- I widzisz, co by było jakby ta też
okazała się psychopatką?- zapytał mnie pół- żartem, pół-
serio Mąż.
Miałam się spotkać w czwartek z
jedną z osób, nazwijmy to, poznanych przez internet choć
okoliczności były tu trochę inne, można domyślać się, jakie.
Ale wszystko było już ustalone, miała przyjechać do mnie na noc,
może zeszłoby wino, może byłby kac, ale na pewno byłoby miło.
Niestety, musiałyśmy to odwołać przez moje pewne okoliczności
rodzinne ( na co do tej pory bierze mnie kurwica, bo nie znoszę, jak
moja starsza siostra nie liczy się z cudzymi planami).
Jako że wzięłam już i tak dzień
wolny na praktykach, wieczorem przyjechałam do Poznania.
Siedzieliśmy więc z Mężem sobie wieczorem i wywiązała się
dyskusja. A to, co się ostatnio stało, było idealną wodą na jego młyn.
Trzeba wiedzieć, że z Mężem w
kwestii poznawania ludzi jesteśmy swoimi przeciwieństwami. On
skryty, raczej nieufny, wolący się raczej przyjemnie rozczarować,
ja chyba wręcz przesadnie bez zahamowań, jeśli chodzi o kontakty
międzyludzkie. Nie mam pewnych barier, potrafię każdego zagadać
na śmierć, zaprosić do domu na piwo po godzinie rozmowy. Czasem
wychodzi to dobrze, dzięki mnie Mąż jednak zrobił się trochę
przez te lata bardziej otwarty na ludzi, ja troszeczkę odpuściłam
swój wielki kredyt zaufania. Zresztą, sami zeszliśmy się między
innymi przez moje zaproszenie go do domu po zapoznaniu się uprzednio
na jednej imprezie. Jakoś tym razem na mój brak rozsądku co do
nowo poznanego człowieka nie narzekał...
Mimo to wypracowaliśmy pewien
konsensus. Ale nadal nie możemy się zrozumieć, jeśli chodzi o
poznawanie ludzi w internecie. Dla mnie to bowiem bez różnicy, czy
poznaję kogoś najpierw realnie, w barze przy piwie czy tramwaju,
czy wymieniam z kimś opinie na jakimś forum i piszę kilometrowe
maile. No bo serio, czym to się różni? Bo nie widzę kogoś twarzą
w twarz? Może nie, ale przez pisanie chociaż widać nieraz, jak
ktoś myśli. W naszych czasach tak naprawdę internet to chyba
główne miejsce, gdzie tak naprawdę poznają się ludzie, choć nie
powiem, czasem wydaje mi się to trochę smutne. Ale jednak, czasy i
środki komunikacji są, jakie są. Jednak Mąż nie może tego
przeboleć, też dlatego, że sam na kimś poznanym przez internet
bardzo się przejechał.
-A Białek?- zawsze pytam, gdy zaczyna
mi marudzić na "blogowych znajomych". Bo jego właśnie
poznałam pisząc parę lat temu bloga. Poznaliśmy się już realnie
3 lata temu, nawet na początku grudnia Biały gościł u nas na
weekend. Z Mężem stali się najlepszymi kumplami i to ja się
nudzę, gdy oni pokazują sobie nowości ze świata gier.
- To co innego. - słyszę od Męża,
który zupełnie nie umie tego uargumentować moim zdaniem.
Nie myślcie, że Mąż mi czegokolwiek
zabrania. Co to to nie. Nigdy nie wymuszalibyśmy na sobie
czegokolwiek, bo nie na tym bycie razem polega, nie na ograniczaniu
swojej wolności, absolutnie. On się po prostu martwi i próbuje
nieraz ochronić mnie przed światem przed którym cóż, mnie bronić
nie trzeba. Bo tak, czy siak też zawsze może coś się stać.
Całkiem inaczej nawet. Świat to nie miejsce, przed którym trzeba
chronić. Świat to miejsce, w którym trzeba po prostu żyć i nie
pozwolić, by zjadł nas absurdalny strach.
Parę dni temu jednak pewna afera z
jeszcze mało znaną młodocianą poetką o której trąbiono we
wszystkich serwisach informacyjnych znów obudziła trochę czujność
mojego męża, jeśli chodzi o moje poznawanie ludzi przez internet.
Na pewno słyszeliście o dziewczynie z
pseudonimem literackim Maria Goniewicz, która razem ze swoim
chłopakiem zamordowała jego rodziców. Gdy pierwszy raz usłyszałam
o tym w wiadomościach nie skojarzyłam faktów, bo nie podano jej
pseudonimu właśnie. A potem powiązałam fakty i zorientowałam
się, że faktycznie, na jednym z portali gdzie umieszczała swoje
wiersze, wymieniłam z nią sporo komentarzy. Ba. Wymieniłam z nią
aż jednego maila! W pewien sposób ubawiona ( mam nieraz dziwne
reakcje, serio) zadzwoniłam do Męża, żeby mu o tym powiedzieć.
Oho. Błąd. Od razu pojawił się syndrom "a nie mówiłem".
-Ty zawsze przyciągasz dziwnych ludzi,
znajdujesz ich sobie a potem są problemy- mówił z tą swoją nutą
zamartwiania się w głosie. Może i coś w tym prawdy jest. Mam
talent nieraz do dziwnych spotkań, talent do dziwaków, bo sama
chyba jakoś jestem jednym z nich. Jak się okazuje, może mam
"talent" do psychopatów...
Ale tych nie spotyka się tylko w
internecie, jak powiedziałam też Mężowi.
Przypomniałam sobie sytuację, która
zmroziła mi krew w 3 klasie liceum.
Lubiłam Mikołaja, choć wiele osób
nie mogło się z nim dogadać. Kumpel z równoległej klasy, z
którym często po lekcjach chodziłam na szluga do parku. Czasem
spotykaliśmy się na imprezach licealnych, on ze swoją dziewczyną,
milczącą i skrytą Martą, ja zawsze rozbiegana i podpita.
Wymienialiśmy nieraz godzinami poglądy, skrajnie różne, czasem
wręcz się kłóciliśmy w dyskusjach, ale zawsze były to dobre,
ubogacającej kłótnie.
Piekielnie inteligentny, trochę
dominujący, jednak w sumie przeciętny uczeń liceum. Syn znanych w
mieście lekarzy, psychiatry i pani ginekolog. Czasem wycofany i nie
okazujący za bardzo emocji, ale który facet, zwłaszcza w okresie
liceum, jest aż tak bardzo znowuż wylewny? No chyba takiego nie ma.
Pewnego razu w parku, gdy zaczynała
się wiosna, to był marzec, Mikołaj zaczął coś być..nazwijmy
to, troszkę nachalny. Nie było tajemnicą, że jakiś czas temu
zdradził Martę, która chyba nie chciała z nim sypiać, bo nie
była na to gotowa jak to się mówi. Dałam Mikołajowi w dziób
mentalnie, mówiąc, że primo ja mam faceta, secundo on ma
dziewczynę, tertio to nigdy nie był taki rodzaj znajomości.
Przyjął to cholernie spokojnie. Dalej chodziliśmy na fajkę po
lekcjach, ale wyglądało to troszkę inaczej, nie można się temu
dziwić przecież.
