Zapach
koni i stajni. Zapach dymu z ogniska. Wesołe iskry skaczące wprost
do nieba.
Poczucie
pod sobą silnego, końskiego grzbietu, silnych mięśni pracujących
tak naprawdę bez najmniejszego wysiłku. Poczucie miękkich chrap na
swojej twarzy, obwąchiwanej uważnie przez ogromnego gniadego
ogiera. Delikatne łaskotanie grzywy, miękka sierść pod dłonią.
Tak,
uwielbiam swoje zajęcia z hipoterapii i luną atmosferę tuż po
nich, gdy można samemu dosiąść konia albo wyszczotkować mu
sierść. Cudowne, delikatne i silne zarazem stworzenia, podchodzące
tak ufnie, tak naturalnie. Podchodzące do człowieka jak do
przyjaciela, wiedzące, że są też po to, by swoim niektórym
przyjaciołom pomagać.
Zawsze
po spędzeniu paru godzin w stadninie, z pacjentami i końskimi
lekarzami czuję się świetnie. Kolejne miejsce, w którym
wypoczywam, mimo wszystko ciężko pracując.
Po
zajęciach, wyczyszczeniu z błota koni które przyszły z wybiegu
albo tych, na których można było pogalopować, usiedliśmy przy
ognisku. Ładna pogoda, nie szkodziło w kilka osób, już po
wszystkim zrelaksować się na miejscu. Pani Krysia załatwiła nawet
gdzieś na boku piwo, a co tam, jesteśmy po godzinach, możemy
wspólnie pod chmurką, przy zapachu dymu wypić i po piwie.
Przysiadłam
się do Kaśki i Natalii, dwóch trochę postrzelonych, jak
najbardziej pozytywnie dziewczyn z mojej grupy. Rozmowa która
zaczęła się omawianiem nowego faceta Natalii, który notabene jest
moim współlokatorem, przeszła na tematy medyczne.
-Wiesz, te
wszystkie ćwiczenia, kładzenie się na koniu i tak dalej naprawdę
dużo daje tym dzieciakom- mówiła z zachwytem Kaśka, przeżywając
jeszcze raz wcześniejsze zajęcia. -No tak, kwestia rozwoju mięśni, napięcia...-zaczęła wymieniać książkowo Natalia.
-A
ja sądzę, że to nie tylko o to chodzi. To też kwestia psychiczna-
zaczęłam jak to ja po swojemu- I nie chodzi mi tylko o zwykłe nie
wiem, aktywizowanie jakieś...ale wiecie, to kwestia kontaktu
człowieka ze zwierzęciem. Zawsze przecież człowiek czuje się
lepiej jak sobie choćby kota pogłaszcze.
-No,
jak Natalia tego w stajni!- zaśmiała się Kaśka, przypominając,
jak to jeden ze stajennych kotów rozpływał się całkiem pod
pieszczotami, wyginając się, żeby go podrapać tu i ówdzie.
Przypominając sobie ten obraz, pomyślałam jeszcze o jednym.
O
dotyku.
Czasem
mam wrażenie, że wszystko można tak naprawdę do tego sprowadzić.
Jak choćby terapie dla osób z różnymi schorzeniami, w których
uczestniczą zwierzęta. Konie, psy z najbardziej znanych czy cała
gama innych łagodnych stworzeń o wielkim sercu. Bo i one mają
wielkie serca, ale o tym kiedy indziej.
Czasem
mam wrażenie, że o to przede wszystkim chodzi. Człowiek po prostu
może się wreszcie nieraz do kogoś w pełni przytulić. My, ludzie,
mamy między sobą cholerne bariery, jeśli o dotyk chodzi. Zwierzęta
nie protestują, chyba że nie mają same nastroju, ale te
przynajmniej, które pracują jako terapeuci. Pozwalają przylgnąć
do siebie całym ciałem. Poczuć jednemu sercu, pokazać, jak bije
drugie. Dają całe swoje ciepło, miękkość i siłę swojego
ciała, dzielą się nim często z tymi, których ciało nieraz na co
dzień zamiera. Poczucie siły końskich mięśni pod sobą nie tylko
wymusza na chorym napisanie własnych mięśni, ich pracę. Te
mięśnie powodują też, że robi się cieplej pod sercem. Staje się
jednym z drugą istotą...a cholera jasna...wszyscy tego
potrzebujemy.
Dotyk
to najpierwotniejszy ze zmysłów. Najpierwotniejszym dla nas w
sensie dosłownym- już w łonie matki jako pierwszy odczuwaliśmy
dotyk. To pierwsza forma naszego kontaktu ze światem, gdy tworzone
jest nasze ciało.
"Pierwsza
wrażliwość na dotyk pojawia się w okolicy ust i nosa około 6
tygodnia życia płodowego, a już w 12-14 tygodniu dziecko reaguje
na dotyk niemal całą powierzchnią ciała. W miarę doskonalenia
się zmysłu dotyku, do życia powołany zostaje ruch. Dziecko
zaczyna poznawać swoje ciało, rozbudzają się w nim pragnienia i
emocje. Dziecko dotyka ust, twarzy, ssie kciuk a kiedy go gubi –
najzwyczajniej na świecie płacze. Dzięki dotykowi, już w życiu
płodowym dziecko nie tylko czuje, ale też odczuwa emocje i myśli.
Myśli, bo dotyk wiąże się przecież z ruchem. Żeby wykonać
ruch, trzeba z kolei „czuć” swoje ciało ( tzw. czucie głębokie)
i potrafić ten ruch zaplanować. A żeby być w stanie zaplanować
cokolwiek, trzeba wiedzieć jak, zatem - trzeba pomyśleć. W podobny
sposób, dotyk doskonalony przez 9 miesięcy w życiu płodowym,
pobudza do rozwoju pozostałe zmysły, np. słuch. Myli się ten,
który uważa, że przed narodzeniem dziecko nie słyszy. Słyszy. I
to słyszy na długo przed tym, jak jego ucho będzie zdolne do
odbioru dźwięków (przełom 5-6 miesiąca ciąży). Na samym
początku dziecko odczuwa dźwięki za pomocą…skóry, w której
ukryty jest zmysł dotyku.
