piątek, 5 grudnia 2014

Nominacja dobrych myśli, czyli o wspomnieniach, które ogrzewają i przypominają o najważniejszych rzeczach w te nawet zimne dni

Dzisiejszy dzień nie pachniał wcale grudniem, tylko listopadem. Zaczął się szarością za oknem i deszczem. Zaczął się zasmarkaniem i bólem głowy, zaczął się wyrwaniem z nieprzyjemnego snu. No tak...ten dzień nie mógł być w sumie dobry, pomyślałam głupio, odruchowo. Minął miesiąc od...nie, nie mogę sobie przecież na to pozwolić. Na to, by każda piątka tak się kojarzyła. Każdego miesiąca, bo też i w tych dniach trzeba żyć.
Ale to będzie ciężki dzień, pomyślałam, widząc stosy notatek, mając dwie prace kontrolne do napisania. Tak to jest Frida, jak bierzesz się za wszystko jak jesteś już pod murem. Stary, niedobry nawyk.
Nie chce mi się uczyć, cholera. Weszłam sobie na blogi. Dla rozrywki, chwili odpoczynku gdy od rana rozrzucam notatki z psychologii. Trafiłam i rzecz jasna do Asika, widząc nowy wpis.
Nominacja dobrych myśli? Czemu by nie, pomyślałam. Można spróbować. Może napiszę dzisiaj, może jutro...ale co miałabym napisać? W pierwszym odruchu nic nie przychodziło mi do głowy. Szaruga za oknem chciała mnie zdecydowanie pokonać.
W przerwie podczas nauki poszłam zaparzyć sobie jaśminową herbatę. Sama zbierałam jaśmin przecież tego lata...otworzyłam puszkę i poczułam ten zapach. Zapach lata. Usłyszałam śmiech Męża, kiedy to wpadłam w wąwóz z pokrzywami i wyszłam z niego cała ubłocona, ujrzałam te czarne oczy patrzące na mnie z drwiną ale i miłością...
Woda się zagotowała, a mi wszystko się przypominało. Dobre myśli, dobre wspomnienia...tak wiele, tak wiele drobiazgów i tak wiele dobrych rzeczy! Przecież nie można zapominać, nawet w tak ponure, czarne dni. We wszystkie 5 miesięcy, nie można zapominać o dobrych myślach, dobrych wspomnieniach, które tkwią w sercu. Ważne, że coś było, nie że coś się skończyło, przecież pamiętasz Frida!
Tak wiele myśli, aż trudno cokolwiek wybrać, choć na początku nic a nic nie przychodziło mi do głowy...
Dziękuję więc Promyczkowi za nominację i cóż, zabieram się do roboty. Z całego ogromu udało mi się, być może, wybrać kilka najbardziej odpowiednich. I niech będzie, jakoś tak...po kolei. Chronologicznie.

2007- Kobieta i Malarz

-Rozbierz się.- powiedział do mnie Vincent, gdy wylegiwałam się na rozprutej kanapie w jego mieszkaniu po kolejnej spędzonej razem imprezie.
Nie znaliśmy się jeszcze wtedy za dobrze, parę spotkań, krótka znajomość przez najlepszego wówczas przyjaciela, z którym kontakt już mi się urwał. Nie chciało mi się wracać jeszcze do domu, w którym wówczas nie czułam się za dobrze, przez kolejne awantury z ojcem, któremu zdrowie pozwalało sobie jeszcze wtedy ostro popić. Nie chciało mi się słuchać też lamentu matki, gdzie to znowu znikam. Nie, nie byłam wtedy wcale dobrą córką dla niej, trochę się mściłam za pewne rzeczy...ale to nie ma teraz znaczenia.
Rozbierz się, powiedział, a ja zrobiłam wielkie oczy. Nie miałam wtedy wcale zamiaru iść z nim do łóżka. Nie powiem, podobał mi się, wysoki, barczysty, z tym rysem szaleństwa i skurwysyństwa, który zawsze mnie pociągał.
Zrobiłam wielkie oczy, zaniepokojona. Wcale nie tym, że zrobi mi krzywdę. Jeśli ktoś ma tu uwodzić, to ja, jeśli mamy iść do łóżka, to na moich zasadach, pomyślałam wtedy, 17 letnia dziewczyna która wplątywała się w rozliczne związki bez przyszłości. A może raczej wplątywała się w różne łóżka i jednocześnie tak samo szybko z nich uciekała.
-Nie będę z Tobą się pieprzyć- prychnęłam, udając, że niewiele mnie to obchodzi. Zastanawiając się, jak szybko wylecę z tamtego zabałaganionego mieszkania.
-Ale ja wcale nie chcę, za młoda jesteś!- zaśmiał się Vincent, nie wiedząc, że za parę miesięcy jako kumple, a nie kochankowie wylądujemy na tej podłodze, na której właśnie stał.
-To co mi każesz się rozbierać?- zdurniałam do reszty.
-Chcę cię namalować.
Zaniepokoiłam się do reszty. Namalować? Mnie? Wspaniały malarz Vincent, który swoim postaciom daje szczególny rys, który na płótnach oddaje kawałek serca? Namalować, mnie? Łatwiej byłoby mi się pieprzyć.
Zgodziłam się mimo to. Była zima, słońce powoli zachodziło i pogrążało Wildę w mroku. Zaczęłam się powoli rozbierać. Nigdy nie miałam problemów z wyskakiwaniem z ciuchów, nigdy nie wstydziłam się ciała jako takiego, nagości...jednak tym razem było inaczej. Vincent pozapalał światła, tak, żeby uzyskać odpowiedni światłocień na szkicu, żeby potem przenieść go na płótno. Na początku skrępowana mimo wszystko usiadłam z powrotem na kanapie, nie wiedząc, co zrobić ze swoim ciałem. Nagle nogi były za długie, ręce zbyt nieporęczne i głowa jakoś nie chciała się układać.
-Uspokój się, a nie się spinasz Fridel.- powiedział wtedy wyjątkowo łagodnie, uśmiechając się, nie jak zawsze do wszystkich, drapieżnie, jedną stroną tylko, jakby ta druga zawsze musiała być mroczna, a jakoś promiennie.
Takie słowa ponoć nigdy nie działają...a wtedy podziałały. Rozluźniłam się. I nogi miały odpowiednią długość i głowa znalazła swoje miejsce. Patrzyłam spokojnie, jak jego ręce, całe brudne jeszcze od farby olejnej, której nigdy nie mógł zmyć, poznaczone węglem, jak jego ręce pracują na papierze, gdy szkicuje mnie raz, drugi, trzeci...
Moje nogi wtedy, moje ręce, mój brzuch, piersi...wtedy znalazły swoje idealne miejsce.
Po raz pierwszy poczułam się naprawdę piękna. Gdy widziałam jak rzuca kolejne spojrzenia, wcale nie miłosne, a spojrzenia Malarza, spojrzenia estety na kolejne fragmenty mojego ciała, gdy widziałam, jak bacznie obserwuje grę świateł na mojej skórze, gdy widziałam te pracowite ręce, skupienie i zachwyt jednocześnie, zrozumiałam, jak to jest być Kobietą.
Nie zrozumiałam tego wcale tracąc przedwcześnie dziewictwo z kimś, kogo, jak mi się zdawało wtedy, kocham. Nie zrozumiałam tego z kolejnymi kochankami. Nie zrozumiałam czym jest moje kobiece piękno aż to tego momentu, momentu gdy ręce mojego przyjaciela- artysty nie stworzyły mojego obrazu. Nie zrozumiałam, czym jest uczucie szczęścia, gdy ktoś chce i może cię podziwiać, w pełni, czysto podziwiać.
Wszystko wcześniej to była tylko żądza. Ulotne miłostki, nieprawdziwy obraz. Prawdziwy powstał na płótnie, prawdziwy dane mi było zobaczyć parę tygodni później. Nie poznałabym wcześniej samej siebie, bo nie widziałam siebie naprawdę. To Vincent otworzył mi szczęśliwie oczy.
Tym razem to była kontemplacja samego piękna, które ponoć we mnie istniało i istnieje dalej. Czystego piękna, beż żadnych dodatków.
To samo piękno odkryłam potem w innych oczach ale...to już inna historia.
Dzisiaj, przez swoją chorobę i swoje problemy często zapominam o tym, że jestem piękna. I nie chodzi wcale o idealne ciało, ale o to, co ktoś może w tobie zobaczyć i przenieść na płótno.
Muszę jak najczęściej zerkać na ten obraz, który co prawda został w innym domu...ale muszę jak najczęściej widzieć siebie na nowo w tej myśli. We wspomnieniu o Malarzu i Kobiecie.