W połowie kwietnia, w miejscowości do
której chodziłam do liceum, zaginęła dziewczyna. Chyba miała na
imię Justyna, wiecie, nawet tego już nie pamiętam. Szukano jej
przez dwa tygodnie, po czym wezwano Mikołaja na przesłuchanie na
policję. Okazało się, że to on wysłał jej ostatniego sms-a.
Wyszło na jaw, że mieli romans, ot, tacy fuck friends z nich. Oho,
ze mnie chciał sobie też taką zrobić, pomyślałam złośliwie.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, co teoretycznie mogło mnie spotkać.
Marta dowiedziała się oczywiście o
wszystkim i roniła wielkie łzy na szkolnych korytarzach, ale nic
więcej w tym momencie z tego ni wynikło. On łajdak, ona
poszkodowana, ale to tylko ostatni sms.
Kolejne dwa tygodnie później wpadła
do mnie roztrzęsiona Gośka, moja dobra znajoma.
-Baśka, dawaj ćmika- powiedziała,
nie mówiąc nic więcej. Oho, coś się stało, pewnie kolejna
kłótnia z rodzicami albo facetem pomyślałam. Nic z tego.
Okazało się, że jej młodszy brat ze
swoimi kumplami poszli pić wino w miejscowości oddalonej o parę
kilometrów od tej, w której zaginęła Justyna. Znaleźli jej
ciało. Przypadkiem, jeden z nich potknął się o jej głowę.
Znaleźli ciało zmasakrowane, bez
twarzy praktycznie, rozgniecionej kamieniami. Ciało z połamanymi
paznokciami, którymi biedna dziewczyna broniła się przed
wymyślnymi torturami. Ciało z ponacinanymi piersiami, jak
dowiedziałam się potem od wujka bliźniaczek, który pracował w
lokalnej policji.
Trzy dni później zwinęli Mikołaja
do aresztu.
Okazało się, że Justyna chciała
zerwać ich znajomość. A Mikołajowi bardzo się to nie spodobało.
Tego wieczoru poszedł do niej, znokautował ją i zabrał w jakieś
odludne miejsce, gdzie dręczył ją przez dwa tygodnie. Tak, nie
zabił jej od razu. Najpierw zabawił się nią, jak kot z myszą.
Nie wnikam, jakie były powody. Czy w ogóle w umyśle psychopaty- bo
tym z definicji przez te wszystkie lata był Mikołaj- można o tym
mówić. Powody własne, chyba tylko i wyłącznie, istniejące we
własnym świecie.
Ale..kto z nas nie ma własnego świata?
Nie będę się tutaj jednak rozwodzić nad kwestią istnienia lub
nie normalności w psychice, nad wewnętrzną bestią którą w sobie
każdy nosi, ale nie każdy umie opanować. Chodzi mi o coś zupełnie
innego.
Miałam tym razem po prostu szczęście.
Trzy lata praktycznie znałam
człowieka, który właśnie owej bestii w sobie nie umiał opanować.
Nie zorientowałam się ani odrobinę. Czy to ja mogłam być
Justyną? Na pewno. Ale takie gdybanie nic mi nie da.
Tak samo jak nic nie da mi nigdy
gwarancji bezpieczeństwa. Takowa nie istnieje, nigdy nie miała
wręcz prawa istnieć. W żadnym aspekcie. A tym bardziej, jeśli
chodzi o ludzką naturę.
Nawet, gdy jesteśmy z kimś
niesamowicie blisko, przez wiele lat nie mamy tej pewności. Tylko
bywamy bardziej zaskoczeni, gdy zamorduje lub zgwałci przyjaciel.
Ale to tylko my sami. Statystyki pokazują, że to znacznie częstsze.
Nigdy nie wiemy, co siedzi w drugim
człowieku i kiedy się obudzi. Bo czy Marta, wieloletnia dziewczyna
Mikołaja wiedziała, że ten ją zdradza, czy wiedziała, że nosi w
sobie mordercę ( albo raczej, że potrafi go uwolnić?)? Do dzisiaj
zastanawiam się, jak się z tym czuła. Nie miałam okazji z nią
rozmawiać, zniknęła przed maturami ze szkoły.
Czy coś przeczuwał jego ojciec,
przecież dyplomowany psychiatra z wielką renomą? Czy wiedziała
matka, z którą był naprawdę blisko z tego co mi wiadomo? Ludzie
pytali potem, "gdzie byli rodzice". Śmieszne. Nie zawsze
można wszystko przewidzieć.
Czy coś podejrzewała sama Justyna?
W telewizji teraz każdy wypowiadał
się na temat pani Goniewicz, młodej poetki morderczyni. Każdy
doszukał się teraz w jej wierszach podtekstów. Każdy z jej licem
mówił, jaka to była dziwna i skryta. Mówili o tym teraz. Ciekawe,
ilu z tych ludzi po prostu chce zabłysnąć jako wielcy znawcy
ludzkiej psychiki. Pewnie połowa z nich co najmniej nic "dziwnego"
w niej wcześniej nie widziała. Nie widziała w jej chłopaku, o
którym mówią, że to ona "go zepsuła". Nie idzie zepsuć
człowieka. Każdy z nas ma w sobie potencjał mordercy. Ted Bundy
był przecież takim miłym obywatelem, a Gertrude Baniszewski ( o
której jeszcze pewnie kiedyś napiszę) była na pierwszy rzut oka
zwyczajną gospodynią domową, która trochę żyła w nędzy.
Nigdy nie wiemy co siedzi w człowieku.
Ba, nigdy nie wiemy, co siedzi w nas samych. Bo to okoliczności
wydobywają z nas pewne zachowania, odruchy. Mówimy szumnie "nigdy
nie zabiłbym człowieka", "nigdy nie znęcałbym się nad
drugą istotą". Możemy tak mówić jedynie na dany moment,
jedynie siedząc wygodnie przed swoim komputerem z herbatką obok.
Póki nie dosięgnie nas wojna, póki nie dosięgnie nas walka o
przetrwanie. Póki nie dosięgnie nas zwykły stres czy posłuszeństwo
wobec autorytetów, co pięknie udowodnił Millgram w swoim
eksperymencie, co potwierdził Zimbardo tworząc tak zwany efekt
Lucyfera. Każdy z nas jest na to podatny.
Jeśli nie znacie owych eksperymentów,
nie będę ich tutaj opisywać, znajdziecie je bez problemu w
internecie czy mądrych książkach, ba, na temat eksperymentu
Zimbardo powstały nawet dwa filmy.
Jednaj, niewątpliwym jest, że w obu
przypadkach przeciętni ludzie, tzw. normalni, zdrowi psychicznie,
bez widocznych skłonności do agresji czy sadyzmu zaczęli znęcać
się nad tymi, którzy byli im poddani. Presja otoczenia, stres wobec
zachowania porządku w przypadku eksperymentu Zimbardo...w tym
przypadku zresztą nawet sam Zimbardo popadł w pewną paranoję, gdy
słyszał o planowanym buncie w jego zaimprowizowanym w podziemiach
uczelni więzieniu. Sam nie potrafił się opanować. Zagrał we
własną grę i przegrał.
