piątek, 12 grudnia 2014

O kruchych pisklętach które nie są już dla tego świata, byciu trucizną i lekarstwem zarazem i zlizywaniu krwi, czyli o tym gdzie i dlaczego znikam słów kilka

-Ślicznie pani dzisiaj zjadła!- mówię wesołym głosem i zdejmuję jej śliniak, wycieram lekko pobrudzoną brodę, najdelikatniej jak potrafię.
Mówią mi, że nic nie rozumie, bo nie ma już kory mózgowej zasadniczo,.Altzheimer robi swoje. Mówią mi, że potrafi tylko krzyczeć, że ją biją, gdy chce się ją przewinąć, gdy trzeba ją umyć na łóżku, raz w tygodniu zanieść do wanny. Krzyczy tylko czasem słowa gówno, gówno, gówno. Tylko to zapamiętała.
Wychudłe ciało, skóra jak pergamin. Nogi coraz bardziej podkurczone.

Człowiek na starość, przynajmniej mi, coraz bardziej przypomina płód. Nogi zginają się w kolanach, przykurcze w łokciach podciągają ręce do wychudłych piersi, kręgosłup nieubłaganie wygina się w łuk. Warzy się coraz mniej. Znikają mięśnie, znikają ścięgna, kości. Skóry też ubywa, aż zostaje cienka, jak pergamin, cienka i delikatniejsza niż u nowo narodzonych dzieci. Cienka jak u dzieci w łonie matki, tylko jedna warstwa chroni nas przed światem. A właściwie...nie chroni już wcale. Przed światem nie możemy ochronić się sami. Ani trochę.
Czasem mam wrażenie, że starzejąc się, wracamy po prostu tam, skąd pochodzimy. Dlatego na starość na śmierć czeka się często jak na coś dobrego. Jak na ostatni sen, jak ostatnią podróż. Śmierć jest wtedy naprawdę jak poród, tylko w drugą stronę.

Widziałam już jak się odchodzi, nieraz, w różnych miejscach. We wtorek z kolei, gdy tylko tam przyszłam, od razu widziałam agonię jednej z kobiet, mającej 90 lat skończone w czerwcu, widziałam jak coraz ciężej łapała powietrze, czułam, jak robiła się coraz zimniejsza, gdy to ja szłam sprawdzić "czy jeszcze dycha". Męczyła się? Cóż...czy poród nie jest ciężki dla dziecka? Ale to tylko moment. Potem nadchodzi ostatnie tchnienie, tego człowieka, który ponoć już nic nie rozumie. Ostatni oddech. Jej ostatni oddech jest jasny, jak światło dobiegające z oddali. Światło księżycowe, a ona...a ona jest już gdzie indziej. Jej twarz jakby się uśmiecha. Spokojniejsza niż w ostatnich dniach. Może kiedyś, gdzieś, jeszcze nasze dusze się miną. Może już się mijają.

Może też nic nie rozumiała, gdy oddawała ostatnie tchnienie. Ale ta, którą karmię co dzień, jeszcze żyje. Przełyka z trudem zmiksowaną papkę z owoców i warzyw.
Kojarzy mi się z delikatnym pisklakiem, o którego trzeba się troszczyć. Ma piękne, ciemne oczy. Niespokojne nieraz, jak u zapędzonego w kąt zwierzęcia. Nic dziwnego. Przecież już nic nie rozumie. Ale nadal czuje. Czuje tak wiele. I tak wiele potrzebuje, choć wielu sądzi, że można ją zostawić samej sobie, jak kwiat w doniczce. Podlewać i starczy. Zapomnieli, że kwiaty też kochają muzykę. Zapomnieli, że kwiaty w środku też tańczą.

Wycieram więc jej twarz najdelikatniej jak umiem, już mam odchodzić, gdy jej powykręcane jak ptasie łapki, wiecznie zimne dłonie chwytają mnie za moje silne, ciepłe ręce. W żyłach moich palców tętni wesoło krew, moja skóra jest trochę szorstka, ale czuć w tych dłoniach życie. Jej skóra, delikatna jak papier, jej skóra, sucha i chłodna mówi o zamieraniu życia.
Mówią że nic nie rozumie, ta moja ptaszyna, ale w tych pięknych, ogromnych oczach widzę wszystko. Tyle mi starczy. Uśmiecham się do niej i chwytam jej ręce mocno w swoje, potem dotykam delikatnie twarzy, też chłodnej, pomarszczonej, patrzę w oczęta i mówię czule, ptaszyno moja, wrócę, ale teraz muszę już iść. Muszę nakarmić kogoś innego, ale wrócę.
Mówią, że nic nie rozumie. Mówią, że nic nie dociera, umie tylko srać pod siebie, wrzeszczeć i truć życie. Zostawiono ją więc tutaj, bo kto by miał cierpliwość do płodu, który ma narodzić się dla innego świata?

W poprzednim poście pisałam, że wyjeżdżam, bo mam coś do załatwienia.
"To coś" to praktyki, które będę odbywać jeszcze przez 3 tygodnie co najmniej...3 tygodnie, a może, mimo wszystko zachcę więcej? Może tu nie chodzi o odbębnienie 160 godzin, może chodzi o coś innego. Jak zawsze zresztą.

Nie wspominałam tu pewnie, ale po skończeni swoich studiów ( elektroradiologii, jakby ktoś nie wiedział) podjęłam naukę w zaocznej szkole policealnej. Tak ot, dodatkowo, póki mam czas, póki nie mam etatu w zawodzie tylko dorabiam, tu na onkologii za kobietę na chorobowym, tu zleceniówki na rentgenie. Kierunek opiekun medyczny z dodatkową hipoterapią.
Hipoterapii nikt pewnie się nie dziwi, bo przecież wielu kocha konie, a tam że chore dzieci, to dodatek. Tak przynajmniej słyszałam.
Ale opiekun medyczny? Wielu wzdryga się wręcz z obrzydzeniem. Mieć papier, fajna sprawa. Ale odbywać praktyki, nie robić ich na lewo?
Co ty, jebana misjonarka?- usłyszałam już takie pytanie, gdy powiedziałam, że tak, naprawdę, od poniedziałku do piątku od 9 grudnia do połowy stycznia mniej więcej ( odliczamy przerwę świąteczną i mamy piękne 160 godzin) będę biegać po domu pomocy społecznej i zmieniać pampersy, myć staruszków i ludzi w śpiączce, karmić ludzi, których nikt już tak naprawdę nie chce. Do tego nikt mi za to nie zapłaci. Co innego robić to za pensję, żyć w tym kraju ( albo za granicą, lepiej płacą!) za coś trzeba ale tak...
Serio, chcesz się tego uczyć? Dźwigać z łóżka na wózek, z wózka na łóżko, sadzać na kiblu, wrzucać do wanny?
Cóż...nie szkodzi mi się nauczyć. Każda umiejętność się przyda, mówię wtedy cynicznie.
I nie, nie mam kompleksu misjonarki. Zdecydowanie. Nie nalezę przecież do miłych ludzi...a jednak.

Kompleks misjonarki zresztą, dobre sobie...pamiętam jeszcze słowa Svena, naszego przyjaciela ze Szwecji, szamana, który widzi ludzkie dusze, widzi aury, widzi przeszłe życia.
"Twój bóg och, twoja bogini, przepraszam, ona w twojej duszy nosi na sobie niedźwiedzią skórę. Ty żywisz się cierpieniem."
Tak...cała prawda.
"Żywisz się cierpieniem i są dwie drogi, mój drapieżniku. Tak...bo nawet twoje rośliny, twoje symbole to wskazują., digitalis, tak...trująca, jak i ty. Ale dobrze podana leczy, leczy serce, leczy ciało, ratuje przed odejściem. Wiesz już, o co mi chodzi?"
Tak, jestem niedźwiedziem,padlinożercą idącym za ofiarą i drapieżnikiem w jednym, owocożerem i krwiopijcą naraz, jestem naparstnicą, rękawiczkami dla lisów, jak się śmialiśmy kiedyś z Mężem. Ja żywię się cierpieniem, jestem drapieżnikiem, leniwym i powolnym, ale żądnym wiecznie krwi, mądrym intuicją, mającym potężne łapy i kły. Jestem drapieżnikiem, potrzebuję cierpienia. Mogę je zadawać, albo pożerać u tych, którzy już cierpią. To moje przeznaczenie, według Svena.
Śmiałam się wtedy z tego, śmiałam się w wtedy, jak odczytywał moją niedźwiedzią skórę, choć Królik, mający swego Kruka, przyznał mu rację. Nie wierzę w przeznaczenie. Wierzę w wybór, mówiłam.
A potem przez przypadek trafiłam na swoje studia. I trafiłam na onkologię, choć całe życie miałam studiować coś innego ( choć tam jadłabym cierpienie...zwierząt)...i tam poczułam się jak ryba w wodzie. Na oddziale radioterapii albo oddziale paliatywnym, tam, gdzie umierali ludzi, tam, gdzie czuć w powietrzu ich ból...tam czułam się dobrze. Uspokajałam się. Znajdowałam równowagę.
Zlizywałam cudzą krew. Można rozszarpywać ciała, by ją wydobyć. Można zlizywaniem leczyć cudze rany. Stawać się nieraz aniołem śmierci i trzymać za rękę, gdy odchodzą, wyłapywać ostatnie tchnienie i czasem widzieć tą mgłę....tak. Ta mgła to moje przeznaczenie. Jasna albo ciemnawa, czerwonawa. Czasem złotawa. Ta wydawana z ostatnim oddechem. Bijące światło z zamykanych ostatni raz powiek.
Tak, to droga którą w pewien sposób wybrałam. Wybrałam, a może tak chciał los, moja natura niedźwiedzia, moja digitalis kochana, którą zawsze hoduję latem na małym kawałku ziemi, gdy tylko go dostanę?
Nie jestem misjonarką. Nie mam kompleksu zbawiania świata. Nie jestem dobrym człowiekiem, choć nieraz to słyszę. Och...jak nie rozumieją po prostu!

