piątek, 7 października 2016

O tym, co chciałabym nieraz powiedzieć każdemu z ludzi nieśmiałych na swojej drodze, czyli o fali, która uderza o twój brzeg.

Nie masz śmiałości.
Bo jak miałbyś ją mieć? Masz którąś z tych wad, która chowa cię w cieniu. Którąś z tych, którą ukochałeś, z tych, która jest twoją jedyną kochanką, zazdrosną o każdą inną.
Nie jesteś przystojny. Nie jesteś wcale inteligentny. Nie jesteś bogaty. Masz krzywy nos, na który wiecznie wszyscy się gapią.

Przez żaluzje twoich niemodnych już rzęs widać to wszystko jak na wyciągniętej w twoją stronę dłoni, którą z paniką odtrącasz. Widać całe twój lęk, który sam w sobie już jest wadą. Widać twój wstyd. Widać twoje nieudane dzieciństwo, widać twoje problemy z matką, która wcale cię nie kochała. Widać twojego wiecznie pijanego ojca, który wcale nie był agresywny- tylko czasem zasypiał na kanapie, głośno chrapiąc. Czasem. Potem dzień w dzień.
Aż pewnego dnia nie wrócił, tylko powiesił się na tym drzewie, z prostopadłymi do pnia gałęziami, które mijał po drodze z pracy. To chyba był dąb. Ty nie masz pewności, ale ja za twoimi oczami widzę, że to był dąb.
Widzę twoje wspomnienie.

A ty się tego boisz. Wszystkiego, co zobaczę. Każdej wady wydanej na pastwę losu, wydanej i powiększonej przez okular mikroskopu mojego trzeciego oka.
Wstydzisz się, mój nieśmiały człowieku.
Boisz się....dlaczego się boisz?

Zobaczę twoje wady, twoje niedoskonałości, twoje pęknięcia. Rysy na pomniku postaci, pomniku który próbujesz stworzyć. Zimny kamień- moje dłonie, podróżniku, nie chcą dotykać kamieni. Moje dłonie chcą dotykać ciepłych twarzy, chwytać serc i ogrzewać je w ciepłym domu, nad prostym posiłkiem. Mój język może nawet zlizywać łzy z twoich oczu, gdy się wzruszysz, gdy opowiesz mi, dlaczego nie śpisz nocami.
Ale ty, ty nie masz śmiałości.

Mógłbyś pójść ze mną na piwo. Ze mną, z nim, z nią. Ja akurat pewnie po 6 z kolei odpowiedziałabym ci zadziwiającą historię o tym, że możesz być wspaniałym człowiekiem. O tym, że gdybym nie była w udanym związku, może chciałabym spróbować, jak to jest się z tobą kochać. I nie ma znaczenia twoja płeć. Opowiedziałabym ci o tym, że masz piękne oczy i silne albo delikatne dłonie i to wystarczy. W ogóle nie widzę tego krzywego uśmiechu, który w panice zasłaniasz ręką.
Nie zwracam uwagi na twoje diastemy, na twoje blizny. Na to, czy jesteś odpowiednio wysoki, czy masz krzywy palec u lewej stopy. Czy trochę już siwiejesz łysiejesz, czy twoje farbowane włosy mają już odrosty. Nie zwracam uwagi na za duży nos, odstające uszy.

Gdyby w tym świecie to było możliwe, nieraz miałabym właśnie na to ochotę. Stanąć przed tobą naga i stać się twoim światem, przez chwilę namiętności, pożądania, stać się dla ciebie światem i pokazać ci, jak świat może cię kochać. Pokazać ci, jak w swoich niedoskonałościach jesteś doskonały. Całować twoje blizny, całować usta, które tak krzywo się uśmiechają, głaskać twoje siwe włosy. Czule objąć dodatkowe kilogramy albo wystające żebra.
Gdybym mogła, chciałabym chociaż przez chwilę pokazać ci, jak to wygląda. Jak wygląda to, że można cię kochać. To, że dla kogoś możesz stać się całym światem a na pewno, sporą jego częścią. Chciałabym ci pokazać, że możesz uwierzyć.
Chciałabym ci pokazać, że możesz się ośmielić. W każdym momencie.

Gdyby w tym świecie było to możliwe, rozdawałabym miłość. Rozdawałabym akceptację. Rozdawałabym wiarę. Nawet własnym ciałem. Ale wiem, że to tak nie działa.

Nikt, nikt w ciebie nie uwierzy, jeśli ty nie uwierzysz sam w siebie.
Ja w ciebie wierzę. Niezależnie, ile masz lat, czy twoje piersi jako kobiety dostatecznie urosły i nawet, gdy twoje biodra za bardzo się zaokrągliły. Ja w ciebie wierzę, niezależnie, czy wyrobiłeś sobie na tyle mięśnie, żeby wyglądać jak z plakatu, czy jesteś nadmiernie chudy albo otyły. Ja w ciebie wierzę, niezależnie, ile masz wzrostu, jaki masz kolor włosów, czy masz za dużo pryszczy.
Ja w ciebie wierzę, nawet, jeśli ty tego nie robisz.

