Wrzesień
zaczął się upałem. Nadmiernym, niepomiernym. Upałem męczącym
ciało, ale i duszę. Duszę, bo dziwne uczucie przepełniło moje
serce, gdy poranek przywitał mnie tak radosnym słońcem
wczorajszego dnia. Wiem, że powinnam się cieszyć, że moje serce
powinno wypełnić się tym ciepłem, które opływało dziś moje
ciało, że przecież powinnam po prostu cieszyć się pierwszym
dniem września, albo po prostu tylko narzekać sobie na upał. Ale
wyobraź sobie, że nie potrafiłam. Dziwna, niepokojąca myśl,
która całkiem niepotrzebnie zagnieździła się pod sercem, to ona
doprowadziła mnie do niepokoju,wiesz? Dziwna myśl związana z tobą.
Bo przecież rok temu tez było tak pięknie. Jedna taka jesień na
100 lat. Na 130, jak się wykłócałam.
Tak,
jedyna taka, która zdarza się w ciągu naszego życia i na pewno
zapadnie nam w pamięć, śmialiśmy się, gdy przynosiłam ci
kasztany a ty wkładałeś mi do kieszeni dyskretnie te, które
łapałeś zza okiennego parapetu swojej klatki. Kasztany, tak, nasze
ukochane talizmany, które tak naprawdę wymyślił mój Mąż.
Wymyślił o nich zabawna historię, a my ją podłapaliśmy i
zmieniliśmy w młode, ale równie dobre jak stare zaklęcie.
Czasem
w kieszeniach kurtek znajduję kasztany z poprzedniego roku.
Zastanowiłam się wczoraj jadąc do pracy, w porannym lekkim
chłodzie, ile z tych znalezionych w kieszeniach przypadkiem, gdy
kurtki trzeba będzie wrzucić na ciebie, znalazło się w nich przez
ciebie? Ile z nich znalazłam sama, ile podarował mi Mąż, a ile
wrzuciłeś do kieszeni mi ty ze swoim rozbrajającym, szerokim
uśmiechem? Szkoda, że wcześniej o tym nie pomyślałam, ale nie
mogłam przecież o tym myśleć. By każdy kasztan od ciebie, z
tamtego roku zachować jako najcenniejszą pamiątkę i jako
najcenniejszy talizman, tak samo jak ten pierwszy, który dał mi
Mąż. Pierwszy od niego, ostatni od ciebie. Dziwaczna kolekcja by
się zebrała, doprawdy.
W
tym roku jeszcze nie ma kasztanów, ale był upał. Pewnie pozbieram
znów kilka kasztanów na alei Wielkopolskiej, myślałam, mojej
ulubionej w Poznaniu jesienią. Przy ilu z nich pomyślę o tobie?
Jedyna
taka jesień, jedna na sto. Jedyna, ciepła, prawdziwie złota.
Wczoraj pierwszy września, wcale nie pierwszy dzień jesieni,
pomyślałby kto. Do tego mamy jeszcze czas, 20 ciepłych, a może
deszczowych dni. Ale 1 września był symboliczną jesienią, gdy
byliśmy dziećmi jeszcze. Dlatego już myślałam wczoraj o
kasztanach. O tym, jak w tamtym roku wszystko we wrześni się
potoczyło.
Jedyna
taka jesień, nic jej nie powtórzy. Nie ma powrotów. Nawet, jeśli
i ta zaczyna się upałem. Nawet, jeśli w nocy przyszły burze i
kolejny dzień przyniósł prawdziwie jesienną aurę o poranku. Nie
ma takich samych. Nic dwa razy się nie zdarza i już nigdy...już
nigdy.
Tamta jesień była wyjątkowa. Bo tej pięknej jesieni wszystko się zaczęło, zaczął się koniec. Tamtego września. Dla większości to listopad był ciosem. Dla mnie początkiem końca był ten piękny wrzesień, tamtego roku. kiedy to z ulic zalanych pięknym słońcem wchodziłam w chłodne mury starego szpitala. Gdy niespodziewanie upadłeś, a ja dostałam telefon od twojej babci.
Chłodne
mury starego szpitala, koło którego przecież mieszkam. Ten, w
którym spędziliśmy tyle dni tamtej jesieni. Ten, w którym
umarłeś.