Ale zawsze najlepiej czułam się na najtrudniejszych oddziałach podczas studiów. Hospicjum? Proszę bardzo, po paru dniach wszyscy pensjonariusze mnie uwielbiali. Bo nie robiłam z nich dzieci. Nie unikałam dotyku, nie uciekałam wzrokiem. Patrzyłam na ich odchodzenie spokojnie. Jestem niedźwiedziem, zaprowadzę cię tam, gdzie musisz dotrzeć, jak wielu ludzi obok ciebie. Będę ci towarzyszyć, obetrę twoje czoło, umyję twój tyłek. Nie szkodzi.

( ...jestem niedźwiedziem, możesz umrzeć młodo, takie moje przeznaczenie, przemyka niecierpliwie przez głowę...)

Szpital psychiatryczny? Tak, uwielbiałam i to miejsce. Rozmowy z pacjentami, wyciszonymi lekami...choć wolałam zawsze tych, co się nie dawali. Bać się? Czego bać się w szpitalu psychiatrycznym? Każdy z nas to wariat. Ten zdiagnozowany cóż...jest nieraz tylko bardziej ludzki, nie ukrywa. To bywa piękne. Tak, dla mnie to piękne.
"W pani hyhy to jest coś dziwnego, hyhy" powiedział mi kiedyś jeden z panów, schizofrenik, który opierał się dzielnie lekom.
"Och...gdybyś tylko wiedział" pomyślałam i uśmiechnęłam się do niego, robiąc mu ekg.

Dla wielu to dziwne. Ale ja lubię szpitale. Lubię hospicja. Wyciszam się w nich, czuję się potrzebna. To żadne misjonarstwo, gdy kieruje mną czysty egoizm. Karmię się być może cudzym bólem, cudzym nieszczęściem, czuję się potrzebna. Dobrze mi, gdy krew leje się strumieniami, nie przeszkadza mi śmierć, którą nieraz idzie wyczuć w człowieku na kilometr. Wiecie, że śmierć też pachnie? Ale...o tym kiedy indziej. Trzeba mieć nieraz nos padlinożercy. Niedźwiedzia.

Kiedyś przepłaciłam to prawie załamaniem, gdy umarł jeden z moich pacjentów na onkologii. Mówiłam na niego Tezeusz, Tezeusz zagubiony w labiryncie życia. Rak płuc. 36 lat. Pierwszy list od bliskiego zmarłego.
Przeżyłam, stałam się silniejsza. Nawet po tym jak straciłam pacjenta, do którego się przywiązałam jak...jak do przyjaciela, gdy wychodziliśmy zapalić. Przeżyłam, cóż..chyba stanę się kolekcjonerką listów...ale nie o tym miałam.

Lubię czuć się potrzebna, pokazuje się moja dobra pozornie strona. Pokazuje się moja niewyczerpana cierpliwość drapieżnika, idącego za ofiarą. Pojawia się chęć ulżenia, pojawia się czułość. Przestaję być cholerykiem, na oddziale przestaję być ironiczna. Być może, tu staję się dopiero człowiekiem. Albo zwierzęciem, bo człowiek, to przecież nic więcej, jak zwierzę.

A może, lubię też po prostu ludzi, którzy prawdziwie są ludźmi. Jak to, powiecie? Człowiek chory psychicznie, człowiek chory na raka, człowiek z Altzheimerem który już nie mówi prawie, człowiek cierpiący....staje się prawdziwie człowiekiem. Nie mówię tu o osobach chorych społecznie, bo dla mnie ktoś kto nie ma nóżek czy rączek, albo jeździ po prostu na wózku ale potrzebuje minimalnej opieki nie jest chory. Mówię o ludziach na granicy...ale może ciężko to zrozumieć.
Lubię ludzi. Bo nie są dla mnie chorobą, są ludźmi właśnie. Wtedy njbardziej.

Zresztą...kto z nas nie cierpi? Wszyscy pozostajemy ludźmi. Ale nieraz nie mamy już siły się ukrywać za ramami społecznymi.
Takich ludzi kochają niektóre drapieżniki.
Nie jestem misjonarką. Jestem bestią. Nie myślcie, że to, że kocham tak pracować to coś pięknego. Gówno prawda. Gówno, jak powiedziałaby moja ptaszyna. To chyba faktycznie słowo, które można dobrze zapamiętać.

W każdym razie, odbywam praktyki w tak dziwnym dla wielu miejscu. Miejscu, o których wielu woli nie rozmawiać czy pamiętać. Bo o śmierci, o chorobie, o ludzi porzucanych przez rodziny się nie mówi...ale o tym napiszę pewnie innym razem.

Po pierwszym dniu spędzonym w domu opieki społecznej miałam wrażenie, że wylecę.
Nie, nie przeszkadzało mi przenoszenie pani ważącej 120 kg z łóżka na wózek. Nie przeszkadzały mi obsrane plecy jednej z pań w śpiączce, które dokładnie myłam. Nie przeszkadzało mi żywienie bezpośrednio do jelita, strzykawką. Nie przeszkadzała mi żadna fizjologia, żaden mocz, żadna ślina, żaden zapach nawet starości. Nawet nie rozumiem, jak można się brzydzić czyjejś kupy. Trzeba tylko zachować standardy higieniczne, bo jednak epidemie to nie przelewki ale tak...?
Śmiesznym jest, że rodzice nieraz zachwycają się kupką dziecka. Kupa ich dziadków już jest obrzydlistwem, choć pampers ten sam. Cóż, nie zrozumiem pewnie nigdy.
Nie przeszkadzało mi wrzeszczenie na mnie przez jedną panią, bo rozumiem, ma demencję, czasem boi się obcych.
Przeszkadzały mi inne opiekunki.

Nie myślcie, że znęcają się nad swoimi podopiecznymi. Że biją, zostawiają niedomytych. Czasem krzykną, czasem szarpną podczas przewijania. Czasem nie mają cierpliwości. Zdarza się, też są ludźmi, są ludźmi potwornie rozdrażnionymi i zmęczonymi też po 12 godzinnym dyżurze. Zmęczone, gdy na każdą przypada ponad 10 pań do umycia, nakarmienia. Rozumiem i to.
Nie znęcają się, opiekują się prawidłowo. Opiekują się jednak przedmiotami. Pierwszego dnia nie mogłam na to patrzeć. Wyrwało mi się parę niemiłych uwag, jak to mi. Bo mam cierpliwość dla swoich ptaszyn. Nigdy nie miałam do innych ludzi.

Następnego dnia, w środę, przetrawiłam to. Cóż...rutyna, zmęczenie, znieczulica. Wypalenie.
O Pani moja...to to, czego się najbardziej obawiam. Wypalenia. Bo każdemu może się przytrafić, choć, ja ponoć nie mam do tego predyspozycji. Bo ani nie mam duszy misjonarki, ani nie muszę odcinać się od emocji szpitalnych, od emocji umierania...skoro się nimi karmię, byłoby to głupotą, prawda?

Przetrawiłam całe ich znieczulenie. Przetrawiłam wrogie obozy "my- pacjenci" Przetrawiłam ich zmęczenie, bo naprawdę, te panie nie siedzą w ciągu moich 8 godzin praktyk więcej niż pół godziny. Przetrawiłam ich niepatrzenie w oczy, ich rozgoryczenie, żal. Też są ludźmi....część z nich , jak się okazało, także głęboko zranionymi ludźmi. Bo już w środę znałam część historii.
Każdy ma historię i nie wolno jej oceniać...ale nie o tym miałam.