I chcę na ciebie patrzeć, chcę cię widzieć, nawet gdy ty nie możesz wręcz spojrzeć na swoje odbicie w lustrze i nie przyglądasz się nigdy twojemu ciału.
Być może, to właśnie z tobą chcę rozmawiać nocami, to z tobą chcę dzielić i swój świat. Być może, to i ciebie chcę kochać, bardziej świadomie i pełniej, niż każdego innego, przypadkowego człowieka.
Chcę cię akceptować. Chcę cię poznać.
Tak, ja chcę, żebyś się ośmielił.

Chcę widzieć, jak się śmiejesz, bo kocham twój ludzki śmiech. Chcę widzieć, jak smakuje ci obiad, który dla ciebie zrobię. Chcę porozmawiać z tobą o ostatnio przeczytanej książce, o ostatnio obejrzanym filmie.

Wiem, że mogę cię trochę przerażać.
Ja, z moją otwartością, z moim pozornym brakiem nieśmiałości. Ja, ubrana w kolorowe barwy, które są niczym wojenne, ja mówiąca głośno, śmiejąca się tak, że słychać w całej mojej kamienicy. Mogę cię przerażać, ja, ekstrawertyczka, która bez problemu rozbiera się do naga przy kimś, kogo widziała po raz drugi w życiu, bo przecież nic co ludzkie nie jest nam obce.
Ja, pozornie przebojowa i nieśmiała.
Wiesz, że wcale tak nie jest? Owszem, jestem odważna, a może raczej, nie tyle odważna, co lekkomyślna? Wiesz, to wszystko co robię...ja po prostu nie pomyślę, że powinnam się krygować. Albo wstydzić. Po prostu nie myślę nad tym i stąd cała moja swoboda.
Możesz uważać, że jestem przez to szczęśliwa. Nie zaprzeczę. Jestem.
Przez moje niemyślenie jestem po prostu jak swobodna fala pędzona wiatrem życia. Czasem uderzę o twój brzeg. I to tylko twoja wola, czy zechcesz mnie ścigać. Otworzyć się przede mną.

Ja jestem tylko falą. I jak fala, natrafiam na przeszkody, czasem w sobie.
Wiesz, że tak naprawdę, w głębi, jestem nieśmiała?
Nikt nie chce mi uwierzyć. Może ty, jeśli się boisz, może właśnie ty mi uwierzysz.
Wiesz, kiedyś byłam małą dziewczynką, która bała się swojego cienia. A tak naprawdę, bała się swojego ojca, który był bardzo złym człowiekiem. I ta mała dziewczynka wypracowała sobie pewne sposoby na radzenie sobie z lękiem. Czasem przesadzone.
Uwierzyła, że jest małą bohaterką. Zawsze, gdy jej ojciec wpadał w swój pijacki szał, rozśmieszała wszystkich dookoła, a zwłaszcza jego. Robiła przedstawienie, które odciągało uwagę- rodziców od awantury i jej samej od własnego lęku.
Ta dziewczynka, zraniona kiedyś przez tego, kto powinien ją kochać i otaczać opieką, zlękniona przez osobnika, przez którego ponoć powinna czuć się bezpieczna, śmiała się, gdy się bała. Nauczyła się wyśmiewać podświadomie już każdy lęk, robić istne przedstawienie błazna, które oswajało rzeczywistość.
Z czasem, gdy dorastała, widziała, że to nie zawsze jest dobre. Nieraz przez to uciekała przed problemami, nieraz przez to nie potrafiło płakać.
Dziewczynka dorosła, oswoiła wiele spraw. I nadal dużo się śmiała.
I to w niej zostało. Jej głośny śmiech wcale nie znaczy, że nie ma w sobie lęku. Że jest tak śmiała. Jej śmiech znaczy, że boi się tak samo jak ty. Jej śmiech, duże ilości słów, jej ekstrawertyzm, jej własne, świadome już przedstawienie świadczy o tym, że bywa cholernie nieśmiała. I oswaja rzeczywistość. Siebie w niej.
Siebie i ciebie.

Nie masz śmiałości?
Ona też nie ma. Nikt tak naprawdę jej nie ma. Wszyscy jesteśmy nieśmiali. Wszyscy się wstydzimy. Wszyscy mamy wady.
Ale to nie znaczy, że możemy się im poddać.

Nie masz śmiałości. Boisz się ludzi, zamykasz się w swoim świecie.
Ale ja to widzę. Nie tylko twoje blizny i niedoskonałości, które kocham po swojemu. Bo przecież to niedoskonałości, twoje blizny, twoja niewiedza, twoja bieda, twoje słodkie popieprzenie sprawiają, że jesteś wyjątkowy. Sprawiają, że mogę cię pokochać. Sprawiają, że pokocha cię świat. Sprawiają...że możesz pokochać sam siebie.

Ja to widzę. Zamykasz się w książkach i grach. Mówisz, jak to jesteś niedoskonały, jak to jesteś odpadem społecznym. A może, to właśnie z tobą mogłabym przeżyć najwspanialszą noc życia, na dachu kamienicy, z butelką wina, rozmawiając o bogu, w którego nie wierzysz albo którego czcisz.

Mówisz, że jesteś nikim.
Nie można pokochać nicości. Ciebie można. Ja wiem, że bym mogła. Odrzeć się ze skóry, stać się z tobą jednym w paru momentach, jak może...człowiek z drugim człowiekiem.

