W
ciągu ostatniego tygodnia miałam wrażenie, że czas ucieka mi
przez palce. Jakbym nadmiernie chciała pogodzić...wszystko naraz,
pracę i czas wolny, spotkania z każdym po kolei znajomym,
chciałabym sobie spokojnie posiedzieć sama z książką, znów
odpisać na parę wiadomości, powędrować dookoła jeziora razem z
Mężem na kolejnym ze spacerów, tym razem, już jesiennych
prawdziwie spacerów. Jakby coś mnie goniło, jakby nie dawało mi
spokoju.
Wszystko
naraz. Spotkanie z tym, tamtym, wyjazd do teściów, obiecany spacer
z Red na cmentarz, książki z biblioteki do przeczytania i
niepokojące białe fragmenty kartek, które przecież miałam
zamalować, na których miałam uwolnić wizje ze swojej głowy.
Jakby mnie coś goniło, jakbym przeczuwała...nadchodzące zmiany.
Mówiłam
sobie w swojej głowie, spokojnie, przecież teraz nic się nie
dzieje, każdy weekend masz wolny, w końcu spotkasz się i z Cat i z
Werą, z Iloną i z A., z Maciejem i z Zośką. Mam za dużo
znajomych, jak mówi Red. Ma może rację, ale co ja poradzę, że
lubię ludzi? Nie ma co biec, wszystko w swoim czasie. Wszystko w
swoim czasie, a ja, jakby podświadomie, chciałam spotkać się z
każdym jakoś przed naszym wyjazdem w góry.
Dzisiaj
znów dowiedziałam się, że warto słuchać swojej intuicji. Być
może, gdy wrócimy z gór, 3 października wszystko się pozmienia.
Być może, dostanę nową pracę. Nową i całkiem inną, niż
wszystko to, co do tej pory robiłam...ale jednocześnie coś, co
świetnie znam przez szkoły, praktyki. Pracę w jednym z dwóch
wyuczonych przeze mnie zawodów. Nie, nie elektroradiologa ani fizyka
medycznego. A pracę opiekuna medycznego. Zawsze coś.
Jesień,
wraz ze swym chłodnym wiatrem i dłuższymi cieniami przyniosła
więc zmiany. I to je właśnie być może przeczuwałam, gdy z
każdym po kolei chciałam się teraz spotkać, w ciągu tych dwóch
weekendów, które mi zostały, choć, przecież, wiem, że to się
nie uda. Może dlatego chciałam na spokojnie, a jednak z niepokojem
pospędzać chwile w ciszy. Być może...bo zmiany wymagają sił. A
te pewnie będą wiązały się z brakiem czasu.
Być
może przeczuwałam już coś, gdy przyszła jesień, a ja
obserwowałam starszych ludzi w tramwajach, znów z pewną dozą
czułości, ciepła, gdy odnawiałam ich zapach i zapach śmierci w
swojej pamięci. Bo zapach śmierci to coś, co nie dotyczy każdego,
bo zapach śmierci to coś, co potrafią wyczuć tylko nieliczni. Tak
jak nieliczni śmierć potrafią obserwować na co dzień, trzymając
tych, co odchodzą za rękę, bez zbędnego żalu. Będąc
„odprowadzaczami”. Być może przeczuwałam coś, pewną zmianę,
gdy obudziła się we mnie ta absurdalna tęsknota, tęsknota za
tymi, którym nie zostało wiele życia i za tymi, którzy potrzebują
najwięcej czułości w ostatnich godzinach. Tęsknota za potrzebą
cierpliwości i ciepła drugiego, chorego człowieka. Tęsknota za
przeczuciem jesieni i samą zimą, którą przecież tak dobrze
poznałam i przez studia, które spędziłam praktycznie na onkologii
i przez kolejną szkołę, która nauczyła mnie jeszcze więcej
cierpliwości i czułości. Zatęskniłam za swoimi „Ptaszynami”
o których pisałam w styczniu jeszcze, pomyślałam, że być może
powinnam je odwiedzić, a raczej odwiedzić te, które jeszcze żyją
i te, które tak bardzo przeze mnie płakały, gdy odchodziłam z ich
oddziału.
