziwnie.html
Wojtek twierdzi, że to moje dziwne pole elektromagnetyczne, bo i tak mam dziwną aurę :D Ale, zasadniczo, chuj już z telefonami i tak dalej...moje umiejętności zawieszania sprzętów elektronicznych stały się znane na studiach. W szpitalu , w WCO. Bo jak wiadomo, elektroradiolodzy pracują cóż.obecnie na w chuj drogim, elektronicznym sprzęcie :D I tak już pewnego razu pozbawiłam szpital wywoływarki cyfrowej do zdjęć rentgenowskich na praktykach za gruuuube tysiące :D Ale to słynna anegdota. Najlepsza była tez panika ludzi ode mnie z roku, jak mieliśmy praktyki na słynnym Cyber Knife, że ja to na pewno rozjebię :D Dodajmy, że komputer który to obsługuje, serwer i tak dalej to osobne pomieszczenie :D Także...telefony to w moim przypadku najmniejszy problem :D
Jak pisała na dole Margaritum, czasem najlepszym lekarstwem na naszą samotność jest hm...znalezienie kogoś, kto ma gorze. I czasem właśnie pomoc mu. Od razu robi się jaśniej i się okazuje, ze nam wcale tak źle wcale a wcale nie było:)
No, bo nam to po prostu z urodzenia pasuje :D
A Indianka fajny strój, prosty, miły...więc nie ma co się spinać. Tylko włosy powinnaś przefarbować :D
Fajnie mi się czytało tę notkę. Jest przepełniona nadzieją :)
OdpowiedzUsuńW takim razie cieszę się:)
UsuńZawsze płynie od Ciebie jakiś spokój, zapewnienie, że będzie dobrze... I chyba się powtarzam (jeśli tak, to przepraszam najmocniej) ale taka jest prawda, że jesteś naszą ostoją spokoju, ciepła, miłości. Dziękuję :)
OdpowiedzUsuńBo będzie dobrze, zawsze ostatecznie jest dobrze, jak też wiadomo kto mówił:) I ja w to staram się wierzyć:)
UsuńSpokoju? Nie nie nie, ja jestem typową choleryczką, co kurwi i chuja, nerwicowcem...to tylko tak się wydaje pewnie:D Ale może i dobrze, że takie wrażenie jest bo...czasem może być:) Więc tym bardziej, nie ma za co:)
I co najgorsze, ten wiadomo kto zawsze miał rację ;)
UsuńUff, kamień z serca, czyli nie tylko ja się niepotrzebnie denerwuję (najczęściej?). Staram się walczyć, ale trudno XD Znów trzeba by szukać złotego środka :)
Zawsze to nie ale...nie będę tu wywlekać głupich powiedzonek i ciemnych sprawek :D Bo tych za dużo :D
UsuńA pewnie, że nie tylko ty:D Ja jestem typowym cholerykiem, klnę, rzucam wszystkim za błahostki a potem...zapominam, o co mi chodziło :D I ja już spokojna, a otoczenie cóż..drży:D
I ten niestety, niełatwy do znalezienia nieraz.
Jak co, to mejla mojego znasz, ja chętnie poczytam :D
UsuńDokładnie! Aż mi czasem głupio, tak się czepiać o pierdoły, albo wkurzać gdy coś nie po mojej myśli pójdzie XD
Za prosto by było.
No w sumie:d To może mnie kiedyś najdzie, po prostu, jak mi się coś bezpośrednio skojarzy, bo tak to za dużo naraz chyba by było:)
UsuńAle to wkurzanie samo wychodzi przecież :D
No, a w życiu trochę się natrudzić jednak trzeba:)
Spoczi loczi :D
UsuńNo wiadomo, że samo >.< inaczej nie byłoby problemu :D
Jak widać :D
Przeczytałam najpierw "szopi" i zastanawiałam się, skąd znasz moją drugą, fejsową ksywę :D
UsuńNo...zwłaszcza przy pms-ie samo ci wychodzi, co, jak większości kobiet?:D Czy z tym masz spokój?:D
Nie zaprzeczę, że zaczęłam szukać na fejsie, co przyniosło marne skutki :D
UsuńWiadomo,że przy pms-ie, choć wtedy potrafię na zmianę śmiać się i płakać :D
Właśnie mi Asik mówiła, jak mnie szukała, zanim bloga miałam, że mnie na fejsie znaleźć nie można, bo Szopów Praczów jest za dużo :D Ale tylko jeden w związku małżeńskim z ...Dziką Kuną :D ( tak, to są głupie historie, głupie skojarzenia i tak dalej :D).
UsuńO, znam to. Wtedy mój Mąż panikuje i nie wie, co się dzieje :D Woli się ewakuować jak na zmianę płaczę i się śmieję albo..jednocześnie. Bo i tak mi się zdarzało:D
Czasami chce się tak pomarudzić, poużalać się, zwłaszcza przy chorobie. I kurde, też tak mam, że jak się chujowo czuje, a ktoś się czuje gorzej ode mnie to aż takie wkurwienie bierze i dziwna zazdrość. Bo ja przecież też jestem biedna i chora i chce kurwa herbatę czy coś xD Myślę, że najważniejsze, że ostatecznie się karmi tego dobrego wilka, nie? :) I czasem takie "przypadkowe" spotkania załatwiają sprawę. Widzi się na nowo, że jednak nie jest tak tragicznie, że jest jeszcze to ciepło.
