wtorek, 18 października 2016

O tym, że niezależnie gdzie mieszkam, mam swój dom w drugim człowieku, czyli kolejne Fridowe wynurzenia miłosne.

-To tak właściwie, plan już macie całkiem opracowany. Tylko najgorsza będzie przeprowadzka na drugi koniec kraju.
-Tak naprawdę to nie będzie takie straszne. Zapakujemy się na jeden raz. Jedna przejażdżka autem, transporterem, nawet jeśli będziemy mieli wziąć wszystkie moje książki.
-Jak to?
-No tak jakoś po prostu...wychodzi na to, że nie mamy za dużo rzeczy. Moje książki, trochę ubrań, jego i mój komputer, jeden regał który chcemy zabrać i...to wszystko.
-Trochę sobie tak nie wyobrażam.
-Ale czego?
-Mieć tyle lat i mieć tak mało rzeczy. Ja w waszym wieku miałam już umeblowane mieszkanie, własne gniazdko. I jak pomyślę, jakbym teraz miała wszystko przenosić...te moje mosiężne świeczniki, wszystkie meble, pościele, obrusy... A wcale nie mam dużo rzeczy, według siebie. I nawet się do nich nie przywiązuję, tylko o niektórych mam sentyment. Wy jak dla mnie jesteście całkowitymi minimalistami. Ale to pewnie wygodne.
-Jasne, że wygodne. Poza tym...ja nie potrzebuję gniazda. To już bardziej mój Mąż. Tak naprawdę, najważniejsze, że mamy siebie.
-To prawda. Tego niejedni wam mogą zazdrościć, z tego co widzę, jak o nim opowiadasz.
-To możliwe.

Nocne rozmowy z pewną pielęgniarką z mojej pracy uzmysławiają pewne rzeczy.

Coraz bliżej mnie wizja przeprowadzki, która, być może naprawdę nam się uda, choć nadal, nie chcę nic obiecywać, nie chcę zapeszać. Bo było wiele już planów, wiele pomysłów, których nie zrealizowaliśmy- ale żaden nas nie pociągał jak ten. Żaden nie wydawał się tak...realny i logiczny. Coraz wyraźniejsza zmiana rysuje się na horyzoncie. A ja...wcale się nie boję.

Może nie boję się dlatego, że nigdy nie odczuwałam potrzeby wicia własnego gniazda. Tak naprawdę, to ja mam koczowniczą naturę, która została trochę zatrzymana przez mojego męża. Bo to on potrzebuje stabilnego gruntu, miejsca, do którego może wrócić.
Ja...nigdy nie chciałam mieć rzeczy. Nie myślałam o jednym miejscu, o jednym domu. Tak po prostu. I nawet nie to, że wielce chciałam potrzebować. Po prostu, nigdy nie potrzebowałam iluzji bezpieczeństwa, jaką dają jakieś ściany.
Jestem totalną minimalistką. Tak naprawdę, jedyną rzeczą, do której się przywiązuję, są książki. Ale jednocześnie wiem, że mogłabym je wszystkie zostawić, rozdać, gdybym nie miała ich jak ze sobą zabrać. W końcu i tak treść każdej z nich mam w głowie, a niektórych nawet w sercu.
A cała reszta? Nie znoszę żadnych bibelotów i ozdobników. Nie muszę mieć setek kubków, zastawy stołowej. Nie muszę otaczać się ładnymi rzeczami, filiżankami, ozdobnikami, obrazami. Mogę żyć wśród gołych ścian, na łóżku z palet, z jednym kubkiem. Dobrze, z kilkoma, jeśli wpadają do mnie ludzie, których kocham. Wszystko w moim otoczeniu może straszyć tymczasowością. Bo wiem doskonale...że rzeczy są tymczasowe.
Nie potrzebuję w życiu stałych punktów. Nie materialnych, co to to nie. Nie potrzebuję stałych dat, świąt, rytmu wyznaczanego kalendarzem. Coraz bardziej z tego rezygnuję.

Potrzebuję doznań. Potrzebuję piękna rzeczy ulotnych, odczuwania przemijania czasu w porach roku. Potrzebuję pięknych smaków i zmysłowej miłości.
Tak, miłości. To ona jest mi potrzebna.
Tak naprawdę...to ona jest moim domem.

