sobota, 29 sierpnia 2015

O tym, że możemy żyć tylko z sobą, a nie bez siebie, czyli trochę ckliwych wynurzeń o pewnym uczuciu

Ostatnie dni sierpnia przyniosły więc deszcz i pełnię. Pełnię Kukurydzy, jak mawiali Indianie w Ameryce Północnej, Pełnię Zbiorów czy też Czerwoną, jak mawiano kiedyś i mówi się do tej pory w Europie.
Ta pełnia zawsze była dla mnie czasem wyjątkowym we mnie samej, nie przez huczne obrzędy, choć czasem była obchodzona wraz z okultystami, noszącymi długie płaszcze. Bo i dla nas i dla nich stawała się Świętem Zbiorów, dniem, w którym dziękuje się za wszystko, co się otrzymało, kolejnym dniem ognia, dniem wyjątkowym. W tym sierpniu jednak wcale nie obchodziliśmy jej prawie wcale. Zresztą, od jakiegoś czasu w ogóle prawie nie obchodzę świąt, od czasu
Beltane...i chyba pora do tego wrócić.

Jednak wczoraj przede wszystkim czułam Czerwoną Pełnię w sobie i od środka roznosiło mnie, nawet gdy jeszcze razem z Redcar wieczorem oglądaliśmy film. Chciałam poczuć, odczuć, dotknąć Przede wszystkim, jak to w pełnie bywa, chciałam dotknąć i poczuć ciało mojego Męża. Przepełniało mnie to uczucie, w którym mogłabym go aż jeść, aż stawalibyśmy się jednym.
Często właśnie nie na wiosnę, a pod koniec sierpnia, gdy trzeba dziękować, za to, co się otrzymało, gdy wyczuwa się nutę przemijania, w ten sposób zaczyna mnie od środka roznosić.

Być może dlatego, że jakoś często Święto Zbiorów mieszało się z naszym prywatnym świętem, z urodzinami najważniejszej dla mnie osoby w życiu. Koniec sierpnia zawsze przynosi tą datę, o której już pisałam.
Jutr mój mąż kończy 27 lat.

Bliżej już 30, niż 20. Nawet w żartach już mało kto odważy się nazwać go chłopcem. A jednak, nadal potrafi nim być. Gdy ekscytuje się jak mało kto, gdy siedzi i gra, co nieraz cholernie go wciąga. Potrafi być chłopcem, gdy ja nieraz staję się małą dziewczynką. Gdy wygłupiamy się, będąc sami, gdy chichoczemy na spacerach, czego często nie robimy przy osobach trzecich. Ale jednak jest mężczyzną, tym, który stanowi moją opokę, moją silną skałę, na której mogę tańczyć, wirować i z której nigdy nie spadnę, bo nawet, gdy potknę się i polecę głową w dół, on złapie mnie w porę.
Mężczyzna i chłopiec w jednym. Ten, którego kocham.

Nie jest idealny. Mogłabym wymieniać jego wady, tak samo jak i zalety, godzinami. Nieraz nie potrafi mówić wprost, o co mu chodzi. Bywa strasznym gburem. Nie możemy zrozumieć się w tej kwestii, że niektórzy ludzie są mu całkiem obojętni. Bywa niesamowitym realistą, przez co nieraz jakby podcinał mi skrzydła, choć, równie często mnie po prostu ogarnia tym i ustawia do pionu. Denerwuje mnie nieraz drobiazgami. Przez to nieraz potrafimy, doprowadzeni do szału ( nie oszukujmy się, sama nie jestem ideałem...oj..od ideału mi bardzo, bardzo daleko) kłócić się o bzdury. Potrafimy wrzeszczeć na siebie nieraz jak słynne „włoskie małżeństwo”, choć zdarza się to rzadko.
Rzadko, ale nie życzę nigdy dostać się tutaj między nas, gdy oboje jesteśmy w stanie furii. To być jak między młotem a kowadłem. Redcar jako jedna z niewielu doświadczyła furii jednej i drugiej strony..ale nie obu naraz. Myślę, że mogłaby tego nie przetrwać.

On nie jest ideałem. My ze sobą nie jesteśmy idealni, co wmawia nam wiele innych par. Zwłaszcza ostatnio. Przez długi czas przeżywaliśmy najgorszy w swoim związku kryzys, kryzys, na który złożyły się różne sytuacje. Żałoba po kimś kogo kochaliśmy i zamykanie się każdego z nas na dialog. Brak pieniędzy i tak bardzo niepewna przyszłość. Małe prywatne niesnaski. Moje złe samopoczucie, które jak się okazało, wynikało z choroby obecnie. Nerwowa bieganina. Brak czasu dla siebie. To wszystko doprowadziło do strasznego kryzysu. Takiego, w którym padły po raz pierwszy słowa „rozwód”. Może to słowo jest najbardziej dosadne, ale po raz pierwszy od kiedy jesteśmy razem dopuściliśmy w ogóle do myśli, że moglibyśmy żyć osobno. Wcale nie ze sobą, dążąc do tej wspólnej starości, w której moglibyśmy bujać się w fotelu, ja czytałabym książki a mój Mąż strzelałby do oposów. Do tej, w której dalej upijamy się w wieku 80 lat piwem choć nerki nie te i mieszkamy ze znajomymi, dzieląc swoją radość, bo przecież i innych ludzi obok potrzebujemy . Po raz pierwszy zaświtała taka myśl, że może być inaczej, że może nie jesteśmy dla siebie idealnym rozwiązaniem, jedynym logicznym wyborem, wyborem emocji też i serca.