Możemy więc mówić o ostrożności,
jednak, okazuje się, że większość z nas nie jest w stanie
ochronić się nawet przed bestią w sobie. Nie mamy wielkiej,
odgórnie narzuconej moralności, nie mamy kręgosłupa moralnego,
który mówi to jest dobre, a to zła. Pójdę dalej- zła i dobra
też wcale nie ma. Są czyny na dany moment, to wszystko. A ich suma
składa się na nas.
Nie potrafimy obronić się nieraz,
przez pryzmat pewnych okoliczności patrząc, przed bestią w sobie,
więc jak możemy obronić się przed bestią w drugim człowieku,
jak w ogóle ją wyczuć? Nie sposób. To , co nas spotyka jest
często po prostu kwestią przypadku, pewnym wygranym biletem na kole
fortuny, jak u mnie w przypadku Mikołaja.
Nie ochronimy się przed światem,
musimy chyba po prostu żyć. Nie mówię, że mamy wskakiwać od
razu obcemu człowiekowi do samochodu późną nocą- choć sama
zrobiłam tak wiele razy i nie żałowałam, bo podróże na stopa są
co najmniej wesołe- ale nie widzę sensu, żeby się bać. Bać
drugiego człowieka.
Nikt i nic nie zagwarantuje nam
bezpieczeństwa. Każdy z nas zostanie zraniony emocjonalnie co
najmniej parę razy w życiu, ba, wielu z nas zostanie pewnie
zranionych dosłownie, fizycznie. Być może ktoś z nas zginie z
ręki kogoś, komu się ufało. Nie jesteśmy w stanie tego
przewidzieć. Nie możemy się odciąć nawet, co próbował zrobić
przecież Beksiński- a i tak został zamordowany. W swoim własnym
domu.
A skoro nie przewidzimy...to po co się
bać? Mam wrażenie, że drżąc w strachu o własne bezpieczeństwo,
własne życie wręcz i drżąc nad jego kruchością, nieraz po
prostu je tracimy. Drugi człowiek może mnie przecież zabić. Ale
zabić może mnie pożar w domu czy pędzący autobus. Drugi człowiek
może mnie zranić. A czy nie zrani cię...samotność, ta dosłowna
samotność, w którą się wpędzasz, odcinając się od innych
ludzi?
Wszystko jest kwestią wyboru i ja
osobiście zawsze wybierałam- nie bać się. Może nauczyłam się
trochę pewnej rozsądnej ostrożności, ale wiem, ile bym straciła,
gdybym przesadnie ostrożna była. Nie zeszłabym się może z moim
Mężem, bo przecież cały początek naszego związku był na
wariackich papierach- ja byłam szalona jak zawsze, on zaszalał
pierwszy raz w swoim życiu w ten sposób. Gdybym była nadmiernie
ostrożna nie poznałabym pewnie swoich najlepszych przyjaciół,
których już teraz nie ma. Gdybym była przesadnie ostrożna nie
poznałabym wielu ludzi właśnie, nie doznałabym i nie przeżyła
wielu wspaniałych momentów.
Nie mówię, że zawsze było kolorowo,
nie mówię też, że nie miałam po prostu "więcej szczęścia
niż rozumu" jak to często powtarza mi moja mama. Może kiedyś
limit mojego szczęścia się wyczerpie i rozum zajęczy mi "na
cholerę mnie nie słuchałaś?". Ale mam wrażenie, że nie
nastąpi to jeszcze teraz.
Wolę ufać, poznawać i parę razy się
sparzyć, niż nie doznać nigdy, tkwić w jakiejś klatce
nieufności. Tego uczę też trochę swojego Męża, a on uczy mnie,
że nie zawsze trzeba być skrajnie wręcz ufnym i może ma rację,
nie przeczę. Ale nadal, nie boję się, bo strach zabiera życie. A
to ważne jest też przez ludzi, którzy są w nim obecni i którzy
nas mijają, czegoś nas uczą.
A ja mam zamiar dalej "napierdalać
życie". W różnych aspektach, w tym także. Nawet jak na mojej
drodze stanie ktoś, kto naprawdę, dosadnie mnie zrani- mówię
trudno. To cena za to, co już doznałam i za wszystkie wspaniałości.
Bo nie przewidzę i tak.
Nie ma co gdybać, starczy żyć.
-A jak ktoś mi cię skrzywdzi, to go
zabiję...- wymamrotał mi jeszcze sennie w łóżku Mąż,
zasypiając i przytulając mnie po tylu dniach rozłąki. Cóż.
Wiemy, co obudziło by jego bestię ale...może moja ciemna i próżna
strona się tu udziela- ale dobrze się z tym czuję. Może właśnie
on musi być ostrożny za mnie, żebyśmy we dwoje mogli właśnie,
po prostu, żyć?
Sama nie wiem po której stronie się opowiedzieć, bo i Ty i Twój mąż macie sporo racji. Myślę, że dobrze, że jesteście ze sobą i wzajemnie się w tej kwestii uzupełniacie ;) Ja na pewno nie zaprosiłabym kogoś świeżo poznanego do domu, ale jeśli kogoś znam, nawet jeśli nie rozmawiałam z nim dużo, ale wiem, że ze mną studiuje, czy chodziliśmy do jednej szkoły to już co innego...
OdpowiedzUsuńBardzo spodobał mi się Twój tekst, cytuję: Świat to nie miejsce, przed którym trzeba chronić. Świat to miejsce, w którym trzeba po prostu żyć i nie pozwolić, by zjadł nas absurdalny strach.
Piękne.
Bo tu chyba też trzeba znaleźć złoty środek, a my właśnie znajdujemy go razem, bo oboje jesteśmy dość skrajni:) Czasem ktoś nas musi uzupełnić. I widzisz, to wydaje się niepoważne, nieodpowiedzialne tak zprosić, a gdyby nie to, to kto wie, czy byłabym teraz mężatką?:D Różnie to bywa. Czasem opłaca się zaryzykować. Czasem ryzyko nas niestety przerośnie....I widzisz, Mikołaj chodził ze mną do jednej szkoły, znaliśmy się dobrze. A jednak to on mógł mnie skrzywdzić. Więc...tu też, różnie bywa. Czasem potwora właśnie tak łatwo nie rozpoznasz.
UsuńI dziękuję:)
No właśnie to jest intrygujące, bo przez te dopasowanie wydajecie się sobie przeznaczeni, chociaż w nie nie wierzę :D A gdybyś nie była taka, jaka jesteś i nie zaprosiła go wtedy do siebie to właśnie... kto wie :P
UsuńJeśli chodzi o Mikołaja... ludzie się zmieniają. Choroby psychiczne też nie są wrodzone.
Niedawno koleżanka mi mówiła, że niedaleko Wrocławia, w małej miejscowości napadnięto dziewczynę 200 metrów od domu, dostała kilka ran kłutych w szyję, napastnik rozciął jej nożem od pochwy do odbytu, wyciągnął jelita i sześć razy zawinął wokół nóg. Powiedz mi, co trzeba mieć w głowie, by być zdolnym do takiej rzezi?
