Dziś
obudziłam się w doskonałym nastroju. Łagodne światło świtu
dosięgające wnętrza naszego mieszkania w kamienicy, łagodnie
przelewające się na zagraconej podłodze, sprawiło, że od razu
się uśmiechnęłam.
To
piątek, doskonały piątek.
Może
był taki dlatego, że wreszcie, jakimś cudem, miałam w tym
tygodniu dobre sny. Dobre sny, w których nie było łez i krwi,
zatrzymanych serc i oddechów, krzyków i paniki.
Może
dlatego, że Babcia Księżyc zaczynała tej nocy rosnąć, była
pięknie widoczna na nagim, bezchmurnym niebem i napełniła mnie
swoim światłem, obiecując, obiecując piękno, które niebawem
ujrzę.
Może
dlatego, że wiedziałam, iż pewne sprawy zostaną dopięte na
ostatni guzik. Dlatego, że wczoraj zwolniłam się z poprzedniej
pracy i jak zwykle towarzyszyły mi łzy, gdy odchodziłam, ale,
przecież, to miłe łzy, gdy człowiek sobie tak pomyśli. Może
dlatego, że na wizycie u lekarza pracy nie wyszło nic dziwnego w
badaniach, tylko te moje podwyższone leukocyty z którymi muszę
udać się od hematologa wreszcie, ale nie bardziej podwyższone niż
ostatnio. Kamień z serca, bo jednak mi się nie pogarsza, kamień z
serca, bo dostałam wreszcie zaświadczenie o zdolności do pracy, z
którym od razu pobiegłam do Domu Opieki Społecznej. Załatwiłam,
co miałam, dowiedziałam się, kiedy będę miała pierwszy dyżur.
Dowiedziałam się, co czeka mnie po powrocie....właśnie, po
powrocie.
Załatwiałam
wszystko biegałam, do banku, na pewne zakupy, z zachwytem wybierałam
na Rynku Jeżyckim najładniejsze bakłażany żeby zapiec je z
makaronem i sercem dla tych, których kocham. Myślałam o cieple w
chłodzie wieczora, który nastanie, myślałam o tych, których
kocham ale...
...czułam
też ten zew w sercu.
To
rozkoszne podniecenie, gdy załatwia się wszystko po kolei, żeby
wyjechać. Ten zew, gdy wzywa wędrówka, ten zew, gdy wzywają po
prostu...góry. Może nie nasze wymarzone w tym roku Bieszczady, może
nie ukochane wysokie szczyty Tatr mojego Męża, ale cudowne,
magiczne Sudety. Magiczne w wielu opowieściach o złocie, ukrytych
skarbach, magiczne w obecności mimo wszystko dzikości, magicznych
Kruczych Skał i wodospadów. Magiczne, pełne odosobnienia, ale i
śpiewu przy ogniskach w schronisku, pełne klimatu w schronisku
Samotnia, w którym to przecież...jest się nieraz samemu, ale nie
samotnemu, wbrew nazwie.
Ten
dzień zaczął się dobrze, bo wreszcie poczułam ten zew.
Zew
podróży w miejsca, które tak kocham, niezależnie, czy są wysokie
i nagie, bezdrzewne, czylekko zaokrąglone jak piersi młodych
kobiet, wznoszące się nad horyzontem ciała Matki Ziemi. Zew gór.
The
Mountains are calling, and i must go.
Ileż
razy chciałoby się tak w życiu po prostu powiedzieć?! Ile razy w
życiu, rzucić wszystko, jechać nie tylko w Bieszczady, ale wrócić
do Gruzji, pojechać w góry Fogarskie wreszcie, co planujemy zrobić
w przeciągu 2-3 lat na pewno, pojechać w Alpy...uciec. Uciec od
tego wszystkiego. Uciec, wcale nie uciekając, wcale nie uciekając,
tylko dogłębnie poznając siebie...i poznając nieraz prawdę o
sobie, w obliczu wysiłku, zagrożenia i ostatecznego, najwyższego
piękna widzianego ze szczytu.