OdpowiedzUsuńI co wyście się uparły na moje piosenki? :D Tak jak pisałam u Asika, tamten kawałek stał się taki idealny teraz. Ale podobnie mam z tym. Zawsze mi się podobał, ale dopiero teraz czuję go jakoś inaczej. I tak jak tamten wrzucałam chyba na fejsa i zupę i w sumie myślałam czy przy okazji jakiegoś posta nie wrzucić i na bloga, tak tego byłam pewna. Tylko nie miałam dobrych słów czy może wydarzeń żeby napisać coś, co by pasowało. I się pieprzcie za kradzież numerów xD (i dobra, że i tak się jaram, bo Brandon, i jak będzie trzeba to i tak wrzucę xD)
No dokładnie, każdy wtedy chce być centrum swojego zbolałego świata, a tu nagle wyskakuje tu taki co mu jeszcze gorzej ( i to nie tylko narzeka, ale naprawdę choćby ciężej choruje) i szlag trafia. Albo po prostu, coś w duszy boli, a potem widzisz że cholera, inni mają jeszcze gorzej. I nagle na złość mówisz, jak to ci źle i w ogóle i w ogóle....Ale właśnie. Trzeba nakarmić wtedy dobrego wilka i skoro ma się jeszcze siłę cóż...trochę nieraz nawet pomóc. Zmobilizować go w sobie, a okazuje się, że jak się pomoże, to i nam jakoś robi się lepiej. Bo zamiast tej jednej herbaty sobie przy okazji zrobi się drugą, trzecią, czwartą...a potem jednak ktoś robi tobie:) I to łączy ludzi:)
UsuńI właśnie, przypadki najlepiej otwierają oczy:)
Twoje, twoje...nie masz monopolu na Incubusa :D To jak ja bym ci zakazała wstawiać FF, albo Toola, albo PJ, albo nie wiem co jeszcze, ale te moje :D Więc się goń bejb :D
A okazja cóż..pewnie się znajdzie. Do tego kawałka jakby się znalazła, to nawet i dobrze:)
No bo to jeszcze gorzej jak ktoś faktycznie jest bardziej chory (i jeszcze marudzi mniej od nas xD). Do wkurwienia i zazdrości dochodzą jeszcze wyrzuty sumienia, że się ma takie myśli. Najgorsze, że czasem to się robi nieświadomie. Przynajmniej ja tak mam. Ktoś marudzi na, powiedzmy, złamane serduszko, to ja wyjeżdżam z czymś innym. Chociaż akurat rzadko marudzę tak wprost, bardziej się jakoś w sobie zamulam i czekam aż ktoś zauważy xD Własnie najciężej się zmobilizować, bo potem już jakoś idzie i faktycznie jest lepiej.
Usuń"A gdy serce twe przytłoczy myśl, że żyć nie warto, z łez ocieraj cudze oczy, chociaż twoich nie otarto" - po prostu :)
Moje, bo chciałam je wrzucić przy okazji, ale żeście mnie wyprzedziły :D A zakazuj, ja w sumie rzadko coś wrzucam xD No może się parę okazji znalazło, ale nie chce mi się pisać xD
No dokładnie, a im więcej wyrzutów sumienia, to tym większy wkurw i się robi takie błędne koło, przynajmniej u mnie jakoś :D
UsuńI jasne, robię tak samo, nieświadomie ucinam czasem komuś temat ale...zdarza mi się to rzadko, głównie nieraz, jak naprawdę mnie ktoś irytuje, ale widzę że mu źle, to potrakuję po prostu i żyję w swojej głowie, if you know, what i mean:D
Ładny cytat, o, idealnie pasuje^^
No dobra dobra, nie jesteśmy jasnowidzami moja panno :D I ładnie, lenistwo bierze górę :D
Mnie najczęściej łapią już po wszystkim albo jak np. mama prawie mdleje z bólu, ale ja robię problem z umyciem podłogi, bo mnie kurwa brzuszek boli xD
UsuńBo to też zależy od sytuacji i w ogóle.
No właśnie też mi tak przypasował :)
I stąd mój wkurw, bo jakbyście były to byście wiedziały xD U mnie to normalne :D (tak, za to też mnie Królik zjebał w swoim liście xD)
A to najgorzej, bo w sumie, nabrojone już doszczętnie a naprawić się nie da...no ale, można zawsze jeszcze te wnioski na przyszłość wyciągnąć:)
UsuńIdealny, w idealny moment:)
W sumie..na mnie jeszcze można się wkurwiać, bo jako tako czarownicą jestem, no ale nie na Asię :D I cóż...miał za co :D
Przy kolejnej chorobie powiela się schemat niestety.
UsuńRyjki wiedzą co dobre, ot co :D
Ale właśnie Twój wybór wkurwił mnie bardziej :P Lenistwo jest częścią mojej natury, jak kiedyś pisałam, moje spirit animal to pewnie w 50% panda i 50% leniwiec xD
Hm. A to już nie za dobrze z kolei.
UsuńI nie wątpię:D Tylko zanim nieraz do tego dojdą, to namarudzą,nagubią się i tak dalej, co?:D Ale to już takie inne skojarzenie:D
No tak, mea culpa i tak dalej, że też lubię ten kawałek i nie postawiłam przed jego wyborem tarota, serio :D Albo masz dwa, po prostu :D Spoko, moim drugim serio jest szop pracz, tak, można się ze mnie pośmiać :D
No trochę chujowo.
UsuńHahaha true :D Ale ostatnio się poprawiłam z marudzeniem, tak jak z wymówkami. Ale co się nagubię to się nagubię xD Chuj tam, śmiesznie przynajmniej ze mną, co? xD
Hahaha no jak mogłaś nie postawić tarota, tej? xD Ni chuja, nie chcę mieć i pandy i leniwca to za duży hardcore nawet jak dla mnie, ale takie pół na pół jest całkiem spoko :D E tam śmiać, fajnie! :D
Zawsze, kiedy wchodzę do Ciebie i czytam post to czuję jakby ktoś zaaplikował mi zastrzyk pozytywnej energii, spokoju i tchnął we mnie świeży powiew :)
OdpowiedzUsuńNie ktoś, a Ty rzecz jasna i Twoje słowa :)
Chyba każdego czasem dopadają takie momenty, że tylko usiąść i płakać, albo poużalać się nad sobą...dobrze wtedy dostrzec obok kogoś innego i właśnie jego historię, która rzuca na nas zupełnie inne światło.
Ściskam i życzę ogromu zdrówka :*
To się cieszę w takim razie, że mogę to robić jakoś:)
UsuńI dokładnie, od czasu do czasu każdy z nas płacze albo dostaje szału ( często to w zależności od charakteru, ja jestem typowym cholerykiem, więc wpadam głównie w złość jednak) ale cóż...właśnie czasem drugi człowiek, czasem zupełnie przypadkowy otwiera nam oczy i w tej destrukcji jednak nas hamuje na szczęście:)
Dzięki:)
Mi też szkoda się zrobiło tego staruszka :( Dobrze, że zostałaś z nim chwilę, napiłaś się tej herbatki, porozmawiałaś o rybkach :) Dobrze, że w ogóle jednak po nie poszłaś :) Dzięki temu zdarzeniu wywołałaś uśmiech na nie jednej twarzy, bo na pewno i Idzie i Cat było lżej z tym, że do nich zadzwoniłaś.