Często
koło niego przechodzę,wiesz? I nie czuję już wcale bólu, ot,
mijam kolejny budynek. Ten, w którym miałam zajęcia, ten, w którym
przecież miałam też praktyki. Ten, w którym kochałam oglądać
zawsze wystawkę anomalii na patomorfologii. Byliśmy tam nawet parę
razy razem, pamiętasz?
Ostatnio
znów rozmawiałam o tobie z Red. O tym, jak wiele stało się w tak
krótkim czasie. Od sierpnia do listopada, w tamtym roku. O tym, jak
wiele to zmieniło. Pomyślałam, jak wiele to przecież zmieniło i
we mnie. Jak wiele...choć, już nigdy.
To
już prawie rok. Prawie rok, od kiedy umarłeś, rok od kiedy
wszystko zaczęło się zmieniać. Od czasu, kiedy rozmawialiśmy o
tym, że będzie dobrze. O tym, jak pocieszaliśmy się, że być
może zaczynasz dopiero swoje życie, a nie kończysz. O tym, że
kolejne zakochanie jest przecież właśnie początkiem, że skoro
coś zaczyna się w twoim sercu, to serce, nawet to fizyczne nie może
cię zawieść. I wiesz co? Po roku myślę, że my już wtedy
wiedzieliśmy. Na pewno wiedziałeś 4 listopada. Bo wtedy, jak się
okazało, odzywałeś się do wszystkich, których kochałeś, którzy
byli do ciebie ważni. Ostatni mail, który wyglądał jak pożegnanie
dopiero po twojej śmierci. Ostatnie maile, smy, wiadomości, to
wszystko dopiero po czasie złożyło się w całość. My
wiedzieliśmy już wtedy. Ja wiedziałam na naszym ostatnim wspólnym
Samhain. Być może, dlatego tak trudno obchodzić mi kolejne święta.
Tracę zapał, tracę...nie. Może to nie tak. Zbieram siły. Dalej
zbieram siły, dalej muszę to robić.
Ale
my już wtedy, we wrześniu, gdy wszystko poszło nie tak, gdy nie
udało ci się spotkać z Nią przez ten cholerny zator i przez to,że
i ona nie mogła, wtedy, gdy upadłeś...już wiedzieliśmy. Ale
nadal karmiliśmy się nadzieją, nadal mówiliśmy, że będzie
dobrze. W październiku, gdy spałeś za długo po operacji, nadal
była nadzieją. Nawet w listopadzie, po twoim upadku, w pierwszych
dniach, gdy czekałeś na listopadowe święto...było cholernie dużo
nadziei, jak słońca. Ale nadzieja okazała się złudna a i do nas
przyszła zima.
Tamta
jesień była wyjątkowa, tamten wrzesień, gdy jak się okazało
myślałeś, że złamano ci serce, a ty złamałeś je już komuś
innemu, choć jeszcze nie przypuszczałeś. Równowaga została
zachowana. Tamta jesień, gdy czas pędził i nie pozwolił nawet
zapamiętać odpowiednich kasztanów.
A
teraz przyszła nowa. Nadchodzi nowa, raczej. A ciepło pierwszego
dnia września i pogoda dzisiaj, choć deszczowa z rana, potem jednak
piękna, to ciepło i ta pogoda zalały moje serce nostalgią i
tęsknotą. Niepokojem. Już dzień wcześniej o tym myślałam, że
nie chcę, tak bardzo nie chcę, by ten pierwszy dzień września był
upalny, nie chcę i już. Nie chcę, żeby te dni były piękne,
ciepłe bo przecież...
I
przypomniało mi się, jak ty nienawidziłeś zimy w listopadzie. Jak
nienawidziłeś białych płatków, mokrego pierwszego puchu, który
spada na przemoczoną listopadowym deszczem ziemię, jak go
nienawidziłeś, bo przypominał ci ten pierwszy śnieg w
listopadzie, który spadł na trumnę twojej matki.
Czy
ja mam nienawidzić i bać się pięknej jesieni? Pomyślałam to z
trwogą, bo sama wiem, jak wielki to nieraz stygmat. Jak wspomnienia
mogą podtrzymywać na duchu...ale i trzymać za ściśnięte gardło
tak, że nie można za nic pójść do przodu.
Wiem
doskonale, że nie można żyć przeszłością, wiem to, nie musisz
mi powtarzać ty, w mojej głowie, który sam nieraz nie potrafiłeś
się od niej odciąć. I to nie jest tak, że nią żyję. To wcale
nie tak. Nie jestem typem introspektywnym, jak to ostatnio
stwierdziłam. Ani trochę. Żyję z dnia na dzień, staram się
cieszyć dalej życiem. Na co dzień nie rzeknę o tobie ani słowa.