Dotyk
to zmysł, którym w pierwszych latach życia najdokładniej
poznajemy i badamy świat. To zmysł, dzięki któremu uczymy się
czym jest przyjemność, zmysł, który informuje nas najdosadniej,
przez ból o tym, co złe i stanowi dla nas zagrożenie. Uczy nas, co
może nas skrzywdzić ale też pomaga nam, gdy jesteśmy krzywdzeni.
Nie
bez powodu, gdy jest nam źle, gdy płaczemy, zwijamy się w kłębek.
Nie bez powodu gdy zostajemy przestraszeni, odruchowo sięgamy do
swojej twarzy, przykładamy rękę do policzka. Według jednego z
moich ulubionych biologów, pana Desmonda Morrisa, te odruchy są
substytutem dotyku drugiej osoby, która może dać nam ukojenie. Tak
naprawdę, są substytutem poczucia bezpieczeństwa- bo to właśnie
często zapewnia nam dotyk.
Tak
samo, gdy odczuwamy ból, często sami gładzimy miejsce, w którym
pulsuje, męczy nasze ciało. Nic dziwnego. Dotyk, nawet gdy
próbujemy zapewnić go sobie sami, wytwarza w nas hormony i
neurostymulatory, choćby serotoninę, hormon szczęścia, czy
oksytocynę, oraz inne, które działają tak naprawdę
przeciwbólowo. Dotyk nie działa przeciwbólowo tylko jako placebo
więc. Działa dosłownie, biologicznie, pomagając nam znieść
najtrudniejsze chwile.
Dzięki
dotykowi lepiej śpimy, podnosi się nasza odporność, łatwiej
walczymy z chorobą nowotworową jeśli się nam przytrafi, dzięki
niemu mobilizujemy odpowiedź naprawczą w naszym genomie, zwalnia
praca naszego serca, wyrównuje się ciśnienie.
Oprócz
tego, co raczej oczywiste, dotyk pełni funkcję komunikacyjną.
Przecież to za jego pomocą możemy przekazać nieraz całą
czułość, emocje czy myśli, których nie jesteśmy w stanie
wyrazić słowami. Dotyk mówi, a jego język jest całkowicie
uniwersalny, w świecie wszystkich żywych stworzeń. To język ponad
podziałami.
Dotyk
więc koi, leczy nieraz, pomaga przetrwać najtrudniejsze chwile i
wyrazić to, co niewyobrażalne wręcz w języku słów. Mimo to, mam
wrażenie, że zmysł dotyku jest w naszych głośnych i
przejaskrawionych czasach niesamowicie zaniedbywany. Zaniedbywany
choć...w pewien sposób, człowiek niedotykany, jak to zwierzę,
"umiera".
Na
pewno słyszeliście o słynnym eksperymencie Harry'ego Harlowa,
amerykańskiego psychologa rozwojowego. Jeśli nie, już tłumaczę.
Aby udowodnić, że zaspokajanie potrzeb dziecka przez matkę nie ma związku z kształtowaniem się między nimi więzi, należało stworzyć sytuację, w której matka nie będzie zaspokajała jego potrzeb, a elementami środowiska, w którym dziecko przebywa, będzie można łatwo manipulować. Przez wiele lat Harlow prowadził eksperymenty nad procesami uczenia u rezusów (gatunku małp zaliczanych do małp wąskonosych, które są pod względem biologicznym bardzo podobne do ludzi). Małpami biorącymi udział w takich badaniach od urodzenia opiekują się ludzie. Dzięki temu ich pierwotne potrzeby są zaspokajane lepiej niż gdyby wychowywały je matki-małpy, np. mają odpowiednio wyważoną dietę i opiekę medyczną.
Harlow zauważył, że małe małpki wychowywane w jego laboratorium bardzo przywiązywały się do bawełnianych szmatek, które pokrywały podłogi ich klatek. Lgnęły do nich, a kiedy podczas sprzątania klatek szmatki były wyjmowane, małpki złościły się. To przywiązanie było widoczne już w pierwszym dniu ich życia, a z czasem stawało się nawet silniejsze. Małpki w klatkach bez szmatek rozwijały się słabo, mimo że miały zapewnioną odpowiednią dietę i opiekę medyczną. Kiedy dostarczano im szmatki do klatek, ich stan zdrowia polepszał się i stawały się wyraźnie zadowolone. Na podstawie tych obserwacji Harlow sformułował hipotezę, że u tych małp musi istnieć – obok takich potrzeb jak głód czy pragnienie – pierwotna potrzeba bliskiego kontaktu z czymś miękkim i wygodnym. Z czymś, co w pewien sposób jest substytutem drugiej istoty.
Aby zweryfikować tę hipotezę, Harlow przeprowadził serię pomysłowych eksperymentów, w których wykorzystał specjalnie skonstruowane dwa rodzaje „matek” zastępczych. Obie miały taki sam drewniany szkielet, wyposażone były w „pierś”, która dostarczała mleko oraz żarówkę, która miała zapewnić ciepło. Ich wielkość była zbliżona do wielkości dorosłej małpy. Różniły się jednak powierzchnią: jedna była pokryta gąbczastą gumą i tkaniną frotte, a druga drucianą siatką. W eksperymencie wzięło udział osiem małpek, które losowo przydzielono do dwóch grup. W klatce każdej małpki umieszczono zarówno „matkę” drucianą, jak i miękką. Małpkom z grupy pierwszej mleko dostarczała miękka „matka”, a małpkom z grupy drugiej „matka” druciana. Przez pięć pierwszych miesięcy życia małpek liczono czas, który spędzały one na bezpośrednim kontakcie z każdą z „matek”.
