środa, 12 października 2016

O tym, że tonący w łzach deszczu październik jest nadal piękny i o nadchodzącym listopadzie, którego nie można się bać.

Możliwe, że to dotyczy nas wszystkich. Czekanie na pewne rzeczy jest jeszcze gorsze, niż zdarzenia. Wszyscy po swojemu martwimy się na zapas, mimo że martwienie się na zapas jest jak chodzenie dookoła parasola w czasie suszy, jak usłyszałam.

Nie martwię się więc na zapas. Przeżywam październik. I jeśli już się martwię, to wcale nie o siebie. A o tych, których kocham. Też i o tych, o których myślałam, że się oddalili.

Jesień nas zbliża w ten nie ciałkiem może dobry sposób. Może nie do końca zły.
Czasy chaosu bardziej przyciągają do siebie, niż czasy spokoju i radości. Zawsze bardziej wtulamy się w siebie w bombardowanej piwnicy wspomnień i deszczu siekającego niemiłosiernie, zimno w nasz dach. Zawsze musimy bardziej się ogrzewać, gdy nam zimno.
Serce, gdy w świecie jest ogólnie ciepło, nie potrzebuje ciepłych rąk. Naturalna kolej rzeczy.

Ale ten rok jest już inny.
Październik przynosi ukłucia i melancholię, ale melancholię, która oczyszcza, tą, której nawet jakoś się łaknie. Więcej tu czułości i łez wylanych przez nią, niż przez ból. Owszem, w tym wszystkim tak wiele tęsknoty, którą mało kto zrozumie. Mało kto zrozumie moją w obecnym świecie, chyba tylko Mąż, bo jego jet podobna, ale na szczęście, on nie przywiązuje się do dat. On nie myśli kategoriami października czy listopada, żyje ze wspomnieniami, które nie rozpinają się na ramach czasu. Myślę, że to wielki dar. Zarówno dla niego samego jak i dla nas. Jego brak lęku przed listopadem już w zeszłym roku był moją siłą pomimo innych zeszłorocznych ran.
Zresztą. Jego miłość, jego ramiona zawsze są moją siłą. Do dzisiaj nie wiem, jak to sprawił, że tak się stało.

Mamy więc październik. I wspomnienia, zapisane w dawnych mailach, zapisane w słowach na blogu, zapisane w wielu innych miejscach. Przypominałam sobie tamten październik dwa lata temu, czytając jego słowa, na blogu właśnie. Maile. Ten dzień kiedy miał operację. Ten dzień, kiedy się obudził. Ten dzień, kiedy próbował wierzyć, że wrócił do świata żywych na stałe, że jego serce przetrwa. Przypominam sobie dzień, o którym napisał już w listopadzie. Naszą ostatnią wspólną wyprawę, na której, już teraz, po 2 latach wiem, miał pewność, że kłamie nie tylko nam. Miał pewność i przestawał kłamać samemu sobie.
Przypominam sobie jego strach. Tak, to jak on się bał. Jak się miotał, jak chciał być dzielny, już nie dla siebie, a dla nas. Pamiętam jego straszne zmęczenie. Wyrzuty sumienia tamtego października, dwa lata temu, kiedy bardziej martwił się o cudze złamane serce niż o swoje własne, na którym tkwiły dosłowne blizny i które walczyło z realnymi szwami. Pamiętam swój gniew na to, że powinien być choć trochę bardziej egoistą, że powinien teraz skupiać się na sobie.
Przypominam sobie jego zakochanie. Jego ekscytację, czekanie na 11 listopada, kiedy miał się spotkać z kimś, kogo, teraz po tych 2 latach mam pewność, pokochał, choć do tego też sam nie do końca chciał się przyznać, nawet przed sobą, bo wydawało mu się to zbyt niemożliwe, zbyt zaskakujące, to, że komuś odważyłby się dać swoje chore serce.
Pamiętam odwiedziny w szpitalu, nerwowe telefony października dwa lata temu. Ryczenie Ryżej kiedy jej brat nie chciał się obudzić po operacji, jej płakanie, mi właśnie, choć teraz już praktycznie nie rozmawiamy.
Pamiętam też śmiech, radość. Dawanie sobie kasztanów jako magicznych talizmanów chroniących przed złem. Te kasztany mam do dzisiaj. Tak jak do dzisiaj mam wciąż żywe wspomnienia tamtego października. Pozbierane w jego ciągle jakby żywych słowach. W obrazach które migają mi przed oczami. W obrazach jego umierającego powoli ciała, obrazie siniaków, rozszarpanej klatki piersiowej, coraz bardziej wystających kości. W obrazie jego nadal żywych, cudownych, czułych czarnych oczu, które wyrażały więcej niż jakiekolwiek słowa.