Tylko czasem są dni, gdy wszystko się przypomni. Gdy przyjdzie
piękna jesień. Czasem śnisz mi się, czasem tylko, a nie
nieustannie. Czasem to ty, gdy spoglądam w lustro, czasem to ty, gdy
nie odbieram od nikogo telefonu, prawie cytując kolejną z piosenek
Bono. Czasem to ty, przypomnienie i nagła tęsknota ściskająca
serce. Czasem to ty, gdy ktoś mi o tobie opowiada, o tym, jak on
ciebie znał. Choć, kocham już słuchać tych historii, już wcale
nie bolą. Czasem to ciemne oczy i długie włosy wysokich, chudych
mężczyzn na ulicy. Czasem to ciepły, pierwszy dzień września.
Czasem to przejażdżka tramwajem koło szpitala, na który na co
dzień nie zwracam uwagi.
Na
co dzień żyję, kocham, śpiewam wręcz w duszy i na głos
fałszuję, gdy drę się w pracy. Na co dzień po prostu staram się
nie myśleć. Wszyscy przecież tęsknimy. Na co dzień...to nie ma
najmniejszego znaczenia, choć może w tym miejscu tak to nie
wygląda. Tak naprawdę, o tym „czasem” spowiadam się głównie
już tylko tutaj. Bo wiem, że moja tęsknota, moje „czasem” może
ruszyć cudzą lawinę. A po co? Więc istnieje tylko czasem w całej
ciągłości życia. Nic więcej, nic, za co ty byś się krzyżował.
Bo wiem, jak bardzo nie chciałeś, żebyśmy my przestali żyć,
tętnić wraz z momentem, gdy twoje serce przestało bić.
Ale
dzisiaj nie mogłam sobie nie przypomnieć, drugiego dnia nadal
pięknego września, dzisiaj to właśnie ty, gdy nie odbieram
telefonu, to ty, gdy nie odpisuję na smsy. To ty, gdy chcę to
wszystko przeżyć sama, przez chwilę, nie dzieląc się tym. Bo to
pierwszy dzień września tak upalny, drugi nadal słoneczny, choć
chłodny ..a ja spotkałam twoje oczy. I nie chciałam jeszcze nikomu
o tym mówić, póki sama...sama nie zrozumiem. A zrozumiem tylko
pisząc do ciebie.
Spotkałam
więc twoje oczy.
Zmęczona,
gdy jechałam po pracy tramwajem, właśnie wtedy. Gdy oczywiście,
nie spodziewałam się tego. Zaczytałam się, bo przecież ostatnio
czytam książki tylko w tramwajach, bo nie mam czasu na to, żeby
czytać w domu. I nagle ktoś stanął nade mną szczebiocząc
„Basieńko!”. Wyrwałam się z toku powieści, spojrzałam ponad
sobą i zobaczyłam twoje oczy. Oczy twojej babci. Wyrwało mi się
babciu, bo przecież, twoja babcia przez te wszystkie lata stała się
moją.
Od
razu zrobiło mi się głupio, od razu poczułam się tak mała! Bo
przecież tak dawno nie byłam w twoim domu, przestałam do ciebie
przychodzić. Bo właściwie..po co? Do kogo? Czasem rozmawiam z
Rudą, czasem to ona zaprasza mnie na kawę lub herbatę, z nią mam
nadal najlepszy kontakt...ale przecież to już nie to samo. To nie
ten dom na Ogrodach, gdzie mogę wskoczyć niezapowiedziana na
poddasze. Bo od listopada ciebie tam nie ma. Zrobiło mi się głupio,
bo przestraszyłam się, że i mój widok może wywołać
wspomnienia. Że może wywołać...łzy?
Ale
to był tylko moment. Bo mój widok wywołał uśmiech. I wiesz,
spojrzałam w te ciemne oczy i dopiero teraz, prawie po roku
odkryłam, że przecież są takie, jak twoje. Zawsze mówiliśmy, że
jesteście podobni, o podobnej energii, choć spokój miałeś po
dziadku ale...bogowie. Jak one w tym tramwaju były....identyczne?