Ta myśl, o tym, że może nie powinniśmy być razem, przeraziła nas oboje. I tak jak szybko się pojawiła, tak szybko utonęła w moich i jego łzach. Idąc za głosem pewnej piosenki, którą tak często wyję- nie jest nam obojętne, czy with or without you. Nie jest tak, że można wybrać, że niemożliwe są oba. Dla nas istnieje tylko with.

W wielu łzach, wielu rozmowach dochodziliśmy powoli do porozumienia tego dnia. Staraliśmy się jak zwykle tego nie okazywać, tak jak nie okazujemy wiele czułości sobie przy obcych ludziach. Wolimy się pociskać. Wolimy pewne rzeczy zachować dla siebie, dlatego prawie nikt nie wie chyba, jak wielka potrafi być między nami czułość. Jak wielka namiętność czy pasja. Tak nam się przynajmniej wydaje, zawsze świetnie wydaje, ale...
Ostatnio, podczas rozmowy z Z., która niedawno rozeszła się ze swoim partnerem, usłyszeliśmy zaskakujące zdanie. Trochę pół żartem, pół serio opowiedzieliśmy jej, że sami przechodziliśmy kryzys. Że otarło się o without you, bo with wydawało się przez moment niemożliwe.
-Boże, nie! -zakrzyknęła wręcz Z.- przecież jak wy się rozstaniecie, to ja przestanę wierzyć, że szczęśliwe związki są możliwe!
Podobnie usłyszałam kiedyś od Cat, która stwierdziła, że czasem tylko patrząc na nas, wierzy jeszcze w miłość i dążenie do czegoś. Może jednak, nie chowamy się z pewnymi rzeczami aż tak dobrze. Z naszą wzajemną troską, z małymi gestami? Może nie zatrzymujemy tego dla siebie?

Jednak, mimo to, zawsze oboje wychodziliśmy z założenia, że to, co w związku dotyczy właśnie tylko nas, nawet, jeśli od reszty świata nie da się odciąć i nawet, jeśli reszta świata już od tak wielu lat uważa nas za wspólny, sprawnie działający mechanizm. Lecz może dlatego niewielu opowiadam z wielkim żalem jaki to Mąż zły i jakiego strzelił na mnie focha. To my musimy to ze sobą zawsze przepracować i chyba tylko Redcar, choć też szczątkowo, spowiadałam się ze złych dni i kłótni. Nikt za nas w naszym związku niczego nie naprawi. Każde rady to tylko przecież poprzednie błędy ludzi, którzy je dają i zdaję sobie z tego tak bardzo sprawę. To, co między nami to nasza sprawa i tylko my możemy to uleczyć. Swoją miłością. Cierpliwością. Dialogiem, którego czasem nam brakuje. Czasem, który sobie poświęcamy, choć i o ten coraz trudniej. Zresztą, kiedyś rozmawiałam o tym z przyjacielem, a ten wyrzekł bardzo ważne i znamienne słowa „jeśli w swoim związku szukasz pomocy u innych, to znaczy, że może ten związek nie jest dla ciebie, jak sama nie radzisz sobie z jego problemami”. Cóż, tamten nie był, a ja wzięłam sobie te słowa do serca. Może właśnie dlatego.

Tak też w naszych kryzysach postanowiłam szukać ratunku. W tym wszystkim, złym i niedobrym, w zgorzknieniu mojego Męża po wszystkich sytuacjach które kopały nas po tyłku od ponad roku, postanowiłam szukać światła. Przypomnieć sobie. To co najważniejsze. To, co w nim cenię i kocham.

Na początku lipca więc podarowałam mu to, co chciałam mu podarować na naszą rocznicę.

W te złe dni, postanowiłam jedną rzecz. Jeśli nie będę potrafiła spisać co najmniej 50 rzeczy, które w nim kocham, za które go uwielbiam, po tych wszystkich latach...cóż. Co mi zostaje jak without you? Nie można nieraz być ze sobą, nawet kochając, jeśli inne rzeczy się sypią. Choć, mawiają, że miłość drogę zna i że zawsze zwycięża. W jakimś sensie wygrywa zawsze.

Usiadłam więc z kartką papieru i...zaczęłam pisać. Kolejne rzeczy, kolejne zdania i pojedyncze słowa płynęły wartko. To, jak się śmieje. To, jak mnie rozśmiesza. To, że przecież jest moim najlepszym, a nieraz jedynym prawdziwym przyjacielem. To, jaki potrafi być namiętny, jak gryzie moją szyję, jak z miłości czyni nieraz misterium. To, jakie ma pomysły, to, że zawsze mogę na nim polegać. To, że zawsze przytrzyma mnie, gdy spadam podczas mojego życiowego tańca na linie. To, jak potrafi się bawić. To, że mimo iż po wielu latach trochę zgorzkniał, nadal umie budzić w sobie dziecko. To, jak błyszczą się jego ogromne ciemne oczy. To, jak patrzy na mnie...

Słowa zaczęły płynąć. Moje myśli, wszystkie wspomnienia. Ciało przypominało sobie noce i dni, dusza zaczęła śpiewać. Płynęły słowa i popłynęły łzy. Te szczęścia, ale i pewnego wstydu.
Wstydu, że nieraz nie doceniam tego, co mam. A raczej...nie, mam to złe słowo. Drugiego człowieka nigdy się nie posiada, ten ma zawsze pełną wolność. Raczej nie doceniam tego, co drugi człowiek zdecydował mi się ofiarować. Siebie. I to ktoś, kto mimo licznych wad jest...dla mnie ideałem. W moim świecie, jest ideałem, choć nieraz doprowadza mnie do szału niepozmywanymi naczyniami czy odwiecznym nie chcę mi się. Nasze wspólne życie, choć budowane z drobiazgów, to o wiele, wiele więcej. To wszystko, co już przeżyliśmy, nieraz z trudem przetrwaliśmy. To wszystko, co jeszcze przed nami.

