środa, 5 października 2016

O cudownym miejscu, w którym spędziłam już rok i o jednoczesnym poczuciu, że są jeszcze inne miejsca do odkrycia

5 października. Dzisiaj, mija dokładnie rok, od kiedy zaczęłam swoją pracę w Domu dla tych, których tak naprawdę nikt nie chce. W Domu dla niepotrzebnych, chorych, niedołężnych w dosłowny albo społeczny sposób.
To już rok, dokładnie rok minie, od kiedy zaczęłam pierwszy dyżur i sama nie wiedziałam, w co ręce włożyć. Trochę przestraszona, zdenerwowana, ale i pełna podniecenia i nadziei, że to właśnie to, co chwilowo chcę robić.
I nie pomyliłam się. Bo z czasem, Dom dla niechcianych...stał się dla mnie nie tylko zwykła pracą. Stał się dla mnie też, pewnego rodzaju domem. Domem, w którym znalazłam paradoksalnie miłość, radość i jedyną w swoim rodzaju nadzieję.

Nadal, po roku, mogę powiedzieć, że to to, co w tym momencie życia chcę robić, przynajmniej, dopóki pewne rzeczy się nie zmienią. Dopóki nie będę dążyć do innego celu- a do tego muszę się wyprowadzić. Co, jak się okazuje, może nastąpić szybciej, niż pierwotnie zakładałam. Bo być może, wyprowadzka czeka mnie już w przyszłym roku. Może na wiosnę, może latem.
Pożyjemy, zobaczymy.
Ale póki co, dziś mija rok, od kiedy jako opiekunka pracuję w Domu. I nadal czuję, że tu i teraz to moje miejsce. I gdy dzisiaj będę szła na swój nocny dyżur, znowu zrobię to z uśmiechem.

Wielu, nawet ci, z którymi pracuję, mówi mi, że się marnuję, tu i teraz, robiąc co robiąc i nawet czerpiąc z tego radość. Ja, młoda, wykształcona i ponoć cholernie inteligentna dziewczyna...no co ja właściwie tam robię? Pracuję przy dupach staruchów jak powiedziała jedna z moim pracowniczych mam- bo mam w pracy mam dużo, ale o tym zaraz.
Przewijam, karmię, zajmuję się tymi, którymi nikt zająć się nie chcę. Nie potrzeba do tego mojego magistra, który gdzieś tam leży na półce zakurzony, jakby niepotrzebny po 5 latach studiów ( dla niewtajemniczonych- jestem magistrem elektroradiologii). Nie potrzeba tam moje specjalistycznej wiedzy na temat promieniowania i onkologii ( chociaż ok, to nieraz się przydaje) mimo że z trudem 5 lat ją zdobywałam. Więc co ja tam robię? Wielu pyta właśnie nadal, po roku, w ten sposób.

Ja? Myję, przewijam, karmię, nieraz się kłócę, dużo się śmieję. Robię swoją „śmierdzącą robotę”, dosłownie śmierdzącą, bo jak kupa dorosłego człowieka z pieluchy ma nie śmierdzieć? Wdeptuję nieraz w kałuże moczu, miałam obrzygane stopy i spodnie, okrwawione krwią...z różnych miejsc. Dowiedziałam się jak śmierdzi ropa z odleżyn. Spotykam się z najdosłowniejszą fizjologią i nią się zajmuję, choć...nie tylko nią.

Już rok taplania w gównie, jakby powiedziały dosłownie dziewczyny, z którymi pracuję.
Jeśli mamy bawić się w dosłowności...cóż. Tak to właśnie wygląda.
A ja nadal nie chcę zmieniać pracy, mimo że miałam już kryzys w tym względzie przez brak personelu, gdyż dziewczyny poodchodziły, bo jest za ciężko.