OdpowiedzUsuńNa świecie jest bardzo dużo takich samotnych ludzi :(
Ale jak pisała Diffrent pod spodem, następnym razem poproszę o mocniejszą jednak :D I też się cieszę, bo nie tylko i jemu być może było miło, ale i mi się świat odmienił na chwilę. No i mam piękne rybki w akwarium :D
UsuńI to też fakt, wiem przynajmniej, że Cat się lepiej zrobiło, bo potem była na chwileczkę u nas:)
I jest ale...zobacz, jak czasem niewiele trzeba, żeby było lepiej:)
Mieczyki są ładne, ale bardzo wrażliwe :/ Mi z piątki został jeden :/ Dobrze mi się za to chowają gupiki i neonki :) I glonojad oczywiście :D
UsuńA Cat to jest ta co jest aktorką? Bo mi się zawsze myli :P
Czasem wystarczy chwila czasu lub uśmiech.
O, to ty też masz akwarium:) Wiesz co, mi zawsze i mieczyki i powiedzmy molinezje i gurami dobrze się chowały, więc może i tym razem się uda. Na razie wesoło sobie pływają:)
UsuńTak, to Aktoreczka:) Ta co teraz do Poznania z Wawy wróciła, ta co ją Kordian tak żegnał wtedy:)
Dokładnie. Niby niewiele, a tak wiele:)
Miałam chyba kiedyś molinezie i gurami ale nie pamiętam jak wyglądały ;p Nazwy jedynie kojarzę ;p Skalary jeszcze są popularne :)
UsuńA więc to ta. Nie rozumiem w takim razie jeszcze dlaczego ona się tak źle teraz czuje, bo przecież... układało jej się z tego co ostatnio pisałaś. Chyba że coś mi umknęło?
Są, owszem, ładne i popularne ale na razie na skalary się nie rzucamy że tak powiem:)
UsuńPo prostu, zdarzyła im się pierwsza kłótnia,ot, jak każdemu i tez ten okres świąteczny po prostu nie był dla niej łatwy, więc trochę przesadzała. W moim odczuciu przynajmniej. Ale to zdarza się każdemu z nas:)
Coś o przesadzie w kłótniach wiem :D
UsuńNo to rozumiesz w pełni:D
UsuńTy to zawsze coś takiego walniesz, że wstyd mi za siebie :) No bo są ludzie, co mają gorzej niż ja, a sobie np. narzekam, że w lodówce jest tylko kiełbasa, a pewnie ktoś by się ucieszył nawet z niej.
OdpowiedzUsuńAle to chyba dobrze, bo od czasu do czasu każdy z nas się za siebie powstydzić musi :D Bo to mobilizuje do zmian, nie pozwala stać w miejscu a stanie cóż...ponoć nigdy nie jest najlepszym rozwiązaniem:)Z kiełbasy to ja bym się dzisiaj ucieszyła :D
UsuńPiękna historia! Czuj się wysłuchana, przeczytałam jednym tchem :) Opowieść o Twoim błękitnookim dziadku od rybek poszła dalej w świat.
OdpowiedzUsuńJest takie powiedzenie (albo może mądra życiowa rada), że jeśli czujesz się bardzo samotny, to znajdź kogoś, kto jest jeszcze bardziej samotny niż ty. Bo zawsze znajdzie się taka osoba. I sprawiając komuś radość, sami zyskujemy na tym jeszcze więcej. Ja najczęściej w takich momentach dzwonię do Babci :) Jeśli o tym pamiętam, bo zdarza się, że czasem pogrążam się w tym wszystkim dokładnie tak samo jak Ty. Ale po to musimy czasem dotknąć dna, żeby się od niego odbić. I ze zdwojoną siłą płynąć dalej :) Nigdy nie przestanę zachwycać się tym, że sprawianie komuś prostej radości tak niesamowicie uskrzydla. Cudnie skonstruowany jest ten świat :)
A poza tym łączę się w bólu, chorując i smarkając razem z Tobą. U mnie też katar i ze zdwojoną siłą gardło... Ale to przecież minie :) Trzymajcie się ciepło oboje i życzę dużo sił. I zdrowia! :)
To dobrze:D Opowieści muszę się przecież właśnie...opowiadać, żeby istnieć:)
UsuńI to jest prawda. Może to pewne wartościowanie w dół, inni mają jeszcze gorzej, którego nie lubię za bardzo ale jeśli przynosi ono dobre rzeczy...to czemu nie:)
I wszyscy jesteśmy ludźmi, od czasu do czasu każdy z nas właśnie na to dno musi spadać, dno można rzec, samego siebie, żeby potem na nowo odkryć, jak wspaniale może być. To tak jak z tym, że słońce najpiękniejsze jest po najciemniejszych nocach i cóż, dotyczy to też naszej duszy.
I pewnie że jest:) Czasem na niego psioczymy ale...czy mógłby być lepiej?:)
O rety, ciebie też dopadło? To też się tam ładnie kuruj!:)
Ja zawsze powtarzam, że nikt z nas nie jest samowystarczalny. Czasem trzeba być przez chwilę słabym, aby zaczerpnąć od kogoś siłę. Dla dobra obojga. Może ten dziadek od rybek potrzebował akurat tego dnia Twojej słabości. Może dałaś mu więcej niż od niego wzięłaś? :) You never know...
UsuńJa już mam się trochę lepiej, idzie ku zdrowiu. Jak na sinusoidzie, wiadomo ;) Kuruję, się kuruję, i Wy też o siebie dbajcie :*
Dokładnie, jesteśmy cóż, istotami stadnymi i tak też do innych lgniemy. Jedni wyraźniej, jedni mniej, ale potrzebujemy jakoś...jednoczenia tej energii, która i w nas samych:) I dokładnie, to pewna wymiana. Taka zawsze zachodzi, choć nieraz nie jest tak widoczna, jest po prostu nieuświadomiona wprost:)
UsuńTo się cieszę:) I dbamy, choć z Wojtkiem gorzej, on w robocie :D
Dobrze wywalić z siebie.... lepiej dla zdrowotności w jakiejkolwiek formie.