Przeczuwałam
coś, gdy we wtorek, będąc w pracy którą wykonuję obecnie i
widząc pewne „kwasy” pomyślałam sobie najpierw cicho w głowie,
potem już na głos przy Młodej „oho, chyba trzeba szukać innej
pracy”. Jak pomyślałam...tak nie zrobiłam. Nie wysłałam ani
jednego CV. Tak jakoś...pomyślałam, że zabiorę się za to w
weekend. A wczoraj, gdy miałam jedną ze swoich krótkich przerw w
obecnej pracy, zadzwonił mój telefon.
Często
nie odbieram obcych numerów, jednak tym razem odruchowo, po prostu
nacisnęłam zieloną słuchawkę, przyłożyłam do ucha i
usłyszałam dziarski głos.
-Pani
Barbara?
-Tak.
-To
pani chciała u nas pracować?
Wszystko
potoczyło się niesamowicie szybko. I tak też dzisiejszego dnia
zostałam już oprowadzona po oddziale, podyskutowałam z panią
kadrową o pensji i potrzebnych mi dokumentach... i stanęło na tym,
że po dopięciu pewnych formalności, próbnych zmaganiach,
napisaniu paru podań- zostanę raczej przyjęta do pracy i na rok
stanę się opiekunem medycznym Jeśli lekarz nie orzeknie, że nie
mogę pracować, jeśli nic się nie zmieni przez najbliższe dwa
tygodnie...cóż.
Zmieniam
pracę. Trochę, znów, zmieniam przez to życie.
Niejeden
zapewne popukał by się w czoło i powiedział „wariatka” z
sykiem, gdyby usłyszał mój entuzjazm w głosie, gdy dzwoniłam po
rozmowie kwalifikacyjnej do Męża, do mamy, do A. i do teściów, bo
każdemu przecież obiecałam telefon, obiecałam, gdy jeszcze
wczoraj wieczorem chodziłam zestresowana, choć nie tak, by pokazać
to komukolwiek. Dopiero tuż przed snem zaczęłam panikować „ a
co jeśli się im nie spodobam?”
Pewnie
niewiele. Nie mam wielkiej konkurencji w tej pracy. Mało kto chce
się tym zajmować i dlatego, wielu osobom pewnie mój entuzjazm
wydawałby się nie na miejscu/ Tak jakbym nie wiedziała, na co się
piszę.
Z
tym, że ja wiem, doskonale. Moje praktyki zimą uświadomiły mi to
w pełni. Jak to mówili u nas w szkole? „Najcięższa praca za
najniższą płacę”. Święte słowa. Ciężka praca fizyczna z
obciążeniem psychicznym za najniższą krajową. O, przepraszam.
Najniższa krajowa przez pierwsze trzy miesiące. Potem dostanę...sto
złotych więcej, bo mam dyplom, wykształcenie, nie tylko opiekuna
medycznego, ale i do tego wyższe medyczne, inne, ale jednak!
Najniższa krajowa, a przede mną 12 godzinne dyżury. Praca przez 12
godzin dziennie, niezależnie, czy to poniedziałek, czy niedziela.
Praca w każde święta praktycznie, praca w nocy, kiedy to każdy
porządny Kowalski po prostu przewraca się z boku na bok. Praca, w
czasie której rzadko kiedy ma się tak zwane wolne weekendy. Praca,
w której często nie ma się czasu dla swojej rodziny, dla
znajomych, nie ma się czasu żeby po prostu wyskoczyć na piwo.
