5 października. Dzisiaj, mija
dokładnie rok, od kiedy zaczęłam swoją pracę w Domu dla tych,
których tak naprawdę nikt nie chce. W Domu dla niepotrzebnych,
chorych, niedołężnych w dosłowny albo społeczny sposób.
To już rok, dokładnie rok minie, od
kiedy zaczęłam pierwszy dyżur i sama nie wiedziałam, w co ręce
włożyć. Trochę przestraszona, zdenerwowana, ale i pełna
podniecenia i nadziei, że to właśnie to, co chwilowo chcę robić.
I nie pomyliłam się. Bo z czasem, Dom
dla niechcianych...stał się dla mnie nie tylko zwykła pracą. Stał
się dla mnie też, pewnego rodzaju domem. Domem, w którym znalazłam
paradoksalnie miłość, radość i jedyną w swoim rodzaju nadzieję.
Nadal, po roku, mogę powiedzieć, że
to to, co w tym momencie życia chcę robić, przynajmniej, dopóki
pewne rzeczy się nie zmienią. Dopóki nie będę dążyć do innego
celu- a do tego muszę się wyprowadzić. Co, jak się okazuje, może
nastąpić szybciej, niż pierwotnie zakładałam. Bo być może,
wyprowadzka czeka mnie już w przyszłym roku. Może na wiosnę, może
latem.
Pożyjemy, zobaczymy.
Ale póki co, dziś mija rok, od kiedy
jako opiekunka pracuję w Domu. I nadal czuję, że tu i teraz to
moje miejsce. I gdy dzisiaj będę szła na swój nocny dyżur, znowu
zrobię to z uśmiechem.
Wielu, nawet ci, z którymi pracuję,
mówi mi, że się marnuję, tu i teraz, robiąc co robiąc i nawet
czerpiąc z tego radość. Ja, młoda, wykształcona i ponoć
cholernie inteligentna dziewczyna...no co ja właściwie tam robię?
Pracuję przy dupach staruchów jak powiedziała jedna z moim
pracowniczych mam- bo mam w pracy mam dużo, ale o tym zaraz.
Przewijam, karmię, zajmuję się tymi,
którymi nikt zająć się nie chcę. Nie potrzeba do tego mojego
magistra, który gdzieś tam leży na półce zakurzony, jakby
niepotrzebny po 5 latach studiów ( dla niewtajemniczonych- jestem
magistrem elektroradiologii). Nie potrzeba tam moje specjalistycznej
wiedzy na temat promieniowania i onkologii ( chociaż ok, to nieraz
się przydaje) mimo że z trudem 5 lat ją zdobywałam. Więc co ja
tam robię? Wielu pyta właśnie nadal, po roku, w ten sposób.
Ja? Myję, przewijam, karmię, nieraz
się kłócę, dużo się śmieję. Robię swoją „śmierdzącą
robotę”, dosłownie śmierdzącą, bo jak kupa dorosłego
człowieka z pieluchy ma nie śmierdzieć? Wdeptuję nieraz w kałuże
moczu, miałam obrzygane stopy i spodnie, okrwawione krwią...z
różnych miejsc. Dowiedziałam się jak śmierdzi ropa z odleżyn.
Spotykam się z najdosłowniejszą fizjologią i nią się zajmuję,
choć...nie tylko nią.
Już rok taplania w gównie, jakby
powiedziały dosłownie dziewczyny, z którymi pracuję.
Jeśli mamy bawić się w
dosłowności...cóż. Tak to właśnie wygląda.
A ja nadal nie chcę zmieniać pracy,
mimo że miałam już kryzys w tym względzie przez brak personelu,
gdyż dziewczyny poodchodziły, bo jest za ciężko.
Bo sama przyznaję, obecnie jest za
ciężko, bo jest nas za mało, a uwierzcie, kokosów na tym nie
zarabiam.
