-To tak właściwie, plan już macie
całkiem opracowany. Tylko najgorsza będzie przeprowadzka na drugi
koniec kraju.
-Tak naprawdę to nie będzie takie
straszne. Zapakujemy się na jeden raz. Jedna przejażdżka autem,
transporterem, nawet jeśli będziemy mieli wziąć wszystkie moje
książki.
-Jak to?
-No tak jakoś po prostu...wychodzi
na to, że nie mamy za dużo rzeczy. Moje książki, trochę ubrań,
jego i mój komputer, jeden regał który chcemy zabrać i...to
wszystko.
-Trochę sobie tak nie wyobrażam.
-Ale czego?
-Mieć tyle lat i mieć tak mało
rzeczy. Ja w waszym wieku miałam już umeblowane mieszkanie, własne
gniazdko. I jak pomyślę, jakbym teraz miała wszystko
przenosić...te moje mosiężne świeczniki, wszystkie meble,
pościele, obrusy... A wcale nie mam dużo rzeczy, według siebie. I
nawet się do nich nie przywiązuję, tylko o niektórych mam
sentyment. Wy jak dla mnie jesteście całkowitymi minimalistami. Ale
to pewnie wygodne.
-Jasne, że wygodne. Poza tym...ja
nie potrzebuję gniazda. To już bardziej mój Mąż. Tak naprawdę,
najważniejsze, że mamy siebie.
-To prawda. Tego niejedni wam mogą
zazdrościć, z tego co widzę, jak o nim opowiadasz.
-To możliwe.
Nocne rozmowy z pewną pielęgniarką z
mojej pracy uzmysławiają pewne rzeczy.
Coraz bliżej mnie wizja przeprowadzki,
która, być może naprawdę nam się uda, choć nadal, nie chcę nic
obiecywać, nie chcę zapeszać. Bo było wiele już planów, wiele
pomysłów, których nie zrealizowaliśmy- ale żaden nas nie
pociągał jak ten. Żaden nie wydawał się tak...realny i logiczny.
Coraz wyraźniejsza zmiana rysuje się na horyzoncie. A ja...wcale
się nie boję.
Może nie boję się dlatego, że nigdy
nie odczuwałam potrzeby wicia własnego gniazda. Tak naprawdę, to
ja mam koczowniczą naturę, która została trochę zatrzymana przez
mojego męża. Bo to on potrzebuje stabilnego gruntu, miejsca, do
którego może wrócić.
Ja...nigdy nie chciałam mieć rzeczy.
Nie myślałam o jednym miejscu, o jednym domu. Tak po prostu. I
nawet nie to, że wielce chciałam potrzebować. Po prostu, nigdy nie
potrzebowałam iluzji bezpieczeństwa, jaką dają jakieś ściany.
Jestem totalną minimalistką. Tak
naprawdę, jedyną rzeczą, do której się przywiązuję, są
książki. Ale jednocześnie wiem, że mogłabym je wszystkie
zostawić, rozdać, gdybym nie miała ich jak ze sobą zabrać. W
końcu i tak treść każdej z nich mam w głowie, a niektórych
nawet w sercu.
A cała reszta? Nie znoszę żadnych
bibelotów i ozdobników. Nie muszę mieć setek kubków, zastawy
stołowej. Nie muszę otaczać się ładnymi rzeczami, filiżankami,
ozdobnikami, obrazami. Mogę żyć wśród gołych ścian, na łóżku
z palet, z jednym kubkiem. Dobrze, z kilkoma, jeśli wpadają do mnie
ludzie, których kocham. Wszystko w moim otoczeniu może straszyć
tymczasowością. Bo wiem doskonale...że rzeczy są tymczasowe.
Nie potrzebuję w życiu stałych
punktów. Nie materialnych, co to to nie. Nie potrzebuję stałych
dat, świąt, rytmu wyznaczanego kalendarzem. Coraz bardziej z tego
rezygnuję.
Potrzebuję doznań. Potrzebuję piękna
rzeczy ulotnych, odczuwania przemijania czasu w porach roku.
Potrzebuję pięknych smaków i zmysłowej miłości.
Tak, miłości. To ona jest mi
potrzebna.
Tak naprawdę...to ona jest moim domem.
Wszystkie stałe punkty mam w sobie.
Swoją pewność, swój dom noszę w sercu, w duszy. Moje ciało jest
moim domem, bo to jedyne, co realne, namacalne. Żadne piękne rzeczy
w otoczeniu, żadne daty.