Nagle, po takim czasie, gdy ich nie widziałam, stały się ta
podobne Tak samo uśmiechnięte i mądre. Tak samo spokojne i
przepełnione bólem za uśmiechem. Tak samo rozumiejące, że
właśnie tak musi być, że właśnie takie jest życie. Jest
zarazem stratą, ale i zyskiem, jest bólem, ale i szczęściem.
Wstałam,
gdy tylko dotarło do mnie, ja siedzę, ona stoi. Chyba tylko
znajomość pewnych zasad i pewna kurtuazja pozwoliły jej usiąść.
Co
tam u was, co tam u mnie. Ani słowa o poprzednim wrześniu. Bo po co
rozdrapywać rany? Mamy piękny dzień. Mamy przepełniony uczniami
już tramwaj i powietrze po burzy, piękne słońce za szybą. I te
ciemne oczy i to odkrycie po czasie, że jedna twarz tak bardzo może
przypominać drugą. Odkrycie, gdy twojej twarzy tak czasami
brakuje. Och, bogowie. Jak ja tęsknię za twoimi oczami. Jak się
okazało, jak ja tęsknię i nieraz za jej oczami Jak ja tęsknię po
prostu za tym co było, za tym, co się nie powtórzy. Bo nic dwa
razy się nie zdarza. I żaden wrzesień, nawet tak ciepły i ładny,
z przelotną burzą i deszczem, nie będzie taki sam. Już nigdy.
Choć
każdy wrzesień będzie czegoś początkiem. I na pewno będzie
czegoś końcem.
Jechałyśmy
razem tylko chwilę, wracała od jakiejś znajomej. No tak. Twoja
babcia zawsze była dość rozrywana. Wysiadła, by przesiąść się
na zalanym wieczornym słońcu przystankiem. Pożegnała mnie tak
mocnym uściskiem, tak mocnym, że prawie obie się przewróciłyśmy,
pożegnała mnie prawdziwą tęsknotą nie za tym, co było, a
tęsknotą po prostu za mną. Powiedziała, żebym przyszła wreszcie
na herbatę, na ciastka z dyni w październiku, bo jesienią zawsze
tak dobrze nam się siedziało. I powiedziała wprost, że nie mam
się bać...bo nie możemy się bać.
Zamarłam,
gdy wychodziła. Zamarłam, bo ona, właśnie ona powiedziała, że
nie mam się czego bać. I właśnie ona, ta, o której sądziłam,
że złamie się najbardziej, przesłała mi najprawdziwszy uśmiech.
Już niecały rok po tym wszystkim. Już wiem, po kim miałeś przede
wszystkim siłę. Kto tchnął w ciebie tego ducha.
Wiesz,
nie mogłam już dalej skupić się na książce. I gdy wróciłam,
nie chciałam nikomu o tym od razu mówić, dlatego siedzę i piszę
do ciebie ten list, choć mogłam iść od razu do Red, bo Mąż
przecież w pracy. Ale to moje, dlatego myślę o tobie i te myśli
porządkuję, zanim pójdziemy spać, zanim opowiem o tym wszystkim
swojemu Mężowi przed snem, gdy wreszcie wróci, bo na pewno właśnie
to zrobię. Chcę wylać myśli. Chcę je złapać. Bo nie chcę,
żeby ktokolwiek źle mnie zrozumiał, to, jak bardzo jestem
roztrzęsiona i to, jak chce mi się płakać. Nie chcę płakać, bo
łzy znów zostaną odebrane jako smutek. A mimo całej tęsknoty,
mimo braku słów- wcale smutkiem nie są. A może, są właśnie tym
smutkiem właściwym, tym, o który chodzi w szczęściu.
Króliku,
pomyślałeś kiedyś, że w życiu nie chodzi wcale o szczęście, a
o piękny smutek? A może raczej o ich mieszankę wybuchową,
piorunującą, taką, jaka się teraz i we mnie kotłuje?
Bo
właśnie tym jest życie, które nam zostało, Króliku. Tym jest
życie, które zawsze było. Wszyscy prą uparcie na szczęście, nie
potrafiąc go nawet zdefiniować. Bo czym ono jest? Stanem euforii,
który zdarza się raz na kilka dni, zachwytem nad nićmi babiego
lata pokrytymi o poranku rosą? Czy tylko to ma być szczęściem?