To
ostatnie tą ucieczkę na szczyt by nie uciekać już przed niczym,
by czuć wreszcie prawdziwie, zrozumie tylko ten, kto był w górach.
To i wiele innych rzeczy. To, jak wolnym i realnym w tej wolności,
osobnym ale nie samotnym, można poczuć się dopiero na szczycie, po
wielu godzinach zmagań. To, jak można poczuć...że się żyje.
To,
jak bardzo człowiek czuje się samodzielny i jak wielkie braterstwo
czuje się z tymi, których się kocha, z przypadkowymi ludźmi czuje
się więź nawet, gdy wędruje się ręka w rękę, gdzie ślizga
się na kamieniach, to, jak można poczuć się samemu, ale nie
samotnym, zrozumie tylko ten, kto wspinał się na szczyt. Sam czy z
przyjacielem, kochankiem, przypadkowym człowiekiem spotkanym na
szlaku. To zrozumie tylko ten, kogo wzywają góry.
Nigdzie
indziej człowiek tak bardzo nie czuje życia, które pulsuje, drży,
krwawi nieraz obdartymi stopami na górskim szczycie. Nigdzie według
mnie człowiek nie widzi takiego piękna. Widzi? Nie, to złe słowo.
Widzieć można wszędzie. Ale tylko w górach, tylko w górach, idąc
i idąc nieprzerwanie...piękno się czuje. Czuje aż do szpiku
kości, czuje w każdym atomie rześkiego tlenu który dopada do
płuc, łączy się krwią i krąży, krąży tak szybko, bo
przecież, nieraz tak go mało!
Tylko
ten, kto wspiął się na szczyt, kto prawie zginął po drodze,
musiał stać się kozicą może zrozumieć, jak to jest być wolnym.
Tylko ten zrozumie, jak góry wzywają. Tylko ten zrozumie to wycie,
wycie serca i tłuczenie się w klatce żeber. Bo ludzkie serce chce
być wolne...a nieraz tylko górski szczyt może to sprawić.
Cały
rok tęsknię za górami. Wyrywam się z miasta, wyrywam na parę dni
z moim Mężem, by wreszcie wędrować. Może nie wśród chmur aż
tak wysoko jak w zeszłym roku czy dwa lata temu, może nie ta
boleśnie, kalecząc dłonie, gdy zapomniało się rękawic a trzeba
trzymać się gołych skał...ale podobnie pięknie. W jesiennym już
lesie, pod bacznym wzrokiem jeleni i sokołów. Cały rok tęsknię
za górami, przez to wszystko co nas spotkało tęsknię chyba tym
bardziej...a teraz znów, znów czuję zew. I próbuję powiedzieć
wam o niewypowiedzialnym, próbuję, jednak zmieniam się w
niedźwiedzia którym jestem i nie znajduję już słów. Mogę
powiedzieć więc tylko o ekscytacji, drżeniu każdego mięśnia,
mogę powiedzieć tylko o tym, jak wzrosnę wysoko sama w sobie,
wchodząc, wchodząc, wchodząc i prawie tracąc oddech, żeby tam go
zdobyć. Ten prawdziwy.
Mówi
się nieraz, że ludzi można podzielić na tych, co kochają ocean
lub morze i na tych, co kochają góry. Takie powiedzenie jest typowo
Polskie, jak słyszałam ale...coś w tym jest. Sama kocham i morze,
ale jeśli mam wybierać...wybiorę góry. Dwa skrajne żywioły,
jeden każe ci wspinać się godzinami, pokonywać siebie, drugi
dokonuje tego samego, ściągając nieraz w dół. Oba bywają tak
samo niezrozumiałe. Oba bywają lekceważone.
A
ja często nienawidzę tego lekceważenia, choć, wobec gór jest ono
bardziej oczywiste.
