Czasem,
gdy najmniej się tego spodziewamy, dzieją się rzeczy tragiczne.
Czasem, gdy wszystko już pozornie się układa, kolejny raz musi
runąć niebo. Czasem ci, którzy kochają, zadają najgorsze rany,
czasem wszystko przez to wraca z oddali.
Czasem
łamią ci serce, ale to nic, to nic. Tylko dlatego, że to serce,
nawet jeśli łamane i roztrzaskiwane, kocha. Jest pełne miłości i
czułości i chce ją dawać. Czasem łamią ci serce, ale wiesz, że
ludzie to tylko ludzie i tylko kochając, potrafią cię zranić, do
głębi trzewi, do samego środka, spowodować wybicie źródła żalu
tam, gdzie najmniej się tego spodziewasz. Ale to nic, bo wiesz, że
ludzie są ludźmi i popełniają błędy. Sama jesteś człowiekiem
i popełniasz błędy, one splatają się w jedną wielką całość,
tworząc gąszcz korzeni ludzkich historii splecionych w jedno.
Splecionych tak, że można oderwać jedno od drugiego, ale wtedy
wszystko przestaje być całością. Bo nadal to, co spaja korzenie,
jest po prostu miłością.
Tak
po prostu miłością, która przecież przezwycięża wszystko,
jeśli tylko się wybierze.
Czasem
burza przychodzi ze strony, z której najmniej się spodziewasz,
przeraża i trwoży to serce, ale to tylko moment, po którym
podnosisz się i idziesz dalej. Burze wcale nie muszą łamać drzew,
tylko naginają im gałęzie, zmieniając kształt lasu. Jeśli
wiesz, że to potrzebne, tak jak przedtem śmierć niektórych drzew,
twojego pnia nigdy to nie złamie, póki nie przyjdzie pora. Ale
jeśli wiesz pewne rzeczy, rozumiesz i masz siłę nad siłami,
miłością zwaną, zrozumiesz, że to nie pora i możesz płacić
się w ciszy, spokoju i czułości, która dziwnie zalewa, mocniej
zalewa niż cały żal.
Wszystko
będzie dobrze nie jest marnym zaklęciem. Wszystko będzie
dobrze to magiczna mantra, w którą trzeba zawsze, zawsze z
całej siły wierzyć, cokolwiek nas nie dotknie. Cokolwiek nie
dotknie nas wszystkich, jakkolwiek nie poranimy się o siebie
wzajemnie, jakkolwiek nasze stopy nie krwawią na kolejnych
kilometrach ścieżek losu, które nieraz wybrukowane są ostrymi
kamieniami. Wszystko będzie dobrze to magiczne zaklęcie, w
które wierzę z całego serca i o które walczę, każdego dnia,
walczę...nadal będąc szczęśliwą i wreszcie rozumiejąc więcej.
Wszystko
będzie dobrze. Powtarzane echem z górskiego szczytu, powtarzane
po powrocie do doliny.
Wszystko
będzie dobrze?
Wszystko
jest dobrze. Jest. Przecież wszystko JEST dobrze. Już jest
dobrze, zawsze było, tylko trzeba rozszerzać perspektywę i
obejmować wszystko czule.
A
roztrzaskane kawałki, nawet ich miliony, zlepiają się jak ludzkie
kości. Człowiek wytrzymuje więcej, niż dane mu było
przypuszczać. Człowiek, który nieraz może i zastanawia się, czy
miłość jest siłą, czy słabości? Nie ma się nad czym
zastanawiać. Miłość to siła, niezaprzeczalny ocean. I kości
złamane oblewają się na nowo i rany przestają krwawić i się
zrastają, nawet te przedtem rozwarte jak usta gotowe do krzyku. Usta
trzeba pocałować, ranę przemyć i zrośnie się, nawet nie
zostawiając śladu cienkiej blizny. Miłość jak nici do zszywania
ran, nici cudowniejsze niż wszystkie, które wymyśliła chirurgia.
***
W
pociągu zalepione oczy, zaspane, jeszcze zapłakane ostatnim snem.
Majaczą różne dziwaczne myśli, majaczą widoki, aż chce się
uciec. Ale gdzieś znów czai się czułość, nabiera kształtu wraz
z każdym przejechanym kilometrem, gdy słońce wstaje, gdy jednak po
kolei, rozwiewają się złe myśli, gdy przestają przychodzić
wspomnienia obietnic i przychodzi zrozumienie, że niczego w życiu
się nie obiecuje, przychodzi zrozumienie własnych błędów, a nie
tylko cudzych.
Stukot
kół, stukot, stukot. Myśl, myśl, myśl.
Raz
zapadamy w sen, raz patrzymy sobie w oczy, nie patrząc. Ale pociąg
wjeżdża wyżej, zaczynają się widoki gór i obietnice, obietnice,
że z góry wszystko wygląda inaczej i że gdy przyjdzie wracać,
wszystko już w głowie się ułoży. Krew w żyłach pędzi
szybciej, krew zaczyna krążyć i stopy chcą wędrować, chcą już
wędrować.