Wszystkie stałe punkty mam w sobie. Swoją pewność, swój dom noszę w sercu, w duszy. Moje ciało jest moim domem, bo to jedyne, co realne, namacalne. Żadne piękne rzeczy w otoczeniu, żadne daty.
Ja sama jestem swoim domem ale...nie tylko.

Moim domem jest on.
I dlatego tak mi bezpiecznie. Dlatego nie potrzebuję ubarwionych ścian, zasłon, obrusów i pasujących do kompletu talerzy. Może dlatego nigdy nie nauczyłam się wić gniazda, dosłownego, urządzać mieszkanka bo...ja już dawno znalazłam mieszkanie. W jego sercu. Zanim zdałam sobie sprawę, że jakiegoś potrzebuję.
Dorosłam w mieszkaniu jego serca, a on w moim. Dlatego być może więcej nie potrzebuję. Żadnej sztucznej pewności, którą zapewnia tak wielu idealnie dobrana do salonu sofa.

Kocham i jestem kochana. Miłość to moja pewność. Miłość to mój dom. Niezależnie gdzie mieszkamy, gdzie pracujemy. Czy mamy gołe ściany, czy mamy wiele mebli. To nieważne.
Czy otacza nas gromada znanych ludzi, przyjaciół- czy zostaniemy sami.
Moim domem jest on. Ja jestem jego.
Dlatego w ogóle się nie boję. Dlatego odczuwam tylko ekscytację, bo będziemy przeżywać kolejną przygodę. Razem. To najważniejsze.
Cokolwiek się nie stanie, czy ruszymy w tą czy inną stronę. Czy staniemy w miejscu. Nie boję się, bo póki mam jego serce, nie jestem bezdomna.

Kocham cię.
Nigdy nie myślałam, że można tak kochać. Nigdy nie marzyłam o takiej miłości, wręcz przeciwnie, chciałam biec przez świat samotna, nieujarzmiona i dzika. Pełna pożądania, namiętności, ale i dziwnej czułości, której kształtu nie umiałam jeszcze wtedy nazwać, ale która przepełniała już podskórnie moje ciało, czułości, która wrzała w moich żyłach.
Teraz ta czułość ma twoje imię.

Gdy byłam dziewczynką nie wierzyłam w miłość. Gdy byłam dzieckiem widziałam to, że między kobietą a mężczyzną może żyć jedynie nienawiść i przemoc. Gorzkie łzy, uderzenia. Gdy byłam dzieckiem widziałam, jak mężczyznę i kobietę łączy jedynie strach i chore przywiązanie, które choć nazywane miłością, nie ma wcale jej smaku.
Nie chciałam tego, bałam się tego.
I wiesz, ta dziewczynka dorastała. Widziała wiele bajek, czytała wiele książek, widziała wiele filmów, które kończyły się happy endem jakiejś miłości. Ale wiedziała, że to tylko bajki. Bo w swoim świecie, między ludźmi widziała tylko zmęczone przywiązanie albo strach, widziała zniewolenie życia, jedno drugim. Widziała może i epizody namiętności, ale te kończyły się z reguły łzami, jej siostry, jej przyjaciółek.
Dziewczynka znała bajki, ale wcale im nie wierzyła. Nie chciała ich nawet w swoim życiu. Nigdy nie przyszło jej to do głowy.
Dorastała, wpadając w kolejne zauroczenia. Jej wyobrażenie o miłości, a przede wszystkim namiętności miało różne imiona. Nauczyła się kochać w wielu łóżkach, dając ułudę oddania, ale szybko uciekając, bo w żadnym z tych łóżek nie czuła się bezpiecznie. Żadne z nich nie sprawiło, że spłynął na nią niezwykły spokój.
A potem ta dziewczyna, już dorosła wiekiem, ale ciągle niedojrzała w swoim sercu, poznała ciebie.
Właśnie ciebie. Spojrzała w twoje wielkie oczy i przez jakiś czas jeszcze próbowała udawać, że wcale się w nich nie utopiła.