2009- Kobieta i Przyjaciele

Siedzieliśmy tej lipcowej nocy na dachu opuszczonego budynku. Małe włamanie, wybijanie kłódki.
-Jesteś pewien, że tu nikt nie pilnuje?-zapytał jeszcze raz Vincent, w obawie chyba, że znowu spędzi na dołku kolejne 48 godzin. Jego kartoteka zaczynała się robić pokaźna.
-Co ty, brachu, ostatnio byłem tu na ćmiku sobie nocą- roześmiał się Kordian, a butelki wina w jego plecaku wesoło podzwaniały.
-Nie pękaj!- dorzuciłam, śmiejąc się jednak trochę nerwowo, brawurowo, jak to ja.- To nasza noc!
Wbiegliśmy wręcz na dach, otwierając już na schodach pierwszą butelkę. Kagor, nasze ulubione słodkie wino. Jedna butelka, druga na dachu, trzecia...
Siedzieliśmy tak, cicho brzdękała gitara, rozmawialiśmy, śmialiśmy się. W pewnym momencie Vincent wstał i zaczął pokracznie tańczyć, dobrze już podpity, z butelką w ręku, z papierosem w drugiej łapie. Długie włosy kołysały się na lekkim nocnym wietrze. Pomyślałam wtedy, jakie to śmieszne, sami faceci z długimi włosami i ja z ogolonym łbem. Trochę absurdalne tak społecznie patrząc...
W pewnym momencie Vincent podszedł do krawędzi. Niebezpiecznie się zakołysał, niczym jego włosy.
-A co, gdybym skoczył?- powiedział z zastanowieniem w głosie.
Oboje, Królik i ja, zerwaliśmy się na równe nogi. Vincenta wyrwało to jakby z transu, w którym się znajdował.
-Nie no, nie skoczę, nie bójcie się. Mam was, nie mogę skoczyć. -jego oczy jednak zaświeciły tym szalonym blaskiem, który pociągał nas oboje. Tym wyraźnym, który tkwił i w nas, tylko nieraz ukryty.
Wyciągnął z kieszeni scyzoryk. Nie wiedzieliśmy co robić, nie wiedzieliśmy, co zamierza tak naprawdę. Tymczasem, spokojnie przeciął sobie lekko rękę.
-Dawaj łapę- powiedział tonem nie uznającym protestu podchodząc do mnie. Już wiedziałam.
-Będzie jak w dawnych opowieściach, co?- zaśmiał się Królik, wzruszonym śmiechem. Wcale nie przerażonym, ani nie do końca radosnym. Wzruszonym całkowicie.
-Ano, będzie jak w starych opowieściach- odpowiedział Vincent twierdząco, przecinając najpierw moją rękę, potem Królika.
Dotknęliśmy nawzajem swoich dłoni, lekko pijani, nie potrafiący nic powiedzieć, nie przez alkohol wcale. Po prostu są chwile, gdy nie trzeba nic mówić. Chwile, gdy wzruszenie właśnie zapycha całkiem krtań, gdy oczy muszą wyrazić wszystko. Oczy, dłonie, ciepłe ciała przytulone do siebie. Kapiąca wolno krew, wspólna krew, która wcale nie zostawia blizn. A zostawia miłość.

I o tym też muszę pamiętać. O krwi, która połączyła dusze, nawet gdy ciał już nie ma. O radości na dachach wszystkich opuszczonych poznańskich budynków. O więziach, które nie umierając wcale.

2011- Kobieta i Mężczyzna

-Mamy do ciebie sprawę, Królik- powiedzieliśmy, wpadając jak burza do domu Kordiana. Ja i mój Mąż, trzymając się za ręce. Roześmiani, mokrzy jeszcze cali od deszczu, burzy, która przed chwilą przeszła i podczas której namiętnie się całowaliśmy po drodze.
-Jaką?- powiedział zdezorientowany, widząc, jak ja szukam sobie u niego w szafie ręcznika, a Mąż moczy mu łóżko, siadając sobie na brzegu.
-Niedługo mamy kolejną rocznicę i sobie pomyśleliśmy....weźmiemy ślub. A ty będziesz naszym kapłanem. Wiesz, mogłabym poprosić Kubę, bo w sumie...no nie jesteś może do końca kompetentny, ale ciebie kochamy oboje Króliku przecież...
-Ale jak to?!- przerwał moje kłapanie dziobem przerażony Królik.
-No tak to brachu. Bierzemy ślub, znaczy, wiesz, nie cywilny, tego i tak nam nie uznają, ale chcemy dla siebie, dla Bogów jak gdyby wiesz...
-Ale jak to?!- jego przerażenie rosło i głos zmienił się w skrzypiący falset- Znaczy, nie no, super, ja wam bardzo gratuluję i w ogóle, ale JA MAM WAM UDZIELIĆ ŚLUBU?!
-Króliczku...a kto zrobi to lepiej? Tylko twoje światło pasuje do naszej miłości tak idealnie. Zrobisz to dla nas?

***

Trzy tygodnie później staliśmy w wybranym przez siebie miejscu. Nie chcieliśmy, by była to duża uroczystość. Raczej skromna, robienie wielkiej imprezy zostawiliśmy sobie na ślub cywilny.

Śmialiśmy się, że nie muszę się rozwodzić, żeby brać kilka ślubów w życiu...cóż. Mam już za sobą trzy. Pierwszy przeznaczony tylko nam, najbardziej intymny i o tym nie będę opowiadać nigdy. Drugi, łączący nas przed Bogami, łączący nas w duchu miłości. I trzeci, cywilny, będący wielką imprezą, ale i wzruszeniem pewnego rodzaju.

Na ten drugi, bo o tym mowa przecież, zaprosiliśmy tylko najbliższych przyjaciół z pewnego kręgu. Nawet nie rodziców, bo pewnie by nie zrozumieli, zwłaszcza rodzice Męża. Ot, czterech świadków, jako kapłani żywiołów przy każdym z ołtarzy, jeden kapłan wiążący nam ręce, nasz najbliższy przyjaciel i my, pośród tego wszystkiego. Zakochani, patrzący sobie w oczy. Najważniejsi tego dnia, najważniejsi dla siebie każdego poprzedniego i kolejnego.
Radość i wzruszenie, gdy przyjmowaliśmy symboliczne dary, radość i wzruszenie przy śpiewie i tańcu.
Wargi drżały mi ze wzruszenia, jego czarne oczy stały się wilgotne, z każdą minutą, coraz bardziej, coraz mocniej przepełniała nas miłość. Staliśmy nad brzegiem jeziora, brzegiem wyłonionym pośrodku lasu, który tego dnia zdawał się być pierwotną puszczą, tego dnia, gdy mówiliśmy sobie "tak długo, jak miłość będzie trwać". Nie obiecywaliśmy sobie aż po grób, bo to próżne obietnice, nie obiecywaliśmy sobie wyznaczając daty. Obiecaliśmy sobie, tak długo, jak w nas będzie nasza miłość do siebie nawzajem. Tak długo jak można kochać, nie zmuszając nikogo, nie zniewalając, bo nie o to przecież chodzi. Ale wierząc, że ta miłość będzie trwała całe życie. A może i ponad nie. Bo nie ma rzeczy wiecznych, ale są uczucia...