Mam wspomnienia zebrane w zapachu jego ciała, dziwnie pięknym zapachu na sterylnej sali szpitalnej. Zapach siana, trawy, czystej natury pomieszany z wonią spirytusu którym przemywali mu skórę, żeby zrobić kolejny zastrzyk. Mam wspomnienia zebrane w ciągle żywym uczuciu łaskotania jego włosów, kiedy się przytulaliśmy. Pamięć mojego ciała, która ciągle pamięta jak to jest przybijać jego ciału piątkę, tej szczupłej dłoni i chudych palcach, pamięć ciała, które zachowało w moich ramionach formę jego chudych ramion, kiedy przytulaliśmy się tak ciasno, jakby świat nie mógł wejść pomiędzy nas, a nim albo mną targały spazmy poprzedzające albo kończące kolejną sesję płaczu.

Tak żywo pamiętam tamten październik. Tyle się działo. Chyba żadnego października nie działo się tak wiele.
To cenne wspomnienia. I zdaję sobie sprawę, że mam o wiele więcej niż inni. Trochę to lepsze. Trochę to gorsze. Cały czas zastanawiam się, czy przez to tęsknię bardziej, czy mniej? Na pewno tęsknię inaczej.

Tęsknię inaczej i z wieloma ludźmi, których poznałam w listopadzie te dwa lata temu nie mam już kontaktu. I nawet się cieszę, bo wiele z tych relacji mnie męczyło. Bo co mam powiedzieć komuś, kto mówi mi, jak on był dla niego ważny a wiem...że z drugiej strony niekoniecznie tak było?

Z innymi, których poznałam dzięki niemu, albo przez jego śmierć, dopiero po jego śmierci, mam kontakt bliższy, niż zakładałam. I nie ma znaczenia, że niektórzy nie poznali jego zapachu, nie mają pamięci ciała, nie spojrzeli w te czarne oczy. Okazuje się, że ich cierpienie bywa większe niż moje. Ich tęsknota. Może dlatego, że ja mogę nadal mieć kasztany które on wsadził mi do dłoni, może dlatego że pamiętam inaczej październik niż tylko jako ten, w którym czekało się na wiadomości? Może dlatego, że ja mogłam zakopać kosmyk jego włosów w sobie tylko znanym miejscu. Choć, myślę, że dwie osoby mogą się domyślać, gdzie to jest. Choć, to nie ma już znaczenia.

Przyszedł październik i, zimniejszy niż ten rok temu, niż ten dwa lata temu, straszy wizją listopada. Czy na pewno?
Dziwnie, nie ma we mnie strachu. Są wspomnienia, jest tęsknota, jest czułość. Czuję, że wiele się zmieniło. Może nie w świecie, mimo że tak zimno, że kolorowe drzewa w tym roku są ułudą.
Wiele zmieniło się we mnie. Przyszło zrozumienie. Przyszedł spokój.
Można przecież pięknie tęsknić i pięknie przeżywać ból. Można go cenić i pielęgnować tak, że nie rozrywa serca. Można żyć z tęsknotą i bólem po śmierci jednego z najbliższych ludzi w życiu tak, że tęsknota i ból...napędzają do życia. Pozwalają je docenić.

