I
choć niedziela była tak pięknym dniem, choć w zoo z Red bawiłyśmy
się przednio, popołudnie przyniosło przedsmak łez. Znów miałam
dziwne, nieukierunkowane poczucie winy i stan przed chęcią płaczu,
który próbowałam usprawiedliwić tęsknotą za swoim Mężem, z
którym może i mieszkam, ale stale się mijamy przez pracę. Cały
wieczór próbowałam sobie poprawić oglądaniem zdjęć z gór, w
które jedziemy w niedzielę i piwem, gdy Mąż już wrócił. I już
było lepiej, już było spokojnie, ale przyszły kolejne złe sny,
sny z moim ojcem i sny z cudzą śmiercią. Sny niespokojne i takie,
z których dobrze było przebudzić się w poniedziałkowy poranek.
Choć, ten wcale też nie zachęcał.
„Jesoo,
jak ponuro” napisałam tylko do Red, gdy szykowałam się do
wyjścia. Dzień marudy, jak to określiłam, choć nie zawsze
przecież taka pogoda mi przeszkadza w porannym wstawaniu. Ale w tym
poniedziałku od razu coś nie grało, tak samo jak dziwnie pobolewał
mnie nawet ząb i nie chciało się za bardzo jeść. Smutek,
przerażający smutek wlał się w serce, chociaż próbowałam z nim
walczyć, myśląc o wieczorze, o kołdrze, gorącej herbacie i
kolejnym powtarzanym przez nas anime, które tak bardzo kocham. Byle
do wieczora, mówiłam sobie i nawet rozpogodziłam się trochę w
tramwaju, choć po męczącej nocy nadal chciało mi się spać. Ot,
może poniedziałek jak poniedziałek, tylko jeden z pierwszych
jesiennych, więc może po prostu trudniej go przetrwać?
Dziwny
poranek, w którym nawet pomyliłam datę swojego święta, uciekło
mi nawet, jaki jest dzień i to, gdzie żyję, przez co byłam na
siebie aż zła. Ale po prostu, poniedziałek.
I
wszystko toczyło się w porządku, wszystko szło po prostu swoim
rytmem, aż do tej wiadomości. „W środę Radek ma pogrzeb”.
Jaki, kurwa, pogrzeb? Jaki pogrzeb? Ale jak to, to nie były żarty,
pomyślałam z pewną paniką, gdy nagle, jak przy błysku pioruna
przypomniałam sobie wiadomość M. na naszej grupowej tablicy.
Postawiony znicz, ten cholerny internetowy znicz, który wkurwiał
mnie miliony razy u ludzi i napis „Radek, na zawsze pozostaniesz w
naszej pamięci”. Wtedy myślałam, że to tylko żarty, że po
prostu chłopaki ze szkoły znowu się spili i upamiętniają tak
wyjątkowego kaca...wtedy myślałam, że to żart. Żart, który
okazał się prawdą. Radek, mój kumpel ze szkoły, nie żyje.
Facet, który miał 22 lata i z którym jeszcze niedawno chodziłam
na piwo.
Byłam
w szoku. Poczułam się, jakby ktoś dał mi w twarz. Mówi się, że
śmierć jest równa dla każdego i to cholerna prawda. Jednak, gdy
dotyka kogoś, kto nie choruje, kto jest młody, spotyka się z
większym niedowierzaniem. Śmierć jest równa dla tych, co
umierają, a jednak tak różna w odczuciach dla tych, którzy
zostają. Poczułam niedowierzanie, szok, złość. Złość, bo to
nie był ktoś, kogo znałam za blisko ale...
Radek
ma pogrzeb w środę, pomyślałam i wybiegłam do łazienki prawie
płacząc. W środę. W pierwszy dzień jesieni, w moje święto, w
Mabon. Jesień, cholerna jesień, pomyślałam ze złością i prawie
się popłakałam. A już cię lubiłam, do cholery, zaciskałam zęby
w łazience, aż nie weszła Asia z pracy. Ta, która zawsze wyczuwa
ludzkie nastroje i z którą tak dobrze mi się rozmawia. Widziała,
że coś jest nie tak.
-Bo
mi kurwa, zawsze ktoś na jesień umiera.
Wtedy
tak pomyślałam i prawie to wykrzyczałam w naszej małej łazience.
I nie chodziło o Radka. Od razu pomyślałam o 2012 roku, kiedy w
połowie sierpnia, gdy czuć już było jesień, zmarł Vince, o
zeszłym roku i mrocznym choć świetlistym październiku, gdy
Królik...Wtedy tak pomyślałam, stworzyłam sobie tą sierpniowo-
listopadową klamrę, jakby przeczucie jesieni w noc spadających
gwiazd i przeczucie zimy w listopadowe noce składały się na jedno,
na jedno, które tak boleśnie wbija sztylet w serce, na jedno,
którego trzeba się bać...
Asia
jak zawsze spojrzała na mnie trzeźwo.
-Nie
popadaj w cholerny fatalizm.
Fatalizm.
Tak, ma rację, fatalizm. Może nieraz to przyciągamy, choć
przecież w tym roku starałam się o tym nie myśleć ale może też
i czasem staramy się o tym nie myśleć aż za bardzo, tak że los
staje się przekorny i chce nam przypominać, tak jak zresztą
pisałam o tym Carrie, jadąc już tramwajem?