OdpowiedzUsuńDokładnie, od czasu do czasu każdy z nas musi emocje wyrzucić:)
UsuńTez czasem tak się czuję, jakby wszyscy tylko mówili a me jedyne zadanie to słuchać, słuchać i wsiąkac jak gąbka, ąz przychodzi taki czas, że jestem zbyt cięzka by gdziekolwiek się ruszyć... Ale ja też mam na szczeście ludzi, kórym mogę powiedzieć co mi na sercu leży, nawet jesli nie są to Ci ludzie, ktorzy powinni być..
OdpowiedzUsuńDokładnie...ale wiesz, wielu ludzi ma takie wrażenie. Bo jednak słuchamy siebie nawzajem, a mamy nieraz takie dni, że to tylko my chcielibyśmy mówić, mówić, mówić...
UsuńI tyle dobrze, że tacy są a że nieraz nie ci co powinni....cóż. Nikt nie jest doskonały, prawda?
Czasem tak bywa, że użalanie się bierze górę. Mi się zimą często zdarza. I wtedy nie mam ochoty na kontakt z ludźmi. Nawet niezbyt jestem do tego zdolna. Nauczyłam się po prostu nie mieć za złe ludziom, że są sobą. Ja wtedy milknę i układam sobie sama w głowie. Jestem zawsze dla każdego, słucham, rzadko jednak odpowiadam. Bo jak się okazuje instynktownie szukam takiego pana o niebieskich oczach. I zawsze znajduję, język mi się rozwiązuje... i znów mówię.
OdpowiedzUsuńMi się to zdarza ot tak, po prostu, jak każdemu człowiekowi pewnie...miewam swoje "napady" i koniec, ktoś lub coś, bardziej lub mniej dosadnie musi mi dać w łeb. Myślę, że to właśnie dość ludzkie, naturalne.
UsuńI...to też jest wyjście. Ja jednak cóż, stworzeniem wybitnie stadnym jestem i nawet jak mnie ludzie dookoła wkurwiają, to muszę mieć z nimi kontakt. Ale ostatecznie, co prawda i tak każdy z nas musi radzić sobie samemu, właśnie tak w głowie układać.
Bo czasem każdy z nas po prostu mówić musi:)
Napisałaś w komentarzu na moim blogu, że cieszysz się, że się nie dostałaś na psychologię, bo odkryłaś dzięki temu swoje powołanie...
OdpowiedzUsuńCo to za powołanie? :)
Elektroradiologia, jeśli idzie o studia a jeśli chodzi o mniejszą dosadność to rzeknijmy, że cudza krew, pot i łzy jak to ujmuje mój mąż. Te dosłowne, nie tylko te w duszy. I radzenie sobie z nimi. Odprowadzanie czasem na ostatnią drogę. Tak po prostu:)
Usuńlubię Twoje posty, zawsze po przeczytaniu jest mi jakoś lepiej, jestem bardziej pogodzona za sobą i ze światem - bo ja też z tych, co czasem 'na złość mamie odmrażam sobie uszy'. i bardzo łatwo zapominam, że to, co mamy w sobie, wpływa na to, co jest dookoła nas. dopiero od jakiegoś czasu walczę z tą swoją złością, a to co piszesz, pomaga w tym :)
OdpowiedzUsuńCóż, to miłe jakoś:) I w sumie...kto tego nie robi:) Tak naprawdę wszyscy jesteśmy przekornymi dziećmi, które obrosły otoczką społecznego uładzenia ale od czasu do czasu...ta złośliwa przekora z nas wychodzi. I właśnie powoduje, że zapominamy o tym, czego się nauczyliśmy z biegiem lat. A jednak cóż, złość pokonać warto, bo tak naprawdę, szkodzi tylko, ostatecznie, nam samym:)
UsuńWiedziałam, że jesteś dobrym człowiekiem. To czuć. Nawet przez monitor.
OdpowiedzUsuńCholernie mi przypominasz... mnie. Krnąbrne dziecko, które zrobi na złość innym, ale i tak największą krzywdę wyrządzi sobie.
Sądzę, że czasami musimy zapłakać, wysmutać złe emocje, by potem spojrzeć w przeszłość i powiedzieć, że byliśmy głupi (bo patrząc w przeszłość nie widzisz siebie, jako kogoś mądrego - zawsze jesteś głupi, bo czas uczy) i że myśleliśmy źle. Jak już wysmutamy to, co mieliśmy wysmutać - dopiero wtedy jest lepiej. Dopiero wtedy jesteśmy czyści i możemy żyć dalej, zarażając innych optymizmem.
Masz rację, samotność łatwo zobaczyć. W ogóle to zazdroszczę Ci tej wizyty u tego pana. To miłe. Chyba każdy lubi historie. Prawda jest taka, że ludzie kochają opowieści, nawet te nierealne, ale opowiedziane z sercem. A ten pan zapewne nie zasłużył na samotność. To da się wyczuć. Na Twoim miejscu też bym tam do niego wróciła. Tylko z pewnością upomniałabym się o mocniejszą herbatę ;)
Zdrowiej :*
I dobrze opiekuj się rybkami. W końcu ten pan Ci zaufał :)
Wiesz, ja siebie nie uznaję za dobrego człowieka, bo wiem, jak dużo już w życiu przeskrobałam i ba...wiem ile jeszcze przeskrobię pewnie. Nie ma dla mnie dobrych i złych ludzi, ostatecznie każdy z nas nosi w sobie i to i to...kwestia, co czasem wybiera, po prostu:)
UsuńDokładnie. Bo na złość, z przekory, największą głupotę idzie zrobić niestety....
Obyśmy wszyscy tak z czaem mądrzeli, serio, czasem mam wrażenie, że niektórzy to głupieją dodatkowo. Ale masz rację, nieraz musimy po prostu dać upust emocjom, zeby potem pewne rzeczy poukładać albo móc odpuścić:)
Ludzie niby w naturze mają miłość do opowieści ale...nieraz,sama nie wiem czemu, zamykamy się przed nimi. Jakbyśmy bali się je wpuścić do swojego świata.