A
może szczęście to o wiele, wiele więcej? Być może, to nie tylko
te wszystkie piękne rzeczy z nazwy. Być może, tak jak mówiłeś
nieraz, to ten stan spokoju w sercu, spokojna wyspa na którą zawsze
możemy wpłynąć pomimo chaosu, chaosu, który oznacza po prostu
życie. Poczułam to, jadąc tramwajem, wysiadając na swoim
przystanku. Szczęście to o wiele, wiele więcej. I nie jest nawet
przeciwieństwem smutku. Smutek składa się na nie. Jego pełna
akceptacja, jego zrozumienie- a nawet potrzeba. Bo dojrzały człowiek
potrafi sobie na smutek pozwolić.
Bo
dojrzały, mądry człowiek widzi życie, jako jedność, jako
całość. I może mówić, że już nigdy nie będzie takiego lata i
takiej jesieni, bo nic dwa razy się nie zdarza, ale nic nie będzie
też wieczne. Dojrzały, szczęśliwy naprawdę człowiek pojmuje, że
nie istnieje zawsze, nie istnieje nigdy. I nie zaprzeczają sobie.
One są całością, tak jak całością jest cierpienie i radość.
Jak całością jest koniec...ale i początek.
Wiesz,
Króliku, nasze życie jest stale pod presją. Moje życie, bywa pod
presją, którą sama sobie nieraz narzuciłam i przez którą
zapominam, czym jest szczęście. Zapominam nieraz o całości i o
tym, jak właśnie strata, ból, to wszystko co nazywaliśmy nieraz
„złym i niedobrym” jest po prostu cenne. Ja to wszystko jest nam
potrzebne, by rozwijać się i dążyć, stale iść do przodu, nawet
popełniając błędy, bo i one wcale nie są złe- też są
najcenniejszymi nauczycielami. Nieraz, przez presję uśmiechu i
tego, by być dla niektórych ostoją sama zapominam, że to nie
radość uczy, a ból. I paradoksalnie, ból i tęsknota uczą
radości, choć tak wielu z nas nie umie tego pojąć.
I
wiesz, Króliku, wyszłam z tego tramwaju na swoim przystanku, przed
parkiem. I zamiast pójść jak zwykle, prostą drogą, poszłam
przez park, mimo zmęczenia. I stanęłam pod jednym z drzew,
patrzyłam w górę na drozda z zachwytem i pomyślałam, że już
nigdy nie będzie takiej jesieni, jak poprzednia. Nigdy nie będzie
takiej, jakie były. Ale i ta, jest piękna i ja muszę kochać
jesienne słońce. Pełnią szczęścia i wcale tego szczęścia nie
muszę się bać. To tylko strach jest przeszkodą, tym, co rzuca nam
świat pod nogi jako kłody. A raczej, co rzucamy sobie sami.
Już
nigdy nie zobaczę twojego uśmiechu w tym życiu, nigdy nie dasz mi
tak pięknych kasztanów, już nigdy nie zapalimy razem papierosa,
już nigdy nie zagramy razem w karty, nie będziemy wymieniać się
książkami i myślami. Już nigdy jesień nie będzie taka sama. Ale
i ta może być piękna.
I
wiesz. Króliku, pomyślałam też o listopadzie. O tym, ze przyjdzie
wraz z pierwszym przymrozkiem i strugami deszczu. Pomyślałam o tym,
że to będzie pierwsza rocznica, pierwsza rocznica gdy umarłeś
i...nie przestraszyłam się tego dnia. Nie przestraszyłam się
listopada ( choć czy go się bałam?), bo kocham przecież ten miesiąc, choć tak wielu obwinia
go o najgorsze, jakby był niechcianym dzieckiem. Smutno mi nieraz z tego powodu, bo ty też go nienawidziłeś, a co on winny, ze swoim deszczem i pogodą, która sprzyja idealnej herbacie i wierszom? I pomyślałam, że
i jego postanowię uczynić pięknym. A wiesz dlaczego, Króliku? Bo
spotkałam twoje oczy i zobaczyłam, że są szczęśliwe. I wiem że
moje nieraz biją takim samym uśmiechem i blaskiem. Bo jestem
szczęśliwa. Bo mam w sobie ta spokojną akceptację i pewność. I
niczego, niczego więcej nie potrzebuję, choć, ktoś znów może
tego nie zrozumieć.
P.S.
Pomimo, iż dzisiaj się tu zjawiłam, informuję niektórych
zainteresowanych, że nie mam stałego dostępu do internetu przez
nasze lekceważenie rachunków, a to może trochę potrwać. Chwilowo
kradnę internet u Red ale..kto wie, jak długo potrwa jej łaska.