Jest nas za mało po tym, gdy odeszły
trzy dziewczyny, które robiły to co ja. L4 każdej kolejnej po
kolei trochę przeraża- bo wiemy skąd one są. Przeciążone ręce
i kręgosłupy od dźwigania. Remont, który ciągnie się od czerwca
również daje się nam we znaki. Miał się skończyć w
październiku...obecnie powoli kończą 1/3, pierwszy odcinek
oddziału, za który się zabrali. Typowo polska fuszerka przez którą
nasze staruszki poupychane są w pokojach jak w jakimś Gułagu. A my
nie mamy za bardzo jak pracować, bo jak się obrócić nawet z
brudnym prześcieradłem, jak wykonać jakiś manewr?
Ano jak zawsze. Jak trzeba to trzeba.
Jak trzeba to się zrobi. I tak nawet oddział, ponad 30 osób
całkiem leżących przewijamy nieraz nie w 4 osoby, na dwie pary...a
w jedną parę. I dajemy radę? Dajemy. Musimy. Bo swoje zawsze
trzeba zrobić. To nie jest praca, którą można odłożyć na półkę
i poczekać do jutra, aż będzie nas więcej, aż poczujemy się
lepiej. Tu nie gonią nas dosłownie narzucane terminy projektów- tu
goni nas odpowiedzialność za cudze życie i zdrowie, za pewien
komfort.
A ja w tym wszystkim, pomimo chwilowego
kryzysu...nadal dobrze się bawię. Nadal, choć z wizją tego, że
być może, wkrótce, przez nasze inne plany, będę musiała się
pożegnać. Ale w Domu siedzę już rok właśnie i aż nie mogę
uwierzyć, jak szybko mi to zleciał.
Bawię się tak dobrze, że mówią na
mnie w pracy „Śmieszka”, przez to, że gdy jestem na oddziale
stale słychać mój gromki śmiech, aż pani dyrektor zwraca nam
nieraz uwagę, że nie wypada.
Bawię się tak dobrze, że w pewien
sposób nieraz w pracy odpoczywam psychicznie, choć fizycznie jestem
umordowana. Odpoczywam psychicznie mimo chorób, smrodu i
wszechobecnej śmierci.
Bo przecież od kiedy pracuję, zmarło
w Domu 17 osób, jedna nawet wczoraj- w tym kilka bezpośrednio przy
mnie, kilka wręcz na moich rękach.
I może, tak jak pisałam kiedyś, może
to pozwala nieraz docenić życie. I tam, gdzie jest śmierć, chce
się, żeby życie promieniało jeszcze jaśniej, jak żarówka.
Samemu chce się być taką żarówką, na przekór temu, co obok. I
może dlatego, ja, która stale spotykała śmierć w życiu,
pochowała najlepszych przyjaciół czuję się tam tak dobrze.
A może po prostu naprawdę mam tak
pozytywną naturę, że nic, tylko się śmiać.
Zaczęłam pracę rok temu i to był
jeden z najtrudniejszych momentów mojego życia. Cholernie świeże
rany zadane na końcu września przez najbliższe osoby, o których,
jak sądziłam, nigdy się już nie pozbieram- bardziej niż po
innych. Echo śmierci sprzed lat, echo śmierci sprzed roku, przez
którą płakałam pewnemu panu w brudnym składziku, tam, gdzie
śmierdziało pieluchami i nieświeżą, obsraną pościelą, a my
paliliśmy po cichu papierosa. Zaczęłam pracę w momencie, w którym
strasznie się zgubiłam. Ale właśnie, mam wrażenie, że tej
właśnie pracy potrzebowałam. Że właśnie w niej odnalazłam
pewne rzeczy, jej dosadność, fizyczny trud były dla mnie jak
kotwica, która trzymała mnie nieraz przy życiu.
Mam wrażenie, że ta praca, w której
podobno się marnuję, jakoś mnie uratowała. Ona i jak się
okazuje...ludzie, dla których też tam przychodzę. Nie tylko
staruszki, którymi się opiekuję ale ludzie, wraz z którymi to
robię.