Ale ty się boisz.
Powiedz mi, czego tak naprawdę się boisz?
Cudzej oceny? Co ci po niej? Co tak naprawdę zmieni w twoim świecie to, co ktoś o tobie pomyśli? To, że nie spodobają mu się twoje uszy, poglądy, książki które czytasz? Świat jest wielki i wiele w nim wszechświatów. Nie wszystkie muszą ze sobą idealnie współgrać, niektóre mogą się rozmijać.
Powiedz mi, dlaczego się boisz?

Mówisz nieraz więc, że boisz się zranienia.
Czym jest zranienie, mój drogi nieśmiały człowieku? Tym, że zaufasz, a zdradzą ciebie? Tym, że pokochasz, a odrzucą twoje uczucia? Tym, że zobaczysz piękno, którego już nigdy nie zaznasz?
Nikt z nas nie wie, czy nie zostanie zdradzony. Nikt z nas nie wie, czy w pewnym momencie nie będzie odrzucony. Nikt z nas nie wie, czy piękno, którego doznajemy w tym momencie, nie jest ostatnim w życiu, jakiego zaznajemy. Nigdy nie możemy mieć tej pewności.
Ból, zdrada, niepewność.
Zranienie.
Prosta i nieodzowna część życia. Czy żyjąc za murem własnej nieśmiałości, czy gryząc się po nocach, jakim nieudacznikiem jesteś, nie ranisz siebie tak samo?
Zranienie to po prostu część życia. Zaakceptuj to i będzie łatwiej. Zaakceptuj to, tak po prostu.
I tak. To jest łatwe.
Wiele razy kochałam i zostałam zraniona. Kochałam i ci, których kochałam nie żyją. Inni wbili mi nóż w plecy, a ja im wybaczyłam i pozwoliłam sobie na szczęście.
Zresztą, szczęście bez zranienia byłoby tak nieprawdziwe. Tak jałowe.
Nie istniałoby, jak światło nie istnieje bez mroku, a chłód bez ciepła.
Przestań oczekiwać...a przestaniesz się bać. Być może staniesz się wodą. Być może, staniesz się falą.

Ja jestem falą. Nie umiem tego pojąć. Czy ty potrafisz?
Sama jestem oceanem, nieograniczonym polem możliwości, wszechświatem zamkniętym w mało foremnym ciele, które jednak jest moje. W ciele, które jednak kocham, bo jest granicami....poznania. W ten albo inny sposób. Jest naczyniem rozkoszy, przyjemności.
Jestem falą, która może uderzyć o cudze życie.
I ty jesteś falą. Tą, która uderza o mój brzeg.
Nie za każdą falą podążę, nie o każdy brzeg uderzę. Tak samo jak ty.
Ale wiele, wiele lat spędza się w samotności, jeśli tworzy się falochron. Myślę, że ocean, choć nieraz, w porach sztormu niebezpieczny, jednak jest na tyle piękny, że nie można się od niego odgradzać. Nieraz wręcz trzeba za nim podążyć. Upaść.
Z czasem uczymy się, upadając nawet, kiedy warto gonić falę. Ale na naukę trzeba czasu. Odwagi. Śmiałości.
Falochron nie nauczy cię brodzić w oceanie życia. Falochron niszczy twoją silną wolę. Sprawia, że jesteś samotny, więc tym bardziej, mniej umiesz kochać. Nawet samego siebie.
To falochrony zabijają, nie fale.
Opuść gardę. Pozwól się uderzyć.

Czy jeśli uderzę o twój brzeg...pozwolisz rozlać mi się po jego piasku?
Czy jeśli uderzę o twój brzeg, o burtę twojego samotnego statku, czy pozwolisz, by słone krople spłynęły po twoje twarzy?
Ale nie o moją wodę tu chodzi.
Czy odrzucisz każdą falę....bo się boisz?

Nie masz śmiałości.
Mówisz, że taką masz naturę. To naturalne, nie każdy chce być barwnym ptakiem. Jeden skrzeczy mniej w tym rajskim ogrodzie i go to męczy, inny śpiewa cały czas na głos o życiu i to jest w porządku. Ale jeśli nie masz śmiałości, bo się boisz...
Czy tego naprawdę chcesz?

Boisz się zamienić słowo z kimś obcym albo zamówić pizzę. Czasem to z kolei nie sprawia ci problemu, ale choć łakniesz prawdziwego ciepła i namiętności, przez dawne rany, których tak naprawdę nie zaleczyłeś, boisz się wpuścić kogoś głębiej do swojego życia.
Boisz się i nigdy nie nauczysz się pływać. Nigdy nie zanurzysz stóp w cudzej fali, nie zaznasz pieszczoty....i w imię czego?
Czego naprawdę chcesz?

Masz krzywy nos. Debet na koncie. Nie miałeś samych dobrych ocen w szkole i trochę spieprzyłeś sobie podobno życie. Boisz się. Masz dziwne lęki. Czasem tak nienawidzisz swojego ciała i życia, że aż chcesz zagłodzić się na śmierć. Wystają ci żebra, masz nadmierny brzuch i kilkanaście nawet kilogramów za dużo. Nigdy nie byłaś dobra z matematyki. Albo przestawiasz literki, kiedy czytasz i nikt nie powiedział ci, że to można wyleczyć. Masz nieproporcjonalne stopy i krzywe zęby. Blizny po operacji albo po nożu. Masz pełno blizn na duszy.
Boisz się tych niedoskonałości. Boisz się, że gdy ktoś zobaczy...a widzi na pewno od razu...gdy ktoś cię zobaczy, od razu cię odrzuci...
Nie wierzysz, że można cię kochać.