Wiesz, czasem przez nasze różnice to są i spięcia, ale malutkie i szybko je sobie wyjaśniamy:D W sumie, przeznaczenie cóż..można powiedzieć, że nieraz je sami kształtujemy, więc my kształtujemy tak swoje:) Po prostu, dobraliśmy się i na to nie narzekam:)
UsuńWłaśnie. Nie wiadomo co by było. Ale wyszło jak wyszło na szczęście, tego bym zmieniać w życiu nie chciała:)
Częściowo niektóre są ponoć warunkowane genetycznie. Ale tu nie chodzi nawet o chorobę psychiczną. Bo nie każdy chory psychicznie to niebezpieczny morderca, zresztą, psychopatia nie jest chyba nawet jako choroba uznana, a jako skłonność vczy jakoś tak. Ale w każdym razie, chodzi o to, jak można się wręcz...pomylić do człowieka. Zaskoczyć.
Nie wiem, bo na razie, na ten moment powiem- nie potrafiłabym tego zrobić. Ale cóż...okoliczności bywają różne. Nieraz widzi się różne rzeczy, a my swoimi oczami nie możemy tego zobaczyć właśnie. Póki w nas nie obudzi się bestia, nie zrozumiemy. A lepiej jednak, żeby się nie budziła, prawda?
Pewnie, że lepiej. W sumie tak, ja na przykład w życiu nie spodziewałabym się po bracie, że zostanie złodziejem, przestępcą, czy jak to tam nazwać. Ogarnął się w końcu, ale i tak jak przyszła do domu policja to do mnie nie docierało :/
UsuńŻe po prostu popełnił błąd, ciężki pewnie społecznie błąd jak już pisałaś kiedyś ale...właśnie jest człowiekiem. I ma wręcz do błędów prawo...z tym, że zawsze musimy ponieść ich konsekwencje. Ale zawsze, gdy ktoś bliski zwłaszcza robi coś uznanego za złe, jesteśmy w szoku. Bo znamy przecież jego dobre strony, więc dziwi nas, jak mogło do tego dojść.
UsuńMój brat w sumie tak do końca spokojny to nie był, ale żeby naprawdę iść i kraść? Przecież nie jesteśmy aż tak biedni, mimo że w lodówce pusto zazwyczaj, to wynika głównie z zaniedbań mamy i tego, że jej cały dzień w domu nie ma, więc nie wie jak to jest. Ale to może wynika z tego, jak postrzegamy dobrobyt. Dla mnie fakt, że mam prąd, internet i komputer, a na dodatek mogę iść do sklepu i kupić sobie jedzenie to jest luksus. Jach, prywatny samolot, złote meble to dla mnie już przepych.
UsuńWłaśnie to wręcz szok, w głowie się nie mieściło żeby jednak...
UsuńI jestem tego zdania co ty, takie rzeczy to już zbędny przepych. Ważne, żeby mieć co jeść, mieć na parę podróży, przyjemności...co więcej? Nawet tak bogata bym nie chciała być. Pewnie by mnie to zepsuło.
Hmm... Bywa różnie z poznanymi w necie, ale i w rzeczywistości, a to kto kiedy nagle dostanie jakiegoś odpału to też nie wiadomo.Interesuje się psychologią a psychopaci, socjopaci są wręcz dla mnie ludźmi baaardzo interesującymi :P Psychopatą jest się urodzonym, a socjopatą można zostać dopiero po urodzeniu. Ja mam to do siebie, że często widzę co jest nie tak z ludźmi, a ostatnio nawet najmniejsze zaburzenia dostrzegam (niektórzy zostawiają studia psychologiczne/psychiatryczne bo widzą ile ludzi ma problemy:P). I nawet rozmawiałam wczoraj z rodzicami, bo schizofrenia ma podłoże genetyczne w większości przypadków i może być tak, że ma się ją w sobie i nie wiadomo kiedy się uaktywni. Więc nie wiesz kiedy możesz dostać przysłowiowy nóż. Równie dobrze można przyjaźnić się z kimś i nagle coś się zapali w człowieku...
OdpowiedzUsuńA o poetce nie słyszałam :P
Dokładnie, nigdy nie wiesz. I taki spychopata rzeknijmy jest z urodzenia, ale ma właśnie niesamowity talent nieraz do krycia się. Inaczej nie byłoby takiego problemu z łapaniem psychopatycznych właśnie, a nie socjopatycznych morderców. Bo ci wpadają łatwo z kolei, bo są bardziej impulsywni przecież. I cóż, często widać że coś jest nie tak....ale no nie zawsze. Zdarzy się ten jeden na 100. Tu nie ma reguły właśnie.
UsuńWłaśnie, znasz kogoś lata a mu odpierdoli. Dlatego przesadna ostrożność chyba też nie ma uzasadnienia....
W gazetach, tv o tym trąbią, ale to może uciec :) Zresztą, są ważniejsze sprawy:)
No tak, psychopaci się świetnie kryją, dlatego chyba mnie najbardziej fascynują bo potrafią taką grę odstawić... Kiedyś dużo oglądałam programów tv psychologicznych właśnie z różnymi sprawami itp. ale teraz mam naziemną :P telewizji prawie wcale nie oglądam. :P
UsuńDokładnie, bo są tez często cholernie inteligentni jakby nie patrzeć.
UsuńNo ja nie mam w Poznaniu tv, oglądam tylko jednym okiem jak jestem u mamy;)
Ale to zdrowsze jestesmy nie oglądając tego :)
UsuńPewnie tak:) Chociaż, od czasu do czasu właśnie nie zaszkodzi. To bywa wręcz fascynujące, po miesiącu np, nie widzenia tv zobaczyć, jakie bzdury tam lecą :D
UsuńWłaśnie Wy się tak fajnie z tym uzupełniacie :) Ja tam ufam swojej intuicji, która też przecież może zawodzić, ale póki co nie zawiodła :D A też słyszałam, że jestem nieodpowiedzialna, że to niebezpieczne bla bla bla. Kto nie ryzykuje ten nie pije szampana xD Chociaż jakby ktoś, kogo znam chciał zrobić parę rzeczy, które ja robiłam to mówiłam bym to samo. Bo tak chyba czasem jest, że się boimy bardziej o drugiego człowieka niż o siebie. I może "boimy" to nie jest dobre słowo, ale no, jakoś się martwimy po prostu. Tak jak z takim truciem np. żeby pójść do lekarza. A samemu się nie idzie.
OdpowiedzUsuńTeż tak sądzę, zresztą, u nas uzupełnianie dobrze się sprawdza w wielu rzeczach:)
UsuńWłaśnie intuicja też po prostu robi swoje. To czasem kwestia, czy w ogóle nauczymy się jej słuchać. Chociaż, do ludzi lepszą intuicję ma nawet Wojtek niż ja ale cóż...mi się udało wiele razy. W sumie, prawie zawsze :D I właśnie, słynne kto nie ryzykuje, ten nie ma. Nie można wiecznie siedzieć w domu, zastraszonym.
