środa, 2 września 2015

O tym, że już nigdy nie będzie takiej jesieni jak poprzednia, ani nawet takiego lata jak to które przemija, czyli o całości końca i początku, które stają się szczęściem

Wrzesień zaczął się upałem. Nadmiernym, niepomiernym. Upałem męczącym ciało, ale i duszę. Duszę, bo dziwne uczucie przepełniło moje serce, gdy poranek przywitał mnie tak radosnym słońcem wczorajszego dnia. Wiem, że powinnam się cieszyć, że moje serce powinno wypełnić się tym ciepłem, które opływało dziś moje ciało, że przecież powinnam po prostu cieszyć się pierwszym dniem września, albo po prostu tylko narzekać sobie na upał. Ale wyobraź sobie, że nie potrafiłam. Dziwna, niepokojąca myśl, która całkiem niepotrzebnie zagnieździła się pod sercem, to ona doprowadziła mnie do niepokoju,wiesz? Dziwna myśl związana z tobą. Bo przecież rok temu tez było tak pięknie. Jedna taka jesień na 100 lat. Na 130, jak się wykłócałam.

Tak, jedyna taka, która zdarza się w ciągu naszego życia i na pewno zapadnie nam w pamięć, śmialiśmy się, gdy przynosiłam ci kasztany a ty wkładałeś mi do kieszeni dyskretnie te, które łapałeś zza okiennego parapetu swojej klatki. Kasztany, tak, nasze ukochane talizmany, które tak naprawdę wymyślił mój Mąż. Wymyślił o nich zabawna historię, a my ją podłapaliśmy i zmieniliśmy w młode, ale równie dobre jak stare zaklęcie.
Czasem w kieszeniach kurtek znajduję kasztany z poprzedniego roku. Zastanowiłam się wczoraj jadąc do pracy, w porannym lekkim chłodzie, ile z tych znalezionych w kieszeniach przypadkiem, gdy kurtki trzeba będzie wrzucić na ciebie, znalazło się w nich przez ciebie? Ile z nich znalazłam sama, ile podarował mi Mąż, a ile wrzuciłeś do kieszeni mi ty ze swoim rozbrajającym, szerokim uśmiechem? Szkoda, że wcześniej o tym nie pomyślałam, ale nie mogłam przecież o tym myśleć. By każdy kasztan od ciebie, z tamtego roku zachować jako najcenniejszą pamiątkę i jako najcenniejszy talizman, tak samo jak ten pierwszy, który dał mi Mąż. Pierwszy od niego, ostatni od ciebie. Dziwaczna kolekcja by się zebrała, doprawdy.
W tym roku jeszcze nie ma kasztanów, ale był upał. Pewnie pozbieram znów kilka kasztanów na alei Wielkopolskiej, myślałam, mojej ulubionej w Poznaniu jesienią. Przy ilu z nich pomyślę o tobie?

Jedyna taka jesień, jedna na sto. Jedyna, ciepła, prawdziwie złota. Wczoraj pierwszy września, wcale nie pierwszy dzień jesieni, pomyślałby kto. Do tego mamy jeszcze czas, 20 ciepłych, a może deszczowych dni. Ale 1 września był symboliczną jesienią, gdy byliśmy dziećmi jeszcze. Dlatego już myślałam wczoraj o kasztanach. O tym, jak w tamtym roku wszystko we wrześni się potoczyło.

Jedyna taka jesień, nic jej nie powtórzy. Nie ma powrotów. Nawet, jeśli i ta zaczyna się upałem. Nawet, jeśli w nocy przyszły burze i kolejny dzień przyniósł prawdziwie jesienną aurę o poranku. Nie ma takich samych. Nic dwa razy się nie zdarza i już nigdy...już nigdy.

Tamta jesień była wyjątkowa. Bo tej pięknej jesieni wszystko się zaczęło, zaczął się koniec. Tamtego września. Dla większości to listopad był ciosem. Dla mnie początkiem końca był ten piękny wrzesień, tamtego roku. kiedy to z ulic zalanych pięknym słońcem wchodziłam w chłodne mury starego szpitala. Gdy niespodziewanie upadłeś, a ja dostałam telefon od twojej babci.
Chłodne mury starego szpitala, koło którego przecież mieszkam. Ten, w którym spędziliśmy tyle dni tamtej jesieni. Ten, w którym umarłeś.
Często koło niego przechodzę,wiesz? I nie czuję już wcale bólu, ot, mijam kolejny budynek. Ten, w którym miałam zajęcia, ten, w którym przecież miałam też praktyki. Ten, w którym kochałam oglądać zawsze wystawkę anomalii na patomorfologii. Byliśmy tam nawet parę razy razem, pamiętasz?