Być może, ja bym cię kochała. On, ona, ci, w których stronę nieraz tak tęsknie patrzysz.
Co więcej, powiem ci, że na swój sposób, kocha cię też świat. Stale i nieprzerwanie.
A co najważniejsze- ty możesz siebie kochać.
Ty możesz, na początek, stać się falą, która uderza o własny brzeg.
Obdarty ze skóry i w pełni w niej żyjący.

Być może i ja kiedyś zjawię się w twoim życiu. Będę falą, która uderzy o twój brzeg. A ty moją.
I nie ma co bać się upadku, bo fala potrafi zwalić z nóg.

Uwierz.
Pokochaj.
To na pewno dobre na początek. A może i na koniec.



Morze wie, gdzie skrywa skały
Zatonąć to nie grzech
Moje serce jest tam, gdzie kiedyś było twoje
Wiem, że boimy się zwyciężać
I kończymy zanim zaczęliśmy

Jeśli odejdziesz
Jeśli każde z nas odejdzie w swoją stronę
Czy właśnie tacy jesteśmy?
Czy jesteśmy tak bezradni wobec przypływu?
Kochanie, każdy pies na ulicy wie, że kochamy porażki
Czy jesteśmy gotowi na upadek?
I zaprzestanie gonitwy
Każdej nadchodzącej fali?

44 komentarze:

  1. Cóż, ja mam właśnie ten odwrotny problem, w takich zwyczajnych, codziennych sytuacjach bywam wręcz bezczelnie pewna siebie, ale im bardziej trzeba się otworzyć tym bardziej nieśmiała się robię. I czego się boję... dobre pytanie- właściwie to moje ciało się boi tzn. w takiej sytuacji wchodzenia na jakiś głębszy poziom relacjji to ono zaczyna reagować lękowo- ściśnięte gardło, żołądek, spięte ramiona, niespokojny oddech. Takie nieprzetłumaczone reakcje.
    Niemniej bardzo bliski mi temat poruszyłaś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz tą pozorną pewność siebie po prostu, to, to ja miałam jako nastolatka. Bo teraz przekułam to w prawdziwą pewność ale...mam właśnie wrażenie, że osoby najbardziej niepewne czy zamknięte w sobie właśnie w błahych sprawach aż do przesady próbują być przebojowe. A jak przychodzi do tej prawdziwej pewności siebie, dopuszczenia ludzi za kolejny mur, fasadę...zaczyna się problem. Tak jakby...to była nieraz aż pewna nadkompensacja. Ale to patrzę po sobie po prostu, jako klasyczne DDA:D
      Bo ten strach jest z jednej strony przyrodzony ale jak pomyślisz logicznie...on staje się nawet aż irracjonalny mam wrażenie. I to jak reaguje ciało zawsze bierze się z psychiki, z duszy:>

      Usuń
  2. Ach jak pięknie napisane ;_; Naprawdę, bardzo ładnie.

    OdpowiedzUsuń
  3. kurcze w pewnych momentach jakbym o sobie czytała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sensie, też bywasz tak nieśmiała, zablokowana, boisz się ludzi?

      Usuń
  4. Ja jestem pełna sprzeczności. Bywam chorobliwie wręcz nieśmiała, a na zmianę z tym stanem bywam zbyt pewna siebie, zbyt wykłócająca się o swoje rację. W sumie mniejszym problemem jest dla mnie stanięcie w obronie moich praw niż grzeczne zapytanie, która jest godzina. ;)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że w każdym z nas są mniejsze lub większe sprzeczności w tej materii i nie ma człowieka w 100 pewnego siebie ani nieśmiałego ( no, chyba że np. choruje na fobię społeczną może) i podlega to też pewnym zmianom przez całe życie. Ale...w sumie nie dziwi mnie, że tak masz. Człowiek przyparty do muru, muszący się bronić łatwiej kąsa XD

      Usuń
  5. Moja nieśmiałość kryła się za krzywymi zębami. Rzadko się uśmiechałam, bo po prostu było mi wstyd. Ale odkąd mam aparat uśmiech praktycznie nie schodzi mi z twarzy. Nawet nie wiedziałam, że mogę się uśmiechać tak szeroko. :D
    Historia o tym, jak robiłaś przedstawienie by odciągać rodziców od kłótni mega chwyciła mnie za serce. Dzielna dziewczynka!
    Cały ten post ma na prawdę mocny przekaz i myślę, że nie jednej osobie otworzy oczy i uświadomi, że niepotrzebnie się krępują i próbują ukryć w tłumie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jedna mała zmiana pozornie i...jak wielka to zmiana w życiu, prawda? I jednym pomaga zamiana dosłowna, a innym tylko...spojrzenia na swoje wady:) Bo właśnie też pozorne wady mogą się okazać nieraz zaletami:)
      Bo ja wiem czy dzielna...to częsty mechanizm, który i tak ostatecznie nie działa.
      I może. Jak chociaż do kogoś trafi..to będzie dobrze:)

      Usuń
  6. U mnie nieśmiałość jawi się nagle i bez ostrzeżenia. Szczególnie wtedy, gdy jest jakieś towarzystwo i chciałabym im powiedzieć o swoim poglądzie na pewną sprawę i ten podgląd jest zupełnie inny, a czasami ludzie lubią inne zdanie nazwać krytyką.
    Piękna notka ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu...boisz się jakoś, że większość cię zakrzyczy?
      I dziękuję:)

      Usuń
    2. Dokładnie tego się boję :D
      Co do Poznania - nie mogłam sobie przypomnieć, kto z blogowych znajomych mieszka w tym mieście :( Gdy będę następnym razem, to się do Ciebie chętnie zgłoszę, będzie fajnie Cię poznać :)
      I jechałam starą bimbą - mega klimat :D

      Usuń
    3. O, to dawaj po prostu znać, co, gdzie i jak:) Jakby co całkiem niezłe obiady robię XD

      Usuń
  7. Bardzo ciężko jest pokochać samego siebie :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem. Ale nie jest to niemożliwe:)

      Usuń
    2. Tylko wymaga to dużo pracy ze samym sobą. Ja chwilowo tylko siebie lubię i tylko trochę. Milość gdzieś się ulotniła, pod wpływem wielu spraw, które mnie spotkały ostatnio...

      Usuń
    3. Hm...czyżby trzeba było przeprosić się ze światem?

      Usuń
  8. Popłakałam się.
    Dziękuję Ci.

    OdpowiedzUsuń
  9. O widze, że jednak wróciłaś :) zapraszam na nowe miejsce http://granica-istnienia.blogspot.co.uk/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A i owszem, też bez bloga nie wytrzymałam XD

      Usuń
  10. Oo to o mnie xD ("a ty co, pępek świata?") Chciałabym mieć taką miłość do ludzi. Ale z drugiej strony zbyt cenię sobie własną prywatność i intymność, swoje terytorium.. Swoją drogą, ciekawi mnie Twój panseksualizm. Ty wiesz, że mam znajomego, który czasem kropka w kropkę przypomina mi Twoje wpisy? W sensie, to samo podejście do życia i ludzi, ta sama swoboda i bezpośredniość... I w sumie gdyby nie on, straciłabym chyba zupełnie łączność ze światem zewnętrznym xD Dobrze, że tacy jak wy istnieją :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A i do ciebie, skoro tak czujesz XD
      Ja mam nieraz uczucie, że pewne uczucie czułości do ludzi i świata mnie aż...przygniata. I mówię serio, idę ulicą i nagle cisną mi się łzy do oczu i każdego bym przytuliła i chciała mu powiedzieć, że jest piękny:X I tylko jakiś rozsądek, jego resztka, mnie powstrzymuje, żeby mnie w kaftan nie zamknęli:X
      W sumie zanim zeszłam się ze swoim Wojtkiem to..uprawiałam seks na prawo i lewo, z facetami, z kobietami i zawsze było w tym też takie rozdawanie czułości, dzielenie świata...i wiem, że gdybym z nim nie była, byłoby tak samo ( jednak, tu mamy zasadę wierności i wcale mi ona nie przeszkadza, wręcz przeciwnie ale...wiadomo w czym rzecz:D). Dla mnie seks zawsze był po prostu wyrazem, środkiem ekspresji okazywania uczuć i to niekoniecznie od razu tych nazwyanych wielką miłością. Dla mnie seks zawsze potrafił być też zabawą i...tak, mam nadmiernie rozbuchaną seksualność i nie wiem, może aż za zdrowe do seksu, swobodne podejście XD
      I...zawsze są ludzie podobni w naszych życiach jakoś:) Zatem, niech utrzymuje twoją łączność ze światem:)

      Usuń
    2. A to ja też tak mam czasem, zresztą pisałam kiedyś u siebie o czymś podobnym. Mam czasami ochotę wszystkich przytulać, wszystkim mówić komplementy, dodawać odwagi, której ja sama nie mam :D Bo na co dzień nie mam takiej śmiałości. Nie mniej, pewnie to creepy, ale uwielbiam gapić się na ludzi i rysować ich twarze. Robię to czasem na zajęciach xD Nie widzę ich jako całość, zachwycają mnie detale, jakiś kącik ust, ucho, dłonie starszych ludzi.. Albo jakaś malutka ciekawie wygięta gałązka na tle szarego nieba powoduje że łzy stają mi w oczach, i myślę, bożżżże świat taki piękny :3

      Usuń
    3. Ale możliwe, że spłaszczyłam teraz temat. Bo to jest właśnie ciekawe, taka czułość dla każdego. Właśnie nie miłość w klasycznym rozumieniu, tylko rodzaj miłosnego.. karitas :D Fajnie, jeśli druga strona podobnie to rozumie. Ale zastanawia mnie czy nie natrafiałaś na ludzi, którzy zadurzyli się Tobie i chcieli mieć Cię na wyłączność?
      PS. Czytałaś "Idiotę" Dostojewskiego?

      Usuń
    4. No to mamy to właśnie podobne jakoś:D Tylko mi się zdarza spontanicznie powiedzieć komuś że jest piękny itp., jak znam z widzenia bardziej XD Ale ja to ja, trochę wariatka XD W każdym razie widzę, że w pełni rozumiemy się w kwestii porwania w zachwycie ^^
      Bo to jest miłosne katharsis :D I...natrafiłam, niestety, natrafiłam, jako gówniara nie rozumiałam nieraz za bardzo, że ktoś nie pojmuje, że ja mam moment czułości i pewne trochę inne patrzenie.
      I czytałam, kocham tą książkę. A co w związku z tym?