Może zabrzmi to łzawo i ckliwie, tak jak właśnie nie lubię- ale też dzisiaj w nocy, gdy on spał, a ja leżałam obok ( zawsze śpi doskonale w czasie pełni, zaskakujące, prawda?) po wszystkim, znowu zrozumiałam, jak wielkie mam szczęście. Jak wielkie, choć nieraz dni wypełnione są nerwami i pewną szarpaniną. Patrzyłam w półmroku na jego spokojny już profil, długie ciemne rzęsy, delikatny półuśmiech w czasie snu. Zadawałam sobie pytanie, gdzie wędruje w snach, gdzie jest, jak daleko, choć jest od razu obok?

Nieraz, w ostatnim roku zwłaszcza, strasznie się o niego martwię. W tym wszystkim, przeciwnościach losu. Martwię się o to, jak zamyka się nieraz na ból i pewne uczucia. Jak stara się stwardnieć wtedy, gdy być może trzeba być miękkim i trzeba otwierać woje serce. Martwię się, gdy tak łatwo, ten wrażliwy jednak mężczyzna, płacze na filmach, a powstrzymuje łzy wtedy, gdy powinien sobie na nie pozwolić w życiu. Martwię się, bo widzę, jak się zmienił, jak przepełnia go nieraz gorycz, brak, tęsknota o której nie chce mówić...a którą się wyczuwa. Widzę jego gonitwy myśli, to, jak unika słów, żeby tylko myśli nie stały się ciałem. Widzę i martwię się, gdy znów przejmuje się, że jest coraz starszy, a z niektórymi rzeczami, według siebie stoi w miejscu. Dostaję nieraz szału, gdy widzę, że tak naprawdę...pewne rzeczy chce robić tylko i wyłącznie dla mnie. Dla nas. A te rzeczy go spalają. Czasem mam poczucie winy.
Czasem staram się wyjść z siebie, by mu pomóc. Nasze życie, nawet razem, nie jest nieraz łatwe. Ale mimo to...właśnie mamy siebie. Największe wsparcie, największe poczucie bezpieczeństwa i jednocześnie wolności, jakiego można zaznać. I ta pewność, że nigdy cię nie ocenia. I zawsze, zawsze jest, choć nieraz to rozbija się o drobiazgi i to one denerwują.

Tak. Wierzę w powiedzenie, że skoro jesteśmy razem, to przetrwamy wszystko. Jak w górach, gdy będzie mi rozcierał zmarznięte stopy. Nie mogę się doczekać tego wyjazdu, aż sama się sobie dziwię. Nie mogę się doczekać tego, że będziemy tam sami. Bo ostatnio naprawdę nie mamy czasu dla siebie, nieraz dopiero wieczorem zdajemy sobie sprawę, że tego dnia powinniśmy być tylko i wyłączenie my, przez godzinę, dwie, gdy uda nam się wrócić z pracy. Potrzebujemy tego wyjazdu...potrzebujemy siebie. Tak jak, mam nadzieję, będziemy potrzebować siebie całe życie. Zresztą, 1/3 życia i tak już spędziliśmy razem, czyż nie?

A jutro on ma urodziny. Już bliżej 30, niż 20. Zrobię dla niego ciasto, może pójdziemy do parku, nad jezioro, gdy nie będzie zmęczony i położymy się na trawie. Może znów wyszepczę mu do ucha to, co kiedyś bałam się mówić. To, w co kiedyś nie wierzyłam. To, co jest między nami.
Wyszepczę mu siebie i miłość.

Czasem zastanawiam się, jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy nie trafili na siebie. Czasem zastanawiam się, czy zrobiłabym karierę na innym kierunku studiów, bo przecież podjęłam świadomą decyzję, kierując swoje kroki do Poznania za nim, gdzie owego kierunku nie było. Czasem zastanawiam się, jaki miałoby to kształt. Ale tylko gdybam, wcale nie z żalem. Wręcz przeciwnie. Bo chyba, w życiu nie ma nic ważniejszego, niż takie uczucie. Niż bycie razem, jednocześnie mogąc być sobą. Nieraz na przekór losowi, przeskakując kłody rzucane pod nogi przez życie, trzymając się za ręce.


Bo ja po prostu kocham tego człowieka. I choć nieraz wydaje mi się, mam momenty, gdy myślę, że nie możemy żyć razem- zaraz przychodzi pewność, że tak naprawdę nie możemy żyć osobno. Na pewno, nie w tym świecie. A może, w żadnym z nich.



Walcząc z burzą dobijamy do brzegu
Oddajesz mi wszystko, a ja chcę więcej
I czekam na ciebie
Z tobą czy bez ciebie
Nie mogę żyć
Z tobą lub bez ciebie  

44 komentarze:

  1. Kiedy byłam małą dziewczynką wierzyłam w miłość - taką jak zdarza się w bajkach. Marzyłam o księciu z bajki, o dzieciach, ogrodzie przed naszym domem...
    Gdy zaczęłam dorastać, wchodzić w pierwsze relacje, na siłę idealizowałam moich partnerów - to stawały się związki "do końca świata i jeszcze dłużej", wszystko odczuwałam ze zdwojoną siłą, pożądanie, tęsknotę, rozpacz. Zakończenie jednego związku doprowadziło mnie nawet do próby odebrania sobie życia. Romeo i Julia.
    Później na moich oczach rozpadały się związki, które były dla mnie wzorem do naśladowania - wieloletnie, czułe, rozumiejące, wybaczające - w tym małżeństwo moich rodziców. I zaczęłam wątpić w miłość. A przynajmniej w miłość, która może mnie spotkać. Moje relacje stały się przygodami na jedną noc. I choć wokół jest mnóstwo propozycji na spędzenie razem najbliższych lat życia... Ja uciekam. Nie ma we mnie już tej małej dziewczynki. Jej bezbronnej, naiwnej wiary.
    Twoje słowa dają mi nadzieję. Wierzę, że są ludzie, którym przyjdzie się razem zestarzeć. Bo wiesz, pokolenie naszych dziadków - oni są razem, na dobre i na złe, i choćby złościli się na siebie, choćby mieli dość swoich ułomności, to trwają przy sobie. Teraz pierwsza lepsza kłótnia może doprowadzić do rozpadu związku, rozwodu. Tak jakbyśmy stracili szacunek do związków - "nie ten, to następny". Ciężko mi się odnaleźć.
    Trzymam za Was kciuki. Jeśli nie wiesz jeszcze co upiec, to polecam czeko-tartę z malinami. Moi bliscy szaleją, gdy ją przygotowuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz...to ja miałam całkiem odwrotną sytuację. W miłość jako dziecko nie wierzyłam. Absolutnie. Pewnie dlatego, że pochodzę z patologicznej rodziny, gdzie tatuś bił mamusię i tak dalej. Nigdy nie widziałam miłości między dwoma dorosłymi ludźmi i już wtedy w tej kwestii nie wierzyłam w bajki. Potem poznałam swojego pierwszego chłopaka, potem kolejnego, straciłam dziewictwo z tym, którego mówiłam że kocham, ale któremu nie mówiłam nigdy "a zawsze". Nie wierzyłam w zawsze, zarzekałam się jako nastolatka, że nigdy nie wyjdę za mąż. Zwiedziłam wiele sypialni, miałam wielu przypadkowych partnerów, czego nie żałuję bynajmniej, bo cieszę się, że poznałam różne oblicza smaku seksu i różne ciała. Jako nastolatka znałam już różne pomniejsze związki, oblicza zauroczeń, smak mówienia kocham...ale mówienia z jakąś niewiarą mimo wszystko. A potem, dalej zaklinając się, że ślubu brać nie będę i w ogóle zniewolić się nie dam- związek postrzegałam jako zniewolenie- poznałam swojego obecnego Męża. Ponad 7 lat temu już. I zaufałam, oswoiłam się i zrozumiałam, co to znaczy wierzyć w zawsze, obiecywać sobie w przysiędze małżeńskiej "tak długo, jak miłość pozowli" i wierząc, że to będzie wiecznie. W pewien sposób...nasze sytuacje są całkiem odwrotne, a jednak...zbliżone, prawda? Tylko, że ty się rozczarowałaś, czego ci okropnie współczuję i straciłaś wiarę..ale ona nadal się gdzieś tli. A prawdziwa miłość, a raczej może odpowiednia osoba, z którą nie odpuszczasz po jednej kłótni, zjawia się w najmniej spodziewanym momencie....i wiesz, ja tobie życzę, żeby w odpowiedniej chwili ta osoba po prostu zjawiła się i pozwoliła otworzyć ramiona na siebie.
      I dziękuję, a raczej powiem dziękujemy i w jego imieniu:) A plan na ciasto już mam, tort marchewkowy ^^

      Usuń
    2. Każdy ma swoją historię. Każdy jest na swój sposób cudem. Wierzę, że nie ma przypadków. Teraz to ja wzbraniam się przed trwałym związkiem, a co dopiero ślubem. Kto wie, co będzie za kilka lat... Mam nadzieję, że będzie dobrze. Jakkolwiek trywialnie to brzmi. Cieszę się, że nie poddałaś się, mimo tego co przeżyłaś jako dziecko. To na pewno wymaga/wymagało nie lada siły, samozaparcia. Cholernie łatwo jest zniszczyć człowieka, a zwłaszcza niewinne dziecko. Psychologia nawet mówi, że w większości przypadków popełnimy w jakiś sposób błędy rodziców, wzorce wyniesione z domu. Jesteś dla mnie dowodem (nadzieją?), że to nieprawda.
      Wysyłam Ci/Wam dużo uśmiechu :) I słodkich marchewek, co by tortu nie schrzaniły!

      Usuń
    3. Dokładnie:) I przypadki....nie. Wszechświat na nie zdecydowanie nie pozwala. I może właśnie też to, co przeszłaś, ma swój cel. Jeszcze nie tu, teraz...a w najmniej zaskakującym momencie. I jak to było? Jeśli nie jest dobrze, to jeszcze nie koniec. Być może, to dopiero początek. Więc czas pokaże, co przyniesie los znowuż...i mam nadzieję, że właśnie to będą same dobre rzeczy. Że i ty jakoś, zarówno w tej kwestii, się nie poddasz:)
      I wiesz, przeżyłam, każdy ma jakieś rany z dzieciństwa, większe albo mniejsze. Ale zostaje nam jeden logiczny wybór- żyć mimo tego i żyć...dobrze:) Tak, żeby sobie nie robić krzywdy. Bo po co rozdrapywać przeszłość, skoro tu i teraz może być ekscytujące i piękne?:) I z jednej strony człowieka łatwo zniszczyć...ale z drugiej, nawet dziecko ma więcej siły, niż sami po sobie się nieraz spodziewa. I wszystko po prostu zależy od ciebie. Wzorce wzorcami, owszem, masz je wtłoczone...ale każdy ma na tyle siły, żeby się im nie dać. Ja w to wierzę:)
      I dziękuję, wzajemnie zresztą:) Oby, boy! XD Albo żeby zakalca nie było XD

      Usuń
  2. Uwielbiam u2 i tą piosenkę także.
    Ja myślę, że nie ma takich "idealnych" związków i to właśnie ba, zupełnie nie o to w związkach chodzi. Chodzi tu, moim skromnym zdaniem, o to by pani poznała pana i ten pan wyciągał z tej pani co najlepsze, uświadmiał jej nie czego nie może, lecz co może i na odwrót. To powinna być para, która się nawzajem buduje, chcemy być dla tego kogoś lepszą wersją siebie.
    I Wy tacy właśnie jesteście. Kłótnie... nie da się mieszkać ze sobą i nie kłócić. :P Może ja tak uważam, bo jestem taka mała awanturnica, ale wiem, że każdy z nas jest człowiekiem, ma emocje i musi je z siebie nie raz wyrzucić. Po kolejnych kryzysach się godzicie, zawsze wiecie, że się kochacie, mimo tylu wad, których jesteście świadomi po tylu latach bycia razem.
    Mało znam Twojego męża, ale życzę mu wszystkiego najlepszego i wiem, że najlepszym prezentem dla niego od całego życia, jesteś właśnie Ty. I on to na pewno też wie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To możemy sobie przybić 5:)
      No bo ideały...jeny. Jeśli ludzie byliby idealni, to tylko z pozoru. Bo sami ludzie nie są idealni i w związku właśnie chodzi o to, o czym piszesz- żeby działać na siebie jednak, w tej niedoskonałości, jak najlepiej. Żeby budować razem i się starać. Może nieraz ranić, nieraz ścierać...ale też- co to za para która się nie kłóci? Ja czasem mam wrażenie, że związek poznaje się naprawdę po pierwszej kłótni. I że jak ludzie nieraz na siebie nie nawrzeszczą...to jakby byli obojętni, prawda? Tacy...letni. Nie ma tam żaru. Czasem życie wymusza trudne sytuacje i nie można się nie pokłócić. Ale najważniejsze, to zawsze dojść do porozumienia przecież:) Jak ludzie to potrafią ze sobą, to mogą budować dalej to, co dobre:)
      I to prawda, a te kolejne kryzysy cóż...tylko umacniają jakoś:) Tak jak pewnie i was:)
      No trudno, żebyś go znała XD Ale przekażę:)I może..chociaż to ciężki do zniesienia nieraz prezent XD

      Usuń
    2. Mamy w tej sprawie więc to samo zdanie :P Denerwują mnie nie raz komentarze osób: aaaaa pokłócili się, pewnie się rozejdą, bo się nie szanują, nie wiadomo co. Np. mój brat po roku związku ze swoją dziewczyną dziwił się jak ja się mogę kłócić z Ciachem bo on się nigdy ze swoją dziewczyną nie kłócił. Powiedziałam mu: poczekaj jeszcze trochę czasu. I wiem, że miałam rację. Nawet ostatnio byli na weselu i tuż przed północą miałam telefon od dziewczyny brata bo się pokłócili...
      Nie mów tak, każde przejście razem kłótni i zwalczenie kryzysu daje przecież wielką satysfakcję i to jest nagroda za złe chwile. Bo daliście radę :)

      Usuń
    3. Dokładnie, ja mam wrażenie, że tak mówią ludzie, którzy chyba nie doszli do tego etapu związku, w którym kłótnie się zdarzają. Czyli do poważnego związku XD Tak naprawdę my też się długi czas nie pokłóciliśmy..bo ja wiem, z rok? 2 lata nawet? A potem mieliśmy pierwszą kłótnię, jak już razem mieszaliśmy. I do dzisiaj się z niej śmiejemy:D tak jak z wielu kolejnych, bo właśnie, nasz związek dojrzał do kłótni:)
      I każdemu, nawet im, jak widać, mleko się rozleje, prędzej czy później :P
      Mi chodziło o to, że umacniają związek właśnie, że ta satysfakcja potem przychodzi i cudniej nawet jest razem:)

      Usuń
    4. W końcu dwoje ludzi to dwa różne zdania, dwa różne przyzwyczajenia, dwie różne preferencje i prędzej czy później komuś coś musi nie pasować xD Nie ma dwóch identycznych ludzi, a nawet jakby byli to by było po prostu nudno ;p

      Usuń
    5. Dokładnie, nie da się tak, żeby ludzie byli idealnie dopasowani a jeśli by byli..to by się chyba ze sobą nudzili, masz rację, bo by jedno nie mogło się nauczyć nic od drugiego, co?:D

      Usuń
    6. Dokładnie tak, dopiero co czytałam właśnie artykuł na jednej z tych moich stron internetowych i skopiuję Ci co tam napisał jakiś mądry psycholog :D
      Uczę komunikacji i pomagam parom od 25 lat - mówi Preston Ni. – W tym czasie poznałem wiele świetnych związków, w którym co jakiś czas wybuchały kłótnie. To, że ludzie się kłócą, nie oznacza, że źle się dobrali. Pytanie czy potrafią znaleźć rozwiązanie problemu, czy nie atakują się niepotrzebnie, czy są gotowi na kompromisy. Z drugiej strony są pary (ze stażem do 5 lat – mówi Ni), które twierdzą, że ich związek jest idealny i nigdy się nie kłócą. To ci sami, którzy potem ogłaszają, że nagle się rozstali. Takie osoby zazwyczaj też zmagają się z trudnościami w związku, ale duszą swoje emocje, zamiatają problemy pod dywan lub udają, że nic się nie dzieje.