Powiedz
mi, że byłeś w górach w Tatrach i przywieź mi tylko bilety w
wjazdu na Gubałówkę albo zdjęcia Giewontu z miasta. Byłeś w
górach, widziałeś szczyt, ale nie oddychałeś nim. Powiedz mi, że
byłeś w Bieszczadach i widziałeś tylko zalew Soliński i
siedziałeś w hotelu, bo tam tak pada!
Lepiej
nie mów mi nic.
Morze
łatwiej lekceważyć, spacerując jego brzegiem, ale zapytaj się
rybaka w jego łodzi, rybaka z krańców świata, jakim żywiołem
jest ocean. Zapytaj marynarza i nigdy nie odpalaj przy nim papierosa
od świeczki, bo tak wielu zginęło na morzu.
Tak
wielu zginęło w górach.
Gdy
wchodzisz na szczyt, wreszcie to rozumiesz. Gdy nurkujesz na dno albo
widzisz sztorm. Widzisz, jak pokonujesz siebie, jak przekraczasz
granice....
Mówi
się, że ludzi dzieli się na tych, co kochają morze i z nim się
rozumieją i na tych, co kochają góry. Ja powiem raczej, że ludzi
dzieli się na tych, co dotykają tylko naskórka wszechświata i nie
zmagają się z życiem i na tych, którzy wędrują, dokopując się
do najgłębiej skrywanych tajemnic, na tych, co czują świat i
pływają w jego krwioobiegu, nieraz boleśnie rozcinając przy tym
swój.
A
to rozumiesz w pełni dopiero w górach.
Rozumiesz,
że są ludzie, którzy leżą na brzegach i nie zmagają się z
oceanem, którzy zostają w miastach u podnóża szczytu, zamiast
wspinać się i wspinać i wspinać...
Są
ci, którzy żyją z dnia na dzień i tak wyglądają ich podróże.
I nic w tym złego, każdy po prostu wybiera. Choć z tymi nieraz tak
trudno mi się dogadać.
Są
też jednak ci, którzy idą tak daleko, jak nogi poniosą, żyją z
dnia na dzień, bo muszą, ale gdy poczują zew...przeobrażają się.
Są tacy, którzy cały czas słyszą ten krzyk, ale są tacy, którzy
jak szarańcza, bo przez długi czas nie mogą się wyzwolić, tłamsi
ich życie, ale gdy zaczną swą wędrówkę...nie mogą przestać.
Są
tacy, którzy muszą wędrować, w swoich głowach, dotykając coraz
więcej i więcej, nie odpuszczają, konfrontują się z
rzeczywistością. I nie ma znaczenia, czy wolą morze czy góry, ale
poznasz ich po tym, gdy w końcu mogą wyruszyć. Bo nie będą tylko
leżeć i dotykać powierzchni, oni wejdą do lasu, oni wejdą na
szczyt, oni będą walczyć z oceanem i zejdą do głębi jego
ciemnych trzewi, do samego centrum jego zimnego brzucha.
To
ci, którzy idą i znajdują w drodze dopiero spokój. W tym, jakie
myśli przychodzą, gdy krew szybciej krąży. To ci, co stawiają
wszystko na jedną kartę, mówią, że nic im nie może się stać,
gdy przeskakują nad przepaścią i tam dopiero rozumieją, że ci,
których się kochało wcale nie odeszli. To ci, którzy rozumieją
zew.
I
to wszystko zaczynasz rozumieć dopiero na górskim szczycie albo w
głębi oceanu. Dla mnie tym miejscem będzie zawsze górski szczyt,
nie dogaduję się z wodą, nie z taką, nie tamtą ale...