Przetrawiłam to i wróciłam. Bo nie wróciłam następnego dnia do nich, choć może, w ich życiu też mam coś do zrobienia.
Wróciłam do mojej Ptaszyny cudownej, którą tylko ja mogę obecnie myć i przewijać, bo nie krzyczy wtedy, że ją biją, nie krzyczy gówno, gówno, gówno. Jestem wytrychem robiąc to, ułatwiam pracę. Zajmuję się więc nią codziennie z pietyzmem. Z pewną....miłością może nawet. To te cudowne oczy.
Wróciłam do pani K., której podaję codziennie też obiad i która powiedziała mi, że widać, że na co dzień nikogo nie karmę. Bo się nie spieszę.
Wróciłam do pani I., powykręcanej jak jeden z gatunków wierzby, pani w pozycji płodu, która nigdy nie doszła do siebie po śpiączce, pani która wydaje dźwięki sójki i stale wysuwa się z łóżka, pani którą karmie bezpośrednio do żołądka, a ona otwiera usta, jakby chciała jeść.
Wróciłam do pani Z., która ma parkinsona, nie może nic chwycić, ale ma sprawny umysł i opowiada jak jej mąż w PRL-u przemycał masło i jak to wszystkie chłopaki z wojska ją podrywały jak pracowała w kantynie.
Wróciłam do pani D., pani po operacji guza mózgu, która nigdy nie wróci do sprawności fizycznej, ale umysł ma ostry jak brzytwa i stale mi pociska i żartuje wulgarnie.
Wróciłam do pani P., która pewnie umrze na dniach po nocnym ataku padaczki. Widzę to, wiem to, czuję to, gdy wchodzę do niej do pokoju. Wyczuwam spokój. Wyczuwam jak krążą nad nią przewodnicy. Odejdzie pewnie spokojnie. Może to ja będę trzymać ją za rękę.

Wróciłam tam, wrócę w poniedziałek i do piątku znów nie dam wam znaku życia. Bo teraz, przez króciutki czas tam mam swoje życie, tam mam swoich pięknych ludzi- tak, pięknych właśnie, którym należy się trochę ciepła, trochę czułości. Ludzi, którzy być może potrzebują drapieżnika, padlinożercy, gdy przyjedzie umierać. Przez chwilę w ich życiu, przez chwilę a może aż do śmierci.

Kolejne lekcje, kolejne spotkania. Wielki spokój i ulga, radość wręcz gdy wielkie oczy ptaszyny patrzą w moje i widzę, jak bardzo się rozumiemy.
Mówią, że nic nie rozumie. Nie ma kory mózgowej.
Ale och...ona rozumie o wiele więcej niż oni, ja, czy ty. Rozumie to, co ty nieraz boisz się zobaczyć i dopuścić do siebie w swoim wspaniałym życiu. Bo jeszcze nie rozumiesz, że to tylko pewien etap. Ona rozumie i z godnością- tak, z godnością, bo każde starzenie i śmierć są godne ( o tym też pewnie wspomnę szerzej)- pokazuje mi. Uczy mnie, jak można zrozumieć. A ja jestem za to wdzięczna.



P.S. Zjawiać będę się tu nieregularnie, jak już wspominałam, będę znikać od poniedziałku do piątku zapewne.

I zapewne także, dużo znajdzie się tu refleksji o starości, ludziach samotnych/ porzuconych czy śmierci. Może to nie są tematy dla każdego, nie wiem. Ale...cóż. Chcę się tym podzielić i w tym miejscu. Nie miejcie mi tego za złe, bo tak naprawdę...nie ma za złe mieć czego.

  

75 komentarzy:

  1. Podziwiam Cię. Bałabym się opiekować takimi ludźmi również przez wzgląd na to, że taka opieka to również duża odpowiedzialność.
    Psychiatrą i ja chciałabym zostać, ale uciekam z piskiem na widok igły, więc nie mam szans być lekarzem :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, to wielka odpowiedzialność, można kogoś wręcz..łatwo zabić. Ale ja jakoś nigdy takiej odpowiedzialności się nie bałam, co śmieszne, nigdy nie podjęłabym się opieki nad dzieckiem, bo jakoś...tu mi łatwiej. Dla wielu to niezrozumiałe, ale tak to już u mnie jest:) I wiesz, pewnych rzeczy też cię nauczą. Wtedy łatwiej się zdecydować, wiesz, czy podołasz.
      A psychologiem? Bo oni nie bawią się igłami w sumie :D

      Usuń
    2. Gdybym miała do wyboru: małe dziecko bądź starsi ludzie chyba podjęłabym taką decyzję jak Ty. Starsi ludzie najczęściej, mimo, że schorowani to wiedzą, że są głodni, albo jak płaczą z bólu to mówią chociaż gdzie ich boli. A małe dziecko nie potrafi mówić, nie powie czy go boli głowa czy palec, czy urażona duma... Bądź co co bądź na szczęście nie muszę wybierać póki co.
      Też bym chciała :P Nawet miałam składać dokumenty na uniwersytet śląski, ale jak zobaczyłam, że na jedno miejsce jest 11 osób chętnych to zwątpiłam, po za tym bałam się chyba bardziej że się dostanę, niż że się nie dostanę ;p

      Usuń
    3. Wiesz...ci ludzie, którymi się zajmuję, nie wiedzą. Są właśnie niektórzy często jak dzieci. Nie mówią, nie powiedzą gdzie ich boli, bo nie potrafią już nawet mówić. Dlatego...to akurat nieraz to samo w pewnym sensie.
      Ja się na psychologię nie dostałam i nie żałuję w sumie. Bo chciałam też iść, być seksuologiem konkretniej...ale okazało się, że to, co wybrałam jako drugie, było lepsze:) A właściwie co teraz studiujesz? Bo się uczysz, prawda?

      Usuń
  2. Powtórzę to co moja poprzedniczka: podziwiam Cię. Nie wiem czy znalazłabym w sobie tyle siły i cierpliwości, jestem jednak bardzo narwaną osobą. Chociaż nigdy nie wiadomo jak człowiek zachowa się w danej sytuacji ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja się też powtórzę pewnie- tak naprawdę, to nie ma co tu podziwiać. Bo pewne rzeczy nie wymagają poświęcania, jak się sądzi, żadnej siły...po prostu niektórzy czują się dobrze w pewnych miejscach i to wręcz egoizm. Ale zdrowy egoizm, więc jest po prostu w porządku, do takich wniosków doszłam swojego czasu:)
      I też jestem narwana właśnie, a tam ma cierpliwość. Wsztystko zależy od otoczenia i tego, co sprawdzimy o sobie tak naprawdę:)

      Usuń
  3. Szczerze, nie bardzo wiem co Ci napisać...Jakoś instynktownie rozumiem, że to Twoja działka po prostu, sposób na życie. Że to, co dla wielu innych ludzi jest trudne i niepojęte, dla Ciebie jest w jakiś sposób naturalne. I chociaż pewnie nie chcesz, żeby Cię podziwiać, to ja jednak czułam jakiś podziw czytając to :) Choćby i dlatego, że ta Twoja troska o umierających ludzi jest piękna. Bo naprawdę jest. I odwaga, żeby w tym wszystkim w pełni uczestniczyć. To jednak dość niezwykłe, jakby nie patrzeć.
    Ja wiele razy widziałam umieranie moich bliskich, albo trochę dalszych osób, ale do tej pory nie umiem tego w pełni zaakceptować. Więc towarzyszenie innym w tej drodze nie jest na moje siły... Ale pisz o tym, dziel się, czuję że od Ciebie można się wiele nauczyć. No i życzę dużo sił w tym wszystkim. Właśnie w radzeniu sobie ze znieczulicą innych ludzi. Bo ze wszystkim innym przecież sobie poradzisz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, to moja hm...nisza, tak powiedzmy:) W biurze przy biurku bym się męczyła bardziej, czy psychicznie, czy fizycznie, więc właśnie podziwiać nie ma co za bardzo:)
      Może to piękne z boku, dla mnie naturalne...ale czasem, jak pisałam właśnie, boję się, że ta naturalność mi gdzieś uleci. Mam nadzieję, że wtedy się ogarnę i zmienię zawód albo zacznę po prostu wracać do siebie. Albo po prostu jednak mnie nie dosięgnie.
      I odwagi też tu nie ma. Właśnie dla mnie śmierć jest częścią życia, może nauczyło mnie tego, dziwnie, ale moje wychowanie na wsi, może nauczyła mnie tego moja religia, może po prostu to moja natura mistyczna, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Jedni mogą, inni nie, wiesz, przecież musimy się też różnić. Nie możemy być wszyscy powołani do tego samego, no nie?:) Świat by się zawalił jakby :D
      I dzięki, przyda się też przede wszystkim też..ogarnianie fizyczne,siła dosłowna, żeby mi kręgosłup nie strzelił :D

      Usuń
    2. No jasne, przecież to ciężka fizyczna praca. Wobec tego i tej siły Ci życzę!
      Rozumiem, że śmierć jest częścią życia, bo i ja w ten sposób o niej myślę. Że jest dobra i potrzebna. Naturalna po prostu. Jednak umieranie, ten proces odchodzenia jest dla mnie wciąż bolesny, gdy patrzę na to z boku. A Ty zanurzasz się w umieraniu tych ludzi i całym cierpieniu, które temu towarzyszy.