Ostatnio znów rozmawiałam o tobie z Red. O tym, jak wiele stało się w tak krótkim czasie. Od sierpnia do listopada, w tamtym roku. O tym, jak wiele to zmieniło. Pomyślałam, jak wiele to przecież zmieniło i we mnie. Jak wiele...choć, już nigdy.

To już prawie rok. Prawie rok, od kiedy umarłeś, rok od kiedy wszystko zaczęło się zmieniać. Od czasu, kiedy rozmawialiśmy o tym, że będzie dobrze. O tym, jak pocieszaliśmy się, że być może zaczynasz dopiero swoje życie, a nie kończysz. O tym, że kolejne zakochanie jest przecież właśnie początkiem, że skoro coś zaczyna się w twoim sercu, to serce, nawet to fizyczne nie może cię zawieść. I wiesz co? Po roku myślę, że my już wtedy wiedzieliśmy. Na pewno wiedziałeś 4 listopada. Bo wtedy, jak się okazało, odzywałeś się do wszystkich, których kochałeś, którzy byli do ciebie ważni. Ostatni mail, który wyglądał jak pożegnanie dopiero po twojej śmierci. Ostatnie maile, smy, wiadomości, to wszystko dopiero po czasie złożyło się w całość. My wiedzieliśmy już wtedy. Ja wiedziałam na naszym ostatnim wspólnym Samhain. Być może, dlatego tak trudno obchodzić mi kolejne święta. Tracę zapał, tracę...nie. Może to nie tak. Zbieram siły. Dalej zbieram siły, dalej muszę to robić.

Ale my już wtedy, we wrześniu, gdy wszystko poszło nie tak, gdy nie udało ci się spotkać z Nią przez ten cholerny zator i przez to,że i ona nie mogła, wtedy, gdy upadłeś...już wiedzieliśmy. Ale nadal karmiliśmy się nadzieją, nadal mówiliśmy, że będzie dobrze. W październiku, gdy spałeś za długo po operacji, nadal była nadzieją. Nawet w listopadzie, po twoim upadku, w pierwszych dniach, gdy czekałeś na listopadowe święto...było cholernie dużo nadziei, jak słońca. Ale nadzieja okazała się złudna a i do nas przyszła zima.

Tamta jesień była wyjątkowa, tamten wrzesień, gdy jak się okazało myślałeś, że złamano ci serce, a ty złamałeś je już komuś innemu, choć jeszcze nie przypuszczałeś. Równowaga została zachowana. Tamta jesień, gdy czas pędził i nie pozwolił nawet zapamiętać odpowiednich kasztanów.

A teraz przyszła nowa. Nadchodzi nowa, raczej. A ciepło pierwszego dnia września i pogoda dzisiaj, choć deszczowa z rana, potem jednak piękna, to ciepło i ta pogoda zalały moje serce nostalgią i tęsknotą. Niepokojem. Już dzień wcześniej o tym myślałam, że nie chcę, tak bardzo nie chcę, by ten pierwszy dzień września był upalny, nie chcę i już. Nie chcę, żeby te dni były piękne, ciepłe bo przecież...

I przypomniało mi się, jak ty nienawidziłeś zimy w listopadzie. Jak nienawidziłeś białych płatków, mokrego pierwszego puchu, który spada na przemoczoną listopadowym deszczem ziemię, jak go nienawidziłeś, bo przypominał ci ten pierwszy śnieg w listopadzie, który spadł na trumnę twojej matki.

Czy ja mam nienawidzić i bać się pięknej jesieni? Pomyślałam to z trwogą, bo sama wiem, jak wielki to nieraz stygmat. Jak wspomnienia mogą podtrzymywać na duchu...ale i trzymać za ściśnięte gardło tak, że nie można za nic pójść do przodu.