Wróciłam
do domu, myśląc o jego śmierci, o człowieku, którego za bardzo
nie znałam, ale z którym lubiłam wygłupiać się na zajęciach. O
człowieku, o którym myślałam raczej w ten sposób, jak o
przemijającej historii, epizodzie, o którym więcej nie usłyszę,
jak o kolejnej przelotnej, choć miłej znajomości, jakie w życiu
miewamy. I wolałabym nie usłyszeć, niż usłyszeć w ten sposób.
Nieraz milczenie jest lepsze, jest złotem. Brak wieści to też
wieści, jak mawiają, bo to znaczy, że nie ma tych złych. Bogowie,
jaka to była cholerna prawda !
Czekałam
tylko na to, aż Mąż wróci z pracy, nie chciałam nawet od razu
widzieć Red która przyszłaby jak zawsze na obiad, tylko jego, w
niego się wtulić, jego zapytać, jak sądzi, czy powinnam iść na
pogrzeb, czy...
Zadzwoniłam
do niego, gdy tylko skończył pracę, jeszcze był na piwie z
kumplem, miał być później ale...wiedział już, że jest nie tak,
że nie jest w porządku, wrócił, utulił. 10 minut, które
sprawiło, że poczułam że żyję, że mogę wzywać Red na obiad,
że nie chce mi się płakać, bo przecież wieczór przed nami,
wieczór, na który tak czekałam.
Więc
odepchnęłam wszystkie myśli i na imię Vincent i wzmianki o
Króliku w anime reagowałam trochę drżeniem, takim, którego nikt
nie zauważył, bo przecież kocham ten serial i nie chodzi wcale o
skojarzenia, nigdy w nim akurat się ich nie bałam, na pewno nie
Vincenta Law, teraz nie boję się i Królika. Odepchnęłam
wszystkie myśli, wzięłam głęboki oddech i poszłam dalej, jak to
mam w zwyczaju, aż do nocy.
Aż
do nocy, bo myśli, którym nie daje się dojść do głosu za dnia,
odzywają się w snach. W snach ciężkich i bolesnych, tak bardzo,
że człowiek budzi się zalany łzami. Bo źródło bólu musi
gdzieś wybić, woda znajdzie ujście w nawet najbardziej szczelnym
pancerzu, woda spływa po policzkach aż spływają i nasze maski.
Obudziłam się więc o 4 nad ranem, zalana łzami, zaciągająca
powietrze i wypuszczająca je z histerycznym szlochem. Obudziłam
Męża, który tylko przytulał, gładził ciało i szeptał
uspokajające słowa, który wiedział, że tym razem nie namiętność
jest lekarstwem i odpychał moje próby jej obudzenia. Bo nie ma
ucieczki, jest tylko ponowny sen i ten przyszedł, po czasie też
przyszedł, aż do dźwięku budzika o 7 nad ranem i pięknego świtu.
Znów, jakby noc nie istniała, jakby sny były przewidzeniem, bo
życie czeka. Bo czekają badania do nowej pracy, bo czeka mnie
kolejny dzień w monotonnej pracy.
Wstałam
więc, pocałowałam Męża i obudziłam go prawdziwym szczebiotem,
na który patrzył ze swoim przekąsem, znając mnie, znając moje
maski i tylko przeczekując. Wiedząc, że coś w środku pęknie
albo się pozbiera, czekając na reakcję. Wstałam i napisałam do
Red, że dzień piękny, mówiąc potem, że trzeba dać mu szansę.
Trzeba dać mu szansę, jak każdemu kolejnemu.
Z
dziwnym więc chyba po nocy uśmiechem poszłam na badania, oddałam
krew, zrobiłam prześwietlenie płuc, zbadałam oczy.
Gdy
wyszłam z przychodni około 10, zobaczyłam na ławce staruszkę,
która doprawdy wyglądała blado. Siedziała sama na dziedzińcu,
tylko ona i ja, ja, myśląca wreszcie o śniadaniu które mogłabym
zjeść i ona. Zaniepokoiłam się, może potrzebowała pomocy
podeszłam więc do niej i zapytałam, co się dzieje, czy kogoś
zawołać.
-Nie,
skarbie- powiedziała, podnosząc uśmiechnięte, czarne oczy- to
serce, choruję na serce, zaraz przejdzie, wiem, bo zawsze tak mam,
idę na badania zaraz.
Jedna
błahostka, a w oczach stanęły mi łzy. Jesień i śmierć, jesień
i chore serca. A jutro Mabon, jak mam świętować jesieni przyjście
do cholery?
Miałam
iść do pracy, a nie mogłam. Miałam iść do pracy, dzwonić do
kolejnych ludzi, a nie potrafiłam. Podjęłam więc decyzję, własną
decyzję, w której nikt nie mógł mi towarzyszyć. Napisałam do
paru osób, z którymi prawie zawsze jestem w kontakcie, że znikam,
że będę na parę godzin.
Dać
mu szansę, temu pięknemu dniu...może dać ją sobie?
Może
trzeba dać sobie szansę, a taki dzień musi nadejść, dzień, gdy
człowiek coś zamyka. I zrozumienie przychodzi po czasie.
Cały
czas myślałam o tym, czy iść na ten jutrzejszy pogrzeb. Cały
czas ta myśl, czy powinnam, iść na pogrzeb człowieka, którego
prawie nie znałam. Tym bardziej...że nienawidzę pogrzebów.
Nienawidzę chyba jak wielu z nas, ale nie chodzę na nie, by się
pożegnać. Ja żegnam się inaczej, żegnam się wierszem i piwem,
żegnam się rytuałem i myślą. Żegnam się w innych miejscach,
żegnam się...
Nie
potrafię w tłumie. Tym bardziej, że śmierć nabiera dla mnie
znaczenia po czasie. Już Red mówiłam, że nie potrafię płakać
od razu. Nie płakałam od razu, gdy miałam 10 lat i gdy zmarła
moja babcia. Jedyne łzy jakie uroniłam, były łzami
strachu...bałam się, że to dziwne, że nie płaczę. Bałam się,
że znów będę inna, że mama będzie mieć pretensje, siostra.
Płakałam tylko dlatego. Prawdziwe łzy tęsknoty przyszły potem,
rok później, gdy było lat i gdy nie miał mi kto tłumaczyć
pewnych nazw i znaczeń. Gdy nie miałam komu zrobić laurki.
Nie
płakałam, gdy umarł Vincent. Zrobiłam, co miałam. Zajęłam się
zwłokami, pustą skorupą bez tchu, spojrzałam w jej oczy. Zmyłam
krew z podłogi i mebli. Nie płakałam szorując drewniany parkiet.
Nie płakałam, załatwiając kolejne formalności. Łzy przyszły po
czasie, gdy zatęskniłam już w pełni, gdy poznałam Cat i piłam z
nią wina prawie wypadając z 10 piętra bloku w którym wtedy
mieszkałam, płakałam gdy recytowaliśmy dla niego wiersze z
Królikiem, płakałam nad brzegiem Rusałki, gdy nie było już nic
do powiedzenia i gdy szarpaliśmy się z Królikiem w jeziorze.
Nie
płakałam, gdy zmarł Królik. Byłam w szoku, poleciało parę łez,
ale nie czułam ich. Wzięłam się za telefony, które paru z was
zapewne pamięta. Wysłałam maile, porządkowałam jego sprawy. Nie
płakałam, idąc do jego domu i sprzątając razem z jego Rudą
siostrą, zabierając rzeczy, które to ja mam przekazać ludziom.
Nie płakałam rozdając listy. Płakałam gdy przyszły olejne zimne
noce, płakałam znów z Cat i Mężem, płakałam wiele razy sama,
gdy w pełni tęsknota zatrzasnęła na mnie swoje ramiona w tym
roku.
Nigdy
nie płaczę od razu. Zawsze dociera do mnie brak, może to cholerna
reakcja obronna, to, że muszę się czymś zająć. A może śmierć
przechodzi obok i dopiero z czasem, gdy obejmuje moje serce, zaczynam
czuć chłód, serce lodowacieje, a oczy topnieją. Dopiero po czasie
rozumiem brak, po czasie tęsknotę. Coś uderza mnie w twarz, ale to
jak z każdym moim złamaniem. Za każdym razem, gdy złamałam rękę,
nie płakałam. Zaciskałam zęby, pozwoliłam na parę łez, na jęk,
ale nie płakałam, udając silną. Dopiero gdy kości się zrastały,
czułam ich ból i pozwalałam sobie na płacz i marudzenie, na leki
przeciwbólowe. Parę dni. Nie w momencie, gdy kość trzaska.
Gdy
pęka mi serce, nie płaczę również. Dopiero gdy się zrasta i
rozumie, co straciło, dopiero gdy tkanka tworzy martwe nieraz
blizny, płaczę nad sobą. Czuję samotność.
Prawie
pozwoliłam sobie na łzy, gdy zmarł Radek, gdy dowiedziałam się o
tym cholernym pogrzebie. Prawie. I zrobiło mi się głupio, bo
wiedziałam, od razu wiedziałam, że to nie o niego chodzi. Zupełnie
nie o niego i nie o jego pogrzeb. To potworne, to okropne, przeżywać
cudzą śmierć tylko przez inną, która już dotarła do
świadomości, która rozszarpała serce i życie, zostawiając tak
cholerne zgliszcza. To potworne i samolubne.
Zrozumiałam,
że nie mogę iść jutro na cmentarz, na TEN cmentarz na pogrzeb.
Nie płakałabym tam, a może płakałabym...bo nie byłam na
zupełnie innym pogrzebie, pogrzebie w listopadzie, którego nie
było.
I
tak zrozumiałam, co mam zrobić z tym dniem.
Pamiętam,
jak żegnałam się z Vincentem. Bo to nadal otwarta rana, to nadal
rzecz, która boli, przez którą płacze się po nocach. To twarz,
która już się zaciera, ale to głos, który zawsze brzmi w głowie.
I pamiętam ten wrzesień, w którym to nie poszłam na zajęcia,
tylko pod jego dom, pod TAMTO mieszkanie, w którym tyle się działo.
Tamto mieszkanie, które stoi puste i czeka na jego syna. Pamiętam,
jak uwiesiłam się na klamce i zapłakałam paroma łzami, tylko
paroma. A potem poczułam się lekka. Bo każdy musi coś zamknąć.
Zamknąć jakiś rozdział, nawet po czasie, zamknąć kolejny etap,
by wreszcie zamknąć i książkę. Wiem to, tak bardzo wiem, a mimo
to...
Czasem
coś musi w nas uderzyć, byśmy znowu zrozumieli.
Jakiś
czas temu Red napisała mi, że chce iść na cmentarz. Na cmentarz,
na którym wcale nie ma jego ciała, ale jest grób jego matki. Jej
grób, a na nim tabliczka, tabliczka ze śmiesznym trochę może
napisem, z imieniem, przezwiskiem i nazwiskiem, a nie tylko
nazwiskiem. Tak, jakby w tej rodzinie każde przezwisko było
ważniejsze, niż imiona, niż nazwiska, bo są ich własne. Jakiś
czas temu napisała, a ja się zgodziłam, zgodziłam, wiedząc, że
sama chyba tam nie wejdę, nie tak łatwo i nie od razu. Bo ja
nienawidzę cmentarzy, nienawidzę grobów, ja się tam nie żegnam,
ja mam swoje miejsca.
Oni
swoich nie mieli, musi starczyć cmentarz i ten pusty grób, cudzy
grób tak naprawdę. Być może, żeby zamknąć rozdział, żeby iść
dalej, tej jesieni, kiedy to już prawie rok, przecież prawie rok...
Ten
cmentarz, ten, na którym jutro ma być pogrzeb Radka, nie mógł mi
wyjść z głowy. Ten, na którym ona chciała się pożegnać w
kolejny ze sposobów, a w który ja bym nie mogła, nie potrafiła, w
sposób, który być może by mnie złamał, zanim...
Tak,
trzeba dać sobie szansę. Ale najpierw do szansy trzeba dojrzeć.
Może dojrzałam. Zamknęłam pewien rozdział, choć, nie zamknęłam
książki, nie zamknę jej, bo stale pamiętam, bo wiem, że jesteśmy
tu na chwilę, ale w sercach pamiętamy na zawsze.
Wyszłam
z przychodni, napisałam że znikam, że mnie nie ma, nie ma dla
świata. Jestem ja i moje myśli, ja i miejsca, ja i inni zupełnie
ludzie. Rozdział, który muszę dopisać. Kolejny etap, nic więcej,
etap, żebym to ja mogła być silna i zabrać ją na cmentarz. Żebym
mogła wspominać. I przeżywać kolejne, nieuniknione śmierci
takie, jakimi są. A nie przez inne, dawniejsze zdarzenia. Żebym
mogła oddać cześć nawet i tym, których nie znałam tak bardzo.
Nie
poszłam zatem do pracy.
Najpierw
szpital. Ten szpital, który jest tak blisko, który odwiedzałam
przecież po twojej śmierci, który mijałam, ale nie nadawałam
temu znaczenia. Ten szpital, który ostatnio przewija się przez
wszystkie dni, zdarzenia.
Weszłam
do niego swobodnie. Weszłam ostrożnie już na ten oddział, na
którym zmarłeś. Zobaczyłam znajome przecież twarze.
Pielęgniarki, która walczyła z tobą i nazywała cię młodym
źrebakiem. Zachciało mi się płakać, na wspomnienie twojego
śmiechu na tych salach, ale i tego bólu, cierpienia i strachu,
który też ukrywałeś przed wszystkimi tak naprawdę, póki
wytrzymywałeś. Ale to nie czas na łzy. To nie to miejsce.
Wyszłam
więc z niego, stanęłam na dziedzińcu. Zebrałam dwa płaskie
kasztany i schowałam do kieszeni polaru. „Te płaskie są
idealne na podstawki do całej reszty figurki!”, instrukcja
sprzed paru lat, instrukcja, którą znałam.
Potem
stopy już same prowadzą. Twoje ukochane jezioro, Rusałka, dookoła
której zawsze biegłeś. I to nasze miejsce. To jedno drzewo, pod
którym nie siadam z nikim innym, chyba że z Mężem, bo to co
innego, to coś, co moja pamięć wybacza. Nasze ulubione drzewo, na
którym piliśmy piwo i opowiadaliśmy historie. Brzeg, na którym
wspominaliśmy tyle razy Vincenta. Brzeg, na którym wspomniałam
ciebie.
Dookoła
Rusałki nie było wielu ludzi. W końcu to nie weekend, w końcu to
nie idealna pogoda. Usiadłam więc i otworzyłam piwo. Usiadłam i
pijąc piwo za ostatnie 3 złote, które miałam, czekając na
wypłatę, wypiłam za ciebie piwo nucąc jeden z twoich utworów,
ten, który zapamiętałam. I zapłakałam. Tym razem nuciłam, piłam
i płakałam lekko i cicho...wreszcie sama. Bo przecież zawsze
prawie wspominam z kimś. Zawsze słucham też cudzych wspomnień,
cudzego bólu, tęsknoty, na swoją się zamykając.
A
ten dzień był dla mnie. Dla nas. Tak jak to miejsce.
Nikt,
kto mnie zauważył, nie zwracał na mnie uwagi. Jakbym była
niewidzialna. Dopiłam w spokoju piwo, otarłam oczy i wstałam. A
nogi prowadziły dalej. Do miejsca, którego najbardziej się bałam.
Do twojego domu.
Stanęłam
przed bramą i stałam tak i stałam. Czekając, myśląc. Miałam
wrażenie, że trwało to wieki, a trwało może najwyżej 10 minut,
kiedy otworzyłam furtkę i stanęłam już przed drzwiami. Otworzyła
mi babcia i przemknęła mi myśl, że to może jedyna babcia, jaką
mam. Tak samo dziadek.
Tylko
oni byli w domu. Ruda na zajęciach na uczelni, Młody w szkole,
Młoda tak samo...tylko oni, cisza i bicie w niej starego zegara,
jakieś stare radio i jazz, którego moje niewprawne ucho nie
rozpozna. I gdy ktoś mnie zapyta, o czym rozmawialiśmy, nie
odpowiem. Nie wiem. Po prostu nie wiem. Za dużo emocji, tylko ich
twarze, ta twarz, którą rozpoznałam na początku września w
tramwaju. Tylko śmiech i moje emocje. Moje rozedrganie.
Przyszłam
się pożegnać, prawie mi się wyrwało. Nie wiem, czy kiedykolwiek
odwiedzę ten dom jeszcze. Sama nie wiem. Sama nie wiem, czy
potrafię, ale wiem, że przełamałam się. Nie zostałam na
obiedzie, wypiłam tylko jedną herbatę, co zostało przywitane z
wielkim zdziwieniem, bo przecież herbatę piję na litry.
Wyszłam
szybko. Jedna herbata, której wypicia bałam się jak wypicia wody
morskiej. Ale ona miała smak miodu i zapach zbieranych latem mimo
wszystko ziół. I wcale od niej nie mdliło.
I
wtedy rozpłakałam się na dobre. Gdy odeszłam od domu, stanęłam
na ulicy i zapłakałam na dobre. I znów myślałam, że to cała
wieczność, a to tylko chwila. Nawet gdy rozumiem, nie płacze
długo. To we mnie oboje ceniliście, prawda? I Królik i Vincent.
To, że nie brakuje mi łez ale...szybko przestaję ich potrzebować
jako doraźnego lekarstwa.
Poszłam
jeszcze na krótki spacer. Miałam ochotę na jeszcze jedno piwo, na
papierosa, ale miało być tylko jedno i może lepiej, że nie było
mnie na nic stać. I spokojnie wróciłam do domu. Zjadłam obiad,
skuliłam się pod kołdrą i...poczułam ulgę. Taką, jak czuję
teraz pisząc te słowa. Nieopisaną, dziwną ulgę, ulgę wobec
tego, co było i tego, co nadejdzie.
Każdy
człowiek musi w końcu zamykać pewne rozdziały. Musi dopuścić do
siebie dni, gdy będzie się żegnał. Musi widzieć cudzą śmierć
inaczej, niż tylko przez tych, co już odeszli.
I
pomyślałam sobie, że teraz już będę mogła stanąć nad tamtym
grobem, na tamtym cmentarzu, może kupimy ładny wrzos, bo nie tylko
mi wrzosy się należą ale...
Może
nie ja tam będę tak naprawdę, bo to nie moje miejsce. Może cudze
łzy będą konieczne i cudza samotność, stanę z boku, bo
samotność i samodzielne mierzenie się bywa w tym wszystkim
najważniejsze.
Wiem,
że nie pójdę jutro na pogrzeb. Nie mogłabym, nienawidzę
pogrzebów, nie umiem na nich płakać, nie zapłaczę na pogrzebie
kogoś, kogo prawie nie znałam.
Nie
pójdę na pogrzeb, bo nawet nie mieliśmy wspólnych miejsc. Parę
wspomnień, epizodów. I jak za parę wspomnień, wypiję po prostu
piwo. Za kolejną śmierć kolejnej jesieni. Za kolejne zderzenia i
zdarzenia, które nie zostawiają ran, ale zadrapania przez rany
wcześniejsze. Wypiję za człowieka, bo tak tylko chyba umiem się
żegnać...jeśli nie kochałam.
Jeśli
kochałam, żegnam się latami. Żegnam się pamiętając, bo tych,
których nie kochamy, tak trudno zapamiętać. Znów, liczy się
tylko miłość, miałeś rację Króliku.
A
ja kochałam. Więc powiem to, co ty mówiłeś. Dobrze jest tęsknić,
bo to pamiątka po miłości. Prawdziwie tęsknić, nieraz o tym nie
mówiąc. Prawdziwie czuć wyrwę w sercu, nie tylko podczas
listopada i zderzeń, wyrwę, która jedna nie przeszkadza żyć.
Prawdziwie zderzać się, czując, oddychając, żegnając i
pamiętając. I nadal kochając i nie bojąc się.
Kochając,
bo to nie zmarli potrzebują naszej miłości...ale my jej
potrzebujemy. To nie zmarli potrzebują naszej pamięci, ale
my jej potrzebujemy.
I
kolejnych rozdziałów. To my potrzebujemy świadomości, że my
kochaliśmy i że oni nas kochali, że byliśmy dla nich ważni, nie
przypadkowi, jak pogrzeby osób, o których myślało się, że się
więcej nie usłyszy. To bolesne, ale i piękne. I nie można tego
odrzucać.
Trzeba
pamiętać, ale i iść naprzód, znów, cholernie, po bolesnych,
piekących łzach, że świadomością, że trzeba będzie się
jeszcze przełamywać, przychodzić do domów na herbaty, rozmawiać
o cudzym żalu, odwiedzać inne miejsca pamięci, ale iść do
przodu. Pamiętając, kochając, tęskniąc.
Jutro
pierwszy dzień jesieni. A ja znów przywitam ją z otwartymi
ramionami i wyszepczę, że przyjmuję wszystko. Tak jak już
przyjęłam, jak zniosłam i opłakałam. Jesień, która pisze mi
nowe rozdziały, pamiętając o miłości, o niej i tylko o niej.
I
nie chcę stale o tym pisać, nie chcę stale mówić, jakby tylko to
liczyło się podczas pierwszej jesieni tuż po, podczas pierwszej
rocznicy...to za nami.
Chcę
iść do przodu, cały czas, żyć.
A
więcej...więcej chyba nie trzeba.
Moje
życie było wspaniałe i
Potrzebuję
twojej miłości
Potrzebuję
twoich spacerów
Cały
dzień i całą noc
Pamiętaj
mnie
Nigdy
nie zapominaj o mnie, dziecko
Jesteśmy
tutaj tylko na chwilę
Proszę,
proszę...pamiętaj mnie.
Kolejna jesienna śmierć - kamień, który uruchomił lawinę... Dobrze, że słuchasz serca, ono wie czasem najlepiej. Trochę spraw uporządkowałaś, nawet jeżeli nie całkiem, w moim odczuciu był to ogromny krok. Uczysz tej pięknej pamięci o zmarłych, prawdziwej. Nie fasadowej, ze zniczami, cmentarzami, za którą często się nic głębszego nie kryje. Jako osoba wiedząca na temat cierpienia bardzo dużo, ale śmierci niewiele, przyjmuję to z pokorą i zadumą.
OdpowiedzUsuńLawinę skojarzeń i ona jest...gorsza, niż sama śmierć. I wiem, że to jakoś okropne ale...trudno przeskoczyć siebie, prawda? I jasne, bo nie idzie od razu uporządkować wszystkiego, wszystko ma swój czas i miejsce, ale takie kroki to już coś:) I wiesz, niektórzy ludzie potrzebuj fasady albo ciągłego wspominania jakie to wielkie ma dla nich znaczenie i...czasem nie kryje się za tym nic, a czasem faktycznie, to po prostu pomaga.
UsuńWiem po sobie, że jakieś skojarzenie potrafi rozwalić system, kolokwialnie mówiąc, ale czasem wychodzi na dobre. Nawet tak krętymi drogami, jakie sama opisałaś. Pokonuję się bardzo często, więc rozumiem, co znaczy ta walka. Najtrudniejsze za Tobą, tak czuję. Większości zmarłych moich nie znałam (osoby z rodziny, które widziały mnie tylko jako małe dziecko albo i nie). Myślę jedynie o dwóch osobach, w tym jednej nam bliskiej i zniczy do tego nie potrzeba, ale jak komuś to pomaga i jest prawdziwe, niech będzie i tak. Co innego dzień wszystkich świętych na przykład, wtedy o szczerość trudno moim zdaniem.
UsuńWłaśnie, ty w tym wiedzę masz sporą akurat ale...rozwala, ale to rozwalanie jest potrzebne, bo musimy się ostatecznie przecież z tym konfrontować jakoś, a nie zostawiać samemu sobie, żeby rosło w nas dziko. I też mam takie wrażenie, to przecież już rok a..ja jednak szybko się podnoszę:) I jasne, bo każdy inaczej odczuwa:)
UsuńWiesz, tam czytam o Twoich reakcjach i powiem Ci, że... mam tak samo. Też nie potrafię od razu się rozpłakać, rozpłakać się przy wszystkich - czy to po prostu w gronie znajomych, czy na pogrzebie. Po prostu nie umiem. I tak jak w Twoim przypadku - tęsknota przychodzi do mnie po czasie, gdy w tym zabieganym życiu przyjdzie mi się na chwilę zatrzymać i uświadomię sobie, że tego kogoś już nie ma, a przecież zawsze był... Zawsze. Wówczas czuję się jakby kubeł lodowatej wody spadł mi na głowę i zaczynają się łzy. Chociaż te najczęściej przychodzą właśnie nocą.
OdpowiedzUsuńBo przy ludziach jest...dziwnie, prawda? I coś człowieka hamuje, w ogóle go hamuje, jakby to była właśnie reakcja obronna. Bo człowiek może właśnie w tym szoku sobie radzi jak umie i pewne rzeczy dojrzewają, żeby przyszły w momencie, gdy jesteśmy na nie gotowi, takie mam wrażenie. I one są pozornie nieprzyjemne ale...cholera, jakże potrzebne!
UsuńWiesz, ja mam tak, że przy innych staram się udowadniać, jaką to jestem twardzielką, nawet jeśli coś bardzo mnie dotyka. Pewnie przez tę maskę, jakoś wewnętrznie hamuję się przed tymi łzami na oczach innch.
UsuńTo masz też, to co ja, taką trochę skorupkę siłaczki. Ale właśnie, nieraz i sobie trzeba odpuścić.
UsuńMyślę, że zmarli również potrzebuję naszej pamięci i jest to coś na kształt ich pragnienia, które zawisło w powietrzu, bo jednak chyba każdy z nas po śmierci nie chciałby by nie było nikogo na naszym pogrzebie, by ktoś o nas pamiętał i ktoś za nami tęsknił, miło wspominał....
OdpowiedzUsuńMyślę, podobnie jak Ty, że to, że nie płaczesz od razu to właśnie jest reakcja obronna organizmu. Płacz przychodzi po czasie, bo smutek, który poczułabyś od razu byłby dla Ciebie nie do zniesienia. Na pewno tak właśnie jest, bo jesteś bardzo wrażliwą osobą a czytałam książkę o działaniu emocji na nasz mózg i istnieje coś takiego jak właśnie wyparcie, odsunięcie emocji w czasie, bo są tak silne, że mogłyby nas zwyczajnie zabić.
Cholernie mi źle z tym, że znów Ci ktoś umiera i to jeszcze tak młodo. 22 lata. Miał wypadek? Gdy czyta się o takich niepowetowanych stratach i o tym bólu, zaczyna się doceniać samotność i to, że nie ma się zbyt wielu bliskich osób.
Może i tak, to jest kwestia po prostu, w jaki sposób wierzy się w życie po życiu, jak to widzisz i dla wielu to właśnie zmarli potrzebują pamięci, a ja absolutnie tego nie neguję bo...nie wiem jak jest. Ale wiem, jak jest z nami, tymi którzy zostali i wiem, że to nieraz my właśnie potrzebujemy echa dawnej miłości, żeby móc tęsknić i...nawet iść dalej.
UsuńDokładnie, to reakcja obronna, bo dopuścić nieraz do siebie taki ból.....to dosłownie, fizycznie nawet łamałoby serce. A po czasie człowiek dojrzewa do tego, by po kolei dopuszczać do siebie emocje. I nie jestem wrażliwa, raczej gruboskórna, ale każdy czuje się źle gdy ktoś odchodzi. I dlatego każdy radzi sobie po swojemu, to właśnie moja reakcja obronna, masz całkowitą rację:)
Mi nie jest źle dlatego, że on odszedł i...dlatego z tym mi jeszcze gorzej. Bo wiem, że to człowiek, którego znałam z daleka, ale to przynosi inny ból...choć właśnie i ta śmierć jest okropna i przytłaczająca. I czasem tak o tym myślę, czy nie byłoby lepiej być z daleka ale...ja kocham ludzi. I wolę za nimi tęsknić, niż właśnie być z daleka. Taka natura.
Tęsknota w gruncie rzeczy nie jest zła. Czasem sprawia nam ból, ale jednak tęsknimy najczęściej za czymś dobrym, a dobre wspomnienia są bezcenne.
UsuńO nie, z całą pewnością nie jesteś gruboskórna. Czytam Cię już jakiś czas i wiem, że zwracasz uwagę na takie rzeczy, których inni nawet nie widzą, kochasz naturę a do tego trzeba być wrażliwym :)
Dokładnie, po prostu nieraz chyba...musimy się nauczyć tęsknić mądrze, że tak to nazwę.
UsuńDobra, jakbyś mnie poznała relanie, to byś zrozumiała o co chodzi, ja jestem nieraz...dość oschła, póki się nie przełamie, żeby pokazać drugą nature, no:)
Ludzie żyją, dopóki życie pamięć o nich. Ludzie odchodzą, my też kiedyś odejdziemy. Boli bardziej, gdy odchodzi ktoś, kto miał jeszcze całe życie przed sobą, ale śmierć jest częścią tego życia i nie ma od niej ucieczki.
OdpowiedzUsuńTuż po śmierci mojego dziadka trzymałam się świetnie. Zero łez. One przyszły dopiero z czasem, gdy szok minął i zaczęło docierać to co się stało.
Dokładnie, póki pamiętamy to...jakby część tych ludzi, którzy odeszli, żyła w nas. I dokładnie, to jest naturalne ale...zawsze jakoś boli. Ale i ból w życiu jest potrzebny i naturalny, prawda?
UsuńDokładnie, bo człowiek rozumie po czasie, co się nieraz tak naprawdę stało...
Właśnie tak jest. Jakaś część żyje, dopóki ocalamy wspomnienia o tych, którzy odeszli.
UsuńRadość i ból muszą być w równowadze. Na tym chyba polega to piękno i ten sens życia, że wszystko musi się równoważyć i źle jest, gdy szala przeważa się tylko na jedną stronę.
Dokładnie.
UsuńMój ukochany bilans zerowy wychodzi:)
Dobrze jest móc się wypłakać, zamknąć pewne rozdziały i otworyzc się na nowe. Z doświadczenai wiem, że ciągłe grzebanie sie w przeszłości potrafi przyprawić nawet o coś gorszego niz jesienna deprecha... mam nadzeję, że tym razem jesien pryzniesie więcej radosnych chwil i pamięci o nich właśnie :)
OdpowiedzUsuńDokładnie, bo przecież...mamy przyszłość przed sobą, więc nie można żyć przeszłością. Ale czasem, od czasu do czasu, trzeba się z nią po prostu skonfrontować i...dobrze człowiekowi, gdy wyjdzie z tej walki zwycięsko. I oby:) Już dzisiaj jest dobrze:)
UsuńCzasem po prostu śmierć jest takim zaskoczeniem ... Tak jak śmierć mojej babci, która ... Której przecież nic poważnego nie dolegało, nie miała jakichś poważniejszych chorób, które mogłyby mieć wpływ na to, że mogłaby od tak umrzeć. Umiera nagle, na moich rękach, w wyniku rozległego zawału.
OdpowiedzUsuńDokładnie, przychodzi nagle i właśnie...jest równa dla tych, co odchodzą, mimo że zaskakuje, ale nas zostawia z wielkim szokiem i czasem przez to jeszcze większym bólem. I przykro mi, ze tak się stało, musiałaś bardzo to przeżyć.