Patrzymy
sobie w oczy, wiedząc, że oczekujemy tego samego, wiedząc, że
kochamy tak samo. Nie obiecujemy nic, bo życie nie znosi obietnic,
bo życie kocha być przewrotne, jak najwspanialszy z kochanków.
Patrzymy sobie w oczy i mimo wszystko mówimy o miłości, mówimy
tu, przed wędrówką, bo jedno musi drugiemu ufać, a ufa się w
miłości, mimo ran. Rany i zawody nic nie znaczą, nic nie mówią o
człowieku i jego uczuciu, bo człowiek zawsze będzie człowiekiem.
Będąc razem popełniamy wspólne błędy, wiemy, że tym razem
błędy mogą kosztować nas życie, tam w przenośni to budowane,
tutaj raz stopa się omsknie...chwycisz moją dłoń i pofruniemy
razem, roztrzaskując głowy na oszronionych kamieniach? Razem,
razem, mimo wszystko.
Nie
wymieniamy wielu słów, rozkoszujemy się preludium piękna. Słowa
zaczynają płynąć potem, płyną wraz z długim pocałunkiem,
zmęczeniem i potem na moich skroniach, płyną z niespełnionymi
snami poprzedniej, prawie nieprzespanej nocy. Już nie jesteśmy
wśród ludzi, jesteśmy sami na szlaku, gdy powoli zaczyna zachodzić
słońce a stopy zmęczone są po raz pierwszy, tak mocno, mocno, aż
łapią je skurcze. Pierwsze kilometry przebyte w tym roku w górach,
pierwsze kilometry przebyte na nowo na szlaku naszych serc.
Zasypiamy
osobno, niewygodne wąskie łóżka w schronisku. Zasypiamy, ale nie
możemy spać osobno, nie potrafimy. Zimno przetacza się przez nasz
pokój. Jedno przychodzi do drugiego, wkula się do śpiworu.
Tej
nocy nie śpimy wcale. Słuchamy najpiękniejszej pieśni, pieśni
mówiącej o miłości i pożądaniu, mówiącej o porożu ścieranym
w wcale, wcale o przetrwanie, przetrwanie mnie, ciebie. Słuchamy
pieśni jeleni.
Tej
nocy krwawy księżyc ma zostać przesłonięty, Babcia Księżyc
wchodzi w pełnię. Nie widzę jej, ale ją czuję, czuję jej blask
przepływający w moich żyłach. Czuję jak opromienia od środka,
mnie, kobietę. Mnie, dumną kobietę, która kocha, która nie
ucieka, nie odwraca wzroku. Mimo wszystko, przepełnia mnie zawsze
duma i to ona pozwala zostać, leczyć cudze rany, bo na swoje jest
się odpornym. Duma nie polega na unoszeniu się, a na zachowaniu
siły mimo przekorności losu. To jest prawdziwa duma, a nie jej
szkarłatne, brzydkie oblicze.
Wtulam
się w jego ciało i słyszę bicie serca, słyszę miarowy oddech.
Słyszę pieśń jeleni, która ciągnie się wąwozami, w świerkowym
lesie, aż do podnóża szczytu, gdzie tej nocy śpimy. Słuchamy
razem, nic nie mówimy i wiemy, że to jedna z najpiękniejszych
pieśni świata. Ta, która mówi o pragnieniu życia i pragnieniu
miłości, ta, która ostrzega wrogów.
Słuchamy
pieśni jeleni i nie musimy nic mówić, sami nawołujemy przecież
siebie zawsze, swoimi sercami.
Myślę
jeszcze o kobiecie, która nie może zrezygnować ze swojej dumy i
szacunku, żałuję, że nie może usłyszeć jeleni, bo może ta
pieśń, ten dźwięk jak dźwięk potoku niosący się nad górskim
lasem wypłukałby wszystko z wnętrza. Myślę i nie mam żadnego
żalu, tylko czułość. I wiem, że już być może więcej
rozumiem, wiem, że chcę rozumieć.
Pieśń
jeleni tej nocy otula świat piękniej niż cisza. Całą noc, całą
noc, gdy wschodzi i zachodzi siła Babci Księżyc, która tkwi we
mnie, ale ta, w przeciwieństwie do całej tarczy, nigdy nie znika.
Pieśń
jeleni, która towarzyszy nam całą podróż. Pieśń, która mówi
o sile, która napędza ten świat. Mówi o pożądaniu życia i o
zagubionej gdzieś miłości. Miłości, którą tak trudno nieraz
zrozumieć i w której tak trudno się pomylić, ale która jest
największą siłą. I nigdy, nigdy nie jest brudna. Jeśli jest.
Brudne
są czyny jak pojedyncze fałszywe nuty w jelenich gardłach. Brudny
nie jest nigdy człowiek ani jego miłość, jak całość pieśni,
która niesie się nad lasem.
***
Wędrujemy
we mgle, nie widząc nic na kilka metrów. Szron osadza się na
ubraniu, na kapturze na gorącej głowie. Wiatr, który prawie
przewraca, który spycha w przepaść. Jesteśmy w chmurze, wszystko
zdaje się być przesiąknięte mroźną wilgocią. Chronimy dłonie
i uszy. Chronimy głowy i nogi, które mają nas nieść jeszcze
wiele kilometrów.
-Słyszysz?-pyta
mnie z przejęciem. Nie, nie słyszę. Nikogo tu nie ma, na szlaku,
nikogo nie ma tu na górze, wszyscy zostali w ciepłych domach i
ciepłych schroniskach. Budowle majaczą jak nawiedzone zamczyska.
Nie, nie słyszę. Nie ma tu nikogo. Jesteśmy tylko my i wiatr i to
jego wycie słyszę dookoła własnej głowy.
-Nie,
nie słyszę. I ty nie słuchaj.
-Ale
ktoś woła.
-Wiesz,
co mówią. Nieraz, gdy wędrujesz we mgle i gubisz się, wołają
duchy gór. Wołają duchy gór, albo duchy zmarłych- mówię z
trudem, próbując przekrzyczeć wiatr.- Wołają i mieszają w
głowach, mieszają w sercach. Czasem prowadzą nas do domu, a czasem
nad przepaść, żebyśmy skręcili sobie kark i...-czuję, jak
osuwa mi się noga, na śliskim, mokrym kamieniu, tuż nad
przepaścią. Czuję, jak jego ręce łapią mnie w porę, są na
tyle blisko.
Nie
wolno słuchać duchów gór. Czasem trzeba ich posłuchać. Nie
wolno słuchać własnych demonów i wspomnień. A czasem trzeba. One
pchają nas nieraz nad własne przepaście i sprawdzają, czy
skoczymy, pchają nas, popychają plecy, jak silny górski wiatr.
Sprawdzają, czy masz tyle siły, by nie spaść- lub czy ktoś w
porę cię złapie.
Nie
spadniesz. Masz więcej siły, niż się zdaje i więcej miłości,
niż sądzisz. Nie spadniesz. Ani w górach, ani w życiu. Nie
podążaj za demonem, słuchaj, ale za nim nie podążaj. Tyle
wystarczy.
***
Wychodzimy
z mgły, naszym oczom ukazuje się wreszcie jakiś budynek. Tak, to
tam zmierzaliśmy, tam chcieliśmy odpocząć! Nikt nie mówi tu w
naszym języku, jakoś dogadujemy się, bo języki są bliźniaczo
podobne. Zdejmujemy mokre ubrania, grzejemy się, zjadamy obiad.
Skostniałe ręce rozmarzają, zamarznięte serca tają jak śnieżne
kotły na wiosnę, gdy schodzą lawiny, serca odmarzają, gdy tylko
spojrzeć sobie w oczy. Nogi zmęczone, ciała zmęczone, ale jakie
szczęśliwe. Tak, szczęście to to, gdy możemy patrzeć sobie w
oczy, mimo wszystkich pomimo. Tyle starczy. Śmiejemy się,
zachwycamy zapachami i smakami. Ale pora wyjść, pora wracać w
mgłę, w zimno i wiatr. Pora znów zmęczyć nogi, pora pokonać
samego siebie. Znów, iść do przodu. Łatwo byłoby zostać, wybrać
część łatwiejszą. Zawsze to, co łatwe, wydaje się przyjemne.
Trudniej wyjść i iść razem, ręka w rękę, prawie się nie
widząc przez jakiś czas, prawie się nie słysząc przez wycie
wiatru. Zmoknąć, zmarznąć, bogowie, jakież to okropne! Ale jak
pięknie jest dojść do prawdziwego celu, ręka w rękę, noga w
nogę. Zmęczyć się we dwoje, ale się nie poddać, stale czekając
jedne na drugiego, martwiąc się, troszcząc i śmiejąc, mimo
wszystkich trudów śmiejąc.
***
Już
zapada zmrok, leżymy wreszcie w łóżku, wygrzewamy kości
przemarznięte na szczycie. Znów słyszymy śpiew jeleni, znów z
oddali natura wprost mówi o żądaniu życia, pięknym, pozornie
posępnym dźwiękiem.
Nie
widzę jego oczu. Ale słyszę, że są w nich łzy.
-Nie
wiem z jakiej gliny jesteś ulepiona....w najtwardszej. Nigdy się
nie poddasz, prawda?- milczę, wiem, ze nie mam nic mówić. -
Nie wiem z jakiej gliny, jesteś jak skała, twarda jak skała,
chociaż nie, bo i one po latach ulegają cholernej erozji, wypłukują
się, niszczy je czas a...ty z czasem jesteś coraz silniejsza. Można
się na tobie oprzeć jak na skale, ale nie jesteś zimna jak skała.
Jesteś ciepła. Masz w sobie tyle ciepła i..i miłości. Nie wiem z
czego jesteś zrobiona, z jakiej gliny jesteś ulepiona. Ale wiem, że
jesteś piękna, jesteś dobra, mądra. Czuła. I cholernie, tak
cholernie silna. Wiem, że cię kocham i nawet jeśli nieraz w to
wątpisz to...- przerywam mu, całując jego wilgotne we
wzruszeniu uta. Tyle wystarczy. A jutro znowu trzeba wyruszyć.
***
Schodzimy
ze szlaku, najpiękniejsze, najprawdziwsze schronisko. Samotnia,
gdzie można być samotnym, ale można być wśród ludzi.
Gwar,
grzane piwo, fortepian i opowieści. Starszy mężczyzna,
doświadczony w wyprawach mówi o szczytach, które przemierzył, o
podłogach, na których spał.
-Pani
to mężatka widzę, ale dobrze pani wybrała, jak pani z mężem w
górach. Wie pani, na męża to nadaje się tylko chłop co chodzi w
góry. Bo i serce ma piękne i polegać na nim można. Męża szukać
to tylko w górach.
Patrzę
potem na swojego Męża, wiem, jak piękne ma serce i jak silnym jest
człowiekiem, mimo że czasem popełnia błędy. Ale silnego
człowieka nie poznaje się po tym, czy ich nie popełnia, bo to
robimy wszyscy. Kwestia, jak sobie z tym radzimy. Myślę, jak
poradzimy sobie z kolejnymi.
Dzielę
się mądrością pana z gór z kimś, o kim wiem, że musi sobie z
błędami poradzić. I boli mnie jej ból, nawet w żartach. Nie boli
błąd, boli późniejszy ból, w który nie mogę wchodzić, nie
mogę bo wiem, że w pewien sposób to zamknięte drzwi, chociaż
chcę to wszystko objąć czule. Zastanawiam się nad tym wszystkim
po kolei. Widzę piękny zachód słońca nad górami, nad Samotnią,
nad szarobłękitnym górskim stawem. Oddycham zimnym powietrzem. I
będzie dobrze. Jest dobrze. Jest pięknie. A wszystko ułoży się w
jedną całość. Wszystko i tak przecież składa się w całość
jednej miłości.
***
O
poranku budzi mnie mruczenie kota. To Mąż wpuścił go do pokoju,
schroniskowy kot. Wielki, puchaty i z krótkim ogonem i mordką
żbika, z mądrym spojrzeniem. Kojarzę go, przedtem siedział na
dachu, koło naszego okna i wpatrywał się w nas uporczywie. Teraz
wszedł jakoś na piętra, do Samotni i wybrał nasze drzwi. Siedział
pod nimi, gdy Mąż wychodził do łazienki, wpuścił do więc. Bo
co nam koto? Budzi mnie więc mruczenie i ciepła, niesamowicie
miękka w dotyku sierść. Siedzi chwile z nami, łasi się, potem
wychodzi dumnie.
Powoli
wstajemy, prostujemy kości, zjadamy swoją obrzydliwą owsiankę i
powoli wychodzimy na szlak. Przed schroniskiem czeka na nas kot z
krótkim ogonem i z urodą żbika, a nie domowego kota. Czeka na nas,
łasi się i idzie za nami krok w krok. Idzie i nie miauczy, nie
mruczy, po prostu towarzyszy nam, odpowiadając z przekorą na nasze
zaczepki. Siada na wielkim głazie nad stawem i pozuje do zdjęcia.
Idzie z nami kilkaset metrów, potem zwalnia, siada. Gdy się
oglądamy, już go nie ma. Zniknął. Po prostu zniknął.
Śmiejemy
się, że zawsze przyciągamy koty. Po chwili przychodzi mi do głowy
kolejna magiczna myśl. Dziwna, jak na mnie.
-Czy...czy
ktoś oprócz nas go widział?
-A
skąd mam wiedzieć? - odpowiada zdumiony Mąż. Tylko mi mogło
przyjść coś takiego do głowy.
Przypominają
mi się liczne legendy o Liczyrzepie, o Duchu Gór, Duchu Sudetów,
który czasem zjawia się przy niektórych podróżnych, zmieniając
swoją postać. Czasem jest kotem, czasem głodnym psem, czasem
starcem. Ten, który uosabia siły przyrody, Wielki Zielarz, jak
dowiedziałam się potem.
-Czy
sprzyjasz nam, Liczyrzepo?- pytam w swojej głowie, po raz
kolejny tego wyjazdu.
-Czy
sama sobie sprzyjasz? -odpowiada głos w mojej głowie jak echo.
***
Wędrujemy
przed siebie, trafiamy do leśnego zagajnika. Słychać jeleni śpiew,
tak blisko, parę metrów od nas. Są koło nas, dwa wspaniałe,
sądząc po głosach byki. Jeden młody, drugi stary. Stoimy, między
młotem a kowadłem, stoimy jak między wyborem nowego a starego.
Chcemy uciekać, ale chcemy dostrzec tą walkę, starcie tych dwóch
wspaniałych siły. Stoimy na drodze i nasłuchujemy, ich pieśni,
coraz mocniejszej i agresywniejszej i bicia własnych serc. Są tak
blisko, tak namacalne. Czujemy respekt, szacunek i podziw. Nie ma nic
piękniejszego, niż poranna pieśń jeleni.
Który
przetrwał? Który wygrał? Nie dowiemy się nigdy.
***
Gubimy
drogę. Musimy wracać się wiele kilometrów pod górę, a przed
nami przecież jeszcze tyle, jeszcze najwyższy szczyt. To wypruje
nasze siły, myślę, zmęczona i zmarznięta. To prowadzi do
gorzkiego posmaku w ustach, posmaku złości, posmaku żalu, który
wypłukiwałam na szczytach i jelenią pieśnią z serca. To prowadzi
do gorzkich słów. Bo nie chodzi o to, że zgubiliśmy się na
szlaku, chodzi o to, że zgubiliśmy się trochę w życiu. I też
musimy wrócić, podejść wiele kilometrów pod górę, musimy się
wysilić aż do omdlenia nóg i skurczach w stopach. Musimy wrócić,
natrudzić się i nieraz ma się wrażenie, że nie da się rady, że
nie ma się siły. Gorycz i frustracja, złe uczucia przeradzają się
w złe słowa. To kolejna burza po burzy, ale burza konieczna. Sztorm
na całym oceanie czułości, sztorm, który jest konieczny, wyrzuca
z serc to co martwe i spalone, wyrzuca, łamie martwe drzewa i
pozwala rosnąć nowym. Podchodzimy pod szczyt, znajdujemy na nowo
drogę.
Na
tej dobrej, którą mieliśmy iść uspokajamy się, odzyskujemy
siły. Na tej dobrej znów jesteśmy razem. Zgubiliśmy się tylko
przez chwilę, ale przeszliśmy przez to razem i razem będziemy iść.
Czasem trzeba się zgubić, żeby się czegoś nauczyć, żeby
nauczyć się dobrej drogi i odkryć jej sens. Czasem trzeba się
zgubić w górach, by przeżyć coś więcej, odkryć, posmakować,
zobaczyć. Czasem trzeba coś złamać, żeby zrosło się
prawidłowo. I tak, tego też uczą góry.
***
Jesteśmy
na kolejnym szczycie, 1400 metrów poniżej jest ponoć morze, które
nic teraz nie znaczy. Morze kosodrzewiny. I nagle to słyszymy, nagle
to widzimy. Nagle widzimy dwie czarne sylwetki, mówiące do siebie,
porozumiewające się, muskające skrzydłami.
Kruki.
Przecież Sudety to kraina tańczących kruków.
Kruki,
tak dla mnie symboliczne. Totemiczne zwierzęta, stworzenia mocy,
przewodnicy mistyczni. Symbol kogoś, kogo znaliśmy.
Te,
które są symbolem też wiecznej miłości, te, które kochają się
przez całe życie, łączą w pary i razem bronią swojego domu.
Czarne ptaki, na sudeckim niebie, tańczące ze sobą. Znajdujące
wiry powietrzne, które unoszą w przestrzeni, przestrzeni, w której
nie ma znaczenia nic przyziemnego. Tylko one i ich taniec na niebie,
one i ich miłość, to co na ziemi zostało, to co tam poniżej, nie
ma żadnego znaczenia.
Najpierw
one, a potem coraz więcej. Więcej par, gdy schodzimy niżej. Więcej
trącających się skrzydłami, czarne sylwetki zapełniające niebo
nad nami. Pary i ich dzieci, miłość przeplatająca się z innymi
opowieściami. Przyjaźnie i miłości tańczące ponad górskim
szczytem, tam, gdzie ziemia i śmierć nie mają praw dostępu.
Słyszymy ich głosy, widzimy taniec i zamieramy w zachwycie. Sami
czujemy się jakbyśmy tańczyli tu, gdzie jesteśmy, w morzu
kosodrzewiny, choć nasze stopy trzymają się ziemi. Mimo to, mamy
skrzydła i opowiadamy kolejne opowieści. W swoim głowach.
Opowiadamy je swoim życiem.
Taniec
kruków, jak jeleni śpiew, towarzyszy nam do końca.
***
Schodzimy
do schroniska po kolejnej wyczerpującej wędrówce, po 15
kilometrach szlaku, szlaku pod niebem ale i szlaku prowadzącego
urokliwą doliną. To ma prawdziwy klimat, są obszarpane, stare
materace, nie ma ciepłej wody. Za to jest ciepłe jedzenie i Babka,
która jest swoja. Babka, która pochodzi z nizin, z rodzinnego
miasta mojego Męża. Babka, która karmi nas pierogami z serem i
jagodami, ale karmi nas też opowieściami o dawnych miłościach i
zębach wybitych za ścięte włosy. Babka, która daje nam kolejne
grzane piwo. Babka, która opowiada o miłościach i przyjaźniach,
których już nie ma, przez wiele godzin, podczas gdy nasze zmęczone
szlakiem ciała odpoczywają. Babka, stara gawędziarka, przekupa,
która rozgrzewa i bawi serca. Babka z dawnym figlarnym błyskiem w
oku.
W
końcu chcemy iść do swojego budynku, tego baraku, w którym śpimy.
Widzę jednak, gdy chwytam kolejne piwo, które weźmiemy z sobą,
mały drobiazg. Coś, co spodobałoby się może tej, co zostało w
dolinie. Czuję, że tęsknię, chcę jej coś dać, żeby zobaczyła,
żeby uwierzyła w moją mantrę, że będzie dobrze, żeby
zobaczyła, że jest dobrze. Chce jej dać więcej niż ona chce
brać, a to będzie kolejny drobiazg, który sam w sobie nic nie
znaczy. Babka pomaga mi wybrać, wracamy do siebie. Siadamy w izbie z
kominkiem, czytamy z Mężem książki o Sudetach, wtuleni w swoje
ciała, w swoje ciepło.
Ostatnia
noc przed ostatnim szlakiem, tęsknie za tymi, których zostawiłam w
dolinach. Tęsknota jest dobra i oznacza miłość. Tęsknota za tym,
do czego się nie wróci i za tym, co może być.
***
Ostatni
dzień. Ostatnia wyprawa. I wreszcie świeci słońce. Gdy o świcie
ruszamy na szlak, wreszcie świeci słońce. Liczyrzepo, czy to ty
wynagradzasz nas za nasz wysiłek? Wielki Zielarzu, Babciu Księżyc,
wszystkie Duchy, co z nami, przed nami i za nami, czy tym słońcem
dajecie nam kolejny znak?
Chmury
i mgły przelewają się w dolinach, a my już nad nimi. My, brodzimy
w szronie, brodzimy w pierwszym śniegu, jaki widzę w tym roku.
Jesień, lato, wiosna i zima, wszystkie przemieszane na szlakach,
wszystkie zależne od tego, ja wysoko chcesz wejść, jak daleko nogi
poniosą, jak wiele wytrzymasz. Ja przyjmowałam wszystkie podczas
wędrówki.
A
teraz już tylko w dól i w dół. Nogi buntują się, ale prowadzą
do domu. Do tego, co za nami, Wracają do ludzi, choć tak dalej
chciałyby uciekać na szczyt. Ale szczyt to nie ucieczka. Szczyt to
kolejna próba. Poznanie znów siebie. Spojrzenie w lustro i
zapytanie kim jestem. Zapytanie, jak bardzo kocham . Ile zniosę w
miłości. Ile zniosę w życiu?
Jestem
ulepiona z dziwacznej gliny. Nie zmogą mnie mrozy, wiatry nie wrzucą
w przepaść. Mam mocne nogi jak pnie drzew i serce tak gorące, że
topnieje na nim każdy śnieg. Nie skuwa go mróz.
I
po mgłach widzę słońce.
Po
zagubieniu, szlakach które kaleczą stopy widzę tą właściwą
drogę.
Schodzimy
coraz niżej, zachwyceni chmurami, szronem, zachwyceni zielenią i
szumem strumienia.
Podążamy
Sowią Doliną do Kruczych Skał. Jakież to symboliczne. A wszędzie
rosną naparstnice, moje piękne naparstnice, które kwitną nawet
jeszcze w październiku, gdzie chroni je Sowia Dolina.
***
Wracamy
do domu. Kolejny stuk stuk, stuk -stuk kół pociągu oddala nas od
szczytu. Oddala nas od pięknych grzbietów Sudetów, pięknych i
krągłych jak kobiece piersi, białych jak broda Ducha Gór. Sudety,
gdzie kryje się magia i opowieści. Gdzie wołają w wietrze, gdzie
woła głos ze środka. Tak niespodziewany nieraz, jak niespodziewane
bywa życie. Tak piękne i trudne. Kwintesencja całego sensu.
Wracamy
z dziwnej wyprawy, pierwszej jesiennej a nie letniej i chcemy więcej.
I planujemy więcej. Po tym planujemy przecież spędzić dalej całe
życie razem. Spędzić je też na górskich szczytach, wśród
śpiewu jeleni, ryku niedźwiedzi i wśród tańca kruków.
Wracam,
jak zawsze zmieniona, jak zawsze odkryta na nowo. Coś umarło, coś
się narodziło. Nie ma płaczu i żalu, jest radość i oczekiwanie.
Jest płomień nowej siły. Wiatr szepczący wyzwania.
Wracamy
na niziny, do swojego domu, do domu, gdzie tak wiele wyzwań jeszcze,
wiele rozmów. Tam, gdzie czeka codzienność, czekają kolejne rany,
które trzeba przepłukać, tam, gdzie czeka cudowne słońce i nadal
piękny księżyc. Jesienny księżyc, choć po mgłach zdaje się,
że tutaj jest pełnia lata. A poranki wcale nie są zimne.
Wracamy
na niziny, ale tak wracają nasze ciała. Ja, znów, po raz kolejny,
odkryłam w sobie górę.
Jestem
górą. I nic więcej. I nic mniej.
Jestem
górą i to moja mantra.
Jestem
górą wznoszącą się wysoko, dzięki temu przetrwałem
Jestem
górą, opowiedz moja opowieść, najlepsza historia jest teraz na
sprzedaż
Jestem
wybrzeżem, jestem falami, jestem tym, który sprawia, że pożądasz
Jestem
doliną, jestem wzgórzami, spójrz na mnie, stoję nieruchomo
Jestem
górą, jestem równiną, powiedz mi, że jestem szalony
Jestem
duszą, jestem źródłem, jestem korzeniami, jestem drzwiami
Jestem
długą i ciężką drogą wybiegającą z mojego serca
Jestem
górą, zdobądź mój szczyt i już nigdy nie przestaniemy
Jestem
szafką, jestem kluczem, jestem tym kim chcesz być
Jestem
powodem, jestem winą, już nigdy nie będę taki sam
Lustereczko,
powiedz prawdę o młodych i starych
O
rzeczach, które głęboko ukrywamy
Lustereczko,
pokaż mi, czym i jak się stanę
Na
razie jestem tylko górą
Jestem
górą
Zawsze tak jest, że najbardziej ranią nas bliskie sercu osoby. Ale podobno dostajemy od życia tyle ile jesteśmy w stanie znieść, te złe sytuacje mierzą naszą siłę. Krócej i prościej: co nas nie zabije to nas wzmocni :)
OdpowiedzUsuńJesteś taką górą, faktycznie ;p Ale ta sytuacja kiedy mogłabyś spaść, wtedy kiedy wołało to echo, rany. Ciarki mnie przeszły... Do tej pory włosy staną mi dęba. Coś czuję, że będą mi się śnić koszmary i utwierdziłam się, że w przekonaniu, że będę unikać gór ;p
Dokładnie:) w sumie, ja wyznaję zasadę że...jeśli ktoś nas nie zrani, nie potrafi tego zrobić słowem czy czynem, to znaczy, że go nie kochamy. Coś w tym chyba jest, co? Ale miłość to właśnie też sztuka wybaczania:)
UsuńSpoko, to nie było tak poważne jak w Gruzji albo w Tatrach, gdzie w sumie...przeskakiwałam nad przepaściami albo się popłakałam, jak prawie spadłam na mokrej grani. Ale tym są góry, to ryzyko trzeba kochać. I wiesz, niekoniecznie gór tylko może...niektórych szlaków i przy niektórej pogodzie. Ciekawe, co mnie spotka w górach zimą XD
W sumie może tak, bo jednak osoby, które są nas obojętne raczej nie mają w sobie tego czegoś co sprawiałoby, żeby ich opinia nas jakoś szczególnie obchodziła ;p Łatwiej powiedzieć: a co ty w ogóle o mnie wiesz? :P Podczas gdy osoby, które kochamy już trochę nas znają i potrafią jak nikt uderzyć w czuły punkt ;p
UsuńCo zrobiłaś? :O Odwagi też nie można Ci odmówić :D
Dokładnie. Gdy właśnie pewne słowa padają albo czyny zdarzają się u tych, na których ci nie zależy...nie dotknie cię to. Dlatego miłość zawsze wiąże się z jakimś potencjalnym zranieniem ale...to mała cena, jak sądzę:)
UsuńNo skakałam a co miałam zrobić, cofnąć się?:D Jak musisz iść to idziesz i tyle:) Czasem się zastanawiam czy to odwaga, czy brak rozumu XD
Są różne miłości ;) Nie raz jedna strona potrafi się uzależnić od drugiej, która ją maltertuje psychicznie. To wcale nie jest rzadkie zjawisko chociaż ja nie potrafię znaleźć na nie racjonalnego wytłumaczenia. Czemu uzależniamy się od czegoś, co nas rani?
UsuńRaczej miałam na myśli ogólne wyruszenie w tak ciężką trasę ;p Trzeba być hardkorem :D
Jasne. Powiem więcej, każda miłość jest po prostu...inna.I jednak, człowiek sam w sobie może po prostu nie jest racjonalny?
UsuńWcale nie:) A trasy w ogóle zawsze mój Mąż opracowuje XD
Masz niesamowitą zdolność opisywania wszystkiego w taki poetyczny, ale nie realistyczny sposób. A do tego poruszający i emocjonalny ;)
OdpowiedzUsuńCóż, dziękuję za komplement, bo tak to odbieram:)
UsuńOczywiście, że komplement ;)
Usuńwszystko JEST dobrze - to piękna mantra...
OdpowiedzUsuńI też prawdziwa. Bo zawsze jest dobrze tylko....czasem trzeba spojrzeć z trochę innej perspektywy:)
UsuńNajważniejsze, żeby zrozumieć, że jest się tu i teraz i nie da się przewidzieć co będzie. A droga do celu zawsze jest długa, ciężka i wyboista.
OdpowiedzUsuńDokładnie. Ale jest i warta przejścia:)
UsuńTo jest piękne. Opowieść o górach, zmaganiach, przeplatana najważniejszymi prawdami na temat życia. Czuję tę siłę i mądrość, a pieśni jeleni chciałabym kiedyś posłuchać, choć wiem, że szans na to raczej nie ma.
OdpowiedzUsuńWiesz, nie mów że szans nie ma bo....w górach są miejsca do zdobycia na wiele sposobów:> Akurat tam, gdzie śpiewały najbardziej, dotarłabyś bez problemu, Sudety są jednak cholernie przyjazne, że tak to ujmę:) Więc, nigdy nie mów nigdy:)
UsuńOstatni raz w górach byłam pięć lat temu na szkolnej wycieczce. Zaczynam żałować, że w tym roku nie pojechałam... Tylko że to tak cholernie daleko.
OdpowiedzUsuńA słowa "Wszystko będzie dobrze", gdy jestem zdołowana, tylko jeszcze bardziej mnie dołują. Ale w inne dni naprawdę w to wierzę.
Szczerze? W górach szkolnych wycieczek nie znoszę, pamiętam jeszcze właśnie swoją, z gimnazjum...i pamiętam, że nic z tego nie wyniosłam. Chyba gór nie można poznawać...grupowo, z przypadkowymi ludźmi, takie mam wrażenie. I może za rok jedna się uda, chęci będą większe?:)
UsuńDla mnie to jednak mantra. Wiesz, nie zdarzenia się liczą, a nastawienie do nich:)
Czytałam z zapartym tchem... Góry skłaniają do wielkich przemyśleń.
OdpowiedzUsuńhttps://sweetcruel.wordpress.com/
Wręcz można powiedzieć, że dzięki nim po prostu rozumie się to, o czym myślało się wcześniej. Czyste powietrze szczytu rozjaśnia myśl.
Usuńto wszystko co opisujesz pachnie magią, czytam z pewnego rodzaju rozkoszą - delikatną, zgłębiającą każde zdanie.
OdpowiedzUsuńBabcia Księżyc była tej pełni cudowna. Miałam możliwość oglądania jej, podziwiania. Krwawy Krąg zapadł mi w pamięci, pielęgnuję to wspomnienie.
Wróciliście bogatsi o doświadczenia, których nie dałoby wam żadne inne miejsce na świecie.
Bo w górach skryta była magia a może...po prostu niektóre podróże łatwiej z nas magię wydobywają?
UsuńNiestety na moim niebie właśnie spowita była mgłą i chmurą, ale najważniejsze chyba jest...uczucie, zamiast dosłowności. Sam sabat nie potrzebuje dosłownego światła, no nie? Choć nie wątpię, że była wspaniała i trochę zazdroszczę, w tym pozytywnym znaczeniu:)
Dokładnie. Albo, łatwiej rozumiejący doświadczenia?
Czytając każde słowo utwierdzałam się tylko w tym, że ten wyjazd był Wam obojgu ogromnie potrzebny. Oboje potrzebowaliście tych gór. Magii ukrytej we mgle :)
OdpowiedzUsuńOch, oczywiście, zawsze wyjazd i podróż są potrzebne. W końcu życie jest podróżą, a gdy idzie się dosłownie, wszystkie prawdy przedtem zdobyte po drodze układają się w jeszcze bardziej logiczny i piękniejszy ciąg:) Ale to też kwestia, co wybieramy w pewien sposób. Jak wolimy się zmieniać i gdzie dostrzegać, jak zwykle:)
UsuńKiedy tak to czytałam, to aż za Waszą dwójką zatęskniłam :)
UsuńTo jak dostanę pełen grafik ( bo nadal go nie znam) to możemy się umówić na piwo, a co!:)
UsuńSłowa "czasem" zamieniłabym na "najczęściej", bo najczęściej zło i dobro, wszystko co nas spotyka, mimo naszych planów, złośliwie przychodzi nieoczekiwanie.
OdpowiedzUsuńTen post brzmi jak sen.
W sumie, prawda:) Bo jednak w życiu można planować, planować ale...nie na tym to polega. Bo szkielet planu może zostać, a życie weryfikuje to po swojemu. I najważniejsze jest, jak my się wobec tego zachowamy a nie to,co nas spotyka.
UsuńA jednak, to nie sny, nie tym razem:)
Szkoda, że ja nie jestem górą...
OdpowiedzUsuńWiesz...jesteś tym, co sama w sobie dostrzeżesz i sama pragniesz. A nazwa chyba nie ma wielkiego znaczenia:)
UsuńZabawne, czytam u Ciebie, że wszystko będzie dobrze, akurat teraz, gdy mam wrażenie że nie jest i zawalają się we mnie wiara i optymizm. Ale masz rację, trzeba w to wierzyć, bo co innego pozostaje.
OdpowiedzUsuńBałabym się strasznie sama w nocy, otoczona dzikimi dźwiękami natury. Dobrze przytulić się do kogoś ciepłego. A te rozmowy w ciemności... Coś przepięknego, można leżeć i prosić w myślach, by noc się wówczas nie kończyła.
Wspaniała podróż, gdy tyle wrażeń i wspomnień zostaje, a najważniejsze, gdy chce się powtórki :)
Trzeba wierzyć bo...życie jest życiem, jest oceanem zdarzeń, spotkań, mieszanką wybuchową tego wszystkiego i...najważniejsze jest chyba nie to, co nas spotyka ale to, jak do tego podejdziemy.
UsuńA ja akurat kocham kocham to uczucie, nawet ja sama i natura ale...tak w dużej mierze się wychowałam. Niejedną noc spędziłam w lesie. Więc pewnie stąd to się bierze:) Ale właśnie te rozmowy, gdy nic nie widać..bywają chyba najważniejsze:)
Dokładnie, prośba o jeszcze XD