Wiem doskonale, że nie można żyć przeszłością, wiem to, nie musisz mi powtarzać ty, w mojej głowie, który sam nieraz nie potrafiłeś się od niej odciąć. I to nie jest tak, że nią żyję. To wcale nie tak. Nie jestem typem introspektywnym, jak to ostatnio stwierdziłam. Ani trochę. Żyję z dnia na dzień, staram się cieszyć dalej życiem. Na co dzień nie rzeknę o tobie ani słowa. Tylko czasem są dni, gdy wszystko się przypomni. Gdy przyjdzie piękna jesień. Czasem śnisz mi się, czasem tylko, a nie nieustannie. Czasem to ty, gdy spoglądam w lustro, czasem to ty, gdy nie odbieram od nikogo telefonu, prawie cytując kolejną z piosenek Bono. Czasem to ty, przypomnienie i nagła tęsknota ściskająca serce. Czasem to ty, gdy ktoś mi o tobie opowiada, o tym, jak on ciebie znał. Choć, kocham już słuchać tych historii, już wcale nie bolą. Czasem to ciemne oczy i długie włosy wysokich, chudych mężczyzn na ulicy. Czasem to ciepły, pierwszy dzień września. Czasem to przejażdżka tramwajem koło szpitala, na który na co dzień nie zwracam uwagi.

Na co dzień żyję, kocham, śpiewam wręcz w duszy i na głos fałszuję, gdy drę się w pracy. Na co dzień po prostu staram się nie myśleć. Wszyscy przecież tęsknimy. Na co dzień...to nie ma najmniejszego znaczenia, choć może w tym miejscu tak to nie wygląda. Tak naprawdę, o tym „czasem” spowiadam się głównie już tylko tutaj. Bo wiem, że moja tęsknota, moje „czasem” może ruszyć cudzą lawinę. A po co? Więc istnieje tylko czasem w całej ciągłości życia. Nic więcej, nic, za co ty byś się krzyżował. Bo wiem, jak bardzo nie chciałeś, żebyśmy my przestali żyć, tętnić wraz z momentem, gdy twoje serce przestało bić.

Ale dzisiaj nie mogłam sobie nie przypomnieć, drugiego dnia nadal pięknego września, dzisiaj to właśnie ty, gdy nie odbieram telefonu, to ty, gdy nie odpisuję na smsy. To ty, gdy chcę to wszystko przeżyć sama, przez chwilę, nie dzieląc się tym. Bo to pierwszy dzień września tak upalny, drugi nadal słoneczny, choć chłodny ..a ja spotkałam twoje oczy. I nie chciałam jeszcze nikomu o tym mówić, póki sama...sama nie zrozumiem. A zrozumiem tylko pisząc do ciebie.

Spotkałam więc twoje oczy.

Zmęczona, gdy jechałam po pracy tramwajem, właśnie wtedy. Gdy oczywiście, nie spodziewałam się tego. Zaczytałam się, bo przecież ostatnio czytam książki tylko w tramwajach, bo nie mam czasu na to, żeby czytać w domu. I nagle ktoś stanął nade mną szczebiocząc „Basieńko!”. Wyrwałam się z toku powieści, spojrzałam ponad sobą i zobaczyłam twoje oczy. Oczy twojej babci. Wyrwało mi się babciu, bo przecież, twoja babcia przez te wszystkie lata stała się moją.
Od razu zrobiło mi się głupio, od razu poczułam się tak mała! Bo przecież tak dawno nie byłam w twoim domu, przestałam do ciebie przychodzić. Bo właściwie..po co? Do kogo? Czasem rozmawiam z Rudą, czasem to ona zaprasza mnie na kawę lub herbatę, z nią mam nadal najlepszy kontakt...ale przecież to już nie to samo. To nie ten dom na Ogrodach, gdzie mogę wskoczyć niezapowiedziana na poddasze. Bo od listopada ciebie tam nie ma. Zrobiło mi się głupio, bo przestraszyłam się, że i mój widok może wywołać wspomnienia. Że może wywołać...łzy?

Ale to był tylko moment. Bo mój widok wywołał uśmiech. I wiesz, spojrzałam w te ciemne oczy i dopiero teraz, prawie po roku odkryłam, że przecież są takie, jak twoje. Zawsze mówiliśmy, że jesteście podobni, o podobnej energii, choć spokój miałeś po dziadku ale...bogowie. Jak one w tym tramwaju były....identyczne? Nagle, po takim czasie, gdy ich nie widziałam, stały się ta podobne Tak samo uśmiechnięte i mądre. Tak samo spokojne i przepełnione bólem za uśmiechem. Tak samo rozumiejące, że właśnie tak musi być, że właśnie takie jest życie. Jest zarazem stratą, ale i zyskiem, jest bólem, ale i szczęściem.