Praca
służebnic, jak określiła to kiedyś moja znajoma, która właśnie
w tym domu opieki pracuje. Czeka mnie przecież karmienie,
przewijanie, zmienianie opatrunków. Mycie, babranie się w kupach,
moczu, wymiotach. Zbieranie kawałków ludzkiego ciała, dosłownie
zbieranie kawałków ludzkiego ciała, gdy to zmarnowane chorobami i
bezruchem po prostu zaczyna się rozpadać. Czeka mnie gotowanie,
sprzątanie, zmienianie pościeli. Czesanie włosów, robienie
opatrunków. Pewnie cholerne zmęczenie, gdy po 12 godzinnym dyżurze
po prostu będę padała na pysk, w dosłowności, bo nie będę
wręcz mogła ustać na nogach tak jak na początku po praktykach w
domu opieki, gdzie było tylko 26 podopiecznych. Tu będę miała ich
ponad 70 na oddziale. Czeka mnie kolejne męczenie mojego i tak
zmęczonego chorobą organizmu ale...nie mogę się już doczekać.
Mój
Mąż trochę się niepokoi tą zmianą, która ma nadejść a i
niejeden po prostu rzekłby wariatka. Nieraz słyszałam, że taką
pracę wykonuje się chyba tylko wtedy, kiedy nie ma się wyjścia,
tak jak pracę w Biedronce. Bo kto za najniższą krajową chce tak
zapierdalać? Ano ja. I nie wiem nawet, czy umiem to wyjaśnić do
końca. Dlaczego właśnie chcę. Dlaczego tego potrzebuję. Dlaczego
potrzebuję działania tego typu, zamiast siedzenia ze słuchawką w
ręku w obecnej pracy. Mogę siedzieć i pachnieć jak to się mówi
( ok, call center to trudna praca, ale nie pachnie kupą 80 letniej
staruszki) i zarabiać tyle samo ale...wolę być na oddziale domu
opieki społecznej, gdzie przebywają obłożnie chorzy, głównie
starsi, choć nie tylko ludzie. Gdzie są ci którzy umierają na
nowotwory, nie mówią przez choroby neurologiczne i w ogóle,
pozornie nic nie rozumieją. Właśnie tam, nieraz pewnie słaniając
się ze zmęczenia będę czuła się komfortowo. To to, za czym
tęskniłam już od jakiegoś czasu. I być może, jesień i
październik mi to zwrócą.
Zawsze
mówię, że „ktoś to przecież musi robić”, gdy ludzie dziwią
mi się, że komfortowo czuję się w szpitalach, na oddziałach
psychiatrycznych czy opieki paliatywnej. Zawsze mówię to jedno
zdanie, zamykając im usta i nie drążąc tematu. Nie drążę
tematu, bo co mam odpowiedzieć> Że chcę czynić dobro, w które
nie wierzę jako relatywistka? Że chcę pomagać, chociaż wiem, że
pomoc drugiemu to największy egoizm? Ktoś to musi robić. A ktoś
nawet chce.
Wiem,
że mogłabym robić w życiu wiele też innych rzeczy przecież.
Przez długi czas marzyłam o pracy ze zwierzętami i być może,
właśnie do tego wrócę za jakiś czas. Mogłabym żyć typowo...na
roli, jak to mówią, w tym też czuję się komfortowo. Mogę
hodować zioła. Mogę robić wiele rzeczy, twórczych czy bliżej
fizjologii jak to mówią. Ale, w tym momencie, tu i teraz, żyjąc w
mieście, chcę wrócić do szpitali.. I właśnie blisko fizjologii
być...ale może też i blisko ludzkiej duszy? Czy jako
elektroradiolog, czy jako opiekun medyczny, który myje zmęczone i
chore ciała. Ktoś to musi robić ale...”przymusowy pacierz nie
idzie do nieba”, jak to mawiała moja babcia. I od groma w tym
prawdy. Ktoś to musi robić, ale ja chcę. Właśnie o to słowo też
wszystko się rozbija, chcę, pewnie dopóki nie poczuję wypalenia.