Albo jej internetu.
Czemu wszyscy piszą o jesieni? :P Jeszcze cały miesiąc lata! :D
OdpowiedzUsuńBo jednak ją czuć w powietrzu, jej pierwszy posmak na języku, nawet drzewa już niektóre brązowieją i nawet przecież już jarzębina dorosła XD Babie lato, przedsmak jesieni. Może też dlatego wielu o tym pisze, bo ten przedsmak lubią, jak ja?:D
UsuńDobrze, że do Częstochowy to jeszcze nie doszło ;p
UsuńPoczekaj, poczekaj XD
UsuńBłagam, nie!! :D Lato wróć! :D
UsuńChyba nie ma na to szans XD
UsuńMi za to wciąż ciężko przejeżdżać koło szpitala. Ale wiesz co... może dlatego, że po prostu za rzadko tamtędy się przemieszczam. A jeśli już, to odwracam głowę. I to nie dlatego, że obwiniam się, że tam nie dotarłam. Po prostu przypomina mi się zeszły wrzesień/październik, już nie pamiętam, kiedy pisałam mu na szybko sms'a na poprawę nastroju: "wyjrzyj przez okno, wyjrzyj, jadę tramwajem i macham do ciebie!" I machałam jak popierdolona, bo wysiąść na rondzie jak zwykle nie miałam czasu. A do tej pory nie wiem, czy wyjrzał.
OdpowiedzUsuńPrzytulam Cię mocno mentalnie, bo jakoś tak... mam ochotę Cię przytulić. :* Jak na Ciebie wpadnę to Cię uduszę, o XD
Możliwe, że wyjrzał. I wiesz, ja wiem, że się obwiniasz ale...tak z kolei nie można. W sensie, że czegoś się nie zdążyło. Jeśli wyszło tak, a nie inaczej, to widać tak właśnie miało być. A plama na sumieniu...po co ona komu? Nikt jej tak naprawdę nie chce, można przypuszczać, że nikt by jej nie chciał, choć nie mogę się za kogoś wypowiadać. Więc...może warto i ten szpital oswoić. I okno z kasztanowcem. Chociaż, miałam ostatnio wrażenie, że i jego tknęła sierpniowa burza. Może to też- tak miało być?
UsuńI wzajemnie:) To musisz w końcu spełnić obietnicę, wiesz XD Bo poczytuję to jako obietnicę XD
Wierzę, że wyjrzał. Nawet, jak nie zauważył. Do tej pory pamiętam "gdzie? co? jak? XD" Tak miało być, tak sam mi powiedział "po". Też nie chciał, bym się obwiniała. Więc walczę z tym, ale... z częścią natury w sumie trudno walczyć. ;) I tak - być może i tak miało być.
Usuń:) Ok ^^ Teraz co prawda będę rzadko bywać w Poznaniu, ale jakbym miała się zjawić - to dam znać co do przytulania xD
No to akurat możliwe:) I jasne, że trudno, gdyby było łatwo to...na co by to było wszystko warte? Ale walczyć mimo wszystko warto.
UsuńNo, oby:)
Bardzo wzruszająco to napisałaś... Żaden dzień się nie powtórzy, żaden nie będzie taki jak poprzedni. Trzeba cieszyć się tymi chwilami, które mamy tu i teraz.
OdpowiedzUsuńDokładnie. Bo nic dwa razy się nie zdarza, idąc za Szymborską więc...nie zostaje nic, jak docenić tu i teraz.
UsuńTen mój chujowy dzień w pracy przyniósł tesknote. I gdy momentami siedziałam ze lzami w oczach to nie wiedziałam czy to przez wkurwa czy właśnie przez tesknote. A później, jak Ci opowiadałam, patrzyłam z zachwytem na to miasto. Wracając do domu, dużo myślałam o Kroliku. To był właśnie smutek pomieszany ze szczęściem. Bo nie ma już co gdybac. Jest jak miało być. A przecież jest dobrze.
OdpowiedzUsuńI ja obawiam się listopada. Może dlatego tez jestem ostatnio taka rozchwiana.