Wstałam, gdy tylko dotarło do mnie, ja siedzę, ona stoi. Chyba tylko znajomość pewnych zasad i pewna kurtuazja pozwoliły jej usiąść.
Co tam u was, co tam u mnie. Ani słowa o poprzednim wrześniu. Bo po co rozdrapywać rany? Mamy piękny dzień. Mamy przepełniony uczniami już tramwaj i powietrze po burzy, piękne słońce za szybą. I te ciemne oczy i to odkrycie po czasie, że jedna twarz tak bardzo może przypominać drugą. Odkrycie, gdy twojej twarzy tak czasami brakuje. Och, bogowie. Jak ja tęsknię za twoimi oczami. Jak się okazało, jak ja tęsknię i nieraz za jej oczami Jak ja tęsknię po prostu za tym co było, za tym, co się nie powtórzy. Bo nic dwa razy się nie zdarza. I żaden wrzesień, nawet tak ciepły i ładny, z przelotną burzą i deszczem, nie będzie taki sam. Już nigdy.

Choć każdy wrzesień będzie czegoś początkiem. I na pewno będzie czegoś końcem.

Jechałyśmy razem tylko chwilę, wracała od jakiejś znajomej. No tak. Twoja babcia zawsze była dość rozrywana. Wysiadła, by przesiąść się na zalanym wieczornym słońcu przystankiem. Pożegnała mnie tak mocnym uściskiem, tak mocnym, że prawie obie się przewróciłyśmy, pożegnała mnie prawdziwą tęsknotą nie za tym, co było, a tęsknotą po prostu za mną. Powiedziała, żebym przyszła wreszcie na herbatę, na ciastka z dyni w październiku, bo jesienią zawsze tak dobrze nam się siedziało. I powiedziała wprost, że nie mam się bać...bo nie możemy się bać.

Zamarłam, gdy wychodziła. Zamarłam, bo ona, właśnie ona powiedziała, że nie mam się czego bać. I właśnie ona, ta, o której sądziłam, że złamie się najbardziej, przesłała mi najprawdziwszy uśmiech. Już niecały rok po tym wszystkim. Już wiem, po kim miałeś przede wszystkim siłę. Kto tchnął w ciebie tego ducha.
Wiesz, nie mogłam już dalej skupić się na książce. I gdy wróciłam, nie chciałam nikomu o tym od razu mówić, dlatego siedzę i piszę do ciebie ten list, choć mogłam iść od razu do Red, bo Mąż przecież w pracy. Ale to moje, dlatego myślę o tobie i te myśli porządkuję, zanim pójdziemy spać, zanim opowiem o tym wszystkim swojemu Mężowi przed snem, gdy wreszcie wróci, bo na pewno właśnie to zrobię. Chcę wylać myśli. Chcę je złapać. Bo nie chcę, żeby ktokolwiek źle mnie zrozumiał, to, jak bardzo jestem roztrzęsiona i to, jak chce mi się płakać. Nie chcę płakać, bo łzy znów zostaną odebrane jako smutek. A mimo całej tęsknoty, mimo braku słów- wcale smutkiem nie są. A może, są właśnie tym smutkiem właściwym, tym, o który chodzi w szczęściu.

Króliku, pomyślałeś kiedyś, że w życiu nie chodzi wcale o szczęście, a o piękny smutek? A może raczej o ich mieszankę wybuchową, piorunującą, taką, jaka się teraz i we mnie kotłuje?

Bo właśnie tym jest życie, które nam zostało, Króliku. Tym jest życie, które zawsze było. Wszyscy prą uparcie na szczęście, nie potrafiąc go nawet zdefiniować. Bo czym ono jest? Stanem euforii, który zdarza się raz na kilka dni, zachwytem nad nićmi babiego lata pokrytymi o poranku rosą? Czy tylko to ma być szczęściem?