Chcę, choć nie zrobię na tym kariery, nie zostanę nikim ważnym w
świecie, nie zdobędę żadnego prestiżu, wręcz przeciwnie,
zostanę jedną z tych pomiatanych i niedocenianych. Chcę, bo mimo
że to najtrudniejsza i najgorzej opłacana praca jest
jednocześnie...pracą najpiękniejszą.
To
cudowne uczucie, dziwne, dziwaczne wręcz uczucie, które naprawdę
trudno zdefiniować, bo nie podpada pod żaden z „paragrafów”.
To cudowne i dziwaczne uczucie, jednocześnie ciężkie i słodkie,
towarzyszyć komuś do końca i właśnie w ten sposób pracować, w
ten sposób dla kogoś..być. Być, jednocześnie będąc kimś
obcym, ale zarazem jakby nieraz przyjacielem. Być może, po prostu,
być dla kogoś człowiekiem w najtrudniejszych momentach?
Dziwacznych, najtrudniejszych momentach, które tak dziwacznie
przyciągają...które odkrywają w człowieku jednoczesny mrok,
który przez czyny staje się dla kogoś światłem. To dobre
uczucie, pomagać, odprowadzać i może dawać jakieś ciepło, ulgę.
A może i jeszcze mobilizować do śmiechu i niektórych działań,
jeśli cokolwiek można wskórać jak przed laty na onkologii, w
zwykłych rozmowach, które mówiły o życiu i o śmierci
jednocześnie, o tym, jak się dopełniają. I to mobilizowało, a
człowiek miał satysfakcję w godzinie cudzej śmierci, miał
satysfakcję, że ktoś choć trochę jeszcze...oddychał. I to nie
tylko płucami. Bo nie zawsze się da, ale jeśli można...to
dlaczego nie? Po prostu, dajcie mi choć jeden powód, dla którego
nie można by było tego robić i czuć się z tego powodu dobrze?
Nie
bierzcie mnie za altruistkę czy Matkę Teresę rzecz jasna. Altruizm
to dla mnie tylko forma egoizmu, która w całkiem inny sposób niż
odbieranie komuś lizaka łechce moje ego. Dlatego właśnie tak
wielce światło miesza się z mrokiem, choć...To też kolejna
ułuda, taka sama jak to, że istnieją dobrzy i źli ludzie. Że w
ogóle, istnieje dobro i zło. To tylko nazwy, istnieją ludzkie
czyny, które każdy może odbierać inaczej, na swój sposób, po
prostu.
Można
to nazwać w jeden z okrutnych sposobów- być może ja karmię się
cudzym bólem, cudzymi problemami, chorobami i cierpieniem, w
momencie, gdy nie jest to ktoś na co dzień bliski, a jest
pacjentem. W momencie, gdy to człowiek, który po prostu potrzebuje
ciepła i ogromnej ilości szacunku. Tak, być może karmię się,
jak to niedźwiedzie mają w zwyczaju, być drapieżnikami z musu,
być może tego potrzebuję, potrzebuję być potrzebna. Być może
właśnie, te wszystkie moje mroczne zachcianki, obsesja na temat
chorób i śmierci, odchodzenia, dopełniania życia tutaj się
uwidocznia. Być może, dorabiam tylko dziwne teorie do prostych
rzeczy, do własnych, okiełznanych jakoś cudem instynktów...
Nie
jestem dobrym człowiekiem, nie jestem człowiekiem wielce
empatycznym jak ostatnio zauważono ( choć, może empatia ma wiele
obliczy? Jednak strasznie przejmuję cudze nastroje) ale...mimo
wszystko, chcę coś od siebie dawać, może i jednocześnie coś
biorąc. Równoważna wymiana, słynny już mój bilans zerowy. I mi
w takim bilansie obecnie, byłoby dobrze. Do tego byłabym teraz
stworzona, nie mówię że wiecznie. Być może, kiedyś moja
cierpliwość się skończy albo coś się we mnie nasyci. Być może,
będę mieć kiedyś dość, ale póki co chcę dawać, jednocześnie
biorąc, bo dawanie to dla mnie obecnie branie. I karmienie się tym,
co każdy chciałby oddać na zawsze z siebie. Tak, tęsknie za tym.