"Moja miłość do Ciebie jest potężna, jak wicher który łamie najpotężniejsze drzewa. Moja miłość do Ciebie jest niezliczona, jak wszystkie gwiazdy naszego nieba. Nie istnieję bez Ciebie, jak Słońce nie może istnieć bez Księżyca. Nie istnieję bez Ciebie, nie żyję bez Ciebie, jak nie może żyć ziemia bez wody. Dopiero gdy cię poznałem, zrozumiałem, co znaczy zaspokoić pragnienie. Dopiero gdy cię dotknąłem, zrozumiałem, co znaczy wielki głód, który można zaspokoić tylko jednym uczuciem. Dopiero gdy cię miałem, zrozumiałem, co znaczy żyć."

Nie mogłam nie płakać lekko ze wzruszenia i szczęścia, gdy nasz przyjaciel czerwonym sznurem wiązał nasze ręce pod wielkim dębem, symbolem siły i długowieczności. Wiązał nasze życia na tak długo, jak będzie trwała miłość. Wiązał nasze dusze na dłużej być może, gdy miłość przetrwa, ale nasza ciała odejdą.
Nie mogłam nie czuć największej rozkoszy w życiu, gdy potem na posłaniu z trawy, w głębi lasu, ze związanymi rękami kochaliśmy się namiętnie. Nie mogłam nie krzyczeć, a potem nie śpiewać z radości i tańczyć nago pod niebem. Tak, by widziały nas wszystkie gwiazdy i księżyc i były świadkami naszego szczęścia. Świadkami najważniejszymi chyba.

Przez ziarno i korzeń, przez łodygę i pąk
Przez kwiat, owoc, liść
Przez życie moje i moją miłość
W imię Boga i Bogini
Biorę Ciebie
Do mej ręki, serca i ducha mojego
Przy zachodzie słońca i wzejściu gwiazd
I Śmierć nas nie rozłączy jeśli miłość pozwoli
Bo gdy się czas dopełni
Będziemy chodzić razem
Po zielonej Ziemi, pod niebem pełnym gwiazd
I znów się spotkamy i znów się rozpoznamy.

Rzecz, której nie zapomnę nigdy. Miłość, która stale trwa i jest przy mnie. Przychodzi nocną namiętnością, przychodzi w ciepłej herbacie, gdy nie wyglądam wcale najlepiej. Oczy, których spojrzenie otaczają zawsze ciepłem. Najwspanialsze uczucie, które mogło się przydarzyć. I nadal kocham, każdego dnia. A wspomnienia pozwalają to zobaczyć jeszcze wyraźniej.

2014- Kobieta i Duchy Gór

-Boże, jak tu pięknie!- wykrzyknęłam stojąc na kolejnym szczycie, cała spocona, cała umorusana błotem, zdyszana. Ale szczęśliwa niesamowicie.
Dwa tygodnie w Gruzji były najwspanialszą wyprawą, jakiej mogłam doświadczyć. Z tym, którego kocham, z moim Mężem i przyjaciółmi dookoła.
Zimne poranki górskie, mycie się z piskiem w zimnym strumieniu. Nocne opowieści przy ognisku, gotowanie na ogniu dziwacznej owsianki i zajadanie snickersów, których mam dość po dziś dzień. Radość ze zdobycia owczego mleka od dobrych pasterzy spotkanych po drodze. Szalona przygoda ze zdobyczną dziewczyną Ozga, która zgubiła się w czasie burzy w górach. Sama burza, cudowna groza, która nie powodowała, że serca stawały, a tylko przyspieszała ich bicie.
Wspomnienia umarłych i taniec na wzgórzu przy kolejnej dawce wina z Królikiem, wykrzykiwanie wierszy w przestrzeń pełną ciszy, ciszy, która wcale nie krępuje, a koi serca.
Zmęczona, ale szczęśliwa. Dwa tygodnie oderwania i dzikości. Obserwowanie niedźwiedzi z daleka, zwierząt, które są moim duchowym symbolem przede wszystkim. Obserwowanie ich i dzika chęć, by podejść bliżej. Setki kilometrów, ciężki plecak, zmęczenie...och, jak dobre zmęczenie! Jakże tam było pięknie, jak było cudnie oddychać w ten wyjątkowy sposób.

Zamknięta w mieście, odcięta od swoich bagien zapominam nieraz, że mam w sobie dzikość, dawny zew. Że natura we mnie jest tą, która przenika i na szczytach gór. To wspomnienie nie pozwala zapominać o tym, kim naprawdę jestem i czyją krew w żyłach dumnie obnoszę po świecie. Dzikość, która rozgrzewa w grudniową pluchę w tym smutnym dziś mieście...

****

Choć to miasto nie jest dziś smutne przecież. Już nie. Bo w nim jest też pełno ścieżek, wspomnień, o których nie napisałam. Mam w sobie jednak wiele dobrych historii.. I wiele mieć będę.
Wiele miejsc, gdzie szczęśliwie stąpały moje stopy. Wiele miłości. Dobrych ludzi. Wspomnienia, które ogrzewają. Nawet w najgorsze dni.

Gorący piasek na placach nóg, zimny piasek w śpiworach
W końcu zrozumiałem że wspomnienia
Były najlepszymi rzeczami, jakie kiedykolwiek miałeś
To lato prażyło na przyrumienione od słońca plecy
Tak daleko od domu, gdzie usytuowany był ocean
Poniżej ślady i kurz sosnowych szyszek

Gorący piasek na palcach nóg, zimny piasek w śpiworach
Zrozumiałem, że otaczający cię przyjaciele
Są wszystkim co zawsze będziesz mieć
Dym w moich płucach to powracające echem odbicie kamienia
Beztroscy i młodzi, wolni jak ptaki
Szybują teraz z duszami nie mającymi ciężaru

Przetrwaliśmy
Niezachwiani jak te gwiazdy w lasach
Z takimi rozradowanymi sercami
I to ciepło brzmiało prawdziwie wewnątrz tych kości
Podczas gdy ta stara sosna upadła na ziemię
Zaśpiewaliśmy
Po prostu po to, by błogosławić poranek- Ben Howard, Old Pine



Jak napisała Asia, tego wirusa (no bo nie grypy przecież!) trzeba rozprzestrzeniać. Nikogo rzecz jasna nie zmuszam, bo nie na tym to polega. Ale...być może, ktoś ze mną zechce powspominać. Dlatego nominuję parę osób, niektóre jak widziałam były już nominowane, więc tym dam spokój. Ale.... wspominanie na pewno nie zaszkodzi, a być może, rozgrzeje jak i mnie w tym grudniu. Dlatego też, lecimy z tym koksem ( i jakby ktoś się nie zorientował jeszcze, chodzi o napisanie dobrych wspomnień :D) :
Miss Pewter

80 komentarzy:

  1. O masz. Bardzo ciepłe wspomnienia. I szczerze, ucieszyłem się, że mnie nominowałaś xD. Moja pierwsza myśl "Ktoś o mnie pomyślał, YEEEEEYYYYY!". A potem "... tylko nie masz o czym napisać".
    Problem. Muszę się zastanowić.