Mówi się, że żałoba mija po dwóch latach. 5 listopada jest mój deadline....choć, mam wrażenie, że ja już sobie z tym poradziłam.
Na pewno niejedną noc spędzimy jeszcze z Mężem, słuchając Toola i upijając się we dwoje i wspominając jego właśnie. Nieraz coś mnie okropnie ukłuje, zaboli. Niejedna łza zostanie przelana...ale to nadal będzie piękna łza. Łzy są bowiem cenne, tak jak i ból. Jak każda rana, blizna, tkanka silniejsza i na swój sposób również piękna.

Wiele zdarzyło się w październiku tamtego roku. Ten jest wyjątkowo spokojny, dla mnie spokojny. W moim życiu wszystko ułożone, a nawet i tamten październik spogląda na mnie jego ciemnymi oczami nie momentem, kiedy czuł ból i strach, a momentem, kiedy tak bardzo się cieszył, kiedy kochał, kiedy dawał mi kasztany.

Nie martwię się o siebie w tym październiku, owinięta w koc, mająca obok stosy książek i te najbardziej czułe ramiona, w których zawsze, ale to zawsze znajdę wsparcie. Nie boję się o listopad, bo wiem w swoim sercu, że najgorsze już za mną, czuję się bezpiecznie ze swoim silnie bijącym, choć tęskniącym sercem.

Nie martwię się o siebie i swoją jesień, nawet wyczekuję listopada, w którym może i straszy 5 w kalendarzu, ale w którym spotkam też ludzi, za którymi obecnie tęsknię. Listopad to nie tylko obietnica łez ale i ogromu śmiechu, obietnica momentu, w którym będę mogła przytulić się do innego ciała i zapamiętać jego strukturę- być może, też trochę na zapas, bo tyle przecież w moim życiu ma się zmienić.

Piękny w tej melancholii jest jakoś mój październik, piękny będzie listopad i czuły, pełen bólu, ale oswojonego.
Nie martwię się na zapas. Nie o siebie.
Znów mam to dziwne poczucie, że to nie sobą powinnam się zająć- ale wiem już, że nie powinnam rozmieniać się na drobne. Skupić się na tych kilku, którzy dosłownie wchodząc w moje życie stali mi się bliscy, albo i na tych, którzy są mi bliscy nawet tylko przez wiadomości na fejsie.

Staram się nie martwić na zapas. Staram się działać od razu. Trochę nie wiem, jak się za to zabrać, bo przecież tyle się zmieniło od tamtego roku. Nie mogę tak po prostu przyjść z butelką wina, tak po prostu na cały dzień wziąć pod koc. Zmieniły się układy wszechświatów, zmieniły się relacje, zmienił się czas, a raczej, pojawił się jego brak.
Zmieniło się wiele, ale są rzeczy niezmienne, jak wspólne, mimo tak wielkich różnic odczuwanie października i czekanie na listopad. Zmieniło się wiele w konstelacjach naszych gwiazdozbiorów, jedne gwiazdy zaświeciły się na tym niebie, inne zgasły, inne wybuchły za szybko tworząc czarne dziury. Ale nadal, to to samo niebo.
A ja mam nawet tą samą kołdrę i te same garnki, w których mogę gotować kakao i grzać wino.
Zmieniło się wiele od tamtego października dwa lata temu. Jedna śmierć, czarna dziura, jedna miłość, rany przez nią zadane i zaleczone, cudze odejścia i pojawiania się w najmniej odpowiednich momentach. Zmieniło się wiele, dorastamy, zmienia się czasoprzestrzeń, obszar cudzego mieszkania które było jak swoje bywa obcym terytorium z obcym nadal, nieoswojonym zapachem.

Zmieniło się wiele, tak wiele się wydarzyło...ale nie zmieniły się moje uczucia. I nie zmieniło się to, że martwię się o tych, których kocham. I chcę przy nich być, kombinując nieraz nadmiernie, przesadnie, doprowadzając pewnie i do szału niektórych bo czasem może to wyglądać jak wpierdalanie się w cudze życie.

Dwa lata temu byłam przy tym, którego kochałam, przy tym, który zmarł w listopadzie.
Rok temu straciłam miłość do siebie, zachwiała się moja miłość do ludzi, którzy byli mi przecież najbliżsi. Odzyskałam ją, odzyskałam swoją miłość do siebie, pocerowałam dziury w miłości do nich. Ale rok temu własny ból przesłonił mi cudzy. Nie umiałam być blisko.
Czy w tym będę umiała?