Bo pokochałam też niesamowicie ludzi,
z którymi ramię w ramię przewijam i z którymi w przerwach piję
kolejne herbaty i kawy. Bo jak mogłabym ich nie kochać?
Owszem, są osoby, z którymi w ogóle
się nie dogaduję i którym mam ochotę przyłożyć w szczękę
swoim mocnym lewym sierpowym. Dobra, jest jedna taka osoba,
dziewczyna, która przyszła do pracy po mnie i której WSZYSCY mamy
dość. Prawdopodobnie jest chora psychicznie ale...o niej już
kiedyś pisałam i nie na niej chciałam się skupić.
Są tam jednak osoby, z którymi po
prostu rozmawiam, piję kawę, wygłupiam się i jakoś dobrze mi się
żyje.
Ale są i osoby, bez których chwilowo
nawet...trudno jakoś wyobrazić sobie tą codzienność. Te, przez
które idąc do pracy mam jeszcze większy uśmiech na twarzy i te,
przez które nieraz aż smutno kończy dyżur- smutno, choć w
łzach....z powodu wariackiego śmiechu. Są te, z którymi mogę
poważnie porozmawiać, które troszczą się o mnie. I te, za
którymi tęskni się, gdy mają za długie urlopy- jedną z takich
tęsknot przeżywam właśnie teraz i aż mi dziwnie, że poza pracą
o takiej tęsknocie myślę.
W pewien sposób ludzie, z którymi
pracuję, to taka druga rodzina. Cudownie opiekuńcze kobiety, które
są niewiele młodsze od mojej mamy- no ale, moja mama rodziła mnie
w wieku 45 lat. Tak, wiele tych kobiet, trochę wariackich,
żartobliwych, ale i cholernie czułych i opiekuńczych mogłoby być
moimi matkami. O pewnej wspólnocie kobiet pewnie jeszcze napiszę
ale...właśnie. Nieraz czuję się jak ich rozbrykana, trochę
niepoważna córka, jak wielki dzieciak. Zresztą, nieraz mojej
Ulubionej Pielęgniarce wymknęło się do mnie na nocce „córuś”,
może dlatego, że ma syna, a córkę może i chciała mieć.
Mam tam też rodzeństwo, swoją
siostrę- imienniczkę, która jest równie rozbrykana i walnięta
jak ja. W pewien sposób kumpla, który mógłby być trochę jak
brat, starszy, wredny brat, który stale ciśnie swojej młodszej
siostrze.
Są tam też rzecz jasna babcie i
dziadkowie- ale o tym chyba nie muszę pisać, prawda?
W mojej pracy w pewien sposób mam
rodzinę, z którą może i nieraz wychodzi się najlepiej na
zdjęciu- ale i taką, wśród której znajdę osoby, na których
naprawdę mi zależy i na których naprawdę mogę polegać.
Rok, kiedy z nimi jestem, upłynął
nadzwyczaj szybko.
Parę dni temu właśnie, gdy
rozmawiałam z Mężem, okazało się, że być może, z moją
rodziną będę musiała pożegnać się szybciej, niż sądzę,
przez pewne sprawy. Jeszcze rok, dwa lata, sądziłam. Od czerwca
mamy bowiem pewne plany, które, być może, ziszczą się szybciej,
niż sądzimy. Wyprowadzka do innego miasta w innym kącie Polski
może być szybsza, niż zakładaliśmy początkowo. Nie będę tutaj
pisać szczegółowo, o co chodzi...rzeknijmy, że mamy z Mężem po
prostu swój plan.
Gdy okazało się, że zaczniemy go
realizować może szybciej, może już za pół roku ( choć nadal
wariant 2-3 lat jest możliwy, nie mówię nie) pierwsze co
pomyślałam...
Nie, nie była to myśl o porzuceniu
pewnych ludzi, których znam od lat. Bo może do tej myśli jakoś
przywykłam. Nie była to myśl o tym, że wyjadę daleko od matki i
to z tym trzeba będzie wiele kombinować.