      Usuń
    3. Dzięki:)
      W sumie...jest takie powiedzenie "gdyby każdemu z nas powiedziano, że po prostu zaśnie, nikt nie bałby się śmierci. Człowiek boi się odchodzenia". I to jest prawda. Boimy się bólu, niedołężności, znikania pomału...ale to też często część życia i...po prostu ktoś nieraz musi nad odprowadzić do drzwi:) Mi to nie przeszkadza, ja się z tym dobrze czuję. Dlatego nie narzekam:)

      Usuń
    4. No więc masz piękną misję/powołanie czy jakkolwiek to nazwiesz. I w sumie chyba tylko kobieta jest w stanie podjąć się czegoś takiego. Silna kobieta, taka która dużo rozumie.
      Czytam właśnie taką książę, "Biegnącą w wilkami", jeśli ją znasz, to wiesz że chodzi mi o cykl Życia-Śmierci-Życia, który kobiety intuicyjnie rozumieją. Jeśli jej nie znasz, to bezwzględnie powinnaś poznać :)

      Usuń
    5. Siła drzemie w każdym z nas ale cóż...właśnie siła też różnego rodzaju.
      I fakt, że kobiety są jakoś predysponowane do wyczucia tego, jednak cóż...nasze oczy są trochę inne, choć, rzecz jasna, nie można tu nikogo dyskryminować ale nieraz nam pewne rzeczy chyba łatwiej przychodzą. I nie czytałam, ale jak polecasz, to przeczytam koniecznie:)

      Usuń
    6. Chodzi o to, że kobiety lepiej rozumieją cykl umierania i narodzin, bo same nieustannie w nim uczestniczą. To naturalny cykl przemian, związany też z tym, jak ciało kobiety zmienia się co miesiąc. Pisałaś już w sumie o tym kilka postów temu :) Dlatego byłam pewna, że czytałaś tę książkę. Ale jeśli nie, to koniecznie! Myślę, że odnajdziesz tam siebie :)

      Usuń
    7. No ja wiem, rozumiem o co ci chodzi:) O to mi chodziło właśnie z tymi predyspozycjami:) Tylko nieraz niektórzy faceci też mają pewien...dar. Choć inny. I tak, pisałam, ale bez znajomości tej książki to cóż...chyba faktycznie mi podpasuje:)

      Usuń
  4. Jakieś wydaje mi się to bliskie... W oczach innych 'misjonarka', ale...
    Wiesz jak dla mnie szpitale to miejsce bardzo specyficzne, hmm magiczne, może to dziwnie zabrzmiało, ale chyba w pewien sposób magiczne.
    Niestety Alzheimer to straszna choroba, przy której ludzie wokół zapominają, że przecież osoba chora nadal czuje, myśli, jest w swoim świecie, ale przecież nadal żyje i nie jest przedmiotem! A często jest tak w szpitalach traktowana, będąc tego świadkiem oczywiście też nie wytrzymałam, a w odpowiedzi otrzymałam oburzenie jak ja w ogóle mogę i potraktowanie tego jako coś normalnego, szczerze mówiąc w pewnym stopniu w ogóle zlekceważenie tego na co ja zwróciłam uwagę, chyba tylko, żeby udowodnić swoją 'wyższość'. Tak, osoby pracujące w szpitalach (też wiele zależy od oddziału), w tym przypadku chyba myślę o pielęgniarkach, mają bardzo dużo zajęć, ale właśnie niedomywanie pacjentów czy zapinanie pasami, żeby mieć spokój, to jednak lekka przesada. I mimo że takie pielęgniarki (może się ich za bardzo uczepiłam, nie chce nikogo urazić), posiadają wiedzę medyczną jak wszystko może wyglądać w różnych chorobach, to właśnie przy chorobach typu Alzheimer, demencja itd. często wydają się być kompletnie nie z tego świata, bo żeby zrozumieć te choroby chyba trzeba mieć z nimi do czynienia w swoim życiu, zetknąć się z tym w rzeczywistości u kogoś z rodziny, wtedy te osoby uświadomiłyby sobie, że ci chorzy naprawdę jeszcze coś czują.
    I sama nawet kiedyś myślałam o jakimś hospicjum żeby może trochę rozweselić świat tym ludziom, jeżeli w ogóle jeszcze się da, ale miałam jakieś obawy. Może, że to będzie zbyt uzależniające, bo przecież jak już tam pójdę pewnie przywiążę się do pewnym osób i co potem, a przecież to jest hospicjum, oni tam przecież odchodzą... W pewnym stopniu byłoby to ciężkie, ale może kiedyś warto spróbować.
    A co do poprzednich wpisów i Twoich wspomnień. No cóż... Chyba tylko pozostaje powiedzieć, że są piękne i wyjątkowe, bo resztę mówią same za siebie :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Cudze spojrzenia wyolbrzymiają to, co dla ciebie naturalne. Dla innych misjonarka a cóż...dla ciebie to żadna misja. Właśnie o to chodzi:)
      Są magiczne. Są właśnie..pełne namacalnego życia. Jak umiesz je tam odnaleźć, to jest prawdziwa magia.
      Czuje po swojemu. A przecież...tak czy siak, każdy z nas czuje po swojemu. Każdy ma swój umysł, poza który nie może wyjść. Tylko nieraz kontakt między jednym stworzeniem a drugim, jednym umysłem a drugim jest łatwiejszy, innym razem trudniejszy. Ale nadal jest czucie, jest myślenie choć...inne, mało pojmowane dla nas. A cóż...tylko ograniczeni powiedzą, że go nie ma. I to bywa bolesne.
      Wiesz, ja rozumiem mechanizm powstawania też znieczulicy. Odsuwasz się od pacjenta, żeby samemu nie cierpieć bo..pewne współodczuwanie jedank wypala człowieka. Ale jeśli tak się dzieje, to znaczy, że trzeba zmienić pracę. A nie tkwić w tym i sprawiać, że inni cierpią. Niestety...nadal jest jak jest. I trudno na to cokolwiek poradzić, bo to wielkie mechanizmy.
      Sama swoje pierwsze zbliżenie się do pacjenta i jego śmierć cholernie przeżywałam, zresztą pisałam tu o tym...ale powiem ci, że mimo wszystko warto. Tak z mojej perspektywy. Ale...to już kwestia osobista, musisz wiedzieć, czy to wytrzymasz, śmierć kogoś, do kogo się zbliżysz, a raczej stałą obecność śmierci w relacji. Ale dopóki nie spróbujesz, nie będziesz mieć pewności, prawda?
      Dzięki:) Chyba to mogę rzec z kolei ja:)

      Usuń
    2. Dla mnie to fascynacja! ;).
      I właśnie szpitale mnie nie dołują, jak to niektórzy twierdzą, że jak ktoś wyjdzie ze szpitala, chociażby po odwiedzinach to jest nie do życia. Mnie tam wszystko w szpitalach i tym co z nimi związane ciekawi :).
      Też rozumiem znieczulicę... Ale też trzeba rozgraniczyć znieczulicę, którą mają, a godne traktowanie człowieka, które powinno być oczywiste i w sumie płynąć jakoś samo z siebie w zawodach medycznych, a w szczególności takim jak pielęgniarka. Ach może jestem przewrażliwiona... Może za dużo w swoim życiu spotkałam właśnie takich osób, przy okazji chorób moich bliskich, chociaż oczywiście nie tylko takich i bardzo doceniam to co robią, mimo wszystko, bo przecież nie zawsze tak jest, mogą być tylko przypadki, wyjątki, na które ja miałam 'szczęście' trafić w swoim życiu.
      A przecież żadna osoba chorująca np. na Alzheimera, nie chce tego, na pewno nie chciałaby przysparzać trudności, zmartwień, przecież nie jest świadoma tego co robi, a kto wie co czeka nas samych...
      Hmm.. Myślę, że chyba kiedyś spróbuję albo wybiorę tę drogę, o której już kiedyś myślałam :).

      Usuń
    3. No rozumiem:)
      Po prostu, ludzie różnie reagują i mają do tego pełne prawo. Niektórzy chcą widzieć tylko cierpienie, sami boją się choroby, bólu...niektórzy mogą dostrzec coś więcej. Zresztą, czy tak nie jest ze wszystkim?:)
      Owszem to też jest różnica, ale jedno z czasem prowadzi do drugiego niestety...ludzie zapominają, robiąc mechanicznie pewne rzeczy, co to godność ludzka, drugiej istoty w ogóle. Dlatego mówię, takie osoby powinny chyba zmienić zawód, zacząć robić coś innego albo chociaż chwilę odpocząć...no ale u nas tak to nie działa. Dlatego właśnie w szpitalu można się nadal z czymś takim spotkać.
      Ale na szczęście są też i właściwe osoby na właściwym miejscu i nieraz im możemy jakoś dziękować, że dobrze odnaleli swoje no hm, powołanie jako takie.
      I pewnie że by nie chciała. Tylko nie wszyscy też to potrafią zrozumieć. Czasem i najbliżsi.
      O której myślałaś? Tzn?:) Jeśli mogę zapytać oczywiście:)

      Usuń
    4. Jak już kiedyś stwierdziłyśmy u mnie przecież każdy człowiek odczuwa inaczej, ma swoje dziwactwa, charakter itd. i jest tego wśród ludzkości miliardy, dlatego też w tym przypadku, jak w każdym, to zależy od człowieka i tego jego indywidualnego sposobu postrzegania istniejącego wśród tych miliardów ;).
      Ja myślałam o ratownictwie :). Jednak po tym jak wszyscy mi odradzali, też osoby z tego środowiska, w końcu zrezygnowałam chociaż przez dwa lata tylko to wchodziło w grę i było w mojej głowie. Jednak szczerze mówiąc oni mieli trochę racji, bo mimo pasji, byłaby to praca wykańczająca, a jeszcze w naszym społeczeństwie słabo doceniana, a wręcz przeciwnie. Wiesz myślałam wcześniej, że też kiedyś w międzyczasie będę mogła iść do 2letniego studium, które słyszałam, że nawet lepiej przygotowywało ze strony praktycznej niż studia, ale coś takiego niestety zostało wycofane, więc mooże kiedyś pójdę na studia na taki kierunek, po tym jak może skończę obecny :).

