sobota, 12 września 2015

O tym, że lepiej czuć ból, niż nie czuć nic, czyli też i o cudzej walce o zagojone rany słów parę

Przyszłam wcześniej, niż się umówiliśmy. On już na mnie czekał. Siedział koło jednego z grobów jednego z poznańskich spacerniaków a zarazem cmentarza. Siedział i trząsł się wręcz, choć przecież nie było zimno. Choć przecież pogoda taka piękna, idealna na nasz spacer, na kolejne spotkanie po takim czasie.
Nie widział mnie, gdy szłam w jego kierunku, nie zwrócił uwagi na moje kroki, tylko trzęsącymi się rękami trzymał papierosa i co chwila przykładał go do ust, oddychając tylko ich dymem. Nie dając płucom miejsca na tlen. Był gdzieś daleko, a nie w swojej głowie, był gdzieś, gdzie być może nawet ja nie miałam wstępu.
Podeszłam, położyłam rękę na jego ramieniu.
-A.?
Aż się wzdrygnął. Nie wyglądał dobrze. Zaczerwienione i zapuchnięte oczy, trzęsące się ręce, cały jakiś „poszarpany i przekrzywiony”, mogłabym rzec. Jakby ktoś chwycił go za ubranie, szarpał za nie i tak zostawił go na kamieniu koło radzieckich grobów, a on nawet nie zwrócił na to uwagi. Coś się stało. Znowu, coś się stało, pomyślałam ciężko. Nie chciałam jednak wypytywać, ciągnąć za język. Wiem, że w końcu sam powie, ale musi się oswoić, oswoić z moją obecności, z ludzką obecnością, zanim zacięte jak zawsze usta powiedzą słowa, te słowa kluczowe, o które chodzi. Wstał więc, przywitał się po prostu. Chodziliśmy może z 20 minut po Cytadeli, on palił papierosa za papierosem, aż sama miałam ochotę zapalić. Mieliśmy się spotkać już dłuższy czas, umawialiśmy się, nie mogąc dogadać co jak i kiedy, widzieliśmy się przez ten cały długi czas tylko wtedy, gdy pijany wrócił ze „swojego kraju” i przyszedł do mnie, wtedy, gdy pijani pokłóciliśmy się na schodach mojej kamienic. Jeszcze w sierpniu. A teraz mamy wrzesień i...chyba znalazłam idealny dzień, by się z nim spotkać.
Szliśmy więc, rozmawialiśmy o pracy, o tym, że zmieniam, o jego potencjalnej przeprowadzce do jego „właściwego kraju”, gdy nagle ni z tego, ni z owego wypalił.
-Moja matka jest w szpitalu.
-Jak to?- zdziwiłam się. Mimo wszystko się zdziwiłam, choć wiem, że przecież jest chora, że umiera, zostało jej niewiele życia. Zdziwiłam się, bo to wszystko wydawało się jeszcze takie nienamacalne. A jednak...zdziwiłam się. Jak to dziecko, które odkrywa, że znów, nikt nie jest nieśmiertelny. Ani ten, kogo się kocha, ani ten, kogo się nienawidzi. Ani kat, ani ofiara.
-Wczoraj wylądowała w szpitalu, jakaś zapaść, coś, nie bardzo rozumiałem, dzwonili do mnie bo podała numer do mnie i ...-głos mu się załamał.
-Czemu wczoraj nie pisałeś?
-Bo było mi wstyd.
-Jak to wstyd?- nie rozumiałam coraz bardziej.
-Bo poczułem jednocześnie strach ale i ..ulgę. Myślałem, że ona umrze ale...
Zapadła między nami cisza. Zaczynałam rozumieć, o co mu chodzi. Tak bardzo rozumieć. Czuć jednocześnie żal, strach, ale i ulgę. Cholerą radość, że coś się skończyło. Z tym, że ja parę lat temu nie czułam nic. I to było jeszcze gorsze. Bo „lepiej czuć ból, niż nie czuć nic”.
Westchnęłam.
-Ale wszystko już w porządku?
-Niby tak, jest w szpitalu, ma w poniedziałek wyjść. Ale i tak niedługo umrze. -powiedział to tak po prostu, a spojrzenie jego srebrnych oczu uciekało.
-Odwiedzisz ją?
-Frida ja..ja się boję szpitali, ja sam nie wiem, czy chcę, czy potrafię ją odwiedzić, z nią rozmawiać, po tym wszystkim...a co jeśli znowu będzie jak przedtem, a co jeśli...- fala wymówek zalała moje uszy. Fala wymówek, a za każdą kolejną krył się strach. Przeogromny strach, który przecież, przede wszystkim ona mu wmówiła. Strach przed strachem nawet, przed tym, że przez to, że spojrzy jej na nowo w oczy, wróci całe „złe i niedobre”. Czekałam, aż przestanie mówić, aż wyczerpie siły. I tak się stało, jak zawsze, w końcu zabrakło mu słów, zamilkł, wyciągnął kolejnego papierosa z paczki, zapalił.
-A., wiem, że się boisz. Czy tych cholernych szpitali, bo przecież tyle czasu tam spędziłeś, czy po protu, boisz się, że ona znowu cię zamknie w klatce, że cię wykorzysta. Ale A. ...ona umiera. Rozumiesz? Wiem, że ją jednocześnie nienawidzisz...ale i kochasz. Kochasz, tak jak ja nie kochałam i...nie popełniaj moich błędów.
Spojrzał na mnie „tym” ciężkim spojrzeniem swoich srebrnych oczu, najuważniejszym, ale jednocześnie pełnym żalu w wyrazie, jakby chciał powiedzieć „czemu nie powiedziałaś mi wcześniej?”. Zamiast tego zapytał mnie jednak
-Uważasz, że popełniłaś błąd? Żałujesz?
Sama nie wiedziałam co odpowiedzieć. Bo przecież nie żałuję. To wszystko jest we mnie obojętne. To nie boli. To taka...pusta dziura, która po prostu jest. Ale wiem, że przeciwieństwem miłości jest obojętność właśnie, a jeśli już czegoś można żałować w życiu to nie bólu, a ran tak zabliźnionych, że nie czuje się nic. Być może, to był błąd. Sama nie wiem.
-Wiesz, może nie powinnam tego porównywać, wiesz, to całkiem inne sytuacje ale...
-Spytałem, czy uważasz że popełniałaś błąd. Nie mówię, że to to samo.
-Sama nie wiem. Po tych trzech latach- nie wiem. I to, A., jest najgorsze. Bo nie wiem, czy popełniłam błąd, nie wiem, czy żałuję, jakby tego nie było. Żyję dalej i w ogóle o tym nie myślę. Ale czasem zastanawiam się, bardzo rzadko, ale jednak, czasem zastanawiam się, czy powinnam była się jakoś pożegnać, przyjechać, kiedy mój ojciec umierał, a nie dopiero jak zmarł, załatwiać pogrzeb i wszystko inne. Nie wiem. To jest zimne, to jest obojętne ale...ja go nie kochałam. Potem już nie miałam żalu ale...nie powiem, że go nienawidzę, nie powiem, że go kocham. Ty swoją matkę jednocześnie kochasz i nienawidzisz i dlatego uważam, że to byłby błąd, gdybyś....gdybyś się nie pożegnał, przez te ostatnie miesiące, a może tygodnie...
Dalej patrzył na mnie tym uważnym spojrzeniem, tym, które uwielbiam, ale i którego nieraz nie znoszę.
-Myślisz, że jednak powinienem...?
-Nie wiem, czy powinieneś cholera. Ale wiem, że za parę lat zaczniesz się zastanawiać, czy powinieneś i już nigdy nie będziesz mógł sobie na to pytanie odpowiedzieć. I nie chcę, żebyś był obojętny. Tak obojętny, jak ja jestem w tej kwestii.
Nie powiedział nic. Zapalił kolejnego papierosa, szlug od szluga, tak samo jak ja, gdy się denerwuję, a raczej ,denerwowałam. Bo przecież rzucam.
-W którym szpitalu leży?
Chwila zastanowienia.
-Na Przybysza.
Bogowie, czy wszystko tam musi się odgrywać, w tym szpitalu? Przebiegła mi egoistyczna myśl przez głowę, że ten szpital to jakieś cholerne fatum, to jakieś...ale to nic.
-Chcesz tam iść? Chociaż pójść? Nie musisz do niej od razu wchodzić...
Skinął głową, powoli zamykając powieki i zaciągając się dymem. Niech nie popełnia moich błędów. Choć czy dobrze zrobiłam, mówiąc w ten sposób?

Bo czasem zastanawiam się, czy popełniłam błąd. Czy mogłam inaczej. Czasem zastanawiam się, czy to by miało jakikolwiek wpływ na mnie. Bo przecież, dobrze mi się żyje i prawie o tym nie myślę. Tylko czasem, miewam złe sny, w których ojciec chce mnie zabić.
Nawet prawie nie mówię już o ojcu, chociaż kiedyś przecież przy każdej, nadmiernej ilości alkoholu opowiadałam o tym, jak był moim katem.
Prawie nie mówię o tym, że moje pierwsze wspomnienie tak naprawdę to moment, w którym mój ojciec rąbał drzwi tasakiem, żeby dostać się do pokoju w którym byłyśmy we trzy, moja matka, starsza siostra i ja, żeby dostać się do pokoju i nas po prostu zabić w swoim alkoholowym szale.
Nie mówię prawie o tym, jak mój ojciec upijał się i potem trzeba było wzywać pogotowie, gdy dostawał po prostu alkoholowej zapaści, leżał na podwórku, a ja czekałam z mamą na lekarza, żeby dowiedzieć się, czy przeżyje. Przestałam płakać, gdy tak leżał, gdy umierał, gdy miałam jakieś 10 lat, pewnego upalnego dnia, już nie płakałam. Bo wiedziałam, że złego diabli nie biorą i byłoby lepiej, gdyby umarł. Wtedy czułam nienawiść.
Nie wspominam głośno każdej awantury, która w moim domu była normą, strzaskanej porcelany po babci, wyzwisk, kolejnych nieprzespanych nocy, dziwnych metod blokowania drzwi, żeby się nie dostał do pokoju, chowania wszystkich siekier, tasaków i większych noży u mamy w pokoju, gdy przeczuwałyśmy, że wróci pijany i agresywny. Za dużo, by o tym mówić, by o tym pisać. Za dużo, bo to całe moje życie, dziecięce, nastolatki.

Rzadko też mówię już o tym, że prawie zabiłam swojego ojca, gdy miałam 15 lat i gdy mnie zaatakował. Że tylko ostatni przebłysk rozsądku kazał odłożyć mi nóż, przebłysk rozsądku który mówił „zabijesz gówno, pójdziesz siedzieć za człowieka, bo w tym kraju siedzi się nawet za samoobronę”. Tak, wtedy nienawidziłam, nienawidziłam z całego serca.

Kolejne lata płynęły, a mój ojciec robił się coraz starszy. Zaczął chorować, przestał pić ,tylko tyle, co jedno piwo dziennie. Moja matka zaczęła się nim opiekować, jako ta, co nie potrafiła go zostawić, ale miała w tym też wiele mądrości. Ale nie o nią teraz chodzi.

On zaczął chorować, a ja wyprowadziłam się z domu. Nie było już awantur, nie było chowanych noży, nie było przeczucia, że jak wraca późno to na pewno trzeba będzie wzywać policję. Nie było ucieczek z domu, stawałam się coraz spokojniejsza. A moja nienawiść łagodniała, łagodniała sama z siebie. I zmieniała się w obojętność. W coś, co jest najgorszą rzeczą dla ludzkiej duszy. Teraz to wiem, mam takie przeczucie, bo w sobie mam tyle innych rzecz czułych i tkliwych, rzeczy bolesnych i radosnych...i jedną obojętną dziurę. Dziurę, która zawadza, ale jest właśnie obojętnością..i chyba niewiele można na to poradzić.

Kolejne lata płynęły. Czasem mówiłam o ojcu, ale wylewałam to, leczyłam. Leczyłam, zwłaszcza przy mężczyźnie, któremu zaufałam i o którym wiedziałam, że mnie nie skrzywdzi. Nie użalałam się już nad sobą jak przemoczona deszczem życia nastolatka, tylko stawałam na własnych, rozsądnych nogach i widziałam coraz więcej barw życia, zamiast ich szarości. Zasadniczo, wspaniale mi się żyło, tak jak wspaniale mi się żyje. Przeszłam własną terapię jak gdyby, terapię DDA we własnej głowie, zrozumiałam źródła zachowań, które rozumie do dzisiaj, niektóre skorygowałam. Nie pozwalałam, żeby ojciec z mojego dzieciństwa przeszkadzał mi w czymkolwiek. Żeby przeszkadzał mi żal. Tamtego, z dzieciństwa, uśmierciłam ale...

Czasem wracałam do domu, jak wracam teraz i kochałam te powroty. Kochałam te powroty, bo...stałam się obojętna.
Nie zwracałam uwagi na swojego ojca. Jakby całkiem nie istniał, ten schorowany, stary człowiek, albo jakby był kimś całkiem obcym. Nawet nie jakby był moim pacjentem. Nie rozmawiałam z nim. Nie zwracałam uwagi na jego zaczepki, przy wigilijnym stole łamałam się z nim opłatkiem tylko dlatego, że poprosiła mnie o to moja matka, której wybaczyłam i którą kochałam. Którą kocham przecież do teraz.
Wybaczyłam. Najważniejsze słowo życia, najważniejszy czyn. Wybaczyć. Czy jemu wybaczyłam?

Mój ojciec przestał dla mnie istnieć. Pamiętam, gdy rok przed jego śmiercią przyjechałam do domu, a moja mama musiała pojechać do innego miasta, do lekarza i zostałam z nim sama w domu. Mój ojciec dostał straszliwego krwotoku. Wezwałam więc pogotowie, czuwałam nad nim fachowo zanim przyjechali, załatwiłam sprawę czysto i bezpiecznie, tak, że na następny dzień mógł wrócić do domu. Zaopiekowałam się mamą, pocieszyłam ją, bo przecież płakała, panikowała, jak to ona, nawet po latach jednak kochająca swojego kata. Ale zrobiłam to wszystko mechanicznie, bez najmniejszego uczucia. Całkiem obojętnie.

Aż wreszcie przyszedł czerwiec 2012 roku. Ostatnia sesja, przygotowania do licencjatu, przygotowania mojego Męża, który za parę dni broni pracę magisterską. I wtedy dostaję telefon od zapłakanej matki. Czekam chwilę, aż się uspokoi. „Twój ojciec jest w szpitalu. Umiera”. A ja nie czuję nic. Po prostu nic. To mnie nie dotyczy, żal mi tylko zapłakanej mamy.
„Mamo, dzisiaj mam ostatni egzamin, pójdę na niego i przyjadę do ciebie, dobrze?”. Nie widzę potrzeby, żeby iść do szpitala, patrzeć na jego agonię. Żeby się spieszyć, robić sobie problemy na uczelni. Wiem tylko, że muszę jechać do domu, żeby pomóc mamie, bo sama będzie w rozsypce i nie poradzi sobie z organizacją pogrzebu. Idę więc na spokojnie na egzamin, zdaję go na 5.

W tym czasie mój ojciec umiera.

Jadę z moim Mężem ostatnim pociągiem do mojego domu, jadę spokojnie, kalkulując, co muszę pozałatwiać i jak pocieszyć mamę. Myślę, jak ją pocieszyć, bo sama nie mam z tym problemu. Jestem obojętna. Tak po prostu, obojętna, jak wobec żadnej innej śmierci.
Następnego dnia oglądam ciało swojego ojca, załatwiając formalności w szpitalu. Oglądam przymiarki munduru górniczego, w którym ma być pochowany. Patrzę na martwą twarz kogoś, kto ponoć był moim ojcem. Ojcem, którego kiedyś, jako małe naiwne dziecko mimo wszystko kochałam, którego potem nienawidziłam, aż w końcu...przestałam cokolwiek do niego czuć. Ojcem, z którym praktycznie nie zamieniłam słowa od czasu, od kiedy prawie sama go zabiłam.
I nie czułam żalu, nie czułam bólu, nie czułam pustki. Po prostu, nie czułam. A obojętność to przeciwieństwo miłości.

Na pogrzebie oczywiście też nie płakałam. Nie mógł być na nim mój Mąż, który tego dnia się bronił ( do dzisiaj z przekąsem mówimy, że nasze obrony [rac magisterskich to jakieś fatum- ja broniłam się parę dni po śmierci Królika)i żałowałam że go nie ma tylko dlatego, że pomógłby mi ogarnąć mamę i cały ten pogrzebowy syf. Nie, nie było mi żal. Byłam tylko zmęczona przez buty, które mnie obcierały.

I dzisiaj mało z kim rozmawiam o swoim ojcu. Nie dlatego, że się wstydzę ojca alkoholika. Dzisiaj nie żalę się, bo wiem, że to przeszłość. Przeszłość, mimo której po prostu się żyje. I nie mam żalu, nie mam jakiegoś bólu. Mam za to chyba swoją obojętność. Najgorszą rzecz, jaką można sobie zrobić.

Często rozmawiałam o tym z Królikiem. On nie stał się obojętny, jak ja i Vincent wobec swoich oprawców. On mówił tak wiele o wybaczeniu, z którego wagi i ja zdaję sobie sprawę. Czy ja wybaczyłam? Czasem zastanawiam się, gdy ktoś mnie o to pyta- co ja miałam wybaczyć? Było co było, spotkało mnie co mnie spotkało i co z tego. Nie użalam się nad tym, nie wartościuję przez to swojego życia, nie patrzę wstecz. Mam świadomość rzeczy, które się przez to we mnie zakorzeniły. Ale nie ma to znaczenia. Jest tu i teraz, dobre życie-a tamto jakby nie miało znaczenia. Jakbym nie miała co wybaczać. Tak samo, jak nie miałam z kim się żegnać bo...stałam się obojętna.

Nie opieram życia na żalu, na marudzeniu że miałam złego ojca. Idę do przodu. Moje rany zabliźniły się na dobre, uczyniły mnie silną, to tkanka silna, ale...obojętna. Nieczuła. Nieczuła, choć tyle we mnie czułych i wrażliwych miejsc.
Jestem cholernie silnym człowiekiem nieraz i wiem, że zawdzięczam to własnej pracy. Porzuceniu żalu, wiecznej nadziei, wierze w to, że będzie dobrze. Potrafię iść do przodu, stale, nie oglądając się na to co było, nawet, jeśli los podstawia mi kolejne kłody pod nogi, nawet, jeśli się potykam. Nie mam w sobie żalu o zniszczone życie, bo wcale zniszczone nie jest, wręcz przeciwnie, mam wiele ciepła i czułości...ale i jego obojętne miejsce. 

Czy żałuję? Nie. Obojętności nie można żałować. Na tym ona polega. Ale jednocześnie, obiektywnie wiem, że obojętność nie jest dobra. Wiem, że gdyby nie inna miłość, inne rzeczy i może inna, bolesna strata w tamtym roku na której się skupiłam, mogłabym porosnąć pajęczyną obojętności. A być obojętnym znaczy być martwym za życia. I ja mam w sobie martwe miejsce, tak po prostu obojętne...

...ale nie chcę, żeby i on miał.
Nie chcę, choć wiem, że to nie moje życie, nie ja o nim decyduję. Ale w tych srebrnych oczach dzisiaj zobaczyłam za wiele uczuć, za wiele sprzeczności. I wiedziałam, że te srebrne oczy może byłyby zdolne do obojętności, ale mam wrażenie, że w nich widziałabym przede wszystkim, po latach żal- nie żal do tego, kto umarł, ale żal dlatego, że się nie zdążyło. Bo nieraz nie ma już powrotu, nieraz nie zdąży się nieodwracalnie. A tylko tego człowiek w życiu tak naprawdę może żałować. Choć, rzeki czasu przecież nie cofnie.

Pojechaliśmy więc autobusem, pierwszym jaki złapaliśmy w kierunku szpitala. Widziałam, jak jego twarz blednie, jak setki emocji igrają w iskrach oczu. Widziałam jego strach. Chwyciłam go za rękę ze swoim ironicznym przewracaniem oczami, które on rozumie, że wcale ironią nie jest, tylko ja jestem gruboskórna, chwyciłam go tak po prostu, żeby przelać w niego trochę otuchy. Chwycił się jej jak tonący i nie chciał już puścić. Ani gdy wysiedliśmy, ani gdy przeszliśmy przez izbę przyjęć i skierowaliśmy się do winy, żeby wjechać na jej oddział. Trzymał mnie jak zagubione dziecko, nikt, przenigdy, nie pomyślałby, że możemy być parą. Trzymał mnie jak mały chłopiec, który po prostu się boi, boi się szpitali...i boi się swojej matki.

Weszliśmy na oddział, zapytałam o jego matkę, jak zwykle musiałam coś namieszać, bo przecież zawsze zapominam, że mają różne nazwiska, że jego matka wróciła do dawnego i nigdy nie wybaczyła mu, że i on nie chciał zmienić nazwiska po ojcu.
-Leży w tamtym pokoju.- pokazałam.
Puścił już moją rękę, swoje zaciskał w pięści.
-Spotkamy się niedługo i połazimy sobie na spokojnie, dzisiaj do niej idź- ponagliłam go znowu, niezdecydowanego, czy ma tam wejść.
Nie powiedział nic znowu, tylko odwrócił się na pięcie i wszedł przez te magiczne drzwi. Czekałam chwilę, czy nie wybiegnie z krzykiem albo płaczem ale...chyba wszystko było w porządku. Mimo wszystko, mimo tego, że tak długo nie rozmawiali, chyba wszystko było w porządku.
Wysłałam mu smsa, że idę do domu i zostawiam go mamie. Odpisał po chwili tylko krótkie „dzięki, dam znać potem”.

Wyszłam więc z „tego szpitala” na piękne, jesienne słońce. Dziedziniec tego szpitala, ten sam, co rok temu. Skierowałam się od razu do zoo, na terapię „głaskania kóz”, którą wymyśliliśmy jakiś czas temu z Królikiem. Kozy trochę pomogły, gdy emocje zaczęły opadać. Ich śmieszne mordki i brudna, sztywna sierść. Naprawdę, nie znam lepszej terapii. 

Moje własne emocje zaczęły więc opadać. Bo może wiem, co znaczy obojętność, ale wiem też, co znaczy morze emocji. Co znaczy kochać, cholernie mocno po prostu kochać drugiego człowieka i martwić się o kogoś, czy da sobie radę. Walczyłam ze swoją falą wątpliwości, walczę do teraz, czekając na wieści od niego. Czy dobrze zrobiłam, że zaciągnęłam go do tego szpitala?

Nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Nie ma idealnego scenariusza. Nie w życiu.

Ja się nie pożegnałam. I nie żałuję, naprawdę nie żałuję, co wielu pewnie podda w wątpliwość, ale mam w sobie oprócz miłości do świata i wielu ludzi też i obojętność. Tkankę blizn tak grubą, że nieczułą na nic. Naprawdę nie żałuję i nie mam żalu o to co było, gdy byłam dzieckiem, ale jestem obojętna. I tylko dzięki innym ludziom i innej miłości wiem, że to najgorsze rozwiązanie. Stojąc z boku, patrząc z innej perspektywy.

On ma szansę się pożegnać. I może wybaczyć wszystko, tak naprawdę wybaczyć, tak, że może niektóre lęki i niektóre rany wyleczą się naprawdę. Bo wybaczyć można wszystko i może wtedy wiele rzeczy leczy się, nawet nie zostawiając blizn. On ma szansę się pogodzić z nią, ze światem. On ma szansę odczuć ból straty po tej, którą kocha i której nienawidzi jednocześnie, ale lepiej czuć ból, nic nie czuć nic. On i wielu innych ma szansę, żeby w inny sposób niż ja pozbyć się żalu. I iść do przodu, stale do przodu ciesząc się życiem. Bo życiem można się cieszyć na wiele sposobów. Też kochając i wybaczając wszystko, co było. Być może, w życiu nieraz to najważniejsze i bardziej oczyszczające, niż wszystkie jesienne deszcze.



Ona będzie kłamać, kraść i oszukiwać i błagać cię na kolanach
Sprawi, że uwierzysz, że tym razem naprawdę ma to na myśli
Ona wydrze w tobie dziurę, tę, której nie możesz naprawić
Ale wciąż ją kocham i naprawdę, mam to gdzieś
(…)
Lepiej czuć ból, niż nie czuć nic
Przeciwieństwem miłości jest obojętność
Teraz się skup, stoję na twoim ganku krzycząc
I nie odejdę, póki nie zejdziesz na dół


Więc głowa do góry, zachowaj swą miłość

60 komentarzy:

  1. Mimo wszystko, mimo własnych doświadczeń i cudzych ran nie da się człowiekowi wytumaczyć czy i jak ma się pożegnać. Ja na przykład, gdy mój ojciec jeszcze żył nie sądziłam, że będę żałować swoich ostatnich słów do niego, że będę po nim płakać. Ty czujesz pustkę, ale ja niestety jestem tym przypadkiem, który grozi A. Dobrze, że mu to uświadomiłaś, że może albo iść i się pożegnać, albo podjąć ryzyko, że regularnie w nocy, będzie mu się przypominało, że tego nie zrobił, że ostatnie słowa były okropne, że się nie pożegnał, że nie dał szansy i będzie czuł się ostatnią świnią - bo tak właśnie się czuję. Ale wiem, że mój ojciec mi to wybaczył, bo wiesz... Ty masz świetną intuicję a ja mam coś ze snami :P I kiedyś, kilka miesięcy chyba po śmierci ojca, gdy kolejną noc płakałam i wyrzucałam sobie, że byłam taka okropna dla niego i tak go zwyzywałam gdy ostatni raz się widzieliśmy przyśnił mi się, powiedział, że nie jest na mnie zły i że nic się nie stało, uśmiechnął się serdecznie i mnie przytulił. Dziś staram się sobie wmawiać, że to właśnie wtedy widziałam go po raz ostatni. Teraz też mam łzy w oczach gdy o tym myślę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie to własna sprawa i każde pożegnanie jest inne....ale po latach wydaje mi się, że lepiej, żeby ono w ogóle miało szansę zaistnienia. Ja właśnie czuję nie tyle pustkę, co obojętność, też czułam ją wcześniej i wiem że mimo wszystko, że mnie nie męczy to..nie jest ona dobra. I właśnie takie rzeczy, jak ostatnie słowa, ich konsekwencje w nas, albo ich brak przychodzą dopiero po latach. A nie w tym momencie, wielkich emocji. I może coś w tym jest:) Ważne, że to wiesz. Że masz takie a nie inne poczucie, bo ono jest cholernie ważne jednak. I to jednak dobre łzy, co?:)

      Usuń
    2. Nie, właśnie to nie są dobre łzy. Ja cały czas czuję się źle z tym, że chociaż mój ojciec był bydlakiem i alkoholikiem to jednak w niczym nie byłam lepsza od niego zachowując się w jego względzie bez szacunku. Byłam solidarna z mamą, ale do dziś mam żal do niej o to, że nastawiała nas przeciwko ojcu zamiast spróbować budować z nami dobre relacje. Wiem, że na swój sposób chciała nas chronić, ale jednak... mam żal że tak to wyszło.

      Usuń
    3. Przepraszam ja źle to odczytałam, myślałam, że to łzy po tych dobrych snach, w których mówi, że wybacza i tak dalej...ale już rozumiem. I wiesz, nie ma tutaj lepsza, gorsza...wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi. I wiesz, jeśli idzie o wybaczenie to...trzeba też wybaczać sobie samemu, prawda? Właśnie rozgrzeszyć, że popełniliśmy coś, co po latach nazywamy błędem. Nikt nie jest nieomylny. I nie można się całe życie za to katować, choć wiem, łatwiej mówić, trudniej, o wiele, zrobić...I żal właśnie, czy do siebie, czy do kogoś niszczy ostatecznie tylko nas samych, niestety. Mam nadzieję, że jednak nastanie czas, gdy będziesz mogła o tym mówić...spokojnie. Wcale nie z łzami.

      Usuń
    4. Wiesz, ja sobie z tego wszystkiego zdaję sprawę i staram się właśnie nie mieć do siebie żalu, ale gdy pomyślę, jak musiał myśleć o tym ojciec... zanim się zabił. Jak musiał się źle czuć z tym, jakim był człowiekiem, że nawet dzieci nie chciały z nim gadać, a przecież wiem, że mimo tego, że bił, że robił problemy to bardzo nas kochał i nie raz widziałam jak płakał jak na nas patrzał i oglądał zdjęcia... Cóż. Niczego już nie mogę zmienić.

      Usuń
    5. Wiem o co chodzi, bo logicznie wiedzieć to jedno, a czuć..to czasem zupełnie co innego, zwłaszcza, jak pewne sprawy wręcz wracają falami. I to wie dorosły człowiek w sumie wiesz co? Przypomniały mi się pewne mądre śłowa. Ponoć gdy jesteśmy dziećmi to widzimy w rodzicach ideały, gdy widzimy, że nie są nieomylni, krzywdzą nas i mamy o to żal- jesteśmy nastolatkami. Gdy zaczynamy rozumieć, że rodzice są po prostu omylnymi ludźmi i popełniają krzywdy, ranią jak każdy- oznacza to, ze dorośliśmy. Do tego musiałaś dorosnąć- jak każdy z nas, by wiedzieć takie rzeczy.

      Usuń
    6. Ta prawda się odnosi bardziej w kierunku mojej mamy. gdy byłam dzieckiem wierzyłam jej nieomylnie, żeby ojca omijać szerokim łukiem, nie odzywać się do niego w ogóle i traktować jak trędowatego. Będąc nastolatkiem często się z mamą kłóciłam, powiedziałam jej nawet, że powinna się cieszyć, że tak wychowała córkę, że ma mimo wszystko szacunek do ojca. Niestety, ojcu tego szacunku nie zdążyłam okazać. Dzięki mamusi ;)

      Usuń
    7. No ta, bo ona była boginią a boga, jakim jest ojciec zdetronizowała...ale właśnie..ona też jest niestety, omylnym człowiekiem. I sprawiła, że ty popełniłaś błędy chociaż...chciała przecież dobrze.

      Usuń
    8. Taaaak, teraz muszę tylko jakoś się przestawić na takie myślenie i wybaczyć jej błędy przeszłości i te, które popełnia dziś. Boję się, że kiedyś ją znienawidzę.

      Usuń
  2. Sprawdź maila, a ja jeszcze dzisiaj wróćę do Ciebie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie mam takich doświadczeń, więc ciężko mi powiedzieć jak bym się zachowała w takiej sytuacji. Czy mogłabym wybaczyć, zapomnieć czy przestać cokolwiek czuć? Współczuję takich doświadczeń.
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, bo jest ciężko przewidzieć, jak niby możemy się zachować, nawet mając jakieś zbliżone doświadczenia niby, bo żadna sytuacja nie jest taka sama. I wiesz, czasem po prostu warto docenić to, że może nie trzeba się nad tym w życiu zastanawiać. I starczy:)

      Usuń
  4. Doskonale wiem, jak to jest nie czuć nic. Czasem chciałam odrodzić się na nowo, żyć nowym życiem, ale miałam blokadę na coś nowego, na nowe emocje. Czułam się tak jakbym umarła za życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko blokada wobec emocji, a całkowita obojętność to jednak coś innego, choć, przez pewien czas jest to zbliżone uczucie, tak mi się wydaje.

      Usuń
    2. Ja miałam w sobie to i to. Po prostu było mi zupełnie obojętne wszystko, był taki czas, że praktycznie się z nikim nie kontaktowałam, zamknęłam się w sobie ale potem do mnie dotarło, że przecież życie ma się tylko jedno i trzeba z niego korzystać.

      Usuń
    3. Rozumiem, dwa stany naraz. Tak bywa najgorzej, bo człowiekowi trudno wtedy zrozumieć, co tak naprawdę w nim siedzi. I dokładnie. Tzw. logiczny wybór:)

      Usuń
    4. A potem jakoś starałam cieszyć się tym, co przynosi mi życie. Postanowiłam pozamykać pewne sprawy i zostawić je za sobą.

      Usuń
  5. dobrze mu doradziłaś, mądrze mu zasugerowałaś, że być może kiedyś będzie sobie zarzucał, że nie porozmawiał z matką wtedy, kiedy jeszcze mógł, nie ważne, że miał do niej żal czy, że nie miał ochoty tam pójść, ważne, że jednak poszedł i z pewnością poczuł się po tym lepszym człowiekiem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja w ogóle nie lubię jako takiego doradzania bo przecież..nie jestem odpowiedzialna za cudze życie, za nikogo go nie przeżyję. Ale jednak tym razem musiałam powiedzieć co uważam bo jednak...właśnie wiem, że za ileś lat można się po prostu zastanawiać nad pewnymi kwestiami. A nieraz w życiu takiego właśnie gdybania chyba trzeba unikać.

      Usuń
  6. Cholera. To tak naprawdę bardzo trudna sytuacja...sytuacja, która dotknęła Twojego znajomego - A. Nie byłam w Jego sytuacji, bo w mojej sytuacji (prawie dziewięć lat temu) było inaczej, mój Tata miał wyzdrowieć..a tutaj wiadomo, że mama A. umrze. Trudno cokolwiek poradzić, bo jak widzę trudna była między nim a mamą relacja, ale mimo wszystko powinien być przy niej, żeby później się nie zadręczać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to zawsze są trudne sytuacje, gdy wręcz miotamy się miedzy jednym a drugim wyborem a...każdy wydaje się tylko mniejszym złem. Każdy ma swoje konsekwencje, które trzeba ponieść a żadne nie są łatwe. I właśnie nie ma jednego wyboru, jednego scenariusza, każda sytuacja jest inna ale...czasem mam wrażenie, że po prostu dobrze uniknąć późniejszego gdybania.

      Usuń
  7. Mądrze mu doradziłaś, ale przecież nie mogło być inaczej :) I wiesz... to, że nie żałujesz jest w tym wszystkich chyba najważniejsze. Życie w zgodzie ze samą sobą. A wybaczenie? Trudna sztuka, której warto się uczyć, a życie ku tej nauce cały czas podaje okazje...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy mądrze to nie wiem, ale wiem, że potem mi napisał, że jest w porządku i dobrze wyszło:) Więc dobrze wyszło ale...to nie tyle mądre rady, bo każda sytuacja jest inna, a jak ja mówię często Red- ja nie jestem od radzenia w sumie i się nie wpierdalam XD A jednak...wychodzi jak wychodzi. I wiem, że to najważniejsze tylko nieraz po prostu czuję też tą pustkę ale...to momenty:) Wiem, że to niewłaściwa pustka, ale jest jak jest i staram się nad tym nie gdybać:) I owszem. Dlatego coraz lepiej mi idzie:)

      Usuń
    2. Czyli mądrze, no xD Bo wyszło mu to na dobre :) I ta pustka niestety też musi czasem się pojawić... chyba byłoby za pięknie. I cieszę się, że idzie lepiej :)

      Usuń
    3. Ta tak mi słodź:P W tym wypadku wyszło, ale...mówię, tak naprawdę, prawdziwe konsekwencje przyjdą po czasie. I to akurat wiem, tylko nie wiem,...o jakim wydźwięku:)
      Ale to, że ona się pojawia, pozwala doceniać to, co pustką nie jest, czyż nie? Wszystko jest potrzebne, nic nie zjawia się w naszym życiu bez przyczyny:) No i ja też XD

      Usuń
  8. ciężko odnaleźć mi się w takiej sytuacji, mój Tata również nie żyje, ale mój Tata był Tatą idealnym, każdemu dziecku życzę takiego Tatę, ciężko mi było po jego śmierci, ciężko mi sobie wyobrazić, że ojciec może inaczej traktować swoje dziecko niż traktował mnie mój Tata, ale teraz, kiedy jestem już starsza, wiem, że jest bardzo różnie. niestety jedni mają lepszych rodziców, inni niestety takich, którzy na dzieci w żaden sposób nie zasługują, ale my niestety tu nie mamy nic do gadania. Tobie pewnie też nie było łatwo doradzić temu koledze, ale umiałaś postawić się w jego sytuacji, zobaczyć, że nim targają jednak inne emocje, że on jednak tego pożegnania potrzebuję. dobrze mieć takich ludzi obok. zwłaszcza w tak trudnych sytuacjach

    czasem chciałabym być częściej na blogu, ale niestety ostatnio nijak mi to nie wychodzi. choć tyle, że jednak czasem dalej udaje mi się tu zaglądnąć.

    tak, sytuacja jak z filmu, kilka takich miałam w swoim życiu!

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie wiem czy powinnam to czytać - mam teraz mętlik w głowie. Życie niesie nam różne doświadczenia
    www.puffa.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, mętliku spowodować akurat nie chciałam...

      Usuń
  10. Bardziej żałujemy rzeczy, których nie zrobiliśmy. Mam nadzieję, że Twój znajomy odnajdzie w sobie siłę. Natomiast obojętność jest przerażająca, właśnie jak taka zabliźniona tkanka. Jednak.. mimo wszystko nie uważam jej za coś złego. Czasem o wiele łatwiej żyć w ten sposób, a na wybaczenie przychodzi jeszcze pora. Najważniejsze, by potrafić wybaczyć samemu sobie :)
    A poza tym to nie wiem, co jest nie tak z tymi ojcami. Bardzo rzadko widuję szczęśliwe rodziny, chociaż w moim środowisku nie zdarzały się tak drastyczne sytuacje jak Twoja. Swojego nie potrafię pokochać, chociaż próbowałam, chociaż nie wyrządził mi większej krzywdy. Podobnie z dziadkiem. Kto wie, może kiedyś to się zmieni?
    Trzymaj się ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, że jest coś takiego w nas, że żal rodzi się przede wszystkim przez to, co mogło być, a nie przez to, co było. Dziwaczny trochę mechanizm, prawda? I nie jest zła jest...obojętna. A to po prostu najbardziej nienaturalny ludzki stan, więc dlatego może tak krążymy koło niej z dystansem, nie wiedząc za bardzo, jak się za nią zabrać?
      I coś jest z ojcami, tu się zgodzę. Ale...o tym pisał nawet pan Phalaniuk w Fight Clubie, prawda? Jesteśmy pokoleniem bez ojców albo z ojcami gnojami..a u nas to nie pokolenie, u nas to nawet wirus z pokolenia na pokolenie przenoszony jakby. I owszem, może. Możemy mieć na to nadzieję:)

      Usuń
  11. obojętność... ludzie omylnie opisują depresję jako "smutek", "rozpacz"... a właśnie w depresji najgorsza jest apatia chorych. to trudna emocja. chociaż czasami staje się jedynym konstruktywnym sposobem ucieczki od brudu życia - w Twoim przypadku od ojca alkoholika. na studiach uczą mnie, że niemalże każdy kto pochodzi z rodziny, gdzie był alkoholik, jest w jakiś sposób uszkodzony... dziecko wchodzi w specyficzną rolą - od "dziecka we mgle", po bohatera rodziny. moja mama też wychowywała się z ojcem alkoholikiem - gdy miała 13 lat też prawie zabiła go nożem - dziś dziadek żyje i jest innym człowiekiem. przestał pić po urodzeniu mojej siostry - wszedł w rolę kochającego dziadka i dał mnie i mojej siostrze tyle miłości... tak wiele miłości, której moja mama nigdy z jego strony nie doświadczyła. moja mama jest silną kobietą, Ciebie też tak mogę nazwać (w końcu jesteś Kobietą Mocy! :) ), dlatego teorię ze studiów psychologicznych wkładam głęboko w cztery litery. W życiu chodzi o doświadczenie, o praktykę. Życzę Ci dużo sił... I niech czasem ta obojętność pęka, by dać miejsce miłości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Albo istna katatonia. Pamiętam właśnie swoje chwile na oddziale psychiatrycznym, czy jako gość czy jako praktykantka wtedy jeszcze i...powiem, że to też coś, z czym najtrudniej sobie chyba poradzić, bo właśnie ona jest jakby...nienaturalna. Człowiekowi przyrodzone są emocje, ból ,radość, smutek a..to coś, co wydaje się nienaturalne. I dlatego może najtrudniej nieraz z tym sobie poradzić, tak w ogóle? I możliwe, że to był u mnie po prostu...logiczny wybór, jak mawiał mój przyjaciel. Często logiczne wybory są najważniejsze. Taki, podświadomie, zjawił się u mnie i...nie, nie żałuję. Tylko czasem się zastanawiam nad nim, wiadoma sprawa, jak człowiek dużo myśli, to rzadko, bo rzadko, ale myśli i o tym:) I może jest uszkodzony ale ja zapytam inaczej- kto z nas, w jakikolwiek sposób, nie jest uszkodzony? Kwestia nie uszkodzenia,a tego, jak się do tego podejdzie i co się wybierze. Czy użalanie się nad tym, przywiązywanie do tego...czy kolejne logiczne wybory:)
      Bo i ludzie się zmieniają bo...są tylko i aż nawet ludźmi. Nawet ktoś, kto był katem.
      I dziękuję:) A miłości w moim życiu jest o wiele, wiele więcej na szczęście:)

      Usuń
    2. jestem tu od niedawna, Frido.. ale tak mi ciepło i bezpieczne - czytać Cię, czytać odpowiedzi na moje komentarze. dziękuję Ci za to. naprawdę rzadko mi się to zdarza.

      Usuń
    3. Wiesz, dziękuję ci bardzo z te słowa. To naprawdę...piękny komplement.

      Usuń
  12. to prawda, obojętność nie jest dobra... choć czasem sama się do nas pcha, kiedy wszystkiego dość, kiedy za długo, za mocno...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, to wręcz sposób ratunku dla nas nieraz. Metoda obronna, jedna z wielu ale...czasem chyba jedyna możliwa.

      Usuń
  13. Jeju, aż chce mi się płakać po przeczytaniu tej notki, ale zupełnie nie potrafię podać powodu...
    Fajną terapię wymyśliliście z Królikiem. Zastanawiam się, czy w Warszawskim ZOO są kózki. Chętnie bym je wygłaskała dla spokojnej głowy. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to po prostu trudny temat i czasem jakoś rusza no:)
      Sprawdź, koniecznie:) Wiesz, my mamy tzw.duże i małe zoo, małe jest w centrum miasta, typowo dla dzieci, tam są tylko kozy, owce, trochę małp i...aż się prosi, żeby kozy chodzić głaskać XD

      Usuń
  14. Wiele przeżyłaś, jesteś silna. Życie dało Ci dużego kopa od kogoś kto powinien być Twoim autorytetem. Sama pamiętam noce po których goniłam i płakałam gdy tata znowu wracał do domu pijany. Widziałam żal matki i wiedziałam, że dzieje się źle. Leciałam wtedy przez ciemną piwnice żeby oblecieć dom dookoła i wyciągnąć kluczyki z samochodu, żeby tata już nie chciał nigdzie jechać, bo pijanemu różne pomysły przychodziły mu do głowy. Teraz zresztą też wiem, co znaczy gdy nie ma go w domu na 21. Ale przebaczam za każdym razem. Najbardziej żal mi matki, którą kocham najmocniej. A że od czerwca nasza rodzina już nie jest tą sprzed lat, wiem, że teraz mama potrzebuje miłości swoich córek jak nigdy.
    Podziwiam Cię Frida, nic więcej Ci już nie wystukam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale nieraz mm wrażenie, że to przebyte kopy czynią nas właśnie silnymi ludźmi. Ktoś, kogo życie nie pokopało nie wie, jak wstawać, prawda? I wiesz...może to wszystko nie działo się bez przyczyny, nie dzieje się? Może to lekcja, dzięki której właśnie nabierasz siły? Ja czasem tak właśnie staram się patrzeć na te złe rzeczy. Jak na....dar wręcz, a nie karę. Ale to przychodzi po czasie chyba.
      I nie ma co podziwiać. Chyba, że po prostu podziwiasz ludzi:)

      Usuń
    2. O tak. Takie życiowe myślę, że jednak "kopy" dodają nam siły. Sama po sobie wiem, że nie jestem już tą Czarną jaką byłam rok czy dwa lata temu. I owszem, podziwiam ludzi. Za ich postawę właśnie.

      Usuń
    3. I te zmiany wyszły ci na dobre właśnie? Dokładnie...człowiek to mimo wszystko wspaniałe stworzenie, nie sądzisz?

      Usuń
  15. Nie miałam pojęcia, że masz za sobą tak burzliwą przeszłość. Całe szczęście wszystko już za Tobą.
    Ja miałam podobne odczucia, gdy umarł mój dziadek. Może było mi nieco smutno, ale nie płakałam. Choć miałam dopiero 12 lat. Też miałam chyba wewnętrznie dość jego upierdliwości i wiecznych awantur. Nie wzdrygnęłam się nawet jak pogotowie zabierało go z domu. Wiesz co wówczas robiłam? Napieprzałam w GTA. :P A teraz? Teraz o tym nie myślę, a o nim samym staram się wspominać jedynie w pozytywnym sensie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem i jak napisałam wyżej Firance nieraz na takie rzeczy, które dotykają może...powinno się patrzeć jak na dar. Bo jednak, to czegoś w życiu uczy, prawda?
      I to GTA mnie nie dziwi. Wiesz dlaczego? Bo też, będąc w pewnym wieku, odsuwamy od siebie przykre, emocjonalne rzeczy. To ochrona przecież. I ja nie uznaję akurat wspominania zmarłych tylko w dobrym świetle, ale jeśli idzie o skupianie się na pozytywach które z wszytkiego ostatecznie wynikają...to czemu nie:)

      Usuń
  16. Bo wiesz, wybaczanie to nie jest prosta sprawa. Trudno wybaczyć byłemu chłopakowi, który złamał nasze serce. Ale z ojcem jest jeszcze trudniej. To w końcu pierwszy i najważniejszy facet w życiu każdej dziewczyny. Mój nie dał rady ale może kiedyś mu wybaczę. Nie obiecuję ale kiedyś spróbuję...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Zwłaszcza, że powinien być wzorecem a ja...długi czas w ogóle wzorca nie miałam. I to było widać. I to że człowiek próbuje, to przecież już sporo:)

      Usuń
    2. Ja też nie miałam. Kiedyś czekałam na niego, teraz jest mi obojętny. A przecież - też mógłby wyciągnąć pierwszy dłoń, prawda? Skoro tego nie robi to raczej mu nie zależy. No cóż, jego strata :)

      Usuń
    3. Dokładnie. Ważne to nad tym nie rozpaczać jakoś...

      Usuń
  17. Siedze i się zastanawiam co napisać, ale po prostu mnei zatkało, tak cholernie zatkało to, co przeczytałam. Szczerze Ci powiem, ze nie dziwi mnie wcale, że zobojętniałaś na swego ojca, nie dziwi mnie to gdyż jest to wydaje mi sie reakcja obronna, rozsadna nawet, tak na moje oko, choc ja tam gowno wiem o psychologii, ale chce Ci pwoiedzieć, że się ciesze, ze nie siedzisz w przeszłości, potrzeba wiele siły, by nie czepiać sie przeszłości, zazdroszcze Ci nawet trochę tej siły ;-) Jesteś silna, masz mężczyznę, którego kochasz i on kocha Ciebie i to jest najważniejsze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja wiem że to jest dość...nieraz brutalne, ale wolę o tym pisać, niż to kryć jednak. I właśnie, to rodzaj reakcji obronnych..trudno przewidzieć, która nas będzie dotyczyć, trudno powiedziec, która jest najlepsza...ale ważne, to iść dalej, niezależnie od tego, co wybraliśmy:)

      Usuń
  18. Wiesz, a mnie naszła jeszcze jedna refleksja - jak to jest, że oprawcy nie zdają sobie sprawy, że kiedyś trzeba się będzie nimi zająć?
    Że być może sami będą potrzebować pomocy, wsparcia finansowego, opieki i wszystkiego tego, co potrzebuje osoba, która jest niezdolna do samodzielnego życia? Dlaczego oprawcy są na tyle bezmyślni, żeby nie zdawać sobie z tego wszystkiego sprawy?
    Mnie wydawało się, że w kontekście rodziców mego męża, stałam się równie obojętna jak i Ty. Jednak do końca nie umarła ta część mej osobowości, która dotyczy empatii do nich. Po wieści, że teść zmarł uroniłam łzy. Teraz tylko żal mi teściowej, bo została sama. Swoich zachowaniem wszyscy wybaczyliśmy - dzieci poszły pożegnać się z dziadkiem, syn z ojcem. Mnie nie dane było tego dokonać....zwykły zbieg okoliczności. Na pewno łatwiej było mu umierać z myślą, że mu wybaczono. Wszystkim prościej się żyje, gdy nie żywią w sobie urazy.
    Ot, życie.....

    OdpowiedzUsuń
  19. To strasznie smutne, kiedy osoba, którą powinno się kochać sprawia, że ta miłość zmienia się w coś gorszego: nienawiść lub obojętność. To smutne, że ktoś nas tak zmienia, odbiera nam tyle dobra i ciepła.

    I nie wiem czy wolałabym nienawidzić, czy zobojętnieć. Bo nienawiść potrafi toczyć nas przez lata, jak pasożyt, zmieniać wszystko wokół, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy, zmienić nas samych. Nienawiść do niezwykle niszcząca siła. Dlatego teraz wydaje mi się, że wolałabym obojętność. Piszę "wydaje mi się", ponieważ (całe szczęście) ta sprawa jeszcze mnie nie dotyczy, a przecież nigdy nic niewiadomo, przecież być może zmieniłabym zdanie, gdybym się z tym wszystkim zetknęła. Łatwo jest mi mówić o tym wszystkim teraz, kiedy moje relacje z innymi nie są nawet w połowie tak trudne, kiedy moje doświadczenia dotyczące ludzi nigdy nie były aż tak przykre.

    Nie mniej, mogę się zgodzić ze zdaniem, że "obojętność to przeciwieństwo miłości". Jakaś prawda kryje się w tych słowach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo w miłości chyba nie ma "powinno". raczej często...ktoś, kto jest tzw. "katem" często kocha swoje ofiary...tylko w chory, najgorszy z możliwych sposobów. Tu właśnie tkwi szkopuł.
      I wiesz, chyba trudno wybrać, bo...kto chciałby mieć taki właśnie wybór w swoim życiu? Chyba nikt. Nieawiść toczy nas przez lata ale...i obojętność, nie ujęta w jakieś ramy potrafi rozprzestrzeniać się w naszym życiu jak wirus. I każdy człowiek jest inny i każdy przypadek...wystarczy często po prostu docenić, że życie jeszcze nie kazało wybrać:)

      Usuń
  20. Nie wiem, co napisać, bo znowu słowa wydają się błahe, ale spróbuję. Wiem po sobie, że obojętność jest najgorszym stanem. Kiedy miałam depresję i wszystko zaczęło mi zwisać, dopiero się zagubiłam... jakby coś we mnie dosłownie umarło. Krzyki rozpaczy zawierały w sobie przynajmniej życie, wiedziałam, że tego chcę, a tamtego nie. A potem? Mogło się mi pluć w twarz, zadawać ból albo okazywać największą miłość, zawsze to samo, czyli nic. Nie miało być o mnie, po prostu to rozumiem.
    Myślę, że w przypadku Twoim to bariera ochronna, która musiała zaistnieć. Inaczej żal, lub nienawiść do ojca byłby tak wielki, że przysłoniłby świat. Poradziłaś sobie z tym, przepracowałaś na swój sposób, a ja to szanuję. Nikt nie może narzucić drugiemu człowiekowi, co tamten powinien czuć. Może przebaczenie przyjdzie z upływem lat, kto wie?
    Często mówię, iż nic nie dzieje się bez przyczyny... właśnie przez te przeżycia byłaś w stanie pomóc A. Zrobiłaś coś wielkiego, podziwiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak obojętność o której piszesz, nie wobec czegoś konkretnego, wobec świata po prostu to...chyba właśnie jedna z najgorszych rzeczy, które może nas spotkać. Jak to powiedział mi kiedyś Vince, ból i dno są w porządku, bo od dna się odbijesz, ale jak tkwi zawieszony w pustce- to czego masz się złapać? Myślę, że to dość obrazowe i trafne porównanie.
      I dokładnie, to jest rodzaj bariery. I taki sposób na przetrwanie ale...nie wiem czasem, czy to najlepszy sposób. A raczej patrząc z boku wiem, że to najbardziej niedoskonały sposób dlatego...czasem nie chcę, by ktoś powtarzał moje błędy. I właśnie ono wymaga czasu ...człowiek może bardzo żałować, gdy dotrą do niego pewne sprawy.

      Usuń
    2. Dokładnie te słowa napisał mi Królik, bodaj w pierwszym komentarzu. Dużo uświadomił, bo nawet psycholog tak trafnie, a zarazem taktownie nie powiedziała, że dzieje się coś naprawdę złego. Pierwszy krok ku przebudzeniu, nie zapomnę.
      Nie osądzam. Najważniejsze, że znasz siebie, przy tym potrafisz wczuć się w perspektywę innych. Najcięższa sprawa jest właśnie z czasem, wiemy, że jest potrzebny, nie mam pojęcia, ile. Niekiedy mnie to frustruje, mówiąc szczerze.

      Usuń
    3. Widzisz, my nieraz na ten temat rozmawialiśmy, przez tą moją pustkę i przez różne, rożne akcje Vincenta i doszliśmy do wspólnych wniosków...i cieszę się, że wówczas dało ci to aż takiego kopa:)
      Bo osądzać przecież nie idzie, a i wiem, że ty tendencji do osądzania nie masz, no weź XD I..nie dziwię się.

      Usuń
  21. Love your style you look gorgeous!Share collocation more popular fashion accessories!
    louisvuittonlvbag http://www.2015baglvlouisvuitton.com
    cocobag
    lvbagukshop   http://www.chanelshandbagoutlet.com
    hollisteroutletestore
    heygoodtimes   http://www.2015handbagshops.com
    louisvuittonshop
    handbagshops http://www.shopchichandbag.com
    shoplvbags   
    shopmcQueenbags http://www.topbaglv.com
    Vivienne Westwoodmaikun
    topbagshops  http://www.2015topbagshops.com

    OdpowiedzUsuń