      Usuń
  3. Z powodu kryzysu, obawiasz się rozstania? Ty się ciesz, że kłócicie się jak w normalnym małżeństwie i trwacie przy sobie! Miałem kolegę, który ze swoją dziewczyną rozstawał się i schodził kilkanaście razy, by po latach ostatecznie rozstać się.

    "jeśli w swoim związku szukasz pomocy u innych, to znaczy, że może ten związek nie jest dla ciebie, jak sama nie radzisz sobie z jego problemami" - ciesz się, że w ogóle w nim jesteś. Całe życie szukałem pomocy, choć w żadnym nie byłem.
    Teraz widzę, że nie nadaję się do związku. Zła kobieta tak mnie zwichrowała, że moje wyczyny w czasie furii nie skończyłyby się na latających talerzach a na latających meblach (z zawartością)...

    Przekaż mu życzenia stu lat ode mnie :].

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawiałam się:) Już nie, to już zaleczone. Powiem ci, że akurat bałam się bo...wieliśmy na włosku. Nie poruszam na blogu wszystkich kwestii z tym związanych, wiesz. Ale oboje jesteśmy typami, które gdy stwierdzają, że coś nie ma sensu...zostawiają to. Ale okazało się, że sens jest, że za dobrze jednak nam ze sobą i co najważniejsze kochamy się więc...kryzys zaleczony:) I nie, już się nie boję. A widzisz, dla mnie ostatnie byłoby ostateczne. Dla niego też. Nie umiemy wracać. Już wiem to po psowich poprzednich związkach choćby.

      I cieszę się:) Tylko widzisz, ja w ogóle taka Zosia- Samosia jestem. Czy w związku, czy w innych sprawach. Nie lubię jakoś pomagania, a potem marudzę, że nikt nie pomaga, wiem, paradoks XD I wiesz...pomoc pomocą, ale ostatecznie i tak musimy sobie poradzić my, no nie?

      I ja nie uznaję powiedzenia nie nadaję się do związku. Każdy się nadaje...tylko z odpowiednią osobą. Może w twoim przypadku też podobną furiatką albo...oazą spokoju by musiała ona być?:D

      I przekażę:)

      Usuń
    2. Każdy się nadaje...tylko z odpowiednią osobą. - pierdolenie o szopenie. Jeden jest mistrzem olimpijskim, drugi nie. Jeden jest pianistą wygrywającym konkursy Chopinowskie, drugi nie. W takim razie - czemu każdy ma być w związku?
      Związek furiatów... Jakby jedna laska dynamitu nie potrafiła wyrządzić żadnych szkód!
      Nie żartuj nawet, że już nie pamiętasz co pisałaś u mnie w marcu... Przykro mi się zrobiło :(.
      I podziękował.

      Usuń
    3. Ale jedno nie wyklucza drugiego, w sensie- ja wychodzę z założenia, że człowiek może być szczęśliwy bez związku, jeśli tego chce, jeśli tak lubi, jeśli nie potrzebuje. To nie znaczy, że się nie nadaje. Nie zapomniałam absolutnie co pisałam, ale jedno nie wyklucza właśnie drugiego. Clue życia dla wielu ludzi nie musi być związek, nie twierdzę, że każdy w nim musi być. Mi w moim dobrze, ktoś woli życie samotnicze- jeny, proszę bardzo XD To całkowita dowolność. Ale jeśli ktoś jednak chce związku- nie wierzę w teorię "nie na dawania się do związku" danej jednostki, to tylko zawsze kwestia znalezienia odpowiedniej osoby, nic więcej. Tylko czasem o to łatwiej, czasem trudniej. Na fortepianie też każdy nauczy się grać, tylko nie każdy jest wirtuozem,czasem trzeba więcej samozaparcia i ćwiczeń. Ale się nauczy. Z tym, że związek to nie nauka jednostki...a zawsze dwójki ludzi. I tu jest kolosalna różnica, tego nie da się porównać. Ale jak mówiłam, nie każdy w związku musi być, nie każdy musi się tak czuć dobrze to kwestia wyboru, a nie tego, że się nie nadaje. Bo jeśli nawet znajdę odpowiednią osobę, ale wolę być sam- mam do tego prawo. Nie każdy czuje się w tym komfortowo, nie znaczy, przy wysiłku by związku nie zbudował. Ale nie każdy musi się silić. Akurat wierzę w wolną wolę bardziej niż chrześcijanie chyba XD
      Kojarzy mi się Vicky, Cristina Barcelona Woody'ego Allena, jak mam być szczera... XD

      Usuń
    4. A też i inna kwestia, że prawdopodobnie...to też i kwestia szczęścia, trafienia. Ale nadal, nie "nie nadawania się". Ja to rozróżniam w ten sposób, ale ja ogólnie mało kiedy uznaję "nie nadaję się". Sama wiem, że jak w życiu mówię w jakiejkolwiek sprawie "nie nadaję się" to tam jest podtekst nie chce mi się wysilać, nie warto, bo nie zależy mi na tym jakoś wielce albo...trzeba tyle wysiłku, że to gra nie warta świeczki. Chyba po prostu rozminęliśmy się właśnie z definicją "nie nadaję" XD

      Usuń
    5. Widzisz - Ty mówiąc nie nadaję się mówisz niechęci do wysiłku z jakiegoś powodu. Natomiast mam na myśli fakt, że bajka pt. związek w moim przypadku szybko się skończy z powodu mojej nieufności i podejrzliwości, spowodowanej podłym wykorzystaniem przez kobietę ładny szmat czasu temu. Nie miała skrupułów... i niestety to na mnie przeszło - o to mi chodzi.