      Usuń
    5. Dokładnie:)
      W sumie, ratownictwo to też genialny zawód ale właśnie cóż...mało doceniany, nadal niesłusznie kiepsko opłacany, mało wdzięczny przez system właśnie i to samo postrzeganie go, tak jak mówisz. Łatwo się na to nie zdecydować przez to, bo jednak...każdy chciałby realizować tą pasję, ale chciałoby się jakoś też godnie żyć, no nie? A czasem trzeba wybierać w tym...absurd. Ale to już inny temat, też trochę zahacza o inną naszą dyskusję:)
      Bo teraz wszędzie w zawodach medycznych w sumie licencjaty mają być konieczne.

      Usuń
    6. Genialny, ale... Tak jak sama piszesz w ogóle nie doceniany, a to jak się mają zarobki ratowników do pracy jaką wykonują, to w ogóle jest śmieszne, bo ratownik to już właśnie nie jest tylko praca, to musi być pasja, jeśli się na to decydujemy, ale przecież właśnie jeszcze chcemy jakoś godnie żyć, a oprócz dużej satysfakcji i przyjemności, to jest jeszcze zmęczenie i odpowiedzialność, które nie są proporcjonalne do tego jak się ratowników traktuje itd. A jeszcze na dodatek kobieta... W tym zawodzie to już wgl 'ogromny plus' ;D. Dlatego jak na razie coś innego, a później może kiedyś dla przyjemności ratownictwo :).

      Usuń
    7. Dzisiaj w ogóle miałam fajną rozmowę o prestiżu zawodów medycznych i mi się właśnie to przypomniało. Że prestiż powoduje kwestia finansowa, ale też...to nieraz, jak sami pracownicy się zachowują i mówią o swoim zawodzie. To nieraz przeradza się w takie trochę błędne koło, nie sądzisz?
      No i tak, płeć tutaj robi akurat swoje, chętniej przyjmuje się nawet do pracy mężczyzn...chociaż nieraz to masz Helgi 180 cm które lepiej sobie poradzą niż taki malutki chłopaczek 160 w kapeluszu ale...tak się utarło i już.

      Usuń
    8. Właśnie.... Może wszystko zależy też trochę od samego środowiska, jak o siebie zadba, a też od ludzi jak go postrzegają i przedstawiają.
      Tylko mi do tej Helgi niestety trochę brakuje, wzrostem może nie, bo 170cm to już nie tak mało do niejednego wysokiego faceta, ale dość szczupła budowa pewnie by nie pomagała w znalezieniu pracy i udowodnieniu, że też dam radę ;).

      Usuń
    9. Dokładnie. To tak jak z pielęgniarkami uważającymi lekarzy za bogów...same siebie uniżają jakoś, no nie?
      No tak, to na pewno byłby dodatkowe problemy...ale i tak, nieraz chcieć to móc:)

      Usuń
  5. Podziwiam.Nie każdy tak potrafi.Do tego trzeba mieć właśnie to coś.Nie pasję,bo to nieodpowiednie słowo,ale właśnie to COŚ.
    Moja mama pracuje jako opiekun medyczny więc wiem o czym mowa.Naprawdę podziwiam takich ludzi,bo wiem jaki to gorzki chleb.Może nie gorzki,ale po prostu trudny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja powiem kolejny raz dzisiaj- nie ma co podziwiać. Bo skoro mam to coś, to jest mi w tym łatwo. Ja bym nie wysiedziała za biurkiem i podziwiam księgowych. Wychodzi na to samo, no nie?:)
      O proszę, pracuje w ten sposób...mam nadzieję, że nie narzeka za bardzo na pracę, jak te panie, na które trafiłam.

      Usuń
    2. No w sumie tak :) Każdy kto robi coś dobrze jest godny podziwu.
      Różnie to bywa zależy jaki podopieczny,ale zazwyczaj nie.

      Usuń
    3. Dokładnie, ważne, żeby robił to dobrze:)
      To tyle dobrze:)

      Usuń
  6. Czytając niektóre zamieszczone tutaj komentarze, sama nie wiem, co mam myśleć o nich, o zamieszczonych tutaj słowach. A może i o sobie? Jestem jedną z tych niezwykłych, jedną z tych bardziej wrażliwych. Tą, która wymaga stałej opieki i będzie jej wymagać. Ja Ci nie napiszę, że Cię podziwiam. Powiem tylko, że każdy ma w życiu swoją Wojowniczkę. Kogoś, kto podaruje im choć cząstkę tzw. normalności. Kto załagodzi poczucie krzywdy i bezsensu. Bo ten piękny tekst, który napisałaś, dowodzi przecież, że cierpienie ma sens, prawda? Chciałabym wierzyć, że dożyję czasów, kiedy pisanie o własnym cierpieniu, a może nawet gaśnięciu, nie będzie uznawane za wariactwo. Za coś, co z góry zasługuje na potępienie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tu wychodzi kwestia spojrzenia chyba, wiesz? Bo każdy ma swoja perspektywę. Jak ktoś nie spotkał się z czymś, z kimś cierpiącym, patrzy na to jak na coś egzotycznego. Jak ktoś nie spotkał czegoś, dziwi się. Taka jest ludzka natura, w wielu kwestiach wymaga oswojenia i Ty to wiesz i ja to wiem przecież...ale właśnie może chodzi o to, by ją oswajać. I choćby ty na swoim blogu właśnie nieraz pięknie to przecież robisz.
      Bo tu nie ma co podziwiać. Mnie na pewno nie. Jak już to kogoś, kto cierpi i to znosi.
      I ma sens, pewnie że ma sens, nigdy nie sądziłam inaczej. I pisanie o tym nie jest wariactwem, jak już mówiłam, to piękne. Tylko właśnie ludzie muszą się oswoić. Zawsze tak było a czy będzie...cóż. Może trochę mniej jednak:)

      Usuń
  7. Ja nie rozumiem zachwycania się żadną kupą, nawet swojego dziecka. Ale faktycznie, skoro taką można się zachwycać to czemu kupa rodzica czy dziadka jest fu?
    Kiedyś mama mi powiedziała, że jak się stanie już taka niedołężna i bym musiała się nią cały czas opiekować to po prostu mam ją oddać. Żebym miała swoje życie. I może to się wydaje okrutne, ale pewnie bym tak zrobiła. Tylko, że dla mnie to nie oznacza jakiegoś odcięcia się od tej osoby czy zapomnienia. Bo kurczę, jeśli mogę komuś zapewnić fachową opiekę to czemu mam tego nie zrobić, prawda Zresztą ja mam świadomość, że skoro nie chcę mieć dzieci to sama mogę wylądować w takim miejscu. I to nic złego. Kurcze, za granicą to coś normalnego, a mam wrażenie, że u nas to kolejny temat tabu. Nikt nie mówi z jakimś wyrzutem, że dzieci go oddały, a u nas pół rodziny się obrazi na takie dziecko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja widziałam nawet jak ktoś na fejsie wrzucił zdjęcie pięknej kupki dziecka :D
      Moja mama też tak mówiła. Mówi do tej pory ale...gdy mam tam praktyki, coraz bardziej przekonuję się, że tego nie zrobię nigdy. Mamy trochę inną umowę ale...o tej nie będę publicznie pisać, mogę ci powiedzieć potem albo wysłać w mailu. Ale na pewno nie oddałabym mamy do zakładu opieki. Wolę tą naszą umowę. Bo widzisz....nawet jak odwiedzasz kogoś codziennie, to co innego. To co innego, gdy człowiek nie jest u siebie, gdy dla wielu w otoczeniu staje się przedmiotem. To co innego, gdy jedna pani jest w pełni sił umysłowych i leży na sali z kimś, kto woła tylko gówno albo jęczy i kwili jak pisklak, całą noc. Ta druga osoba chora cóż...też obrywa przecież psychcznie. Nie mówię, że te zakłady są złe, że trzeba je likwidować. Są potrzebne, nie każdy ma sie gdzie podziać. Ale póki jest wybór...to ktoś chory powinien być przy tym, kto go kocha. Ale to różnie bywa, różne są wybory, ja piszę tu całkiem z osobistej perspektywy. Nie chodzi o jakieś obrażanie się o oddawanie, ocenianie, co to to nie. Są różne sytuacje, różne wybory przecież. Różne życia i tyle:) Ale ja sama...nie, coraz bardziej przekonuję się, że nie oddałabym. Ale..ja też jestem fachową opieką, więc mogę sobie mówić:)

      Usuń
    2. Żartujesz? :O Jak bardzo chciałabym skomentować takie zdjęcie, a potem zgłosić naruszenie muhahaha xD
      A no właśnie, sama jesteś fachową opieką, więc to trochę inaczej :D W sumie, tak na dobrą sprawę też nie wiem jak się wszystko potoczy i może teraz też mówię, że bym to zrobiła, a jakby przyszło co do czego to bym nie mogła. Hipotetycznie to zawsze wszystko inaczej wygląda.