Wiem jak zawsze, wiem rozsądnie, nie dźwigam cudzego krzyża. Nie zrobię nic, oprócz bycia. Ale czy właśnie ten sygnał- jestem przy tobie, możesz wtulić się w moje ciało, tak, żeby pamiętało ten kształt, gdy stąd wyjadę, czy ten sygnał wystarczy?
Stale mam wrażenie, że robię za mało. Ale już teraz wiem chociaż, że nie mogę rozmieniać się na drobne. Wiem, dla kogo chcę pewne rzeczy robić, nawet, jeśli to ciągle, ciągle będzie za mało.

Wiem, że nikogo nie uratuję, jeśli ktoś nie uratuje się sam. Wiem, że nie jestem najbliższą orbitą i muszę nieraz łapać się na tej myśli, że hej, to nie moim zadaniem jest robienie kakao ale....bogowie, czasem potrzeba więcej aluminiowych garnków, kubków z fajansu, na którym ogrzewa się ręce. Czasem trzeba poczucia, że więcej tych dłoni, za które można chwycić, bo jedne nie przeszkadzają innym.

Dużo się zmieniło. Tak dużo wydarzyło się przez dwa lata.
Jestem mądrzejsza, tak wiele się nauczyłam przez ból i czułość. Tak wiele zrozumiałam przez stratę tęsknotę i odkryłam, jak wiele przez dziurę pod sercem, paradoksalnie, można zyskać. Jestem silniejsza. Mam czulsze serce. Coraz bardziej otwarte pomimo innych ran. Kochające, też jakby mądrzej, bo przecież ta miłość musiała się zmierzyć z tak okropnymi przeszkodami. Kochające jakby mądrzej, bo wiem już, jak boli utrata dosłownej miłości.

To już dwa lata od tamtego października, poprzedzającego listopad, w którym zmarł jeden z najbliższych mi ludzi, mój najlepszy przyjaciel, człowiek, którego nie zapomnę. Mój Indianer, mój Biały Królik, który prowadził mnie do dziwnych Krain w swojej głowie.
To już dwa lata od czasu, kiedy biegałam od jego domu do szpitala, przerzucałam się z nim kasztanami i paliłam w jego ogrodzie papierosy. Teraz już nawet nie palę.
To już dwa lata, od kiedy siedzieliśmy w jego pokoju na poddaszu, a jego ciało powoli umierało. Jego ciało, którego nawet już nie ma.

Bo jego nie ma. Ale została miłość, ta, która była między nami, jak między najprawdziwszym bratem a najprawdziwszą siostrą. Została inna miłość, która zrodziła się z rany. Zostały wspomnienia, dziwna melancholia jesiennej pory, która ma mimo wszystko w sobie piękno.
Została ze mną też pewna siła.
I myślę, że ona, właśnie ona, razem z miłością może się przydać. Mniej koślawiej niż rok temu. Dojrzalej. Rozsądniej. Może tym razem się uda trochę inaczej.
Rok temu udało się przetrwać. Uda się i teraz?

Bo mimo wszystko piękny jest ten październik, z deszczem za oknem, z zapalonymi świecami pachnącymi czekoladą, z kolejnymi książkami i leniwymi porankami. Mimo wszystko piękny ten październik, w którym pomimo pogody ja wcale nie marznę, mam wrażenie, że wręcz przeciwnie, rośnie mi gorąca kulka ognia pod sercem, której żaden deszcz nie ugasi. Której, jak mam wrażenie, nie ugasiłby nawet śnieg w listopadzie, taki, jakiego on nienawidził.

Mimo wszystko jesień jest piękna.
I nawet z łzami, własnymi i cudzymi wiem, że przetrwamy i to najpiękniej, jak umiemy. Mimo, że przyda tu się na pewno niejedno zgrzane z cynamonem wino.
Skoro już tyle przetrwaliśmy....jak mogłoby się teraz nie udać, pomimo nowych tragedii i upadków?