Bo czy nie tak było?
Nie chciałam wierzyć. Nie chciałam dopuścić przez parę chwil tej myśli. Ale to była ta dziwna pewność, ten dziwny spokój, który spłynął do serca ciepłym strumieniem. Nie szło go zatamować. I gdy się zorientowałam, było już za późno. Nie zdążyłam krzyknąć że nie chcę, że nie wierzę, że to będzie tylko łóżko, tak jak sobie jakoś to zaplanowałam, wyobrażałam.
Było za późno, żeby powiedzieć nie. Żeby się przestraszyć. Zresztą, przy tobie jeszcze nigdy się tak naprawdę nie bałam.
I to był moment, zdałam sobie sprawę.
Już wiedziałam, że cię kocham. Już poznałam smak domu.
Z nikim nie było mi lepiej, z nikim nigdy by nie mogło być.

Od początku przecież było tak, jakbym znała cię setki lat. Jakby moje serce biło tylko dla ciebie. Beż żadnego skrępowania, ciała czy myśli. Bo przecież, gdy tylko cię ujrzałam, w domku na drzewie opowiedziałam ci całe swoje życie. Nie bałam cię mówić ci o ojcu ani o swojej pierwsze dziecinnej miłości, przez którą nie mogłeś się przestać śmiać. Nie bałam się przytulać do ciebie nad ranem, gdy w końcu zasnęliśmy, wtulić się całkiem w twoje ciepłe, wówczas tak chude, kościste ciało. Nie bałam się zasnąć w twoich ramionach. I gdy się obudziliśmy, pomimo zmęczenia, pomimo niedospania i lekkiego kaca, pomimo skręconej kostki czułam, że nigdy nie spałam lepiej.
Moje serce już wtedy śpiewało, chociaż umysł jeszcze nie widział tak jasno tej myśli: tak, on jest twoim domem. Z nim spędzisz życie.

Nie mogłam przestać o tobie myśleć, nie mogłam przestać o tobie mówić, wszyscy śmiali się z tego, gdy mówiłam, tak, to po prost zwykły znajomy. Wiesz że tak było. Ty mówiłeś ponoć o mnie tak samo.
I nie bałam się, że znikniesz z mojego życia, nie było nocy pełnej zimnej tęsknoty, wręcz przeciwnie, te letnie noce 8 lat temu były pełne gorącego oczekiwania, radosnego, na to, że wrócisz. A ja wrócę do domu.
Nie było żadnego dramatu, nie płakałam przez ciebie wówczas ani razu, gdy pełna energii upijałam się ze znajomymi i dzwoniłam do ciebie zdziwionego, ale uradowanego, że słyszysz mój głos. Nie było gdybania. Byłeś znajomym, za którym tęsknię, z którym wypiję jeszcze piwo, może spędzę noc. Tak sobie mówiłam. A serce już wiedziało.
Serce zawsze wie od razu. Od kiedy cię poznałam, wierzę w to święcie. Od razu wiesz, czy kochasz. Spływa na ciebie ten spokój i radość. Nie ma żadnego szarpania, żadnego może. Kochasz i to się po prostu dzieje. Czy nie mam racji, kochany? Czy nie tak właśnie z nami było?

A potem znów przyjechałeś i znów było tak, jakbyśmy nigdy się nie rozstawali, jakby po prostu ten miesiąc bez siebie nie istniał. Pamiętasz, jak upijaliśmy się w moim ulubionym barze w mojej małej miejscowości, jak paliliśmy razem papierosy, zawsze razem, nawet na pół? Jak od razu nie mieliśmy problemu, że jedno kupuje drugiemu piwo, bo nie było tu żadnego podziału, żadnej wątpliwości, żadnego moje- twoje. Bo choć nie byliśmy razem, to nasze serca już wiedziały. To już nie byliśmy ja i ty, to już byliśmy my. Ja i ty. Nasz wspólny dom.
Nasza miłość.
Byliśmy nierozłączni tej nocy. Szalonej nocy, kiedy zdarłam sobie skórę z całych dłoni i twarzy, wygłupiając się po pijaku. Szalonej nocy, kiedy zlizywałeś ze mnie moją własną krew i wcale się nie brzydziłeś, kiedy odkażałeś mnie tanim winem, sam będąc bardziej pijanym niż ja. Nie myślałam wcale że się wygłupiłam, śmiałam się z tego, a ty śmiałeś się razem ze mną, lecząc moje rany. Już wtedy troszcząc się o mnie i wiedząc, że stale będą ze mną jakieś kłopoty.
Szalona noc, dziwne przypadki z tamtą znajomą. Wspólne łóżko i nocne pieszczoty.