      Usuń
    3. No nie żartuję właśnie :D Cóż...ludzie mają różne głupie pomysły :D
      Dokładnie, mam praktykę na obcych ludziach więc w ogóle łatwiej jakoś troszkę mi przewidzieć w ogóle, czy dałabym sobie radę ze swoim bliskim. Bo wiem w ogóle jak to wygląda, to nie tylko jakaś tam wizja i tak dalej.
      I jasne, nigdy nie wiesz, póki cię coś bezpośrednio nie spotka, nie dotknie. Możemy tylko tak sobie w sumie gdybać.

      Usuń
    4. To już gorzej niż głupota xD
      W ogóle to dzisiaj w szkole jakoś zeszłyśmy na temat opiekowania się starszymi w Niemczech i ponoć jedna starsza babka zamknęła taką młodą opiekunkę w piwnicy! xD Teraz to mnie cholernie śmieszny, ale kurde, jedziesz do biednej starszej osoby, a ona Cię zamyka i nie daje Ci jeść! A ponoć z ludźmi poznanymi przez internet nigdy nie wiadomo xD
      A gdybanie w sumie do niczego nie prowadzi, nie? :)

      Usuń
    5. Dokładnie :D
      No to ładnie drastyczna opowieść tej :D Ale cóż...różne dziwne rzeczy się w tym świecie zdarzają, a i staruszki niemieckie potrafią być zbzikowane i wojownicze...:D I właśnie, internety takie złe a tu niepozorne staruszki no...:D
      Czasem prowadzi. Ale chyba nie to akurat:)

      Usuń
  8. Robisz coś, żeby pomóc ludziom, którzy tej pomocy potrzebują, robisz to z czystego serca, ale że nie bierzesz za to forsy, to już jesteś "dziwna". Ach Ci ludzie i ich "nie znam się, ale się wypowiem". Takie osoby jak Ty to naprawdę rzadkość i Ci ludzie, którymi się opiekujesz, na pewno jest im odrobinę lżej, lepiej, jak wiedzą, że komuś na nich zależy nawet w tych ostatnich dniach...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dokładnie, na wszystkim w naszych czasach trzeba zarabiać, a wartość tego co lubisz, robisz, można przeliczać tylko na pieniądze, smutny stygmat naszych czasów właśnie. No ale, nie można mu się poddać łatwo:)
      I wcale nie rzadkość, jednak, wielu ludzi chce to robić, lubi to robić i nie stają się przez to potworami ze znieczulicą :)
      I pewnie tak, bo każdy chciałby mieć kogoś, kto go trochę odpworadzi do ostatnich drzwi, prawda?

      Usuń
    2. Wiadomo, że nie można się poddać:) Dlatego jestem pełna podziwu.
      Tylko mogę się z tego powodu cieszyć, że istnieją jeszcze normalni ludzie na tym padole ;)
      Ano pewnie, a najgorsze jest to, że wielu nie ma takich osób, bo albo rodzina się wyprze, albo zostawi... albo po prostu jest się samemu na świecie i to jest chyba dla mnie najstraszniejsze.

      Usuń
    3. A ja mówię, podziw jest zbędny:) To też kwestia egoizmu zawsze, wiesz :D Jak się poddasz w pewnych kwestiach, nie jesteś sobą, to ci źle, no nie? A ja nie mam zamiaru nosić wewnętrznego szlamu :D
      Normalność znowu tu jest względna :D
      No tak...niestety, różnie też życie się po prostu układa, nie wszystko przewidzisz....nawet nieraz ta rodzina nie ma możliwości, nie chcą ale muszą, albo nie potrafią podołać pewnym rzeczom...niestety i tak wychodzi. Zdarza się pod koniec ta prawdziwa, najbardziej dotkliwa samotność...ale choć trochę można próbować ją nieraz pokonać, no nie?:)

      Usuń
    4. Niektórzy podejmują decyzje zgodnie z samym sobą, niektórzy nie i to wszystko chyba od charakteru zależy :D
      Noo, może nie o to dokładnie mi chodziło, tylko o przyzwoitość, o to już chyba lepsze słowo :D
      Ja nie mówię o osobach, które nie mają innego wyjścia, bo to jestem w stanie zrozumieć :) Nie jestem w stanie zrozumieć, jak ktoś po prostu nie chce się członkiem rodziny opiekować, rodzicem na przykład, który to rodzic się opiekował nim jako dzieckiem... To jest takie trochę dla mnie... samolubne, ze jak człowiek staje się starszy, to już nie jest tak ważny. Nie dla wszystkich oczywiście. Ano pewnie, że można, wręcz wypada :)

      Usuń
    5. Albo i od wychowania, czy np. jakąś uległość społeczną czy odwagę pokazali rodzice.
      O, brzmi dobrze :D
      No bo nieraz właśnie różnie życie sie układa ale..to też kwestia co rozumiesz pod "nie mieć wyjścia". Bo np. nie każdy jest w stanie psychicznie wytrzymać zmienianie pieluch swojej matce. Po prostu nie wyrabia i już i dlatego oddaje do domu opieki albo wynajmuje do tego kogoś. Ja staram się w tej kwestii nie oceniać chociaż...sama coraz bardziej się przekonuję, że swojej mamy bym nigdzie nie oddała. Wiadomo o co chodzi:)

      Usuń
  9. Ja sama naprawdę nie miałabym cierpliwości do chorych, mimo że rozumiem... wiele...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo po prostu nie każda praca czy zajęcie jest dla każdego. Ty z kolei masz wielkie serce dla psów...już dużo dobrego w tym świecie robisz :)

      Usuń
    2. To one zwłaszcza jeden robi dużo dobrego dla mnie:)) on sie urodził by pomagać ludziom

      Usuń
    3. To pewnie działa w dwie strony:)

      Usuń
  10. Powodzenia w realizowaniu siebie ;)
    Wybacz, że jeszcze nie napisałam nominacji, ale zmęczenie bierze we mnie górę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:)
      I spokojnie, przecież to nie przymus, nie ma tu też ram czasowych, napiszesz, jak będziesz chciała. Ale mam nadzieję, że to nic takiego, w sensie, to zmęczenie...

      Usuń
    2. Nie tam, po prostu efekt za dużej ilości roboty. Ale to już się skończyło, tylko muszę odetchnąć. ;)

      Usuń
    3. A, to jak o nawał roboty chodziło, to ok:)

      Usuń
  11. Ptaszyna... teraz rozumiem, czemu mi niedawno napisałaś, iż to miano ma dla Ciebie wyjątkowe znaczenie.
    I wiesz, trochę trudno jest mi komentować tą notkę jakoś "oryginalnie", bo w sumie przez głowę przeszła mi myśl "O, podziwiam, ja bym tak nie potrafiła!", ale w głębi siebie odczuwam, że... nosz, mogłabym też w podobny sposób działać. Może nie z takim nastawieniem jak Ty, ale mogłabym. Ale muszę pierw co nieco pozmieniać w swojej głowie, te wszystkie przekonania o śmierci, cierpieniu. Bo to mnie hamuje, nawet nie "strach" przed ciałami tych starszych, umierających ludzi... odnośnie tych ciał to ostatnio tak mnie wzięło na rozmyślania i zastanawiałam się właśnie, czemu takie stare ciało budzi pewnego rodzaju poczucie zgrozy, przerażenia... obrzydzenia. A tymczasem noworodki, świeżo wyciągnięte z łona matek to najpiękniejsze istotki na świecie, pomimo tego, że są "czerwone", mokre i pomarszczone... gdzie sens, gdzie logika, chciałoby się powiedzieć.
    Przecież ci ludzie z domu opieki społecznej to też istoty zdolne do kochania, odczuwania, posiadania marzeń... Moja kuzynka jest opiekunką medyczną. I pamiętam jak opowiadała mi nie raz, nie dwa o swoich podopiecznych jak o najlepszych przyjaciołach, a czas spędzony z nimi jest najpiękniej wykorzystanym momentem jej życia.
    Ale ta praca nie jest dla wszystkich. Ja nie odczuwam ku temu powołania, mimo że chciałabym jeszcze raz podjąć się bycia wolontariuszką w hospicjum... bo kilka lat temu to było dla mnie za szybko, zbyt wiele nie rozumiałam... Teraz też wiele rzeczy nie rozumiem, ale, sama nie wiem, może to przez to, że ja uwielbiam pomagać, czuć się potrzebna. A ci ludzie narawdę potrzebują pomocy. I dobrze, że są na tym świecie jeszcze tacy ludzie jak Ty.