A może szczęście to o wiele, wiele więcej? Być może, to nie tylko te wszystkie piękne rzeczy z nazwy. Być może, tak jak mówiłeś nieraz, to ten stan spokoju w sercu, spokojna wyspa na którą zawsze możemy wpłynąć pomimo chaosu, chaosu, który oznacza po prostu życie. Poczułam to, jadąc tramwajem, wysiadając na swoim przystanku. Szczęście to o wiele, wiele więcej. I nie jest nawet przeciwieństwem smutku. Smutek składa się na nie. Jego pełna akceptacja, jego zrozumienie- a nawet potrzeba. Bo dojrzały człowiek potrafi sobie na smutek pozwolić.
Bo dojrzały, mądry człowiek widzi życie, jako jedność, jako całość. I może mówić, że już nigdy nie będzie takiego lata i takiej jesieni, bo nic dwa razy się nie zdarza, ale nic nie będzie też wieczne. Dojrzały, szczęśliwy naprawdę człowiek pojmuje, że nie istnieje zawsze, nie istnieje nigdy. I nie zaprzeczają sobie. One są całością, tak jak całością jest cierpienie i radość. Jak całością jest koniec...ale i początek.

Wiesz, Króliku, nasze życie jest stale pod presją. Moje życie, bywa pod presją, którą sama sobie nieraz narzuciłam i przez którą zapominam, czym jest szczęście. Zapominam nieraz o całości i o tym, jak właśnie strata, ból, to wszystko co nazywaliśmy nieraz „złym i niedobrym” jest po prostu cenne. Ja to wszystko jest nam potrzebne, by rozwijać się i dążyć, stale iść do przodu, nawet popełniając błędy, bo i one wcale nie są złe- też są najcenniejszymi nauczycielami. Nieraz, przez presję uśmiechu i tego, by być dla niektórych ostoją sama zapominam, że to nie radość uczy, a ból. I paradoksalnie, ból i tęsknota uczą radości, choć tak wielu z nas nie umie tego pojąć.

I wiesz, Króliku, wyszłam z tego tramwaju na swoim przystanku, przed parkiem. I zamiast pójść jak zwykle, prostą drogą, poszłam przez park, mimo zmęczenia. I stanęłam pod jednym z drzew, patrzyłam w górę na drozda z zachwytem i pomyślałam, że już nigdy nie będzie takiej jesieni, jak poprzednia. Nigdy nie będzie takiej, jakie były. Ale i ta, jest piękna i ja muszę kochać jesienne słońce. Pełnią szczęścia i wcale tego szczęścia nie muszę się bać. To tylko strach jest przeszkodą, tym, co rzuca nam świat pod nogi jako kłody. A raczej, co rzucamy sobie sami.

Już nigdy nie zobaczę twojego uśmiechu w tym życiu, nigdy nie dasz mi tak pięknych kasztanów, już nigdy nie zapalimy razem papierosa, już nigdy nie zagramy razem w karty, nie będziemy wymieniać się książkami i myślami. Już nigdy jesień nie będzie taka sama. Ale i ta może być piękna.

I wiesz. Króliku, pomyślałam też o listopadzie. O tym, ze przyjdzie wraz z pierwszym przymrozkiem i strugami deszczu. Pomyślałam o tym, że to będzie pierwsza rocznica, pierwsza rocznica gdy umarłeś i...nie przestraszyłam się tego dnia. Nie przestraszyłam się listopada ( choć czy go się bałam?), bo kocham przecież ten miesiąc, choć tak wielu obwinia go o najgorsze, jakby był niechcianym dzieckiem. Smutno mi nieraz z tego powodu, bo ty też go nienawidziłeś, a co on winny, ze swoim deszczem i pogodą, która sprzyja idealnej herbacie i wierszom? I pomyślałam, że i jego postanowię uczynić pięknym. A wiesz dlaczego, Króliku? Bo spotkałam twoje oczy i zobaczyłam, że są szczęśliwe. I wiem że moje nieraz biją takim samym uśmiechem i blaskiem. Bo jestem szczęśliwa. Bo mam w sobie ta spokojną akceptację i pewność. I niczego, niczego więcej nie potrzebuję, choć, ktoś znów może tego nie zrozumieć.




P.S. Pomimo, iż dzisiaj się tu zjawiłam, informuję niektórych zainteresowanych, że nie mam stałego dostępu do internetu przez nasze lekceważenie rachunków, a to może trochę potrwać. Chwilowo kradnę internet u Red ale..kto wie, jak długo potrwa jej łaska. Albo jej internetu. 