Następnego dnia wcale nie wiedzieliśmy. Jak to się stało? Tak szybko, tak po prostu? Widzę cię drugi raz w życiu i już? Czy tak właśnie to się dzieje?
Ja ze zdartą twarzą, ty z wielkim kacem. Niepewni, choć nasze usta pamiętały swój smak, choć nasze ciała pamiętały swój kształt.
Myśli dnia nie wiedziały, co zrobić z nocą, choć serca to czuły. Choć to było oczywiste.
I nie było skrępowania, tylko miłe oczekiwanie.
A potem poszliśmy do znajomych, na kolejne piwa, tych, którzy śmiali się z mojej zdartej twarzy, z twoich malinek, takich, jakie robię ci do tej pory. Śmiali się, robiąc zakłady, co z tego wyjdzie. Bo przecież...to niemożliwe. Ona z nikim długo nie wytrzyma. Z nią nikt długo nie wytrzyma, jest za dzika, za namiętna, zbyt szalona...
A jednak. Wszystko stało się jasne, kiedy po prostu po kolejnym piwie, zmęczony, powiedziałeś idziemy do siebie.
Do siebie.
Do swojego domu. Nie mojego. Nie twojego. Naszego.

Tak. To była już pewność. Tak głęboko wpadłeś mi do serca. Tamtej nocy, kiedy opatrywałeś moje rany, następnej kiedy po prostu poszliśmy do siebie i bez niczego, zmęczeni, spaliśmy wtuleni w swoje młode ciała.
Tamtej nocy zakochałam się w tobie na amen. Tamtej nocy, gdy byliśmy z sobą, u siebie, stałeś się moim domem.
Niezależnie, gdzie mieszkaliśmy, niezależnie, gdzie byliśmy. Zawsze w domu, bo zawsze z tobą. Nierozłączni, mimo że nieraz rozdzieleni fizycznie.

Kocham cię. Od tamtej nocy już na zawsze, kocham cię.
Jesteś mój, a ja jestem twoja. Tak po prostu. Jesteś moim najlepszym przyjacielem, idealnym kochankiem. Najlepszym kumplem z którym wypiłam już całe morze alkoholu. Jesteś moją bezpieczną przystanią, moim szydercą, tym, przez którego płaczę.
Bo nieraz przez ciebie płaczę. Ale wiesz co? Na palcach jednej ręki policzę, ile razy płakałam przez ciebie ze smutku. Ale nie jestem w stanie powiedzieć, ile razy płakałam przez ciebie z miłości. Ze szczęścia. Dlatego, że czułość, która ma twoje imię, tak przepełniała moje serce, że nie mogłam robić inaczej, jak płakać. Zmienić się w strumień, gdy ten lód, który nieraz mam pod sercem się topi.
Bo ta miłość ma w sobie namiętność, gorące, rozpalające nocami i dnami. Ale przede wszystkim ma ciepło dobrze wygrzanego pokoju. Ta miłość, mój najdroższy, to ciepła kula, lampa która świeci w moim sercu i ogrzewa a najgorsze dni.