Internet wkurwiajacy, ale dosyć laskawy, musisz przyznać. Ja byłam w szoku, często chodzi gorzej ;) i możesz u mnie przesiadywac nawet jak nie mam internetu :P w ogóle, może trzeba by wykorzystać balkonu póki nie jest za zimno? Chłodne wieczory, koce, herbatka i książki? ;)
Bo właśnie...nie idzie uniknąć tego, że one się mieszają, smutek ze szczęściem. Ale ważne, to jednak w końcu, w tym wsyzstkim się uśmiechnąć. To zerowy bilans, a zerowy bilans..jest dobry. I starcza.
UsuńTeraz na balkon już za zimno, bieremy moją kołdrę XD
Mam w szafie płaszcz. W jego kieszeniach wciąż są zeszłoroczne (i te jeszcze z roku wcześniej) kasztany, które on wpychał mi do rąk, w czasie naszych jesiennych spacerów "do nikąd". Mam w szafie płaszcz i torbę z listami i wszystkie prezenty, zdjęcia. Wiem, że one tam są. Ale nas już nie ma. I trochę mnie to przeraża, że za chwilę minie rok. Niedługo znów go założę (płaszcz), ale wiem też, że opróżnię kieszenie. I w końcu zdobędę się na wyniesienie starych listów, których zawartość okazała się tylko tandetnym kłamstwem. Nie na śmietnik, jestem zbyt sentymentalna. W mojej piwnicy tworzy się już całkiem pokaźna kolekcja wspomnień. Są tam też rzeczy po Chłopcu, który też umarł zbyt młodo. Ale to było jeszcze wcześniej... Czas... Listopad to miesiąc przemijania, zamarzania. Przepraszam, że to napiszę (jestem chyba zbyt oschła, bezpośrednia, ale to naprawdę to, co czuję), ale to adekwatny czas na umieranie... Nawet moja próba samobójcza właśnie odbyła się listopadem - idealnie, perfekcyjny krajobraz za oknem, zawsze dbałam o szczegóły, choćby podświadomie. Mój Chłopiec umarł w maju. I to było tak boleśnie kontrastowe, paradoksalne... Gdy wszystko kwitło, odżywało, śmiało się. On po prostu odszedł, po cichu, zostawiając mnie ze śpiewem ptaków i zapachem białego bzu w nozdrzach. Nigdy nie zapomnę tego co poczułam... Zdumienie było dominującą emocją. Bolesne zdumienie.
OdpowiedzUsuńBo to wszystko zostaje, to piękne pamiątki ale...nieraz chyba właśnie musimy zostawić to "za sobą". Nie da się zapominać, ale da się nie rozdrapywać ran. Przynajmniej, ja odkryłam tą prawdę w swoim życiu. I może właśnie w ten sposób trzeba się jakoś pożegnać? Tak a nie inaczej, prędzej czy później?
UsuńI może jesień jest bardziej odpowiednia na śmierć, bo się z nią nieodzowanie kojarzy przez święty cykl życia, umierania przyrody i zmartwychwstawania ale...to zawsze i tak boli. Choć, ten kontrast może boleśniej jeszcze palić w oczy. Ci, których traciłam umierali pod koniec lata albo późną jesienią. Więc...może fatycznie, to inaczej. Ale z jednym i tak zawsze też, będę kojarzyć bez.
No i co mam Ci powiedzieć?
OdpowiedzUsuńNapisałaś coś tak pięknego, że przez cały czas ściskało mnie w dołku, aż w końcu nie wytrzymałam i popłakałam się.
Zwłaszcza przedostatni wers wycisnął ze mnie wodospad łez. :P Bo przez to wszystko na nowo zaczęłam tęsknić. Chociaż znałam go tylko tak blogowo, to zatęskniłam znów. Bo na co dzień człowiek nie myśli o tym, że kogoś już nie ma, że już nie będzie. Tylko przyjdzie taki moment i po raz kolejny jest tak cholernie ciężko przyjąć to do wiadomości...
Tak czy inaczej - powtórzę się - pięknie to wszystko opisałaś. Najpiękniej jak to było możliwe i zdobyłaś tym moje serducho!
W sumie...sama nie wiem, co miałabyś mi powiedzieć.
UsuńAle wiesz...nieraz trzeba płakać właśnie. Może sobie przypominać. I na co dzień się o tym nie myśli, bo się żyje i o to chodzi. A czasem trzeba smutek przemieszać z radością życia...i iść dalej:)
Cóż, dziękuję:)
Sentymenty.....
OdpowiedzUsuńCzasem także mnie dopadają. I na tle tego, co wciąż czuję, szare życie traci smak.