      Usuń
  11. Ochłonęłam już trochę, więc piszę drugi komentarz, zapewne bardziej składny.
    Wiesz, to nie do końca chyba jest tak, że świat kocha ludzi. Istnieją oczywiście osoby, które faktycznie nie mają złych zamiarów i nawet jak się im zwierzysz z rzeczy, których się wstydzisz, obawiasz, to one to wytrzymają i podejdą ze zrozumieniem. Ale ilu jest takich ludzi? I nie chodzi o to, żeby kalkulować "nie ma sensu się zwierzać, bo zostanę zraniona". Bo oczywiście sens jest i mówić o problemach trzeba... tylko że te zranienia bolą i dają o sobie znać. I jak to pokonać? Jak się ośmielić? Bo można to zrobić... ale to nie jest proste. Ilu ludzi naprawdę CHCE poznać drugiego, chce się dzielić z innym człowiekiem swoim światem? Ty chcesz, ale... ale wielu nie podejmuje żadnego wysiłku.
    Mogłabym też powiedzieć, że właśnie dzięki swojej lekkomyślności jesteś o sto kroków przede mną, bo... ja na przykład zawsze analizuję i zawsze dużo myślę, jestem cholernie emocjonalna, co akurat kontaktów z innymi nie ułatwia wcale. Dlatego nie będę taka otwarta. I może ja też się śmieję, gdy się czegoś boję albo jestem w stresie i może też wyśmiewam swoje problemy często. Tylko że później to nadal jest we mnie. Nie przelewam tego śmiechu na innych, jestem szczęśliwa albo smutna i właściwie nikt tego nie odróżnia, bo... nie dzielę się tym tak często.
    A zranienia chyba boi się każdy. Naprawdę nie zrobiłoby na Tobie wrażenia, gdybyś zwierzyła się komuś z trudnych spraw z Twojego życia i napotkałabyś obojętność lub wrogość? Jeśli tak, to podziwiam... bo ja bym tak nie mogła. Co nie oznacza, że faktycznie zranienia się boję tak chorobliwie, że... to mnie zamyka. I zapewne jest jeszcze gorzej, niż byłoby, gdybym o tym mówiła, ale pewności nie mam, bo... boję się mówić, żeby nie zostać dotkniętą. Błędne koło, nie?
    No dobra, znowu się popłakałam na tym fragmencie o falochronach. Ech. Masz rację, ten strach po prostu zajebiście paraliżuje. I choć ja nie mam problemu z błahymi rozmowami, to żeby bardziej się przed kimś otworzyć... nie jest łatwo. I tak, zupełnie nie wierzę, że ktoś mógłby mnie pokochać, ciężko mi nawet przyjąć do świadomości, że w ogóle mam jakichkolwiek znajomych. Właściwie to nie tak, że boję się wad samych w sobie... ale boję się, że jak już wyjdą na wierzch, to nikt ich nie zaakceptuje. Że znowu usłyszę coś w stylu "myślałem/am, że jesteś inna". I tak dalej. Ciężko się to zmienia, zwłaszcza jak nie wiadomo, od czego w ogóle zacząć te zmiany.
    A kochanie samego siebie jest chyba jeszcze trudniejsze od znalezienia osoby, która mogłaby pokochać ciebie.
    I ja niby mam świadomość, że tak naprawdę te wszystkie lęki są tylko w głowie, że niektóre ich powody zapewne nawet sobie zwyczajnie wymyślam... ale to nie oznacza, że te obawy i nie są prawdziwe i ich skutki. W tym problem. To wszystko tak cholernie ogranicza, blokuje...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Um, teraz nie wiem, czy to dobrze, czy źle, że się popłakałaś? Nigdy nie chcę jakoś prowokować łez ale...wiem też, że są potrzebne.
      Ale no, do rzeczy.
      Tylko że ja mając na myśli świat mam go na myśli...nie tylko przez ludzi. Może dla wielu to dziwne, ale moja hm, jakoś rozwinięta duchowość sprawia, że świat, ogólnie postrzegam jako...czującą istotę. I wszystko, co się na niego składa, w tym także ludzi. Świat to dla mnie pewna hm...zbiorowa energia, w której uczestniczymy- i przede wszystkim, jej wyrazem, siłą spójności, jest miłość. Taki trochę pogański sufizm, nie wiem, czy kiedyś miałaś z sufizmem do czynienia ale jestem mu bliska:)W każdym razie, dla mnie sam świat u podstaw kocha, sprzyja, w najgorszym wypadku, w pewnych sprawach bywa obojętny ale...można z nim się porozumieć. I jego wyrazem, najprościej trafiającym są rzecz jasna ludzie...ale można zobaczyć, jak świat nas kocha przez psa, kota, zachód słońca czy drzew do którego się przytulamy:) Także, świat nas kocha,sprzyja i czasem trzeba po prostu się w niego wsłuchać. Inna sprawa, że wierzę, że na drodze każdego z nas w końcu zjawia się ktoś...kto otworzy przed nami serce i przed kim my chcemy. Tylko świat właśnie stawia go nam na drodze w odpowiednim momencie. I nie jest kwestia ilu ich jest. To kwestia, kiedy taką osobę spotkamy. Bo takich ludzi jest dużo..ale nie wszyscy są dla nas. Bo jak pisałam, są różne wszechświaty, wewnętrzne i nie wszystkie są w stanie oddziaływać na siebie. Ale w tych 7 miliardach.....jest sporo, które się z nami zderza:)
      Nigdy nie analizowałam zbyt wnikliwe relacji tylko....się jej poddawałam. Pewnie stąd wiele moich dziwacznych, nie zawsze fajnych przygód ale...nigdy tego nie żałowałam.
      Bo wyśmiewasz wierzchołek góry lodowej, to co widać. Reszta lodu tkwi w sercu. Ale, są tez inne metody na stopienie tego, prawda?
      I...ja się go nie boję. Ale nie dlatego, że go nie odczuwam. Gdybym nie odczuwała zranienia, bólu, nie byłabym człowiekiem. I nie chodzi nawet o obojętność, gdybym się zwierzyła...powiedzmy, że zraniono mnie w o wiele gorszy sposób. Możemy mówić o dosadnej zdradzie dwójki ludzi, którym najbardziej ufasz i których kochasz. O dosłownej śmierci dwóch najbliższych przyjaciół w ciągu 3 lat, zranił mnie więc nie tylko człowiek ale i życie. Więc...nie chodzi o to, że nie czuję zranienia, ale...nie boję się go, bo wiem, że przetrwałam tyle..że nic nie jest w stanie mnie złamać i przeszłe zranienia też mnie czegoś nauczyły. Ba, nie boję się zranienia, bo wiem, że każda rana i tworząca się potem blizna może...stać się cudowną jedyną nauką i siłą. Więc...jak bać się czegoś, co czyni cię silniejszym? Może i blizny osłabiają nieraz, boimy się bólu...ale jak dla mnie, można i na ból jakoś się uodpornić, nie na tyle, żeby go nie odczuwać...ale żeby w pełni akceptować.
      Bo otworzenie się jest trudniejsze, każda bliższa relacja.
      A ja wierzę. Bo każdego, każdego człowieka można pokochać, ba, często człowiek jest kochany...i nawet o tym nie wie. Na początku w sposób mniej oczywisty, przez rodziców, przez świat...a potem nieraz dosadniej. Przez przjaciół, tą jedną jedyną osobę...rezerwuar miłość w świecie jest tak ogromny, że trudno, żeby kogoś pominął:)
      Rumi pisał "poddaj się". I to najlepsza rada, jaką kiedykolwiek czytałam/ słyszałam.
      Jest. Ale nie jest niemożliwe. I to...najważniejsza rzecz. Bez miłości do siebie każda inna miłość może być kaleka.
      I to nie kwestia wymyślania. Lęku są faktem, są w twojej głowie, więc są faktem, nie znaczy, że są mniej prawdziwe niż to, czego dotykasz ręką. Ale to nie znaczy, że nie można ich pokonać:)