Wyniki są jednoznaczne. Niezależnie od tego, która „matka” dostarczała mleko (miękka czy druciana), wszystkie małpki spędzały praktycznie cały czas przywierając do tej miękkiej. Nawet te, które były karmione przez „matkę” drucianą, opuszczały „matkę” miękką tylko na czas karmienia (i to krótki) i natychmiast wracały do niej. Niektóre małpki nawet w trakcie pobierania pokarmu od „matki” drucianej były przyczepione do miękkiej „matki”. Chociaż małpki w obu grupach jadły taką samą ilość pokarmu i osiągały podobną wagę, to te z grupy karmionej przez „matkę” drucianą gorzej trawiły mleko i często miały biegunki. Sugeruje to, że brak miękkiej „matki” był czynnikiem stresującym.
Badania Harlowa wykazały istotną rolę komfortu w kontakcie dla ukształtowania się przywiązania pomiędzy małymi małpkami i ich matkami. Czynnik ten okazał się o wiele bardziej znaczący niż dostarczanie pożywienia przez matkę. Nie można jednak powiedzieć, że karmienie nie ma związku z budowaniem przywiązania. Przecież karmienie, to również okazja do cielesnego kontaktu między matką a dzieckiem, jeśli mówimy o prawdziwych stworzeniach. Więź nie tworzy się więc przez zaspokajanie potrzeby głodu- a potrzeby bliskości. Potrzeby dotyku.
Wyniki badań Harlowa zmieniły sposób, w jaki postrzegamy związek między matką i dzieckiem. Bo choć Harlow przeprowadzał swoje eksperymenty na małpach, to badania nad ludźmi pokazały, że w znacznym stopniu wyniki jego badań możemy uogólniać również na człowieka.
Czyż dzieci nie przywiązują się do zabawek-przytulanek, kocyków i innych miękkich przedmiotów? Nie różnimy się przecież biologicznie, a jak się okazuje, i psychicznie za wiele od małp czy od innych zwierząt.
Potrzebujemy dotyku. Bez niego dopada nas stres, z którego czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy. Jeśli nie nauczymy się dotykania we wczesnym okresie życia, lub jeśli ten dotyk będzie "zły", będzie sprawiał ból, przynosił cierpienie, mamy o wiele trudniej w późniejszym życiu. Jak bowiem okazuje się, osoby w których domach istniały większe bariery wobec przytulania, okazywania uczuć za pomocą dotyku właśnie, mają niejednokrotnie problemy z budowaniem więzi międzyludzkich, odbieraniu emocji czy wchodzeniu w związki i problemy seksualne.
Jak się okazuje, dotyk nie jest potrzebny nam tylko w kwestii naszej duszy, naszej psychiki. Także potrzebuje go ciało. Jak pisałam wcześniej, dotyk łagodzi ból, ciało dotykane wydziela więcej neurostymulatorów i hormonów, które łagodzą nasze napięcie. Co więcej, nasze ciało, gdy odpowiednio często dotykane, jest zdrowsze. Noworodki, które są częściej przytulane, szybciej przybierają na wadzę i zaczynają się rozwijać. My sami, gdy jesteśmy dotykani jako dorośli, niwelujemy napięcie mięśniowe, czemu wdzięczny jest nasz kręgosłup, rzadziej chorujemy na schorzenia układu pokarmowego czy nerwowego. Po prostu, rzadziej dotykani, rzadziej przytulani, częściej chorujemy. Niektórzy lekarze i biolodzy uważają nawet, że czasem choroba potrafi być wręcz cichym błaganiem naszego ciała i psychiki o zauważenie. To czasem wręcz wołanie o jakikolwiek dotyk, w tym przypadku choćby...personelu medycznego. Wiele schorzeń psychosomatycznych ustępuje bowiem po...dobrym, długim masażu.
Ciało i dusza potrzebują po prostu dotyku. Jednak, w naszych czasach dotyk jest często kojarzony z czymś nieprzyjemnym, lub, w naszej kulturze, dotyk jest od razu kojarzony z czymś erotycznym. Stawiamy między sobą dotykowe bariery, krzycząc o sferze intymnej, zapominając o tym, że kiedyś jak małpy iskaliśmy się w jaskiniach i był to najlepszy sposób na podtrzymanie więzi w naszym małym stadzie.
Jasna sprawa, nie każdy lubi być dotykany, nie każdy ma taką samą potrzebę na głaskanie, przytulanie, uścisk czy nawet ocieranie się o drugą istotę. Oczywistym jest, że dotyk niepożądany jest dla nas po prostu rzeczą przykrą. Ale dla mnie osobiście przerażającym staje się to, gdy osoby sobie bliskie nie dotykają się, nie potrafią się przytulać. Nawet niektóre pary małżeństwa nie potrafią okazywać sobie czułości, dotykać się po prostu, bez podtekstów. W wielu rodzinach dziwnym jest przytulenie mamy czy brata, siostry. Wielu przyjaciół nie dotyka się w żaden ze sposobów, choć...nawet nieraz by chcieli.
To wszystko prowadzi nieraz do absurdalnych, jak dla mnie, sytuacji. Niemcy choćby, jak to oni, zawsze z wielką ilością pomysłów adekwatnych do naszych czasów powołali coś na wzór prywatnych opiekunek, które zjawiają się w domach osób chorych i samotnych, przytulają, głaszczą. Ich zadaniem jest pozostawienie „klienta” w lepszym nastroju, z wyższą samooceną. Podobne praktyki można spotkać we Włoszech. Szwajcarzy stworzyli miejsce, do którego może przyjść każdy chętny do darmowych uścisków. Wystarczy ukończyć 16 lat. Akademia przytulania organizuje tak zwane niedziele z przytulaniem. Oferta skierowana jest nie tylko do singli . W zbiorowym przytulaniu mogą brać udział także osoby będące w stałych związkach. W Nowym Jorku pracują na pełen etat zawodowe "przytulaczki", które przychodzą do domu na określony czas i przytulają samotnych, pozbawionych w życiu czułości biznesmenów. Jak widać, nawet w szybkich czasach potrzebujemy tej cholernej czułości i bliskości drugiej istoty. Nawet namiastek, które po prostu pozwalają nam nieraz jakimś cudem przetrwać.