Czy na nią w ogóle się zasługuje, czy można tak właśnie powiedzieć.?
Wrócę, po krewetki, na pewno :D I opiekuję się, już je nakarmiłam dzisiaj:)
Jejku, Frida, Ty zawsze tyle przeklinasz? ;D W sensie, nie żeby coś, ale tak mi sie to "kurwa" w oczy kilka razy rzuciło i mi sie przypomniały czasy, gdy było to moim ulubionym "znakiem przystankowym", aż się ludzie dziwili, że ja takie ładne prace na polskim zawsze piszę xD
OdpowiedzUsuńAle dobra, nie o tym miałam... kurcze, uczepiłam sie tego i teraz sie szczerzę, a przecież post porusza ważny temat... dobra, czas na chwilę powagi.
Moim zdaniem każdy z nas ma to swoje takie malutkie "dziecko". Nie wiem, czy Ty też przez nie rozumiesz swoje ego, wolę nie określać z góry, bo znam osobę, która uważa, że ego i "wewnętrzne dziecko" to zupełnie dwie różne sprawy, ja natomiast uważam, że to jest to samo, moja Mama zresztą myśli tak jak ja, także tego... Tutaj się dziecka uczepię, odnośnie Twojej notki, będzie "bezpieczniej". ;P
Wiesz, ja swojego czasu dawałam upust takiemu narzekaniu... i się głównie na Mamie wyżywałam, teraz z biegiem czasu rozumiem, co miała na myśli nazywając mnie egoistką. Ale w sumie obie mamy jeszcze sporo do przepracowania. I też rozumiem taką niechęć do żalenia się w pewnym sensie... coś, co sprawia, że pomimo wewnętrznej burzy emocji staramy się mówić, że wszystko jest okay, ale wewnątrz nas to tak wrze coraz bardziej i koniec końców zaczynamy patrzeć na siebie jak na taką ofiarę. Ja to czasami chciałabym spotkać taką osobę, która najpierw by mi pozwoliła na takie pożądne wyżalenie się, a potem dała porządnego kopa w 4 litery, żebym sie ogarnęła i zaczęła porządnie żyć... ale chyba za dużo oczekuję ;P
I wiesz, nic nie dzieje się przypadkowo, ten staruszek był dla Ciebie jak takie światełko w tej chwilowej szarości, którą sobie stworzyłaś. I niewątpliwie Ty też mu wniosłaś nowego blasku do życia, bo właśnie znalazł w Tobie idealnego słuchacza ;)
Ja ze słuchaniem to nigdy problemu nie miałam. I mam wrażenie, że ludzie to jakoś czują, bo nie muszę długo powtarzać, że mogą mi powiedzieć, co ich trapi. Czasami tylko sobie "lubiłam" wyrzucać fakt, że nie zawsze potrafiłam znaleźć odpowiednią radę, że może to "Zobaczysz, będzie lepiej, wszystko się uloży" nie jest tym, co ktoś pragnąłby usłyszeć... ale to ja sobie oczywiście komplikuję życie. Bo mimo wszystko ja te słowa zawsze wypowiadałam ze szczerą wiarą, nadzieją. Myślę, że tak połączone zawsze będą mieć w sobie jakąś magię ;)
Tak, ja jestem tak strasznie "oklęta" jak to się mówi, czym strasznie nieraz denerwuję moją matkę :D Rzecz jasna, w pracy czy po prostu tam gdzie nie wypada nie kurwię i nie chujam ale tak...cóż. Powiem ci, że nawet to lubię, soczyste kurwa rzucone w gniewie pozwalało mi rozładować emocje już jak miałam te 10-11 lat, także no :D Jak to moja mama też mówi, ja lubię kwestię "przydusić" wulgaryzmem i nic na to nie poradzisz :D
UsuńJakbyśmy mieli jechać do Freudzie, to dzieckiem byłoby częściowo ego, a częściowo id :D Ale owszem, w pewien sposób dla mnie to część wewnętrznego ego, na które składa się to dziecko doznające bez barier i instynkty ( zaraz się okaże, że patrzę jeszcze inaczej :D). Tylko że to ego zmienia się po prostu w zależności od okoliczności społecznych i tego jak umiemy nad pewnymi odruchami panować a no...nie zawsze się przecież da, co nie?
Ja jak już narzekam, to głównie Wojtkowi. Właśnie to mi częściej narzekają jednak i czasem ja się zaczynam buntować, bo sama mam zjebany dzień i właśnie każdego od egoisty wyzywam i się okazuje, całkiem niepotrzebnie, bo przecież sama się na to piszę :D
I czemu za dużo oczekujesz? Raczej nie. Ja znam sporo takich osób, właśnie...mój Mąż choćby. Zawsze wysłucha do końca, a potem nieraz nawet częściowo zjebie i to jest dobre:D Więc to nie jest oczekiwanie za dużo, bo tak, ludzie z takimi umiejętnościami istnieją :D
Wiem wiem, przypadków nie ma:)Po prostu, chwilowo trafił swój na swego, można rzec, tym bardziej że cóż...też mam wielką słabość do akwarystyki :D
Tu akurat mamy podobnie. Tylko mówię, ja mam takie dni gdzie no...moje własne ego bierze górę, o :D I wiesz, w tym, że ktoś się chce wygadać nie chodzi o rady, bo przecież człowiek i tak ostatecznie robi potem po swojemu albo ze swoim bólem radzi sobie sam...ale tu chodzi o obecność, bycie. O to właśnie, żeby zakończyć swoją powieść nieraz. Tyle starcza. A że pewna afirmacja przy okazji...to ta na pewno nie zaszkodzi:)
To prawda, że samotność bardzo łatwo rozpoznać, ale ludzie też często nie chcą jej widzieć albo przechodzą koło niej obojętnie. Równie dobrze po te same rybki mółby przyjść ktoś, kto widząc staruszka rozentuzjazmowanego rozmową o morskich zwierzątkach, uznałby go za nudziarza i chciałby jak najszybciej uwolnić się z tego 'potrzasku'. Dzięki temu, że byłaś tam właśnie Ty, rozjaśniłaś tę samotność niebieskookiego, zyskałaś piękną historię i my także zyskaliśmy, dzięki temu, że się nią tutaj podzieliłaś.