Dlatego chcę wrócić i dlatego chcę od października pracować w
domu opieki społecznej. Jakkolwiek to szalenie nie brzmi, jakkolwiek
wielu nie postuka się w głowę ze zdziwieniem.
Dlatego
ekscytuję się i już zbieram papiery, które zaniosę pani kadrowej
w następnym tygodniu. Dlatego szybko pobiegłam odebrać swój
świeży dyplom opiekuna medycznego ze szkoły, bo do tej pory nie
mogłam się do tego przecież zmobilizować.
Więc
być może, nastaną zmiany, zmiany, które może przeczuwałam. Nie
chcę zapeszyć, ale pewna ekscytacja wylewa się wręcz ze mnie,
pewien strach przemieszany z podnieceniem i dziwną radością w dole
brzucha.
I
być może, znowu, będę patrzeć w cudowne oczy owych ludzi,
których poznam. Tez jakoś w oczy, które pozornie tylko nie
rozumieją, nie należą już nieraz do tego świata, do żadnego ze
światów obecnych, tylko do światów przyszłych. Będę znów
czytać książki na głos w momencie, gdy sama będę mieć przerwę,
jeśli przerwę w pracy jakąkolwiek będę mieć. Jeśli ktoś znów
będzie chciał, bym książki mu czytała. Będę trzymać za
sękate, zimne dłonie. Przytulać, zmieniać opatrunki, rozmawiać.
Mówić też dłońmi, bo czasami słowa to za mało. Być może,
znów na to wszystko los da mi szansę, szansę aż do sierpnia
następnego roku, jeśli uda mi się podpisać umowę, jeśli
wszystko będzie w porządku.
Być
może uda mi się właśnie poznać nowych ludzi i nawiązać
dziwaczne więzi w miejscu, gdzie powinnam tylko pracować być może
i zarabiać. Wierzę, że się uda i wierzę, że wytrzymam, choć
mam pewne obawy. Bo nikt nie jest ze stali ale...chcę spróbować.
Chcę znów chwycić się pewnej szansy i w pewien sposób się
spełniać, zamiast tylko wstawać do pracy. Bo ta praca, być może,
będzie czym więcej. Słynnym „czymś, co lubię”.
Może nawet pokocham, może znów pokocham pewnych ludzi po prostu jako ludzi. Kto wie, czas pokaże, póki co wieją wiatry zmian i już wiem, przed czym chciałam zdążyć. Przed jakimi nowymi wyzwaniami tak naprawdę rozgrzać mięśnie do skoku, jak kot polujący na ptaki.
Może nawet pokocham, może znów pokocham pewnych ludzi po prostu jako ludzi. Kto wie, czas pokaże, póki co wieją wiatry zmian i już wiem, przed czym chciałam zdążyć. Przed jakimi nowymi wyzwaniami tak naprawdę rozgrzać mięśnie do skoku, jak kot polujący na ptaki.
A
wy trzymajcie po prostu za mnie kciuki. Żeby się udało, żeby
przez te dwa tygodnie nic więcej się nie zamieszało i żebym 3
października, po powrocie z gór mogła iść do nowej pracy. Nowej,
choć przecież znanej.
Ty wiesz, że trzymam kciuki. Cieszę się, że CHCESZ :) to powinno być słowo-klucz...:p a reszta jest milczeniem, bo będzie w liście :) naprawdę, super, oby się udało!