    Swoją drogą, masz piękne wspomnienia. Ciepłe. I czułe.
    Może miłość nie jest zła?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dobrze, że Cię to ucieszyło a nie rozwścieczyło czy coś, właśnie w ogóle miałam Ci pisać, że Cię nominowałam :D To ja miałam myśl, że nie mam o czym pisać dzisiaj, więc wiesz. A jednak wyszło:)
      I zastanów się, nie pali się, spokojnie:D

      Też sądzę, że są piękne:) Dlatego mnie ogrzewają dzisiaj:)
      I pewnie, że nie jest. Jest piękna.

      Usuń
    2. Będę gonił Cię z kosą. Haha!

      To i ja się ogrzeję od Ciebie. O.
      Dla mnie miłość to zawsze jakoś podświadomie był synonim rozczarowania i czegoś ogólnie złego. Prędzej, czy później.

      Usuń
    3. Już drżę ze strachu:D
      A czemu nie, proszę bardzo, po to to też jest:)
      Wiem, wiem że była...ale może z czasem właśnie to się jakoś zmieni:)

      Usuń
    4. Hmm... Powinnaś! Napisałem, masz. Ciesz się.

      To grzeję się *grzeje się*.
      Może. Chętna jesteś, żeby dopełnić dzieła Indiego i skończyć naukę w tym zakresie? ;)

      Usuń
    5. Hm....raczej nie jestem tu absolutnie kompetentna :P Więc...chyba nie do końca bym się mogła podjąć, wiesz:)

      Usuń
    6. A pomyślałeś, że pewnych rzeczy musisz się po prostu nauczyć samemu?:)

      Usuń
  2. Notka pełna dobrych wspomnień i dobre wspomnienia trzeba mieć i choć się uśmiechałam czytając to... Pod koniec zjechałąm na nominację i patrzę a tu "morthowy morth " (przepraszam, bez urazy dla nominowanego) ale tylko mnie to przeraziło, bo znałam kiedyś takiego "Mortha" i to tylko złę wspomnienia przyciągnęło :P Ale jak piszę, bez urazy, w necie jest pewnie wiele osób o takim nicku :P Ale to taki... Paradoks trochę, mój osobisty :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm..no to już osobiste skojarzenia, właśnie nick częsty w internetach...no i nie wyszło z przyciąganiem dobrych wspomnień, tylko złych. To w sumie, teraz żeby to odegnać, też możesz u siebie napisać dobre wspomnienia, o!:)

      Usuń
    2. I to bardzo złe przyciągnęło w jednej chwili :P Co najśmieszniejsze :) Aż mnie ciarki przeszły. No ale.... W sumie teraz jest u mnie ciągle dobrze i nie mam czasu na pisanie dobrych wspomnień, w sumie na blogu zapisuje dobre chwile, może krótkie, czasem długie... Czasem to tylko myśli no ale są dobre :P (zdarzają się i złe ale cóż :P )

      Usuń
    3. ... a poprawię swój wizerunek, gdy powiem, że na ogół mam nick dracjonis? (od dracionis, z łaciny oznacza to "smok", skrót: draco xD)
      Mort z francuskiego to "śmierć", więc w zasadzie... negatywne emocje słuszne ;D

      Usuń
    4. Wiem, że śmierć :) Ja do Ciebie nic nie mam :) Ale chodzi o nick i wspomniania z innym chłopakiem :) Ale Draco lepiej brzmi hehehe :) Ne bierz tego do siebie. Tu chodziło o nick z mmorpg, znałbyś i mój nick :P a tak nie jesteś tą osobą, i w sumie nick źle mi się kojarzy przez tą osobę a nie sam nick :)

      Usuń
    5. No wiem, wiem, wiem, wiem, spokojnie ;D.
      W mmorpg nigdy nie miałem nicku "morth" xD. Tylko tutaj. W mmorpg to zwykle był "Dracjonis".

      Usuń
    6. Dobra, widzę że to sobie wyjaśniliście, więc się nie wcinam :D

      Usuń
    7. A było co wyjaśniać?
      Tak się zastanawiam, że nawet całkiem trafnie wybrałem sobie pseudonim. Mam na myśli Draco. Smok.

      Usuń
    8. Nie, chyba nie było co wyjaśniać :) Przecież to tylko taki przypadek i takie tam :)
      Morth... Hmm... Trochę popatrzyłam na Twój blog... Ale rozwiń dlaczego trafnie? :)

      Usuń
    9. Toż ja z tym wyjaśnianiem przecież tak żartobliwie rzuciłam no:)

      Usuń
    10. Dobrze, dobrze :D Ale ogólnie dyskusja się wywiązała :) Dzięki temu ten "morth" wydał się mniej straszny niz dotychczas :)

      Usuń
    11. Czyli ta dyskusja wydała bardzo dobre owoce:)

      Usuń
    12. Jakby nie było to tak :) Minęło mi to takie przewrażliwienie na ten nick :P

      Usuń
    13. Bo się opatrzyłaś, zresztą, pewnie i tak jeszcze bardziej z czasem przywykniesz, jak na blogach będziecie się mijać :) Mała terapia, o:)

      Usuń
    14. Dobra całkiem :P
      Ale po 5 latach to chociaż nick mógłby być nie straszny :)

      A jak tam Mikołajkowy dzień mija ? :)

      Usuń
    15. Smok. Symbol powietrza i ognia, czyli dwóch żywiołów, które zawsze w jakiś sposób lubiłem. Są silne i mądre. Nie wiem czy jestem mądry albo inteligentny, ale wiem, że muszę być na pewno silny w jakiś sposób. Życie nikogo nie oszczędza, a hej, dalej funkcjonuje! I nawet staram się, naprawdę się staram być pozytywny, co jeszcze kilka lat temu uznałbym za stratę czasu i energii, kompletną głupotę i w ogóle pogrzebcie mnie żywcem. No, więc... Hm. Chyba podświadomie całkiem sensownie wybrałem sobie pseudonim, który teraz jakoś tak jest używany.
      Poza tym, kiedyś jakiś znajomy powiedział do mnie per "Draco" i tak zostało ;D

      Usuń
  3. każdy ma jakieś miłe wspomnienia, takie, o których nigdy nie zapomni, takie, które spędził ze swoimi na swój własny sposób szalonymi przyjaciółmi!
    miło się czyta Twoje wspomnienia, prawdziwych przyjaciół, ciekawych przeżyć.
    warto czasem usiąść i powspominać sobie, przypomnieć, że to nasze życie wcale nie jest nijakie tylko jakieś, i to wcale jakieś słabe jakieś ;)

    Ty studiujesz jeszcze,tak? :)

    sny nierzadko coś nam przekazują, uświadamiają, tylko czasem boję się ich zrozumienia, interpretacji, boję się tego co mogą 'mówić'. dlatego tak mnie to przeraża. raz są straszne, ze złym przesłaniem, ale nic nie odzwierciedlają, a raz jednak tak, tylko nie tak łatwo przeczuć kiedy tak, a kiedy nie. bo nawet jeśli nasza intuicja podpowiada nam, że jednak tak - nie raz chcemy ją zagłuszyć

    widzisz, ja akurat się na kosmetykach znam - opracowuję nowe kosmetyki :) więc dlatego to mnie tak razi, zwłaszcza, że jakiś czas temu blogi o takim temacie zrobił się modne i jest ich dużo, a jednak niektóre naprawdę nie powinny istnieć.

    dziękuję ;) tak, wiesz nie tracę nadziei, wciąż wierzę, że ten mój książę się pojawi, ale czasem dopadają mnie takie smutne dni, kiedy ciężko myśleć pozytywnie

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękne wspomnienia. Głębokie, osobiste - napisałaś to tak autentycznie, tak przejmująco...