      Usuń
  4. Dobrze, że przetrwaliście. Dobrze, że walczycie o siebie. Walczcie dalej. Bądźcie obok siebie, ze sobą. Bo o to w tym właśnie chodzi, żeby się docierać. Gdy coś się zamknie, żeby otwierać.
    U nas też bywa ciężko, ostatnio oboje mieliśmy cięższy okres. Ale ta więź, Wasza jak i nasza, jest silna chyba dlatego, że się wie, że pewne rzeczy w emocjach wyglądają inaczej. Że niektóre pozornie agresywne gesty nie były personalne. Zna się wzajemne mechanizmy działania i to zrozumienie pozwala na puszczenie bokiem czy wybaczenie wielu rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki mamy zamiar:) I właśnie, masz rację. Bo jednak bycie ze sobą..cóż. To nie bajka. Jak to było? Zakończyli zawsze na żyli długo i szczęśliwie, a potem nikt nie zrobił dopisku o tym, jak Kopciuszek wkurzała się na Księcia, bo ten rozrzucał skarkeptki XD
      A tak poważnie..w każdym związku zdarzają się właśnie kryzysy. Tak u was jak i u nas...ale na tym po,lega bycie ze sobą, żeby rozumieć, wybaczać...poznawać się też w tych najgorszych chwilach, gdy chce się spopielić cały świat. Bo nie bierze się przecież tylko tej ładnej części człowieka, ale człowieka kocha się jako całość. A ta bywa wymagająca. Ale warto, mimo niektórych trudności i nieraz bólu..warto, prawda?:)

      Usuń
  5. Ciężko mi było akurat dziś to czytać, bo łzy mi jakoś nie pozwalały. I nawet, jeśli jakoś super wiele czasu z Wami we dwoje nie spędziłam, to tę czułość między Wami dało się wyczuć. W spojrzeniach, w szturchańcu, po prostu we wszystkim. Jesteście jedną z moich ulubionych, takich "łajdackich par" i ja naprawdę mocno, mocno wierzę, że przetrwacie. Zawsze, wszystko i wszędzie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łzy? Hm..mam rozumieć, coś nie tak?
      Widzisz, a próbujemy zawsze, żeby np.ktoś nie czuł się skrępowany tym, że jesteśmy razem i jakoś specjalnie czułości sobie nie okazujemy ale jak widać...to musi gdzieś jednak zawsze wyciec:) Nie da się inaczej. I cóż, dzięki za takie słowa. I wiesz, ja zwłaszcza po tych ostatnich, wszystkich kryzysach mam wręcz taką pewność:)

      Usuń
    2. No i już wszystko wiesz ;)
      Osz... nie znoszę tego właśnie, kiedy jakaś para się tak glonojadzi przy nas xD Ale takie luzackie podejście, no cholera... po paru latach wiecie co przeszliscie, jak mocno się kochacie i juz nie ma tej takiej potrzeby udowadniania tego :) To jest w Was i tyle :)
      I nie ma za co dziękować :) Tym bardziej, że sama wiesz, jak jest i masz tą pewnosć,a to najważniejsze :)

      Usuń
    3. Yup:)
      No, ślimaki wpychane do ryja i tak dalej...ja często takim zwracam uwagę, jestem złośliwa, wiem XD Owszem, bo ej...komu my mamy cokolwiek udowadniać też?:)
      Dokładnie, właśnie o to chodzi, o pewność, nawet jak wiesz, że w życiu nic nie jest pewne i nie istnieje "zawsze". A jednak zawsze czuje się aż dziwacznie podskórnie.

      Usuń
    4. Gorzej, jak zwracasz uwagę, a nie dociera xD Dokładnie, najważniejsze, że sami jesteście świadomi pewnych spraw :)
      ...czyli znów intuicja :)

      Usuń
    5. Wiem, to akurat mało przyjemne...wtedy do głosu to nieraz i agresor wewnętrzny dochodzi XD I to fakt:)
      Wiesz, ja na niej akurat bardzo mocno polegam. Jestem wręcz do tego zobowiązana:)

      Usuń
    6. I zaczynam pluć jadem i trzaskać drzwiami, bo ile można ślimaków wysłuchiwać XD
      Chyba i ja sama swojej powinnam mocniej ufać.

      Usuń
  6. Ostatnio myślałam o ideałach właśnie. Że niby nie istnieją, że nikt nie jest idealny. Bo ma wady? To czyni go człowiekiem. Jeśli ktoś chce jakieś nieludzkie stworzenie bez wad to raczej takiego nie znajdzie. Ale jak ktoś chce człowieka z całą świadomością jego wad to znajdzie taki ideał. Bo wady tak jak i zalety składają się przecież na człowieczeństwo. A jeśli to jest okraszone miłością... cóż może być bardziej idealnego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no jasne, nie ma ideałów w takim sensie, bo widzisz...nawet jakby wad nie miał, to okazałaby się nieludzki i to by już była wada. To jak idealnie proporcjonalne twarze w tym momencie.
      Otóż to:)

      Usuń
    2. Dokładnie :)
      I tez myślę, ze jak Wam by się nie udało to komu miałoby się udać i chyba przestalabym wierzyć, ze to możliwe. I żadne ksiegarnie, ani pikniki z koszykami by tego nie naprawily.