Bo bez dotyku po prostu coś w nas umiera.
Sama, robiąc teraz swoje praktyki w domu opieki widzę, jak dotyk jest potrzebny ludziom samotnym. Widzę, jak moje kochane ptaszyny chwytają mnie za ręce i proszą o dotyk, choć niby nic nie rozumieją. I właśnie tym dotykiem można im przekazać najwięcej. Można pokazać "tak, jestem tutaj, wszystko będzie w porządku". Tym dotykiem można odprowadzić do snu i sprawić, że ból nowotworu będzie choć przez chwilę mniejszy. Można sprawić, że ktoś poczuje się choć przez chwilę bezpieczniej i zapomni o tym, gdzie jest i jak bardzo cierpi. Właśnie dotykiem to wszystko można sprawić.
Widzę też, jak po tygodniu, gdy nie było mnie w domu, stęsknił się za mną mój mąż. Przyzwyczajony do wiecznego głaskania i przytulania, otulenia moim ciałem w nocy. Przez pierwsze dwie nie mógł spać. Stęsknił się więc za moim ciałem,ciałem drugiego bliskiego człowieka, za dotykiem, za głaskaniem po głowie i gdy wróciłam w piątek, łasił się jak kot. Sama zauważyłam, jak po tygodniu rozłąki moje ciało wręcz dopominało się o przytulanie, głaskanie- bo tak można najlepiej przecież okazać sobie miłość czy radość ze spełnionej tęsknoty. W miłości przecież..najlepiej mówi się ciałem. Dotykiem.
Tak więc moi drodzy...dotykajmy się! Nie mówię, że mamy przesadzać w tej kwestii i rzucać się na obcego człowieka na ulicy, bo w najlepszym wypadku wylądujemy na szpitalnym oddziale ratunkowym z podbitym nosem albo na posterunku policji. Nie mówię, że mamy łapać za rękę kelnerkę w restauracji czy ocierać się o kogoś w tramwaju. Ale nie bójmy się dotyku takiego po prostu, między bliskimi swoimi, nie bójmy się podejść do kogoś kogo już wpuściliśmy do swojego świata i po prostu przytulić go. Czasem może i mówiąc, że się kocha choć...ten gest czasem przecież mówi o wiele więcej. Nie bójmy się nieraz dotyku ręki starszego człowieka, który nie ma nikogo i łapczywie chwyta się nas jak umierający łapie ostatnie tchnienie. Nie odwracajmy się od dzieci, które czasem, przypadkiem, nas właśnie chwycą w przelocie, szukając przypadkowej czułości, bo mają tą ufność, którą w nas zabiło nasze społeczeństwo.
Nie bójmy się po prostu kontaktu, radości uścisku, bo też samu go potrzebujemy. Nawet, gdy sądzimy, że jest inaczej.
Zróbmy to więc dla siebie, a także dla drugiego człowieka. Bo co nam szkodzi, tak naprawdę? Wyjdźmy nieraz ze swoich skafandrów niedotykalności, skafandrów fizycznej, dosłownej znieczulicy. Możemy dawać i brać w ten sposób bez zbędnego rozmyślania i krygowania się, czy wypada, czy warto. Bo warto, naprawdę.
Bez dotyku się umiera. Możemy jednak w tej kwestii stać się nieraz wręcz nieśmiertelni. Właśnie staram się na tą nieśmiertelność też pracować, żeby nie było, że jestem hipokrytką. Właśnie jestem głaskana po nogach na zapas, na kolejny tydzień, przez mojego Męża. Znów wyjeżdżam i tam gdzie będę, nawet obcym przecież ludziom postaram się coś owym dotykiem przekazać. Przytulę swoją schorowaną mamę, nie raz, nie dwa. Bo dotyk ma terapeutyczną moc. Przekonajcie się sami- z tym zadaniem was zostawiam, Pogłaszczcie chociaż psa :)
Zaciekawiłaś mnie swoją notką. Różne rzeczy są w stanie pomóc, więc dlaczego ich nie wykorzystywać. Bardzo cieszę się, że lubisz to co robisz i te zwierzęta, a przede wszystkim ta świadomość, że dba się o zwierzę, które pomaga innym. Dotyk jest często wykorzystywany, ale my nie zdajemy sobie z tego sprawy. W leczeniu, masażu, w tańcu, w związku ...
OdpowiedzUsuńDokładnie, dotykamy intuicyjnie i wręcz nieraz nie zdajemy sobie sprawy, w jak wielu miejscach jest istotny...a przez to czasem go zaniedbujemy niestety.
UsuńI pewnie, że wszystko co może pomóc- cóż, warto spróbować:)
Wszystko jest połączone, po prostu:)
Po za tym często przez dotyk wyrażać możemy coś co ciężko wyrazić słowami. Po za tym dotyk jest bardzo ważny.
UsuńOtóż to:) Słowa nie są doskonałe, a dotyk jest po prostu językiem uniwersalnym, jak pisałam:)
UsuńDotyk to kolejny bodziec który może nas stymulować. Jest dokładnie tak jak napisałaś. Wiele rzeczy odbieramy przez wzrok, słuch, ale często dotyk jest niezastąpiony przez resztę obrazów, dźwięków. Ja często przytulałam jako dziecko moją mamę, kiedyś młodsze dzieci, mój zwierzak zawsze domagał się częstego głaskania. Teraz facet :) To przybliża.
UsuńDokładnie, właśnie też jednocześnie buduje więzi:)
UsuńKażdy dobry gest zbliża ludzi i umacnia ich relacje.
UsuńOtóż to:)
UsuńUwielbiam ten temat :)
OdpowiedzUsuńI cóż, napisałaś już właściwie wszystko, co najważniejsze. Ludzie byliby naprawdę szczęśliwsi, gdyby dotykanie było bardziej naturalne. Takie, jak powinno być. I ogromna szkoda, że dziś tak się go boimy, sprowadzamy do erotyzmu albo jeszcze gorszych rzeczy.