Ja sama jestem swoim domem ale...nie
tylko.
Moim domem jest on.
I dlatego tak mi bezpiecznie. Dlatego
nie potrzebuję ubarwionych ścian, zasłon, obrusów i pasujących
do kompletu talerzy. Może dlatego nigdy nie nauczyłam się wić
gniazda, dosłownego, urządzać mieszkanka bo...ja już dawno
znalazłam mieszkanie. W jego sercu. Zanim zdałam sobie sprawę, że
jakiegoś potrzebuję.
Dorosłam w mieszkaniu jego serca, a on
w moim. Dlatego być może więcej nie potrzebuję. Żadnej sztucznej
pewności, którą zapewnia tak wielu idealnie dobrana do salonu
sofa.
Kocham i jestem kochana. Miłość to
moja pewność. Miłość to mój dom. Niezależnie gdzie mieszkamy,
gdzie pracujemy. Czy mamy gołe ściany, czy mamy wiele mebli. To
nieważne.
Czy otacza nas gromada znanych ludzi,
przyjaciół- czy zostaniemy sami.
Moim domem jest on. Ja jestem jego.
Dlatego w ogóle się nie boję.
Dlatego odczuwam tylko ekscytację, bo będziemy przeżywać kolejną
przygodę. Razem. To najważniejsze.
Cokolwiek się nie stanie, czy ruszymy
w tą czy inną stronę. Czy staniemy w miejscu. Nie boję się, bo
póki mam jego serce, nie jestem bezdomna.
Kocham cię.
Nigdy nie myślałam, że można tak
kochać. Nigdy nie marzyłam o takiej miłości, wręcz przeciwnie,
chciałam biec przez świat samotna, nieujarzmiona i dzika. Pełna
pożądania, namiętności, ale i dziwnej czułości, której
kształtu nie umiałam jeszcze wtedy nazwać, ale która przepełniała
już podskórnie moje ciało, czułości, która wrzała w moich
żyłach.
Teraz ta czułość ma twoje imię.
Gdy byłam dziewczynką nie
wierzyłam w miłość. Gdy byłam dzieckiem widziałam to, że
między kobietą a mężczyzną może żyć jedynie nienawiść i
przemoc. Gorzkie łzy, uderzenia. Gdy byłam dzieckiem widziałam,
jak mężczyznę i kobietę łączy jedynie strach i chore
przywiązanie, które choć nazywane miłością, nie ma wcale jej
smaku.
Nie chciałam tego, bałam się
tego.
I wiesz, ta dziewczynka dorastała.
Widziała wiele bajek, czytała wiele książek, widziała wiele
filmów, które kończyły się happy endem jakiejś miłości. Ale
wiedziała, że to tylko bajki. Bo w swoim świecie, między ludźmi
widziała tylko zmęczone przywiązanie albo strach, widziała
zniewolenie życia, jedno drugim. Widziała może i epizody
namiętności, ale te kończyły się z reguły łzami, jej siostry,
jej przyjaciółek.
Dziewczynka znała bajki, ale wcale
im nie wierzyła. Nie chciała ich nawet w swoim życiu. Nigdy nie
przyszło jej to do głowy.
Dorastała, wpadając w kolejne
zauroczenia. Jej wyobrażenie o miłości, a przede wszystkim
namiętności miało różne imiona. Nauczyła się kochać w wielu
łóżkach, dając ułudę oddania, ale szybko uciekając, bo w
żadnym z tych łóżek nie czuła się bezpiecznie. Żadne z nich
nie sprawiło, że spłynął na nią niezwykły spokój.
A potem ta dziewczyna, już dorosła
wiekiem, ale ciągle niedojrzała w swoim sercu, poznała ciebie.
Właśnie ciebie. Spojrzała w twoje
wielkie oczy i przez jakiś czas jeszcze próbowała udawać, że
wcale się w nich nie utopiła.
Bo czy nie tak było?
Nie chciałam wierzyć. Nie chciałam
dopuścić przez parę chwil tej myśli. Ale to była ta dziwna
pewność, ten dziwny spokój, który spłynął do serca ciepłym
strumieniem. Nie szło go zatamować. I gdy się zorientowałam, było
już za późno. Nie zdążyłam krzyknąć że nie chcę, że nie
wierzę, że to będzie tylko łóżko, tak jak sobie jakoś to
zaplanowałam, wyobrażałam.