    A teraz bardzo dziękuję Ci za to wyróżnienie. Pierwszy raz się spotykam z takim "łańcuszkiem", bardzo pozytywnym zresztą. Z przyjemnością dołączę do niego, do grupy ludzi, którzy chcą się dzielić pozytywnymi myślami i wspomnieniami.

    Nie wiem, czy w najbliższych dniach uda mi się (z powodów czasowych) stworzyć odpowiedni wpis, ale na pewno będzie to niedługo :-)

    Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W pewien sposób cechuje mnie ekshibicjonizm emocjonalno- słowny, więc pewnie dlatego tak wyszło:) Ale cieszę się, że się podobało:)

      I nie ma za co:) Bo to w sumie nie jest taki zwykły łańcuszek, on ma dać coś więcej. Przypomnieć, że w życiu są dobre chwile ogrzać. Bo nieraz za bardzo skupiamy się na tym, co złe w życiu, zapominamy o tym, że mamy za co dziękować. I cieszę się, że chcesz brać w tym udział także:)

      I rozumiem, nie spieszy się przecież:)

      Usuń
  5. U kogo jak u kogo, ale wiedziałam, że w Twoim przypadku, gdy przyjdzie mi przeczytać u Ciebie właśnie tę notkę to się cholernie rozmarzę... i wzruszę przy okazji ;)
    Ja to w Tobie podziwiam pewnego rodzaju odawgę, powiem Ci - żeś się tak potrafiła rozebrać bez większych skrępowań... Oczywiście, wiem, tą pewność siebie nabrałaś przez pewne życiowe doświadczenia, sytuacje, ale no... ja siebie w tym nie widzę (a lubię czasami w głowie sobie układac jakieś bzdurne historyjki, których jestem bohaterką ;D )... Jakby mnie ktoś poprosił o pozowanie nago, to chyba bym pokazała tej osobie fakersa i wyszła z hukiem, najlepiej takim wprawiającym ściany w drganie ;D No, chyba że... byłabym zakochana w jakimś tam artyście, ale to tak prawdziwie... Bo myślę, że miłość pozbawiłaby mnie wszelkich zahamowań, ale to wiesz - gdybania ;P
    Ale mimo wszystko dobrze, że poczułaś się wtedy taką prawdziwą kobietą, pokochałaś, doceniłaś siebie. Bo w końcu kto tego lepiej nie zrobi, jak nie Ty, prawda? ;)
    Jej, po raz pierwszy nie skrzywiłam się, gdy czytałam o krwi, co to sie dzieje! ;D Ale to napewno przez magię tego wspomnienia, inaczej sobie tego tłumaczyć nie potrafię, bo ja, jeżeli chodzi nawet o wizje bólu i krwi to prawie że mdleję ;D Faktycznie... jak w dawnych opowieściach... Takie powiązanie krwi naprawdę wiele oznacza i kto wie, może nadal masz w sobie jakieś cząsteczki Vincenta i Kordiana... Jak nic tak jest.
    Kurcze, ja to bym chciała mieć taki ślub... albo chodziaż coś na wzór takiego jak ten opisany przez Ciebie. Oczywiście, najpierw sobie męża muszę znaleźć... albo po prostu uwierzyć, że pewnego dnia poznam kogoś, dla kogo po całości oddam duszę, serce... Mama powiedziała mi kilka lat temu, że jak będę chciała kiedyś wziąć ślub to najlepiej na łące ze swoim wybrankiem, gdzie zrobilibyśmy sobie nawzajem obrączki ze źdźbeł traw i złożyli przysięgę własnymi słowami. Bez wygórowanych zobowiązań ;)
    I góry... kurcze, Kordian opisywał mi jakiś czas temu, jak cudowmna jest Gruzja. Nakręciłam się wtedy, ale jednak stwierdziłam, że pierw zaliczę góry w Szkocji, a potem przyjdzie czas na resztę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba dobrze, no nie?:)
      Dla mnie to nie odwaga:) Bo właśnie mam inne przeżycia, nie mam pewnych barier, pewnie to się bierze też...z biegania nago po lesie, jak ja się śmieję:) Wiesz, wstyd przed nagością jest w sumie narzucony kulturowo, u mnie nagość była czymś...normalnym. Tak samo cóż, wierzenia robią swoje, jak to się mówi, odziani tylko w oddech pod gwiazdami:) I też szybko zaczęłam pewne rzeczy...dlatego dla mnie to żadna odwaga. Nie była wtedy, tym bardziej nie jest teraz, gdy cóż...w szpitalach jeszcze bardziej nauczyłam się widoku nagiego ludzkiego ciała, traktowanego po prostu naturalnie, jako coś całkowicie...intymnego ale jednocześnie prosto ludzkiego. Ale rozumiem w pełni, że ktoś np. może się krępować nagości, zwłaszcza jeśli to się wiąże z podtekstem erotycznym, bo takie malowanie ma w sobie coś erotycznego, nawet jeśli to czysty erotyzm, nie wiem czy rozumiesz o co mi chodzi.
      A historyjki też kiedyś kochałam układać :D
      I wiem, wiem, gdybanie, ale z tego gdybania nieraz dużo przychodzi tak naprawdę:) Bo nie wiesz póki cię coś nie spotka, jak się zachowasz ale...możesz się nastawić nawet jakoś. Chociaż, akurat w miłości to nie takie proste.
      I właśnie, kto jak nie ja, nieraz napierw samemu przy czyjejś pomocy trzeba to odkryć:)
      Aż tak boisz się krwi? Ja...wręcz krew uwielbiam :D Wiesz, krew, pot i łzy i urazówka szpitalna to był mój żywioł swojego czasu :D Ale tak, to inna krew że tak powiem. I...na pewno w jakiś sposób:)
      I nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś taki miała. No chyba że teoretyczny mąż będzie grymasił, ale chyba nie wybierzesz takiego, co by grymasił też na twoje pragnienia, co?:D I pewnie poznasz. Tylko czasem na to trzeba poczekać. Ja sądziłam będąc nastolatką z kolei że nigdy ślubi nie wezmę....a tu taka niespodzianka. Do tego tak wcześnie.
      I właśnie najlepszy taki ślub nie dla ludzi, a dla was i no Bogów, jeśli w nich wierzysz. Ale cywilny potem też się przydaje, zresztą, jesteśmy przykłądem na to, że można sobie kilka ślubów wziąć też, jak się chce :D
      Szkocja też piękna ponoć, muszę się wybrać w końcu :)