    Zmieniając jeszcze temat... tak odnośnie Twojego poprzedniego postu i nawet tego najnowszego - ostatnio naszła mnie chęć poznania mojego totemu zwierzęcego. Serio chciałabym poznać tą cząstkę siebie, która napewno jest gdzieś we mnie, głęboko ukryta. Tylko, nie wiem jak ja mam się za to zabrać. Szamanów to ja żadnych nie znam, więc przepowiedziec, nikt mi niczego nie przepowie. Zresztą, pomyślałam, że skoro to jest cząstka mnie to napewno są jakieś sposoby, dzięki którym mogłabym sama to osiągnąć. Tyle, że tego to ja też sporo znalazłam: od medytacji, wizualizacji, po bieganie nago po lesie czy malowanie ścian w pokoju na odpowiednie kolory ;D Mogłabyś mi coś doradzić na ten temat, bo serio ostatnio mnie to naprawdę intryguje? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. To ktoś...kruchy, można tak powiedzieć właśnie. Zawsze miałam jakieś swoje Ptaszyny:)
      Bo tu nie ma co podziwiać, jedni to lubią, mogą to robić, inni czują że nie chcą po prostu i do tego to się sprowadza. I w sumie, nie wiesz też nieraz, póki nie spróbujesz przecież:) I pewne nastawienie do niektórych rzeczy, tych trudnych, przychodzi też po prostu z czasem, z praktyką. Takie albo inne, niestety nieraz.
      Właśnie mnie to dziwiło, nastawienie do ciała ale...może to dziwnie zabrzmi, ale nieraz mam wrażenie, że tutaj działa trochę instynkt. W sensie wiesz, coś co przypomina o chorobie, śmierci pierwotnie nas nawet, jak to zwierzęta, odrzuca. A po drugie...dzieckiem można się zachwycać, bo właśnie dopiero rośnie, to jest potencjał a tu...co czeka? Tylko śmierć. I czasem takie ciało przekazuje nam lęk o tym, że nas samych być może to czeka. A wielu ludzi nie chce o tym myśleć przecież. A pewnie że kochają, mają marzenia. Czasem całkiem malutkie marzenia w naszym pojęciu, ale jednak. I nieraz z tymi ludźmi właśnie świetnie się rozmawia, tak naprawdę, mają bardzo wiele jeszcze do przekazania. Starsi ludzie nieraz mają w sobie wielką mądrość ale cóż...w naszej kulturze niekoniecznie się to docenia też.
      Tak samo jak nie dla każdego jest powiedzmy praca za biurkiem, nie dla każdego jest praca opiekunki dzieci- na przykład nie dla mnie :D, nie dla każdego jest praca ze zwierzętami..każdy ma jakąś swoją niszę przecież, nie wszyscy mogą robić to samo, bo świat chyba stanąłby w miejscu:)
      Niektóre rzeczy być może trzeba zrozumieć też przez praktykę. Bo sama teoria niewiele daje, sama się o tym już przekonałam. A i tak zawsze zostaje coś, czego nie wiemy, czego nadal musimy się uczyć:)
      No może :D

      A co do drugiej części komentarza to napisałam ci wczoraj maila, bo mam wrażenie, że to za długi temat że tak powiem:)

      Usuń
  12. Skończyłam geragogikę...pracowałam na oddziałach opieki paliatywnej, wiem o czym piszesz...Trzeba mieć w sobie mnóstwo siły, pogody ducha, ale i pokory.
    Trzeba też umieć oddzielić pracę od domu i odwrotnie...
    Mnie ciężko było zamknąć drzwi szpitala i przestać myśleć o pacjentach...
    Kiedy moi pacjenci umierali ja nie dawałam rady, przywiązywałam się, wszystko bardzo przeżywałam...
    Po urodzeniu Młodej nie wróciłam już na swoje stanowisko.
    Zaczęłam inne studia...
    Dziś zajmuję się Dziadkiem, który choruje na Alzheimera, jest leżący od dwóch lat...przeżywam równie mocno, ale inaczej...
    Taka praca to ciężki kawałek chleba, cudownie że są takie osoby jak Ty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. W ogóle, mam wrażenie, że pokora wszędzie bywa przydatna. Ale niestety, wielu ludzi o niej zapomina.
      Ja się tego już nauczyłam. Przez to, że raz nie oddzieliłam właśnie i strasznie oberwałam po dupie. Ale tego można się nauczyć na szczęście i nie chodzi o to, żeby w ogóle o nich nie myśleć, odcinać się ale jakoś...umieć zaakceptować może pewne sprawy.
      I rozumiem. Wiesz, lepiej nie wracać, niż pracować dalej i nie dawać rady, stawać się maszyną żeby uratować swoją psychikę albo się wypalać całkiem. Mądra decyzja w takim razie.
      Bo to ktoś bliski, to jednak odczuwa się zawsze inaczej.

      Usuń
  13. Jesteś pierwszą osobą, która zaraz po mnie uważa, że śmierć pachnie. Jak już pisałem Ci, trochę ich przeżyłem w swoim życiu i doskonale o tym wiem. I kiedy mówiłem o tym kiedyś mamie, powiedziała, że chyba trochę nie mam klepki ;D. A ja się dziwię, jak można tego nie czuć? Jak można o tym nie wiedzieć? Przecież takie to oczywiste.
    Jak wiesz, byłem wolontariuszem w schronisku dla psów. I tam nieraz było podobnie. Przychodziły różne stworzenia z różnymi historiami, które wypisane były w ich oczach. Nas tylko kilka, a ich tak wiele. Ale staraliśmy się z każdym wyjść. Niektórzy ograniczali się tylko do tego - krótkiego spaceru po trawie. Nigdy nie widziałem w tym sensu, nawet jeżeli miałem niewiele czasu. Psy były przestraszone, zamknięte w sobie. Mam wrażenie, że psy akceptowały mnie w swoim otoczeniu. Pozwalały do siebie dojść, okazać im czułość. Być tym, kim chcą być. Niemal zawsze po kilku godzinach czułem się wyprany z sił, ale zadowolony. Zupełnie, jakbym przenosił z siebie swoją siłę i spokój dla nich. Pod moją opieką udało się kilka psów oddać dla ludzi, a ci są ich właścicielami po dziś dzień. Ach, piękne wspomnienia.

    Ja nie lubię ludzi i dobrze o tym wiesz. Ciekawe jaki mam totem zwierzęcia, pewnie jakiś taki, który chodzi głównie samotnie. Zabawne jest to, że znalazłem swoje notatki, pamiętasz, jak Ci o nich pisałem?
    Wiesz co w nich znalazłem? O wiecznym życiu, o duchach, wychodzeniu z ciała astralnego... Aż się zdziwiłem, bo od razu na myśl przyszłaś mi Ty. Witaj, moje Przeznaczenie, co? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja ci pisałam, ja znam więcej osób, które tak sądzą. Wiesz, to też czasem właśnie pewna hm...praktyka może. Jak poznasz śmierć, umiesz ą wywęszyć, dosłownie i w przenośni.
      I zawsze trzeba pamiętać, to co dla jednego oczywiste, dla drugiego może być wręcz czarną magią, no nie?:)
      Bo to jest to samo, czy zwierzęta, czy ludzie...dla mnie to takie samo działąnie, ale niestety, wszędzie zdarzają się ludzie, którzy się do tego nadają i ludzie, którzy nie wiadomo w ogóle, po co tam są.

      Może powinieneś do tego wrócić, co?:)

      No tak, notatki...a o pewnych sprawach to już pogadamy sobie na osobności :D I przeznaczenie...no no... :D

      Usuń
  14. Hipoterapia... Ja chciałam się wyspecjalizować w cavioterapii... Ale mając mojego małego, kochanego, ślicznego.... Prosiuna. Nie chcę nikomu pozwolić go dotykać :P
    Opiekun medyczny nie jest zły. Na niektórych szkołach jeszcze dopłacają Ci! Serio u mnie 50 zł za godzinę praktyk!! :D
    Ale to tak... Mówiąc technicznie, a w prawdzie... Trzeba być silnym, mieć serce ale i one musi być w twardej oprawie bo wiele by było takich co by się brzydziło a inni znów by siedzieli i płakali, a to o to chodzi by robić :)
    Powodzenia na praktykach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, to co innego, jak to twoje stworzonko, a jak powiedzmy konie czy psy czy te świnki już, które są po prostu jakby no...w pracy. Bo też pracują :D Ale ja lubię jak inni moje koty na przykład głaszczą, zawsze sama kładłam swoje kotki na Kat, jak miała chory pęcherz, coby ją rozgrzały :D
      Różnie bywa z praktykami, jasne. Ale ja mam bezpłatne, ale serio, nie narzekam na to ani trochę:)
      I pewnie że tak, bo jak ma pracować i opiekować się ktoś, kto chodzi po korytarzu i wyje? Żadna przesada nie jest wskazana przecież.
      I dzięki:)

      Usuń
    2. No ale psy, koty się chowa, trenuje. To nie jest tak,że pracują, z nimi się idzie do pracy. Bo to nie jest tak,że jest klata świnek i tylko je się wyjmuje do pracy :P Albo psa :P Takie "narzędzia" są o tyle trudniejsze w stosowaniu bo je niezwykle się kocha. Dogoterapię chciałam zrobić, ale pies nie mam warunków na psa, bo mam jednego, który się nienadaje :P A koń... Czy delfin no.. Nie spędzamy z nimi tyle czasu co takimi jakie mamy w domu :) I jakoś tak... Po prostu mój prosiak i koniec XD
      Ja nie mówię,że masz narzekać, bo w większości praktyki są niepłatne i ważne by je robić i się uczyć :)
      Moja koleżanka praktykowała na świetlicy socjalenej. Siedziała z dziećmi i płakała bo miały straszny żywot i mówi,że nigdy więcej :P