Bo sama przyznaję, obecnie jest za ciężko, bo jest nas za mało, a uwierzcie, kokosów na tym nie zarabiam.
Jest nas za mało po tym, gdy odeszły trzy dziewczyny, które robiły to co ja. L4 każdej kolejnej po kolei trochę przeraża- bo wiemy skąd one są. Przeciążone ręce i kręgosłupy od dźwigania. Remont, który ciągnie się od czerwca również daje się nam we znaki. Miał się skończyć w październiku...obecnie powoli kończą 1/3, pierwszy odcinek oddziału, za który się zabrali. Typowo polska fuszerka przez którą nasze staruszki poupychane są w pokojach jak w jakimś Gułagu. A my nie mamy za bardzo jak pracować, bo jak się obrócić nawet z brudnym prześcieradłem, jak wykonać jakiś manewr?
Ano jak zawsze. Jak trzeba to trzeba. Jak trzeba to się zrobi. I tak nawet oddział, ponad 30 osób całkiem leżących przewijamy nieraz nie w 4 osoby, na dwie pary...a w jedną parę. I dajemy radę? Dajemy. Musimy. Bo swoje zawsze trzeba zrobić. To nie jest praca, którą można odłożyć na półkę i poczekać do jutra, aż będzie nas więcej, aż poczujemy się lepiej. Tu nie gonią nas dosłownie narzucane terminy projektów- tu goni nas odpowiedzialność za cudze życie i zdrowie, za pewien komfort.

A ja w tym wszystkim, pomimo chwilowego kryzysu...nadal dobrze się bawię. Nadal, choć z wizją tego, że być może, wkrótce, przez nasze inne plany, będę musiała się pożegnać. Ale w Domu siedzę już rok właśnie i aż nie mogę uwierzyć, jak szybko mi to zleciał.

Bawię się tak dobrze, że mówią na mnie w pracy „Śmieszka”, przez to, że gdy jestem na oddziale stale słychać mój gromki śmiech, aż pani dyrektor zwraca nam nieraz uwagę, że nie wypada.
Bawię się tak dobrze, że w pewien sposób nieraz w pracy odpoczywam psychicznie, choć fizycznie jestem umordowana. Odpoczywam psychicznie mimo chorób, smrodu i wszechobecnej śmierci.

Bo przecież od kiedy pracuję, zmarło w Domu 17 osób, jedna nawet wczoraj- w tym kilka bezpośrednio przy mnie, kilka wręcz na moich rękach.

I może, tak jak pisałam kiedyś, może to pozwala nieraz docenić życie. I tam, gdzie jest śmierć, chce się, żeby życie promieniało jeszcze jaśniej, jak żarówka. Samemu chce się być taką żarówką, na przekór temu, co obok. I może dlatego, ja, która stale spotykała śmierć w życiu, pochowała najlepszych przyjaciół czuję się tam tak dobrze.
A może po prostu naprawdę mam tak pozytywną naturę, że nic, tylko się śmiać.

Zaczęłam pracę rok temu i to był jeden z najtrudniejszych momentów mojego życia. Cholernie świeże rany zadane na końcu września przez najbliższe osoby, o których, jak sądziłam, nigdy się już nie pozbieram- bardziej niż po innych. Echo śmierci sprzed lat, echo śmierci sprzed roku, przez którą płakałam pewnemu panu w brudnym składziku, tam, gdzie śmierdziało pieluchami i nieświeżą, obsraną pościelą, a my paliliśmy po cichu papierosa. Zaczęłam pracę w momencie, w którym strasznie się zgubiłam. Ale właśnie, mam wrażenie, że tej właśnie pracy potrzebowałam. Że właśnie w niej odnalazłam pewne rzeczy, jej dosadność, fizyczny trud były dla mnie jak kotwica, która trzymała mnie nieraz przy życiu.

Mam wrażenie, że ta praca, w której podobno się marnuję, jakoś mnie uratowała. Ona i jak się okazuje...ludzie, dla których też tam przychodzę. Nie tylko staruszki, którymi się opiekuję ale ludzie, wraz z którymi to robię.
Bo pokochałam też niesamowicie ludzi, z którymi ramię w ramię przewijam i z którymi w przerwach piję kolejne herbaty i kawy. Bo jak mogłabym ich nie kochać?