Mieliśmy niejeden kryzys, choć nigdy nie toczyliśmy naprawdę wojny. Nie jesteśmy idealni. Ale zawsze, zawsze, to jesteśmy MY. Od tamtej nocy, kiedy krwawiłam po upadku, kiedy odpalałeś mi papierosy i przerażony przez chwilę odkażałeś moje rany, a ja zaczynałam się śmiać.
Zawsze to my. W swojej miłości.
I wiesz, nieważne, gdzie to nas jeszcze zaprowadzi.
Ale kocham cię. I chcę przeżywać z tobą jeszcze niejeden taki dzień, taki jak wczoraj. Taki...po prostu. Idealny w swojej prostocie. Takie dni, kiedy rozśmieszasz mnie do łez, takie dni, kiedy tańczysz ze mną na środku kuchni chociaż każdemu mówisz, że ty nie tańczysz, nie lubisz, nie umiesz. Wiesz, że ja to kocham i to miłość do mnie sprawia, że to robisz, gdy nikt nie widzi.
Chcę przeżywać z tobą takie dni, wtulać się w twoje ramiona, patrzeć jak się starzejesz, zauważać kolejne zmarszczki na twoim czole. Chcę kochać się z tobą namiętnie, nieraz szybko i żarłocznie, nieraz powoli i delikatnie w świetle świeci i płakać potem ze wzruszenia. Chcę czuć twój nos wciśnięty zawsze w zagłębienie mojego karku, wdychający mój zapach, ten, bez którego nie umiesz zasnąć. Chcę słyszeć zawsze twój bezpieczny oddech.
Chcę cię nadal kochać.
Tak jak kocham cię od tamtej nocy, szalonej nocy pełnej taniego wina i moich upadków.
Chcę cię kochać i już zawsze czuć ten dziwny spokój, o który, jak się dowiedziałam, chodzi w życiu, chodzi w miłości. Kto go nie zaznał...jest nieszczęśliwym człowiekiem. Ja, przy tobie, jestem jednym ze szczęśliwców. Jednym z tych, którzy wygrali swój los na loterii. I nie boję się mówić o tym głośno.
Czasem mam wrażenie, że to mi się śni. Kiedy indziej mam wrażenie, że to tak oczywiste. Kochać, tak bardzo, mieć taką pewność. Bawić się w życiu z najlepszym przyjacielem i kochać go zarazem jak można tylko kochać mężczyznę. Czasem mam wrażenie że to aż oczywiste, że to tobie muszę powiedzieć o każdym smaku, filmie, przeczytanej książce, że to z tobą wyprawiam się w twoje ukochane góry, a ty płaczesz ze mną na filmach. 
Czasem to takie oczywiste, że zapominam, jakie to pięknie. Kiedy indziej nie mogę w to aż uwierzyć. I płaczę ze wzruszenia, jak wczoraj. 
Gdyby nie ty, pewnie nigdy nie płakałabym ze szczęścia, wiesz?
Dziękuję ci za to. 
Dziękuję za to, że przy tobie nigdy nie będę bezdomna. Mam wrażenie, że przy tobie nigdy nie będę nieszczęśliwa, złamana, martwa. 

Chcę się kochać, chcę w tobie mieszkać.
Jesteś moim domem, a ja twoim. Wiem to. Bo od tamtej nocy mam wrażenie, że wróciłam do domu po bardzo, bardzo długiej podróży, mimo że byłam tak młoda. Od tamtej nocy wiem to, jestem w domu. Jestem bezpieczna. Moje serce śpiewa.
Już na zawsze.
Kocham cię.



Jesteś moim najlepszym przyjacielem
Krzyczę w nicość
Niczego nie potrzebuję
Cóż, gorąca i ciężka tarta dyniowa
Czekolada, cukierek, Jezus Chrystus
Nic nie zadowala jak ty.

Dom, pozwól mi wrócić do domu.
Dom jest wtedy, gdy jestem z tobą.
Dom, pozwól mi wrócić do domu.
Dom jest wtedy, gdy jestem z tobą sama.


28 komentarzy:

  1. Bo dom to tylko mury, rzeczy to rzeczy,czasem piękne, ale rzeczy. Dom to ludzie, miłość między nimi, szczere relacje. Gdzie są te rzeczy tam jest dom. Najpiękniejszy dom bez kochanych osób i bez miłości jest niczym więcej niż zbitką cegieł...
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie właśnie aż skrajnie, to w ogóle nie są mury. Jeszcze czasem myślę tak o domu rodzinnym, w mojej małej miejscowości ale...coraz rzadziej. Dla mnie dom to właśnie ten, którego kocham.
      To nie miejsce, lecz stan, jak śpiewa Nosowska, co nie?:) Dla mnie to stan zakochania:)

      Usuń
  2. O rany...Jak Ty pięknie opowiadasz o swojej miłości...Aż Ci zazdroszczę, ale z drugiej strony gratuluję, że po tym co widziałaś, co przeżyłaś, potrafiłaś otworzyć serce dla kogoś. I to jest piękne. Cóż. Życzę Wam, żebyście byli ze sobą jak najdłużej i abyście cieszyli się sobą.
    Dużo miłości!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy:) Tej nam raczej nie zabraknie, mam jakieś dziwne przekonanie nawet po tylu latach, ale zawsze afirmacja się przyda:)