      Usuń
    2. Myślę że dobrze jednak.
      W takim rozumieniu, to ja również tak uważam i się z Tobą zgadzam, tylko że jeśli ma się problem konkretnie z zaufaniem do ludzi i z otworzeniem się na nich, to... niewielka to pociecha.
      Właśnie o tym pisałam... Ty po prostu jesteś otwarta i nie analizujesz. A ja to robię i to mnie nieraz bardzo zamyka.
      Na pewno są, w końcu z każdego problemu jest jakieś wyjście...
      Wiesz, ja generalnie uważam się za silnego człowieka i nie wierzę, że cokolwiek mogłoby mnie ostatecznie złamać, żadna sytuacja... prędzej czy później bym się po niej podniosła. Z każdego zranienia czegoś bym się nauczyła, w końcu wszystko bym zaakceptowała i stałabym się jeszcze silniejsza. Ale ta świadomość wcale nie chroni mnie przed strachem...
      Wiesz co... ja myślę, że prędzej pokocham siebie niż ktoś pokocha mnie. To znaczy mam świadomość, że rodzina mnie kocha, że może przyroda kocha mnie tak samo, jak ja ją, że w pewnym sensie znajomi mnie kochają. Ale jak myślę właśnie o tej oczywistej miłości, to siebie samej w niej nie widzę. Mam też takie wrażenie, że właśnie... każda ta moja miłość jest patologiczna, bo do samej siebie jej nie mam. Że niby kocham, ale idealizuję, niby chcę być kochana, ale nie umiem się otworzyć i pozwolić na kochanie mnie.
      Nie mówię, że nie można, tylko... po prostu nie wiadomo od czego zacząć chociażby...