Trzymaj się ciepło :)
Bo nieraz dopaść muszą ale właśnie..życie nie musi przez nie wcale tracić smaku. Choć, to kwestia chyba rodzaju sentymentów...
UsuńI ty też:)
Mam taką samą życiową filozofie. Każde doświadczenie życiowe jest na swój sposób piękne i ten smutek, ból, tęsknota, wściekłość też na swój sposób takie są. Bo życie jest dobre samo w sobie. Nawet kiedy jest okropne i non stop kopie w dupę, to i tak jest dobre. A wszystko przez co przechodzimy jest wartościowe.
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że jednak tej jesieni będzie i u Ciebie i u mnie więcej takie czystej radości i ciepła. Tego Ci życzę. I mam nadzieję, że jednak będziesz tu wpadać od czasu do czasu, nawet pomimo braku internetu ^^
Dokładnie. Życie jest w zasadzie jednym i drugim i nie można jakoś...odzidzielać tego, wybierać sobie tego, co ciepłe i proste w zasadzie. Bez tego, życie nie miałoby sensu, prawda?
UsuńI na razie jest:) Podoba mi si ta jesień i jak widać, internet odzyskałam XD
ja chcę, żeby ta jesień była niezapomniana, i żebym też mogła ją za parę lat wspominać.
OdpowiedzUsuńWięc tego ci życzę:)
UsuńCholera, znowu mnie ścisnęło. Bo to jest właśnie kwintesencja pojmowania życia, szczęścia, cierpienia. Całość. I że szczęście jest spokojem, harmonią... taką wewnętrzną.
OdpowiedzUsuńI taką tęsknotę lubię właśnie. Nie rozpaczliwą, że człowiek się miota, nie wie, co z sobą zrobić. A właśnie taką ciepłą, spokojną.
Hm...ale to może i dobry ścisk, co?:) Nie chcę, żeby ciebie akurat ściskało źle, zwłaszcza przeze mnie:)
UsuńWłaśnie, ona jest piękna, co?:) Ale mało kto to chyba też rozumie tak naprawdę.
Byłam, przeczytałam. Tak pisałam też Królikowi, gdy słowa wydawały mi się nieadekwatne, nieodpowiednie. Zawsze rozumiał... I Ty też wiesz, co mam na myśli, prawda?
OdpowiedzUsuńI ja rozumiem, o co chodzi:) Więc spokojna :)
UsuńPrzeczytałam. Zamyśliłam się. Coś poczułam. Coś zobaczyłam. Ale pisałaś do niego, więc ograniczę swój komentarz do tych kilku słów. Tak, żebyś wiedziała.
OdpowiedzUsuńRozumiem o co chodzi. Trudno odnosić się do słów które tak naprawdę...są dla kogoś innego.
UsuńNa pewno ten listopad będzie inny, spokojny taki. Ale nie wolno się go bać. To miesiąc pamięci tych, których kochamy. I moich urodzin :)
OdpowiedzUsuńTo będę mówić ci wszystkiego najlepszego XD
UsuńWszyscy piszą już o jesieni, a ja wciąż widzę lato.
OdpowiedzUsuńNadal lato?:D
UsuńKocham jesień, ona ma w sobie magiczną moc. Chciałabym żeby w tym roku była niezwykła.
OdpowiedzUsuńI będzie..jeśli sami to sprawimy:)
Usuńjeszcze dwa tygodnie lata, a jednak już czuć w powietrzu jesień. upały minęły, wczoraj z porywistym wiatrem idiś z chłodem chyba naprawdę poczułam, że niedługo lato odejdzie.
OdpowiedzUsuńnie wiem, dlaczego ludziom jesień kojarzy się wyłącznie ze złym, z depresjami, złym humorem, zimnem i ogólnym zniechęceniem.
przecież to pora roku piękna, wyjątkowa. i również pełna wspomnień, więc wcale nie gorsza niż pozostałe.
Dokładnie, już czuć jesień i to całkiem. Wiesz, może dlatego że w naturalnym cyklu jesień oznacza...śmierć? Zamieranie? Z tym, że zapominamy po prostu, że zamieranie prowadzi do odrodzenia.
UsuńA miałam dziś taki dobry makijaż... Rozkleiłam się przy Pani Babci...
OdpowiedzUsuńŚciskam i nie powiem nic więcej, bo nic tu nie trzeba dodawać. Może tylko znów to, że cholernie zazdroszczę takiej miłości.