OdpowiedzUsuńDzięki, dzięki, dzięki, po stokroć nawet XD I dobrze, poczekam na owe milczenie w takim razie:)
UsuńNo proszę, czyli praca jednak czasem spada z nieba :D Masz niesamowitą intuicję ;) Mi się czasem też spełniają sny, ale wyczuć taką zmianę, powiem Ci, że naprawdę, pozazdrościć :P
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że zdążysz się przed nową pracą spotkać ze wszystkimi, zrealizować swoje plany i dobrze odpocząć w górach. Trzymam oczywiście kciuki! :D
Nie do końca spadła z nieba, bo CV tam zanosiłam jednak i...pracuje tam znajoma ze szkoły XD Więc i ona ma tu swój udział troszkę, pewne zbiegi okoliczności że inna pani poszła na macierzyński no ale...oby się udało:) I powiem ci, że ja przeczucia właśnie mam często ale..nieraz na siebie wrzeszczę, że ich nie słucham, często nie chcę ich jakoś słuchać a potem źle na tym wychodzę więc...już od jakiegoś czasu daję im siebie prowadzić:) I oby:D Już mam swój napięty grafik XD Oczywiście, mogę spotkać się z nimi i potem ale..będzie trudniej. Więc jakoś, oby zadziałało wszystko teraz lepiej:)
UsuńAle wiesz, nie spodziewałaś się :D U mnie w sumie ze stażem jest podobnie, bo jeszcze wczoraj pisał do mnie kolega ze studiów o tym, że nie ma stażów, bo skończyły się w urzędzie pracy pieniądze, a tu chwilę później dowiaduję się, żebym sobie gruntowała sytuację pod mój możliwy przyszły staż ;)
UsuńNie przekładaj spotkań na to trudniejsze później, może z resztą wcale nie będzie tak trudno, ale słuchaj tej swojej intuicji :D
No dokładnie, wiesz, w wielu miejscach CV zostawiałam i mam znajomych ale nie czekałam na nic takiego XD I widzisz, czyli jedziemy na prawie takim samym wózku:) I oby ci się z tym stażem udało, naprawdę:)
UsuńWłaśnie nie mam zamiaru:) Chociaż..nie wszystko ode mnie zależy, no nie?:)
Wszystko się okaże ;) Ale i ja tak mam, że telefon dzwoni zawsze wtedy, kiedy się tego nie spodziewam ;) Złożyłam mnóstwo CV zanim trafiłam do tej oszukańczej firmy a i tak tylko z niej się odezwali, więc chyba naprawdę muszę iść na ten staż :/
UsuńJeśli chodzi o słuchanie intuicji to jednak myślę,że wszystko jest w Twoich rękach :)
I w sumie, coś w tym jest. Może nie możemy za wiele oczekiwać?:D
UsuńI dobra, myślałam, że o coś innego chodzi XD
Ta praca to po prostu Twoje powołanie! Bardzo to czuć czytając ten tekst ;)
OdpowiedzUsuńBo każdy swoje powołanie jakieś ma, rzecz, to je odkryć po prostu:)
Usuń3 października? Toż to w moje urodziny! :D
OdpowiedzUsuńCzyli i u Ciebie zmiany. Cóż cieszę się, że będziesz robić coś czego chcesz, bo brzmi ciężko. Oburza mnie tylko prawdę mówiąc, że taka praca jest tak nisko opłacana. Nic dziwnego, że jeszcze mniej osób się na to decyduje.
Cóż, będę trzymać kciuki, żebyś się przede wszystkim jakoś fizycznie nie wykończyła, bo jednak te 12 godzin to nie byle co. I obyś tego czasu dla siebie też trochę miała :)
O proszę...to na pewno zapamięta teraz XD
UsuńI dokładnie, zmiany nadchodzą właśnie:) I cóż, nie tylko ciebie to oburza ale jakoś...zmian w tej kwestii nie widać:P
I nie mam zamiaru, jak nie będę dawała rady to cóż, zrezygnuję po prostu.
Tak się cieszę, że istnieją jeszcze tak piękni ludzie jak ty. O przepięknym, skromnym, samokrytycznym, ogromnym sercu. Podziwiam Cię Życzę Ci abyś już zawsze miała w sobie tyle miłości i energii do życia. Gorące uściski. :)
OdpowiedzUsuńCóż, dziękuję za tak miłe słowa i za życzenia:)
UsuńPisałaś ostatnio o ludziach starszych... I nagle przyciągnęłaś do siebię tę pracę. Nie wiem, czy kiedyś interesowałaś się fizyką kwantową, ale ja w dużym stopniu w nią wierzę - Twoje myśli prędzej czy później się urzeczywistniają. Czasem w najmniej spodziewanym momencie, w zaskakującej formie.