Czasem ludzie są zaskoczeni, kiedy ich spontanicznie dotykam. I to mi też pokazuje jak wszyscy jesteśmy... pooddzielani od siebie. Łatwiej nam pogłaskać kota, niż dotknąć drugiego człowieka. Choć to i tak dobrze, jeśli ten kot znajduje się gdzieś w zasięgu ręki :)
Bo jest to wdzięczny temat jakby nie patrzeć:)
UsuńMam wrażenie, że właśnie byłoby więcej dobrej energii po prostu między ludźmi, gdybyśmy się tak przed tym dotykiem nie bronili. Gdybyśmy właśnie samemu dotykowi, samemu w sobie nie przylepiali jakichś etykietek. Cóż, nie wszystko da się pokonać, ale chociaż samemu w sobie można pozbyć się pewnych barier. W końcu trafia się na kogoś, kto też ich nie ma:)
Dokładnie, takie spontaniczne dotykanie, w rozmowie, dla wielu jest zaskakujące albo wręcz...przerażające, nieraz właśnie takie wrażenie odnoszę. I dobrze, że niektórzy chociaż te koty mają, tak jak piszesz :D
Dotyk może często dać nam o wiele więcej, niż się spodziewamy. Ja często jak jestem przygnębiona automatycznie zaczynam szukać moich kotów, żeby je pogłaskać albo potrzymać na kolanach ;)
OdpowiedzUsuńA zawód "przytulaczki" w końcu nie wziął się z niczego, smutne jest tylko to, że niektórzy właśnie tak muszą zapewniać sobie jakikolwiek dotyk, bo albo nie mają nikogo bliskiego albo tak trudno przychodzi im okazywanie uczuć komuś, kogo znają. Paradoksalnie, czasami łatwiej przytulić nam się do kompletnie obcej osoby, niż do kogoś znajomego.
Dokładnie. Jego wartość w pewnych momentach życia jest wręcz nieoceniona. I szuka się tego kontaktu, tak odruchowo wręcz, jak jest nam źle. Też jak jestem sama w domu to tulę się do swoich kotów właśnie:)
UsuńWłaśnie, jednak ta potrzeba istnieje ale została jakoś...wyrzucona poza nawias społeczny, wyrzucona jako coś naturalnego i aż doszło do powastania takiego zawodu. I...fakt, czasem łatwiej porozumieć się z kimś obcym. Z jednej strony to zaskakuje ale z drugiej...cóż. Czasem wolimy być nieznani.
Nie lubię koni :P
OdpowiedzUsuńJeśli chodzi o dotyk, to jest w nim coś takiego... magicznego w pewnym stopniu. Z Ciachem potrafimy się nawet stopami dotykać pod stołem, gdy siedzimy na jakimś przyjęciu, ale znów nienawidzę gdy dotyka mnie mama. Jej dotyk wręcz muszę z siebie zmyć, drażni mnie dobre kilka chwil później.
Za to jeśli chodzi o lekarza, to gdy idę z chorobą i dotyka mnie lekarz to mi już sam ten fakt bardzo pomaga... To takie dziwne :P
Nie każdy musi je lubić przecież:)
UsuńBo to jak widać, zależy od relacji, w jakiej z kimś tkwimy. Niektórych dotyk jest nam wręcz potrzebny, kogoś innego cóż...daje niemiłe wrażenie. I to chyba kwestia też często, jak ktoś działa na naszą psychikę, np. czy mamy między sobą jakieś hm...rany, utarczki, niezaleczone sprawy. A nieraz pewne rzeczy są po prostu.
Bo to profesjonalista i masz wrażenie może, podświadome, że sama wizyta, badanie, już jakoś leczy?:D
No właśnie to jest u mnie dziwne, bo jak jest Ciacho to ja cały czas muszę go dotykać, potrzebuję tego, a nie znoszę bliskości z nikim innym. On to czasami aż taka zaduszona maskotka jest :P
UsuńMoże coś w tym właśnie wrażeniu profesjonalizmu jest, że skoro już to widzi, ktoś, kto się zna to będzie dobrze ;)
Bo jego dopuściłaś najwyraźniej po prostu jako jednego z niewielu do swojej strefy osobistej:) W sumie, to niektórzy po prostu wpuszczają do niej kogo popadnie- jak ja- a inni mają wybrane osoby. I nic dziwnego i złego w tym, ważne, żeby mieć kogoś takiego i ty masz na szczęście:)
UsuńDokładnie:)
Ale wiesz... u mnie to jest o tyle dziwne, że ja potrzebuję tego dotyku, bliskości i ja wręcz zamęczam tym Ciacha, bo całą tą energię, którą gromadzę w sobie wyładowuje na nim. Nie wiem jak Ci to wytłumaczyć, to jest dziwne po prostu ;p Dotyk to skomplikowana rzecz, co pokazują moje odczucie i cała Twoja notka. Bo jednak skoro tyle osób się do niego odnosiło to musi coś w tym być.
UsuńDokładnie, tu też nie ma w sumie żadnych żelaznych reguł...zresztą, chyba nie ma ich nigdzie:)
Usuńno, może w chińskim prawie :D
UsuńNo, tam mogą być bez weta :D
UsuńZ karą śmierci... ;)
UsuńTwoje notki zawsze emanują dobrą energią, nie wiem jak ją wplatasz w te słowa :)))
OdpowiedzUsuńA co do dotyku, to rzeczywiście... ważny jest, tworzy bliskość, zacieśnia więzy rodzinne.. tylko dlaczego wydaje mi się, że w naszych życiach tego dotyku jest coraz mniej? Nieraz żyje się z kimś obok, kimś kto jest niby nam bliski, ale obcy... I jak nie ma uczuć, nie ma dotyku... To tak jakoś zimno się robi, mam takie wrażenie....