      Usuń
  3. Niesamowicie opowiadasz o swojej, a raczej waszej miłości. Spotkać osobę przed która możesz się otworzyć, być z nią na dobre i na złe, to jest coś pięknego.
    Życzę Wam wspaniałych chwil razem i niech Wasza miłość rozkwita każdego dnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, nie wiem nawet, czy to właśnie w jakiś sposób nie jest najpiękniejszą rzeczą w życiu.
      Dziękujemy:)

      Usuń
  4. Rzeczy materialne bez względu na to ile ich posiadamy nigdy nie zastąpią bliskości drugiego człowieka szczególnie jeśli darzy się go uczuciem jakim jest miłość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Jeśli w ogóle podążymy za myślą, że wszystko jest iluzją, to o dziwo też...rzeczy materialne są nią o wiele bardziej, niż nienamacalne uczucia. Dlatego...chyba jasne staje się, co jest ważniejsze.

      Usuń
  5. Ja bym tak nie umiala. Mam czasem problem z wyrzuceniem nawet nie potrzebnych rzeczy np. Miskow które leza i sie kurza. Szybko sie przyzwyczajam do miejsc i rzeczy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja nauczyłam się żegnać z ludzmi...to tym bardziej nauczyłam się żegnać z rzeczami:)

      Usuń
    2. Powiem Ci, że z ludźmi teraz nie trzeba się żegnać aż tak długo. Jest tyle form komunikacji na odległość, że nie trzeba mówić "żegnaj".

      Usuń
  6. Piękna ta miłość. :)
    Też mam takie coś, że nie ważne gdzie, ważne, że z nim. <3 Zawsze powtarzam, że damy sobie radę, bo przecież będziemy razem, a to najważniejsze.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zazdroszcze... wiem, ze to brzydko ale zawsze zazdrosciłam. Kiedy czytałam o mężu Twoim i o jego wsparciu i myślałam "Ta Frida to ma zajebiście, szkoda, że ja nie spotkalam kogoś takiego..." Marzy mi sie ktoś kto bylby domem.. ciekawe czy kiedys uda mi sie doświaczyć takigo uczucia. Usciskuje! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm...wiesz, jeśli to nie jest toksyczna zazdrość, a może jakoś mobilizująca albo dająca jakąś nadzieję to....jest w porządku:) I w końcu nadzieje, marzenia się spełniają, tylko najczęściej wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewamy:)

      Usuń
  8. A przecież miałam do Ciebie wpaść przy okazji przyszłorocznego Pyrkonu, a Ty się chcesz przeprowadzić. :P
    Lubię czytać Twoje historie. Przywracają wiarę, że miłość jednak istnieje. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale do Pyrkonu zostanę, spokojna głowa, możemy iść na piwo XD
      To...cieszę się, że to tak działa:)

      Usuń
    2. To rozumiem. ^^
      Ano tak działa. W przeciwieństwie do tych wszystkich przesłodzonych romantycznych komedii.

      Usuń
  9. Jakie to piękne *.* Gdyby więcej ludzi pisało i co ważniejsze czuło w ten sposób, może życie i bycie z drugim człowiekiem nie byłoby takie skomplikowane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może i tak:) Bo jednak właśnie to ludzie sobie najczęściej wszystko komplikują.

      Usuń
  10. Pięknie napisałaś o swojej miłości.
    Przeprowadzasz się? A dokąd?

    OdpowiedzUsuń
  11. Często mówię moim znajomym, że mój dom jest tam, gdzie mój Luby. Nie ważne, gdzie mieszkamy, ważne, że razem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to, bo tak to działa tak naprawdę:) tam dom gdzie twoje serce, a po prostu...komuś się je oddało:)

      Usuń
  12. Ojej ja bym potrzebowała z 3 cieżarówki aby zabrać wszystkie moje rzeczy :D ale ja typ zbieracza jestem i takiego chomika ;)
    Ile jesteście już razem? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja to zwalczyłam już dawno XD w sierpniu minęło 8 lat, w tym 2 po tym oficjalnym ślubie, 4 po takim naszym, nieoficjalnym:)

      Usuń
  13. Masz podobnie jak ja. Rzeczy nie potrafią mi dać tego co doznania. Potrzebuję stymulacji, silnych bodźców. Tak naprawdę szybko się dostosuję i dom jest tam gdzie najbliżsi nam ludzie.

    OdpowiedzUsuń