Niektóre
rzeczy zrozumieją tylko ci, którzy wędrują w górach. Tylko ci,
którzy po wielu godzinach wędrówki wreszcie zrzucą plecak albo
staną nad przepaścią w chmurach. Ci, którzy widzieli kozice i
podziwiali pikujące w dół orły. Ci, którzy przemierzyli wiele
kilometrów, nie spotykając człowieka oprócz tego, z którym
zdecydowali się wędrować. To zrozumieją tylko ci, którzy prawie
zamarzli, skręcili kark na oblodzonym szczycie w środku lata. Ci,
którzy potrafią respektować potęgę i czuć, chłonąć, wreszcie
oddychać tak zimnym, jedynym w swoim rodzaju powietrzem. Niektóre
rzeczy zrozumieją tylko ci, którzy pili z górskich strumieni i
padali, nie mogąc ruszyć żadną kończyną, gdy wreszcie po wielu
godzinach udało im się wygrać z kamienistym szlakiem. Niektóre
rzeczy zrozumieją ci, którzy poranili o głazy stopy i którzy
ratowali tylko modlitwami szeptanymi cicho w sercu swoje życia
podczas górskiej burzy.
Niektóre
rzeczy zrozumieją tylko ci, którzy stali pod czystym górskim, na
którym ginęły spadające gwiazdy, tylko ci, którzy wyciągali
wtedy ręce, bo wydawało się, że naprawdę stoi się bliżej
nieba.
To
zrozumieją tylko ci, którzy byli w niebie górskiego szczytu. Bo
byli w nim naprawdę.
Niektóre
rzeczy zrozumieją tylko ci i im nie muszę o tym mówić. Innym nie
wytłumaczę czym są góry żadnymi słowami. Bo i one nie mówią
do nas tym językiem, do którego przywykliśmy w swoich miastach.
One mówią do nas wysiłkiem i pięknem, dzikością i jedynym
swojego rodzaju smakiem wody ze strumienia. Zrozumie to tylko ten,
kto z nimi rozmawiał.
Jeśli
jeszcze nie próbowałeś...może najwyższa pora?
Więc
góry mnie wzywają, a ja muszę iść.
Jutro
spakujemy swoje plecki, zaimpregnujemy najlepsze na takie wędrówki
buty, buty które nieraz ratowały życie, jutro zjemy ostatni
posiłek w domu, ostatni posiłek, bo przecież każdy przed wędrówką
jest ostatni, przed tym, co znów góry, nawet te niskie, zmienią w
człowieku. Co zmieni wędrówka, bo ta zawsze nas zmienia, nawet,
jeśli nie widać tego od razu.
Więc
góry mnie wzywają, a ja muszę iść.
W
niedzielę wsiądę w pociąg, dośnię ostatnie miejsce sny. W
niedzielę powitam idealną, krwawą Babcię Księżyc w pełni na
niebie, w niedzielę będę bliżej nieba, gdy w czasie krwawej pełni
będzie zaćmienie księżyca i może, znów będę w niebie, tym
razem nie łapiąc gwiazd, tylko kochając tego, który będzie ze
mną i śpiewając mu swoje dzikie, kobiece pieśni.
Więc
góry mnie wzywają, a ja muszę iść.
Tam,
gdzie wielu nie dostrzega blasku, rozglądając się i węsząc życie
tam, gdzie wielu też po prostu idzie. Tam, gdzie będę dostrzegać
zieleń w swoim oku, zamroczonym nieraz ze zmęczenia po
wielokilometrowych trasach. Tam, gdzie w miejscach, gdzie śpimy,
ludzie są całkiem inni, prości i ciepli, przytulni jak ich domy
ogrzewane bukowym drewnem. Tam, gdzie będę spać tylko jedną noc i
poznam znów, wielu jednorazowych przyjaciół, bo tacy są
najprawdziwsi w górach, gdzie jeden zawsze pomaga drugiemu..
Więc
góry mnie wzywają, a ja muszę iść.
Muszę
iść, by wreszcie, po całym roku oczyścić się w szumie górskiego
strumienia, by odczuć że żyję, gdy wejdę tak wysoko, mimo że
sądziłam już w tym roku tyle razy, że umieram. Poczuć, że żyję,
bo coś we mnie umarło, ale wiem, że w górach narodzi się na
nowo. Poczuć, że złe oko wcale nie dosięga, póki wędrujesz,
póki idziesz, idziesz, idziesz...Kolejna rzecz, którą zrozumie
tylko ten, który wędrował na szczytach.
Więc
góry mnie wzywają, a ja muszę iść.
Wracam
za tydzień. A może nigdy?
A
na koniec coś, co wyraża wszystko, gdy to się obejrzy. Ukochany
kawałek mojego Męża, który...czuje zew gór i wędrówki jeszcze
bardziej niż ja. Jeśli nie rozumiesz górskiego szczytu i wędrówki..cóż. To chociaż namiastka.
no właśnie, ile razy by się chciało rzucić tym wszystkim i zniknąć razem choć na tydzień. wyłączyć telefony, żeby szef nagle nie dzwonił, że trzeba przyjść do pracy, nie brać komputera, a jedynie zapas kart pamięci do aparatu, tych o dużej pojemności. i wyjechać, nieważne, czy to w góry, nad jezioro czy morze - byle gdzieś na odludzie.
OdpowiedzUsuńudanego wyjazdu a takim razie:)
Dokładnie. A jednak, człowiek znika planowo, nie odbiera, jest sam na sam z tymi z którymi chce albo dosłownie sam...i tak też jest dobrze:)
UsuńI dziękuję:)
Tak wyjechać daleko gdzieś, zaszyć się przed światem chociaż na kilka dni.. też bym chciała...
OdpowiedzUsuńJeśli chodzi o góry, to byłam tylko raz ale niestety wędrówki, wspinaczki nie są dla mnie ze względów zdrowotnych, więc nie za bardzo mnie tam ciągnie ;) wolę bezpieczniejsze okolice np. morze, do którego mam bardzo blisko :)
Życzę udanego wyjazdu :)) odpocznij i zrelaksuj się :) a ten kawałek jest niezły, naprawdę :)
Wiesz, jeśli zdrowie nie pozwala ci na góry ( bo faktycznie, czuć trzeba przed nimi respekt i zdawać sobie sprawę, co dla nas) to właśnie odpocząć idzie tak wszędzie...byle w dziczy, z dala od ludzi. Chociaż dla mnie góry właśnie są wyjątkowe i tam odnajduję "to coś" w sercu, co każdy może mieć w jakimś swoim, dzikim miejscu właśnie:) dlatego nie dzielę ludzi na "górowych" i "morzowych" na tych co pięknie uciekają i tych, co uciekać nie potrafią..i tym razem ucieczka jest raczej dobrą rzeczą:)
UsuńI dzięki, mam zamiar:) Najlepszy!^^
Taka ucieczka by mi się teraz przydała :) Taki ogarnąć się wewnętrznie na następne miesiące, spokojnie pomyśleć i w ogóle, ale na razie nie mam co o tym marzyć ;) od poniedziałku powrót do pracy :))
UsuńA ja właśnie zawsze bez wahania wybierałam i pewnie będe wybierać morze :) Nawet mimo tego, że nie umiem pływać :D
OdpowiedzUsuńNo i czas zawsze leci jakoś szybciej i przyjemniej, gdy się na coś czeka, chociażby na utęskniony wyjazd :)
Czyli należysz do tej grupy XD Chociaż mówię, ja tego podziału nie uznaję, bardziej chodzi o to, czego szukasz w takich miejscach, czy spokoju, piękna, swoistej wędrówki w sobie ...nad brzegiem morza pewnie też można osiągnąć to co ja na górskich szczytach, tylko właśnie to nie dla mnie, bo co innego mnie wzywa. I ciekawe, skąd to się bierze, co preferujemy, prawda?:) I jak widać pływać też nie trzeba i..ja też nie umiem XD
UsuńI dokładnie, to jakiś cel, a my takich celów mamy kilka^^
Szczerze mówiąc, że ja w morzu szukam tego, czego Ty w górach. Właśnie tego spokoju, tego wyciszenia kiedy wsłuchuję się w szum fal. Tego ciepła jakie bije od słońca i piasku ;p Tam mogłabym po prostu umrzeć, to takie moje sacrum, naprawdę :D Zaś w górach trzeba chodzić i to często pod górkę, a ja jestem leniwa :P
UsuńBardzo chciałabym poczuć to co Ty, bo góry uwielbiam, ale do tej pory nie miałam realnej możliwości odbycia prawdziwej wycieczki w góry. Poza tym zaczynam studia nad morzem, a ciągnie mnie w zupełnie przeciwnym kierunku ;>
OdpowiedzUsuńAle...wszystko przed tobą:) I ten pierwszy szczyt jest najcudniejszy, więc może to i ja powinnam zazdrościć?:) I ciekawe, czemu tak właśnie wybrałaś jednak:)
UsuńPobudka w dobrym nastroju to klucz do sukcesu każdego dnia :)
OdpowiedzUsuńLatanie po lekarzach jest dla mnie przykre. Zwłaszcza, że tyle różnorakich wizyt na horyzoncie. Szczęśliwy ten, kto zdrowy.
Ten niepokój spowodowany podnieceniem związanym z wyjazdem jest wspaniały, nie tylko w powiązaniu z organizacją wszystkiego, ale właśnie dlatego, że lubię sobie wyobrażać wspaniałość chwil, które nastąpią.
Ucieczka od wszystkiego, ucieczka, by bardziej szczęśliwym i spełnionym wrócić... Ja i góry, i morze sympatią darzę. Jak mówisz, to dwa skrajne żywioły, i każde z nich jest dla mnie pociągające. Wdzięczna jestem, kiedy mogę udać się gdziekolwiek, posuwać naprzód, wysiąść i odetchnąć powietrzem tak innym od tego, które jest w domu.
jako że ja sama jestem żywiołem wody, wciąż ciągnie mnie w stronę wody - morze, ocean, rzeki, jeziora... Do gór przekonuję się, powoli, niepewnie. Myślę, że kiedyś zapragnę doświadczyć ich ognia. Myślę, że kiedyś usłyszę w sobie ich wołanie.
OdpowiedzUsuńŻyczę Ci wspaniałych widoków. Cudownej pełni. Cudownego zaćmienia. Cudownego czasu.
Dobra, wyjdzie jak wyjdzie, ale mnie znasz trochę, więc... "Cień wielkiej góry" Budki to jedna z piosenek, która napędza do życia i tej walki właśnie. Bo, kto jak kto, ale ja muszę walczyć. Rozumiem to, co opisałaś metaforycznie w dużej mierze dzięki własnym doświadczeniom i mogę sobie wyobrazić, że dosłownie musi to być niesamowite uczucie. Bliżej mi mimo wszystko do morza, chyba dlatego, że miałam z nim namacalny kontakt.
OdpowiedzUsuńCudownego pobytu, niezapomnianych przeżyć :)
A więc przyszedł ten szczęśliwy czas górskich włóczęg. Teraz ja Ci zazdroszczę:) Niech górski wiatr wywieje wszystkie troski i smutki. Zachłyśnij się wolnością, bo nigdzie tak wyraźnie się jej nie czuje, jak w górach.
OdpowiedzUsuńA mi ciężko iść w góry mimo, iż w nich mieszkam. Moje rodzinne Beskidy są łagodnymi górami. Bardzo przyjaznymi i wręcz stworzonymi do takich ucieczek od codzienności. Mimo wszystko drżę przed nimi. A wołają nieraz bardzo głośno. Czasem chęć wędrówki przyjdzie do mnie nocą. Czasem w samochodzie, gdy patrzę na jakiś szczyt przede mną. To wszystko krzyczy, ale jednocześnie mam respekt. Boję się ich, choć wiem, że nie powinnam. Życzę Ci udanej wędrówki. Byś uciekła na chwilę od wszystkiego. Byś przestała zmagać się z trudem codzienności, a zaczęła z trudem górskich wędrówek :)
OdpowiedzUsuńJak pisałaś mi, że wyjeżdżasz w góry, to przyjęłam to zwyczajnie, cała Frida, rwie ją, to i wyjeżdża. Czytając jednak ten opis, to mi narobiłaś realnego smaka na góry. W ten spokój, w dzicz, wgłąb siebie. Liczę na to, że wrócisz spełniona :)
OdpowiedzUsuńNigdy nie nie byłam w górach. Nigdy nie byłam nad morzem. Po prostu ich zew do mnie nie dociera. A może to tylko ja ze swoją głuchotą? Może nie dojrzałam jeszcze, by cokolwiek takiego usłyszeć?
OdpowiedzUsuńAle... Sposób w jaki przedstawiasz te swoje góry... Wędrujesz w górach i stajesz się górą. Czerpiesz od niej i dajesz, co możesz. I nie twierdzę, że rozumiem, bo, tak jak pisałaś, to może zrozumieć tylko ten, kto wędrował jak Ty. A ja nigdy nie byłam górą. Ani morzem.
Niech to będzie dla Ciebie kolejny kamień milowy. Poczuj, co chcesz poczuć i nazbieraj mądrąści ile udźwigniesz. Bo są też dobre ucieczki i ta taka właśnie jest.
Pięknie napisałaś o swej tęsknocie za górami.
OdpowiedzUsuńA ja już za tydzień będę w klimacie górskim, w tak bardzo lubianym przez wszystkich Zakopcu. Cóż...mogę Ci tylko pozazdrościć - mąż nie lubi górskich wypraw.
Trzymaj się ciepło :)
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńUdanej podróży i niezapomnianych wrażeń. :) Na pewno przywieziesz nam wspaniałe opowieści. :)
OdpowiedzUsuńCóz, zycze udanej podróży i wypoczynku:)
OdpowiedzUsuńTeż chciałabym sobie zrobić taką odskocznię od rzeczywistości jak Ty :) Udanej podróży!
OdpowiedzUsuńJa czasami mam ochote na góry, na spacer po Bieszczadach, a mocno tez na spacer po plaży. Życzę Ci udanego wyjazdu, odpoczynku, pięknych widoków, siebie po prostu. Ściskam
OdpowiedzUsuńOdpoczywaj. I wracaj ;)
OdpowiedzUsuńCzytałam te słowa i zapragnęłam być na Twoim miejscu. Bo ja z tych, które tylko bywają w Górach ale nie wiem co to jest ten zew, który porywa na szczyt. Bo stoję gdzieś na dole oglądając oklepane miejsca, bez odwagi by wyruszyć i wspinać się coraz wyżej. A Ty mnie zainspirowałaś, tymi słowami coś we mnie obudziłaś...
OdpowiedzUsuńWypoczywaj :)
Znam dobrze ten zew i tę tęsknotę za górami. I mam nadzieję, że junior ma ją też we krwi, bo dokładnie w połowie ciąży wdrapałam się na Dolinę Pięciu Stawów. I nie urodziłam ;)
OdpowiedzUsuńNigdy nie byłam w górach, ale chciałabym kiedyś tam pojechać i poczuć to wszystko, o czym pisałaś. Wierzę, że jest to coś cudownego..
OdpowiedzUsuńOstatnio kilka lat pod rząd wakacje spędzam w górach, kiedyś marzyłam, żeby tam zamieszkać, tak bardzo mi się tam podoba. Niestety, już wiem, że nie zamieszkamy w górach, ale zawsze mogę tam wpadać chociaż raz w roku.
OdpowiedzUsuńGóry mają coś w sobie, że człowiek poznaje samego siebie w sposób niemożliwy w innych okolicznościach...
OdpowiedzUsuńZostałaś nominowana do Liebstera. Szczegóły u mnie.
Oh, zazdroszczę. Co prawda ja kocham wodę, uwielbiam Trójmiasto, choć niby jest oklepane.. Chociaż ostatnio właśnie w góry mnie ciągnie. Wstyd się przyznać, ale jeszcze nie byłam.
OdpowiedzUsuń