Było za późno, żeby powiedzieć
nie. Żeby się przestraszyć. Zresztą, przy tobie jeszcze nigdy się
tak naprawdę nie bałam.
I to był moment, zdałam sobie
sprawę.
Już wiedziałam, że cię kocham.
Już poznałam smak domu.
Z nikim nie było mi lepiej, z nikim
nigdy by nie mogło być.
Od początku przecież było tak,
jakbym znała cię setki lat. Jakby moje serce biło tylko dla
ciebie. Beż żadnego skrępowania, ciała czy myśli. Bo przecież,
gdy tylko cię ujrzałam, w domku na drzewie opowiedziałam ci całe
swoje życie. Nie bałam cię mówić ci o ojcu ani o swojej pierwsze
dziecinnej miłości, przez którą nie mogłeś się przestać
śmiać. Nie bałam się przytulać do ciebie nad ranem, gdy w końcu
zasnęliśmy, wtulić się całkiem w twoje ciepłe, wówczas tak
chude, kościste ciało. Nie bałam się zasnąć w twoich ramionach.
I gdy się obudziliśmy, pomimo zmęczenia, pomimo niedospania i
lekkiego kaca, pomimo skręconej kostki czułam, że nigdy nie spałam
lepiej.
Moje serce już wtedy śpiewało,
chociaż umysł jeszcze nie widział tak jasno tej myśli: tak, on
jest twoim domem. Z nim spędzisz życie.
Nie mogłam przestać o tobie
myśleć, nie mogłam przestać o tobie mówić, wszyscy śmiali się
z tego, gdy mówiłam, tak, to po prost zwykły znajomy. Wiesz że
tak było. Ty mówiłeś ponoć o mnie tak samo.
I nie bałam się, że znikniesz z
mojego życia, nie było nocy pełnej zimnej tęsknoty, wręcz
przeciwnie, te letnie noce 8 lat temu były pełne gorącego
oczekiwania, radosnego, na to, że wrócisz. A ja wrócę do domu.
Nie było żadnego dramatu, nie
płakałam przez ciebie wówczas ani razu, gdy pełna energii
upijałam się ze znajomymi i dzwoniłam do ciebie zdziwionego, ale
uradowanego, że słyszysz mój głos. Nie było gdybania. Byłeś
znajomym, za którym tęsknię, z którym wypiję jeszcze piwo, może
spędzę noc. Tak sobie mówiłam. A serce już wiedziało.
Serce zawsze wie od razu. Od kiedy
cię poznałam, wierzę w to święcie. Od razu wiesz, czy kochasz.
Spływa na ciebie ten spokój i radość. Nie ma żadnego szarpania,
żadnego może. Kochasz i to się po prostu dzieje. Czy nie mam
racji, kochany? Czy nie tak właśnie z nami było?
A potem znów przyjechałeś i znów
było tak, jakbyśmy nigdy się nie rozstawali, jakby po prostu ten
miesiąc bez siebie nie istniał. Pamiętasz, jak upijaliśmy się w
moim ulubionym barze w mojej małej miejscowości, jak paliliśmy
razem papierosy, zawsze razem, nawet na pół? Jak od razu nie
mieliśmy problemu, że jedno kupuje drugiemu piwo, bo nie było tu
żadnego podziału, żadnej wątpliwości, żadnego moje- twoje. Bo
choć nie byliśmy razem, to nasze serca już wiedziały. To już nie
byliśmy ja i ty, to już byliśmy my. Ja i ty. Nasz wspólny dom.
Nasza miłość.
Byliśmy nierozłączni tej nocy.
Szalonej nocy, kiedy zdarłam sobie skórę z całych dłoni i
twarzy, wygłupiając się po pijaku. Szalonej nocy, kiedy zlizywałeś
ze mnie moją własną krew i wcale się nie brzydziłeś, kiedy
odkażałeś mnie tanim winem, sam będąc bardziej pijanym niż ja.
Nie myślałam wcale że się wygłupiłam, śmiałam się z tego, a
ty śmiałeś się razem ze mną, lecząc moje rany. Już wtedy
troszcząc się o mnie i wiedząc, że stale będą ze mną jakieś
kłopoty.
Szalona noc, dziwne przypadki z
tamtą znajomą. Wspólne łóżko i nocne pieszczoty.
Następnego dnia wcale nie
wiedzieliśmy. Jak to się stało? Tak szybko, tak po prostu? Widzę
cię drugi raz w życiu i już? Czy tak właśnie to się dzieje?