      Usuń
  7. Wcale nie wyszło tak ckliwie, ale jeśli już jesteśmy przy ckliwości to mnie się kojarzy utwór - I can't live if living is without you. Ckliwie jak cholera, ale mnie chwyta za serce. Podobnie jak Twoje słowa w tym poście (wiem, żadna nowość :D), bo kurczę, potraficie przetrwać kryzys, gdzie nawet słowo "rozwód" pada, potraficie pomimo przeciwności losu. I to świadczy o dojrzałej, prawdziwej miłości. Takiej, gdzie można uwierzyć w "zawsze" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie ckliwie, bo ty wiesz akurat- ja niekoniecznie o osobistych o uczuciach wyflaczać się lubię XD Co innego teoratyzowanie, szersze perspektywy no ale...XD Czasem trzeba XD
      I czasem może właśnie coś za serce nas musi chwycić:)
      Bo na tym to polega przecież:) Los zawsze będzie rzucał jakieś kłody pod nogi więc...trzeba je przeskakiwać, nawet jak przedtem jest płacz, łzy i zwątpienie:) Chociaż zawsze nie istnieje, to zawsze jest, wiem, o co chodzi:)

      Usuń
    2. No tak, wiem, wiem XD Ale wiesz, nie rzygałam tęczą, czytając to XD
      A im więcej takich doświadczeń, tym więcej w Was siły :) Chociaż nie życzę takowych, oczywiście XD

      Usuń
  8. Frida, kochanie, każdemu związkowi przytrafiają się chwile zwątpienia, ale najważniejsze jest to, aby przejść razem przez to.

    http://delikatnamateria.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Wiele rzeczy/osób może się na początku wydawać "idealne", ale przestają takie być po głębszym zapoznaniu się z nimi ;)
    Podobno razem można zrobić o wiele więcej niż osobno i wiele rzeczy jest wtedy łatwiejszych. A co do urodzin Męża, to... "kartka z kalendarza jest po prostu kartką, urodziny to po prostu matematyka, a życie wypełniamy sami swoją energią" :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Nic nie wiem o miłości, ale wydaje mi się, że tę prawdziwą widać nawet, kiedy się z nią nie afiszować. Bo przejawia się ona w tylu, nawet drobnych, kwestiach, o których nawet się nie myśli.
    Taką miłością - prawdziwą i mimo wszystko - chciałabym cieszyć życie. A jeśli Bóg dla mnie takiej nie ma, to nie chcę żadnej innej.
    Chociaż... Może i taka jest potrzebna, żeby nauczyć się tej jedynej właściwej?

    Ze spokojem przeczytałam o Waszym kryzysie i drobnych upadkach. To wszystko świadczy o szczerości i prawdziwości uczucia, które dzielicie. :)

    OdpowiedzUsuń
  11. masz rację, w życiu nie ma nic piękniejszego niż odwzajemniona miłość i wsparcie kochanej osoby. chyba każdy się czasem zastanawia, jakby się potoczyło jego życie gdyby te lata temu los postawił na drodze zupełnie inną osobę niż tą, z którą jesteśmy obecnie. Też nie raz się zastanawiam co by było.. Gdzie bym była, czy miałabym siłę walczyć, czy w ogóle gdziekolwiek bym jeszcze była..
    A idealny związek to nie taki, w którym nie ma wad, spięć. Nie ten z początków, kiedy miłość kwitnie i obie strony zamykają oczy na wszystko, co nie tak. Idealny związek to ten, w którym dwie osoby zdają sobie sprawę z tego, jak wiele ich dzieli i łączy jednocześnie. Ten, w którym myśli o rozstaniu nie przynoszą zniechęcenia czy rezygnacji, ale walkę, o to, co było, o to, co jeszcze może być. o te wszystkie wspólne plany, marzenia.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja o swoim związku też nigdy nie piszę ani nie mówię źle. Wszystkie problemy czy złe chwile zostawiam między nami i właśnie w takim dwuosobowym gronie staramy się je rozwiązać. Jest tak jak napisałaś - każdy ma swoje życie i chociaż może i te rady wydają się pomocne i taką mądre, to tak na prawdę nikt nigdy nie znajdował się w tej konkretnej sytuacji co Ty, a jak wiadomo - nie można mierzyć wszystkich jedną miarką.
    Wydaje mi się też, że właśnie to rozwiązywanie problemów samodzielnie, bez tych całych porad jeszcze umacnia związek, pokazuje ten ogrom miłości, która potrafi posklejać wszystko - uświadamia, że kolejny raz DALIŚMY RADĘ i z pewnością jeszcze nie raz damy. :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Nikt nie jest ideałem, mój w tym roku kończy 33 i też nadal jest chłopcem. Nie wiek czyni człowieka. A tak btw nie wiedziałam, że twój mąż jest z mojego rocznika :) Wszystkiego najlepszego dla niego :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Wszystkiego najlepszego dla Męża i dużo siły dla Was obojga :)

    OdpowiedzUsuń
  15. szacunek, wypisać 50 rzeczy za które kochamy partnera to coś, moja Natalia nie potrafi wskazać jednej rzeczy a Ty chciałaś aż 50, gratuluję zażegnania kryzysu, mam nadzieję, że te złe chwile tylko umocniły wasz związek

    OdpowiedzUsuń
  16. piękny związek. kryzysy spotykają każdą parę, a Wy sobie z tym elegancko poradziliście. ideały i idealnie dobrani ludzie to niestety mity, ale może to i dobrze, bo byłoby zbyt nudno... i zbyt idealnie.
    27 lat to fajny wiek, mój ukochany też niedługo będzie tyle kończył i też jest mężczyzną i chłopcem w jednym, to bardzo dobre połączenie. ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. Och, związki. Na tym to ja się kompletnie nie znam, ale cieszę się, że zażegnaliście kryzys. Naprawdę niewiele szczęśliwych związków widuję ostatnio.

    OdpowiedzUsuń