Też nie wiem, ale to chyba dobrze, cieszę się:)
UsuńBo tracimy w ogóle zdolność jak gdyby do bliskich relacji...wiesz, jest taka ciekawa teoria na ten temat, kosztu przejścia z plemienności, gdzie wszyscy byli blisko i definiowano życie przez "my" na rzecz życia w cywilizacji, gdzie mówi się "ja". Wszystko ma swoje dobre i złe strony, ale to właśnie cena, jaką ponosi ludzkość. I między innymi widać to właśnie w dotyku, a raczej...nieumiejętności dotykania się. Barierach. Bo istnieje ja, a nie ma już my.
:)
UsuńBo może bycie "my" niesie ze sobą konsekwencje? nie wiem, troska o drugą osobę, czy coś w ten deseń i tego się boimy? Wszyscy się zamykają w sobie, w swoich czterech ścianach... Dokąd to zaprowadzi, wolę nie mysleć.
To zapewne też swoje robi, unikamy odpowiedzialności pewnej za drugą istotę bo bycie bislko niesie ze sobą konsekwencje. I też aż się boję.
UsuńAż można stwierdzić, że dotyk uzależnia ;). Ach to nasze społeczeństwo... Nie jest przyzwyczajone do dotyku, dlatego często może on być przez ludzi dziwnie odbierany, często nawet w rodzinie ludzie mają jakieś takie granice między sobą, mimo że to przecież najbliższa rodzina, a przecież dotyk ma naprawdę wyjątkowe hmm... właściwości? Choćby ten przyjacielski, zawsze potrzebny przy jakimś zmartwieniu. Ten dobry dotyk zawsze poprawia humor i odrzuca złe myśli.
OdpowiedzUsuńKonie to cudowne zwierzęta. Nie wiem dlaczego, ale jak byłam mała to byłam nimi bardzo zafascynowana. Miałam nawet książki o nich, różne obrazki itd. Nawet stwierdziłam, że sobie kupię i oczywiście jako dziecko zbierałam pieniądze, jak już dzielnie uzbierałam z pomocą rodziców to niestety pojawił się jeden problem.... Ale gdzie ten koń zamieszka ;D. Jednak nadal mam do nich jakiś sentyment.
A to pewnie, że uzależnia, sama jestem tego przykładem:)
UsuńJak pisałam wyżej, być może po prostu zanik dotyku jest jedną z cen przemian pewnych społecznych, zaniku wartości plemiennych jak to mówią socjologowie...ale postęp ma swoje koszty- tylko powstaje pytanie, czym właściwie jest postęp. Ale tu chyba wchodzę na inny grunt już całkiem:)
I pewnie, że ma. Jak człowiekowi źle i nie pomagają żadne słowa, to właśnie zwykłe przytulenie, zwykłe chwycenie za rękę może wlać w serce wielką otuchę i ciepło.
Miałam tak samo chociaż...ja byłam zafascynowana każdym zwierzęciem, do dzisiaj trochę tak mam:) Ale konie są na swój spoób wyjątkowe, jednocześnie niesamowicie silne i kruche, łagodne i będące nieraz wręcz bestią. I...są jakimś symbolem wolności jednak.
Ja miałam na podwórku szopki, myślałam, że tam mi się konik zmieści :D
Trochę tak, ale ile w tym innym gruncie racji. Znów postęp, który ma swoje zalety, ale też wiele wad.
UsuńWiesz, po prostu to chyba bardzo przyjazne zwierzęta, mające w sobie to ciepło :).
Eej i co ? Nie udało się z koniem ? Nie zmieścił się? ;p
Dokładnie, taki obosieczny miecz.
UsuńNo jakoś nie dał rady :D
Niestety, jest jakaś bariera.
OdpowiedzUsuńMuszę ją trochę przełamać, w szczególności w sobie samej :)
Przytulanie się jest... no cudowne :D
Bariery mamy wszyscy, kwestia, czy nam z nimi po prostu dobrze;)
Usuńzaskoczyłaś mnie tym, że tak szybko u płodu rozwija się czucie, że tak szybko uczy się takie maleństwo co to jest dotyk... ale jest to logiczne :)
OdpowiedzUsuńzdecydowanie dotyk ma terapeutyczną moc, sama lubię się przytulać i to bardzo, niestety nie mam faceta, ale mama, brat i siostra mi to umożliwiają, więc mam się do kogo przytulić :)
mam też w pracy taką kobietę, która jest koło 50 i niestety nie mogła mieć swoich dzieci, ostatnio, kiedy się bardziej zżyłyśmy ze sobą i lepiej poznałyśmy, lubiła czasem mnie dotknąć, położyć rękę na ramieniu, ostatnio miała ciężki okres i raz zastałam ją jak płakała - od razu ją przytuliłam. na początku trochę dziwił mnie ten kontakt z nią, ale po przeczytaniu tej notki mam trochę wrażenie, że może brakuje jej dotyku własnego dziecka? bo bardzo chciała mieć własne dzieci, a ona jest raptem rok starsza od mojej mamy, więc spokojnie mogłaby mieć dziecko w moim wieku, teraz trochę to bardziej rozumiem i mam nadzieję, że już nigdy nie poczuję się dziwnie, jak mnie dotknie, bo rozumiem, że może jej to w jakiś sposób pomaga i powinnam się tak naprawdę cieszyć, że moja osoba jej jakoś pomaga, nawet jeśli to jest tak jakby się wydawało nie wiele jak dotyk.
mam nadzieję, że uda Ci się dostać ten wymarzony etat! a znalazłaś ostatnio coś konkretnego? ubiegasz się o jakąś posadę? czy wciąż szukasz?