Pomyślałam ( może dlatego, że byłam
w pracy, gdy rozmawiałam z Mężem?) o paru osobach z mojej pracy. O
moim drugim domu. A może raczej, trzecim, bo przecież pierwszy był
ten rodzinny, ten drugi to mój Mąż i każde miejsce, w którym z
nim jestem ( a ten zachowam, prawda?) a trzeci...trzeci znalazłam,
paradoksalnie, w pracy. I za tym będę ogromnie tęsknić.
Za książkami czytanymi na nockach,
wspólnym gotowaniu, żartowaniu. Za rozmowami beż jakiejkolwiek
cenzury, bo przecież, kto jak kto, ale ludzie, którzy pracują w
takim miejscu w żadną cenzurę i tabu między sobą nie muszą się
bawić. Nic co ludzkie nie jest im obce- tak samo, jak nie było
nigdy mi.
Może to śmieszne, ale boję się
jakoś, że już nigdzie nie znajdę tak cudownej ekipy, jaką
poznałam w Domu. Tak frywolnej, a zarazem opiekuńczej i czułej.
Ekipy w pracy, która staje się drugą rodziną.
Może to dziwne, może to śmieszne,
ale będę za nimi tęsknić. I mam wrażenie, coś cicho z tyłu
głowy szepcze mi, że tą pracę będę wspominać do końca życia
jako jedną z najlepszych. Tych ludzi, będę zawsze pamiętać jako
wspaniałych. Tych, którzy mnie rozbawiali i którzy się o mnie
troszczyli. Tych, którzy mnie trochę wychowali i pozwolili mi
dzielić ze sobą złe i dobre chwile.
Będę tak wspominać tą pracę-
jednak wiem, w głębi serca, że to nie jest moje miejsce na całe
życie. To czeka na mnie gdzie indziej. To nawołuje mnie, pokazuje w
snach niejasne, ale znaczące obrazy.
Bo człowiek w życiu musi słuchać
swojego serca. I nawet, jeśli mu dobrze, a serce czuje, że to
jednak jest tylko na ten moment...to musi odważyć się podążyć
dalej.
Znalazłam już w życiu jedną taką
pewność- znalazłam kogoś z kim chcę dzielić swoje życie, już
zawsze, do końca. Znam więc to uczucie pewności, znam to wspaniałe
uczucie spokoju i pewności- znalazłam to, czego szukałam.
I być może, już przez to jestem
cholernie szczęśliwym człowiekiem, bo przecież, niewielu ludzi
znajduje w życiu choć jedną rzecz, której szukali. Ba, nawet nie
wielu wie, czego szuka, nie umiejąc słuchać swojego serca i
zadowala się namiastkami.
Ale to nie ja.
Znalazłam już jedną pewność w
swoim życiu, swoją miłość.
Teraz czas na kolejne.
Teraz, być może, czas na rozpoczęcie
podroży, która zaprowadzi i mnie i jego do miejsc których
szukaliśmy już razem. Czy mam pewność że tak będzie, że się
uda, póki tam nie stanę, nie poczuję tego spokoju, tak jak kiedyś
pewności, że mój Mąż jest mężczyzną, którego szukałam?
Nikt nigdy nie mógłby jej mieć, póki
właśnie nie spłynie na niego to światło. Ale zawsze warto
spróbować.
I ja będę próbować. Bo nie jestem,
mimo swoich lęków i słabości, pierwszym lepszym życiowym
tchórzem, godzącym się na bylejakość.
Tak, jestem szczęśliwa tu i teraz.
Żyjąc z tym mężczyzną, mając tu swoich przyjaciół i mając
cudowną pracę, w której być może mogłabym spędzić i resztę
życia...gdyby nie ten cichy głos, że nadal to nie to, mimo że to
kocham.
Bo są różne miłości- i niektóre
stają się po prostu wspaniałymi przygodami, które wspomina się
na starość. Z niektórych trzeba rezygnować, żeby zrobić miejsce
dla innych.
I przede wszystkim trzeba w sercu
znaleźć ten głos, który powie ci- tak, to ten, z którym chcesz
dzielić życie, tak, to to miejsce, w którym masz być. Twoje
miejsce pod słońcem.