      Usuń
    3. Oczyszczanie? Jak u pani Estes?
      "Zdumiewa mnie, jak mało płaczą współczesne kobiety, a jeśli już płaczą, to wstydliwie i jakby przepraszająco. Ubolewania godne, że wstyd lub moda odbierają nam tę naturalną funkcję. Potrzebujemy wilgoci, by stać się kwitnących drzewem, inaczej poniesiemy klęskę. Płacz jest rzeczą dobrą, zbawienną, słuszną. Nie rozwiązuje dylematów, ale dzięki niemu trwamy, nie upadamy."
      Może i tak, a jednak...myślę, że to jakaś może być. Na dobry początek, a co dalej...od czegoś trzeba zacząć, jak sądzę:)
      Bo w ogóle, problemem ludzi jest myślenie, zamiast odbieranie życia wprost :X I...myślisz zamiast żyć. A życie...płynie. Jakoś ucieka. Ale ja jestem też typem "tu i teraz" w sumie :X
      Otóż to.
      A widzisz, dla mnie to po prstu logiczny ciąg. Skoro przeżyło się takie rzeczy, skoro masz pewność że z każdego bagna się wygrzebiesz, przeżyjesz, nic cię nie zabije a wzmocni- to nie ma się czego bać. Ja tak to sobie racjonalizuję, ale ja w ogóle też właśnie z kolei bardzo lubię racjonalizować i mi się to udaje przenieść na życie.
      I...może właśnie jesteś typem, który musi wręcz robić po kolei zgodnie ze szkołą tantry jak ja się śmieję. I w ogóle sobie pomyślałam, że w ogóle, przydałaby ci się może iw tej kwestii właśnie lektura książki pani Estes, "Biegnąca z wilkami"? Ale czasem też i...dopiero miłość oczywista uczy nas kochać. Różnie bywa.
      Myślę, że trudno określić tak ogólnie, bo każdy ma inną drogę. To trochę takie...szukanie w sobie, metoda prób i błędów. Chyba że znajdzie się tzw. nauczyciela ale...mało dobrych, prawdziwych nauczycieli w naszym świecie.

      Usuń
    4. Hm, jeśli tak, to niepełne, bo nie czułam się lepiej/lżej, tylko gorzej (ale nadal uważam, że dobrze się stało).
      Może faktycznie może warto zacząć od przyjęcia miłości od świata, a potem od ludzi...
      Ach, ja jestem straszną melancholiczką, za bardzo wręcz :/ A u innych częściej się chyba spotykam z brakiem myślenia jednak. Z brakiem empatii przez brak myślenia. Ale może gdyby ludzie myśleli trochę inaczej, to jedni zaczęliby wyciągać ręce, a drudzy przestaliby je ucinać...
      Nie słyszałam, ale teraz widzę że nawet jest w mojej bibliotece, to lecę i wypożyczam! (Co tam, że mam 3 lektury szkolne teraz? XD).
      Nooo a ja właśnie umiem racjonalizować, ale nie umiem przenieść tego na życie. Może to kwestia wprawy, nie wiem.
      Właśnie to mnie trochę boli, że w sumie czuję się w tym wszystkim tak cholernie osamotniona... ale z drugiej strony, jak nie ja to kto? ;)

      Usuń
    5. Bo rzadko kiedy od razu po łzach czujemy się dobrze, to chyba przychodzi z czasem:)
      Mówię, zawsze to już jakiś początek:)
      I pewnie tak by było ale...to jednak utopia. Do takiej nie doprowadzimy żadnym sposobem.
      Leć, leć!:D
      Może i tak, też kiedyś nie umiałam:)
      Nikt. Tak naprawdę możesz mieć wsparcie obok, ale ostatecznie...tylko ty sama rozwiązujesz wszystko co ciebie dotyczy:)

      Usuń
  12. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  13. tak zerkam na niektóre fragmenty komentarzy powyżej i widzę, że nie tylko ja odnajduję w tej notce opis samej siebie (zwłaszcza fragment o zagłodzeniu dobił mnie totalnie) i zwykle, gdy dostrzegam, jak ludzie odnajdują szczątki własnej tożsamości w tego typu opisach pytam samej siebie: 'dlaczego ja tego nie widzę na codzień?". jak bardzo jesteśmy zamknięci w swych skorupach. Aż mnie ciarki przeszły. Zmagamy się z wszelkimi problemami, jesteśmy nieraz tak samo pogubieni a jakoś nie umiemy o tym ze sobą rozmawiać. Cholera no,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No na to wychodzi, że napisałam tekst uniwersalny ale...właśnie pewne rzeczy, kompleksy, wstyd, nieśmiałość...takie właśnie są. Dotyczą nas wszystkich.
      I...z bliska widać nieraz najgorzej, prawda? Obraz za bardzo się rozmywa.

      Usuń
  14. Na początku miałam ochotę spytać, czy napisałaś ten post specjalnie dla mnie. A teraz widzę, że sporo osób odniosło podobne wrażenie. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stał się trochę uniwersalny, na to wychodzi:)

      Usuń
  15. Ja to kolejna osoba, która ma wrażenie, jakby to do niej było napisane. Aż niebywałe. I Ty piszesz, że nie wiesz, czy potrafisz pisać? Ty, która swoimi słowami dotykasz, dotykasz czulej, niż dłońmi? Dziękuję za każde słowo tu napisane, za iskierkę - nadzieję, którą tylko ja mam szansę rozpalić, tylko ja sama mogę sprawić, że ten ogień zapłonie, dizękuję za kroplę - nadzieję, która tylko przy mojej pomocy może stać się falą. I dobrze, Frido, że jesteś. Dobrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo mam wrażenie, że mi to jakoś topornie mimo wszystko idzie no ale...niech będzie, że to moje wrażenie XD I...aż mi głupio trochę, ale w sumie, post odniósł zamierzony skutek, jakby nie patrzeć. Więc to dobre:)

      Usuń
  16. Bardzo w tym momencie uderzyłaś w moje serce. Takim właśnie postem autentycznie rozdajesz miłość, akceptację i rozumienie ludziom. Wysyłasz dobro w świat. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Um...cieszę się, że tak sądzisz:) W sumie, odniósł zamierzany skutek :)

      Usuń