I jasne, jak się stoi z boku, to się widzi po prostu inaczej. Znam to doskonale. Dlatego się Ciebie pytałam, czy się nie boisz do mnie na chatę zlatywać i tak dalej :D
Tym lepiej :)
UsuńNo bo może czasami też chce się wierzyć, że nic złego nam się nie stanie. I może ta wiara wystarcza żeby czuć się jakoś bezpiecznie? Też czasem mam wrażenie, że mam więcej szczęścia niż rozumu, ale cóż. Kiedy być głupim i nieodpowiedzialnym jak nie teraz? :D
Wiesz ja zawsze mówię, że jak mnie zabiją to trudno, ja już się tym przejmować nie będę xD Więc jak już będziesz mnie mordować to zrób to szybko :D
Dokładnie, jak pisała na dole Gosia- czasem przyciągamy też sobie pewne rzeczy. Jak wierzymy, że ludzie są dobrzy, albo że nic nas nie spotka złego, to najczęściej tak się dzieje:) Wiesz...można całe życie,co ty na to?:D Ostatnio mi mama powiedziała, że w sumie to ja nigdy nie dorosnę, bo dzieci mieć nie będę i zawsze będę mogła być dzieckiem- mi pasuje :D
UsuńNo byłoby najlepiej...ale jak widać po przypadku mojego znajomego, nie każdy to szybko robi niestety...tak bym jednak skończyć nie chciała.
Najczęściej, ale nie zawsze jednak. Też dobrze o tym pamiętać. Nie tak do przesady, ale jakiś głosik z tyłu głowy niech będzie. Chociaż Twoim głosikiem jest Wojtek akurat :D
UsuńBardzo podoba mi się taka opcja! :D Ale chyba właśnie dlatego nie chce mieć dzieci, bo jednak odbierają dużo wolności.
No niestety. Ale nie wiemy jak skończmy... Miejmy nadzieję, że jakoś "przyjemniej" xD
Bo żadna skrajność nie jest dobra, ba, wręcz nie jest zdrowa. Ale właśnie, ja mam swój dosadny głosik, a raczej głosisko trąbiące mi nad uchem...ale i tak często nie słucham, widać, no nie?:D
UsuńWłaśnie. Musisz w pewien sposób zrezygnować z siebie a cóż...to nie dla mnie, ani dla ciebie, jak widać:)
No też mam taką nadzieję. Szybki strzał i do widzenia :D
Bo czasem nawet dobrze go nie słuchać, o :)
UsuńZdecydowanie :D A już myślałam, że żyję w świecie, gdzie żadna kobieta nie jest w stanie tego zrozumieć <3
Dokładnie :D
Btw, ciągle niesamowicie mnie bawi początek notki xD
Dokładnie :D Wiem co robię, dorosła jestem i tak dalej :D
UsuńWidzisz, to jednak my się rozumiemy, jesteśmy ginącym gatunkiem, ale razem sobie poradzimy :D
I nie dziwię się...potencjalna psychopatko :D
Nawet jak się nie wie, co się robi to się udaje, że się wie czy coś xD
UsuńTak jest! :D Ciekawe czy za parę lat coś się zmieni w tej kwestii :D
Hahaha lubię to! :D <3
Co do tej bestii w każdym człowieku... to chyba nie do końca mogę się zgodzić. Jasne, wszyscy jesteśmy zdolni do wielkiego zła. Ale jesteśmy też istotami myślącymi i czującymi, więc pomijając bardzo skrajne sytuacje, umiemy nad sobą panować. Oczywiście każdy ma też zupełnie inną odporność na stres i ból, także... rozległy temat :)
OdpowiedzUsuńJa też instynktownie ufam ludziom i zawsze tak po prostu spodziewam się po nich dobrych rzeczy :) I w większości to właśnie dostaję. Wierzę, że swoim nastawieniem przyciągamy pewne osoby. Więc ja przyciągam wspaniałe :) Ale jeśli ktoś się nieustannie boi, to być może przyciąga zbrodniarzy...
Jutro jadę na Blogowigilię do Wawy, poznawać ludzi z blogosfery! Mam nadzieję, że nic złego mnie nie spotka ;) A nawet jestem pewna, że będzie super!
A gdybyśmy my się kiedyś przypadkiem poznały, to jestem całkiem normalna (wg tej standardowej definicji ;).
Widzisz, nie wiem czy mnie dobrze zrozumiałaś- właśnie chodzi mi o to, że mamy w sobie potencjał i do bycia bestią i swojego rodzaju aniołem. Nikt nie rodzi się z kręgosłupem moralnym czy pewną wrażliwością, nikt nie rodzi się mordercą. Ale może stać się nim każdy z nas, wszystko zależy od okoliczności. Od tego, co wybieramy i dlaczego wybieramy. Nie ma dobrych i złych ludzi, są czyny jak to mawiają. I niektórzy będą potrafili się opanować w skrajnej sytuacji, jasne, ale inni nie. Ale dopóki się nie znajdziesz w danej sytuacji, nie wiesz, jak zareagujesz. Nie wiesz, co to w tobie obudzi. A nawet gdy sytuacja się powtórzy- też nie można mieć pewności. Co w nas tak naprawdę wygra, jak wybierzemy.
UsuńWiesz, może to też trochę tak naprawdę, że wszechświat często wychodzi właśnie na wprost naszych oczekiwań, dlatego gdy wierzysz w dobro w ludziach, często je dostajesz? Może, jak zawsze, kwestia co chcemy widzieć?:)
W ogóle, po człowieku widać strach i wiadomo, też ktoś kto chce krzywdzić, wybierze kogoś, kto już się boi. Słabszego osobnika. Ja podczas polowania u zwierząt.
Jestem pewna, że będziesz się świetnie bawić:) Trzymam za to kciuki, chociaż nie muszę pewnie :D
Nawet jakbyś nie była, to mi by to nie przeszkadzało. No, póki byś mnie nie goniła z nożem :D Więc, wszystko przed nami :)
Ciekawe czemu to się utarło, że tylko przez Internet idzie szaleńca poznać, jakby tylko tacy siadali do komputerów, hm? Psychopatę możemy spotkać na ulicy, minąć go na chodniku, i co, czy to coś zmienia? "Nie, ty jesteś spoko psychopata, bo cię poznałam tak a siak" hm... Co do tej ostatniej afery, to dla mnie to jest nie do uwierzenia, że tak zabić własnych rodziców... Masakra. W głowie mi się to nie mieści.
OdpowiedzUsuńPrzez nadmiar amerykańskiej fikcji literackiej chyba i filmowej :D A tak serio, internet to kiedyś, przed laty była nisza, też dla ludzi np. o dziwnych preferencjach seksualnych, bo np. łatwiej było im znaleźć partnera. Pierwsze randkowe nieoficjalne fora nie były ponoć zwykłymi portalami randkowymi i tak dalej. I wielu uważa, że tylko zboczeńcy siedzą w necie. Tak samo z pewną propagandą- chciano chronić dzieci, dlatego uświadamiano, że nie wiadomo kto jest po drugiej stronie, a poszło to za daleko. Za bardzo wbił się w świadomość ten pan w brudnym podkoszulku z tej rekalmy cześć jestem Zosia :D
UsuńI można. Ja miałam swojego w liceum i jak widać- może być różnie po prostu.
I trudno uwierzyć, gdy stoi się z boku. Gdy nieraz trochę pomyśli się o ludzkiej psychice, to już aż tak nie dziwi.