Ja ze zdartą twarzą, ty z wielkim
kacem. Niepewni, choć nasze usta pamiętały swój smak, choć nasze
ciała pamiętały swój kształt.
Myśli dnia nie wiedziały, co
zrobić z nocą, choć serca to czuły. Choć to było oczywiste.
I nie było skrępowania, tylko miłe
oczekiwanie.
A potem poszliśmy do znajomych, na
kolejne piwa, tych, którzy śmiali się z mojej zdartej twarzy, z
twoich malinek, takich, jakie robię ci do tej pory. Śmiali się,
robiąc zakłady, co z tego wyjdzie. Bo przecież...to niemożliwe.
Ona z nikim długo nie wytrzyma. Z nią nikt długo nie wytrzyma,
jest za dzika, za namiętna, zbyt szalona...
A jednak. Wszystko stało się
jasne, kiedy po prostu po kolejnym piwie, zmęczony, powiedziałeś
idziemy do siebie.
Do siebie.
Do swojego domu. Nie mojego. Nie
twojego. Naszego.
Tak. To była już pewność. Tak
głęboko wpadłeś mi do serca. Tamtej nocy, kiedy opatrywałeś
moje rany, następnej kiedy po prostu poszliśmy do siebie i bez
niczego, zmęczeni, spaliśmy wtuleni w swoje młode ciała.
Tamtej nocy zakochałam się w tobie
na amen. Tamtej nocy, gdy byliśmy z sobą, u siebie, stałeś się
moim domem.
Niezależnie, gdzie mieszkaliśmy,
niezależnie, gdzie byliśmy. Zawsze w domu, bo zawsze z tobą.
Nierozłączni, mimo że nieraz rozdzieleni fizycznie.
Kocham cię. Od tamtej nocy już na
zawsze, kocham cię.
Jesteś mój, a ja jestem twoja. Tak
po prostu. Jesteś moim najlepszym przyjacielem, idealnym kochankiem.
Najlepszym kumplem z którym wypiłam już całe morze alkoholu.
Jesteś moją bezpieczną przystanią, moim szydercą, tym, przez
którego płaczę.
Bo nieraz przez ciebie płaczę. Ale
wiesz co? Na palcach jednej ręki policzę, ile razy płakałam przez
ciebie ze smutku. Ale nie jestem w stanie powiedzieć, ile razy
płakałam przez ciebie z miłości. Ze szczęścia. Dlatego, że
czułość, która ma twoje imię, tak przepełniała moje serce, że
nie mogłam robić inaczej, jak płakać. Zmienić się w strumień,
gdy ten lód, który nieraz mam pod sercem się topi.
Bo ta miłość ma w sobie
namiętność, gorące, rozpalające nocami i dnami. Ale przede
wszystkim ma ciepło dobrze wygrzanego pokoju. Ta miłość, mój
najdroższy, to ciepła kula, lampa która świeci w moim sercu i
ogrzewa a najgorsze dni.
Mieliśmy niejeden kryzys, choć
nigdy nie toczyliśmy naprawdę wojny. Nie jesteśmy idealni. Ale
zawsze, zawsze, to jesteśmy MY. Od tamtej nocy, kiedy krwawiłam po
upadku, kiedy odpalałeś mi papierosy i przerażony przez chwilę
odkażałeś moje rany, a ja zaczynałam się śmiać.
Zawsze to my. W swojej miłości.
I wiesz, nieważne, gdzie to nas
jeszcze zaprowadzi.
Ale kocham cię. I chcę przeżywać
z tobą jeszcze niejeden taki dzień, taki jak wczoraj. Taki...po
prostu. Idealny w swojej prostocie. Takie dni, kiedy rozśmieszasz
mnie do łez, takie dni, kiedy tańczysz ze mną na środku kuchni
chociaż każdemu mówisz, że ty nie tańczysz, nie lubisz, nie
umiesz. Wiesz, że ja to kocham i to miłość do mnie sprawia, że
to robisz, gdy nikt nie widzi.
Chcę przeżywać z tobą takie dni,
wtulać się w twoje ramiona, patrzeć jak się starzejesz, zauważać
kolejne zmarszczki na twoim czole. Chcę kochać się z tobą
namiętnie, nieraz szybko i żarłocznie, nieraz powoli i delikatnie
w świetle świeci i płakać potem ze wzruszenia. Chcę czuć twój
nos wciśnięty zawsze w zagłębienie mojego karku, wdychający mój
zapach, ten, bez którego nie umiesz zasnąć. Chcę słyszeć zawsze
twój bezpieczny oddech.