Póki nie przemówi, z całą
pewnością, zalewając nas spokojem...warto szukać.
Usłyszałam ten głos już raz- a
teraz zapewne, nie poprzestaniemy, póki nie usłyszymy go razem.
Myślę, że to będzie kolejna
wspaniała życiowa przygoda, wspaniałe wyzwanie, któremu podołamy
razem.
Myślę, że ta jesień i zima będą
dobrym momentem, żeby na te wyzwania się przygotować.
A tymczasem, dzisiaj na nocnym dyżurze
w pracy, z moją Ulubioną Pielęgniarką i jeszcze jedną osobą
będę świętować rok w pracy, którą kocham tu i teraz, mimo że
nie jest tym, czego szukam w dalszej części życia. I będę się
dużo śmiać, trochę się namęczę przy przewijaniu całego
oddziału i będę w duchu cicho dziękować za tą wspaniałą
przygodę, jaka mi się przytrafiła w Domu, za tych cudownych ludzi,
których tu spotkałam. Będę dziękować, że w znalazłam swoje
miejsce na dany etap życia, mimo że to nie jest to, czego szukam,
czego potrzebuję dalej.
Będę się cieszyć, że jeszcze jakiś
czas tu zostanę.
Może kolejny rok, może trochę
dłużej, może trochę krócej. Rok, pół czy dwa- nie ma aż
takiego znaczenia. Czas jest względny.
Bo to miejsce, w którym pracuję już
rok nie jest tym, czego będę szukać, ale jest tym, czego szukałam,
kiedy byłam złamana i zraniona- i przyniosło mi ulgę, dało
radość, nadzieję i podniosło z kolan. Choć, to ja sama siebie
podniosłam, będąc w tym miejscu.
I mam tą dziwną pewność, że,
jakikolwiek scenariusz nie jest dla nas przygotowany, tak czy siak,
poradzę sobie i będę szczęśliwa. Nawet w całkiem innym mieście.
Nawet, jeśli życie zweryfikuje to wszystko dziwnie tak, że zostanę
w tym mieście.
Mam to, czego szukałam. Jeszcze nie
mam tego, czego szukam.
I tak, znowu to powiem- jestem
szczęśliwa.
Biegłem, czołgałem się
Wdrapałem się na ściany tego
miasta, na ściany tego miasta
Tylko po to, by być z tobą
Ale wciąż nie odnalazłem tego,
czego szukam.
W ogóle ostatnio czas pędzi za szybko...Niestety za późno się tego dowiaduję...
OdpowiedzUsuńJa myślę,że Ty wiele tym ludziom dajesz. Jakbym była Twoim podopiecznym byłabym najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Mało jest takich osób jak Ty,dających całe serce innym.
Jeżeli te zmiany są przez Ciebie bardzo oczekiwane i niosą zmiany na lepsze,to będę mocno trzymać kciuki:)
https://sweetcruel.wordpress.com/
Za późno w jakim sensie?
UsuńWiesz, myślę, że zdania są podzielone, nie dla każdego swojego podopiecznego wydaję się być fajnym człowiekiem, też nieraz tracę cierpliwość, czasem po prostu coś zgrzyta, jak to między ludźmi no ale...sądzę też, że taka najgorsza nie jestem:)
I dziękuję:)
Miło czytać, że czujesz się dobrze w swej pracy. Wielu ludzi pracuje dla pieniędzy, a pracy nienawidzą. Ja też swoją lubię.
OdpowiedzUsuńPiszesz, że praca pomogła Ci stanąć do pionu. Mnie pomógł pies. Był zagubiony, zastraszony i potrzebował bratniej duszy. Coś za coś - jedna miłość się skończyła, druga zaczęła.
Dziś też mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa :)
Powodzenia Frido :)
I ja właśnie nie wyobrażam sobie takiego życia. W sensie...rozumiem jakiś czas robić czegoś, co się nie lubi, dla przetrwania, ale na dłuższą metę- to jest dla mnie nie do pojęcia.
UsuńI po prostu, jak zawsze pomogła miłość:) Lekarstwo na wszystko:)
Cóż, zakład pracy Twoim drugim domem. ;) Dużo zależy od współpracowników, jeśli atmosfera jest w porządku, to naprawdę wiele da się znieść. :)
OdpowiedzUsuńFajnie, że jesteś. Oczywiście jak zajrzałam na bloga i zobaczyłam komentarz od Ciebie, przypomniało mi się, że nie odpisałam na maila. Jak zwykle zostawiłam to sobie na później i wyleciało mi z głowy.
Otóż to, a u mnie to brzmi aż wybitnie dosłownie:) I masz rację, właśnie jak jest wesoło, można na ludziach polegać, to nawet jeśli po pracy jesteś za przeproszeniem wyjebana jak koń po westernie to nie jest ci to straszne:)
UsuńI miło mi to słyszeć:) Hah, ze spokojem z mailem xD
Pięknie to wszystko opisałaś, bije od Ciebie faktycznie takie... spełnienie? No, szczęście. Spełnienie może i chwilowe, może na krótką chwilę i tylko na ten moment, ale to chyba nieważne, skoro właśnie teraz jesteś z tym szczęśliwa.
OdpowiedzUsuńBo jestem szczęśliwa i może faktycznie, jak człowiek szczęśliwy, to widać to nawet prawdziwie i po słowach?:) W końcu wszystko ma swoją aurę:) I jasne, nie wierzę w żadną trwałość, nie oczekuję jej i...nie ma co się skupiać na ew. utracę:) To by pewnie zabroniło być szczęśliwym, prawda?
UsuńHm, biorąc pod uwagę, że generalnie lubimy dzielić się z innymi swoimi dobrymi stronami (przynajmniej ja tak mam), to tak, pewnie masz rację. Jak ktoś jest szczęśliwy to aż z niego to wypływa i po słowach pisanych też to widać. Zresztą... to się tyczy raczej każdej emocji - i tych negatywnych, i pozytywnych.
UsuńWolimy dobrymi, ale i złymi dzielimy się nieraz mimowolnie:) Ale właśnie zawsze mam wrażenie, że pewne smutki łatwiej ukrywamy, tak nawet...z przyzwyczajenia. Przynajmniej ja tak mam.
UsuńTacy ludzie jak ty po prostu inspirują. Do podejmowania działań, które dla otoczenia wydają się być niewłaściwe, a dla nas samych też nie do końca pewne.
OdpowiedzUsuńPomaganie ludziom to piękna, choć niewątpliwie trudna rzecz. Wymaga od nas samych poświęcenia, ale kształtuje, a czasem przez oderwanie od problemów pomaga w oswajaniu się z nimi. Dobrze jest szukać swojego miejsca na ziemi, pracy, w której można się spełniać i ludzi, z którymi po prostu dobrze się żyje. Myślę, prawdziwe szczęście jest właśnie wtedy, kiedy czujesz, że jesteś potrzebna, kochana, a nie wtedy, kiedy twoje życie jest beztroskie. Rób dalej to co robisz, jeśli wiesz, że dzięki temu ktoś jest szczęśliwy i sprawia, że czujesz się spełniona. :)
Um, miło mi to czytać:)
UsuńTo prawda. Chociaż wiesz, ja właśnie nie wierzę w piękny, podniosły, czysty altruizm, tylko właśnie w swojego rodzaju egoizm, w to, że tak naprawdę pomaganie jest też pewnego rodzaju transakcją mentalną ale..skoro nikt na tym nie cierpi, to chyba jedna z najbardziej udanych transakcji życia:)
I...póki co robię, co dalej...zobaczymy:)
To co napisałaś, dało mi do myślenia. Czy ja jestem w tym miejscu, w którym chciałabym być, z tymi ludźmi?