zdecydowanie bym nie chciała, by ktoś się w mój związek wpieprzył, więc nie robię tego innym :) tak, jakiegoś rodzaju nostalgia, tęsknota za tą drugą osobą, chociaż widzisz, ostatnio jakoś mnie to mniej męczy, wtedy jakoś mnie to wewnętrznie targało, więc różnie to u mnie bywa, nie jestem wciąż smutna, że jestem sama, ale jak się skumuluje trochę smutnych i przykrych spraw, to jednak męczy mnie to trochę i muszę się tu pożalić :)
a ja powiem krótko, że lubię się przytulać, wręcz uwielbiam. mimo, że należę do osób, które z trudem wyrażają emocje i ciężko zdobyć moje zaufanie na tyle, bym mogła się otworzyć, to przytulanie się jest jedyną formą, którą najprościej potrafię pokazać drugiej osobie, że jest dla mnie ważna, że ją lubię. tata to mnie nawet nazywa przylepą ;p nie ma dnia w którym bym się do kogoś nie przytulała, jak nie do człowieka, to do psów, bo mam ich kilka i każdego wyściskam :) i jeden z nich sam się prosi o głaskanie, przychodzi, trąca nosem, żeby tylko dostać trochę czułości :) dotyk ma jakąś moc, faktycznie, dlatego przykre jest, gdy niektórzy dotykiem potrafią wyrządzić drugiemu człowiekowi czy zwierzęciu wielką krzywdę, po której ciężko się pozbierać.
OdpowiedzUsuńWięc to [po prostu świetny sposób na to, by okazać to, czego nie można do końca nazwać tak naprawdę:) Inny język, język, o którym wielu często niestety zapomina.
UsuńSama chciałabym psa, ale obecnie cóż...nie będziemy zwierzaka męczyć w mieszkaniu, jak nas często nie ma.
I niestety...nie wszystko zawsze wychodzi po prostu dobrze, a jeśli to krzywda czyniona z premedytacją to niestety- są właśnie różni ludzie...różne czyny...
Dziękuję ci bardzo za ten tekst kochana
OdpowiedzUsuńCóż, raczej nie ma za co:)
UsuńKurde, jestem tak bardzo martwa xD A nie... Dzisiaj koleżanka mnie wyściskała :D No i kota jednak miziam nawet jak nie ma na to ochoty xD Chyba jednak nie jest tak źle :)
OdpowiedzUsuńNo to nie jesteś, nie pierdol tutaj głupot :D
UsuńJa z dotykiem nie mam żadnego problemu. Z moim bratem przytulamy się kilka razy dziennie, gdy jestem w domu (pomijając fakt, że tyle samo razy się kłócimy xD). Ogólnie w mojej rodzinie, gdy się witamy z kimś, kogo jakiś czas nie widzieliśmy - przytulamy się albo chociaż podajemy rękę.
OdpowiedzUsuńA ja to w ogóle jestem przylepa, bo jak widzę nawet starych znajomych, po długim czasie to idę do nich z wyciągniętymi ramionami. :) Lubię się przytulać i tyle.
Zauważyłam też u siebie to, o czym pisałaś. Dotyk mnie uspokaja, daje poczucie bezpieczeństwa, a nawet dodaje sił, aby iść dalej.
Kłótnie kłótniami, ale gdybyście nie mieli dobrego kontaktu, to byście się pewnie nie kłócili:) Mam wrażenie, że o to najłatwiej z osobami nam bliskimi właśnie. Ale dobrze, że w sumie rodzina nie ma nałożonych szlabanów na dotykanie, bo to z domu przecież się wynosi w dużej mierze:)
UsuńI dobrze:) Mam tak samo w sumie:)
Dokładnie:) Czasem zwykłe pogłaskanie po głowie, symboliczne nawet, wystarczy.
Kiedyś czytałam o tym, że kłócą się ludzie, którym na sobie zależy i chyba coś w tym jest. Bo gdy zdenerwuje mnie ktoś totalnie mi obojętny, nawet nie fatyguję się, żeby mu cokolwiek odpowiedzieć. :D
UsuńDokładnie, bo szkoda nerwów na kogoś, na kim nie zależy, a z kimś kto jest blisko chcemy po prostu to wyjaśnić:)
UsuńDobrze czasem psa i kota pogłaskać, przytulić się do kogoś, chyba każdemu to jest potrzebne :)
OdpowiedzUsuńOtóż to:)
UsuńI co mogę powiedzieć? Wszystko powiedziałaś :)
OdpowiedzUsuńJak wspomniałam (chyba?:P) ja chciałam cavioterapię prowadzić... Ale nic tak mnie nie uspokaja, pociesza i nastraja jak branie na kolanka mojego prosiuna i głaskania go:) Ma taką sierść inną :) No i po prostu kocham zwierzęta :) A wiem jak dzieci przy tym reagują :) Z resztą i starsze osoby, kiedyś oglądałam jak pewna pani prowadziła terapię taką w domu starców, radość tych ludzi bezcenna :)
Wyczerpałam temat mówisz?:D
UsuńI tak, pisałaś o tym;) A mnie moich kotów nieraz. Marzy mi się jeszcze pies ale póki co przy naszym trybie życia po prostu nie chcemy męczyć zwierzaka.
Właśnie pomyślałam, czy może moim staruszkom nie przemycić jakiegoś zwierzaka. Chociaż, mają swoje żółwie:D
My mamy psa i moją świnkę, a świnka... No nie da się ją pominąć. Raz, że gości zaczepi a dwa wszystkich domowników zaczepia :P Nawet pies się z nią nie nudzi :) Ale chyba jak rodzice zostaną sami to wiem, że jakieś zwierzaka będą mieli. Kiedyś też mieli żółwie pustynne, dwa ogromne :)
UsuńTo dobrze:) I pewnie się okaże, czy będą chcieli, zresztą, jak to zwsze bywa, czas pokaże:)
UsuńCiekawe, ale jakoś tak mi smutno. Przeszłość.