OdpowiedzUsuńTrzymajcie się tam jakoś i szybkiego powrotu do zdrowia życzę! :)
Tak jak nie chcemy widzieć wielu przykrych rzeczy w tym świecie, które są obok. Nie chcemy widzieć, że ktoś może potrzebować od nas pomocy, bo to wymaga od nas wysiłku, czasem porzucenia swojego wygodnego życia...
UsuńI cóż, niejedną osobę każdy z nas tak spławił. Ja też po prostu lubię te morskie stworzonka więc....trafił trochę swój na swego. Tyle szczęścia:)
I dzięki:)
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńDlatego nie wyobrażam sobie tegorocznych świąt w niektórych domach... Może dlatego, że w końcu kiedyś też miałam z tym do czynienia, a nie da się o tym szybko zapomnieć.
OdpowiedzUsuńCzasami samotni, starsi ludzie potrafią nas oderwać od rzeczywistości w swoich opowieściach i wlać wiele pozytywnej energii w nasze zabiegane dni. Ja bardzo często mam pogawędki ze starszymi paniami albo panami w windzie ;D, a że to 10 piętro to chwilę można porozmawiać. I często mimo pośpiechu, niezbyt dobrego humoru, oni potrafią rozweselić, tym jak zaczynają rozmawiać, w jaki sposób i na jakie tematy ;).
I właśnie czasami tak jest, że jesteśmy na coś źli. Hmm.... Wkurwieni na maksa. W sumie sami do końca nie wiemy na co i przychodzi coś co nam uświadamia, że ta złość jest nam do niczego nie potrzebna, czasami może trochę, ale jednak lepiej żyć bez niej.
Ach rosół... Jak ja go nie lubię ;D. Ale jeżeli ma Wam pomóc to jedzcie i zdrowiejcie! :)
Wspaniały z Ciebie człowiek Frido. Wyjątkowy :). Dobrze wiedzieć, że jeszcze tacy są na świecie :).
No tak, jeśli samemu ma się takie złe wspomnienia to nawet nie chce się do tego jakoś często wracać przez cudzy pryzma,t bo boli dwa razy bardziej...
UsuńA pewnie, że potrafią. Może dlatego ja tak dobrze czuję się ze swoimi, może i chorymi, ale jednak opowiadającymi różne rzeczy Staruszkami w tym domu opieki. Bo każdy człowiek jest jak zupełnie inny świat, ale u starszych ludzi widać to wyraźniej, bo może już nie udają, a może dlatego, że bliżej im do innego świata niż tego, albo do swojej przeszłości ( bo na starość człowiek i w głowie wraca) i to potrafi zmienić jeszcze bardziej nasze spojrzenie, niż ktoś w naszym wieku.
I też mieszkałam kiedyś na 10 pietrze :D
No ja jestem typowym cholerykiem, więc często wrzeszczę, wyżywam się a potem...oaza spokoju :D Po prostu, właśnie wkurwienie się, nakręcenie na świat, a potem nawet nie wiadomo, czasem po chwili, o co chodziło. Straszna rzecz nieraz dla otoczenia :/
A ja uwielbiam :D
I nie przesadzajmy z tą wyjątkowością akurat:)
Oj czasami potrafią ;). A czasami są po prostu baaaardzo szczerzy i to wystarcza ;D.
Usuń10 piętro - bardzo mi się podoba! A jeszcze bardziej podoba mi się, że są dwie windy ;D. Nie, żartuję sobie ;). Już kilka razy pokonałam schody i wcale nie ma ich tak dużo, jak to brzmi ;D. Fajnie, tak czasami wieczorem popatrzyć sobie na widoki z tego 10 przy zgaszonym świetle, z kubkiem kakao i muzyką ;). A w lato podobno żadnych komarów! ;D
Miałam tak ostatnio ;D. Mój współlokator był chyba w lekkim szoku ;D. Ale już się przyzwyczaił, że to przecież ja zazwyczaj mam rację! ;D Więc i to już nie będzie wielkim zaskoczeniem ;).
Kiedyś też lubiłam... Ale ja jestem dość dziwnym przypadkiem, który nie lubi wielu potraw, naprawdę, np. większości zup, pomidorów, nigdy w życiu nie wypiję szklanki czystego mleka, kakao, muesli, płatki -ok, ale czyste mleko to jest dla mnie tragedia itd. ;). I np. czym więcej myślę o tym co jem, tym mniejszą mam ochotę na jedzenie ;D.
No już dobrze, nie przesadzam, to się nigdy więcej nie powtórzy! ;).
Dokładnie. Zwłaszcza, że szczerość ceni się chyba w naszym świecie w dwójnasób...albo w dwójnasób się jej nieraz nienawidzi.
UsuńNo mi się podobało jakiś czas, bo teraz mam 3 w kamienicy i też nie narzekam:) Wiesz, ja swojego czasu specjalnie, codziennie jak nie miałam ze sobą za dużo zakupów albo się fatalnie nie czułam, to sobie na to 10 piętro wchodziłam. Teraz też by mi się taki trening przydał, serio:) I widoki były ładne i fakt, komarów nie było:)
Szoku? Oj tam ważne, że właśnie przywykł:D Do wszystkiego przyzwyczaić się ponoć można, to wiesz :D
Hm...to można rzec, jesteś wybredna. W przeicwieństwie do mnie, bo ja zjem w wszystko, a mleko wręcz prawie prosto z cyca krowom piłam to wiesz :D Ale to np. masz jakieś nieprzyjemności po tym mleku, jak alergik czy po prostu, ci nie smakuje i już?
No i słusznie! :D
Ja zawsze cenię szczerość w ludziach :). Prawda może być i ta najgorsza, ale właśnie szczera :).
UsuńNo właśnie, bo taki schodowy spacerek czasem jest przyjemny, a i po bieganiu żeby powoli uspokoić organizm, ale nigdy rano, kiedy śpieszy się na uczelnie, a minuty wyjątkowo szybko uciekają ;).