Owszem, są osoby, z którymi w ogóle się nie dogaduję i którym mam ochotę przyłożyć w szczękę swoim mocnym lewym sierpowym. Dobra, jest jedna taka osoba, dziewczyna, która przyszła do pracy po mnie i której WSZYSCY mamy dość. Prawdopodobnie jest chora psychicznie ale...o niej już kiedyś pisałam i nie na niej chciałam się skupić.

Są tam jednak osoby, z którymi po prostu rozmawiam, piję kawę, wygłupiam się i jakoś dobrze mi się żyje.
Ale są i osoby, bez których chwilowo nawet...trudno jakoś wyobrazić sobie tą codzienność. Te, przez które idąc do pracy mam jeszcze większy uśmiech na twarzy i te, przez które nieraz aż smutno kończy dyżur- smutno, choć w łzach....z powodu wariackiego śmiechu. Są te, z którymi mogę poważnie porozmawiać, które troszczą się o mnie. I te, za którymi tęskni się, gdy mają za długie urlopy- jedną z takich tęsknot przeżywam właśnie teraz i aż mi dziwnie, że poza pracą o takiej tęsknocie myślę.

W pewien sposób ludzie, z którymi pracuję, to taka druga rodzina. Cudownie opiekuńcze kobiety, które są niewiele młodsze od mojej mamy- no ale, moja mama rodziła mnie w wieku 45 lat. Tak, wiele tych kobiet, trochę wariackich, żartobliwych, ale i cholernie czułych i opiekuńczych mogłoby być moimi matkami. O pewnej wspólnocie kobiet pewnie jeszcze napiszę ale...właśnie. Nieraz czuję się jak ich rozbrykana, trochę niepoważna córka, jak wielki dzieciak. Zresztą, nieraz mojej Ulubionej Pielęgniarce wymknęło się do mnie na nocce „córuś”, może dlatego, że ma syna, a córkę może i chciała mieć.
Mam tam też rodzeństwo, swoją siostrę- imienniczkę, która jest równie rozbrykana i walnięta jak ja. W pewien sposób kumpla, który mógłby być trochę jak brat, starszy, wredny brat, który stale ciśnie swojej młodszej siostrze.
Są tam też rzecz jasna babcie i dziadkowie- ale o tym chyba nie muszę pisać, prawda?

W mojej pracy w pewien sposób mam rodzinę, z którą może i nieraz wychodzi się najlepiej na zdjęciu- ale i taką, wśród której znajdę osoby, na których naprawdę mi zależy i na których naprawdę mogę polegać.

Rok, kiedy z nimi jestem, upłynął nadzwyczaj szybko.
Parę dni temu właśnie, gdy rozmawiałam z Mężem, okazało się, że być może, z moją rodziną będę musiała pożegnać się szybciej, niż sądzę, przez pewne sprawy. Jeszcze rok, dwa lata, sądziłam. Od czerwca mamy bowiem pewne plany, które, być może, ziszczą się szybciej, niż sądzimy. Wyprowadzka do innego miasta w innym kącie Polski może być szybsza, niż zakładaliśmy początkowo. Nie będę tutaj pisać szczegółowo, o co chodzi...rzeknijmy, że mamy z Mężem po prostu swój plan.
Gdy okazało się, że zaczniemy go realizować może szybciej, może już za pół roku ( choć nadal wariant 2-3 lat jest możliwy, nie mówię nie) pierwsze co pomyślałam...
Nie, nie była to myśl o porzuceniu pewnych ludzi, których znam od lat. Bo może do tej myśli jakoś przywykłam. Nie była to myśl o tym, że wyjadę daleko od matki i to z tym trzeba będzie wiele kombinować.
Pomyślałam ( może dlatego, że byłam w pracy, gdy rozmawiałam z Mężem?) o paru osobach z mojej pracy. O moim drugim domu. A może raczej, trzecim, bo przecież pierwszy był ten rodzinny, ten drugi to mój Mąż i każde miejsce, w którym z nim jestem ( a ten zachowam, prawda?) a trzeci...trzeci znalazłam, paradoksalnie, w pracy. I za tym będę ogromnie tęsknić.
Za książkami czytanymi na nockach, wspólnym gotowaniu, żartowaniu. Za rozmowami beż jakiejkolwiek cenzury, bo przecież, kto jak kto, ale ludzie, którzy pracują w takim miejscu w żadną cenzurę i tabu między sobą nie muszą się bawić. Nic co ludzkie nie jest im obce- tak samo, jak nie było nigdy mi.

Może to śmieszne, ale boję się jakoś, że już nigdzie nie znajdę tak cudownej ekipy, jaką poznałam w Domu. Tak frywolnej, a zarazem opiekuńczej i czułej. Ekipy w pracy, która staje się drugą rodziną.
Może to dziwne, może to śmieszne, ale będę za nimi tęsknić. I mam wrażenie, coś cicho z tyłu głowy szepcze mi, że tą pracę będę wspominać do końca życia jako jedną z najlepszych. Tych ludzi, będę zawsze pamiętać jako wspaniałych. Tych, którzy mnie rozbawiali i którzy się o mnie troszczyli. Tych, którzy mnie trochę wychowali i pozwolili mi dzielić ze sobą złe i dobre chwile.

Będę tak wspominać tą pracę- jednak wiem, w głębi serca, że to nie jest moje miejsce na całe życie. To czeka na mnie gdzie indziej. To nawołuje mnie, pokazuje w snach niejasne, ale znaczące obrazy.

Bo człowiek w życiu musi słuchać swojego serca. I nawet, jeśli mu dobrze, a serce czuje, że to jednak jest tylko na ten moment...to musi odważyć się podążyć dalej.

Znalazłam już w życiu jedną taką pewność- znalazłam kogoś z kim chcę dzielić swoje życie, już zawsze, do końca. Znam więc to uczucie pewności, znam to wspaniałe uczucie spokoju i pewności- znalazłam to, czego szukałam.
I być może, już przez to jestem cholernie szczęśliwym człowiekiem, bo przecież, niewielu ludzi znajduje w życiu choć jedną rzecz, której szukali. Ba, nawet nie wielu wie, czego szuka, nie umiejąc słuchać swojego serca i zadowala się namiastkami.
Ale to nie ja.

Znalazłam już jedną pewność w swoim życiu, swoją miłość.
Teraz czas na kolejne.
Teraz, być może, czas na rozpoczęcie podroży, która zaprowadzi i mnie i jego do miejsc których szukaliśmy już razem. Czy mam pewność że tak będzie, że się uda, póki tam nie stanę, nie poczuję tego spokoju, tak jak kiedyś pewności, że mój Mąż jest mężczyzną, którego szukałam?
Nikt nigdy nie mógłby jej mieć, póki właśnie nie spłynie na niego to światło. Ale zawsze warto spróbować.
I ja będę próbować. Bo nie jestem, mimo swoich lęków i słabości, pierwszym lepszym życiowym tchórzem, godzącym się na bylejakość.

Tak, jestem szczęśliwa tu i teraz. Żyjąc z tym mężczyzną, mając tu swoich przyjaciół i mając cudowną pracę, w której być może mogłabym spędzić i resztę życia...gdyby nie ten cichy głos, że nadal to nie to, mimo że to kocham.

Bo są różne miłości- i niektóre stają się po prostu wspaniałymi przygodami, które wspomina się na starość. Z niektórych trzeba rezygnować, żeby zrobić miejsce dla innych.
I przede wszystkim trzeba w sercu znaleźć ten głos, który powie ci- tak, to ten, z którym chcesz dzielić życie, tak, to to miejsce, w którym masz być. Twoje miejsce pod słońcem.
Póki nie przemówi, z całą pewnością, zalewając nas spokojem...warto szukać.

Usłyszałam ten głos już raz- a teraz zapewne, nie poprzestaniemy, póki nie usłyszymy go razem.
Myślę, że to będzie kolejna wspaniała życiowa przygoda, wspaniałe wyzwanie, któremu podołamy razem.
Myślę, że ta jesień i zima będą dobrym momentem, żeby na te wyzwania się przygotować.

A tymczasem, dzisiaj na nocnym dyżurze w pracy, z moją Ulubioną Pielęgniarką i jeszcze jedną osobą będę świętować rok w pracy, którą kocham tu i teraz, mimo że nie jest tym, czego szukam w dalszej części życia. I będę się dużo śmiać, trochę się namęczę przy przewijaniu całego oddziału i będę w duchu cicho dziękować za tą wspaniałą przygodę, jaka mi się przytrafiła w Domu, za tych cudownych ludzi, których tu spotkałam. Będę dziękować, że w znalazłam swoje miejsce na dany etap życia, mimo że to nie jest to, czego szukam, czego potrzebuję dalej.
Będę się cieszyć, że jeszcze jakiś czas tu zostanę.
Może kolejny rok, może trochę dłużej, może trochę krócej. Rok, pół czy dwa- nie ma aż takiego znaczenia. Czas jest względny.

Bo to miejsce, w którym pracuję już rok nie jest tym, czego będę szukać, ale jest tym, czego szukałam, kiedy byłam złamana i zraniona- i przyniosło mi ulgę, dało radość, nadzieję i podniosło z kolan. Choć, to ja sama siebie podniosłam, będąc w tym miejscu.
I mam tą dziwną pewność, że, jakikolwiek scenariusz nie jest dla nas przygotowany, tak czy siak, poradzę sobie i będę szczęśliwa. Nawet w całkiem innym mieście. Nawet, jeśli życie zweryfikuje to wszystko dziwnie tak, że zostanę w tym mieście.

Mam to, czego szukałam. Jeszcze nie mam tego, czego szukam.
I tak, znowu to powiem- jestem szczęśliwa.



Biegłem, czołgałem się
Wdrapałem się na ściany tego miasta, na ściany tego miasta
Tylko po to, by być z tobą

Ale wciąż nie odnalazłem tego, czego szukam. 

27 komentarzy:

  1. W ogóle ostatnio czas pędzi za szybko...Niestety za późno się tego dowiaduję...
    Ja myślę,że Ty wiele tym ludziom dajesz. Jakbym była Twoim podopiecznym byłabym najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Mało jest takich osób jak Ty,dających całe serce innym.
    Jeżeli te zmiany są przez Ciebie bardzo oczekiwane i niosą zmiany na lepsze,to będę mocno trzymać kciuki:)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za późno w jakim sensie?
      Wiesz, myślę, że zdania są podzielone, nie dla każdego swojego podopiecznego wydaję się być fajnym człowiekiem, też nieraz tracę cierpliwość, czasem po prostu coś zgrzyta, jak to między ludźmi no ale...sądzę też, że taka najgorsza nie jestem:)
      I dziękuję:)

      Usuń
  2. Miło czytać, że czujesz się dobrze w swej pracy. Wielu ludzi pracuje dla pieniędzy, a pracy nienawidzą. Ja też swoją lubię.
    Piszesz, że praca pomogła Ci stanąć do pionu. Mnie pomógł pies. Był zagubiony, zastraszony i potrzebował bratniej duszy. Coś za coś - jedna miłość się skończyła, druga zaczęła.
    Dziś też mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa :)
    Powodzenia Frido :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja właśnie nie wyobrażam sobie takiego życia. W sensie...rozumiem jakiś czas robić czegoś, co się nie lubi, dla przetrwania, ale na dłuższą metę- to jest dla mnie nie do pojęcia.
      I po prostu, jak zawsze pomogła miłość:) Lekarstwo na wszystko:)