      Usuń
    2. Nawet bardzo dobrze ;)
      Ja to myślę, że ten wstyd jest u mnie spowodowany kompleksami tak po prostu. Do teraz czasami nie mam ochoty spoglądać w lustro na siebie, bo wsydzę się, że te moje poczynania z cukrem sprawiają, że znów się staczam. Ale chcę nad tym popracować, może właśnie ta moja wiara, która zaczęła się we mnie zradzać, jakoś mi pomoże ;) Nie wiem, jak to w sumie może się mieć do widoku innych ciał... chociaż... Z widokiem nagich ciał dzieci nie mam problemów, w końcu pomagałam kąpać mojego brata, teraz kąpię moją podopieczną, muszę smarować ją specjalnym balsamem czy pomagać w ubieraniu się. Ale podejrzewam, że więcej barier byłoby w przypadku osób starszych. Ale to też myślę są bariery do obalenia i jak przyjdzie czas to i one runą.
      W miłości to myślę, że po prostu najpierw trzeba ją w sobie odkryć, zauważyć, że my przecież jesteśmy tą miłością - to chyba chociaż trochę sprawę ułatwi, tak mi się wydaje.
      Hm... może nie samej krwi, ale tej takiej,,, wizji bólu. Bo ja to, bez względu na przypadek, czy czytam np. o jakiś torturach, oglądam jakąś drastyczną scenę w filmie lub na żywo to tak... sobą odczuwam. Nie wiem czemu, ale jak chociażby kolega podczas gry w siatkówkę dostał piłką w krocze to ja sama między nogami ból poczułam taki ostry... jakkolwiek to dziwnie wygląda. Temu zrezygnowałam z marzeń o stomatologii czy jakiejkolwiej roli lekarza, bo wiedziałam, że jak paluchów nie będę bała się wsadzić tu i ówdzie, tak myśl i tym, że komuś coś rozwalę, sprawię ból to mnie odstraszała.
      Wiesz, jeżeli tego teoretycznego męża przyjdzie mi poznać w UK to chyba aż takiej katastrofy nie będzie, bądź co bądź mieszkają tutaj ludzie praktycznie z całego świata i też pod względem, religii, wierzeń, filozofii w tym państwie jest jeden wielki misz-masz ;) Zresztą, idealny związek to też pewnego rodzaju harmonia. Jak mam już wychodzić za mąż to napewno nie za człowieka, który będzie zmuszać mnie do robienia czegoś wbrew mojej woli, co to to nie ;)
      Myślę, że akurat z czekaniem to ja większego problemu mieć nie będę ;) A życie potrafi zaskakiwać ;)
      Ja na ślub cywilny zgodzę się tylko, jak będę pewnie się czuła w związku. Aczkolwiek w UK ludzie to coraz częściej nie biorą ślubów z tego, co słyszałam, albo kobiety nie zmianiają sobie nazwisk na nazwiska swoich mężów, także tego... no, nie wiem, jak to w moim przypadku będzie ;)
      To dajesz, wybierzemy się kiedyś razem! ;P Oczywiście, muszę najpierw sobie pewne sprawy poukładać i może lepszą pracę znaleźć, co zresztą zamierzam zrobić gdzieś w sierpniu. Głupi system w UK sprawia, że taniej jest wybrać się z Londynu do Paryża aniżeli do Szkocji, a przecież to na jednym lądzie się znajduje *.*

      Usuń
    3. Kompleksy doskonale rozumiem, zwłaszcza teraz, gdy po prostu nie panuję nad moim ciałem, o czym już mówiłam ale...warto sobie zdać sprawę nieraz z tego, czym nasze osobiste kompleksy są. Bo jak chodzi tylko o niewpasowywanie się w kanon, to z pewnym rysem buntownika w sobie, można sobie łatwo z tymi kompleksami poradzić. Zresztą, na kompleksy mnóstwo sposobów jest:) I wiara też w sumie jedną z metod jest, jeśli można to tak nazwać:)
      Wiesz, dziecięce ciała są chyba...łatwiejsze jakoś. W sensie, to jest ciało młode, niepoznaczone czasem, pachnące w taki sposób, jaki lubimy...ciało starego, chorego człowieka bywa trudne. To chyba taki nieraz pierwotny lęk wobec tego co zaczyna się psuć i pewna społeczna presja ( no bo nie powiesz mi, że widok nagiego starczego ciała jest tak łatwo akceptowany jakoś). Ale wszystkie bariery na pewno obalić można:)
      Pewne współodczuwanie, wiem o co chodzi. Ja tego akurat nie mam ,znaczy, zdaję sobie sprawę, jak wielki może być ból ale...cóż. Musi być ktoś, kto ten ból cudzy będzie znosił i leczył, prawda?:)A jak tak mocno się przeżywa to nie ma co na siłę się gdzieś pchać, to druga strona medalu właśnie.
      Większe prawdopodobieństwo że nie trafisz na konserwę, fakt :D Chociaż...wszędzie różni ludzie są .Ale dlatego założyłam, że teoretycznie rzecz ujmując, właśnie takiego, co by miał objekcje wielkie, to sobie nie znajdziesz:) No wiadomo o co chodzi właśnie :D
      No bo tam masz związki partnerskie. I jakikolwiek ślub jak dla mnie powinno się brać, jak się człowiek pewnie czuje. A nam się spodobała jeszcze właśnie dodatkowo wizja łatwiejszego kredytu i braku problemów przy hospitalizacji i tak dalej. To też kwetsia decydowania o sobie w pewnych no...drastycznych sytuacjach. Bo np. będąc jego żoną ja decyduję, jaki by powiedzmy Wojtek miał mieć pogrzeb. A nie jego rodzice, którzy by go pewnie chowali jak katolika i tak dalej. Także to takie ułatwienie no i też fajna impreza była :D
      Ja mam podwójne nazwisko teraz...i żałuję bo mam dużo pisania cholera :D
      W tym roku to byśmy nie dali rady, jesteśmy w momencie przestawiania finansowego :) Ale i tak myślimy żeby za 2 lata, jak sobie przepracuje w Polsce i będę miała doświadczenie, do Anglii albo Szkocji na stałe sie wybrać ( bo to dłuższy plan, potem w perspektywie jest NZ, długo by mówić :D) więc wtedy może się przejdziemy ale...rety, serio jest drożej? Bez sensu totalnie :D

      Usuń
  6. Lubię gdy piszesz o Kordianie. Polubiłam też czytać o Vincencie. Wspaniałe te wspomnienia i żałuję, że tylko tyle. :D Ale na prawdę rozgrzewają serce. Promyczek spisał się na medal z tym wzywaniem, na prawdę rozpogodził ten szary smutny dzień swoim pomysłem. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba dobrze:) I wiesz, mi się wydaje że pewnie przy niektórych okolicznościach coś jeszcze będę wspominać, bo jestem typem, który czasem do wspomnień jednak wraca.
      I pewnie, że się spisała, chwała jej za to wręcz i nie, nie jest to żadna ironia:)

      Usuń
    2. Tak, niesiesz ich piękną historię dalej i mimo, że już ich nie ma, to dzięki Twoim opowieściom możemy chociaż troszeczkę ich poznać. :)

      Usuń
    3. Poznać przez moje spojrzenie, no tak, rozumiem o co chodzi:)

      Usuń
  7. No po prostu cudownie się Ciebie czyta :) Aż mi się ciepło zrobiło na sercu w ten zimny grudniowy czas... i chyba właśnie o to chodzi :)
    Już wiem o czym napiszę, także niedługo i u mnie taka notka na blogu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komplement:) I właśnie o to w tym wszystkim chodzi, żebyśmy trochę nawzajem ogrzali się swoimi dobrymi wspomnieniami. Bo ludzie często mówią o tym co złe, zapominając o tym co dobre. A czasem warto się nawzajem ogrzać, dlatego nie do końca nawet chciałam to nazwać tylko blogową zabawą:) Bo chodzi jakby o coś więcej:)
      I cieszę się że się zdecydowałaś. Właśnie tak pomyślałam że...kto jak kto, ale ty pewnie pięknie napiszesz:)

      Usuń
    2. No to teraz ja dziękuję za komplement :)
      Zobaczymy co mi z tego wyjdzie. Ale już stało się coś dobrego, bo udało mi się przywołać dobre wspomnienia. A zazwyczaj jakoś mocniej pamiętam złe rzeczy i z tym nie miałabym problemu, żeby to opisać. Dlatego właśnie dobrze, że zmotywowałaś mnie do szukania tych pięknych i przyjemnych :)
      Frido, strasznie się cieszę, że tu jesteś :)

      Usuń
    3. Nie ma za co:)
      To się cieszę, że nawet już teraz, pojawiły się dobre myśli:) I nieraz tak się zdarza, że lepiej pamiętamy o tych złych, nic dziwnego w sumie...ale lepiej walczyć we własnej głowie nieraz o te ciepłe:)
      A ja się cieszę, że trafiłam do Ciebie:)