Tak, tak w szoku ;). Spojrzenie było bezcenne i 'Krzyczysz na mnie? No dobrze to już sobie idę' ;D. Oj czasami zdarzają się słabsze chwile, niezbyt często, ale jednak ;). Jednak już mnie trochę zna i teraz już częściej sam nie wie kiedy żartuję, a kiedy nie, a to w przypadku poznawania mnie dobry znak ;D. I ostatnio stwierdził, że nie zna drugiej osoby, która tak często stosowałaby jakieś ironiczne przytyki, ale ja już tak mam i to z sympatii do tych ludzi, u których wiem, że na to mogę sobie pozwolić ;)
Niestety, trochę tak ;). Chociaż jak ostatnio wróciłam do domu to tata się śmiał, że studenckie życie coraz bardziej zmienia mi kubki smakowe, bo zjadłam rybę bez wybrzydzania ;D.
A mleko... Ja nie mogę patrzyć jak ktoś go pije, tak prosto z butelki. Po prostu nie lubię. Chociaż wiesz ostatnio stwierdziłam, że to dziwne i może ja coś sobie ubzdurałam, bo przecież piję kakao, jem płatki, musli, więc może i samo mleko już lubię, bo przecież kiedy ja go ostatnio próbowałam w czystej postaci - w podstawówce? Czyli wieki temu. No i spróbowałam... I jednak nadal go nie lubię, bo bieg z kuchni do pokoju po wodę, żeby 'to' przepić był bardzo szybki ;D.
Jasne, masz rację, tylko no, są tacy, co się przed prawdą bronią.
UsuńDokładnie:) Chociaż, ja po swoim bieganiu teraz latem to nie mogłam się w pewnym momencie na to 3 piętro wdrapać :D Ale przegięłam i wiem o tym :D
To w sumie, mamy podobnie. Krzyczymy nieraz dla żartu i ciśniemy, a im bardziej kogoś lubimy, tym bardziej ciśniemy i właśnie tniemy :D Także, tu w pełni cię rozumiem, bo też na loży szyderców zasiadam :D
No proszę...to może jednak smaki się zmieniają :D W ogóle, ciekawostka, w pełni kubki smakowe mamy wykształcone dopiero ok.23 roku życia, więc dlatego dopiero z późnym wiekiem ( no, póxniejszym) doceniamy smaki, które wydawały nam się np. okropne w dzieciństwie. A w ogóle, istnieją też tzw. smakowi puryści. To osoby o wybitnie wrażliwych na reakcję chemiczną kubkach smakowych, przez co właśnie...wybrzydzają i wielu rzeczy nie tkną. Tacy ludzie mają problem z potrawami bardzo ostrymi, albo no...mocno trącającymi serami, prawdopodobnie nigdy nie zostaną palaczami, bo dym tytoniowy powoduje u nich odruch wymiotny często przez właśnie tą nadwrażliwość...kto wie, może jak ci to pasuje, ten opis choć częściowo do ciebie, to jesteś taką purystką właśnie?
A nie zatrułaś się ty mlekiem jako dziecko?:D Ja tak miałam na parówki swojego czasu, długie lata, bo zjadłam nieświeże jako dzieciak :D
A ja tak sobie lubię czasami 4-5km pobiegać i mi wystarcza, chociaż kiedyś też tak sobie biegłam i biegłam przed siebie, na nic nie zwracając uwagi, a później przypomniało mi się, że no przecież jeszcze wypadałoby jakoś wrócić do tego mieszkania i też było trochę ciężko ;D.
UsuńO właśnie, dokładnie! Rozumiesz o co chodzi ;D.
Hmm...To może taki mały smakowy purysta ze mnie albo po prostu bardzo wybredny osobnik ;D. Chociaż z pewnym serem też tak kiedyś miałam, ktoś się zajadał, a ja jak spróbowałam to nie potrafiłam przełknąć, podobnie jak z niektórymi rybami właśnie. A dym... Kiedyś jak byłam przeziębiona to nie mogłam wytrzymać w pomieszczeniu, w którym właśnie było dużo dymu, ale na co dzień mi nie przeszkadza.
No nie zatrułam... :D. Mleko i pomidory to dla mnie coś najgorsze ;D. A z parówkami też różni bywa ;).
Skąd ja to użalanie się znam. Jakiś czas temu byłem tylko tym. Użalaniem się. Och, dalej mi to zostało, nie oszukujmy się. Ale czasem nawet to jest potrzebne.
OdpowiedzUsuńPowiem tak- od czasu do czasu użalanie się nikomu jeszcze nie zaszkodziło, to prawda. Czasem każdy chce być kotem głaskanym po główce. Ale..z samego użalania nic nie przychodzi, do tego hamuje ono nas często w działaniu więc...po prostu nie warto na dłuższą metę jak dla mnie:)
UsuńNo nie warto, ale do tego każdy z nas musi dojść indywidualnie, chyba. Tak myślę, ale mogę się mylić.
UsuńJasne że musi dojść. I to w pełni, w swoim czasie bo..to, że ktoś ci rzuci frazesem ciebie nie zmieni. Może dać do myślenia, ale nie znaczy, że tak mocno cię dotknie, że zechcesz zmiany jakiejś. Bo właśnie o zmianę tu chodzi przecież.
UsuńTylko szkoda, że nie możemy potem odzyskać straconego czasu.
UsuńWcale nie. Czytałeś może "Momo" Michaela Ende? Tak mi się skojarzyło. Bajka dla dzieci ale..wielce pouczająca.
UsuńFaceci kiedy chorują są naprawdę nie do życia. A Tobie życzę zdrowia. Warto mieć marzenia i móc je spełniać.
OdpowiedzUsuńOwszem, ale tym razem mój już poszedł do pracy dzisiaj rano, a ja będę gniła w wyrku, więc naprawdę miał gorzej :D Ale fakt, że jak mają lekki katar to od razu, jakby to były suchoty albo co najmniej jakaś dżuma, a większość kobiet z grypą poważną zapierdala i twierdzą, że nic im nie jest:D
UsuńI pewnie. Dążyć do ich spełnienia nawet, o:)
Nie wszyscy!
UsuńNie, żebym ja tak nie robił, ale wiem, że nie wszyscy.
Dobra, znaczna większość :D
UsuńWszyscy faceci których znam tak mają :p A Ty jesteś wyjątkiem od reguły ;)
UsuńTo, co napisalas ma w sobie nutkę magiczności, a przecież jest tak zwykłe...