OdpowiedzUsuńŚmierć jest bardzo potężną siłą. Jeśli tylko zmienimy nasze przekonania o niej. Bo wśród ludzi, nie wiem jak jest w innych krajach bo o nich tylko czytam, ale w Polsce panuje jednowymiarowy pogląd na temat śmierci - brud, cierpnienie, rozpacz (nie zaprzeczam, że często tak wygląda przed-śmierć). Czasem dochodzi do tego jeszcze przerażająca wizja piekła, więc i strach. Czasem nadzieja na czyściec i miłosierdzie stwórcy. Cudownie to nazwałaś - będziesz odprowadzać ludzi do ich końca. Choć to koniec tylko tutaj, w tym wymiarze. Dalej jest więcej. Głęboko wierzę, że nie ma tego bólu, słodkawego zapachu śmierci i łez rozpaczy. Głęboko wierzę, że sobie poradzisz. Warto, choćby na kilka miesięcy, dotknąć tego. Jeśli czujesz, że to właśnie Twoja droga.
Opiekun medyczny dotyka fizjologii człowieka. Wielu ludzi zapomina o wymiarze duchowym, o cieple i miłości (tak, tak - miłości), którą można obdarować. Ja jestem trochę z innej branży, bo zamiast ciała chcę leczyć umysły (dusze). Psychologia. I jak najbardziej oddziały psychiatryczne, na których też niejeden raz byłam. Każdy ma swoją drogę. Każdy chce czuć się potrzebny.
Haha, ale trafiłaś XD Zasadniczo, ja...zajmuję się fizyką kwantową XD A raczej zajmowałam, przez 5 lat życia tak naprawdę wiązałam na studiach fizykę kwantową...z ludzkim ciałem:) Tego mnie uczono, a sama fizykę pokochałam i uznałam za najwyższą, najwspanialszą filozofię, o której mogę mówić godzinami wręcz:) I w afirmację też wierzę, w materię jako zamrożoną myśl..oj, można o tym gadać i gadać XD
UsuńI to prawda, że w Polsce śmierć..przeraża. Ale właśnie to kwestia, w co się wierzy wobec niej, to sprowadza nas do odczuwania śmierci jako takiej. I śmierć pachnie:> Ale to wcale nie jet przykry zapach, wręcz przeciwnie:)
I niestety, wiele osób pracujących tak o tym zapomina. A jednak właśnie...fizjologia, dusza...wszystko sprowadza się do jednego :>
Tak jak pisałaś, wszystko sprowadza sie do słowa: "chcę". A skoro chcesz, tak pracować, to pewnie powinnaś. Skoro jesteś świadoma tego, z czym ta praca się wiąże, to pewnie powinnaś się jej podjąć. I nic dziwnego w tym, źe nie wiesz, jak bedzie za kilka lat i czy będziesz mogła powidzieć "chcę" w tym samym miejscu. Ludzie się zmieniają. Spełniają swoją rolę w jednym miejscu i odnajdują drugie, gdzie stają się częścią jakiegoś projektu. I ważne jest, żeby podejść do tego w ten sposób, jaki robisz to Ty.
OdpowiedzUsuńBedę, oczywiście, trzymać te kciuki, aby "chcieć" zmieniło się w "móc". Powodzenia. ;)
Dokładnie:) Szkoda tylko, że wielu ludzi zapomina w ogóle o wadze słowa "chcę". I za parę lat pewnie...mi się odmieni. Znaczy, zakładam to, bo wiem, że człowiek się zmienia, wiem już, jak ja też w swoim chcę wiele razy się zmieniałam:)
UsuńI dziękuję:)
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń