piątek, 25 września 2015

O tym, że góry mnie wzywają, a ja muszę iść.

Dziś obudziłam się w doskonałym nastroju. Łagodne światło świtu dosięgające wnętrza naszego mieszkania w kamienicy, łagodnie przelewające się na zagraconej podłodze, sprawiło, że od razu się uśmiechnęłam.
To piątek, doskonały piątek.

Może był taki dlatego, że wreszcie, jakimś cudem, miałam w tym tygodniu dobre sny. Dobre sny, w których nie było łez i krwi, zatrzymanych serc i oddechów, krzyków i paniki.

Może dlatego, że Babcia Księżyc zaczynała tej nocy rosnąć, była pięknie widoczna na nagim, bezchmurnym niebem i napełniła mnie swoim światłem, obiecując, obiecując piękno, które niebawem ujrzę.

Może dlatego, że wiedziałam, iż pewne sprawy zostaną dopięte na ostatni guzik. Dlatego, że wczoraj zwolniłam się z poprzedniej pracy i jak zwykle towarzyszyły mi łzy, gdy odchodziłam, ale, przecież, to miłe łzy, gdy człowiek sobie tak pomyśli. Może dlatego, że na wizycie u lekarza pracy nie wyszło nic dziwnego w badaniach, tylko te moje podwyższone leukocyty z którymi muszę udać się od hematologa wreszcie, ale nie bardziej podwyższone niż ostatnio. Kamień z serca, bo jednak mi się nie pogarsza, kamień z serca, bo dostałam wreszcie zaświadczenie o zdolności do pracy, z którym od razu pobiegłam do Domu Opieki Społecznej. Załatwiłam, co miałam, dowiedziałam się, kiedy będę miała pierwszy dyżur. Dowiedziałam się, co czeka mnie po powrocie....właśnie, po powrocie.

Załatwiałam wszystko biegałam, do banku, na pewne zakupy, z zachwytem wybierałam na Rynku Jeżyckim najładniejsze bakłażany żeby zapiec je z makaronem i sercem dla tych, których kocham. Myślałam o cieple w chłodzie wieczora, który nastanie, myślałam o tych, których kocham ale...
...czułam też ten zew w sercu.
To rozkoszne podniecenie, gdy załatwia się wszystko po kolei, żeby wyjechać. Ten zew, gdy wzywa wędrówka, ten zew, gdy wzywają po prostu...góry. Może nie nasze wymarzone w tym roku Bieszczady, może nie ukochane wysokie szczyty Tatr mojego Męża, ale cudowne, magiczne Sudety. Magiczne w wielu opowieściach o złocie, ukrytych skarbach, magiczne w obecności mimo wszystko dzikości, magicznych Kruczych Skał i wodospadów. Magiczne, pełne odosobnienia, ale i śpiewu przy ogniskach w schronisku, pełne klimatu w schronisku Samotnia, w którym to przecież...jest się nieraz samemu, ale nie samotnemu, wbrew nazwie.

Ten dzień zaczął się dobrze, bo wreszcie poczułam ten zew.
Zew podróży w miejsca, które tak kocham, niezależnie, czy są wysokie i nagie, bezdrzewne, czylekko zaokrąglone jak piersi młodych kobiet, wznoszące się nad horyzontem ciała Matki Ziemi. Zew gór.

The Mountains are calling, and i must go.

Ileż razy chciałoby się tak w życiu po prostu powiedzieć?! Ile razy w życiu, rzucić wszystko, jechać nie tylko w Bieszczady, ale wrócić do Gruzji, pojechać w góry Fogarskie wreszcie, co planujemy zrobić w przeciągu 2-3 lat na pewno, pojechać w Alpy...uciec. Uciec od tego wszystkiego. Uciec, wcale nie uciekając, wcale nie uciekając, tylko dogłębnie poznając siebie...i poznając nieraz prawdę o sobie, w obliczu wysiłku, zagrożenia i ostatecznego, najwyższego piękna widzianego ze szczytu.

To ostatnie tą ucieczkę na szczyt by nie uciekać już przed niczym, by czuć wreszcie prawdziwie, zrozumie tylko ten, kto był w górach. To i wiele innych rzeczy. To, jak wolnym i realnym w tej wolności, osobnym ale nie samotnym, można poczuć się dopiero na szczycie, po wielu godzinach zmagań. To, jak można poczuć...że się żyje.
To, jak bardzo człowiek czuje się samodzielny i jak wielkie braterstwo czuje się z tymi, których się kocha, z przypadkowymi ludźmi czuje się więź nawet, gdy wędruje się ręka w rękę, gdzie ślizga się na kamieniach, to, jak można poczuć się samemu, ale nie samotnym, zrozumie tylko ten, kto wspinał się na szczyt. Sam czy z przyjacielem, kochankiem, przypadkowym człowiekiem spotkanym na szlaku. To zrozumie tylko ten, kogo wzywają góry.

Nigdzie indziej człowiek tak bardzo nie czuje życia, które pulsuje, drży, krwawi nieraz obdartymi stopami na górskim szczycie. Nigdzie według mnie człowiek nie widzi takiego piękna. Widzi? Nie, to złe słowo. Widzieć można wszędzie. Ale tylko w górach, tylko w górach, idąc i idąc nieprzerwanie...piękno się czuje. Czuje aż do szpiku kości, czuje w każdym atomie rześkiego tlenu który dopada do płuc, łączy się krwią i krąży, krąży tak szybko, bo przecież, nieraz tak go mało!

Tylko ten, kto wspiął się na szczyt, kto prawie zginął po drodze, musiał stać się kozicą może zrozumieć, jak to jest być wolnym. Tylko ten zrozumie, jak góry wzywają. Tylko ten zrozumie to wycie, wycie serca i tłuczenie się w klatce żeber. Bo ludzkie serce chce być wolne...a nieraz tylko górski szczyt może to sprawić.

Cały rok tęsknię za górami. Wyrywam się z miasta, wyrywam na parę dni z moim Mężem, by wreszcie wędrować. Może nie wśród chmur aż tak wysoko jak w zeszłym roku czy dwa lata temu, może nie ta boleśnie, kalecząc dłonie, gdy zapomniało się rękawic a trzeba trzymać się gołych skał...ale podobnie pięknie. W jesiennym już lesie, pod bacznym wzrokiem jeleni i sokołów. Cały rok tęsknię za górami, przez to wszystko co nas spotkało tęsknię chyba tym bardziej...a teraz znów, znów czuję zew. I próbuję powiedzieć wam o niewypowiedzialnym, próbuję, jednak zmieniam się w niedźwiedzia którym jestem i nie znajduję już słów. Mogę powiedzieć więc tylko o ekscytacji, drżeniu każdego mięśnia, mogę powiedzieć tylko o tym, jak wzrosnę wysoko sama w sobie, wchodząc, wchodząc, wchodząc i prawie tracąc oddech, żeby tam go zdobyć. Ten prawdziwy.

Mówi się nieraz, że ludzi można podzielić na tych, co kochają ocean lub morze i na tych, co kochają góry. Takie powiedzenie jest typowo Polskie, jak słyszałam ale...coś w tym jest. Sama kocham i morze, ale jeśli mam wybierać...wybiorę góry. Dwa skrajne żywioły, jeden każe ci wspinać się godzinami, pokonywać siebie, drugi dokonuje tego samego, ściągając nieraz w dół. Oba bywają tak samo niezrozumiałe. Oba bywają lekceważone.
A ja często nienawidzę tego lekceważenia, choć, wobec gór jest ono bardziej oczywiste.

Powiedz mi, że byłeś w górach w Tatrach i przywieź mi tylko bilety w wjazdu na Gubałówkę albo zdjęcia Giewontu z miasta. Byłeś w górach, widziałeś szczyt, ale nie oddychałeś nim. Powiedz mi, że byłeś w Bieszczadach i widziałeś tylko zalew Soliński i siedziałeś w hotelu, bo tam tak pada!
Lepiej nie mów mi nic.
Morze łatwiej lekceważyć, spacerując jego brzegiem, ale zapytaj się rybaka w jego łodzi, rybaka z krańców świata, jakim żywiołem jest ocean. Zapytaj marynarza i nigdy nie odpalaj przy nim papierosa od świeczki, bo tak wielu zginęło na morzu.
Tak wielu zginęło w górach.
Gdy wchodzisz na szczyt, wreszcie to rozumiesz. Gdy nurkujesz na dno albo widzisz sztorm. Widzisz, jak pokonujesz siebie, jak przekraczasz granice....

Mówi się, że ludzi dzieli się na tych, co kochają morze i z nim się rozumieją i na tych, co kochają góry. Ja powiem raczej, że ludzi dzieli się na tych, co dotykają tylko naskórka wszechświata i nie zmagają się z życiem i na tych, którzy wędrują, dokopując się do najgłębiej skrywanych tajemnic, na tych, co czują świat i pływają w jego krwioobiegu, nieraz boleśnie rozcinając przy tym swój.
A to rozumiesz w pełni dopiero w górach.
Rozumiesz, że są ludzie, którzy leżą na brzegach i nie zmagają się z oceanem, którzy zostają w miastach u podnóża szczytu, zamiast wspinać się i wspinać i wspinać...
Są ci, którzy żyją z dnia na dzień i tak wyglądają ich podróże. I nic w tym złego, każdy po prostu wybiera. Choć z tymi nieraz tak trudno mi się dogadać.
Są też jednak ci, którzy idą tak daleko, jak nogi poniosą, żyją z dnia na dzień, bo muszą, ale gdy poczują zew...przeobrażają się. Są tacy, którzy cały czas słyszą ten krzyk, ale są tacy, którzy jak szarańcza, bo przez długi czas nie mogą się wyzwolić, tłamsi ich życie, ale gdy zaczną swą wędrówkę...nie mogą przestać.

Są tacy, którzy muszą wędrować, w swoich głowach, dotykając coraz więcej i więcej, nie odpuszczają, konfrontują się z rzeczywistością. I nie ma znaczenia, czy wolą morze czy góry, ale poznasz ich po tym, gdy w końcu mogą wyruszyć. Bo nie będą tylko leżeć i dotykać powierzchni, oni wejdą do lasu, oni wejdą na szczyt, oni będą walczyć z oceanem i zejdą do głębi jego ciemnych trzewi, do samego centrum jego zimnego brzucha.
To ci, którzy idą i znajdują w drodze dopiero spokój. W tym, jakie myśli przychodzą, gdy krew szybciej krąży. To ci, co stawiają wszystko na jedną kartę, mówią, że nic im nie może się stać, gdy przeskakują nad przepaścią i tam dopiero rozumieją, że ci, których się kochało wcale nie odeszli. To ci, którzy rozumieją zew.
I to wszystko zaczynasz rozumieć dopiero na górskim szczycie albo w głębi oceanu. Dla mnie tym miejscem będzie zawsze górski szczyt, nie dogaduję się z wodą, nie z taką, nie tamtą ale...

Niektóre rzeczy zrozumieją tylko ci, którzy wędrują w górach. Tylko ci, którzy po wielu godzinach wędrówki wreszcie zrzucą plecak albo staną nad przepaścią w chmurach. Ci, którzy widzieli kozice i podziwiali pikujące w dół orły. Ci, którzy przemierzyli wiele kilometrów, nie spotykając człowieka oprócz tego, z którym zdecydowali się wędrować. To zrozumieją tylko ci, którzy prawie zamarzli, skręcili kark na oblodzonym szczycie w środku lata. Ci, którzy potrafią respektować potęgę i czuć, chłonąć, wreszcie oddychać tak zimnym, jedynym w swoim rodzaju powietrzem. Niektóre rzeczy zrozumieją tylko ci, którzy pili z górskich strumieni i padali, nie mogąc ruszyć żadną kończyną, gdy wreszcie po wielu godzinach udało im się wygrać z kamienistym szlakiem. Niektóre rzeczy zrozumieją ci, którzy poranili o głazy stopy i którzy ratowali tylko modlitwami szeptanymi cicho w sercu swoje życia podczas górskiej burzy.
Niektóre rzeczy zrozumieją tylko ci, którzy stali pod czystym górskim, na którym ginęły spadające gwiazdy, tylko ci, którzy wyciągali wtedy ręce, bo wydawało się, że naprawdę stoi się bliżej nieba.
To zrozumieją tylko ci, którzy byli w niebie górskiego szczytu. Bo byli w nim naprawdę.

Niektóre rzeczy zrozumieją tylko ci i im nie muszę o tym mówić. Innym nie wytłumaczę czym są góry żadnymi słowami. Bo i one nie mówią do nas tym językiem, do którego przywykliśmy w swoich miastach. One mówią do nas wysiłkiem i pięknem, dzikością i jedynym swojego rodzaju smakiem wody ze strumienia. Zrozumie to tylko ten, kto z nimi rozmawiał.
Jeśli jeszcze nie próbowałeś...może najwyższa pora?

Więc góry mnie wzywają, a ja muszę iść.
Jutro spakujemy swoje plecki, zaimpregnujemy najlepsze na takie wędrówki buty, buty które nieraz ratowały życie, jutro zjemy ostatni posiłek w domu, ostatni posiłek, bo przecież każdy przed wędrówką jest ostatni, przed tym, co znów góry, nawet te niskie, zmienią w człowieku. Co zmieni wędrówka, bo ta zawsze nas zmienia, nawet, jeśli nie widać tego od razu.
Więc góry mnie wzywają, a ja muszę iść.
W niedzielę wsiądę w pociąg, dośnię ostatnie miejsce sny. W niedzielę powitam idealną, krwawą Babcię Księżyc w pełni na niebie, w niedzielę będę bliżej nieba, gdy w czasie krwawej pełni będzie zaćmienie księżyca i może, znów będę w niebie, tym razem nie łapiąc gwiazd, tylko kochając tego, który będzie ze mną i śpiewając mu swoje dzikie, kobiece pieśni.
Więc góry mnie wzywają, a ja muszę iść.
Tam, gdzie wielu nie dostrzega blasku, rozglądając się i węsząc życie tam, gdzie wielu też po prostu idzie. Tam, gdzie będę dostrzegać zieleń w swoim oku, zamroczonym nieraz ze zmęczenia po wielokilometrowych trasach. Tam, gdzie w miejscach, gdzie śpimy, ludzie są całkiem inni, prości i ciepli, przytulni jak ich domy ogrzewane bukowym drewnem. Tam, gdzie będę spać tylko jedną noc i poznam znów, wielu jednorazowych przyjaciół, bo tacy są najprawdziwsi w górach, gdzie jeden zawsze pomaga drugiemu..
Więc góry mnie wzywają, a ja muszę iść.
Muszę iść, by wreszcie, po całym roku oczyścić się w szumie górskiego strumienia, by odczuć że żyję, gdy wejdę tak wysoko, mimo że sądziłam już w tym roku tyle razy, że umieram. Poczuć, że żyję, bo coś we mnie umarło, ale wiem, że w górach narodzi się na nowo. Poczuć, że złe oko wcale nie dosięga, póki wędrujesz, póki idziesz, idziesz, idziesz...Kolejna rzecz, którą zrozumie tylko ten, który wędrował na szczytach.

Więc góry mnie wzywają, a ja muszę iść.
Wracam za tydzień. A może nigdy?



A na koniec coś, co wyraża wszystko, gdy to się obejrzy. Ukochany kawałek mojego Męża, który...czuje zew gór i wędrówki jeszcze bardziej niż ja. Jeśli nie rozumiesz górskiego szczytu i wędrówki..cóż. To chociaż namiastka. 


30 komentarzy:

  1. no właśnie, ile razy by się chciało rzucić tym wszystkim i zniknąć razem choć na tydzień. wyłączyć telefony, żeby szef nagle nie dzwonił, że trzeba przyjść do pracy, nie brać komputera, a jedynie zapas kart pamięci do aparatu, tych o dużej pojemności. i wyjechać, nieważne, czy to w góry, nad jezioro czy morze - byle gdzieś na odludzie.

    udanego wyjazdu a takim razie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. A jednak, człowiek znika planowo, nie odbiera, jest sam na sam z tymi z którymi chce albo dosłownie sam...i tak też jest dobrze:)
      I dziękuję:)

      Usuń
  2. Tak wyjechać daleko gdzieś, zaszyć się przed światem chociaż na kilka dni.. też bym chciała...
    Jeśli chodzi o góry, to byłam tylko raz ale niestety wędrówki, wspinaczki nie są dla mnie ze względów zdrowotnych, więc nie za bardzo mnie tam ciągnie ;) wolę bezpieczniejsze okolice np. morze, do którego mam bardzo blisko :)
    Życzę udanego wyjazdu :)) odpocznij i zrelaksuj się :) a ten kawałek jest niezły, naprawdę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, jeśli zdrowie nie pozwala ci na góry ( bo faktycznie, czuć trzeba przed nimi respekt i zdawać sobie sprawę, co dla nas) to właśnie odpocząć idzie tak wszędzie...byle w dziczy, z dala od ludzi. Chociaż dla mnie góry właśnie są wyjątkowe i tam odnajduję "to coś" w sercu, co każdy może mieć w jakimś swoim, dzikim miejscu właśnie:) dlatego nie dzielę ludzi na "górowych" i "morzowych" na tych co pięknie uciekają i tych, co uciekać nie potrafią..i tym razem ucieczka jest raczej dobrą rzeczą:)
      I dzięki, mam zamiar:) Najlepszy!^^

      Usuń
    2. Taka ucieczka by mi się teraz przydała :) Taki ogarnąć się wewnętrznie na następne miesiące, spokojnie pomyśleć i w ogóle, ale na razie nie mam co o tym marzyć ;) od poniedziałku powrót do pracy :))

      Usuń
  3. A ja właśnie zawsze bez wahania wybierałam i pewnie będe wybierać morze :) Nawet mimo tego, że nie umiem pływać :D
    No i czas zawsze leci jakoś szybciej i przyjemniej, gdy się na coś czeka, chociażby na utęskniony wyjazd :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli należysz do tej grupy XD Chociaż mówię, ja tego podziału nie uznaję, bardziej chodzi o to, czego szukasz w takich miejscach, czy spokoju, piękna, swoistej wędrówki w sobie ...nad brzegiem morza pewnie też można osiągnąć to co ja na górskich szczytach, tylko właśnie to nie dla mnie, bo co innego mnie wzywa. I ciekawe, skąd to się bierze, co preferujemy, prawda?:) I jak widać pływać też nie trzeba i..ja też nie umiem XD
      I dokładnie, to jakiś cel, a my takich celów mamy kilka^^

      Usuń
    2. Szczerze mówiąc, że ja w morzu szukam tego, czego Ty w górach. Właśnie tego spokoju, tego wyciszenia kiedy wsłuchuję się w szum fal. Tego ciepła jakie bije od słońca i piasku ;p Tam mogłabym po prostu umrzeć, to takie moje sacrum, naprawdę :D Zaś w górach trzeba chodzić i to często pod górkę, a ja jestem leniwa :P

      Usuń
  4. Bardzo chciałabym poczuć to co Ty, bo góry uwielbiam, ale do tej pory nie miałam realnej możliwości odbycia prawdziwej wycieczki w góry. Poza tym zaczynam studia nad morzem, a ciągnie mnie w zupełnie przeciwnym kierunku ;>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale...wszystko przed tobą:) I ten pierwszy szczyt jest najcudniejszy, więc może to i ja powinnam zazdrościć?:) I ciekawe, czemu tak właśnie wybrałaś jednak:)

      Usuń
  5. Pobudka w dobrym nastroju to klucz do sukcesu każdego dnia :)
    Latanie po lekarzach jest dla mnie przykre. Zwłaszcza, że tyle różnorakich wizyt na horyzoncie. Szczęśliwy ten, kto zdrowy.
    Ten niepokój spowodowany podnieceniem związanym z wyjazdem jest wspaniały, nie tylko w powiązaniu z organizacją wszystkiego, ale właśnie dlatego, że lubię sobie wyobrażać wspaniałość chwil, które nastąpią.
    Ucieczka od wszystkiego, ucieczka, by bardziej szczęśliwym i spełnionym wrócić... Ja i góry, i morze sympatią darzę. Jak mówisz, to dwa skrajne żywioły, i każde z nich jest dla mnie pociągające. Wdzięczna jestem, kiedy mogę udać się gdziekolwiek, posuwać naprzód, wysiąść i odetchnąć powietrzem tak innym od tego, które jest w domu.

    OdpowiedzUsuń
  6. jako że ja sama jestem żywiołem wody, wciąż ciągnie mnie w stronę wody - morze, ocean, rzeki, jeziora... Do gór przekonuję się, powoli, niepewnie. Myślę, że kiedyś zapragnę doświadczyć ich ognia. Myślę, że kiedyś usłyszę w sobie ich wołanie.
    Życzę Ci wspaniałych widoków. Cudownej pełni. Cudownego zaćmienia. Cudownego czasu.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dobra, wyjdzie jak wyjdzie, ale mnie znasz trochę, więc... "Cień wielkiej góry" Budki to jedna z piosenek, która napędza do życia i tej walki właśnie. Bo, kto jak kto, ale ja muszę walczyć. Rozumiem to, co opisałaś metaforycznie w dużej mierze dzięki własnym doświadczeniom i mogę sobie wyobrazić, że dosłownie musi to być niesamowite uczucie. Bliżej mi mimo wszystko do morza, chyba dlatego, że miałam z nim namacalny kontakt.
    Cudownego pobytu, niezapomnianych przeżyć :)

    OdpowiedzUsuń
  8. A więc przyszedł ten szczęśliwy czas górskich włóczęg. Teraz ja Ci zazdroszczę:) Niech górski wiatr wywieje wszystkie troski i smutki. Zachłyśnij się wolnością, bo nigdzie tak wyraźnie się jej nie czuje, jak w górach.

    OdpowiedzUsuń
  9. A mi ciężko iść w góry mimo, iż w nich mieszkam. Moje rodzinne Beskidy są łagodnymi górami. Bardzo przyjaznymi i wręcz stworzonymi do takich ucieczek od codzienności. Mimo wszystko drżę przed nimi. A wołają nieraz bardzo głośno. Czasem chęć wędrówki przyjdzie do mnie nocą. Czasem w samochodzie, gdy patrzę na jakiś szczyt przede mną. To wszystko krzyczy, ale jednocześnie mam respekt. Boję się ich, choć wiem, że nie powinnam. Życzę Ci udanej wędrówki. Byś uciekła na chwilę od wszystkiego. Byś przestała zmagać się z trudem codzienności, a zaczęła z trudem górskich wędrówek :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak pisałaś mi, że wyjeżdżasz w góry, to przyjęłam to zwyczajnie, cała Frida, rwie ją, to i wyjeżdża. Czytając jednak ten opis, to mi narobiłaś realnego smaka na góry. W ten spokój, w dzicz, wgłąb siebie. Liczę na to, że wrócisz spełniona :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Nigdy nie nie byłam w górach. Nigdy nie byłam nad morzem. Po prostu ich zew do mnie nie dociera. A może to tylko ja ze swoją głuchotą? Może nie dojrzałam jeszcze, by cokolwiek takiego usłyszeć?

    Ale... Sposób w jaki przedstawiasz te swoje góry... Wędrujesz w górach i stajesz się górą. Czerpiesz od niej i dajesz, co możesz. I nie twierdzę, że rozumiem, bo, tak jak pisałaś, to może zrozumieć tylko ten, kto wędrował jak Ty. A ja nigdy nie byłam górą. Ani morzem.

    Niech to będzie dla Ciebie kolejny kamień milowy. Poczuj, co chcesz poczuć i nazbieraj mądrąści ile udźwigniesz. Bo są też dobre ucieczki i ta taka właśnie jest.

    OdpowiedzUsuń
  12. Pięknie napisałaś o swej tęsknocie za górami.
    A ja już za tydzień będę w klimacie górskim, w tak bardzo lubianym przez wszystkich Zakopcu. Cóż...mogę Ci tylko pozazdrościć - mąż nie lubi górskich wypraw.
    Trzymaj się ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  14. Udanej podróży i niezapomnianych wrażeń. :) Na pewno przywieziesz nam wspaniałe opowieści. :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Cóz, zycze udanej podróży i wypoczynku:)

    OdpowiedzUsuń
  16. Też chciałabym sobie zrobić taką odskocznię od rzeczywistości jak Ty :) Udanej podróży!

    OdpowiedzUsuń
  17. Ja czasami mam ochote na góry, na spacer po Bieszczadach, a mocno tez na spacer po plaży. Życzę Ci udanego wyjazdu, odpoczynku, pięknych widoków, siebie po prostu. Ściskam

    OdpowiedzUsuń
  18. Czytałam te słowa i zapragnęłam być na Twoim miejscu. Bo ja z tych, które tylko bywają w Górach ale nie wiem co to jest ten zew, który porywa na szczyt. Bo stoję gdzieś na dole oglądając oklepane miejsca, bez odwagi by wyruszyć i wspinać się coraz wyżej. A Ty mnie zainspirowałaś, tymi słowami coś we mnie obudziłaś...

    Wypoczywaj :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Znam dobrze ten zew i tę tęsknotę za górami. I mam nadzieję, że junior ma ją też we krwi, bo dokładnie w połowie ciąży wdrapałam się na Dolinę Pięciu Stawów. I nie urodziłam ;)

    OdpowiedzUsuń
  20. Nigdy nie byłam w górach, ale chciałabym kiedyś tam pojechać i poczuć to wszystko, o czym pisałaś. Wierzę, że jest to coś cudownego..

    OdpowiedzUsuń
  21. Ostatnio kilka lat pod rząd wakacje spędzam w górach, kiedyś marzyłam, żeby tam zamieszkać, tak bardzo mi się tam podoba. Niestety, już wiem, że nie zamieszkamy w górach, ale zawsze mogę tam wpadać chociaż raz w roku.

    OdpowiedzUsuń
  22. Góry mają coś w sobie, że człowiek poznaje samego siebie w sposób niemożliwy w innych okolicznościach...
    Zostałaś nominowana do Liebstera. Szczegóły u mnie.

    OdpowiedzUsuń
  23. Oh, zazdroszczę. Co prawda ja kocham wodę, uwielbiam Trójmiasto, choć niby jest oklepane.. Chociaż ostatnio właśnie w góry mnie ciągnie. Wstyd się przyznać, ale jeszcze nie byłam.

    OdpowiedzUsuń