OdpowiedzUsuńBo codzienność po prostu jest magiczna, tylko czasem trzeba otworzyć na to oczy:)
UsuńJa tylko napiszę że jestem i zawsze wysłucham jakby co ... tak po prostu Przytulam całą sobą.
OdpowiedzUsuńWiem że jesteś , tylko, ja czasem sobie sama robię właśnie na złość i mówię, że nikogo nie ma, choć są...ale wiem że jesteś i dziękuję :* I też tulę skarbie :*
Usuńwybacz, że tak off topic, ale przypomniałaś mi o dawno zapomnianym zespole Incubus. aż się uśmiechnęłam :)
OdpowiedzUsuńOch, nie mam co tu wybaczać :D Cieszę się, że wywołałam tym chociaż uśmiech:)
UsuńMoja pierwsza myśl gdy przeczytałam o staruszku, to właśnie, że jest zbyt ufny wobec obcych. Jakoś tak martwię się o starszych ludzi i wątek o nim bardzo mnie wciągnął. Wyobraziłam sobie staruszka, który pragnie z kimś rozmawiać, a biedny nie ma z kim...
OdpowiedzUsuńTo chyba najgorsze co może nas spotkać - taka prawdziwa samotność, gdy nie mamy komu opowiedzieć chociażby o tym co się wczoraj wydarzyło. Niestety wiele razy tak mi się zdarzyło - miało miejsce coś wielkiego, a przynajmniej ponadprzeciętnego i tak bardzo czekałam wówczas na telefon. On jednak jak na złość nie dzwonił. (pewnie zdziwisz się, dlaczego sama nie zadzwoniłam? Otóż sama do końca nie wiem)
Bądź co bądź, uważam że możliwość rozmowy z drugim człowiekiem jest najwspanialszym darem, jaki możemy otrzymać. :)
Bo ludzie są ufni nieraz może i za bardzo pozornie ale przecież...nieraz muszą, prawda? To tak jak z tym ryzykiem z ludźmi z internetu, o którym pisałam jakiś czas temu. Nie można zamknąć się w klatce, bo się przestaje żyć. Czasem jednak lepiej zaufać, zaryzykować i dostać od świata prezent uśmiechu:)
UsuńI dokłądnie. Prawdziwa samotność to ta, w której naprawdę nie masz komu opowiedzieć co się wydarzyło u ciebie ciekawego tego dnia i..przeraża. A najgorsze, że nieraz nie można właśnie powiedzieć temu, komu się chce. Bo nie docenia, że chcemy mówić też. Ale właśnie...samemu tez trzeba nieraz jakąś inicjatywę wykazać przecież:)
Chorzy faceci to najgorszy gatunek pod słońcem... ;P
OdpowiedzUsuńSama wiesz, ale tak to już jest - jest nam najgorzej na świecie, a dochodzi to do nas dopiero wtedy, gdy spotkamy kogoś, kto ma jeszcze gorzej. A chyba już jest najgorzej, jak się jest takim samotnym staruszkiem, ma się swoją pasję i nikogo, żeby o niej słuchał i słuchał, jak Ty to zrobiłaś...
Wiem coś o tym :D Chociaż teraz to ja nie jestem lepsza ze swoim chorowaniem, jak mój Mąż do pracy chodzi:D
UsuńDokładnie. Nieraz coś, cudze nieszczęście musi w nas pierdolnąć, żeby otworzyć nam oczy.
Bo ja też lubię rybki i się tym jaram, to dlatego:D
Aż Cię nie poznałam ^^ Na początku notki myślałam sobie "rany, Frida, co się dzieje? Ok, ok, masz gorszy dzień, szanuję i rozumiem, czasem naprawdę trzeba, ale po co aż na blogu o tym pisać?" no i tak czekałam na puentę, a puenta jak zawsze taka sama ♥ Życie jest nieraz nie do zniesienia, nawet nie dlatego, że coś strasznego się dzieje, ale właśnie dlatego, że się źle czujemy i nic się nam nie podoba i cały świat jest przeciwko nam. Wiadomo. Czasem takie narzekanie małej dziewczynki jest potrzebne. I może jest bezproduktywne, bez sensu i w ogóle, ale mi daje czasem jakąś tam ulgę, o ile robię to tylko przed samą sobą, bo osoby trzecie raczej nie ogarniają, że taki humor też się ludziom zdarza, bo po prostu ludźmi jesteśmy właśnie :) Dlatego ja tak wolę "po kryjomu" i samo mi mija. No. Ale właśnie przez cały czas się zastanawiałam, po co ta notka XD
OdpowiedzUsuńMi jest zawsze szkoda samotnych starszych ludzi, ale jakoś mimo wszystko brakuje mi empatii do ludzi starszych, nie potrafię się zdobyć na pewne rzeczy po prostu. I nie wiem, czy to bezduszność czy po prostu moja młodość, bo to też jakoś z wiekiem przychodzi pewnie. Aczkolwiek tutaj faktycznie tak... przykro mi się zrobiło, z drugiej strony wiem jakie to jest piękne, jak ludzie opowiadają o swojej pasji - tak im się oczy wtedy błyszczą. W ogóle ja uwielbiam patrzeć ludziom w oczy, ale to już inny temat. I to jest bardzo ważne, żeby mieć kogoś, kto cię będzie słuchał, coś o tym wiem, bo mam deficyt słuchania w swoim domu i nigdy nie mogę się nagadać o tym, co pięknego widzę w prozie i poezji - no nie idzie się dogadać (może też dlatego, że moi rodzice, oboje informatycy, to z poezję ni be ni me? ale to naprawdę tylko jeden czynnik i to wcale nie ten najważniejszy - bo jak się czegoś nie wie/nie zna/nie rozumie, to przecież tak czy siak może to się stać ciekawe - ale oni po prostu nie chcą słuchać...). I właściwie to trochę się boję obcych ludzi, ale w sumie to by było ciekawe doświadczenie, spędzić z kimś kilka godzin, pić niedobrą herbatę (swoją drogą - strasznie mi zadziałałaś na wyobraźnię tą herbatą, aż chyba o tym napiszę jakieś jednowątkowe opowiadanie - i tak, herbata motywem przewodnim XD) i rozmawiać o pasjach. Czasem nic więcej, jak rozmowy i obecności drugiego człowieka, do szczęścia nie potrzeba.