UsuńWszyscy byli w szoku jak się dowiedzieli. Bliscy krewni, sąsiedzi, znajomi.
UsuńNie dziwię się wcale...
UsuńAle przecież ludzie, których się kocha, nigdy nie odchodzą. Ludzie, którzy są ważni. Oni zawsze będą, choć już nie fizycznie...
OdpowiedzUsuńI ten brak dosłowności po prostu nieraz poraża i boli ale...tak, są cały czas.
UsuńJa bym nie mogła wytrzymać w pracy, przez którą mijałabym się z ukochanym. Szukałabym czegoś innego... Bo potem ludzie się od siebie odzwyczajają. I kiedy przychodzi wreszcie upragniona zmiana, okazuje się, że często ludzie nie umieją wytrzymać w swoim towarzystwie... bo przywykli do rozłąki.
OdpowiedzUsuńToć i ja zmieniam pracę:)
Usuńteż nie cierpię tych zniczy internetowych... zwłaszcza, że trzy lata temu przegapiłam pogrzeb nauczyciela. wszyscy te znicze wstawiali na fb, a nikt wprost nie raczył powiedzieć co się stało. każde pytanie zostało bez odpowiedzi, czy to w komentarzach czy pw :/ tylko te znicze, wszęęęędzie :/
OdpowiedzUsuńA to jeszcze gorsza sytuacja, bo to jakby każdy się obnosił, a nikt nie raczył powiedzieć nawet, o co chodzi...masakra.
UsuńKażdy radzi sobie ze śmiercią bliskich w inny sposób. Mój tata zmarł jesienią jak miałam 10 lat, nie potrafiłam płakać wtedy. To uderzyło później, znacznie później. Też czułam się z tym dziwnie, że nie mogę płakać, że nie okazuje emocji. To chyba była taka obrona, nie do końca chciałam zaakceptować ten fakt, w końcu musiałam.
OdpowiedzUsuńNie lubię pogrzebów ani cmentarzy. Niestety mieszkam obok jednego i codziennie go mijam. Ironia losu: cmentarz i parafia św. Krzyża w sąsiedztwie.
Dobrze, że poradziłaś sobie z tym, wypłakałaś się i pożegnałaś. Czasami trzeba czasu, żeby zaakceptować, dojrzeć, zrozumieć, pogodzić się z pewnymi faktami. Czasami po prostu trzeba sobie popłakać i odpuścić sobie. Jesteśmy tylko ludźmi. Najważniejsze, że kochamy i nie zapominamy o bliskich nam osobach.
Pozdrawiam :)
P.S. o jakim konkretnie anime wspomniałaś w poście? ;) tak z ciekawości pytam ;)
UsuńBo jednak właśnie...my nieraz bronimy się chyba przed całkowitym uderzeniem w serce, jakbyśmy żal i ból dopuszczali do siebie stopniowo, jakbyśmy inaczej mogli od tego wręcz zwariować.
UsuńHm...czy ironia? Może właśnie sposób na przełamanie się?
I właśnie, z czasem musimy po prostu nad pewnymi rzeczami "przepracować" i...z czasem po prostu jest lepiej:)
I oglądamy obecnie Ergo Proxy, widziałam to z milion razy, ale od czasu do czasu nachodzi, żeby obejrzeć:)
Do wszystkiego potrzeba czasu, wszystko trzeba "przetrawić" na spokojnie :)
UsuńErgo Proxy nie oglądałam, ale już któraś osoba wspomina ten tytuł więc może w końcu z ciekawości obejrzę :)
Otóż to, wiele w tym prawdy, że to czas jest najlepszym, jeśli nieraz nie jedynym lekarstwem.
UsuńTo zabierz się za to:D Bo to anime jest naprawdę wyjątkowe, co prawda ciężkie, trzeba przy nim nieraz się zastanowić, mocno skupić ale...naprawdę, jest genialne:)
Dokładnie, niby banał - czas goi rany, ale faktycznie tak jest.
UsuńO takie ambitniejsze anime to ja lubię :)) to już wiem, co będę wieczorem oglądała ;D
Ja bardzo dziwiłam się, że nie potrafiłam płakać po śmierci babci. Przez cały czas,, gdy jeszcze żyła zastanawiałam się, jak ja odbiorę jej śmierć, jej brak. Nie płakałam mimo, iż nieraz pod nieobecność rodziców opiekowała się mną i moim bratem. Czytała nam bajki na dobranoc, śpiewała kołysanki, myła, gotowała. Kochała nas i zawsze była blisko. Może ja również odczuję jej brak dopiero po czasie? Póki co... nie można powiedzieć, że nie tęsknię, ale dla mnie śmierć nie jest końcem, tylko kolejnym etapem.
OdpowiedzUsuńWiesz, może to też robi swoje, że byłaś jakoś...przygotowana na jej śmierć? Albo właśnie, żal też dopadnie po czasie, z olejną tęsknotą, mimo zrozumienia śmierci...różnie, naprawdę różnie nas to dotyka. Każda sytuacja zawsze inna.
UsuńMnie śmierć kogoś bliskiego czy znajomego rozbija. Długo dochodzę do siebie. Nie wiem, zbyt delikatna na to jestem.... A niby to oczywista sprawa...
OdpowiedzUsuńhttps://sweetcruel.wordpress.com/
Po prostu, każdy ma inne reakcje, inaczej odczuwa emocje...i każdy ma do swoich prawo.
Usuń