      Usuń
  3. Cóż, zakład pracy Twoim drugim domem. ;) Dużo zależy od współpracowników, jeśli atmosfera jest w porządku, to naprawdę wiele da się znieść. :)

    Fajnie, że jesteś. Oczywiście jak zajrzałam na bloga i zobaczyłam komentarz od Ciebie, przypomniało mi się, że nie odpisałam na maila. Jak zwykle zostawiłam to sobie na później i wyleciało mi z głowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to, a u mnie to brzmi aż wybitnie dosłownie:) I masz rację, właśnie jak jest wesoło, można na ludziach polegać, to nawet jeśli po pracy jesteś za przeproszeniem wyjebana jak koń po westernie to nie jest ci to straszne:)
      I miło mi to słyszeć:) Hah, ze spokojem z mailem xD

      Usuń
  4. Pięknie to wszystko opisałaś, bije od Ciebie faktycznie takie... spełnienie? No, szczęście. Spełnienie może i chwilowe, może na krótką chwilę i tylko na ten moment, ale to chyba nieważne, skoro właśnie teraz jesteś z tym szczęśliwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo jestem szczęśliwa i może faktycznie, jak człowiek szczęśliwy, to widać to nawet prawdziwie i po słowach?:) W końcu wszystko ma swoją aurę:) I jasne, nie wierzę w żadną trwałość, nie oczekuję jej i...nie ma co się skupiać na ew. utracę:) To by pewnie zabroniło być szczęśliwym, prawda?

      Usuń
    2. Hm, biorąc pod uwagę, że generalnie lubimy dzielić się z innymi swoimi dobrymi stronami (przynajmniej ja tak mam), to tak, pewnie masz rację. Jak ktoś jest szczęśliwy to aż z niego to wypływa i po słowach pisanych też to widać. Zresztą... to się tyczy raczej każdej emocji - i tych negatywnych, i pozytywnych.

      Usuń
    3. Wolimy dobrymi, ale i złymi dzielimy się nieraz mimowolnie:) Ale właśnie zawsze mam wrażenie, że pewne smutki łatwiej ukrywamy, tak nawet...z przyzwyczajenia. Przynajmniej ja tak mam.

      Usuń
  5. Tacy ludzie jak ty po prostu inspirują. Do podejmowania działań, które dla otoczenia wydają się być niewłaściwe, a dla nas samych też nie do końca pewne.
    Pomaganie ludziom to piękna, choć niewątpliwie trudna rzecz. Wymaga od nas samych poświęcenia, ale kształtuje, a czasem przez oderwanie od problemów pomaga w oswajaniu się z nimi. Dobrze jest szukać swojego miejsca na ziemi, pracy, w której można się spełniać i ludzi, z którymi po prostu dobrze się żyje. Myślę, prawdziwe szczęście jest właśnie wtedy, kiedy czujesz, że jesteś potrzebna, kochana, a nie wtedy, kiedy twoje życie jest beztroskie. Rób dalej to co robisz, jeśli wiesz, że dzięki temu ktoś jest szczęśliwy i sprawia, że czujesz się spełniona. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Um, miło mi to czytać:)
      To prawda. Chociaż wiesz, ja właśnie nie wierzę w piękny, podniosły, czysty altruizm, tylko właśnie w swojego rodzaju egoizm, w to, że tak naprawdę pomaganie jest też pewnego rodzaju transakcją mentalną ale..skoro nikt na tym nie cierpi, to chyba jedna z najbardziej udanych transakcji życia:)
      I...póki co robię, co dalej...zobaczymy:)