OdpowiedzUsuńAle na tej nie trzeba się skupiać, skoro teraz jest teraz:)
UsuńO tym jaką moc niesie ze sobą dotyk wiem nie od dziś. Dziękuję, że o tym przypomniałaś. Czasami zapominamy o tak małych, a jednak wielkich przyjemnościach. :)
OdpowiedzUsuńDokładnie:) Wiesz, czasem właśnie o tych najbardziej oczywistych rzeczach najłatwiej zapomnieć:)
UsuńNiestety brak mi takiego zaufanego dotyku, niekoniecznie ostatnio - to trwa od dłuższego czasu. Mam bliski kontakt z... moją papugą, która uwielbia pieszczoty, głaskanie i całowanie po skrzydełkach, pleckach. Zawsze wtedy świszczy z radości albo pogwizduje. Też kocham go głaskać (to samiec, taki mały maczo :D), więc faktycznie nawet kontakt tego rodzaju ze zwierzakiem pomaga :)
OdpowiedzUsuńHipoterapię miałam, ale skutki były mizerne przez mój strach, który konie najpewniej wyczuwały...
Czasem właśnie taki brak dotyku trwa, nic na to się nie poradzi od razu ale dobrze, że są właśnie takie kochane stworzenia, jak moje koty czy twoja papuga właśnie. I cóż, powiem tak- jesteście dla siebie właśnie, jakkolwiek to nie brzmi, ale oboje jak widać potrzebujecie takich pieszczot:)
UsuńA pewnie, konie strasznie nie lubią ludzkiego strachu przed nimi samymi, widziałam to nawet na zajęciach.
Nie słyszałam o tych eksperymentach Harlowa, ale są... ciekawe.
OdpowiedzUsuńCo do Niemców to ich pomysł jest w pewien sposób zabawny, ale jak się spojrzy na to, że dotyk prywatnych opiekunek pomaga, mimo że jest niejako "obcy", to jednak robi się to bardziej przykre niż śmieszne.
A samo wzięcie kogoś za rękę czy przytulenie po prostu uspakaja :)
No to już słyszałaś, w sumie :D
UsuńDokładnie, to wydaje się odruchowo zabanwe ale jak pomyślisz o tym, jak desperacko brakuje komuś dotyku to to aż przerażą...
I dokładnie. To czasem najlepszy lek:)
No powiem,że ciekawy temat poruszyłaś. Widzę na własnym przykładzie-osoby która przytulać się nienawidzi jaki to ma na mnie wpływ. Widzę jak np. ludzie czują się spokojniejsi po przytuleniu czy jest im lepiej jak się do kogoś przytulą i wypłaczą.Albo darmowe przytulanie na Lednicy to też coś bardzo miłego.
OdpowiedzUsuńDokładnie, czasem to przytulenie nawet bardziej działa na osoby, które mają pewne bariery, bo to dla nich wręcz silniejszy bodziec, niż dla takich przylep jak ja choćby:)
UsuńA na Lednicy byłam raz, kiedyś, jak gówniara jak jeszcze posuzkiwałam...ale to nie dla mnie, zdecydowanie:)
Dotyk jest według mnie najlepszym antybiotykiem na zmartwienia i choroby :) Tak niewiele trzeba, aby zdecydowanie poprawić mu nastrój.
OdpowiedzUsuńDokładnie, taki uniwersalny lek, który każdy z nas może przepisać:)
UsuńA tak naprawdę dotyk nie istnieje, bo nasze atomy to protony, neutrony, elektrony i między nimi wolna przestrzeń. W skali mega mikro, że tak powiem, kwantowej, wiadomo, że tak naprawdę dotyk nie istnieje, ale w skali makro go odczuwamy :-D.
OdpowiedzUsuńA, to wiem :D Nawet pisałam o tym pracę na studiach :D Ale mówimy o postrzeganiu makro jednak tutaj :D
UsuńMoże właśnie dlatego świat ostatnio zmierza w jakimś dziwnym kierunku? Bo dotyk jest coraz rzadszy... wszystko jest odległe, wirtualne, brakuje nam prawdziwego dotyku, tu i teraz.
OdpowiedzUsuńDokładnie. Aż można powiedzieć, że stajemy się jacyś hm..mechanizczni.
UsuńDotyk? Jak wpływa na ludzi czy relacje widzę najlepiej - oczywiście - na własnym przykładzie. Z moją najlepszą koleżanką, z którą znam się od połowy podstawówki, nie przytulam się prawie wcale. Zaczęłyśmy to robić dopiero po pójściu do różnych liceów. Ona po prostu tego nigdy nie lubiła (ja odwrotnie, jestem ogromną przylepą, jak to moja rodzinka mawia). I nasz kontakt jest zupełnie inny, niż jaki mam z dziewczynami z koleżankami z liceum, kiedy to przytulamy się niemal non stop XD W ogóle w gimnazjum miałam ogromną barierę dotyku i faktycznie gorzej się czułam. Zresztą ze mną to dziwna sprawa - dotyku bardzo potrzebuję i czuję, że jak długo nie mam się z kim poprzytulać to mi gorzej, a z drugiej strony krępuje mnie to (taka pozostałość trochę po zaburzeniach odżywiania jednak, kiedy miałam tak ogromny wstręt do swojego ciała, że nie dawałam się dotykać w ogóle i sama siebie zresztą też nie dotykałam, ale z drugiej strony też jednak tej bliskości potrzebowałam... paradoksy wszędzie). Różnie z tym bywa. Ale dotyk może naprawdę bardzo pomóc, nie od dziś zresztą wiadomo, że gdy człowiek przechodzi trudne chwile i targają nim trudne emocje - warto trzymać go za ręce. Ja zawsze jak mam do przeprowadzenia jakieś trudne rozmowy na tle emocjonalnym, to łapię mojego rozmówcę za dłoń - to wiele ułatwia. A jeśli chodzi o spontaniczny dotyk, to... coraz więcej ludzi się go jakoś obawia. Ja na przykład zawsze odskakuję, jak koleżanka łapie mnie za rękę czy się przytula, kiedy się tego nie spodziewam. Potem na ten dotyk pozwalam, ale pierwszej chwili chcę uciekać jakby i wiem, że nie tylko ja tak mam, co jest w sumie dość przykre, jak teraz o tym myślę...
OdpowiedzUsuń