39 komentarzy:

  1. Czemu wszyscy piszą o jesieni? :P Jeszcze cały miesiąc lata! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo jednak ją czuć w powietrzu, jej pierwszy posmak na języku, nawet drzewa już niektóre brązowieją i nawet przecież już jarzębina dorosła XD Babie lato, przedsmak jesieni. Może też dlatego wielu o tym pisze, bo ten przedsmak lubią, jak ja?:D

      Usuń
    2. Dobrze, że do Częstochowy to jeszcze nie doszło ;p

      Usuń
    3. Poczekaj, poczekaj XD

      Usuń
    4. Błagam, nie!! :D Lato wróć! :D

      Usuń
    5. Chyba nie ma na to szans XD

      Usuń
  2. Mi za to wciąż ciężko przejeżdżać koło szpitala. Ale wiesz co... może dlatego, że po prostu za rzadko tamtędy się przemieszczam. A jeśli już, to odwracam głowę. I to nie dlatego, że obwiniam się, że tam nie dotarłam. Po prostu przypomina mi się zeszły wrzesień/październik, już nie pamiętam, kiedy pisałam mu na szybko sms'a na poprawę nastroju: "wyjrzyj przez okno, wyjrzyj, jadę tramwajem i macham do ciebie!" I machałam jak popierdolona, bo wysiąść na rondzie jak zwykle nie miałam czasu. A do tej pory nie wiem, czy wyjrzał.
    Przytulam Cię mocno mentalnie, bo jakoś tak... mam ochotę Cię przytulić. :* Jak na Ciebie wpadnę to Cię uduszę, o XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możliwe, że wyjrzał. I wiesz, ja wiem, że się obwiniasz ale...tak z kolei nie można. W sensie, że czegoś się nie zdążyło. Jeśli wyszło tak, a nie inaczej, to widać tak właśnie miało być. A plama na sumieniu...po co ona komu? Nikt jej tak naprawdę nie chce, można przypuszczać, że nikt by jej nie chciał, choć nie mogę się za kogoś wypowiadać. Więc...może warto i ten szpital oswoić. I okno z kasztanowcem. Chociaż, miałam ostatnio wrażenie, że i jego tknęła sierpniowa burza. Może to też- tak miało być?
      I wzajemnie:) To musisz w końcu spełnić obietnicę, wiesz XD Bo poczytuję to jako obietnicę XD

      Usuń
    2. Wierzę, że wyjrzał. Nawet, jak nie zauważył. Do tej pory pamiętam "gdzie? co? jak? XD" Tak miało być, tak sam mi powiedział "po". Też nie chciał, bym się obwiniała. Więc walczę z tym, ale... z częścią natury w sumie trudno walczyć. ;) I tak - być może i tak miało być.
      :) Ok ^^ Teraz co prawda będę rzadko bywać w Poznaniu, ale jakbym miała się zjawić - to dam znać co do przytulania xD

      Usuń
    3. No to akurat możliwe:) I jasne, że trudno, gdyby było łatwo to...na co by to było wszystko warte? Ale walczyć mimo wszystko warto.
      No, oby:)

      Usuń
  3. Bardzo wzruszająco to napisałaś... Żaden dzień się nie powtórzy, żaden nie będzie taki jak poprzedni. Trzeba cieszyć się tymi chwilami, które mamy tu i teraz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Bo nic dwa razy się nie zdarza, idąc za Szymborską więc...nie zostaje nic, jak docenić tu i teraz.

      Usuń
  4. Ten mój chujowy dzień w pracy przyniósł tesknote. I gdy momentami siedziałam ze lzami w oczach to nie wiedziałam czy to przez wkurwa czy właśnie przez tesknote. A później, jak Ci opowiadałam, patrzyłam z zachwytem na to miasto. Wracając do domu, dużo myślałam o Kroliku. To był właśnie smutek pomieszany ze szczęściem. Bo nie ma już co gdybac. Jest jak miało być. A przecież jest dobrze.
    I ja obawiam się listopada. Może dlatego tez jestem ostatnio taka rozchwiana.