Chcę cię nadal kochać.
Tak jak kocham cię od tamtej nocy,
szalonej nocy pełnej taniego wina i moich upadków.
Chcę cię kochać i już zawsze
czuć ten dziwny spokój, o który, jak się dowiedziałam, chodzi w
życiu, chodzi w miłości. Kto go nie zaznał...jest nieszczęśliwym
człowiekiem. Ja, przy tobie, jestem jednym ze szczęśliwców.
Jednym z tych, którzy wygrali swój los na loterii. I nie boję się
mówić o tym głośno.
Czasem mam wrażenie, że to mi się śni. Kiedy indziej mam wrażenie, że to tak oczywiste. Kochać, tak bardzo, mieć taką pewność. Bawić się w życiu z najlepszym przyjacielem i kochać go zarazem jak można tylko kochać mężczyznę. Czasem mam wrażenie że to aż oczywiste, że to tobie muszę powiedzieć o każdym smaku, filmie, przeczytanej książce, że to z tobą wyprawiam się w twoje ukochane góry, a ty płaczesz ze mną na filmach.
Czasem to takie oczywiste, że zapominam, jakie to pięknie. Kiedy indziej nie mogę w to aż uwierzyć. I płaczę ze wzruszenia, jak wczoraj.
Gdyby nie ty, pewnie nigdy nie płakałabym ze szczęścia, wiesz?
Dziękuję ci za to.
Dziękuję za to, że przy tobie nigdy nie będę bezdomna. Mam wrażenie, że przy tobie nigdy nie będę nieszczęśliwa, złamana, martwa.
Chcę się kochać, chcę w tobie
mieszkać.
Jesteś moim domem, a ja twoim. Wiem
to. Bo od tamtej nocy mam wrażenie, że wróciłam do domu po
bardzo, bardzo długiej podróży, mimo że byłam tak młoda. Od
tamtej nocy wiem to, jestem w domu. Jestem bezpieczna. Moje serce
śpiewa.
Już na zawsze.
Kocham cię.
Jesteś moim najlepszym przyjacielem
Krzyczę w nicość
Niczego nie potrzebuję
Cóż, gorąca i ciężka tarta
dyniowa
Czekolada, cukierek, Jezus Chrystus
Nic nie zadowala jak ty.
Dom, pozwól mi wrócić do domu.
Dom jest wtedy, gdy jestem z tobą.
Dom, pozwól mi wrócić do domu.
Dom jest wtedy, gdy jestem z tobą
sama.
Bo dom to tylko mury, rzeczy to rzeczy,czasem piękne, ale rzeczy. Dom to ludzie, miłość między nimi, szczere relacje. Gdzie są te rzeczy tam jest dom. Najpiękniejszy dom bez kochanych osób i bez miłości jest niczym więcej niż zbitką cegieł...
OdpowiedzUsuńhttps://sweetcruel.wordpress.com/
Dla mnie właśnie aż skrajnie, to w ogóle nie są mury. Jeszcze czasem myślę tak o domu rodzinnym, w mojej małej miejscowości ale...coraz rzadziej. Dla mnie dom to właśnie ten, którego kocham.
UsuńTo nie miejsce, lecz stan, jak śpiewa Nosowska, co nie?:) Dla mnie to stan zakochania:)
O rany...Jak Ty pięknie opowiadasz o swojej miłości...Aż Ci zazdroszczę, ale z drugiej strony gratuluję, że po tym co widziałaś, co przeżyłaś, potrafiłaś otworzyć serce dla kogoś. I to jest piękne. Cóż. Życzę Wam, żebyście byli ze sobą jak najdłużej i abyście cieszyli się sobą.
OdpowiedzUsuńDużo miłości!
Dziękujemy:) Tej nam raczej nie zabraknie, mam jakieś dziwne przekonanie nawet po tylu latach, ale zawsze afirmacja się przyda:)
UsuńNiesamowicie opowiadasz o swojej, a raczej waszej miłości. Spotkać osobę przed która możesz się otworzyć, być z nią na dobre i na złe, to jest coś pięknego.
OdpowiedzUsuńŻyczę Wam wspaniałych chwil razem i niech Wasza miłość rozkwita każdego dnia.