      Usuń
  8. Takie wspomnienia są niezapomniane :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie:) I dobrze czasem je wydobywać na wierzch:)

      Usuń
  9. O rany coś pięknego...Szczególnie jak opisywałaś swój ślub...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy powinien mieć taki ślub, jaki sobie wymarzy, prawda?:) A mi się taki marzył w pewien sposób, jeśli w ogóle o ślubie myślałam. Więc...wyszło:)

      Usuń
  10. I chyba Asik trochę Ci uratowała ten grudniowo-listopadowy dzień, co? :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę tak:) A do tego już zdałam część egzaminów, piwo ze znajomymi ze szkoły rozluźniło trochę, więc cóż...żyje się:)

      Usuń
    2. To najważniejsze ;) Wciąż zdobywamy nowe piękne wspomnienia, ale o starych nie można zapominać :) Taki zbiór tych miłych wspomnień warto sobie zapisywać i wracać do nich, gdy robi nam się smutno :)

      Usuń
  11. nie możemy tak żyć Firdo. nie możemy żyć od piątki do piątki i odliczać miesiąc, dwa, trzy... pół roku bo myślę, że Kordian by nie chciał aby tak było. wiem, że On był dla Ciebie kimś wyjątkowym, dla mnie też - ale trzeba zebrać się do kupy i żyć dalej. masz piękne wspomnienia z Królikiem i trzymaj je głęboko w sercu.

    a Asia wpadła na bardzo dobry pomysł z tymi myślami i choć nikt mnie nie nominował to chyba sama się w to zabawie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, skarbie, ale ja właśnie napisałam że tak nie można żyć i się przed tym bronię:) Choć to niełatwe, bo właśnie spora część mojego życia, sporo lat ostatecznie zostało zamknięte w jakimś rozdziale. No ale, to nie jest niemożliwe właśnie:)

      Usuń
  12. Ślub wspaniały. Kiedyś w przyszłości samej mi się coś podobnego marzy.
    Tu też dziękuję za nominację ^^ wywiążę się z wielką chęcią na dniach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to dlaczego nie :) Tylko rzecz, czy ma być nie wiem, jakoś religijny czy po prostu taki wasz:) Bo w sumie tak zawsze można sobie ślubować, niezależnie od wyznania:) Wiązanie rąk to ogólny symbol, jakby nie patrzeć.
      Cieszę się zatem, że Cię to jakoś nie zezłościło:)

      Usuń
  13. Pewnie nie powinnam oceniać Twoich wspomnień w takich kategoriach, bo wszystkie są wyjątkowe, jedyne i najważniejsze dla Ciebie, ale jednak "Kobieta i Przyjaciele" najbardziej mnie ujęło. Chociaż góry też są piękne, mimo że miałam przyjemność odwiedzać tylko te polskie ;P No i miałam ciarki, jak czytałam o tym zimnym strumieniu, litości XD
    Asik ma dar przekonywania (albo i potajemnego zmuszania, kto wie? :D), bo teraz praktycznie każdy wspomina minione dobre chwile :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oceniać nie oceniać, to, że coś do Ciebie bardziej trafia to żadne ocenianie w sumie:) A polskie góry cóż...nic im nie brakuje przecież, chociaż fakt, Tatry są troszkę rozdeptane, ale jak się przepierdzieli człowiek na Słowacką stronę, to ma się te same odczucia...bo po prostu góry wszędzie piękne są i mają swoje wyjątkowe duchy:)
      Można do zimnej wody przywyknąć, ale ja jestem odporna na takie rzeczy, więc może dlatego tak mówię:)
      A mnie zmuszać nie musiała w sumie :D Innych też pewnie nie, bo cóż..to przyjemne samo w sobie:)

      Usuń
    2. Niby nie, ale właściwie różnie można na to spojrzeć :P
      Ostatnio w górach byłam jakieś 5 lat temu, a teraz nie mam ani za co ani z kim się tam wybrać... Ale i tak nie zmienia to faktu, że lubię tam być :)
      Pewnie, że można, ale ja jestem zmarzluchem... Chociaż trochę paradoksalnie - wolę zimę, jak jest za zimno niż lato, jak jest za gorąco ;P (Zimą zawsze można schować się pod koc i przytulić do grzejnika, haha.)
      Żartowałam sobie tak tylko :( Ale ta nominacja wyjątkowo szybko się rozprzestrzenia... Może to dlatego, że jest taka "nowa", a nie wałkowane po kilka(naście) razy w roku Liebstery czy inne takie.

      Usuń
    3. My co roku w jakieś góry jedziemy to wiesz....zawsze można większą ekipę zmontować, tak wiem, nie znamy się, ale na szlaku i tak wszyscy są dla siebie przyjaciółmi, to też jednak wielka wspaniała rzecz w górach:)
      Ja lubię optimum, nadawałabym się do klimatu morskiego, o :D
      W sumie to nie jest taka nowa....ale nie jest oklepana na pewno:) I daje coś wiećej, niż odpowiadanie na pytania ,po prostu. Bo jakoś no...milej się robi, jak się miłe rzeczy u ludzi czyta:)

      Usuń
  14. Bardzo się cieszę, że podzieliłaś się z nami swoimi wspomnieniami ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. Kobieta i Malarz, Kobieta i Mężczyzna, chyba to bardzo mnie do siebie przyciągnęło, aż momentami mi się łzy w oczach zaczęły kotłować.. Piękna ta nominacja, zabawa, jedna z najpiękniejszych :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba dobrze:) Bo dobre wspomnienia mają nieraz i takie zadanie przecież:)
      Też tak sądzę. Bo coś daje ludziom, tym co piszą i tym co czytają, to nie są tylko takie puste pytanka i tak dalej, jak niektóre zabawy

      Usuń
    2. I czasem, co dziwne, nawet z tych najsmutniejszych da się wycisnąć piękne rzeczy, bo dzięki czasowi wszystko jakoś.. inaczej się przyjmuje, inaczej odbiera ;) oo dokładnie. coś w typie "co weźmiesz na bezludną wyspę", to mnie już na smiech zbiera :)

      Usuń
    3. A to wcale nie dziwnie:) Bo jednak, szczęście w życiu po prostu przeplata się z nieszczęściami i cierpieniem i to jakoś no...naturalne, że w jednym znajdujemy drugie:)
      No, jakbyś planowała to, że się tam, np. rozbijesz w katastrofie lotniczej :D Super pytanie :D

      Usuń
    4. Masz rację, ale czy myślimy o tym w momencie nieszczęścia? Chyba nie :)
      No kurde, przecież wsiadając na pokład samolotu oczywiście, że planuję jego ewentualne rozbicie się XD

      Usuń
    5. No nie. Ale z perspektywy czasu możemy:) Możemy tak myśleć o nieszczęściach przeszłych i czasem, mimo wszystko, to łagodzi obecne.
      I masz przy sobie zestaw Beara Bryllsa, czaję :D

      Usuń
    6. I może o to w tym wszystkim zagmatwaniu chodzi :)
      Małe prawdopodobieństwo xD

      Usuń
    7. Dokładnie:)
      Ale zawsze jakieś jest :D

      Usuń
  16. to racja! a niektórzy zachowują się, jakby nic miłego, szczęśliwego z życiu nie doświadczyli, albo jakby nie chcieli o tym pamiętać, a tak nie powinni robić, fajnie jest czasem tak powspominać te dobre chwile!

    rozumie, to w sumie ciekawymi rzeczami się zajmujesz ;)

    w jakiś sposób są we mnie, ale nie wiem, czy jestem w stanie jakoś się z nimi zmierzyć czy coś...

    będą specjalistom wciskać kit, niestety niektórzy tak lubią i są aż nadto przekonani, że wiedzą lepiej... ale no cóż, nie zawsze...

    pewnie, że będzie :) chociaż np. dziś miałam dobry dzień, ale miałam momenty smutne... mój bat ma strasznie fajnego kumpla, niestety ma on dziewczynę i byłam dzisiaj u nich na mieszkaniu i takie miałam dwa momenty, że kurde duo tych fajnych facetów ma jednak już kogoś i naprawdę nie łatwo o fajnego faceta i jakoś tak mi było smutno, że ten kolega ma kogoś, chociaż naprawdę życzę mu dobrze i nie mogłabym się wpychać komuś w związek, więc tylko sobie tak wzdychałam :P ale kiedyś na pewno sobie kogoś znajdę, staram się w to wierzyć!