    Internet wkurwiajacy, ale dosyć laskawy, musisz przyznać. Ja byłam w szoku, często chodzi gorzej ;) i możesz u mnie przesiadywac nawet jak nie mam internetu :P w ogóle, może trzeba by wykorzystać balkonu póki nie jest za zimno? Chłodne wieczory, koce, herbatka i książki? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo właśnie...nie idzie uniknąć tego, że one się mieszają, smutek ze szczęściem. Ale ważne, to jednak w końcu, w tym wsyzstkim się uśmiechnąć. To zerowy bilans, a zerowy bilans..jest dobry. I starcza.
      Teraz na balkon już za zimno, bieremy moją kołdrę XD

      Usuń
  5. Mam w szafie płaszcz. W jego kieszeniach wciąż są zeszłoroczne (i te jeszcze z roku wcześniej) kasztany, które on wpychał mi do rąk, w czasie naszych jesiennych spacerów "do nikąd". Mam w szafie płaszcz i torbę z listami i wszystkie prezenty, zdjęcia. Wiem, że one tam są. Ale nas już nie ma. I trochę mnie to przeraża, że za chwilę minie rok. Niedługo znów go założę (płaszcz), ale wiem też, że opróżnię kieszenie. I w końcu zdobędę się na wyniesienie starych listów, których zawartość okazała się tylko tandetnym kłamstwem. Nie na śmietnik, jestem zbyt sentymentalna. W mojej piwnicy tworzy się już całkiem pokaźna kolekcja wspomnień. Są tam też rzeczy po Chłopcu, który też umarł zbyt młodo. Ale to było jeszcze wcześniej... Czas... Listopad to miesiąc przemijania, zamarzania. Przepraszam, że to napiszę (jestem chyba zbyt oschła, bezpośrednia, ale to naprawdę to, co czuję), ale to adekwatny czas na umieranie... Nawet moja próba samobójcza właśnie odbyła się listopadem - idealnie, perfekcyjny krajobraz za oknem, zawsze dbałam o szczegóły, choćby podświadomie. Mój Chłopiec umarł w maju. I to było tak boleśnie kontrastowe, paradoksalne... Gdy wszystko kwitło, odżywało, śmiało się. On po prostu odszedł, po cichu, zostawiając mnie ze śpiewem ptaków i zapachem białego bzu w nozdrzach. Nigdy nie zapomnę tego co poczułam... Zdumienie było dominującą emocją. Bolesne zdumienie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to wszystko zostaje, to piękne pamiątki ale...nieraz chyba właśnie musimy zostawić to "za sobą". Nie da się zapominać, ale da się nie rozdrapywać ran. Przynajmniej, ja odkryłam tą prawdę w swoim życiu. I może właśnie w ten sposób trzeba się jakoś pożegnać? Tak a nie inaczej, prędzej czy później?
      I może jesień jest bardziej odpowiednia na śmierć, bo się z nią nieodzowanie kojarzy przez święty cykl życia, umierania przyrody i zmartwychwstawania ale...to zawsze i tak boli. Choć, ten kontrast może boleśniej jeszcze palić w oczy. Ci, których traciłam umierali pod koniec lata albo późną jesienią. Więc...może fatycznie, to inaczej. Ale z jednym i tak zawsze też, będę kojarzyć bez.

      Usuń
  6. No i co mam Ci powiedzieć?
    Napisałaś coś tak pięknego, że przez cały czas ściskało mnie w dołku, aż w końcu nie wytrzymałam i popłakałam się.
    Zwłaszcza przedostatni wers wycisnął ze mnie wodospad łez. :P Bo przez to wszystko na nowo zaczęłam tęsknić. Chociaż znałam go tylko tak blogowo, to zatęskniłam znów. Bo na co dzień człowiek nie myśli o tym, że kogoś już nie ma, że już nie będzie. Tylko przyjdzie taki moment i po raz kolejny jest tak cholernie ciężko przyjąć to do wiadomości...
    Tak czy inaczej - powtórzę się - pięknie to wszystko opisałaś. Najpiękniej jak to było możliwe i zdobyłaś tym moje serducho!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie...sama nie wiem, co miałabyś mi powiedzieć.
      Ale wiesz...nieraz trzeba płakać właśnie. Może sobie przypominać. I na co dzień się o tym nie myśli, bo się żyje i o to chodzi. A czasem trzeba smutek przemieszać z radością życia...i iść dalej:)
      Cóż, dziękuję:)