To prawda, nie wiem nawet, czy to właśnie w jakiś sposób nie jest najpiękniejszą rzeczą w życiu.
UsuńDziękujemy:)
Rzeczy materialne bez względu na to ile ich posiadamy nigdy nie zastąpią bliskości drugiego człowieka szczególnie jeśli darzy się go uczuciem jakim jest miłość.
OdpowiedzUsuńOtóż to. Jeśli w ogóle podążymy za myślą, że wszystko jest iluzją, to o dziwo też...rzeczy materialne są nią o wiele bardziej, niż nienamacalne uczucia. Dlatego...chyba jasne staje się, co jest ważniejsze.
UsuńJa bym tak nie umiala. Mam czasem problem z wyrzuceniem nawet nie potrzebnych rzeczy np. Miskow które leza i sie kurza. Szybko sie przyzwyczajam do miejsc i rzeczy :)
OdpowiedzUsuńA ja nauczyłam się żegnać z ludzmi...to tym bardziej nauczyłam się żegnać z rzeczami:)
UsuńPowiem Ci, że z ludźmi teraz nie trzeba się żegnać aż tak długo. Jest tyle form komunikacji na odległość, że nie trzeba mówić "żegnaj".
UsuńPiękna ta miłość. :)
OdpowiedzUsuńTeż mam takie coś, że nie ważne gdzie, ważne, że z nim. <3 Zawsze powtarzam, że damy sobie radę, bo przecież będziemy razem, a to najważniejsze.
Więc i ty doskonale mnie rozumiesz:)
UsuńZazdroszcze... wiem, ze to brzydko ale zawsze zazdrosciłam. Kiedy czytałam o mężu Twoim i o jego wsparciu i myślałam "Ta Frida to ma zajebiście, szkoda, że ja nie spotkalam kogoś takiego..." Marzy mi sie ktoś kto bylby domem.. ciekawe czy kiedys uda mi sie doświaczyć takigo uczucia. Usciskuje! :)
OdpowiedzUsuńHm...wiesz, jeśli to nie jest toksyczna zazdrość, a może jakoś mobilizująca albo dająca jakąś nadzieję to....jest w porządku:) I w końcu nadzieje, marzenia się spełniają, tylko najczęściej wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewamy:)
UsuńA przecież miałam do Ciebie wpaść przy okazji przyszłorocznego Pyrkonu, a Ty się chcesz przeprowadzić. :P
OdpowiedzUsuńLubię czytać Twoje historie. Przywracają wiarę, że miłość jednak istnieje. ;)
Ale do Pyrkonu zostanę, spokojna głowa, możemy iść na piwo XD
UsuńTo...cieszę się, że to tak działa:)
To rozumiem. ^^
UsuńAno tak działa. W przeciwieństwie do tych wszystkich przesłodzonych romantycznych komedii.
Jakie to piękne *.* Gdyby więcej ludzi pisało i co ważniejsze czuło w ten sposób, może życie i bycie z drugim człowiekiem nie byłoby takie skomplikowane.
OdpowiedzUsuńMoże i tak:) Bo jednak właśnie to ludzie sobie najczęściej wszystko komplikują.
UsuńPięknie napisałaś o swojej miłości.
OdpowiedzUsuńPrzeprowadzasz się? A dokąd?
Myślimy nad Przemyślem:)
UsuńCzęsto mówię moim znajomym, że mój dom jest tam, gdzie mój Luby. Nie ważne, gdzie mieszkamy, ważne, że razem :)
OdpowiedzUsuńOtóż to, bo tak to działa tak naprawdę:) tam dom gdzie twoje serce, a po prostu...komuś się je oddało:)
UsuńOjej ja bym potrzebowała z 3 cieżarówki aby zabrać wszystkie moje rzeczy :D ale ja typ zbieracza jestem i takiego chomika ;)
OdpowiedzUsuńIle jesteście już razem? :)
To ja to zwalczyłam już dawno XD w sierpniu minęło 8 lat, w tym 2 po tym oficjalnym ślubie, 4 po takim naszym, nieoficjalnym:)
UsuńMasz podobnie jak ja. Rzeczy nie potrafią mi dać tego co doznania. Potrzebuję stymulacji, silnych bodźców. Tak naprawdę szybko się dostosuję i dom jest tam gdzie najbliżsi nam ludzie.
OdpowiedzUsuńCzyli w pełni mnie rozumiesz:)
Usuń