    OdpowiedzUsuń
  17. ileż dobra i pozytywnej energii doznałam czytając Twoje wspomnienia. Ja mam strasznego doła... płakać mi sie chce.... nie nie ma to nic wspólnego z Tobą, ale to co przeżywam.... może napiszę Ci maila.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rety...wiesz, zawsze możesz pisać jak potrzebujesz. Tylko ostrzegam, teraz będę trochę z opónieniem odpisywać pewnie, bo będę miała mniejszy dostęp do internetu.

      Usuń
  18. Pieknie sie czyta piekne wspomnienia, az nie wiem co wiecej moge napisac :) zwlaszcza ten slub.. zachwycaja mnie takie historie, dobrze miec taki slub marzen, dobrze jest do takiego dazyc :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, dobrze jest mieć taki ślub...dla siebie że tak powiem. A nie jak wielu ludzi żeni się i kiepsko się bawi nawet na swoim weselu, albo nie wierzy za bardzo w to, co mówi przez jakimś tam ołtarzem czy urzednikiem, bo to nie jest do końca "ich". Dla mnie to nieraz bez sensu.

      Usuń
  19. Pięknie to opisałaś :)
    Opis Waszego ślubu wzruszył mnie najbardziej :)
    Każde Twoje słowo oddaje jak bardzo się kochacie :)
    Fajna z Was para :) Jeszcze trochę i uznam, że moja ulubiona :)
    Takie wspomnienia jak Twoje potrafią rozchmurzyć i wzruszyć nawet największego ponuraka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:)
      Bo się kochamy, tu nie przeczę. Chociaż, na co dzień to raczej przy ludziach wolimy się pociskać, bo jest śmieszniej, niż słodzić sobie :D
      Miło:D

      Usuń
  20. Opis ślubu mnie zafascynował! No przecież to jest takie piękne i pierwotne. Nie na pokaz, ale dla siebie, blisko natury.
    W jakich Bogów wierzysz? Bardzo mnie to ciekawi. I na czym polega Twoja wiara, czym się kierujesz i jaki jest Twój stosunek do powiedzmy chrześcijańskiego Boga.

    OdpowiedzUsuń
  21. Czytałam właściwie zaraz, gdy napisałaś, ale dopiero dziś mam jakoś czas i głowę do tego, by skomentować.
    Wspomnienia niesamowite. Tak czułam, że u Ciebie będą też wyjątkowe, pełne historii, które ja też jakoś zawsze chciałam poznać. I nie zawiodłam się.
    Wasz ślub genialny - Kordian mi kiedyś tylko napomniał o nim, ale teraz mogłam sobie wszystko pięknie wyobrazić. Takie "coś innego" co odbiega od codzienności, a jednocześnie niezwykle wzrusza.
    A przy fragmencie z nacinaniem dłoni... cóż, miałam łzy w oczach. Wczoraj opowiadałam o tym Papusowi nawet. I zgodził się ze mną, że to cholera... magiczne. Taka przyjaźń w tych czasach. W ogole umiejętność przyjaźnienia się - to chyba coś, czego wielu ludziom brakuje. Chcą mieć przyjaciela, a sami nie potrafią nim być. Tworzyliście wspaniałe trio. Teraz tworzycie je nadal, choć odrobinę inaczej. I kiedyś też będziecie tworzyć - znów razem. W końcu jesteście przyjaciółmi na zawsze, czyż nie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, też tak nieraz mam, że najpierw przeczytam ale cóż...nie ma czasu, nie ma słów:)
      Nie wiem czy są tak niesamowite, dla mnie są po prostu cenne:)
      Właśnie taki ślub chcieliśmy przede wszystkim. Bo jak mówię, ten cywilny potem to była taka no, impreza dla nas i znajomych bardziej a tu...powiedzmy, że chodziło o to, żeby to było całkiem "nasze". I tak się na szczęście udało:)
      My się z tego nieraz śmialiśmy potem. Teraz to chyba dla mnie stało się dopiero jakoś symboliczne, wiesz. Ale też mam wrażenie, że w naszych czasach nieraz trudniej o pewne relacje, więzi...nie znaczy, że w ogóle ich nie ma, ale tak jakby było coraz trudniej stworzyć między ludźmi coś wręcz namacalnego. Ale może mi się tak też tylko wydawać bo...ja już po pierwsze pewne rzeczy hm, mam za sobą, a po drugie, nie żyłam nigdy w innych czasach:)
      I wiem, że nadal, tylko czasem muszę sobie o tym przypominać;)

      Usuń
  22. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  23. Nie umiem napisać mądrego komentarza.
    Powiem tyle - zatkało mnie. W dobrym znaczeniu tego słowa.

    OdpowiedzUsuń
  24. Frida... nie oddychałam przez całe pierwsze wspomnienie. Poważnie. Jak dobrze, że nie przeczytałam tego wpisu wczoraj, niewątpliwie rozpadłabym się już na miliony kawałeczków. Pięknie to opisałaś i... skojarzyło mi się to z Titanikiem i Jackiem malującego Rose. Tak jakoś. Strasznie potrzebuję takiego... patrzenia na mnie jak na kogoś pięknego... czy coś w tym stylu. No ale może się jeszcze doczekam...

    Drugie wspomnienie bardzo oddziałało na moją wyobraźnię. Frida, jak Ty umiesz pisać, to jest niesamowite... nie mam słów. Powiem tylko, że uwielbiam czytać o Was, o Tobie, Vincencie i Króliku. Wpisy z nimi zawsze są takie... magiczne jakieś, to co Was łączyło, łączy nadal, choć inaczej, to po prostu bardzo porusza tak gdzieś w środku, nawet tych, którzy są z tym zupełnie niezwiązani. Nawet takich obcych ludzi, którzy mogą tylko czytać Twoje słowa i słowa, które Królik zostawił na swoim blogu...

    A to, jak opisałaś Wasz ślub... przepiękne. Wyobraziłam sobie Królika najpierw, takiego zaskoczonego, i Ciebie gadającą za dużo, to musiało być na swój sposób komiczne :D A sam ślub... przepiękny. I bardzo mi się podoba ta przysięga mówiąca to "póki miłość nas nie rozłączy", a nie śmierć.

    Ach, no tak - góry. To chyba taki Twój drugi dom trochę, nie? Ja czasem wyobrażam sobie Ciebie jako taką pustelniczkę. Zresztą teraz może i nią faktycznie jesteś, skoro od połowy stycznia nic nie napisałaś. Może wywędrowałaś gdzieś w góry, w las, z dala od miasta i internetu i tylko patrzysz co noc w rozgwieżdżone niebo... ile ja bym teraz dała, żeby zobaczyć nocne niebo w górach... bo to jest niewątpliwie jeden z najpiękniejszych widoków, jakie można zobaczyć.

    OdpowiedzUsuń