Hah pamiętam tą reklamę z "cześć jestem Zosia.." :D Nie moją winą jest to, że - w moim przypadku - poznaję przez internet ludzi z którymi mam więcej wspólnego niż z tymi, których widzę na codzień :D I to swoją drogą chyba zaleta jest, że świat i technologia tak mocno się rozwinęły, że można tak poznawać ludzi.
UsuńWydaje mi się, to moja taka osobiście wymyślona teoria, że każdy ma trochę z psychopaty, tylko my, inni, niektórzy, potrafimy te zapędy zastopować, wyciszyć, choć nas nerwy biorą, choc czasem źle się o kimś pomyśli, to jednak tego nie robimy. No a w tamtym wypadku.. cóż.
O, właśnie ta! :D
UsuńI wiesz, tu nie ma żadnej mowy o winie przecież :D Dobrze, że w ten właśnie sposób wyłapujesz sobie ludzi, z którymi masz wspólne tematy, z którymi można po prostu porozmawiać a nawet stworzyć fantastyczne, trwałe więzi. No halo, sama też w internecie jestem obecna i wielu ludzi poznaję i nie uznaję tego za jakieś "gorsze" choć z taką opinią się też spotkałam, co dla mnie jest bzdurą totalną. I pewnie że to zaleta, bo nieraz jest łatwiej. Czasem łatwiej wyrwać się nawet z jakiegoś toksycznego środowiska.
A pewnie że każdy ma, właśnie o to mi chodziło. Tylko kwestia, jak bardzo umiemy tą "bestię" rzeczoną w sobie zahamować. Jak sprzyjają nam też choćby okoliczności. Zresztą, właśnie Zimbardo doskolane to pokazał w swoim eksperymencie.
No daj spokój, jak u mnie się zgada, że o,tak, ją poznałam przez internet to koleżanki się na mnie patrzą jakbym conajmniej z zabójcą się umawiała :o jak ja nie pojmuję ludzkiej gadaniny... :D
UsuńTo już niestety jest od siły charakteru uzależnione... choć może ludzie się teraz szybciej poddają?
W ogóle, ja tak nieraz czytam, choćby Twoje wypowiedzi i niektórych innych blogowiczów i takie mam wrażenie, że ja mam szczęście do ludzi, serio :D Bo mi się nikt nie dziwi, nie mam jakichś oceniających różne rzeczy znajomych...cholera, zawsze więcej szczęścia jak rozumu :D
UsuńJa mam wrażenie, że po prostu na pewne rzeczy jest jakby większe przyzwolenie społeczne. Ciche, a jednak.
Ja właśnie tak poznałam mojego J. przez internet. A potem poznaliśmy się w realu a teraz jesteśmy razem. Więc różnie jest.
OdpowiedzUsuńDokładnie, o to mi chodzi- wychodzi różnie, ale cóż, wasza historia jest właśnie dowodem na to, jak nieraz i pięknie może wyjść wszystko:)
UsuńTak, ale też trzeba pamiętać, że trzeba uważać. Nie wiadomo na kogo się trafi.
UsuńJa właśnie z tym uważaniem mam nieraz problem ale cóż..Mąż mnie pilnuje:)
UsuńW tym wszystkim co napisałaś zawarłaś bardzo dużą część tego co ja chciałam napisać, o czym myślałam i co mi się już tam gdzieś w głowie tworzyło, a powodu braku czasu jeszcze nie powstało, więc czytało się bardzo przyjemnie, prawie jak swoje myśli ;D.
OdpowiedzUsuńMnie do takich przemyśleń właśnie skłoniła ta poetka. Usłyszałam o tym wszystkim z lekkim opóźnieniem i tyle myśli przyszło do głowy, wszystkie się skumulowały. Kiedyś to pewnie jeszcze wszystko napiszę ;).
I po takich przygodach to się wcale nie dziwię Twojemu Mężowi ;).
A co do ludzi poznawanych przez internet, to czasami mam wrażenie, że w realnym świecie, twarzą w twarz szybciej możemy mieć do czynienia z kimś kto będzie chciał nas skrzywdzić niż przez internet ;).
No to patrz, jak spójnie myślimy:) Ale wiesz, to w sumie fajnie, bo jak jedna osoba myśli tak samo z drugą, to już to nie są bzdury wyssane z palca, a coś w tym musi być :D
UsuńMnie to zaskoczyło totalnie, w sensie wiesz, kojarzysz jakoś człowieka nawet, a tu taka sytuacja nagle się zdarza...lekki szok.
Więc czekam na Twoją kolej :D
Ja raczej sądzę, że jest po prostu tak samo, taka sama szansa i tu i w realnym świecie. Po prostu, nigdy nie wiesz co w drugim człowieku się czai...ale na szczęście, w większości przypadków to cenne i dobre rzeczy:)
No oczywiście, że musi! :). Ja tak właśnie kiedyś sobie myślałam, jakie to fascynujące, że tylko my możemy znać własne myśli... Co kryje nasz mózg. Jakie pomysły, osobowości, możemy kochać, a zarazem jak wspomniana poetka odcinać komuś dłonie - to jest dla mnie niepojęte... Często ludzie bardzo inteligentni są mordercami, sprawcami jakiś masakr. Może dwa albo trzy lata temu w USA, James Holmes, inteligentny, chyba jakieś wykształcenie medyczne, premiera Batmana, wchodzi i po prostu strzela. Może kojarzysz tę historię. Było o niej dość głośno. Czasami aż trudno w coś uwierzyć. Kiedyś czytałam właśnie historie seryjnych morderców, niektóre były naprawdę straszne. No więc co kryje nasz mózg... Chyba sami do końca tego nie wiemy.
UsuńI wcale się nie dziwię, że Cię zaskoczyło. Czasami właśnie mamy takie sytuację, że coś się wydarzy, my później łączymy fakty i okazuję się, że to właśnie TA osoba.
Świat jest pełen szaleńców, każdy z nas ma coś w sobie z takiego szaleńca i nigdy nie wiemy co nas spotka, no kogo trafimy czy to w realnym świecie, czy to w internecie ;).
I pewnie napiszę, ale przez to, że w swoim wpisie zawarłaś sporą część tego co sama chciałam napisać, to mnie rozleniwiłaś i pewnie powstanie dopiero za jakiś czas ;p.
Tak naprawdę to nieraz nawet tych myśli nie możemy przekazać w konstruktywny sposób...nieraz mam wrażenie, że bywamy zamknięci w swoim świecie w jakiś sposób.
UsuńZ reguły ludzie inteligentni właśnie zostają mordercami albo są np. chorzy psychicznie. Ja mam wrażenie, że w pewien sposób psychika, ta krucha, nie nadąża za zimnymi intelektem i taki człowiek cóż...jeszcze bardizej niż my się w sobie sam gubi.
I kojarzę, pewnie że kojarzę. Ale wielu właśnie takich ludzi miało wysokie IQ, nie tylko on.
Dokładnie:)
I cóż...to sobie poczekam :D
Myślę że nie wszystko to kwestia wyboru, nie na wszystko mamy wpływ... czasem możemy szczęściu dopomagać;)
OdpowiedzUsuńJasne, że czasem trzeba mu dopomóc...tylko nieraz nie wiesz naprawdę, czy to co robisz mu pomaga, czy wręcz przeciwnie:)
Usuńcoś w tym jest:))
UsuńWłaśnie dlatego, że macie tak różne podejścia do znajomości internetowych ... to Mąż się tak bardzo martwi o Twoje podejście do takich znajomości. Po części go rozumiem. Kiedyś miałam większe obawy, teraz nie mam problemy, żeby się z kimś spotkać z internetu, ale zachowuje wszelkie środki ostrożności i ... nigdy nie zapraszam do domu. Muszę kogoś długo znać, aby to zrobić. Może nie długo, ale...
OdpowiedzUsuńmam nadzieję, że wiesz co mam na myśli.
Mamy różne podejście, ale na szczęście w dużej mierze to się uzupełnia. I właśnie on się martwi, może nie do końca umie zrozumieć...ale szanuje i akceptuje. A po cichu uważa się za mojego rycerza- obrońcę :D
UsuńI słusznie robisz. Bo jednak, ja wiem, że bywam lekkomyślna, a raczej głównie bywałam. A nie można przeginać w żadną ze stron przecież:)
Dokładnie. Nie można być lekkomyślną, ale wiesz...teoretycznie nie ma znaczenia czy kogoś znasz z internetu czy na żywo od razu poznasz...takie samo prawdopodobieństwo, że coś się stanie jest w obu przypadkach.
UsuńWłaśnie o to mi chodzi- to nie ma znaczenia. Zawsze coś może się stać...a jeśli zawsze może, to przesadna ostrożność też nie ma po prostu sensu.
UsuńDokładnie.
UsuńOj chyba zrobię sobię z tego wpisu mantrę. To takie prawdziwe. Wszędzie czeka na nas niebezpieczeństwo. Nawet będąc mega ostrożną osobą, która boi się wszystkiego i wszystkich, która postępuje jak można najbezpieczniej, można sparzyć się od życia najbardziej. Nie ma reguły. Ja również wybieram życie, nie strach przed nim. To najlepsza droga :)
OdpowiedzUsuńMiło to słyszeć:)
UsuńI dokładnie, zawsze coś się może stać. Zawsze ktoś coś może nam zrobić złego. Nie uchronimy się przed światem, a próbując to robić, tak naprawdę ranimy siebie sami i zabraniamy sobie życia.
I cóż, to dobrze chyba, cieszę się:)
taaaak, ja też nie mam zahamowań jeśli chodzi o poznawanie ludzi, ale wychodzi mi to na dobre... hmm, to wręcz mało powiedziane :) przynajmniej na razie.
OdpowiedzUsuńinternet rządzi się swoimi prawami, zawsze jest ryzyko, że poznamy kogoś.. nieodpowiedniego, wręcz szalonego. cóż. podejmuję rękawicę!
No i o to chodzi:) Też nie narzekam na swoje znajomości bez zahamowań ze tak to dziwnie określę :D Wręcz przeciwnie póki co:)
UsuńI tak samo ryzyko jest w życiu, gdy łapiemy stopa, gdy gadamy z kimś w barze, ba, jak się okazuje w moim przypadku, nawet gdy chodzimy do jednej szkoły.
a ja tam z wielką chęcią poznaję ludzi przez internet, mimo wszystko. mimo obaw i wątpliwości, które czasem nachodzą. ale to może dlatego, że tych ludzi poznaję przez bloga i jakoś ich znam, czytając wpisy. chociaż to też żadna gwarancja :)
OdpowiedzUsuńWątpliwości niby co do ludzi są zawsze, niezależnie, czy poznaje się ich realnie, czy internetowo. I jak dla mnie właśnie te miejsca że tak to określę w ogóle się nie różnią. Nie można sobie hm...zabraniać wręcz pewnego szukania kontaktu czy to w sieci, czy w świecie realnym. Ale niektórzy, jak mój Mąż, przez przykre wydarzenia czy tak po prostu mają bariery i też się zdarza, mówi się trudno:)
UsuńI nigdy żadnej gwarancji nie ma, właśnie o to chodzi. Ja też nie myślałam, że człowiek którego dość blisko znam 3 lata okaże się mordercą.
Mocny post, dający do myślenia. Jeśli chodzi o internetowe znajomości, nigdy się ich nie bałam, zaś teraz nie mogłabym bez nich żyć, Oczywiście, nigdy nie wiadomo, kto jest po drugiej stronie, ale nie należy popadać w paranoję, bo stracimy zdrowie i być może wielu wspaniałych ludzi wokół siebie.
OdpowiedzUsuńNawet w realu mam tendencję do spotykania ludzi specyficznych, na których osoby postronne każą mi uważać. Nic jednak nie poradzę na to, że właśnie z nimi mam najlepszy kontakt. Dawno nauczyłam się, że oko trzeba mieć absolutnie na każdego. Taki świat.
Ja też nie, ale jak widać, mój Mąż po tym, jak jeden raz się sparzył, ma jakąś awersje do tego i nijak nie idzie mu przetłumaczyć, że to takie samo w sumie poznawanie ludzi i takie same zagrożenia niesie w ostatecznym rozrachunku, jak zagadanie kogoś w barze. Bo ja tak właśnie na to patrzę. Bo tam nie wiesz kto jest po drugiej stronie monitora, a tutaj też nie wiesz, co siedzi naprawdę w cudzej głowie, o czym się już właśnie przekonałam.
UsuńI dokładnie, żadna przesada nie jest wskazana, a paranoja już na pewno:D
Bo jednak, cóż...gdy ktoś się wybija z szarej masy, a może i pozornie szarej ( bo nigdy nie wiesz co i w tych szaraczkach tkwi) to jednak ciągnie do niego. Zawsze do kogoś, czegoś co się wyróżnia. I jak widać, umiesz się z nimi dogadać:) A to się ceni:)
Kurcze...Coś strasznego...Ale masz rację. Tak jak w tekście piosenki Luxtorpedy: ,,A we mnie samym wilki dwa oblicze dobra oblicze zła. Walczą ze sobą nieustannie wygrywa ten którego karmię.'' Człowiek sam się do końca nie zna...
OdpowiedzUsuńW ogóle, nie wiem czy wiesz, ale o dwóch wilkach pierwej mówili indianie, to stara legenda Szoszonów bodajże:) Ale właśnie tak to jest i cóż..od wieków było to najwyraźniej widać:)
UsuńŁadnie to wszystko napisane, z podobnego założenia staram się wychodzić. :)
OdpowiedzUsuńCóż dzięki:) I to miłe, że ktoś podziela moje zdanie. Nie czuję się sama :D
Usuńw internecie jest tyle samo psycholi co w realu, każde poznanie nowej osoby rodzi ryzyko, że poznajemy właśnie psychopatę, ale czy można nie ryzykować? swoją obecną i ciągle żywą narzeczoną poznałem z pomocą internetu
OdpowiedzUsuńO to mi właśnie chodzi. Nigdy nie wiemy co czai się w drugim człowieku i nie ma znaczenia, gdzie go poznajemy. I to trochę staram się wytłumaczyć mojemu Mężowi:) I nie można nie ryzykować bo cóż...nikt z nas nie zamknie się w klatce, prawda?:)
UsuńI cudnie:) Ważne, że się spotkaliście:)
no póki co nie żałujemy, mąż też zrozumie bo pewnie głupi nie jest
OdpowiedzUsuńAno nie jest, tylko oswoić go trzeba, a pewne rzeczy powoli idą:)latami :D
UsuńAch, sama w internecie jestem w sumie od zawsze. I moje pierwsze znajomości internetowe były zupełnie nieudane. A szkoda, trochę się zraziłam, bo były dość długawe (rok, w drugim przypadku 2 lata z przerwami)... ale w sumie jak tu byłam tak nadal jestem, Ravena też przez internet poznałam. Za to odnośnie spotykania się w rzeczywistości z ludźmi z sieci jestem sceptyczna. Przez sparzenie się na starcie własnie. I być może z własnych naturalnych uwarunkowań.