      Usuń
  6. To co napisałaś, dało mi do myślenia. Czy ja jestem w tym miejscu, w którym chciałabym być, z tymi ludźmi?
    Wnioski są... mało budujące. Miasto tak, tutaj jest moje miejsce. Ludzie też, nie wyobrażam sobie bez nich życia. Ale pracować chciałabym inaczej, na mężczyznę ciągle czekam... Pora się wziąć za siebie, żeby więcej było we mnie tego spokoju.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale skoro czujesz że i miasto jest twoim, też ludzie obok mimo braku tej jednej, jedynej osoby...to i tak sporo:)pewne rzeczy też po prostu przychodzą z czasem, w momencie, kiedy najmniej się tego spodziewamy:)

      Usuń
  7. Wiesz czego bym się bala na Twoim miejscu? Własnie tego, że ktoś umrze na moich rekach. I między innymi dlatego uważam, że cięzka jest praca opiekunek. Których naprawdę dużo znam i podziwiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja jak wiesz, ze śmiercią dogaduję się dobrze, jakkolwiek dziwnie to nie brzmi:)

      Usuń
  8. Mam wrażenie, że każda praca daje nam dużo od siebie. Mnie zwykła praca w sklepach ogarnęła z moich społecznych fobii - mam o wiele mniejszy problem, by do kogoś zagadać i nie boję się chodzić sama po sklepach, co kiedyś stanowiło problem.
    Miło jest też robić to, co się kocha, bo ta miłość ciągle będzie mimo wszelkich trudności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A pewnie, że każda praca nas czegoś uczy, ale tyko wtedy, kiedy sami chcemy się nauczyć:) I otóż to, po prostu wtedy czujemy z tego też radość:)

      Usuń
  9. Podziwiam takich ludzi jak Ty, dajecie wiele pomocy, radości i opieki osobą które tego potrzebują. Bez was niewiadomo co by było, naprawdę.
    Pomimo, że w takich miejscach nie zawsze jest dobrze to ważne ze jest taka osoba jak ty, która nadal potrafi się uśmiechać :)
    Trzymam kciuki i życzę dużo zdrowia bo w takiej pracy jest to najważniejsze, jak oczywiście wszędzie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma co podziwiać, po prostu...dla każdego inne miejsce:) I cóż, taką mam też już naturę. Ale gdyby nie było ponuraków...to uśmiech by też nie cieszył, prawda?:D
      I dziękuję:)

      Usuń
  10. Ja uważam, że skoro jesteś w swojej pracy szczęśliwa to z pewnością się nie marnujesz. Bo przecież o to chodzi w życiu - nie o to żeby zbijać kokosy kosztem swojego szczęścia, a właśnie żeby robić to, co nasz uszczęśliwia i sprawia, że CHCEMY to robić każdego dnia.
    Ja też wierzę, że wszędzie sobie poradzisz, bo jak nie Ty, to kto? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też właśnie tak na to patrzę, ale w naszym świecie jest parcie na hm, karierę jakąś i pewien prestiż, takie mam wrażenie. I jeśli na to nie patrzysz...to jesteś hm...dziwna?
      I dzięki:)

      Usuń
  11. Przerabiałam coś takiego w ubiegłym roku. Właściwie był to staż. Nigdy więcej. Podziwiam, że masz powołanie do tej pracy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, pamiętam co pisałaś o tym stażu. I to tylko potwierdza teorię, że po prostu...są różni ludzie, potrzebni w różnych miejscach :)

      Usuń
  12. Tez obchodze rocznice podjecia pracy :) Z ta roznica, ze nie daje mi ona tyle szczescia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc,za jakiś czas na pewno znajdziesz taką która ci daje:) Trzymam za to kciuki:)

      Usuń
  13. To bardzo ciężka praca, której nie docenia się. Przynajmniej z moich obserwacji/doświadczeń tak wynika. Jesteś dobrym człowiekiem, czytam Cię od dawna i jestem o tym przekonana. Widać, że jesteś sobą. Znalazłaś siebie i pracę, która daje Ci satysfakcję oraz patrzysz na nią innym okien niż inni. Trzymaj się!

    OdpowiedzUsuń