      Usuń
  7. Sentymenty.....
    Czasem także mnie dopadają. I na tle tego, co wciąż czuję, szare życie traci smak.
    Trzymaj się ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo nieraz dopaść muszą ale właśnie..życie nie musi przez nie wcale tracić smaku. Choć, to kwestia chyba rodzaju sentymentów...
      I ty też:)

      Usuń
  8. Mam taką samą życiową filozofie. Każde doświadczenie życiowe jest na swój sposób piękne i ten smutek, ból, tęsknota, wściekłość też na swój sposób takie są. Bo życie jest dobre samo w sobie. Nawet kiedy jest okropne i non stop kopie w dupę, to i tak jest dobre. A wszystko przez co przechodzimy jest wartościowe.
    Mam nadzieję, że jednak tej jesieni będzie i u Ciebie i u mnie więcej takie czystej radości i ciepła. Tego Ci życzę. I mam nadzieję, że jednak będziesz tu wpadać od czasu do czasu, nawet pomimo braku internetu ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Życie jest w zasadzie jednym i drugim i nie można jakoś...odzidzielać tego, wybierać sobie tego, co ciepłe i proste w zasadzie. Bez tego, życie nie miałoby sensu, prawda?
      I na razie jest:) Podoba mi si ta jesień i jak widać, internet odzyskałam XD

      Usuń
  9. ja chcę, żeby ta jesień była niezapomniana, i żebym też mogła ją za parę lat wspominać.

    OdpowiedzUsuń
  10. Cholera, znowu mnie ścisnęło. Bo to jest właśnie kwintesencja pojmowania życia, szczęścia, cierpienia. Całość. I że szczęście jest spokojem, harmonią... taką wewnętrzną.
    I taką tęsknotę lubię właśnie. Nie rozpaczliwą, że człowiek się miota, nie wie, co z sobą zrobić. A właśnie taką ciepłą, spokojną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm...ale to może i dobry ścisk, co?:) Nie chcę, żeby ciebie akurat ściskało źle, zwłaszcza przeze mnie:)
      Właśnie, ona jest piękna, co?:) Ale mało kto to chyba też rozumie tak naprawdę.

      Usuń
  11. Byłam, przeczytałam. Tak pisałam też Królikowi, gdy słowa wydawały mi się nieadekwatne, nieodpowiednie. Zawsze rozumiał... I Ty też wiesz, co mam na myśli, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja rozumiem, o co chodzi:) Więc spokojna :)

      Usuń
  12. Przeczytałam. Zamyśliłam się. Coś poczułam. Coś zobaczyłam. Ale pisałaś do niego, więc ograniczę swój komentarz do tych kilku słów. Tak, żebyś wiedziała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem o co chodzi. Trudno odnosić się do słów które tak naprawdę...są dla kogoś innego.

      Usuń
  13. Na pewno ten listopad będzie inny, spokojny taki. Ale nie wolno się go bać. To miesiąc pamięci tych, których kochamy. I moich urodzin :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To będę mówić ci wszystkiego najlepszego XD

      Usuń
  14. Wszyscy piszą już o jesieni, a ja wciąż widzę lato.

    OdpowiedzUsuń
  15. Kocham jesień, ona ma w sobie magiczną moc. Chciałabym żeby w tym roku była niezwykła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I będzie..jeśli sami to sprawimy:)

      Usuń
  16. jeszcze dwa tygodnie lata, a jednak już czuć w powietrzu jesień. upały minęły, wczoraj z porywistym wiatrem idiś z chłodem chyba naprawdę poczułam, że niedługo lato odejdzie.
    nie wiem, dlaczego ludziom jesień kojarzy się wyłącznie ze złym, z depresjami, złym humorem, zimnem i ogólnym zniechęceniem.
    przecież to pora roku piękna, wyjątkowa. i również pełna wspomnień, więc wcale nie gorsza niż pozostałe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, już czuć jesień i to całkiem. Wiesz, może dlatego że w naturalnym cyklu jesień oznacza...śmierć? Zamieranie? Z tym, że zapominamy po prostu, że zamieranie prowadzi do odrodzenia.

      Usuń
  17. A miałam dziś taki dobry makijaż... Rozkleiłam się przy Pani Babci...
    Ściskam i nie powiem nic więcej, bo nic tu nie trzeba dodawać. Może tylko znów to, że cholernie zazdroszczę takiej miłości.

    OdpowiedzUsuń