      Usuń
  15. Ja mam praktyki na studiach, które trzeba obowiązkowo odbębnić. Moi dziadkowie na szczęście do końca pozostali na chodzie i nie mieli zaników pamięci. A u nas taki kraj trzeba się imać różnych rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na studiach też miałam, wszystkie praktyki szpitalne, wakacyjne i tak dalej. Zawsze je bardzo lubiłam :)
      I oby tak zostało :)
      A pewnie..ale wiesz, też dobrze po prostu nieraz wielu rzeczy się nauczyć, tak dla samego siebie:)

      Usuń
    2. Pewnie, że tak. Myślę, że trzeba inwestować w siebie. Dzisiaj pracodawcy też chcą, żeby pracownik miał wiedze i znał się po prostu. A ja nie wiem czy umiałabym pracować w szpitalu np. na jakimś oddziele. Ale w aptece szpitalnej już tak :)

      Usuń
    3. W sumie praca w aptece szpitalnej zawsze wydawała mi się fajna:)
      Gorzej, jak ci powiedzą pracodawcy że...masz za wysokie kwalifikacje na dane stanowisko, bo to też się zdarza :D

      Usuń
  16. Pomaganie innym...bardzo ciężka czasem praca. Możesz być z siebie dumna!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie cięższe by było pewnie siedzenie za biurkiem, więc wiesz :D

      Usuń
    2. Zatem jesteś na właściwym miejscu ;)

      Usuń
  17. Ostatnio czytam "Martwą strefę" S. King i tam było, że człowiek im dłużej jest w śpiączce, tym bardziej upodabnia się do płodu. Taka dygresja :D

    Gdzieś w komentarzu wyżej pisałaś komuś, że nie ma co Cię podziwiać, bo dla Ciebie taka opieka nad starszymi, schorowanymi ludźmi jest naturalna. Dla każdego powinna być naturalna, może i jest, ale niektórzy (w tym ja) po prostu nie mają takiej siły wewnętrznej. A co do tych pozostałych opiekunek, to nie chcę ich oceniać, ale chyba nie do końca z powołania znalazły się w tym miejscu, w którym są. Albo po jakimś czasie złapała je taka znieczulica...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, czytałam to lata temu, masz rację, tam było coś takiego :D

      Wiesz...może naturalna powinna jakoś być opieka nad bliskimi, ale nie nad obcymi. W sensie..no jesteśmy predysponowani do różnych rzeczy przecież:) I nieraz nawet nie możemy patrzeć na to, jak ktoś kogo kochamy odchodzi, cierpi...a może właśnie przede wszystkim nieraz.
      Ja mam wrażenie, że część z nich po prostu się wypaliła.Miały piękne idee które umarły w zderzeniu z rzeczywistością. A część jest tam z przypadku, to też fakt.

      Usuń
  18. Całkowicie się z tym zgadzam- właśnie tacy ludzie, ludzie których już prawie nikt nie ma za ludzi, których ktoś porzucił, aby ostatnie chwile swojego życia przerzyli w domu pomocy społecznej itp. są warci pomocy i zasługują na nią oraz na czułość bardziej niż ktokolwiek inny. Takie osoby jak Ty sa potrzebne, osoby które nie boją się śmierci. W końcu kogo potrzebuje ktoś, kto jest już na tej granicy i zdaje sobie sprawę, że każdy oddech może być tym ostatnim? Czy potrzebuje osoby, która z paniką w oczach będzie trzymać ich kruchutką rączkę swoją trzęsącą się ze strachu ręką? Czy kogoś, kto ze spokojem usiądzie przy ich łóżku, chwyci pewną ręką i spojrzy ze spokojem, zrozumieniem i miłością w oczach? Odpowiedź jest chyba oczywista...
    Wiesz, inni mogą sobie mówić co chcą, że misjonarka, że coś tam, ale oni chyba w takim razie nigdy nie zrozumieją...i nie zauważą wdzięczności oraz tego, ile ci ludzie, którym pomogłaś Ci zawdzięczają

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znaczy, na czułość, szacunek zasługuje każdy. Tylko nieraz niektóre osoby miały mniej jej w życiu albo są w trudnej sytuacji i jakoś...trzeba im dosadniej to okazać. Takie mam wrażenie nieraz właśnie. Nieraz bardziej ,widoczniej tego potrzebujemy. Nawet my przecież w niektórych momentach życia, no nie?:)
      Bo śmierć to tylko część życia. Nie trzeba się jej bać, choć wiem, to nie jest łatwe tak od razu:) I jasne, nie jest potrzebny ktoś, kto wyje i dramatyzuje...bo nasz ból jakoś nie jest wtedy, w tym momencie najważniejszy. My nad swoim musimy panować.
      Najważniejsze nieraz jest, ile tak naprawdę to ja im zawdzięczam:)

      Usuń
  19. Starsi schorowani ludzie.. mogłabym o nich pisać i pisać.. Sama swego czasu otaczałam się takimi osobami i choć ludziom z otoczenia wydawało się, że oni nic nie wiedzą, nie myślą, nie czują, to wiem, że było zupełnie inaczej. Kiedy człowiek poświęcał im swój czas, był ciepły, wyrozumiały, to oni nie dość, że udowadniali, że nadal myślą (choć po swojemu), nadal czują i kochają.. to jeszcze potrafili odwdzięczyć się za okazywaną im dobroć, miłość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Oni wszyscy rozumieją, czują, tylko cóż...nie każdy potrafi to nieraz niestety zrozumieć.

      Usuń
  20. Frida, ja Cię uwielbiam, wiesz? Z Twoich słów bije tak ogromny spokój, że gdybyś miała być moją mentorką, to serio, ale mogłabyś wmówić mi wszystko (zakładając, że Twój głos jest równie spokojny jak słowa pisane, bo nie wiem czy wiesz, ale intonacja ma ogromne znaczenie, zwłaszcza dla mnie - stuprocentowego słuchowca...). Uwierzyłabym nawet, jakbyś mi powiedziała, że jak wejdę w ogień to nie będzie boleć. Ot, taka pierwsza refleksja po przeczytaniu tej notki, choć może trochę dziwna?
    Druga nurtująca mnie myśl, to... "ale o co jej chodzi?" XD Serio, Frida, o co chodzi z tym, że uważasz się za złego człowieka? Albo może nie złego, ale chyba z milion razy w tym poście powtórzyłaś, że "nie jesteś dobrym człowiekiem", że wiele od ludzi słyszałaś, że jest wręcz odwrotnie, ale sama się nie uważasz za kogoś dobrego. Dlaczego? Wiesz, może tutaj problem jest z definicją. Bo Ty w notce nie piszesz za bardzo o czynach, działaniach, tylko wewnętrznych emocjach, o Twoich pobudkach. Ale ludzie ich nie znają, więc łatwo im powiedzieć, że jesteś dobra, bo robisz coś dobrego, szlachetnego. W drugą stronę też to niestety działa. Zresztą jestem pewna, że o tym wiesz, chociażby patrząc na Tomka, o którym pisałaś jakoś parę miesięcy temu, nie? Ludziom łatwo przychodzi ocenianie.
    A już tak jeśli chodzi o starość, to... mnie ta niedołężność zawsze jakoś przerażała w pewien sposób, odpychała. Może to ze mną jest coś nie tak, nie wiem, od zawsze tak naprawdę miałam styczność z ludźmi chorymi, w podstawówce miałam w klasie dziewczynkę z zespołem Downa i może stąd się ta moja awersja wzięła, choć akurat ja zawsze miałam na pewno więcej zrozumienia do takich osób. Chociaż, brat narzeczonej mojego brata również ma zespół Downa, i właśnie zawsze czuję się skrępowana w jego obecności, ale to nie wynika z jego choroby, a raczej z jego charakteru (jest bardzo bezpośredni i to wprowadza mnie w zakłopotanie - chociaż ok, ta jego szczerość bierze się z choroby, brak mu takich hamulców i taktu jakiegoś). Ale właśnie tutaj sama siebie trochę nie rozumiem - jak to jest, że mimo swojej ogromnej empatii, jakoś mnie to odpycha? Jakoś czuję się niezręcznie? Z ludźmi starymi jest właściwie jeszcze gorzej i to znacznie, bo tutaj już nawet nie potrafię ukryć swojej rezerwy i frustracji. Tak, starsi ludzie frustrują mnie okropnie. Nie wszyscy, ale większość to takie zrzędy - chyba jedynym wyjątkiem (jeśli chodzi o tych, których poznałam - nie generalizuję do całego świata, bynajmniej) są moja babcia, która niestety już nie żyje, i dziadek. Może to jest straszne, to co teraz wypisuję w tym komentarzu, może jestem ograniczona i uprzedzona, ale jakoś tak... może to też przychodzi z wiekiem? Tak jak zanik strachu przed śmiercią? O tym to nawet pisałyśmy raz :) Na razie to wiem tylko tyle, że nie umiałabym mieć takiej pracy jak Ty...

    OdpowiedzUsuń