OdpowiedzUsuńSmutne i przerażające... jednak to tylko jeden aspekt życia, tak jak powiedziałaś.
Ja mam dużo strachu przed drugim człowiekiem w sobie. Długi czas owy strach był utajony, jednak chęć dialogu, zniszczenia poczucia samotności zawsze była, jest i będzie silniejsza. Denerwuje mnie jedynie, że nie potrafię z tego skorzystać w rzeczywistości.... chociaż nie, potrafię, ale w ograniczonym stopniu.
Ja tak nie mogę powiedzieć, bo internet na stałe mam w sumie dopiero od 3 klasy liceum, do dzisiaj gdy jeżdżę do domu, jestem od neta odcięta:) I fakt, szkoda, to trochę jak mój Mąż właśnie...zraził się, ale on tego do tej pory nie pokonał. Ale jak widać, u Ciebie to zdecydowanie na dobre wyszło:)
UsuńCzyli można rzec, jesteś ostrożna z natury po prostu?
Dokładnie, smutne ale nieodzowne jakoś mimo wszystko.
Właśnie, to jednak jakoś nieraz...wygrywa w człowieku po prostu. Nawet jak bardzo się boimy, nie potrafimy być sami tak naprawdę.
I w jakim sensie nie potrafisz? Bo nie wiem czy dobrze rozumiem.
~Jak nie jesteś online, to nie mogę wysłać Ci wiadomości na czacie, jakie to w ogóle głupie jest.
OdpowiedzUsuńMówiłaś mi o jakiejś dziewczynie, jakiejś Marii? Co powiedziałem, że nie oglądam wiadomości. Wczoraj oglądałem z koleżanką bezużyteczną.pl (tak xD) i właśnie czytałem o tym, jak ta laska z chłopakiem zarżnęli jego całą rodzinę i w ogóle. Dopiero jak przeczytałem u Ciebie ten kawałek posta, zrozumiałem o co chodziło! Czasem nie jestem zbyt bystry.
Wiesz, myślę, że ogólnie jesteśmy zwierzętami. A więc działamy instynktem, a skoro jesteśmy zwierzętami, drapieżnikami to częścią naszego życia jest zabijanie. Czy ktoś tego chce, czy nie.
To tak, jak z wampirami energetycznymi. Ludzie myślą, że każdy z nich chce taki być? Nie sądzę. To tak, jak ofiara staje się oprawcą, nie tylko fizycznym, ale i psychicznym. Kiedyś może Ci o tym opowiem, a może już opowiedziałem?
Tak czy inaczej, cóż. Zawsze śmieszy mnie, gdy ludzie mówią, aby być dobrym, to wtedy nic złego się nie stanie. Przecież nie mamy tej pewności. Żyjemy, podejmujemy jakieś decyzje. Złe lub dobre. Ile było przypadków, że człowiek całe swoje życie był oazą spokoju, ciepła i miłości, ale jeśli tę miłość mu zabrano, na przykład poprzez morderstwo... to oaza spokoju znikała i pojawiało się zwierzę żądne krwi, zemsty i śmierci.
No po prostu jak cię zarzuciłam takim chaosem w smsie, to nie było jak skojarzyć od razu wszystkich faktów, jak tv nie oglądasz ani nic :D
UsuńA pewnie, że jesteśmy, to niezaprzeczalny fakt. Tylko udajemy, że instynkt stępiliśmy, a w pewnych momentach on daje o sobie wyjątkowo mocno znać.
Nikt nie chce, ale po prostu...tak się zdarza. Choć nad tym można popracować, przynajmniej, póki nie dochodzi do sytuacji skrajnych:)
Hm...chyba nie. Albo teraz nie kojarzę.
I dokładnie, życie tak naprawdę zweryfikuje.
Właśnie, Twoja wypowiedź była po prostu chaotyczna, uratowałaś mój honor xD.
OdpowiedzUsuńPamiętam, że jak byłem młodszy, miałem może 16-17 lat wściekałem się, że matka nie pozwala mi jechać do sąsiedniego miasta, ani nic takiego. Na moje pytanie dlaczego, mówiła, że może mi się coś stać, może mnie ktoś zabić, porwać, potrącić i tak dalej. Zawsze się dziwiłem temu wytłumaczeniu, bo przecież będąc w mieście, w którym mieszkam to samo może się zdarzyć, szczególnie, że jest dużo dróg szybkiego ruchu. Więc to nie ma po prostu sensu. Ale nie, nie mogłem i tyle, uparła się i co jej zrobisz. Taka przesadna i dziwna ostrożność. Będąc bardzo małym, gdy miałem może z pięć lat było sporo na ulicy dzieci. Bawili się na ogół na ulicy, nie była często uczęszczana, można było spokojnie sobie biegać po niej albo jeździć rowerem. Wszystkie dzieci się tam bawiły, a ja zawsze zostawałem sam na swoim podwórku, bo nie mogłem bawić się z innymi. Rodzice tłumaczyli to tym, że może mi się coś stać. Jakby na własnym podwórku nie mogło.
Odnośnie instynktu. Wkurza mnie, gdy ludzie zaczynają oceniać kogoś. Że jest psychiczny, że to, że tamto albo jak w przypadku Twojej opowieści "Gdzie byli rodzice?" gdy stanie się coś złego. Zupełnie jakby rodzice byli cudotwórcami. Kiedyś na zajęciach z moją grupą też padł tekst, że jeżeli rodzice dobrze wychowają, to dziecko nie sięgnie po używki. Nie wiem kto wymyślił taki nonsens.
Ludzie generalnie bardzo się zapędzają w ocenianiu innych i myślę, że mimo wszystko robi to każdy, tylko w innych kwestiach, bo każdy ma swój pryzmat, przez który patrzy na świat. Dlatego takie mówienie "gdzie byli rodzice" jest i będzie zawsze, to jest nieuniknione.
OdpowiedzUsuńA co do działania - ja od dawna mam w sobie ogrom lęku. Jako dziecko byłam bardzo odważna, poznawałam inne dzieci od razu, nie tuliłam się do spódnicy mamy jak inne dzieci. Potem się wycofałam i teraz jestem takim mega introwertykiem XD Jestem spokojną osobą, przynajmniej na początkach znajomości i nie wiem dlaczego wszyscy tak postrzegają to jako wadę (wszyscy tzn. społeczeństwo, bo przecież trzeba być zajebistym i robić mnóstwo szalonych rzeczy), no ale tak już mam. Muszę kogoś przynajmniej trochę poznać, żeby się otworzyć, a i wtedy mam blokady odnośnie "szaleństw", choć też zależy o czym mowa.