Piękny ten październik i piękny będzie listopad. A moje dłonie pozostaną ciepłe. Jeśli chcesz, ogrzeję cię. Daj, włóż mi w nie swoje serce.  
Jestem. 


13 komentarzy:

  1. pięknie to napisałaś. Myślę,że takie doświadczenia są właśnie po to by nas czegoś nauczyć,byśmy byli silniejsi i mieli odwagę żyć pełniej. Niektórzy pogrążają się w destrukcyjnym żalu i wtedy ta śmierć idzie na marne,bo w sumie śmierć to nadzieja dla nas, tych co zostają....
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:) Każde zdarzenie w naszym życiu, pozornie dobre czy złe ( pozornie, bo dla mnie nie ma jednoznacznie złych i dobrych zdarzeń) dzieją się po coś, może w szerszej perspektywie a...może właśnie po coś dla nas, żebyśmy się czegoś nauczyli:)
      Otóż to. Cudza śmierć...nie jest po to, żeby i nas uśmiercić już za życia.

      Usuń
  2. Och. To już prawie dwa lata.

    OdpowiedzUsuń
  3. W październiku dwa lata temu wszyscy żyliśmy Jego życiem, każdy z nas śledził jego historie modląc się w duchu, że napiszę, iż już jest dobrze... że będzie już tylko dobrze. Dwa lata temu dowiedziałam się, jak bardzo można tęsknić za kimś, kogo nawet nie poznało się na żywo, za kimś kogo znało się jedynie z liter na blogu - a może aż z liter. I to już dwa lata odkąd losy wielu z nas się połączyły.
    Mimo, że minęło już tyle czasu, to gdy przypomnę sobie, że go nie ma, o jego słowach, to nadal czuję to ukłucie w sercu, ten ból i nadal jest przykro, że już go nie ma i nie będzie.

    OdpowiedzUsuń
  4. A czy to przypadkiem nie Ty kiedyś napisałaś, że nie powinniśmy płakać a cieszyć się, że mogliśmy go poznać? :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Listopad w naszym kręgu blogowym chyba zawsze będzie należał do Kordiana.

    OdpowiedzUsuń
  6. Bo pamięć o najbliższych nigdy nie zniknie, nawet, jeśli towarzyszy jej już oswojony ból. To dobrze, że już Ci lepiej i cieszę się, że mogliście go poznać, ja nie zdążyłam, ale po Waszych wpisach wiem, że był wspaniały :) http://granica-istnienia.blogspot.co.uk/

    OdpowiedzUsuń
  7. Człowiek, który nie bał się życia.

    OdpowiedzUsuń
  8. Pięknie podsumowałaś ten post - pokazałaś, że jest w Tobie wiele ciepła, którym chcesz obdzielać ludzi :)

    Miłego wieczoru, Frido :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ostatnio przypomniało mi się, że mamy już połowę października, więc niedługo będzie już listopad. A listopad kojarzy mi się z chwilą, mającą miejsce 2 lata temu - leżałam w łóżku, moja Kota przyszła się ze mną zapoznać, sięgnęłam po telefon, weszłam na pewną grupę na fb. Jedna z osób pisała, że jest jej smutno, bo zmarł jej znajomy z bloga. Pomyślałam "tylko nie Kordian!", przerzuciłam się na jego miejsce w sieci i patrzyłam się w ekran telefonu chyba całą wieczność.
    Niektóre łzy wyzwalają w ludziach wielką siłę i chcę traktować tak każdy płacz. Trzeba wyciągać z sytuacji tyle dobrego, ile się tylko da.

    OdpowiedzUsuń
  10. Nigdy go dobrze nie poznałam. To była raptem wymiana kilku komentarzy na blogu, nic więcej. A mimo wszystko zapadł mi mocno w serducho. Mijają dwa lata, a ja myślę o nim, jak o dobrym znajomym. Wspominam go ciepło i czasem czytam jeszcze jego bloga. Było w nim tyle mądrości.

    OdpowiedzUsuń