OdpowiedzUsuńWnioski są... mało budujące. Miasto tak, tutaj jest moje miejsce. Ludzie też, nie wyobrażam sobie bez nich życia. Ale pracować chciałabym inaczej, na mężczyznę ciągle czekam... Pora się wziąć za siebie, żeby więcej było we mnie tego spokoju.
Ale skoro czujesz że i miasto jest twoim, też ludzie obok mimo braku tej jednej, jedynej osoby...to i tak sporo:)pewne rzeczy też po prostu przychodzą z czasem, w momencie, kiedy najmniej się tego spodziewamy:)
UsuńWiesz czego bym się bala na Twoim miejscu? Własnie tego, że ktoś umrze na moich rekach. I między innymi dlatego uważam, że cięzka jest praca opiekunek. Których naprawdę dużo znam i podziwiam :)
OdpowiedzUsuńA ja jak wiesz, ze śmiercią dogaduję się dobrze, jakkolwiek dziwnie to nie brzmi:)
UsuńMam wrażenie, że każda praca daje nam dużo od siebie. Mnie zwykła praca w sklepach ogarnęła z moich społecznych fobii - mam o wiele mniejszy problem, by do kogoś zagadać i nie boję się chodzić sama po sklepach, co kiedyś stanowiło problem.
OdpowiedzUsuńMiło jest też robić to, co się kocha, bo ta miłość ciągle będzie mimo wszelkich trudności.
A pewnie, że każda praca nas czegoś uczy, ale tyko wtedy, kiedy sami chcemy się nauczyć:) I otóż to, po prostu wtedy czujemy z tego też radość:)
UsuńPodziwiam takich ludzi jak Ty, dajecie wiele pomocy, radości i opieki osobą które tego potrzebują. Bez was niewiadomo co by było, naprawdę.
OdpowiedzUsuńPomimo, że w takich miejscach nie zawsze jest dobrze to ważne ze jest taka osoba jak ty, która nadal potrafi się uśmiechać :)
Trzymam kciuki i życzę dużo zdrowia bo w takiej pracy jest to najważniejsze, jak oczywiście wszędzie ;)
Nie ma co podziwiać, po prostu...dla każdego inne miejsce:) I cóż, taką mam też już naturę. Ale gdyby nie było ponuraków...to uśmiech by też nie cieszył, prawda?:D
UsuńI dziękuję:)
Ja uważam, że skoro jesteś w swojej pracy szczęśliwa to z pewnością się nie marnujesz. Bo przecież o to chodzi w życiu - nie o to żeby zbijać kokosy kosztem swojego szczęścia, a właśnie żeby robić to, co nasz uszczęśliwia i sprawia, że CHCEMY to robić każdego dnia.
OdpowiedzUsuńJa też wierzę, że wszędzie sobie poradzisz, bo jak nie Ty, to kto? ;)
Też właśnie tak na to patrzę, ale w naszym świecie jest parcie na hm, karierę jakąś i pewien prestiż, takie mam wrażenie. I jeśli na to nie patrzysz...to jesteś hm...dziwna?
UsuńI dzięki:)
Przerabiałam coś takiego w ubiegłym roku. Właściwie był to staż. Nigdy więcej. Podziwiam, że masz powołanie do tej pracy.
OdpowiedzUsuńWiem, pamiętam co pisałaś o tym stażu. I to tylko potwierdza teorię, że po prostu...są różni ludzie, potrzebni w różnych miejscach :)
UsuńTez obchodze rocznice podjecia pracy :) Z ta roznica, ze nie daje mi ona tyle szczescia.
OdpowiedzUsuńWięc,za jakiś czas na pewno znajdziesz taką która ci daje:) Trzymam za to kciuki:)
UsuńTo bardzo ciężka praca, której nie docenia się. Przynajmniej z moich obserwacji/doświadczeń tak wynika. Jesteś dobrym człowiekiem, czytam Cię od dawna i jestem o tym przekonana. Widać, że jesteś sobą. Znalazłaś siebie i pracę, która daje Ci satysfakcję oraz patrzysz na nią innym okien niż inni. Trzymaj się!
OdpowiedzUsuń